[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej polance w gorących promieniach słońca stoi pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu „Chata Mistyka”. Om. Namaste. Witam wszystkich bardzo serdecznie. Pozdrawiam wszystkich gości i wizytatorów „Chaty Mistyka”.
Bardzo miło mi, że pojawiliście się ponownie w progach owej chatki pośród gęstego lasu na tajemniczej wyspie daleko pośród głębokiego oceanu świadomości. Moi drodzy, zapraszam was do kolejnej opowieści. Jest to kontynuacja mojej indyjskiej podróży, mojej niesamowitej sposobności i okoliczności do tego, aby odwiedzać rozmaite zakątki tej przepięknej, uduchowionej krainy oraz aby wchodzić w interakcje z bardzo niesamowitymi, barwnymi, kolorowymi postaciami, dzięki czemu wzbogacam swoje doświadczenie. Buduję w ten sposób podwaliny ku dalszym poszukiwaniom duchowym. To zajmuje większość czasu podczas każdego mojego dnia, czyli zgłębianie tajników duchowości i eksploracja sposobności, które dane są nam zewsząd. Być może nie zawsze te sposobności widzimy. Być może nie zawsze zauważamy ową ścieżkę w tym zagmatwanym lesie, który tworzy nam rzeczywistość, świat, w którym żyjemy, w którym przejawiamy się. Aczkolwiek dla mnie jest to rzecz bardzo intrygująca. Rzecz, która powoduje moje działanie. Rzecz, która bardzo mocno inspiruje mnie.
Właśnie ta możliwość, która pozostawiona jest tuż przed nami. Aczkolwiek musimy po tą możliwość wyciągnąć metaforyczną rękę. Rozwój duchowy nie dzieje się samoistnie i zwykle wiąże się z lekką dozą dedykacji oraz szczyptą prawdy, którą próbujemy odkryć. Każdy musi odkryć tą prawdę na własną rękę. I to jest właśnie to, co mnie najbardziej zajmuje, co najbardziej mnie pasjonuje w moim życiu. Dlatego podążam taką drogą. Jedną z metod i sposobności, które dostarcza mi podróżowanie, jest to, że pojawiam się w miejscach, które mają już dosyć długą kulturę, długą historię pomagania ludziom na drodze duchowej. Dlatego jest to w pewnym sensie ułatwienie. Poszukiwanie prawdy, poszukiwanie drogi, poszukiwanie Boga czy oświecenia, nazwij sobie jak chcesz, nie jest rzeczą łatwą. Jeżeli nie posiadasz metody, czyli narzędzia, które ci ułatwia w pewien sposób ten proces, to poszukując, czy też przebywając tą drogę samodzielnie, bardzo często popełniamy błędy i często zdarza się tak, że idziemy w złą stronę.
I jeżeli uprzytomnimy sobie, że idziemy w złą stronę, to musimy zawrócić i wejść na ten właściwy szlak. Więc jest to droga dosyć skomplikowana, często bolesna, często niebezpieczna, często wręcz niemożliwa, jeżeli nie mamy sposobności, czy też decydujemy być może, że nie chcemy wspierać się na dorobku, na spuściźnie duchowej, kulturowej, która została pozostawiona tutaj dla nas przez wszystkie wcześniejsze pokolenia, reprezentacje i manifestacje oraz wcielenia tego samego, czym my jesteśmy, czyli przejawy świadomości, które bardzo często, w wielu przypadkach znanych nam z historii, osiągnęły pułap, który umożliwił im wyjrzenie spoza metaforycznego, ograniczającego nam widok pudełka i doznanie prawdy. Bycie w unii z Bogiem, bycie w jedności ze stworzeniem. I dodatkowo istoty te, mam tu na myśli duchowych mistrzów czy tak zwanych guru, czy też duchowych przewodników. Istoty te postanowiły zawrócić lekko na swojej drodze po to, aby ową wiedzę, owe doświadczenie, owe metody, technologie przekazać nam malutkim, czyli tym formom świadomości, które są na dużo niższym poziomie i które zmagają się z tą rzeczywistością, która często przysparza nam ból i cierpienie. I nie dostrzegamy często tej drugiej strony, tej sposobności, tej niebywałej szansy, którą daje nam życie, którą daje nam możliwość taka, że przejawiamy się tutaj, w tym świecie. I właśnie owi mistrzowie wypracowują pewne metody, narzędzia, które to udostępniają, upubliczniają szerszym gronom publiczności i szerszym grupom ludzi. Za to im chwała i wdzięczność. Jest to na pewno dużo łatwiejsza droga i sposób niż eksploracja owej zagmatwanej rzeczywistości, w której znajduje się gąszcz pułapek i ślepych korytarzy. A oni pokazują nam drogę.
Przy pomocy, być może, swojego metaforycznego snopu światła czy też latarki są w stanie oświetlić naszą ścieżkę. Dzięki temu jesteśmy w stanie przemieszczać się sprawniej, szybciej i budować tę jakość na dużo wyższym poziomie. Dzisiaj właśnie o jednych z tego typu okolicznościach, na które natknąłem się podczas mojej podróży w Indii. Wydarzenie, którego nie planowałem przebyć, bardzo spontaniczne, ale które bardzo doceniam. Program Vipassana, czyli program medytacji. Jest to 10-dniowy program medytacji w milczeniu, który odbywa się w bardzo skrupulatnie zorganizowanych centrach, nie tylko w Indiach w tym momencie, ale właściwie na całym świecie. I jest to jedna z tych wspaniałych metod, z tych technologii, które zostały pozostawione dla nas przez wyższej klasy jednostki świadomości, które przebyły tę drogę i które na dodatek zdecydowały, że tę metodę udostępnią innym po to, aby nam było łatwiej. Więc istni pionierzy. Jednym z nich stał się Gautama Budda, mistrz duchowy, który pochodzi z terenów pogranicza Indii i obecnego Nepalu. Postać, którą większość z nas zna z imienia tego bardzo popularnego tytułu, którym jest Budda.
Natomiast w naszej kulturze, w kulturze Polski nie do końca znamy szczegóły historii tej niesamowitej postaci. Także w dzisiejszej opowieści z chaty mistyka i prawdopodobnie w kolejnej opowieści, dlatego że chciałbym rozbić to na dwa tematy. W dzisiejszym odcinku poruszę temat samej praktyki medytacji Vipassana, która pochodzi nie bezpośrednio, aczkolwiek pośrednio od Gautama Buddy, o którym chciałem opowiedzieć troszeczkę więcej szczegółów w kolejnej części chaty mistyka, do której już w tym miejscu, w tym czasie gorąco wszystkich zapraszam do odsłuchania. Taki mam plan. Postać Gautama Buddy mnie nie kojarzyła się ze zbyt wieloma faktami. Dopiero niedawno dowiedziałem się historii tego zacnego mistyka i o tym, czego nauczał i dowiedziałem się, jak bardzo praktyczna była metoda, którą przedstawiał ludziom. Metoda, która została w pewien sposób zaniechana, zapomniana, być może również zatuszowana na prawie dwa i pół tysiąca lat. Metoda, która odrodziła się dopiero zupełnie niedawno na skalę powszechną, światową. Metoda bardzo praktyczna. Jest to technologia, czyli po prostu coś, co działa.
I o tej metodzie, którą proklamował, przedstawiał Gautama Budda chciałbym opowiedzieć dzisiaj. Natomiast o postaci samego Buddy, o jego historii i o tym, o czym nauczał w swoim systemie, który nazywał Dhamma czy też Dharma opowiem w kolejnej części chaty mistyka, do której wszystkich jeszcze raz gorąco zapraszam. Natomiast dzisiaj skupię się na moim doświadczeniu z pobytu w centrum czy też ośrodku Vipassany w północnej części Indii, w górach w stanie Himachal Pradesh, w miejscowości o nazwie Dharamshala, w której rezyduje obecnie 14. Dalajlama, który został wygnany brutalnie ze swojej krainy, zwanej Tybetem, przez Chińczyków. Został ugoszczony przez rząd hinduski wraz z całą wielotysięczną populacją swojego pokojowego narodu, który studiuje i praktykuje metody, o których mówił sam Budda dwa i pół tysiąca lat temu. Tę metodę odkrył ponownie. Metoda, która ma tysiące lat tradycji, jest w stanie przetrwać w swojej oryginalnej formie, dlatego, że bazuje na prawdzie, a prawda jest tylko jedna i nie może być interpretowana i modyfikowana na różnych poziomach. Dlatego Budda zrobił to w bardzo ciężki, trudny sposób. Odkrył tę metodę na własną rękę, przebywając bardzo ciężki i trudny proces. Proces, który trwał praktycznie osiem lat, który umożliwił mu oświecenie i wejście na inny, zupełnie wyższy poziom świadomości.
Metoda, którą musiał wypracować samodzielnie. To nie oznacza, że ta metoda pochodzi od niego. On ją odkrył na nowo. Dlatego, że to jest droga, na którą wchodzimy, kiedy podążamy prawdą. Nie jest to jedyna metoda, ale jest to bardzo skuteczna i bardzo praktyczna metoda, którą to Budda postanowił podzielić się z resztą świata. Ale zanim podzielił się tą metodą pośrednio ze mną, ja nie wiedziałem zbyt wiele na temat tej metody. Nie wiedziałem też dużo na temat buddystów, na temat religii buddyjskiej, która tak naprawdę mija się, co ciekawe, z naukami samego Buddy, o czym opowiem może w następnym odcinku. Natomiast pomysł na Vipassanę pojawił się bardzo spontanicznie właściwie. Byłem w drodze do owej górskiej miejscowości Dharamshala, właściwie do miejscowości Dharamkot, która jest w pobliżu miejscowości Dharamshala, gdzie urzęduje Dalajlama. Było to już jakieś trzy tygodnie po tym, jak opuściłem ashram w południowej części Indii, gdzie odbyłem ośmiodniowy bardzo intensywny program medytacji.
Program, w którym dokonywało się mnóstwo procesów karmicznych. Program pod tytułem Samyama, o którym opowiadałem już w poprzednich odcinkach „Chaty mistyka”. Po tym intensywnym bardzo doświadczeniu, dodatkowo wygrzebując się z różnych objawów chorobowych, które dostarczył mi mój organizm pod wpływem owych bardzo ekskluzywnych z jednej strony, z drugiej strony intensywnych procesów energetycznych, w których uczestniczyłem podczas tego ośmiodniowego programu w milczeniu. Byłem troszeczkę zmęczony, szczerze mówiąc, byłem troszeczkę przeorany. Po drodze pojawiłem się w miejscowości Rishikesh, gdzie czas spędzałem również bardzo intensywnie, ucząc się i kontynuując nauki u mojego mistrza masażu tajskiego. Później pojawiłem się na parę dni w Pendżabie, gdzie temperatury sięgały do 43 stopni w ciągu dnia, więc było naprawdę upiornie gorąco. Dlatego postanowiłem uciec w góry i to był mój jedyny powód. Na moim żelaznym rumaku w tym upiornym skwarze pędziłem sobie w stronę gór. Z każdą godziną powietrze stawało się troszeczkę lżejsze, powietrze stawało się troszeczkę chłodniejsze. Kiedy dotarłem do Dharamkot, pogoda już była naprawdę bardzo fajna, dlatego, że nie był to ani upał, ani nie było to zimno.
Noce bywają troszeczkę chłodne o tej porze roku, ale w ciągu dnia było naprawdę przemiło, więc cieszyłem się z faktu, że jestem w górach, ale pojechałem tam bez żadnego konkretnego planu. Kiedy moja znajoma jogini dowiedziała się, że udaję się w tą stronę, była bardzo podekscytowana i zaproponowała mi udział w tym kursie Vipassany. Dodatkowo bardzo szybko sprawdziła informację, że kurs odbywa się za trzy dni. Czyli miałem tak naprawdę trzy dni, aby podjąć decyzję, czy chcę przebyć kolejny bardzo intensywny proces medytacyjny. I szczerze mówiąc, na początku miałem troszeczkę wątpliwości. Natomiast moja znajoma jogini, która jest dosyć mocno wtajemniczona w tego typu praktyki, która proces Vipassany sama przechodziła, z tego, co pamiętam, cztery razy już, bardzo gorąco poleciła mi wzięcie udziału w tym przedsięwzięciu. Tym bardziej z powodu tego, że byłem już po Samyamie. Byłem po podobnym wydarzeniu, do którego dodatkowo przygotowywałem się przez 70 dni, zanim wziąłem udział w tym wydarzeniu. To był dobry czas, aby przystąpić do kolejnego bardzo intensywnego programu, w którym wiedziałem, że będę musiał siedzieć wieloma długimi godzinami w pozycji ze skrzyżowanymi nogami, w pozycji Ardhaseedhasana, praktycznie bez ruchu, więc postanowiłem po paru dniach, że rzeczywiście jest to odpowiedni moment. Pomimo tego, że nie byłem zapisany na listę uczestników, to w dzień, kiedy rozpoczynał się program, udałem się do owego centrum.
Zapisałem swoje imię na krótkiej liście rezerwowej i po paru godzinach zostałem zaakceptowany i zaproszony do programu, co wiązało się z tym, że muszę zaprzepaścić jakiekolwiek swoje inne plany, których notabene nie miałem zbyt wiele, ale muszę poświęcić się kompletnie temu procesowi w tym momencie. Nie mam czasu, aby się przygotowywać myślą do tego faktu, że będę 10 dni spędzał w milczeniu, że będę siedział wieloma godzinami bez ruchu, będę medytował, nie będę miał telefonu, nie będę miał kontaktu z nikim innym. Tego typu decyzja przyszła dla mnie dosyć łatwo. Także w taki to pozornie przypadkowy sposób znalazłem się w centrum medytacyjnym Vipassana niedaleko miejscowości Dharamkot. I chwilę opowiem o tym, jak samo centrum wygląda. Centrum znajduje się na szczycie góry Miejsce robi dosyć piorunujące pierwsze wrażenie. Jest to bardzo gęsty las cedrowy przede wszystkim. Cedry to są potężne drzewa iglaste o naprawdę wielkich pniach, które pną się wysoko ku niebu, tworząc niesamowitą, mistyczną już w sobie atmosferę, dlatego, że nie przepuszczają zbyt dużo słońca. Są to bardzo wysokie, strzeliste drzewa o często bardzo szerokim systemie gałęzi, które rozpościerają się wokół. Drzewa rosną dosyć gęsto.
Pomiędzy drzewami natomiast widać wysoko wierzchołki gór, otaczających to miejsce gór Himalajów, gdzie często niektóre z nich pokryte są o tej porze roku nadal śniegiem. W samym centrum wybudowane są małe budynki, które to rozsiane są po terenie tego ośrodka. Większość z tych budynków to są tak zwane cele. Są to dosłownie więzienne cele, bardzo małe miejsca, które służą za zakwaterowanie dla uczestników tego przedsięwzięcia oraz czasami za miejsca do medytacji w odosobnieniu. Oprócz tego zauważyłem od razu wszędzie w oknach metalowe kraty oraz na gankach przed wejściem do budynków również ganki te były okratowane metalem, co sprawiało pewne wrażenie niepokoju u mnie, muszę przyznać. Dodatkowo były wybudowane wybrukowane chodniki, wąskie chodniki łączące budynki, nad którymi to wisiały wąskie zadaszenia, które to pokryte były kolczastymi drutami. Do tego mały dziedziniec, mała jadalnia, no i główna sala do medytacji. Sala, w której to odbywał się cały ten proces. Oprócz tego zbiorcze toalety i tak naprawdę tyle. Więc miejsce dosyć skromne, które na pierwszy rzut oka sprawia dosyć dziwne wrażenie.
Kojarzy się mi po prostu z więzieniem. Dodatkowo muszę zaofiarować się i zadedykować na kolejne dziesięć dni, oddając wszystkie moje dokumenty, oddając telefon komórkowy, oddając wszelkiego rodzaju materiały, które można by ewentualnie czytać, typu książki, broszury, magazyny i tego typu rzeczy. Więc powierzam się kompletnie procesowi i zamykam się dobrowolnie po prostu w tym ośrodku więziennym, który w ten sposób ascetyczny, bardzo ubogi, bardzo skromny, bardzo minimalistyczny wygląda. Po paru godzinach okazało się, o co w tym wszystkim chodzi. Skąd te metalowe kraty? Skąd te druty kolczaste? Otóż, moi drodzy, okazało się, że oprócz tego, że znajduję się w ośrodku medytacji Vipassana, to tak naprawdę jestem w królestwie małp. Dokładnie. Okazało się, że owe wysokie drzewa, owe cedry są domem dla naprawdę dziesiątek, jeżeli nie setek małp. Małp z gatunku makaki.
To są małpy tak zwane makaki, które tutaj zamieszkują bardzo licznie Himalaje w tym obszarze. Także okazało się, że są to zabezpieczenia po to, aby małpy nie wchodziły do budynków, dlatego że one dosyć często bywają takie bardzo odważne i powiedziałbym nawet bezczelne, usiłując wykraść jakieś owoce, jakieś jedzenie czy po prostu robiąc bałagan w ośrodku. Więc stąd te wszystkie zabezpieczenia, stąd ten klimat. Oprócz małp znajdowały się na terenie ośrodka również inne zwierzęta. Były na przykład psy. Okazało się, że jest siedem szczeniaczków. Nie mogłem się ich doliczyć. Na początku myślałem, że są to tylko cztery szczeniaki. Później okazało się, że jest pięć, sześć i doliczyłem się w końcu ich siedmiu, więc siedem szczeniaków i do tego bardzo zmęczona matka tych szczeniaków, które to próbują wiecznie i jednocześnie żerować na niej. Oprócz tego jeszcze jedno zwierzę, które to pojawiało się na terenie centrum: czarny byk, taki lokalny czarny byk z charakterystycznym garbem, który to pojawiał się raz na jakiś czas na głównym placyku, na tym naszym spacerniaku więziennym, aby pokazać wszystkim swoje potężne rogi i majestatyczną formę i aby najczęściej walnąć na naszym placu, na tym spacerniaku równie majestatyczną kupę po prostu.
Byk wchodził sobie swobodnie, kiedy chciał, bo tylna brama do naszego więzienia stała szeroko otwarta, paradoksalnie. Takie to właśnie było więzienie. Ale każdy z uczestników, tych dobrowolnych więźniów wyraził zgodę na tymczasowy areszt oraz wyraził silną determinację, aby pozostać na terenie ośrodka przez cały okres trwania procesu, czyli przez dziesięć dni. I tutaj dodam, że było to pełne dziesięć dni. Zaczęliśmy proces o godzinie 17:00, jak gdyby na dzień przed rozpoczęciem się właściwego kursu. Natomiast na jedenasty dzień proces zakończył się o godzinie 8:00 rano po śniadaniu, więc pełnych dziesięć dni i tak naprawdę jeszcze dodatkowych parę godzin. Jak już wspomniałem, jak to w więzieniu bywa, zabrano nam wszystkie gadżety, wliczając w to laptopy, telefony osobiste oraz portfele, dokumenty i tak dalej. Tego pierwszego dnia po krótkim wstępie udaliśmy się na spoczynek do naszych cel. To są dosłownie cele. To są takie małe pomieszczenia, gdzie mieści się jedynie łóżko, które służy do spania i ewentualnie krótkiej medytacji w ciągu dnia.
Leżysz na twardej pryczy, w tym przypadku pod trzema kocami, bo było naprawdę zimno. Po gorącym, pustynnym klimacie Pandżabu było to szokujące doświadczenie dla mojego organizmu. Dlatego, że tu wysoko na tej górze temperatury spadały dosyć nisko w ciągu nocy. Było dosyć zimno, tym bardziej, że przez pierwsze trzy dni na okrągło padał deszcz. Pierwszego dnia zasnąłem nie bez problemów, jak to czasem w nowym miejscu bywa i to na dodatek w więzieniu. Udało się zasnąć, aby po lekkiej drzemce, jak to by się mogło wydawać, usłyszeć dźwięk gongs. Otworzyłem powoli oko. Ogarnęła mnie lepka ciemność. Wyjrzałem spod moich trzech kocy i momentalnie poczułem górski, poranny ziąb. Coś mi się przyśniło, pomyślałem.
W tej samej sekundzie rozległ się ponownie potężny dźwięk gongs. Po minucie ponownie i ponownie. Po chwili dołączyły do tego metalowe dzwoneczki, których dźwięk zaczął dochodzić z różnych części lasu. To właśnie wolontariusze upewniali się, że każdy z obecnych jest na nogach i udaje się w stronę głównej hali. Popatrzyłem na zegar na ścianie. 4:17. Czas udać się na pierwszą tego dnia dwugodzinną sesję medytacji. Teraz nie było już wątpliwości, że wszystko rozpoczęło się na poważnie. W głównym pomieszczeniu do medytacji zgromadziło się w milczeniu 45 mężczyzn i mniej więcej tyle samo kobiet. Mężczyźni po lewej, a kobiety po prawej stronie sali.
Wszyscy na kwadratowych poduszkach do medytacji, które od teraz były główną lokalizacją podczas każdego z 10 dni, które z determinacją postanowiliśmy wszyscy tu spędzić. Ludzie z różnych części nie tylko Indii, ale i reszty świata, pochodzący z odmiennych kultur, być może religii, o różnych statusach społecznych i tradycjach. Ale liczy się to, że każdy pojawia się tu, aby przede wszystkim podjąć próbę, a następnie przebyć ten głęboki proces, aby odbyć pewnego rodzaju pracę. Dla niektórych nie jest to pierwszy raz. Są tacy, którzy uczestniczyli w programie Vipassana cztery razy. Są tacy, którzy byli tu już pięć, sześć razy i nadal kontynuują tą pracę. Dla innych jest to kompletnie nowe, nieznane doświadczenie. I podobnie było ze mną. Tak jak wspomniałem, o Vipassanie wiedziałem niewiele. Miałem tylko trochę informacji od napotkanych podróżników, którzy przebyli już ten proces, ale od nich zwykle dowiadywałem się tylko o ich własnych wrażeniach z pobytu w ośrodku i ewentualnie o trudnościach, z którymi borykali się podczas tego procesu.
Mnie natomiast interesowała strona techniczna tej metody. Interesowało mnie to, skąd się wywodzi, w jaki sposób jest w stanie pomóc mi w rozwoju duchowym. Parę odpowiedzi na te pytania pojawiło się już tego samego wieczora. Po pierwszym dniu, po wielu godzinach siedzenia, po lunchu o godzinie 11:00, który jest drugim i zarazem ostatnim posiłkiem dnia. Dlatego, że podczas kursu Vipassana je się tylko dwa posiłki dziennie, śniadanie o godzinie 6:30 i następnie lunch o godzinie 11:00. Chodzi o to, aby żołądek nie trawił, aby energia nie była poświęcana na trawienie. Dlatego, że jeżeli żołądek mamy pełny, to medytacja jest bardzo trudna, bardzo skomplikowana i często praktycznie niemożliwa. Więc ten okres postu, który następuje od godziny 11:00 do godziny 6:30 rano kolejnego dnia, to jest jedna z metod, które pozwala umożliwić ten proces. Po lunchu o godzinie 11:00, który jest drugim i ostatnim posiłkiem dnia, nastąpiła godzinna przerwa, po której znowu siedzieliśmy z krótkimi przerwami aż do godziny 20:30, kiedy to w sali telewizyjnej co wieczór odbywały się godzinne dyskursy, takie prelekcje wideo, z których dowiedziałem się wiele o samej metodzie, o jej tradycji oraz o współczesnym ojcu czy też propagatorze owej pradawnej metody medytacyjnej, bardzo zacnym panu o imieniu Satya Narayan Goenka. Nauczyciel Goenka co wieczór omawia trzy kwestie.
Po pierwsze omawia pokrótce to, co masz robić. Po drugie mówi o tym, co najprawdopodobniej doświadczasz podczas procesu. I to naprawdę zgadzało się punkt w punkt. Pomimo tego, że wahałem się i miałem mnóstwo pytań pojawiających się w głowie, czy wykonuję metodę prawidłowo, czy to jest to, o czym mówią instrukcje, czy zrozumiałem instrukcje, czy to, co się dzieje, to jest to, co powinno się dziać, czy to jest coś, nad czym powinienem pracować. Te wszystkie pytania, pomimo tego, że niezadane, uzyskują odpowiedzi właśnie podczas tych dyskursów wideo każdego wieczora. I po trzecie, za każdym razem dowiadujesz się również trochę teorii, dlaczego doświadczasz tego typu rzeczy i dodatkowo za każdym razem jesteś zachęcany czy też zachęcana, aby nie akceptować automatycznie tych wyjaśnień, ale raczej zachęca się do tego, aby doświadczyć i odkryć to wszystko na swój własny, samodzielny sposób. Tylko w ten sposób to doświadczenie będzie miało charakter ugruntowany. Tylko w ten sposób będzie to doświadczenie prawdziwe, jeżeli wypłynie z każdego z nas indywidualnie. Więc do tego jesteśmy zachęcani podczas trwania całego procesu Vipassana, abyśmy byli sceptyczni, ale w tym samym czasie otwarci, abyśmy mogli się uczyć, abyśmy mogli doświadczać osobiście. To jeszcze trochę o samym panu Goenka.
Żeby w skrócie przedstawić tobie, droga słuchaczko oraz tobie, drogi słuchaczu, parę zasług pana Goenki, przeczytam krótkie tłumaczenie ze strony źródłowej. Strona, która nazywa się dhamma.org. Dhamma pisane przez D-H-A-M-M-A kropka O-R-G. Dhamma.org. Tam znajdują się źródłowe informacje na temat samej techniki, na temat biografii pana Goenki oraz tam można zapisać się na kursy Vipassany również. Ale abyśmy wspólnie mogli zaznajomić się lekko z postacią tego wybitnego nauczyciela, przytoczę ten tekst ze strony internetowej. Otóż Satya Narayan Goenka miał pochodzenie hinduskie, aczkolwiek urodził się i wychował w Myanmarze, czyli w obecnej Birmie. Mieszkając tam miał szczęście wejść w kontakt z Sayagyi U Ba Khinem i nauczyć się od niego techniki Vipassany. Po odbyciu szkolenia od swojego nauczyciela przez 14 lat Goenka osiadł w Indiach i rozpoczął nauczanie Vipassany w 1969 roku. W kraju wciąż podzielonym przez różnice kastowe i religijne kursy oferowane przez pana Goenkę wkrótce przyciągnęły tysiące ludzi z każdej części społeczeństwa.
Ponadto wielu ludzi z krajów całego świata przyłączyło się do kursów medytacji Vipassana. Przez prawie 45 lat pan Goenka i wyznaczeni przez niego nauczyciele nauczali setek tysięcy ludzi na kursach w Indiach i innych krajach, Wschodzie i Zachodzie. Obecnie ośrodki medytacji utworzone pod jego przewodnictwem działają w Azji, Europie, obu Amerykach, Afryce i Australazji. Technika nauczania przez S. N. Goenka wraca dwa i pół tysiąca lat do Buddy. Budda nigdy nie nauczał religii sekciarskiej. Uczył Dhammy, drogi do wyzwolenia, która jest drogą uniwersalną. W tej samej tradycji podejście Goenki jest całkowicie niesekciarskie. Z tego powodu jego nauczanie odwoływało się głęboko do ludzi ze wszystkich środowisk, z każdej religii i bez religii i z każdej części świata.
Pan Goenka był laureatem wielu nagród i wyróżnień za jego życia, w tym prestiżowej nagrody Padma od prezydenta Indii w 2012 roku. Jest to jedna z najwyższych nagród cywilnych przyznawanych przez rząd Indii. Satya Narayan Goenka wydał ostatnie tchnienie we wrześniu 2013 roku w wieku 89 lat. Pozostawił po sobie niezniszczalną spuściznę, technikę Vipassany, obecnie dostępną dla ludzi na całym świecie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Taka jest oficjalna, w skrócie historia biograficzna tego nauczyciela. Aczkolwiek podczas trwania kursu dowiedziałem się mnóstwo zabawnych i ciekawych anegdot i historyjek z jego życia prywatnego, których tutaj nie będę wspominał, ale opiszę po trosze moje pierwsze wrażenie tego dżentelmena, kiedy to pojawił się na ekranie telewizora. Otóż człowiek z wyglądu dosyć niepozorny, o bardzo pospolitej twarzy i posturze w Indiach. Takich dżentelmenów w Indiach widuję na co dzień mnóstwo, więc to była pierwsza dla mnie niespodzianka, poznając wizerunek pana Goenki, dlatego, że ubrany był zwyczajnie w zwykłą koszulę oraz przewiązany był tak zwanym lungi, czyli Lungi, czyli prosty kawałek materiału, którym to mężczyźni owijają się wokół pasa, tworząc tym samym okrycie dolnej części ciała. Bardzo proste, skromne ubranie. Starszy pan w krótkich, siwych włosach, bardzo schludnych, zaczesanych na bok z przedziałkiem, ogolony i schludny.
Obok niego siedzi jego żona, również starsza pani w okularach, ubrana w tradycyjny w tej części świata strój. Milcząco za każdym razem towarzyszyła swemu mężowi podczas jego wypowiedzi. Z wyglądu niczym nie przypomina to tradycyjnego wizerunku guru, duchowego mistrza w lejących się szatach, o długiej, skołtunionej brodzie i jeszcze dłuższych dredlokach porastających jego głowę. Tutaj wręcz przeciwnie. Jest to niski pan o bardzo zwyczajnym wyglądzie. Nie przynależy do żadnej sekty, o czym informuje już na samym początku, do żadnej religii. Pomimo tego, że wychował się w rodzinie hinduistycznej, rodzinie o bardzo dogłębnych tradycjach praktyk hinduistycznych, praktyk religijnych, mówi o tym, że nie jest osobą religijną ani nie przynależy do żadnej sekty. Wygląda zwyczajnie i bardzo skromnie, ale co uderza, urzeka jego głos. Jego głos jest naprawdę głęboki, o bardzo ciepłej barwie. Pan Goenka w nagraniach mówi znakomitą angielszczyzną, dlatego, że jest osobą wysoce inteligentną przede wszystkim i elokwentną, ale również pochodzi z bogatej rodziny biznesowej.
Otrzymał wysokiej klasy wykształcenie i dlatego mówi naprawdę świetnym językiem angielskim. Jego retoryka jest bardzo czysta i bardzo zrozumiała. Jego oczy często mają bardzo głęboki wyraz, ale twarz również często bywa bardzo uśmiechnięta. Powracając do samego programu. Pierwsze trzy dni vipassany to długie godziny siedzenia i obserwowania oddechu. Tak rozpoczyna się cały proces. Uważność oddechu zawężona jest dodatkowo do trójkąta na twarzy, który to wyznacza górny punkt nosa, a którego podstawą jest linia górnej wargi. Tylko taki obszar. Siedzisz i obserwujesz ten trójkąt, ten obszar na twojej twarzy. Obserwujesz wszelkie wrażenia, które pojawiają się podczas tego procesu respiracji.
Może być to dotyk powietrza u wylotu nosa na przykład. Może to być uczucie ciepła czy też zimna. Może to być swędzenie, jakieś gilgotanie, wilgotność i tak dalej. Po prostu wszystko, co da się zauważyć na tym trójkącie. Obserwujesz to, ale nie robisz nic, nie reagujesz. Uwaga skupiona jest jedynie na oddechu. I to nie jest łatwa sprawa, jak sobie doskonale większość z nas zdaje sprawę. Szczególnie nie jest to proste dla początkujących. Dlatego, że bierzesz dwa, trzy oddechy w skupieniu i nagle bum, umysł galopuje gdzieś w gąszcz myśli, w jakieś historie nawiązań i planów na przyszłość. Czyli po prostu zaczyna się odbywać to, co zwykle.
To, z czym borykamy się na co dzień. A tutaj właśnie jesteś w więzieniu. Tutaj trzeba siedzieć godzinę, dwie godziny bez ruchu i robić tylko to: obserwować oddech. W tym czasie umysł produkuje swoje historie i to jest normalne. W takich być może momentach czujemy jakąś niemoc zwykle, jakiś niepokój, być może jakąś agitację. Bo to przecież wydaje się takie łatwe, prawda? Obserwować oddech, siedzieć i obserwować oddech. Przecież ten oddech zawsze tam jest, więc teraz mam tylko siedzieć i to obserwować. Okazuje się po krótszej chwili, że to się nam nie udaje, że to nie jest takie proste. Tutaj często pojawia się właśnie frustracja.
Ale ważne jest to, aby nie poddawać się tym wszystkim myślom, które to powodują uczucia. To nie pomaga w niczym, jeżeli będziemy się frustrować, jeżeli pojawi się gniew, jakieś poczucie nieadekwatności. Jak myślę sobie: „Nie, nie mogę” albo sobie myślę: „Nie umiem, albo to nie dla mnie”, to spokojnie, to są tylko początki, wszystko jest okej i wszystko przebiega w sposób naturalny. Każdy się z tym boryka. Musimy po prostu dostrzec i zrozumieć, jak funkcjonuje umysł. To jest podstawa całego tego procesu. To jest podstawa każdego procesu medytacyjnego. I dopiero kiedy rozumiemy schematy funkcjonowania umysłu, to potem przychodzi kolej na to, aby po prostu to zaakceptować. Zaakceptować to, w jaki sposób funkcjonuje nasz umysł. Czyli nie walczyć z tym, nie szarpać się, ale pozostać na ścieżce i iść sobie dalej.
To, co się dzieje z myślami, kiedy siadamy do medytacji To są właśnie stare, doskonale nam znane zwyczaje i nawyki naszego umysłu, który robi to na co dzień. A teraz siadamy, zamykamy oczy i zapędzamy ten umysł do przysłowiowego koziego rogu. Każemy temu umysłowi siedzieć i nic nie robić poza obserwacją oddechu. A umysł tego nie lubi. Umysł zaczyna się buntować, dlatego, że na co dzień zachowuje się inaczej. Więc przez jakiś czas, im bliżej owego metaforycznego kąta, w który zaganiamy nasz umysł, tym bardziej będzie się on szamotał, tym bardziej będzie próbował się wyrwać, aż w końcu nastąpi taki moment, kiedy wciśnięty pomiędzy te dwie ściany nie będzie już miał możliwości poruszania się. I to wtedy właśnie osiągamy owy balans, ową klarowność czy też pustkę. Osiągamy stan odpoczynku, można by powiedzieć kwantowego spoczynku. Ale to wszystko przychodzi z czasem, moi drodzy i również przychodzi to z praktyką. Więc rozpoczęliśmy od małego trójkąta na twarzy, potem uważność zawężona została jeszcze bardziej, jedynie do punktu na górnej wardze pod nosem.
I to trwało trzy dni. Obserwacja punktu i przez trzy dni, długimi godzinami po 10,5 godziny dziennie, bo tyle trwały łącznie sesje siedzenia i medytacji, siedzisz i obserwujesz oddech oraz wrażenia, które oddech sprawia na tym punkcie na twojej wardze i masz za zadanie nie myśleć o niczym innym, tylko o tym punkcie. Jeżeli myśli przychodzą, to akceptujesz to, ale ich nie sycisz, nie zajmujesz się nimi, ignorujesz je i swobodnie odrzucasz, rozumiejąc, że w ten sposób funkcjonuje twój umysł I to jest okej. Ale to nie jest rzecz łatwa. To jest rzecz bardzo trudna i nawet dla mnie po dwóch dniach takiego siedzenia, po dwóch dniach mojego dobrowolnego aresztu, na który się zdałem, na poważnie zacząłem zastanawiać się, czy dotrwam do ostatniego dnia tego kursu. Dlatego, że po wielu godzinach wytężonego siedzenia w bezruchu zaczynały boleć plecy, zaczynały boleć kolana, zaczynały boleć uda. Wszystko zaczynało po prostu cierpieć. Myśli szarpały się, a wydawało mi się, że jestem tak świetnie przygotowany, dlatego, że właśnie odbyłem miesiąc wcześniej inny program i dodatkowo praktykowałem asany i kriye przez 70 dni wcześniej. Ale po tylu godzinach to zwykłe siedzenie i oddychanie w bezruchu stawało się z dnia na dzień coraz większym wyzwaniem. Dodatkowo kwestia taka, że nie mogłem też wykonywać moich codziennych praktyk Hatha Joga i Kriya, które to ułatwiłyby przebycie tak długich sesji siedzenia.
Miałem taką sposobność podczas programu Samyama na małą skalę, natomiast biorąc udział w programie Vipassana również zgadzamy się na zaniechanie jakichkolwiek innych praktyk, na kompletne poddanie się tylko tej metodzie przez te 10 dni trwania programu, dlatego, że chodzi o to, aby kompletnie poświęcić się tej technice, co umożliwia lepsze jej poznanie i lepsze wdrożenie się w proces. Poza tym nie ma praktycznie czasu tak naprawdę w ciągu dnia na jakiekolwiek z moich praktyk, które w większości trwają przynajmniej godzinę. Przerwy pomiędzy medytacjami zwykle trwają około 15 minut, a jedyne dłuższe przerwy to są te po posiłkach, więc wtedy również nie mogłem praktykować jogi dlatego, że wymagany jest pusty żołądek, czyli minimum cztery godziny po posiłku należy odczekać, zanim przystąpimy do praktyk Hatha Joga i Kriya. No więc siedzimy w tej sali w milczeniu, otoczeni małym stuosobowym tłumem. Siedzimy i oddychamy. Umysł ucieka sobie w przeszłość i próbuje również projektować przyszłość. Ale to jest właściwie tylko to, kiedy zdamy sobie z tego sprawę. Umysł po prostu nie chce pozostać w danej chwili. Umysł nie chce być tu i teraz. Zamiast tego zajmuje się tylko tym, co mamy zachowane w pamięci, czyli na bazie tych doświadczeń, które są interpretacją historii, naszą własną interpretacją historii, umysł przywołuje nam tak zwane obrazy z przeszłości, czyli nie fakty, tylko obrazy z przeszłości i na podstawie tych doświadczeń z przeszłości projektuje sobie pewnego rodzaju obrazy, które to nazywa przyszłością.
To nie są obrazy, które się przejawią, ale są to tylko wyobrażenia naszego umysłu. A sam oddech i obserwacja oddechu to jest zjawisko, które dzieje się tylko tu i teraz. Kiedy umysł udaje się w podróż w przeszłość lub przyszłość, to również automatycznie pojawia się za każdym razem nasza osobista ocena sytuacji. Czyli są miłe wspomnienia lub przyjemne wspomnienia albo są też wspomnienia nieprzyjemne i niemiłe. Tym samym coś nam się podoba albo coś nam się nie podoba, prawda? Coś lubimy albo coś nie lubimy. Po prostu zaczynamy odnosić się do tego, co produkuje w myślach nasz umysł. To jest również cechą umysłu, więc w tym przypadku zwykle umysł osądza, tworzy sobie opinie, próbuje coś nazywać po imieniu. Pojawia się owy narrator, który próbuje narzucić własną interpretację historii, a nie opisać historię samą w sobie. Więc coś się nam podoba albo nam się coś nie podoba.
Czyli mamy do czynienia z poczuciem pragnienia albo poczuciem niechęci, prawda? Jeżeli coś nam się podoba, to tego pragniemy. Jeżeli coś nam się nie podoba, to wyrażamy niechęć. Okazuje się, że te dwa czynniki, te dwa bodźce, którymi są pragnienia i niechęci, są źródłem całego ludzkiego cierpienia. Czym jest cierpienie? Cierpienie możemy rozgraniczyć na to, które istnieje na poziomie cielesnym i na poziomie mentalnym. Natomiast jeżeli ból zamienia się w cierpienie, to jest to związane z tym, że następuje reakcja, czyli w pewien sposób postanawiamy odnieść się do czegoś, odnieść się do tego bodźca, który istniał na mechanicznym poziomie, na poziomie biologicznym, a w którym teraz postanawiamy wziąć udział, zabezpieczyć informację na temat tego bodźca i pielęgnować tę informację o cierpieniu, czyli po prostu reagować na dłuższą metę. Więc różnica pomiędzy bólem a cierpieniem to jest stopień naszego zaangażowania. Zresztą to nie tylko ból i cierpienie. Podobnie będzie z przyjemnością i ekstazą.
Bodźce pochodzą z zewnątrz, ale od nas tak naprawdę zależy, jak dalece będziemy na nie reagować, jak dalece będziemy owe bodźce kultywować w pewien sposób. Jeśli reagujemy na wszystko, to jest to nieskończony ciąg myśli, gdzie myśl pogania kolejną myśl. Jest to droga niepokoju, myśli, które pojawiają się bez kontroli i jakiegokolwiek porządku. W tych procesach zwykle nie ma ani ciągłości, ani sensu, czyli tak naprawdę mamy do czynienia z istnym szaleństwem. Bo skoro myśli pojawiają się w naszej głowie bez naszej kontroli i bez jakiegokolwiek porządku chronologicznego i bez jakiejkolwiek ciągłości, to mamy do czynienia z czystym przypadkiem szaleństwa tak naprawdę. I to się nazywa moha. Moha, czyli ignorancja. Innymi słowy zaciemnienie. Decyzja podjęta, aby stać się ignorantem, aby nie chcieć poznawać prawdy, aby żyć w zaciemnieniu i w iluzji. Jeżeli nie rozumiemy, jak funkcjonuje umysł, to nie rozumiemy, co jest źródłem naszych lęków, naszych nieszczęść, naszych negatywności.
I ta technika Vipassana pozwala odkryć to wszystko i dodatkowo pozwala to odkryć na poziomie własnego indywidualnego doświadczenia, co jest tutaj kwestią diametralną. Czwartego dnia trwania tego procesu zaczynamy obserwować doznania i odczucia na powierzchni ciała. Ja tutaj jeszcze wspomnę, zanim będę kontynuował, że to, o czym mówię, to są tylko powierzchowne opisy całej tej techniki, całego tego procesu i programu. Proszę absolutnie się nie sugerować tym jako instrukcją czy też wyjaśnieniem do tego, jak tę technikę praktykować. To są tylko i wyłącznie moje prywatne doświadczenia. Nie będę mówił tutaj zbyt wiele o skutkach duchowych, które owa technika przynosi, ale jest to tylko skrótowy, powierzchowny opis tej techniki. Także to, o czym tutaj mówię, nie jest instrukcją do praktyki samodzielnej. Więc czwartego dnia zaczęliśmy obserwować doznania i odczucia na powierzchni ciała, czyli już nie punkt nad wargą, ale teraz zaczynamy skanować całe ciało. Oczywiście w bezruchu zaczynamy skanować ciało od czubka głowy, przemieszczając się od góry głowy ku dołowi, nie pomijając przy tym żadnej części ciała. Przykuwamy uwagę czy też uważność do poszczególnych części ciała i obserwujemy wrażenia, które jesteśmy w stanie odczuć na tych konkretnych częściach ciała.
I to jest proces, który we własnym czasie, we własnym tempie odbywamy podczas tych wielogodzinnych sesji medytacyjnych, sesji siedzenia. Poruszamy tę uważność od góry do dołu i od dołu do góry, czasami próbując przenieść ją na równoległe części ciała. Jest to obserwacja odczuć sensorycznych, czyli tych, co pochodzą od pięciu zmysłów poznawczych Ale jednocześnie mamy za zadanie ignorować wszelkiego rodzaju doznania, które się pojawiają i nie reagować na nie. Dlatego, że reakcja to jest właśnie stary nawyk umysłu, który doprowadzi do cierpienia. Pojawiają się pragnienia albo niechęć, jeżeli umysł reaguje. Jeżeli pragnienie nie jest spełnione, to pojawia się cierpienie, bo przeciwnością pragnienia jest niechęć. Czyli w obu przypadkach, czy jest to pragnienie, czy niechęć, prowadzą one do cierpienia. I tu właśnie zaczynamy produkować tak zwaną sankharę. Sankharę, czyli balast nieszczęścia, który na co dzień nosimy ze sobą. Innymi słowy, jest to ładunek, który pozostawiony sam sobie samoczynnie się zwiększa.
Czyli nie tylko gromadzimy ową sankharę, owy balast, z którym już trudno się chodzi, ale owy balast zwielokrotnia się samoistnie, jeżeli nad nim nie pracujemy. Słowo „sankhara” w języku współczesnym Buddzie, czyli w języku, który nazywał się pali, miało mieć podobne znaczenie do słowa „karma”, które oznacza wzięcie udziału w akcji. Akcji, która tworzy ciebie i twoją rzeczywistość. Im lepszej jakości twoje wybory, tym lepsza jakość twoja na poziomie bytu. W przypadku sankhary jest podobnie. Jeżeli reagujesz, zagłębiasz się i podsycasz dramaty, to produkujesz coraz więcej tej sankhary. Jeżeli podejdziesz do tego z pełną świadomością, trzymając ster we własnych rękach, to zaczynasz być mniej podatny na odczucia fizyczne czy emocjonalne. Wtedy zbliżasz się do źródła i zaczyna się proces rozpuszczania tej sankhary, która nagromadziła się do tej pory. Czyli jeżeli poświęcamy uważność, jesteśmy świadomi tym fenomenom, które się dzieją w naszym życiu, a nie tylko podlegamy im i reagujemy na nie w sposób impulsywny, to właśnie tą pracą jesteśmy w stanie zacząć rozpuszczać tą nagromadzoną sankharę. I jedną z metod jest technika vipassana.
Na czym to polega technicznie? Skanując ciało od góry do dołu i od dołu do góry, zauważamy wszelkiego rodzaju odczucia pochodzące od naszych pięciu poznawczych zmysłów, ale na nie nie reagujemy. Początkowo są to uczucia pochodzące tylko od pięciu zmysłów, czasem przyjemne, czasem nieprzyjemne, na przykład ciepło, swędzenie czy ból i tak dalej. Ale po pewnym czasie, czasem jest to parę dni, czasem troszeczkę dłużej, zaczynają pojawiać się bardziej subtelne odczucia. Bardziej delikatne, powiedziałbym. Takie jak na przykład mrowienie, fala ciepła, prąd czy jakiegoś rodzaju wibracja. W moim przypadku zajęło to sześć dni, kiedy podczas jednej z sesji zacząłem odczuwać falę wibracji, która wraz ze zmianą mojej przestrzeni uważności podczas tego skanowania swobodnie przemieszczała się po częściach mojego ciała. Odczucia w tym przypadku są zawsze bardzo indywidualne, tak jak mówię, i nie należy się zanadto sugerować moim doświadczeniem, o którym opowiadam. Dlatego, że dla jednych będzie to odczucie mrowienia, dla innych dreszcz. U jednych te subtelne odczucia pojawią się po paru dniach, a inni być może ich w ogóle nie doznają podczas tych 10 dni.
Ale nie należy się tym za bardzo przejmować. Należy po prostu kontynuować pracę, a efekty się pojawią. Ale kiedy już się pojawią, to trzeba być bardzo ostrożnym i trzeba troszeczkę uważać. Dlatego, że te niezwykłe, bardzo przyjemne odczucia również nie powinny stać się źródłem naszego łaknienia czy też źródłem naszych pragnień. I to było dosyć trudne zadanie dla mnie, kiedy po sześciu dniach tych fizycznych i mentalnych tortur nareszcie pojawił się pierwszy dreszcz. Pojawiła się nagroda w postaci niesamowitych i niezwykłych tak naprawdę na co dzień odczuć. I teraz trzeba było zaniechać kompletnie moje nastawienie do tych odczuć. Łatwiej jest chyba ignorować coś, co jest dla nas niemiłe, prawda? Coś, co jest nieprzyjemne, coś, co jest niewygodne niż coś, co sprawia nam radość, podniecenie czy dostarcza przyjemności. A tutaj proszę.
Po tych wielodniowych zmaganiach z samym sobą, kiedy staję się już praktycznie magikiem i alchemikiem własnego ciała, muszę to wszystko po prostu zaprzepaścić. Bo na tym właśnie polega ten proces i metoda vipassany, aby zaprzestać produkować ową nową sankharę, aby zmienić u samej podstawy schemat funkcjonowania naszego umysłu, aby ten umysł przeprogramować. Aby wyrwać tego przysłowiowego chwasta z korzeniami. A jest to sprawa niebywale trudna. Ale w tych okolicznościach, w tym miejscu, w tym, jak to nazywam, dobrowolnym więzieniu, w tym rygorze, wyrzekając się wielu rzeczy, mamy sprawę troszeczkę ułatwioną, dlatego, że nie ma innego wyjścia. Jesteś tutaj po to, aby przebyć ten proces. Masz daną w jakiś sposób możliwość, więc zrób z tego użytek. Dlatego niektórzy odbywają ten proces wielokrotnie. Dlatego, że bycie w tym miejscu, w tym ośrodku sprzyja temu procesowi i pomaga. O samej metodzie Vipassana mógłbym mówić jeszcze wiele, ale myślę, że ograniczę się do powierzchownego opisu tego wydarzenia, do moich paru własnych przeżyć i przemyśleń na ten temat.
Oczywiście jest to bardzo pobieżny skrót tej techniki, która wydaje się być metodą bardzo całościową, bardzo praktyczną i bazującą przede wszystkim na własnym indywidualnym odczuciu i doświadczeniu. Metoda, która w moim przekonaniu, jeśli regularnie praktykowana i rozwijana, może przynieść bardzo pozytywne i praktyczne w życiu każdego rezultaty. Jeśli jesteśmy w stanie kontrolować nasze nastawienie do bodźców fizycznych, jesteśmy w stanie kontrolować nasze reakcje, to podobnie będziemy w stanie odnieść się z dystansem do pewnych emocji, które pojawiają się w naszym życiu i nie będziemy być może angażować się w pewne dramaty, które nam towarzyszą. Tym samym umysł na co dzień pozostanie przejrzysty i pozbawiony lęków. Tym samym osiągniemy balans. Metoda jest bardzo prosta, bardzo praktyczna. Polega na tym, aby przejąć kontrolę nad tym, co nam się dzieje. Aby nie zagłębiać się w te istne dramaty, które serwuje nam umysł na dzień powszedni, ale raczej, żeby wziąć kontrolę z poziomu bytu, z poziomu naszej prawdziwej natury, wziąć kontrolę nad tym narzędziem, którym jest umysł, które nie jest panem naszego losu, które nie powinno decydować o jakości naszego życia, naszego funkcjonowania. Tylko to my powinniśmy odnieść się z lekkim dystansem, oddzielić się poniekąd od tego ciała, od tego umysłu, który serwuje nam koktajl złudnych informacji, złudnych interpretacji i być może niepotrzebnych interpretacji zjawisk, które zachodzą podczas naszej egzystencji. Metoda, która umożliwia nam podjęcie kontroli, ale pomimo tego, że tak prosta z pozoru, w praktyce wymaga troszeczkę pracy i to pracy regularnej.
Ale tak jest ze wszystkim. Jeżeli chcesz nauczyć się czegoś nowego, to musisz to ćwiczyć, musisz to praktykować. Także tych, którzy o Vipassanie słyszą dopiero pierwszy raz, zachęcam bardzo gorąco do poczytania na ten temat. Materiały wideo z panem Goenką są dostępne na stronie internetowej dhamma.org, o której już wspomniałem, oraz jest dużo materiałów dostępnych na YouTubie. Metodę tą gorąco polecam tym, którzy chcą dopiero zacząć medytować, a nie wiedzą jak. Kursy Vipassany odbywają się również w Polsce. Należy odnaleźć sobie informacje na ten temat. Natomiast moja osobista rada jest taka, że bardzo gorąco polecam i zalecam ćwiczenie siedzenia przed przystąpieniem do tego programu. Dla tych, którzy nie przyzwyczajeni są do siedzenia ze skrzyżowanymi nogami czy też w pozycji półlotosu z wyprostowanymi plecami na podłodze, tym bardzo gorąco zalecam, kiedy już postanowią udać się na program Vipassany, aby przynajmniej miesiąc wcześniej wykonywać codzienne praktyki i ćwiczyć siedzenie na podłodze przynajmniej dwie godziny dziennie. To nie musi być medytacja.
To może być wykonywanie wszystkich innych czynności, takich jak siedzenie przed komputerem i wszystkiego tego, co robimy na co dzień, tylko będąc w tej pozycji, starając się być w tej pozycji siedzącej przez przynajmniej dwie godziny dziennie. Dlatego, że to naprawdę zaowocuje podczas programu Vipassany. Kiedy ciało jest zrelaksowane, możemy zająć się pracą umysłową, natomiast kiedy ciało jest w bólu i kiedy ciało jest w niewygodzie, to będziemy skupiać się na tego typu drobnostkach, zamiast zająć się tą dogłębną, poważną pracą. Dlatego lepiej jest się do tego procesu przygotować fizycznie, aby później zająć się naszym aspektem mentalnym, naszym aspektem psychicznym, aby docelowo zagłębić się w sferę duchową. Więc bardzo gorąco polecam wszystkim Vipassanę. Polecam wszystkim przygotowanie się również do tego procesu, kiedy już decydujemy się wziąć udział w programie Vipassana Jest to oryginalna, niezakłamana, niezmieniona, niemodyfikowana, starodawna technika, która została ponownie rozpropagowana przez pana Goenkę. Wcześniej metoda sięga samego Buddę, o którym będę opowiadał już w kolejnym odcinku Chaty Mistyka, który odkrył tę metodę na nowo i ze swoją sygnaturą rozesłał ją ponownie w świat. A teraz ta metoda dostępna jest dla każdego praktycznie na wyciągnięcie ręki i to dodatkowo za darmo. Warto wspomnieć, dlatego że kursy vipassany są za darmo. Można zostawić tak zwane datki, ale nie jest to obowiązkiem.
Kurs jest wspaniałą okazją również, aby zwyczajna osoba mogła doświadczyć klimatu czy też tradycji zakonnej, czyli takiego klimatu, w którym biorą udział mnisi czy też zakonnicy, wliczając w to owe śluby milczenia, zakaz kontaktu z innymi, zakaz kontaktu wzrokowego czy jakiejkolwiek gestykulacji, zakaz słuchania muzyki czy czytania książek, zakaz pisania na przykład. Jest to również dodatkowo sposobność, aby dzięki łasce innych żyć w moralności oraz aby żyć proste życie, skierować się do wnętrza. I tego typu sposobności do pracy nad sobą stwarzają kursy, między innymi vipassany. To są różnego innego rodzaju programy, to są centra czy też ashramy. I za tego typu sposobność, za tego typu okoliczności z tego miejsca chciałbym wyrazić podziękowania i wielki szacun dla mistrzów duchowych, którzy w znojach przetarli nam już te szlaki, otworzyli już nam te bramy, pokazali już nam ten widok na nowe horyzonty i na nowe możliwości. Wykorzystujmy to. Nie marnujmy tych trudów i wkładu ich pracy. Weźmy udział w procesie, który umożliwi nam to, że będziemy w stanie kroczyć świadomie przez to życie, podróżując jako istoty wolne w miłości i poszanowaniu. Pranam. Namaste.
Hatha Mistyka.