[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie na antenie Radia Paranormalium. Rozpoczynamy właśnie tutaj, właśnie teraz bardzo szczególny, bo urodzinowy odcinek „Bibliotekarium”, czyli audycji literackiej na żywo na antenie Radia Paranormalium. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Ale zanim padnie magiczne „halo, halo Bydgoszcz” tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium. Myślę, że panowie nie będą mieli nic przeciwko, jeżeli dzisiaj linię telefoniczną otworzymy już na początku naszej audycji. Zwłaszcza że tutaj ktoś się chyba dobijał, z tego, co słyszałem, na telefon tuż przed 20:00. Także czas podać nasze numery telefonów: stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy i do SMS-ów to 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl.
Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Jesteśmy także oczywiście na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”, jak również na grupie prowadzonej przez Marka Żelkowskiego i Wiktora Żwikiewicza „Na rubieży rzeczywistości”. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji. Szczególnie zaś propozycje wartych wspomnienia przynajmniej książek na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc teraz czas na magiczne, słynne i w ogóle znane „halo, halo Bydgoszcz”. Halo, halo! Dzień dobry, wieczór.
[02:28] - Dobry.
[02:29] - Dobry. Chyba dobry. Wiesz, Wiktorze, kiedy trzy lata temu, nawet troszeczkę więcej, bo chyba 13 zaczynaliśmy. Kiedy trzy lata temu ruszaliśmy z pierwszą audycją, to mówiąc szczerze, nie przypuszczałem, że gdzieś będziemy obchodzić trzecią rocznicę. Zapowiadało mi się to na projekt nieco krótszy, a tu tak jedziemy już trzeci rok. Weszliśmy w czwarty właściwie. Co ty na to?
[02:59] - Wiesz, ja pamiętam, jak wsiadałem do pociągu, proszę ciebie, z Warszawy do Bydgoszczy i bardzo często dojeżdżałem do Gdańska albo do Gdyni. Zawsze się jedzie tam, gdzie poniesie, nie? Trochę dalej niż cel sobie wytyczono. Zobaczymy.
[03:23] - No to jedziemy. Dzisiejsza audycja, tak jak zapowiadaliśmy, będzie o fascynacjach literackich. Naszych oczywiście, ale jak ktoś zadzwoni, to chętnie porozmawiamy o fascynacjach literackich naszych słuchaczy. Ja oczywiście przegnę pałkę w jedną stronę, ale o tym przyginaniu pałki i takiej fascynacji, którą przeżywam ostatnimi czasy, to za chwileczkę. Wiktor też się odgrażał, że o fascynacjach powie. Ciekawe co powie. No cóż, Wiktorze, to startujemy chyba, co? Czy jeszcze jakieś słowo wstępne będziesz wygłaszał? Orędzie?
[04:03] - Nie, spoko. Jedziemy. Wsiadamy.
[04:06] - Jedziemy. Wsiadamy, jedziemy. Powiem ci tak, że ostatnimi czasy przeżywam... Albo jeszcze zacznę inaczej. Gdzieś na przełomie lat 70. i 80. – nie powiem w tej chwili, to chyba był początek lat 80. – zaczęły wychodzić, niestety wyszły tylko dwie części, monografie poświęcone fantastyce. Nazywało to się „Budowniczowie gwiazd”. „Budowniczowie gwiazd” numer jeden to był tom poświęcony literaturze polskiej fantastycznonaukowej i anglosaskiej.
Wyszli też „Budowniczowie gwiazd” numer dwa i to, zdaje się, była literatura SF francuska. Ale zostańmy przy „Budowniczych gwiazd” numer jeden. Tam były, wspomniałem, te dwie części i oczywiście ja byłem w tej większości, która czytała głównie drugą część, czyli tę część poświęconą literaturze anglosaskiej, bo tam były najbardziej znane gorące nazwiska, które się chętnie czytało i marzyło, żeby wszystkie dzieła tych autorów wydać. Jak się później wydało prawie wszystkie dzieła tych autorów, to się okazało to wielkim rozczarowaniem. Ale wtedy to byli wymarzeni, upragnieni i tak dalej. Więc czytałem tę część drugą. Tymczasem, jak już ją prawie znałem na pamięć, to zainteresowałem się częścią pierwszą. A tak jak powiedziałem, część pierwsza poświęcona była literaturze SF polskiej i tam był jeden rozdział poświęcony SF-owi przedwojennemu. Przeleciałem te książki. Żadnej z tych książek, które omawiał.
Autorem tej części był Andrzej Wójcik
[06:02] - Człowiek, który w polskiej fantastyce, szczególnie przy wydawaniu debiutów sporo robił. Jego dziełem jest seria z Glizdą. Różnie oceniana, budząca emocje, ale jednak ważne jest to, że była. Sam Andrzej Wójcik również emocje budzi w tak zwanym środowisku, w fandomie. To zostawmy, to nie temat na dzisiaj. Natomiast tak jak sobie przeglądałem ten rozdział poświęcony przedwojennej fantastyce, a nawet dawniejszej, to mnie to fascynowało, że kiedyś ludzie też przed wojną pisywali. W dodatku gdzieś w tych okolicach czasowych pojawiła się „Polska Nowela Fantastyczna”. Znaczy ona już wcześniej istniała w postaci dwóch tomów, ale później dorobiono do tych dwóch pierwszych jeszcze cztery następne. I tam też się pojawiała fantastyka z końca XIX wieku, z początku XX. I to już w ogóle było fascynujące.
Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to zagadnienie zajmie mnie na dłużej, bo wtedy te książki były niedostępne. Czytało się jakieś tam tytuły, a to Jezierskiego, a to zresztą pseudonim, a to jeszcze jakieś inne dziwne tytuły. Z takich najbardziej egzotycznych to pamiętam, chociaż człowiek nigdy komuny jako licealista nie znosił, to nagle zapragnąłem przeczytać książkę, wyobraź sobie, „Wyspa Lenina”. To szaleństwo oczywiście. Przeczytałem o tej książce, że to była utopia napisana przez Edmunda Krügera, który właśnie funkcjonował pod pseudonimem Jezierski. I ta „Wyspa Lenina” to była jedna z takich jego utopii. On tych utopii zresztą napisał całkiem sporo, było „Zwycięzcy bieguna”, a jeszcze fajniejszy był tytuł, też Wójcik go podaje „A gdy komunizm zapanuje. Powieść przyszłości”. Jeszcze była fajna, nawiązująca tak literacko „Palę Moskwę”. No palę Paryż, palę Moskwę.
„Wyspa Lenina” już wspomniana. „Precz z kryzysem” to bardziej brzmi jak jakieś dzieło ekonomisty. W każdym razie tego było sporo, ale to na początku lat 80. było zupełnie niedostępne. I jakiś czas temu nagle się okazało, że te książki wypływają, że są dostępne. Pojawiło się nowe źródło fascynacji. Ja te książki zacząłem czytać, z różnym zresztą skutkiem i czasami z fascynacją, a czasami z dużym rozczarowaniem. Niemniej jednak uświadomiłem sobie tak namacalnie, bo oczywiście w sferze takiej intelektualnej docierało do mnie już dawno, ale zacząłem sobie oglądać te książki, dotykać ich, a także analizować ich treść. I różne wnioski mam. Z mojej strony audycja ta jubileuszowa, dzisiejsza między innymi o tym będzie.
O tych starociach. Tym bardziej że Bibliotekarium trochę tych staroci wydaje. Już wydało i będzie wydawało jeszcze więcej. Powiem tak, to jest taka literatura, która dzisiaj interesuje już nielicznych. Takich koneserów, którzy są tak jak ja zaprzedani fantastyce zupełnie i interesuje ich wszystko, co z fantastyką jest związane. Nie tylko najnowsze nowości, że tak sobie powiem, ale też historia. Te korzenie, z których wychodzimy, a to czasami jest niezwykle ciekawe. A twoje doświadczenia Wiktorze z pradawną SF?
[09:49] - Wiesz, tak samo jak ty, ja czytałem namiętnie literaturę współczesną i tak dalej. Dopiero nagle, powolutku zaczęło to jak takie plamy atramentowe wychodzić na powierzchnię tej bibuły jakiejś kulturowej, mojej osobistej, że przed nami też ktoś był, że my nie jesteśmy pierwsi, którzy piszemy albo którzy czytamy, którymi się pasjonujemy. Myśmy sobie nie uświadamiali. Właściwie trzeba sobie to uświadomić, że ten okres II wojny światowej to było takie potężne załamanie, potężne tąpnięcie, jakby epoka lodowcowa w kulturze polskiej. To nawet przerasta zupełnie czasy zaborów, bo w zaborach jednak myśmy się rozwijali. Myśmy dalej tworzyli Polskę. II wojna światowa, a przypomnę, że to nie był jeden rok, dwa lata, trzy lata. To było całe, praktycznie biorąc pięciolecie zupełnego wypadnięcia całego narodu na margines rozpaczliwej walki o przeżycie po prostu. Tak, w tym czasie również ludzie pisali, kochali, to fakt. Natomiast to tąpnięcie było potężne i spowodowało właściwie, że zapomnieliśmy o naszych pradziadkach.
Dopiero tacy wnikliwi czytacy, chociażby jak Stanisław Lem, który zaczynał też od samego początku grzebać w tym, co Polacy zrobili przed wojną. Ku czemu to zmierzało? Wygrzebywali tam. Najpierw wygrzebali Żuławskiego, wygrzebali Grabińskiego i tak dalej. Szybko się okazało, że to był ogromny Titanic, który zatonął w czasie II wojny światowej, że to była olbrzymia masa książek. Teraz twoje twierdzenia, słuszne zresztą, że to wszystko jest jakościowo bardzo często marne czy wątpliwe.
[12:36] - Różne.
[12:36] - Różne przynajmniej. To spowodowane jest tym przede wszystkim, trzeba sobie uświadamiać, że jakość zawsze i wszędzie wymaga tradycji. Bez tradycji nie ma jakości. Ta przedwojenna literatura, fantastyka, która powstawała, nie miała czasu, żeby nabrać. Literatura piękna tradycję miała. Miała tradycję aż po średniowiecze i jeszcze dalej, aż po Platona i filozofów greckich. To były odniesienia literatury. Natomiast fantastyka, szczególnie fantastyka naukowa, która już się wykluwała, to był jeszcze taki ścieniaczek, taki żółtodziób, gringo, nieopierzone badziewko, które dopiero musiało zmężnieć. I w Polsce, o ile u Anglosasów mężniało, Polacy dostali po kręgosłupie i mieli kolejne pięć lat totalnej przerwy w rozwoju. I wszystko się zaczęło po wojnie z potężnymi uporami, bo jeszcze dodatkowo, o ile przed wojną można było tak jak ten Krüger pisać „Palę Moskwę” i inne cudactwa o leninowskich pomysłach na przyszłość, to po wojnie takich eksperymentów prowadzić nie można było.
Szlaban trwał dalej.
[14:25] - Właśnie. Paradoks polega na tym, że chociaż Krüger pisał „Wyspę Lenina”, pisał „Palę Moskwę” i w ogóle „Gdy komunizm zapanuje”, to jakoś po wojnie nie był wydawany, chociaż komunizm zapanował. To taki paradoks. Ale kiedy mówiłeś o tej wojnie, to wiesz, ja tutaj mam w tej chwili otworzoną na ekranie komputera, żeby ci pokazać. To jest książka wydawana przez Wydawnictwo Polskie Spółka z o.o. w Warszawie, w którym roku? W 1943. Bo musimy sobie zdać sprawę, że to dosyć skomplikowana sytuacja była i Niemcy przy całej swojej polityce eksterminacyjnej jednak starali się część społeczeństwa pozyskać. Bardzo ciekawy film na przykład oglądałem o środowiskach teatralnych, o pewnej niejednoznaczności, bo z jednej strony był zakaz występowania w teatrach niemieckich, z drugiej strony jednak żyć trzeba było. Część aktorów zostawała kelnerami, a część gdzieś tam grała.
Podobnie było z literaturą albo z literaturką. Ja tu akurat pokazuję Wiktorowi książkę wydaną zresztą pod pseudonimem J. Gordon. Kto się w Polsce Gordon nazywa? Może kilka osób takich jest, ale to, wierzcie mi państwo, jest pseudonim. „Złoto na wzgórzu” to była cała seria książek wydawanych w jednej szacie graficznej. Tu mamy akurat zeszyt 26. To są „Powieści tajemnicze i inne”. To taka seria była. Tam wychodziła i literatura sensacyjna, i takie bardziej horrorki różne, takie inne.
Więc to, tak jak powiedziałeś, zupełnie nie upadło. Niektórzy nawet publikowali, ale rzeczywiście nie była to wielka literatura, raczej takie horrory. Na filmie to byłyby klasy B. Tutaj były takie sobie powiastki, trudno nawet powiedzieć ku pokrzepieniu serc, raczej ku rozrywce.
[16:23] - To, o czym mówisz, to od razu w tym momencie zrozumiałem, dlaczego Jezierski używał pseudonimu Krüger.
[16:31] - Nie, to przed wojną. W ogóle to był facet, który używał tych pseudonimów sporo. Ale ja coś jeszcze chciałem powiedzieć. Kiedy rozmawialiśmy o tej pewnej tradycji, to powiem ci tak, że dzisiaj często ludzie, którzy zajmują się fantastyką tak na poważnie, mają uzasadnione, moim zdaniem, pretensje do pisarzy, do literaturoznawców mainstreamowych o to, że traktują literaturę SF z pogardą. Że dzisiaj, jeśli pisarz przyzna się do tego, że pisze SF, to jest drugiego sortu, z gorszego gatunku, bo prawdziwi pisarze nie piszą SF. Nie wiem, czy sobie zdajesz z tego sprawę. Przynajmniej tak niektórzy mainstreamowi pisarze uważają. Zresztą czasami to o tyle jest złudne, że sięgają po całą aparaturę SF-ową i używają jej od czasu do czasu. Ale historie kilku pisarzy, którzy najpierw SF pisali, a później się z niej szybciutko wycofali na rzecz poważnej, prawdziwej literatury, świadczą o tym, że naszej ulubionej fantastyce naukowej, w ogóle fantastyce, dorobiono gębę i dorobiono ją, tę gębę, na stałe. Czyli nie wypada być fantastą, bo albo jesteś pisarzem, albo jesteś fantastą.
Jak to mówię, to już się we mnie coś burzy. Ale uświadommy sobie, że to w dalszym ciągu funkcjonuje. I teraz sięgnięcie po literaturę dawną, tak ją określmy, bo ona sięga końcówki XIX wieku, zarówno polską, jak i zagraniczną, pokazuje że ta gęba, to dorobienie gęby częściowo jest uzasadnione, bo czytam tego ostatnimi czasy na kopy i powiem ci, tam jest bardzo dużo takiego shitu po prostu. To jest źle napisane, czasami bardzo źle przetłumaczone, aczkolwiek ciekawe, bo tam w takiej literaturze na przykład końca XIX wieku widać dokładnie zalążki tego, co rozkwitło, co się pojawiło w pełnej krasie czasami 50, 60 lat później. Są już zalążki tych pomysłów, więcej, pewnych idei, które miały dopiero zaowocować. One dopiero są sygnalizowane i człowiek ma taką świadomość, wtedy sobie dobrze uświadamia, że my tak naprawdę mentalnie aż tak bardzo nie różnimy się od tych ludzi, którzy żyli ponad 100 lat temu. Jak czytasz taką powieść, to sobie zdajesz sprawę, że bardzo wiele rzeczy, które nas dzisiaj porusza, być może w innym kontekście, być może w innym kontekście politycznym, gospodarczym, ekonomicznym, ale wiele z tych rzeczy, które nas poruszają, poruszały również tamtych ludzi. I to sprawia, że pewną więź intelektualną się odczuwa. Natomiast jeśli miałbym szczerze powiedzieć, to spora część tej dawnej literatury literacko jest taka sobie.
[20:09] - Tylko ja tutaj cię będę musiał poprawić.
[20:12] - Bardzo dobrze.
[20:14] - Wprowadzić na drogę.
[20:16] - Wprowadzaj.
[20:18] - Było tak sienkiewiczowsko, że tak powiem: „Znaj proporcję, mciupanie”. Otóż faktycznie z literaturą jest tak jak z górą lodową. Wystaje te 10% maksymalnie nad powierzchnię, a reszta wciąga w otchłań, pod powierzchnię wody. Z fantastyki właściwie my mamy te 10% nad powierzchnią, a pod spodem mamy dotykalną masę chłamu. Ale jak jest z literaturą współczesną, z literaturą piękną wielkiego sortu? Weźmiesz te 10%, tylko że jej jest dużo i nie zauważasz tej potwornej zupełnie góry lodowej, która jest pod spodem, bo tam jest takie dno literackie, które było tworzone bez przerwy od średniowiecza, którego nikt nie czyta, którego nikt nie jest w stanie przełknąć. Nawet kobiety tych romansów nie potrafią dzisiaj czytać i nikt nie jest w stanie tego przełknąć, co zostało natworzone w literaturze głównego nurtu.
[21:39] - Ale dzisiaj akademicy mogą się doktoryzować i habilitować z tego. Jakąś to funkcję jednak pełni, przyznasz.
[21:47] - No tak. Jako ten rozrusznik, taka viagra dla współczesnych intelektualistów.
[21:56] - Niech ci będzie, że viagra. Niech będzie. Wiesz co, sięgnijmy po przykład, bo taki ulubiony mój. Moje odkrycie zresztą. Nie przesadzajmy, tak naprawdę ten pisarz został odkryty długo przed tym, zanim ja go odkryłem. Między innymi fragmenty jego powieści zostały umieszczone właśnie w jednym z sześciu tomów polskiej noweli fantastycznej. Mam tu na myśli człowieka, który się nazywał Władysław Sadke. On wydał w 1897 roku powieść „Goście z Marsa”. On ją wydał. To był w ogóle człowiek, który zajmował się geografią, a właściwie geografią mniej, bardziej zjawiskami pogodowymi.
Badał te zjawiska pogodowe. Tak jak powiedziałem Władysław Sadke, ale on powieść wydał pod pseudonimem Abul. Ta książka „Goście z Marsa” ukazała się, co ciekawe, już to kiedyś mówiłem, ona się ukazała rok przed „Wojną światów” Wellsa. Za chwilę o niej powiem. Ale jeszcze jest druga powieść, która się również ukazała przed „Wojną światów”, nawet przed książką Władysława Sadke. To jest taka maluteńka powieść człowieka, który się nazywał, znowu to z francuska. Ja znowu oczywiście polegnę na nazwisku i na imieniu Pascal Grousset. Jakoś chyba tak. Ciekawe jest to, że to był jeden z przywódców Komuny Paryskiej, czyli dosyć dawno. W dodatku znany jest z tego, że współpracował z Juliuszem Verne'em.
Tam nawet podobno maczał palce w kilku jego powieściach, ale później też pisywał sam. I taka jest króciutka powieść „Podróż na Marsa”. Ona zresztą została wydana w latach 30. w Polsce pod karkołomnym tytułem „Podróż na Mars”. Nie wiadomo, dlaczego sobie tłumacz w ten sposób postanowił tego nie odmieniać. „Podróż na Mars”. Więc w tej chwili mamy „Podróż na Marsa”. I to jest powieść wydana w 1895 roku, więc trzy lata przed Wellsem. Jakbym miał oceniać zarówno powieść Władysława Sadke, jak i tego Grousseta, zresztą tak sobie przetłumaczona przez polskiego tłumacza. Ja się wcale nie dziwię, że to „Wojna światów” zajęła poczesne miejsce i do dzisiaj jest znana, a te dwie książki odeszły w zapomnienie.
Ja staram się je przypomnieć. Dlaczego? Dlatego, że one są ciekawe, bo inaczej patrzą na to wszystko. Wells był znany z tego, że był zafascynowany dziełami tyczącymi się ewolucjonizmu. Dla niego było bardzo ważne, że cywilizacje się starzeją. Marsjańska cywilizacja była taka, jaką przedstawia w swojej książce. To wszystko było dla niego niezwykle ważne i bardzo rzutowało na jego powieści, ale rzutowało pozytywnie. Chyba przyznasz. Można się nie fascynować „Wojną światów”, ale przyznać trzeba, że pazur ta książka ma do dzisiaj. Czuć, że facet potrafił po prostu pisać.
Czy potrafił pisać Władysław Satke? On już wtedy, kiedy to napisał, został skrytykowany. Ale powieść jest ciekawa. Podobnie jak to jest z Groussetem. Ta jego króciutka powiastka jest naprawdę ciekawa i ja ją polecam. Ona niedługo w wydawnictwie Bibliotekarium się ukaże. Jest ciekawa. Zupełnie temat Marsa inaczej traktuje. Jest szereg wątków, które wydają się prawie współczesne. Co więcej, żeby nie psuć państwu zabawy, to autor Grousset w „Podróży na Marsa” przedstawia Marsa jako krainę utopijną.
Tam jedna z bohaterek tłumaczy przybyszowi z Ziemi, że oni są tacy wspaniali, że już nie ma wojen u nich, oni nie jedzą mięsa i w ogóle jest wszystko tak fajnie, taka prawie utopia. I to sprawiło, że ta książka mocno zyskała w moich oczach, bo w pewnym momencie bohater zadaje pytanie: „Ale co w takim razie napędza waszą cywilizację? Skoro nie ma konfliktów, skoro wy żyjecie w takiej harmonii, nieustannej utopii, to co was właściwie napędza? Co?”. I przyznam, że to zabrzmiało niezwykle współcześnie, bo my przecież tu i teraz, w Europie też budujemy coś na kształt utopii. Też chcemy, przynajmniej w deklaracjach niektórych, wszyscy się mają kochać, wszyscy się mają lubić, ma być harmonia. Nikt nikogo nie ma wyzywać brzydko. Wszyscy się mają szanować. Oczywiście ja sobie tylko chciałbym wyobrazić tę cywilizację. Jak już się będziemy tak wszyscy szanować, będziemy uwzględniać swoje prawa, nie będzie żadnych konfliktów, to czy ta cywilizacja twoim zdaniem będzie mogła funkcjonować harmonijnie i normalnie?
[27:37] - Absolutnie nie będzie w ogóle.
[27:40] - To było retoryczne pytanie. No właśnie. Wiesz, ja czytałem o tej książce Grousseta we francuskiej Wikipedii i tam z rozbawieniem przeczytałem, że to jest książka, która porusza ideę feminizmu. Mówię: „Kurczę, albo czytaliśmy inną książkę, ten autor hasła w Wikipedii, albo ja czegoś nie zrozumiałem”. Owszem, tam się te wątki pojawiają w wydaniu marsjańskim. Niemniej jednak one wcale nie brzmią tak optymistycznie. Gdybyśmy przyłożyli tę książkę do dzisiejszego świata, to jest takie pytanie zadane przez wieki, bo to już koniec XIX wieku, teraz mamy wiek XXI, więc pytanie zadane przez autora przez wieki: ku czemu zmierzamy, skoro budujemy wszystkich? Feminizm jest bardzo ważny i kobieta będzie wreszcie żyła wyzwolona. Ja wcale nie mam nic przeciwko temu. Tylko autor zadaje pytanie: czy ten postęp, ta harmonia, dzisiaj tak podkreślane, takie ważne, czy one nas nie doprowadzą na manowce?
I dzisiaj też chciałoby się zadać pytanie, śledząc, podkreślam niektóre idee, bo wiesz co, ja nie chciałbym, żeby to wypadło, że ja jestem w ogóle przeciw wszystkiemu, co się w tej chwili dzieje i wszystko mnie nie interesuje. Będę się pogrążał w konserwatyzmie. Nie. Natomiast ciekawe jest czasami włożenie kija w mrowisko i zadanie pytania, czy to, co dzisiaj wydaje nam się takie fajne albo niektórym z nas wydaje się takie fajne, czy to przypadkowo nie prowadzi nas na manowce? I okazuje się, że autor z końca XIX wieku wcale nie jest taki optymistyczny. To jest ciekawe dla mnie.
[29:42] - Marku, jak się walnie takim terminem jak na przykład marsz ku przyszłości, to sobie powinniśmy uświadomić, że przyroda wymyśliła zrównoważony, płynny ruch w przyszłość. Mają go ślimaki. One pełzają. Nas niestety przyroda obdarzyła dwoma nogami i my wykonujemy kroki, a krok polega na tym, że jest odbicie, dobicie, odbicie, dobicie. I tak się maszeruje w przyszłość. Natomiast my chcemy koniecznie pełznąć w przyszłość. To powodzenia.
[30:25] - Wiesz, jeszcze wrócę do powieści, o której mówiłem, czyli „Podróż na Marsa”, czy też „Na Mars”, jak chciał tłumacz. Otóż ten autor, kiedy jedna z bohaterek, tych Marsjanek Zaczyna się przechwalać, mówić o tym, jakżeż to jest budujące, że kobieta może poznawać świat, że może być wolna. Wszystko jest fajnie, tylko w pewnym momencie bohater tej powieści pochodzący z Ziemi zadaje jej kilka, ja to nazywam pytaniami kontrolnymi, kilka kontrolnych pytań i nagle okazuje się, że w tej pozornej marsjańskiej utopii wcale nie jest tak, jak ona chciała na to patrzeć. To też jest ciekawa obserwacja, bo ona chciała widzieć swoją cywilizację jako krainę szczęśliwości, a on po chwili znajduje w tej krainie szczęśliwości wilcze doły, które gdzieś tam czyhają, co jest z mojego punktu widzenia ciekawe. Ciekawe jest też to, że ja zauważam, że zarówno w „Podróży na Marsa” tego komunarda, czyli tego przywódcy komuny. Ja jeszcze tylko powiem jedną rzecz, że autor, co prawda ja go przedstawiłem jako Pascala Grousseta, ale on jako autor w Polsce występował jako A. Lorille. To go spolszczył tłumacz, bo on w ogóle występował pod pseudonimem Henri Laury, zupełnie inaczej to pisane. Zresztą to są szczegóły, ale co jest ciekawe, zarówno on w „Podróży na Marsa”, jak i Władysław Sadke, o którym za chwilę powiem, jak i Herbert George Wells w „Wojnie światów”. Oni wszyscy niby pisali o Marsie, tylko powiedzmy u Wellsa to był przylot na Ziemię z Marsa, u Władysława Sadke również, a u Grousseta to była podróż w drugą stronę.
Niby wszystko o Marsie, ale tak naprawdę widać, jak interesowały wszystkich tych trzech autorów sprawy społeczne. Wszyscy oni piszą o przekształceniach w społeczeństwie. To był temat pod koniec XIX wieku niezwykle nośny. I zobacz, on jest nośny do dzisiaj. Do dzisiaj następują przekształcenia społeczne i za cholerę nikt nie wie, w jakim kierunku to prowadzi. To teraz krótko o powieści „Goście z Marsa” Władysława Sadke. Ona już wyszła w Bibliotekarium. Co to za powieść? Tam zawiązaniem akcji jest to, że pewnego dnia na Ziemię spada kula. W Australii, żeby wszystkim wszystko było wiadome, w Australii spada kula i okazuje się, że przybywają na Ziemię Marsjanie.
On i ona. Pani Marsjanka i pan Marsjanin. Dalej nie będę opowiadał, bo historia jest arcyciekawa, aczkolwiek powtarzam literacko średnia. Natomiast poznawczo ciekawa, bo autor zarysowuje dosyć ciekawą sytuację, gdzie Mars wyprzedza Ziemię pod względem rozwoju, pod względem cywilizacyjnym. Ale autor wysnuwa karkołomną, jak mi się wydawało na początku, tezę, że każda planeta powtarza rozwój poprzedniej, czyli my teraz będziemy na Ziemi powtarzać dokładnie rozwój Marsa, nawet z miejscami geograficznymi i tak dalej. Nawet góry mamy podobno takie same i tak dalej. Później, jak się życie pojawi na Wenus, to będzie Wenus powtarzała to wszystko, co wcześniej się odbyło na Marsie, łącznie z postaciami historycznymi i z wydarzeniami historycznymi. Czyli taki pewien determinizm się pojawia. Jak my powtarzaliśmy po Marsie, tak Wenus będzie powtarzała po nas. Gdzieś to tak mniej więcej w połowie odkryłem całej akcji i mówię sobie: „Kurczę, no nie, to już jest, proszę państwa, grafomania”.
Ale myliłem się. Pod tym względem myślowym się myliłem, bo do czegóż to było autorowi potrzebne? On znowu przedstawia utopijny świat marsjańskiej cywilizacji, która już doszła bardzo daleko. Świat, który da się porównać, bez żadnej przesady to mówię, z tym, co opisał kilkadziesiąt lat później Huxley w „Nowym wspaniałym świecie”. To, co nam rysuje Władysław Sadke, Polak, to jest koszmar. Koszmar, który czeka cywilizację ziemską, ludzką, kiedy ona będzie ustandaryzowana, uporządkowana, kiedy nie będzie miejsca na wolność, za to będzie harmonia, ład i wszyscy podobno będą szczęśliwi, a w każdym razie będą tę szczęśliwość deklarowali. To jest okrutna książka, ta książka „Goście z Marsa” Władysława Sadke. Okrutna w swojej prognozie, w tym, że właściwie ludzkość zmierza nie ku wolności, jak nam się dzisiaj wydaje, a ku zniewoleniu. I dlaczego ja się tak zachwycam? Bo znowu jak się pozna treść tej książki, to wcale człowiek nie jest pewny, czy ta prognoza zarysowana przez Władysława Sadke, chociaż odsunięta w czasie, to ona się na naszych oczach przypadkowo nie realizuje.
Nie co do szczegółów oczywiście, ale co do pewnych mechanizmów, że my dążąc obłędnie ku wolności, właściwie sami sobie nakładamy kajdany na własne życzenie. Nikt nam ich nie narzuca. Może są czasami pomocnicy jacyś, którzy bardzo chętnie te kajdanki nam nasuwają, ale w gruncie rzeczy to my sami W imię wolności, szczęśliwości i poprawności te kajdany zaczynamy sobie nasuwać. Im ciaśniej je zaciśniemy, tym będą nas bardziej uwierać, ale tym trudniej będzie je zdjąć.
[36:58] - Zwróć uwagę, że science fiction postrzega ten proces jako zjawisko cywilizacyjne. Ale przecież ten proces dotyczy każdej elity społecznej, każdej arystokracji społecznej. One tak samo ginęły, były miażdżone, zmiatane z powierzchni ziemi krok po kroku, przy każdej okazji. W tej chwili, w XX wieku, przynajmniej Europa, jesteśmy tą arystokracją cywilizacji homo sapiens, elitą, która musi być zmieciona z powierzchni przyszłości. Nie z powierzchni ziemi, tylko z powierzchni. Ktoś musi to zmieść.
[37:53] - Ale paradoks polega na tym, że my się sami zmiatamy.
[37:57] - Ale arystokracja sama też to robiła.
[37:59] - Tak.
[37:59] - Ona pchała się normalnie, aż prosiła-
[38:03] - Żeby ją zgilotynować.
[38:04] - Żeby ją zgilotynować. Ona żarła te słodkie ciasteczka i czekała.
[38:11] - Nie, ona oferowała ludowi słodkie ciasteczka.
[38:13] - Tak. Zawsze elity takie są. Od czasów rzymskich, greckich. Oni przecież tak samo zostali zjedzeni, połknięci przez wspaniałą, dynamiczną barbarrię.
[38:28] - Powiem ci tak: ja po lekturach dwóch na razie, które wymieniłem, odnalazłem sens grzebania w starej science fiction, bo okazuje się, już to powiedziałem wcześniej, że wcale to nie jest takie odległe myślowo od tego, o czym myślimy dzisiaj. Oczywiście to grzebanie w starych książkach ma też swoje minusy, bo nic się tak szybko nie zmienia jak język. Ortografia, gramatyka języka zmieniły się tak bardzo, że aby wejść w ten język, to trzeba kilka stron przeczytać z dużym bólem, a później to przechodzi, bo uświadommy sobie, że pewne wyrazy, które dzisiaj piszemy osobno, kiedyś pisało się razem. Tam, gdzie stosowano kiedyś „z”, dzisiaj się stosuje „s”. Odmiany najdziksze kiedyś były stosowane. Niemniej jednak to aż tak bardzo nie przeszkadza. Stosunkowo szybko jesteśmy w stanie się dostosować. Co innego, gdybyśmy mieli czytać dzieła z wieku XVII. Pewno byłoby gorzej. Natomiast końcówka wieku XIX daje się już czytać prawie bezboleśnie.
Tylko ci, którzy mają kłopoty z ortografią, mogą mieć później ciężko, pod górkę.
[39:55] - Nawyki.
[39:56] - Nawyki się mogą pojawić dziwne. Na przykład chociażby coś takiego, że kiedyś słówko „na pewno” pisano razem. Dzisiaj osobno. I jak się człowiekowi po lekturze takiego starocia utrwali trochę inaczej, to ilość błędów w hektarze pisaniny-
[40:20] - Jak mówiłeś?
[40:21] - „Na pewno”.
[40:23] - To się pisze razem.
[40:24] - Ale to się pisze, proszę ciebie, osobno.
[40:27] - Od kiedy?
[40:28] - Od jakiegoś czasu.
[40:31] - Jaki czas przeleciał. Ja napisałbym „na pewno”, „z całą pewnością” razem. Jestem jeszcze w epoce minioną.
[40:38] - Wiesz co, powiem ci tak: ja bym tego nie zapamiętał. Tu się przydała mnemotechnika. Była kiedyś taka idiotyczna reklama. Znaczy nie, reklamy są w ogóle idiotyczne, w związku z czym to może niepotrzebne podkreślenie. Było: „Na czas, na miejsce, na pewno”. I tak zapamiętałem. To tylko taka zasługa. Okej, zostawmy tę sprawę. W każdym razie to się mocno zmieniło, ale zaręczam wszystkim czytającym, którzy chcieliby spróbować, że warto. Warto to zrobić.
Inna jest sprawa. Kiedy ja chadzałem do szkoły, to nauczycielki miały taką manierę, że często powtarzały, że jak chcemy się nauczyć ortografii i gramatyki, to powinniśmy czytać dużo książek. Okej, przyznaję, że czasy PRL-u miały to do siebie, że te książki były bardzo starannie redagowane. Rzeczywiście błędów w PRL-owskich książkach jest mało. Ortografia się tam prawie nie zdarza, czyli błędy ortograficzne. Czasami jakieś inne drobiazgi, ale tak naprawdę mało. Natomiast kiedy zajrzałem do książek przedwojennych, to jest bardzo różnie. Są książki, które aż roją się od błędów i ja już nie podejmuję się rozstrzygać, czy w danym momencie dany wyraz pisało się przez „ó” czy przez „o”. To trzeba by sprawdzać w przedwojennych słownikach, ale ilość literówek na metr kwadratowy tekstu zdarza się w niektórych wydaniach, że jest przeogromna. I te przedwojenne książki są na bardzo różnym poziomie.
To widać, że wtedy było chyba tak jak teraz, czyli kto mógł, to wydawał i co mógł, to wydawał. Dlatego są książki opracowane niezwykle starannie, wycyzelowane, a są też takie, które aż roją się od- Po prostu. Nie wiem, zecer był pijany i jak układał te czcionki, to mu różnie wychodziło. Raz lepiej, raz gorzej. Czasami jedno nazwisko jest w trzech różnych formach, w jednej książce i tak dalej. Czy to są wady? Z punktu widzenia konesera albo człowieka, który bardzo dużą wagę przykłada do tych spraw, to oczywiście wady są. Natomiast biorąc pod uwagę walor poznawczy, poznajemy jakąś tam historię, można się tym po prostu nie przejmować.
[43:27] - Wiesz, jak mówiłeś o tych czasach komuny dla śmiechu. Jednak komuna miała pewne wartości, ale wiesz jakie? Bardzo zabawne. Zwróćcie uwagę, że w komunie nie było bezdomnych ani bezrobotnych, prawda? Po prostu każdy miał pracę, każdy intelektualista siadał i robił w drukarni za korektę, że tak powiem. Po uniwersytecie szedł do korekty, bo trzeba było zarabiać.
[44:01] - To mawia Ferdek Kiepski: „Dobrze, że nie robił pod siebie”.
[44:05] - Pod siebie. Dzięki temu książki były starannie redagowane, bo nad tym pracowały całe sztaby ludzi. W takim przemyśle rozrywkowym, w jakim dzisiaj żyjemy, to właściwie książkę należy szybko wydać, szybko zarobić.
[44:21] - Szybko o niej zapomnieć.
[44:23] - Jak najmniej ludzi zatrudnić przy jej wydawaniu.
[44:26] - Bo taniej będzie.
[44:27] - Taniej będzie.
[44:27] - Taniej będzie oczywiście.
[44:29] - To kosztuje przecież.
[44:30] - Panie, nie ma lekko. Rzut oka na czat PW. Trzy lata. Wytrzymali panowie ze sobą na antenie dłużej niż niejedno małżeństwo. Gratulacje.
[44:43] - Właśnie dlatego, że to nie małżeństwo.
[44:47] - Wiecie państwo, to jest tak: my się spotykamy w piątek albo w czwartek, a później pracowicie od siebie odpoczywamy. Oczywiście dzwonimy do siebie, ustalamy pewne rzeczy, ale nie nadużywamy tych-
[45:02] - Zgadza się. Małżeńskie trudno, że tak powiem.
[45:05] - Więc my staramy się-
[45:06] - Przez cały tydzień.
[45:07] - Tak. Staramy się dawkować. Sobie bardzo chętnie od czasu do czasu pokrzyczymy w słuchawkę, dyskutując namiętnie przez godzinę. Ale te słuchawki się teraz się nie odkłada, się naciska guziczek, rozłączamy i żyjemy sobie w pewnym spokoju.
[45:24] - Panowie, niektórzy, nie ma jeszcze 22, ale już to powiem. Niektórzy żyją właśnie w takim układzie, że raz w tygodniu się spotykają, dwie godziny się bawią, a potem cały tydzień od siebie odpoczywają. I znowu.
[45:41] - Dlatego te związki trwają długo. My może nie idziemy aż tak daleko. My się nie tyle bawimy, co gadamy. To też jest jakaś forma porozumienia. Może ja przeczytam dalej, co się na czacie dzieje. Kuro Dajanos. Dacianos. Ja coś mam jakąś dysleksję, chyba z czytaniem, szczególnie nazwisk. „Wydaje mi się, że już trochę odeszliśmy od tego stereotypu, że literatura SF jest drugiego sortu”. Proszę pana albo szanowny słuchaczu, to nie jest w ogóle zdanie, które wygłosiłem w swoim imieniu.
Wygłosiłem je w imieniu bardzo wielu pisarzy mainstreamowych, z którymi jednak rozmawiam. I to się bardzo często pojawia, wypowiadane wprost albo nie wprost. Gdzieś jest taki albo ta literatura głównego nurtu ma kompleks, albo go starannie ukrywa, ale coś jest na rzeczy. To nie jest tak, że ja sobie ten konflikt wymyśliłem. Czy właściwie nie konflikt, pewne tarcie wymyśliłem. Jak się tak dobrze poskrobie takiego pisarza głównonurtowego, to on wcześniej czy później wyrazi swoje współczucie dla ciebie jako pisarza SF, że jednak jesteś jakiś taki upośledzony lekko. Co więcej, byłem całkiem niedawno na pewnej dyskusji. Trudno ją nazwać akademicką, ale zahaczająca lekko o akademickość. I tam teza została postawiona. Pytanie na początku było takie: dlaczego ta literatura SF polska, chociaż niby tak masowo pisana, to ona się jednak nie może za bardzo przebić?
A do czego doszliśmy w czasie tej dyskusji? Właściwie ja ją bardziej obserwowałem, niż dochodziłem do czegokolwiek, do czego doszli dyskutanci. Do tego, że to jednak jest tak, że ci z tego mainstreamu z różnych względów starają się nie dostrzegać SF-u w Polsce, chociaż wiedzą, że to jest zjawisko, nazwijmy go masowym. Jednak przylepiając mu gębę, przylepiając mu łatkę, że jest czymś gorszym, zabezpieczają sobie tyły. I oczywiście, tak jak to nasz słuchacz napisał, ja się bardzo cieszę, że niektórzy pisarze dochodzą do wniosku, że SF to nie jest samo zło, ale jednak w masie to trochę pokutuje.
[48:21] - Marku, muszę taką uwagę, może to od siebie i na własną odpowiedzialność walnąć.
[48:27] - Wal.
[48:28] - Otóż te mainstreamowe środowisko głównonurtowe nie może uwzględniać, bo wstyd by było dla niego, pewnego faktu Który jest według mnie bez wątpienia istotą rzeczy. Otóż literatura głównego nurtu dla każdego pisarza science fictionowego czy dla każdego pisarza właśnie tego jest w pełni zrozumiała. To jest kwestia tylko intelektualna, czy dorastam, czy nie dorastam, czy emocjonalnie jestem tego. Na pewno każdy normalny człowiek zrozumie każdą literaturę współczesną. Kwestia faktycznie tylko polotów. Natomiast ja uważam, że nawet wybitni pisarze współcześni nie zrozumieją zwyczajnie samej elity literatury science fiction. Nie przyjmą, nie przełkną. To będzie im kością w gardle stało. Ta rzecz jest nieprzyswajalna.
[49:38] - Tak. Ja ci przyznaję rację. Tylko ja się zastanawiam nad źródłem tego niezrozumienia. Bo to jest tak: czy oni są intelektualnie niezdolni do zrozumienia? Moim zdaniem mylisz się. To nie jest intelekt. To jest niechęć. Wiktor, jak sobie powiesz, że czegoś nie lubisz i nie chcesz tego przeczytać, to choćbyś się bardzo starał, będziesz miał kłopoty z przeczytaniem.
[50:01] - Poczekaj. Mamy takiego wspólnego przyjaciela, profesora filozofii Marka Kazimierza Siwca.
[50:09] - Naszego gościa zresztą tutaj.
[50:11] - Gościa właśnie. Którego ja obserwowałem. On oczywiście się wypowiada przy wielu dyskusjach na różne tematy i tak dalej, ale ku swojemu wielkiemu zdziwieniu odkryłem kiedyś, że on czytał sporo literatury science fiction jako jedną z wielu tysięcy książek, które czytał. Ale dlaczego on to czytał? Dlatego, bardzo prosto, gdyż on się równocześnie pasjonuje astronomią, techniką, geologią, meteorologią, różnymi przyrodniczymi zjawiskami.
[50:48] - I filozofią wreszcie. Bo w SF jest bardzo dużo filozofii.
[50:52] - Zgadza się. I bez tego całego bagażu on by tej literatury nigdy nie czytał, bo by jej nie rozumiał. A przynajmniej by odrzucał jako niesmaczną po prostu. A ona mu smakuje, bo on wie, co jest na bieżąco, co się dzieje w naukach ścisłych.
[51:12] - Zgoda, ale zauważ, o czym mówiłem, kiedy omawiałem książki Sadkego i tego francuskiego autora, który pisywał pod pseudonimem Lorre, a tak naprawdę nazywał się Grousset. O czym mówiłem? Ja nie omawiałem treści, bo co do zasady w naszej audycji treści książki nie omawiamy. Skupiałem się na pewnym przesłaniu. I co powiedziałem? Że pod względem treści to pewno obu tym książkom dałoby się sporo zarzucić, bo one czasami używają skrótu, czasami są zbyt wprost, zbyt takie skrótowe. Widać, że tego nie pisali literaci tacy pełną gębą, chociaż akurat ten Grousset sporo namachał tych książek. Tak jak mówiłem, z Verne'em współpracował również, ale jednak czuć, że to nie byli tacy pisarze pełnokrwiści. Natomiast w warstwie intelektualnej to może przesadziłbym, że to petardy są te książki, ale tam widać ten niepokój. W tym wypadku niepokój końca wieku, że coś się zmienia, coś się przepoczwarza.
W tej książce końca XIX wieku mamy ideę taką, która się, zobacz, na początku XXI wieku jest bardzo aktualna. Bohaterka mówi, że zjadanie zwierząt, męczenie zwierząt jest absolutnie niedopuszczalne. Ja się zresztą z tym zgadzam. Z czym innym czasami się nie zgadzam. Ale zobacz, ta idea cały czas porusza ludzi, że coś jest na rzeczy. Oczywiście czyńmy ziemię sobie poddaną, ale z drugiej strony bezsensowne cierpienie, zadawanie cierpienia jest po prostu czymś obrzydliwym. I wiedzieli to już ludzie w XIX wieku. A zobacz, ta wiedza niewiele nam dała, bo w tak zwanym międzyczasie mieliśmy dwie światowe wojny, całe kopy małych, większych wojenek, rzezi i tak dalej, gdzie się ludzie wyrzynali. O zwierzętach w ogóle nie wspominam. Czyli zobacz, my mamy jakąś taką świadomość kosmiczną, globalną, że wiemy, że coś jest po prostu obrzydliwe i wstrętne, po prostu niedopuszczalne.
Ale robimy to dalej, jakby w ogóle do nas to nie docierało. To jest, powiem ci, jeden z tych wątków, który mnie w książce Grousseta zadziwił. Zadziwił, że myśmy to jako społeczność, ludzkość wiedzieli i absolutnie nic nam to nie dało. Nic.
[54:05] - Wiedza a praktyczne zastosowanie to są zupełnie inne bajki. Dla mnie to są zupełnie... Wiedza i z tego naprawdę wiele nie wynika.
[54:22] - Kuro Dacianos pisze jeszcze, tak to łączę, że miano tej literatury drugiego sortu przejęło bardziej klasyczne fantasy. Przejęło moim zdaniem pałeczkę tej literatury drugiego sortu. I tak, i nie.
[54:41] - To znaczy w oczach pisarzy science fiction to tak.
[54:44] - Tak.
[54:45] - Natomiast w oczach ogólnie to nie tak bardzo.
[54:51] - Rzeczywiście jest tak, że science fictionowcy bardzo często z niesmakiem mówią o fantasy. I mamy gotowy konflikt.
[54:59] - Tak, i bardzo niedobrze, bo nie uwzględniają na przykład takiego autora, jak-
[55:06] - Jeszcze nie czytam w swoich myślach, więc nie wiem.
[55:11] - Jak naszego tego. Boże, bo ja mam w tej chwili-
[55:17] - Ty się pokulaj ze swoją sklerozą, przypomnij sobie, a ja powiem coś takiego, że miałem okazję rozmawiać z kilku, jak ja to podkreślam, że znam kilku pisarzy. Znam. I co? Miałem okazję z nimi rozmawiać i ku swojemu zadziwieniu zobaczyłem, że wykształceni, inteligentni, bardzo mądrzy, oczytani ludzie w ogóle czasami nie rozróżniają, czym jest fantasy, a czym jest science fiction. Potrafią mianem fantasy określić powieść Lema, potrafią SF-em określić Tolkiena i tak dalej. Ktoś by powiedział: błędy w nazewnictwie to jeszcze nic zdrożnego. Ja myślę, że rzecz sięga głębiej troszeczkę. To jest po prostu kompletny brak zainteresowania. Może nie generalizujmy, ale to się zdarza i to się zdarza dosyć często. A kiedy na przykład jakiemuś pisarzowi mainstreamowemu zdarzy się wykorzystać elementy SF-owe albo fantasy w swojej twórczości, na przykład noblistka nasza, to kiedy mu zada się pytanie, że jednak wykorzystuje.
„Nie, to są tylko zabiegi literackie, żeby powieść była bardziej głęboka, ale to nie ma nic wspólnego z fantastyką, z fantasy. Nie, absolutnie. To są po prostu głównonurtowe zabiegi literackie, żeby powieść była bardziej przejrzysta, bardziej docierała” i tak dalej. I tak się upajamy, a właściwie oni nas upajają takimi zapewnieniami. Tymczasem to prawda. W głównonurtowej literaturze dosyć często trafiają się zabiegi nawiązujące do SF albo do fantasy. Tylko jak się to autorowi wytknie, to on powie: „Absolutnie nie. To zupełnie czemu innemu służyło. I to nawet nie stało przy SF”. To świadczy troszeczkę o tym, że czasami wielcy pisarze mogą być małymi ludźmi.
Co więcej.
[57:25] - Coś takiego jest. Ale widzisz, ta moja teza, że jednak trzeba się znać. Nie znać, ale interesować naukami ścisłymi troszeczkę, techniką, tym wszystkim. Większość mainstreamu po prostu wsiada w samolot i leci do Nowego Jorku i wraca z powrotem tym samolotem. Nic go nie obchodzi, żadna aerodynamika, atmosfera, cokolwiek i tak dalej. Ważne jest po prostu przelecieć.
[57:58] - Wiktor, zrozummy się, bo atmosfera, aerodynamika, sposób działania silnika odrzutowego to nie jest literackie. W ogóle nie jest literackie. Bo cóż tym literackiego, że to samolot lata?
[58:16] - To jest nieludzkie.
[58:17] - To w ogóle bez sensu jest w takim razie. Jakby ten samolot duszę miał i przeżywał to, że nas wiezie, to ewentualnie możemy podyskutować.
[58:26] - Człowieki gdyby miał, to byśmy teraz potargowali.
[58:31] - Nie. My oczywiście w tej chwili z Wiktorem robimy sobie bekę i po prostu nie traktujemy rzeczy poważnie. Ale coś z tego, co mówimy, coś jest takiego w tych pisarzach głównonurtowych. Ale się znajomych na nas poobraża. Nie wiem, czy czujesz to.
[58:52] - Marku, nawet jak żeś tę sadkę, powieść-
[58:57] - Tego Sadkę. Coś dzwoni do nas.
[59:02] - Ja chyba wiem kto. Julian.
[59:07] - Julian.
[59:08] - Połączyliśmy się z Julianem. Witam, Julianie. Jesteś już na antenie.
[59:13] - Witam serdecznie. Przepraszam z góry, gdybym gdzieś tutaj musiał kaszlnąć, bo jestem dosyć mocno przeziębiony, ale postaram się żadnych odgłosów nie wydawać. Panowie, witam jeszcze raz słuchaczy i was w studiu. Z przyjemnością was słucham jak zwykle. A chciałem wbić się w tempo i wytrącić może kilka osób ze strefy komfortu. Chodzi mi głównie o czytelników. Zastanawiam się. Może inaczej. Ostatnio nawet rozmawiałem z Markiem na temat gęby dorobionej fantastyce, SF głównie i Marek utwierdził mnie, że faktycznie tak to wygląda. Jak czytałem w internecie opinie ludzi, którzy są związani ogólnie ze światem literatki.
Dlaczego się tak dzieje? Kiedyś, kiedy Juliusz Verne pisał o podróży na Księżyc, to była sprawa prosta. Jest Ziemia, jest Księżyc, są ludzie, którzy lecą i jest rakieta. Dzisiaj opowiadania, powieści Cząstek, dylatacja czasu, ciemna energia, ciemna materia. Żeby mieć komfort czytania, to trzeba cokolwiek na ten temat wiedzieć. A ja mam wrażenie, że czytelnictwo od lat spada i trzeba coś wiedzieć, bo inaczej bierzemy taką książkę do ręki i autor robi z nas trochę bałwanów, którzy nie mają pojęcia, o czym czytamy. Czym zajmują się dzisiaj ludzie w swojej dużej masie? To są proste informacje, teksty SMS-ów na czatach, na Facebooku. Nikt nie chce chyba czytać i co chwila zaglądać do Wikipedii co najmniej, żeby dowiedzieć się o rzeczach, o których nie mają pojęcia. Ktoś, kto nie jest przygotowany do prawdziwej, mocnej literatury SF, to go zniechęci.
Dlatego, że te nożyce rozeszły się i rozchodzą się coraz bardziej. Czyli wiedza, technologia i to, o czym piszą autorzy SF, a wiedza ludzi i chęć zainteresowania się, która jest moim zdaniem coraz mniejsza. Ludzie wychodzą z założenia, przynajmniej część znaczna, że jeżeli chcą się napić szklankę wody, to nie zastanawiają się, którymi rurami do nich płynie. I podobnie jest z całą naszą rzeczywistością, która nas otacza. Nie są specjalnie zainteresowani tym, w jakiej rzeczywistości istniejemy, a bardziej, co można kupić na wyprzedaży albo że w promocji była dzisiaj świetna duża marchewka w sklepie. Mam w sumie trzy takie króciutkie tematy, to może ja teraz przerwę i chwilę posłucham, albo jeżeli zadecydujecie, to przejdę do następnego.
[01:03:23] - To ja pewną rzecz chciałbym. Witaj Julianie, cieszymy się, że zadzwoniłeś. Kilka rzeczy chciałbym powiedzieć, bo trudno nie przyznać ci racji. W bardzo wielu sytuacjach to, co powiedziałeś przed chwilą, jest po prostu prawdziwe. Ale mnie martwi coś innego. To, że rzeczywiście jest pewne lenistwo intelektualne wśród ludzi, dobrze, możemy sobie nad tym westchnąć, przyjąć to do wiadomości. Tak jest. Ale ja obawiam się, że my rozmawiamy o dwóch właściwie zjawiskach. Jedno rzeczywiście opisałeś przed chwilą. Drugie natomiast polega na tym, że ludzie naprawdę, nie chciałbym z kolei, żeby pisarzy określać gremialnie, że to elita intelektualna.
Tak jak mawiał jeden z profesorów, że ilość idiotów wśród profesorów jest proporcjonalna do ilości idiotów wśród woźniców, tak przypuszczam, że w przypadku pisarzy rzecz się ma podobnie. Natomiast to jest tak, że jednak część z tych głównonurtowych pisarzy to są ludzie świetnie zorientowani we współczesnym świecie, a jednak jak słyszą o science fiction albo fantasy, to mówią sobie, że to nie jest literatura. Tak sobie od razu powiedzmy to ostro, że to nie jest literatura, bo literaturę, i tutaj ważne słowo, uprawiają oni. Ci, co piszą SF, to oni sobie piszą i niech oni sobie piszą, ale uprawiają literaturę ci głównonurtowi. I to zjawisko znacznie bardziej mnie niepokoi niż to, które przed chwilą opisałeś. Bo tacy ludzie zawsze byli, może dzisiaj się ich troszeczkę więcej namnożyło. To jest inna sprawa. To, że czytelnicy pewnych ocen dokonują zakupami czy też w inny sposób, to jest oczywista sprawa. Natomiast to, że, tu cudzysłów postawmy mniejszy albo większy, „intelektualiści" godzą się na taki podział, że jest literatura mainstreamowa i literatura science fiction i jedna od drugiej jest oddzielona murem grubym jak nie wiem co, zostawię przy tym określeniu. To jest dla mnie zjawisko, które staram się zgłębić, chociaż słabo je rozumiem, mimo wszystko-
[01:05:51] - A ja już właśnie je zrozumiałem. Tylko jedno zdanie wtrącę. Jak ma się bronić pisarz głównego nurtu, który nie ma zielonego pojęcia, jak ugryźć cokolwiek z gatunku SF? Po prostu nie jest przygotowany. Do tego trzeba lat chęci czytania, oglądania. Dzisiaj narzędzia są świetne, filmy nawet w Internecie do odnalezienia. Tylko jeżeli komuś się nie chce, nie zależy, nie interesuje go to, to później nie jest w stanie napisać nic porządnego z gatunku SF, bo nie jest do tego przygotowany. I dlatego deprecjonuje tę literaturę, bo jakoś bronić się musi.
[01:06:54] - Juriana, kochany, przypomnij mi, jaki tytuł miało to twoje opowiadanie o tym szklarzu, który wstawia-
[01:07:03] - „Diament i kit”.
[01:07:04] - „Diament i kit”. Otóż posłużę się tym twoim opowiadaniem. Otóż każdy wybitny intelektualista współczesny, ten od mainstreamu, tego opowiadania zwyczajnie nie zrozumie. To będzie jakiś bełkot psychodeliczny.
[01:07:21] - Nie. A ja uważam, że się powinien nim zachwycić. Po prostu się powinien nim zachwycić.
[01:07:25] - On go nie zrozumie, po prostu. Zachwyt powinien być. Najpierw powinno być zrozumienie, a dopiero potem może być zachwyt w tym wypadku.
[01:07:35] - To ja coś powiem jeszcze, zanim Juriana dopuścimy do głosu, to muszę jeszcze coś dopowiedzieć. Otóż zdarzyło mi się kiedyś rozmawiać, znowu powtórzę tę frazę, z głównonurtowymi pisarzami na temat filmu i książki pod tym samym tytułem, czyli „Atlas chmur”. I wyobraźcie sobie panowie oraz nasi słuchacze, że ci pisarze byli zachwyceni zarówno książką, jak i filmem. One są niby to samo, ale jednak zupełnie inne. Dlaczego byli zachwyceni? Byłem zdziwiony, że się tak nagle zachwycili. Rzecz się bardzo szybko wyjaśniła. Oni byli zachwyceni do momentu, kiedy nie zacząłem rozmontowywać ich wyobrażeń. Bo to jest oczywiście taka książka i taki film, które są bardzo wieloznaczne. Te interpretacje mogą być bardzo różne.
Ci, którzy znają film i książkę, to wiedzą, że tam pewne rzeczy nie są podane w sposób oczywisty. Trzeba się pewnych rzeczy domyślać. Trzeba pewne rzeczy połączyć ze sobą jak układankę. I wtedy nagle otrzymujemy pewien fresk. Dopóki to było dla nich mętne i nie zdawali sobie z tego sprawy, byli zachwyceni.
[01:08:54] - A! To w ten sposób również nad tym „Diamentem i kitem” mogą być zachwyceni.
[01:08:58] - Tak, dokładnie chciałem to powiedzieć.
[01:09:00] - Ale jak im uświadomisz, o co chodzi.
[01:09:01] - Jak ja zacząłem im uświadamiać, jaki to jest przekrój przez dzieje, o czym to opowiada, to oni byli coraz mniej entuzjastyczni. I powiem, że w tym momencie się lekko podłamałem, bo dla mnie to jest taka książka bardzo ważna w moim rozwoju. I jak ja widziałem, jak na moich oczach topię ten ich bałwani zachwyt, oni właśnie przestają się zachwycać tą książką i tym filmem, to trochę byłem bezradny, mówiąc szczerze. Trochę byłem bezradny.
[01:09:32] - Zazdrość by opadła.
[01:09:34] - Dobra, to już my przestańmy gadać. Jurianie, ty masz głos teraz.
[01:09:38] - Dzięki. Świetnie, bo tak w tempo przejdę. Jeżeli chodzi o dzisiejszy tytuł audycji, czyli jakbyśmy mogli przypomnieć, to są „Literackie fascynacje”?
[01:09:54] - Tak, fascynacje. A tak się powoli przekształciło w „Literackie fascynacje Żelkowskiego starociami”. Może tak.
[01:10:02] - Dobrze. W takim razie staroć z mojej półki. Niestety już tylko wirtualnie, dlatego, że jako cenioną przeze mnie książkę pożyczyłem komuś i gdzieś zmieniła właściciela na zawsze. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że ostatnio dotarło do mnie, jak bardzo drobny szczegół w życiu może nas odmienić. Czy to jest gdzieś krótka podróż i człowiek staje się podróżnikiem po wielu latach, bo ma to już zaszczepione w sobie. Podobnie działają książki i jedna z książek, które z dzieciństwa najbardziej pamiętam, to jest książka w sumie chyba niespecjalnie znanego autora Juliusza Jerzego Herlingera „Historie niewiarygodne”. Ja kiedy czytałem tą książkę, miałem w granicach dziewięciu lat i po przeczytaniu, czytałem w ogóle z gorącymi uszami i rozpalonym czołem i doszedłem do takich wniosków: o rany, ten świat nie jest taki, jakim mi się wydawał do tej pory. Świat ma jakieś ukryte poziomy, ukryte dla nauki, o których ludzie nie mają pojęcia. I od tego momentu mniej więcej, znaczy nie od wieku dziewięciu lat, ale w wieku 20 lat powróciłem do poszukiwań, które trwają do dzisiaj.
Bardzo takich szerokich, dotyczących naszej rzeczywistości, świata, w którym istniejemy. I to był wpływ książki. Uświadomiłem to sobie parę tygodni temu. Przypomniałem sobie w jakiś sposób tą książkę i doszedłem do wniosku, że czytanie książek jest niebezpieczne, bo może odmienić człowieka. I to jest à propos fascynacji. A jeszcze jedna książka, jeszcze jeden tytuł, który czytałem jako 15-letni chłopak. To była książka „My z kosmosu” Arnolda Mostowicza, która ponownie otworzyła mi oczy na rzeczy, o których na co dzień nie myślimy, nie zastanawiamy się.
[01:12:54] - Czy to było to wydanie, Jurianie, które miało na końcu opowiadanie science fiction o krzemowych istotach?
[01:13:11] - Mam w tej chwili do dyspozycji tylko jedną rękę, a książka w lewym ręku, którą trzymam, Arnolda Mostowicza "My z kosmosu" jest tak zniszczona i podarta, że boję się ją otwierać. To jest wydanie KW z ceną czterdziestu pięciu złotych, czyli tu się akurat zgadza.
[01:13:35] - Czy takie grubaśne w małym formacie?
[01:13:39] - Mały format, gruby, czarna okładka i rozmyte „My" kolorowe i „z kosmosu".
[01:13:45] - To na końcu tego tomu znajduje się opowiadanie SF. Już nie pamiętam kogo, chyba Clarke'a, ale tego nie jestem pewien. Faktycznie fascynująca książka. Akurat nie science fiction, tylko mówiąca o różnych takich sprawach związanych-
[01:14:01] - O ekshistorii?
[01:14:03] - Chyba tak. Tam jest nawet rysunek tej istoty. Tam jest opowiadanie SF w tym wydaniu akurat. Nie wiem, czy w późniejszych też się znajduje. W każdym razie to rzeczywiście jest książka ważna.
[01:14:16] - W tym wydaniu wielkoformatowym chyba już tego nie ma, bo akurat to wielkoformatowe mam.
[01:14:20] - Szkoda.
[01:14:22] - Tam w ogóle nie ma obrazków, nie ma opowiadania, nic nie ma.
[01:14:27] - Jak książka nie ma obrazków, to też jest już gorsza. Przynajmniej tak niektórzy uważają. Ale tak, to ważna książka. Ja ją też pamiętam. Pozwalała w tych niezwykle racjonalnych czasach — racjonalnych postawiłem w ogromny cudzysłów — troszeczkę się odbić. I znowu pojawia się to stwierdzenie, którego Julian użyłeś, pozwalała powiedzieć sobie: „Ten świat jest chyba troszkę dziwniejszy, niż nam się to powszechnie mówi". To była jedna z tych książek, które-
[01:15:03] - Nawet nie to, co sami odbieramy.
[01:15:06] - To prawda. Julianie, masz głos.
[01:15:10] - Dobra. Sprawa trzecia. Przypominam sobie czas lat osiemdziesiątych i „Fantastyki", czasopisma, miesięcznika w najstarszym wydaniu. Będę nazywał to starą „Fantastyką". Do kiosku trafiał jeden egzemplarz, czasem dwa, więc trzeba było stać w kolejce w kiosku i liczyć na to, że te trzy osoby przed nami nie będą zainteresowane i że uda się kupić ten miesięcznik. Zaczytywałem się opowiadaniami, także polskimi. Do dzisiaj kilka pamiętam, które wryły mi się w głowę bardzo mocno. I mam pytanie. Jak to jest? Ja dzisiaj może jestem bardziej wybredny.
Kiedyś jako młody chłopak czytałem wszystko i wszystko przyjmowałem. To było dla mnie fascynujące. Zresztą podobnie było z muzyką. Myślę, że wraz z wiekiem ta wybredność wzrasta. Ale pytanie brzmi: jako że z pewnością czytaliście ten miesięcznik i znacie poziom opowiadań, które tam były prezentowane, jak to jest, porównując w jakiś sposób do poziomu, do jakości opowiadań, powiedzmy sobie, najlepszych wysyłanych do ABW, ewentualnie najlepszych opowiadań wysyłanych na konkurs do antologii. Jak to jest z perspektywy waszej? Czy to była młodzieńcza fascynacja, czy ten poziom jest w jakiś sposób zbliżony? I w zasadzie kończę tym pytaniem i to wszystko, co chciałem dzisiaj powiedzieć.
[01:17:28] - Super. Dziękujemy za telefon, a my postaramy się odpowiedzieć.
[01:17:32] - Dzięki. Przechodzę na odsłuch. Pozdrawiam.
[01:17:36] - Wiktorze, ty zaczynasz czy ja?
[01:17:38] - Może ja zacznę.
[01:17:39] - Zacznij.
[01:17:40] - Bo miałem pewne doświadczenie w konkursie, który „Fantastyka" ogłosiła, w którym wypłynął „Wiedźmin" na powierzchni, że tak powiem, w którym właściwie pierwsze miejsce zdobył nie autor „Wiedźmina", ale-
[01:18:01] - Ale nie pamiętasz.
[01:18:03] - Marek-
[01:18:05] - Huberet?
[01:18:05] - Huberet, tak. W tym konkursie Marek Huberat wygrał, a „Wiedźmin" to było dopiero drugie miejsce.
[01:18:11] - Albo trzecie.
[01:18:12] - Czy trzecie.
[01:18:13] - Nie pamiętam.
[01:18:13] - Natomiast dzisiaj wszyscy myślą, że wtedy zwyciężył „Wiedźmin", bo on najbardziej przetrwał. Co tego. Natomiast ja wtedy, będąc, że tak powiem, częściowo warszawiakiem, przewaliłem kilkadziesiąt opowiadań, które przyszły na ten konkurs. Przeczytałem.
[01:18:32] - Już niedługo, Wiktor. Kończy się konkurs i będziesz przewalał następne.
[01:18:37] - I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że poziom był absolutnie identyczny, jak to, co przychodzi do nas. Czyli to, co Marek mówi, o czym żeśmy wspominali. Wielka góra lodowa, 10% nad powierzchnią, a reszta to dno.
[01:18:58] - Ja powiem coś jeszcze. Bo to jest tak, że wszystkie oceny... Albo jeszcze od innej strony zacznę. Moja ulubiona historia, pewno ją już na antenie „Bibliotekarium” ze trzy razy — najmniej — opowiadałem. Historia Johna Grishama, kiedy on chodził ze swoją pierwszą książką od wydawnictwa do wydawnictwa. Działo się to w Nowym Jorku i w każdym kolejnym wydawnictwie słyszał, że książka jest oczywiście rewelacyjna, ale to nie u nas. My niestety nie wydajemy, bo wie pan, sam pan rozumie, jest pan początkującym pisarzem. U nas nie. W innych wydawnictwach tłumaczono, że nie, że książka się w ogóle nie nadaje i książka jest bez sensu. To chyba „Firma” była.
Chodziło o jego pierwszą książkę „Firma”. Nie, proszę pana, tego się nie da wydać. W ogóle nie ma zainteresowania i absolutnie nie. I tak coś przeszedł kilkadziesiąt wydawnictw. Coś mi się w głowie roi, że około setki, ale nie chciałbym wprowadzać nikogo w błąd. Na pewno tych wydawnictw było dużo. I wszyscy mówili: nie. Albo z takiego powodu nie, albo z innego powodu nie, ale generalnie nie. W końcu się pojawiło jedno wydawnictwo, które powiedziało tak. Zaryzykowało, powiedziało: dobra, to my to panu wydamy, trudno.
I to było wydawnictwo, które wygrało los na loterii, bo Grisham stał się światową marką. Pisarzem, który przez przynajmniej część ludzi jest rozchwytywany. Ale co mnie w tym tak naprawdę interesuje? To mianowicie, że nasze oceny to jest rzecz, która wymyka się racjonalności. Bo my oczywiście możemy mówić, jak mamy większe doświadczenie literackie, że coś się nam podoba, a coś się nam nie podoba. Ale zwróćcie państwo uwagę, że dzikie awantury, które się tu czasami na antenie odbywają, ale nie tylko tu na antenie, one się nie biorą stąd, że jeden z nas ma patent na wiedzę, co jest dobre, a co jest złe. Mamy różne spojrzenia na to samo. Prawda jest gdzieś tam ukryta w tej literaturze i czasami jeden z nas odkrywa coś, czasami drugi. Czasami mamy skrajnie odmienne opinie. Wiktor mówi: to dno jest, bez sensu, a Żelkowski mówi: nie, to jest genialne.
[01:21:23] - Po czym ja czytam po raz drugi i mówię: jest do przyjęcia, jak się to lekko podredaguje.
[01:21:29] - Ale bywa też tak, że konsekwentnie trwasz w tym, że to gówno jest po prostu i się tego nie da czytać.
[01:21:36] - No wtedy tak.
[01:21:36] - Ale proszę państwa, czy to świadczy o tym, że w danym momencie jeden z nas ma zaćmienie umysłowe, a drugi nagle taką łaskawość okazuje? Otóż nie. Te historie wszystkie ocenne polegają na tym, że jak się ma pewien aparat... Inaczej. Opowiadanie można ocenić pod kątem używanego języka, pewnych zabiegów literackich, pewnych takich myków czysto warsztatowych. I tu pewno się najczęściej z Wiktorem będziemy zgadzać, chociaż też nie zawsze, ale bardzo często sobie powiemy: o, to jest coś albo nie, to lipa jest po prostu. Ale kiedy dochodzimy do tego, co siedzi w opowiadaniu głębiej, pewnych przekazów, tu się czasami nie zgadzamy. To, co zachwyca jednego, drugiego wcale nie wzrusza. Czy w związku z tym to nie jest przypadkowo tak, i ta historia Grishama się w to wpisuje, że bardzo wiele naszych wyborów ma charakter estetyczny. Kiedyś o tym wspominałem.
A dyskusja na poziomie estetycznym, ale takiej wewnętrznej naszej estetyki jest czasami bezcelowa, bo skracając: ani ja nie przekonam Wiktora, ani Wiktor nie przekona mnie. Musiałbym go zabić albo on musiałby zabić mnie. To wtedy byłby akt przekonania ostatecznego.
[01:23:00] - Marek nie jada ryb, bo mu nie smakują.
[01:23:04] - Tak.
[01:23:05] - A ja jadam ryby, bo mi smakują.
[01:23:07] - Czy w związku z tym któryś z nas ma rację? Proszę państwa, nie. Troszeczkę tak to wygląda. Tak bywa z tą oceną. To nawiązując do tego.
[01:23:22] - Natomiast rzeczywiście mogą się pojawić takie zjawiska pewnego konsensusu, że nagle wszyscy mówią, że to jest do przełknięcia. Otóż w wypadku tego konkursu fantastyce, na który przyszło mniej więcej tyle samo co do nas opowiadań, to wiem, że tam też połowa redakcji się krzywiła na Marka Huberata, połowa się krzywiła na inne bardzo dobre według mnie opowiadanie, ale wszyscy, że tak powiem, uznali, że „Wiedźmina” można przełknąć. Czyli to był ten konsensus.
[01:24:02] - Ale co jest ważne, co podkreśliłeś pewno nieświadomie w tym momencie, ale w ogóle co do tego to się zgadzamy. Dlatego, proszę państwa, konkursy są rozstrzygane kolegialnie.
[01:24:14] - Tak.
[01:24:15] - Bo jakby siadł Żelkowski i zaczął wybierać, to co by wybrał? Wybrałby tylko to, co mu się podoba. Jakby Jan Żwikiewicz zaczął wybierać, to by wybrał to, co mu się podoba. A kiedy jest najciekawiej? Kiedy przychodzi Żelkowski i mówi: to jest świetne opowiadanie, a Wiktor mówi: nie, nie zgadzam się, to nie jest świetne opowiadanie. I ucieramy. My już mamy opracowany system tego ucierania. Czasami bywa boleśnie, ale w rezultacie potrafimy się dogadać. Czasami każdy z nas może użyć tak zwanej ciężkiej artylerii, czyli mówić: nie pozwalam. Po moim trupie.
Albo to opowiadanie nie pójdzie, albo ja się wypisuję z interesu. Czasami warto postawić jakieś takie weto. I co więcej, ja mam doskonałą i Wiktor też ma tego świadomość, że być może nawet kolegialnie dokonujemy jakiejś rzezi niewiniątek. Być może autor tego opowiadania— w ogóle to jest też taka rada. Jeśli komuś gdzieś się w jakimś konkursie nie udaje, to jeszcze wcale nie oznacza, że powinien to opowiadanie wyrzucić do kosza. Być może powinien je przemyśleć, być może powinien je przeredagować, ale tak naprawdę to jeszcze jest nic straconego. Po prostu dany utwór nie zagrał, nie zharmonizował się z tym ciałem, z tym kolegium, które czytało i po prostu opowiadanie gdzieś przepadło. Ale to jeszcze nic nie znaczy. Ja cały czas podkreślam te wszystkie ocenne sprawy związane z opowiadaniami. To jest rzecz, nie do końca się da zważyć i zmierzyć.
Da się zmierzyć formę. Da się zmierzyć poprawność. Brak błędów ortograficznych, nieźle postawione przecinki, pewną intelektualną lotność, która jest w opowiadaniu. To wszystko tak. Ale są też elementy takie niedookreślone, które powodują, że Żelkowski ze Żwikiewiczem, a Żwikiewicz z Żelkowskim, tudzież jeszcze z pozostałymi członkami jury, potrafią się po prostu pokłócić, najzwyczajniej w świecie pokłócić.
[01:26:21] - Tak, ale muszę ci powiedzieć, że w tych ocenach i wartościowaniach estetycznych, jak ty mówisz, pojawiają się takie dziwne, jak dziwny jest ten wszechświat. Jak wspominaliście tę książkę o niesamowitych zjawiskach w przyrodzie, to jest coś takiego jak na przykład miłość od pierwszego wejrzenia, w której nikt nie ma żadnych wątpliwości, bo tu wątpliwości być nie może. Po prostu miłość od pierwszego wejrzenia, nie ma wątpliwości. Otóż myśmy w naszym konkursie, tak jak fantastyka miała w „Wiedźminie”, to my na przykład, już rozszerzę nie tylko o konkurs i tak dalej. Myśmy z Markiem, ani ja, ani on, nie mieliśmy nigdy przez sekundę żadnych wątpliwości, że na przykład Kazdyma ma łapę do pióra, ma łapę do pisania i że taki Julian potrafi pisać, cholera jasna. Tutaj wątpliwości nie było. To było coś w rodzaju miłości od pierwszego wejrzenia. Akceptujemy i jedziemy dalej.
[01:27:30] - Było też kilkunastu innych autorów, co do których nie mieliśmy wątpliwości, ale było też przynajmniej kilku autorów, przy których trzeba było powalczyć nie tylko między sobą, ale też z nimi powalczyć. I co jest ważne, i to jest zawsze dla mnie bardzo ważna oznaka pewnej dojrzałości pisarskiej, literackiej, że ci ludzie podejmowali ten dialog. Oczywiście ktoś powie: „No bo chcieli opublikować, to podejmowali dialog”. Nie sądzę. Z przebiegu tych rozmów wynikało, że nie tylko o to chodziło.
[01:28:08] - Będę walił z grubej rury. Otóż pojawia się na przykład opowiadanie w konkursie, które według mnie napisał idiota. Spoko, Marku. No ale Marek twierdzi, że w tym opowiadaniu coś jest. No dobrze. Dzwonimy do gościa. Odbiera gość telefon. Ja słucham. Cholera jasna, rozsądny facet, inteligentny, łapie błyskawicznie wszystko, komentuje. Cholera jasna.
Wspaniale!
[01:28:45] - Ale co więcej...
[01:28:46] - Ktoś się pomylił. Żwikiewicz.
[01:28:49] - Co więcej, właśnie to chciałem dopowiedzieć, jaka była reakcja Wiktora, bo to jest ciekawe. Wiktor mówi tak: „Jakim ja byłem idiotą, że ja tutaj takie zdanie wygłosiłem. Przecież ja, kuźwa, nic nie rozumiałem”. Dopiero to właśnie jest to, o czym się często mówi, że zjesz z kimś beczkę soli. Czasami ta nić porozumienia musi się zadzierzgnąć i wtedy nagle się okazuje, że świat wygląda inaczej. Zbliża się finał konkursu, więc ten nasz wtręt dotyczący tych spraw był chyba jak najbardziej na miejscu. Wróćmy do literatury dawnej jako do tej mojej fascynacji. Wiktor siedzi cicho, ale w gruncie rzeczy podzielasz trochę tę moją fascynację?
[01:29:43] - To znaczy na pewno tak. Tym bardziej, że jeżeli już Julian się wychylił ze swoimi miłościami dziewięciolatka i tak dalej, to może ja się wychylę też i to będzie poniżej trochę jakiegokolwiek poziomu, ale wbrew pozorom zaskoczy was, bo wszyscy to znają, wszyscy to biegają, ale nikt nie ma zielonego pojęcia, jakie piętno na mnie odcisnęła książka znana absolutnie wszystkim. Czyli jakbym miał powiedzieć, co było katechizmem mojego życia, to była „Tajemnicza wyspa” Juliusza Verne’a. Dlaczego? To jest pewien model, pewien schemat. To nie musi być wyspa samotna na oceanie. To może być planeta w kosmosie. To może być nie jakaś łódź podwodna kapitana Nemo uwięzionego w grocie skalnej. To może być po prostu jakiś statek kosmiczny uwięziony we wnętrzu planety. To nie musi być balon, którym przylatują ci cali rozbitkowie, którzy na tę wyspę trafiają.
To może być jakiś statek kosmiczny poruszający się wiatrem słonecznym i tak dalej. To jest pewien model, który można wykorzystywać do sensu i będzie wykorzystywany jeszcze przez wiele lat jako taki prościutki model. A książka jest o czym? Właściwie o ludziach, którzy stykają się z Obcą przyrodą.
[01:31:27] - Budują cywilizację.
[01:31:29] - Budują cywilizację powolutku.
[01:31:31] - Techniczną.
[01:31:32] - Tak. Uczą się strugać, kopać doły i tak dalej. Czyli ta sztuka przetrwania. Według mnie jest to najpiękniejsza, najwspanialsza książka. Tym bardziej, że miała cudowne ilustracje, cudowne grafiki zrobione-
[01:31:52] - Jeszcze w XIX wieku.
[01:31:53] - Jeszcze w XIX wieku, rzeczywiście. I ta książka to jest moja miłość i żadna inna tak bardzo.
[01:32:01] - To ja ci powiem. Inną taką książką, która mnie zafascynowała. Nie zafascynowała, zdziwiła. To lepsze słowo. Jest książka również wydana w Bibliotekarium. Mówię wydana, bo my zaczęliśmy się zajmować wydawaniem tych staroci, dlatego to się pojawia. I pojawiła się książka Rogera, bo to Francuz, Roger Francis Didelot. Czy to się czyta tak po francusku? Powiedzmy, że on jest Didelot. Zatytułowana „Rok 2037.
Żółci atakują Europę". Jak się państwo dobrze rozejrzą, co się teraz w świecie dzieje, to książka jest aktualna, tym bardziej, że zostało nam 17 lat do tego czasu. To jest książka bardzo ciekawa. Ona się ukazała całkiem niedawno, pod koniec zeszłego roku. Troszkę o historii tej książki. Otóż ta książka ukazała się, o ile dobrze pamiętam, mniej więcej 100 lat przed, czyli pewno w 1938. I to jest ciekawe, bo autor tej książki nie wydał jej nigdy w języku francuskim. Co więcej, zaraz dopowiem tę historię. Więc prawdopodobnie tłumaczka tej książki tłumaczyła ją z rękopisu. Tłumaczyła ją Helena Hellerówna.
Ona, o ile dobrze śledziłem jej losy, zginęła w czasie II wojny światowej w jednym z obozów koncentracyjnych. Za bazę naszego wydania służyło wydanie z 1939 roku. Wracam do historii. Ona się nigdy nie ukazała w języku francuskim, ale z pewnym zastrzeżeniem, o którym za chwilę. Więc autorka tłumaczenia tłumaczyła je z rękopisu i to niestety trochę w formie widać. Ona jest taka lekko toporna, jeśli chodzi o tłumaczenia. Dużo powtórzeń, dużo dziwnych dookreśleń, takich dookreśleń, z jakimi walczymy. Ten, ta, to, się, sobie i tak dalej. Tego tu jest cała masa. Trochę to męczące, ale z drugiej strony, jak się pozna treść tej książki, to wierzcie mi państwo, fascynująca historia o tym, jak Żółci atakują Europę w podstępny, jak to Żółci sposób.
Nie wiem, czy dzisiaj w ogóle poprawność polityczna pozwala mówić Żółci, ale w każdym razie Chińczycy atakują Europę w sposób podstępny, nieco barbarzyński, a jednocześnie pracy wywiadów i tak dalej. Tak przynajmniej sobie to przed wojną wyobrażano. Ale co jest ciekawe, tak jak już powiedziałem ze trzy razy, książka nie ukazała się nigdy we Francji przed wojną. Autor doszedł widocznie do wniosku, że to jednak może w jakiś sposób nie spełnia norm, nie spełnia jego wyobrażeń o literaturze. Może sam się hamował. A zdarzają się tam fascynujące rzeczy, pewne przewidywania. To jest autor, u którego można było przeczytać przed II wojną światową o urządzeniu, które jako żywo przypomina telefon komórkowy, smartfona nawet, na którym można oglądać wiadomości. Poznajemy tam komunikację międzykontynentalną. Zamiast samolotów są rakiety, ale lata się niezwykle szybko. Co więcej, są urządzenia do czytania w myślach, których do dzisiaj nie ma.
Jakieś telepatoskopy i tak dalej.
[01:36:14] - Urządzeń, my nie wiemy.
[01:36:16] - Nic o tym nie wiemy. To prawda. Nic o takich urządzeniach nie wiemy. W każdym razie jest tam cała masa wynalazków. Ja czytałem z fascynacją tę książkę. Nie dla jej walorów, nazwijmy to szpiegowsko-militarnych, ale właśnie dla tych smaczków, tych odkryć, tych szczegółów technicznych, których tu jest cała masa. To była lektura fascynująca. Ale co zrobił autor? Otóż on całkowicie przeredagował tę książkę, zmielił ją. Chyba napisał od początku i wydał tę książkę w latach 50.
pod zmienionym tytułem, pod zmienioną treścią. Zmienił bohaterów co do nazwisk. Zostawił tylko szkielet powieści, którego oczywiście nie zdradzę, bo to byłaby zbrodnia. W każdym razie zostawił szkielet powieści, pewną intrygę, która tam ma miejsce i całkowicie ją przeredagował. I zupełnie inna książka, oparta na tym szkielecie, na tym kręgosłupie ukazała się w latach 50. My mamy to szczęście, że ukazała się w Polsce jej pierwotna wersja. Nie wiem, czy szczęście, czy nieszczęście. Druga wojna dużo zmieniła. Kiedyś o tym mówiliśmy. Inaczej się patrzyło na sprawy militarne, inaczej się patrzy na sprawy militarne, inaczej na sprawy szpiegowskie.
Ta książka wydana przed wojną ma w sobie dziecinną naiwność patrzenia na świat, który bywa zły, ale ostatecznie dobro zwycięża i wszystko bywa fajnie. Tu troszeczkę tak to jest zarysowane. Nie wiem, jak wyglądała ta książka wydana po drugiej wojnie światowej. Pewno nieco smętniej. Ale pozycja niezwykle ciekawa. Poza tym, tak jak powiedziałem, wpisująca się w pewien nurt, który dzisiaj jest zadziwiająco aktualny. Przed wojną przejrzałem tę literaturę, nazwijmy ją SF, przedwojenną. Takich książek, w których Żółci atakują Europę albo o żółtym zagrożeniu jest bardzo dużo. Na przykład jest taka książka „Triumf Żółtych”. To też jest książka SF wydana przed wojną, która mówi o bardzo podobnym zagrożeniu, czysto militarnym, geopolitycznym by się dzisiaj powiedziało.
Autorem „Triumfu Żółtych” jest Bogusław Adamowicz. Rzecz, po którą też warto sięgnąć. W ogóle czytając literaturę przedwojenną ma się wrażenie, że tam panowała swoista obsesja żółtej rasy. Bo kiedy czytamy wspomnianą książkę Władysława Sadkę „Goście z Marsa”, tam też jest bardzo dużo o żółtej rasie. Więc obsesja tamtych czasów jednak była. Warto to uwzględnić. Jakie Wiktorze zagrożenie żółtą rasą?
[01:39:24] - Po prostu nagle Europejczycy uświadomili sobie, że są kroplą na powierzchni gigantycznego żółtego oceanu. Bo tak naprawdę Europa to jest kropla w morzu demograficznym, żółtym przede wszystkim, i czarnym.
[01:39:44] - Tak. Ale jest tak, że ja się zastanawiam nad pewną bezwładnością dziejów. Bo skoro żółte zagrożenie widziano pod koniec XIX wieku, bo o nim Sadke wspomina. Kiedy pisze o dziejach Marsa, które będą powtórzone na Ziemi, pisze o tym, dlaczego żółta rasa zwycięży, co ją predestynuje do tego. To są całe wywody, które się tam pojawiają. Dla jednych będą fascynujące, dla drugich może nieco mniej. Niemniej jednak to świadczy o tym, że to była kwestia istotna. Te dwie książki, które wymieniłem później, czyli „Rok 2037. Żółci atakują Europę” czy „Triumf Żółtych”, to są również książki, które się wpisują w pewien styl myślenia o tym, że gdzieś tam na Wschodzie dalekim istnieje sobie państwo, które jest stare jak świat. Państwo Środka, które tysiące lat temu było wielkie i które dąży do tego, żeby do wielkości powrócić.
Kiedy się rozmawia z ludźmi bywającymi często w Chinach. Nie miałem tego szczęścia, więc ja mogę tylko przytaczać. Oni mówią, że dla Chińczyków perspektywa 10 lat to nie jest żadna perspektywa. Oni myślą w perspektywach 50-, 100-letnich. Jeżeli coś się nie uda jutro, to uda się za tydzień, a jak się nie uda za tydzień, to się uda za 10 lat albo za 50. To nie ma znaczenia. Ważne, żeby się udało. I patrząc na to, jak przewidywano w pierwszej połowie XX wieku, jak to się będzie toczyło i jak się toczy, to widać, że konsekwencji Chińczykom odmówić nie można. Oni realizują to, czego początki, a może pewne sygnały widzieli już nasi przodkowie przed drugą wojną światową. To jest fascynujące, kiedy się tego rodzaju literaturę czyta.
[01:41:49] - Zgadza się, ale to jest też coś, co tak naprawdę nie my tutaj w Europie, nie my tutaj w Bydgoszczy ani w Polsce nie zadecydujemy o kształcie przyszłości. O kształcie przyszłości zadecyduje tak naprawdę Azja i Afryka.
[01:42:10] - Tak, przynajmniej wszystko na to wskazuje. Wiktorze, przerwijmy na chwilę nasze dywagacje o literaturze. Niektórzy to już mówią starożytnej. Ja aż tak daleko nie pójdę. Powiem, że o literaturze, o tej starej science fiction. I oddajmy głos na chwilę naszemu felietoniście, bo napisał felieton rocznicowy. W końcu mamy dzisiaj po pierwsze trzylecie naszej audycji, a jest to audycja 80. Nie wiem, czy to jest okrągła, ale prawie okrągła. Jeszcze trochę będzie setka. W każdym razie oddajmy głos Tomkowi Fąsowi.
Marku, odtwarzaj.
[01:42:56] - Przeklęta epoka obrazków. Dobija nam trzeci rok audycji „Bibliotekarium”. Jednocześnie obserwuję, jak Andrzej Sapkowski, człowiek, który w swojej karierze literackiej miał zdecydowanie więcej szczęścia niż rozumu czy pomysłów, wybił się na światowe listy bestsellerów. Ilu jeszcze takich Sapkowskich będzie? Innymi słowy, jaka przyszłość czeka literaturę w ogóle? Na ile pisarze kolejnych dekad będą ludźmi nadal zdolnymi zaistnieć wyłącznie ze względu na twórczość literacką, zdobyć wystarczająco dużo zwolenników? Czytelników, aby żyć z tego jakoś dobrze. Czasy się, proszę państwa, zmieniają. Rozwój multimediów zdecydowanie wypiera słowo pisane. Do tego stopnia ten świat audiowizualny jest dzisiaj atrakcyjny, że słowo pisane traci na wartości.
Jego zrozumienie jest niższe zdecydowanie. Wydaje się, że młodzież woli multimedia. Można by powiedzieć, że audycje takie jak „Bibliotekarium” są już właściwie czymś elitarnym. Dwóch, czasami trzech facetów siedzi, gada o literaturze przez kilka godzin. Kto ma siłę tego słuchać? Moje największe wyrazy szacunku dla państwa, którzy wytrwali z nami przez tyle lat, ponieważ to wymaga jednak pewnej siły umysłu. Kiedy zewsząd jesteśmy bombardowani bodźcami, grami, multimediami, nawet telewizją, która jest obecnie bardzo kolorowa, bardzo szybka. Wytrwanie przy dyskusji o literaturze, przy książce, przy czymś, co dostarcza tych bodźców dużo mniej, wymaga pewnego wysiłku, być może przyzwyczajeń, być może pewnej chęci, siły woli, ale zdecydowanie jest to, uważam, pewien wyczyn. Także jakkolwiek ilu by państwa nie było, to każdemu serdecznie gratuluję i dziękuję, że jesteście zainteresowani taką formą ekspresji intelektualnej, że się tak wyrażę. Być może sytuacja Polska jest dosyć szczególna, ponieważ nasz język jest językiem niezwykle złożonym i to z jednej strony dało predyspozycje do rozwoju logiki, do rozwoju filozofii, do rozwoju myśli na niestandardowym poziomie.
Chociażby ta ilość przypadków, te szerokie możliwości wykorzystania języka jako narzędzia analizy daje dużo możliwości. Z drugiej strony, kiedy nadciągają multimedia, kiedy świat robi się nowoczesny, wielobodźcowy, wielowymiarowy, to tym łatwiej jest jakoś to słowo pisane zepchnąć na dalszy plan. Tym szybciej rezygnujemy z języka, im on jest trudniejszy. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że to myślenie analogowe, związane z tekstem, związane z myślą, z rozmową, daje inny stan umysłu, daje pewien rodzaj refleksyjności. Utrwaliło się gdzieś w kulturze takie sformułowanie, że obraz znaczy więcej niż tysiąc słów, ale mało kto pamięta, że to hasło pochodzi z dyskusji o reklamie. Że owszem, obraz niesie wiele treści, ale właśnie reklamowych, takich wciskanych w umysł. Zwróćcie państwo uwagę, że funkcjonując na poziomie obrazkowym, być może przetwarzamy pewne informacje, ale nie jesteśmy w stanie ich zanegować, ponieważ analiza logiczna to już jest ewidentnie kod werbalny. Człowieka, który przegląda książkę, żeby znaleźć obrazki raczej za wybitny umysł nie uznamy. A więc, proszę państwa, co dalej z literaturą? Jak jeszcze wielu może być takich Sapkowskich, Mrozów?
Na pewno literatura dobrze nadaje się jako pewna forma pośrednia, jako coś, z czego potem robi się gry, seriale, filmy. I jako pewne zajęcie hobbystyczne, obszar aktywności pewnych wąskich grup. Ja też obserwuję, proszę państwa, lokalne bydgoskie kluby dyskusyjno-literackie i one przeważnie tak się pomału wykruszają. Tam są pewne próby reanimacji. Tam paru osób się zawsze zbiera, ale koniec końców gdzieś tam wszystko wcześniej czy później zmierza ku coraz mniejszej aktywności, ku pewnemu znudzeniu. A więc jak to dalej będzie z „Bibliotekarium”? Zobaczymy. Trzymajmy kciuki. Jak to się teraz mówi: subskrybujcie, lajkujcie, polecajcie znajomym.
[01:47:01] - Tak. Jak to mówi Tomek, że tak często podsumowuje jego felietony, ale ja się nie mogę z nim nie zgodzić. Moim zdaniem jakbym miał pisać felieton na ten temat, to chciałbym go tak napisać, jak wygłosił go Tomek. Nie mam z czym polemizować, a że jest to diagnoza nieco okrutna, to trudno się nie zgodzić.
[01:47:28] - To znaczy trzeba tylko jeszcze może dodać, że to, że dolecieliśmy na ten księżyc, zawdzięczamy jednak nie kulturze obrazkowej, nie tym jeroglifom egipskim na piramidach, ale jednak literom, absolutnie czystym symbolom, jakim był język. Czyli rzeczywiście tutaj Tomek ma rację, że ta czysta, absolutnie wyprana z jakiejkolwiek obrazkowości symbolika słowa pchnęła naszą wyobraźnię, nasz polot naprawdę na miarę tego. Jeśli wrócimy do obrazków, to właściwie wrócimy powoli do rzeczywistości. A jaki obrazek jest najwyraźniejszy i najpiękniejszy? To jest taka dżungla pełna kwiatów, pełna urody, zapachów. Będziemy się błąkać w takich rozkosznych pielesach przyrodniczych, ale, że tak powiem, z bananem w ręku.
[01:48:53] - Niech ci będzie. Wróćmy do staroci science fictionowych. Co państwu mówi imię i nazwisko Zygmunt Bohusz-Szyszko? Chwila zastanowienia, niech państwo przeszukają pamięć. Któż to taki? Któż to taki? Jeśli się państwu skojarzyło z wojskowym przedwojennym i wojennym, mówię o II wojnie światowej, to się państwu dobrze skojarzyło. To rzeczywiście człowiek, który w czasie II wojny doszedł do generała. Wcześniej w II Rzeczpospolitej również sprawami wojskowymi się zajmował w różnych miejscach Polski. Nawet o Bydgoszcz, wyobraź sobie, zahaczył w jakimś tam czasie.
Człowiek, który później był na emigracji. Nie pamiętam, jak się to stowarzyszenie pisarskie w Londynie nazywało, ale był jego szefem. I tu się zastanówmy, co ma wspólnego generał wojskowy ze stowarzyszeniem pisarskim na emigracji? Już śpieszę powiedzieć. Otóż takimi białymi krukami dzisiaj właściwie trudno dostępnymi w Polsce, bo były wydane na emigracji. Jedna z tych książek, które wymienię za chwilę, była wydana w Rzymie, później w Londynie, o ile pamiętam też. Druga już tylko w Londynie. Pierwsza z nich to książka Zygmunta Bohusza-Szyszko „Republika atomowa. Powieść z niedalekiej przyszłości". Ja przynajmniej dysponuję wydaniem z 1947 roku.
I druga książka tego samego autora „Atomowa pożoga". To już jest tytuł bardzo przemawiający do wyobraźni. „Atomowa pożoga. Powieść fantastyczna" wydana w 1956 roku w wydawnictwie Książka dla wszystkich, Gryf Publications Limited. Zygmunt Bohusz-Szyszko, żeby znowu nie opowiadać, rysuje, jak tytuły zresztą wskazują, szczególnie w tej drugiej książce, niewesoły obraz konfliktu atomowego. Wiadomo pomiędzy kim a kim. Jednak autor nie był oderwany od rzeczywistości, więc wiedział, jak to wszystko może się skończyć. I dostajemy obraz, który jest z naszej perspektywy tych kilkudziesięciu lat fascynujący. Dla mnie taki wniosek, może idiotyczny, ale czasami trzeba jakąś idiotyczną tezę wygłosić, jest taki, że może ten Stalin, jak planował wojnę atomową w latach 50., to może taki głupi nie był, bo wtedy jeszcze ta wojna atomowa się mogła udać. Ktoś by przeżył jeszcze, pomimo że w takich książkach jak „Ostatni brzeg" nie było tak optymistycznie, ale wtedy jeszcze to się mogło udać.
Podobno Stalin taką wojenkę atomową planował i był bliski tego. Tylko mu się umarło. Niektórzy mówią, że mu pomogli, bo tej wojenki nie chcieli. To jest jedna z teorii. Jak było? Trudno dzisiaj dociec. Niemniej jednak taką tezę można by wysnuć, że wtedy to by się jeszcze udało. Dzisiaj to się już nie może udać. Dzisiaj śledząc to, co powiedziano, ta czwarta wojna byłaby na pewno na kamienie, jeśli w ogóle by była, jeśli nie toczyłyby jej jakieś zupełnie inne organizmy. Ale to już chyba nie człowiek.
To tyle. A książka jest o tyle ciekawa, że kiedy generał Bohusz-Szyszko rysuje wizję konfliktu atomowego, to ją rysuje z punktu widzenia wojskowego. To co prawda jest tak, jak często się śmieją publicyści, że generałowie, marszałkowie, sztabowcy w ogóle potrafią wygrać najlepiej każdą, ale poprzednią wojnę. To złośliwość, ale ta książka pod względem militarnym, wojskowym jest zajmująca. Pod względem literackim znowu pewno jednym się spodoba, a drugim spodoba się mniej, bo autor w końcu był wojskowym, nie literatem. Porzućcie to państwo. Ta książka jest ciekawa właśnie z tego względu, o którym mówiłem na początku. To może nie jest wielka literatura, ale literatura, która pozostawia ślad. Znowu nie literacki, nie ma tu żadnych wzruszeń. Właśnie taki niepokojący ślad tej atomowej pożogi, tak jak mamy to w tytule.
To jest taki staroć, nie staroć. Ty już, Wiktorze, na świecie byłeś, kiedy te książki się ukazywały. Przynajmniej druga z nich się kiedy się ukazała. Ale to jednak jest taka literatura, ja ją nazywam literaturą niepokojącą.
[01:54:01] - Ale powiedz mi, przy tym całym prognozowaniu ewentualnej wojny, czy on używa jakichś takich atrybutów science fictionowych?
[01:54:08] - Nie. Taka główna science fictionowość, tym bardziej być może ja nie potrafię pewnych rzeczy oddzielić. Cała science fictionowość czy fantastyczność tych powieści polega na tym, że pokazane jest, szczególnie w tej drugiej, militarne wykorzystanie energii jądrowej albo bomby jądrowej. I zarysowanie, dzisiaj też się takie powieści zdarzają. Kreślimy konflikt, którego nie było i pokazujemy, jak to się mogło odbić. To jest główna jej science fictionowość, czyli taki rodzaj historii alternatywnej. To jest ciekawe, a ponieważ napisana jest z punktu widzenia człowieka, który się wojskowością zajmuje, to dlatego jest interesująca. On pewne procedury, pewne sposoby myślenia zna i może dlatego jest taka niepokojąca. Może tak.
[01:55:07] - Wiesz, jak mówiłeś to przysłowie o tych sztabowcach i generałach, którzy najlepiej wygrywają-
[01:55:16] - Poprzednie wojny.
[01:55:16] - Poprzednie wojny, to zwrócę naszym słuchaczom uwagę na pewną atrakcyjność turystyczną Polski. Otóż Polska, przynajmniej północna Polska, jest właściwie pokryta cała z czasów międzywojnia po I wojnie światowej bunkrami. ... pruskimi, czyli że tak powiem, niemieckimi na Wale Pomorskim i tak dalej, ale jeszcze wcześniejsze umocnienia, które miały, że tak powiem, obronić te tereny przy kolejnej wojnie. Atrakcja turystyczna jest fenomenalna. To w tej chwili jest bardzo pięknie zagospodarowane, można to odwiedzać z przewodnikiem.
[01:56:17] - Przerwę ci na chwilę. Cała konstrukcja ogromna Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, który też miał być na granicy. Później się ta granica po prostu przesunęła i on zupełnie zmienił rolę. Jego rola była zupełnie inna.
[01:56:32] - Te wszystkie bunkry między pierwszą a drugą nigdy nie wystrzeliły. Natomiast są fenomenalnym przykładem. To jest zupełne science fiction. To, co wymyślali inżynierowie. Wiesz na przykład, Marku, że tam prochownia, najbardziej niebezpieczne miejsce w takim bunkrze, bo tam siedzą żołnierze, jest gigantyczna ilość amunicji, materiałów wybuchowych, miny, wszystko i tak dalej. Jeśli to wyleci w powietrze, to wszyscy giną, prawda? Nieprawda. Jeśli ktokolwiek by wysadził taką prochownię czy składy amunicji, żołnierzom i w ogóle bunkrowi nic by się nie mogło stać. Dlaczego? Inżynierowie wymyślali kapitalne miejsca, w których te wybuchy, że tak powiem, zapadają się same w sobie.
To się dławi samo sobą, własną energią i zdycha po prostu. A bunkier strzela dalej. Nic się nie dzieje. Najzabawniejszą historią, którą zresztą szwagier mi opowiadał, nawet kibel dla żołnierzy jest pomyślany. Wiesz, jak pomyślany, Marku? Otóż jest pomyślany w ten sposób, że wchodzi się do tego kibla, tam jest sedes jakiś taki. Jest to tak potwornie niewygodne, że ty jako żołnierz w takim bunkrze masz myśleć tylko o jednym: jak najszybciej zrobić kupę i szybko lecieć do roboty.
[01:58:26] - Wiesz co, ale wracając jeszcze do tej myśli o wygrywaniu poprzedniej wojny. Linia Maginot.
[01:58:33] - Też tak samo. To wygrało poprzednią wojnę.
[01:58:38] - Jakby było, to by się sprawdziło. Już nie mówiąc o tym, że oczywiście dzisiaj, historycznie myśląc, ale kurczę, jak można było nie wpaść na to, że Hitler dokona prostego manewru i obejdzie tę linię Maginota. Wejdzie sobie niejako bokiem tam, gdzie tej linii nie będzie. Jak się już, kurczę, otacza granicę takim pasem umocnień, to wypadało jeszcze tam dobudować ileś tam kilometrów i byłoby-
[01:59:07] - Ale nie wszystkich stać. Chińczyków też nie było stać na dokończenie Wielkiego Muru, że tak powiem, sytuacji.
[01:59:13] - Ale jakoś im się sprawdził jednak kilka razy. Nie zawsze, ale się sprawdził.
[01:59:17] - Sprawdził przez chwilę.
[01:59:19] - Wracając, ja tylko powtórzę, bo może ktoś będzie chciał zapamiętać te książki, więc powtórzę. Zygmunt Bohusz-Szyszko „Atomowa pożoga” i ten sam autor „Republika atomowa”. To są dzisiaj unikaty, rarytasy. Ja powiem tak, że jest pewne nieszczęście też związane z tymi dwiema książkami, które wymieniłem, bo my jako wydawnictwo chętnie byśmy te książki wydali. Co więcej, nie ma technicznych problemów z tym wszystkim. Jest jeden: nie można dotrzeć do rodziny. Córka jeszcze jakiś czas temu żyła. Dzisiaj zapadły się wszelkie drogi kontaktu. I teraz tak: książka jest, można by ją wydać, ale nie ma spadkobierców, więc nie można jej wydać. Byłaby ciekawa, ludzie by chcieli ją czytać.
Ale nie można jej wydać, bo nie można się skontaktować z nikim. Z jednej strony prawo autorskie jest świetnie pomyślane, bo broni interesów autora. Broni rzeczywiście, ale czy tak do końca fajnie jest pomyślane, to nie wiem. Bo czy to jest interes autora, żeby gdzieś umrzeć w zapomnieniu jako książka? Można by ją dzisiaj odświeżyć, tak jak odświeżamy książki Władysława Sadkę czy Krügera. Można by ją pokazać ludziom, można by zrobić reprint z tego tak jak robimy. Z tym oryginalnym językiem, z takimi sytuacjami, jakie opisał. Ale nie można tego zrobić. Prawo nam zabrania. Póki się nie skontaktujemy z rodziną, to nie wydamy.
A ponieważ nie ma kontaktu z rodziną, ja już pisywałem i do Wielkiej Brytanii, do tego stowarzyszenia pisarskiego na emigracji. Nikt nic nie wie. Dzwoniłem do jedynej szkoły w Polsce, którą znalazłem i imienia Zygmunta Bohusza-Szyszko. I tam niezwykle miła pani dyrektor powiedziała mi, gdy już miałem nadzieję, że jakiś kontakt-
[02:01:25] - Zapytałaś, kto to był pan Szyszko?
[02:01:26] - Nie sprowadzaj tego. Wręcz przeciwnie, świetnie zorientowana. Mają tam izbę pamięci. Ale powiedziała mi tak: jeszcze jakiś czas temu mieli kontakt z córką, ale córka zmarła. Nie ma już kontaktu. Nie ma kontaktu, nie ma książki. To jest w jakiś sposób zamykanie. Ja przypomnę tylko, mamy też takiego autora całkiem współczesnego, którego Niezwykle ciekawego, piszącego świetną prozę współczesną i nie możemy go wydać, ponieważ nie wiadomo, kto ma prawa autorskie. Nie wchodząc w szczegóły, pewne rodzinne komplikacje i nie ma. Właściwie książki są, można je czytać, te, co wyszły przed śmiercią, a po śmierci nie można go wydawać.
Czy to jest w interesie autora? Śmiem wątpić. Ale tak jest po prostu.
[02:02:19] - Myśl jest również taka, że autorzy, żeby być wieczni w literaturze, powinni się również tutaj na tym ziemskim padole mnożyć po prostu, żeby zostawiać spadkobierców.
[02:02:34] - Jasne.
[02:02:35] - Jasnych i prostych.
[02:02:36] - Nie, ale to nie chodzi o to. Bo oni spadkobierców zostawili, tylko czasami jak odszukać dzisiaj, w dobie RODO, w dobie obostrzeń wszelkiego rodzaju, jak odnaleźć człowieka żyjącego w Wielkiej Brytanii? Córka, a więc na pewno zmieniła nazwisko, jak miała dziecko. I tak dalej.
[02:02:57] - Marku, ale to znaczy, że się słabo mnożyli. Wspomnę tego wielkiego naszego Warchła polskiego, szlachcica Łaskiego, który po prostu mnożył się na morgi. Po nim właściwie są wszyscy Łascy w Polsce. To jest jego rodzina, a on się szczycił jedną rzeczą. Każdy się swojego bękarta wstydził, a on każdemu swojemu potomkowi nadawał swoje nazwisko Łaski. Dzięki temu dotrzeć dzisiaj do Łaski pełno masz, Marku.
[02:03:34] - Wisto, gdyby to było takie proste, toby nie było takie trudne. Nie.
[02:03:40] - Trzeba się w życiu mnożyć.
[02:03:43] - Nawet w przypadku nazwisk rzadkich tak jest, że często dwie odnogi drzewa genealogicznego po prostu się nie znają, nie mają ze sobą kontaktu. A jak już jest czwarte pokolenie na przykład, to w ogóle prawie nic wspólnego ze sobą nie mają.
[02:04:02] - Tak, ale w tym momencie testament, przekazanie tej i prosta ścieżka.
[02:04:09] - Tak, ale tego nie ma. I skoro organizacja pisarska, której generał Zygmunt Bohusz-Szyszko był przewodniczącym, dzisiaj nie wie o nim nic, nic nie wie o jego rodzinie, nie potrafi takich informacji udzielić, to znaczy, że jednak nam pewne rzeczy uciekają.
[02:04:30] - Po prostu współczesny świat żyje w przyszłości.
[02:04:34] - Tak, ucieka to wszystko.
[02:04:35] - Zamiast w teraźniejszości.
[02:04:37] - Ale to jest tak. Przypuszczam, że dzisiaj przynajmniej kilka osób podczas tej audycji tymi dwiema książkami generała się zainteresowało, bo te książki były niedostępne w PRL-u. Niedostępne były w Polsce, ponieważ to był sanacyjny generał i się go nie wydawało w Polsce. Wydawał na emigracji, więc te książki docierały do Polski słabo. Jakoś tam docierały, ale tak jak mówię, słabo. W związku z czym jest prawie nieznany, a istniał tak niedawno. Ktoś pewno chętnie by to przeczytał. To tyle, jeśli chodzi o kłopoty, że czasami z tymi-
[02:05:14] - Marku, tak dla zabawy, to ja mogę powiedzieć, że ja jeszcze istnieję, a już nie istnieję.
[02:05:22] - To znaczy? Nie rozumiem.
[02:05:25] - Proste. Po prostu ja jeszcze, że tak powiem, tu fizycznie siedzę, ale w literaturze już mnie dawno nie ma, bo nie ma prawdopodobnie ze starością.
[02:05:34] - Nikt ci tak szybko komplementu nie powie jak Żelkowski za chwilę. Wiesz, Wiktorze, to takie proste w gruncie rzeczy nie jest, bo jak się prześledzi sprzedawalność twoich książek na SF-ie i w Solarisie, to się nagle okazuje, że może na tony tych książek nie sprzedajesz, ale takie nieustające zainteresowanie tym, co piszesz, jest. I te książki się sprzedają na tyle, na ile w ogóle się książki w Polsce sprzedają. Więc ja myślę, że to krygowanie się twoje nie do końca jest na miejscu, bo co innego jest na rzeczy. Otóż ludzie są skazani na to, co pisałeś kilkadziesiąt lat temu. Przepraszam, jeszcze kilka pozycji troszkę nowszych jest, ale tak naprawdę jedną z nich katowaliśmy nawet słuchaczy ABW całkiem niedawno, pod koniec roku. Natomiast jest też tak, że tych nowych rzeczy jakoś nie tworzysz i nie ma co wydawać nowego po prostu. Natomiast jeśli chodzi o to, co stworzyłeś, co jest takim kamieniem milowym w twojej twórczości, to to jest dostępne. Wojtek Sedeńko śpieszy każdemu z udostępnieniem tej książki za stosowną opłatą oczywiście. I jesteś cały czas w obiegu.
Natomiast książki generała Zygmunta Bohusza-Szyszko.
[02:07:03] - Nigdy w ten obieg, bo nie ma prawdy.
[02:07:04] - Nie ma ich tam po prostu. A co więcej, są chętni, żeby je w obieg puścić i nie mogą tego zrobić. Znaczy mogą się sprzeniewierzyć prawu i mogą to zrobić, ale to później czasami bywa bolesne, bo jak sobie ktoś przypomni, że zrobiłeś coś i można na tym zarobić, to się nagle okaże, że jesteś w czarnej i tak dalej. Więc pewno tego nie będzie. Szkoda. Po prostu szkoda. Gdyby ktoś z państwa przez przypadek, bo czasami takie przypadki się zdarzają, słyszał kiedyś o spadkobiercach albo w każdym razie rodzinie generała Bohusza-Szyszko, to my się polecamy. Jakby jakiś kontakt, to bardzo wdzięczny bym był. Wróćmy jednak do tych fascynacji. Wymieńmy jeszcze z kilka tytułów.
W Bibliotekarium ukazała się książka wspomnianego już Krügera Edmunda, Edmunda Jana Krügera. Książka, która się pierwotnie ukazała oczywiście Pod pseudonimem, bo Krüger specjalizował się w tym, żeby wydawać książki pod pseudonimem. Zmieniał te pseudonimy. Raz się nazywał Janusz Kruk, a później się nazywał Edmund Jezierski. Ta książka, o której powiem, czyli „Ludzie elektryczni”, wyszła pod wszystkimi tymi pseudonimami jako Kruk i jako Jezierski, a myśmy ją wydali jako Krüger. Dlaczego ta książka jest ciekawa? Dlatego, że jak się ją dzisiaj czyta, to jest książka awanturnicza. Trochę utopijna. Opowiada o tym, jak pewien znany wynalazca zaprzągł elektryczność do stworzenia utopii. Gdzieś tam na piaskach pustyni stwarza miasto, w którym elektryczność załatwia wszystkie sprawy: uprawę roli, życie i w ogóle jest cudownie.
Utopia.
[02:09:02] - Maszyny tak wszystko załatwiają.
[02:09:05] - Jak to elektryczność. Przypomnę tylko, że dojarki też są elektryczne. To à propos tej ostatniej czynności, o której mówiłeś. W każdym razie dlaczego ta książka jest ciekawa? Dzisiaj się wydaje awanturnicza, a to science fiction było. Otóż współczesny człowiek nie zauważa rzeczy, które były niezwykłe. Ta książka po raz pierwszy ukazała się w roku 1912. Ona oczywiście miała później reedycję. Myśmy korzystali przy naszej reedycji z wydania, które ukazało się w roku 1931, więc sporo lat minęło. Ale dlaczego ta książka na początku była science fiction, a później się stała już tylko troszkę ramotką przygodową?
Otóż nagle czytamy u autora, że urządzenia, z którymi tam mamy do czynienia, takie jak samochód, samolot, coś, co znamy dzisiaj, co jest powszechne. Ale wiesz, czym były poruszane? Oczywiście czym? Też elektrycznością. Powiem ci tak: pisanie o samolotach w roku 1912, czyli chwilę po tym, kiedy bracia Wright sobie przelecieli kawałeczek. Pisanie o samolotach napędzanych elektrycznością, pisanie o samochodach napędzanych elektrycznością to wtedy było czyste science fiction. Już nie wspominam o tym, że w ogóle idea miasta, w którym ta elektryczność załatwi za nas wszystkie sprawy, to też pewna doza fantazji niezwykłej w tym wszystkim była. I nagle ktoś powie: „Ta książka się bardzo zestarzała”. To prawda, zestarzała się. Ale z drugiej strony dostajemy klucz do tego, jak na naszych oczach science fiction, pewna część science fiction przemienia się w rzeczywistość.
Taką rzeczywistość, że dzisiaj czytając książkę Krügera „Ludzie elektryczni” czasami nie zauważamy sciencefictionowości owej powieści.
[02:11:30] - Zgadza się. Nie wiem, czy wiesz à propos, skoro już mówiliśmy o tym Zalewie Żółtych, że przyszłość się rodzi tam. My mamy w Europie jeszcze papier toaletowy, prawda? Ale oni już go nie używają. Już załatwia to elektryczność. Mają specjalne wodotryski oraz gąbki, które wycierają ci to, co wydalasz i robią całą kosmetyczną sprawę. Nie musisz się parać czymś takim jak papier toaletowy. Przyszłość jest tam na Wschodzie dalekim, a nie tu.
[02:12:13] - Tak. Wiesz co, ja tak zerkam na czat. Tutaj piszą nam słuchacze. Adam J.: „Tak, RODO. Jak to słyszę, to stają mi przed oczami numery, które do mnie wydzwaniają z zaproszeniami na badania”. Mam dokładnie to samo skojarzenie. RODO to jest jakieś przekleństwo naszych czasów. Wszyscy mówią, że to jest w moim interesie. Być może. Ale równie dużo z tego kłopotów, jak i zysków.
[02:12:46] - A co to jest?
[02:12:46] - Słucham?
[02:12:47] - Co to jest?
[02:12:48] - RODO? Tak. Bo ty jako człowiek oderwany od rzeczywistości w ogóle nie wiem, czy wiesz, że podanie kogoś po imieniu i nazwisku i adresie to dzisiaj jest przestępstwo. Oczywiście spłycam problem, ale to jest przestępstwo.
[02:13:02] - Nigdy.
[02:13:03] - Tak. Słuchaj, Europa nie ma innych problemów jak to, że ktoś do kogoś powie po nazwisku i powie, gdzie mieszka. Nie ma innych problemów w Europie i trzeba chronić dane osobowe. Oczywiście spłycam problem. Czasami to ma swoje uzasadnienie, ale myśmy to doprowadzili, przynajmniej w Polsce, do absurdu kompletnego. Wyobraź sobie, że nawet w zakładach pogrzebowych dzwoni człowiek i mówi, że chce poznać lokalizację jakiegoś grobu. Pyta ta osoba: „Ale o jakie nazwisko panu chodzi?” „Nie wiem. Pani/panu nie podam, bo jest RODO”. Nie uwzględnia prostego faktu, że RODO nie dotyczy osób zmarłych. Ale jest RODO, więc nie można.
Jak komuś po nazwisku, to absolutnie nie. Cóż, czytam też na czacie, że jest 31 osób online. Na YouTubie pewno tak, ale jest jeszcze trochę słuchających przez radio. Jak patrzę w tej chwili na licznik, to mamy około 60, 65 osób w ogóle. Co jest sympatyczne. Ale zostawmy, nie bijmy rekordów, bo tak jak tu ktoś napisał, audycja ma to do siebie, zresztą Tomek też o tym powiedział, że ma jednak charakter elitarny, bo towarzystwo czytające to dzisiaj gatunek wymierający. W związku z tym i tak się cieszę, że mamy taką słuchalność, jaką mamy.
[02:14:26] - Ja tu jeszcze pozwolę sobie zauważyć, że nie wiem jak wy panowie, chociaż pewnie podzielacie moje zdanie, ale ja wolę już 60 wartościowych, chcących naprawdę wysłuchać tej audycji i coś z niej wynieść słuchaczy niż 350 trolli.
[02:14:47] - To jest oczywista oczywistość to, co mówisz. Tak dokładnie jest. Tak jak mówiłem o elitarności tej audycji, z czego się bardzo cieszę, pewnej nici porozumienia. Kiedy pojawiają się na czacie różne uwagi, to spokojnie z nimi dyskutujemy. Chociaż jak kiedyś przeczytałem, że jeden z szanownych słuchaczy zwraca nam uwagę, że powiedzieliśmy „Eskimosi” i to jest przestępstwo straszliwie intelektualne. Dzisiaj się nie mówi „Eskimosi”. Nie wiem, czy wiesz.
[02:15:21] - Nie?
[02:15:22] - Nie.
[02:15:22] - „Pygmeje” coś się nie mówi?
[02:15:23] - Nie wiem. Ale „Eskimosi” nie. Mówi się „Inuici”. Proszę państwa, proszę dobrze poczytać. To nie jest do końca prawda. Dlaczego? Nie będę tego rozwijał. Ale ja nawet to sobie cenię, bo się nagle pojawia pewien ferment. Ktoś mówi tak, rozmawiamy z człowiekiem, który coś wie. To fajnie, wymienimy poglądy.
Może ten wniosek końcowy będzie troszeczkę inny, ale fajnie, że będzie. Jest o czym rozmawiać. Już sam fakt, że wiemy, o czym rozmawiamy. Zdarzają się niestety audycje, w których panuje radosny bełkot, czyli po prostu wszyscy rozmawiają o wszystkim, o czym wiedzą. To czasami ta rozmowa po prostu się nie klei. U nas zawsze na czacie widzę, że te rozmowy są o czymś.
[02:16:14] - To jest połowa biedy. Jak prezenter sam zaczyna gadać o wszystkim i o niczym, to już w ogóle.
[02:16:21] - Bywa.
[02:16:23] - I właśnie kolejny raz stałem się złym wilkiem. Przykro mi.
[02:16:28] - Tak. My staramy się przynajmniej kontrolować chwilami to, o czym mówimy. W związku z tym wróćmy do literackich fascynacji. Ja powiem tak: kiedyś mieliśmy audycję o trylogii księżycowej Żuławskiego, czy później o trylogii Borunia i Trepki. To też przypomnę, wpisują się w dzisiejszą audycję, bo to też są starocie, to też są ramoty. Dwa dni temu taką miałem rozmowę z człowiekiem, którego niezwykle cenię, i on mi poddał taką myśl. Mówi: „Marek, zastanów się, czy tych książek, tych staroci nie trzeba by już zacząć tłumaczyć”. Mówię: „Ale o co ci chodzi?” Mówi: „Słuchaj, ty to trawisz, czytasz to sobie, fascynujesz się, zachwycasz chwilami i jest ci z tym fajnie. Ale zastanów się dzisiaj, kiedy ktoś czyta, że trzeba by mówić otęp, bo tak się pisało przed wojną albo coś tam innego, to go to razi. Może by należało te książki przetłumaczyć z polskiego na polski, uwspółcześnić?”
[02:17:47] - Może racja.
[02:17:48] - Może tak.
[02:17:49] - Jednakże łaciny tłumaczono na język polski.
[02:17:52] - Oczywiście, że tak.
[02:17:53] - Jednak tłumaczono na nowo Biblię, jednak tłumaczono. Uwspółcześnianie po prostu trwa. Tak samo powinno istnieć uwspółcześnianie kultury. Trudno uwspółcześniać na przykład obrazy, które są namalowane, bo one są przedmiotem. Natomiast słowo, które przedmiotem nie jest, uwspółcześniać być może należy ze względu na to, żeby te pokolenia, które dopiero raczkują, też się pożywiły czymś.
[02:18:29] - Powiem ci tak, ja nie mam tego w głowie rozstrzygniętego. Z jednej strony fascynuje mnie ta naturalna forma, czyli czysty reprint tego, co było kiedyś. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że niektórzy chcieliby to przeczytać w bardziej współczesnej formie. Na razie „Bibliotekarium” publikuje te reprinty jeden do jeden, ale być może jest to całkiem interesująca idea, żeby to zacząć uwspółcześniać. Wiket Sik pisze nam: „Panowie, jakieś pomysły na short „Archipelagi nieba?” Powiem tak, nie liczcie państwo na pomysły od nas, chyba że Wiktor będzie chciał coś sprzedać. Ja powiem tylko jedno. Niedawno z pewnym autorem wymienialiśmy poglądy na to, że myśmy w pewnym momencie, w pewnej audycji powiedzieli, żeby się tych tematów nie trzymać zbyt kurczowo. Na co autor powiedział mi: „Ale to w takim razie po co są tematy?” Ma rację, ma rację w pełni. Myśmy tylko zwracali uwagę, że czasami trzymanie się kurczowo, czyli wbije sobie w głowę „Archipelagi nieba, archipelagi nieba” i ma tylko to w głowie i czyta to wprost, to czasami zaszkodzi. Kiedy mówiliśmy o nietrzymaniu się kurczowym, bardziej nam chodziło o to, żeby puścić wodze wyobraźni i być może z „Archipelagami nieba” coś się nam skojarzy tak nie wprost.
Nie wyspy na niebie, które są stalowymi jakimiś budowlami, które latają, unoszą się antygrawitacyjnie, czy tak jak w powieści Nivena „Pierścień” też tam były takie latające miasta i tak dalej. Może trzeba to przetrawić w coś zupełnie nieoczywistego. To tak naprawdę o to chodzi.
[02:20:20] - Od razu mam propozycję. Wyobraź sobie faceta, który właśnie tak, jak ty to mówisz. „Archipelagi nieba, archipelagi nieba”. I my czytamy o nim i się domyślamy, a któż to jest? O co mu biega? O co mu chodzi? Jest to kucharz, który myśli tylko o archipelagach podniebienia, żeby stworzyć taką potrawę. Dzięki jego sztuce kucharskiej.
[02:20:55] - Dlatego taka jedna. Dobrze, powiem. Już jak zacząłem, to powiem, będę żałował. Moim zdaniem stacje kosmiczne, satelity, czy to nie są archipelagi naszego nieba? Czy nie można ich podciągnąć pod to? To miałem na myśli, żeby się nie trzymać kurczowo tematu. Tak przez ogródki, tak bym to powiedział. A co sobie państwo stworzycie z tego, co powiedziałem przed chwilą? Co stworzycie, to wygracie.
[02:21:37] - Czy widzisz archipelagi nieba w naszych satelitach?
[02:21:41] - Na przykład.
[02:21:42] - Dla mnie to jest czynność, naszej cywilizacji wydajnicza. My żyjemy w złomowisku, w archipelagach złomów, śmiecia, które wywalamy na orbitę i tak dalej. I będzie tego dużo więcej, aż stworzymy z tego pierścień na kształt Saturna, nasz cywilizacyjny, czyli wydalnicę.
[02:22:09] - Tak. Wracam jeszcze do tych staroci. Mam zapisanych na dysku kilkadziesiąt książek, na przykład „Władca przestworzy”.
[02:22:23] - To ja chyba nawet jako dziecko czytałem.
[02:22:25] - To jest jedna z tych popularniejszych książek tego samego autora. Tu mamy pseudonim Edmund Jezierski, ale wszyscy wiemy, że to był Krueger. I to jest powieść, nawet podtytuł ma „Powieść fantastyczna” i to się zalicza do książek rzeczywiście fantastycznych, bo z Kruegerem to jest taki problem, że on tych książek napłodził kilkadziesiąt, z czego część to była fantastyka dalszego bądź bliższego zasięgu. Trochę pisał też historycznych rzeczy, ale pisał niestety te utopie, „Wyspy Lenina”, „Zwycięzcy bieguna”. Proszę państwa, znowu podbicie bieguna na początku XX wieku było czymś fantastycznym. Tam dolatywano samolotem, sterowcem, balonem, czymkolwiek tam się dało dolecieć, to dolatywano i z tego pisano powieści. Wtedy fantastyczne, dzisiaj fantastyczne jakby nieco mniej. Ale doceńmy też, że co innego było fantastyką kiedyś, co innego fantastyką jest dzisiaj.
[02:23:34] - Zobacz, jak się już ten cały lądolód roztopi na amen, jeśli chodzi przynajmniej o Arktykę, to będzie dopiero fantastyka. To, co opisywali kiedyś. Ten Amundsen w tych śniegach. Śnieg przecież już dawno będzie przeżytkiem. To będzie science fiction. Tego już nie będzie na świecie przecież prawie.
[02:24:03] - Tak jest. Tu napisał na czacie Mariusz Mandarynka: „Julian, proszę ciebie o felieton. W ogóle z Tomkiem Fonsem tworzycie intrygujące duo felietonistyczne”. Ja się w pełni z tym zgadzam, ale ponieważ Julian dużo pisze, to może mu czasami na felietony czasu nie starczać. Natomiast ja cały czas czekam. To rzeczywiście bardzo dobra idea zgłoszona przez Mariusza Mandarynkę. Jestem jak najbardziej za. „A jeśli chodzi o ten odzew, a nuż przyjdzie wena” — pisze Wicked Sick. Czego życzymy i zapraszamy. Konkurs jeszcze trwa.
Dzisiaj mamy 17. To jeszcze dwa tygodnie zostały. Proszę państwa, przez dwa tygodnie pół powieści można, przynajmniej niektórzy potrafią napisać. W związku z tym napisanie opowiadanka na konkurs czy też shortcika jak najbardziej zapraszamy. Robi się gęsto, tych opowiadań ku mojemu trudno powiedzieć przerażeniu. Jestem człowiekiem bałaganiarskim z natury i jak zaczyna liczba tych opowiadań przekraczać pewną krytyczną wartość, to ja się zaczynam niepokoić. Nie dlatego, że ich jest dużo, tylko czy ja nad tym wszystkim zapanuję. Ale obiecuję państwu, że mam nad sobą nadzór ludzi nieco bardziej uporządkowanych niż ja. I zapanujemy. W każdym razie jest tego dużo.
Niektóre rzeczy już nie wytrzymałem i czytałem. I są naprawdę rzeczy świetne. Jak będzie trwał proces czytania, to będziemy mogli, jak już pojawią się wyniki, część przed ukazaniem się tomu zaprezentować na antenie. Już się na to cieszę. Po lekturze przynajmniej kilku opowiadań okazało się znowu, dla mnie to było oczywiste, że te tematy, które zaproponowaliśmy, właściwie to państwo zaproponowali, bo to państwo je wybierali. Te tematy zaproponowane jak zwykle trafiły na podatny grunt i pojawiają się rzeczy Nadużywam słowa niezwykle, to ja wiem, ale naprawdę się fajne rzeczy pojawiają. Już mam zapisane je na skrzynce. Już się cieszę na ten drugi tom „Rubież rzeczywistości”. To będzie niezły odpał. Myślę, że będzie znowu grube tomiszcze, które z przyjemnością będziemy czytać.
W okresie międzywojennym pojawiały się też powieści, które dzisiaj byśmy określili mianem katastroficznych. Otóż była taka powieść, która nosi tytuł… Nadużywam często słowa młodopolska. Ona nie jest młodopolska, tylko taka powieść, która wykorzystuje pewne wątki pesymizmu, pewnej dekadencji, że świat się kończy i nie wiadomo, co będzie dalej. I to jest w niej fascynujące. Ta powieść się nazywa „Ostatni na Ziemi”. To jest taka powieść, która dzisiaj określona byłaby mianem katastroficznej. Ale jak już jesteśmy przy słowie ostatnia, to „Ostatnia godzina” to też jest taka powieść. Jej autor też nawiązuje do pewnych takich… Nazwisko nic nie mówi, nawet mnie nic nie mówi.
Tadeusz Konczyński. Słyszałeś o kimś takim?
[02:28:06] - Konczyński to „Ostatnia godzina”.
[02:28:09] - Jak zgrabnie wybrnąłeś, mój Boże! Fajne jest to, że się takie smaczki odnajduje. Trudno mówić o treści, ale kiedy państwo poznaliście we współczesnej literaturze oraz filmografii, na ile sposobów można wykończyć ludzkość, to jak sięgniecie państwo po powieść „Ostatni na Ziemi”, to przekonacie się, że czasami nie jest ważne, w jaki sposób się tę ludzkość wykończy, tylko znacznie ważniejsze są konsekwencje tego wykańczania. Co się dzieje, kiedy ludzkość zostaje zredukowana, kiedy jest jej mało, kiedy jest dekadencko i niefajnie. I to nie jest w wydaniu takim, jak mieliśmy na przykład w „Seksmisji”, kiedy było fajnie i wesoło, ale kiedy od początku do końca jest ponuro. Ta ponurość może nas troszeczkę zniechęcać albo w jakiś sposób odrzucać, ale ona jest też interesująca. Teraz mi Wiktor macha tutaj, że ja od początku nie podałem autora tej powieści „Ostatni na Ziemi”. Już spieszę z wyjaśnieniem. Autorem jest człowiek, którego imienia nie znam, bo on na okładce nie jest wyszczególniony, ale nazwisko ma Niezabitowski. „Ostatni na Ziemi” to taka powieść, którą tak jak powiedziałem, dzisiaj określilibyśmy mianem katastroficznym.
Lubisz katastroficzne powieści?
[02:29:58] - Mniej więcej tak samo jak postapo, które tak sobie.
[02:30:03] - Wiesz, postapo to się najczęściej z jakąś wojną atomową kojarzy. Tutaj mamy inną zagładę, innego rodzaju, jeszcze nie atomową. Spójrzmy na czat. Julian do Juliana. Mariusz Mandarynka. Julian: „Tak, niestety czas, czas.” Markowi ZŻ: „Kiedyś obiecałem moje opowiadanie i lipa. Dobrze, że mam czas wysłuchać audycję.” Ale jeszcze tak jak podkreślam, są jeszcze dwa tygodnie. Zawsze można spróbować. Może shortcik? To tylko 4000 znaków.
Są tematy shortcikowe. W związku z tym zapraszamy. Ja nikogo nie będę zniechęcał.
[02:30:45] - Tym bardziej że, o ile ja pamiętam, to Mariusz Mandarynka bardzo się nieźle zapowiadał.
[02:30:52] - W każdym razie ciekawe ma uwagi, kiedy koresponduje. Korespondowaliśmy przez jakiś czas na Messengerze. Ja tam namawiam i będę namawiał. Julian odpisuje: „Właśnie, jak zmieścić nie dość długie opowiadania i shorty? Mam wrażenie, że będzie trudniej dostać się do drugiej antologii, bo autorzy mogą wysłać więcej. A antologia to nie prezerwatywa.” To coś dla ciebie, to takie porównanie jak dla ciebie. Proszę państwa, ja wybrnę z tego w ten sposób. To nie będzie tak w drugiej antologii, że będziemy musieli obcinać z opowiadań drukowalnych te, które będą drukowalne bardziej. Jeśli coś uznamy, że się nadaje, to się w antologii pojawi. Najwyżej zrobimy dwa tomy.
To już tak odgrażając się. A mówiąc poważnie, bylibyśmy nieodpowiedzialni, gdybyśmy namawiali państwa do pisania opowiadań, a później część odrzucili, dlatego że się nam nie mieszczą. To tak nie będzie. Proszę się o to nie martwić. Jeśli coś będzie drukowalne, coś będzie strawne.
[02:32:12] - Nasz kłopot nie jest waszym kłopotem.
[02:32:16] - Tak, nasz kłopot nie jest waszym kłopotem. O to się nie martwcie. Piszcie dobre opowiadania, a my się nimi troskliwie zaopiekujemy. I na pewno nie będzie takiej sytuacji, że będziemy wyrzucać, bo się nam nie zmieści. To tyle tytułem uspokojenia. A ja wrócę jeszcze do tych literackich fascynacji, bo tych książek jest naprawdę cała masa. Proszę ciebie, okazuje się, że przed wojną pisano powieści. W czasie wojny zresztą też. Nagle „Rakieta nr 7”. O czym jest „Rakieta nr 7”?
Jaką sprzedaje ideę science fiction? Taką mniej więcej podobną jak w roku 2037 żółci atakują Europę. Czyli komunikacja między kontynentami, między miastami odbywa się za pomocą rakiet. Pomiędzy Warszawą a bodajże Nowym Jorkiem, też jakimś miastem w Ameryce lot trwa cztery godziny. Prawie jak Concorde. Czyli zobacz, to nie były samoloty, to były rakiety. I to jest cały element fantastyczny w tej powieści, takiej mikropowieści właściwie. Dalej pojawiają się powieści... Właśnie w tej chwili mi wyleciał tytuł. Czy to był „Stalowy człowiek”, czy „Metalowy człowiek”.
Też taka krótka mikropowieść wydana w zeszytach „Powieść co tydzień” czy „co miesiąc” — już nie pamiętam — przedwojennej, która mówi o czymś, co ma kształt takiego robota. Robota, którego jednym z zadań jest eliminowanie ludzi. Po prostu rodzaj płatnego zabójcy. Tak to sobie określmy. Więc zobacz, to dosyć śmiało.
[02:34:10] - Terminator.
[02:34:12] - Miałem to na końcu języka. Czyli przed wojną w Polsce pojawiła się powieść, którą jakby tak bardzo wykręcić, wycisnąć, to by się z tego „Terminator” zrobił. Co prawda nie podróżował w czasie, ale mniej więcej podobnym celom służył. Chwała im, że coś takiego byli w stanie przewidzieć. Ale skoro jesteśmy już przy tytułach, mamy poza rokiem 2037 powieść „Rok 3000”. „Rok 3000”, czyli posunęliśmy się troszeczkę bardziej w przód. I ten „Rok 3000” to jest powieść Amerykanina, który znowu przemyca pewne społeczne treści. Powieść ma oczywiście podtytuł, bo wtedy wszyscy musieli dodawać. Nie wystarczy „Rok 3000”. Trzeba jeszcze temu dodać podtytuł „Marzenie przyszłości”.
Więc już wiemy, proszę państwa, wszystko. Rzecz się ukazała, co ważne, w 1898 roku. Napisał to Amerykanin. To wyszło zresztą w kilku wydaniach. One się różnią między sobą. I to jest taka historia, w której poznajemy Europę przyszłości. I ta Europa przyszłości znowu w jakiś zadziwiający sposób swoimi niektórymi obrazami, wadami przypomina tę Europę, która się nam objawia w tej chwili. Co prawda autor tutaj się skupił na pewnych dziwacznościach tej Europy, ale w naszej Europie też dziwaczności nie brakuje, więc jest trendy, na czasie.
[02:36:10] - Tak jak opisuje Stany Zjednoczone Europy już wtedy, a dzisiaj to się realizuje. Z bólem się nie zrobi co prawda.
[02:36:22] - O! Mamy też deklarację na czacie. Pisze Jakub Karbownik, że dzisiaj skończył dłuższe opowiadanko i shorta. Czyli szykują się kolejni autorzy. Mariusz Mandarynka: „Nie obiecuję, ale będzie to short story”. Czyli jednak też będzie. Ja się bardzo cieszę, że się pojawią nowi autorzy. Ta antologia jest tak pomyślana, żeby się autorzy bywali, spotykali z autorami, którzy dopiero zaczynają.
[02:36:54] - Niebywałymi.
[02:36:56] - Niebywałymi, tak jest. Czyli w obu znaczeniach tego słowa. Ale przed wojną ukazywały się też powieści, które w jakiś sposób nawiązywały do, dzisiaj byśmy powiedzieli, eksperymentów genetycznych. Wtedy tego tak nie nazywano, bo i o genetyce nie było za bardzo mowy. Ale jak już czytacie państwo tytuł „Rezerwat grozy”, to musicie mieć świadomość. Zresztą to był modny temat, bo już Conan Doyle w „Wyspie doktora Moreau” cóż to było? Cóż to było, jak nie opis eksperymentów, które dzisiaj nazwalibyśmy eksperymentami genetycznymi? Ale ja mam dla państwa jeszcze jedną historię, która jest zadziwiająca. Otóż okazuje się, że powieściami o takiej kategorii prawie science fiction, czy właściwie opowieściami, mogą być książki, które traktują o astronomii albo wiedzy o planetach z punktu widzenia czasów, w których zostały napisane. Wierzcie mi państwo, że „Podręcznik o locie na Księżyc” napisany w latach 20.
czy też 30. — nie pamiętam w tej chwili — to jest fascynująca książka, proszę państwa. Fascynująca. Jak się porówna wiedzę ówczesnych ludzi o Księżycu O lotach kosmicznych i zestawi to z tym, co my wiemy dzisiaj, to jest naprawdę fascynujące. Nie da się tego opisać. To jest przygoda jedyna w swoim rodzaju. Dlatego też warto po te książki sięgnąć. Ale jeszcze sobie przygotowałem pewną niespodziankę. Otóż nie wiem, czy państwo wiecie, że przed wojną pewien Polak pisywał o lotach na Księżyc. Jest taka powieść, która traktuje o lotach na Księżyc.
To jest kolejny autor, który jest mało znany w Polsce. On umarł całkiem niedawno, pod koniec XX albo na początku XXI wieku. Nie pamiętam już w tej chwili. Nazywał się, jeżeli to nazwisko coś państwu powie, Feliks Burdecki. Był to autor rozchwytywany przed wojną. Pisał o różnych aspektach. To były typowe dzieła, książki science fiction, na przykład rzucę tytułem: „Tajemnica Marsa”. Dalej, „Życie maszyn”. O locie na Księżyc, wyleciała mi w tej chwili tytuł oczywiście z głowy. Gdy jest potrzebny, to oczywiście go nie ma.
Ale była też powieść o locie na Księżyc. Dlaczego ten autor jest mało znany? Znowu zaważyła historia i polityka. Otóż tego autora uznano po wojnie za kolaboranta, ponieważ nie popierał powstania warszawskiego. Gdzieś tam się kumał z Niemcami. Został wyklęty. Jego książki zniknęły z bibliotek. Nie ma tych książek. Dzisiaj osiągają absurdalne, astronomiczne ceny na aukcjach internetowych, bo ich jest mało. Przypomnę jeszcze raz książki Feliksa Burdeckiego.
Jeśli państwo poszukacie w internecie, to sobie te książki znajdziecie. Nie powołujmy się na moją sklerozę i zostańmy przy tych dwóch tytułach, które wymieniłem. Poszukajcie państwo tych książek. I znowu jest ten sam problem z tym autorem, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku generała Zygmunta Bohusa-Szyszko. Otóż Bibliotekarium chętnie wznowiłoby te książki. Co prawda uderzyłoby to w aukcje na Allegro antykwaryczne, bo my byśmy na pewno ceny 300 złotych i więcej, bo takie osiągają ceny te książki, nie zaproponowali, tylko wręcz przeciwnie, to byłyby książki strawne cenowo. Natomiast autor, tak jak powiedziałem, umarł całkiem niedawno. Przeniósł się w swoim czasie do RPA. I teraz skontaktujcie się państwo z rodziną w RPA, jak nie wiecie o tym autorze zbyt wiele, poza tym, że umarł w tym RPA i wiele więcej nie. To jest smażenie ściętej głowy.
Byłby dzisiaj na to rynek, byliby dzisiaj na to chętni. Tylko albo dokona wydawnictwo przestępstwa i wyda coś bez wiedzy autora, co może być bolesne dla wydawnictwa, albo też będzie przestrzegało prawa i dalej będziecie państwo skazani na bóle nie jak za zboże, jeśli w ogóle będziecie chcieli państwo te książki przeczytać. Bóle nie jak za zboże na aukcjach internetowych.
[02:41:58] - Ale to fajnie, jak trzeba będzie o zgodę na wydanie polskiego pisarza prosić Zulusów. Świetny pomysł.
[02:42:13] - Też tak myślę. A może w ogóle uznają, że on jest jakoś niepoprawny politycznie. Bo jak współpracował, jak się jeszcze dowiedzą, że współpracował, z kim nie trzeba, to już na pewno takiej zgody nie będzie, bo czemuś miałaby się taka zgoda pokazać? Więc bywa niefajnie. Powiem jeszcze o jednej rzeczy. Wiktor mi już pokazuje na zegarek. Tak, bo rzeczywiście się rozgadałem, ale muszę jeszcze o jednym autorze powiedzieć. Czy państwo kojarzycie autora Maurica Le Blanca?
[02:42:46] - Tak.
[02:42:46] - Co pisał?
[02:42:48] - A żebym wiedział w sensie.
[02:42:49] - Arsène'a Lupina.
[02:42:51] - Lupin, właśnie.
[02:42:51] - Dżentelmena włamywacza. I tu znowu jest książka dostępna na rynku przedwojennym. Być może ta książka będzie również dostępna dzięki Bibliotekarium za jakiś czas. Ale co jest z tą książką? Otóż to jest kolejna rzecz, która miała miejsce w przedwojennej Polsce, która mnie zadziwia. Mówiłem wtedy, że pojawiały się w nich błędy. Były niedorobione korektorsko, niedorobione zecersko, ale były też niedorobione zupełnie świadomie przez tłumaczy i przez wydawców. Co mam na myśli? Otóż ta książka Maurica Le Blanca, którą mam na myśli, ukazała się pod tytułem „Posłannictwo z planety Wenus”. Ale ukazała się też pod tytułem „Troje oczu”.
[02:43:46] - O!
[02:43:48] - Dwa różne tytuły. Co więcej, żeby było śmieszniej, żeby było absurdalniej, te powieści o planecie Wenus są o tyle zadziwiające, że jak się porówna treść, to w niektórych miejscach się zgadza. Ja nie mówię o różnicy tłumaczeń. Mówię o różnicy treści fabuły. A w niektórych się ni hu hu nie zgadza. Co więcej, objętość jednej z tych książek stanowi jedną trzecią drugiej.
[02:44:24] - Ale żeś zgrabnie wybrnął. Ni hu hu się nie zgadza.
[02:44:27] - Ni hu hu się nie zgadza.
[02:44:29] - Proszę.
[02:44:30] - Mówię, objętość jednej z tych książek to jest jedna trzecia tej drugiej. Pozornie to są te same książki. I nikt za cholerę nie wie. Jak się je porówna, to już wiadomo, czemu się różnią. Przed wojną podchodzono do rzeczy bardzo prosto. Troszeczkę tak, jak wydawnictwo Reader's Digest, które w jednej książce mieści cztery książki. Wycina opisy, wycina różne pierdoły i robi książkę cieńszą, za to w jednym tomie mieści książki cztery. Troszkę podobnie robiono przed wojną. Po co wydawać grubą księgę, którą Maurice Leblanc napisał, gdzie różne swoje dywagacje umieszczał. Lepiej skrócić rzecz do czystej fabuły, a czytelnik się nie będzie męczył.
Będzie miał wszystko podane lekko, łatwo i przyjemnie. Drugi wydawca doszedł do wniosku, że trzeba być człowiekiem porządnym i w związku z tym publikuje całą książkę. Jestem ciekaw wyników sprzedaży, który sprzedawał się lepiej, bo podejrzewam, że ta cieńsza sprzedawała się lepiej, bo człowiek się nie męczy jak czyta. Szybciej mu to idzie. Ktoś tu zaryzykował twierdzenie, to Jakub Karbo: „Ludzie piszący nie mogą być normalni”. Wyobraź sobie. Coś w tym jest. Jak czasami patrzę w lustro, to mam podobne.
[02:45:53] - Bez przesady, ale normalność jest najbardziej paskudną cechą ludzką.
[02:46:05] - Panu Mariuszowi Mandarynce dziękuję za komplement. Nie będę go odczytywał na antenie, bo się spłoniłem, ale dziękuję za komplement. Wiktor tak spogląda groźnie na mnie. Dobrze, już się będę ograniczał. Już kończę. Ja o tych fascynacjach starą literaturą SF mógłbym państwa jeszcze zanudzać – ho, ho! Tym razem nie hu, hu, tylko ho, ho! – dosyć długo. Rzeczywiście to jest ta moja fascynacja. Kompletnie odjechany jestem na tym punkcie.
Posłuchajcie państwo tych tytułów. „Wyspę Lenina” już wymieniałem, ale na przykład „Z przeszłości. Dwa tysiące lat” albo „Zbuntowany i zwyciężony”, ale też tytuł „Zginęła głupota”.
[02:47:05] - Głupota nie zginęła.
[02:47:06] - To jest dopiero science fiction. „W czwartym wymiarze”, „W otchłani czasu”, „W starym dworze” to takie horrorowe. „W XX wieku”, „Upiór starej plantacji”. Dalej, cóż tam jeszcze mamy? „Troje oczu” to już mówiłem. „Tryumf żółtych” to już też było.
[02:47:28] - „Telewizor Olkisza”.
[02:47:30] - „Telewizor Olkisza” to jest dobry przykład. Muszę o tym jeszcze powiedzieć, jak się zmienia słowo. Z czym się państwu dzisiaj kojarzy telewizor? Z tym, co się tam ogląda. Słowo „telewizor” może mieć inne znaczenie. A jakie, nie będę państwu zdradzał, ale zupełnie inne.
[02:47:49] - Bardzo bliskie do teleskopu.
[02:47:53] - W tym kierunku trzeba patrzeć. Dokładnie. Dalej. „Tajemnicze krainy”. Zobaczcie państwo, ile w tych tytułach jest potencjalnych treści, takich, które już by się chciało chwycić i czytać. Tytuł taki banalny: „Straszliwe zdarzenie”. „Sygnet rodzinny”. To jest też książeczka, która się tytułem może nie zapowiada, ale jest naprawdę niezła. Dalej. „Skarb Boruty”.
Idziemy w stronę bajek bardziej, ale „Skarb Araona” to już zupełnie coś innego. Mam też taką książeczkę, taki wykład przedwojenny. Ubawiłem się setnie. To jest wykład naukowy o tym, że słońce nie jest ogniskiem. O tym, że nieprawdą jest, jakoby ono tam płonęło, te tysiące stopni. Jest zupełnie inaczej. Proszę państwa, przeczytanie takiego wykładu z tamtych czasów jest fascynujące. Nawet jak wiemy, że autor nie ma racji, to argumenty, które on przytacza. Jeszcze chwilę bym uwierzył. Gdybym nie miał tego przekazane, to bym mu uwierzył.
Z dużym zaangażowaniem rzecz napisana, pewno wygłoszona przed wojną. „Rezerwat zgrozy”. Czy ciebie nie fascynuje coś takiego? Ale też mamy książkę „Pret z kryzysem”. Już mówiłem. To Jezierski. On miał jakiegoś hopla na tym punkcie i trzaskał te utopie na potęgę. I to „Pret z kryzysem” postanowił sobie napisać. I napisał „Pret z kryzysem”. Nie wiem, jak się rzecz skończyła.
Czy rzeczywiście kryzys się skończył, ale Edmund Jezierski coś takiego popełnił. W dodatku zatytułował: „Niestety utopia”. Czyli on naprawdę wierzył, że kiedyś kryzysów nie będzie. Będzie fajnie, wszyscy będą szczęśliwi. Dalej. Mówiłem o „Posłannictwie z planety Wenus”. „Podróż na Marsa” to już na dniach się ukaże w „Bibliotekarium”, ale „Podróż po Księżycu” mamy. Jest taka książka niezwykła – to by tobie podpasowało – mówiąca o prehistorycznych gadach. Dzisiaj byśmy powiedzieli o paleologii. To jest „Profesor Przedpotopowicz”.
Taki wydaje się dziecinny tytuł. On zresztą był później w drugim wydaniu zmieniony. Natomiast to jest też książka, którą jak się dzisiaj czyta, człowiek sobie mówi: „Kurczę, jakie oni mieli pomysły”. To jest książka programowana dla ówczesnych dzieci.
[02:50:38] - Widzisz, Marku, jak nie masz wiedzy, to masz pomysły. Jak masz Pomysły to masz. Wiedza blokuje pomysły. My już wiemy, czym jest słońce. I gówno prawda. Ono jest zupełnie inne niż nam się wydaje.
[02:50:58] - Ale jeszcze muszę przytoczyć. Wiem, że już czas nas goni, ale jeszcze. „Maskarada w obłokach”. Fajny tytuł, ale „Najazd Europy”, proszę ciebie. Kolejna powieść, w której się pojawia wojna. „Łodzią podwodną naokoło świata” i to jest powieść, która się całkiem niedawno, bo jakieś trzydzieści lat temu ukazała jako reprint i nie cieszyła się wielkim powodzeniem. A to znowu jest skarbnica. Może nie. Taka ściąga dla powieści przygodowej. Tam właściwie autor w dwóch tomach, to jest olbrzymia objętość, umieścił wszystko.
Wszystko, co właściwie się w powieści przygodowej da zmieścić, to się mieści w tej powieści. Że tak sobie zrymuję. Naprawdę, waham się, kryguję się przed użyciem słowa „dzieło”. Potraktujmy je, to słowo w kategoriach takich opisowych, takich bardziej technicznych. Dzieło w sensie olbrzymie wyzwanie czytelnicze, bo tego tam naprawdę jest sporo do czytania. Dalej. Mamy też nawet książki, które... Tytuł piękny. „Juliusz Verne w piekle” piękny tytuł. Zresztą książka też całkiem niezła.
„Gospoda na Księżycu” to są takie książki troszeczkę odlatujące od ścisłej science fiction. Takie trochę bardziej do ogólnoliterackości nawiązujące, ale też jako tytuł chyba warto zapamiętać.
[02:52:38] - Tam masz u góry moją ulubioną książkę „Eksperyment inżyniera Garina” Aleksandra Tołstoja.
[02:52:45] - Tak. Bo wszyscy znowu.
[02:52:48] - To była świetna książka.
[02:52:49] - Bo wielu z nas, wielu ludzi zna jego inną książkę dziejącą się na Marsie, „Aelitę”.
[02:52:56] - Tak.
[02:52:56] - Ale ten „Eksperyment Garina” to jest w ogóle inna zabawa. Ja po „Aelicie” nie polubiłem Tołstoja. Ale „Eksperyment” to jest zupełnie inna książka.
[02:53:09] - Świetna powieść. Sensacyjna, przewidująca istnienie laserów. Normalnie wtedy, kiedy o laserach jeszcze...
[02:53:16] - Tak jest. Mamy też „Drugi front”. Taka powieść też militarna bardzo. Wiecie państwo, ja chyba kiedy mówiłem o tym stalowym człowieku, to mi się chyba pozajączkowało. Ten człowiek to był elektryczny. Ten o tym robocie mówiłeś, że pierwowzór Terminatora. To mi się pozajączkowało. Wbrew pochwałom, to ja jednak czasami z pamięcią mam kłopoty. On chyba nie był stalowy. On był jednak elektryczny ten człowiek.
A cała reszta się zgadza.
[02:53:46] - Ale żeby być elektrycznym, trzeba być trochę stalowy, nie?
[02:53:50] - No trochę tak.
[02:53:51] - Metalizowany, ale przewodnikowy.
[02:53:55] - Polecam Państwu też tytuł „Czandu. Powieść z XX wieku.” To też jest warte zapamiętania. Nie polecam, w sensie literackim, ale czytelniczo pewno warto. „Czarny wampir”. No to już chyba wiadomo.
[02:54:11] - A czy może być złoty wampir?
[02:54:14] - W sumie to tak naprawdę nie wiem, czy wampir może być złoty. W tym wypadku jest czarny. To wyszło znowu jako taka krótka powieść w takim magazynie przedwojennym „Powieść co tydzień.” Ale mamy też powieść „Antychryst”. Dalej mamy „Błękitne promienie”. Wiecie państwo, tak pewno bym mógł wymieniać dalej. Wiktor tu już sięga po nu... Nie, po nuż jeszcze nie sięga. No ale w każdym razie tych tytułów jest naprawdę cała masa. No cóż, życzę państwu, bo to są rzeczy do znalezienia na aukcjach antykwarycznych, czasami gdzieś w internecie, na przykład w Wikipedii, jest podana treść. Można sobie w formie elektronicznej to ściągnąć.
Czy warto to czytać? Ja uważam, że warto, ale ja mam hopla. Ja mam fascynację. Ona trwa od jakiegoś czasu. Staram się wyciągnąć coś dobrego z tej fascynacji i staram się te książki przynajmniej częściowo udostępniać w wydawnictwie. Dlatego będę sobie powtarzał, że warto. A ty, Wiktorze, jak?
[02:55:29] - Wiesz, ja do tych książek nie mam uwag. Natomiast mam uwagi do ewentualnych czytelników tych książek. Może tak na końcu walnę taki gwóźdź do trumny.
[02:55:43] - Ale nie mojej.
[02:55:44] - Tej audycji przynajmniej.
[02:55:46] - Ach, tej audycji.
[02:55:48] - Otóż w trakcie dyskusji, kiedy Julian zabrał głos, wyskoczył, nie po raz pierwszy zresztą, ten temat upadku wiedzy technicznej. Nie mówiąc o wiedzy w ogóle i zainteresowaniach, że tak powiem, współczesnych czytelników, nie? Otóż może tak być, może tak nie być. Raczej tak jest. Ale ja chciałbym zwrócić uwagę na pewną konsekwencję tego. Otóż oni nie muszą mieć polotu ani czytać książek i tak dalej. Nie muszą. Nie muszą ich rozumieć. Tylko że my za to musimy pamiętać, że oni prędzej czy później pójdą do urn i będą głosować.
[02:56:43] - Ożeś pojechał teraz. Ho ho ho! Ale Wiktorze- Po co ja czytałem te tytuły tak wyrywkowo? Chciałem tylko pokazać, że zarówno dzisiaj, tak samo przed wojną istniała literatura różna. Część odwoływała się do wiedzy ścisłej. A ci, co nie lubią takiej ścisłości, odwoływania się do wiedzy ścisłej, tych wszystkich tajemnic nauki, to ci na przykład mogą sobie przeczytać powieść pod tytułem „Klątwa fakira”. Nie trzeba wiedzy ścisłej, fizycznej. „Klątwa fakira” wiadomo, czego się można spodziewać i już.
[02:57:34] - Jak się usiądzie jak fakir to się nogi zaplączą i tak już zostaną.
[02:57:42] - Wiktorze, niech ci będzie. Wiktorze, wiesz co? Tak myślę w tej chwili, że ja bym pewno jeszcze jak taka nakręcona katarynka, co zresztą sugerują tutaj czatowicze, że ja pewno mógłbym jeszcze tak nawijać, aż by mi gardło wysiadło. Tak naprawdę chyba straciłoby to sens, ponieważ o powieściach opowiadać nie mogę, ich treści zdradzać, więc mógłbym tak wymieniać tytuły, pewne nawiązania robić. Jak państwo ich nie znacie, to nie miałoby chyba sensu. Więc skończmy już te wymienianki. Natomiast powiem tak. Po pierwsze zwróćmy uwagę na to, że te powieści są, można po nie sięgnąć czy to w wydaniach Bibliotekarium, czy też tak jak państwu sugerowałem na aukcjach internetowych, czy też w formie elektronicznej. Ważne, żeby mieć czasami świadomość, że te fascynujące rzeczy, które się pojawiają we współczesnej fantastyce, mają swoje korzenie. I to nie jest tak, że kiedyś ludzie byli głupsi, a dzisiaj są mądrzejsi.
Ja myślę, że to akurat jest oczywista oczywistość, ale kiedy człowiek czyta na przykład tę „Podróż na Marsa”, taką utopijną troszeczkę, ale z drugiej strony niezwykłą, krótką powiastkę. Ona w wersji wydawanej przez Bibliotekarium będzie miała niecałe 100 stron. Jest średnio przetłumaczona przez tego przedwojennego tłumacza, ale kiedy się to czyta, człowiek zapomina o tych różnicach językowych, o tym średnim tłumaczeniu i oddaje się pewnej wizji, która tam jest przytoczona, o której już wspominałem. Tej cywilizacji, która być może mogłaby istnieć harmonijnie, pięknie i bez wrogów. Ale bohater sobie tego nie wyobraża i ja sobie też tego nie wyobrażam. I fajnie jest poczytać o pewnej utopii, tak jak u Jezierskiego, ale człowiek sobie też jej nie wyobraża, nie wierzy w nią, a czasami oddycha głęboko i mówi sobie: „Dobrze, że utopie się realizują, bo to byłoby straszne”. Bo kiedy czytam u Jezierskiego w „Ludziach elektrycznych”, kiedy on opowiada historię, w której coś takiego się dzieje. Ja to postaram się przytoczyć, że ludzie elektryczni opowiadają o śmiałym projekcie kolonizacji Sahary. Ja czytam to z okładki. Dzięki genialnym wynalazkom polskiego uczonego pustynia ma przekształcić się w żyzny ogród, który będzie zapewniał mieszkańcom Elektropolis dostatek i szczęście.
Autor sugeruje, że pozyskiwana z atmosfery energia sprawi, iż jałowe piaski zamienią się w uprawne pola. Dużym zaskoczeniem może być to, że w powieści napisanej na początku XX wieku pojawiają się elektryczne samochody oraz samoloty. O tym mówiłem, ale jednak pewne fragmenty „Ludzi elektrycznych” mogą wydać się dzisiaj niepokojące. W ślad za nowymi wynalazkami Jan Krüger proponuje bowiem rewolucyjne rozwiązania społeczne. Ja tam mówiłem o tym nawiązaniu do „Nowego wspaniałego świata”. Ja państwu zacytuję fragment. „W Elektropolis wszyscy są równi i równymi rządzą się prawami. Każdy obowiązany jest pracować i nie zaniedbywać się w swej pracy. Kto tylko zacznie się lenić, otrzymuje pierwsze ostrzeżenie. Po trzech ostrzeżeniach zostaje wykluczony z liczby mieszkańców miasta.
Wszystko stanowi wspólną własność wszystkich, dlatego też ogół o całości wszystkiego dbać winien. Użycie alkoholu i gry hazardowe są stanowczo wygnane z Elektropolis i każdy schwytany na gorącym uczynku przekroczenia tego zakazu surowo karany będzie”. Czy to nie jest straszne?
[03:01:52] - Straszne Marku. Pociągnę ten temat. Otóż jeżeli te marzenia o równości ludzkiej nie uwzględniają jednej rzeczy prostej technicznie. Otóż żeby wszyscy byli równi, to trzeba obciąć tych, co są nierówni.
[03:02:11] - Co wystają.
[03:02:12] - Co wystają.
[03:02:13] - Co wystają. Tak.
[03:02:14] - Życzę powodzenia.
[03:02:15] - I dlatego ja polecam państwu czytanie tych przedwojennych utopii, między innymi Krügera, zwanego też Jezierskim. Polecam, ale nie po to, żeby się nimi zachwycać, tylko czasami odetchnąć z ulgą, że utopie nie stały się naszą rzeczywistością. Na szczęście i te wszystkie Wyspy Lenina i te wszystkie inne wyspy to może jednak z daleka od nas. Myślę, że to jest dobry moment na zakończenie dzisiejszej audycji. Dziękujemy wszystkim za życzenia, bo tych życzeń przyszło na czacie całkiem sporo. I cóż, jeszcze raz kłaniamy się wszystkim. Czytam jeszcze od Juriana: „Trzeba jeszcze, żeby rozpropagować RP. W każdym troszkę to kopalnia świetnych audycji. Przemyślmy to, bo warto, żeby ludzie wiedzieli, że takie radio istnieje”. Tak, Radio Paranormalium.
Rzeczywiście z jednej strony aż się dziwię, że dociera niby do elity, ale ja bym chciał, żeby inne audycje, oczywiście nasza też, docierały do jak najszerszej ilości osób. I zgadzam się z Tomkiem, że to, co robimy, to jest jednak audycja w jakiś sposób elitarna. Nie wszyscy czytają, nie wszyscy chcą słuchać o czytaniu. Ja sobie przypomnę naszą obecność na targach w Toruniu, kiedy część naszej redakcji, która sprzedawała książki, opowiadała mi, że jak ludzie mijali stoisko z książkami, to niektórzy dosłownie omijali je szerokim łukiem, jakby się bali, że jakaś zaraza na nich przejdzie. Sam to widziałem. Ja w to nie wierzyłem, kiedy mi to opowiadali. Więc mnie zaprosili i stałem tam pół godziny i przynajmniej dwa takie obrazki widziałem. Autentycznie, jakby się bali.
[03:04:06] - Aż mi stanął teraz przed oczami krążący po Facebooku obrazek, na którym ludzie otaczają książkę leżącą na ulicy i dotykają ją patykiem.
[03:04:19] - Coś takiego miało miejsce, naprawdę. Nie wierzyłem i musiałem się przekonać na własne oczy. Z jednej strony naszego stoiska, na którym nasz dzielny współpracownik Waldemar oraz Łukasz stali, było stoisko z kostkami do gry sześciennymi, dwunastościennymi i innymi. I tam był dziki tłum. Z drugiej strony naszego stoiska był japoński komiks. I ludzie przemykali łukiem od stoiska do stoiska, omijając nas. Byli oczywiście na szczęście tacy, którzy podchodzili, kupowali książki, ale to było zjawisko dosyć dostrzegalne, że książki się omija szerokim łukiem. Dlatego dziękujemy państwu, naszym słuchaczom, że jesteście z nami. Dziękujemy za życzenia. Dziękujemy za to wszystko, za te miłe słowa, które pod naszym adresem kierujecie.
Obiecujemy, że może nie 100 lat, ale jeszcze jakiś czas z państwem będziemy. Państwo będziecie musieli wytrzymywać z nami. I cóż, teraz już ostatni obowiązek w każdej audycji. Co będzie za dwa tygodnie? Za dwa tygodnie ukazała się całkiem niedawno książka Jacka Fleischfressera pod tytułem „Jeszcze starsza baśń”. Nawiązanie jest świadome. Była „Stara baśń”, mamy „Jeszcze starszą baśń”. Zacytuję sam siebie. Bo kogoż w końcu mam cytować, jak nie sam siebie? Napisałem coś takiego w blurbie przy książce: „Czy jeszcze ktoś oprócz studentów polonistyki czytuje «Starą baśń» Józefa Ignacego Kraszewskiego?
Pamiętam, że podczas lektury często kombinowałem, co mogło się dziać przed czasami Popiela. Dzisiaj dzięki powieści Jacka Fleischfressera mam problem z głowy. Autor w brawurowy sposób łączy opis zamierzchłych dziejów ziem polskich z ciekawymi wątkami fantasy”. Myśmy zresztą fragment tej książki kiedyś prezentowali. Pamiętasz, takie było opowiadanie o Cthulhu?
[03:06:28] - Tak.
[03:06:29] - I to się pokazało w naszej audycji. Teraz mamy całą książkę. Za dwa tygodnie o tej książce będziemy rozmawiać. Będziemy rozmawiać też z autorem. Już jesteśmy umówieni na nagranie z autorem, także będziemy działać w tym kierunku i zapraszamy za dwa tygodnie. Książka jest czytana. Jestem szczerze zadziwiony i podbudowany sposobem, w jaki się rozchodzi. Naprawdę całkiem wiele osób po tę książkę sięga. Chwała zatem autorowi. I cóż, zapraszamy za dwa tygodnie.
Myślę, że audycja będzie ciekawa. Powtarzam: za dwa tygodnie „Jeszcze starsza baśń” Jacka Fleischfressera. A za tydzień oczywiście „ABW”. Kolejne opowiadania. Pytali państwo w mailu, czy aby na pewno będzie opowiadanie Tadeusza Meszko o statku. Będzie statek. O ile dobrze pamiętam tytuł. Mogę coś przekręcić, ale o to mniej więcej będzie chodzić. Statek, który zatrzymano na granicy czy coś takiego, który został zatrzymany na granicy. Tytuł poznacie państwo za tydzień w „ABW”.
Jeszcze raz dziękujemy za życzenia. Dziękujemy za uczestnictwo. Dziękujemy, że państwo słuchacie i że jesteście wierni tej audycji. Wszystkim czytającym samych dobrych lektur, wszystkim piszącym Veny, Veny, Veny. Dziękujemy. Dobranoc i do usłyszenia.
[03:08:02] - Do usłyszenia.
[03:08:03] - A mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. I przez moment towarzyszył nam również taśmowym trybem Tomasz Fąs. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios", Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę i oczywiście do usłyszenia tym razem w „ABW” już za tydzień i w „Bibliotekarium” już za dwa tygodnie. Nawiasem mówiąc, ciekawe, czy i kiedy ukaże się nienormalne „Bibliotekarium”. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.