[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. A więc zaczynamy ostatnie „Bibliotekarium” w styczniu 2020 roku. 31 stycznia, godzina 20:01 na naszym zegarze. To oznacza, że czas najwyższy już zaczynać kolejne „Bibliotekarium” na żywo. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”. A po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Zanim przekażę głos do Bydgoszczy, tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium. Linię telefoniczną dzisiaj wyjątkowo będziemy włączać gdzieś około 21:30, bowiem mamy do wyemitowania pewien bardzo długi i bardzo ciekawy wywiad. Oczywiście po tym wywiadzie będzie jeszcze dosyć długa część na żywo. Numery telefonów warto zapisać sobie już teraz.
Nasz stacjonarny to 32 746 0008. Komórkowy 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Jesteśmy także na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium, Czytelników Nieznanego Świata oraz Na Rubieżach Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc teraz czas na magiczne „halo, halo Bydgoszcz”. Halo, halo! Dzień dobry wieczór.
[02:22] - Witamy! Ja również.
[02:24] - Takim słabym głosem dzisiaj. Ty tak zawsze zaczynasz, a później jak się rozbestwisz, to będziesz krzyczał tutaj.
[02:32] - Zgadza się. To jest rozbiegówka. Pisarze zaczynają zawsze.
[02:36] - Wiesz, my żyjemy w ciekawych czasach, bo dzisiaj jest, Ivellios mówił, 31. dzień stycznia. Mamy ostatni.
[02:44] - Ja się zdziwiłem, że 20. rok.
[02:47] - No tak! Przecież szczęśliwi czasu nie liczą.
[02:51] - Ojej, to już niedaleko.
[02:53] - To dzisiaj ostatni dzień Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Jeszcze cztery godziny będzie tylko w Unii, a później goodbye i nie będzie w Unii. Żyjemy w ciekawych czasach. To przekleństwo chińskie na naszych oczach.
[03:10] - Spoko, ta łajba, jak piraci zawsze używali do przybliżania. I tak pójdą w ruch bosaki i będą z powrotem przyciągać do Europy, potem odpychać od Europy i przyciągać. To jest bardzo fajne.
[03:26] - Bosaki pan powiedział?
[03:30] - To takie polityczne było bardzo teraz. Tak, widzisz, gdzie nie wdepniesz, to polityka. Ale wiesz, to jeszcze z tym przyciąganiem albo odpychaniem może być różnie, bo jeśli mówiłem o chińskim przekleństwie, to ono się teraz w sposób dosyć konkretny materializuje, bo koronawirus jest na ustach wszystkich. Jedni się boją, drudzy mówią, że będą się leczyć wódką, bo podobno 70-procentowy alkohol zabija koronawirusa i tak dalej. Koncepcje są różne, niektóre bardzo zaskakujące, ale chińskie przekleństwo gdzieś tam się materializuje. Jedni mówią, że to Amerykanie zrobili Chińczykom psikusa, drudzy mówią, że to Chińczycy zrobili całemu światu psikusa, bo oni mają to, co teraz jest, podobno to jest wersja koronawirusa 0.1, a oni mają jeszcze kilka poziomów do 0.20 i zadają światu pytanie: „Na razie wypuściliśmy 0.1. Co nam zaoferujecie, żebyśmy nie wypuścili na przykład 0.5 albo 0.10?” Dobra, zostawmy teorie spiskowe, bo to nie ta audycja. Dzisiaj się zebraliśmy po to, żeby porozmawiać o książce świeżej. O tym będzie jeszcze mowa. Nawet bardzo świeżej.
Książce, którą napisał Jacek Fleiszchleser. Książka nosi tytuł „Jeszcze starsza baśń”. Wszelkie skojarzenia są jak najbardziej na miejscu. Z czym ci się kojarzy? Wiadomo.
[04:59] - Oczywiście że z Kraszewskim, który sobie „Starą baśń” napisał. Później jeszcze całkiem niedawno. Wiesz co, jak teraz coraz częściej mówię „całkiem niedawno”, to się łapię na tym, że to 20 lat temu było i to jest takie dosyć niefajne. To może niecałe 20, ale już na pewno ponad 15 lat temu pojawił się na ekranach film na podstawie książki „Stara baśń”. Tam sobie różne panie aktorki ciemnowłose i jasnowłose poszalały trochę. Film spopularyzował na powrót książkę, ale my dzisiaj o innej książce. Pewne nawiązania do Kraszewskiego się jeszcze pojawią. Powiem tak: ja opowiem historię tej książki, bo z autorem Jackiem Fleiszchleserem myśmy się zetknęli w audycji siostrzanej. Siostrzanej to chyba dobre określenie, czyli w „ABW”, kiedy przysłał nam opowiadanie o Hieronimie.
[06:02] - Takie dziwne. To było dziwne, ale przez to, że było dziwne opowiadanie to było fajne. I tak sobie tego wysłuchaliśmy, a potem przyszła powieść. Zerknąłem do tej powieści, ale to było pierwsze zerknięcie i mówię sobie: „O rany, fantasy”. Nie powiem, że w ogóle nienawidzę fantasy, ale czasami mam długie zęby. Może się przesyciłem po prostu. I tak sobie westchnąłem, mówię: „Czemu ten autor, ten Jacek Frejshfesel nie przysłał nam czegoś takiego rozbudowanego z tego uniwersum Hieronimusa, a tutaj jakieś fantasy?”. I jeszcze tak sobie zajrzałem, bo to miało inny tytuł, więc mówię: „O, jeszcze słowiańskie fantasy”. Jakoś taki się czułem niespecjalnie zbudowany i jakoś taki rozwalony. I tu się pojawia pewna nauka.
Morał na początku to niby niedobrze, żeby z morałem strzelać się na początku, ale cóż zrobić? Tak było. Jednak książki poza ich oglądaniem albo wertowaniem należy czytać i na tej podstawie wyciągać jakiekolwiek wnioski, a nie od razu przyjmować, że jak to fantasy, to muszę się poczuć rozbity po przeczytaniu. Ja z racji obowiązków zacząłem tę książkę czytać. I proszę ciebie, nie wiem, czy to było ciśnienie dobre, czy to była pogoda w ogóle dobra, czy może była zła, ale w każdym razie mnie ta książka dosyć szybko wciągnęła i już się później nie to, że nie dałem oderwać, ale chciałem ją przeczytać do końca. A to w gruncie rzeczy jest chyba, jeśli miałbym reklamować, to jest chyba najlepsza reklama. Jeśli jakąś książkę chcesz po prostu przeczytać, to cóż, ja mogę bardziej pozytywnego państwu o książce „Jeszcze starsza baśń” powiedzieć? Chyba tyle. A ty, Wiktorze, siedzisz jak taki mędrzec i co? I milczysz.
[08:10] - Zwykle na tym polega rola mędrców.
[08:12] - Tak, ale dopóki nie zacząłeś mówić, byłeś filozofem. Nie, tak źle nie jest. Tak źle z tobą nie jest. Coś powiedz, bo wiesz, jesteśmy w radiu, a nie w telewizji i każde milczenie, wiesz, w telewizji mógłbyś sobie zagrać. Jakiż to jestem mądry, milcząc. Natomiast w radiu się to słabo sprzedaje. Albo gadasz, albo cię nie ma.
[08:34] - Wiesz, ja też sobie do tej książki, jak ty ją opanowałeś jako tako, to ja sobie do niej zajrzałem i też mnie ujęła natychmiast taka wartka, jasna rzeczywistość, która się tam otwiera. Ja akurat nie miałem konotacji takiej, że to fantasy. Raczej nie wiem. Jakaś bajka taka może historyczna, może coś takiego. Mi się tak kojarzyło, ale dosyć szybko. Nie lubię interpretować.
[09:08] - Ja oczywiście zrobię coś, co lubię najbardziej, czyli wetnę w wypowiedź, do której cię najpierw zachęcałem. Bo jednej rzeczy nie powiedziałem przy tym swoim słowotoku, że to było pierwsze wrażenie, że to jest takie proste słowiańskie fantasy. Później zweryfikowałem. To niby jest, ale jednak nie do końca. Jeśli ktoś posługuje się takim prostym podziałem literatury popularnej, że to jest SF, to jest fantasy, a to jest powieść historyczna, to jest kryminał czy też sensacja, to tu się może trochę potknąć. To znaczy przy tym podziale potknąć, bo ja musiałem zweryfikować swoje przekonanie, że to jest takie proste fantasy. Ma to pewne związki z fantasy, ale fantasy do końca nie jest. Nie jest to też powieść historyczna, chociaż pewne cechy powieści historycznej i owszem posiada. Dobra, przerwałem ci, to mów.
[10:10] - Wiesz jak. Wszystko to potem wyszło w naszej rozmowie z autorem, że skąd się bierze. Ta książka wzięła. Jak się posłucha autora, to się nagle wszystko staje na właściwych miejscach i zaczyna się rozumieć, dlaczego zainteresowania tym okresem dziejów, jakąś dla nas dzisiaj zamierzchłą historią albo właściwie czarną plamą w historii.
[10:38] - To od razu powiem, że tego, co my słuchaliśmy, państwo wysłuchacie za kilka, kilkanaście minut, bo wczoraj nagraliśmy wywiad z Jackiem Frejshfeselem. Z różnych przyczyn nie mogliśmy tego wywiadu nagrać dzisiaj, ale autor odgrażał się, przynajmniej tak gdzieś w internecie zauważyłem, że spróbuje na czat Radia Paranormalium wejść i może coś jeszcze pokomentuje albo poodpowiada na pytania. Czyli będziemy mieć taką audycję wielowątkową, bardzo wielowątkową. Mów dalej.
[11:12] - Wiesz, zaletą tej książki jest po prostu wartkość fabuły i to, że właściwie błyskawicznie wciąga, a potem dowiesz się. Możesz być po przeczytaniu rozczarowany, ale to jest wszystko przed tobą dopiero. Albo zachwycony. Wszystko jest przed tobą. Natomiast tak to się jedzie. To jest tak, jak się wsiądzie na rowerek i się złapie równowagę. W tej książce się tą równowagę dosyć szybko chwyta i potem już się po prostu pedałuje i zaiwania do przodu.
[11:48] - Tak jak pozwoliłem sobie napisać w blurbie do książki, to rzeczywiście było tak, że kiedy ja dawno, dawno temu czytałem Kraszewskiego „Starą baśń”, to ja naprawdę zastanawiałem się. No dobra, mamy tu tego Popiela, mamy te czasy. No tak, ale co było wcześniej? Kraszewski nie raczył był się zająć tym wcześniejszym czasem, więc ja się próbowałem nim zająć, ale wiedzy mi nie starczało.
[12:20] - Gdyby Kraszewski się spróbował, przy stanie wiedzy z tamtych czasów zająć tamtym, to by było zupełne fantasy po prostu.
[12:28] - Tak. A tak mamy powieść Jacka Fleischhafera. Mówiłem, że zweryfikowałem swój pogląd, że to fantasy. Ja już oczywiście z charakterystycznym dla siebie przegięciem pałki w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy jeśli chodzi o formę, bo oczywiście nie do końca treść, to właściwie jest taka powieść, która spełnia wymogi powieści historycznej. Tu cały czas podkreślam, nie chodzi mi o fakty, bardziej chodzi mi o sposób podania. Tak jak znacie państwo klasycznych autorów piszących powieści historyczne, wymieniany już Kraszewski. Kogo tam jeszcze mamy? Sienkiewicz, Bunsch. Jeszcze ktoś? Twój ukochany pisarz, który jest mało znany, ale chyba niesłusznie, czyli Sójkowski.
[13:25] - Bogusław.
[13:25] - Bogusław Sójkowski. Tak. Oni pisali klasyczne powieści historyczne i jeśliby zestawić z ich powieściami powieść Jacka Fleischhafera, to też jest powieść historyczna w jakimś tam stopniu, jeśli chodzi o formę. Oczywiście napisana w sposób znacznie nowocześniejszy. Siłą rzeczy, skoro Kraszewski pisał w XIX stuleciu, to musiało się zestarzeć. Podobnie z Sienkiewiczem. Bunsch, umówmy się, książki się generalnie starzeją, nad czym możemy boleć, ale z czym powinniśmy się pogodzić. Za jakiś czas każda z książek, o których rozmawiamy, będzie już po prostu stara.
[14:11] - Książki mają zwyczajnie ludzką naturę. Tak samo się rodzą, starzeją i umierają. Chwała Bogu, że w tej chwili przynajmniej jest ta pamięć zbiorowa. Czyli nie nasza, ale internetowa, która, że tak powiem, ten cały chłam kiedykolwiek przynajmniej hasłowo zbiera.
[14:36] - Filtruje.
[14:37] - Jakoś filtruje i zostawia. I przynajmniej jak się pogrzebie w tym gnoju, to się tam perłę jakąś wydłubie spod pokładów późniejszych.
[14:50] - Powiem coś takiego. Ja jeszcze nie spotkałem, żeby ktoś, do różnych rzeczy już porównywano nawet do szamba internet, ale do gnoju jeszcze nie. Dla mnie to nowość.
[15:00] - Była taka książka „Perły i wieprze". I to mi się skojarzyło.
[15:04] - Do internetu. Dobra, jak zwykle ci przerwałem. Mów dalej.
[15:08] - Otóż ja mam taką uwagę. My jeszcze dzisiaj i tutaj również w audycji bardzo często próbujemy mówić o naturze literatury. To jest historyczna, to jest science fiction, to jest sensacja, to jest kryminał.
[15:26] - To coraz częściej straci rację bytu.
[15:29] - Te rzeczy już się totalnie wymieszały. Elementy, tak jak żeśmy mówili, science fiction są w tej chwili w każdym absolutnie filmie i praktycznie w każdej powieści współczesnej.
[15:42] - Nie zamuszczaj się tak, błagam cię. Nie w każdej.
[15:46] - Ale bardzo podobnie dzieje się z literaturą fantasy, która wkracza, zresztą bardzo słusznie, do takich sztywnych powieści historycznych, które nie są Bogiem a prawdą tak prawdziwe przez to, że są historyczne, gdyż również historia stała się w tej chwili nauką o wiele bardziej elastyczną. Historycy zaczynają rozumieć, że to, co rozumieli ich dziadkowie historycy, wyglądało zupełnie inaczej, a być może również będzie wyglądało kiedyś inaczej.
[16:21] - Z tym mieszaniem gatunków to jak sobie państwo przypomnicie audycję, którą mieliśmy o powieści Szczepana Twardocha.
[16:27] - Tak jest.
[16:29] - O królu. Niby całkiem realistyczna powieść dziejąca się pod koniec lat 30. w Polsce.
[16:38] - Czyli również historyczna.
[16:39] - W Warszawie. A jednak tam co jakiś czas się pojawia na niebie coś, co budzi niepokój. Jest ten element takiej fantastyki. Główny bohater prowadzi z tym czymś na niebie dialog. Taki wewnętrzny, ale jednak. Rzeczywiście autorzy często sięgają po jakieś elementy fantastyczne, dopóki ktoś im tego nie wytknie. Jak ktoś powie autorowi z tego mainstreamu: „Ale stary, ale ty tutaj jakąś fantastykę zaczynasz uprawiać". „O nie, to przepraszam, to ja już nie będę". To jest bardzo częste zachowanie w tej chwili współczesnych pisarzy, którzy chcą za wszelką cenę być mainstreamowi i jeżeli ktoś ich zacznie podejrzewać o wstawianie elementów fantastyki, to: „Nie, bardzo przepraszam, to ja już nie będę". Troszkę tak to się odbywa.
[17:38] - Ja sobie wyobrażam, jakie kłopoty. Chwała Bogu, że zmarło mu się we wczesnym dzieciństwie.
[17:43] - Proszę cię. Chwała Bogu, że zmarło mu się.
[17:46] - Bo to jest chwała Bogu. Otóż widzisz takie wizje na niebie, tak jak u Twardocha, pojawiały się na przykład również u Sienkiewicza. Jak na przykład nad Częstochową cała Polska prawie widziała unoszącą się na niebie. Widzisz, fantasy. Sienkiewicz jako ojciec fantasy polskiej, proszę ciebie.
[18:07] - Niech ci będzie.
[18:09] - Jakoś to nikomu nie przeszkadzało w tamtym czasie. Dopiero musiały przyjść pokolenia, że tak powiem, socrealistyczne, które wytknęłyby Sienkiewiczowi, że Nie mogło się pojawić, bo to jest wbrew istocie rzeczy. Dobrze.
[18:24] - Wiesz, za co ja lubię książkę naszego dzisiejszego gościa, naszego dzisiejszego bohatera, czyli Jacka Fleischfressera? Za to, że ona w taki nieuchwytny dla mnie sposób potrafiła zmieszać fantasy, jakąś tam postać fantasy, tak to ujmijmy, z powieścią historyczną. Ta forma, którą przyjął autor, sprawiła, że bardzo szybko porzuciłem przekonanie, że czytam powieść fantasy i tu się zaraz będą lali na miecze albo czymś innym się jeszcze będą okładać. Generalnie w powieści przygodowej to dobrze, jak się czymś okładają. Jak to często mówi na swoich spotkaniach Paweł Majka: „Strzelają się, znaczy się dobrze jest. Super powieść, jak się strzelają.” Tu się strzelać nie mogą, chyba że z innych miotających urządzeń, ale naparzają się, więc jest dobrze. Ale zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, kiedy czytałem tę książkę, że przestawiłem się z odbioru na fantasy. Bardzo szybko przestawiłem się i czytałem tę powieść, jakbym czytał powieść historyczną.
[19:42] - Po prostu tak, jakbyś czytał powieść.
[19:44] - Dobrze, jakbym czytał powieść. Fantasy też jest powieść. Dobra, wiem. Złośliwy jesteś okrutnie, ale jednak. Wiesz co, zacząłem nawet sposób napisania tej powieści porównywać. Wymieniliśmy tu kilku mistrzów gatunku, z mistrzami gatunku. Jeśli chodzi o Kraszewskiego, to trochę ciężko porównywać, bo dzisiaj Kraszewskiego się właściwie już nie czyta prawie. On tego napłodził, w przenośni mówiąc, miliony. To jeden z najpłodniejszych pisarzy na świecie, którego się nawet w różnych opracowaniach zachodnich podaje jako naprawdę płodnego człowieka w sensie literackim oczywiście, bo on tego napstrykał straszliwe ilości. Ale to już dzisiaj naprawdę, poza nielicznymi wyjątkami, jest dosyć ciężko przyswajalne.
Tak to określmy. Chociaż ja się zgadzam. Spotkałem się z taką myślą wygłoszoną, że jeśli wziąć „Krzyżaków”, których napisał Sienkiewicz i wziąć „Krzyżaków”, których napisał Kraszewski, to może się tak dużo nie strzelają. Tu cudzysłów przy tym „strzelają”. Ale myślowo to Kraszewski sobie poradził lepiej z problemem, z ujęciem tematu i tak dalej. Być może. Ale za to, tak jak powiedziałem, u Sienkiewicza lepiej się strzelają i to być może sprawia-
[21:22] - Sienkiewicz pisał współczesną jemu powieść przygodową. Dużo się dzieje. Kobiety są, nieszczęśliwa miłość, szczęśliwa też jest. Okej.
[21:36] - Ale w każdym razie porównajmy. Kiedy weźmiecie państwo do ręki książkę naszego dzisiejszego gościa, książkę „Jeszcze starsza baśń”, to zauważycie, że Jacek Fleischfresser, on to zresztą powie w wywiadzie, w każdym razie dużo czytał takiej literatury, która go naprowadziła. Co prawda on wymienia trochę inną literaturę. Fascynował się zupełnie innym gatunkiem, nie powieścią historyczną, kiedy o tym mówi. Ale widać, że coś go jednak do literatury o zabarwieniu historycznym ciągnęło. Zresztą później o tym mówi, że sobie przynajmniej źródłowo, zanim przystąpił do pracy pisarskiej, stricte pisarskiej, jednak trochę źródła pogrzebał.
[22:29] - Jeśli chciał osadzić w pewnym określonym czasie i miejscu, to trzeba było zrobić ten research. Przynajmniej się zorientować. Natomiast mnie ujmuje, może nie tylko w tej powieści, ale w ogóle w tych opowiadankach, które do nas docierają od pana Jacka, pewna taka luzacka brawurowość.
[22:51] - Tak.
[22:53] - Z jaką on traktuje tę materię poważną. Słowo, historia i tak dalej.
[23:02] - Dobrze jest, że autor jest autorem bez kompleksów, bo jak ktoś podchodzi do sprawy: „A teraz będę pisał i albo mi wyjdzie, albo mi nie wyjdzie”...
[23:12] - Nie, jak ktoś zaczyna pisać na kolanach, to wyjdzie mu modlitwa, a nie powieść rozrywkowa w miarę.
[23:19] - Właśnie Jacek Fleischfresser nie popełnia tego rodzaju błędów. Myślę, że to jest dobry moment, żebyśmy jednak oddali głos Jackowi Fleischfresserowi, bo my się tu lansujemy, a tak naprawdę słuchacze czekają na to, żeby przemówił do nich autor. Ale zanim, jeszcze muszę jedną rzecz powiedzieć, bo sobie tak na bieżąco, proszę państwa, w tej chwili zaglądam do internetu na naszą skrzynkę mailową, bo zostały, mówiłem, że cztery godziny czy pięć, bo to jest przesunięcie czasu do brexitu, do wyjścia z Unii, ale też już w tej chwili trzy i pół godziny do kresu konkursu naszego. Opowiadania przysyłamy dzisiaj do godziny 24:00. Powiem ci, masa tego nadchodzi. Tak sobie na bieżąco śledzę i co jakiś czas jest plum i następne opowiadanie. Jak my to wszystko przeczytamy, to nie wiem. Chociaż, co bardzo mnie cieszy, dużo nowych nazwisk się pojawia w konkursie. Więc cóż. Ha, ha, bardzo mnie to cieszy.
Przypominam, że jeszcze trzy i pół godziny i niestety szlaban. Także kto jeszcze nie wysłał, niech wysyła, bo to ostatnie minuty. A teraz rzeczywiście przestańmy. Właściwie to ja muszę do siebie samego powiedzieć, żeby przestanę ględzić i oddajmy głos naszemu gościowi. Marku, odtwarzaj. Gościem naszej dzisiejszej audycji jest Jacek Friszkes, autor wydanej całkiem niedawno - cały czas mam na końcu języka, żeby powiedzieć na dniach, ale minął już ponad miesiąc - nowej powieści „Jeszcze starsza baśń”. Powieści, która osadzona jest bardzo dawno temu, nie w odległej galaktyce, a niejako gdzieś tutaj w okolicach Wisły. To tyle na razie możemy powiedzieć. W każdym razie witamy serdecznie naszego autora.
[25:30] - Dzień dobry panom redaktorom. Dzień dobry państwu przy radioodbiornikach, komputerach. Witam.
[25:37] - Tak, mamy już grzeczności wymienione. Teraz bierzemy się za naszego autora. Bierzemy się za przepytywanie.
[25:46] - Może ja bym tak z ciekawości wypchnął się na sam przód?
[25:50] - Wypychaj się, Witoldzie.
[25:54] - Witam bardzo. Mnie zawsze interesuje, jak spotykam nowego człowieka, którego zaczynam szanować lub lubić, czym skorupka za młodu, żeby teraz to robić. Co pan czytywał mając lat 14, 10? Coś takiego. Jaka lektura pana pasjonowała?
[26:17] - Akurat to była końcówka lat 80. Koniec komunizmu, czy brzydko nazwanego komunizmem, bo to komunizm nie był przecież. W każdym razie wtedy był boom na wszelkiego rodzaju horrory. Tanie horrory, tak zwany pulp horror. Przede wszystkim to Masterton Graham, jego słynny cykl „Manitu”.
[26:45] - Tak, to prawda. Później jeszcze był taki autor, który się Guy N. Smith nazywał.
[26:51] - Zaraz o nim będzie. Cała groza tego szamana, który powraca po tych 200 latach, odradza się w młodym, potencjalnym pisarzu czy chłopaku. Na każdym, podejrzewam, robiło wrażenie. Potem Stephen King, jego „Miasteczko Salem” to jest wyższy poziom, bo tu jednak ta złożoność postaci i tak dalej. Zawsze Stephena Kinga wyżej stawiam. I co jeszcze? Właśnie pan redaktor wspomniał Guy N. Smith. Słynne „Kraby”. Klik-klak, klik-klak.
Najpierw kraby były wielkości psa, potem walczyły z czołgami. Nawet łezka mi się kręci, jak widzę te okładki. To było śmieszne. I co jeszcze? Tam jeszcze był cykl Marka Sabata o jakimś tam, już nie pamiętam dokładnie, kim on był, ale walczył też ze złymi, chociaż to na pewno mniej wrażenia sprawiało niż „Kraby”.
[28:16] - On w ogóle na kopy pisał tych horrorów, ale w tej serii wydawanej przez wydawnictwo Phantom Press, kultowe dzisiaj wydawnictwo, na samym początku ukazały się chyba dwa horrory Harry Adam Knight. I to było lepsze od Guy'a Smitha, lepiej się to trzymało. Wiem, że to była powieść „Tunel” o takich pasożytach, które się rozmnażały w kanalizacji londyńskiej. Między innymi.
[28:54] - Nie pamiętam. Dużo tego było. Pamiętam, że kiedyś na bierzmowanie było przygotowywania tego dużo i chowałem sobie książkę o bagnisku, o Cyganach, którzy tam byli przeklęci. Ale to wypaczenia młodości, takie radosne.
[29:17] - A co jeszcze z tych lektur?
[29:22] - Z młodości?
[29:23] - Tak.
[29:24] - Chciałem na początku zacząć od podstawówki. Tak naprawdę.
[29:29] - Prosimy.
[29:31] - W podstawówce nie było jako takich horrorów. Głównie bazowałem na bibliotece szkolnej. Pamiętam, że brałem po kolei, jak leci, wszystkie baśnie i legendy z całego świata. Była taka półka i tam kilkadziesiąt tych książek i leciałem. Już głowy nie dam, czy wszystkie, ale większość na pewno przeczytałem. Nie jestem w stanie wymienić tych tytułów z podstawówki, bo widać nie zrobiły aż takiego wrażenia, jak te właśnie horrory. I tyle. Później, pod koniec podstawówki zacząłem pisać. Z tego, co pamiętam, to był jakiś bohater Mark czy Stefan Król. To był hołd dla Stephena.
Już nie pamiętam. Dużo bym dał, żeby odzyskać ten zeszyt z tymi moimi Radosną twórczość o jakimś Stefanie, co zasnął i zaraz się w jakimś morderczym świecie obudził się slany potem. Taka makabreska. Jeszcze jakiś był horrorek, co żona nakarmiła męża grzybami i się zdziwili, że zginęli w samochodzie, bo on umarł, prawda? Jeszcze była durna bajka ze scenami batalistycznymi. Pamiętam jak dziś, o jakichś grzybach jadalnych, niejadalnych. Taka fantazja totalna. Podgrzybek dobry, muchomor zły. Jak dziecko o takich rzeczach piszę. To było trzyczęściowe coś.
Dialogi, wszystkie elementy dobrej literatury to coś posiadało.
[31:23] - To zjawisko jest takie fajne, bo jak obserwuję, jak zadaję pytania młodym szczególnie ludziom, to dochodzę do wniosku, że właściwie dieta nie jest ważna. Ważne jest tylko, żeby jeść coś, co rozwija wyobraźnię. Co buduje tego. A potem, w wieku, kiedy się ukształtujemy, to nagle się okazuje, że my, jedząc za młodu zupełnie rzeczy inne-
[31:46] - Fast foody.
[31:46] - Fast foody. Właściwie porozumiewamy się na tym samym poziomie tak samo zupełnie.
[31:52] - Bo się zdążyła wyobraźnia rozwinąć. Ja pójdę za ciosem, za tym pierwszym pytaniem i zapytam tak bardzo oficjalnie, bo autor po pierwszej książce to już jest człowiek, który przynajmniej pełni rolę pisarza. Muszę zapytać o oficjalną literacką drogę. A to tak po tekście. Chodzi o to, że po okresie pisania różnych opowiadań, takich nazwijmy sprawkowych, takich młodzieńczych, w pewnym momencie pojawił się czas, kiedy opowiadania przestały być już młodzieńcze, stały się bardziej dojrzałe, z pewnymi ambicjami, z pewnym wyjściem do czytelnika i z chęcią nawet przez samego autora pokazania tych opowiadań czytelnikowi. To o tej literackiej drodze Jacka Flejszera porozmawiajmy w tej chwili.
[32:50] - Mówimy o „Przedmieściach” czy wcześniejszym jakimś?
[32:53] - W ogóle o tym, co do ludzi dotarło. A później dojdźmy do tych tajemniczych przedmieść. Ale też do tajemniczych przedmieść, o których była mowa. Ja tu nie mogę nie powiedzieć w tym wypadku o tym, że te przedmieścia w naszej siostrzanej audycji ABW jakoś częściowo się przynajmniej pojawiły. To też warto odnotować. Kto jest ciekawy, to niech poszuka, bo przynajmniej dwa, na pewno dwa opowiadania się w audycji ABW pojawiły.
[33:24] - To już dwa lata temu było z tego, co pamiętam. Powiem tak: po tym czasie, jak te opowiadania moje napisałem, zostałem przez jakiegoś w cudzysłowie przyjaciela skrytykowany od góry do dołu. I zarzuciłem tą całą moją pasję pisarską. Ale świat filmu mnie zawsze fascynował. Zawsze chciałem tworzyć filmy i z przyjaciółmi, z kolegami jakieś tam etiudy robiliśmy, bo szkołę fotograficzną kończyłem w Warszawie na ulicy Spokojnej. Polecam. Operatorem może nigdy nie byłem za wybitnym. Jakoś mi ta kamera nie leżała w ręku. Filmowa. Może za wysoki jestem i za bardzo się bujam.
Za mała stabilizacja. W każdym razie scenariusze zacząłem pisać. Pierwszy taki mój porządny w cudzysłowie projekt to była parodia „Blair Witch Project”, gdzie dwójka redaktorów szuka wiedźmy z legionowskiego lasu. Finał taki będzie, że spotkają Wiedźmina i finału dobrego nie będzie, aczkolwiek nawet nakręciliśmy z kolegami jakieś pięć minut pierwsze, gdzie ten Stefan nie wrócił. Taki śmieszny tytuł sobie wymyśliłem. Później już studia, brak pieniędzy, koledze jednemu się znudziło. Ja dobrego sprzętu nie miałem, więc sobie film dalej czeka na sfilmowanie. Ja już dzieciom obiecałem, że będą tymi redaktorami z kamerą i trochę złagodzę scenariusz i poszukamy tej wiedźmy z otwockiego, bo teraz w Otwocku mieszkam, lasu i wrzucę na YouTube'a. Film to film, prawda? Później tym zamiłowaniem do horrorów, o których wspominałem, napisałem scenariusz o pijawkach mutantach.
Taka grupa studentów, wtedy byłem studentem, to tak wczułem się w tę rolę. Wiedziałem, o czym piszę. Kto jest ugryziony przez pijawkę, ten zamienia się w zombie. Taka próba literacka. Jest początek, środek, koniec. Z happy endem? Tak, z happy endem jak najbardziej, bo ja nie lubię inaczej pisać. Wiadomo, to byłby horror klasy D. Ale dzieło powstało, czeka na realizację. Jak wygram w totka, to na pewno zostanie zrobione.
To była taka moja wczesna twórczość. Natomiast w 2003 roku stworzyłem wielkie dzieło pod tytułem... Jaki on tytuł? „Zapach śmierci”.
[36:19] - O, jak kuriozum! To rzeczywiście był horror. Widać od razu, teraz się potwierdza, co autor czytał we wczesnej młodości. Ale ja też czytałem. Przyznam się, ja też uwielbiałem te horrory, także też mnie to-
[36:38] - Inaczej. To było może o mnichu, co został wilkołakiem, ale dalej jest dobry. I teraz to był 2003 rok i wtedy to się dzieje w średniowieczu. To był mój pierwszy kontakt z tą epoką, żeby tego języka użyć, te realia. Wtedy jeszcze internet nie był tak dobrze rozwinięty, nie było grup dyskusyjnych, nie było z kim rozmawiać. Bardzo to było ograniczone 17 lat temu. Na szczęście trafiłem na jakiegoś pisarza czy kogoś, już nie pamiętam, znajoma mi poleciła i ta osoba mnie zjechała od góry do dołu. To była moja początkowa twórczość. Ale co najważniejsze mi powiedziała, że bez poznania szczegółów danej epoki, bez odróżnienia ojca od brata zakonnego. To się działo w zakonie.
W domyśle miało być tak jak w „Imię róży”, prawda? Nie, złe porównanie. W każdym razie powiedziała mi ta osoba, że trzeba zrobić porządne badanie historyczne. Trzeba wiedzieć, gdzie się człowiek jak ubiera, co mówi, co je i tak dalej. To spowodowało, że przez pięć lat zawiesiłem praktycznie pióro. Na pięć? Na dłużej. I sobie dałem na wstrzymanie. Gdzieś tam głupotki pisałem o jakichś błotnikach, szuwarkach, ale to może kiedyś skończę. To też się działo w średniowieczu.
Odnośnie warsztatu, jak ważne jest, żeby ten warsztat rozwijać. Jak teraz czytam to opowiadanie, moje wielkie dzieło wtedy, to odkrywam, że po prostu trudno to w ogóle skorygować, poprawić i jest aczytelne po prostu. Ale to kiedyś poprawię. I co?
[38:56] - Doszliśmy do przedmieść już?
[38:58] - Nie, teraz doszliśmy do syrenki. Znaczy do przedmieści. Wróć do „Jeszcze starszej baśni”.
[39:09] - Bo ja tutaj powiem od razu naszym słuchaczom, że powieść zatytułowana „Jeszcze starsza baśń” miała taki roboczy tytuł... Właśnie, to już autor powie, jaki miała.
[39:24] - Na początku było „Jeszcze starsza baśń”. Potem wpadłem na pomysł, że może coś ciekawszego zrobić, coś takiego uderzającego, bo nie chciałem nawiązywać do tego Kraszewskiego. Były tam elementy pewne i są tam pewne elementy, ale chciałem coś oryginalniejszego i wymyśliłem sobie zabić syrenkę. Ale na szczęście zostałem, jak to się nazywa... Przekonany.
[39:57] - Poproszony o zmianę tytułu.
[40:00] - Nie, nie byłem całkiem pewny co do tej syrenki, bo ja też jeździłem syreną 105 i mój ojciec wielokrotnie miał ochotę ją zabić, podpalić, zniszczyć. Więc tak, syrenka się źle kojarzy. A przedmieścia. To było tak, że byłem w trakcie poprawiania „Jeszcze starszej baśni”. Tak zwany totalny dół, że tak powiem. Dół pisarski, dół merytoryczny. Jak człowiek za długo męczy się nad jednym tekstem, to czuje to zmęczenie. Wpadłem na pomysł, żeby napisać o Hieronimie, sfrustrowanym urzędniku, który jest straszony przez psa w nocy, który nie żyje. To się państwo dowiedzą z pierwszych stron tego opowiadania, więc spokojnie mogę zdradzić. I to zrobiłem.
Popełniłem to opowiadanko. Podobało mi się. Innym ludziom też się podobało. I przerwa. Duża przerwa. W listopadzie, trzy lata temu był jakiś konkurs na grupie warsztatowej dla pisarzy na Facebooku. Do czegoś takiego należę, tak jak też paru autorów Bibliotekarium. Był jakiś konkurs, już nie pamiętam. No taka zabawa, bo często to się opiera na zabawie, żeby jakiś tam tekst napisać. Kurde, nie miałem totalnie weny twórczej, dół.
I zacząłem pisać o Anzelmie, który poczuł się nim. I tak dobrze było. Pewnego dnia Anzelm się obudził i poczuł się, że jest nikim. I w tym momencie zacząłem tworzyć krótkie opowiadanie o alkoholiku, który nie ma dobrze w swoim życiu. Jak to stworzyłem, to właśnie tak się ludziom spodobało. Jakiś ten drobny konkurs wygrało. I co? Miałem te dwa opowiadanka. Fajnie. Mój kolega z pracy, Tomek, pozdrawiam stąd, powiedział: „Hej DżaQ, a może tak zobacz”.
Ten jest sąsiadem tego, bo tam się wspominają. Hieronim i Anzelm się tam pozdrawiają, witają. „Stwórz w ogóle całe uniwersum tych przedmieści”. Mówię: czemu nie? I tak wracałem do domu autobusem i na kartce czy w notesiku, już nie pamiętam, spisywałem pomysły. Zebrało mi się dwadzieścia parę pomysłów. Po kolei, puenty, że tak powiem, o czym ma być i co ma być śmiesznego w tej części. I w ciągu roku wszystkie 17 opowiadań plus kilka, które wejdą do następnego zbioru, stworzyłem. Mam nadzieję, że za parę miesięcy, jak się ukaże w ramach Lubieży rzeczywistości, to państwu się spodoba takie coś.
[43:34] - Okej. Wróćmy do „Jeszcze starszej baśni”. To jest książka, o której już była mowa. Ona wymagała również historycznego researchu. To rzecz dla mnie niewątpliwa i o to chciałbym zapytać. Po pierwsze, skąd zainteresowania taką tematyką, czyli właściwie wczesnego średniowiecza na ziemiach polskich? Mówiąc krótko, skąd zainteresowanie tym okresem i tym miejscem geograficznym? W dodatku takie zainteresowanie, które zaowocowało książką, która wciąga. Człowiek sam nie zauważa, że w pewnym momencie w tę historię osadzoną we wczesnym średniowieczu polskim, nagle siedzi w niej po uszy. Trzeba było trochę pracy w to włożyć na pewno.
[44:35] - Wiem, że w młodości, w podstawówce już się interesowałem średniowieczem. Moim wielkim idolem jest Bolesław Krzywousty i Łokietek. To są dwaj dla mnie władcy, którzy naprawdę dużo zrobili. Krzywousty podzielił Polskę na dzielnice, ale chciał dobrze. Łokietek to naprawił. Ci dwaj królowie, władcy są dla mnie ideałem. Zawsze mnie to średniowiecze interesowało. Jestem chłopak, militarystyka też jest fajna. Pamiętam, jak byłem małym chłopcem, to rysowałem chłopców z mieczami. Takie prymitywne rysunki.
Kiedyś na fechtunek chodziłem, już na studiach, więc chciałem na własnej skórze poczuć, jak to jest machać mieczem. Miałem pecha, bo nie mieszkałem nigdzie w pobliżu żadnych grup rekonstrukcyjnych. Jakbym miał kilometr, parę od siebie Wikingów czy jakichś rycerzy, to na pewno bym się zapisał. Tak to wyszło, jak wyszło. Natomiast co do fabuły „Jeszcze starszej baśni”, pierwotnie to mieli być Wikingowie. Chciałem zrobić taką analogię, że ten Ruryk, który za władną Rusią Kijowską wygonił paru Wikingów. Oni wracają do domu i zahaczają o tereny Warszawy, gdzie władca na Bródnie jest seslowianizowanym już Wikingiem. No i fabuła dalej. Który to byłby? VIII, początek IX wieku.
Wikingowie. Natomiast zawsze interesowała mnie, chciałem głębiej sięgnąć. Nie tak płasko. Dużo zostało o Wikingach napisane. Chciałem coś nowego, oryginalnego. Czytałem o ludach, które mieszkały na terenach Polski. Trafiłem na Gotów, którzy I, II wiek, jak tu wylądowali, najpierw ogólnie z Gdańska przeszli przez Hrubieszów. Z Wandalami trochę, kolokwialnie mówiąc, współpracowali, żyli obok, a także tłukli, zabijali. Różne miejsca bitewne są. Zainteresowali mnie ci Goci.
Ponoć Germanie, tak wszyscy oficjalnie mówią. Prześledziłem ich całą ścieżkę, jak wędrowali, jak zamienili się w Wizygotów. Część była Ostrogotami. Trzy książki o nich przeczytałem trzech znakomitych autorów, dwóch polskich i jednego niemieckiego. Odkryłem, że ten lud, który miał swoje królestwo na terenie Italii, Ostrogoci zniknęli po prostu. W 570 roku po Chrystusie zniknęli. Zostali zdziesiątkowani przez Bizantyńczyków i wchłonięci w etnos cały italski, germańsko-italski. W tym momencie wpadłem na pomysł, że... Mówić dalej? Czy państwo sobie sami przeczytają?
[48:08] - Za dużo treści proszę nie, ale jeszcze kawałek można.
[48:11] - Jeden z przywódców, naczelników z Werony stwierdził, że weźmie swój lud, kilkaset najbliższych i wróci do macierzy. A macierz to jest Skandia, Gotlandia, południe Półwyspu Skandynawskiego. Ruszają w podróż i mają wspaniałego pecha albo szczęście i trafiają najpierw do Krakowa. Może na tym zakończmy.
[48:49] - Tak. I później się rozpoczyna wir wydarzeń, który już państwo nasi słuchacze znajdą w książce „Jeszcze starsza”.
[49:01] - Także szczegółowa historia Gotów i powody bitwy z Bizancjum będą państwo mogli sobie w książce przeczytać i zaznajomić się z tymi czarnymi czasami na przełomie epok.
[49:18] - Ja także ze swojej strony muszę powiedzieć, że jak się czytało rzeczywiście baśnie i legendy jako dziecko i interesowało się tym, bo ze mną też dokładnie tak samo było. Jak słuchałem pana, to mnie wciągało. Wciągała mnie sama narracja, plan, w jaki sposób się osadza powieść, jak się do tego dochodzi. To już jest fascynujące, ale przy okazji chciałbym— parę razy pan powiedział, przynajmniej taki termin się pojawił, że na kilka lat czy na jakiś okres zawiesił pan pióro na kołku. Takie mam pytanie: a co pan robi wtedy, kiedy pan nie pisze? Czym się pan zajmuje?
[50:05] - Jestem pracownikiem urzędu w ministerstwie. W sektorze energii, fundusze europejskie.
[50:15] - Z wykształcenia jest pan kim?
[50:17] - Jestem z wykształcenia geologiem.
[50:20] - Właśnie, jak blisko, bo ja byłem geodetą, to witam serdecznie.
[50:24] - Witam kolegę po fachu. Wujek świętej pamięci mówił: „Geologia? Gdzie? Idź na geodezję, człowieku”.
[50:38] - Tak, ale geologia jest o wiele bardziej malownicza. Ja mam takie minerały, które znalazłem, brodząc po polach, chodząc jako geodeta właśnie, że ludziom oczy by na wierzch wyszły. Znam takie, których żaden geolog nie jest w stanie rozpoznać w ogóle. Ale to już inna bajka.
[51:02] - Że tak powiem, to malowniczość i ta nutka tajemnicy zawsze mnie w geologii pociągała. W zasadzie przez przypadek całkiem trafiłem. I geologia mnie wciągnęła tak szalenie, że nawet na studiach doktoranckich zostałem, aczkolwiek nie skończyłem tego. Na geologii nas uczono takiej wnikliwej analizy i przypuszczania, i podważania argumentów, że tak powiem. I tym samym, jak czytam wypracowania, różne artykuły polskich archeologów — bo czym się zainteresowałem już po studiach geologicznych — czy historyków, którzy mówią, że Wenedowie, Wandalowie to byli Germanie, Niemcy, prawda? I się czyta, poznaje się fakty, historię i mówię: o co chodzi? Dlaczego? Rozumie pan, jakbym poszedł na archeologię czy historię, to bym wyssał z mlekiem wykładami, tak samo jak za innymi bym powtarzał: Wandalowie to byli Niemcy, Germanie, prawda? Nie byłoby dyskusji, bo to jest pewnik. Natomiast to, że ukończyłem całkowicie inny kierunek, jestem w stanie trzeźwo podejść, czy jakoś logicznie, rozsądnie dojść do takich ciekawych wniosków, jak wielu ludzi, z którymi ci dyplomowani historycy, archeolodzy twardo dyskutują i swoimi dogmatami rażą.
Ale to już teraz tak chodzi.
[52:45] - Ja chciałbym jeszcze teraz zapytać o to, że już o tym troszeczkę wspominaliśmy, ale powiedzmy w razie czego jeszcze raz albo uzupełnijmy. Ja mam cały czas taką świadomość, że te wydarzenia, które są opisane w książce, „Jest jeszcze starsza baśń”. Tak jak napisałem, kiedy wymienialiśmy się korespondencją, to dzieli nas od tamtych czasów morze wieków. Mowa o tym, że lektury to owszem, ale czy to tylko lektury, czyli takie pracowite przesiadywanie, tu cudzysłów, w bibliotece czy powiedzmy w fotelu w domu przy czytaniu książek, czy też na przykład rozmowy z ludźmi, z jakąś kadrą profesorską? Usiłuję sobie po prostu wyobrazić pisarza przy tak skomplikowanej, przynajmniej z mojego punktu widzenia, materii, przy takich skomplikowanych sprawach z odległych wieków. Jak się tę wiedzę wchłania po prostu na tyle — bo to jest moim zdaniem najważniejsze — że można nią spokojnie operować? Ona ma taki charakter operacyjny, że podczas pisania książki swobodnie można się nią posługiwać. To jak się taki stan wiedzy osiąga? Czy tylko lekturami, czy też eksperymentami myślowymi, czy jeszcze w inny sposób?
[54:10] - Po pierwsze, jeżeli chciałem pisać o Gotach, musiałem poznać ich historię. Wspomniałem wcześniej o trzech książkach pana Wolframa i dwóch archeologów polskich, Kokowskiego i Strzelczyka. Te książki musiałem, w szczególności w działce odnośnie Ostrogotów, tych, co zostali na Wschodzie, przeczytać. Musiałem mieć taką bazę po prostu. Później już z tych książek korzystałem fragmentami tylko do mojej baśni. W tych przebijają się, jak oni opowiadają o swojej przeszłości, że tam była łódź, którą wypłynęły trzy łodzie. Był ktoś tam, król. Wymieniam co niektórych. To taka baza stąd. Taka baza.
Natomiast od archeologów brałem te przedmioty, które mieli na sobie. Bez tego ta książka nie powstała lub oni byliby wikingami i bym całkowicie to zmienił. I to po pierwsze. Po drugie, o Słowianach musiałem dużo naczytać się. To jest o tych wszystkich bożkach. Tutaj można spokojnie trochę każdy słowianofil znajdzie coś dla siebie, jakieś śmieszne imiona, jakieś tradycje, ubrania, zawody czy jakaś tam szczątkowa historia u mnie w książce będzie. Natomiast co do całej fabuły wątku, że ten namiestnik gocki, jeden z ostatnich, ten swój lud powiódł, musiałem wyznaczyć na mapie trasę ich. Zobaczyć, połączyć wtedy z tym, co się działo w tym 570 roku, bo to mniej więcej rok, kiedy się Mahomet urodził jako ciekawostka, aczkolwiek nie ma wpływu najmniejszego. I musiałem zobaczyć, jakie plemiona wtedy po drodze działały. Co mogło tych całych uciekinierów, bo to uciekinierowie, jak państwo się dowiedzą, spotkać?
Sam musiałem wymyśleć ten wątek. Natomiast dyskusje, jakie miałem, to jedynie z tymi słowianofilami, którzy otworzyli mi oczy na to, że teoria allochtoniczna, czyli że Słowianie wyszli z bagien Prypeci, to jedna wielka bzdura. Bo ja jako naukowiec, historyk, magister geologii i amator historyk opierałem się na oficjalnych badaniach i oficjalnej wersji. Wszędzie jest napisane: Słowianie wyszli z bagien Prypeci w VI wieku i skolonizowali Polskę plus NRD i tam, gdzie obecnie żyją. I takie było założenie tej mojej całej bajki. Natomiast w trakcie pisania, po dyskusjach i wymianie z ludźmi tym zainteresowani, dotarło do mnie, że nie było tak do końca, że jakaś tam migracja ludów była, ale że na terenach Polski wtedy przed tą migracją też jacyś tam Słowianie mieszkali, też jakiś tam lud żył spokrewniony i tak dalej. Dowiadujemy się, że Słowianie istnieli przed VI wiekiem. Że byli nazwani a to Nurowie, a to Wandalowie. Słowianie byli różnie nazywani. Uświadomiłem sobie, że coś jest nie tak i musiałem poprawić.
Stąd pojawia się to, że jeden z wodzów jest Wenedą czy tam Wandalem. Wenedą. Wenedą. Jedna z kobit też jest z tego samego plemienia. Są takie małe wstawki. Wstawki, które pokazują, że ta teoria mieszana i autochtoniczna jednak ma sens. I co jeszcze? To chyba to. Najgorsze jest to, że nawet nie miałem z kim się... Pierwotnie cała powieść miała być napisana, każdy w swoim języku miał mówić.
Goci po gocku, Słowianie po starosłowiańsku, księżniczka po swoim języku. Kto tam jeszcze? Celtowie po celty? Nie, to by mi się nie udało. Nigdzie bym nie znalazł języka celtyckiego. Ale łacinnik też miał mówić po łacinie. Nie miałem się z kim skonsultować na temat starodawnych języków. To było przykre, przez co mój jeden zamysł zniknął. A może i dobrze to się stało. Dzięki temu lepiej to się czyta.
[59:43] - Ja myślę, że się dobrze stało. Odetchnąłem, jak pan to mówi, bo jak sobie wyobraziłem tę książkę w tylu różnych stylach i językach pisaną, to ja myślę, że wielu czytelników, a nawet potencjalnych czytelników by odpadło.
[59:56] - Na dzień dobry.
[59:57] - Odpadłoby od niej. Natomiast ona w takiej formie, w jakiej jest obecnie, jest przyswajalna nawet dla tych, którzy powiedzmy historią się nie pasjonują. Ale o tym za chwilę, bo ta książka z jednej strony wydaje się być książką taką historyczną, parahistoryczną, ale ona ma też jeszcze inny pazur, o którym za chwilę będziemy mówić. Ale najpierw mówi Wiktor.
[01:00:22] - Może ja bym zwrócił uwagę naszym słuchaczom na jedną rzecz. Ci, którzy się nawet historią pasjonują albo się nawet na niej dobrze znają, jeśli słuchali tego, co pan Jacek mówił, to weźmy sobie na umysł rzecz pierwszorzędną, najważniejszą, że w oglądzie historii, poza tym głównym kręgosłupem historyczno-archeologicznym, tym takim motywem, który się aktualnie, że tak powiem, uważa za wzorcowy ten kręgosłup historii Ta historia Europy średniowiecznej ma bardzo wiele wątków. Ta książka i to, co pan Jacek przed chwilą mówił, bardzo dobrze się wpisuje w tendencję do swobodnego myślenia o tych wszystkich wątkach średniowiecznych, o ludach wędrownych, z historii pomieszania tego wszystkiego. Gdyż to pomieszanie jest o wiele bardziej prawdopodobne niż to, co opinia publiczna nam podaje jako kanon historyczny i mamy się z tym zgadzać, bo akurat w danym momencie jest to modne. Ale każde badanie może zmienić całą rzeczywistość i taki wątek, jak w „Starej baśni”, może się okazać jak najbardziej nie literackim, ale historycznym.
[01:02:07] - Wniosek jest prosty: czasami dobrze jest popolemizować softowo z uznanymi historykami. To zawsze wszystkim dobrze robi. Ale ja mam jeszcze jeden powód. Wspomniałem już o tym, że uważam, że ta książka ma pewien pazur, ponieważ poza tym, że opowiada o jakichś wydarzeniach historycznych, mniej lub bardziej, ma jeszcze kilka innych, z mojego punktu widzenia, dużych zalet. Otóż ja w niej dostrzegam pewne takie rysy postmodernistyczne. Posłużę się przykładem, który za dużo nie zdradzi. Na przykład w pewnym momencie pojawia się tam wątek lovecraftowski. Ktulu się nagle pojawia. Czyli znowu bierzemy coś, co sobie Lovecraft wymyślił wiele wieków później. Ten wątek się tam pojawia.
Zresztą z takich niuansów, to ja mam czasami wrażenie, że autor, którego dzisiaj gościmy, pokazuje nam, jak się rodzą legendy albo mity. Ja tylko przywołam, bez zdradzania szczegółów oczywiście, sprawę Smoka Wawelskiego na przykład. Tu jest pewne tłumaczenie z punktu widzenia akcji bardzo racjonalne tego wszystkiego. I ja chciałbym o te wątki zapytać, o te dodatki, bo mamy pewną historię, mamy średniowiecze, ale mamy też takie smaczki jak ten wymieniony przeze mnie Ktulu, czy też chociażby tłumaczenie opowieści, legend, które wszyscy dobrze znają, ale u pana w książce poznajemy je na inny sposób.
[01:03:53] - Przypominałem wcześniej o książce „Manitu”. Proszę mi powiedzieć, panie redaktorze Marku, kogo przywołuje Miskalamus?
[01:04:06] - Właśnie, żebym ja to pamiętał? Pewno tego Manitú, który ma się tam odrodzić, ale nie pamiętam. Powiem szczerze, nie pamiętam.
[01:04:17] - Przeczytałem niedawno. Kurde, gdzie on jest? Nie, nie mam pod ręką. Przeczytałem. I z tej dziury, z tego szpitala wychodzą macki. Macki starucha, bo to w polskim tłumaczeniu jest tak napisane. Staruch. Staruch wychodzi. Potwór jest odwiecznym strachem, odwiecznym złem. I to są najważniejsze charakterystyki tego kogoś.
Kogo panu przypomina ten staruch?
[01:04:52] - Tak, teraz to już jest jasne. Tylko wiem, dlaczego tego nie skojarzyłem wcześniej. Ponieważ ja „Manitú” czytałem, zanim dobrze wgryzłem się w mitologię Ktulu.
[01:05:05] - Ja tak samo.
[01:05:06] - Ale ja nie skojarzyłem.
[01:05:10] - Ja dopiero skojarzyłem, jak przeczytałem jeszcze raz i widziałem tego odwiecznego, który siedzi po prawicy. W każdym razie to jako ciekawostka. Myślę, że tutaj jest nazwany u mnie Bezimienny. W końcu nie jest głównym bohaterem. Jednym z bohaterów, który odwiedza tego Ktulu całego i mu coś tam robi. W każdym razie on go nazywa Bezimienny. Nie zdradzajmy szczegółów. To było w zasadzie jako żart taki. Ale dlaczego nie skorzystać, prawda? Dlaczego ten cały Lovecraft ma mieć na to monopol?
[01:05:58] - Monopol.
[01:05:59] - Monopol. Dokładnie monopol. Dlaczego powstała ta cała jeszcze starsza baśń? Z powodu wspaniałej warszawskiej syrenki. Nie jestem warszawiakiem, więc nie powiem mojej syrenki, aczkolwiek teraz to już jest moja syrenka, bo ja sobie tak ją wymyśliłem. To jest, państwo, jeśli chcecie, to sobie zobaczcie, symbol Warszawy z XVII wieku. Jak ona wygląda? Nie jest tak słodka jak na postumencie w Warszawskich, tylko ma trójpalczaste nogi, wężowy ogon i błoniaste skrzydła. Kiedyś wyczytałem, że jest to ze scytyjskich legend wzięte i tak dalej. Też podobne stwory występowały.
I doszedłem do wniosku, że skoro ktoś ją tak kiedyś narysował, to musi coś w tym być. I taka syrenka sobie mieszkała, więc ją wykorzystałem do swojego dzieła. Druga rzecz, jaka mnie natchnęła w stworzeniu, to jest imię Sawa. Będę niezmiernie wdzięczny, jak państwo mi powiecie, czy któraś kobieta znana teraz, oczywiście nie Polka, nie podejrzewam, żeby w Polsce, miała na imię Sawa. A czemu? Bo to jest męskie imię. Jest biskup Sawa, są święci Sawa, i jeden Kozak, z tego, co gdzieś znalazłem w internecie. Kozak o imieniu Sawa czymś tam się, już nie pamiętam, wsławił. Na to państwo też znajdziecie odpowiedź w mojej baśni. Co jeszcze mogłem wykorzystać u siebie?
[01:07:49] - Ten smok mi się niezwykle podobał. To odwrotne tłumaczenie mitów. Czyli mamy pewien mit i go tłumaczymy, a właściwie wyjaśniamy od nowa. Mnie się bardzo podobają tego rodzaju zabiegi w książce.
[01:08:08] - Ale słuchajcie, jestem wręcz zachwycony tym Sawą, bo zwróćcie uwagę, że my tak sobie żyjemy w XXI wieku, ale nagle się okazuje, że feminizacja rozpoczęła się jeszcze w średniowieczu. Przerobili Sawę na Sawę, nie?
[01:08:30] - Tu nie zgodziłbym się, ponieważ w treści jest wyjaśnione, czemu Sawa nazywa się Sawa. I to nigdy nie było imię żeńskie.
[01:08:48] - To prawda, ale tu już za bardzo wchodzimy w materię książki, a będę czuwał nad tym, żeby jednak za dużo nie opowiedzieć.
[01:08:56] - Dobrze. Na kim się jeszcze opierałem? Wincenty Kadłubek. On tam napisał, że Krak był Grakchusem, walczył z Italikami.
[01:09:09] - O, właśnie. Dochodzimy do tego wątku. To jest dla mnie duża wartość w tej książce, że ona pokazuje nam historię, którą teoretycznie znamy. Niektórzy mówią, że to już nie jest historia, że to właściwie gdzieś tam pogranicze historii i pewnych opowieści. Ale te opowieści, które dobrze znamy, poznajemy jeszcze raz, inaczej. I to jest bardzo intrygujące, fajne poznawanie za pośrednictwem pana opowieści.
[01:09:43] - Kadłubek mi dużo dał poparcia legendarnego. Reklamując, dyskutując o mojej fantazji i pomyśle, mogę się spokojnie podpierać Kadłubkiem i jest to taki jeden z najważniejszych. To miała być opowieść historyczna z elementami fantazji. Starałem się to jak najbardziej. Tutaj w powieści występuje gród bródnowski. Troszkę go trzeba było postarzyć, bo we wszystkich publikacjach jest, że on pochodzi z IX wieku. Będąc geologiem wiem, że dużo śladów jest zatartych po prostu przez czas. I teoretycznie ten dziewiąty wiek czy szósty wiek, ci archeolodzy mówią o rzeczach pewnych, więc dla nich pewny był ten dziewiąty wiek, że może z szóstego wieku nic nie zostało. Więc czemu nie? Mamy gród bródnowski.
Mam okazję, możliwość rozreklamowania tego miejsca. Wiem, że wielu ludzi, pozdrawiam ich, tym miejscem jakieś robią jarmarki, robią pokazy rycerskie, pokazy bojów i tak dalej, więc to jest fajna sprawa. Polecam każdy, kto będzie w Warszawie, zapraszam do Lasku Bródnowskiego i tam są jakieś tablice pokazane, ten cokół, czy nawet sobie w internecie sprawdzić, jak ta stara Warszawa, w cudzysłowie Warszawa oczywiście, bo to jeszcze w tamtych czasach nie nazywało się tak, wyglądała. I co jeszcze? Tutaj państwo znajdą w tej mojej baśni takie stawki. Interpretacje ich mitów, tak jak o Odyseuszu wspominam, wspominam o oblężeniu Troi. Elementy żartobliwe, w jaki sposób żabie udka zadowoliły Franków i jak się nauczyli to jeść. Wymyśliłem postać alter ego Asteriksa i Obeliksa. Wspominają o Galach. Po prostu jest hasło: „Czy znałem jakiegoś Gala?
No tak, był taki. Pamiętasz? Tak”. I jest dyskusja, jest rozmowa i przy okazji trochę się naśmiewam z tych dwóch postaci komiksowych.
[01:12:39] - O, właśnie. Wspomniał pan o tym. Ja nie chciałem tego rozwijać wcześniej. Dobrze, że pan o tym powiedział, bo widać wyraźnie, że pana baśń, „Jeszcze starsza baśń”, to nie jest taka opowieść, którą pan toczy z punktu A do punktu B, a gdzieś tam po drodze jeszcze coś się dzieje i że pan tak ją roluje i to się po prostu przetoczy przez czytelnika. Tylko że pan się całkiem nieźle bawił przy pisaniu tej powieści. Bo tam się właśnie tego rodzaju elementy, ja je lubię nazywać postmodernistycznymi. Pewno by mnie jacyś krytycy literaccy krzywdę za to zrobili, ale niech już będzie. Po prostu pan wstawia takie różne elementy, ja je nazywam zabawowymi, czyli a to galopie, a to utka. Wszystkie takie elementy, które pan wymienił wcześniej. I widać, że to po prostu jest element całkiem niezłej zabawy.
[01:13:42] - Wiesz, czym się geologowie, jakim przedmiotem posługują w geologii? A przynajmniej kiedyś to robili. Sejsmografem. To pisanie bardzo mi przypomina taki sejsmograf przykładany do historii.
[01:13:59] - Tak jest. Ale oddajmy głos autorowi.
[01:14:02] - Bez wstrząśnięcia i zmieszania nie będzie ciekawej literatury. Ja wychodzę z założenia, że czytelnik, który dobrze się nie bawi czytając moją książkę, moją opowieść, to stracony czas dla mnie i dla czytelnika. Nie mogę zanudzić czytelnika. Może jestem taki typ człowieka, czy inaczej pisać nie potrafię. Tutaj ta cała historia na początku. Prolog. W prologu, nie zdradzę, bo był prolog. W trakcie korekty został on, jak to się nazywa?
[01:14:55] - Wyeliminowany. Ale teraz się wetnę panu bezczelnie, ale powiem tak: ten prolog, który powstał, to jest majstersztyk. Naprawdę. Byłem oczarowany, kiedy dostałem wersję od redaktora, który poprawiał, a właściwie redaktorki, która poprawiała, konsultowała z panem tę książkę. Ten prolog jest po prostu majstersztykiem. Jest bardzo krótki, ale tak wprowadza w nastrój, tak zachęca do przeczytania. Chapeau bas po prostu.
[01:15:32] - Tak miało być na początku. Ten prolog był troszkę dłuższy. Ktoś powiedział, że słabo to się czyta, może dlatego, że było za podręcznikowo i za długie. Więc ktoś mi doradził, żeby zrobić jakąś scenkę wprowadzającą. Tak stworzyli się harcerze, tak stworzyło się ognisko, tak stworzył się tajemniczy wędrowiec, który może w drugiej części pojawi się. Tak to powiem. I tym samym zaczęły się robić samoistnie nawiązania do fabuły, które w jakimś stopniu poprzez Syrenkę, poprzez jej podróże w czasie, bo ona ma różne wizje, państwo się zapoznają z nimi. I te właśnie wizje, te właśnie wydarzenia, czy nawet Jørgen, jak ma tą swoją wizję, o czym też państwo przeczytają, to wszystko miało jakiś wpływ na ten cały prolog i epilog. Chciałem, żeby to było takie zderzenie tego VI wieku z teraźniejszością. Wyszło, jak wyszło.
Mam nadzieję, że państwo doskonale i tak bez tego prologu sobie doskonale radzą i się bawią, ale dzięki temu prologowi, tym postaciom i tak dalej mogłem tworzyć więcej tych wizji, które są tak, jak pan to ładnie ujął, postmodernistyczne.
[01:17:10] - Ale ciekawe zjawisko się pojawia. O bardzo ciekawej rzeczy pan powiedział, bo przez długi czas ta książka funkcjonowała z zupełnie innym prologiem i epilogiem. I sam pan przed chwilą powiedział, że istnienie tego prologu i epilogu wzbogaciło książkę, bo pan robił różne nawiązania, po czym wyrzucił pan i prolog, i epilog wstawił zupełnie inny prolog, który moim zdaniem jest świetny.
[01:17:38] - On był fragmentarycznie. Był kawałek taki.
[01:17:41] - Tak, ale zupełnie wypadł pewien wątek z tego prologu, taki fabularny, to nazwijmy. Ale opowieści pozostały. To jest taka wskazówka. W tej chwili przeskoczmy na sekundę do naszej siostrzanej audycji ABW, że czasami taki prolog roboczy, taki czysto operacyjny tekst jest bardzo przydatny. Pana przykład jest tutaj najlepszy, że dzięki temu bebechy w książce, to, co ja nazywam bebechami, czyli ten środek, stał się znacznie bogatszy. Po czym się wyrzuca ten prolog, zastępuje czymś innym, a książka w dalszym ciągu gra i to właściwie dźwięczy różnymi dźwiękami i pięknie jest. I to jest moim zdaniem też wskazówka dla ludzi piszących, że nie wszystko, co nam zejdzie z pióra, musi koniecznie się w tym gotowym dziele znaleźć, bo dzięki temu roboczemu prologowi, tak jak pan powiedział, książka jest znacznie bogatsza, iskrzy się różnymi odcieniami.
[01:18:49] - Zobacz, że ludzie od kuchni to dawno też to wymyślili i praktykują. Może ktoś lubi jakiś obiad, ale przekąski przed obiadem bywają bardzo różne. Można je zmieniać, a obiad smakuje bardzo różnie. Również dzięki tej przystawce, którą się na początku wzięło.
[01:19:12] - Tak jest.
[01:19:13] - I deserze oczywiście.
[01:19:14] - Tak jest. Także myślę, że zabieg z tą zmianą prologu to było w punkt. Jest tak intrygujący. Nie mogę się nachwalić, ale ten prolog naprawdę jest intrygujący i wcale, jak się okazuje, nie musi być długi, żeby zmusić czytelnika do przerzucenia strony. Ale teraz ja mam bardzo trudne pytanie. Już niejeden autor mi mówił, że mnie za to nie lubi, więc właśnie w tej chwili grabię następnego autora.
[01:19:50] - Nie, bardzo dobrze.
[01:19:51] - Bo to jest pytanie o to, żeby pan w umiejętny sposób zareklamował swoją książkę. To jest zawsze bardzo trudne pytanie dla autora. Sam coś o tym wiem, ale spróbujmy. Jakby pan miał w krótkich słowach książkę zareklamować, to co by pan powiedział?
[01:20:14] - Ograniczę się tylko do 30 000 słów.
[01:20:17] - Dobrze, mamy trochę czasu, to możemy jechać.
[01:20:20] - Po pierwsze jest to książka przygodowa. Się dzieje.
[01:20:26] - Pięknie.
[01:20:27] - Sex, drugs and rock'n'roll. Może rock, czyli skały. Skały też są. A tak poważnie to rekonstrukcja epoki. O epoce, której nikt nie wie tak naprawdę. Bo na ulicy zapytamy się, co było wtedy. Może połowa powie: „460 rok upadło Cesarstwo Rzymskie Zachodnie”. Koło 800 roku Karol Wielki był koronowany. A co pomiędzy? Mamy 300 lat pustki i dla wielu to jest pustka, nuda, zero.
A wtedy żyli ludzie normalni i tak naprawdę kreował się obecny porządek, o czym pan wcześniej wspominaliście. Porządek obecny i układ geopolityczny wtedy w dużym stopniu. To jest po pierwsze. A po drugie fajnie chciałem podkreślić słowiańską tożsamość, pokazać to też na tle innych narodów, że to fajny naród po prostu, że to nie jakieś tam dzikusy z bagien, tylko normalni, żyjący ludzie, którzy mieli w cudzysłowie jaja. Albo i naprawdę. Skoro tak się ładnie rozrośliśmy. I co jeszcze? To, co było wcześniej powiedziane, że te legendy chciałem na nowo pokazać, że może nie było tak wcale fantastycznie, ten smok może wcale nie był taki nie wiadomo co.
[01:22:28] - Smoczy. Że nie był taki smoczy.
[01:22:30] - Tak. A Syrenka nie była taka słodka i Kizia Mizia, i że może Sawa wcale nie kochała Warsa. A święty Jerzy nie był taki święty. I to jeszcze chciałbym powiedzieć. A jeszcze jako ciekawostka są tam dla wielu kobiet elementy feministyczne. Dziewczyny rządzą. Siostry, prawda?
[01:23:00] - Takie czasy, takie czasy.
[01:23:08] - I że każdy tam znajdzie też dla siebie jakieś tam elementy mordercze, sadystyczne, batalistyczne, znaczy lingwistyczne. Proszę spojrzeć na to, jak mówi Wars. O czym wcześniej wspominałem, że chciałem zrobić jakimś językiem starosłowiańskim. Nie dało się. Nigdzie takich źródeł nie ma. Każdy mi mówi o Bielwicy jakiejś, o coś tam, ale nie ma żadnych opracowań starosłowiańskiego. Wars jest przykładem takiej improwizacji słowiańskiej, że nie mówi po polsku, a każdy go rozumie. Proszę zwrócić uwagę, że może ktoś nie zwróci uwagi na to, że Wars nie jest Polakiem. Jest jakimś proto Chorwatem, proto nie wiem czym tam. Trudno powiedzieć, jak on z tych bagien wyszedł.
I co jeszcze? Jeszcze element komiczny, modernistyczny to jest w wielu wizjach skutek zażywania czerwonej mikstury. Wielu tam widzi przyszłość i komentuje. Jest to w jakimś tam stopniu mój światopogląd. Sprzedaję, co o tym wszystkim sądzę. O tej całej globalizacji, o tym wszystkim, zatraceniu się człowieczeństwa. Ku przestrodze pokazuję czytelnikom, co jest, kurde, nie tak z tym chodzeniem i smeraniem kciukiem po błyszczącym talizmanie. Państwo przeczytają wszystko. Te wizje wszystkie są ciekawe. To chyba tyle, co mogę powiedzieć, zareklamować.
[01:25:01] - To teraz jedziemy dalej. Za ciosem pójdę i zapytam o rzecz moim zdaniem oczywistą. Tu się już trochę pojawiło takich elementów, więc pociągnijmy autora za język. Pytam o dalsze plany literackie Jacka Fleischfressera. To się już pojawiło, jeśli chodzi o „Przedmieścia”, oczywiście autor może jeszcze powiedzieć, jeśli będzie chciał, o innych planach literackich też, ale na pierwszym miejscu chciałbym zapytać, czy powstanie druga część „Jeszcze starszej baśni”. Bo tam jest szereg takich momentów i w tej książce, ale też można sobie wyobrazić takie momenty, które mogą być początkiem, punktem wyjścia do kolejnych opowieści.
[01:25:53] - Omówiliśmy prolog, natomiast epilog był na kilka dobrych stron. Epilog opowiadał, co się działo po tej bitwie. I dzięki temu, że wskutek przygotowań do druku ustaliliśmy, że tego epilogu lepiej, żeby nie było. Bo nie było początku i nie było końca, prawda? Byłoby prościej. Dzięki temu mam materiał na następną część. Po prostu. 10 lat po lub ile tam zdecyduję. Zarysy są, tylko jeszcze teraz muszę wymyśleć, który z wioślarzy, bohaterów lub Gotów, czy mieszkańców Brudna będzie bohaterami. Czy Wars i Sawa będą już tylko epizodycznymi.
Nie wiem. Zarys historyczny jest. Muszę natomiast wymyśleć jakiś dramatyczny. Będzie, ale jestem po uszach teraz w „Przedmieściach”, o których zaraz powiem. Może następny rok będę mógł dopiero się za to zabrać. Natomiast odnośnie „Jeszcze starszej baśni”, to jako ciekawostka. Może podołam, może nie. Będę od soboty, od lutego. Tak sobie zaplanowałem, bo to trzeba twardo planować. Biorę się za książkę „Jeszcze starsza baśń” i robię scenariusz.
Bo tak jak wcześniej wspominałem, moim zacięciem jest film. Miłość. Miłością moją jest film, więc na fali „Wiedźmina” całego, bo w mojej baśni jest dużo potworów. „Wiedźmin” jest teraz na fali, więc może ktoś coś kupi, zrobi. Nie wiem. Jak nie zrobię scenariusza, to może ktoś zrobi ubiegnie mnie, daj Boże. Może będzie lepszym dramaturgiem niż ja, ale myślę, że ta książka jest gotowym materiałem na wartki film akcji, na przygodówkę. Zresztą jak piszę, to widzę to wszystko oczami filmowca. To takie zboczenie i taka maniera. A może i dobrze?
Nie wiem. To tyle odnośnie „Jeszcze starszej baśni”.
[01:28:40] - Ja mam radę przynajmniej, żeby może również zainteresować nie tylko filmowców, ale taki materiał, jaki jest w książce, jest bardzo dobrym punktem wyjściowym do gry komputerowej na przykład.
[01:28:57] - Też o tym myślałem. To zostawiam na „Przedmieścia”. To już kolega mi. Pozdrawiam Łukasza. Kolega wspomniał mi o firmie, która robi gry komputerowe i wtedy wpadłem na genialny pomysł, że zrobię z „Przedmieści” grę komputerową. Użeranie się z Puszkiem, uciekanie przed Hieronimem czy machanie szpadlem. „Przedmieścia” będą gotowym multum tego. Dziękuję, panie redaktorze. Tak można zrobić. Jasne.
Jak szybko będziesz wiosłował. I co? To może scenariusz. Natomiast „Przedmieścia”. Będzie za parę miesięcy dopiero. Cały zbiór już gotowy jest. Teraz jeszcze korekta i tak dalej. Natomiast jakieś dwa lata temu z przyjaciółmi, ze znajomymi z Facebooka wymyśliliśmy, że sami wydamy zbiór opowiadań o obłędzie. Wstępnie to było o szaleństwie. Każdy miał coś napisać o szaleństwie, o obłędzie i taki horrorowaty zbiór opowiadań zrobić.
I ja tam zaproponowałem Hieronima z „On drapie”, który możecie państwo spokojnie słuchać w audycji „Podpalacze nieba”. To właśnie już od dwóch lat. I z mojej strony będzie ten tekst w tej publikacji i to będzie piękna zielona okładka i będzie tajemniczy tytuł „Nie otwieraj. Na stronie Sigma”. Taka ładna Sigma. Koleżanka zaprojektowała. I tam będzie ten nieszczęsny Hieronim, którego prześladuje upiorny pies, a on traci zmysły i zabija coraz więcej osób. Tak w skrócie powiem. Ten tekst, wcześniej wspominałem, zacząłem pisać, ale brakowało mi weny. Był jakiś konkurs, już nie pamiętam gdzie, Mroczna Połowa.
I spiąłem się, w dwa miesiące akurat zdążyłem, więc już byłem gotowy z tym tekstem. I tak jak wcześniej opowiadałem, całe „Przedmieścia” w ten sposób wystartowały. W tym zbiorze „Nie otwieraj!” na stronie Sigma spotkamy też autorów znanych z anteny Bibliotekarium, jak Przemek R. Cichoń, Kamila Ciełko-Borkowska, którzy też planują i wydali u państwa swoje pozycje. Polecam.
[01:32:12] - A my pewno książką, o której pan wspominał, zainteresujemy się w swoim czasie, jak się na rynku wydawniczym pojawi.
[01:32:23] - Mam cichutką nadzieję, że państwo nas wspomogą w tym. To jest dla młodych, debiutujących pisarzy fajny warsztat. Po pierwsze, bo części ludzi w ogóle się nie znałem wcześniej. Okazało się, że jeden potrafi zrobić skład, parę osób zna się na marketingu. Jedna osoba z tego naszego pisarza jest dobrym korektorem. I po prostu mamy książkę zrobioną asumptem własnym. Jeszcze żadne z nas nie ma porządnej maszyny drukującej, ale trudno, poradzimy sobie. Więc jest taka na przyszłość dla każdego z nas, dla każdej dziesiątki czy dla innych osób, które będą chciały mieć pomoc, wspomóc merytorycznie, jak to zrobić, że jednak da się samemu wydać książkę. I w jakimś stopniu wypromujemy. Ja wypromuję to opowiadanie i zapowiem cały zbiór „Przedmieścich” o Hieronimie i Angelinie, a jednocześnie też i koleżeństwo będzie miało jakiś dorobek.
Dla wielu będzie to debiut. Ja już debiutowałem w poprzedniej antologii „Rubieże rzeczywistości”, więc to już nie będzie dla mnie debiut, ale początkowo to miał być mój debiut. Tadam!
[01:33:59] - A w dodatku debiut w „Rubieżach rzeczywistości” był opowiadaniem jakoś związanym z Bydgoszczą. I to było niezwykle zabawne, bo czytamy sobie tutaj prace konkursowe z Wiktorem, a tu tadam! Bydgoszcz. I to w dodatku autor, który z Bydgoszczą ma, powiedzmy, skromne zdania.
[01:34:27] - Bardzo skromne.
[01:34:31] - Przeraziła nas, a właściwie z pełnym szacunkiem odnieśliśmy się do siły Google Maps i tym podobnych programów, bo rzeczywiście każde miejsce dzisiaj można opisać. A zresztą tak naprawdę nie o opis Bydgoszczy chodzi, bo ta Bydgoszcz może być zupełnie magiczna, a zupełnie o coś innego w tym opowiadaniu chodzi.
[01:34:54] - To był szczęśliwy splot okoliczności. Wyczytałem na jakiejś głupiej notatce, że Twardowski był w Bydgoszczy i czynił cuda. I po prostu poszedł do przodu.
[01:35:12] - Ale żeby jeszcze takie powiązania się pojawiły, to o tym, że Twardowski był w Bydgoszczy pisał Józef Ignacy Kraszewski w jednej ze swoich książek. Ten sam Kraszewski, który też w jakiś sposób pośredni przyczynił się do powstania tytułu pańskiej książki. Bo w końcu najpierw on napisał starą baśń i dlatego mogła powstać baśń jeszcze starsza.
[01:35:42] - Jako ciekawostka dla pana Wiktora czy dla pana Marka, proszę przeczytać opis diabła. Jak diabeł wygląda, w co jest ubrany, jaki ma zarost, brodę i tak dalej. Proszę przeczytać dokładnie i ludziom też. I proszę też porównać ze zdjęciem pewnego przemiłego redaktora, z którym właśnie rozmawiam. Niech to szlag.
[01:36:14] - Ja to nie wiedziałem. No dobrze, w każdym razie-
[01:36:18] - Taki smaczek.
[01:36:20] - I z takich smaczków, daj Boże, składa się życie, na pewno życie literackie. Cóż, ponieważ gdzieś tam naszą tajemną listę pytań wyczerpaliśmy, ale-
[01:36:33] - Jeszcze! Dodam pokrótce, króciutko, bo czas. Jeszcze jest zaplanowany tytuł roboczy „Urzędniczy szał”. Jest to ciąg dalszy Hieronima. Będzie się działo w urzędzie. Żartobliwie mówiąc, z doświadczenia, aczkolwiek nie chciałbym mieć takich doświadczeń. Będzie się różnie działo tam. I jeszcze tworzę postać znajomego Hieronima, ale to takie popłuczyny. Aczkolwiek bohaterowie się z tych „Przedmieści” przeplatają. Jest to Ryszard Walczak to będzie polski odpowiednik marvelowskiego Kapitana Ameryki.
Dobrze się bawię jak to piszę. Nie wiem, co z tego wyjdzie. A jeszcze ten sam bohater w drugiej części będzie odpierał inwazję rosyjską na Polskę. Piszę już od pół roku i dobrze się bawię. I to jest najważniejsze przy pisaniu, naprawdę.
[01:37:41] - Ja tu już chciałem sprytnie zakończyć naszą rozmowę, a tu mi się Wiktor pcha i chce koniecznie zadać pytanie. No to Wiktorze.
[01:37:50] - Ale ja już ostatnie pytanie, bo pan Jacek użył takiego zgrabnego terminu jak smaczki lingwistyczne. To ja mam na sam koniec pytanie: skąd się, panie Jacku, wzięło pańskie nazwisko?
[01:38:06] - Już mówię. Jak ktoś zna niemiecki, to wie, że Fleischfresser to jest mięsożerny. To dzięki mojej kuzynce, a w zasadzie jej mężowi, dowiedziałem się dzięki stronom genealogicznym, że mam kuzynkę Adriannę. Pozdrawiam ją i jej męża Marka. Ona jest ze mną spokrewniona, o Jezus, piąte czy szóste pokolenie. To jest taka w cudzysłowie pokolenie, aczkolwiek jesteśmy wspólnymi potomkami tego samego Wilhelma Fleischfressera, który urodził się w okolicach Reska. Resko to jest między-
[01:38:52] - O Boże, ja jako archeolog i jako geodezja tam pracowałem.
[01:38:57] - To są okolice za Kołobrzegiem, przed Białogardem. W XVIII, XIX wieku stamtąd wszyscy Fleischfresserowie wyemigrowali do Ameryki. Jednych i drugich. Mam kontakt facebookowy z tymi Fleischfresserami. Czy do Australii. Natomiast jeden Ernest Fleischfresser, ojciec Wiktora, wyemigrował na Kujawy i z czasem jego syn Wilhelm został Polakiem. I tak jestem.
[01:39:35] - Zobaczcie, jakie to piękne. Prawie tak samo, jak byśmy dyskutowali o średniowieczu wczesnym.
[01:39:41] - Prawie tak. Ale ja mam jeszcze inną propozycję, bo jak już dostałem wykładnię, co oznacza nazwisko Fleischfresser, to ja uważam, że pan koniecznie powinien pisać krwawe horrory na rynek niemiecki. I gwarantuję, że to będzie naprawdę wielki sukces. Taka podpowiedź. Ponieważ zbliżamy się do końca, to ja mam takie doświadczenie, że w każdej, nawet najdłuższej rozmowie, zawsze ci dwaj, co pytają, o coś nie zapytają. To jest ten moment, w którym jak jakiegoś pytania dzisiaj nie zadaliśmy, to proszę na nie odpowiedzieć.
[01:40:32] - Co ja mogę powiedzieć? Pomyślmy. Na pewno to, że nie mam kiedy czasem pisać. To jest najgorsze. To jest smutna rzeczywistość. Jak człowiek ma wenę, to już oczy go bolą i chce mu się spać po prostu. Rzeczywistość, codzienność. W dzisiejszych czasach tylko nieliczni mogą sobie pozwolić na komfort tylko pisania.
[01:41:17] - To ja teraz się będę trochę wymądrzał. Już mnie wszyscy słuchacze nienawidzą, ale trochę się muszę powymądrzać. To już nie jest pierwsza audycja. Częściej w ABW nadaję na ten temat. Błagam wszystkich autorów, nie macie czasu pisać? Ja w to wierzę. To jest naprawdę w tej chwili plaga naszych czasów, ale naprawdę pół godziny, nawet jak będziecie śmiertelnie zmęczeni i napiszecie w ciągu pół godziny tylko pięć zdań, to będzie pięć zdań więcej. I ja o to apeluję, żeby pisać regularnie. Ale to tak sobie musiałem to powiedzieć.
[01:41:56] - To samo zalecam. Ja robię tak samo. Staram się co najmniej pół strony walnąć. Już od września walczę z inwazją wojsk Federacji Rosyjskiej. I tyle. I naprawdę ludzie piszcie, bo jeśli nie wy napiszecie, to ktoś za was to napisze i będzie wam głupio.
[01:42:22] - I to jest prawda. Bo dobre tematy, dobre opowieści krążą, okazuje się, w powietrzu. I dokładnie jest tak, jak nasz gość dzisiaj powiedział. Jeśli wy nie napiszecie, to ktoś na pewno za was to zapisze. A my pięknie dziękujemy naszemu gościowi. Ja przypomnę, naszym gościem dzisiaj był Jacek Fleischfresser, autor powieści „Jeszcze starsza baśń” i kilku innych projektów literackich, które są dopiero na etapie przygotowania. Ale jeśli państwo chcecie twórczość naszego dzisiejszego gościa poznać, to zapraszamy. „Jeszcze starsza baśń”. Jeśli sobie państwo wygooglacie, to sobie na pewno sklep chociażby Bonito wygooglacie.
[01:43:05] - Albo mój profil na Facebooku.
[01:43:10] - Albo tak. Albo profil na Facebooku naszego gościa. Przypomnę Jacek Fleischfresser i tam na pewno drogą kupna państwo tę książkę, tę powieść będą mogli nabyć. Jeszcze raz dziękujemy naszemu gościowi.
[01:43:24] - Dziękuję serdecznie panom.
[01:43:26] - Do usłyszenia.
[01:43:26] - Dziękuję. Do usłyszenia. Pozdrawiam. Pozdrawiam panów. Do widzenia. Pozdrawiam państwa. Do widzenia.
[01:43:34] - To był wywiad z Jackiem Flejszerem. Zanim wrócą przed mikrofony panowie Marek i Wiktor, przypomnę tylko kontakty do Radia Paranormalium. Nasze numery telefonów to 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Linia telefoniczna jest teraz już otwarta. Można dzwonić. Nasz Skype to radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na GG pod numerem 36 08 80 02. Można także nas spotkać na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Jesteśmy także na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i portalu Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata.
I oczywiście na grupie Rubieże rzeczywistości również. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
[01:44:56] - To teraz my, Wiktorze?
[01:44:58] - Teraz my.
[01:45:02] - A może być i „sk”.
[01:45:04] - Teraz kurczę.
[01:45:07] - Kurczę. Cóż chciałem powiedzieć. Między innymi to, że pojawiła się w trakcie wypowiedzi naszego gościa tajemnicza osoba redaktorki, która wycięła kawałek prologu, epilog, a w ogóle czuwała nad tym projektem. Powiedzmy, zdradźmy imię i nazwisko nowej redaktorki.
[01:45:36] - To jest prosty mechanizm, twórca poza stwórcą ma diabelską naturę, a gdzie diabeł nie może albo ma poprawki, tam wiadomo kogo posyła.
[01:45:52] - Silną kobietę, zdecydowaną.
[01:45:54] - Silną kobietę. Oczywiście należy uwzględniać to, że są książki, które należy poprawiać. Tej książki poprawiać nie trzeba było, bo ona z natury jest dobra.
[01:46:05] - Mówimy o fabule.
[01:46:06] - Tak. Natomiast techniczne rzeczy poprawić należało, a do tego mają najlepszą głowę kobiety, które patrzą wielowymiarowo. I tutaj nasza przyjaciółka Marta Sobiecka świetnie się chyba sprawiła.
[01:46:26] - Co więcej, bo to jest chyba dobra okazja, żeby powiedzieć o czymś bardzo ważnym. Bardzo wielu początkujących pisarzy postrzega redaktorów jako rodzaj wroga. To tak nie jest. Redaktor to jest osoba, w tym wypadku Marta Sobiecka, z którą można podyskutować o swoim dziele.
[01:46:51] - Redaktor to nie jest gilotyna.
[01:46:53] - Można dać się przekonać. Można przekonać redaktora. Myślę, że redaktor poza czysto technicznymi swoimi funkcjami spełnia bardzo ważną rolę. Daje możliwość autorowi stanięcia troszeczkę obok i spojrzenia na swoje dzieło, na swoją powieść jako na coś bardziej zewnętrznego niż zwykle. To często powtarzane do znudzenia przeze mnie, że z drugiego brzegu widać lepiej. To właśnie redaktor stoi na tym drugim brzegu i czasami paradoksalnie ogarnia więcej niż sam autor. Autor jeszcze nie ma dystansu, redaktor go ma i redaktor potrafi autorowi wskazać: „Wiesz co? Może tu zróbmy inaczej. Może to troszkę zmieńmy. Może czegoś jest za dużo, czegoś jest za mało”.
Myślę, że dobry redaktor to skarb.
[01:47:53] - Dla mnie redaktor mniej więcej pełni tę samą funkcję co tłumacz, który tłumaczy z obcego języka na nasz język.
[01:48:04] - Może tak daleko nie.
[01:48:05] - Ale bardzo podobnie.
[01:48:06] - Analogia jest.
[01:48:08] - Bo czasami trzeba pewne rzeczy przetłumaczyć na ludzki język, a przynajmniej usprawnić, udrożnić tamte kanały. I to dobrzy redaktorzy robią. Ja zresztą pamiętam, że wiele razy miałem z tym styczność. Na przykład kiedyś w Warszawie poprosił mnie Komuda Siłowetny, który wydawał potężną biblię, system walk RPG-owski oparty na szlacheckiej staropolskiej tradycji, podobny do „Warhammera” albo do jakiegoś takiego systemu RPG-owskiego. W każdym razie on mnie poprosił, żebym zredagował tę całą jego książkę, a przynajmniej przeczytał. Zrobiłem to z dziką radością i wiem, że z ogromnym pożytkiem i dla niego, i dla mnie, bo ja się dowiedziałem przy okazji mnóstwa rzeczy na temat tradycji wojennej średniowiecznej, słowiańskiej, o tym, jak wyglądał fechtunek szablą czy buzdyganem. Natomiast Komuda zyskał to, że wyprostowałem wiele jego ścieżek, za co nawet chyba zamieścił w książce podziękowania. To jest fajna radocha bycie redaktorem, ale ważne jest, żeby też materiał dostarczony przez pisarza był Klasy.
[01:49:39] - Tak, bo jak redaktor ma napisać za kogoś książkę, to ją napisze sam.
[01:49:44] - To lepiej, żeby sam.
[01:49:46] - Mam wrażenie, że pan Jacek, o to nie zapytaliśmy, szkoda, że pan Jacek jest zadowolony z tej współpracy, o której mówimy, bo o ile zdołałem się zorientować, ona po pierwsze szła dosyć płynnie, po drugie nie była uciążliwa dla autora. Myślę, że Marta bardzo profesjonalnie podeszła do tego zadania. Czasami dobrze spopatrzeć, jak ludzie ze sobą współpracują. Myślę, że ta współpraca była całkiem niezła.
[01:50:24] - Jeszcze potrzebny jest do tego, żeby efekt uzyskać?
[01:50:29] - Słuchacz.
[01:50:30] - Potrzebny do klaskania.
[01:50:32] - Druga ręka.
[01:50:33] - Właśnie.
[01:50:35] - To prawda. Z innej beczki, w czasie, kiedy słuchaliśmy nagranego wywiadu, wyobraź sobie, że na naszą tajną skrzynkę, na którą przychodzą opowiadania konkursowe, jeszcze przez dwie godziny i 10 minut nadeszły cztery maile z czterema kolejnymi porcjami. Duże zadanie przed nami będzie przy czytaniu tego konkursu. Cóż.
[01:51:04] - Zawsze możemy koleżankę Martę Sobeńską zatrudnić.
[01:51:08] - Ale my jesteśmy jury.
[01:51:10] - Aha.
[01:51:11] - Później będziemy rozmawiać z koleżanką na temat redakcji. Myślę, że warto coś jeszcze powiedzieć, co znowu nie pojawiło się w wywiadzie z panem Jackiem, ale warto to teraz wspomnieć. Kiedy mówiłem o rozczytywaniu starych historii na nowo, czyli takim archeologicznym dochodzeniu, co stoi za daną opowieścią, na przykład za opowieścią o wawelskim smoku. Co stoi za opowieścią o Kraku? Dzisiaj każdy sobie tę historię może opowiedzieć, bo ją zna od dzieciństwa. Pan Jacek proponuje zupełnie inną interpretację. Pamiętasz, kiedyś jeden z naszych słuchaczy zaproponował, żebyśmy wzięli na warsztat przesławną książkę „Złota Gałąź” Frazera. Pewno ją kiedyś weźmiemy i to pewno nie tak daleko do tego czasu. Natomiast od razu przyszło mi do głowy, że pan Jacek posługuje się tą metodą, którą zaproponował Frazer. Tam jest taka sytuacja, już nie wchodząc na razie głęboko w trzewia książki, że autor próbuje na podstawie opowieści, którą zna, zrekonstruować, jak przebiegały pewne obrzędy, pewne zwyczaje, jak to w ogóle wyglądało kiedyś, bo teraz ma do dyspozycji jakąś opowieść, ale on jest przekonany o tym, że jak dobrze poskrobać w tę opowieść, to tam się pojawi nie drugie, ale trzecie i czwarte dno, które jest zupełnie różne od tego, co znamy w postaci owej opowieści.
To jest dokładnie ta metoda. Oczywiście Frazer zrobi to od strony bardzo naukowej, religioznawczej. On posługuje się tam pewnymi „urządzeniami”, którymi badacz religii, badacz zwyczajów religijnych może się posługiwać. Próbuje pewne rzeczy odtwarzać. Oczywiście nigdy nie nabierzemy pewności, że tak akurat dokładnie było, ale możemy próbować. Frazer to robi i pan Jacek też to robi, próbując te dawne czasy odtworzyć. Oczywiście ktoś inny może stanąć i powiedzieć: „Nie, ja uważam, że było zupełnie inaczej” i bardzo dobrze. Jakby później książkę napisał, to mielibyśmy już przynajmniej dwie.
[01:53:51] - Widzisz, Marku, ale w oglądzie świata takim, jakiego my postrzegamy w powiązaniu rzeczywistości z legendami, są może dwa sposoby na odgadywanie prawdy, jak to kiedyś było albo jak to kiedyś będzie. Otóż jedno to jest grzebanie w legendach, żeby odkryć rzeczywistość, a drugie grzebanie w rzeczywistości, żeby odkryć legendy. Posłużę się przykładem, który już w audycji chyba w ABW cytowałem. Jest taki przykład, który zresztą pan Jacek tutaj w powieści, którym się posługuje bardzo często. Otóż jak się z Bydgoszczy jedzie w Bory Tucholskie, to się tak jedzie i w pewnym momencie się pojawia drogowskaz „Rozbrat, 3 kilometry”. Jest taka miejscowość. W porządku, jest to sobie jest.
[01:54:57] - Ja tylko wyjaśnię. Nie tym konkretnym przykładem się pan Jacek posługuje, tylko metodą.
[01:55:02] - Metodą. Jest sobie Rozbrat. Jedziemy dwa kilometry samochodem dalej, jest drogowskaz 3 kilometry w bok, gdzieś Pobojewo. Następne pięć kilometrów, następna tabliczka z miejscowością Tupadły. Tak się trzy seryjne miejscowości nazywają. To jest nasza współczesna rzeczywistość. A tak naprawdę istnieje legenda o dwóch braciach I to jest prawda historii o dwóch braciach w czasach jeszcze wczesnego średniowiecza albo może troszkę późniejszych. O dwóch braciach, wojach, którzy się posprzeczali o jakąś schedę po swoich protoplastach. Postanowili sprawiedliwości boskiej powierzyć swój problem. Ale przed bitwą postanowili się jeszcze spróbować dogadać.
I to jest miejscowość, w której te rozmowy przed bitwą się toczyły. To jest nazwa Rozbrat, która świadczy o tym, że jednak się nie dogadali. Jedziemy dalej. Następnie jest Pobojewo. To jest pobojowisko tam, gdzie się odbyła bitwa i któryś z nich, nie wiadomo który, wygrał. Trzecia miejscowość, pięć kilometrów dalej, Tupadły. Tam padli ostatni ci, którzy uciekali z pobojowiska, których dopadli ci zwycięzcy. Zobaczcie, jak się pięknie w rzeczywistości osadza legenda. Trzeba patrzeć tylko na rzeczywistość z ciekawością. Dam sobie rękę uciąć, że 99,9% kierowców, którzy tą drogą przejeżdżali w Bory Tucholskie, nawet myślą nie tknęła żadnego z tych drogowskazów.
[01:57:16] - Czy było tak, jak ty to interpretowałeś, to trudno właśnie powiedzieć. Legenda taka była. To jest taka dosyć prosta interpretacja. Może było jeszcze zupełnie inaczej.
[01:57:28] - Archeolodzy badali te miejsca. Rzeczywiście bitwa była.
[01:57:32] - Ale szczegółów nie poznamy nigdy.
[01:57:34] - Tutaj się włącza pan Jacek, reżyser i pisze książkę albo wykłada nam na nowo historię prawdziwą.
[01:57:45] - Pan Jacek jest w tej chwili na czacie, pisze à propos współpracy z Martą Sobiecką: „Rewelacyjna współpraca z Martą. Polecam. Udało mi się ją przekonać do wielu swoich pomysłów i w drugą stronę też to działało. Czasami czułem się dosyć przemaglowany”. To znaczy, że dobra redaktorka. To doświadczenie, które każdy pisarz powinien przeżyć, czyli kontakt z dobrym redaktorem czy redaktorką. Albo mogą nas w końcu feministki słuchać i mieć za złe, bo teraz feminatywy obowiązują i koniecznie trzeba feminizować. Nie wiem, czy ty wiesz, Wiktorze. Wiem, że to bolesne, ale będziesz musiał teraz.
[01:58:36] - A jaka będzie forma ojciec feministyczna?
[01:58:40] - Najprostsza. Ojca.
[01:58:42] - Ojczyzna.
[01:58:42] - Nie, ta ojca.
[01:58:43] - Ojczyzna.
[01:58:45] - Wiesz, pogrom żart. Ja bardzo lubię słuchać tych dyskusji, szczególnie wtedy, kiedy na scenę wkraczają akademicy. Bo to jest niestety tak, że akademicy uwielbiają przedstawiać swoje poglądy.
[01:59:02] - Jaki jesteś sprytny. Na wszelki wypadek nie użyłeś słowa akademiczki.
[01:59:09] - Sprytny jestem niezwykle. Ale wracając do meritum. Akademicy mają coś takiego, że uwielbiają przedstawiać swoje poglądy jako jedyne właściwe. Nie tylko akademicy. Każdy ma tak, że lubi, jak ludzie go słuchają i jeszcze biją mu brawo i mówią: „Masz rację, chłopie, tak właśnie jest”. Ale problem polega na tym, że stoi za akademikiem coś, co nazwijmy sobie pewnym autorytetem. Autorytetem naukowca. Tak to się dzieje dosyć zabawnie, że z pełną powagą jeden akademik głosi, że używanie tych feminatywów to jest bzdura, to jest zaprzeczenie języka polskiego i tak dalej. Wchodzi na scenę drugi akademik i mówi: „Absolutnie nie. Już od wczesnego…“ i tu pada odpowiedni okres, ja akurat nie wiem, może średniowiecza, może od XIX wieku.
„Feminizaty były zawsze obowiązujące, wyobraźcie sobie państwo. Co więcej…“ i tak dalej. Zgłasza się pierwszy: „Pan jesteś w błędzie, panie mój kolego akademiku. To tylko w angielskim języku te feminatywy trzeba było stosować, bo oni są tacy niedostosowani”. I tak dalej. Proszę państwa, szanujmy naukowców. W końcu po to zdobywają kolejne stopnie, stają się doktorami, habilitują się, żeby później profesurę uzyskać. Szanujmy ich, obdarzajmy też zaufaniem, ale bez przesady, proszę państwa. Akademicy mają to do siebie, że spośród wielu rzeczy, które kochają, własną osobę też bardzo często niezwykle kochają i są gotowi za swoje poglądy położyć na szalę cały swój autorytet naukowy. Dobrze to czy źle?
Nie wiem. Ale uważajcie państwo, jak spotykacie akademika, który bije się w pierś i mówi: „Jam ci to jest akademik i słuchajcie mnie“, to znajdziecie zawsze przynajmniej drugiego, który też się w pierś uderza, też mówi, żeby go słuchać, a mówi zupełnie co innego.
[02:01:36] - Czy mogę przez chwilę być akademikiem?
[02:01:39] - Możesz być spokojnie.
[02:01:40] - À propos tych modnych feminizmów. Otóż tak sobie przed sekundą pomyślałem, że przecież słowa są tak samo jak przedmioty, jak rzeczy zwyczajne. Słowo to jest przedmiot i są przedmioty, które używają tylko wyłącznie mężczyźni oraz przedmioty, które używają tylko wyłącznie kobiety. Ja na przykład zupełnie nie wiem, co miałbym sobie robić z tamponikiem albo z kapturkiem, albo z inną taką rzeczą, prawda?
[02:02:15] - No.
[02:02:16] - Kontynuuj. Więc widzisz, są rzeczy, gdzie forma męska i żeńska są wyłączne, przeznaczone tylko dla mężczyzn i tylko dla kobiet. I tutaj nie wygimnastykuje się żadnej poprawności, żeby wszyscy mogli sobie dogodzić określonym przedmiotem.
[02:02:39] - Ale to nie jest clou problemu, bo tak naprawdę co? Jest tamponik, a co nie ma żeńskiej formy? Można, jak się uprzesz, to zrobić.
[02:02:51] - Chodziło mi jako przedmiot. To słowo jest przedmiotem.
[02:02:58] - Zdaje się, że brniemy w ślepo.
[02:02:59] - Co ja mam z nim zrobić?
[02:03:01] - Brniemy w ślepą uliczkę.
[02:03:02] - W ucho.
[02:03:05] - Wiktorze, już minęła co prawda 22:00, ale mimo wszystko pewna kindersztuba nie pozwala mi powiedzieć ci, co masz sobie zrobić z tamponikiem, więc porzućmy ten temat. Ja myślę, że teraz jest dobry moment, żeby posłuchać drugiego gościa naszego, czyli felietonu Tomka Fąsa. Będzie się działo, proszę państwa, będzie się działo. Marku, prosimy.
[02:03:38] - Cudowna epoka obrazków. Utkwiła mi w pamięci anegdota, sytuacja bodaj z jakiegoś spotkania koła filozoficznego, kiedy to mówiono o zdaniu bardzo starym, być może jednym z najstarszych zdań, wypowiedzi zapisanych w historii ludzkości, które to miało głosić, że młodzi w ogóle nie słuchają starszych, upadają obyczaje i wszystko ma się ku gorszemu. Próbowałem znaleźć źródło tej sentencji, co to by właściwie miało być. Przyznaję, że mam z tym problem. Nie wiem. Sprawdzałem najstarsze zdania zapisane w historii ludzkości gdzieś po Wikipedii. Nic mi nie pasowało do tej wypowiedzi, więc nie wiem, może coś źle zapamiętałem. Niemniej ma to sens, proszę państwa, to marudzenie starszych na zachowanie młodych, na pewną zmianę obyczajów jest czymś wpisanym w historię ludzkości, że starszemu pokoleniu nie podoba się to, co młodzi robią ze światem, z ich światem, z zasadami, ze sposobem życia, z normami kulturowymi. Jest to pewna prawidłowość, pewna zmiana. Oczywiście ostatnio dzieje się ona być może coraz szybciej, chociaż to też zależy, jak na to spojrzeć.
Pani promująca moją pierwszą pracę magisterską mawiała, że w humanistyce nie ma nic nowego. Rzeczywiście obserwujemy pewne zmiany, które szczególnie w kontekście ludzi zainteresowanych literaturą, że ma miejsce ta epoka obrazków. Oburzają się na to ludzie najbardziej z tym kodem werbalnym związani zawodowo. Filozofowie. Widzimy, że właściwie filozofia jako kierunek studiów, jako pewna specjalizacja traci sens. Ona gdzieś tam jest wpisana w naszą kulturę. Natomiast człowiek specjalizujący się wyłącznie w filozofii, robiący studia na tym kierunku, nie wiem, co właściwie miałby dzisiaj robić poza bajerowaniem ludzi, wykrzywianiem pewnych rzeczy. To też można po jakiejś prostej psychologii społecznej chyba nawet lepiej robić. Nie wiem, czy akurat warto w tym celu studiować filozofię. Oczywiście ideologie i grupy tymi ideologiami napędzane istnieją.
Nie będę tutaj udawał, że nie. Natomiast przestrzegałbym państwa przed takim myśleniem o procesach kulturowych jako o planowej działalności, planowych procesach sterowanych przez ściśle określoną grupę ludzi, która realizuje swój zapewne niecny plan na społeczeństwie. Rafał Ziemkiewicz ładnie to ujął, że teorie spiskowe to jest rodzaj samoobrony umysłu przed absurdalnością świata. I to nie jest tak, że ktoś, grupa ludzi sobie zaplanowała, że teraz będą społeczeństwo ogłupiać, żeby się tym społeczeństwem łatwiej sterowało. Myślę, że to zbyt duże uproszczenie. Reguły świata się zmieniają. Żyjemy w czasach obrazkowych. To jest prawda. Czy natomiast jest to powód, żeby marudzić? Przede wszystkim, proszę państwa, nadmiar narzekania niczemu nie służy.
Nie cofniemy kijem Wisły, nie sprawimy teraz naszym tutaj świętym oporem, że nagle cofniemy się do jeszcze starszej baśni. Nie sprawimy, że świat nagle zrezygnuje z multimediów i zacznie znów komunikować się piękną, perfekcyjną polszczyzną wspartą na aksjomatach, wspartą na logice. Zresztą ja w ogóle nie wiem, czy to kiedykolwiek tak było. Powiedzmy, były lepiej pisane teksty w piosenkach popularnych. Kiedyś słowo miało trochę większe znaczenie, poeci trochę więcej zarabiali i to na pewno było to ciekawe. Ale teraz mamy z kolei media bardziej kolorowe, bardziej obrazkowe, bardziej szybkie. I tak ten świat, proszę państwa wygląda. Możemy się na to oburzać, tylko znowu co to zmieni? To nie jest też, proszę państwa, tak, że kod werbalny, wiedza taka ustrukturyzowana jest jedyną drogą do rozwoju. Rozwój człowieka jest możliwy również na płaszczyźnie doznań.
Rozwój sensoryczny. Analiza taka świata poprzez doświadczenie to też jest, proszę państwa, pewna droga rozwoju. W sztukach plastycznych odejście od struktur formalnych miało miejsce już dawno. Poprzez Picassa, poprzez surrealizm, kubizm, ponieważ tam to jest łatwiejsze. Można w każdej chwili, możliwe było zrobienie plamy na płótnie i przedstawienie tego jako dzieła sztuki. W literaturze trochę trudniej, ponieważ nie da się z przypadkowego układu znaków tworzyć literatury. Tam jednak musi być zdanie, żeby coś powiedzieć. Da się natomiast, zamiast pewnej głębszej symboliki, pewnej myśli, pewnego ciągu przyczynowo-skutkowego opartego na bardzo rozbudowanych przemyśleniach autora, da się poprzez literaturę przekazać prostą emocję, doświadczenie zmysłowe, czasem erotykę, pornografię, czasem inny rodzaj motywacji. Patrząc po wyniki właśnie takich pisarzy jak Coehlo oczywiście, ale też różnego rodzaju „Twarze Greya", literaturę kiepską literacko, ale dającą rodzaj bezpośredniego doświadczenia czytelnikowi. Proszę państwa, można się na to obrażać, ale tak to działa i to się ludziom podoba.
Pięknym przykładem, jak można żyć w zgodzie z tym nowym światem, takim już klasycznym przykładem jest moim zdaniem film „Matrix". Film, który dając widzom widowisko, jednak pewną myśl też wyraża. Pewien rodzaj sztuki, pewien rodzaj kodu kulturowego, przemyśleń wręcz filozoficznych, oczywiście uproszczonych, ale jednak zawierał, mając świadomość, że widz przede wszystkim chce, żeby tam się strzelali, żeby tam była jakaś rozróba i tak dalej. A o co chodzi? To bardziej wymagający sobie doczyta między wierszami. Ponieważ kino dzisiaj musi być przede wszystkim widowiskiem. I to też nie jest, proszę państwa, nowość. Przecież podobnie było z operą. Tam przeważnie prosta, prymitywna historyjka potrzebna była tylko po to, żeby odbiorcom dać widowisko muzyczne, widowisko wokalne, niekoniecznie werbalne. I to jest też to, o co mi trochę chodzi, kiedy mówiłem państwu, że warsztat literacki nie jest dzisiaj tak ważny.
On jest oczywiście potrzebny, natomiast przesadna poprawność, przesadne dbanie o strukturę czy nadmierne skupianie się właśnie na literackiej stronie tekstu może być wręcz przeciwskuteczne, bo i tak przeciętny odbiorca może tego nie docenić, a wręcz nadmiernie literackim językiem się do odbioru zniechęci. To, co moim zdaniem dzisiaj może sprawić, że literatura piękna będzie odbierana, to jest jednak raczej emocja, potwierdzenie, przyznanie czytelnikowi trochę racji, dowartościowanie go, danie pewnej emocji, pewnego prostego przekazu. Pod tym wszystkim państwo możecie przekazać pewną myśl. To nie jest tak, że to musi być głupie. Nie, to dobrze, jak tam jakaś myśl jest. Także do tego zachęcam, proszę państwa, żeby zamiast marudzić, jaki ten świat jest straszny, jaki to nieliteracki upadek narracji globalnych i w ogóle koniec świata, uświadomić sobie, że idziemy w inną stronę. Czego innego chce odbiorca dzisiaj niż 20 czy 50 lat temu. I jeżeli robimy w show-biznesie, musimy się jakoś na tego odbiorcę otworzyć. Ja powtarzam po raz kolejny, że jednym z zadań artysty jest dotrzeć do odbiorcy, a nie tworzyć rzeczy tak ambitne, że nikt ich nie rozumie i żyć w wielkim cierpieniu z tego powodu. A też będąc odbiorcami, proszę państwa, miejmy świadomość, że epoka multimedialna jest na swój sposób przepiękna.
Na wyciągnięcie ręki mamy dostęp do ogromnej ilości zbiorów. Mając świadomość tego, jak świat funkcjonuje, wybieramy z niego co chcemy. Możemy odkryć pewną wartość jeszcze cały czas w słowie pisanym. Nikt nam nie broni wyłączyć telewizora, zrezygnować z subskrypcji portali z filmami, a zamiast tego na przykład korzystać z portali audiobookowych czy w ogóle z dostępem do literatury w wersji elektronicznej. Uważajmy, żeby nie stetryczeć, proszę państwa, bo to nikomu, ani nam, ani światu korzyści nie przyniesie.
[02:11:02] - Tak.
[02:11:05] - Niekoniecznie tak. Może również nie. To wybrzmiało polemiczne.
[02:11:10] - Zanim się odniosę do tego, co powiedział Tomek, krótko zresztą, to coś muszę zacytować z czata, bo mnie to ubawiło. Jacek napisał à propos tej tamponiki, o której wspomniałem: co z nią należy zrobić? Bo się zastanawialiśmy. Rada jest prosta: trzeba sobie ją wsadzić w ślepy zaułek.
[02:11:32] - Aha.
[02:11:33] - Aha, widzisz. A teraz wracając do felietonu, którego wszyscy wysłuchaliśmy przed chwilą. Ja mam takie wrażenie, że wiesz, jaka jest cecha naprawdę dobrego felietonu, a konsekwentnie felietonisty?
[02:11:49] - To, żeby był polemiczny.
[02:11:51] - Tak, ale przede wszystkim taka mianowicie, że chociaż wygłasza poglądy, z którymi ja na przykład absolutnie się nie zgadzam w sporej części. Nie mogę tak gremialnie, że w ogóle, ale w sporej części się nie zgadzam, to mimo wszystko podziwiam w tym wypadku Tomka Fąsa za błyskotliwość, za pewną bigotliwość myśli, skojarzeń i argumentacji. Trudno od strony takiej formalnej coś temu zarzucić. Można się z tym nie zgadzać. To już zupełnie inna para kaloszy i pewno teraz mógłbym sobie podyskutować, niestety sam ze sobą albo z tobą. Szkoda, że Tomka nie ma i nie możemy tutaj takich polemicznych kopii skruszyć. A może jeszcze przyjdzie na to czas. Ja w każdym razie duży szacunek. Tak jak powiadam, niewiele z tych rzeczy budzi mój entuzjazm, o których mówił Tomek. Ale muszę przyznać, że to znowu jest ten granat w szambo, który ja tak często postuluję.
I to znowu świetny felieton był. A podsumowując to opowiem pewną historię, jakby zamiast polemiki. Otóż jestem właśnie w trakcie redagowania, mówiłem to chyba w poprzedniej audycji, w trakcie redagowania takiej książki Henry'ego Loraya „Podróż na Marsa". Kiedy główny bohater jest na tym Marsie, już pomińmy szczegóły, bo w końcu powieść jest po to, żeby ją przeczytać. W pewnym momencie dochodzi do rozmowy, ponieważ on zauważa na jednej ze ścian piękny wizerunek jednej z bohaterek Zachwyca go to, że on jest tak wierny, tak cudowny, tak cudownie rzeczywisty. I pyta ją, kto malował ten portret, to dzieło. Ona odpowiada: „Tu na Marsie nie ma artystów, ponieważ kiedyś zadaniem artystów, i to jest moim zdaniem pierwszy fałsz, było odwzorowanie rzeczywistości. Ale my wynaleźliśmy taką formę uwieczniania jej, że uwieczniamy odbicie lustrzane i w związku z tym artyści są już nam niepotrzebni”. Powiem, że kiedy to przeczytałem, uśmiechnąłem się, bo zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno ci malarze przez te wieki byli, są po to, żeby wiernie oddawać rzeczywistość. To, moim zdaniem, spojrzenie, które każe stwierdzać autorowi, czy też może tylko bohaterowi, bo nie znam poglądów autora powieści „Podróż na Marsa”, każe mówić mu, że zadaniem artysty jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości jak najwierniejsze.
To chyba tak nie jest po prostu.
[02:15:04] - Przypominam sobie taki obraz Rembrandta „Syn marnotrawny”. Podejrzewam, że takiej rzeczywistości nigdy nie było. Natomiast idea powtarza się z pokolenia na pokolenie, przez tysiące lat, jak historia człowieka trwa.
[02:15:26] - Wiesz, ona się z Biblii wywodzi.
[02:15:28] - Właśnie tak, ale malarz przedstawiał na tym obrazie ideę, a nie rzeczywistość.
[02:15:37] - No tak. Ale to była moja opowieść zamiast polemiki z felietonem Tomka Fąsa, bo jak przyjdzie czas, to sobie polemizujemy.
[02:15:50] - A ja mogę trochę od razu?
[02:15:52] - Proszę bardzo.
[02:15:53] - Nie wiem, czy dożyję czasu, kiedy już będzie można, więc ja może tak z grubej rury. Nagle się odezwała we mnie dwoistość natury.
[02:16:05] - Twojej?
[02:16:06] - Tak, mojej. Otóż rękami i nogami jestem zdecydowanie za tezami Tomka Fąsa, a tą marginalną głową nie całkiem. Otóż tak mi się skojarzyło, że Tomek chętnie nawołuje wszystkich do tego, żebyśmy zaspokajali chucie emocjonalne odbiorców.
[02:16:34] - Coś tylko ci powiem. Wiesz co? Kiedyś usłyszałem i ja się z tym zgadzam. My coraz częściej mówimy o emocjach, o emocjonalności, a coraz rzadziej słyszę o uczuciach.
[02:16:49] - Zgadza się. Ale zwróć uwagę, że uczucia się biorą nie z emocji, ale niestety z przefiltrowania emocji przez głowę. One się biorą z głowy, a nie z pięty ani z palca. Natomiast my jako istoty ludzkie, czego ja jestem ogromnym miłośnikiem tego twierdzenia, jesteśmy po prostu zwyczajnie zwierzętami. Zwierzęta mają tą sferę zmysłową w pełni, na każde sposoby, na różne stroje i ustroje próbują odwzorować. To są chodzące, biegające, fruwające zmysły. Czym się, przynajmniej szczątkowo jeszcze, jak na razie człowiek wyróżnia od zwierząt? Niestety umysłowością.
[02:17:50] - Może stety.
[02:17:52] - To taki żart. A teraz zaproponuję wam zabawę. Otóż jeżeli macie jeszcze ten felieton w pamięci, to zwróćcie uwagę, do czego nas bogiem a prawdą, co to jest za reklama. Ten felieton może służyć jako reklamówka dilera, który sprzedaje ćpunom kolejne używki. Odrzućcie te stare słowa, obrazy również, emocje również. Dzisiaj na topie jest ćpanie i branie w żył. Tam są dopiero emocje. Tam jest kolor, tam jest barwa. Zostawcie wszystko, palmy ćpajmy, dawajmy w żyłę. To będzie pięknie.
[02:18:46] - Trochę jednak wezmę Tomka pod obronę, chociaż się z nim nie zgadzam. Żeby było wszystko jasne. Bo ja myślę, że to, o czym powiedziałeś przed chwilą, to jest raczej Tomkowy opis rzeczywistości. Tu się na tym poziomie mogę zgodzić. Rzeczywiście takie są oczekiwania ludzi, takie są czasami wręcz żądania, żeby to takie było. Tylko diagnoza, moim zdaniem, jest lekko błędna.
[02:19:12] - Ja powiedziałem, ale diler od narkotyków powie, że ludzie jesteście w błędzie, to już jest przestarzałe.
[02:19:19] - Zgoda.
[02:19:19] - Zostawmy ten balast.
[02:19:21] - Zgoda.
[02:19:22] - Popluńmy w naszą stronę. To jest przyszłość. Tam się rozwijamy.
[02:19:27] - A ja się zastanawiam po prostu na bazie tego felietonu, czy przypadkowo nie jest tak, że jednak warto by wrócić do pewnej idei. Może to już jest dzisiaj rzecz zupełnie niemodna, że jednak kiedyś artyści, może ci przez wielkie A Może nie wszyscy byli jednak tymi, którzy rządzili duszami, którzy mówili: „Tak jest dobrze, tak należy”. Może to już jest marzenie ściętej głowy.
[02:19:59] - Jestem ciekaw, w jaki sposób taki Picasso chciał połechtać uczucia wszystkich obywateli Europy, robiąc swoje kubistyczne mazły. On miał w nosie wszystkich odbiorców. O odbiorcę masowego robił to, co jemu przyszło na myśl albo do czego mu pasowała ręka, prawda? I to jest w sumie zadanie artystów. A pracownicy, urzędnicy kultury powinni śledzić gusta czytelników, filmowcy odbiorców, kinomanów i tak dalej.
[02:20:38] - Słowem potwierdza się moja teza początkowa. To był świetny felieton.
[02:20:44] - Bardzo dobry. Jestem zadowolony.
[02:20:46] - Skoro byliśmy w stanie, nie chcąc z nim polemizować, tak długo z nim polemizować albo tak długo z nim obcować już po.
[02:20:56] - No pewnie.
[02:20:58] - Wróćmy do dzisiejszej książki. Poczekajmy, bo coś się pojawiło na czacie. Kamil Michał. Jeszcze wcześniej KL: „W nos można wsadzić tamponik jak katar duży, a najlepiej dwa”. To prawda. Słyszałem o takiej metodzie. Dalej. A teraz Kamil Michał: „Bosze, chodzi wam o moje grafiki i co z nimi nie tak? Nowo novum. Nagle rządzili duszami.
Patrzę, jak zmieniacie płynnie tematy”. Dobra, dziękujemy. Ale zmieńmy po raz kolejny płynnie temat na naszą dzisiejszą książkę, na jej autora. Otóż dla mnie ważne jest to, o czym rozmawialiśmy w wywiadzie. Pracowitość. Bo zobacz, to jest któryś autor z kolei, który mówi, że fajnie jest być pisarzem, ale bycie pisarzem to nie tylko strzeliste, wspaniałe pomysły, nie tylko uczta wyobraźni, nie tylko bujanie w obłokach, ale też ciężka praca. O tym mówił Jacek Fleiszcher. O tym, kiedy rozmawialiśmy z panią Krystyną Śmigielską, autorką „Pokurcza”, też słyszeliśmy, że praca, praca, praca. Wielu autorów, którzy gościli w naszej audycji, to byli ludzie, którzy mówili: „Nie. To wszystko nie przychodzi tak łatwo.
Satysfakcja ogromna, ale okupiona ciężką pracą”. Kiedy to mówię, to mam wrażenie, że mówię oczywiste oczywistości, żeby powołać się na klasyka. Tak, ale dlaczego o nich mówię? Dlatego, że ostatnio miałem okazję zetknąć się z autorem, który mówił mniej więcej tak, będę jednak posługiwał się cytatem niedosłownym: „To ja sobie tutaj to tak szrajbnę, to sobie tak zrobię, dwie godziny i mam gotowe opowiadanie”. Patrzyłem z pewnym niepokojem. Nawet zaproponowałem: „No dobra, siadaj, autorze szanowny, pisz. Czekam. Już nie dwie, niech będą cztery godziny”. To tak nie działa. Rzeczywiście powstało coś, co było półproduktem, ale nadzieja na to, że z tym półproduktem zrobi coś redaktor, to jest nadzieja płonna.
Tak się tego nie robi. Autor jest jednak po to, żeby swoje dzieło doprowadził do końca, a redaktor wkracza dopiero potem. Taka refleksja mnie naszła, że bardzo wielu ludzi uważa, że pisanie jest proste, bo każdy z nas uczy się w szkole pisać i w związku z tym każdy potrafi pisać. Chyba o coś innego w tym prawdziwym literackim pisaniu chodzi.
[02:24:30] - Wiesz, i tak, i nie, Marku. Ja wiem, że praca jest potrzebna po to, żeby stać się mistrzem, ale jednak ja bym bronił również mistrzów, gdyż na własnym przykładzie wiem doskonale, że jeśli ja stoję nad patelnią i się męczę, to bardzo często potem najchętniej bym to, co wymęczę, wyrzucił do kibla. A jeżeli mój syn staje nad patelnią, to tak na rozgrzany olej chlast sałatka, chlast coś tego. Przy okazji my sobie rozmawiamy na różne tematy. On w ogóle się tym nie zajmuje, co się na patelni pach, pach. Po czym w pewnym momencie mówi: „Gotowe”. I to jest arcydzieło. Potrafią być mistrze, skoro w kuchni potrafią być. Tak samo przy pisaniu potrafią być ludzie, którzy potrafią na przykład wiersz napisać od ręki. Może tak, a może nie.
[02:25:27] - Wiesz co? Jakby ci to powiedzieć, żeby ci przykrości nie zrobić. To się oczywiście może zdarzyć.
[02:25:35] - Tak.
[02:25:35] - Może się zdarzyć, ale raczej rozmawiajmy o pewnej zasadzie czy pewnej codzienności. W większości wypadków tak się nie dzieje. I nawet znakomici pisarze, których dzieła, opowiadania Są rozczytywane, zaczytywane na śmierć. Jednak ciężko nad tekstem pracują. Tego praktycznie nie da się uniknąć. A to, co ty powiedziałeś, przytoczyłeś jako ekstra przykład, to się może zdarzyć każdemu.
[02:26:15] - To się, Marku, zdarza, ale tylko i wyłącznie mistrzom. A żeby zostać mistrzem, trzeba przedtem strasznie długo trenować na tej Fujiami, że tak powiem.
[02:26:26] - Wiesz co?
[02:26:27] - To aikido, żeby zostać mistrzem.
[02:26:30] - To jest złe określenie z tym mistrzem. Złe, bo jest wielu pisarzy, których dzisiaj uznajemy za mistrzów. Nie będę używał nazwisk, bo zawsze jakiego bym nie użył, to ktoś powie, że to nie to. Więc nie będę używał nazwisk. Ale jest wielu autorów poczytnych, takich, do których wzdychają młodzi autorzy i mówią sobie: „Ech, chciałbym być taki jak on”. Ale tak naprawdę te dzieła, takie lekkie, świetnie czytające się, pełne refleksji, świetnych porównań, świetnych obrazów, powstają z ciężkiej pracy, z potu, z krwi, z czegoś tam jeszcze.
[02:27:18] - Nie zgodzę się. Omawialiśmy twórczość jednego z pisarzy rosyjsko-amerykańskich, który praktycznie nad swoimi tekstami prawdopodobnie pracował przede wszystkim gardłem, a wychodziły genialnie.
[02:27:33] - Wiktorze, ja tylko ci przypomnę twoją własną opowieść, kiedy opisywałeś, że jak siedziałeś i waliłeś w tę klawiaturę, męcząc się okropnie, kasując, poprawiając, pisząc, wpisując, dopisując, przepisując, nadpisując. Nie wiem, co jeszcze można tutaj podrzucić. Męczyłeś się i nagle spłynął na ciebie sen i obudziłeś się przy zapisanych iluś tam stronach. I co? I to było takie genialne?
[02:28:11] - Jak najbardziej.
[02:28:12] - Tak.
[02:28:13] - Dwie trzecie ze środka było genialne. Rozbiegówka była do kitu, końcówka, kiedy już byłem senny, też była do kitu, do wyrzucenia, ale środek był absolutnie genialny.
[02:28:25] - Tak. Czyli tak naprawdę dochodzimy do takiego wniosku, że autor nie pisze, tylko coś, co w nim siedzi i to nie wiadomo.
[02:28:33] - Demon Maxwella.
[02:28:34] - Demon czy anioł. I tutaj należałoby ściągnąć jakiegoś demonologa albo przynajmniej egzorcystę. Może nie w tej audycji i nie przy tym temacie. Proszę państwa, gdzieś tam już chyba dotarliśmy do końca.
[02:28:50] - Tak, bo ja przypomnę, że są dwa słowa, Marku, na sam koniec. Praca.
[02:28:57] - Tak.
[02:28:58] - Talent.
[02:28:59] - Ale oczywiście! Tylko chyba i tak nie skończymy audycji. Bo to jest tak: praca, talent. Pełna zgoda. Tylko czasami niedobory talentu można pokryć ciężką pracą. Pokryć, zauważ, nie zastąpić. Nie.
[02:29:17] - No właśnie.
[02:29:18] - Nie zastąpić, pokryć. Bo to tak jest, że natura raczej niesprawiedliwa jest i jednemu daje, drugiemu nie daje talentu. To oczywiście jest kompletnie sprzeczne z pewnymi poglądami, które są teraz dosyć powszechnie głoszone, że wszyscy jesteśmy równi i ta równość jest wartością ponad wszystko. Nie jesteśmy, proszę państwa, niestety w pewnych dziedzinach równi. Jeden ma talent, drugi nie ma talentu. Ale powtarzam, nawet jeśli mamy ten talent nieco mniejszy, da się to pokryć. Co więcej, utalentowany autor, który jest leniem i nie chce mu się, nie osiągnie literackiego sukcesu.
[02:30:03] - Po prostu wiesz, talent bez wzwodu, że tak powiem.
[02:30:07] - O mój Boże, muszą takie słowa tu padać. No dobra, jeżeli talent ci się wiąże ze wzwodem, to w porządku. Ja postaram się być osobą tolerancyjną, aczkolwiek nieakceptującą. Cóż, kończymy audycję. Dziękujemy wszystkim słuchaczom. Dziękujemy autorowi Jackowi Friszfreserowi za fajną lekcję tego, jak się debiutuje, jak się myśli o swoim debiucie. Za to bardzo dziękujemy. Dziękujemy także za wszystkie wpisy na czacie. Polecamy się na przyszłość. A ta przyszłość, jeśli chodzi o „Bibliotekarium”, to już za dwa tygodnie.
Będziemy rozmawiać tym razem już nie o książce pojedynczej, a o całej serii książek, a mianowicie o książkach Janusza Zajdla. I postaramy się nawiązać do wszelkich tytułów, które Janusz Zajdel stworzył.
[02:31:14] - Będziemy mówili o twórczości autora w całości i co z tego wynika, ku czemu to zmierza i na ile, że tak powiem, twórczość jest reprezentatywna w całości, czyli jak się ujawnia profil twórcy, bo coś takiego jest. Wszyscy wielcy pisarze pisali w pewnym stylu o czymś, właściwie bardzo często o tym samym temacie przez całe życie. O jednym temacie. Tak bywało.
[02:31:50] - Coś ci jeszcze przeczytam z czata. Piotr P. Porównanie z gotowaniem jest niezbyt dobre. Kucharz jak zna przepis, to go odtwarza, a nie wymyśla.
[02:32:07] - Żeby odtworzyć przepis.
[02:32:09] - Poczekaj.
[02:32:10] - Moja siostra zawsze wszystko robi zgodnie z przepisami i to jest do kał myje niepodobne.
[02:32:21] - Dobra. Piotr P. dalej pisze: „Gdyby kucharz na poczekaniu wymyślił zupełnie nowe danie, to byłoby porównywalne z wymyślaniem opowiadania na poczekaniu.” Dalej Piotr P. pisze: „W dwie godziny da się napisać shorta na 500, 2000 znaków, ale wcześniej trzeba chodzić z pomysłem w głowie przez kilka dni i układać sobie ten pomysł.”
[02:32:43] - Ale Marku, przecież to ja mówię. A kura ile znosi jajko? Pyk i już jest zniesione. A że przedtem musiała się namęczyć, żeby to w sobie rozwinąć, a potem jeszcze musi to wysiedzieć. Natomiast sam pomysł, czyli pojawienie się jajka w świecie, jest pyk i już gotowe.
[02:33:11] - Mamy też wpis od Jakuba Karbo: „Wszystkim piszącym powodzenia.” Jakub Karbo jeszcze pisze: „Różnie to bywa. Czasami pomysł uderza jak grom z jasnego nieba i leci wena.”
[02:33:27] - Zgadza się.
[02:33:29] - No tak.
[02:33:30] - Poza tym jak się drzwi od sejfu nie mogą otworzyć, to trzeba łomem.
[02:33:40] - Jeszcze zacytuję Kamila Michała: „Dopóki dusza nie zamieszka w narodzie, będziemy jedynie o tym pisać, miast żyć. Bądźmy realistami w nierealnym świecie. I nie ma na myśli pisanie.” Wracając do tego, o czym już mówiłem. Za dwa tygodnie Janusz Zajdel, jego najgłośniejsze opowiadania i powieści, bo tych powieści całkiem sporo. Mamy „Lalandę” z numerem, którego nigdy nie pamiętam. Mamy „Cylinder Van Troffa”, mamy „Wyjście z cienia”, mamy „Limes Inferior”, „Całą prawdę o planecie Xi”. Pewno o czymś jeszcze zapomniałem. I cała masa opowiadań. I co jest ciekawe, te powieści i te opowiadania to są zupełnie różne bajki, aczkolwiek jedno i drugie dobre. W każdym razie myślę, że to będzie ciekawa audycja.
Ciekawa jeszcze z jednego względu. Bo Wiktor Janusza Zajdla znał i nam trochę poplotkuje.
[02:34:50] - Trochę się przyjaźniłem z nim. Sympatyczny człowiek.
[02:34:54] - Sympatyczny, mówisz?
[02:34:55] - Bardzo.
[02:34:56] - A coś o jego pisaniu wiesz?
[02:35:02] - Wiesz co, rozmawialiśmy o świecie, nigdy o pisaniu, bo proza życia jako rozrywka towarzyska nigdy nam nie towarzyszyła normalnie.
[02:35:13] - Jeszcze z czatu Jakub Karbo pisze, że leżakowanie i poprawianie dodaje fajnego szlifu opowiadaniom w domyśle. To o tym też możemy sobie porozmawiać za tydzień z kolei, bo za tydzień „ABW”. Kolejna porcja opowiadań. Zapraszamy serdecznie. A na dzisiaj-
[02:35:35] - Idziemy leżakować.
[02:35:36] - Idziemy leżakować. To prawda.
[02:35:37] - Ale będziemy mądrzy w przyszłej audycji.
[02:35:41] - To prawda. Jeszcze raz dziękujemy wszystkim. Samych dobrych lektur. Tym, co piszą oczywiście weny. Wszystkiego dobrego.
[02:35:50] - Dobranoc.
[02:35:51] - Dobrej nocy.
[02:35:52] - Mówili do Was jak zawsze gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium. Paranormalny głos w Twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia już za tydzień w warsztatowym wydaniu Bibliotekarium, czyli „ABW” Antologia, Bibliotekarium, Warsztaty. I w tym normalnym Bibliotekarium na żywo już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl. Najbardziej paranormalne radio w polskim internecie. Audycje o tematyce paranormalnej, ezoterycznej, ufologicznej, konspiracyjnej, a od niedawna również literackiej.
Posłuchaj nieznanego. Radio Paranormalium. Paranormalny głos w Twoim domu. www.paranormalium.pl.