Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego właśnie lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej oto polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu „Chata Mistyka". Namaste. Witam wszystkich bardzo serdecznie z uśmiechem na ustach. Mam nadzieję, że macie się dobrze. Pozdrawiam wszystkich tradycyjnie na samym wstępie naszego spotkania.
Bardzo mi miło, że znowu pojawiliście się, drodzy goście, szanowni goście, w skromnych progach „Chaty Mistyka". Siedzę sobie w lesie, jak to zwykle lubię. Tym razem bardzo przepiękny, iglasty las sosnowy, ale są również różnego innego rodzaju drzewa i krzewy liściaste. Otoczony jestem przepięknymi, majestatycznymi paprociami i soczystą zielenią owego miejsca, owego lasu. Znalazłem sobie, jak to zwykle, ustronne miejsce, tym razem nad strumykiem. Także te odgłosy kapiącej, spływającej swobodnie wody, zatrzymującej się i rozbijającej o leśne skały, to są właśnie odgłosy strumyka, nad którym to siedzę w lesie. Mam nadzieję, drodzy słuchacze, że tych odgłosów w waszych uszach nie będzie zbyt wiele. Nie będzie ich za dużo. Znajduję się w północnej części Indii, w stanie Himachal Pradesh. Wysokości pobliskich otaczających mnie szczytów sięgają do 3500 metrów, do 4000 metrów nawet.
Te wyższe szczyty, bardzo majestatyczne, bardzo dramatyczne, zakończone ostrymi kształtami, nadal utrzymują śnieg, pomimo tego, że jest maj. Tutaj na dole, w dolinie, gdzie znajduję się, słońce operuje dosyć mocno. To górskie słońce potrafi być naprawdę bardzo ostre, natomiast temperatury są bardzo miłe. Jest rześko, da się oddychać. Parę dni temu ponownie spędziłem parę dni w stanie Punjab sąsiadującym do Himachal Pradesh w północnych Indiach, gdzie temperatury o tej porze roku osiągają do 42, 43 stopni w ciągu dnia, więc po paru dniach postanowiłem się ewakuować. To naprawdę niełatwe zadanie być i funkcjonować w tego typu pustynnych klimatach, więc jestem z powrotem w górach. Ale zanim znalazłem się tutaj, wydarzyło się parę dosyć ciekawych rzeczy, o których chcę wspomnieć. Także w dzisiejszym odcinku nie będę mówił o miejscu, w którym jestem. Do tego myślę, że dojdziemy w najbliższym czasie. Natomiast rozpocznę opowieść, gdzie ją porzuciliśmy w poprzednim naszym spotkaniu, czyli w momencie, kiedy opuszczam centrum jogi Isha Yoga Center.
Pojawiłem się tam nie bez powodu. Pojawiłem się tam, aby uczestniczyć w ośmiodniowym programie medytacyjnym w milczeniu pod tytułem Samyama. Program bardzo intensywny, do którego to przygotowywałem się przez 70 dni, zanim pojawiłem się w Indiach. Bardzo rzetelne, skrupulatne, całodzienne praktyki jogi, medytacji i krii, które umożliwiły mi wzięcie udziału w tym procesie, za co jestem szalenie wdzięczny mojemu guru, Guruji Sadhguru, który był obecny podczas całego tego procesu i sprawował pieczę nad uczestnikami tego bardzo delikatnego, precyzyjnego niczym chirurgiczny skalpel procesu. Wiąże się z tym bardzo mocno pewien proces karmiczny, proces duchowy, który to odbyłem, będąc w ashramie. Tak jak wspomniałem w poprzednim odcinku, jak tylko rozpoczął się program, jak tylko usiadłem na moim posłaniu, które służyło mi za posłanie i za moje miejsce do medytacji w ciągu dnia, potężnie się rozchorowałem. Nastąpiły wszystkie symptomy zatrucia pokarmowego, grypy, czyli gorączka, ból głowy, biegunka, ból mięśni, stawów i tak dalej. Czułem się naprawdę słabo. Natomiast z perspektywy czasu i to niewielkiej perspektywy czasu, zdałem sobie sprawę, że był to bardzo istotny, ważny element tego karmicznego procesu. Karma jest to akcja, którą to bierzemy na siebie, ale też akcja, którą to produkujemy w ciągu naszego życia.
Aspekt karmiczny może sięgać również dużo dalej, dużo głębiej niż tylko to współczesne, obecne nasze wcielenie. To są tak zwane długi karmiczne, które jako istota, jako dusza być może niesiemy, być może zmagamy się z nimi już od wielu, wielu istnień. Są to bardzo poważne procesy, w których guru, osoba, która jest osobą oświeconą, osoba, która zdołała wznieść się na odpowiedni poziom praktyki duchowej, która jest w stanie być przewodnikiem, jest w stanie być mapą na tej duchowej drodze. Jest to postać bardzo istotna, która jako transmiter pomaga ci w pewien sposób oczyścić tą karmę, w pewien sposób odbyć to żmudne zadanie, które być może samodzielnie nie byłbyś czy nie byłabyś w stanie temu zadaniu podołać na tak wysokim czy też głębokim poziomie energetycznym. Ta postać mistrza będącego wraz z nami, będącego obecnym podczas całego tego procesu, była tutaj kluczową rolą tak naprawdę. I w tym momencie skończyłem opowieść naszą poprzednią. W momencie, kiedy to właśnie wsiadam w taksówkę i opuszczam bramy ashramu, dosyć mocno schorowany. Ale co się wydarzyło? Dosłownie w momencie, kiedy taksówka wyjechała poza obręb ashramu, tego centrum jogicznego, tego centrum medytacji Isha w południowej części Indii, poczułem się momentalnie lepiej. Ulżyło mi kompletnie.
Odetchnąłem głęboko. Wszystkie symptomy ustąpiły momentalnie. Bardzo ciekawa kwestia, ciekawe doświadczenie. Jak dla mnie jest to kolejny dowód, że odbyłem potężną pracę będąc uczestnikiem tego całego procesu i to miejsce wiąże się z bardzo skrupulatną, bardzo dogłębną praktyką duchową. Więc nie jest to żart, nie jest to moja wyobraźnia, dlatego że nawet moje ciało zareagowało po prostu opuszczając to miejsce. Dla mnie sprawa bardzo istotna. Dla mnie jest to sprawa dosyć poważna. Cieszę się, że wziąłem udział w tym procesie. Cieszę się, że udało mi się również przygotować dosyć rzetelnie do wzięcia udziału w tym logicznym przedsięwzięciu. Natomiast praca została poniekąd póki co wykonana i czas był opuścić to miejsce.
Udałem się z ashramu na lotnisko. Podróż do północnej części Indii. Opuściłem gorące części południowych Indii. W momencie, kiedy wyjeżdżałem, robiło się już naprawdę bardzo, bardzo tropikalnie. Temperatury i nasycenie powietrza wodą są na tak wysokim poziomie, że dla Europejczyków są to klimaty po prostu nieznośne. Ja, ponieważ jestem podróżnikiem od wielu lat i bywam w tego typu tropikalnych klimatach, jestem do tego poniekąd przystosowany, aczkolwiek nie są to komfortowe temperatury. Także również z tego powodu miło było opuścić obszar południowych Indii i kiedy wyszedłem z samolotu w miejscowości Dehradun w północnej części Indii, u podnóża Himalajów, naprawdę odetchnąłem z ulgą rześkim, chłodnym powietrzem górskim. W tym momencie wszelkie symptomy mojej choroby dawno już minęły. Także naprawdę cudowne ozdrowienie. Odetchnąłem głęboko, rozejrzałem się dookoła i poczułem się wspaniale.
Bom. Także jesteśmy już w górach. Dzisiaj kolejna opowieść. Pojawi się dzisiaj gość niespodzianka. Pierwszy raz w historii tego cyklu Chata Mistyka pojawi się w chacie gość. Nie bezpośrednio, dlatego, że jest to nagranie mojej rozmowy z pewnym czcigodnym jegomościem, którego to znam już od paru lat. Swami Ji, pewien jogin, jogin bez imienia, jak to zwykłem o nim mówić, mnich bez imienia, dlatego, że do tej pory nigdy nie przedstawił mi się z imienia. Wszyscy okoliczni mieszkańcy wioski, nieopodal której to znajduje się pustelnia owego jogina, zwracają się do niego po prostu z szacunkiem, z takim szanownym zwrotem Swami Ji albo Baba Ji. Swami Ji ani Baba Ji to nie są imiona. Jest to bardziej funkcja w społeczeństwie.
Jest to osoba, która podąża ścieżką duchową lub ścieżką religijną, ścieżką dewocjonalną, do której ludzie właśnie zwracają się w taki sposób, z szacunkiem. Swami Ji, Baba Ji. Także dzisiaj w chacie pojawi się po raz pierwszy gość. Nie bezpośrednio. Natomiast zanim dojdziemy do tego momentu, opowiem jeszcze o paru rzeczach, które wydarzyły się, zanim pojawiłem się z wizytą u Swamiego Ji. Otóż po przylocie do górskiej miejscowości Dehradun udałem się taksówką do pobliskiej miejscowości Rishikesh. Miejscowość, która jest dosyć dobrze mi znana z poprzednich paru to wizyt. Bardzo lubiane przeze mnie miejsce Udałem się z wizytą do znajomego mi mnicha, który to sprawuje pieczę nad małym aśramem przepięknie usytuowanym przy brzegu świętej rzeki Ganges, która to przepływa przez miejscowość Rishikesh w swoim górnym biegu. Tu warto wspomnieć, że jest to bardzo długa i rozległa rzeka, która w swoim dolnym biegu jest mocno zanieczyszczona. Mówiąc drobnostkowo, tak naprawdę woda jest po prostu niezdatna do jakiegokolwiek użytku w jej dolnej części biegu.
Natomiast tutaj, w miejscowości Rishikesh, woda jest bardzo przejrzysta, o przepięknym błękitnym kolorze. Jest bardzo czysta w tym miejscu. Bardzo zimna również z tego względu, że 50% wody w owej rzece Ganges pochodzi z topniejących wysoko w górach lodowców. Także rzeka jest o bardzo szybkim nurcie. Nie ma mowy o jakimkolwiek pływaniu, dlatego, że prąd zabierze cię po prostu daleko, daleko, zanim się zorientujesz i nie będziesz w stanie wrócić do brzegu. Można się natomiast przekąpać, czyli można zamoczyć się w owej zimnej, odświeżającej, oczyszczającej wodzie rzeki Ganges. No i właśnie w takim miejscu usytuowany jest mały aśram mnicha o imieniu Guru Dev Swami. Jest to również swami o imieniu Guru Dev, z którym to zaprzyjaźniłem się już jakiś czas temu. Swami powitał mnie z szerokim uśmiechem na ustach. Zawsze mówi, że ten aśram to jest mój aśram i kiedykolwiek mam ochotę pojawić się w Rishikesh, to jest to moje miejsce.
Także jest to bardzo miłe ze strony Swamiego. Parę dni spędziłem więc w tym miejscu. Czas upływał mi w doskonały sposób. Wykonywałem poranne praktyki jogi razem z małpami. Z małpami o czarnych twarzach i o długich ogonach, które to dominują tak naprawdę Rishikesh. W Rishikesh znajduje się parę gatunków lokalnych zwierząt, między innymi mnóstwo dzikich krów, które swobodnie przemieszczają się wąskimi alejkami i ścieżkami. Natomiast owe małpy z czarnymi twarzami, tak zwane langury szare. Sprawdziłem taką informację dla Was, drodzy słuchacze. Ten gatunek nazywa się langur szary. Te małpy przesiadują dosłownie wszędzie wokół budynków.
Czują się kompletnie, jakby były u siebie, dlatego, że są u siebie tak naprawdę. Przesiadują na pobliskich głazach wyłaniających się z rzeki Ganges. No i właśnie, kiedy wykonywałem swoje poranne praktyki jogi w takiej przepięknej oszklonej hali na podwyższeniu z widokiem na bystry nurt rzeki, to małpy zwykle przychodziły i zza tej szyby gapiły się po prostu na mnie. Obserwowały białego człowieka, który wykonuje dziwne postury. Ale praktyki jogi, codzienne praktyki jogi to nie wszystko. Moim głównym celem, dla którego pojawiłem się w miejscowości Rishikesh, było spotkanie mojego mistrza. Mojego innego mistrza. Mistrza pochodzącego z Rosji, mojego nauczyciela masażu tajskiego. Także dosyć wybuchowa kombinacja lokalizacji. Mój rosyjski nauczyciel masażu tajskiego w północnej części Indii i zarazem przyjaciel już od paru lat o imieniu Aleksander lub dla przyjaciół po prostu Sasza.
Więc na drugi dzień, tuż po przybyciu do Rishikesh, miasta rishi, warto wspomnieć, czyli miasta mędrców, udałem się do znanego mi dosyć zakątka za lokalnym sklepem z czajem, czyli indyjską herbatą. Taką herbatą z mlekiem. Sklepik ten usytuowany jest w pobliżu błękitnej wody Gangesu. Tam, w ustronnej atmosferze, zwykle w towarzystwie kilku lokalnych sadhu, przesiaduje właśnie mój mistrz Sasza. „Bart, nice to see you!” Z szerokim uśmiechem na ustach powitał mnie wysoki, siwy i mocno spalony górskim słońcem Rosjanin. To doprawdy wielka dla mnie przyjemność zawsze obcować z Saszą, od którego pobieram nauki już od ponad dwóch lat. Tym razem pojawiłem się jedynie na trzynaście dni kursu po trzy, cztery godziny dziennie. Z tego względu, że Sasza udawał się właśnie w podróż powrotną do Rosji. Jest to człowiek, który spędza sześć miesięcy w Rosji, a sześć miesięcy właśnie tutaj, w Rishikesh. Taki ma tryb życia już od prawie dwudziestu lat.
Miejsce, w którym to prowadzi zajęcia z tajskiego masażu, to dach wysokiego hotelu z pięknym widokiem na otaczające szczyty górskie. Także miejscówka naprawdę urocza do podejmowania nauk i do tego typu aktywności. Tym razem oprócz korekt i nowych układów w tej technice poznałem również tajniki refleksologii, czyli masażu stóp i kolan. To jest bardzo ciekawa umiejętność i wiedza jak dla mnie, dlatego zagłębiam się w te tajniki już od paru lat. Sasza jest naprawdę wybitnym nauczycielem, który przekazuje mi swoją wiedzę bez oporów. Z tą techniką wiąże się odpowiednia znajomość punktów akupresurycznych na stopach i na nogach oraz na całym ciele. Natomiast w refleksologii poznałem również tak zwaną mapę ciała. Okazuje się, że stopa jest odzwierciedleniem całej postury ludzkiej. Wszystkie organy mają swoje odpowiedniki w odpowiednich punktach na stopie, które to można stymulować poprzez pracę nad tymi punktami. Także punkty akupresuryczne na ciele człowieka są fantastyczną sprawą.
Wykorzystuję je dosyć mocno, kiedy dokonuję masażu głowy. Na głowie znajduje się naprawdę wiele tego typu stymulujących inne organy, inne części organizmu punktów. Tym razem do stymulacji odpowiednich punktów na stopach nauczyłem się również wykorzystywać specjalne drewniane różdżki. Oprócz samego właściwego masażu mistrz Sasza prowadził dla naszej grupy również zajęcia qi gong i medytacje zazen. Mój przyjaciel, a zarazem mistrz masażu Sasza ma bardzo ciekawą i barwną historię. Kiedy był młodzieńcem, porzucił bardzo dobrze prosperujący interes w Moskwie. Interes, który przysparzał mu wiele pieniędzy. Porzucił to wszystko i udał się w góry, wysoko w góry w obszarze południowych Chin, gdzie spędził ponad dwa lata w milczeniu wraz ze swoim mistrzem i przewodnikiem w małym klasztorze na skarpie wysokiej, stromej góry. Człowiek ten praktykował zazen. Właśnie tą technologię, która to jest pochodną technik jogińskich wywodzących się z Himalajów.
Za chwilę o zazen jeszcze opowiem parę słów, ale postać Saszy jest naprawdę postacią dla mnie fenomenalną. Człowiek, który poznał tajniki qi gong, czyli energii życia. Znowuż jest to technika w wydaniu chińskim, w wydaniu wschodnim, jeszcze bardziej wschodnim niż są to Indie. Więc oprócz owych praktyk tajskiego masażu zajmowaliśmy się również różnymi ćwiczeniami qi gong, w których to byliśmy w stanie odczuć energię życia i poruszać tą energią przez pewien czas i odbywaliśmy również sesje medytacyjne w technice zazen. Qi gong jest to doprawdy fantastyczna sprawa, jak to zwykle praca z energią. Natomiast zazen to jest szkoła medytacji wywodząca się z Japonii, ale pierwotnie również pochodzi z Indii, z wysokich partii Himalajów, czyli z tego obszaru, w którym to się znajduje. Słowo zazen pochodzi od japońskiej wymowy chińskiego słowa zhen, które to natomiast pochodzi od słowa w języku sanskryt dhyāna. O słowie dhyāna wspominałem już wielokrotnie. Słowo, które to można mniej więcej przetłumaczyć na wchłanianie lub bycie podatnym lub po prostu na stan medytacyjny. W technice zazen, również jak w jodze, siedzi się w półlotosie, ale pozycja jest troszeczkę inna.
Siedzi się dużo wyżej. Siedzi się na takiej specjalnej, twardej poduszce, na krawędzi tej poduszki, dotykając kolanami podłogi. Ja osobiście bardzo polecam tą pozycję do medytacji, w szczególności tym, którzy dopiero zaczynają medytować, którzy dopiero zaczynają wdrażać się w tego typu procesy. Dlatego, że pozycja zazen jest dużo łatwiejsza, wydaje się również dużo wygodniejsza, także można wysiedzieć dłużej na początku i sprawia dodatkowo, że kręgosłup jest naturalnie bardziej wyprostowany. Dlatego, że utrzymujemy nasze pośladki dużo wyżej niż poziom kolan i z tego powodu pozycja kręgosłupa automatycznie się prostuje. Także naprawdę gorąco polecam odszukanie sobie zdjęć mnichów medytujących w pozycji zazen i spróbowanie tej postawy. Ja również na początku, parę lat temu, kiedy siadałem ze skrzyżowanymi nogami w pozycji ardhase dasana, czyli tak zwanym półlotosie, podkładałem sobie zwinięty koc. To znaczy koc należy złożyć na parę części i później zrolować go i na tego typu poduszce uformowanej można właśnie na krawędzi tej poduszki usiąść sobie. Jeżeli nie mamy takiej z prawdziwego zdarzenia fajnej, twardej, wysokiej poduszki do medytacji, to polecam tą metodę. Polecam naprawdę spróbować.
Dodatkowo jeszcze w pozycji zazen liczy się bardzo mudra, czyli pozycja nie tylko dłoni w tym wypadku, ale tak naprawdę całych ramion. Ramiona są złożone w ten sposób, że łokcie lekko odstają na boki, co sprawia otwarcie klatki piersiowej i tym samym czakry serca. I dodatkowo ta mudra, którą utrzymujemy w zazen, którą też polecam sobie sprawdzić na zdjęciach. Ta mudra ułatwia nam obserwację naszej respiracji w okolicach podbrzusza. Dlatego, że ręce są w charakterystyczny sposób złożone na wysokości dolnej części naszego brzucha pod pępkiem. Jeżeli teraz obserwujemy nasz wdech i wydech, to czasami decydujemy się na to, żeby obserwować właśnie ruch naszego brzucha. Chodzi o to, żeby skupić się na danym punkcie. To może być nos, to może być tylna ściana naszego gardła. Być może tam odczuwamy pewnego rodzaju doznania, kiedy to wciągamy powietrze nosem, kiedy to wydychamy powietrze nosem. Natomiast w technice zazen wykorzystuje się jako punkt odniesienia do obserwacji oddechu właśnie dolną część podbrzusza.
Z tego względu, trzymając na tej wysokości dłonie, jest nam łatwiej odczuć ten ruch podbrzusza. Bom sankja. Tak więc parę tygodni spędzone w Rishikesh były czasem dosyć aktywnym dla mnie, ale zarazem bardzo produktywnym. Pojawił się też w międzyczasie na dosłownie parę dni mój stary przyjaciel. Stary nie dlatego, że długo się już znamy, ale jest to po prostu już dosyć stary jegomość. Słynny w okolicy mnich na motorze, postrach lokalnych dróg. Też się go boję, jak się zbliża na motorze w oddali. Baba Mohan Puri, przesympatyczny jegomość w turbanie, z którym to spędziłem sporo czasu podczas mojej poprzedniej wizyty w Indiach. Człowiek o naprawdę wielkim sercu, który zaprezentował mi wiele ciekawych miejsc w okolicach Rishikesh. Miejsc, o których bez niego nie miałbym pojęcia i nie miałbym do nich czasami nawet dostępu.
Między innymi jaskinie i okoliczne wodospady oraz zapoznał mnie z paroma lokalnymi joginami, którzy żyją sobie na uboczu, poza zgiełkiem głównego nurtu cywilizacji. Nie mają kontaktu z ludźmi poza tymi, którzy odwiedzają ich w wysokich górach. Także wyborne naprawdę postacie, wyborne spotkania, ale tym razem Mohan Puri nie mógł zostać ze mną długo, więc umówiliśmy się na kolejne nasze spotkanie i ja musiałem również wyjeżdżać. Także wraz z moimi nowymi doświadczeniami i pełen wrażeń opuściłem miasto mędrców, aby udać się indyjską koleją państwową w żmudną, jak to zwykle tym sposobem bywa, podróż do Pendżabu, czyli do tak zwanej krainy brodaczy i kolorowych turbanów, gdzie czekała na mnie znajoma rodzina w pewnej malutkiej wioseczce. Czekał na mnie również mój żelazny rumak. Motor marki Royal Enfield, legenda indyjskich dróg oraz mój mechaniczny towarzysz mojej wspaniałej podróży, którą to odbyłem podczas mojej poprzedniej wizyty w Indiach. Ale ponad to wszystko czekał na mnie pewien pustelnik, wspominany przeze mnie mnich bez imienia. Jogin, z którym to żyłem przez trzy tygodnie swego czasu pośród buszu, dosłownie pośród krzaków, nieopodal wioski, kompletnie bez prądu i bez jakichkolwiek gadżetów ani rozrywek. W typowej ascetycznej pustelni, ale położonej w przepięknym miejscu pomiędzy dwoma kanałami rzecznymi, wraz z całą plejadą dzikich zwierząt, z którymi to dzieliłem moją sypialnię, czasami nawet moją twardą pryczę. Dzikie lokalne stworzenia, z którymi to podpisałem pakt o nietykalności.
Tuż nieopodal mojej pryczy znajdowało się dosyć potężne gniazdo skorpionów chociażby. Skorpiony żyją w tego typu klimacie. Jest to ich miejsce. Ja byłem tylko gościem. Byłem postacią przechodnią, więc poprosiłem je skromnie, żeby po prostu nie interweniowały, żeby nie pojawiały się w obszarze mojego posłania. Ja obiecałem im wzajemnie, że nie będę ingerował w ich życie, w ich skorpjońskie zwyczaje. Oprócz tego parę wężów. Znajomy sympatyczny nawet szczur, który pojawiał się czasami oraz dziwne futrzane zwierzę, które to dosyć hałaśliwie stąpało po żelaznym dachu naszej chatki w nocy. No i parę potężnych, zwisających głową w dół nietoperzy, potężnych futrzastych nietoperzy owocowych, które to nocą pojawiały się na drzewie, które to dodatkowo osłaniało chatę, pustelniczą chatę Swami Ji. Swami Ji jest postacią bardzo barwną, bardzo spontaniczną czasami, o ciekawym brzmieniu głosu.
Jest osobą bardzo inteligentną, wykształconą, która mówi dosyć dobrze po angielsku. Po przybyciu do wioski bardzo miło było zobaczyć znajome twarze ubogich rolników, których to już poznałem do tej pory. Jest to mała osada. W gospodarstwie, gdzie zwykle zatrzymuję się będąc w Pendżabie odbywało się właśnie wesele. Bardzo tradycyjne lokalne wesele, kiedy przybyłem. Więc obchody były dosyć huczne, z jeszcze huczniejszą muzyką z Pendżabu, która jest dosyć charakterystyczną muzyką. To pompowała z sound systemu ustawionego na dziedzińcu gospodarstwa, także zabawa była na całego. Oczywiście kobiety bawiły się oddzielnie i mężczyźni oddzielnie, jak to w większości Indii bywa. Było mnóstwo pysznego, aczkolwiek nie do końca zdrowego jedzenia. W Pendżabie je się głównie wegetariańsko, ale nie ma za bardzo surówek.
Wszystko jest długo gotowane w stylu curry, także nie posiada za dużo witamin i tego typu substancji odżywczych. No i do tego podaje się różne smażone na głębokim oleju potrawy. Oprócz tego słodycze w Pendżabie również smażone są często na głębokim oleju, także tego typu dieta figurowała podczas wesela. Natomiast ja czekałem na inne wydarzenie. Na drugi dzień właśnie u wspomnianego jogina, u wspomnianego ascety, który tu żyje nieopodal wioski, z którym to udało mi się ku mojemu szczęściu spędzić wiele dni, wiele nocy również i wieczorów, podczas których to prowadziliśmy głębokie dyskusje na tematy duchowe. Jest to człowiek, który zajmuje się yoga kriyo, czyli procesami, które umożliwiają jak gdyby wzniesienie energii życia, procesami, które umożliwiają nam podjęcie kontroli nad energią życia i wykorzystywanie naturalnego biegu i kanałów energetycznych, którymi to porusza się owa energia. Człowiek o długiej siwej brodzie i długich siwych włosach, który odziany jest w bardzo skromną, białą zawsze szatę, który to żyje sobie na uboczu. Nie pochodzi z tej części Indii. Pochodzi ze stanu Kerala, który jest w południowej części Indii, natomiast przybył tu i osiedlił się jakieś piętnaście lat wcześniej. Został zaakceptowany przez lokalną wioskową społeczność.
Został uhonorowany też w pewien sposób. W tym czasie udało mu się wybudować parę ceglanych, niezbyt wielkich i dobrej jakości budynków na dzikim obszarze, który to zagospodarował pomiędzy dwoma kanałami rzecznymi na terenie państwowym. Także czyste piractwo. Czyste squaterstwo po prostu. Ale człowiek, który został zaakceptowany, który to jest poważany obecnie w społeczności. Swami Ji przygotowywał się do wydarzenia, które to organizuje raz do roku, już od paru lat. Do uczestnictwa, w którym to zaprasza właśnie wszystkich mieszkańców pobliskiej wioski. Wydarzenie organizowane jest na dosyć dużą skalę. Pojawia się tam mnóstwo ludzi. Jest to satsang, czyli duchowy rodzaj przemowy poruszający tematy duchowe.
Oprócz tego zorganizowana jest świetnie polowa kuchnia, gdzie gotowane są lokalne potrawy curry i owe właśnie słynne pendżabskie puri. Dzieciom podawane są również lody. Pojawia się specjalny namiot, który ma za zadanie chronić zgromadzonych przed słońcem. W tym roku również pojawił się zespół, taki ludowy zespół kobiecy, który zajmuje się śpiewaniem bardzo tradycyjnych ludowych pieśni religijnych, które to nazywane są kirtami. Oprócz dorosłych na włościach Swami Ji pojawia się również mnóstwo, mnóstwo dzieci, więc zająłem się owymi dziećmi i mieliśmy doprawdy wspaniałą zabawę przez parę godzin. Pomimo tego, że dzieci nie rozmawiają po angielsku. Pomimo tego, że ja nie rozumiem ani języka hindi, ani języka pendżabi, czyli lokalnego dialektu. Nawet nie dialektu, a kompletnie odrębnego języka. Mieliśmy wspaniały czas, dlatego, że udało mi się nawiązać komunikację z tymi dziećmi. Komunikację niewerbalną, komunikację polegającą na gestach, na mimice.
Udało nam się nawet pograć w parę zaprezentowanych przeze mnie gier. Także naprawdę wesoło i wspaniale spędzony czas z owymi dziećmi. Natomiast w międzyczasie Swami Ji właśnie odbył godzinną przemowę, podczas której to również ja byłem obecny, natomiast nie do końca byłem przekonany, o czym Swami Ji mówi w swojej przemowie. Wydarzenie było doprawdy fantastyczne. Wszystko poszło sprawnie. Wraz z młodzieżą po zakończonej imprezie pozbieraliśmy śmieci, które to rozrzucone były beztrosko po okolicach chatki Swami Ji. Wykopaliśmy duży dół i zakopaliśmy śmieci w tym dole dlatego, że w Indiach nie ma niestety innych możliwości, szczególnie w tak odizolowanych miejscach. Natomiast jak już wszystkie emocje minęły, na drugi dzień odwiedziłem ponownie Swami Ji w jego pustelni i udało mi się odbyć z nim rozmowę, w której to opowiedział mi treść. Opowiedział mi to, o czym mówił do zgromadzonych. Okazało się, że poruszył dosyć ciekawe tematy, między innymi temat naszego wewnętrznego przewodnictwa.
Przewodnictwa duchowego, które jest sprawą bardzo indywidualną i jest to tego typu przewodnictwo, tego typu wewnętrzny mistrz, który musi być wyprodukowany, uaktywniony i kultywowany przez każdego z nas, przez każdą z nas oddzielnie. Nie jest to zadanie, które ktokolwiek może wykonać za nas. To znaczy częściowo tak, ale nie dogłębnie, niedosadnie. Udało mi się zarejestrować tą rozmowę i właśnie dzięki temu w dzisiejszym odcinku po raz pierwszy w historii Chaty Mistyka pojawi się gość. Devananda Swami Ji. Tak brzmi jego pełne imię. Tym razem udało mi się odkryć jego imię i znaczenie jego imienia. Do tej pory nazywany był przeze mnie Swami Ji, po prostu, czyli mnichem bez imienia. Tak się do niego wszyscy zwracają. Słowo Devananda z języka hindi oznacza uciechę bogów.
Natomiast ten sam korzeń językowy divyan z języka sanskryt oznacza boski, tudzież niebiański lub nadprzyrodzony. Także tak brzmi duchowe imię Swami Ji. Jest to imię, które przybrał, kiedy wstąpił na ścieżkę mnicha. Także z tego miejsca bardzo serdecznie zapraszam i mam, nie bagatela, przyjemność przedstawić Wam postać Swami Ji, drodzy słuchacze Chaty Mistyka. Devananda Swami Ji, który to wyjaśnia mi w skrócie treść swojej przemowy do lokalnej wioskowej publiczności.
[38:27] - Pierwszy raz w roku 2005, kiedy przybył tu mój mistrz, to on zaprezentował mowę dla publiczności. 2005. Wówczas poprosił mnie, żebym ja też pomówił do ludzi po jego przemowie, więc też chwilę mówiłem. Po winowarstwo mistrza. Zawitał dwa razy. Pierwszy raz nie odbyło się oficjalne zgromadzenie. Za drugim razem zorganizowałem spotkanie. Aby to wszystko zorganizować, trzeba rozmawiać z ludźmi. Trzeba robić wszystko, więc później nic już się nie działo. Dopiero przed trzema laty pomyślałem: „Okej, muszę zorganizować przynajmniej jedno spotkanie w roku”.
To jest zbyt dużo. Widzisz, to nie jest łatwe, żeby zorganizować takie spotkanie. Wielkie zadanie. Mówiąc szczerze, ja nie potrzebuję tego kłopotu. Ale trzy lata temu pomyślałem: „To jest konieczne ze względu na to miejsce”. Jeżeli to miejsce ma pozostać żywe dla celów duchowych długi czas, to nie jest to tylko moja osobista sprawa, bo w przyszłości ludzie również muszą być w stanie połączyć się z tym miejscem. Więc muszę zorganizować coś, co sprawi, że ludzie poczują przynależność do tego miejsca. Więc trzy lata temu rozpocząłem to. Po raz pierwszy byłem po prostu indywiduum przemawiającym do ludzi. Trzy lata temu.
Pomyślałem: „Okej, muszę przemawiać przez godzinę”. Ale ludzie chcieli słuchać dłużej. Ale ten typ ludzi... Jaki jest sens, aby mówić więcej do tego rodzaju ludzi? Oni nie są na odpowiednim poziomie.
[40:53] - Tak, po godzinie wszyscy myślą o jedzeniu.
[40:57] - Nie tylko to. Sprawa polega na czym innym. Przyswoić tą myśl. Przetrawić te słowa. Oni nie są w stanie. Okej, więc jedna godzina jest wystarczająca. Niektórzy prosili o więcej, ale wcześniej nie zwykłem przemawiać, więc tyle było odpowiednio. Dawno temu, kiedy praktykowałem kriya jogę z moim mistrzem, jeden profesor wykładający w college'u powiedział mi: „Swami Ji, masz zwyczaj mówienia ciągle przez półtorej godziny. Byłbyś w stanie przemawiać do ludzi”. To było dawno temu, ale nigdy nie czułem się na siłach, żeby to zrobić.
Wiesz, dużo ludzi tak myślało. Więc zacząłem. Pierwszy raz przed trzy laty. Zauważyłem pewne kwestie. Okej, wychodzisz, patrzysz. Nie ma to konkretnych rzeczy, które tu musisz powiedzieć ludziom, siedząc przed nimi. To są religijni ludzie Tylko zwykli religijni ludzie. Ludzie, którzy rozumieją rzeczy inaczej. Ludzie, którzy pojmują inaczej. Więc co tu zrobić?
Ja przecież postrzegam świat inaczej. Moja rozprawa bazowała na 10, 12 punktach, które chciałem omówić w ciągu godziny. Więc popatrzę na listę i omówię punkt pierwszy, potem punkt drugi i tak dalej. Tak myślałem. Ale interesujące jest to, okazało się, że nie dotknąłem nawet żadnego z zagadnień, które to uprzednio wynotowałem na liście, kiedy odrabiałem moje zadanie domowe. I kiedy zasiadłem na podwyższeniu naprzeciw publiki, zacząłem mówić ciągiem, spontanicznie przez godzinę, kompletnie poza listą, którą przygotowałem, która była moją podstawą. Inaczej jakżebym mógł przemawiać przez godzinę? Do tego potrzebne są notatki, ale nawet nie wspomniałem o żadnym z punktów. Więc rok temu nie poczyniłem żadnych przygotowań. Nie było listy.
Okej, niektóre rzeczy miałem w pamięci. Przemyślałem kilka rzeczy, ale w zeszłym roku odbyło się bez punktów na liście. Pierwszy raz miałem notatki, ale ich nie wykorzystałem. Drugi raz też był spontaniczny, bez notatek. Trzeci raz, tym razem pomyślałem jednak, że potrzebuję się przygotować. Tego wymagała atmosfera w tym roku. Nie czułem się pewny. Nie wiem dlaczego. Być może dlatego, że tym razem miało pojawić się dużo więcej ludzi. Więc tym razem ponownie wynotowałem 10, 14 punktów.
Co muszę powiedzieć do ludzi, aby brali to pod uwagę w trakcie życia? Ale kiedy wyszedłem przed ludzi, po prostu zacząłem mój dyskurs. W Indiach zwykło się rozpoczynać modlitwą do Ganesza. Czemu Ganesh? Ganesh uważany jest za mistrza. Ganesh nie jest tylko bóstwem. Ganesh symbolizuje postać mistrza, inaczej guru. Guru znaczy Ganesh. Ganesh to twoja inteligencja. To wszystko są jedynie symbole.
Ale ci religijni ludzie i ich rytuały. Więc powiedziałem ludziom: dzisiaj nie rozpoczynam mojej mowy modlitwą do Ganesza, bo już się odbyło ofiarowanie przez śpiew.
[45:45] - Tak, już wykonali swoje zadanie.
[45:51] - W tej części Indii ludzie zwykle nie uznają mistrza, który pomaga osiągnąć stan moksha. Pomaga pozbyć się temperamentu i zachowań kompulsywnych. Do tego potrzebujesz mistrza. Musisz uznać kogoś za swojego mistrza. Potrzebujesz mistrza. W naszym obszarze południowych Indiach, gdzie się urodziłem, ludzie są bardziej zaawansowani. Uważają, że nie potrzebują bogów. Większość to ludzie ubogieni, ale nie przejmują się Bożym przewodnictwem. Więc powiedziałem ludziom, że tam, skąd pochodzę, nie ma tego typu obrządków. Od nas pochodzą wielcy mędrcy.
Wielu mistrzów pochodzi z południowych Indii. Opowiedziałem o wielkich ashramach, do których przyjeżdża wiele ludzi. Organizują potężne zgromadzenia, czczą jakichś mistrzów. O co w tym wszystkim chodzi? Tutaj, w naszej kulturze, w naszej religii, naszej religii, kiedy adresuję do zgromadzonych, muszę użyć słowa nasza religia. Najpierw modlimy się do Ganesza. On jest mistrzem, guru. To jest nasza inteligencja. Jak to jest możliwe, aby prowadził cię ktoś inny? Jak ktoś inny może ci przewodzić?
Kim jest mistrz? Ganesh oznacza inteligencję lub intelekt. Nieważne. To twoja inteligencja i twój intelekt są twoimi przewodnikami. Jak może intelekt lub inteligencja kogoś innego cię prowadzić? Jak ktoś inny może stać się twoim mistrzem? To niemożliwe. To nie jest możliwe. Rozumiesz, co mam tu na myśli? To jest niemożliwe.
Więc powiedziałem im tak: „Okej, macie swojego mistrza, ale nie róbcie z tego wielkiego bum. O, mam mistrza i tak dalej”. I powiedziałem im: „Cokolwiek wasz mistrz naucza o wyzwoleniu, o moksha, czantujecie Om Namah Shivaya albo Om Namah Bhagvate Vasudevaya, tego typu rzeczy. To nie sprawi wyzwolenia, osiągnięcia moksha czy zbawienia. Teraz to wiecie. Divyanand Swamiji powiedział wam o tym podczas swojej mowy tutaj w roku 2019, ale to nie jest wystarczające. Oczywiście jest to przydatne, może przynieść pewne korzyści dla was. Zdaję sobie sprawę, jakie korzyści przynoszą mantry. Nie jestem taki, jak być może myślicie. Urodziłem się nieopodal dużej świątyni.
Rozumiem, jak ważne są kirty, jaki przynoszą efekt, jaka jest rola mantr. Wiem o tym wszystkim od dawna. Nie myślcie, że nie wiem, na czym polega duch dewocji. Rozumiem to” — powiedziałem ludziom. — „Rozumiem to wszystko, po pierwsze to posiadanie mistrza to zły pomysł. Nie możesz chcieć kogoś za mistrza. Cudzy intelekt czy inteligencja nie mogą ci przewodzić. Jesteś zawsze prowadzony przez własną inteligencję, przez swój intelekt. Jeśli chcesz podążać drogą duchową, jeśli myślisz o oswobodzeniu, o moksha, o zbawieniu, jeżeli jest dla ciebie problemem, że nie wiesz, jak to osiągnąć, po pierwsze musisz zrozumieć, na czym polega problem, aby móc go rozwiązać. Bez rozumienia problemu, jak możesz go rozwiązać?
A co jest problemem? I wy mówicie o Gita, o tak zwanych skryptach. Gita naucza, że jeśli nie wykorzystasz inteligencji do tego, aby kontrolować umysł, to nie osiągniesz stabilności. Więc to jest główna kwestia. Musisz posiadać kontrolę nad umysłem. To jest główna nauka zawarta w Gita, więc jeśli myślisz, że twój intelekt nie funkcjonuje prawidłowo, wykazuje błędy, nie działa właściwie, pojawiają się błędy, to jak to się stało, że twój intelekt popełnia błędy? Skąd pojawiają się błędy? Musisz to rozumieć. Jest ku temu tylko jedna przyczyna. Jeśli twój intelekt popełnia błędy, to jedyną przyczyną jest to, że umysł przezwycięża inteligencję.
To jest jedyna przyczyna. Więc co zrobić? Musisz się oddzielić. Jak się oddzielić? To jest bardzo proste. To są badania przeprowadzone przez naszych rishi i munis, mędrców i świętych. Ta wiedza nie pochodzi ode mnie. To jest nasze dziedzictwo. Nie możecie tego zignorować. Nie możecie temu zaprzeczyć.
Nie możecie się z tym spierać. Mówię tu o naszym dziedzictwie wiedzy. Możecie robić to wszystko, a nie jesteście w stanie dokonać tej prostej rzeczy. Jakie to dziwne. A takie to proste. Tylko skupić się na oddechu, wziąć udział w oddychaniu. Zacząć się od tego. Nie jest to wielka technika. Jest to jedyna droga, która jest możliwa. To jest jedyna droga, którą możecie to osiągnąć.
Widzisz, punkt po punkcie analizuję, krytykuję, ale oczywiście nie tylko to. Pokazuję się im również rozwiązanie. Tak, jasno. Umysł przeszkadza. Jaka jest korzyść? Po pierwsze musisz ujrzeć, że nie jesteś umysłem. Umysł jest przeszkodą. Inaczej nigdy tego nie zrozumiesz. Więc ludzie byli oszołomieni. Widzisz zdolność rozumienia ludzi.
Kiedykolwiek mówię do ludzi, to jest czyste zrozumienie. Ludzie rozumieją bez zagmatwania. Jedyna rzecz to żeby ich bardziej nie zdezorientować, bo oni są wystarczająco pogmatwani. Ludzie są zdezorientowani, uczęszczają na tyle wykładów, że uważam, że tutejsi ludzie co tydzień chodzą na satsang. Raz w tygodniu uczęszczają na satsang. Nie wiem, co oni mogą osiągnąć chodząc tam co tydzień. Widzisz, teraz kiedy opowiadam ci o tym po angielsku, rozumiesz, jakie to imponujące.
[54:45] - Tak. I teraz rozumiem treść podczas satsangu.
[54:48] - Tak, więc zacząłem w ten sposób. To było bardzo spontaniczne. Powiedziałem, że dokonali modlitwy do Ganesha poprzez śpiewanie swoich chir. Pojawiło się to, jakbyśmy mieli o tym mówić. I kontynuowałem przez chwilę. Potem pomyślałem, aby wyjaśnić znaczenie Satguru. Sat. Guru. Satguru.
[55:12] - Przypominam sobie, że użyłeś tego słowa Satguru.
[55:15] - Tak, ale nie wyjaśniłem za bardzo na temat guru. Satguru.
[55:20] - Kiedy mówisz o Satguru, czy masz na myśli wewnętrznego guru? Tę wewnętrzną inteligencję?
[55:26] - Wewnętrzny guru. To jest kolejny etap. Guru staje się Satguru.
[55:32] - Więc chodzi o guru, który jest wewnątrz nas?
[55:35] - Tak. Jest to sprawa indywidualna. Ale zaprzestałem tego tematu na guru. Później zobaczyłem, że minęło już 35 minut, więc przeszedłem do zakończenia. Wtedy zaprezentowałem jedną czantę. Zaśpiewałem. Słyszałeś? Śpiewałem dwukrotnie.
[55:58] - Tak. Czy to było w sanskrycie?
[56:03] - Nie, to było w hindi. Ludzie tego słuchają. Są we własnej wiosce, ale tego nie rozumieją. Myślą, że to zwykła pieśń. Takie jest ich rozumienie. Bez uprzytomnienia duchowej świadomości nie są w stanie odebrać czanty śpiewanej przez osobę na ścieżce duchowej. Tylko jeśli mają duchowe podwaliny. Oni szukają Boga. Bóg nie jest poza życiem. Bóg jest zawarty w życiu.
Szukanie poza czy ponad życiem to tylko komplikacja. Nie ma prawdy czy Boga, którego możecie mieć poza życiem. A kiedy mówicie o Shiva, to mówicie o Shiva, który jest nadprzyrodzony. Chylicie się przed nim. To nie jest Shiva, to nie Shiva. Shiva oznacza: jiva musi stać się Shiva. Tylko wtedy ten byt tutaj staje się dla ciebie okazją. Nie chodzi o to, żeby wzywać Boga, kłaniać się przed nim. To nie o to chodzi.
[57:25] - Shiva jest symbolem ułatwiającym rozumienie.
[57:29] - Życie jest wielką szansą. Mam na myśli matkę. Matkę, która daje ci szansę osiągnąć pewien pułap. Spełnienie życia. To się nazywa Shiva. Kiedy jiva staje się spełniony, kiedy życie jest całościowe, całkowite. To jest Shiva. Zawsze jesteś niespełniony, niespełniony, niespełniony. Jesteś zawsze niespełniony, dlatego, że nie rozumiemy mocy naszej egzystencji. Zagłębiamy się w nasze osobiste misje, nie rozumiejąc mocy egzystencji.
To sprawia, że nasze życie staje się walką, walką, walką. Zawdzięczamy to naszej głupocie. Bez rozumienia głównego motto. To jest cecha bytu. Okej, powiedziałem o tym wszystkim. Wyjaśniłem tak wiele. Teraz rozumiesz, na ile można się zagłębić w tym dyskursie.
[58:40] - Teraz rozumiem, o czym mówiłeś. Dziękuję za wyjaśnienie.
[58:53] - Parę dni temu powiedziałem ci, że jestem inny. Nie jestem znany, ale po prostu się dzielę tym, co czuję, co myślę. To są dobre rzeczy. Nikt o tym nie mówi i w ten sposób do ludzi musisz mówić w jasny sposób. Inaczej część rozumie, a część nie rozumie. Przynajmniej rozumieli dwa, trzy zagadnienia. To prości ludzie. Ale efekt jest taki, że zaczynają myśleć samodzielnie. Osho na samym początku powiedział, że ludzie przestali myśleć. Indie przestały myśleć.
Chcę, aby ludzie zaczęli ponownie myśleć. Kiedy ludzie zaczną samodzielnie myśleć bez udziału pomocy z zewnątrz, wówczas moje zadanie jest zakończone. Tak powiedział Osho. Hatha Mistyka.
[01:01:21] - Co?