Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Piątek, 8 maja Anno Domini 2020. Przed chwilą na zegarze Radia Paranormalium bięła godzina 20:00, a to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć kolejny odcinek „Bibliotekarium na żywo”, audycji, na którą czekają prawdziwe mole książkowe. Ale mamy nadzieję, że nie tylko, że tym molom ktoś jeszcze towarzyszy. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” – Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Zanim padnie magiczne „halo, halo, Bydgoszcz”, tradycyjnie przekażę kontakty do Radia Paranormalium. Audycję realizujemy w całości na żywo. Można już teraz do nas pisać. Będzie można także dzwonić. Nasze numery telefonów to: stacjonarny 32 746 00 08.
Komórkowy i do SMS-ów oczywiście również to 530 620 493. Jesteśmy także oczywiście na Skypie radio.paranormalium.pl. Można także pisać do nas na GG pod numerem 36 08 80 02. Czekamy także na państwa komentarze na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać oczywiście na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata, na Rubieżach Rzeczywistości również. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc teraz czas na magiczne „halo, halo, Bydgoszcz”.
[02:22] - Halo, halo wszystkim. Jesteśmy, chociaż nie wiadomo jak długo, bo muszę przyznać, że im dłużej prowadzimy audycję w czasie koronawirusa, o którym niektórzy mówią, że nie wiadomo, czy on w ogóle jest. Inni z kolei boją się go tak bardzo, że właściwie najchętniej to by się zakopali gdzieś głęboko i nie wysuwali nosa z domu. Tego oczywiście nie rozstrzygniemy, jak to z tym koronawirusem jest. Natomiast im dłużej prowadzimy audycję, to internet staje się mniej stabilny, dostarczając nam zresztą-
[03:03] - To my tak przeciążamy łącza, o!
[03:09] - Być może. Ja jednak byłbym skłonny stwierdzić, że to jednak po prostu powszechność używania internetu jest w tej chwili tak duża, że coś tam nie nadąża. Ja się, proszę państwa, oczywiście nie znam się na szczegółach technicznych, ale ewidentnie coś się od czasu tych wszystkich pierepałek, które dzieją się w naszym kraju, internet trudno powiedzieć, że zwolnił, ale jakoś taki się stał mniej przewidywalny.
[03:44] - Taki mniej stabilny.
[03:47] - Taki mniej stabilny. Od czasu, kiedy się pojawiły wszystkie te kwarantanny i tak dalej, czyli już dwa miesiące spokojnie, obserwujemy, że poza niewątpliwą ekscytacją z powodu tego, że prowadzimy kolejną audycję, mamy jeszcze dodatkową ekscytację, bo nie wiadomo, czy ją doprowadzimy do końca, bo jak się zerwie połączenie, i to tak solidnie, to tej audycji nie będzie.
[04:18] - Marku, zawsze jeszcze audycję można dokończyć drogą telefoniczną.
[04:23] - Zawsze można, ale to już raczej byłoby na zasadzie dokończenia myśli. Tu się rozgadałem, a Wiktor z szelestem i szumem dał znać, że też jest po drugiej stronie. Wiktorze, jesteś?
[04:34] - Ja też jeszcze dam znać, że „Bibliotekarium” wraz z innymi audycjami emitowanymi przez Radio Paranormalium zagościło w katalogu podcastów aplikacji Spotify. Więc jeżeli ktoś słucha muzyki i różnych innych rzeczy przez tę właśnie aplikację, to Radio Paranormalium i oczywiście „Bibliotekarium” również tam od niedawna znajdzie.
[05:00] - Halo, halo, Wiktorze, pytam, jesteś w ogóle?
[05:04] - Ja jestem, ale ja mam problem.
[05:07] - To słuchamy.
[05:10] - Otóż o ile wyście bardzo światowo rozpoczeli, tu i tam i wszędzie jesteśmy. Natomiast ja, że tak powiem, jestem w społecznej czarnej dziurze i Radio Paranormalium oraz „Bibliotekarium” to są właściwie moje jedyne wypustki, takie czułki ślimaka do świata, że tak powiem. Czyli może dla mojego spokoju ducha, bo zawsze byłem polityczną zwierzę, może byście mi uświadomili tak w trzech słowach, co się na świecie dzieje? Bo ja nic nie wiem.
[05:46] - O bracie, od czego by tu zacząć? Koronawirus, koronawirus, koronawirus. Tak przynajmniej można by sądzić, gdyby śledzić główne przekaziory, bo zarówno te bardziej prawe, jak i te bardziej lewe W większości gadają tylko i wyłącznie o koronawirusie, więc wiadomości zrobiły się trochę monotematyczne. Jedni mówią, że jest bardzo dobrze i tak dalej. Drudzy mówią, że jest bardzo źle, a będzie jeszcze gorzej i tak dalej. W związku z tym ciężko cokolwiek streszczać, bo właściwie należałoby wygłosić kilka informacji, kilka teorii. To jeszcze nie koronawirus. Kilka teorii spiskowych do tego. Ja tylko śpieszę donieść, że Wiktor, kolejny tydzień upłynął, dalej się na internet nie dał namówić. Twierdzi, że internet, jak ty to zgrabnie ujmujesz, niszczy ci system komputerowy.
Więc się Wiktor nie dał namówić. Ktoś tu czujnie napisał w jednym z postów, chyba w podpisie pod poprzednią audycją, że dopóki Wiktor nie zmieni komórki zwykłej na smartfona, to nic lepiej nie będzie. Ja mam tylko cichą nadzieję, że troszeczkę lepiej Wiktora słychać. Wiktorze, powiedz coś, zobaczymy, czy cię słychać.
[07:25] - Co ja mam do powiedzenia? Coraz mniej, bo jak się żyje w kolapsie, to można powiedzieć „nie” o świecie.
[07:36] - Ja cię zaraz będę wyciągał z tego kolapsu. Dzisiaj, jak państwo wiecie, będziemy mówić w audycji o książce, która ukazała się w Bibliotekarium. O książce Tomasza Andrzejewskiego zatytułowanej „Zły świat”. To jest zbiór opowiadań. Na pewno o nim za chwilę powiemy, ale ja bym się chciał zwrócić do ciebie, Wiktorze, i przypomnieć odległe czasy. Chciałbym, żeby były odległe, a tak naprawdę to zaledwie kilka lat. Dwa i pół może. Dwa i pół roku. W każdym razie, kiedy audycja ABW startowała, to zaraz gdzieś na początku przyszło opowiadanie od Tomasza Andrzejewskiego. I ono było dziwne.
Najkrótsza recenzja mogłaby brzmieć w ten sposób: naznaczone grozą. I to jest bardzo dobra recenzja w gruncie rzeczy. I myśmy na tę grozę, Wiktorze, zwrócili uwagę, prawda? Później było kolejne opowiadanie. Ono już nie tylko było groźne, ale miało w sobie elementy fantastyki naukowej, ale nie takiej banalnej, tylko z pewnym przesłaniem. Do dzisiaj pamiętam to opowiadanie, czyli opowiadanie „Syntetyczna dusza”. Tak jak rozmawiałem z Wiktorem, to ty, Wiktorze, okazuje się, też zapamiętałeś autora.
[09:13] - Trudno nie zapamiętać, bo z tej całej zgrai, która u nas się pojawiała, to jest rzeczywiście kilka nazwisk, które oczywiście się wybijają. W większości to są samce, a żyją w cieniu drogi pani Kamili, która-
[09:39] - O nie, mylisz się. Kobiet było więcej. Ja przypomnę ci panią, która się nazywa Adwentowska. Pamiętasz opowiadania grozy? Świetnie.
[09:49] - Ja pamiętam więcej. Na konkurs też przychodzą bardzo dobre. Kobiety zawsze będą wyjątkiem po prostu, w przeciwieństwie do zgrai męskiej, sporo ich. Nawet jak ich jest dużo, i tak są wyjątkowe, nie?
[10:08] - Ja ci powiem tak: to słowo „zgraja” proszę szanownych słuchaczy odbierać w sposób adekwatny do tego, co Wiktor miał na myśli. A ja zaraz tę myśl złotą Wiktora postaram się przetłumaczyć, bo my wychodzimy z założenia, że gdyby audycja ABW, siostrzana do Bibliotekarium, miała funkcjonować na tej zasadzie, że „a teraz zaprezentujemy wam geniuszy”, to by nie miała racji bytu. ABW to jednak są warsztaty i istotą tych warsztatów jest to, aby się pojawiały opowiadania może nie do końca wygłaskane, wypieszczone czy udane wreszcie. One się owszem pojawiają na falach, na antenie, ale jednak pojawiają się też opowiadania, które tak do końca dorobione nie są. Istotą tej audycji jest to mianowicie, aby o tym z wami, szanowni autorzy, rozmawiać. O tym, że coś może się nie do końca udało. Oczywiście zawsze są sądy subiektywne, ale albo przyjmiemy jakąś zasadę, że dwóch mądrali z ABW mądrzy się i ględzi na temat waszych utworów i stara się wiedzieć, co mówi. Może są niedoskonali, może mają gusta przestarzałe i tak dalej. Jednak staramy się nasze sądy w jakiś sposób przemyśleć. Czasami może niektóre rzeczy przemilczamy.
Zapewne świadomie. W każdym razie wracając do Tomasza Andrzejewskiego, to był jeden z tych autorów, w którego opowiadaniach pojawiały się tak zwane niedoróbki, ale jednak Całe opowiadanie jako utwór, jako całość, właściwie za każdym razem się broniło jako pewna wizja, jako pewien obraz złego świata. Nie bez przyczyny tom, o którym dzisiaj będziemy rozmawiać, nosi taki właśnie tytuł. Wiktorze, teraz ty.
[12:38] - Zły świat. To pięknie brzmi. Natomiast doprecyzuję na szybko to, co Marek mówił. W ABW na pewno pojawiają się opowiadania. Nie pojawiają się opowiadania te, które uważamy, że z nich nic się nie urodzi. Wszystkie, które mogą być jeszcze koślawe, ale takie, z których może coś wyskoczyć. Czyli rozwojowe. To tak jak w przedszkolu. Dzieciarnia jest jeszcze głupawa, ale coś tu i ówdzie może wyskoczyć. Z wyjątkiem rzeczy, które naprawdę od razu przeskakują na wyższą półkę.
Takich autorów było dużo. Bardzo dużo takich autorów, którzy sami za siebie mówią i właściwie stać ich na to, żeby obejść się bez ABW i zacząć wydawać własne książki.
[13:47] - Warto też powiedzieć, że w tomie, o którym rozmawiamy, jeśli ktoś zechce sięgnąć do starszych audycji, to znajdzie opowiadania, które później, po pewnym przeredagowaniu znalazły się w tomie „Zły świat”, a mianowicie „W skórze bestii”. To opowiadanie zaczyna się niby niewinnie i sztampowo. W jakimś starym magazynie pojawiają się ludzie, którzy tropią, chcą kogoś wytropić, chcą coś zniszczyć, kogoś zabić. A co będzie dalej? Ci, co nie słyszeli, powinni stanowczo to opowiadanie przeczytać. W tomie pojawiło się też inne opowiadanie, którego mieliśmy okazję wysłuchać w ABW, czyli „Okno na świat”. Ale są też opowiadania nowe. Ja myślę, Wiktorze, że my sobie możemy tutaj długo na ten temat pogadać, ale chyba najlepiej byłoby porozmawiać z samym autorem. Dobry wstęp by to był. Ale zanim porozmawiamy z autorem, a właściwie ja porozmawiam, bo nagranie wywiadu miało miejsce 4 maja.
Dzisiaj odtworzymy z taśmy. Rzucam sobie okiem na czat. I cóż ja tu widzę? Alt Green pisze: „Wiktor, Wiktor wystaw rogi, dam ci sera na pierogi”. To pewno à propos tych czułek, którymi świata doświadczasz. I Just Publishing pisze, że kiepskie te audycje robimy. Szanowny panie, nic prostszego jak pozbyć się nas ze swojej rzeczywistości. Just Publishing pisze jeszcze: „Co myślimy, że światło świeci w ciemności i ciemność go nie ogarnęła i nigdy nie ogarnie”. Tak, głębokie przesłanie dostaliśmy i wcale się nie dziwię, że Just Publishing pisze, że kiepskie te nasze audycje. Zgadzam się z nim całkowicie.
Szanowny Just, wiesz, co masz zrobić. Natomiast my sobie posłuchajmy wywiadu z Tomaszem Andrzejewskim. Troszeczkę nam powie o swoim pisaniu, o tym, jak pisze, dlaczego pisze i tak dalej. Marku, prosimy. Panie Tomaszu, całkiem niedawno ukazała się pańska debiutancka książka zatytułowana „Zły świat”. Ale zanim porozmawiamy o książce, to porozmawiajmy najpierw o autorze. Proszę się przedstawić trochę naszym słuchaczom.
[16:41] - Tomasz Andrzejewski, mieszkam w Kutnie, mam 32 lata.
[16:44] - To tak bardzo lapidarnie. A coś więcej o sobie, o tym, jak pan doszedł do tego debiutanckiego tomu?
[16:52] - Droga była długa, zaczęła się w 2015. Zapisałem się na kurs internetowy pisania kreatywnego. Zacząłem od pierwszej książki. To był „Bunt”. Powieść fantasy, na którą niestety nie znalazłem wydawcy, ale podobało mi się pisanie i pisałem dalej.
[17:08] - A ja panu przerwę teraz na chwileczkę. Proszę o tym kursie kreatywnego pisania internetowego coś opowiedzieć.
[17:15] - Kurs był zorganizowany przez panią Beatę Wawryniuk, nazywał się Warsztaty Pisarza. Trwał osiem tygodni. Moim zdaniem zawsze warto takie kursy brać, bo zawsze człowiek się nauczy czegoś nowego, ale zawsze będzie jakiś start.
[17:28] - Rozumiem, ale czego się pan nauczył na kursie kreatywnego pisania? Bo dla wielu naszych słuchaczy to jest pewna terra incognita. Nie bardzo wiedzą, czego się mogą spodziewać. Czego się na kursie kreatywnego pisania mogą spodziewać?
[17:43] - Tego, jak planować fabułę, jak zbudować bohaterów, jak prowadzić akcję, jak tworzyć napięcia. To działa na tej zasadzie, że przysłano mi lekcje. Potem była praca domowa, którą musiałem odrobić i potem była oceniana. Na sam koniec tego kursu musiałem napisać opowiadanie bądź początek powieści, oni mi go oceniali.
[18:03] - Jak panu poszedł ten kurs, że tak zapytam? Już niech pan zdradzi tajemnicę.
[18:07] - Chwalili mnie generalnie.
[18:08] - Przerwałem panu, więc idźmy dalej. Skończył pan kurs kreatywnego pisania, napisał pan pierwszą powieść. I co dalej?
[18:15] - Potem były jeszcze trzy opowieści, których niestety też nie znalazłem wydawcy, w tym jedna dla dzieci napisana na konkurs Biedronki. Potem już
[18:26] - Poszło trochę lżej. Były warsztaty w Bibliotekarium wasze, w których brałem udział. Cztery opowiadania się ukazały: „Koniec”, „Syntetyczna dusza”, „W skórze bestii” i „Okno na świat”. I tam zgodnie z radą pańską napisałem dla was zbiór opowiadań.
[18:39] - Tak naprawdę dosyć lakonicznie przedstawił pan w sumie niedługą historię, bo jak dobrze liczę, to pięć lat pan się tak naprawdę na poważnie tym pisaniem zajmuje. Czy coś mi umknęło?
[18:51] - Tak, pięć lat.
[18:52] - Pięć lat to jest i dużo, i niedużo. Sporo pan w tym czasie napisał, ale ja pamiętam pańską osobę od pierwszego opowiadania, które się w ABW ukazało. Ono się co prawda nie znalazło w debiutanckim tomie, ale pana opowieści to takie opowieści nacechowane grozą. Nie zawsze wiadomo, skąd ta groza wychodzi z tych słów, a jednak ta groza jest. Ta pierwsza opowieść o tym mieście, które w pewnym momencie się odwraca. Wręcz takie bardzo plastyczne opowiadanie. Gdzieś nawet widziałem obraz podobny do tego, co pan opisał. Ale napisał pan to na tyle plastycznie, na tyle barwnie, że to po prostu się widziało. To tak podsumowując, skąd pan takie inspiracje do takich mrocznych obrazów bierze?
[19:37] - Głównie większość fabuł do książek i opowiadań wymyślam na spacerze z psem.
[19:43] - A długo te spacery trwają?
[19:45] - Tak codziennie na godzinę do parku. Tam jest spokój, cisza, dużo zieleni. Człowiek może rozwinąć wyobraźnię, spokojnie pomyśleć.
[19:53] - A proszę mi powiedzieć, kiedy pan tak idzie i wymyśla fabułę, to jak to mniej więcej wygląda? Od czego pan zaczyna? Załóżmy teraz siada pan i mówi sobie: „A teraz wymyślę sobie opowieść”. Od czego pan zaczyna? Ma pan jakiś zalążek, jakieś jądro krystalizacji do pomysłu, czy też to zupełnie inaczej wygląda?
[20:12] - Na przykład pomysł wyjściowy, czy ma być o człowieku, który jest ścigany, który ma odbyć jakąś wędrówkę, czy który na przykład jest zmuszony do pozostania w domu otoczony przez jakieś złe moce. To jest pomysł wyjściowy. Wokół tego potem trzeba zbudować fabułę, akcję.
[20:28] - No ale jak pan to robi? Wie pan, ja już teraz pana ciągnę za język, ale to ciekawe, o czym pan mówi. No i jak to się robi? No idzie pan ulicą i wie pan, to, co pan tutaj zarysował na początek, że ma być opowieść o człowieku ściganym. No jak pan kolejne klocki do tego dokłada? Tak przykładowo. Oczywiście nie róbmy całości, ale jaki kolejny klocek jest?
[20:46] - Ja mam taki sposób, że każde swoje opowiadanie, wszystko, co piszę, sobie próbuję wyobrazić jako film. Wyobrażam sobie postaci, scenografię, ujęcie kamery, niekiedy nawet muzykę i w ten sposób to działa.
[20:58] - No rozumiem, ale powiedzmy ten pana ścigany bohater — służmy się tym przykładem — musi być ścigany przez kogoś. Musi pan wymyśleć, kto go ściga, dlaczego go ściga i tak dalej. Czy jeszcze inaczej to bywa?
[21:13] - Przede wszystkim staram się, żeby to wszystko było możliwie oryginalne, na tyle, na ile moja wyobraźnia pozwala. Takie jest, czego wcześniej już nie widziałem.
[21:21] - Czyli nie kopiuje pan raczej tego, co już pan słyszał, widział. Aż się czasami prosi, żeby coś zapożyczyć. Pan raczej idzie w kierunku oryginalności.
[21:30] - Tak, a nawet jak coś zapożyczam, to staram się odpowiednio zmodyfikować, żeby posiadało własną tożsamość.
[21:36] - Ale ja jeszcze nie uzyskałem odpowiedzi na pytanie, skąd zainteresowania, bo większość pana opowiadań — zresztą tytuł tomu, o którym dzisiaj rozmawiamy, „Bibliotekarium” — to zły świat. Pana opowieści tak generalnie to są mroczne opowieści. Zarówno ta pierwsza, która dotarła do ABW, jak i kolejne, „Okno na świat” chociażby. To są wszystko takie mroczne, pełne takiej jakiejś wewnętrznej grozy opowiadania. Dlaczego takie zainteresowania? Bardzo się dobrze tego słucha, ale skąd właśnie takie zainteresowania? Czy też pan nie wie?
[22:12] - Po prostu lubię mroczne historie, lubię grozę. Pociąga mnie również fantastyka z tego powodu, że jestem ograniczony prawami fizyki, prawami przyrody. Mogę wszystko naginać, modyfikować, tworzyć postacie, które nie mogłyby istnieć, światy, które nie mogłyby istnieć i nikt nie będzie miał pretensji, że coś tam sfałszowałem.
[22:33] - Ja tak cały czas będę dopytywał, bo to mnie dosyć nurtuje. To jednak ta groza, ta mroczność tych opowieści to są jednak rzeczy, które dzisiaj nie są chętnie… One są chętnie czytane, ale nie cieszą się popularnością wśród piszących. Piszący raczej wolą jakieś fabuły, takie dosyć świetliste, jasne. U pana natomiast jest ta groza właściwie na okrągło. Pamiętam też tę opowieść, która się dzieje w jakimś takim magazynie.
[22:59] - „W skórze bestii” to było.
[23:00] - Tak jest. „W skórze bestii”. To wszystko jest nacechowane takim mrokiem, takim piętnem, które wręcz się fizycznie prawie wyczuwa, że jest groźnie w tych opowiadaniach, jest mroczno. Jest tak, że gdybym miał do wyboru, czy się przenieść do pańskiej historii, do wnętrza, to bym musiał dobrze przemyśleć, czy się odważę tam przenieść. Ten klimat właściwie każdej pana opowieści jest. Czy on jakoś tak wypływa? Sam pan nie wie dlaczego? Po prostu takie historie panu się rodzą, czy też jakieś jest jądro tego, że pan lubi takie historie?
[23:35] - Lubię. Tak, to prawda. Lubię mroczne historie. Taki już jestem, nic na to nie poradzę.
[23:40] - No i dobrze. Przypomnę tylko, że część z tych historii nasi słuchacze znajdą w tomie Tomasza Andrzejewskiego „Zły świat”. Tom został wydany przez Bibliotekarium. Ale ja będę jednak drążył ten temat. Posłużmy się jakimś przykładem. Niech pan sobie wybierze takie opowiadanie, jedno z tych, które pan by chciał. I proszę mi powiedzieć, jak pan się przygotowuje do napisania takiego opowiadania? Ja oczywiście wiem, że teraz już pan to zdradził, że jest pan na spacerze, rozmyśla pan o tym opowiadaniu długo. Dzięki temu te pańskie opowiadania są pełne szczegółów. Pan je po prostu wręcz widzi, tak jak pan to powiedział, widzi oczyma wyobraźni.
Ale te przygotowania mnie interesują. Czy pan, żeby sobie wymyśleć swój świat, sięga po lektury, po książki, po opowieści innych ludzi? Nie wiem, może wyrytuje pan coś? Pisarskiej, żeby pan zdradził, jak pan do tego się przygotowuje, do pisania?
[24:36] - Najczęściej to różne portale internetowe na temat realiów, które mnie interesują. Bardzo lubię czytać też książki popularnonaukowe o psychopatologiach, też mnie inspirują.
[24:47] - I rozumiem, że stamtąd się czerpie ta pańska mroczna wiedza czy mroczna atmosfera pańskich opowieści. A proszę mi powiedzieć w takim razie te pańskie opowiadania to oczywiście z racji tematyki, którą pan porusza, w sporej części fikcja literacka, ale bohaterowie są z krwi i kości. Czy pan sięga również do życia takiego, które nas otacza, do tych relacji pomiędzy ludźmi, które pan obserwuje? Czy też raczej pan tego unika? Woli pan to wymyśleć?
[25:18] - Odnośnie tej kwestii jedno z moich opowiadań „Sen życia” było zainspirowane historią samochodu Syren Sport. Mianowicie w latach 1957–1960 polscy inżynierowie opracowali i zbudowali samochód Syren Sport, który wyróżniał się wyjątkowo atrakcyjną linią nadwozia. Berolowskie władze tymczasem kazały go pociąć na źwiewki tylko dlatego, bo był zbyt ładny. I to mnie właśnie zainspirowało do napisania tego opowiadania, w którym mężczyzna troszczy się o kwiat w takiej ponurej, postapokaliptycznej przyszłości.
[25:54] - To jest chyba opowiadanie, które też w tomie, o którym rozmawiamy dzisiaj, się znajduje.
[25:58] - Tak, dokładnie.
[25:59] - Bardzo słuchaczom to polecam. Proszę mi jeszcze powiedzieć w takim razie, co pan teraz pisze?
[26:06] - Właśnie ukończyłem drugi tom opowiadań, wysłałem do wydawnictwa, czekam na odpowiedź. A teraz aktualnie piszę powieść. Pierwszą, mam nadzieję, którą mi się uda wydać: „Nie podchodź do światła”. To jest historia pewnego mężczyzny, który jest w dołku życiowym i wszystko mu się nie udaje i na skutek zbiegu okoliczności staje się właścicielem poradnika do magii światła, sztuki tajemnej, która pozwala przeobrażać światło w materii. Dzięki temu staje się bogaty i spełnia wszystkie swoje marzenia, ale jak się okazuje, wszystko to musi mieć swoją cenę. Ale więcej nie będę zdradzał.
[26:40] - To już pan zaintrygował przynajmniej mnie. Myślę, że słuchaczy również. To rozumiem w tej chwili wziął pan na warsztat i powstaje. A właśnie, najpierw by trzeba powiedzieć, jaka długa będzie ta książka, jaka duża, jaka obszerna.
[26:56] - Na razie mam około osiemdziesięciu tysięcy znaków. Jak będzie długa? Trudno powiedzieć. Ostatnie powieści, które pisałem, to było nieco ponad trzysta tysięcy znaków.
[27:06] - To już wiemy, jaką ma długość. A te osiemdziesiąt tysięcy znaków, ile czasu to panu zajęło?
[27:12] - Powiem tak, od dłuższego czasu staram się możliwie zwiększać liczbę pisania dziennie i teraz doszedłem do pięciu tysięcy znaków dziennie i udaje mi się utrzymać.
[27:22] - I to jest miód na moje serce, bo ja przez cały czas wyznaję zasadę, którą staram się zresztą naszym słuchaczom w ABW wpoić, że dobrze jest mieć takie samo zaparcie, jakim pan się wykazuje, że codziennie pisać określoną liczbę, żeby ta ilość znaków była stała. Czasami się pisze dłużej, czasami krócej, ale tak jak pan powiedział, pan doszedł do pięciu tysięcy znaków. Ja bym dla naszych słuchaczy nie stawiał poprzeczki tak wysoko. Niech to będzie nawet tysiąc znaków, ale niech będzie codziennie. Nie wiem, jeśli chodzi o to, to chyba się zgadzamy.
[27:54] - Zdecydowanie. Z czasem trzeba sobie zwiększać w miarę jak coraz sprawniej człowiekowi to idzie.
[28:00] - Proszę mi w takim razie powiedzieć, jest takie popularne, dosyć często używane hasło, że autor to jest wyobraźnia, ciężka praca, może czasami troszeczkę talentu jakiegoś takiego nie wiadomo skąd, ale który się po prostu w sobie ma. To także sporo lektur przeczytanych, bo to też mocno ugruntowuje takie pisarskie rzemiosło. A proszę mi powiedzieć trochę o swoich lekturach, bo już częściowo pan wspominał, ale niech pan powie jak najszerzej zarówno o tych książkach, które będziemy zaliczać do beletrystyki, opowiadania, powieści, ale też o tych książkach, które w jakiś sposób wspomniał pan o literaturze popularnonaukowej. Co pana w tej literaturze popularnonaukowej z kolei kręci?
[28:48] - Po prostu głód wiedzy. Człowiek chce wiedzieć więcej.
[28:52] - Okej, ale jaka tematyka bardziej? Czy pan bardziej w kierunku fizyki, astronomii, chemii? Tu można pewno wszystkie dziedziny wymieniać. Co pana najbardziej pasjonuje?
[29:01] - Psychiatria, psychopatologia, trochę teologia.
[29:04] - To rozumiem, jeśli chodzi o popularnonaukowe. A jeśli chodzi o literaturę, to co pan chętnie czytuje? Co pana zafascynowało w literackim świecie? Może jaki autor jest dla pana wzorem? To już niech pan sam zdecyduje.
[29:16] - Wzorem? Może Herbert George Wells, pierwszy taki pisarz science fiction z prawdziwego zdarzenia.
[29:22] - I jakieś konkretne utwory szczególnie pana jakoś ujęły, fascynują?
[29:27] - „Wychychuł czasu” to była nowela i powieść „Wojna światów”.
[29:31] - Rozumiem, czyli tak klasycznie pan do tego podchodzi. Zawsze można zadać proste pytanie. Czasami niektórzy uważają, że jest zbyt proste, ale ja je zadam. A dlaczego akurat te?
[29:42] - Bo to był w zasadzie początek science fiction. Chyba George Wells jako pierwszy zaczął sobie wyobrażać, jaki świat może być w odległej przyszłości. Był wizjonerem, wyprzedzał swoje czasy.
[29:54] - No tak, ale zgodzi się pan chyba, że poza tym, że sobie wyobrażał, to on miał jeszcze jedną ważną cechę, bo pewno przed nim było sporo ludzi, którzy sobie różne rzeczy ci ludzie sobie wyobrażali, nawet czasami to zapisywali. Ale Herbert George Wells miał jedną niezaprzeczalną, mocną cechę. Otóż on po prostu był pisarzem. On umiał to napisać. Nie tylko sobie to wyobrażał, ale potrafił też zaczarować to w akcję, w określone takie meandry fabuły, wrzucić to wszystko, co chciał przekazać. I to przynajmniej z mojej strony jest fascynujące. A dla pana z kolei?
[30:30] - Mnie fascynowało to, że wyobrażał sobie nowoczesne technologie. Często przewidywał przyszłość, wyobrażał sobie na przykład lasery w „Wojnie światów”, gazy bojowe też były w „Wojnie światów”, maszyny krojące.
[30:44] - Ktoś by mógł tak słuchając naszej rozmowy mówić: „No tak, ale czym tu się fascyn- Zauważyć. Ja nawet nie jestem zdziwiony tym, że pana Herbert George Wells tak bardzo zafascynował, bo u Herberta George'a Wellsa, chociażby w tych książkach, które pan wymienił, czy to w „Wojnie światów”, czy w „Wehikule czasu” też ta mroczna atmosfera się pojawia. Przecież Morlockowie to wręcz studium tej mroczności. Jeśli chodzi z kolei o „Wojnę światów”, przybysze z Marsa, to też nie są fajni goście, to wręcz przeciwnie, właśnie jakieś takie studium nie tylko agresji, ale również tego, dokąd zmierza cywilizacja. To jesteśmy my, ludzie, tylko za wiele tysięcy lat. Ten motyw zarówno w „Wojnie światów” jest dosyć charakterystyczny dla tej książki, jak i dla „Wehikułu czasu”. Dlatego to panu tak podeszło?
[31:41] - Może tak. Może też dlatego, że po prostu były świetnie napisane, wciągały.
[31:45] - Mamy Herberta George'a Wellsa. Co jeszcze? Co jeszcze z literatury może stanowić jakiś wzór dla pana? Albo inaczej, nie skupiajmy się na tym, co może stanowić wzór, raczej co panu się po prostu podobało.
[31:57] - Baśnie Braci Grimm uwielbiam i to takie w oryginalnych, mrocznych, brutalnych wersjach, a nie w wersjach dla dzieci. To też bardzo mnie inspirują.
[32:06] - Co jeszcze? Będę pana ciągnął za język, ale jeszcze chciałbym poznać lektury.
[32:10] - W dzieciństwie szczególnie przeżywałem fascynację mitologią grecką. Niedawno przeczytałem powieść Richarda Adamsa „Wodnikowe wzgórze”.
[32:18] - Myślę, że tu może pan zdradzić troszeczkę z treści, kto jest bohaterem tej powieści?
[32:23] - Króliki, po prostu króliki.
[32:24] - Właśnie.
[32:25] - Z tym że książka nie jest dla dzieci. Poważna, brutalna, porusza ważne tematy.
[32:30] - Bo te króliki to tak naprawdę przecież ludzie. Tak naprawdę każda książka jest o ludziach.
[32:35] - Porusza też tematy systemów totalitarnych, dyktatury, niewolnictwa.
[32:40] - To ostatnia lektura, ale ja dalej będę. Wie pan, ja jestem niestrudzony w męczeniu autorów. Proszę się jeszcze lekturami podzielić. Muszę przyznać, że to, co pan mówi, to miód na moje serce. To są wszystko tytuły, które lubię i bardzo cenię.
[32:54] - Sapkowskiego też lubię, jego sagę o Wiedźminie. Chyba wszyscy lubią.
[32:58] - A od czego pan zaczął?
[33:00] - Od „Ostatniego życzenia”, tak jak je napisał Sapkowski, od opowiadań, a skończyłem na „Sezonie burz”.
[33:04] - To już nie męczę, jeśli chodzi o pytania o lekturę, ale chciałbym jeszcze zapytać o plany. To znaczy pan już częściowo je zdradził. Powiedział pan, co pan pisze w tej chwili, powiedział pan o zbiorze opowiadań, ale ja bym chciał zapytać o takie plany jeszcze dalsze. Nie to, co teraz, na co pan czeka, tylko jaka jest pana wymarzona czy to powieść, czy opowiadanie. Co jest pana takim złotym Graalem pisarskim? Co by pan chciał kiedyś napisać, o czym pan sobie gdzieś tam skrycie marzy, że kiedyś, jak będę miał więcej czasu, więcej pomysłów, to napiszę i gdzieś tam od czasu do czasu przemyśli pan sobie jakiś kawałek czegoś, co pan napisze w przyszłości. Jest taka książka, o której pan marzy? Pańska książka?
[33:49] - W zasadzie mam aż dwa projekty w planach, z grubsza opracowane. Pierwszy to jest powieść przygodowa fantasy pod tytułem „Władcy lasu”. To jest powieść przygodowa fantasy napisana z perspektywy wilka, jest trochę zainspirowana właśnie „Wodnikowym wzgórzem” Richarda Adamsa, ale mam też kilka pomysłów, żeby posiadała własną tożsamość, żeby była trochę wyraźnie inna, żeby nie była jakąś podróbką. A druga, drugiej powieści to właśnie ten wspomniany przez pana święty Graal, na której mi najbardziej zależy. To powieść „Byłem złym człowiekiem”. To jest powieść dark fantasy. To jest wyobrażenie życia pogrzebowego, bardzo ponurego, w którym ludzie bardzo cierpią psychicznie. To jest zainspirowane obrazami Zdzisława Beksińskiego.
[34:36] - Beksiński, a to cały wszechświat takiej grozy. I znowu jesteśmy w tych klimatach, czyli w takich klimatach mrocznych. Dalej będzie mrocznie rozumiem?
[34:46] - No lubię mrok. Taki jestem, nic nie poradzę.
[34:49] - Autorzy nie lubią takich pytań, ale gdyby pan miał polecić swoją książkę, książkę „Zły świat”, zbiór opowiadań, załóżmy, że mówi pan w tej chwili do kolegów, do ludzi, którym bardzo chciałby pan swoją książkę polecić. To jak by pan to zrobił? Powiedziałby pan, że czytajcie, ale jakieś argumenty żeby pan dał.
[35:07] - To jest powieść mroczna, poważna i mam nadzieję dojrzała, że to zbiór opowiadań taki jest, takie ma klimaty.
[35:15] - A nie powiedział pan czegoś, co ja czekałem, że pan powie i po prostu dobrze napisana. Nie chciał się pan chwalić. Rozumiem.
[35:21] - To byłoby trochę narcystyczne z mojej strony.
[35:23] - No tak, ale wie pan, czasami i pochwalić się trzeba, bo przecież pamiętam, kiedy książka była na etapie redakcji i wymieniał się pan mailami z redaktorką. Przypomnę, że redaktorką pana książki była Marta Sobiecka. Ona wspomina, że się dobrze współpracowało, że z jednej strony był pan autorem, który przyjmował sugestie, podchodził do nich w jakiś taki sposób, który redaktorzy lubią. Czyli z jednej strony brał pan do siebie te sugestie, ale nie na zasadzie takiej, że wszystko tak, jak redaktor proponuje, tylko czasami miał pan jakieś wątpliwości. To chyba dobrze, jak redaktorzy chwalą ten etap współpracy, to tylko cieszyć się trzeba moim zdaniem.
[36:05] - Też się cieszę. Też mi się świetnie pracowało z panią Martą.
[36:08] - Proszę mi jeszcze w takim razie powiedzieć. Wspomniał pan o kolejnym tomie, który leży w wydawnictwie. Zresztą tu na okładce książki jest też taki fragment, że zbiór opowiadań „Zły świat” to jest w ogóle debiut literacki, ale autor zapowiada, że to nie jest jego ostatnie słowo. Proszę o tym nowym tomie coś powiedzieć. Oczywiście nie zdradzając fabuły, bo to nie byłby najlepszy pomysł, ale czy to jest kontynuacja „Złego świata” w sensie tematyki, nastroju, czy też będzie czytelnik mógł spodziewać się czegoś innego? Troszkę o tym tomie, jakby pan zechciał.
[36:44] - To jest też w tych klimatach trochę mrocznej fantasy, trochę postapo, trochę horroru. Też pod względem klimatycznym podobnym, ale historie oczywiście starałem się napisać, żeby nie były jakimiś tam podróbkami.
[36:58] - Jakiej literatury pan nie lubi?
[37:00] - Czy ja wiem? Trudno powiedzieć w sumie. Nie lubię książek napisanych trudnym językiem, takim akademickim, bezpłciowym.
[37:09] - A właśnie!
[37:10] - Który się ciężko czyta.
[37:11] - To jest właśnie ciekawe, co pan powiedział. Troszkę na to czekałem, mówiąc szczerze. Właśnie, kwestia języka. Z pana opowieści, tych, które mogą czytelnicy poznać i które mogli poznać na antenie ABW, płynie pewien wniosek, moim zdaniem dosyć ważny. Pan na pewnym momencie nawet powiedział, że język nie może być bezpłciowy, nijaki, napakowany czymś sztucznym. A jaki powinien być język?
[37:36] - Żywy, pełen emocji.
[37:38] - Tylko czasami z tym językiem pełnym emocji jest tak, że można troszeczkę przesadzić, prawda? I to jest kolejne pytanie: jak pan poprawia swoje opowiadania? Tak z kuchni pisarskiej chciałbym, żeby pan coś zdradził. Napisał pan tekst, załóżmy. Napisał pan tekst i wtedy go pan poprawia, czy też poprawia pan go w trakcie? Jak pisze Tomasz Andrzejewski?
[37:58] - Te swoje ostatnie opowiadania pisałem w ten sposób, że najpierw pisałem jedno opowiadanie, potem je sprawdzałem, brałem się za drugie i kiedy skończyłem wszystkie opowiadania, to jeszcze raz przejrzałem się, przeczytałem i poprawiałem.
[38:10] - A proszę mi powiedzieć, to poprawianie: mocno pan kreśli swoje pierwotne teksty, czy jak to wygląda?
[38:15] - Czy mocno modyfikuję?
[38:17] - Tak. Czy pan mocno kreśli? Tak powiedziałem skrótem, ale rzeczywiście, na ile te modyfikacje wprowadzane w drugiej części pracy nad opowiadaniem są znaczące?
[38:29] - Bardziej techniczne.
[38:30] - Wykreśla pan jakieś fragmenty, czy też raczej stara się pan tego unikać?
[38:34] - Zdarza się, że wykreślam niektóre całe akapity, jeśli uważam, że nic nie wnoszą do historii.
[38:39] - Mhm.
[38:39] - Są takim sztucznym wypełniaczem. Czasami jest to bolesne, ale konieczne.
[38:43] - Co by pan chciał jako pisarz, jako człowiek, który ma debiut za sobą, ten naprawdę już taki książkowy debiut, co by pan chciał powiedzieć innym piszącym? Takim, którzy ten debiut mają dopiero przed sobą.
[38:57] - Żeby się nie poddawać. Jak z jedną książką nie wyszło, to trzeba spróbować drugą. Ja, jak już mówiłem, dopiero piąta moja książka znalazła wydawcę.
[39:05] - A jak to jest z tymi starymi książkami? Czy pan je odkłada na półkę, do kosza, czy też będzie pan nad nimi pracował, poprawiał?
[39:14] - Czasami zapożyczam motywy z tych książek, które nie znalazły wydawcy. Jedną z nich mam zamiar zacząć od początku. Ten bunt.
[39:25] - Przyznam się panu szczerze, kiedy czytałem pańskie opowiadania tak sukcesywnie jeszcze do ABW, to ja miałem takie wrażenie, nie bez przyczyny wcześniej nawiązywałem do obrazów, że pewne sceny z pana twórczości z obrazami mi się kojarzyły, ale też przynajmniej część z tych opowiadań w jakiś sposób uznawałem za bardzo filmowe. Czy pan jest fascynatem kina? Czy pan lubi kino? Bo powiem szczerze, strzelam w ciemno. Nie wiem nic na ten temat. Natomiast kiedy się czyta pańskie opowieści, to one są takie filmowe bardzo. Jak tam jest u pana z kinem?
[39:58] - Interesuję się kinematografią. Trochę się zresztą uczyłem kwestii, na przykład jak budować postacie, z filmików na YouTubie o kinematografii. No jest fascynacja. Lubię też nie tylko do kina chodzić na wielkie premiery, ale też czasami sobie poszukać w internecie, w zakamarkach internetowych zapomnianych perełek.
[40:18] - Niech pan coś powie o tych zapomnianych perełkach i o takim kinie, które pan lubi.
[40:22] - Nocne, brutalne lubię. Lubię animacje dla dorosłych.
[40:27] - A gdybyśmy mieli powiedzieć o tytułach?
[40:29] - Na przykład jakiś czas temu widziałem świetny niemiecki, szerzej nieznany film animowany „Felidae”. Polecam poszukać w zakamarkach internetu i obejrzeć. To jest świetny film animowany z perspektywy kota nakręcony. Chyba najbardziej fascynują mnie, inspirują filmy animowane.
[40:48] - Idźmy tą drogą. W takim razie to jeszcze niech pan sypnie troszeczkę tytułami.
[40:53] - Też na przykład animowany film „Lily the Cat”, japoński, też szerzej nieznany. Rock and roll, animacja. No i tyle.
[41:02] - Czy wśród pytań, które panu zadałem w czasie naszej rozmowy, zabrakło jakiegoś pytania?
[41:08] - Nie, chyba nic mam do dodania.
[41:10] - Dziękuję panu bardzo za naszą rozmowę.
[41:12] - Dziękuję. Do usłyszenia.
[41:18] - Tak, to teraz ja. Ktoś tu w czasie odtwarzania wywiadu, Alt Green napisał, że trochę oszczędny w słowach ten autor. No tak, rzeczywiście tak, ale wystarczy porównać z tym, jak autor pisze, żeby wysnuć wniosek, że czasami po prostu ludzie, którzy świetnie piszą, są po prostu skromni i jakoś tak błysk fleszy, może nie przesadzajmy, ale sam wywiad nie jest dla nich specjalnie atrakcyjny. Dzielą się swoją prywatnością, kawałkiem siebie. To wcale nie musi oznaczać, nie musi być wcale atrakcyjne dla autora. Być może ten autor woli pokazać siebie przez pryzmat utworów, które pisze. Ale przyznacie państwo, że pomimo oszczędności słów pana Tomasza, jednak sporo ciekawych wątków się pojawiło. Wiktorze, ty słuchałeś tego wywiadu po raz pierwszy, to ty będziesz miał świeże spojrzenie.
[42:30] - Ja na pewno z chęcią skomentuję ten wywiad, bo usłyszałem w nim kilka bardzo ważnych kwestii. Otóż pan Tomasz Andrzejewski podkreślił coś, co bardzo często próbujemy sprzedać w ABW, ale nigdy, że tak powiem, nie stawialiśmy tej kwestii na tyle stale jako jednej z najważniejszych z cech pisarskich U każdego początkującego autora. Otóż umiejętność zauważania we własnym tekście rzeczy zbędnych, czyli tak jak autor powiedział, jakichś kwestii niewnoszących niczego do fabuły, które należy zwyczajnie wykreślać, wyrzucać. Bardzo często, ale to nawet dojrzałych pisarzy dotyczy, to jest zachwycenie się swoim własnym słowem, poczuć czystością, płynnością. Pisarze bardzo często nie czytają swojego tekstu, tylko w myślach odtwarzają obraz, który jest zapisany. Natomiast trzeba umieć czytać swój tekst dosyć ozięble, dosyć oschle, w taki sposób, jak chirurg patrzy na organizm. Rzecz zbędna do wycięcia , ten wyrostek robaczkowy, choć dzisiaj to już, tak się okazuje, nie zawsze jest potrzebne. Ale umiejętność dostrzegania w swoich tekstach rzeczy zbędnych, które do fabuły niczego nie wnoszą, to powinna być cecha każdego pisarza. Nie przeskoczy tego nikt, kto tej umiejętności nie zdobędzie. To jest na pewno uwaga bardzo ważna.
Natomiast jeszcze z samego początku tego wywiadu, Marku, na twoje pytanie: „Jaką literaturę? Dlaczego?” Otóż stwierdził, że dlaczego fantasy, dlaczego niesamowite opowieści, dlaczego horror, dlaczego fantastyka. Otóż jest coś takiego, że są ludzie, też do nich należę, którzy niespecjalnie lubią prozę realistyczną. To znaczy trzeba umieć pisać realistycznie, ale we własnym, że tak powiem, wszechświecie. W tym uniwersum, jak to się dzisiaj chętnie mówi, w komputerach używa. To znaczy tworzę własne uniwersum, które na mój użytek jest bardzo realistyczne. Muszę być bezwzględnie konkretny. Natomiast jest to uniwersum elastyczne wobec normalnej rzeczywistości, która nas otacza, czyli ta elastyczność pozwalająca mi pisać, budować klimat, budować świat trochę dowolny, taki, jaki mi przychodzi do głowy. Taką wirtualną rzeczywistość moją własną. Ale ona znowu, żeby miała ręce i nogi, musi być napisana w ramach tej wyjątkowości bardzo realistyczna.
Jeżeli taka nie jest, przestaje być to wiarygodna literatura. Zwróćcie uwagę, to jest właśnie zaleta niezbyt przeze mnie lubianego pisarza, ale docenianego, czyli Stephena Kinga, który po prostu, jeśli tworzy pewną rzeczywistość, to dba o to, żeby ona, chociaż wymyślona, była totalnie realistyczna w ramach własnych, które tworzy. W tym momencie on jest rzeczywiście mistrzem. Mógłby tworzyć według mnie trochę inne rzeczywistości, ale takie, które tworzy, skoro mają klientów, to świetnie, bo są przynajmniej naprawdę pikielnie dobrze skonstruowane. To jest cecha wszystkich pisarzy dobrych, bo tych, którzy potoczyście snują akcję, snują jakąś swoją wizję bez tej bieżącej dyscypliny, to jest mnóstwo, ale to jest marne dosyć.
[48:00] - Ja powiem tak, Wiktorze. Ja przez długi czas nie byłem zwolennikiem grozy, czy też horroru, jak się dawniej mówiło. Chociaż to chyba mało precyzyjne określenie w tej chwili, więc groza będzie lepsza. Dlaczego? Bo gdzieś wyrosłem z tradycji opowieści grozy, która się narodziła tak naprawdę w XIX wieku. Wtedy pisano zupełnie inaczej i te opowieści grozy chyba gdzieś sięgają Edgara Allana Poe czy później, już w XX wieku, Grabowskiego. Pomimo doceniania ich literackich wartości, to ja miałem cały czas wrażenie, że to jest jednak długie, rozwleczone, akcja mało idzie do przodu i może to jest wielka literatura, ale troszeczkę tak jak u Gombrowicza. Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca? Więc mnie słabo zachwycały opowieści grozy. Kiedy zetknąłem się z Kingiem, troszeczkę zmieniłem zdanie, bo rzeczywiście to, o czym ty powiedziałeś, czyli nadanie pewnego realizmu sytuacji, nie poetyzowanie, nie uciekanie się do przenośni czy do mniej lub bardziej karkołomnych porównań i tak dalej, takie odloty poetyckie, tylko właśnie pewien realizm.
To King robi dobrze. Jedni go uważają za wielkiego pisarza i mistrza, drudzy za znakomitego rzemieślnika. Ja tak do końca sam nie wiem. Raz uważam tak, raz inaczej. Natomiast pewnej wielkości trudno mu odmówić. Dlaczego o tym mówię? Kiedy nadeszła propozycja wydawnicza od Tomasza Andrzejewskiego, podchodziłem do tego zbiorku jak do jeża. Cholera, groza. Znałem autora, więc z szacunkiem, ale nie byłem przekonany, że to autorowi wyjdzie jako tomik. Oczywiście ta opowieść musi mieć happy end, skoro się książka ukazała.
Doznałem pozytywnego rozczarowania. W każdym razie uradowało mnie to, że poszczególne opowiadania napisane są niezwykle sprawnie. Napisane są współczesnym, dobrym językiem, bardzo komunikatywnym. Zwróćcie państwo uwagę. Autor, który tak świetnie pisze. Czytam tutaj na czacie, że ewidentnie odebrano autora jako człowieka albo nieśmiałego, albo takiego, który jest w jakiś sposób trochę onieśmielony całą sytuacją, że nagle udziela wywiadu. To sympatyczne niezwykle. Art Green pisze jeszcze o tym, że wypowiedź autora Tomasza Andrzejewskiego dodaje otuchy jemu jako autorowi do pisania. Skoro się udało Tomaszowi Andrzejewskiemu, dlaczego nie ma się udać innym? Myślę, że to też jest ważna nauka.
Ten upór, który pokazuje nasz autor, który mówi, że dopiero któryś tam z kolei utwór znalazł wydawcę, że jeśli ktoś pisze i poddaje się po pierwszym niepowodzeniu, to może niepotrzebnie zaczynał pisać. Tak rzecz wygląda. Ja jestem, nie ukrywam, jako zainteresowana osoba, jako człowiek, który po części zdecydował o tym, że tomik „Zły świat” się ukazał. Na pewno jestem nieobiektywny, ale muszę powiedzieć, że te opowiadania to jest zaledwie osiem tekstów, proszę państwa. Dwa z nich zresztą dzisiaj zaprezentujemy. Za chwileczkę zaprezentujemy pierwsze opowiadanie, króciutkie, zatytułowane „Kochany mąż”. A po tym, jak się już pożegnamy, zaprosimy państwa na dłuższy seans, trzydziestominutowe opowiadanie „Krew na śniegu”. W każdym razie wracając, to jest osiem tekstów, ale przenosi nas te osiem tekstów w różne światy. Wszystkie, tak jak podkreślał autor, nacechowane w sposób mroczny, ale to są światy tak niezwykle różne, czasami zadziwiające, a czasami w gruncie rzeczy poetyckie. Ta opowieść, o której wspomniał Tomasz Andrzejewski w wywiadzie, zainspirowana „Syreną” Sport.
Co może się wydawać dziwne, bo nagle się przenosimy do świata postapo, w którym kwiatek, kwiat w ruinach staje się czymś niezwykle ważnym. I oczywiście można to czytać tak, że to chodzi o kwiatek. To pozdrowienia dla tej osoby, która niezwykle rajcowała się tym, że w pewnym momencie użyłem słowa o układaniu klocków i wyciągnęła sobie dalsze wnioski odnośnie gdzie się klocki stawia i tak dalej. To rzeczywiście bardzo pouczające było dla mnie i bardzo subtelne i zafascynowało mnie po prostu. Natomiast można się tym fascynować, a można się fascynować tym, że autor używa ten kwiatek, te ruiny, to w gruncie rzeczy jest taka daleko idąca przenośnia pokazująca nam właściwie, jacy jesteśmy albo jacy możemy być. Że czasami widzimy siebie inaczej, a tak naprawdę jesteśmy inni. Trochę się zaplątałem w słowa, może znajdę lepsze do opisania tej sytuacji. W każdym razie poezja, tu cudzysłów dajmy, ta poezja w opowiadaniu, pewien nastrój w opowiadaniu nie polega na tym, żeby pisać długie, rozwlekłe zdania i dużo przymiotników i fascynować się, jakie wszystko jest piękne, cudowne albo jakie straszne. Nie. Ta poezja w przypadku przynajmniej Tomasza Andrzejewskiego wynika z tekstu, który nie jest napakowany ozdobnikami.
To jest prosty, czasami nawet bardzo prosty tekst. ... którego wypadkowa, odkładamy dane opowiadanie i mówimy sobie: „Kurczę, ale on to wymyślił.” Absolutnie skończona rzecz. Super! Myślę, że każdemu należałoby życzyć takiego debiutu, bo naprawdę to jest osiem niezwykłych podróży do niezwykłych światów. Tak bym sobie to podsumował. Teraz ty, Wiktorze.
[55:45] - Wiesz, ja tutaj mam taką uwagę drobną, że Marku, te twoje zastrzeżenia, które zgłosiłeś, że kiedyś nie za bardzo chętnie podchodziłeś do literatury grozy, to jest pewna pomyłka w myśleniu. Chyba również twoja i również moja. My mamy podobne rodowody. Myśmy dosyć szybko, że tak powiem, w dziecięcych latach przeskoczyli do science fiction, czyli do tej XX-wiecznej bajki. Natomiast jak sobie uświadomimy, że cała literatura, na której żeśmy się ukształtowali jako ludzie, czyli mitologia, bajki, baśnie, które żeśmy czytali jako dzieci, to są historie właśnie niesamowite, w większości historie grozy. Za przeproszeniem, w naszej kulturze bardzo łatwo się, w polskiej przynajmniej, odbiera bajkę o Czerwonym Kapturku, ale przecież Japończycy czy ktokolwiek inny z Dalekiego Wschodu mógłby ją powiać grozą. Przecież to jest straszne. Mała dziewczynka ślicznie ubrana, babcia pożarta przez wilka, wilk próbujący pożreć Czerwonego Kapturka. Przecież to jest totalny horror, totalna groza, Marku. To wcale nie jest sympatyczne.
Bardzo mi się też podobało, że autor przypomniał nam baśnie braci Grimm, które są w tej wersji oryginalnej. To są groźne rzeczy. Wszystkie opowieści, które kiedyś snuli ludzie, opowiadacze przed tym, zanim literatura pisana się pojawiła, to były historie grozy o strzygach, wilkołakach, o topielach, o tym, co się dzieje pod ziemią albo nad ziemią, gdziekolwiek. To były rzeczy niesamowite. My przeskoczyliśmy do tej science fiction, zaczęliśmy ją lubić i lubimy ją do dzisiaj z tym żyjemy. Należymy wszyscy do literatury magicznej, bo magiczna literatura, mistyczna różni się od literatury realistycznej w sposób bardzo mocny. Takie opowieści o tym, bardzo niesamowite, wspaniałe zresztą książki współczesne, na przykład o tym, kto, w kim, gdzie, kiedy, jak i tak dalej. Też na pograniczu kryminałów, sensacyjnej historii. To są świetne historie, ale jeśli dla mnie nie mają tego elementu, czyli punktu odniesienia do rzeczy, których nie wiemy, do świata, który istnieje poza tym światem, którym istniejemy, to mnie jakoś za bardzo nie interesuje. I tutaj rozumiem autora, dlaczego uprawia taką, przynajmniej w tą stronę wyrusza, w tą podróż, w swoją przygodę z literaturą w tym kierunku.
I to jest kierunek, który też bym wybrał, gdybym zaczynał.
[59:54] - A ja z kolei zwrócę uwagę na inny fragment rozmowy, którą przeprowadziłem z autorem, kiedy on wspomina o swojej fascynacji mitologią grecką konkretnie. Otóż ja w swoim czasie w jednej z audycji mówiłem o tym, jak to opowieść Silverberga „Człowiek w labiryncie” odwołuje się do pewnej konkretnej starożytnej opowieści, takiej opowieści mitycznej. Właściwie czerpie z niej garściami, a tak naprawdę transformuje ten odległy mit. Myślę, że to, co powiedział autor, jest bardzo ważne. Znajomość mitologii w naszym kręgu kulturowym, oczywiście greckiej przede wszystkim, ale nie zaszkodzi również poznać się ze schematami mitycznymi z innych kultur. One są dostępne w postaci opracowań dotyczących mitologii różnych krajów, różnych kręgów kulturowych. To znajomość mitologii, zostańmy przy mitologii greckiej, sprawia, że człowiek inaczej patrzy na świat. Wiem, że w tej chwili ktoś powie: „Ale Żelkowski, co ty opowiadasz? Przecież to są takie bajki, które gdzieś w starożytnej Grecji powstały i teraz my się o nich musimy w szkole uczyć. I w ogóle dręczą nas nauczyciele, bo odpytują od takiego herosa czy innego.
O czym w ogóle mowa?” Nie, to troszeczkę inaczej wygląda. My sobie czasami nawet nie zdajemy sprawy, a jeśli sobie zdajemy sprawę, to tym lepiej, ale czasami sobie nawet nie zdajemy sprawy, że w naszych codziennych opowieściach, ba! W powieściach współczesnych bardzo często stosowany jest schemat. Ten sam schemat, który stosowany był trzy tysiące lat temu w starożytnej Grecji. Te same mechanizmy relacji międzyludzkich, rozwiązywania konfliktów, zawierania sojuszy i tak dalej. Czerpał z mitologii greckiej garściami, znaczy może nie garściami. Inspiracji szukał w mitologii greckiej Szekspir. Oczywiście jego historie, w większości przynajmniej, rozgrywały się w czasach jemu bliższych niż starożytna Grecja. Niemniej jednak ten schemat dramaturgiczny stamtąd właśnie był wzięty. Wielu współczesnych pisarzy posługuje się tym schematem starogreckim.
Dzisiaj to już się nawet posługuje schematem szekspirowskim. Bardzo wiele powieści SF powstało właśnie na schemacie, na osi opowieści szekspirowskich. Posługiwał się tym schematem chociażby Frederick Pohl i warto do jego powieści sięgnąć. O ile dobrze pamiętam, jest taka powieść „Kupcy wenusjańscy”. To jest nawiązanie do pewnej znanej opowieści szekspirowskiej. I tak dalej. Bardzo mnie to ujęło, że autor podkreślał tę fascynację mitologią, bo my wszyscy piszący z tej mitologii jesteśmy. Bardzo często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Właściwie niekonieczne jest to, żebyśmy sobie z tego sprawę zdawali, ale warto tę mitologię znać, bo ona inaczej porządkuje to, co myślimy i w jaki sposób myślimy. To początek, a później, w jaki sposób układamy fabułę i jakie rozwiązania znajdujemy.
Bo co by nie powiedzieć-
[01:03:50] - Marku.
[01:03:51] - Tak? Tak.
[01:03:55] - Świetna anegdota mi się skojarzyła. Otóż to nie tylko schematy, Marku, ale również pewne punkty odniesień współczesnej literatury, nawet filmu, czegokolwiek, nie można bez mitologii greckiej właściwie odbierać. Takie punkty odniesienia jak pięta Achillesa, kompleks Edypa, że tak powiem, czy coś. To wszystko jest wyciągnięte z bajek greckich przecież. Natomiast ja przypominam sobie, jak kiedyś toczyliśmy na boisku z przyjaciółmi, moimi studentami i tak dalej. Potężny mecz był. W czasie przerwy wszyscy, że tak powiem, popijamy jakieś drinki. Dwie drużyny razem, bo to przyjaciele. Ale w tej drużynie, w której ja grałem, mieliśmy problem. Otóż tamci przeciwnicy mieli takiego napastnika, którego nie mogliśmy utrzymać.
Cholernie szybki był i to był taki osiłek. Rozmawiamy sobie z moim przyjacielem obrońcą i on jest przy nas. Popija sobie też tam jakiegoś akurat rekreacyjnego napoju. Ja patrzę na mojego obrońcę, na mojego kolegę i mówię do niego: „Wiesz co? Będę Scylla.” On się tak na mnie patrzy. Przez chwilę miał mnie zdziwiony. „Dobra, a ja będę Charybda.” Tak żeśmy sobie powiedzieli. No dobrze. I wyszliśmy na boisko. Ten napastnik był też inteligentny, ale nie skojarzył tego, co myśmy powiedzieli.
Przy pierwszym jego wypadzie, jak żeśmy go wzięli w kleszcze, to chłopak dopiero później po meczu mówił: „Do diabła! Ja za późno zorientowałem się, na co wyście się umówili.” Że my go weźmiemy na Scyllę i Charybdę po prostu. Wzięliśmy go w takie kleszcze, przy których prawie go na noszach musieli znieść. A to wszystko są opowieści, mitologie greckie, bo właściwie nie ma we współczesnej europejskiej literaturze czegokolwiek, co się w jakiś sposób nie odnosi do tej mitologii. Tutaj to, że autor to podkreślił, że to są jego jakieś wzory. A jeszcze zwrócę uwagę, że troszkę jest bardzo różnie z mitologiami egzotycznymi. One są bardzo często artystyczne, a może ich kręgosłupy już zginęły w mrokach historii. Natomiast mitologia grecka ma żelazną konstrukcję. Tam jest wszystko logiczne. Jedno z siebie wynika.
Nie ma rzeczy nielogicznych, nieprecyzyjnych, niedogranych. że tak powiem, tylko artystycznie namalowanych. Nie, to jest po prostu żelazna konstrukcja i dlatego warto z niej wychodząc dotrzeć do samego siebie, do tego, że przeanalizują to wszystko.
[01:07:49] - Jeszcze jest jedna ważna rzecz, jeśli już nawiązujemy do mitologii greckiej szczególnie. Otóż nie wiem, jak to Grecy robili. Być może chodzi o to, że oni po prostu byli świetnymi obserwatorami, ale psychologia, która jest widoczna w ich opowieściach mitologicznych, jest ewidentna. Znaczy ona jest tak twarda i potwierdzona przez współczesną już naukową psychologię, że właściwie nie ma co komentować. Oni po prostu świetnie obserwowali, jak zachowują się ludzie, jak rodzą się pomiędzy nimi relacje, jak to wszystko wygląda. I to jest moim zdaniem świetna baza do współczesnej literatury. Dlatego tak podkreślam. I dlatego tak mnie ucieszyło to, że nasz dzisiejszy autor tak podkreślał swój kontakt, swoją fascynację mitami. Ale my tak gadu gadu opowiadamy dużo o autorze. Autor też trochę powiedział.
To jest chyba dobry czas, żebyśmy posłuchali jednego z opowiadań zawartego, które się pojawia w tomie „Zły świat”. Co chciałbym jeszcze powiedzieć państwu o prozie Tomasza Andrzejewskiego? Poza tymi wszystkimi pochwałami dotyczącymi dobrych obserwacji psychologicznych, bo to w gruncie rzeczy do tego się sprowadza. Mnie w tomie, już o tym wspominałem, o tej podróży do ośmiu różnych światów. Bo właśnie ta różnorodność fascynuje. Bo to tak łatwo podsumować: groza, groza, jest mroczno i tak dalej. Słowo „mrok” pojawiało się w wywiadzie bardzo często i przeze mnie, i przez autora było używane. Natomiast warto sobie uświadomić, że autor zabiera nas w podróż niezwykle różnorodną. Jeżeli spodziewacie się państwo, że to będzie mroczność, mroczność i tylko mroczność i zawsze będzie tak samo, to nie. To jest pomyłka.
To są tak różne światy. Tak jak wspomniałem, w „Skórze bestii” mamy właściwie opowiadanie akcji z pewnej specyficznej perspektywy, ale jednak opowiadanie akcji. To opowiadanie o kwiatku w ruinach, takim skrótem się posłużę, ono jest w jakiś tam sposób melancholijne. To naprawdę jest osiem różnych światów, w które zabiera nas autor. I to jest naprawdę rzecz fascynująca. Chociażby z tego względu warto sięgnąć po ten tom, żeby przekonać się, w jak różny sposób można ustawić reflektory oświetlające rzeczywistość. Autor to robi. Ja nie wiem, czy autor się przy tym dobrze bawi, czy ciężko pracuje. To jest nieistotne. Liczy się efekt.
Liczy się to, co dostajemy my jako czytelnicy. A dostajemy coś, co jest naprawdę fascynujące. Mnie w każdym razie zafascynowało. Ja zapytam Wiktora tu bardzo konkretnie. Chciałbym zapytać o to opowiadanie, które w jakiś sposób było niezwykle dla nas ważne. Zwróciło na pewno uwagę na autora. Czyli tego opowiadania nie ma w tomie, o którym dzisiaj rozmawiamy. Opowiadanie „Syntetyczna dusza”. Pamiętasz to opowiadanie, Wiktorze?
[01:11:38] - Pamiętam, ale mógłbyś mi tak lekko streścić.
[01:11:42] - Wiesz co? To ja ci rzucę obrazem. To ci się lepiej skojarzy niż streszczanie, bo w tej chwili obawiam się, że niektórzy nasi słuchacze mogą nie znać tego opowiadania. Powiem ci finał. Kiedy postać główna z tego opowiadania wydostaje się z pewnego kompleksu i widzi fajerwerki. Świat świętuje Nowy Rok. Nastanie Nowego Roku.
[01:12:10] - Pamiętam.
[01:12:11] - No właśnie. Zobacz, ja po to to przywołuję, żeby pokazać, żeby odwołać się do tego, jak autor potrafi operować obrazem, nastrojem. To jest dla mnie taka bardzo ważna cecha autora, żeby to zauważyć po prostu.
[01:12:37] - Wiesz, Marku, mówiąc prawdę, to czym tutaj być zachwyconym? Jeśli ktoś nie ma takiej cechy, to po prostu powinien klepać te schabowe albo robić frytki. Pisarze powinni mieć taką cechę, że potrafią sprzedać swoje wizje. Jeśli ją mają, to są pisarzami. Jeśli jej nie mają, to pisarzami nie są.
[01:13:06] - Wiktorze, dokładnie wiesz, o czym mówię. Tomasz Andrzejewski te wizje potrafi sprzedawać. Ale mamy też wielu autorów, nie mówię o audycji ABW, tylko na rynku obecnych jest wielu autorów uznanych, wydających książki, którzy o niczym podobnym nie słyszeli. Oni po prostu ciosają proste historie, mniej lub bardziej udane, czasem bardzo nieudane. A to jednak znajduje czytelników. Ja tego nie mówię w tej chwili po to, żeby kogokolwiek potępiać. Skoro znajduje czytelników tego rodzaju proza, znaczy, że jest potrzebna. Mi chodzi tylko o to, żeby zauważyć tę różnicę. Opowieść czysto narracyjną, która mówi, że jeden pan poszedł do drugiego, dał mu łomot ciężki albo lekki – to już zależy od opowieści. Później ten drugi się zemścił albo nie zemścił i tak dalej.
To są proste historie, gdzie facet biega z kałachem albo z mieczem, to w zależności od epoki, albo z czymś jeszcze innym, z blasterem, laserem czy czymkolwiek innym. To są tego rodzaju opowieści. Ja nie mam nic przeciwko takim opowieściom. Jest też tego rodzaju proza, która ma w sobie również elementy żywej narracji, jakiejś akcji, ale jednocześnie potrafi – i to głównie zauważamy, kiedy już odkładamy daną opowieść – zatrzaskujemy to i mówimy sobie: „Kurczę, jakie to było piękne, smutne, może groźne, ale piękne”. I to tak naprawdę myślę, że jest istotne w tym, o czym w tej chwili rozmawiamy. To odpowiedź dla ciebie, Wiktorze.
[01:14:57] - Bardzo ją przyjmuję, to wyjaśnienie. Tylko że ja tak sobie myślę, że po prostu my wszyscy jesteśmy... Dlaczego my tutaj się w Radio Paranormalium dobieramy? Dlaczego słuchamy siebie nawzajem? Dlaczego czytamy teksty? Jest coś takiego, że my mamy wspólnotę genetyczną. Nas łączą pewne cechy. To nie jest tak, że wszyscy są tacy sami. Są ludzie, którzy są napiętnowani w jakiś sposób, zboczeni czy ukierunkowani na magię, na mistykę, na jakąś taką dziwną sprawę i dlatego czytają literaturę nie tą taką. Strasznie by dużo trzeba na ten temat mówić, więc pięknie to zwykle zacyka jak ten akademik sobie z tym poradził.
[01:16:26] - To ja dwie rzeczy. Czytam od Redoxa pytanie: „Korzystając z okazji, kiedy pojawi się więcej informacji na temat audiobooka „Rubieże rzeczywistości”?” To już śpieszę z odpowiedzią. Na niemal 100% taka pełna odpowiedź pojawi się w następnym „ABW”. Ponieważ pewne rozmowy już się finalizują i właściwie ja już bardzo dużo wiem, co muszę przekazać naszym autorom, żeby byli dobrze poinformowani. Rzecz jest, jak to się mówi, na bardzo dobrej drodze. Właściwie to tak naprawdę możemy się już zacząć przyzwyczajać do tego, że taki audiobook po prostu się pojawi pewną wczesną jesienią. A wracając do zbioru opowiadań, ja myślę, że bardzo dobre podsumowanie tego zbioru zawarła wspomniana już Marta Sowiecka, która była redaktorem tego tomu. Ja coś państwu przeczytam. O czym jest ten tom? O tym, jak poradzić sobie z zombie we własnym domu.
Jak przetrwać w świecie po zagładzie i jak może się skończyć spotkanie czwartego stopnia. O seryjnym zabójcy, który stracił pamięć i łowcy, który sam staje się ofiarą. Historie, które łączy jeden motyw: chęć przeżycia każdej, nawet najbardziej ekstremalnej sytuacji. Horror, postapokaliptyczna fantastyka, opowieści o UFO, a nawet wariacja na temat „Alicji w Krainie Czarów”. To wszystko znajdziecie w naznaczonym grozą zbiorze opowiadań Tomasza Andrzejewskiego. Ja myślę, że to jest bardzo celne, bardzo dobre podsumowanie tego właśnie tomu. Mamy w tej chwili przed sobą opowiadanie Tomasza Andrzejewskiego „Kochany mąż”.
[01:18:48] - Tomasz Andrzejewski „Kochający mąż”: Dźwięk budzika wyrwał mnie z niespokojnego snu. Dochodziła szósta rano. Wybiła godzina karmienia. Wymacałem w ciemnościach włącznik lampki nocnej. Żółty blask zalał sypialnię, brudną i niesprzątaną od miesięcy. Nim wstałem, przez dobrych kilka minut wpatrywałem się w sufit, pełen pretensji do okrutnego losu, który po raz kolejny nie pozwolił mi umrzeć we śnie. Sprawy zaczęły się psuć równo pół roku temu, a ja nie wiem, ile jeszcze będę w stanie wytrzymać. Wstałem, ubrałem się, a potem skierowałem kroki do kuchni. Na stole leżał dwukilogramowy kawał surowej wieprzowiny, który wyjąłem z zamrażarki poprzedniego dnia. Tylko mięso.
Żadnych warzyw, żadnych owoców. Ludzie często zmieniają dietę. Moja żona nie była wyjątkiem. Położyłem mięso na talerz i zszedłem do piwnicy. Zabrałem się za otwieranie drzwi. Solidne, antywłamaniowe, wzmocnione niewiarygodną ilością rygli oraz łańcuchów. Otwarcie ich zajmuje mi przeszło dwie minuty. Nie uważam jednak, bym przesadził z ostrożnością. Każdy chce się czuć bezpiecznie we własnym domu, prawda? Gdybyście mogli zobaczyć Sylwię, moją żonę, pewnie byście się ze mną zgodzili.
Siedziała na podłodze ze skrzyżowanymi nogami i opuszczoną głową, całkiem naga, gdyż zupełnie straciła zainteresowanie modą. Wyglądała, jakby medytowała lub pogrążyła się w głębokiej modlitwie. Ledwo jednak drzwi uchyliły się, natychmiast poderwała się na równe nogi i skoczyła w moją stronę. Gruby łańcuch kończący się na metalowej obroży napiął się niebezpiecznie. Moja Sylwie, moja ukochana Sylwie. Kiedyś była niewypowiedzianie piękna. Gdy szła ulicą, każdy mężczyzna odwracał za nią wzrok. Teraz ledwie przypominała człowieka. Lśniące blond włosy przybrały szkarłatny kolor, a skórę, do tej pory gładką i delikatną w dotyku, pokryła dziwna brunatna narośl. Przypominała skórę krokodyla.
Najgorsze z tego wszystkiego były oczy. Żółte tęczówki zakryły całe białka, źrenice zaś wydłużyły się jak u kozła. Wlepiła we mnie spojrzenie, w którym czaił się głód i nienawiść. Stałem w bezpiecznej odległości, poza zasięgiem zdeformowanych szponiastych dłoni. Na prawo od drzwi stały oparte o ścianę grabie, którymi sprzątałem fekalia mojej żony, zaś na lewo mała udekorowana choinka. Tuż obok drzewka leżała na podłodze ojcowska dubeltówka nabita dwoma brenekami i gotowa do strzału. W trzecim miesiącu męki Henry przyszedłem tutaj z bronią w ręku, chcąc zakończyć to wszystko. Zabrakło mi jednak odwagi, aby pociągnąć za cyngiel i zabić kobietę, której przecież przyrzekałem miłość i wierność aż po grób. Od tej pory trzymam strzelbę w jednym pokoju razem z nią. Nie potrafię powiedzieć dlaczego.
Dałem Sylwii jeść i usiadłem na posadzce, opierając się plecami o ścianę. Patrzyłem, jak rozrywa jaszczurzymi zębami surowe mięso, po czym połyka w całości, nawet go nie żując. Łzy napłynęły mi do oczu. Gdybym choć dostał ostrzeżenie, subtelną zapowiedź nadchodzącego koszmaru, może przynajmniej zdążylibyśmy ocalić Lidię. Sylwie zmieniła się w lipcu. Dosłownie z dnia na dzień. Nie została wcześniej ugryziona przez żadne dzikie zwierzę. Nigdy też nie naraziliśmy się nikomu, kogo można by podejrzewać o umiejętność rzucania klątw czy uroków. Pewnej lipcowej nocy wybudziła mnie ze snu szalejąca na dworze wichura i wielkie krople deszczu bębniące o szyby. Żony nie było w łóżku.
Tknięty niepokojem zawołałem ją, lecz nie odpowiedziała. Wsunąłem stopy w kapcie i wyszedłem na korytarz. Wyściełający go dywan dosłownie lepił się od krwi. Czerwony ślad prowadził do pokoju naszej pięcioletniej córeczki w stronę schodów. Przepełniony lękiem zbiegłem na parter, a następnie do piwnicy, gdzie objawił mi się najgorszy, najbardziej przerażający obraz, jaki wyobrazić sobie może kochający mąż i ojciec. Lidia nie żyła. Nikt nie przeżyłby utraty takiej ilości krwi. Zabiła ją matka. Sylwie przegryzła córce gardło, by następnie zaciągnąć konającą dziewczynkę do najgłębiej położonego pomieszczenia w całym domu, gdzie przykucnęła w kącie i zabrała się za pożeranie zwłok. Gdy przekroczyłem próg piwnicy, właśnie rozdzierała swą zębatą paszczą tułów dziecka.
Zbyt zajęta posiłkiem początkowo nie zauważyła mnie, co dało mi dostatecznie dużo czasu, żeby zatrzasnąć drzwi i zamknąć je na klucz. Początkowo nie wiedziałem, co mam z tym wszystkim zrobić. Na pewno nie powiem o wszystkim policji. Oni zabiliby Sylwie, a potem przekazali ciało naukowcom. Ci z kolei pokroiliby ją na malutkie kawałeczki i dogłębnie przebadali pod mikroskopem. Nie mogłem na to pozwolić. Straciłem już córkę. To wystarczająco wielkie cierpienie. Nie przeżyłbym kolejnej straty. Do rana opracowałem wstępny plan.
Kupiłem wielki kawał surowego mięsa, który nafaszerowałem lekami uspokajającymi w ilościach zdolnych uśpić konia i podałem go mojej małżonce. Spała bez przerwy przez trzy dni. W międzyczasie zdążyłem całkowicie zabezpieczyć piwnicę. Wymieniłem drzwi na nowe, wielokrotnie wytrzymalsze. Ściany i sufit obłożyłem panelami dźwiękochłonnymi, aby nikt nie słyszał jej nieludzkich ryków. Na samym końcu założyłem Sylwii ciężką stalową obrożę, na którą zapiąłem przykuty do muru gruby łańcuch. Postąpiłem z nią jak z agresywnym psem. Dlaczego los zmuszał mnie do takich czynów? Gdy miałem pewność, iż moja druga połówka nigdzie nie ucieknie, zgłosiłem zaginięcie Lidii i Sylwii na policję. Szukają ich do dzisiaj, choć nie przekroczyły progu własnego domu.
Teraz mogłem wreszcie spokojnie zastanowić się, jak ocalić żonę. Najpierw musiałem dokładnie określić, co jej dolega. Czy to prawdopodobne, że została opętana? Nigdy nie byłem zbyt pobożnym człowiekiem, ale teraz żadna inna możliwość nie przychodziła mi do głowy. Poprosiłem więc o pomoc miejscowego proboszcza. Wspaniały młody człowiek, wiecznie uśmiechnięty, pełen życia. Przyszedł do mojego domu sam, uzbrojony jedynie w Biblię i krucyfiks. Kiedy otworzyłem przed nim drzwi do piwnicy, Sylwia siedziała bez ruchu na podłodze, podejrzanie spokojna. Pozwoliła, aby długie włosy w całości zasłoniły jej zdeformowaną twarz. Jej spokój ośmielił księdza.
Postąpił kilka kroków naprzód, jednocześnie czyniąc w powietrzu znak krzyża. Ostrzegałem go, prosiłem o rozwagę, lecz nie posłuchał. W ułamku sekundy doskoczyła do niego i wypruła mu wnętrzności jednym tylko cięciem pazurów. Chciałem odciągnąć ciało duchownego od Sylwii, pozwolić mu chociaż spocząć w uświęconej ziemi podczas uroczystego pogrzebu z udziałem przyjaciół i rodziny. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że nie mogę tego zrobić. Przecież w ten sposób wydałbym żonę i wtedy wszystko poszłoby na marne. Dlatego stałem i patrzyłem. Tymczasem ona pożarła całe zwłoki, łącznie z kośćmi, a na końcu dokładnie wylizała posadzkę z krwi. Gdybym tego nie widział na własne oczy, nigdy nie uwierzyłbym, jak ogromne ilości pożywienia może naraz pochłonąć. Na szczęście proboszcz nie powiedział nikomu o swojej ostatniej wizycie duszpasterskiej.
Toteż z biegiem dni jego nazwisko znalazło się na liście osób zaginionych. Nie prosiłem już nikogo więcej o pomoc. Dość już umarło niewinnych ludzi. Wygląda na to, że będę musiał sam dźwigać ten ciężki krzyż na swoich barkach i to do końca życia. Na pewno widzicie we mnie potwora. Jednak gdybyście mieli szansę spojrzeć na całą sprawę z mojej perspektywy, zrozumielibyście. Oprócz Sylwii nie mam nikogo innego. Ani przyjaciół, ani bliskich członków rodziny. Sylwia jest dla mnie całym światem i każdego dnia, każdej godziny i każdej sekundy z jej powodu mą duszę rozdziera niewyobrażalny ból. Chcę być tylko dobrym, kochającym mężem.
Nic więcej. Pora karmienia dobiegła końca. Napełniwszy żołądek, wybranka mego serca ponownie przycupnęła na podłodze, wpatrując się we mnie nieludzkimi oczyma. Nie chciałem przebywać z nią dłużej, niż to było konieczne. Panicznie boję się, iż stanę się taki jak ona. Wstałem, otarłem łzy i ruszyłem do wyjścia. Chwyciłem dłonią za klamkę ciężkich drzwi, lecz zanim zamknąłem je za sobą, po raz ostatni odwróciłem głowę w kierunku Sylwii. „Do widzenia, kochanie” — powiedziałem na pożegnanie. Wesołych świąt.
[01:29:30] - Tak. Tak, to było opowiadanie Tomasza Andrzejewskiego. Przyznacie państwo, że mocne. Ja tu od razu się biję w pierś. Jednak powinienem sobie przed audycją robić notatki, bo to, że ich nie robię, skutkuje później tym, że elegancko przekręcam tytuły, bo zdaje się cały czas o tym opowiadaniu mówiłem jako o kochanym mężu, a tymczasem jest to kochający mąż. Może ta różnica nie jest aż taka ogromna. Niemniej jednak jakaś w końcu jest. Wiktorze, jak ci się podobało?
[01:30:11] - No to znaczy tak i nie. Bardzo czekałem, jak to się skończy. Skończyło się obyczajowo, czyli tak, jak to się w życiu kończy. Ilu takich wiesz... Nie dziwię się, że autor fascynował się bajkami braci Grimm, bo to chyba w tych kręgach kulturowych są te przypadki bardzo chętne zamykania w piwnicach swoich żon, dzieci, gwałcenia ich wszystkich po kolei i tam różne takie rzeczy. To chyba w tych kręgach, nie?
[01:30:57] - No tak, ale mnie w tej historii bardziej fascynuje pewna spójność wizji. To nawet, co podkreśliłeś, to zakończenie obyczajowe to właśnie jest siła tego opowiadania. Gdyby to było zakończenie horrorowe, to to byłaby banalna opowieść.
[01:31:15] - Jasne, że tak. Jasne.
[01:31:17] - Tymczasem autor tutaj używa mocnych obrazów, takich właściwie na pograniczu, bo tu jest bardzo cienka granica pomiędzy jakimś takim przerysowaniem a obrazem takim, który jest do przyjęcia. Więc on stąpa po granicy i to jest moim zdaniem całkiem nieźle wykonane, aczkolwiek bardzo takie mocne. To jest literatura taka, którą jedni się zachwycą, a drudzy powiedzą: „Nie, nie, nie, to nie jest dla mnie”. To ja sobie z tego doskonale zdaję sprawę. Natomiast właśnie to rozwiązanie, które przyjął autor, moim zdaniem świadczy o pewnej dojrzałości, bo łatwo było pójść z tych klimatów w jakiś taki Jeszcze bardziej krwawy horror, jeszcze bardziej krwawe obrazy, jakąś taką apokalipsę zbrodniczą? Nie, autor absolutnie nie. Zrezygnował z tego i moim zdaniem daje to siłę temu opowiadaniu. Właśnie siłę, za którą go cenię.
[01:32:27] - Ale Marku, nieważne czy to się podoba, czy to się nie podoba, natomiast z całą pewnością sprawi to, że dzisiejszej nocy wszyscy, przynajmniej kochający mężowie, będą dosyć podejrzliwie oglądali swoje partnerki.
[01:32:53] - Powiedzmy tak. Tutaj rzucam okiem na czat i troszkę się przeleżało pytanie, ale myślę, że ono jest dobre na tę porę audycji. Alt Green pyta: „Czy opowiadanie erotyczne to też literatura?” Odpowiedź w gruncie rzeczy jest prosta i jak to mówi lubi Wiktor mieszać, i nie prosta. Bo owszem, opowiadanie erotyczne, więcej, prawie pornograficzne, może być literaturą, tylko musi ją napisać ktoś, kto umie pisać. Bo czymś innym jest „Lolita” Nabokova. Proszę państwa, jedni powiedzą, że to jest niesmaczna relacja z tego, jak jakiś satyr zakochał się w nieletniej. Właśnie zakochał to za dużo powiedziane. Ekscytował się erotycznie kimś bardzo nieletnim i cała ta sytuacja budzi w nim na przykład obrzydzenie. Ktoś inny powie: „Ależ to jest wspaniałe studium sytuacji. Świetnie napisane, bo Nabokov po prostu świetnym pisarzem był”.
I trudno to rozstrzygnąć. Ale oczywiście opowiadanie erotyczne może też być prostą relacją z czynności erotycznych i wtedy to gdzieś daleko od literatury jest. Bo jak to się robi, to mniej więcej średnio zorientowany człowiek wie.
[01:34:44] - Wylans, wylans.
[01:34:48] - Tak. Więc trudno mówić o literaturze. Natomiast jeśli państwo sięgniecie do różnych audycji ABW, pojawiały się opowiadania ewidentnie erotyczne, może nie, przesadzam. Z jakimś takim piętnem erotyki. I jeśli były dobrze wykonane, to one tak naprawdę były erotyczne przy okazji. I to wtedy chyba jest najlepszy efekt, kiedy one są erotyczne przy okazji, bo wtedy mamy do czynienia z literaturą, z pewnym wątkiem erotycznym. To się zdecydowanie lepiej sprawdza. Natomiast jeśli literaturę pisze się po to, żeby zafascynować czytelnika erotyzmem, to najczęściej nie wychodzi. Nie wiem, to jest moje zdanie. Wiktorze, co tam u ciebie?
[01:35:44] - Wiesz Marku, trochę dziwne było pytanie, bo czy erotyka to jest również literatura? To w takim razie można równie dobrze zadać pytanie, czy historie wojenne o zabijaniu drugiego człowieka to jest literatura? Jak najbardziej. Literatura dotyka wszystkich możliwych aspektów naszej rzeczywistości, wszystkiego, co człowiek robi. Tylko ważne, żeby to było zrobione. Bez wojny, bez erotyki nie ma literatury przecież. Co prawda jest wiele wspaniałej literatury, która nie ma w sobie ani erotyki, ani wojny, ani kryminału, ani horroru, ani niczego. I też się dobrze sprzedaje, bo bardzo się dobrze to czyta. Nie wiem przez kogo, bo ja bym tego nie czytał, ale ludzie to lubią.
[01:36:50] - Ale podsumowując, czy to wojna, czy erotyka, to może być literatura, tylko trzeba mieć do tego podejście literackie właśnie, bo wtedy literaturą się stanie. A jeśli nie, to będzie produktem literaturopodobnym. Ja nie jestem przeciwnikiem. Wiktor pewno zaprotestuje. Ja nie jestem przeciwnikiem. Od czasu do czasu mogę przeczytać taką opowieść. Tylko niech nikt się wówczas nie spodziewa, że ja się będę daną opowieścią zachwycał. Ja po prostu skwituję ją tak, jak się kwituje różne inne przedmioty użytkowe. Czy to będzie dotyczyło erotyki, czy będzie dotyczyło wojny, a będzie właśnie wyrobem literaturopodobnym, to ja to skwituję: „Tak, przeczytałem. Zgrabna historia, okej”.
Niewiele więcej pewno dodam. Natomiast jeśli to się okaże w ten sposób, że jednak znajdę walory literackie, to jest zupełnie inna sytuacja. Dlatego to pytanie Alt Greena, myślę, że on je świadomie zupełnie zadał. Nawet wyczuwam pewną prowokację, ale to bardzo dobrze. Po to jesteśmy, żeby nas prowokować. To o to tak naprawdę chodzi. Z każdego kawałka można zrobić literaturę pod warunkiem, że się chce z niego zrobić literaturę. Bo jak się nie chce, to otrzymamy wyrób literaturopodobny. Ja powtarzam, to brzmi dosyć paskudnie: literaturopodobny, ale ja tak naprawdę nie jestem przeciwnikiem. Tylko trzeba wiedzieć, jakie jest miejsce tego rodzaju pisania w kulturze masowej.
I wtedy jest wszystko w porządku. Wtedy autor nie ma zbytnio wybujałych ambicji, odbiorca nie ma zbytnio wybujałych oczekiwań i wszyscy są zadowoleni. Ja myślę, że na wszystko w naszej codzienności, w naszej cywilizacji, to jest miejsce, tylko trzeba mieć świadomość tego, w którym miejscu się znajdujemy. To tyle. Mieszam te słowa, ale tak naprawdę o to chodzi chyba, Wiktorze.
[01:39:11] - Żeby nie być gołosłownym, Marku, bo możemy tak teoretyzować bardzo namiętnie. Natomiast ja w życiu napisałem przecież nie tylko literatury, ale nawet poezji erotycznej na morgu. Mogę przytoczyć jeden przykład, który w tej chwili mi wskoczył do głowy i ja go zacytuję, dobrze? Napisałem kiedyś wiersz pod tytułem „Dziadzia”. Wymyśliłem ten wiersz w 15 sekund, potem całą dobę nie potrafiłem go wymówić. Teraz go powiem, o ile sobie przypomnę, ale to będzie a lista. Jadzia i Madzia szczypały Władzia. Wlazła Jadzia na Władzia, a Madzia pod Władzia. Jadzia, Jadzia, piękną Władzia. Nie wie, gdzie stawia.
Szlag trafił Władzia i teraz Jadzi dogadza Madzia. Koniec wiersza. Piękny wiersz erotyczny.
[01:40:11] - Nie wiem, jak to skomentować, Wiktorze. Ta wizja mnie poraziła i w związku z tym chwila milczenia. Mnie w milczenie jest dosyć trudno wprawić. W związku z tym udało ci się.
[01:40:25] - To jest właśnie sztuka. Czyli to jest literatura albo to jest poezja. Co z tego, że temat banalny, temat typowo hustlerowski, skoro forma, w którą to ubrałem, szczególnie z tą końcówką „Dziadzia gadza” powtarzającą się bez przerwy, wiesz, jest bardzo trudne. Jeśli mi ktoś w tej chwili powie, że to nie jest poezja, to ja go zastrzelę z tej strzelby, którą bohater Tomasza Andrzejewskiego w tej piwnicy trzymał z tymi brenekami. To jest wielka poezja. Przecież taka jest moc literatury.
[01:41:13] - Wiktorze, ja bardziej odebrałem ten twój uroczy wiersz jako żart. Czy żart może być literaturą? Jak najbardziej. Ale to dla mnie głównie żart był, zabawa słowem, pewną frazą. Bardzo to piękne. I nie mówię tego po to, żeby ci kadzić, tylko po to, że mnie to po prostu z jednej strony zatkało i z drugiej rozbawiło. Zabawa słowem. Tak naprawdę to była zabawa słowem, a właściwie trudno mówić słowem. Pewnym dźwiękiem właściwie nawet. Halo, halo?
[01:41:54] - Chciałem coś jeszcze zacytować, ale się już powstrzymam. Dobrze.
[01:41:59] - Dobrze. Tak powiedzmy, już z góry jestem ci wdzięczny, bo aż boję się, że zbliża się godzina 22:00. Boję się, co mógłbym usłyszeć za chwilę. Także już z góry ci dziękuję.
[01:42:16] - Ale Marku, po opowiadaniu Tomasza Andrzejewskiego to już się niczego bać nie można.
[01:42:22] - Tak. Zresztą to zauważają na czacie nasi słuchacze. Alt Green pisze, że nie żartowali z tym mrokiem. I pisze Alt Green, że dla niego to za ciężkie. Jak najbardziej. Można i tak to odbierać. Tu też fajnie podkreślił Alt Green, że tu właściwie z tego opowiadania płynie, on to nazywa ohydą. Ale rzeczywiście jest coś takiego, że ja bym w ten świat, tak jak w wywiadzie mówiłem, nie chciał wskoczyć, ja bym się tam nie chciał znaleźć po prostu. Halo, halo.
[01:43:07] - To jest kwestia czasu, Marku. Taka, że zwróć uwagę, że kiedyś bardzo podobnie się odbierało, przynajmniej tutaj, te wszystkie historie. Ojejku, jak się nazywał ten facet od horrorów anglosaskich, takich tam Cthulhu i tak dalej?
[01:43:39] - Lovecraft.
[01:43:40] - Od Lovecrafta. Tak. To jest tak samo. Wiele rzeczy u Lovecrafta było z punktu widzenia naszej tutaj takiej subtelnej dziewiętnasto-, dwudziestowiecznej Europki wyglądało tak prawie niesmacznie. Po prostu nie wiało grozą. To mięso takie, a w każdym razie to jest rzecz względna. Ale przyszedł czas, kiedy się nagle zaczęło patrzeć również na Lovecrafta jako na coś szlachetnego.
[01:44:19] - I wiesz co? Coś chcę powiedzieć. Ja się bardzo cieszę, że Ivellios wybrał właśnie to opowiadanie, bo ono znakomicie ilustruje pewną tezę, którą ja już właściwie wygłosiłem, ale powtórzę ją. Zobaczcie Państwo, mamy w tym opowiadaniu bardzo dużo mocnych, ktoś powie ohydnych scen. Krew, mięso, w ogóle obrzydliwości się dzieją, ale zwróćcie Państwo uwagę, jeśli trzeba, to nawet przesłuchajcie później podcasta. Zwróćcie uwagę, że to jest jednak napisane w literacki sposób. Głównym celem autora nie jest epatowanie grozą, ohydą, ale jednak kreślenie pewnego obrazu, literackiego obrazu. I to jest moim zdaniem znakomita ilustracja tego.
[01:45:18] - To znaczy właściwie najoszczędniejszymi środkami, jakie w ogóle można było się wciągać. I to jest właśnie to, co Tomasz Andrzejewski mówi. Niepotrzebne rzeczy, które akcji mogą upiększać. Można się prawie porzygać, że tak powiem, i tak dalej. Albo poczuć smak na własnym języku jakiegoś gówna. Taką fascynację trzeba zrobić, ale najoszczędniejszymi środkami po prostu można w rysunku. Jeżeli ktoś zaczyna przedawżać, to właściwie powinien się udać sam do psychiatry, bo to jest nie tak. Człowiek racjonalny po prostu przedstawia problem, przedstawia obraz, przedstawia wizję, a nie tapla się w tym do końca.
[01:46:16] - Moim zdaniem Tomasz Andrzejewski właśnie to dobrze robi. Ktoś może mieć oczywiście inne zdanie. Mnie po prostu pasuje ten rodzaj narracji, ten rodzaj przedstawiania świata, który stosuje Tomasz Andrzejewski. On jest dla mnie właśnie racjonalny, ale niepozbawiony, pewno w tym kontekście to dziwnie zabrzmi, ale jednak pewnej poetyckości. Teraz się gromy posypią na mnie, że ja w tym poetyckość widzę. Ale myślę, że wiecie Państwo, co mam na myśli tak naprawdę. To może zamiast poetyckości zastosujmy literackość. Niepozbawione jest to wszystko literackości, bo nie chodzi o to mięso i tę krew, i to wszystko, tylko o pewną sytuację, nazwijmy ją tak mądrze egzystencjalną. Ale w gruncie rzeczy to nie jest wcale przesadzone, ta egzystencjalność sytuacji. Na chwilę tylko wyobraźcie Państwo, że jesteście w roli tego męża w takiej sytuacji i musicie podjąć decyzję.
Zobaczcie, że autor wciąga nas w dosyć skomplikowane rozważania w gruncie rzeczy, jak byśmy postąpili na jego miejscu. Bo jest kilka rzeczy w tej sytuacji do rozważenia. Pewna, nazwijmy to, lojalność małżeńska, pewna lojalność człowiecza czy powiedzmy gatunkowa i tak dalej. Można to rozważać na wiele różnych sposobów. I na tym właśnie polega literatura, żeby nie tworzyć sytuacji jednoznacznych, które po prostu się rozwiązują, tylko tworzyć sytuacje, które zostaną z nami, kiedy odłożymy książkę, kiedy zamkniemy to opowiadanie i powiemy sobie: „Kurczę, jakoś zostało to ze mną, poruszyło mnie to.” To, myślę, jest ten moment, kiedy człowiek czuje, że zetknął się z czymś ważnym. To może nie jest bardzo ważne. Może to nie zostanie z nami na całe życie, ale przynajmniej na ten moment, na tych kilka chwil mamy takie poczucie, że dotknęliśmy czegoś ważnego. To taki skrót, ale tak naprawdę gdzieś po części na tym polega literatura, żebyśmy to poczucie zyskiwali, że dotknęliśmy czegoś, co jest ważne, co może sprawić, że nasze życie, znowu literatura nie zmienia naszego życia, ale stawia w nim pytania. Te pytania mogą nasze życie zmienić. To troszeczkę skomplikowane, ale w gruncie rzeczy tak chyba to działa, Wiktorze.
[01:49:17] - I tak działa, ale na pewno w tym opowiadaniu są rzeczy pewne dyskusyjne, bo to, co zresztą bohater tego opowiadania zadaje sobie pytanie i przynajmniej widzi problem tego, że on sam przeistacza się właściwie, może się przeistaczyć w coś bardzo podobnego jak ona i on się właściwie, tego w tekście nie ma, taką istotą już jest. Dlaczego? Dlatego, gdyż nie wiem, na ile normalny ojciec mógłby zaakceptować w pewnym sensie, nie wiem, jaką miłością darzący swoją żonę, która konsumuje jego dziecko. Bo to również się zdarzyło w tym opowiadaniu i ten człowiek dla mnie już jest Bestią podobną do swojej żony. To są właśnie takie-
[01:50:28] - Ale to jest właśnie to, o czym mówię. Czyli ta literackość na tym właśnie polega, że postawione są pytania. One nie są stawiane wprost, one są stawiane przez sytuację. Autor rysuje nam sytuację i to my zadajemy sobie pytanie: kim jest bohater tego utworu? Jaki on jest? Oczywiście możemy się skupić na tym, że tam mięcho lata i krew się leje, ale chyba nie warto. To opowiadanie jest o czymś innym. Nie o mięsie i nie o tym, że jest paskudnie, tylko o tej sytuacji. O tym, co ty powiedziałeś, o tym, do kiedy albo w którym miejscu zaczyna, a w tym wypadku kończy się człowieczeństwo. Bo ktoś może powiedzieć: „Nie, on bardzo kochał swoją żonę”.
Po prostu. A ktoś inny może zadać pytanie zupełnie inaczej. To o to tak naprawdę chodzi w literaturze, żeby się pojawiały tego rodzaju pytania, żeby z tej powierzchowności takiej brutalnej opowieści o tym, co się gdzieś tam zdarzyło, w piwnicy czy nie w piwnicy, wyciągnąć coś więcej poza tym, że jeden człowiek przeszedł z jednego miejsca na drugie, a drugi przeszedł z drugiego na pierwsze. Tam się jednak poza ruchem scenicznym, tak sobie to określmy roboczo, dzieje znacznie więcej niż to, że się postacie ruszają po scenie opowiadania. Tam się dzieje bardzo dużo w tym opowiadaniu i to jest istota tak naprawdę tego, jak spoglądamy na to, co napisał Tomasz Andrzejewski.
[01:52:10] - Wiktorze, na pewno zostanę tutaj po tym opowiadaniu z problemem, który będę sobie drążył. Czy może istnieć miłość, która jest ważniejsza niż człowieczeństwo, niż humanizm?
[01:52:31] - Wiesz co? Mów, mów.
[01:52:38] - Z tym problemem pozostanę, bo to opowiadanie właśnie dotyka takiego aspektu, że nie wiem, czy humorystycznie, czy paradoksalnie to uczucie, ta miłość oślepia zwykłe człowieczeństwo tego głównego bohatera.
[01:53:13] - Tak, ale widzisz, Wiktorze, bo to jest tak, że ja sobie przypominam taką powieść, którą już kilka razy wspominaliśmy w audycji „Bibliotekarium”. Powieść science fiction po raz pierwszy wydana w latach 70. Powieść radziecka wtedy, space opera „Dalekie szlaki” Sergieja Snowa. Tam się właściwie gdzieś na początku pojawia taka kwestia, że główny bohater — tu stawiam, mówię słowo ze znakiem zapytania — zakochuje się w przedstawicielce innej cywilizacji. I ktoś mógł powiedzieć: „Ale jak się zakochuje? Przecież tam do niczego nie może dojść, do czego często miłość prowadzi”. On się zakochuje w niej tak naprawdę zupełnie platonicznie. To w takim rozdziale „Wężopanna z Wegi”. W związku, już samo to określenie „wężopanna” mówi nam wszystko o tej relacji. Po prostu główny bohater zakochał się w niej umyśle, bo w niczym innym się...
Znaczy ona oczywiście miała piękną twarz i w ogóle, ale cała reszta zakochania, tej otoczki zakochania w ogóle nie ma walorów praktycznych, a jednak się zakochał. To znowu można to skwitować: „A tam, se pierdoły jakiś ruski pismak napisał”. A można też potraktować całą tę sytuację zupełnie inaczej. Zadać sobie pytanie, czym tak naprawdę jest miłość? Czy miłość jest tylko i wyłącznie czystym powiązaniem umysłu i seksualności człowieka, czyli tak naprawdę jego fizyczności i umysłu? Czy też miłość jest czymś innym, bardziej umysłowym? A ten dodatek fizyczny — to właśnie zdradziłem to, co chciałem powiedzieć — jest tak naprawdę dodatkiem do tego wszystkiego. I tu teorii można sobie snuć potąd. Każdy odpowie inaczej. Bardziej cyniczni-
[01:55:31] - Słusznie, Marku, podkreśliłeś, że słowo, przynajmniej w polskim języku, miłość nie ma nic wspólnego z Bogiem, a prawdą. Znaczy ma pewne konotacje jakieś z erotyką czy z seksem, że tak powiem, w ramach naszego gatunku również ma powiązanie. Natomiast miłość istnieje również do wiedzy, do nauki, do ojczyzny, do psa, do kota. Ja kiedy wychodzę z mojego domu do parku, który przylega do mojego domu, jestem absolutnie zakochany i zastrzelę każdego, kto powie, że to nie jest miłość. Jestem zakochany w dębach, które tutaj rosną tysiącletnich. I to jest miłość, Marku. To jest prawdziwa, autentyczna miłość. Do drzew, do lasu. Tak samo jak do zwierząt, jak do gwiazd i do nieba. To jest miłość.
Miłość nie musi być. Natomiast erotyka, czyli w ramach gatunku, że tak powiem, uprawianie seksu pomylone z naszym słowem miłość. To rzeczywiście zdarza się i bywa. Ale co to ma wspólnego?
[01:56:52] - Wiesz, Wiktorze, to, co ty zaproponowałeś, to tak naprawdę jest abstrakcja. Bo kiedy kochamy pobliski park albo kochamy coś bardzo abstrakcyjnego, to jednak mamy świadomość pewnej różnicy. Tu była mowa o kochaniu, o uczuciu do innej istoty inteligentnej. I tak dalej. Kto jest ciekawy, to niech sobie do tej książki zajrzy. To nie jest wielkie, poetyckie ani też głębokie dzieło, ale okazuje się, że nawet w takiej prostej książce SF można stawiać głębokie pytania. I to jest pewna cecha literatury. Art Green słusznie pisze: „Marku, ty to już tam widzisz poczwórne dno”. Zgoda, ja się zgadzam. Być może nawet przesadzam w tej chwili, ale chciałbym po prostu naszych słuchaczy skłonić do tego, żeby nie łykali tekstów, żeby nie zadowalali się tym, że tekst poznali, przeczytali i już wiedzą wszystko.
Żeby bawili się tym, żeby tekstowi, nawet prostemu, zadawać pytania, pytać go i szukać tego, tak jak Art Green pisze, czwartego dna w tym wszystkim. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że bardzo często jest to na wyrost i przesadzone i szukamy czegoś, czego tam autor nie umieścił. Ale przypomnę państwu audycję ABW, kiedy mówiliśmy o tym, że dzieło w momencie, kiedy opuści komputer, opuści to miejsce, w którym autor je tworzy, przestaje być własnością autora i nie jest ważne, co autor miał na myśli, czego bardzo często uczą nas w szkołach. Oczywiście jakieś znaczenie ma, głównie dydaktyczne, szkolne. Ale równie ważne jest to, co czytelnik z tego dzieła wyczytał. To może być bardzo dalekie od tego, co autor chciał w tym zawrzeć. I to naprawdę nie ma pierwszorzędnego znaczenia. Jeśli czytelnik w danej opowieści coś, co jest dla nas istotne, ważne, co sprawia, że nasz świat chociaż troszeczkę się zmienia, to znaczy, że po pierwsze warto było czytać to coś, opowiadanie, powieść. I tak moim zdaniem jest w przypadku opowiadań Andrzejewskiego, że on po prostu skłania nas do drążenia tych tekstów, do szukania w nich tego drugiego, trzeciego czy, jak pisze Art Green, czwartego dna. Zgadzam się.
Ja mam taką tendencję do dzielenia włosa na czworo. Byście się państwo zdziwili, czy tylko na czworo. Ale to jest intelektualna zabawa. Nie mówię, że ona zawsze jest uprawniona albo że zawsze prowadzi do wniosków właściwych. Raczej traktujmy ją, ja ją tak zresztą traktuję, jako właśnie, użyłem specjalnie słowa zabawa. Czasami ta zabawa może się okazać niezwykle poważna. Ale róbmy to po prostu. Nie łykajmy tekstu, nie łykajmy wszelkich opowieści jak pelikany na zasadzie: „Fajne było” i wszystko. Albo „Głupie to było”. I to ma być cała refleksja na temat tekstu.
Tak jak powiedziałem, starajmy się zadawać temu tekstowi pytania, niemy pytania i starajmy się z tym tekstem popracować chociaż przez chwilę. Nagle okaże się, nie mówię, że zawsze, często okaże się, że tekst mówi do nas coś więcej, niż by się zdawało przy pierwszym kontakcie z nim. I to tak naprawdę jest literatura. I tak uczmy się pisać po prostu. Ale się nagadałem, Wiktorze. Teraz ty.
[02:01:00] - Piotrze, ja nie mam nic do dodania. Nie wiem. Specjalnie nie lubię rozważać, czym to opowiadanie „Kochający mąż”, jakie przesłanie miało według autora. Mnie po przeczytaniu tego opowiadania wiem o sobie. We mnie pojawił się problem, który zresztą tutaj w jakiś sposób sprecyzowałem, tą granicę między miłością a człowieczeństwem. Ten problem, ten zgrzyt to opowiadanie we mnie obudziło. I w tym momencie uważam, że zrobiło swoje. Bo to jest jak przysłowie: „Uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Czym będą te nożyce? Jakie to będą nożyce?
To jest moja sprawa. Autor tylko walnął w stół i w tym wypadku Tomasz Andrzejewski zrobił swoją robotę.
[02:02:03] - O właśnie.
[02:02:04] - Poruszył w jakiś sposób parę strun, przynajmniej we mnie i może w kimś jeszcze.
[02:02:11] - Wiesz co, Wiktorze, bo to jest tak. Nas troszeczkę myli język polski, bo w języku polskim mówi się bardzo często „literatura piękna” i to od razu nasuwa takie skojarzenie, że literatura musi być piękna. A tak naprawdę wiem, że oczywiście tego nie zmienię, ale literatura powinna być poruszająca. I ja też oczywiście nie wiem, co tak do końca na myśli miał Tomasz Andrzejewski, kiedy pisał opowiadanie, którego wysłuchaliśmy. Natomiast wiem jedno: to opowiadanie zostało ze mną. Skłoniło mnie do zadawania pytań, wcale nie pięknych. I gdybyśmy mieli w takich kategoriach na to patrzeć, czy to jest literatura piękna, jak się mięso i krew leje? Mięso się nie leje, ale krew się leje, a mięso gdzieś tam fruwa. Ktoś by powiedział: „Nie, gdzie piękna? Same obrzydliwości”.
Błąd. Błąd, który wynika z natury naszego języka, że to jest literatura piękna. To jest literatura... Nie mam dobrego opisu. Nie mam, proszę państwa. Nie stanę się językoznawcą jak Stalin ani człowiekiem, który wie wszystko. Ale to jest nie tyle literatura piękna, ja bym to jakoś zastąpił tak na gorąco, to literatura, która nie pozostawia nas obojętnymi. To jest clue tego, co ja mam na myśli, mówiąc o tym, że dotknąłem literatury. To tyle. Słyszę milczenie z drugiej strony.
Myślę, że to jest dobry moment-
[02:03:59] - Tak mi przyszło na myśl: literatura nieobojętna albo literatura niebanalna.
[02:04:06] - Na przykład. Dobre słowo. Myślę, że to jest propozycja dla naszych słuchaczy, żeby na przykład pod filmikiem na YouTubie umieścić swoje propozycje co w miejsce literatury pięknej. Bo jak się okazuje z naszej dzisiejszej audycji, literatura piękna nie zawsze jest piękna, ale dalej jest literaturą. Więc może jeszcze jakieś propozycje się pojawią. Ja bym był bardzo ciekaw, bo tak sobie teraz przeszukuję dosyć gorączkowo pamięć i różne skojarzenia. Nic fajnego nie przychodzi mi do głowy, a być może coś takiego jest, tylko ja tego po prostu nie widzę. Może nasi słuchacze w tym wypadku nas wspomogą. Ale skoro po drugiej stronie pojawiła się cisza w wykonaniu Wiktora, bardzo pięknie brzmiąca, to myślę, że to jest dobry moment, żebyśmy posłuchali felietonu, bo oczywiście Tomek Fąs nas nie zawiódł i kolejny felieton czeka na naszych słuchaczy oraz na nas. Marku, prosimy.
[02:05:20] - CD Capitulation. Dochodzą mnie słuchy, że powoli odchodzi w niebyt wieloletnie, najbardziej chyba popularne pismo o tematyce gier komputerowych, czyli CD-Action. Upadek czy zamknięcie tytułu nie zostało jeszcze oficjalnie ogłoszone. Wydawca twierdzi, że kolejne numery będą się ukazywać, natomiast redakcja potwierdziła, że otrzymali wypowiedzenia. Oczywiście rynek prasy tak czy inaczej podupada. Obecnie w związku z pandemią to już w ogóle. Natomiast komentatorzy zwracają uwagę, że pismo jednak troszeczkę się też do osłabienia swojej pozycji przyłożyło. Otóż CD-Action, jak wiele rzeczy w Polsce, miało swój początek w latach 90., kiedy to już nazwa wówczas kojarzyła się z czymś nowoczesnym, z płytą kompaktową CD. Natomiast oczywiście, jak wszystko w tych czasach, szybko się stała nieaktualna. Kompakty zostały zastąpione przez płyty DVD, a z czasem już obecnie się praktycznie w większości przypadków kupuje oprogramowanie bez nośnika, tylko za pośrednictwem Internetu.
Kiedy Internet się upowszechnił, to z czasem te różne ciekawostki, drobne programiki, jakieś zabawne rzeczy dołączane na płycie straciły sens, bo wiele prościej było udostępniać je w Internecie. I właśnie podobno ten Internet został przez pismo zaniedbany, że ta ich strona oczywiście jakaś tam była, ale podobno zdecydowanie nie była tak atrakcyjna, jak to wymagałoby się dzisiaj od czegoś, co ma być symbolem rozrywki multimedialnej. I tak, proszę państwa, przychodzi ten moment, kiedy kultura papierowa kończy się coraz bardziej i twórcy literatury, twórcy czasopism, dziennikarze muszą się z tym pogodzić. Muszą szukać nowych form. Oczywiście nie chodzi tu tylko i wyłącznie o to, żeby książki przez Internet sprzedawać. To jest już pierwszy krok, że możemy sobie coś zamówić przez Internet. Kolejny jest oczywiście wersja cyfrowa, to jest, powiedzmy, drugi krok. Później oczywiście uatrakcyjnimy, proponując właśnie na przykład audiobooki, wersje, że ktoś nam to ładnie przeczyta. Może nam też przeczytać komputer, jak nieraz tu też wspominaliśmy, przez aplikację, która czyta może mniej ładnie, za to bardziej praktycznie, bo wszystko możemy sobie przeczytać, nie musimy wynajmować aktora do tego celu. I proszę państwa, zastanawiam się, cóż dalej.
Jaki może być kolejny etap? Czegoż ten nienasycony odbiorca będzie wymagał od literatury, aby mu zapewniała, żeby on łaskawie zechciał kupić książki lub czasopisma? Nie mamy jeszcze czasopism w wersji audio. Może to też jest jakiś pomysł, chociaż wraz z prenumeratą jednej z gazet pojawia się taka możliwość, że syntezator mowy nam te artykuły odczytywał. Co było dla mnie wygodne, bo mogłem sobie tej gazety słuchać i w tym czasie przygotowywać na przykład śniadanie. Ale jakoś się chyba ta opcja gazet słuchanych nie przyjęła. Proszę państwa, pytanie: cóż dalej? Internet i jego współczesne kierunki bardzo mocno idą w stronę interaktywności. Widz chce się wypowiedzieć, chce dyskutować, chce mieć być może wpływ na akcję. I oczywiście coś takiego w przypadku książek istniało już od dawna.
Pojawiały się jeszcze na papierze całkowicie bez żadnej technologii cyfrowej. Pojawiały się swego czasu tak zwane gry paragrafowe, czyli książki, które do pewnego momentu akcja się toczyła, później można było sobie wybrać, co w dalszej kolejności ma się wydarzyć i w zależności od tego, co czytelnik wybierał, przechodził na odpowiednią stronę i jakoś wpływał na to, jak konkretnie akcja się toczy. Przechodził tę grę do końca albo gdzieś tam utknął, bo źle wybrał. Coś takiego zresztą niedawno zaoferował też, zdaje się, serwis Netflix. Pojawiły się tam różnego rodzaju rozrywki, takie jak kiedyś dawno temu w Telewizji Polskiej. Też był taki program pod tytułem chyba „Decyzja należy do ciebie”, że się widzom pokazywało jakąś historię, zwykle jakiś dramat mniej lub bardziej moralny i oni mieli poprzez głosowanie telefoniczne, zdaje się, wybrać. Czy też poprzez głosowanie w studiu. Czy to jakieś już początki audiotele były? Nie jestem pewien, ale w każdym razie podejmowano podczas emisji programu decyzję, jak bohater ma się zachować. Natomiast pewną stałą cechą tego wszystkiego, zarówno automatycznego czytania, jak i tym bardziej paragrafówek, jest to, że to są przeważnie rzeczy niskiego poziomu artystycznego.
Jeżeli tworzymy książkę w oparciu o pewien scenariusz, każemy czytelnikowi, widzowi decydować, to rzadko kiedy to jest wartościowe. Może akurat ta produkcja Netflixa związana z serialem „Black Mirror”, „Bandersnatch” czy jakoś tak się to nazywało. I obawiam się, proszę państwa, że to nas czeka, że im więcej tych środków wyrazu, im więcej pewnych dodatkowych elementów — a muszą one być, aby utrzymać widza — coraz więcej tych płaszczyzn, coraz więcej interakcji, coraz więcej sposobów pozyskiwania uwagi odbiorcy, uwagi coraz trudniejszej do utrzymania w przesyconym bodźcami świecie, to im bardziej idziemy w tym kierunku, tym niestety ten poziom artystyczny nie wiem, czy spada, idzie w inną stronę. Już ten dawny artyzm, który jednak wymagał od widza pewnej uwagi, musi się przeobrazić. Państwo może się dziwią, że ja w kontekście pisemka o grach mówię tutaj o jakimś poziomie artystycznym, ale tak. Szczerze mówiąc, jak pamiętam to pismo z lat przełomu wieków, powiedzmy koniec lat 90., początek roku 2000 i tak dalej, to to pismo miało swój poziom intelektualny co najmniej. To nie była kolorowa gazetka dla głupich dzieciaków. Oczywiście też nie byłem wtedy może aż taki dorosły, więc może też to upiększam trochę, ale była tam pewna publicystyka. Koniec końców świat zmierza od artyzmu do interakcjonizmu, do tej interaktywności, która zawsze jednak troszeczkę mniej artystyczna będzie. Skoro tworzymy ją razem z autorem, to nie wszyscy jesteśmy artystami.
[02:11:34] - Mi się przypomniało à propos tych czasopism w wersji dźwiękowej. Kiedyś coś takiego w Stanach Zjednoczonych istniało, funkcjonowało. Były wydawane czasopisma nagrywane na płytach winylowych, płytach z prędkością odtwarzania osiem obrotów na minutę i taka płyta dosyć wystarczająco długo. Po prostu wystarczająco dużo ta prędkość obrotowa wyjątkowo niska tworzyła wystarczająco dużo czasu, żeby zawartość jednego numeru takiego czasopisma, odczytana oczywiście przez lektora, spokojnie się zmieściła. To taka ciekawostka.
[02:12:18] - No tak, natomiast ja powiem tak, że niezwykle mnie zaintrygował felieton Tomka, bo okazuje się, Wiktorze, że Tomek, który tak często odżegnuje się od artyzmu, pięknie to zauważył, że kiedy pójdziemy w stronę użytkowości, w stronę tego, żeby to ludzie decydowali, jak będzie, wtedy coś tracimy. Bo artyzm, to, o czym wspomina Tomek, jest jakoś nierozerwalnie związany z osobowością autora. I mówię to zarówno w kontekście takim bardzo ogólnym, jak i szczególnym, czyli naszego dzisiejszego bohatera, Tomasza Andrzejewskiego. Wyobraźcie sobie państwo w ogóle, że opowieść, którą prezentowaliśmy jakiś czas temu, kilkadziesiąt minut temu, opowieść o tym kochającym mężu byłaby opowieścią, o której kolejnych częściach decydują słuchacze. To gdzieś by to wszystko, co autor zawarł w tej opowieści, uciekło, uleciało na rzecz tego, co będzie działo się dalej. To jest pewien problem, który Tomek bardzo sprawnie nakreślił, ale który daje nam kolejny temat do przemyślenia: o co tak naprawdę w literaturze chodzi? Ja bardzo często stykam się z takimi oto ocenami. Dobrze, za pośrednictwem czego się stykam? Otóż ja jestem dosyć namiętnym czytaczem, recenzji to za duże słowo Takich opinii na temat książek zawartych na różnego rodzaju portalach, które poświęcone są książkom. Lubimy czytać itepe, itede.
Otóż poziom refleksji na temat przeczytanej książki prezentowany przez sporą część czytelników wprawia mnie w osłupienie, bo on się sprowadza do tego, czy książka miała fajną akcję, czy nie miała fajnej akcji. Zrozummy się, nie chodzi o to, żebym kogokolwiek oceniał. Można oczywiście tak do książki podchodzić, ale mnie najbardziej drażni, czy też zadziwia, to lepsze słowo, to przekonanie twórców owych podsumowań, że oni wiedzą, czym jest literatura, że oni właśnie odkryli jej sens. Istota literatury jest taka, że mamy pewną fabułę i ta fabuła się nam albo podoba, albo nie. I to jest cała recenzja. Fabuła mi się podobała albo fabuła mi się nie podobała. Ja przepraszam bardzo, ale to nie jest literatura. Inaczej, źle. To być może jest wypowiedź dotycząca literatury, ale wypowiedź zupełnie od czapy, bo to może być element wypowiedzi na temat książki. Czy mi się podobała fabuła tej książki.
Ale książka, powieść, opowiadanie to nie jest tylko i wyłącznie fabuła. To nie jest tylko i wyłącznie refleksja na temat tego, że autor szedł, szedł, doszedł i wrócił. To na przykład jest najkrótsze streszczenie „Władcy Pierścieni”. To nie tak działa. Książka, opowiadanie, powieść to jest coś więcej. To jest suma zarówno tej akcji, którą my śledzimy z zapartym tchem, a czasami nie, ale też pewnych zabiegów literackich. To tak mądrze brzmi, a tak naprawdę chodzi o całą tą magię, którą wytwarza osoba pisząca, pisarz, która sprawia, że my dajemy się zaczarować. My nagle widzimy ten świat troszeczkę inaczej. To jest literatura, proszę państwa, a nie to, że bohater szedł, szedł, doszedł, a potem wrócił. Nie o to chodzi w literaturze.
O to również, ale nie tylko o to. I bardzo moim zdaniem głęboki był ten felieton, bo on pokazywał, że tworzenie literatury jest rzeczą indywidualną. To pisarz musi stworzyć dany utwór, który my później podziwiamy albo odrzucamy, fascynujemy się nim albo nim gardzimy. Ale to on, jego osobowość, indywidualność. Natomiast wszelkie dzieła zbiorowe tworzone przez kilkuset, kilka tysięcy ludzi zawsze są naznaczone piętnem nie literackości, tylko piętnem użytkowości. Użytkowości w tym sensie, że historia ma się dobrze, źle, jakoś tam skończyć. I dlatego ja nie jestem specjalnym zwolennikiem tego rodzaju działań jak te paragrafówki, o których wspomniał Tomek, czy też tego rodzaju działania związane z Netflixem. Tutaj Al Green pisze à propos tych moich propozycji: „Literatura chętna”. Zabawne. Przynajmniej zabawnie to brzmi.
Otóż przyjęła się. Jeśli to odnośnie mody, o której wspomniał Tomek. Można czasopism posłuchać na Audiotece. A tego nie wiedziałem. Mówiąc szczerze, to się czegoś dowiedziałem. Zatem audycja jest absolutnie interaktywna, czyli nie tylko my gadamy do państwa, ale państwo do nas i wszyscy czerpiemy z tego jakieś korzyści. Wiktorze, skutecznie się zagłuszyłem. To ci teraz głos oddaję.
[02:18:51] - To ja może wytoczę ciężką artylerię po tym felietonie Tomka, bo on wspomniał coś na przykładzie pisma Sylvia Plath o czymś, z czego ja sobie doskonale zdawałem sprawę gdzieś 50 lat temu. Ta świadomość 50 lat temu praktycznie rzecz biorąc wykręciła mi broń z ręki. Otóż moje przekonanie sprzed 50 lat o tym, że epoka papieru się kończy i że papier z całą pewnością przetrwa dłużej w toalecie niż w bibliotece, pokutuje we mnie do dnia dzisiejszego. Tym bardziej, że jestem bardzo sentymentalny i przywiązany do książek. Niestety książki się skończyły. O tym powinni również myśleć pisarze, którzy w tej chwili próbują swoje życie w jakiś sposób ułożyć w towarzystwie książki. Książka to przeżytek. To jest mniej więcej coś takiego jak płetwy, kiedy zwierzęta zaczęły z morza wychodzić na ląd. Przyszła epoka zwierząt lądowych i wszyscy pięknie biegali, pięknie skakali i tak dalej. Cudowny świat się zrobił, ale najpierw należało się pozbyć płetw.
Płetwy na lądzie się do niczego nie przydają. Jest to żółw mowa. Mniej więcej tak samo jest z epoką papieru. Papier zniknie tak, jak go nie było. On zniknie i będzie tylko legendą, jak papirus, jak papier serpany czy jakieś inne takie rzeczy. Z tego musimy sobie zdać sprawę. I razem z nim zniknie książka i również słowo literatura, które jest przyklejone do książki. Literaturą są również scenariusze filmowe, fabuły gier komputerowych. To jest również literatura, a nie tylko książka. Książka jest tą płetwą, która jeszcze na tej mieliźnie, że tak powiem, próbuje wiosłować.
Mówię to z miłością do książek, ale nie z żalem, bo taka jest kolej rzeczy. Po prostu z tego należy zrezygnować. Należy to przejście zrobić w miarę delikatne. Jakoś sobie z tym próbują wszyscy poradzić i tak dalej. Natomiast jesteśmy, że tak powiem, dokładnie w takim momencie przełomu dwóch epok. To jest czas, kiedy zwierzęta z oceanów Ziemi wyłażą na ląd po prostu i potrzebują w tej chwili posługiwać się innymi narzędziami do przekazu informacji niż te, które oferowało nam pismo, które zaczęło oczywiście od gliny i tak dalej, ale przekotowało na papier i razem z papierem spłonie w tym tyglu, że tak powiem, cywilizacyjnym. Co z tego będzie, to zobaczymy.
[02:22:44] - Wiktorze, jak zwykle przegiąłeś pałkę. To znaczy, ja się z bardzo wieloma tezami, które wygłosiłeś, zgadzam, ale oczywiście musiałeś pałkę dowieźć do końca i myślę, że dobrą odpowiedzią dla ciebie jest to, że w trakcie twojej wypowiedzi pojawił się wpis Altgrina brzmiący w ten sposób: „Dlatego najlepsze są audiobooki”. Ale ktoś musi jednak najpierw je napisać. Ja mówię do państwa w tej chwili z miejsca, swojego gabinetu, w którym jest kilka tysięcy książek. Wiktor powie: „No to właśnie dinozaur kompletny, jakiś tam w ogóle przedpotopowy człowiek otacza się książkami. Nie wiadomo właściwie, po co te książki stoją na półkach, miejsce zajmują, kurzą się i w ogóle bez sensu”. Jest w tym jakaś prawda. Jest prawda również w tym, że rzeczywiście czasy się zmieniają i te audiobooki, tak jak Altgrin pisze, to jest rzeczywiście przyszłość. Dlatego też Bibliotekarium na audiobooki stawia i książka Tomasza Andrzejewskiego za jakiś czas również audiobookiem się stanie. I mówię to już z dozą pewności, bo właśnie umowy są, jak to się mówi tak popularnie, w trakcie podpisywania.
Ja nie wiem, jak długo trwa proces podpisywania umowy, to muszę patrzeć na swoje szefostwo, ale są w trakcie podpisywania, czyli się podpisują, jakkolwiek to idiotycznie brzmi. Jak będą już podpisane, to książki, audiobooki zaczną się robić, zaczną być produkowane. Oczywiście też w tym widzę przyszłość. Tym bardziej że coraz częściej jesteśmy w jakiś sposób zajęci. Ciężko jest czytać książkę, prowadząc samochód, a mając audiobooka, to i owszem, można. Sam korzystam. Nie jestem przeciwnikiem, ale lubię też dotknąć książki, dotknąć papieru. To oczywiście, jak powie Wiktor, są przyzwyczajenia dinozaura czy też jakiegoś innego tworu odchodzącego. Okej, ja się z tym zgadzam, ale kwintesencja tego problemu, o którym rozmawiamy, jest właśnie w tym zapisie Altgrina, że jednak najpierw tę książkę trzeba napisać. Ta książka musi być napisana i później może cieszyć ucho, cieszyć nasz mózg tym, że jest, ale najpierw musi powstać w świadomości pisarza.
Musi być zapisana, musi być rozegrana. Muszą tam się pojawić te wszystkie elementy, które stanowią o tym, że to jest literatura. I tu kolejny ukłon w kierunku Tomka, bo jak zwykle albo jak zazwyczaj bywa, sprawił, że potwierdza się moja definicja felietonu, że to jest granat wrzucony w szambo, a o tym świetnym wydarzeniu później wszyscy dyskutują. Myślę, że dobrze postawił problem i to będzie problem dla nas wszystkich. Dla tych nieco nowocześniejszych to będzie mniejszy problem, bo po prostu będą słuchać więcej audiobooków. Dla starszych, nieco skostniałych, takich, którzy gromadzą książki tak jak ja, to będzie problem może troszeczkę większy, ale tak jak pisze Piotr P. na czacie: „Zmieni się jedynie medium”. To prawda. Ja się absolutnie z tym zgadzam. Może już nie będziemy pochłaniać literek, będziemy słuchać.
Ale zwrócę też uwagę na jedną rzecz. I to są badania absolutnie nie moje. Jeszcze doczytam. Piotr P. pisze: „Książka znika w formie papierowej, ale twórcy historii fabuł wciąż będą potrzebni”. Chyba nie tylko fabuł, ale również całej tej nieokreśloności, tej magii, która jest w literaturze. Oni tak samo będą potrzebni. To wszystko będzie potrzebne. Ale tak jak mówi Piotr, zmieni się medium i fabuły, historie są potrzebne do gier komputerowych, planszowych, do filmów, a potrzebne jest kreowanie światów. A w literaturze potrzebne jest troszeczkę więcej niż tylko to.
I albo będziemy mieli streszczenia gier komputerowych — są takie książki, to się też daje czytać. Jedne są napisane lepiej, drugie gorzej, ale to są streszczenia gier. Natomiast literatura jest troszeczkę gdzie indziej, ale zgadzam się, można jej również słuchać. Sam to robię, nie odżegnuje się. Tylko jest jeszcze taka rzecz, która mnie nurtuje i która sprawia, że ja nie jestem takim absolutnym zwolennikiem audiobooków, takim zaprzedanym. Widzę ich plusy, ale widzę też minusy. I mówiłem o tym, że to nie są moje obserwacje, że to są rzeczy zaobserwowane przez psychologów. Otóż poszczególne zmysły działają inaczej. Tę samą książkę odbieramy inaczej, kiedy ją czytamy, a inaczej, kiedy jej słuchamy. Stąd się biorą później głosy, że niektórzy nie mogą w ogóle przyswajać literatury za pomocą słuchu.
Inni mówią, że z kolei ich to nie kręci czytanie, ale słuchać to mogą. A jak się dobrze temu wszystkiemu przyjrzymy, to są zupełnie inne sposoby przyswajania literatury i one mogą nam dać zupełnie coś innego. Ja się posłużę przykładem tak zwanym nieadekwatnym, ale związanym z redagowaniem książek, z redagowaniem tekstów. Otóż kiedy robię redakcję jakiejś prozy, to inne błędy wychwytuję słuchając, inne błędy wychwytuję czytając na papierze, a jeszcze inne błędy wychwytuję, kiedy czytam z ekranu komputera. I gdybym to był tylko ja, to by ktoś powiedział: „No tak, wariat. To wiadomo. Jak prowadzi audycję w radiu, to mniej lub bardziej musi być wariatem”. Ale nie. Ja sobie te rzeczy postanowiłem skonsultować i rozmawiałem z wieloma redaktorami. I oni potwierdzają to, że inne rzeczy widzimy na papierze, inne rzeczy widzimy na ekranie, a inne rzeczy jeszcze wyłapujemy, słuchając.
Zatem są to różne media i daleki jestem od tego, żeby je oceniać, mówić, które jest lepsze, które gorsze, ale są różne. I pamiętajmy, po prostu tylko o tym pamiętajmy, że są różne i że literaturę można przyswajać w różny sposób. Nie ma lepszego bądź gorszego sposobu, ale są to jednak sposoby różne. Warto o tym pamiętać. Tylko tyle. Wiktorze.
[02:29:49] - Wiem. Nawet Marku przypomniało mi się, jak kiedyś à propos tych twoich różnych ocen przez różne media, to szedłem kiedyś ulicą we Wrocławiu. Byłem młodym człowiekiem i nagle zobaczyłem dziewczynę. Zgłupiałem. Zacząłem iść za nią. Szedłem długo. Ona doszła na przystanku autobusów, skoczyła w autobus. Skoczyłem za nią. Jechałem i nie wiedziałem, co mam robić, bo zupełnie to było bez sensu. Wysiadła z autobusu, a ja byłem totalnie zauroczony.
To było absolutnie boskie zjawisko, nie z tej ziemi i tak dalej. I zdążyłem wyskoczyć za nią z tego autobusu. Idę za nią i w końcu mówię: „Raz w życiu, nigdy w życiu tego, człowieku, nie robiłem, ale musisz do niej się odezwać”. Przyspieszam kroku, równam się z nią, biorę oddech, żeby się do niej odezwać i w tym momencie ona wita się z przyjaciółką idącą z naprzeciwka. Jakbym dostał w pysk. Usłyszałem ją. „Chamska, głupia morda”. Tak się można pomylić. Wizja, Marku. Wizja, a odbiór dźwięku zakłóciło mój obraz totalnie.
Jakbym zbicie dostał w pysk. Obróciłem się na pięcie i poszedłem w diabły, bo przecież ona była głupia i beznadziejna. Ta moja wspaniała bogini. To jedno słowo.
[02:31:41] - Wiesz, Wiktorze co? Albo to jest historia uniwersalna, którą przeżyli również nasi słuchacze, w każdej sporej części, albo też jest zadziwiający przypadek, bo ja właściwie mógłbym opowiedzieć jeden do jeden historię ze swojego licealnego okresu. Właściwie jeden do jeden. Tylko że ja nigdzie nie jechałem i bardziej szedłem i troszeczkę inne dekoracje, ale tak naprawdę opowieść dokładnie taka sama.
[02:32:18] - Co innego się widzi, a co innego słyszy.
[02:32:22] - Tak. Ja myślę, że każdy facet coś takiego przeżył. A żeby nie być seksistowskim, to ja myślę, że kobiety również tego rodzaju zawody przeżywały. To niestety jest obosieczna broń czy obosieczna sytuacja, o której mówisz. Rzeczywiście, tak jak powiedziałeś- Zmysły, jeśli są używane w sposób jednostronny, potrafią nas zmylić. Dlatego ja nie jestem do końca przekonany, czy literatura w postaci czytanej na pewno odchodzi. Na pewno stanie się zjawiskiem niszowym, o czym wspominał Piotr P. To rzeczywiście może się w pewnym momencie stać zjawisko niszowe dla wybranych, dla koneserów, a masowo będzie konsumowana w postaci audiobooków. Jestem skłonny podzielić taki pogląd.
[02:33:25] - Marku, masz na pewno wiele racji, bo teraz sobie uświadomiłem, że przecież ta wspaniała miłość w formie macanej przetrwa mimo wszystko, nie?
[02:33:41] - Wiktorze, ja wiem, że jest po 22, ale jednak nie wchodzę w ten temat. Altgreen pisze na czacie: „Marek, masz rację”. Jak dobrze, czasami jednak mam rację. Widzisz, Wiktor. „Masz rację. Nigdy bym się nie uczył, słuchając. Ciężko zatrzymać się i pomyśleć nad tekstem”. Z jednej strony zgoda. Uczyć się jest trudno, ale zwróćcie państwo uwagę, jest też charakterystyczna sytuacja relacji mistrz–uczeń. Kiedy się bardzo dużo uczymy?
Dlaczego kiedyś wykłady, w pewnych dziedzinach przynajmniej, na przykład takich jak literatura, filozofia, głównie humanistyczne nauki, ale jak jest z naukami ścisłymi czy też społecznymi? Nie wiem, nie próbowałem, ale na pewno to w humanistyce się sprawdza. Mistrz, który mówi do nas, a my z nim w trakcie tego mówienia rozmawiamy. Wtedy przyswaja się najwięcej wiedzy. Więc to jest kolejny rodzaj zgłębiania pewnych tajników, pewnej wiedzy, kiedy wchodzimy w interakcję. W związku z tym zwróćcie państwo uwagę, to, o czym pisał Tomek, jednak interakcja jest do czegoś potrzebna. Nie wiem, to jest w sumie trudny problem, który warto rozważyć. Taki materiał jak blaszka do przemyślenia, bo to nie jest wszystko jednoznaczne. Ma rację Altgreen, kiedy pisze, że ciężko się uczyć. W sensie przyswajać wiedzę tak wprost.
Ale z drugiej strony relacja mistrz–uczeń, czyli rozmawiamy z naszym mistrzem, z naszym mentorem. Z tego bardzo wiele wynika. Trzecie, czytamy i tak dalej. Myślę, że życie jest w tak krótkiej audycji nie do rozstrzygnięcia. A ponieważ czas byłoby audycję powoli kończyć, wróćmy jeszcze do książki Tomasza Andrzejewskiego „Zły świat”. Ja powiem tak: to, co dobre, to, co miałem powiedzieć o książce, już powiedziałem. Wiktor chyba też. No cóż, sięgnijcie państwo po tę książkę. Naprawdę warto. Za chwilę, po tym, jak się pożegnamy z państwem, damy jeszcze próbkę twórczości Tomasza Andrzejewskiego.
Długie, półgodzinne opowiadanie, którego będziecie mogli państwo wysłuchać. „Krew na śniegu”. Mocna rzecz. Będzie państwu bliżej do tej twórczości. Naprawdę warto po nią sięgnąć. Tak jak w pewnym momencie audycji sugerowałem, moim zdaniem moc tych opowieści polega nie na ich brutalności, nie na ich krwawości, tylko na tym, że gdzieś tam są pozahaczane pytania dla nas. Pytania, na które odpowiemy sobie albo nie, ale które sobie zadamy. To jest w gruncie rzeczy ważniejsze. Tak jak w filozofii ważniejsze jest zadać pytanie, niż na nie odpowiedzieć. Nie zawsze, ale bardzo często tak bywa, że pytanie jest ważniejsze czasami niż odpowiedź.
Odpowiedź może być różna, ale pytanie jest ważne. Ważne jest, bo to pytanie jest synonimem problemu. Jeśli uświadomimy sobie problem, to jesteśmy już bardzo daleko. To jest bardzo ważne w tym momencie. I taka jest moim zdaniem proza Tomasza Andrzejewskiego zawarta w tomie „Zły świat”. To tak tytułem podsumowania sobie powiedziałem. Ty, Wiktorze?
[02:37:32] - Mogę tylko dodać, że to opowiadanie, które zaserwujemy za chwilę, może również służyć jako wytrych. Mogę ostrzegać, ale wysłuchajcie, a potem porównajcie swoje sny, jakie będziecie mieli późna pora po wysłuchaniu tego opowiadania.
[02:37:58] - Tak. Proszę państwa, my się za chwileczkę będziemy żegnać. Oczywiście jeszcze ze stałą formułką. Zaraz powiemy, co nas czeka w najbliższym czasie. Niemniej jednak nie żegnajcie się państwo z Radiem Paranormalium i z audycją „Bibliotekarium”, bo tak jak powiedziałem, zapraszamy na pół godziny prozy Tomasza Andrzejewskiego zaraz po tym, jak powiemy: „Do usłyszenia”. Jeszcze chwilę. Jeszcze muszę poczytać troszeczkę z czata. Piotr P., odpowiadając Redoxowi: „Ja nie twierdzę, że audiobooki nie mają zalet, tylko zgadzam się, że to dwie różne formy tekstu, o których warto pamiętać”. Dzięki Piotrze. Mamy podobny pogląd na to.
Redox: „Swoją drogą dziwnie by było, gdyby w Bibliotekarium wyświetlał się przesuwany tekst, żeby słuchacze sobie posłuchali sami. Na szczęście jest Ivellios, który nam czyta.” Art Green: „Audiobooki i audycje, sposób na bezsenne noce. Ratują mi życie.” Też prawda. Przyznam się, że to taka tajemnica kuchni. Ja też bardzo dużo słucham. Jak nie mogę zasnąć, to słucham do oporu, aż zasnę. Sprawdza się. Redox: „Żeby słuchacze sobie poczytali sami”, a to nie wiem odnośnie czego. W każdym razie słuchacze będą mieli co czytać. Powtarzam, my dwa teksty z ośmiu.
Pozostałe są dla państwa, więc za chwilę „Krew na śniegu”. A my tradycyjnie zapraszamy za dwa tygodnie. Porozmawiamy sobie o książce. Punktem wyjścia będzie książka Tomasza Pindela „Historie fandomowe”. To jest książka, która wyszła w Wydawnictwie Czarnym, która rzeczywiście mówi o tym, jak się rodził fandom, jak trwał fandom i jak wygląda fandom teraz. Ale oczywiście uzupełnimy tę książkę inną książką, o której warto powiedzieć w kontekście „Historii fandomowych” Tomasza Pindela, a mianowicie ostatnią książką mistrza Parowskiego. Przypomnę, że mniej więcej rok temu, jeszcze troszeczkę zostało do rocznicy, pożegnaliśmy Macieja Parowskiego, ale do końca pracował i powstała książka, dwa tomy „Wasz cyrk, moje małpy”, która też mówi o fandomie. W następnej audycji porozmawiamy o obu tych tomach. Oczywiście naszym przewodnikiem będą „Historie fandomowe” Tomasza Pindela, ale oczywiście o książce Macieja Parowskiego wspomnimy. Stworzy to nam taki miks, który pozwoli troszeczkę zrozumieć, skąd to się wszystko wzięło.
Bo wszyscy mówią: fantastyka, nowi pisarze, ludzie mniej lub bardziej znani, ważni lub mniej ważni. To wszystko jest pewien świat, w którym osoby czytające fantastykę naukową czy w ogóle fantastykę poruszają się. Ale czasami warto wiedzieć, jak subtelne mechanizmy tym wszystkim rządzą. A w dodatku warto sobie zdać sprawę, że czasami te mechanizmy wcale nie są subtelne, że one są czasami bardzo proste. Podsumowując, moje ulubione powiedzenie, że jeśli dwóch autorów zgłosi się do redaktora wydawnictwa z książkami, które mają podobną wartość, to pytanie: który z nich wyda tę książkę w owym wydawnictwie? I odpowiedź brutalna brzmi tak: ten, który się z redaktorem napił piwa. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że te oceny, te wszystkie redaktorskie meandry, o których będzie mowa w „Historiach fandomowych” oraz w książce Macieja Parowskiego „Wasz cyrk, moje małpy”, one troszeczkę tego dotkniemy. Tej kuchni nie literackiej zawsze. Czasami, szukam dobrego określenia, tej międzyludzkiej.
Że czasami o tym, że ktoś zadebiutuje albo nie zadebiutuje, decydują sprawy pozaliterackie. I to jest oczywiście bardzo niesprawiedliwe i bardzo krzywdzące dla autorów. Sobie z tego zdaję sprawę i podpisuję się. Ale warto te historie czasami poznać. Warto wiedzieć, dlaczego na przykład Maciej Parowski uważał przez długi czas, że książka pewnej autorki, tego się nie da czytać i w ogóle to, że ona Zajdla dostała, to jest absolutne nieporozumienie. Można to zrozumieć, ale warto też pamiętać o tym, że po wielu latach Maciej Parowski uderzył się w pierś i powiedział, że się mylił, że nie miał racji, że to jest po prostu dobra autorka. To jest przykład, który przytaczam dlatego, żeby zdać sobie sprawę, to zresztą mówił nasz bohater dzisiejszej audycji, Tomasz Andrzejewski, że warto być człowiekiem niezłomnym, pisarzem niezłomnym i jeśli odrzucą ci pierwszą, drugą, trzecią, czwartą książkę, to napisz piątą. Po pierwsze będziesz pisał coraz lepiej, a po drugie to się może w końcu udać. Pisanie to nie jest aktywność, w której należy być narcyzem zakochanym w swojej twórczości, niedopuszczającym do siebie myśli, że coś mogłem zrobić źle, że mogło mi się nie udać. Przecież ja wszystko dobrze robię.
Tak nie jest, proszę państwa. Szczególnie jak człowiek zaczyna i mu się coś uda, to później uważa, że jak mu się już raz udało, to już wszystko będzie okej i zawsze będzie mi się udawało. Nie. Nawet doświadczeni autorzy, którzy mieli na koncie wiele książek, czasami popełniali jakiegoś knota. I na czym polegała ich wielkość? Że jak im ludzie mówili: „Słuchaj, to złe jest, niedobre”, to dopóki to mówiła jedna, dwie osoby, to przyjmowali to, że są różne poglądy. Ale jak im zaczęło to mówić całkiem dużo osób, to byli w stanie przyznać, że to nie była ich najlepsza książka. To troszeczkę tak, jak ze starym dowcipem: jeśli mówi ci jedna osoba, że jesteś pijany, to możesz zlekceważyć. Ale jak dziesięć osób mówi ci, że jesteś ewidentnie pijany, to nie kombinuj. Kup sobie Alka-Prim na następny dzień, może się przydać.
Ta przydługa opowieść troszeczkę wprowadza nas w tematykę, a właściwie w pewną atmosferę „Historii fandomowych” Tomasza Pindela oraz książkę „Wasz cyrk, moje małpy” Macieja Parowskiego. O tym będziemy rozmawiać za dwa tygodnie i wbrew pozorom będzie to rozmowa nie o tym, co się komu wydaje, tylko o tym, czym jest literatura. Wrócimy do tematu poruszanego dzisiaj, a może go nawet pogłębimy. Czym jest literatura i jak czasami subtelne rzeczy decydują o tym, że się coś komuś udaje albo nie udaje? Jak ważny jest upór, o którym wspominał Tomasz Andrzejewski? Jak różne inne przymioty, a czasami wady są ważne, żeby być pisarzem. To tyle o audycji „Bibliotekarium” za dwa tygodnie. Za tydzień oczywiście ABW. Zagłębimy się trochę w shortach, które zostały zakwalifikowane do drugiego tomu antologii. Trochę ich jeszcze zostało, a w ogóle mam ten komfort, że mogę powiedzieć co za tydzień i mogę też powiedzieć, co w ABW za trzy tygodnie.
To ABW za tydzień będzie poświęcone autorom z antologii. Ponieważ my z Wiktorem w tej chwili nic innego nie robimy, tylko czytamy ostatni temat antologijny. Zobowiązaliśmy się, że do piętnastego ogłosimy listę wyników. Z tego, co mi mówi Wiktor i z tego, co ja czytam, jest sporo niezłych opowiadań, ale niestety sporo opowiadań do poprawki. Może Wiktor coś za chwilę jeszcze na ten temat powie. Ja w każdym razie powiem, że za tydzień opowiadania z antologii, a za trzy tygodnie pojawiło się sporo nowych, fajnych tekstów, które nadeszły do ABW. I się po prostu z tymi tekstami zapoznamy. Wiktorze, coś o konkursie na koniec?
[02:47:34] - O konkursie, wiesz, z konkursowym czytaniem to jest zwykle coś bardzo podobnego do obserwowania nieba w poszukiwaniu obcych cywilizacji. Zmieniasz ustawienie teleskopu — cisza. Zmieniasz ustawienie teleskopu, kierunek — cisza. Nikogo nie ma we wszechświecie. I tak możesz długo, miesiącami przesuwać niebo. Ale co pewien czas nagle może się odezwać coś i nagle przeczytasz coś, że zaczynasz wierzyć, że istnieją jednak ci obcy, te obce cywilizacje. Nagle słyszysz, że ktoś nie tylko istnieje, ale również myśli. To są takie wspaniałe odkrycia, że tak powiem, że nagle ta cywilizacja nie dosyć, że istnieje, to nawet ma imię. Parę nazwisk mógłbym tutaj przytoczyć z tego, co czytałem.
[02:48:47] - Nie przytaczaj! Nie przytaczaj.
[02:48:51] - Nie wolno? Dobrze, trudno. Szkoda. Żałuję autorom, że nie mogę, ale parę obcych cywilizacji odkryłem w trakcie tego czytania.
[02:49:03] - Ja również. A zatem zapraszamy za tydzień na ABW z opowiadaniami shortowymi z antologii, która się jeszcze w tym roku ukaże, z antologii „Rubieże rzeczywistości”. Za trzy tygodnie zapraszamy na premierę w ABW, a za dwa tygodnie, tak jak powiedziałem, porozmawiamy sobie o książce „Historie fandomowe” Tomasza Pindela oraz o książce „Wasz cyrk, moje małpy” Macieja Parowskiego. Dobrej nocy życzę. Samych dobrych lektur, samych natchnień i to takich poruszających dla tych osób, które piszą. Do usłyszenia za tydzień.
[02:49:49] - Dobranoc.
[02:49:50] - A mówili do Was, drodzy państwo, jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę i jeszcze się nie żegnamy. Jeszcze nie dobranoc, ale już do usłyszenia. A do usłyszenia na sam koniec dzisiejszego „Bibliotekarium” opowiadanie Tomasza Andrzejewskiego „Krew na śniegu”. I uprzedzam, to będzie dużo mocniejsze od tego, co zaprezentowaliśmy w początkowej części naszej audycji. Tomasz Andrzejewski „Krew na śniegu”: „Nic nie pamiętam. Potwornie boli mnie głowa. Gdy odzyskałem przytomność, okazało się, że siedzę przypięty pasami do fotela. Był dziwnie przechylony do przodu, podobnie jak sufit, podłoga oraz wszystko inne.
Obok mnie siedziała kobieta. Jej długie, opadające na twarz czarne włosy sklejała krew.” Wyglądała na martwą. Było mi zimno. Dotkliwy chłód przenikał aż do kości. Po mojej prawej stronie przez rozbite okrągłe okno wpadał śnieg. Dużo śniegu. Odbijało się w nim światło słoneczne. Wyjątkowo ciasne pomieszczenie, w którym się znalazłem, kształtem przypominało cylinder, którego ściany w wielu miejscach zostały zgniecione i powyginane. Gdzieniegdzie niewielkie fragmenty zostały dosłownie oderwane od całej konstrukcji z jakąś potworną siłą. Przede mną stały dwa rzędy siedzeń dla pasażerów.
Wszystkie puste. Dalej znajdowało się kolejne okno wypełnione bielą, podobnie jak większość okrągłych szklanych szyb. Tuż pod nim na smoliście czarnej płycie rozmieszczono zestaw najrozmaitszych wskaźników i zegarów, o przeznaczeniu których nie mogłem mieć zielonego pojęcia. Do tego jeszcze dwóch siedzących plecami do mnie mężczyzn, obydwaj z roztrzaskanymi głowami. „Jestem w rozbitym samolocie” – przeszło mi przez myśl. Spróbowałem ruszyć rękoma i nogami. Bolały, lecz na pewno nie były złamane. Ostrożnie rozpiąłem pasy bezpieczeństwa, po czym sprawdziłem, co z kobietą, która siedziała obok. Wystarczyło jedynie odgarnąć kosmyk włosów z twarzy, aby odkryć przyczynę jej śmierci. Oderwany od poszycia fragment metalu rozprął brunetce gardło tuż pod podbródkiem.
Rana była tak głęboka, że z łatwością mogłem dostrzec kręgi szyjne. Kim jestem i co w ogóle tutaj robię? Pogrzebałem w kieszeniach swojej zimowej kurtki. Udało mi się znaleźć portfel, a w nim 2000 dolarów w gotówce oraz paszport i prawo jazdy na nazwisko Simon Wilson. Było jeszcze zdjęcie. Ledwo rzuciłem na nie okiem, a całe ciało przeszył dreszcz. Zwłoki kobiety obok mnie. Po raz kolejny musiałem spojrzeć na jej twarz. Zdjęcie przedstawiało nas oboje. Przytuleni do siebie uśmiechaliśmy się, a w tle widać było błękitną powierzchnię morza, palmy i piasek.
Czy to moja żona? Może dziewczyna albo siostra? Musiałem to sprawdzić. Przejrzałem damską torebkę, która wciąż wisiała na bezwładnym ramieniu. Moja towarzyszka również posiadała mnóstwo pieniędzy. Prawie 5000. Większość w studolarowych banknotach, a także dokumenty. Marta Wilson. Odczytałem dane zapisane w paszporcie. Czy powinienem był teraz upaść na kolana, zalać się łzami i wyć wniebogłosy?
Prawie na pewno bym tak zrobił, gdybym tylko cokolwiek pamiętał. Ostrożnie wstałem, by dostać się na wąskie przejście między fotelami. Dotarłem do drzwi i spróbowałem je otworzyć. Poruszyły się tylko o kilka centymetrów. Przez powstałą wąską szczelinę do wnętrza samolotu wpadła odrobina śniegu. Naparłem na skrzydło drzwi i po kilku minutach wytężonej pracy zdołałem poszerzyć szparę dostatecznie mocno, żebym mógł się przez nią przecisnąć. Ledwo jednak wychyliłem głowę poza pokład awionetki, lodowato zimny wiatr owiał mi twarz. Po tym, co zobaczyłem, z wrażenia zmiękły mi kolana. Gdybym wcześniej nie złapał za klamkę, niechybnie runąłbym jak długi. Znajdowałem się wysoko w górach.
Pozbawione roślinności zbocza pokrywała lśniąca warstwa śniegu, która sięgała mi aż do wysokości klatki piersiowej. „Prędko mnie tu nie znajdą” – pomyślałem. Gdy wygramoliłem się wreszcie na zewnątrz i rozejrzałem, mogłem jedynie jeszcze bardziej utwierdzić się w tym przekonaniu. Otaczała mnie biel gładkich stoków, z rzadka poprzecinanych czernią nagich szczytów. Nigdzie choćby najmniejszego śladu ludzkiej obecności. Wróciłem do kabiny i poszedłem na jej przód. Nie jestem żadnym ekspertem w tych sprawach, albo przynajmniej nie przypominam sobie, żebym nim był, ale chyba w dzisiejszych czasach każdy samolot posiada sprzęt do komunikacji. W tym tylko była moja nadzieja. Próbowałem nie patrzeć na okaleczone zwłoki pilotów. Jednemu z nich wyrwało pół czaszki wraz z kawałkiem mózgu, co nie było zbyt miłym widokiem.
Miast tego skupiłem się na kokpicie. Większość przyrządów została rozbita w drobny mak. Pozostałe nie działały. Szlag. Z niemą odrazą zdjąłem słuchawki z głowy mniej poturbowanego pilota i założyłem sobie na głowę. Cisza. Kurwa mać! Gdybym chociaż wiedział, jak to się obsługuje. Dobra, dobra, tylko bez paniki. To w niczym mi nie pomoże.
Zawsze znajdzie się jakieś wyjście i to nawet z tak głębokiej dupy. Przecież jest całkiem prawdopodobne, że piloci wezwali pomoc w chwili, gdy tracili panowanie nad sterami, dosłownie na chwilę przed katastrofą. Może ekipa ratunkowa już nadciąga. Trzeba im tylko jakoś dopomóc. Z ostatniego rzędu siedzeń wyciągnąłem moje... znaczy nasze, Simona i Marty bagaże. Znalazłem w nich żywność, zapalniczkę oraz sporo ubrań na zmianę, w tym rękawiczki, które natychmiast założyłem na zmarznięte dłonie. Było tam również mnóstwo pieniędzy. Co najmniej 50 000 w gotówce. Żadnych kart kredytowych ani płatniczych.
Jeszcze dziwniejszym znaleziskiem okazał się tani, jednorazowy telefon komórkowy. Byliśmy tacy bogaci, a nie mogliśmy pozwolić sobie na porządnego smartfona? Tak czy inaczej, wiele by to nie zmieniło w mojej sytuacji. Przecież na tym odludziu i tak nie było zasięgu. Po dokładnym przejrzeniu całego dostępnego mi ekwipunku wyszedłem na zewnątrz, gdzie rękoma wyżłobiłem w śniegu wielki napis „SOS”. Tyle mogę na razie zrobić. Teraz pozostało tylko czekać. Siedziałem bezczynnie we wraku, aż zapadła noc. Pomyśleć, iż zaraz po ocknięciu się było mi zimno. Teraz trudno mi rozprostować palce.
Zgromadziłem w jednym miejscu całą dostępną odzież, w tym kurtki zdarte z trupów, by potem zanurkować w nich niczym pies w suchych liściach. Jest źle, bardzo źle, ale chyba dociągnę do rana. Słyszę dobiegające z zewnątrz dziwne bulgotanie, dostatecznie głośne, aby przedrzeć się poprzez dzikie wycie górskiego wiatru. Nawet nie próbowałem sprawdzić, co to takiego. Głowę by mi chyba zamroziło na kostkę lodu. Poza tym nie mam latarki, jedynie zapalniczkę. Nie chcę marnować benzyny na takie błahostki. Do rana spałem niewiele, góra cztery godziny. Kiedy wstało słońce i zrobiło się nieco cieplej, wytragałem swoje przymarznięte na kość ciało z barłogu. Zamierzałem wyjść na zewnątrz i poprawić napis „SOS”.
Wpierw jednak chciałem się posilić. Butelka mineralnej, którą znalazłem w bagażu, stwardniała do tego stopnia, iż z powodzeniem można by jej użyć jako kija do gry w baseball. Włożyłem ją za kurtkę, aby roztopić lód ciepłem własnego ciała. W międzyczasie otworzyłem paczkę orzeszków ziemnych. Włożywszy sobie garść do buzi, musiałem poczekać, aż odtają. Inaczej gryząc je, niechybnie połamałbym zęby. Zaraz po śniadaniu musiałem siłować się z drzwiami. Poszło mi jednak znacznie lepiej niż wczoraj. Tak jak przewidywałem, wicher zdążył przez noc częściowo zasypać wejście śniegiem. Z otworzonego przeze mnie wczoraj napisu został tylko słabo widoczny ślad, lecz nie to zwróciło moją uwagę.
W odległości 10 kroków od awionetki na powierzchni nieskazitelnie białego puchu widniała jaskrawoczerwona plama. Powiedzieć, że ten widok mnie zdziwił, to mało. Z niedowierzaniem dobrnąłem do plamy, żłobiąc w śniegu głęboki ślad. Zdjąłem rękawiczkę i dotknąłem jej opuszkami palców. Ciecz była ciepła i lepka. Wyglądało na to, iż rozlano ją dosłownie przed chwilą przez coś lub kogoś, co nie pozostawiło po sobie choćby pojedynczego śladu na śniegu. „Czy to – wyszeptałem wpatrzony w czerwień na palcach. – Czy to krew?” Nagle moją głowę przeszyła fala palącego bólu, a oczy zalała czerń. Przez chwilę myślałem, że oślepłem. Chwilę później zobaczyłem szokujący obraz.
Zobaczyłem nastolatkę przywiązaną sznurem do stołu w pomieszczeniu przypominającym zagradzoną komórkę. Ubrana była w typowo młodzieżowy T-shirt oraz wypłowiałe dżinsy z dziurami na kolanach. Jej odzież pokrywały wyschnięte plamy błota. Dziewczyna rzucała się na lewo i prawo, jednak więzy nie puszczały. Wetknięty w usta knebel uniemożliwiał wezwanie pomocy. Ja sam nie mogłem nic z tym zrobić. Byłem tylko biernym obserwatorem. W pokoju pojawił się człowiek, niewysoki, szczupły, noszący czarną wełnianą czapkę oraz luźną skórzaną kurtkę. Stał tyłem do mnie, a światło jedynej wiszącej u sufitu żarówki padało na niego od przodu, przez co z mojej perspektywy wydawał się niczym żywy cień. Nie potrafiłem określić jego płci, rasy czy wieku.
Podszedł do swojej ofiary, nie wypowiedziawszy słowa. Wtem zza jego pleców dostrzegłem błysk klingi myśliwskiego noża. Dziewczyna zaczęła szarpać się jeszcze mocniej. Wyglądała, jakby dostała ataku epilepsji. Po jej pięknej, gładkiej twarzy popłynęły łzy. Usłyszałem szloch zniekształcony wciśniętym między zęby kneblem. Nagle scena zniknęła mi z oczu, zastąpiona serią krótkich ujęć. Dostrzegłem ostrze tnące nagie ludzkie ciało, krew tryskającą z nowo powstałej rany, odzianą w chirurgiczną rękawiczkę dłoń, która wpychała palce w głąb rany. Na samym końcu wizji dostrzegłem stół wraz z przywiązaną doń bezbronną ofiarą. Była zupełnie naga.
Z ud, klatki piersiowej czy brzucha zdarto całe płaty skóry, obnażając mięśnie. Najbardziej przerażające było to, że wciąż żyła. Kiedy znalazłem się przy awionetce, leżałem plecami na śniegu, wpatrzony w bezchmurne niebo. Słońce powoli zbliżało się w stronę horyzontu. Nadchodził wieczór. Musiałem utracić kontakt z rzeczywistością na całe godziny. Wstałem i po raz kolejny rzuciłem okiem na plamę krwi. Wciąż tam była, jakby spadający śnieg omijał to miejsce. Chyba nawet się trochę powiększyła. Nie miałem jednak najmniejszego zamiaru znowu jej dotykać czy badać.
Zabrałem się więc za czynność, którą wcześniej sobie zaplanowałem. Po wyżłobieniu na nowo trzech liter SOS powróciłem do wraku. Gdy zamykałem drzwi, słońce rzucało pożegnalne, jasnoczerwone promienie zza widnokręgu. Czekała mnie kolejna noc. Oby tylko nie była zimniejsza od poprzedniej. Wczorajszego wieczoru nie mogłem zasnąć. Teraz z trudem przychodziło mi nawet zamykanie oczu. Wystarczyło, że jedynie opuściłem na moment powieki, a powracały do mnie przerażające fantasmagorie. Widziałem ludzi, wyłącznie młode kobiety torturowane i krojone żywcem na kawałki. Ktoś wyrywał im obcęgami zęby, łamał kości młotkiem, wiercił dziury w kolanach wiertarką.
Umierały na moich oczach, dławiąc się własną krwią. Patrzyłem na to czasami z perspektywy widza, innym razem miałem wrażenie, iż to ja sam jestem oprawcą. To było jak najgorszy koszmar na jawie. W środku nocy usłyszałem pukanie do drzwi samolotu. Na początku myślałem, iż to tylko złudzenie, ale dźwięk powtórzył się jeszcze raz i jeszcze raz. Nieprawdopodobne, lecz ktoś tu był i pragnął wejść do środka. W drzwiach nie było zamka, nie można ich było zamknąć na klucz. Mimo to ktoś walił w nie zawzięcie. Czyżby przyszła pomoc? „Gdyby ten ktoś na zewnątrz faktycznie chciał mi pomóc, nie milczałby” – przyszło mi do głowy.
Tymczasem słyszałem tylko pukanie. „Czego chcesz?” – krzyknąłem na cały głos. Stukot ustał. Zapanowała cisza, nie zmącona choćby szumem wiatru. Trwała tylko krótką chwilę. „Przyszłam po ciebie”. Głos brzmiał dziwnie. Był niewyraźny i świszczący jak syczenie żmii. „Pamiętasz mnie?” Przepełniony lękiem wyciągnąłem zapalniczkę. Wstałem z prowizorycznego legowiska i podszedłem do drzwi, wolną dłonią łapiąc za klamkę.
Nie było w nich okna, toteż nie mogłem wyjrzeć na zewnątrz. „Kim jesteś?” – zawołałem. „Czyżbyś mnie nie pamiętał?” Głos w obłudny sposób wyrażał smutek. Poczułem szarpnięcie za klamkę. Czymkolwiek była dręcząca mnie istota, próbowała wtargnąć do środka. Na moje szczęście zbytnio się nie starała. Bez trudu mogłem utrzymać drzwi zamknięte. „Naprawdę mnie nie pamiętasz? Przyjdę do ciebie następnej nocy. Przyprowadzę ze sobą twoje koleżanki.
Może one odświeżą ci pamięć”. Po tych słowach horror się skończył. Do samego rana nie odstąpiłem od drzwi ani na sekundę. Nastał trzeci dzień mojej udręki. Długo zastanawiałem się, czy w ogóle opuszczać pokład awionetki. Ostatecznie przekonał mnie ból pęcherza. Nie byłem jeszcze na tyle zdesperowany, aby zanieczyszczać własne schronienie. Było już dobrze po południu, kiedy otworzyłem drzwi i wyjrzałem na zewnątrz. Widok, jaki tam zastałem, sprawił, iż prawie posikałem się w spodnie. Wielka plama krwi wciąż znaczyła powierzchnię śniegu.
Wydawała się przy tym równie świeża co wczoraj. To jeszcze jakoś bym wytrzymał, ale fakt, że od lśniącej kałuży odchodził wyraźny czerwony ślad prowadzący prosto do awionetki, przejął mnie do szpiku kości. Wyglądało to, jakby ktoś ciągał się po białym puchu, jednocześnie brocząc posoką. Krew była także na drzwiach. Jej smugi przyjęły kształt odciśniętych knykci. W akcie desperacji próbowałem zasypać krąg. Bezskutecznie. Ilekroć sypnąłem na niego nową porcję śniegu, ta natychmiast topniała, przybierając przy tym karmazynowy kolor. Wycieńczony padłem na kolana i ukryłem twarz w dłoniach. „Spokojnie, spokojnie – mówiłem sam do siebie.
– Spróbuj pozbierać myśli. To wszystko musi coś znaczyć”. Fakty powoli zaczęły łączyć się w całość. Ja i moja żona nie mieliśmy kart płatniczych, tylko samą gotówkę i to w ogromnej ilości. Jacy ludzie posługują się wyłącznie gotówką? Ścigani przestępcy. W ten sposób trudniej ich namierzyć. Z tego samego powodu używaliśmy jednorazowej komórki. Czy to my zamordowaliśmy owe kobiety, które oglądałem w swych wizjach, czy też może raczej w przebłyskach wspomnień? Nie dostrzegałem innej możliwości.
Coś poszło nie tak. Musieliśmy uciekać za granicę. Być może policja wpadła na nasz trop bądź któraś z ofiar zdołała uciec. Z taką ilością pieniędzy nie mogliśmy polecieć lotem rejsowym, dlatego wynajęliśmy awionetkę, która z jakiegoś powodu rozbiła się wysoko w górach. Wszystko to do siebie idealnie pasowało. „Jestem mordercą” – przeszło mi przez usta. – „Jestem mordercą”. Razem z żoną zabijaliśmy przypadkowe dziewczyny w sadystyczny sposób, bez cienia litości. Czyżby oznaczało to, iż mam się teraz poddać? Cokolwiek by mnie teraz nie spotkało, niezależnie jak okrutnie postąpiłby ze mną los, zasłużyłem na to.
Tylko że człowiek, nawet ten najbardziej zdegenerowany i zepsuty, posiada wolę życia. Nie jestem w stanie się jej oprzeć. Może później, kiedy dotrę do cywilizacji, dobrowolnie oddam się w ręce policji. Odizolują mnie w więzieniu do końca mych dni albo stracą na krześle elektrycznym, jeżeli tylko tak zdecyduje sąd. Bylebym tylko nie umarł tutaj, samotnie na świeżej pustyni. O ile to wszystko było prawdą. Czułem wyrzuty sumienia, choć niczego nie pamiętałem. Czy wcześniej, rozprawiając z błagające o litość ofiary, czułem cokolwiek? Co się w ogóle ze mną dzieje i czym, do ciężkiej cholery, jest ta plama krwi? Powoli zbliżyłem dłoń do czerwonego kręgu.
Dotknąwszy jego powierzchni, poczułem dziwne drżenie przenikające przez gruby materiał rękawiczek aż do gołej skóry. Naparłem nieco mocniej. Zakrwawiony śnieg nie ugiął się pod naciskiem moich palców, lecz pochłonął je. Zachowywał się jak woda. Kiedy wyjąłem dłoń, ociekała posoką. Nie wiem, co mnie do tego podkusiło, ale postanowiłem zanurzyć twarz w kałuży. Zrobiłem to najpierw z zamkniętymi powiekami, znów doświadczając wibracji, które łaskotały mnie w policzki. Było mi dziwnie ciepło. Dopiero wtedy otworzyłem oczy. Pod kręgiem krył się cały świat, skąpany w czerwieni i bezwzględnie mroczny.
Ujrzałem unoszące się w krwawej toni postaci ludzkie. Były ich tysiące. Wszystkie bez wyjątku brutalnie okaleczone, poćwiartowane, obdarte ze skóry, wypatroszone, z wyłupionymi oczyma. Wołały o zemstę. Ich krzyk rozrywał bębenki uszne, wdzierał się przez czaszkę do samego środka głowy. Czy to było piekło? Otóż nie. Do piekła trafiają mordercy i zbrodniarze. Tutaj egzystowały dusze ich ofiar, niecierpliwie czekając na dzień, który przyniesie im sprawiedliwość. Wyrwawszy głowę z powrotem do naszego świata, darłem się wniebogłosy.
Posoka spływała gęstymi strugami po czole i policzkach. Marznąc, przywierała do skóry jak groteskowa maska. Musiałem uciec i to w tej chwili. Wpadłem do wraku jak burza. W pośpiechu zbierałem wszelkie przedmioty mogące się przydać w drodze i pakowałem je do torby podróżnej. Po krótkim namyśle zadecydowałem o porzuceniu większości pieniędzy. Tylko by mnie spowalniały. Wziąłem jedynie portfel z całą jego zawartością. Przygotowawszy się do drogi, opuściłem rozbitą awionetkę, by następnie obrać kurs w dół zbocza. Nie miałem zielonego pojęcia, w którą stronę się udać, żeby możliwie najszybciej dotrzeć do ludzkich osad.
Pomyślałem więc, że najpierw zejdę możliwie jak najniżej, tam, gdzie będę mieć największe szanse na przetrwanie mroźnej nocy. Względnie szybko dotarłem do wąwozu ciągnącego się pomiędzy szczytami. Idąc dalej tą drogą, jeszcze przed zachodem słońca udało mi się dotrzeć na skraj łańcucha górskiego. Teraz moja dalsza wędrówka prowadziła niskim, łagodnym zboczem w stronę sięgającego widnokręgu lasu potężnych, przyprószonych śniegiem drzew iglastych. Nigdzie jak okiem sięgnąć ani śladu działalności człowieka. Gdy pół godziny później znalazłem się w otoczeniu drzew, postanowiłem przyszykować sobie jakieś schronienie na noc. Zadziwiająco łatwo przyszło mi zbudowanie szałasu. Rozłupałem płaski kamień, uderzając nim o skały, w ten sposób ostrząc jego krawędź. Za pomocą prowizorycznego noża ściąłem kilka gałęzi, z których zrobiłem dach oraz posłanie. Na koniec zebrałem spory zapas chrustu potrzebny do rozpalenia ogniska.
Działałem sprawnie i szybko, zastanawiając się, czy przypadkiem nie byłem kiedyś skautem, a może żołnierzem. Jakie jeszcze tajemnice skrywała moja przeszłość? Ponoć w większości przypadków amnezji wspomnienia wracają same. Na razie wróciły tylko te najgorsze. Noc zastała mnie skulonego ze strachu, ze wzrokiem utkwionym w ognisku. Choć byłem wycieńczony, bałem się zasnąć. Miałem nieodparte wrażenie, iż senne mary krążą nade mną, niewidoczne w ciemnych koronach drzew, wyczekując tylko odpowiedniej chwili, aby zaatakować. Byłem pewien, że tamte zagadkowe, uciekające krwią istoty znajdą mnie tutaj. Nieważne, jak daleko bym nie uciekał. Skoro z łatwością odszukały mnie pośród górskich szczytów Przestrzeń najwyraźniej nie była dla nich żadnym ograniczeniem.
W przeciwieństwie do mar, demonów nocy, one pragnęły, żebym nie spał. Wtedy wyraźnie poczuję każdą zadawaną przez nie torturę, bo co do tego, że chcą mi sprawić cierpienie, nie miałem żadnych wątpliwości. Jestem jak potępieniec stojący w przedsionku piekła. Nie ma dla mnie ratunku. Gdy zasnąłem, upiory przeszłości rzuciły się na mnie niczym wygłodniałe wilki na jagnię. W snach widzę Martę. Nosi skórzaną kurtkę, a na głowie czarną wełnianą czapkę. Jest szczęśliwa, uśmiechnięta i nade wszystko żywa. Stoimy bardzo blisko siebie. Wtem unosi dłoń, w której trzyma nóż.
Ostrze ocieka krwią. „No i co, kochanie?” – szepcze do mnie zmysłowo. – „Właśnie pokazałam ci, jak to się robi. Teraz twoja kolej.” Wręcza mi nóż, po czym wskazuje palcem w stronę stołu, gdzie leży skrępowana ofiara. Młodziutka blondynka. Jest nieprzytomna, zemdlała zapewne z bólu, ale wciąż żyje. Jej klatka piersiowa unosi się jednostajnie z każdym kolejnym oddechem. Lewa nogawka spodni niewinnej ofiary została rozpruta na prawie całej długości. Na odsłoniętym zgrabnym udzie wybranka mojego serca dokonała długiego nacięcia sięgającego aż do kości. „No, pospiesz się” – nalega Marta.
– „Inaczej się wykrwawi i będzie po zabawie.” „To zaszło za daleko” – mówię cicho dawny ja. Współczesny ja nie ma tu prawa głosu. Nie można zmienić we wspomnieniach tego, co już się wydarzyło. „Nie masz wyjścia.” Partnerka popycha mnie delikatnie w stronę stołu. – „Cokolwiek byś nie zrobił, ona i tak niedługo będzie martwa. Siedzimy w tym razem. Gdybyśmy wpadli, obydwoje zgnijemy w więzieniu.” „Ja nigdy nikogo nie zabiłem.” „Kiedyś musi być ten pierwszy raz.” Marta pochyla się, szepcze mi do ucha zmysłowym głosem: „Myślisz, że ja urodziłam się z nożem w ręku?” Brzmienie jej słów przypomina dźwięk hipnotyzującej muzyki. Nie potrafię się oprzeć. Staję przy omdlałej dziewczynie. Lewą ręką podciągam jej podkoszulkę.
Wbijam klingę noża tuż pod mostkiem, a następnie przeciągam ją aż do miednicy. Czuję, jak wnętrzności bezskutecznie próbują stawić opór ostrzu. Kończę szarpnięciem. Wyciągam ostrze z ciała. Krew intensywnie tryska z rany, plamiąc moje ręce, brzuch, ramiona, nawet twarz. Marta podchodzi do mnie. Rozchyla wargi, by zlizać krew z policzka. „Widzisz?” – pyta zasmakowawszy krwi. – „Nie było tak źle, prawda? Następnym razem wyjdzie ci to jeszcze lepiej.
Użyjemy innych narzędzi. Nawet sobie nie wyobrażasz, na ile różnych sposobów można człowiekowi odebrać życie. Jestem pewna, że to pokochasz. Tak jak ja.” Wyrwałem się z tego obrzydliwego koszmaru. Przez krótką chwilę myślałem, iż to niespodziewany akt łaski. Ledwo jednak otworzyłem oczy, dotarło do mnie, że byłem w błędzie. Po drugiej stronie ogniska dostrzegłem krew na śniegu. Czerwona plama powiększała się z każdą sekundą. Przypominała w tym rozkwitającą różę. Kiedy osiągnęła pełne rozmiary, jej pomarańczowa powierzchnia zabulgotała.
Spośród setek pękających pęcherzyków powietrza wyłoniła się szczupła kobieca dłoń, której dawno temu w odległym świecie pewien okrutnik powyrywał obcęgami paznokcie. Dobrze wiedziałem, kim był oprawca. Powinienem był zerwać się na równe nogi i uciekać, dopóki nie zabraknie mi tchu. Pędzić pośród mroku nocy, nie zważając na chłoszczące twarz gałęzie oraz na mróz odbierający czucie w członkach. Tymczasem siedziałem jak sparaliżowany. Czekałem na to, co musiało się wydarzyć. To chyba właśnie wtedy naprawdę zrozumiałem, iż jestem stracony. Wychodziły z otchłani po kilka naraz. Niegdyś piękne, teraz potwornie oszpecone nożem, obcęgami, wiertarką, młotkiem. Wyrafinowanymi metodami, które mogły przyjść na myśl jedynie parze najgorszych sadystów – Marty i Simona Wilsonów, małżeństwa seryjnych morderców.
Otoczyły mnie. Było ich co najmniej półtora tuzina. Blask ogniska nie obejmował wszystkich ofiar, więc liczba kobiet, które zginęły z naszych rąk, z moich rąk, była mi nieznana. „Czy teraz mnie pamiętasz?” – zapytała jedna z maszkara. Znałem ten głos. Wyrwałem jej wszystkie zęby, dlatego przy każdym słowie pluła krwawą śliną. – „Pamiętasz, co mi zrobiłeś?” Mówiąc to, rozchyliła dłoń mi wielką dziurę w brzuchu, z której wypłynęły poskręcane wnętrzności. „Nie będę się tłumaczył” odparłem niespodziewanie spokojnym głosem. „Ach” westchnęła. „Zaskakujesz mnie.
Do tej pory myślałam, iż patrząc śmierci w twarz rozpłaczesz się jak małe dziecko. Zapytam cię tylko raz. Pójdziesz z nami po dobroci, czy mamy cię tam zawlec? Marta czeka na ciebie z niecierpliwością.” „Poślij mnie do diabła, żebym mógł mu napluć w mordę” krzyknąłem zaskoczony własną odwagą. „Kochaniutki.” Śmiejąc się dotknęła mnie czubkiem palca w nos. W zetknięciu z jej ciałem poczułem ciepło. Wzdrygnąłem się z obrzydzenia. „Diabeł byłby dla ciebie zbyt miłosierny.” Ledwo wypowiedziała te słowa, a rzuciły się na mnie. Zmasakrowane dłonie złapały mnie za ręce i nogi. Nie miałem najmniejszych szans, aby się wyrwać.
Z nadludzką siłą pociągnęły mnie w stronę plamy w linii prostej przez ognisko. Płomienie dotkliwie poparzyły mi twarz. Czapka natychmiast zajęła się ogniem. Włosy momentalnie spłonęły. W ostatniej chwili zdążyżyłem zaczerpnąć tchu i wstrzymać oddech, chroniąc płuca przed niszczycielską temperaturą. Ledwo zdołałem przebrnąć przez łakome jęzory ognia, zanurkowałem w oceanie ludzkich płynów ustrojowych. Krzyki pomordowanych wypełniły mi głowę. Maszkary ciągnęły mnie w stronę krwistoczerwonej plamy. W ferworze ciał i krzyków spojrzałem na swoje ręce. Mojej plamy.
I to by było na tyle w dzisiejszym Bibliotekarium na żywo. Zapraszamy ponownie oczywiście do ABW już za tydzień no i do kolejnego Bibliotekarium na żywo już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl
[03:24:44] - Go son, go down to the water And see the women weeping there Then go up into the mountains The men they are weeping too Father, why are all the women weeping? They are all weeping for their men Then why are all the men there weeping? They are weeping men at home This is a weeping song A song in which to weep While all the men and women sleep This is a weeping song But I won't be weeping long Father, why are all the children weeping? They are merely crying, son Oh, are they merely crying, father? Yes, true weeping is yet to come This is a weeping song A song in which to weep While all the little children sleep This is a weeping song But I won't be weeping long Oh father, tell me are you weeping? Your face it seems wet to touch Oh then, I'm so sorry, father I never thought I'd hurt you so much This is a weeping song A song in which to weep While we rock ourselves to sleep This is a weeping song But I won't be weeping long I won't be weeping long No I won't be weeping long