Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie. Właśnie ktoś tutaj na YouTube w którymś z komentarzy mnie ostro skrytykował, że takie powitanie to jest bardzo niepoprawne językowo i w ogóle jakieś takie głupie. Spieszę wyjaśnić, że to powitanie to taki już od chyba paru lat przeze mnie skutecznie uskuteczniany podśmiechujek z naszego byłego już od niedawna kolegi radiowego, a więc takie powitanie jeszcze będzie nam przez jakiś czas towarzyszyć. Więc jeszcze raz witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Właśnie tutaj, właśnie teraz rozpoczynamy wlewanie do twoich uszu, drogi słuchaczu i droga słuchaczko, kolejnego odcinka „Bibliotekarium” na żywo. Dzisiaj tematem przewodnim będzie literatura grozy, a konkretnie dyskusja będzie się obracała głównie wokół opowiadań Stefana Grabińskiego. I jedno z tych opowiadań właśnie dzisiaj w trakcie naszej audycji zabrzmi, ale zanim zabrzmi i zanim zabrzmi dyskusja, miejmy nadzieję z państwa aktywnym udziałem, podam kontakty do Radia Paranormalium. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowego już czekają na nas cierpliwie gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz.
Ale zanim dopuszczę obu panów do głosu i Tomka Fąsa „Taśmę” również dopuszczę za jakiś czas, podam kontakty, bowiem audycja jest na żywo. Będzie można dzwonić, a nasze numery telefonów to 32 746 00 08, 32 746 00 08. Komórkowy i do SMS-ów 530 620 493, 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium, Czytelników Nieznanego Świata oraz na grupie Rubieże Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc czas, aby zabrzmiało teraz magiczne „Halo, halo, Bydgoszcz”.
[02:56] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór. My też tak niepoprawnie się witamy, bo tak naprawdę w tych różnych powitaniach liczy się czasami kontekst. I ten „witajcie bardzo gorąco i serdecznie” to on jest właśnie jak człowiek zna kontekst, to mu się od razu tego inaczej słucha. A jak nie zna, to rzeczywiście można później skrytykować, że to nie to i że to właściwie niepoprawnie. Tak my bardzo często zresztą się łapiemy na kontekście. Szczególnie jak poznajemy partnera życiowego, to zwykle łapiemy kontekst, a potem dopiero wychodzi podszewka, nie? A to już nie tędy.
[03:37] - Była też kiedyś na antenie Radia Paranormalium taka audycja „Krwawy Podwieczorek”, której autorka również stosowała taki kontekstualny podśmiechujek. Jak ona to się żegnała? „Trzymajcie się, cześć”. Tak szybko.
[03:54] - Tak jest. Ten „Krwawy Podwieczorek” to słuchałem. To było o seryjnych zabójcach takich.
[03:59] - Tak.
[04:01] - To było nawet ciekawe. W każdym bądź razie-
[04:05] - To była groza, taka życiowa groza.
[04:08] - Właśnie chciałem powiedzieć, że w kontekście dzisiejszej audycji to nawet dobre połączenie. Tym bardziej że wiesz-
[04:17] - A wiecie panowie, w najbliższą niedzielę, pojutrze będzie jeszcze jedna audycja o literaturze grozy, razem z takim mocnym wątkiem paranormalnym.
[04:28] - A o czym konkretnie?
[04:30] - A o czym konkretnie to ja bym musiał zajrzeć sobie do zapowiedzi na stronie Radia Paranormalium, bo wyleciało mi z głowy. W każdym razie też będzie wokół jednej konkretnej opowieści, tylko że tym razem współczesnej. A debata niekontrolowana z cyklu „Z wizytą w biurze duchów” będzie właśnie też literatura gotyku tym razem. Czyli też groza, jakby nie patrzeć, pełna nawiązań do świata rzeczy niezwykłych, zjawisk paranormalnych i tak dalej. A gościem audycji będzie Jowita Kosiba, autorka świeżo wydanej powieści pod tytułem „Nocturne”, która to powieść mocno nawiązuje do Edgara Allana Poe, Daphne du Maurier czy też sióstr Brontë. Tak więc w niedzielę też będzie dosyć mrocznie.
[05:18] - O tak, tak mi nawet kiedy przeczytałeś o siostrach Brontë, to tak mi się zatęskniło za kilkoma utworami, bo tamta groza... No właśnie, dzisiaj będziemy mówić o takiej grozie, która i tutaj się od razu podzielę. Podzielimy na pewno na dwa obozy. Będziemy dzisiaj mówić o takiej grozie, która mnie straszy w sposób umiarkowany. Jakoś tak się nie czuję przestraszony tą grozą Grabińskiego, czy też jego mistrza Edgara Allana Poe. Ja wiem, że to klasyk i w ogóle, ale W świetle tego, co się dzisiaj dzieje w literaturze grozy, w kinie grozy, to są opowiastki łagodne.
[06:05] - Tak, ale w świetle tego, co się dzieje w mojej głowie, to mnie tak samo również zupełnie nie straszy ani nie rajcuje twojego mistrza grozy, czyli Stephena Kinga. Jest zupełnie miałka, prosta, łatwa i przyjemna. Przewidywalna w każdym calu.
[06:25] - Nieprawda. Nie ma się dzisiaj co kłócić o Kinga, bo uważam, że prozę Kinga można oceniać różnie. Że jest miałka, że jest taka-śmaka, ale przewidywalna? Chyba że w takim kontekście, że wiadomo. Ale nawet tego nie wiadomo, że się wszystko dobrze skończyło, bo u Kinga nie zawsze się wszystko dobrze kończy. To nie jest tak, że King jest do końca przewidywalny. Natomiast King, tu ci muszę przyznać rację, King znalazł patent, jak czarować swoich czytelników. I on rzeczywiście wykorzystuje narzędzia, które czerpie z internetu, czerpie z rozmów nie ze słuchaczami, tym razem z czytelnikami. W ogóle to jest obeznany facet i on dlatego tak dobrze straszy, że poznaje nastroje.
[07:19] - Bo to jest dziecko swojego czasu. Ale takim samym dzieckiem swojego czasu był Stefan Grabiński w Polsce, który w tamtym czasie dla kur domowych, dla czytelników takich, którzy się lubowali w wygibasach potwornościowych, był absolutnie demonem ruchu.
[07:46] - Może. To ja trochę zweryfikuję to, co powiedziałem na początku. Być może po prostu, i to częściowo w posłowiu do wydania opowieści Grabińskiego z '75 roku, wyszły w serii „Stanisław Lem poleca”. On tam trochę sugeruje, że czas Grabińskiego minął.
[08:14] - Dokładnie tak.
[08:16] - On tam też mówi kilka ciekawych rzeczy. Nie przyszło mi to nigdy do głowy. On bardzo poważnie analizuje prozę Grabińskiego. Mówi o tym, że ona w gruncie rzeczy jest zwierciadlanym odbiciem science fiction. Jak on to uzasadnia? Otóż mówi tak: science fiction posługuje się w układaniu opowieści, w snuciu opowieści tym, co racjonalne. A Grabiński układa opowieść na motywach tego, co nieracjonalne. I Stanisław Lem ocenia to równie dobrze. On oczywiście mówi, że w naszych czasach, nasze czasy to połowa lat 70., w naszych czasach to, co nieracjonalne, już takie atrakcyjne nie jest. Otóż co by nie powiedzieć, mistrz trochę się pomylił, bo czasy się zmieniły.
Upłynęło ponad 40 lat i znowu to, co nieracjonalne, stało się ciekawe, stało się godne uwagi, godne zgłębiania. I dzisiaj chociażby gościmy na antenie Radia Paranormalium. To znaczy, że te tematy przestały być już nieatrakcyjne. Wręcz przeciwnie, ponownie stały się atrakcyjne i być może dlatego proza Grabińskiego przeżywa renesans. Nie u mnie, ale przeżywa. A być może odpowiada za to taki oto fakt, że minęło ponad 70 lat i wszystkie utwory Grabińskiego są w tak zwanej domenie publicznej. Można je drukować. I tak jak sobie zajrzałem do internetu, to chyba wszystko, co już się tylko dało wydrukować, poza podaniami i życiorysem Grabińskiego, zostało już wydrukowane. Nawet jego wczesne opowiadania. Wydał taki tomik, na który ani krytyka, ani czytelnicy nie zwrócili uwagi.
To było zresztą powodem krótkiego podłamania się przez autora, bo jego pierwszy tom opowiadań wyszedł w 1908 roku. Autor był wtedy bardzo młody, miał dwadzieścia kilka lat, bo urodził się w 1887 roku, jeżeli mnie pamięć nie myli. Zaraz to sprawdzę. Tak, w 1887. W '908 wydał ten pierwszy tom. To się nazywało „Z wyjątków. W pomrokach wiary”. Wydał to pod pseudonimem Stefan Żalny. I ta książka nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem. Na następną poczekał aż 10 lat.
Ale ten tom „Na wzgórzu róż” i później w następnym roku „Demon ruchu” to już były hity. To już były przeboje absolutne tamtego czasu. Tak wyglądała droga pisarska Stefana Grabińskiego. I on korzystał, jakby to powiedzieć, właśnie z tej irracjonalności. I wtedy to było coś nowego. Dzisiaj to wszystko jest ograne. Pewnie nie będziemy zdradzać treści opowiadań, w każdym razie nie wszystkich, ale te motywy wszystkie już były we wszystkich horrorach amerykańskich, polskich i jakichś tam jeszcze serbo-chorwackich oraz hiszpańskich.
[11:49] - Tylko widzisz, ty mówisz: wszystko już było w czasie teraźniejszym. A tak naprawdę trzeba odwrotnie ustawić. U Grabińskiego wszystko było.
[12:00] - Tak.
[12:00] - To, co dzisiaj jest.
[12:02] - Ja w tym kontekście mówiłem, oczywiście. Tylko jak kogoś nie ma na rynku literackim przez ileśdziesiąt lat, to nagle w świadomości wszystkich czytelników on jest wtórny, chociaż był wcześniej. Chociaż prawda jest zupełnie inna, ale tak to czasami czytelnicy postrzegają.
[12:21] - Zgadza się, Marku, ale my genów przecież nie widzimy. My widzimy formę taką, jaką te geny przybierają z każdym kolejnym pokoleniem. I się zachwycamy sami sobą albo naszymi partnerami życiowymi, jacy są wspaniali. A przecież tak naprawdę powinniśmy się zachwycać genami naszych przodków. I to, że Grabiński dalej funkcjonuje, jest świadectwem tego, że on jest naprawdę genem naszych przodków, jeśli chodzi o Polskę. Przynajmniej jeśli chodzi o nasz rynek. Tak jak gdzie indziej Karel Čapek czy ktokolwiek inny, George Weales czy Edgar Poe, czy Lovecraft. Tak samo u nas naszym genem, naszym przodkiem był Stefan Grabiński i do niego się dlatego z pełnym szacunkiem Stanisław Lem odzywa. À propos tego, że powiedziałeś, że Lem stwierdził, że to, co nieracjonalne, się już dzisiaj powodzeniem nie cieszy. Ty stwierdziłeś z kolei, że minęły lata i nagle się okazało, że to, co nieracjonalne, się cieszy.
Od razu pomyślałem, że teraz zrozumiałem, dlaczego świat współczesny się zachwyca demokracją. To, co nieracjonalne, wróciło do łask po prostu.
[13:54] - Tak zwane proste, żeby polecieć klasykiem, uproszczenie.
[13:59] - Tak. Ładnie. Totalna nieracjonalność.
[14:04] - Wiesz co? Z tym Grabińskim to jest w ogóle ciekawa sprawa, bo Grabiński to było dziecko swoich czasów. Tak jak powiedziałem, urodzony pod koniec XIX wieku. 13 lat zostało.
[14:18] - Marku, zobacz, gdzie myśmy się rodzili kiedyś. Jak się dzisiaj rodzi pisarz taki jak na przykład Kadyna? Urodził się gdzie? W Gdyni. Umrze w Gdyni. Koniec. A ten człowiek albo cholera wie gdzie. Może jeszcze gdzieś do jakiegoś burdelu trafi po kolei. Natomiast zobacz, Grabiński. Kamionka Burzańska nad Bugiem.
Dawno już tam nas nie ma.
[14:44] - Nie. Kamionka Strumiłowska nad Bugiem.
[14:47] - Burzańska.
[14:49] - Nad Bugiem, ale Strumiłowska.
[14:51] - Strumiłowska?
[14:52] - Tak, na pewno.
[14:53] - To i tak ciekawie.
[14:56] - A umarł we Lwowie, czyli też geograficznie dosyć blisko tego miejsca.
[15:01] - Tak, ale zobacz, jakich ludzi poznawał w międzyczasie.
[15:05] - Poznawał, jak poznawał. On zgłębiał. Nie wszystkich poznawał. Tych wielkich filozofów, których myślą się kierował, tak do końca nie poznawał. Natomiast to był facet, który mnie z nim jakoś łączy. On później mieszkał w takiej miejscowości Łąka w pobliżu Samboru. To miejscowość, która dzisiaj do Polski już nie należy, a jest mi o tyle bliska, że przed wojną moja babcia była w tej miejscowości nauczycielką. Szukam czasami jakichś pokrewieństw. Weźmy w cudzysłów te pokrewieństwa, ale jednak czuję się jakoś związany. A wracając do Grabińskiego, 13 lat przed końcem wieku się urodził.
I to był ciekawy okres w historii. W historii każdy okres jest ciekawy tak naprawdę. Ale on był ciekawy intelektualnie, bo to był czas, kiedy cała Europa interesowała się zjawiskami paranormalnymi. Taka stara teoria literacka, że te zjawiska literackie, ale też wszelkie inne, wydaje się, trochę funkcjonują na zasadzie sinusoidy, czyli raz na górze, raz się interesują zjawiskami paranormalnymi, później następuje czas racjonalizmu.
[16:32] - Życie polega na tym. Wdech, wydech, wdech, wydech.
[16:35] - Trochę tak jest też z myślą. Wdech i wydech. Ale to były akurat czasy, kiedy zjawiska paranormalne, cała ta irracjonalność była na porządku dziennym. Przypomnę, tak szeroko patrząc na to, to były czasy, kiedy zaczęły się pojawiać, a później, kiedy on już był coraz starszy, wybuchły ze zdwojoną, strojoną czy też pomnożoną siłą, czyli wywoływanie duchów, seanse spirytystyczne. Ale to był też czas, kiedy działała Madame Blavatska. To był czas, orientacyjnie to czas jego życia, kiedy działał Luton ze swoją nadchodzącą rasą, którą później się nawet hitlerowcy interesowali. Ta siła Vril i tak dalej. To wszystko wchodziło w zakres zainteresowania, że tak się wyrażę. W każdym razie on, czyli Stefan Grabiński, wsiąkł w te klimaty i rzeczywiście czerpał z nich.
[17:40] - Jeśli mogę scharakteryzować jeszcze ten czas, w którym Grabiński pisał. Otóż to był również czas, gdzie troszeczkę za granicą, poza sferą działalności Stefana Grabińskiego, który był Polakiem i żył w Polsce. Ale niedaleko dalej, bo pod Odessą dogorywał właściwie i żył i pisał jeszcze jeden Polak, syn polskiego zesłańca. Oh my God! Jak mu było?
[18:16] - I wyleciało ci z pamięci.
[18:17] - Nie.
[18:18] - I cały misterny plan To powiedz najpierw o nim, to ci się przypomni nazwisko. To tak skleroza już jest.
[18:27] - Miałem w tej chwili „Szkarłatne żagle”, „Biegnąca po falach”. Coś ci mówią te bajki?
[18:35] - Nie. Mów o autorze.
[18:38] - O Boże, jak on się nazywał?
[18:40] - Mów. O czym chcesz powiedzieć? Powiedz.
[18:48] - Na czym to polega, że to był czas, kiedyś ta magiczność, bo wcale nie horror, ale w ogóle taka magiczność. To, co było u Grabińskiego pewnym horrorem, odniesieniem do niesamowitości, to właśnie w twórczości-
[19:07] - Aleksandra Greena
[19:08] - Aleksandra Greena Gliniewskiego. Tam było odniesieniem do bajki, do baśni, do magiczności świata. Właściwie Glin Gliniewski był prawie prekursorem takich książek magicznych. Wcale nie fantasy.
[19:28] - Nie. Wiesz co, Greenowi bardzo blisko do tej poetyki, to chcesz powiedzieć, którą prezentował Grabiński.
[19:39] - Tak. To są dzieci tego samego czasu.
[19:42] - Bo wtedy się wszyscy Edgarem Allanem Poe fascynowali. Sam Grabiński. Dla Grabińskiego Edgar Allan Poe to był w ogóle mistrz wszelki. On nawet napisał o nim dosyć obszerną pracę. Esej chyba, o ile dobrze pamiętam. On zresztą nie został opublikowany. Pewno szkoda. W każdym razie ja go nigdzie nie znalazłem. To był naprawdę jego mistrz. Ale wiesz co?
Zanim się zapędzimy na te literackie obszary, to ja chciałbym powiedzieć o jednej rzeczy. Możecie mnie państwo później wyśmiać, ale to wzbudziło moje zainteresowanie. Otóż takim piętnem na życiu Grabińskiego była gruźlica. Wtedy wszyscy, cholera, mieli gruźlicę. A w każdym razie znowu traktujcie to państwo oczywiście jako pewien, trudno mówić żart, ale pewną taką figurę, że wtedy wszyscy zdolni mieli gruźlicę. Jak ktoś coś wielkiego tworzył, to się później okazywało, że miał gruźlicę, będzie miał gruźlicę, jakkolwiek to ujmiemy. U Grabińskiego to w ogóle rodzina cała była dotknięta gruźlicą. I w końcu on, gruźlica go doprowadziła do śmierci. Ale to jest ciekawe. Ta gruźlica szalejąca w Europie.
Nie wiem, czy to przypadek, że ci geniusze mieli gruźlicę, czy też gruźlica taki wpływ na nich wywierała, że oni po prostu, ponieważ fizycznie trochę wysiadali, to mieli więcej czasu na myślenie.
[21:17] - Wiesz, my postrzegamy choroby jako zjawiska negatywne, które zabijają albo utrudniają życie. Okazuje się, że na umysł wpływają bardzo często pozytywnie. Jakby nie było, jakoś kobietom to nie przeszkadza być pięknymi i inteligentnymi zarazem, cierpiąc na migrenę na przykład, która mężczyznę by rozłożyła na łopatki, bo byłby zwłokami za życia, że tak powiem, przy zwykłej migrenie.
[21:57] - Ja cię bardzo przepraszam, ale ja nie wiem. Przeczytam ci coś. To jest wstęp. W roku 1980 wyszły takie wybrane utwory Grabińskiego w trzech tomach i tam wstęp do tego wydania napisał znany polski literaturoznawca, polonista, ale taki w randze profesorskiej, a mianowicie Hutnikiewicz. I ten Hutnikiewicz napisał coś takiego. Niech jaż to znajdę. „Całe jego krótkie, smutne i ciężkie życie zamknęło się w tych ciasnych granicach galicyjskiej prowincji, morderczego zawodu, wydzierającego mu ostatnie siły w ustawicznym borykaniu się z wrogością losu. Bo cóżżesz go spotkało?” Pierwszy tomik, tak jak mówiłem, publika olała. Później też miał problemy. Niby bywał czytany, ale na przykład jego sztuki teatralne nie cieszyły się zbytnim powodzeniem.
Były wystawiane, ale to nie było to, na co publiczność czekała. Może z racji tematyki, bo zobacz, to co można stosunkowo łatwo przedstawić w literaturze na kartach książki, to w teatrze, który jest sztuką jednak wizyjną, mamy to czarno na białym, a właściwie na kolorowym, jak patrzymy na scenę, tam jest ciężko tę irracjonalność przedstawić. To, co w opowiadaniu możesz przedstawić w kilku zdaniach, w teatrze wymaga budowania pewnego. Z drugiej strony zastanawiam się, bo przecież proza Grabińskiego to proza nastroju, tworzenia nastroju, pracowitego tworzenia nastroju. I dziwię się, że jakoś w tym teatrze nie zagrzał miejsca.
[23:52] - Areczku, ale ten cały jego, że tak powiem, bliźniak, brat bliźniak, czyli Glin Gliniewski za tamtą granicą nad Odessą umierał w tym czasie z głodu. Też pisząc cudowne bajki, cudowne baśnie, cudowne książki. Umierał po prostu z głodu i umarł z głodu. Również na gruźlicę.
[24:16] - Tak? Ja to nawet nie wiedziałem, że Glin w ten sposób sobie odszedł. Ale wiesz co?
[24:23] - Zresztą widzisz, poza gruźlicą jest jeszcze jedno coś, co my nazywamy chorobą, chociaż wcale to nie jest takie pewne, czy to jest choroba, która towarzyszy ludziom twórczym prawie tak samo często jak kiedyś gruźlica. Schizofrenia, Marku. To jest pewien walor umysłowy, którym ludzie potrafią się posługiwać albo nie potrafią posługiwać. Ja na przykład zazdroszczę ludziom, którzy potrafią się zmagać z jakąś taką-
[25:08] - Nie, proszę cię, z czym zmagać? Ja nie zazdroszczę im tego, że się zmagają, bo to jest dla nich choroba i to jest w sumie ciężkie, bo to, co wymieniłeś, czy gruźlica, to w ogóle trudno porównywać. Ale czy to gruźlica, czy schizofrenia, to są ciężkie choroby. One rzeczywiście mogą w jakiś sposób na te siły twórcze oddziaływać in plus, in minus. Wynika z tego, że in plus, ale gratulować im, to nie ma czego.
[25:36] - Ja wiem, ale ten problem jest bardzo ciekawy, bo co to znaczy? Czym jest schizofrenia czy gruźlica? To jest coś takiego jak ostroga przy bucie. Po prostu jest to coś, co nas zmusza, spina, żebyśmy w tym życiu zdążyli. Grabiński też pisał w ten sposób, żeby zdążyć. W sumie zdając sobie sprawę, że ściga go ta dziedziczność. I tak postępowała większość ludzi właśnie dotkniętych tym trądem współczesnym albo mniej współczesnym. Podejrzewam, że dzisiaj mniej więcej podobnie działa AIDS. Przynajmniej sobie wyobrażam w taki sposób, że może to też jest taką pewną ostrogą dla muzyków, dlatego, żeby tu jednak coś zdążyć zaśpiewać. Co?
Nie?
[26:41] - Nie.
[26:41] - Widzę, że krztusisz się.
[26:43] - Nie wiem. Może. Nie badałem tej sprawy, nawet się jej specjalnie nie przyglądałem. Może. Jakoś nie przekonałeś mnie. Ale wspomniałem o Arturze Hutnikiewiczu, profesorze, to nie mogę się powstrzymać, żeby nie powiedzieć pewnej anegdoty. To jest anegdota dosyć drapieżna, bo pokazuje, jak się zmieniły czasy i jak się zmieniło podejście do bycia profesjonalistą, czy też wartości wyższego wykształcenia. Otóż to jest opowieść mojej świętej pamięci mamy, która w latach 60. studiowała na uniwersytecie w Toruniu i tam hasał sobie-
[27:31] - Ach, to ja go poznałem! No przecież. Oczywiście, byłem w Toruniu w tej sali kopernikańskiej.
[27:40] - Wiktor.
[27:41] - O boże.
[27:41] - Jak tak cię słucham-
[27:42] - Jeździłem do niego
[27:43] - ... mało jest ludzi w Polsce, których ty nie poznałeś. Więc od tego zacznijmy. To w dodatku jest, czego ci zazdroszczę, prawda. Więc targany trochę zazdrością jednak swoją anegdotę opowiem.
[27:56] - Bardzo sympatyczne słowo.
[27:57] - Sympatyczny.
[27:58] - Mądry i inteligentny.
[28:00] - Dobrze. Mądry, inteligentny to z całą pewnością, ale miał też rys demoniczny.
[28:04] - Tak.
[28:05] - O którym za chwilę powiem. Otóż w latach 60., kiedy moja mama studiowała w Toruniu, opowiadała taką oto historię, że po napisaniu jednej z prac semestralnych profesor Hutnikiewicz stanowczo zażądał, żeby jedna ze studentek opuściła kierunek polonistyki, żeby zrobiła to sama, bo jak nie, to on jej załatwi to, że ona z tego kierunku odejdzie. Jeszcze wilczy bilet dostanie. W każdym razie na kierunki humanistyczne. Cóż się takiego stało? Otóż w tej pracy semestralnej, którą miały napisać studentki, jedna z tych studentek popełniła trzy błędy ortograficzne. To doprowadziło profesora Hutnikiewicza do szału, bo on powiedział, że przyszły polonista nie może popełniać błędów ortograficznych i jego w ogóle nie interesuje, bo to była praca, to nie było dyktando, to była praca do napisania w domu i jeżeli polonista nie ma wyczucia, jak pisać, to on bardzo dziękuje i on nie chce jej tu widzieć po prostu. Nawet może przychodzić na zajęcia, ale to tylko przez pół roku, bo później już jej nie będzie. Dziewczyna odeszła z tego kierunku. Później zresztą skończyła studia bez problemu, ale już nie polonistyczne.
To ten demoniczny rys profesora Hutnikiewicza, który pokazuje, że kiedyś wykształcenie wyższe miało jednak jakąś swoją wartość. Ja nie wiem, nie przeceniałbym akurat, czy popełnianie błędów to jest ta najważniejsza wartość. Być może tak, być może nie, ale jednak rzeczywiście po magistrze polonistyki zajmującym się językiem polskim dobrze by było, gdyby on jednak błędów ortograficznych nie popełniał.
[30:08] - Wiesz Marku, ale ja tak sięgnąłem teraz pamięcią do swoich- Rodzinnych pamiątek, że tak powiem, tego, co pamiętam. I otóż mogę ci powiedzieć z ręką na sercu, że mój ojciec i moja matka, chociaż wykształcenia wyższego nie mieli, obydwoje skończyli życie jako główni księgowi. Nigdy w życiu nie popełniliby czegoś takiego jak błąd ortograficzny, bo takie było również wykształcenie. Nie tylko wyższe, ale również ogólnokształcące.
[30:41] - Dobrze. To prawda, że przed wojną książki, które były wykorzystywane w liceach, to po wojnie, między innymi książka Brzozowskiego, która była wykorzystywana przed wojną w liceach, dotycząca literatury, historii literatury, później była podręcznikiem na studiach. To już pokazuje, że coś się zmieniło. Cóż, ale też bym nie demonizował, bo z racji tego, że Bibliotekarium wydaje ostatnimi czasy serię „Pionierzy Fantastyki”, to ja się stykam z przedwojennymi książkami. I kiedyś mi się wydawało, że były te książki wycyzelowane, że ten język piękny i taka dbałość. Proszę ciebie. Pomijam, że język się zmienił i rzeczywiście tam są te archaizmy takie, których dzisiaj się nie stosuje. Ale ilość błędów w tych książkach, czy to takich czysto zetelskich, ze składu pochodzących, czy takich potknięć różnego rodzaju, jest przerażająca. To jednak książki drukowane w PRL-u, a tych błędów miały mniej, a i tak czasami miały długą erratę. Mój znajomy redaktor powtarza często, że nie ma bezbłędnych książek.
To jest tylko kwestia tego, ile tych błędów się znajdzie, a ile się nie wyłapie i czy później ci, co czytają tę książkę, są w stanie owe przepuszczone błędy złapać. Ale to jest zupełnie inna historia. Wróćmy do Grabińskiego, bo cóż, tak jak zacząłem o tym mówić, Grabiński to było dziecko swoich czasów i on, tak jak zacząłem mówić o tych wszystkich irracjonalnościach, o tym, co było w jego życiu ważne. Z takich literackich fascynacji, to oczywiście Edgar Allan Poe, Maeterlinck, ale na przykład Strindberg, Kierkegaard to niby filozof, ale ta filozofia Kierkegaarda to była taka granica pomiędzy filozofią a literaturą właściwie. Ale jeśli będziemy mówić o jego fascynacjach takich umysłowych, to na przykład cała filozofia Bergsona, irracjonalna filozofia. Więc zobacz, jak to blisko wszystko się kręci w jednym kotle. To była filozofia, którą on pochłaniał. Także dziecko swoich czasów. On bardzo był tym wszystkim zafascynowany, pochłaniał. Był specjalistą na tamte czasy w tych wszystkich sprawach parapsychologii, magii, demonologii.
To było wszystko, czym żył. Interesował się wszystkimi zjawiskami literackimi, ale tymi właśnie czerpiącymi z tych właśnie obszarów aktywności. Tak był skonstruowany i to później widać w jego twórczości. Rzeczywiście ona jest, tak jak napisał Lem o tym, irracjonalna, ale on tę irracjonalność, jak to teraz powiedzieć, podniósł do rangi fundamentu literackiego, a więc w jakimś tam stopniu uczynił ją racjonalną. Bo fundament musi być racjonalny.
[34:22] - W procesie twórczym, w kształcie musi być racjonalnie traktowana nieracjonalność. Jeśli nieracjonalność jest nieracjonalnie konstruowana, to jest to bełkot.
[34:33] - Tak, to jest to bełkot. A jeśli irracjonalność jest pod kątem literackim, językowym i każdym innym logicznym, stosowana racjonalnie. Chociaż brzmi to, proszę państwa, jak bełkot, to przyznaję, że racjonalna irracjonalność to już jest chyba ten stopień abstrakcji, przed którym się trzeba czasami chronić. To jednak takie zjawisko w przypadku Grabińskiego występuje. On rzeczywiście ten fundament zbudował dosyć mocno.
[35:01] - To jest cecha geniuszy. Zresztą jak to mówiłeś, to ja skoczę na sekundę od literatury do muzyki. Mniej więcej w ten sam sposób traktowano jako irracjonalnego i bełkotliwego, i szalonego, i porąbanego takiego muzyka, jak Makowicz, który jak pojechał do Stanów, to się nagle okazał geniuszem światowej pianistyki. Natomiast w Polsce był wyśmiewany. A to mój przyjaciel zresztą bardzo dobry. Wyśmiewany dlaczego? Bo wykręcał tę całą muzykę chopinowską i każdą inną na swój strój w sposób taki demoniczny. Ale robił to piekielnie racjonalnie. Tylko tą racjonalność trzeba było odkryć i odkryli to dopiero Amerykanie. I z powrotem druga fala wróciła do Polski i Makowicz nagle się okazał genialnym pianistą, ale w Polsce nie był tak traktowany.
Zresztą ta druga fala to jest Może i Grabiński jest taką drugą falą po Edgarze Poe i Lovecrafcie w Polsce, bo to była tendencja, to był okres, taki czas.
[36:31] - Wiesz co, wielu krytyków - zresztą też Hutnikiewicz z tego, co pamiętam, pisze - zarzuca Grabińskiemu, że analiza psychologii jego postaci, psychologia jego postaci bywa dosyć wątpliwa w jego opowiadaniach. To jest wszystko podporządkowane jednak wizji świata. Bo co by nie powiedzieć, utwory Grabińskiego to jest trochę wyznanie wiary, to jest jego światopogląd. On naprawdę tak głęboko wszedł w klimaty irracjonalne, że jego twórczość była czymś więcej niż tylko uprawianiem literatury. To była tak naprawdę forma wyrażenia światopoglądu Grabińskiego. On miał swoją indywidualną koncepcję spoglądania na rzeczywistość. Ta koncepcja spoglądania na rzeczywistość opierała się na kilku filarach. Jednym z tych filarów było przekonanie o tym, że w relacji myśl i materia zdecydowanie dominuje myśl. Tu można by znaleźć jakieś nawiązania do Platona wręcz. On w ten sposób postrzegał rzeczywistość.
On się przyznawał otwarcie do tych właśnie platońskich źródeł metafizyki literackiej. I to, myślę, jest dosyć ważna rzecz, którą warto podkreślić, mówiąc o twórczości Grabińskiego.
[38:22] - Jak tak charakteryzujesz, to ja się uśmiechnąłem czytając życiorys jego na Wikipedii, odniesienie do żarliwej religijności. Otóż jakoś się tak okazuje, że żarliwa religijność nie przeszkadza pisać science fiction ani odnosić się do rzeczy magicznych.
[38:52] - Ale zwróć uwagę, bo ja to powiedziałem - jednym przeszkadza, drugim nie przeszkadza. On miał swój własny - ja specjalnie to podkreśliłem - swój własny światopogląd.
[39:05] - Ale nie swój własny, tylko to jest to właśnie - czy duchowość, czy materializm. Co w nas jest ważniejsze? To jest nie tylko jego. To jest nas wszystkich.
[39:17] - Odpowiedź na to pytanie nie istnieje. Nie istnieje dobra odpowiedź. Dla jednych to, dla drugich tamto. Ja tylko chciałem zwrócić uwagę, że on był bardzo indywidualny. Mówi się często, że to był polski Edgar Allan Poe. Fajnie to brzmi, ale tak naprawdę jak wejdziemy głęboko w twórczość Grabińskiego, to ona jest jednak inna. Mówiąc szczerze, i utwory Edgara Allana Poe, i utwory Stefana Grabińskiego nie porywają mnie. Ja wiem, często podkreślam to, że ważne, że ktoś pisze i oczywiście przeczytałem, ale ja powiem ci, ja jednak wolę grozę bardziej groźną. Bo Grabiński operuje nastrojem. Jego wszystkie powieściidła - zaraz powiem, dlaczego mówię „powieściidła” - jego powieściidła i jego nowele niby opisują rzeczywistość.
Na początku każdego utworu poznajemy rzeczywistość taką, jaką jest, jaką my postrzegamy. Później, jak wchodzimy coraz głębiej, to ten nastrój się robi irracjonalny i już wtedy nie wiemy, co jest prawdą, co fikcją. Zaczynają się różne rzeczy dziać, ale w gruncie rzeczy takich strachów u Grabińskiego jest mało. Tam więcej nastroju.
[41:02] - On nie straszy, nie bawi się takim czymś, żeby przestraszyć, przerazić, żeby się człowiek zesrał z przerażenia. A to większość pisarzy współczesnych robi, żeby gdzieś tam zabolało, żeby się rzygało na sam widok, na samą myśl.
[41:22] - Tak, ale być może takie operowanie nastrojem sprawia, że proza Grabińskiego nie do wszystkich dzisiaj przemawia.
[41:34] - Zauważ, że ona jest bardzo podobna do tego, czego ty nie lubisz. Tobie się podobała - i zresztą wszystkim w naszym pokoleniu podobała się - na przykład pierwsza część trylogii Żuławskiego, czyli „Na Srebrnym Globie”. Jeszcze „Zwycięzca”. Natomiast totalnie nie podobała się „Stara Ziemia”, bo ona jest taka sama, tak samo nudna jak troszeczkę proza Grabińskiego. Bo tak się pisało w tym czasie. Zobacz, „Stara Ziemia” jest bardzo podobna do prozy Grabińskiego, tej współczesnej, którą on robił.
[42:15] - Wiesz co, ja ci powiem? Masz rację. Mówię to z niechęcią, że ci rację przyznam, ale trudno, czasami muszę. Moim zdaniem masz rację, ale z tego coś wynika.
[42:25] - Tak.
[42:26] - Proza Grabińskiego to proza nastroju i w związku z tym mówię to z autopsji. Do jego nowelek podchodziłem kilka razy i mówiąc szczerze, wiele razy poległem. Aż się zdarzył taki czas, że mi podpasowały i zjadłem całą książkę. Nie wiem, czy miałem jakiś atak, czy mózg mnie zjadał, ale w pewnym momencie pochłonąłem całą książkę. Te nowelki jakoś poszły. Edgara Allana Poe opowiadania czytałem na siłę. Wiedziałem, że muszę to przeczytać, muszę to znać. Przeczytałem. Fascynacji nie osiągnąłem. Miałem takie uczucie, że mnie w ogóle nie przestraszył i zastanawiałem się, czym się zachwycają ci ludzie.
Można różne tytuły opowiadań Edgara Allana Poe wymienić. Nie byłem zachwycony przy żadnym.
[43:31] - Marku, bo my już ewoluowaliśmy w tę stronę Conana Doyle'a bardziej.
[43:36] - Nie wiem, czy ja ewoluowałem.
[43:38] - I bardziej science fiction. Sensacyjnej science fiction, a nie takiego...
[43:44] - Nastroju.
[43:45] - Nastrojowości, nie?
[43:47] - Tak. Przy Grabińskim udało się. Tyle razy podchodziłem do niego, że w końcu mi się udało i rzeczywiście przeczytałem. Aczkolwiek kiedy Stanisław Lem napisał to posłowie do „Niesamowite opowieści” tak się nazywała ta książka, to Lem pisał o tym, że jego powieścidła, to nawiązanie do tego, co powiedziałem, są dzisiaj niezjadliwe. Rzeczywiście wiedziony oceną Lema długi czas się nie mogłem zabrać, ale w końcu się zabrałem i zacząłem czytać „Salamandrę”. To kiedyś mogło być rzeczywiście interesujące. Lem to nazywa irracjonalnym czy też produkcyjniakiem grozy, bo tam ta walka dobra ze złem, te czary odprawiane, bo to mniej więcej o coś takiego chodzi, że w pewnym momencie dochodzi do rodzaju pojedynku. To jest dzisiaj tak stare, że wtedy człowiek docenia te nowelki Grabińskiego, całego „Demona ruchu”, wszystkie jego opowieści kolejowe, wtedy człowiek mówi: „O, to było...”
[45:12] - Czekaj, bo jest coś takiego jak herbata oraz esencja. Jakby wycisnąć z tych rzeczy, streścić, zrobić takiego bryka czy to, co dzisiaj się używa, że tak powiem.
[45:31] - Zgoda.
[45:33] - Wtedy wychodzi szydło z worka. Mam do ciebie prośbę. Odczytaj z tego całego, znajdź to gdzieś na YouTubie czy gdzie akurat grzebiesz. Znajdź mi streszczenie mojej powieści dzieciństwa, czyli „Dom Sary”. To jest pięć zdań. Przeczytaj to streszczenie.
[45:57] - Za chwilę znajdę. Jeszcze powiem, że oprócz „Salamandry” była jeszcze powieść „Cień Bafometa”. Mniej więcej podobna.
[46:06] - Bardzo podobna jest „Dom Sary”.
[46:09] - „Wyspa Itongo”. Mam! „Dom Sary”. Rzeczywiście posłużę się w tej chwili, proszę państwa, cytatem z Wikipedii, bo on bardzo dobrze oddaje to, co powiedział Wiktor, że rzeczywiście ten wyciąg.
[46:25] - Tak.
[46:25] - Ta esencja rzeczywiście jeszcze się nadaje.
[46:27] - Jest absolutnie aktualna.
[46:29] - Tak.
[46:30] - Może rajcować każdego współczesnego pisarza.
[46:33] - Dłużyzny, które zaobserwował Grabiński w samej powieści dla mnie były niestrawne.
[46:37] - Dla mnie też była nudna jak flaki z olejem.
[46:39] - To czytam opis fabuły z Wikipedii. „Dom Sary. Sara jest bardzo piękną, zmysłową kobietą. Nikt jednak nie wie, że w rzeczywistości liczy sobie ponad 100 lat i jest potworem, który urodę i wieczną miłość zawdzięcza wysysaniu sił witalnych z erotycznych partnerów.
[46:59] - Wieczną młodość, Marku.
[47:01] - Tak.
[47:02] - Wieczną młodość.
[47:04] - Partnerów, czym doprowadza ich do śmierci. Wraz z nią mieszka w jej domu kamerdyner, w rzeczywistości demon Asmodeusz, który zadowala się duszami jej zmarłych kochanków. Walkę przeciwko potworowi postanawia podjąć doktor Wiktor,” notabene, „Stefanicki. Był on świadkiem śmierci swojego przyjaciela, którego ciało po spotkaniu z Sarą rozpadło się na jego oczach. Wówczas doktor oświadcza się jej i zamieszkuje w jej domu. Odmawia jednak współżycia seksualnego. Liczy na to, że ją to zniszczy, odcinając od źródła jej energii życiowej.
[47:44] - Zobacz! Majstersztyk. Każdy pisarz horrorów dzisiaj by się zachwycił. Tylko zrealizować albo film nakręcić. Kapitalny film. Co prawda scen erotycznych nie ma, bo on odmawia, nie?
[48:00] - Ale przedtem były.
[48:02] - Przedtem były.
[48:02] - Bo się robi takie intro i by były i sceny erotyczne.
[48:08] - Zgoda.
[48:08] - Zgoda. O tym właśnie mówię, że kiedy mówiłem o zestarzeniu się tej prozy, to bardziej mówię o języku, o wytwarzaniu nastroju, bo Grabiński ten nastrój wytwarza i wytwarza.
[48:21] - Marku, ja dokładnie tak samo traktuję całe swoje pisanie. Ja też ten nastrój tam wytwarzam i książki są zupełnie nieczytelne. Natomiast jak się je streści i jeśli ja przekażę to, co chciałem powiedzieć, to też sam czasami jestem zdumiony, jak ja na to wpadłem.
[48:40] - To trzeba od razu powiedzieć, że niesamowite są spotkania literackie, których bohaterem jest Wiktor. Bo przychodzą ludzie w różnym wieku Ludzie, którzy jego opowiadania przeczytali już dawno temu i przychodzą młodzi ludzie trochę popatrzeć jak na taki eksponat muzealny. „O, to jest ten pisarz Wiktor Żwikiewicz. Zobaczmy, jak on wygląda i czy jeszcze żyje, czy się nie rozpadnie tam na widowni”. Tak jak ta Sara. I większość z tych młodych ludzi mówi: „Nie, to się nie da czytać. Czytam stronę i nic nie rozumiem. Czytam ją drugi raz i nic nie rozumiem. Czytam ją piąty i dziesiąty raz i też nic nie rozumiem”. A potem Wiktor opowiada, o czym jest to opowiadanie.
Mówią: „O ja, ale fajne, to ja przeczytam”. Nie wiem, czy później czytają. To jest zupełnie inna sprawa. Ale kiedy Wiktor te opowiadania im opowie, to jest ciekawie. To jest moja taka prywatna teoria, że Wiktor pewno dlatego przestał pisać i teraz głównie opowiada swoje opowiadania i swoje nowe pomysły. Może taka nowa forma ekspresji.
[49:55] - Nie, ja jestem po prostu nowoczesny. Ja streszczam tylko.
[49:58] - Tak. Właśnie. Wiesz co, ja powiedziałem o tych powieściach Grabińskiego, a właściwie powieścidłach po to, żeby z nimi skończyć. Nie będziemy dzisiaj o powieściach Grabińskiego mówić, bo moim zdaniem szkoda czasu. Tak naprawdę na uwagę, na takie zaczytanie się zasługują jego nowele. Tam rzeczywiście jest fantastycznie.
[50:25] - Bo jest dynamika.
[50:26] - Pewna dynamika jest. A w dodatku jak ma nie być dynamiki, kiedy on opisuje między innymi w jednym z cykli, które tworzył, te kolejowe wszystkie rzeczy. Dzisiaj kolej to nie jest nic takiego specjalnie nowoczesnego. Chociaż jak nas przekonywali w swoim czasie politycy, Pendolino to jest sam miód, cud i tak dalej. Niezwykle nowoczesne. Grabiński o Pendolino nie pisał, ale rzeczywiście pewien nastrój takiej maszyny, ślepego toru, który się pojawia w jego twórczości, pojawia się bardzo często i wytwarza ten nastrój niesamowitości tej podróży przez mrok nie wiadomo dokąd. Jakby do piekła.
[51:13] - Zauważ, że akurat Grabiński zaszczył temu etapowi rozwoju technologii, który ze mnie, że tak powiem, łzy wyciska. Bo zobacz, biolodzy, genetycy użalają się nad tym, że wymarły wielkie – ja już to kiedyś mówiłem, ale to odkurzę – że wymarły dinozaury. Strasznie cudowne maszyny bojowe, takie wielkie, potężne.
[51:48] - Nie tylko bojowe, bo były to też koparki do żarcia trawy.
[51:51] - Tak.
[51:52] - Czy co tam rosło.
[51:55] - Walenie wędrujące po ziemi czy pełzające i tak dalej brzuchami, ogonami, czymkolwiek tam jeszcze coś wisiało. Natomiast było coś takiego. My i Stefan Grabiński żeśmy obserwowali, jak wymarł gatunek chyba najpiękniejszych gigantów na świecie, czyli lokomotywa parowa.
[52:19] - O tak.
[52:19] - Coś, co wymarło. To była istota technologiczna, nie biologiczna, ale ona wymarła na naszych oczach. Tak jak wcześniej wymarły zeppeliny, po prostu ze względów taktycznych i tak dalej. Niestety świat się zmienia.
[52:39] - Bez wątpienia.
[52:40] - Gatunki biologiczne i technologiczne wymierają. Natomiast ten przerażający potwór, jakim była lokomotywa parowa, to arcydzieło sztuki. Wymarło.
[52:53] - Ja jeszcze pamiętam, jak z Białegostoku do Bydgoszczy jeździłem pociągiem, który ciągnęła prawdziwa parowa lokomotywa.
[53:02] - Z Warszawy do Bydgoszczy to samo ciągały.
[53:05] - Tak. Ale coś trzeba jeszcze powiedzieć. Dzisiaj jak chcesz się przejechać pociągiem, lokomotywą, a właściwie tym, co ciągnie lokomotywa parowa, to musisz sobie pojechać chociażby do Wolsztyna. Tam jest muzeum takich właśnie dinozaurów kolejowych i tam sobie prawdziwy parowóz pod parą możesz zobaczyć. On jest co prawda bardzo nieekologiczny, bo spala się w nim węgiel. Ja nie wiem, czy miłośnicy ekologii nie oprotestują tych dinozaurów i nie każą ich ostatecznie wystrzelać.
[53:39] - Greta Thunberg z pewnością nie chciałaby czymś takim jeździć.
[53:43] - Tak jest, bo to potwór okrutny. W każdym razie zostawmy to. Bo rzeczywiście te opowieści kolejowe to jest chyba coś. Jeśli miałbym do czegoś wzdychać w twórczości Grabińskiego, to właśnie do tego tomu, w którym te opowieści kolejowe są. Zacząłem o tym mówić. Ten pociąg podróżujący przez mrok gdzieś jakby do piekła, w pewnym momencie zanika świat wokół. Ten ślepy tor.
[54:10] - Tak. Jak jako dziecko wsiadałem w Bydgoszczy, na dworcu były światła, a potem się wjeżdżało w tunel ciemności i się jechało. Jechało dokąd? Do Warszawy. Od Bydgoszczy do Warszawy nie było ani jednego światła na ziemi. Martwa ciemność.
[54:30] - To ci muszę powiedzieć, że się sporo zmieniło od tamtego czasu. Sporo.
[54:35] - To niedawno było, pół wieku temu.
[54:37] - À propos tego, o czym mówiłeś. Dom Sary. Było też takie, pamiętam, opowiadanie. To się chyba „Kochanka Szamoty” nazywało.
[54:46] - Tak.
[54:47] - Oparte na bardzo podobnym pomyśle. Też kochanki takiej trochę z zaświatów, tylko bardziej obrzydliwe to opowiadanie. I to by się mogło tym wszystkim wyznawcom takiego podgatunku gore bardzo spodobać, bo tam rzeczywiście Co więcej, ono jest chwilami nieprzyzwoite, bo ta kochanka go w pewnym momencie w ciemności przyjmuje. Nie będę państwu zdradzał, ale ono jest momentami nieprzyzwoite. Oczywiście taką nieprzyzwoitością pierwszej połowy XX wieku, więc dzisiaj to lajcik jest. Ale przypuszczam, że na tamte czasy to odważny niezwykle był ten Grabiński, pisząc to, co pisał. Chciałbym jeszcze powiedzieć o czymś takim, że jeśli miałbym szukać dobrych rzeczy u Grabińskiego, bo jednak będę podtrzymywał to, że Grabiński poza tym jednym razem, kiedy przebrnąłem przez jego nowele, to on jednak mnie czasami do ziewu doprowadza. Jest jednak coś, co jest ciekawe w jego koncepcji świata, to być może jest oczywista oczywistość, ale u niego, ja bym to nazwał chyba za Hutnikiewiczem właśnie takim pluralistycznym obrazem świata, koncepcją świata. On tak naprawdę pisze o czymś takim, że te różne warstwy naszego świata, te widoczne i te niewidoczne, sąsiadują ze sobą. Jest tylko kwestią czasu, kiedy pomiędzy jedną a drugą rzeczywistością można przeskoczyć.
To troszeczkę tak, jakby piętra w budynku. Jesteśmy dzisiaj na tym piętrze bardzo racjonalnym tej naszej rzeczywistości i za chwilę możemy przeskoczyć na piętro wyżej albo piętro niżej. To jest pewien obraz, który on dosyć konsekwentnie w swojej twórczości rysuje.
[56:45] - To jest świadectwo właśnie tego ducha, który uwzględnia wszystkie elementy rzeczywistości, a nie ten XX-wieczny prymitywny materializm, który uwzględniał tylko jeden punkt odniesienia.
[57:00] - Powiedziałem o tym przeskakiwaniu, ale on pisze to znacznie subtelniej. Znowu nie wiem, czy to Lem, czy to Hutnikiewicz, ale któryś z nich napisał, że pomiędzy tymi warstwami rzeczywistości dokonuje się też nieustanny rodzaj takiej osmozy.
[57:20] - Współistnienia. Osmoza, dokładnie współistnienie i ducha i materii po prostu. Natomiast to są proste rzeczy.
[57:31] - Proste, ale czasami warto je sobie uświadomić.
[57:35] - I warto uświadomić, że pisarze tacy właśnie jak Stefan Grabiński, jak Aleksander Grinberg-Liński byli dziećmi tego czasu, którzy to w sposób naturalny uwzględniali. I tutaj może się raz pochylę w stronę Stephena Kinga, że on chyba jednak może też coś takiego robił, Marek?
[57:58] - Ja wiem. Ty doskonale wiesz, że ja lubię Stephena Kinga. Nie zawsze lubię go w sposób racjonalny. On mi po prostu w wielu punktach swojej czy to kariery pisarskiej, czy też twórczości po prostu imponuje. Nie całymi dziełami. Mam swoje wybrane, ulubione, ukochane, umiłowane. Mam też takie, których nie lubię. Ale ten facet imponuje pewną konsekwencją, pewnym świetnie opanowanym warsztatem. Nie zawsze maestrią. Ja nie podziwiam go za tworzenie arcydzieł.
[58:38] - Masz rację, co prawda nigdy nie będę zachwycony jego literaturą, natomiast jego przełożenie przez innego człowieka, jego literatury Stephena Kinga na obraz filmowy, Stephen King się do tego nigdy nie chciał, z obrzydzeniem na to patrzył, na to dzieło, które ktoś inny zrobił, czyli na „Lśnienie” Kubricka, było dla mnie genialne. Genialne i to jest zasługa tak samo Kubricka, jak i Stephena Kinga.
[59:11] - Wiesz co? Ale jeśli chodzi o „Lśnienie” Kubricka, to wydaje mi się, taką tezę postawię, że Stephen King go po prostu zainspirował. Dał mu pewne obrazy tego hotelu odciętego od świata, tego pisarza, który chce coś napisać, ale mu nie wychodzi.
[59:31] - A Kubrick po prostu zracjonalizował to.
[59:36] - Nawet bardzo mocno.
[59:37] - Bardzo mocno.
[59:37] - Bo on się wycofał z tego wątku paranormalnego. On tam na chwilę pojawia u Kubricka, ale na chwilę. To jest margines. Natomiast ja znam książkę i ty znasz książkę, a później poznałem jeszcze film, do którego scenariusz napisał Stephen King. To taki telewizyjny film trzyodcinkowy, dosyć długi, w którym ta warstwa irracjonalna duchów, pewnych wydarzeń, które się w tym hotelu wydarzyły, bierze górę. I to też jest ciekawy film, ale zupełnie inny. To są zupełnie inne dzieła. Jeśli miałbym tak artystycznie czysto wybierać, to jednak wybrałbym Kubricka, chociaż Stephen King po pierwsze zażądał, żeby wycofać jego nazwisko. Później konsekwentnie, tak jak powiedziałeś, nie chce się do tego filmu przyznawać, ale myślę, że public relation Kingowi właśnie Kubrick zrobił. To moim zdaniem jest sto razy lepszy film od tego filmu Kinga, ale jednak mniej wierny.
Mamy telefon. Tak, czuję.
[01:00:45] - Mamy telefon, a mamy telefon dokładnie od Marka Myszog haja. Dobry wieczór, panie Marku.
[01:00:50] - Dobry wieczór.
[01:00:52] - Dobry wieczór.
[01:00:53] - Miło mi. Chciałbym się podzielić też opinią na temat opowiadań Grabińskiego. Jeżeli można.
[01:01:05] - Śmiało.
[01:01:05] - Zajmując jakąś minutkę, dwie.
[01:01:08] - Przyznaję się od razu, poległem przy takich opowiadaniach jak „Projekt", „Szary pokój" i „Przypadek".
[01:01:17] - Świetnie pana rozumiem. Świetnie to rozumiem.
[01:01:22] - Od razu się przyznaję też, że to były audiobooki. Powiem może w ten sposób: leci sobie opowiadanko, słuchawki na uszach. Akurat słucham w pracy. Jest nastrój, bo fajnie się klimat rozkręcił i nagle w uszy uderza takie słowo jak „zaplecoma". O nie! I od razu klimat prysł. Wyciągnąłem słuchawki, dałem sobie spokój. Takie słownictwo już nieużywane. I tak się zastanawiam, bo przecież Grabiński pisał chyba później po Sienkiewiczu. Raczej tak.
[01:02:03] - Zdecydowanie tak.
[01:02:06] - Ale Sienkiewicza się dobrze czyta. Czy Sienkiewicz był przerabiany na jakąś nowomowę?
[01:02:15] - Nie, nie był przerabiany. Chociaż wie pan co? To jest tak, że ja już znam ludzi, którym się Sienkiewicza niedobrze czyta. Mnie się czyta dobrze. Panu się czyta dobrze, Wiktorowi też się zdaje czyta się dobrze.
[01:02:29] - Zależy, które powieści, ale generalnie Sienkiewicz w porównaniu do Grabińskiego jest taką nowomową, chociaż dużo wcześniej pisał. Jest kilku też takich pisarzy. Orzeszkowa zdaje się, czy też „Między ustami a brzegiem pucharu" to jest świetna książka i chyba też to jest ten okres, gdzie Grabiński pisał. Tak mi się wydaje na oko. Tak strzelam.
[01:02:55] - Tak, ale myślę, że Grabińskiemu troszkę — ja nie wiem, tu by się jakiś dobry językoznawca czy w ogóle człowiek badający literaturę przydał — ale Grabińskiemu chyba trochę zaszkodził okres, kiedy startował, bo to był czas Młodej Polski. Siłą rzeczy człowiek przesiąkał tymi dziwnymi wyrazami i pewnym sposobem pisania i to mogło troszeczkę zaszkodzić, zepsuć Grabińskiemu styl na przykład.
[01:03:28] - Zobacz, masz rację, bo to samo zepsuło Żuławskiemu tą „Starą ziemię", ten trzeci tom. Zupełnie zepsuła ta młodopolska maniera.
[01:03:42] - Maniera.
[01:03:44] - A to było dużo później.
[01:03:46] - Ten okres ustalania zasad pisowni polskiej, gramatyki, ortografii i tak dalej. Z tego, co się orientuję, to chyba nawet w dwudziestoleciu międzywojennym strona warszawska ustaliła swoje zasady, a strona wschodnia od strony Lwowa była taka kątna. Jak u nas w Polsce ugrupowania tworzą jedne w kontrze do drugich. I tak jest w tamtym czasie też, jeżeli chodzi o ortografię. Nie do końca się Polacy zgadzali.
[01:04:23] - Zgadza się. Ma pan rację. Czytałem dosyć dramatyczny artykuł z prasy z tego okresu, o którym pan mówi, w którym biadolono nad tym — to był artykuł z bydgoskiej prasy przedwojennej — biadolono nad tym, jak to teraz będzie ta reforma idiotyczna, bezsensowna, jakżeż pisać, jak żyć prawie. Prawie było jak żyć. Rzeczywiście i tych reform zresztą było dosyć sporo. Ten język się zmienia. To bardzo dobrze widać po wydaniach różnych książek, które na przykład były takie wydania, które wychodziły przed I wojną światową książka i ta sama książka wychodziła w latach 30. To są ogromne zmiany, które musiały nastąpić w tej książce, takie poprawnościowe. Zresztą ta reforma była trochę taka permanentna, bo to, o ile dobrze pamiętam, w latach 30. też były kolejne zmiany.
To wtedy poległ poleg Jakub i od tego czasu Jakuba piszemy przez „u" otwarte.
[01:05:34] - Tak.
[01:05:34] - I trochę ciężko jest później dzieciom wytłumaczyć czy młodzieży, dlaczego byli Jakobini i że jest Jakub przez „ó" otwarte.
[01:05:44] - Przez Jakuba właśnie sięgnąłem któregoś razu do historii gramatyki polskiej. Tak się zdziwiłem. Taki szczur wtedy był właśnie z Jakubem. I wtedy troszeczkę pamiętam, poczytałem coś więcej. Z Marią też to było tak, że Maria chyba jest przez pomnik.
[01:06:00] - O to były przecież straszne żale, jak to w ogóle będzie ta Maria, bo to religijny kontekst też był. Rzeczywiście ta reforma języka.
[01:06:15] - Nie wiem, jak to jest w tej chwili, czy ta książka Maria Konopnicka przez „j" była. Maria Pomniku chyba. Chyba jest do tej pory oryginalne, bo to był przedwojenny pomnik, a nie wiem, jak teraz się drukuje książki. Musiałem nawet sprawdzić z ciekawości, czy to jest Maria przez „j" krótkie, czy długie. Też to było takie zamieszanie.
[01:06:34] - Czy przez „y", bo było również.
[01:06:38] - Myślę, że to już uwspółcześniono. Natomiast być może to jest ten trop. W każdym razie Grabiński rzeczywiście pewnym modom podlegał, ale mam taką propozycję, bo dzisiaj, tak jak zapowiadał Marek, dzisiaj też zrobimy sobie spotkanie z twórczością Grabińskiego, konkretnie z jednym opowiadaniem „Demon ruchu", a być może to opowiadanie wyda się bardziej lekkostrawne.
[01:07:08] - To może zapytamy, czy przy nim poległ, czy nie poległ?
[01:07:14] - Panie Marku, jak tam było? Demon ruchu. Przebrnął pan?
[01:07:18] - A którego pan? Pan Marek, którego pana Marka pyta?
[01:07:24] - Pana Marka dzwoniącego.
[01:07:27] - Nie, nie.
[01:07:28] - Takie tam zamieszanie trzech Marków na jednej antenie i tylko jeden Wiktor.
[01:07:33] - Tak, to rzeczywiście trzeba się postarać, ale się staramy. Staramy się.
[01:07:38] - Ja tylko próbowałem. Projekt „Szary pokój" i „Przypadek" przejść i na wszystkich trzech poległem.
[01:07:47] - Może Demon ruchu. Ja powiem tak: Demon ruchu jest dosyć, nie chcę w banalizm popadać, ale taki lżej strawny jest.
[01:07:57] - Po prostu. I dlatego może stał się sztandarowym prawie opowiadaniem tego cyklu.
[01:08:02] - A poza tym rzeczywiście jest chyba dla mnie przynajmniej, to jest moja indywidualna ocena. Dla mnie ten cykl związany z koleją, ten cykl Grabińskiego, jest zdecydowanie najlepszy.
[01:08:15] - Chyba jest najbliższy science fiction, powiedzmy.
[01:08:17] - Niech będzie, jest najbliższy science fiction.
[01:08:19] - Jeżeli można, poruszę samą kolej, to też jestem po lekturze. To była książka „Wielki skok na pociąg" Michaela Crichtona. Chyba tak. Nie wiem, czy panowie słyszeli o takiej powieści i o tym autorze. Chyba było właśnie-
[01:08:36] - O autorze. Crichtonie to słyszałem. To jest autor „Kuli" między innymi. Była też ekranizacja „Kuli". To jest też autor, już nie pamiętam, jak się ta powieść o podróżach w czasie nazywała. To jest też autor, od którego zaczęło się całe szaleństwo z dinozaurami. Przecież te wszystkie filmy o Parku Jurajskim to też Crichton i jego robota. A o „Wielkim skoku na pociąg" słyszałem.
[01:09:06] - „Wielki skok na pociąg" to są te klimaty dziewiętnastowiecznej Anglii, tych wielkich lokomotyw, stacji kolejowych. Fajnie się wchodzi w ten klimat, już dawno zapomniany. A jeszcze taka dygresyjka, bo ja akurat mieszkam przy granicy niemieckiej, mam trzy kilometry do Niemiec i tutaj w Niemieckich-
[01:09:29] - Do Czech też blisko.
[01:09:33] - Halo?
[01:09:35] - Do Czech też blisko zapewne.
[01:09:38] - Też. Oczywiście. Ale odnośnie tych kolei i tego całego ekoryzmu, Grety Thunberg. Tutaj w Zittau, w Niemczech jeździ właśnie taka kolejka, jak najbardziej spalinowa, jak najbardziej starodawna. Ona jeździ niemalże codziennie. W weekendy to non-stop jeździ z Zittau w kierunku takiej miejscowości uzdrowiskowej, też w Niemczech, do Oybin. I to taka troszeczkę, nie wiem, jak to nazwać. Niemiecka kultura, niemieckie poczucie. Nie wiem, jak to nazwać właściwie, że walczą o ekologię, a mimo wszystko używają sprzętu jeszcze przedwojennego. Może dla celów tylko typowo turystycznych, ale mimo wszystko, jeżeli schodzić, to schodzić definitywnie z używania takiego sprzętu.
A tutaj jednak widzą tylko swoją stronę, tak powiem.
[01:10:39] - A może to jest jakieś ziarno jednak pewnego racjonalizmu w tym wszystkim i się do końca nie dają zwariować, bo oczywiście z jednej strony stawiają wiatraki i zieloną energię, i słońce, i tak dalej. Z drugiej strony mają to poczucie, że te parowozy czy te kolejki jeździły i fajnie by było, żeby dzieci, czy też nawet osoby starsze mogły sobie taką kolej zobaczyć po prostu.
[01:11:09] - Bo to jest bardzo przyjemne, bardzo miłe. Ale mimo takie u nich, jak to powiedzieć? Takie powiedzenie: co Bogu wolno, to nie tobie? Nie wiem, już nie przypomnę sobie. Zmęczony troszeczkę jestem.
[01:11:26] - Co wolno dop Allowie, to nie smrodzie. Tak.
[01:11:29] - Między innymi to powiedzenie. Dokładnie.
[01:11:34] - Być może tak, a być może to jest kwestia tego poczucia wyższości, które Niemcy mają jakoś tak mocno zakorzenione w sobie. A być może jednak zdrowego rozsądku. Tego nie rozstrzygniemy. Natomiast tak jak powiedziałem, żeby znowu do Grabińskiego nawiązać, ja jednak zdecydowanie, jeśli tak rozmawialiśmy z Wiktorem o tych różnych opowiadaniach, tych, które pan wymieniał i tych, o których mówiliśmy, o tej kochance Szamoty, o tym domu Sary, to jednak to są ramoty. Dlaczego? Dlatego, że to nie jest wina Grabińskiego. Już mówiliśmy o tym, ale to już tyle razy później było, że dzisiaj naprawdę młodzi ludzie czasami są w stanie zarzucić Grabińskiemu wtórność. To znowu to takie zjawisko, które od jakiegoś czasu mnie rozbawia, ale ono jest bardzo realne. To, co było kiedyś, wydaje się wtórne w stosunku do tego, co powstało później. Paradoks, idiotyzm.
Ale tak jest po prostu. Natomiast te opowiadania z tomu „Demon ruchu" one mają w sobie coś niepokojącego. I w gruncie rzeczy, tak jak Wiktor mówi, być może to powinowactwo z science fiction sprawia, że one mnie jeszcze są w stanie nakręcić troszeczkę.
[01:12:52] - Dobrze, ja w takim razie przełączam się na odbiór. Będę słuchał do końca. Spróbuję przebrnąć przez to opowiadanie, które będzie prezentowane. I dziękuję ślicznie. Do usłyszenia. Dobrej nocy.
[01:13:03] - Dziękujemy za telefon. Dziękujemy.
[01:13:05] - Dziękujemy. Do usłyszenia.
[01:13:08] - Marku, to ja mam prostą propozycję, żebyśmy w takim razie odpalili w twoim wykonaniu „Demona ruchu".
[01:13:18] - No to odpalamy.
[01:13:21] - Odpalajmy.
[01:13:23] - Stefan Grabiński „Demon ruchu” Błyskawiczny Continental w drodze z Paryża do Madrytu pędził coś w tłokach. Pora była już późna, śródnocna. Czas słotny, deszczowy. Mokre biczem dżdżu chłostały oświetlone jasno szyby i rozbryzgiwały się na szkle łzawe różańce kropel. Skąpane w olewie kadłuby wagonów połyskując pod światło przydrożnych latarń niby wilgotne pancerze, wyrzygiwały rynnami pluszczącą wodę. Od czarnych ich ciał szedł w przestrzeń głuchy postęk zmieszany rozhoworu kół, potrącających się zderzaków, tratowanych bez litości szyn. Zapamiętały w biegu łańcuch wozów budził w ciszy nocy uśpione echa. Wywabiał zamarłe po lasach głosy. Cucił drzemiące stawy. Podnosiły się jakieś ciężkie, senne powieki.
Otwierały w przerażeniu jakieś duże oczy. I tak trwały w momentalnym wylęku, a pociąg mknął dalej w wichurze wiatru, w tańcu jesiennym liści, wlokąc za sobą wydłużoną tuleję wirów wstrząśniętego powietrza, leniwo wieszających się na tyłach domów kopciu i sadzy. Pędził dalej bez tchu, rzucając poza siebie krwawe wspomnienie iskier i węglowych odmiotów. W jednym z przedziałów klasy pierwszej, wciśnięty w kąt między ścianą wozu a poduszką oparcia, drzemał mężczyzna przeszło czterdziestoletni, o silnej, herkulesowej budowie ciała. Stłumione światło lampy, przecedzające się z trudem przez zaciągnięty ciemnik, oświecało twarz starannie ogoloną, podłużną, z grymasem zaciętości wkoło wąskich ust. Był sam. Nikt nie przerywał sennego dumania. Ciszę zamkniętego wnętrza przekreślał chyba tylko stukot kół pod podłogą lub pełgotanie gazu w palniku. Czerwony kolor pluszowych poduszek rozpylał wkoło duszny, parny ton, który działał nasennie jak narkosa. Miękki, ustępliwy pod palcami meszek materii ściszał odgłosy, głuszył gruchot szyn.
Uginał się posłuszną falą pod naciskiem ciężaru. Przedział zdawał się pogrążony w głębokim uśpieniu. Drzemały zasunięte na kółkach firanki, wahaly się sennym ruchem zielone siatki rozpięte pod powałą. Ukołysany miarowym ruchem wagonu podróżny przechylił znożoną głowę na wezgłowie i śnił. Wypuszczona z rąk książka ześliznęła się z kolan i upadła na podłogę. Na oprawce z delikatnej, ciemnoszafronowej skórki widniał tytuł „ Wichrowate linie”. Obok wybite pieczęcią nazwisko właściciela: Tadeusz Szygoń. W jakiejś chwili śpiący poruszył się niespokojnie. Otworzył oczy i powiódł nimi po otoczeniu. Na moment odbił się na twarzy wyraz zdumienia i wysiłek orientacji.
Podróżny jakby nie mógł zrozumieć, gdzie i dlaczego się tu znalazł, lecz już zawitał na wargi uśmiech pobłażliwej rezygnacji. Mocna, nerwista ręka podniosła się gestem nakazującym zaniechanie. Kurczowy grymas ust przeszedł w znak zniechęcenia i lekceważącej pogardy. Zapadł z powrotem w stan półsenny. Na korytarzu wagonu ozwały się czyjeś kroki. Szarpnięte drzwi odsunęły się i do przedziału wszedł konduktor. „Poproszę o bilet.” Szygoń nie drgnął. Nie dał znaku życia. Funkcjonariusz, sądząc, że śpi, przystąpił i ujął go za ramię. „Przepraszam pana, proszę o bilet.” Podróżny spojrzał błędnie na intruza.
„Bilet?” – ziewnął niedbale. „Nie mam go jeszcze.” „Dlaczego pan nie kupił na stacji?” „Nie wiem.” „Zapłaci pan za to karę.” „Karę?” „Tak” – dorzucił sennie. „Zapłacę.” „Skąd pan jedzie? Z Paryża?” „Nie wiem.” Konduktor oburzył się. „Jak to nie wie pan?” „Łaskawy pan kpi sobie ze mnie. Kto ma wiedzieć?” „Mniejsza o to.” „Przypuśćmy, że wsiadłem w Paryżu.” „Dokąd mam zatem wystawić bilet?” „Jak najdalej.” Konduktor popatrzył uważnie na pasażera. „Mogę panu dać bilet tylko do Madrytu. Tam może pan przesiąść w dowolnym kierunku.” „Wszystko jedno.” – machnął obojętnie ręką. „Byle tylko jechać.” „Bilet wręczę panu dopiero później. Muszę go wpierw wystawić i obliczyć cenę wraz z karą.” „Dobrze, dobrze.” Uwagę Szygonia przykuły od chwili wyłogi kołnierza z odznakami kolejowymi.
Para strzępiastych skrzydełek wplecionych w koło. Gdy konduktor, uśmiechnięty ironicznie, zabierał się już do wyjścia, nagle Szygoniowi wydało się, że twarz tę wykrzywioną podobnym grymasem już widział parę razy. Jakaś pasja poderwała go z miejsca i na odchodnym rzucił mu przestrogę: „Panie skrzydlaty, uważaj na przeciąg.” „Proszę być spokojnym. Zamykam drzwi.” „Uważaj pan na przeciąg.” – powtórzył uparcie. „Można czasem kark skręcić.” Funkcjonariusz był już na korytarzu. „Wariat lub pijany.” – zauważył półgłosem i przeszedł do sąsiedniego wozu. Szygoń pozostał sam. Był w stadium jednej ze swych słynnych ucieczek. Pewnego dnia, ni stąd, ni zowąd, znajdował się ten dziwny człowiek o kilkaset mil od rodzinnej Warszawy, gdzieś na drugim krańcu Europy, w Paryżu, w Londynie lub w jakiejś trzeciorzędnej mieścinie we Włoszech. Budził się ku niezmiernemu swemu zdziwieniu w jakimś nieznanym hotelu, który oglądał po raz pierwszy w życiu.
W jaki sposób dostawał się niespodziewanie w obce sobie środowisko, nie umiał nigdy w takich razach wytłumaczyć. Wypytywana o to służba hotelowa mierzyła zwykle wysokiego jegomościa w żółtym płaszczu ciekawym, czasem ironicznym spojrzeniem i informowała go o oczywistym stanie rzeczy. Oto przybył wczoraj wieczornym lub porannym pociągiem, zjadł kolację i zażądał pokoju. Raz jakiś dowcipny famulus zapytał go, czy też przypadkiem ma mu przypomnieć, pod jakim nazwiskiem zawitał. Złośliwe pytanie było zresztą całkiem uzasadnione. Człowiek, który zapomniał, co się z nim działo dnia poprzedniego, może też nie wiedzieć, jak się nazywa. W każdym razie był w tych improwizowanych jazdach Tadeusza Szygonia pewien rys tajemniczy i niewyjaśniony. Ich bezcelowość, zupełna niepamięć zdarzeń ubiegłych, dziwna amnezja obejmująca wszystko, cokolwiek się stało od chwili wyjazdu aż do momentu przybycia w nieznaną stronę, świadczyły wymownie, że zjawisko było co najmniej zagadkowe. Po powrocie z każdej takiej awanturniczej wyprawy wszystko szło znów normalnym trybem. Odwiedzał, jak dawniej, gorliwie kasyno, zgrywał się w brydża i robił słynne swoje zakłady podczas wyścigów konnych.
Wszystko było po dawnemu zwyczajne, codzienne i przeciętne. Nagle pewnego poranku Szygoń znikał i przepadał znowu bez śladu. Przyczyna owych ucieczek pozostała nigdy niewyjaśnioną. Zdaniem niektórych źródła należało szukać w żywiole atawistycznym, tkwiącym w naturze oryginała. W żyłach Szygonia płynęła podobno krew cygańska. Odziedziczył, zdaje się, po bujnych swych wędrownych przodkach tęsknotę wieczystej włóczęgi, głodną wrażeń żądzę królów gościńca. Jako objaw wypływający wprost z tego nomadyzmu przytaczano fakt, że Szygoń nigdy nie mógł wytrzymać dłużej na jednym miejscu, lecz ciągle zmieniał mieszkanie, przeprowadzając się z jednej dzielnicy w drugą. Jakiekolwiek pobudki skłaniały dziwaka do romantycznych podróży bez określonego wyraźnie celu, on sam z pewnością nie pochwalał ich ex post po powrocie. W jakiś czas po tajemniczym zniknięciu wracał równie niespodziewanie zły, wyczerpany i ponury. Przez parę następnych dni zamykał się w domu, unikając widocznie ludzi, przed którymi odczuwał wstyd i zakłopotanie.
Najciekawszym z wszystkiego był zapewne stan Szygonia w ciągu ucieczki. Jakaś ciemna moc wyrywała go z domu, pędziła na dworzec, pchała do wagonu. Jakiś nieprzezwyciężony nakaz zmuszał do porzucenia nieraz wśród głębokiej nocy wygodnego posłania, wiódł jak skazańca przez labirynt ulic, usuwając z drogi tysiące przeszkód, wsadzał do przedziału i wysyłał w szeroki świat. Następowała jazda przed siebie, po omacku, na chybił trafił. Jakieś przystanki, przesiadania w nieokreślonym kierunku, a wreszcie postój w jakimś mieście, mieścinie lub wiosce, w jakimś kraju, pod jakimś niebem. Nie wiadomo dlaczego tu właśnie, nie gdzie indziej. I wreszcie owo fatalne przebudzenie w obcej, dziko cudzej okolicy. Szygoń nigdy nie przyjeżdżał na to samo miejsce. Zawsze wyrzucał go pociąg gdzie indziej. Nigdy nie przebudzał się.
To jest nie uświadamiał sobie bezcelowości tego, co czyni w czasie jazdy. Pełnia władz psychicznych powracała dopiero po definitywnym opuszczeniu pociągu i to zwykle po głębokim, pokrzepiającym śnie w przydrożnym zajeździe lub gospodzie. I w obecnej chwili był w stanie jakby zbliżonym do transu. Pociąg, który go wiózł, wyjechał wczoraj nad ranem z Paryża. Czy wsiadł doń w stolicy Francji, czy też na jakiejś stacji po drodze nie wiedział. Wyjechał skądś i zdążał dokądś. Oto wszystko, co można było w tej sprawie powiedzieć. Poprawił się na poduszkach, wyciągnął nogi przed siebie i zapalił cygaro. Miał uczucie niesmaku, niemal wstrętu. Podobnych wrażeń doznawał zawsze na widok konduktora lub w ogóle któregoś z kolejarzy.
Ci ludzie stali się symbolem pewnych braków czy niedoborów, ucieleśnieniem niedoskonałości, jakie widział w ustroju pociągu i ruchu kolejowym. Szygoń rozumiał, że swoje wyjątkowe rekordy odbywał pod wpływem sił kosmicznych, żywiołowych, dla których realizacja w formie jazdy kolejowej była dziecinnym kompromisem wywołanym przez warunki terenu i ziemskiego środowiska. Zdawał sobie aż nadto dokładnie sprawę, że gdyby nie ta smutna okoliczność, iż jest przykuty do ziemi i jej praw, wędrówki jego przybrałyby postać bez porównania bujniejszą i piękniejszą, porzucając utarty szablon i metodę. A właśnie pociąg, kolej i jej funkcjonowanie uosabiali dlań tę ciasną formułę. To błędne koło bez wyjścia, z którego on, człowiek, biedny syn ziemi, na próżno by usiłował się wyłamać. Dlatego pogardzał tymi ludźmi. Czasem nienawidził ich nawet. Ta niechęć do pacholków okrojonej swobody wędrowania, jak ich z przekąsem nazywał, wzrastała w miarę powtarzania się fantastycznych ucieczek, których się wstydził nie tyle z powodu ich bezcelowości, ale raczej dlatego, że były zakrojone na tak nędzną skalę. Podniecały to uczucie drobne zajścia i zatargi z władzami kolejowymi, nieuniknione ze względu na anormalny stan podróżnika. Na niektórych liniach służba zdawała się znać go już dobrze i nieraz podchwytywał w przelocie ironiczny uśmiech tragarza, konduktora lub urzędnika ruchu.
Funkcjonariusz obsługujący wóz, którym obecnie jechał, wydał mu się szczególnie znajomy. Już nieraz przesunęła mu się przed roztargnionymi, zasłuchanymi w przestrzeń oczyma ta chuderlawa, ospowa twarz, rozjaśniająca się drwiącym uśmieszkiem na jego widok. Tak mu się przynajmniej zdawało. Zwłaszcza irytowały Szygonia kolejowe anonisy, reklamy i mundury. Jakże śmiesznym był patos porozwieszanych po poczekalniach alegorii ruchu, jakże pretensjonalnym szeroki gest geniuszków pędu. Lecz najkomiczniejsze wrażenie sprawiały owe skrzydlate koła na czapkach i wyłogach urzędników. To mi dopiero rozmach co się zowie! To mi fantazja. Szygoniowi na widok tych oznak przychodziła nieraz szalona ochota zedrzeć je i zastąpić wizerunkiem psa kręcącego się za własnym ogonem. Cygaro żarzyło się powoli, rozpylając po przedziale obłoczki sinawego dymu.
Zwolna ujmujące je palce rozkurczyły się leniwo i wonne trabuco potoczyło się pod kanapkę, pryskając rakietą drobnych iskier. Palacz zadrzemał. Puszczona świeżo w ruch gorąca para zasepleniła cicho pod nogami i rozlała po kupę miłe, pokojowe ciepło. Jakiś komar spóźniony zanucił nikłą piosenkę, zatoczył parę nerwowych kręgów i skrył się w ciemny zaułek między wypuklinami pluszu. I znów tylko cichy pęgot palnika i miarowy łomot kół. O jakiejś godzinie Szygoń przebudził się. Potarł czoło, zmienił senną pozycję i spojrzał przytomnie po wagonie. Ku niemiłemu zdumieniu zauważył, że nie jest sam. Miał towarzysza podróży. Naprzeciw, rozpostarty wygodnie na poduszkach siedział jakiś urzędnik kolejowy i ćmił papierosa, puszczając impertynencko dym w jego stronę.
Spod rozpiętej lekceważąco bluzy służbowej wyglądała aksamitna kamizelka, zupełnie jak u pewnego naczelnika stacji, z którym Szygoń miał raz piekielną awanturę. Natomiast pod sztywnym kołnierzem z trzema gwiazdkami i parą skrzydlatych kółek owijała szyję czerwona jak krew chusta, zupełnie jak u bezczelnego konduktora, który drażnił go swym uśmieszkiem. Co u licha? — pomyślał, przypatrując się uważnie fizjognomii intruza. Ależ to jest najwyraźniej w świecie obmierzła twarz konduktora. Te same zapadłe policzki głodomora, te same ślady po przebytej ospie. Ale skąd znów ta ranga i mundur naczelnika? Tymczasem intruz znać zauważył zainteresowanie współpasażera. Wypuścił trąbkę dymu i strzepując lekko, podpiął z rękawa, przyłożył rękę do daszka czapki i pozdrowił ze słodziutkim uśmiechem. Dobry wieczór.
Dobry wieczór — odpowiedział sucho. Łaskawy pan z daleka? Nie jestem w tej chwili nastrojony towarzysko. W ogóle lubię podróżować w milczeniu, dlatego zwykle obieram samotny przedział i płacę za to gruby napiwek. Niezrażony szorstką odprawą kolejarz uśmiechnął się błogo i ciągnął dalej z niewzruszonym spokojem. Nic nie szkodzi. Powoli nabierze łaskawy pan rozmachu. Kwestia wprawy i nawyku. Samotność, wiadomo, jest złym towarzyszem. Człowiek jest bydlęciem społecznym.
Zoon politikon. Czyż nieprawda? Jeżeli pan zalicza się dobrowolnie do kategorii bydlątek, nie mam osobiście nic przeciwko temu. Ja jestem tylko człowiekiem. All right — zaopiniował urzędnik. A widzi łaskawy pan, jak mu się język rozwiązał. Nie jest tak źle, jakby się na pozór zdawało. Owszem, posiada pan duży talent konwersacyjny, zwłaszcza w kierunku parowania pytań. Pomału wyrobimy się. No, no pójdzie jakoś, pójdzie — dorzucił protekcjonalnie.
Szygoń zmrużył podejrzliwie oczy i poprzez szpary między powiekami studiował natręta. O ile się nie mylę, jesteśmy starzy znajomi. Widywaliśmy się parę razy w życiu. Po chwili milczenia nawiązał rozmowę niezmordowany kolejarz. Opór Szygonia powoli topniał. Bezczelność tego człowieka, który pozwalał się znieważać bezkarnie, bez powodu, rozbrojała. Zrodziła się ciekawość poznania, z kim się właściwie miało do czynienia. Możliwe — odchrząknął. Tylko zdaje mi się, nosił pan do niedawna jeszcze inny mundur. W postaci kolejarza zaszła w tej chwili zagadkowa metamorfoza.
Momentalnie zniknęła gdzieś urzędnicza bluza ze świecącymi złotym szychem gwiazdkami Zniknęła czerwona czapka ruchu i zamiast uprzejmie uśmiechniętego naczelnika siedział naprzeciw zgarbiony, wymięty i szyderski konduktor wagonu w wytartym płaszczu z nieodstępnym bukietem latarki przypiętym do piersi. Szygoń przetarł oczy, mimo woli czyniąc gest odpychający. Przemienienie pańskie! Pfy! Czary czy diasek? Lecz już pochylał się ku niemu z przeciwnej strony uprzejmy naczelnik, zbrojny we wszystkie oznaki swego urzędu. Konduktor wślizgnął się gdzieś bez śladu pod mundur przełożonego. Ach tak — mówił swobodnie, jakby nigdy nic. Awansowałem. Gratuluję — bąknął Szygoń, wpatrzony osłupiałym wzrokiem w transformistę.
Tak, tak — gawędził tamten. Tam w górze umieją cenić energię i sprężystość. Poznali się na człowieku. Zostałem naczelnikiem. Kolejka, panie łaskawy, wielka rzecz. Warto służyć i wyładowywać się. Czynnik cywilizacyjny, lotna pośredniczka narodów, wymiany kultur. Pęd, panie kochany, pęd i ruch. Szygoń wydął pogardliwie wargi. Pan naczelnik — podkreślił z przekąsem — żartuje.
Co za ruch? W dzisiejszych warunkach, przy udoskonalonej technice, bieży pierwszorzędny parowóz, tak zwany Ekspres Pacific w Ameryce 200 kilometrów na godzinę. Przyjmijmy z biegiem czasu, w miarę dalszych postępów 230 kilometrów, choćby 300 kilometrów. Cóż stąd? Patrzmy na efekt końcowy. Mimo wszystko nie wychylamy się ani na milimetr poza obręb ziemi. Naczelnik uśmiechnął się nieprzekonany. Czegóż pan chce więcej? Piękna chyżość. 200 kilometrów na godzinę.
Niech żyje kolej! Pan oszalał? — zapytał wściekły już Szygoń. Bynajmniej. Wzniosłem tylko okrzyk na cześć naszej skrzydlatej patronki. Cóż łaskawy pan może jej przeciwstawić? Choćbyście osiągnęli rekord 400 kilometrów na godzinę, czym to wszystko wobec wielkiego ruchu? A! Intruz nastawił uszu. Niedobrze zrozumiałem.
Wielki ruch? Czym są wasze jazdy, choćby z największą przypuszczalnie chyżością, choćby na najdalej rozpiętych liniach wobec wielkiego ruchu i wobec faktu, że ostatecznie mimo wszystko zostajemy na Ziemi. Choćbyście wynaleźli pociąg piekielny, który by w jednej godzinie objechał całą kulę ziemską, ostatecznie wrócicie do punktu, z którego wyjechał. Jesteście przykuci do ziemi. Hehe — szydził kolejarz. Kochany pan zapewne poeta. Wolne żarty. W czym wpłynie choćby zawrotna, bajeczna chyżość ziemskiego pociągu na wielki ruch i na jego efekt? Hehehe — beczał rozbawiony naczelnik. W niczym!
— krzyknął Szygoń. Ani o cal nie zmieni jego wielkiej drogi, ani na milimetr nie przesunie jego kosmicznych szlaków. Jedziemy na toczącej się w przestrzeni kuli jak mucha na gumowym baloniku. Hehe. Co za myśli, co za koncepty! Z kochanego pana pierwszorzędny kazier humorysta. Pański nędzny pociąg, pańska mrówcza, chudrlawa kolej w swym największym, najśmieszniejszym, jak się panu podobało nazwać, pędzie podlega, uważa pan, wyraźnie podkreślam dosłownie podlega równocześnie dwudziestu blisko najrozmaitszym ruchom, z których każdy w swym efekcie jest bez porównania silniejszy, bezwzględnie mocniejszy od jej miniaturowego rozmachu. Eee, zajmujące, arcyciekawe — drwił przeciwnik. Dwadzieścia blisko ruchów. Pi, pi.
Pokaźna liczba. Pomijam już uboczne, o których się zapewne żadnemu kolejarzowi nie śniło, a przypomnę zasadnicze, podstawowe, znane każdemu uczniakowi. Pociąg pędzący z największą furią z A do B musi równocześnie z Ziemią odbywać pełny ruch obrotowy z zachodu na wschód około jej osi w przeciągu jednej doby. Hehe. Nowiny, nowiny. Równocześnie wiruje wraz z całym globem dookoła Słońca jak ćma dookoła lampy. Oszczędź mi pan swych dowcipów. Nieciekawe. Lecz na tym nie koniec. Wraz z Ziemią i Słońcem dąży po linii eliptycznej ku jakiemuś nieznanemu punktowi w przestworzach znajdującemu się w stronie konstelacji Herkulesa względnie Centaura.
Filologia na usługach astronomii. Parbleu! Tengo! Głupisz, mój kochany. Przejdźmy do ruchów ubocznych. Słyszałeś coś kiedyś o ruchu precesyjnym Ziemi? Może i słyszałem, lecz cóż nas to wszystko obchodzi? Niech żyje ruch kolejowy! Szygoń wpadł w pasję. Podniósł ciężką swą jak młot rękę i spuścił gwałtownie na głowę kpiarza, lecz ramię przecięło tylko powietrze.
Intruz sczął gdzieś jak kamfora. Miejsce naprzeciw nagle opustoszało. Hehe — zarechotało coś w drugim kącie przedziału. Szygoń odwrócił się i spostrzegł naczelnika siedzącego w kucki między oparciem a siatką. Skurczył się jakoś ogromnie i wyglądał na karzełka. Hehe. A co? Będziemy grzeczni na przyszłość? Chcesz ze mną dalej gadać, to zachowuj się przyzwoicie. Inaczej nie zlecę.
Pięść, mój kochany, to za ordynarny argument. Dla tępych osobników jedyny. Innymi nie przekonasz. Słuchałem — cedził tamten, wracając na dawne miejsce. — Słuchałem cierpliwie przez kwadrans z górą pańskich utopijnych wywodów. Posłuchajże teraz trochę i mnie. Utopijnych? — zawarczał Szygoń. — Wymienione przeze mnie ruchy są więc fikcją? Nie zaprzeczam ich istnienia, lecz cóż mnie one obchodzić mogą?
Liczę się tylko z chyżością mojego pociągu. Dla mnie miarodajnym jest tylko ruch parowozu. Co mnie to obchodzi, o jaki kawałek naprzód posunąłem się równocześnie w przestworzach międzygwiezdnych? Należy być praktycznym. Jestem pozytywistą, mój panie. Argumentacja godna stołowej nogi. Musisz mieć sen zdrowy, panie naczelniku. Dziękuję. Owszem, Pan Bóg łaskaw. Sypiam jak suseł.
Naturalnie. Łatwo było się domyśleć. Takich jak ty nie dręczy demon ruchu. Demon ruchu. Otóż i wpadliśmy w sedno sprawy. Potrąciłeś o mój rentowny pomysł. Właściwie, prawdę mówiąc, nie mój, tylko zamówiony przeze mnie u pewnego malarza dla naszej stacji. Rentowny pomysł? Zamówiony? No tak.
Chodzi o świeżo wydany prospekt na parę świeżo zbudowanych odnóg kolejowych, tak zwane Werbung선blinien. Uważasz. Rodzaj reklamy czy anonsu, który by zachęcił publikę do używania tych nowych dróg komunikacyjnych. Otóż potrzebna była jakaś winieta, jakiś bohomaz. Niby alegoria, niby symbol. Ruchu? Szygoń pobladł. Właśnie. Owóż wspomniany pan wymalował bajeczną figurę, imponujący symbol, który w mig rozchwytywały mi poczekalnie wszystkich stacji, nie tylko w kraju, lecz i za granicą. A że postarałem się o patent i prawa niby autorskie zastrzegłem sobie z góry, więc zarobiło się nieźle.
Szygoń dźwignął się z poduszek i wyprostował w całej swej imponującej wysokości. A w jakąż postać, jeśli wolno wiedzieć, przyoblekliście wasz symbol? — zasyczał zdławionym, nieswoim głosem. W postać geniusza ruchu. Olbrzymi śniady młodzieniec ważący się na kruczych, potwornie rozpiętych skrzydłach, opasany wirami kręcących się w opętańczym tańcu światów. Demon międzyplanetarnej wichury, śródgwiezdnej zamieci księżyców, cudnej, obłąkanej gonitwy komet bez liku. Bez liku. Łżesz! — ryknął, rzucając się ku niemu Szygoń. — Łżesz jak pies!
Naczelnik zwinął się w trąbkę, zdrobniał jakoś, zmalał i wsiąkł w dziurkę od klucza. Lecz niemal w tejże chwili odsunęły się drzwi przedziału i znikający natręt zlał się z postacią konduktora, który ukazał się w progu. Funkcjonariusz zmierzył złośliwym spojrzeniem wzburzonego pasażera i podawał mu bilet. Proszę, bilet już gotowy. Cena wraz z karą 200 franków. Lecz uśmiech zgubił go. Zanim zdołał zorientować się, jakieś ramię mocne jak przeznaczenie chwyciło go za pierś i wciągnęło do wnętrza. Rozległ się rozpaczliwy krzyk o pomoc. Potem trzask kruszonej kości i zapadła głucha cisza. Po chwili duży cień przesunął się po oknach samotnego korytarza, przemknął między ścianą wozu a przedziałami i zniknął u wylotu wagonu.
Ktoś otworzył drzwi na platformę i szarpnął sygnał alarmowy. Pociąg począł raptownie zwalniać. Ciemna postać zbiegła po schodach, pochyliła się w kierunku ruchu między modrzejące w świetle blasku przydrożne zarośla. Pociąg stanął. Zaniepokojona służba długo szukała sprawcy alarmu. Nie wiedziano, z którego wagonu wyszedł sygnał. Wreszcie konduktorzy zauważyli brak jednego z kolegów. Wóz numer 532. Wpadli na korytarz. Zaczęli przeszukiwać klasy.
Zastali puste. Na koniec w przedziale pierwszym znaleźli zwłoki nieszczęśliwej ofiary. Jakaś tytaniczna siła wykręciła mu głowę w tak piekielny sposób, że oczyma wyszły mi z orbit spoglądał na własne plecy. W ściętych białkach zagrało poranne słońce okrutnym uśmiechem. To korzystając z tej chwili ciszy tutaj na antenie pozwolę sobie przypomnieć kontakty do Radia Paranormalium, bowiem Bibliotekarium leci dziś na żywo, tak jak już od dłuższego czasu wróciliśmy do nadawania tej audycji na żywo. Można do nas dzwonić. Nasz numer telefonu stacjonarny to 32 746 00 08, 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493, 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. GG 36 08 80 02.
Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium, Czytelników Nieznanego Świata oraz na grupie Rubieże Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
[01:44:12] - Tak, było sporo słów, Wiktorze. Powiedz mi, czy nie dałoby się tego krócej napisać?
[01:44:20] - Dałoby się krócej. Ale widzisz, to, co mówiliśmy o esencji, przesyłanie tego kawałka literackiego jest tak nowoczesne, jakby nie minęło 100 lat od czasu, kiedy zostało to napisane.
[01:44:37] - Ale zobacz, przecież tyle słów, ile tu padło. Tak się zastanawiam, to było bardzo literackie. Znowu oddajmy Grabińskiemu honor. On naprawdę potrafił pisać.
[01:44:53] - Przede wszystkim w samym początku, jak ta lokomotywa pędzi przez ciemną noc, jak woda spływa, jak te krople deszczu i tak dalej. Jest to po mistrzowsku napisane, oczywiście należałoby potem dialog inaczej prowadzić, całą narrację prowadzić, bo to jest z takiego punktu widzenia Bóg wie jakiego zewnętrznego. Cała konstrukcja jest archaiczna. Zresztą teraz jak słuchałem, to prawie się zdrzemnąłem i zasnąłem, chociaż rzecz była bardzo intrygująca i bardzo ciekawa i dużo do przemyślenia dająca.
[01:45:34] - Tak, ale przyznasz, że to już jest nie ten język. Dobrze w sferze idei to rzeczywiście nowoczesne opowiadanie, ale tak namnożone są te słowa.
[01:45:51] - Widzisz, Marku, ja miałem takie skojarzenie, że chyba ta proza Grabińskiego daje nam świadomość tego, jak bardzo przemijalna jest sztuka pisania.
[01:46:06] - A już literatura ta...
[01:46:08] - Każda literatura, ale zresztą nie tylko literatura, sztuka wszelka. Zadam ci pytanie, czy znasz kogoś dzisiaj, kto słucha klawesynu?
[01:46:22] - Są miłośnicy muzyki dawnej.
[01:46:23] - Tak, są miłośnicy i klawesyn ma swój charakter. To zupełnie inna maszyna do dźwięku niż te używane dzisiaj, jeszcze dla jaj to i raper zrobi podkład klawesynowy. Natomiast tak normalnie ten instrument już umarł, tak jak umarła lokomotywa, jak umarły teksty Homera i tak dalej. Może jeszcze się trzymają gdzieś tylko dzięki tłumaczom, Bogiem a prawdą.
[01:47:01] - Tak.
[01:47:03] - Jakby przetłumaczyć na współczesny język Grabińskiego, to też by się czytało.
[01:47:08] - Właśnie, bo z mojego punktu widzenia to opowiadanie i nie tylko zresztą to, jest przegadane, zagadane na śmierć. To jest to, co złego mam do powiedzenia. Ale też trzeba oddać Grabińskiemu, jak się tak patrzy na konstrukcję tego jego opowiadania, kompozycję, to muszę powiedzieć, że on imponuje.
[01:47:35] - Tak.
[01:47:36] - On imponuje, jeśli chodzi o układanie klocków.
[01:47:38] - Filozoficznej analizy rzeczywistości jakiejkolwiek.
[01:47:44] - Spójrzcie państwo, on jest bardzo logiczny w tym swoim pisaniu. Zostawmy na chwilę język. Już się na nim tak wybrzydzaliśmy, że zostawmy go na chwilę. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę kompozycję, to muszę przyznać i znowu o tym Hutnikiewicz pisze, że te jego kompozycje opowiadań przypominają działanie matematyczne wręcz. On precyzyjnie konstruuje strukturę wewnętrzną opowiadania. I mówiąc szczerze, to jest troszeczkę tak, że kiedy poznamy już całe opowiadanie, czyli to, jak on wprowadza pewne postacie, pewne wydarzenia, pewne obrazy, to później dochodzimy do wniosku, że to wszystko jak klocki jest poukładane. Jeśli miałbym oceniać Grabińskiego, to za język ja go nie lubię po prostu. Ale za konstrukcję tych opowiadań to absolutnie piątka, szóstka nawet.
[01:48:54] - Marku, ja sobie w tej chwili spróbowałem przełożyć to opowiadanie tak, jak to Ivellios czyta zresztą, kiedy tego słuchałem, na współczesny film, żeby zrobić film o człowieku, który kursuje między Madrytem, Paryżem a Warszawą i tak dalej. Wsiada, wysiada, enigmatycznie, zdarzenia jakieś i tak dalej. Rewelacyjny, kapitalny film mógłby być.
[01:49:18] - I dlatego mówię o tej konstrukcji. Jeśli się weźmie te opowiadania, ktoś ma tyle samozaparcia, żeby przez ten język przebrnąć, to jakby sobie powoli spisywał albo przeczytał, a później spisywał, jak ono jest skonstruowane, to odkryje że to są pod względem konstrukcji bardzo nowoczesne teksty. Mówiliśmy o „Domu Sary”. Trochę popełniliśmy błąd, bo opowiadanie tak naprawdę nazywa się „W domu Sary”, a „Dom Sary” to jest film na podstawie tego opowiadania. One się troszeczkę różnią, nieznacznie. To streszczenie, które przeczytaliśmy, to też było streszczenie filmu, ale jeśli chodzi o opowiadanie, ono się w gruncie rzeczy pokrywa. Nie pamiętam, czy w opowiadaniu jest akurat Wiktor. Tego już nie pamiętam. Chyba nie, ale to nieważne. Ale znowu opowiadanie „W domu Sary” jest precyzyjnie skonstruowane.
To często jest tak, że szczególnie ludzie początkujący, neofici zajmujący się pisaniem, często mają świetne pomysły, a nie wiedzą, jak to poukładać.
[01:50:31] - Zgadzam się.
[01:50:31] - Grabiński takich problemów nie miał. To widać wyraźnie. Albo miał i potrafił je przeczyć.
[01:50:37] - Właśnie dlatego ja szanuję Stephena Kinga, że on tak samo ma precyzyjnie poukładaną rzecz. Mnie co prawda ziew bierze, jeśli chodzi o klimat, treść i tak dalej, bo mnie to nie rajcuje. Natomiast nigdy ta precyzja konstrukcji nie jest zupełnie doskonała, tak samo jak u Grabińskiego. I dlatego ich porównujemy ze sobą. Są to bliscy sobie twórcy.
[01:51:11] - Wiesz co? Jest dzień niesamowity, bo znowu się z tobą zgodzę. Rzeczywiście King nawet w tych powieściach czy opowiadaniach, w których nie porywa pomysłem, jest taki sobie, to ja nie znam opowiadania Kinga, które byłoby źle skonstruowane. To są dwie różne rzeczy, ale ważne. Stephen King precyzyjnie konstruuje swoje opowiadania i Grabiński robi dokładnie tak samo. Chociaż akurat Grabińskiego się już czyta trudniej, ale to z zupełnie innego powodu. I bardzo dobre, celne jest to, co powiedziałeś, że dzisiaj nowelki Grabińskiego to świetny materiał na filmy.
[01:51:55] - Zgadzam się.
[01:51:56] - Mamy telefon.
[01:51:57] - Tym razem dodzwonił się do nas Julian.
[01:52:01] - Witam serdecznie. Czy mnie słychać?
[01:52:03] - Witam.
[01:52:04] - Słychać tylko bardzo cicho.
[01:52:07] - Postaram się krzyczeć w takim razie do mikrofonu.
[01:52:11] - Zapraszamy.
[01:52:12] - Dobra. Kilka słów na temat opowiadania. Przyznam szczerze, że nie czytałem niczego więcej autora. W zasadzie przed chwilą wysłuchałem opowiadania i kilka słów na ten temat. Przyszło mi kilka myśli. Skoro to opowiadanie zostało przeczytane przez Marka Ivelliosa w „Bibliotekarium”, to znaczy, że można pisać o byle czym, bez jakiegoś super pomysłu, byle ładnie to napisać. Bo mam wrażenie, że dzisiaj to opowiadanie mogłoby przydać się do ósmej klasy szkoły podstawowej na połączenie jednocześnie lekcji języka polskiego i fizyki, dokładnie działu astronomii. I swoją drogą zastanawiam się, czy autor wiedział o 21. ruchu Ziemi à propos lotu naszej galaktyki Drogi Mlecznej w stronę galaktyki Andromedy. Pewnie nie.
Jedno, co mi wpadło do głowy, to nie wiem, może to zupełny przypadek, ale nazwisko głównego bohatera: Przygoń. Jakoś mi się to kojarzy z gonieniem na szynach. Przy-goń. Być może to nie przypadek. Słychać mnie cały czas? Bo ja tak mówię, nic się nie odzywa.
[01:54:05] - Słychać. Słuchamy uważnie.
[01:54:06] - Okej. Jeżeli chodzi o język, nie będę poruszał konstrukcji, ale jeżeli chodzi o język, to słuchając, jest to proza, ale miałem takie poczucie, że z delikatnym, tajemniczym pierwiastkiem poezji. To, jak pisze autor, płynęło. Moim zdaniem jest fajnie napisane, z tym że bez jakiegoś specjalnego pomysłu. Może na jego czasy to był fascynujący pomysł.
[01:54:51] - No właśnie, Julianie, ja na chwileczkę teraz się wtrącę jednak. Bo właśnie trudno to oderwać, bo uświadommy sobie, że kiedy Grabiński to pisał prawie 100 lat temu, czy 100 lat temu, nie wiem dokładnie, jak tam z datami, ale prawie 100 lat, to rzeczywiście było coś nowego. I te wątki, które on poruszał, rzeczywiście z dzisiejszego punktu widzenia to banalne wszystko jest, wszystko już było. Ale wtedy pisanie tak o maszynie, o pociągu to było jednak coś nowego. Powtarzam, konstrukcja wydaje mi się świetna. Mnie natomiast ten poetycki język, o którym wspominasz, niewątpliwie jednak odrzuca. Ja jednak prozę kojarzę bardziej tak: jak lubię konstrukcję, tak bym chciał, żeby ten język był tego rodzaju. I dlatego mnie ta proza lekko nie fascynuje. Dziwna konstrukcja, ale zostańmy przy niej, bo myślę, że cały czas podtrzymuję to, co powiedziałem. Ta proza się zestarzała, ale lubię Grabińskiego za tę jego precyzję, o której zacząłem mówić.
To opowiadanie naprawdę jest nieźle skonstruowane. Zresztą Wiktor bardzo dobrze to powiedział. Wyobraźmy sobie tę sytuację, którą dałoby się z tego opowiadania wycisnąć. De facto z półgodzinnego opowiadania dałoby się zrobić opowiadanie na 10 minut do przeczytania i myślę, że bardziej by trafiało w nasze czasy. Ale to rzeczywiście fascynujący byłby obraz czy nowelka, opowiadanko tak naprawdę, czy też na przykład nowelka filmowa. Myślę, że mogłoby być fascynujące i z tego punktu widzenia do końca dzisiaj nie potrafię powiedzieć, czy ja Grabińskiego lubię, czy nie lubię. Tak jak taka żaba jestem w rozkroku.
[01:56:45] - Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego dzisiaj pisanie stało się bardziej dynamiczne. Już nie ma przysłowiowych opisów przyrody. I doszedłem do wniosku, nie wiem, czy słusznego. Kiedyś nie było mediów elektronicznych, nie było telewizji. Ludzie nie znali Ziemi. Dla nich to było bardzo ciekawe, jak wygląda pustynia albo jak wygląda dżungla, albo lodowiec. Dzisiaj przeciętny człowiek to wie i opisywanie tego byłoby nudne. Wracając jeszcze do tego poetyckiego języka, wydaje mi się, że akurat do „Parowozu” to pasuje. Nie wiem, ale „Parowóz” i taki lekko poetycki język mi nie przeszkadza. Mam pewien pomysł.
Do „ABW” można byłoby zrobić krótkiego shorta, jeżeli ktoś miałby ochotę. Początek opowiadania to opis jadącego pociągu. Lokomotywa ciągnie przez ciemną noc wagony. Można byłoby to przerobić na start promu kosmicznego albo opisać po swojemu przygodę w pociągu, swój opis jazdy. Zrobić to w sposób nowożytny. To taki drobny pomysł. Jeszcze ostatnia rzecz dotycząca języka. Chyżość. „Rakieta pędząca z wielką chyżością” u Lema. Tak, język się starzeje i powiem szczerze, że ktoś młody, dla kogo Lem nie jest cały czas żywym mistrzem, prawdopodobnie ten język będzie go odrzucał.
Szczególnie pierwszych powieści czy opowiadań Lema, gdzie ten język był starszy niż w ostatnich powieściach i opowiadaniach Lema. Ale jeśli proza jest dobra, pomysł jest świetny, to można wziąć poprawkę na język, postarać się to przeczytać. To nie jest jakiś problem, żeby przełknąć „chyżość” czy inne słowa, które wyszły z obiegu, bo słownictwo to tylko jeden z elementów, ale pozostałe muszą być okej i wtedy mimo lat da się to przeczytać. A jeszcze mam pytanie, czy zgadzacie się ze mną, jeżeli chodzi o opisy przyrody? Czy ten mój pomysł, że ludzie wtedy tego łaknęli, potrzebowali, żeby dowiedzieć się o świecie. Jak wygląda Chińczyk, że ma czarne i proste włosy. Gdzieś czytałem w jakiejś książce, że Chińczycy mają czarne i proste włosy. Dla ludzi dzisiaj jest to rzecz oczywista. Świat jest dynamiczny, potrzebujemy dynamiki, szybkości, akcji, przynajmniej co jakiś czas. Taki pomysł.
Posłucham w takim razie, jeżeli można.
[02:00:49] - Julian, jak ja czytałem Sienkiewicza, to nie wiedziałem, jak wygląda baobab. Dopiero się dowiedziałem od niego, jak wygląda baobab. Nie wiedziałem również, jak wygląda sekwoja i wiele innych rzeczy. Dzisiaj to wszystko można zobaczyć na każdym filmie i tak dalej.
[02:01:09] - Czyli Julian miał rację.
[02:01:12] - Natomiast mam do ciebie-
[02:01:14] - Ale jak czytałeś Sienkiewicza, to nie było radia.
[02:01:17] - Nie było. O wydaniach jeszcze było. Ale ja mam do ciebie inną zagwozdkę. Nawet muszę ci powiedzieć, że chciałem do ciebie zadzwonić wczoraj czy przedwczoraj w nocy, ale gdzieś mi się zapodział telefon. Gdzieś mi się zapodział telefon do ciebie po raz enty. Otóż à propos tego, co powiedziałeś i pewnej nowoczesności odniesień do różnych tematów i tak dalej, tutaj do lokomotywy, jak coś się starzeje i tak dalej. Otóż na przykład w jednym czy nawet w dwóch opowiadaniach pojawił się motyw, w którym albo obcy, albo coś, co zostało stworzone, do bohatera odwraca się i macha rączką. Daje znak, sygnał. Pamiętasz coś takiego?
[02:02:17] - Tak, to było w „Tryptyku hesperiańskim”. Maszyna, która wysięgnikiem na dachu zrobiła taki gest ludzki.
[02:02:29] - Gest. Otóż widzisz, mniej więcej funkcjonujesz tak jak Stefan Grabiński, bo ja mówię przekornie po prostu. Otóż na czym polega współczesna nowoczesność? Ja też czekam na taki gest, ale zupełnie nie tam, gdzie ty pokazałeś, bo tamto to już jest staroć. Tamto to już jest przebrzmiałe. Cybernetyka, obcy to wszystko, to jest zupełnie stara rzecz dla współczesnego młodego człowieka. Wiesz, Jurjan, na co ja czekam? Ja czekam na to, kiedy ja się tego nie doczekam. Natomiast na pewno moje wnuki, jeśli je będę miał w ogóle, na pewno doczekają takiego momentu, że jak ja gram w „Fallouta” na przykład, taktyka, że ten mój bot, ten żołnierz, którego ja prowadzę do ataku, w pewnym momencie odwróci się w moją stronę na ekranie, spojrzy do góry prosto mi w oczy i pomacha rączką albo postuka się w głowę. I to na pewno będzie, bo taka jest przyszłość w tej wirtualnej rzeczywistości.
One będą kiedyś myśleć, te boty.
[02:03:51] - Moim zdaniem myśleć nie będą, a to, co ty mówisz, to już dawno można by zrobić. Tak naprawdę można by zrobić.
[02:03:58] - Poczekaj proszę. Robiono to w grach, bo na przykład jeżeli ty, nie pamiętam już, w jakiej grze źle sterowałeś tym swoim bohaterem, to on stawał, rozkładał ręce i patrzył w ekran i mówił: „No stary, o co ci chodzi?” To są chwyty.
[02:04:16] - Ale w gruncie rzeczy tak naprawdę ja nie widzę wielkiej różnicy pomiędzy tym, co opisał Jurjan, a tym, co ty opisałeś.
[02:04:23] - Ja mówię nie, to jest to samo.
[02:04:25] - Wszystko okej.
[02:04:27] - Ale kwestia nowoczesności. Ja to widzę już tam.
[02:04:30] - Nie przesadzaj. Jeżeli można jedno zdanie. Wiktorze, jeżeli pomachanie wysięgnikiem na dachu maszyny ciągnika gąsienicowego to dla ciebie za mało, to powinieneś przeczytać opowiadanie „Wiera+” w zbiorze opowiadań, który mam nadzieję niedługo się pojawi. Tam będziesz spełniony.
[02:05:05] - Dopuść Jurjana.
[02:05:06] - To nie jest za mało. To jest bardzo dużo i dlatego mi się to piekielnie podobało. Ale to mówiłem przekornie.
[02:05:14] - To, co jeszcze Jurjan powiedział, to jeszcze dopowiem. Ja już kilka razy wspominałem to opowiadanie „Wiera+”, które otwiera ten tom, o którym wspomniał Jurjan, będzie otwierało ten tom, o którym wspomniał Jurjan. To jest spełnienie twoich marzeń, które przed chwilą wyjaśniłeś. Dokładnie tak, jak Jurjan powiedział. I więcej nie powiem, bo co będę opowiadał o opowiadaniu? Niech sobie ludzie przeczytają. Ja mam to szczęście, że jako jeden z nielicznych je znam. I jestem do przodu. Tak, ale przede mną dopiero jest.
[02:05:55] - Tak.
[02:05:56] - Przede mną.
[02:05:57] - Tak, ty jesteś pod tym względem wybrany, bo Jurjan już zna, bo napisał. Ja znam, bo czytałem.
[02:06:03] - A ja jestem dziewica.
[02:06:04] - Tyle wzruszeń przed tobą jeszcze. No właśnie Wiktora chciałem poprosić, żeby obiecał na antenie, że ten zbiór przeczyta, że znajdzie chwilę i trochę energii. On nie będzie czytany przez Ivelliosa. Trzeba będzie wziąć książkę papierową, najpierw powąchać, jak pachnie druk. To moja pierwsza książka, dlatego tyle o tym mówię.
[02:06:36] - A w ogóle spoko.
[02:06:37] - Proszę, Wiktorze. Proszę o tą obietnicę.
[02:06:43] - Składaj obietnicę.
[02:06:45] - Z całą pewnością przeczytam, gdyż użyję swojego mózgu jako czytnika, a nie Ivelliosa. Wolę to.
[02:06:53] - Dzięki. Fajnie. Bardzo się cieszę. Powiem tak: zależy mi, żebyś przeczytał, żebyśmy mogli porozmawiać i żebyś mógł to kiedyś w rozmowie telefonicznej ocenić. W takim razie ja już dziękuję i nie chcę tutaj za długo dyskutować. Chyba że jakieś pytanie do mnie, to ja chętnie. Dobra, słuchaj, tylko zwróćcie uwagę na jedną rzecz. My sobie tutaj wymieniamy poglądy, my rozmawiamy, nawet krótko jakoś komentujemy i tak dalej. A Grabiński był sam, jak większość kiedyś twórców. Sami zdani na zmaganie się z samymi sobą.
[02:07:48] - O, ja cię bardzo przepraszam, ale każdy pisarz, czy to będzie Wiktor Żwikiewicz, czy Julian, czy Grabiński ze swoim pisarskim wyzwaniem zawsze jest sam.
[02:08:02] - Tak, ale możemy również nawiązać kontakt.
[02:08:05] - To potem możemy o tym dyskutować, ale w momencie tworzenia jesteś sam i trudno, tak już jest.
[02:08:12] - Ale możemy sobie pomachać.
[02:08:13] - Przepraszam, mam pytanie jako do doświadczonych pisarzy, autorów. Czy też uważacie, że autor, pisarz w życiu bywa samotny? Taka samotność własnych myśli i czasem trochę niezrozumienia. Tak to powiem w sposób zakamuflowany nieco.
[02:08:41] - Różnie bywa. Ja się rzucę do odpowiedzi, bo to różnie bywa tak naprawdę. Znam autorów, którzy rzeczywiście są zamknięci, pogrążeni w swoich myślach i raczej są typem samotnika. Ale znam też autorów, którzy właściwie jak coś wymyślą i są w trakcie pisania, to wszystkim o tym opowiadają. Nie o samej treści, bo by sobie niszczyli czytelników w ten sposób, ale nieustannie konfrontują swoje pomysły, nieustannie próbkują, nieustannie robią takie testy. Naprawdę chyba trudno byłoby podać jakiś jeden wzorzec pisarza, że jest taki albo taki. To znowu taka odpowiedź.
[02:09:31] - Może bardziej sprecyzuję.
[02:09:35] - Tak.
[02:09:35] - Jeżeli można tylko jedno zdanie. Może bardziej sprecyzuję. Może nie chodzi mi o samotność w życiu codziennym, ale taką samotność, jeżeli chodzi o próbę nawiązania kontaktu w trakcie rozmowy na temat właśnie tego, co się myśli, co się pisze. Czasami różnie z tym bywa. Mam wrażenie, że ludzie są bardzo... Jak by to określić? Bardzo zaangażowani w życie codzienne, które ich pochłania i rozmowa na tematy całkowicie oderwane od rzeczywistości, czyli taka fantastyka. Trzeba znaleźć odpowiedniego człowieka, który jest otwarty.
[02:10:38] - Dokładnie odpowiedziałeś sobie na pytanie. Szykowałem się do skoku, żeby odpowiedzieć. To dlatego z Wiktorem nam się tak dobrze rozmawia i to nie tylko na antenie, ponieważ myślę, że to w jakiś sposób nas zbliżyło, jeśli chodzi o rozmowy, że my chcemy konfrontować, chcemy rzucać przed siebie jakiś pomysł albo jakąś ideę. Chcemy ją weryfikować i my to nieustannie robimy. I to, co powiedziałeś, trzeba sobie takiego kogoś znaleźć i trzeba wtedy tę znajomość eksploatować. Tylko że to musi być wzajemne, bo jak to się przemienia w monolog, to nawet najbardziej cierpliwy słuchacz w końcu tę cierpliwość zacznie tracić. Ale jeśli to jest nieustanna wymiana idei, jakichś pomysłów, poglądów, to jest świetna sprawa.
[02:11:39] - Ale tym niemniej ja nawiążę przewrotnie do początku naszej audycji. Otóż jest coś takiego. Zadam wam pytanie: wiecie, czym się różniły kiedyś kobiety... Wiecie, czym się kiedyś różniły kobiety francuskie od prostytutek francuskich?
[02:11:55] - Jezu, ja się bardzo boję, co ty powiesz.
[02:11:57] - Nie, nie musisz się bać. Otóż prostytutki były zwykle napiętnowane. Piętno to jest coś, co noszą w sobie również twórcy. Może być to gruźlica, schizofrenia, alkoholizm, samotność albo towarzyskość. To jest piętno, co wyróżnia twórców od stada baranów.
[02:12:23] - Ale ty nie masz jakichś fajniejszych — nie wiem, jakie jest słowo „piętno” odmieńcie — tych pięt bardziej fajnych? Bo ty tam gruźlica, alkoholizm. Nie masz jakichś fajniejszych?
[02:12:33] - Marku, cokolwiek, byle by było.
[02:12:37] - To jakieś fajniejsze poproszę te piętna.
[02:12:40] - Mówię, piękniejsze. To jest twórczość. My piszemy. To jest piętno, nie? I tym się różnimy. A co wspomaga to piętno czy samotność? Julian, pamiętasz taki film „Samotność długodystansowca”?
[02:12:58] - To jest całkiem niezła książka.
[02:13:00] - No właśnie.
[02:13:01] - Świetna książka.
[02:13:02] - Właśnie.
[02:13:03] - A film to tam nie wiem, nie znam się na twórczości filmowej. Natomiast książka jest świetna.
[02:13:07] - Żeby gdziekolwiek dążyć, zawsze ta samotność długodystansowca musi funkcjonować w człowieku, żeby być indywidualnością w ogóle. Hej, Julian.
[02:13:19] - Już tak zupełnie na koniec chciałem w tempo na temat właśnie pociągu. Wagonu drugiej klasy. Jedzie kilka osób i tak się złożyło, że wszyscy rozwiązują tą samą krzyżówkę w gazecie. I student myśli, skrobie się po głowie, a matrona mówi: Pan ma jakiś problem? Może podpowiem. A on mówi: „No właśnie. Część ciała kobiety na P. Na pięć liter.” A ona mówi: „Jak to? Nie wie pan? Pięta.” A ksiądz mówi: „Poproszę o gumkę.” Dobra, mam nadzieję, że śmiech nie był wymuszony.
Dziękuję bardzo i do usłyszenia następnym razem. Trzymajcie się. Fajna audycja. Dobranoc.
[02:14:19] - Dobranoc.
[02:14:22] - No tak. Wiesz co? Do ciekawych myśli Julian mnie pobudził. I ty zresztą też. Z tym piętnem, bo zaczęliśmy od tej gruźlicy Grabińskiego. I patrz, jak wróciło. Wróciło po iluś tam dziesięciu czy też więcej minutach audycji. Piętno. Tylko wiesz co? Ja ci powiem tak, kiedy zacząłem się śmiać i mówić o tym, żebyś jakieś lepsze te piętna wymyślał.
Bo ja nie wiem, dlaczego to tak musi być, że każdy twórca powinien być udręczony, jak Grabiński był udręczony chorobą i w ogóle niezrozumieniem, bo tego nie powiedzieliśmy, że on tak naprawdę, kiedy ta choroba już była zaawansowana w latach 30., to on w takiej miejscowości koło Lwowa osiadł i tam umarł tak naprawdę w biedzie i zapomnieniu, chociaż był rozczytywany w całej Polsce, to jednak źle się to tak naprawdę skończyło. Pytam, czy naprawdę bida i jakieś takie... Musi naprawdę twórcę sięgnąć?
[02:15:31] - Marku, nie musi. Natomiast jest stare dobre powiedzenie: „Cierpienie uszlachetnia.”
[02:15:38] - Tak, per aspera ad astra. Oczywiście. Jasne. Ale pytam się, czy na pewno twórczość i pisanie musi być z tymi cierpieniami związane, z tymi cierniami? Moim zdaniem nie. Niekoniecznie.
[02:15:57] - Prawie Marku koniecznie, bo w sumie w tym momencie zajmując się, że tak powiem, pojęciami abstrakcyjnymi, takimi jak sztuka czy twórczość, zaniedbujesz swoją codzienność, normalne życie. Zaniedbujesz żonę, dzieci, dom i tak dalej. No i w sumie to się źle zawsze kończy dla prozy życia. Jeśli chcesz być poetą, to nie będziesz prozaikiem.
[02:16:27] - Wiesz co? I to jest znakomity moment na felieton Tomka Fąsa. Jakoś widzę, czuję pokrewieństwo pomiędzy tym, co mówimy, a tym, o czym opowiadał Tomek Fąs. Opowiadać będzie właściwie Tomek Fąs. Marku, prosimy.
[02:16:48] - Wskazówki nieubłaganie odmierzają czas. Do umownego końca dziesięciolecia zostały niespełna trzy tygodnie. Czy zdają sobie państwo sprawę, że spotykamy się po raz, niestety chyba nie ostatni, bo za tydzień mamy jeszcze ABW, a tytan pracy Marek, z tego, co wiem, zaplanował również audycję pomiędzy gwiazdką a Sylwestrem, w związku z czym cały klimatyczny wstęp nie ma tutaj racji bytu. Proszę państwa, 20 lat temu, niemal dokładnie w noc z 11 na 12 grudnia 1999 roku odbyła się ostatnia audycja Tomasza Beksińskiego, postaci ważnej dla radia i też jakoś tam pojawiającej się w kontekście w środowisku ludzi zainteresowanych fantastyką, sztuką, głównie muzyką oczywiście, ale nie tylko. I tak sobie, proszę państwa, myśląc, jak tu opowiedzieć, coś wspomnieć chociaż o tym Beksińskim, odnieść się do niego, zacząłem oczywiście naturalnym jakimś odruchem składać epitafium. Uproszczenia niosą spokój. Świat w pigułce, świat w piosence. Kruk z okrutną czernią wokół wciąż powtarza: „Nigdy więcej.” Nevermore. Nigdy więcej. Nigdy już.
To też wielokrotnie przywoływany przez Beksińskiego motyw z Edgara Allan Poe, niosący klimat grozy, klimat mroku, klimat romantyzmu i tego jego wampiryzmu, którym tak epatował przez tą pelerynę i jednocześnie samemu sobie z tego robiąc jaja, popadając zaraz potem znowu z grozy w groteskę. Pół urwawszy melodramat. Życie trzeba pięknie przegrać. A tu gdzie nie spojrzeć ściana i kolejna cegła. „Another Brick in the Wall”, jak śpiewał zespół Pink Floyd w piosence bardzo znanej, również bardzo ważnej dla Beksińskiego. On zresztą w jednym z ostatnich felietonów przetworzył ten tekst, chcąc jakby trochę dokopać, może zaatakować przyjaciela jakiegoś chyba konkretnego, a być może ogólnie ludzi, którzy jakoś nie wywiązywali się z przyjaźni wobec niego. W każdym razie przerobił to sformułowanie „All at all. He is just another prick.” On jest po prostu kolejnym głupkiem, fiutem. Nie wiem, jak by to tam dokładnie przetłumaczyć. W każdym razie był to wątek ważny.
Bo co, proszę państwa, właściwie było? To jest ciekawe pytanie. Ten rodzaj problemów, nazwijmy je w uproszczeniu neurotycznymi, jest w ogóle bardzo trudny do przyjęcia, do zrozumienia, no i też może do oddania artystycznego. O ile właśnie psychopatów, ludzi z jakąś psychozą, z halucynacjami, ludzi, którzy zachowują się w sposób bardzo dziwny, widzą rzeczy, których nie ma- Gdzieś bardzo wychodzą poza standardy, posuwają się do okrutnych czynów. Oni są tak inni, że łatwo ich sklasyfikować jako potworów i nie mamy z tym problemu. Boimy się, to jest jasne. Natomiast z tego rodzaju problemem, który miał Tomasz Beksiński, granica pomiędzy pewną nadwrażliwością, wrażliwością artystyczną, doznaniem, które towarzyszy wielu z nas w mniejszym lub większym stopniu, a chorobą. Ta granica się zaciera. Tomasza Beksińskiego nie da się jednoznacznie nazwać chorym i odciąć się od tego. Tak mi się wydaje.
Wydaje mi się, że miał ten problem Dawid Ogrodnik i w ogóle ludzie tworzący „Ostatnią rodzinę”, że Tomasz Beksiński był zbyt nieuchwytny. Myślę, że ta jego postawa, ta jego nadwrażliwość, ona wkurza, proszę państwa. Czytając biografię, kończę biografię Weissa i mnie ta jego postawa drażni. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest jego wina, że on zamknął się w tym swoim świecie. Nie mógł siłą rzeczy spojrzeć z zewnątrz na to. Kompletnie nie rozumiał swoich emocji, kompletnie nie rozumiał, co się z nim dzieje, a jednocześnie był postacią strasznie przegadaną. Te listy pisał strasznie długie. Muzyka, którą prezentował, to też była muzyka przegadana. On musiał rozumieć tekst. On po to został tym anglistą, żeby rozumieć treści utworów.
Tych słów jest strasznie dużo i one strasznie zagadują, proszę państwa, pewien świat emocjonalny. Myślę, że dlatego właśnie twórcom „Ostatniej rodziny” było łatwiej Tomasza Beksińskiego przerysować, dodać jakieś sceny, że on tam szaleje, wyrzuca telewizor. Nawet jak się porównuje sceny z wywiadów, to Dawid Ogrodnik mówi mniej więcej to samo, ale dużo bardziej robi z Beksińskiego wariata, niż on faktycznie się prezentował w ten sposób. Myślę, że to było z jednej strony może bardziej widowiskowe, medialne, ale też łatwiejsze do przyjęcia dla aktora, łatwiejsze do przyjęcia dla widza niż pokazanie kogoś takiego, komu właściwie nie do końca wiadomo, co jest. A też przy okazji wydaje mi się, że ten rodzaj przegadanego życia, nadmiernego kontaktu ze słowem, nadmiernego przeżywania słów, to jest pewien element niebezpieczny, kiedy ktoś trochę nadwrażliwy bierze się za sztukę związaną z pisaniem. To jest nieprzyjemne. Nadmierne zastanawianie się nad każdym zdaniem to jest straszna pułapka, proszę państwa. Trzeba na to uważać, zwłaszcza jak ktoś zawodowo zajmuje się słowem. Myślę, że trzeba uważać, żeby tych słów za bardzo... Nie utożsamiać się z nimi, widzieć, że to jest pewne narzędzie pracy, ale jednak doświadczać świata poza słowami.
To jest bardzo ważny element higieny psychicznej. Nosferatu zbladł przy strzygach, przy upadku obyczajów. Jak ten grubas pięknie rzygał. Dzisiaj już tak nie rzygają. Słynna scena, znaczy słynna jak słynna scena z „Sensu życia według Monty Pythona”. Oczywiście cyklu filmów, programów tłumaczonych przez Tomasza Beksińskiego. Scena z rzygającym grubasem z jakiegoś powodu była dla niego ważna. On przeżywał tego grubasa. Jest nawet nagranie, jak epatuje jeszcze przy rodzicach tą sceną. Przyjmowanie pokarmu jest pierwszą formą nawiązywania relacji ze światem.
To jest ten moment, gdzie dziecko buduje jakiś kontakt z matką, tworzy się ufne, nieufne przywiązanie. Relacja. Pierwsze doświadczenie kontaktu fizycznego i emocjonalnego z inną osobą, istotą. To rzyganie to jest odrzucanie tej relacji. Tomasz Beksiński gdzieś pod koniec życia, tak jak to opisuje Weiss, miał tendencję do wycofywania się, takiego coraz bardziej depresyjnego i też do ciągłego krytykowania już właściwie wszystkiego. Ludzie często zastanawiają się, jak to jest, że satyrycy, stand-uperzy, którzy ich bardzo bawią na scenie, prywatnie są osobami bardzo depresyjnymi. To się często zdarza. Nie zwracacie państwo uwagi na to, że to, co was bawi, zwłaszcza w stand-upie, w takiej agresywnej komedii, to jest właśnie pewna niezgoda, pewna krytyka, odrzucenie, walka ze światem. Tak jak Weiss opisywał, Tomasz Beksiński w relacjach partnerskich, prywatnych, zawodowych czy towarzyskich mógł być człowiekiem bardzo dowcipnym, ale właśnie ta dowcipność brała się z niezgody, z oporu, z odrzucenia wszystkiego, co świat miał mu do zaoferowania. Czy Tomaszowi Beksińskiemu można było pomóc w sytuacji, gdzie wszyscy dookoła byli świadomi jego epatowania skłonnościami samobójczymi, tego, że gromadził leki, które w tej ilości, którą zgromadził, były oczywistym narzędziem samobójstwa.
Nie krył się z tym jakoś bardzo. Byli ludzie, którzy o tym wiedzieli. Czy coś można było zrobić, proszę państwa? Jeżeli coś, to niestety wziąć gościa za fraki, zamknąć w szpitalu, kontrolować i znaleźć specjalistów, którzy złapią z nim kontakt, którzy z początku dobraną farmakologią, a później odpowiednio prowadzoną psychoterapią wyciągną człowieka na prostą. Czy to się da zrobić wbrew człowiekowi? Pewnie nie do końca. Pewnie to wymagałoby dużych umiejętności i trudno jest kogoś wyciągnąć na siłę, kto tkwi i nie rozumie tego, czego nie rozumie. I też na ile wobec człowieka pełnosprawnego intelektualnie, świadomego, co się z nim dzieje, na ile można podejmować takie działania, to już każdy z państwa musi sobie sam na takie pytanie odpowiedzieć. Na pewno Zdzisław Beksiński nie był kimś zdolnym do takiego potraktowania swojego syna. Więc czy były, czy nie były podstawy prawne do ubezwłasnowolnienia, to nie było kogoś, kto by taką decyzję podjął.
Cóż ten młody człowiek miał zrobić, gdy ciągnie pustka, niewyt, samobójczy pęd? Groteska, horror i wieczna nadzieja na love story. Wigilia nocy życia. Koniec. Happy end. Wykorzystałem dziś utwory.
[02:26:19] - Tak.
[02:26:20] - Muszę skomentować ten cały felieton Tomasza Fąsa. Dosyć, że według mnie był doskonały.
[02:26:29] - Znakomity.
[02:26:29] - Znakomity, natomiast ja Tomkowi Fąsowi dam za gwochę. Otóż nie zdaję sobie sprawy, jakie ja nazwisko podstawiałem zamiast Beksińskiego w czasie słuchania tego felietonu. Otóż ja poznałem kiedyś lidera i wokalistę legendarnej grupy The Doors, Jima Morrisona. Mniej więcej takie samo stanowisko, taki sam problem nękał tamtą osobowość. Też można go było spacyfikować, zamknąć, zastosować sztuczne oddychanie, odwyk przymusowy i może by żył do dzisiaj jako szczęśliwy emeryt.
[02:27:21] - Nie wiem, czy byłby szczęśliwy. Nie wiem, czy by tworzył.
[02:27:26] - Czy jakby się go zmusiło, to byłby szczęśliwy. Tylko że życie niestety indywidualistów polega na tym, że są jak te ćmy. Chwilę fruwają wokół tego płomienia świeczki, palą się, giną, odlatują, a wszyscy mają przynajmniej co wspominać. Tak samo jak Beksińskiego i tak samo jak Jima Morrisona, i tak samo jak Grabińskiego, o którym dzisiaj mówiliśmy. To są krótkie, przelotne kołowania ciem nad płomieniem świecy.
[02:28:03] - Tak. Ja jeszcze chciałem o tym Grabińskim chwilę. Bo jeśli kogoś fascynują takie tematy jak telepatia, telekineza, zjawiska materializacji, jakieś takie spirytystyczne, to proza Grabińskiego jest wypełniona tym. Duchy tam się przechadzają w poszczególnych utworach, często i namiętnie. A i namiętność bywa taka uduchowiona u Grabińskiego, że sobie tak zażartuję. On w ogóle się interesował takimi zjawiskami poza filozofiami, które wcześniej wymieniłem, Bergsonem i jakimiś takimi mrocznymi filozofiami końca XIX wieku, początku XX, to interesowały go również takie fenomeny, które wcześniej wymieniłem. Ale ta pluralistyczna koncepcja świata, o której wcześniej mówiłem, to przenikanie, ta osmoza, to on jeszcze szukał tego wszystkiego w parapsychologii i psychopatologii. Patrz jak on głęboko wchodzi w te zagadnienia. Dzisiaj to się wydaje, że ta psychopatologia, no coś co-- wtedy to były nowości, w ogóle zainteresowanie się umysłem człowieka. Wtedy też bywało, że popadano w skrajności, bo wszystkie nauki starano się na przykład sprowadzić do psychologii.
Bo wychodzono z takiego idiotycznego założenia, że skoro wszystko dzieje się w mózgu, cała nasza aktywność intelektualna, to właściwie fizykę, chemię, literaturę, cokolwiek da się sprowadzić do psychologii. Wszystko to psychologia. Oczywisty idiotyzm. Ten psychologizm później został przewalczony.
[02:30:04] - Tak, został przewalczony i psychologizm został zamieniony na psychiatrię społeczną.
[02:30:12] - Wiesz co? Cały czas się śmieję z tego. Paradoks polega na tym, że z tą psychiatrią czy psychologią, z jednej strony trudno wykluczyć, że ona jakąś wartość praktyczną ma. Bo ma przecież. A z drugiej strony cały czas ten sławny eksperyment przeprowadzony w Stanach Zjednoczonych, gdzie biednych studentów pozamykano, ponieważ tak dobrze symulowali chorobę psychiczną, że później trzeba było sporo wysiłku, żeby ich wyłuskać z poszczególnych instytutów czy w ogóle miejsc odosobnienia, gdzie ich zamknięto. To miał być dowód na to, jak w gruncie rzeczy uznaniową nauką czy też dziedziną wiedzy jest psychiatria. Czy coś to udowodniło? Nie wiem. Ale ja zawsze jak słyszę słowo psychiatria, to robię się ostrożny. Nie bez przyczyny komunizm w Związku Radzieckim wynalazł schizofrenię bezobjawową, na którą cierpiał ponoć Bukowski i z tego powodu go zamknięto w miejscu odosobnienia.
Później na szczęście go wypuszczono. Trochę sobie na Zachodzie spokojnie pożył. Ale ta psychiatria w zależności od tego, kto ją wykorzystuje, może być wykorzystana bardzo różnie.
[02:31:34] - Przypomnę jeszcze jeden eksperyment amerykański, kiedy to zaangażowano kilkuset czy kilkudziesięciu studentów do eksperymentu, w którym połowa z nich to byli więźniowie, a reszta to byli oprawcy i strażnicy. Eksperyment trzeba było gwałtownie przerwać Gdyż cechy oprawców i ofiar stały się ich tożsamością praktycznie biorąc. Przerażający eksperyment.
[02:32:08] - Tak, to Zimbardo. Eksperyment więzienny jego z początku lat 70. Ale wobec powyższego eksperymentu więziennego warto sobie uświadomić, że kiedy na przykład krzywimy się na to, co opisuje Grabiński, bo on momentami poza poetyckością języka, bywa też bardzo naturalistyczny w niektórych opowiadaniach. Nie bez przyczyny mówiłem o scenach erotycznych. Niby opisuje wszystko poetyckim językiem, a w gruncie rzeczy tam naturalizm w niektórych scenach... Ja w ogóle sprawdzałem, kiedy on to pisał, bo to chwilami było obsceniczne, to obscena są.
[02:32:52] - Wiesz, spokojnie. Strasznie bawi to, że na przykład współczesny świat strasznie pogardza wiktoriańskim zadupiem angielskim albo polskim zadupiem, brakiem erotyzmu. Bo się nie rozbierali do goła i tak dalej. Jakby ludzie, na przykład, tak jak to Grabińskiego charakter, żarliwie wierzący również nie mieli dzieci po prostu. Czym się zajmował człowiek od początku świata i to w sposób bardzo rozwiązły. Zależy, jak się to sprzedaje. Tutaj konotacje czy nowoczesność. Niedawno czytałem jakiś wywiad z prezesem naturystów.
[02:33:49] - Ty to masz znajomości.
[02:33:52] - Nie, wywiad z nim czytałem. Jak on to wspaniale przedstawiał, że to polskie zadupie było takie marne. Dopiero rewolucja erotyczna, która wkroczyła razem z rozbieraniem się do goła, otworzyła przed człowiekiem wspaniałe nie wiem co. Chciałem się koniecznie dowiedzieć z tego wywiadu, co on mi zaproponuje erotycznego poza rozbieraniem. Okazuje się, że nic.
[02:34:28] - Zdaje się Elita śpiewała, Kabaret Elita: „Rozbierzmy się do goła i pomalujmy w paski. I dalej panowie i prędzej panowie do jaskiń. Do jaskiń!” Tak, coś takiego. Ale kiedy mówię o tych obscenach u Grabińskiego, bo to jest perfidne, bo z jednej strony on opisuje pewne rzeczy bardzo wprost, ale to wprost jednocześnie jest językiem niestosowanym dzisiaj. I jak ktoś ma nawet bardzo uwstecznioną wyobraźnię, to tam jest w niektórych opowiadaniach mocne łupu-cupu. I to w dodatku z upiorami.
[02:35:11] - Ja to lubię. Takie spojrzenie, takie patrzenie na rzeczywistość.
[02:35:16] - A ja ci powiem tak, że te właśnie wątki w twórczości Grabińskiego trochę mnie jednak bawią. Bo łupu-cupu takie z upiorami to przekracza granice mojej wytrzymałości na kicz, bo to dzisiaj kicz jest tak naprawdę.
[02:35:35] - No jest.
[02:35:36] - I tak samo jest to kicz w wykonaniu Hollywood, jak ktoś tam robi łupu-cupu z wampirami. Ja pamiętam, kiedyś był taki film, niestety skleroza z kolei mnie też dopada. Wiem, że grał tam David Bowie w tym filmie świętej pamięci. I to też była historia o wampirach dziejąca się we współczesnych Stanach wtedy, to kilkadziesiąt lat temu, w Stanach Zjednoczonych. To też takie było rany. Ja jednak nie lubię tego.
[02:36:05] - Nie, Marku, bo o wampirach są wyśmienite komedie i komedie się sprawdzają.
[02:36:15] - Wiesz co?
[02:36:16] - „Kto tu mówi o wampirach?“ na przykład taki świetny film albo inne. To są kapitalne filmy, które się z tego nabijają.
[02:36:24] - Wiesz co? Ja się nie zgodzę z tobą.
[02:36:26] - Naprawdę?
[02:36:27] - Tak i nie.
[02:36:27] - I nie.
[02:36:28] - Bo rzeczywiście komedie są niezłe, ale poważnie o wampirach pisał twórca tego nurtu, czyli Bram Stoker, twórca postaci Draculi. W każdym razie ten, który go rozpropagował. Ale przecież potem, kiedy Stephen King napisał, musi się Stephen King pojawiać, napisał „Miasteczko Salem“. On też to napisał na poważnie. I powiem ci, nie wiem, jak to by się czytało dzisiaj. Ja „Miasteczko Salem“ czytałem ponad 25 lat temu. To się czytało. To było niezłe. Film jest słaby.
[02:37:08] - Poczekaj, mam przykład na ciebie, na twoją tezę. Otóż Żuławski tworząc „Szerny“ pisał na poważnie. To jest poważne. Tu dreszczyk niesamowitości jest aktualny do dzisiaj.
[02:37:25] - A Grabiński, że tak dziś jeszcze nawiążę pod koniec audycji do niego. A Grabiński pisał, jeśli chodzi o te wszystkie erotyzmy nierówno, to czasami śmieszy, a czasami przeraża. Moim zdaniem już coraz rzadziej przeraża. Ale powiem jeszcze tak, jest taki cykl, to nawet wyszło w postaci filmu, taki w latach 60. był nakręcony, ale opowiadanie też jest fajne, „Pożarowisko“. To jest takie opowiadanie, które jeśli się państwu nie chce tego czytać, to polecam film. On w takich nowelach fantastycznych. Chyba zawsze rozpoczynał te nowelki. Rozpoczynał taki dziennikarz, którego grał Rudzki i tam zawsze do niego przychodził ktoś i mu opowiadał. Tam między innymi „Jagodę" w tej serii było, ale też było „Pożarowisko".
Być może coś pomyliłem, bo ja często coś mylę, ale w każdym razie taka filmowa adaptacja opowiadania „Pożarowisko" była i muszę powiedzieć, że całkiem zgrabnie to się odbierało. Jeśli mam już powiązać twórczość filmową i twórczość naszego głównego bohatera dzisiaj. A ty jak? Powiedz mi teraz. Pewno się zbliżyliśmy do końca audycji. Nie ma już co wałkować tego biednego Grabińskiego. Powiem tak, jak ktoś nie czyta grozy tylko po to, żeby się przeraźliwie bać albo przeraźliwie obrzydzać, to polecam Grabińskiego jako klasykę. Tak jak powiedziałem, do Edgara Allan Poe musiałem się zmusić. Do Grabińskiego zdarzało się, że miałem problemy, ale w końcu go przeczytałem i nie żałuję. Chociaż jakbym go miał z ręką na sercu polecać i mówić czytajcie, czytajcie to bym się zawahał.
[02:39:27] - Wiesz Marko, ale czytajcie, czytajcie. Tak samo można powiedzieć o Williamie Blake'u. Czytajcie tą poezję albo czytajcie. Ona jest strasznie podobna w sumie do Grabińskiego, do Edgara Poe i tak dalej. Też jest staromodna, też wyszła z użycia i tak dalej. Ale niestety trzeba docenić mistrzostwo słowa, że William Blake to jednak również był mistrz, tak samo jak Rilke czy ktokolwiek inny.
[02:39:54] - O, znalazłem to „Pożarowisko". To jest ten cykl z Rudzkim. To się nazywało „Opowieści niezwykłe". Ten film reżyserował Ryszard Ber i właśnie „Pożarowisko" z „Księgi ognia" Stefana Grabińskiego. Nie będę państwu streszczał. Myślę, że na YouTubie te nowelki są dostępne. Warto to po prostu obejrzeć. Przynajmniej jakaś styczność z dzisiejszym bohaterem, bohaterem dzisiejszej audycji będzie.
[02:40:20] - Wiesz, ja mam taki komentarz. Tak sobie myślę, że z tym Grabińskim to jest tak, jak z niektórymi ludźmi. Minie czas, minie jeszcze pięćdziesiąt lat albo i sto lat. Nikt już tego nie będzie czytał, ale za sto lat być może jakiś taki pan Marek jeden i pan Wiktor drugi z tamtejszych czasów też będą go omawiać, bo tego nie da rady zapomnieć.
[02:40:50] - Może tak, może nie. Jak tego nikt nie będzie czytał, to po co to omawiać? Ale ty powiedziałeś-
[02:40:55] - To są wzorce.
[02:40:56] - Właśnie. Aha, właśnie. Ja się na tym skupię. Ty powiedziałeś w czasie audycji i to bym chciał, żeby wybrzmiało na koniec. Trochę ja ci też pomogłem. Żeby była współpraca. Powiedziałeś jedną ważną rzecz. Historie, które opowiada Grabiński, trzeba koniecznie oddzielić od formy, jaką stosuje. Historie moim zdaniem i twoim zdaniem też są uniwersalne. To są naprawdę świetne scenariusze.
Nie wiem. Na gry to może nie. Ja się nie znam na grach, ale na filmy na pewno. To są całkiem nowoczesne historie. Trzeba je oczywiście przetransponować z tego języka, który dzisiaj, tak jak Julian to mówił, trochę już zaczyna chrzęścić, ale historie są naprawdę fajne. I tak jak szybko streściłeś. Mówiąc szczerze, nie przyszło mi to do głowy. Tak jak szybko streściłeś, jakby się dało z tego zrobić fajny film z „Demona ruchu". Tak, większość nowelek Grabińskiego do takiej przeróbki świetnie się nadaje i chociażby z tego względu warto je poznać, proszę państwa, bo może to państwo będziecie tymi ludźmi, którzy uwspółcześnią te pomysły Grabińskiego. Tak jak powiedziałem, Grabiński jest dzisiaj w wolnym dostępie, jest w domenie publicznej.
Co za problem podpisać, że zainspirował mnie Grabiński i napisać jakąś historię na nowo.
[02:42:25] - Przypomnę wam słowo, które padło już w innej audycji swego czasu naszej. Otóż słowo destylacja. Otóż należy procenty oddzielić od fuzli i tak dalej. I wtedy się okaże, że to całkiem niezły, a przynajmniej mocny temat.
[02:42:45] - Tak. No i tym optymistycznym akcentem czas by było już zakończyć audycję. Dziękujemy wszystkim bardzo za to, że o tym zabytku literackim prawie.
[02:42:58] - Nagrabił sobie.
[02:42:59] - Nagrabił sobie, że o tym zabytku literackim troszeczkę posłuchali. Może kogoś zachęciliśmy. To nie jest w tej chwili, w tym czasie łatwa lektura, ale zaręczam, że warto. Bardzo może zainspirować kogoś, kto pisze. Teraz czas by było powiedzieć, jak to będzie w przyszłym tygodniu i w ogóle jak to będzie. W przyszłym tygodniu oczywiście przestawiliśmy tę audycję, tak jak mówiłem wcześniej, dlatego, że zbliża się czas świąteczny i będzie troszeczkę trudniej zagospodarować czas i w ogóle jakoś audycję przeprowadzić. Więc za tydzień ABW w wykonaniu, jak to mówi Ivellios, trójki tenorów. Posłuchamy sobie trochę prozy, która nadchodzi do audycji. Za dwa tygodnie nie będzie Bibliotekarium, będzie świąteczne ABW. Świąteczne dlatego, że będzie tam zaprezentowane nasze - i tu się zastanawiam, jak to nazwać - nasze Nasz psychodeliczne opowiadanie.
Zajebisty singiel, które się ukazało w swoim czasie w Fantastyce. Ja tylko powiem tak: jak wysłaliśmy je Maćkowi Parowskiemu, który jeszcze wtedy prowadził. I mniej więcej po dwóch dniach zapytałem: „Maciek, to już przeczytałeś to opowiadanie?” Opowiadanie ma sto tysięcy znaków. To jest całkiem długie opowiadanie. „Maćku, już przeczytałeś?” I dostałem maila. „Przeczytałem. Do teraz mi się w głowie kręci.” Bo to jest opowiadanie, które jest pewnym wyzwaniem, ale sami państwo zobaczycie. Mamy tam niezły odlot. Kilka osób mnie pytało, gdzie się zaopatruję i czy mógłbym im naraić tego samego dealera. Wiktor miał podobne pytania.
To tak tytułem zachęty. To „Zajebisty singiel”. On ma jeszcze podtytuł „Schody do nieba”, czyli strona A. Strona B jeszcze nie powstała. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek powstanie. To jest odrębne opowiadanie.
[02:45:11] - Polska powstała to czemu strona B ma nie powstać?
[02:45:14] - To będzie odrębne opowiadanie, które moim zdaniem będzie dla niektórych wyzwaniem. Uśmiecham się, bo ostatnio zacząłem je czytać. I powiem ci, z jednej strony mówię sobie: „Muszę się pochwalić, jaka to petarda”. A z drugiej strony mówię: „Faktycznie, co myśmy wtedy zażywali? Już nie pamiętam. To nie wiem.” Ale my wtedy byliśmy w jakimś odmiennym stanie świadomości i to z całą pewnością. To tyle tytułem reklamy, ale kiedyś tam będzie jeszcze „Bibliotekarium”. Ono już będzie w przyszłym roku, jakkolwiek by to zabrzmiało. Miejmy nadzieję, że spotkamy się 3 stycznia i 3 stycznia będziemy... Co my będziemy omawiać?
Zapytam tak. Znacie państwo twórczość Laldlama? Te wszystkie tożsamości Burna i te inne wszystkie? Znacie. A ci, co nie znają, to film chociaż oglądali. Okej. Znacie państwo twórczość Toma Clancy'ego? Trudno nie, bo też kilka ekranizacji powstało. „Polowanie na Czerwony Październik” czy kilka innych. Znacie państwo Fredericka Forsytha?
Te wszystkie „Negocjatorów”. Znacie. „Diabelska alternatywa” chociażby taka jeszcze w czasie komuny napisana o Ukrainie książka. Ale my chcemy państwa zabrać do może nie początków, ale do wczesnej twórczości Fredericka Forsytha. Nie do „Dnia szakala”, bo aż tak daleko nie. Ale zabierzemy do innej książki, dosyć wczesnej, która nosi tytuł „Psy wojny”. Robimy to z dwóch względów. Pierwszy to taki, że ona opisuje świat, który dzisiaj nie istnieje, czyli Europę, w której przekracza się granice i żeby zorganizować jakąś tam akcję, to trzeba się trochę natrudzić. Tej Europy już nie ma. Druga sprawa.
Opisuje też świat, który istnieje w dalszym ciągu. Świat psów wojny. I na tym się tak naprawdę skupimy, na tym problemie, który Frederick Forsyth opisał. To oczywiście znowu staroć, ale myślę, że znajdziemy jakieś nawiązania do współczesności i do tej prawdziwej współczesności realnej i do literackiej. Dlatego 3 stycznia zapraszamy na „Bibliotekarium” o książce Fredericka Forsytha „Psy wojny”.
[02:48:02] - Psy wojny zawsze są młode, nie stare Marku i zawsze są dzikie.
[02:48:08] - I znowu tu tylko takie drobne ostrzeżenie. Nie oglądajcie państwo filmu, szkoda czasu, chociaż fajni aktorzy grają, ale to jest zupełnie inna opowieść. Może dobrze, odszczekam to, jak to na psy przystało. Może nie tyle, że nie oglądajcie, tylko nie sugerujcie się filmem. To zupełnie inna opowieść, zupełnie inna poetyka. Film to jest przygodówka taka sobie. Książka, poza tym, że jest książką sensacyjną. Nie bez przyczyny wymieniłem Laldlama, a nie bez przyczyny Toma Clancy'ego. To jednak pokazuje, że kiedyś nawet proza sensacyjna miała swoją klasę i miała swoje literackie konotacje. Dzisiaj coraz rzadziej proza sensacyjna kojarzona jest w ogóle z literaturą.
Jeśli literatura, to użytkowa, to rozrywkowa, to popularna. Książka „Psy wojny” też była literaturą popularną wtedy, kiedy powstała. Ja pamiętam, jak za komuny ludzie sobie rozczytane na śmierć egzemplarze pożyczali, bo to było coś, co przyszło z Zachodu i to się czytało. Ale to jednak była proza z pewnymi ambicjami. To nie był jakiś techno-thriller, to była po prostu literatura. I tym optymistycznym akcentem dziękujemy. Dziękujemy za dzisiejszą audycję. Życzymy weny twórczej wszystkim, którzy piszą. Dobrych lektur wszystkim, którzy czytają. Jeszcze o świętach nic nie mówimy, bo się spotykamy za tydzień.
Dobrej nocy.
[02:49:50] - Dobrej.
[02:49:51] - A mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium Paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie. Tym razem w ABW już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[02:51:17] - It must have been love, but it's over now. It must have been good, but I lost it somehow. It must have been love, but it's over now. From the moment we touched, till the time had run out. Make believe it, we're together. That I'm sheltered by your heart. But in our sound, I turn to water like a teardrop in your palm, and it's hard. Winter's day, and I dream away. It must have been love, but it's over now. It was all that I wanted, now I'm living without.
It must have been love, but it's over now. It's where the water flows. It's where the wind blows. It must have been love, but it's over now. It must have been good, but I lost it somehow. It must have been love, but it's over now. From the moment we touched, till the time had run out. Oh, it must have been love, but it's over now. It was all that I wanted, now I'm living without. It must have been love, but it's over now.
It's where the water flows. It's where the wind blows. What's the time? Seems it's already morning. I see the sky, it's so beautiful and blue. The TV's on, but the only thing showing is a picture of you. I get up and make myself some coffee. I try to read a bit, but the story's too thin. I thank the Lord above, you're not here to see me in the shape I'm in. Spending my time, watching the days go by.
Feeling so small, I stare at the wall, hoping that you think of me too. I'm spending my time.
[02:56:16] - But I don't know what to tell you. I leave a kiss on your answering machine. Oh, help me, please. Is there someone who can make me wake up from this dream? Oh. Spending my time. Watching the days go by. Feeling so small. I stare at the wall. Hoping that you are missing me too.
I'm spending my time. Spending my time. Watching the sun go down. I fall asleep to the sound. Of tears of a clown. Cry all night. I'm spending my time. My friends keep telling me hey, life will go on. Time will make sure I'll get over you, oh. This silly game of love you play with only to lose.
Oh. I'm spending my time. Spending my time. Watching the days go by. Feeling so small. I stare at the wall. Hoping that you are missing me too. I'm spending my time. Spending my time. Watching the sun go down.
I fall asleep to the sound. Of tears of a clown. Cry all night. I'm spending my time. I'm spending my time.