[00:00] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie na antenie Radia Paranormalium. Właśnie tutaj, właśnie teraz, prosto do twoich uszu, drogi słuchaczu, droga słuchaczko, rozpoczynamy wlewanie kolejnego odcinka audycji Bibliotekarium. Tym razem, uwaga, całkiem na żywo, więc będzie można dzwonić i komentować, wdać się w dyskusję, bardzo dzisiaj, jak mniemam, gorącą. Po drugiej stronie połączenia internetowego, przy mikrofonie i za stalami technicznymi audycji Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia są z nami jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żylkiewicz oraz nasz gość specjalny, właściwie człowiek, który obcuje z wielką literaturą na co dzień i to z autorami z górnej półki. Znakomity tłumacz, tłumacz między innymi Kinga, Gibsona i wielu innych. Współtwórca odrodzonego kwartalnika Feniks, pan Krzysztof Sokołowski. Dobry wieczór wszystkim panom po drugiej stronie kabla.
[01:01] - Dobry wieczór. Tak zbiorowo.
[01:04] - Dobry wieczór.
[01:05] - Dobry wieczór nasz gość. A to ja dorzucę do tej listy nazwisk, bo mam tu sobie wynotowałem: King, Farmer, Dick, Tolkien, Silverberg, Kuntz, Keyes, Gibson, Masterton, Wells, Ellison, Ursula Le Guin to już w opowiadaniach, ale Ballard, Bradbury, Clark.
[01:24] - Za chwilę skończy się audycja.
[01:26] - Za chwilę się skończy audycja, bo rzeczywiście tych nazwisk sporo.
[01:30] - To zanim się audycja skończy, to ja może jeszcze podam kontakty do Radia Paranormalium.
[01:34] - Proszę cię bardzo.
[01:35] - I jeszcze taki komunikat. Oczywiście dzisiaj znowu nam tak wyszło, że mamy żałobę narodową, w związku z czym Bibliotekarium troszeczkę cichsze niż normalnie, bez podkładu muzycznego. Taka nasza mała tradycja w Radiu Paranormalium, że w czasie trwania żałoby narodowej po prostu normalnie nadajemy, ale audycje na żywo są realizowane bez podkładu. Zanim przekażę, tę ciszę na antenie oczywiście zapewne znając życie panowie nam tutaj pięknie wypełnią.
[02:07] - Będziemy robić, co w naszej mocy.
[02:09] - Ale zanim właśnie zrobią panowie, co w ich mocy, żeby ciszę wypełnić, podam tradycyjnie kontakty do Radia Paranormalium. Tak jak mówiłem, audycja Bibliotekarium dzisiaj realizowana jest w całości na żywo. Można dzwonić na nasz numer telefonu 530 620 493. Można też próbować dodzwonić się na nasz numer stacjonarny 32 746 00 08. Skype radio.paranormalium.pl. Można także pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można także nas spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości związane z audycją Bibliotekarium na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc teraz z czystym sumieniem mogę już powiedzieć: halo, halo Bydgoszcz.
[03:20] - Halo, halo. To zaczynamy audycję i ja kiedy się zastanawiałem, jak tę audycję zacząć, to wpadł mi do głowy taki pomysł, że zacznę ją od prowokacji. Po prostu od czegoś takiego, co lubię najbardziej. Czyli właściwie każdy wywiad z pisarzem albo właściwie z tłumaczem zaczyna się od tego sławnego cytatu, że tłumaczenie jest jak kobieta albo jest piękne, albo wierne. To już taki slogan, który funkcjonuje w środowisku tłumaczy i właściwie doszło do tego, że już się ludzie buntują, żeby przestać zadawać to pytanie. To jak się ludzie buntują, to ja muszę to pytanie oczywiście zadać. I od tego dzisiejszą audycję zaczniemy. Jak to jest, Krzysztofie, z tym pięknem i wiernością i podobieństwem między tłumaczeniem a kobietą? Wypowiedz się w tej sprawie.
[04:21] - Zaczynamy od banału.
[04:23] - Tak, od banału.
[04:24] - A potem będzie jeszcze lepiej. No właśnie. Jak każdy banał, to jest prawdziwe. To znaczy wierność odbiera kobiecie urodę, prawda? Kobiety wiernej nikt jakoś nie chce nazwać piękną.
[04:41] - Nie wiem. Słucham uważnie.
[04:44] - Jesteś pewien, że nie wiesz? Ja myślę, że mężczyźni to wiedzą. I jest rzeczywiście tak, że wierność przeszkadza w tłumaczeniu literatury i nie jest to ten wzór, do którego się dąży. Znaczy dąży się do urody tłumaczenia per fas et nefas. Za wszelką cenę ono ma być tak piękne jak oryginał, a co po drodze się zdarzy, to się po prostu zdarzy, bo musi się zdarzyć. Także z wiernością, oprócz sytuacji szczegółowych. Są sytuacje szczegółowe oczywiście, które są nudne jak zwykłe szczegóły i diabeł w nich siedzi, co z kolei można będzie później przebadać i tego diabła poszukać. Natomiast zasada jest taka, że rzeczywiście wierność jest wrogiem urody i pod tym względem tłumaczenie, przekład literatury pięknej jest zawsze tak jak kobieta.
[05:38] - No tak, ale to stawia tłumacza w takiej roli, że on właściwie po części staje się autorem książki, którą tłumaczy akurat.
[05:49] - To jest ambiwalencja, bo nie powinno tak być. Znaczy tłumacz powinien być służebny wobec tekstu oryginału Powinien być taki wierny kamerdyner, który dba o to, żeby gospodarzowi, czyli tekstowi oryginału nie stała się krzywda. To jest trochę tak jak z Batmanem, że ma kamerdynera, ma o niego dbać. A zobaczcie, idźcie, czytajcie i oglądajcie kto tu rządzi. Nie ma tutaj jednego właściwego wyjaśnienia. Zasada teoretyczna jest taka: ja jako tłumacz jestem służącym i podległy oryginałowi. Natomiast praktyka jest taka, że w momencie, kiedy odtwarzam to w innym języku, nawet jak w moim przypadku, nawet mimo tego, że w moim przypadku to są języki bliskie sobie kulturowo, to przejmuję na siebie część odpowiedzialności za to, jak to będzie wyglądało po polsku. I w tym sensie jest tak, jak rozpoznaję to prawo w Polsce. Tłumacz traktowany jest na równi z autorem oryginału i zachowuje prawo własności intelektualnej, prawa autorskie do swojego przekładu.
[07:08] - Zresztą potwierdzeniem tego jest taka kwestia, którą bodajże wypowiedział w twoim towarzystwie Stephen King.
[07:18] - To była słynna sprawa. Moja rozmowa z Kingiem, która nie powinna zahaczyć o sytuacje finansowe, ponieważ była rozmową towarzyską, a z jakiegoś powodu zahaczyła i skończyła się kwestią taką, że kiedy powiedziałem Kingowi podczas naszego jedynego spotkania, że prawdopodobnie wziąłem większe honorarium za tłumaczenie jego książki. To była „Desperacja” bodajże albo „Bezsenność” już nie pamiętam, niż on wziął za prawa do opublikowania tej książki w języku polskim. On się uśmiechnął i powiedział: „Właściwie to jest prawidłowo, ponieważ po polsku to jest bardziej twoja książka niż moja.” To, że on to uznał i myślę, że intuicja jego była tutaj bardzo dobra. Podoba mi się ta intuicja w każdym razie.
[08:08] - Mnie się w sumie też podoba. Wiktor się zasępił, to znaczy, że zaraz będzie pytanie kończące.
[08:14] - Rozmyślam nad rzeczą taką, bo faktycznie pisanie książek, gdyby mnie ktokolwiek próbował tłumaczyć na chiński albo na japoński, to ja sobie nie wyobrażam, co ja mam właściwie wspólnego z tym jego tłumaczeniem. To przechodzi przez umysł tego człowieka, przez jego świadomość jego kultury, jego świata. Jak on to przełoży, jak on tam wytłumaczy po swojemu tym swoim czytelnikom, to ja w ogóle pojęcia nie mam.
[08:47] - Ale ty nie musisz mieć pojęcia.
[08:49] - Właśnie wiem.
[08:50] - Nie wymaga. Zasada jest taka, że to jest nie przesadzajmy w drugą stronę. Zasada jest taka: ty napisałeś opowiadanie „Piwździński”, „Piwździun”, czy jakkolwiek się ono nazywa i ono jest twoje. I w momencie, kiedy ono zostaje przełożone na język koreański czy jakikolwiek daleko kulturowy, na rzecz Aborygenów, cokolwiek, to w każdym razie ono pozostaje twoje własne. Ty zawsze jesteś autorem pomysłu i właścicielem praw. Ktoś się nagłowi, żeby to zachować, przekładając na inny język i inne warunki kulturowe. Jak to się mu uda, to jest nie twoja sprawa. Generalnie żądasz forsę, a to zmartwienie jest jego. I on oczywiście po prostu zgarnia albo komplementy, albo kopy w odwrotną stronę człowieka, jeżeli mu się nie uda. Natomiast ty jesteś sprawcą, siłą sprawczą.
[09:54] - Nie, ja to rozumiem tak samo, jak rozumiem, że-
[09:56] - Pamiętaj, żeby zakosić kasę za to.
[09:59] - Tak, ale Krzysiu, ja patrzę w ten sposób na to, że jeśli kiedyś, dawno temu Robert Stiller tłumaczył z języków polinezyjskich różne anegdoty albo przypowieści polinezyjskie, to przecież po prostu one pozostały przypowieściami, legendami polinezyjskimi. Dokładnie tak samo, jak ja zostaję autorem czegoś, tak samo one zostają. Chociaż prawdopodobnie, a być może prawie na pewno tylko dzięki mózgowi Roberta Stillera w ogóle są do czytania przez polskiego czytelnika zdatne.
[10:43] - Tak, zabawa tłumacza. Trzy czwarte roboty tłumacza to jest zachować oryginał. Bardzo łatwo jest mieć oryginał i na tej podstawie wysnuć jakieś swoje własne ble, ble, ble do bani, bo gdybyś umiał formułować swoje własne ble, ble, ble, to nie byłbyś tłumaczem, tylko pisarzem. Więc musisz po prostu te trzy czwarte zręczności tłumacza to jest zachować oryginał. Ducha oryginału.
[11:12] - Tak, ale przy zachowywaniu tego ducha jeszcze mnie strasznie interesuje, jak sobie w sumie dają radę tłumacze nie z tą podesłaną narracją każdego tworzywa, tym wszystkim, co muszą przemielić, czyli słowa języka. Tym bardziej tak jak powiedziałeś bliskiego kulturowego. Bo wszystkie rzeczy europejskie to są prawie jeden człowiek, tylko trochę inny język. Natomiast jak z rzeczami, które są nieczytelne w naszej kulturze, czyli na przykład z dowcipami, z przenośniami trzeba coś wymyślić. Nie tłumaczy się tego dosłownie, tylko trzeba przełożyć na nasz język anegdotę, która jest na przykład dla Anglosasów Oczywista, ale Słowianin w ogóle nie złapie, o co chodzi. Takie rzeczy się pojawiają.
[12:16] - Marek lubi banały, to jedziemy z kolejnym. Zaczął od banału, to jedziemy kolejnym banałem.
[12:21] - Bardzo proszę.
[12:23] - To znaczy jest pytanie o rzeczy nieprzekładalne. Że nie ma rzeczy nieprzekładanych, są tylko źli tłumacze.
[12:30] - No właśnie.
[12:31] - I tu właśnie to jest kolejny banał. I ty właśnie o tym mówisz. Zawsze jest możliwość przełożenia wszystkiego z każdego języka na każdy, tylko trzeba znaleźć sposób jak. Myśli się o tłumaczeniu, współcześnie zwłaszcza, jako o mechanicznym przekładzie słowo w słowo.
[12:56] - I tak działa Google.
[12:56] - Zdanie w zdanie.
[12:58] - Tłumacz Google tak działa.
[12:59] - Tymczasem całością, która idzie do tłumaczenia, jest całość tekstu, a roboczo przyjmujemy, że tłumaczy się akapitami, że one są całościami. I teraz, jeżeli masz rzeczy, które nazywa się nieprzetłumaczalnymi, to one są nieprzetłumaczalne na poziomie słowo w słowo, zdanie w zdanie. Natomiast na poziomie całości dzieła znajdujesz balans. Jeżeli weźmiemy anegdotę na przykład, która jest nieprzetłumaczalna ze względów kulturowych. Badasz, jaką ona funkcję pełni w tekście oryginału, starasz się to zrozumieć i odnajdujesz gdzieś coś, co jest odpowiednie w języku, na który tłumaczysz, czyli w języku polskim. Odpowiednie w tym sensie, że wywrze podobne wrażenie. Niekoniecznie to musi być w tym samym miejscu, niekoniecznie musi to być ta sama anegdota. Tutaj coś sobie odpuścisz, żeby gdzie indziej coś sobie dodać. Jest to jak z jazdą samochodem wyścigowym po torach NASCAR, owalnych, co się jeździ w kółko. Musi się zgadać czas na okrążenie.
Musisz wszystkiego jechać w takim samym tempie, jak jedzie zawodnik obok ciebie. Ten zawodnik umownie oryginalny. Przykład najbliższy: jest King, jest cykl „Mroczna Wieża”, jest walka ze sztuczną inteligencją zaklętą w pociągu. I sztuczna inteligencja walczy się ze sztuczną inteligencją, która wyzywa cię na pojedynek, na zagadki, takie wyrafinowane, intelektualne, gdzie każda zagadka musi mieć swoje rozwiązanie. I bohater wpada na pomysł, że rozwali tą sztuczną inteligencję, zadając jej zagadki kretyńskie, bez rozwiązań, bez wygłupów, bez rozsądku, bez dowcipu, bez mądrości. Same takie sztubackie, uliczne wygłupy. I teraz ja dostałem do tłumaczenia szereg, kilkadziesiąt tych zagadek, które w całości funkcjonują w języku angielskim, nie mają odpowiednika w języku polskim. I trzeba było wyszukiwać stare zagadki, gdzieś jakieś szarady, które istnieją w języku polskim do zagadek zadawanych przez sztuczną inteligencję. Natomiast wymyślać totalne głupoty, które rzucał jej przeciwnik, które też były akurat oparte o kulturę czy brak kultury nowojorskiego przedmieścia, dla ubogich. I w tej książce znalazł się między innymi dowcip wymyślony przez moją córkę, która miała wówczas chyba pięć czy sześć lat i jej powiedziałem, o co chodzi, żeby wymyśliła najgłupszą zagadkę, jaką jest w stanie wymyślić.
I ona wymyśliła zagadkę: co to jest kle ble kle ble kle ble kle ble? Bocian rzygający żabami. Tego nie ma w oryginale, ale ona pełniła tą samą funkcję co zagadka oryginału i wymyśliła to sześcioletnia dziewczynka i jest w książce.
[16:03] - Wow. Świetnie.
[16:05] - A kiedy pytałeś o to, Wiktorze, o to przetwarzanie z języka na język, to przyszło mi do głowy coś takiego, że to w gruncie rzeczy jest fascynujące. Ja nie miałem do czynienia na poziomie przekładania z języka na język. Natomiast pamiętam, z jaką fascynacją słuchałem swoich własnych słuchowisk, które napisałem tydzień wcześniej i później trafiły do aktorów i oni to odtwarzali. Do tego stopnia, już to kiedyś mówiłem tu na antenie, że ja brałem skrypt i patrzyłem, czy ja to napisałem. Zgadzało się, napisałem, ale przefiltrowane przez tę wrażliwość aktorską to brzmiało zupełnie inaczej. Czasami tak jak sobie to wyobraziłem, a czasami zupełnie inaczej.
[16:55] - To jest dość daleka analogia, bo to, o czym ty mówisz, to jest w gruncie rzeczy McLuhanizm. The medium is the message. Inaczej medium narzuca treść przekazu po prostu.
[17:10] - Ale jest to, myślę, na tym samym poziomie fascynujące.
[17:13] - Ja myślę, że to funkcjonuje na zasadzie analogii, podobieństwa czy dalekiej analogii. Ale tak jest rzeczywiście, bo każdy język jednak ma swoje specyfiki.
[17:22] - To w takim razie-
[17:23] - Kultury mają swoją specyfikę.
[17:25] - Badajmy tłumacza. Skoro go mamy tutaj dzisiaj w audycji, to go badajmy w dalszym ciągu. Pytanie najprostsze: człowiek, który jest tłumaczem, jakim trzeba być człowiekiem, żeby być tłumaczem i czy trzeba jakichś predyspozycji?
[17:40] - Znaczy tak, głupio jest tak się chwalić, że ja mam predyspozycje.
[17:44] - Chwal się, spokojnie.
[17:47] - Ale ponieważ to nie jest... Przepraszam bardzo, mamy taką zimę, jaką mamy i w związku z tym kaszle, kicha Mikrut i prycha. Od nowa. Predyspozycja, którą mam, nie jest aż taka wielka, żeby chwalić się nią było żenadą jakąś. I tu znowu, Marku, banał dla ciebie.
[18:07] - Super.
[18:07] - Od tego zaczniemy, ale na tym nie skończymy. Banał polega na tym, że przy przekładach literatury z języka obcego wcale tego języka obcego nie trzeba znać perfekt. Trzeba znać język, na który się przekłada, a nie ten, z którego się przekłada. To jest dość popularny błąd i należy ten banał podkreślić. Rzecz druga: tłumacz nie ma prawa mieć za dużo własnej wyobraźni. Gdyby miał własną wyobraźnię i zdolności narracyjne, to by po prostu pisał, a nie był tłumaczem, a te zawody są, o czym też pewnie powiemy, rozbieżne. Dobry, zły to nie mnie oceniać, ale co ja uważam za niezbędne dla tłumacza, żeby miał frajdę z zabawy, którą robi, to jest tak zwana wyobraźnia odtwórcza. Czytasz książkę, wchodzisz w nią i widzisz to, co się dzieje swoim wewnętrznym okiem. Znika wtedy cała ta warstwa, którą uważa się za trudną, czyli pisania zdań, przekładania zdań z języka angielskiego, w moim przypadku na język polski. Zdanie po zdaniu, akapit po akapicie.
To się wydaje nudne. Tego w ogóle przy dobrym tłumaczeniu dobrej książki nie ma. Przekładasz sytuację. Widzisz, zdania po angielsku informują cię, jak coś wygląda. Jak wygląda ten, co ucieka, jak wygląda ten, co go goni. Jaka jest wtedy pogoda, jakie są wtedy ulice i dlatego to się dzieje. I ty odtwarzasz tę sytuację. Nie słowa angielskie odtwarzasz przy pomocy słów polskich, ale sytuację oryginału odtwarzasz sytuacją w języku polskim. I to jest właśnie to, co jest wyobraźnią odtwórcza. Ja sam nie wymyślę tej pogoni od tego autolądowania statku kosmicznego czy cudownej nowej wersji mitów fantasy.
Nie jestem do tego zdolny. Jestem za głupi na to. Mam za mało w głowie, mam inaczej w tej głowie narobione. Natomiast kiedy ktoś już to zrobił, ja to widzę. I dlatego tłumaczenie sprawia tak nieprawdopodobną frajdę, bo znika to, co się uważa za mozol, znika całkowicie. Jest po prostu radość tworzenia według wzoru i wypełniania tego wzoru. I poczucie, że on po trosze jest twój własny, bo ty to robisz w swoim języku, prawda?
[20:37] - Do tej sytuacji nawiążę.
[20:39] - Zarażam wszystkich chrypką.
[20:41] - Chyba tak. Niespodziewanie dla siebie też chrypką się odezwałem, ale pytanie, które mam: czy bywa tak, że masz kilka podejść do jakiegoś tłumaczenia? W sensie takim, że dzisiaj to nie jest ten dzień, w którym przetłumaczę dany utwór albo zawsze tłumaczę.
[21:00] - Nie.
[21:00] - Tak nie ma.
[21:02] - Z zasady tak nie ma. Zdarza się, zwłaszcza kiedy trafi ci się książka kiepska, nudna, że próbujesz to odłożyć jakoś. A dzisiaj sobie pogram.
[21:11] - Trudniej jest tłumaczyć kiepską literaturę?
[21:13] - O wiele. A to już zupełnie osobny temat na drugą godzinę, co mi się miło tłumaczy. Nie chce się zabrać do roboty, bo po prostu coś cię od niej odrzuca. W tym sensie tak. Natomiast nie dlatego, że masz writer's block. Nie dlatego, że masz nastrój akurat nie po temu. Po prostu nie lubisz tej książki. Musisz ją zrobić. Dostałeś ją na przeczytanie między jednym arcydziełem i drugim arcydziełem. Rachunki się same nie zapłacą, ale bardzo po ludzku próbujesz sobie wytłumaczyć, że to jeszcze masz miesiąc, że właściwie zdążysz w 28 dni.
To teraz może sobie pograsz albo sobie zrobisz coś innego, albo pójdziesz poszukać sobie. Wyjdź sobie na spacer z pieskiem na przykład. Tego typu rzeczy. To tak. Natomiast kwestie takie, że nastrojów czy coś nie. Być może, że niektórzy to mają. Natomiast to jest zawodowiec jak anestezjolog. Anestezjolog szpitalny nie powie, że nie uśpi dzisiaj tego pacjenta. Chociaż usypianie pacjenta też jest farba sztuki przecież. Nie dlatego, że dzisiaj pada deszcz i ja mam niskie ciśnienie i przysypiałem.
On to po prostu musi zrobić. Ja to muszę przetłumaczyć. Profesja.
[22:28] - A jak to jest z mistrzami? To znaczy, czy masz swoich mistrzów tłumaczenia? Bo to tak często we wszystkich zawodach właściwie jest tak, że się patrzy, jak to robili inni i jednych się uznaje, wynosi na piedestał, innym mówi: „No nie, tak bym nie chciał”.
[22:47] - Przypuszczam, że jestem ostatni w wieku 60 lat. Jestem ostatni z pokolenia tych tłumaczy, którzy w taki średniowieczny sposób zawód opanowywali. To znaczy miał od ucznia, przez czeladnika do czyjegoś mistrza. I w Polsce była taka tradycja translatorska, która zaczynała się od Bronisława Zielińskiego. Dla wyjaśnienia młodszym to genialny tłumacz, który wcielił w literaturę polską Hemingwaya w ten sposób, że Hemingway stał się jakby polskim pisarzem i bardzo długo funkcjonował w literaturze tak, jakby był on częścią polskiej literatury. To właśnie dzięki tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego. Po nim był Leszek Jęczmek. To dla tłumaczy fantastyki jest takie nazwisko ikona. Nawet tam, gdzie Leszek się mylił, warto się było pomylić tak jak on. Po prostu lepiej się było mylić jak Jęczmek, niż robić poprawnie jak ktokolwiek inny.
Znakomity tłumacz i ja uważam się za spadkobiercę, być może ostatniego, tej tradycji. Przy czym Zieliński to jest rzeczywiście coś, czym chciałbym być. Kiedy dorosnę, chcę być Zielińskim.
[24:18] - Właściwie tak mi się skojarzyło, że powiedziałeś coś, że to rzeczywiście, bo tak ja odbierałem jako młody człowiek, czytając Hemingwaya, że Hemingway się stał tak bardzo polski, jak Konrad Korzeniowski pisząc po angielsku stał się anglosaski po prostu.
[24:39] - Bardzo dobre porównanie. On przed to, w tej chwili jak w ogóle wielka literatura, on raczej jest traktowany jako nuda albo nieznany. Natomiast dwa pokolenia to był wzór literatury. To były przekłady Zielińskiego Hemingwaya. Zresztą Zieliński dokonywał cudów. To tak anegdotycznie, jeżeli kogoś interesuje. Jego przekłady tytułów Hemingwaya były lepsze niż i sam Hemingway, bo oni się znali i przyjaźnili. Sam Hemingway uważał za lepsze niż hemingwayowskie. Jeżeli Hemingway tłumaczył „Across the River and into the Trees”, to tłumaczenie na język polski tytułu brzmi „Za rzekę, w cień drzew”. O ileż lepsze jest to tłumaczenie niż piękny hemingwayowski tytuł.
[25:34] - Skoro mówiliśmy o twoim spotkaniu z Kingiem, ale czy dla tłumacza ważny jest kontakt osobisty z osobą, która pisała? Pewno zawsze się tego nie da wprowadzić w życie, ale czy może pomóc spotkanie osobiste z pisarzem, którego będziesz tłumaczył? Czy to nie ma znaczenia?
[25:56] - Nie ma to znaczenia dla jakości tłumaczenia.
[25:58] - A dlaczego ma?
[26:00] - Jeżeli lubisz autora, bo to jest fajny facet, to podejście do jego dzieła też masz bardziej na luzie. A im bardziej na luzie podejdziesz do tego, co napisane, tym lepiej wychodzi ci praca. Najgorzej się napiąć, natężyć, zagryźć zęby, zgrzytać tymi zębami i wściekać, że musisz coś zrobić. Ja mam tak z Bobem Silverbergiem, z którym jesteśmy mocno zaprzyjaźnieni, że zawsze to jego, co tłumaczę i przyjemność, bo tłumaczę dzieło kumpla i cieszę się, że ono jest takie fajne, takie dobre i chciałbym mieć tego więcej. Natomiast dla samej jakości pracy nie.
[26:40] - Ale ta zażyłość z autorami czasami urasta wręcz do przyjaźni. Ja wiem skądinąd, jak to się tak popularnie mówi, że ty potrafiłeś nawet takimi mikroopowiadankami się wymieniać z niektórymi autorami.
[26:55] - Tak, z Ellisonem.
[26:56] - No chociażby.
[26:56] - Tak, ale to była nasza zabawa. Ja go nigdy nie spotkałem osobiście. Co tu mówić o przyjaźni. Dla jednych jest, dla innych nie ma. Dla mnie jest. Natomiast tak, sympatia jest ogromna i mój podziw dla Ellisona jako pisarza jest wielki. To jest największy podziw, jaki mam dla pisarza jako pisarza, to mam z zakresu fantastyki dla Ellisona. Natomiast tłumaczyłem parę jego opowiadań i nie powiem, żeby to, że tak mi się fajnie z Ellisonem gadało i taki, a nie inny układ w jakiś sposób miało wpływ na moją pracę, na jakość pracy. To tylko tyle, że atmosfera była sympatyczniejsza.
[27:42] - To ja cię postaram pociągnąć jednak za język i zapytać: a dlaczego tak Ellisona cenisz? Rozwiń tę myśl. Dlaczego tak dobrze? Czy się tak dobrze rozumiecie? Czy reprezentujecie ten sam typ osobowości? Co was tak łączy?
[27:58] - Z mojej strony łączy... Dlaczego ja podziwiam Ellisona? To jest jedyna część tego pytania, na którą mogę odpowiedzieć. I też mam z tym problemy ze względu na literackość tych opowiadań, na ich ogromne walory literackie, bogactwo wyobraźni, dyscyplinę, z jaką wizja autorska jest przekazywana za pośrednictwem słów w języku czytelnikowi, za konstrukcje, jakie Ellison tworzy, żeby to, co chce powiedzieć, zostało powiedziane w sposób estetycznie satysfakcjonujący i bardzo dobitny. Lubię. Jest to człowiek o ogromnej skali pisarskiej. On miał w sobie to, że forma nie stawiała mu nigdy przeszkód. On budował konstrukcyjnie swoje opowiadania, bo w zasadzie pisał tylko opowiadania. Budował z niesłychaną umiejętnością zamknięcia tego, co mam komuś do powiedzenia, formę artystycznie doskonałą. Był szlifierz diamentów po prostu.
Był ten diament, który on chciał brać i pokazywać. To jest po prostu podziw dla talentu literackiego.
[29:29] - To bardzo fajnie od tej strony takiego podziwu czy szacunku, to dobrze. Natomiast przedtem zwróciłeś chyba uwagę na bardzo zabawną rzecz. Ja się posłużę również taką drobną, może daleką anegdotką, ale ten zbyt wielki brak bezpośredniego kontaktu może czasami bardzo blokować. Myślę, że również tłumaczy. Otóż nie wiem, czy złapiecie, na czym ta anegdota polega. Otóż kiedyś siedziałem, dawno temu usiadłem przy jednym stoliku z niejakim Isaakiem Asimovem. Był tam jeszcze szef wtedy angielskich... Już nie pamiętam, jak się nazywał ten facet. Siedział. Ja siedziałem i się nie wypowiadałem, bo nie znam angielskiego, więc w ogóle tylko tak w kącie.
Ktoś tam jeszcze siedział i ja widziałem, jak ludzie tańczyli wokół tego stolika. Otóż wszyscy pokazywali Asimow. I obchodzili naokoło. Dokładnie to był jakiś konwent w Polsce, kiedy on przyjechał.
[30:42] - Tańczyli taniec godowy.
[30:43] - Tak, taki taniec godowy i nikt absolutnie się nie zbliżył, ale też on w ogóle nie zwracał na nikogo uwagę. Siedział i w ogóle-
[30:52] - Przyzwyczajony do tego.
[30:53] - Tak, gapił.
[30:54] - Odbierał hołd.
[30:55] - Tak. I w pewnym momencie pojawił się warszawski taki lujek nasz fandomowy, czyli niejaki Jacek Rodek. Wlazł, usiadł na fotelu obok Asimowa, założył nogę na nogę, zapalił papierosa i coś do tego Asimowa powiedział. Po czym, wierzcie mi, po minucie oni już gadali jak kumple. Nie było żadnej bariery, a naokoło wszyscy patrzyli z szokiem. Jak on tak mógł? A jakim cudem oni się tak znają? Skąd oni się znają i dlaczego się tak ten. Dla Asimowa to nie było ważne. Wiesz, o co mi chodziło?
Taka anegdota była, że po prostu to bożeństwo odprawiane wobec autora przez tłumacza jest niedobrą rzeczą.
[31:54] - Twoja anegdota twoją anegdotą, a to jest inna anegdota. A właściwie dowcip o Styce, któremu Matka Boska się objawiła, jak malował jej portret. Jan Styka, malarz doskonały, a wykpiwany bardzo często. Opowiadano o nim taką anegdotę, że malował portret Matki Boskiej i malował ją na klęczkach i na to Matka Boska zstąpiła do niego spod nezu i powiedziała: „Styka, ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze”. Oczywiście, że tłumacz, który podejdzie i zacznie na klęczkach pracować przy autorze, może tylko zrobić kuchę na skuszę, bo wierność, i wracamy do pierwszego banału audycji, wierność w stosunkach z piękną kobietą nie popłaca. Jeżeli masz stosunki z piękną kobietą, to nie wierz w jej wierność. Wierność nie popłaca. Więc nie należy traktować pięknej kobiety z szacunkiem. Należy po prostu traktować ją odpowiednio.
[32:58] - Ja się obawiam, że grono feministek już sobie ostrzy odpowiednie narzędzia.
[33:04] - Nareszcie ja nie muszę.
[33:07] - Zawsze Wiktor zbiera cięgi tutaj jako czołowy obrażacz. Dzisiaj masz godnego partnera.
[33:15] - Trzeba było zacząć od innego banału, ale ten mnie korci cały czas.
[33:19] - Okej.
[33:20] - Narzucił ton rozmowy.
[33:22] - To ja teraz zapytam o kolejną rzecz, bo pytanie brzmi: jak wyglądasz, jak tłumaczysz? A ja zaraz rozwinę, o co mi chodzi.
[33:31] - Znowu ta fandomowa anegdota.
[33:33] - Tak, bo to chodzi o coś takiego. Ja jak widziałem Wiktora, jak pisze i jak widziałem siebie okiem zewnętrznym, to bardzo często wygląda w taki sposób, że ja na przykład sobie pewne rzeczy głośno tłumaczę, a w dodatku jak siebie za bardzo nie chcę słuchać, to się wyzywam. I to, mówiąc szczerze, niewybredne słowa padają pod moim adresem. Wiktor też jakoś szacunku dla siebie zupełnie nie ma. Potrafi się tak wyzwać, że „łohoho”. Idąc tym śladem, to jak ty wyglądasz, kiedy tłumaczysz?
[34:05] - Nieoryginalnie chyba. Znaczy 80% tłumaczenia to po prostu dwa monitory. Oryginał gdzieś tam idzie albo muzyka z tła, albo sport w telewizji. Są takie sporty, przy których doskonale da się pracować. Na przykład tenis jest takim sportem. Przewijają piłki, ty piszesz i od czasu do czasu jest wybuch entuzjazmu z tła, cię dobiega, bo było cudowne zagranie albo coś i wtedy zawsze możesz sobie obejrzeć replay i wrócić do pisania. I to jest to 80%. Jest absolutnie nieciekawe, oprócz tego, że-
[34:44] - A jeśli chodzi o muzykę, to jaka?
[34:46] - Ulubiona.
[34:47] - A zna czy się?
[34:49] - Dużo idzie tak zwanego rocka symfonicznego, tak nazywano w mojej epoce. Dziś to się nazywa rock progresywny. Rock progresywny, wczesne Genesis, Yes, najwięcej mojego ulubionego Yesa, trochę ballad heavy metalowych, które bardzo lubię. To najlepsze, co w muzyce popularnej jest. I to się dość często powtarza. Znaczy mnie nie przeszkadza, że „When the Blind Began to Cry” Deep Purple ja słucham po raz piąty. Tak samo, jak mi nie przeszkadza nasłuchanie Tokaty i Fugi d-moll po raz piąty. To jest mniej więcej ta sama skala. A to, co cię może zaciekawić, to pozostałe, powiedzmy, 20% to jest oczywiście dość zabawne, bo to jest walenie pięścią w stół, to są przekleństwa, których nie będzie tutaj, bo feministki ja jeszcze zniosę, ale obrażać małe dzieci przed dziewiątą przekleństwami nie będę. W każdym razie bardzo gwałtowne.
Bogactwo polszczyzny wykorzystuję tutaj do cna. Różne rzeczy, aż do takich ekstremów, jak było, kiedy kończyłem „Desperację” Kinga i to był taki rzut na taśmę. Było chyba około 40 godzin pracy bez przerwy i w nocy wypadło, jeszcze wtedy żyła moja żona. Żona była przyzwyczajona do tego, jak ja pracuję, że ja pracuję z rybami, że pracuję w nocy, że pracuję długimi interwałami. Ale o godzinie gdzieś tam czwartej czy piątej nad ranem zerwała się i chciała wzywać lekarza. Wpadła do mojego pokoju i pytała, czy lekarza potrzebuję. Przerażona. Ja się śmiałem jak szalony. Po prostu histerycznym, szalonym śmiechem. Doszedłem do momentu, który w tej książce uwielbiam.
Nie chcę spoilerów tutaj dawać, ale w każdym razie jest zagrożony. Jak odchodzi ze świata jeden z głównych bohaterów walczący ze złym kosmitą, walcząc z nim wypowiada słowa, na które ja czekałem, żeby je przetłumaczyć od początku ośmiusetstronicowej, grubej kingowskiej powieści. Doszedłem do tego, przetłumaczyłem i to jest tak nieodparcie komiczne, że zacząłem śmiać się jak szaleniec. Po czym skończyłem tę książkę i zasnąłem na siedząco. Natychmiast, momentalnie. I obudziłem się po dwóch godzinach, poszedłem do łóżka spać. Myślę, że każdy, kto ma cokolwiek twórczego do roboty, to w pewnym momencie wali pięścią w stół, kopie ścianę. Jak kiedyś miałem psa, to się tak denerwowałem czasami przy tłumaczeniu, że brałem psa na smycz i na spacer, żeby się uspokoić.
[37:37] - Znowu, jak już jedziemy tym banałem, to tak do końca. Dlaczego fantastyka? Oczywiście ja tu dopowiem, bo tego nie powiedziałem na początku. Ty jesteś człowiekiem, który z fantastyką od młodości jest związany. Zawsze ta fantastyka, jak to się mówi, chyba w Wikipedii wyczytałem, jesteś działaczem fandomowym. Ja nie wiem, co to do końca jest działacz fandomowy. W każdym razie dla mnie jesteś człowiekiem, który po pierwsze na fantastyce się zna, fantastykę lubi. O fantastyce może rozmawiać godzinami, co zresztą państwu będziemy powoli tutaj prezentować. No dobrze, ale czy ta fantastyka się tak świetnie tłumaczy? Nie wiem, dlaczego akurat fantastykę tłumaczysz.
Dlatego, że ją lubisz czy nie wiem, jakieś inne powody są?
[38:23] - Nie ma żadnych powodów oprócz najbardziej praktycznych i przyziemnych, czyli kasa. Odchodziłem z pracy etatowej, której nie byłem w stanie wykonywać, bo ja nie będę się budził na godzinę, kładł spać na godzinę i podpisywał listy i siedział w pracy, jak nie ma tam nic do roboty. Po prostu to nie dla mnie. W związku z tym musiałem dokonać wyboru, jak ja chcę zarabiać pieniądze, żeby nie musieć tego robić. Napadło na wolny zawód. Ja nie mam żadnego szczególnego talentu, więc odkreślałem te wolne zawody. Artysta taki, siaki, owaki. Dziesiąty został tłumacz, bo znałem języki obce. A fantastyka była dlatego po prostu, że fantastyka ma określonego odbiorcę i miała określonego nadawcę. Ja tam miałem znajomych.
Zamiast wojować o to, żeby wejść w środowisko i dostawać tłumaczenia, po prostu wykorzystałem znajomości. Były tłumaczenia z dziedziny fantastyki. Dobrze się złożyło, bo ja fantastykę rzeczywiście lubię. Natomiast równie chętnie jak najlepszą fantastykę tłumaczyłbym na przykład Chandlera czy Russella McDonalda, Charlesa Bukowskiego, autorów „Lost Generation”, tylko że się po prostu nie trafiło. A trafiła się fantastyka. Przykro mi strasznie, że wszystkich fanów zawiodłem. Tutaj nie głoszę boskości fantastyki i jej wyższości nad wszystkim, łącznie z Panem Bogiem Wszechmogącym. Po prostu narzędzie do zarabiania kasy.
[39:58] - Ale to ja już tak muszę dopytać. Co jest pierwotne, a co wtórne? Najpierw była miłość do fantastyki czy miłość fantastyki pojawiła się w związku z tłumaczeniem?
[40:07] - Nie. Najpierw było zainteresowanie fantastyką. Ono się wzięło od dziecka, od czytania. Ja miałem parę lat, tam siedem, dziesięć, kiedy w chorobie czytałem książki i trafiłem w bibliotece rodziców i bibliotece dziadka na Chestertona. Chyba jemu muszę przypisać to obudzenie zainteresowania pop literaturą, w tym fantastyką. Chesterton oprócz „Przygód księdza Browna”, na które natychmiast mówię, że jeżeli ktoś tak pisze kryminały, to znaczy, że w tym kryminale jest coś znacznie więcej niż kto zabił, prawda? Ale on również napisał co najmniej dwie powieści, genialne powieści czysto fantastyczno-naukowe. I to był początek XX wieku, lata 1900-1910. Jedna z nich to była „Latająca gospoda”, dokładnie w 1904 albo 1907. To akurat bez różnicy.
Opisany jest atak muzułmanów na Wielką Brytanię i jej zajęcie. Opisana jest wojna hybrydowa, jest rola mediów społecznościowych w postaci plotki, jest rodzący się przekupność klasy politycznej, jest wojna hybrydowa. Jest po prostu wszystko, czego doświadczamy teraz. Natomiast druga była „Napoleon z Notting Hill”. To było klasyczne urban fantasy jeszcze sprzed tych czasów, kiedy urban fantasy przejęły te panienki piszące, panie piszące dla panienek romanse. I wtedy pojawił się nowy , która wprowadziła nowe określenie supernatural noir. To jest w środowisku miejskim, takim nieco chandlerowskim, dziejąca się akcja fantasy i u Chestertona to jest ześredniowieczenie podziału Londynu i bunt jednej z dzielnic, najmniejszej, biednej dzielnicy Notting Hill przeciwko innym dzielnicom miasta, które chcą ją podbić przy pomocy przeprowadzenia autostrady przez środek. Wówczas nie nazywało się to autostrada, bo było mało samochodów, ale drogi przez środek dzielnicy i w średniowiecznych realiach następuje taka miejska wojna. I otóż jeżeli człowiek się dowiedział, że to może literatura popularna, najbardziej popularna ze wszystkich, może wyglądać tak, jak wygląda wykonanie Chestertona, to znaczy, że warto ją poznać bliżej.
[42:44] - No dobrze.
[42:44] - I potem się zająłem-
[42:45] - No właśnie, a co było potem?
[42:47] - A potem zająłem się poznawaniem tej literatury bliżej. To znaczy brało się Lema oczywiście. Zresztą sporym rozczarowaniem, bo przeważająca część Lema jednak jest rozczarowująca dla kogoś, kto szuka dobrej pop literatury. Zostaje tam kilka książek. „Powrót z gwiazd” jeden. Potem był długi czas, kiedy od fantastyki była przerwa, bo były studia literaturoznawcze i historia sztuki. I potem był powrót do fantastyki, właśnie związany z mieszkaniem w Anglii, z fascynacją tymi najbardziej popularnymi autorami. Tu King dużo zrobił, żeby mnie do fantastyki przyciągnąć z powrotem. Jakkolwiek by to dziwnie brzmiało. King i Silverberg, którego poznałem osobiście i którego zawsze bardzo ceniłem jako pisarza.
I później właśnie była kwestia wyboru sposobu zarabiania na życie, wyboru tłumaczeń i tłumaczenia fantastyki, chociaż ja mam dużo na koncie tłumaczeń niefantastycznych.
[43:53] - A wymień kilku autorów.
[43:55] - Lee Childa tłumaczyłem, Devera tłumaczyłem. Nawet teraz podpisałem umowę na wznowienie. Koontza tłumaczyłem. Trudno go zaliczyć do fantastyki, chociaż jeżeli Kinga do fantastyki, to Koontza można do literatury pogranicza.
[44:15] - I o Jacku Reacherze. Tłumaczyłeś książkę Lee Childa?
[44:18] - Tak, Reachera jakiegoś tłumaczyłem. Tam było parę rzeczy takich, które były z fantastyką niezwiązane. Nawet trudno mi w tej chwili wymieniać. Jak ja wypełniam te wypłaty biblioteczne, to sam się dziwię, bo biblioteka ma kilkadziesiąt moich pozycji, a ja pamiętam zrobienie z nich może z piętnastu. Ale płacą za wypożyczenia tamtych. Bardzo dobrze, że płacą. W tej chwili jestem tłumaczem głównie fantastyki, bo tak się złożyło, że wydawnictwo, z którym współpracuję najchętniej, to jest wydawnictwo wydające fantastykę. Znowu jestem tłumaczem fantastyki.
[45:00] - Już zdecydowanie fantastyki.
[45:02] - Zobaczymy, co będzie dalej.
[45:04] - A...
[45:05] - Jeszcze nie umarłem.
[45:07] - W ogóle jesteś, żartowaliśmy przed audycją, człowiekiem żelaznego zdrowia. Wiktor, weź ty powiedz. Ty masz na koncie, więc powiedz.
[45:19] - Stwierdziłem, że właściwie ja się tak kiedyś podziwiałem swojego ojca, który przeżył Sybir i tamte wszystkie sybirskie pokolenia. Ale my też jesteśmy nieźli normalnie.
[45:29] - No tak mówi to człowiek po trzech zawałach. I żyje.
[45:33] - Drugi zawał tamtego, ale parę blizn na sercu. A ten człowiek zajebania samochodem po całej Polsce właśnie jest tak w trasie. Zawitał teraz do Bydgoszczy. Przedtem przeszedł udar mózgu i właściwie był skreślony z tych całych umysłowo sprawnych. Przeszło mu to bez echa. Ostatnio oczy mu wypadły jakieś tam na podłogę. Pozbierał. Jakoś pozbierał i widzi i dalej rządzi, że tak powiem, jeszcze do kawiarni wkracza z jakąś laską ostatnio. No czyli jakoś-
[46:19] - Mam nadzieję, że Karolina tego nie słyszy. Do kawiarni wszedłem, wkroczyłem nie z laską, tylko z dziewczyną, która jest jedną z najlepszych redaktorek moich książek i bardzo mi znajomość z nią lasek.
[46:33] - Dobrze, dobrze. Ale tym niemniej- Ale jest ładna. Z ładną dziewczyną.
[46:36] - Tak, ale tym niemniej faktycznie pokoleniem jesteśmy jednak, okazuje się, że mocnym. Mi się tak łapię dzisiaj. Wiesz, jak ja pamiętam moje szpitale, tam trzydziesto-, czterdziestolatkowie odlatywali. Ja nie widziałem nigdy ani razu umierającego pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatka.
[46:57] - A czy my musimy poruszać takie smutne tematy?
[47:00] - No właśnie tak chciałem zaintrygować, bo jakby żegnamy.
[47:03] - Jesteśmy twardzi. My, tłumacze jesteśmy twardzi, ponieważ wiemy, że mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia.
[47:11] - Ja przyznam.
[47:11] - Jeżeli człowiek lubi robić to, co robi, to po prostu nie ma zamiaru odchodzić gdzieś, zostawiać tych oczu na podłodze.
[47:21] - Dobrze.
[47:21] - Pozbierać i robi dalej.
[47:23] - Zostało mi jedno takie pytanie w zarodku, bo kiedy myśmy się poznali, to było dawno, dawno, dawno temu. To nie wymieniłeś w tej chwili muzyki, którą słuchasz, tłumacząc jednego autora muzyki, który ci dźwięczał w głowie, kiedy żeśmy się poznali. Pamiętasz kogo?
[47:43] - Nie.
[47:44] - Michaela Jacksona.
[47:45] - Ach tak, Michael Jackson. Ale to dlatego, że ja nie cenię jego... To jest też moja przyjemność poznać Jacksona. To jest jedna rzecz i uczestniczyć w tych jego koncertach, dwóch koncertach Destination Docklands. Ja wtedy mieszkałem w Docklandsie, ale może powiedzmy, że to jest na boku. Natomiast ja nie cenię Jacksona akurat jako muzyka, cenię tego showmana.
[48:08] - Showmana, tak.
[48:09] - Showmana. I dlatego go tutaj nie podałem. Ale nie podałem również, nie podawałem wszystkich. Vangelisa, którego skądś cenię jako kompozytora, jakkolwiek są wyjątki. No też słucham. Bardzo dobrze się podkłada „Antarctica” na przykład. Bardzo dobrze się podkłada do roboty. A „1492” w żaden sposób nie chcę. Jest tak potwornie patetyczny, że człowiek zasypia na tym. Następne pytanie.
[48:39] - Następne pytanie jest: z wcześniejszej naszej rozmowy pamiętam, że masz dosyć ugruntowany pogląd na to, czym jest
[48:52] - Twórczość, literatura, głównie literatura pop. Bardzo często to się tak dzieje automatycznie. Wśród wielu rozmów, które mam okazję słuchać albo podsłuchiwać, bo to różnie bywa, jest często tak, że literaturę pop utożsamia się z czymś takim sobie, miałkim, taką gumą do żucia dla oczu. Ty tak tego nie widzisz. Widzisz to zupełnie inaczej. I takim dobrym przykładem, który podajesz, jest pewne opowiadanie „Gianni”, tak?
[49:27] - Silibera. Tu zahaczyłeś o drugą sferę mojej działalności. To znaczy to, że ja zawsze pozostałem takim obserwatorem, krytycznym obserwatorem sceny fantastycznej-
[49:41] - No i krytykiem literatury, po prostu.
[49:43] - Krytykiem literatury fantastycznej. Poza tym miałem swój udział w wprowadzaniu tej literatury, zwłaszcza literatury tłumaczenia anglojęzycznej na rynek polski.
[49:53] - Warto powiedzieć, że do ‘95 roku byłeś szefem w tym starym „Feniksie”, szefem działu zagranicznego.
[50:03] - Tak, ale wracając do twojego oryginalnego pytania i do „Gianniego”. Stała się rzecz straszna. Ona jest straszna dla fantastyki. Myśmy zapomnieli, czym jest pop sztuka. Sztuka pop. Udało nam się dokonać morderstwa na popie, utożsamiając pop z tandetą. To, co jest kulturą wysoką, to jest jakościowo, estetycznie piękne, wspaniałe, cokolwiek miałoby to znaczyć. Natomiast pop jest utożsamiany z tandetą i dostaje tandetną oprawę krytyczną amatorów, którzy nie mają wykształcenia ani znajomości przedmiotu, nie mają opanowanego języka pojęciowego, którym o nim mówić i którym najłatwiej jest, mówiąc o popie, operować właśnie tym kryterium tandety, bo tu nie trzeba się wysilać, żeby opisać, analizować czy robić cokolwiek innego. Przy tej okazji morduje się fantastykę. Ja próbuję i teraz z „Feniksem” tu małym zrobić taką rzecz, którą jest oddanie sprawiedliwości popowi, w tym wypadku pop literaturze, przez pokazanie, że ona nie jest gorsza, niższa czy estetycznie tandetniejsza od sztuki czy literatury wysokiej.
Jest po prostu nieco inna. Innymi środkami zwraca się do innego rodzaju odbiorców i w związku z tym wymaga opisu krytycznego kompetentnego i zwłaszcza wyjścia od sytuacji, która jest właśnie w tym opowiadaniu Silberberga. Opowiadaniu „Gianni”, którego bohater działający w przyszłości w stosunku do naszej teraźniejszości, wywodzi się z epoki. To jest kompozytor Giovanni Battista Pergolesi, kompozytor, który zmarł młodszy od Mozarta.
[52:19] - 26 lat.
[52:20] - 26 lat miał z ogromnym dorobkiem. Pochodzi z czasów, kiedy tego podziału jeszcze nie było i ożywiony w czasach współczesnych ma za zadanie przeznaczone mu przez tych, którzy go ożywili naukowców, w kulturze wysokiej, w której dziś funkcjonuje jako ten dawny włoski oryginał, dokonać przełomu. Komponować kantaty, opery komiczne, z których był znany. Może skomponować jeszcze raz, ale lepiej „Stabat Mater”, które pozostaje jego dziełem głównym. Tymczasem co się dzieje z Gianni? Gianni nie rozumie dualizmu sztuki. Gianni mówi: „Moje opery ludzie gwizdali na ulicach. Wy chcecie, żebym ja robił coś, czego słucha trzech bogatych, głuchych staruchów tylko dlatego, że wyłożyli za to pieniądze. A ja chcę pisać rzeczy, których słuchają ludzie”. I tak jak za oryginalnego swojego życia, żyjąc pełnią życia, nadużywając go, zmarł, będąc chorym syfilitykiem pod opieką po życiu bardzo gwałtownym, pod opieką zakonnic.
Tak przeżywając życie w niewielkiej naszej przyszłości, przystępuje do odpowiednika zespołu heavymetalowego. Gra dla tego zespołu, przebija się do mainstreamu tego, co można nazwać rockiem. Jest już sławny i ginie przed swoim pierwszym wielkim koncertem, ponieważ przedawkowuje narkotyki. I teraz proszę zrozumieć, co my tutaj mamy. Mamy twórcę wielkiego, wybitnego muzyka, który w naszej współczesności jest muzykiem rockowym. Nie ma tak, że rock to jest ta muzyka tandetna, której słucha byle kto, a gdzieś tam jest muzyka wielka, którą są opery, balety. Cokolwiek, jakby człowiek chciał nazwać. Nie. To jest po prostu inna sztuka, ale ona jest tylko inna. W żadnym sensie nie jest gorsza i jako inna wymaga własnego opisu.
To jest ten rock z czasów lat 70., kiedy Deep Purple grało koncert na grupę Orkiestra, wielką orkiestrą symfoniczną. Jest na filmie, kiedy- Główne skrzypce orkiestry nie chciały Johnowi Lordowi podać ręki. Było im wstyd, że muszą grać koncert z zespołem rockowym. To jest absolutnie autentyczne i to jest lafirię z tego koncertu pokazana. To jest właśnie opowiadanie, gdzie Ani mówi nam to, że fantastyka jako część pop literatury powinna być oceniana przez ludzi absolutnie kompetentnych, interesujących się tematem, a nie zbijana w dół i oceniana przez ludzi, którzy co najwyżej potrafią wyrecytować z pamięci kolejność wszystkich filmów superbohaterskich Marvela i na tym kończy się ich kompetencja krytyczna. Przeciwko takim ludziom właśnie powstał teraz ten nowy „Feniks”. I to jest ta druga strona mojej działalności.
[55:49] - Zanim powiemy o „Feniksie”, to jeszcze odwołajmy się do twojej działalności krytyczno-literackiej, bo ty buszujesz po internecie pod pseudonimem lapsus calami. Wytłumaczmy tym wszystkim, którzy nie do końca z łaciną są za pan brat, co oznacza lapsus calami.
[56:07] - Lapsus calami oznacza literówkę.
[56:10] - Tak jest. Powiedzmy od razu, że to calami. Kiedyś pisano za pomocą trzciny, dlatego to calami, później się to przekłada na pióro, ale generalnie chodzi o trzcinę. Błąd pisarski.
[56:21] - Znaczy literówka, w tej chwili to się nazywa po prostu literówka. Błąd popełniony w pośpiechu przy pisaniu. Tak, buszuję.
[56:30] - Buszujesz, ale buszujesz w sposób krytyczno-literacki. A co chcesz osiągnąć w takim razie?
[56:41] - Nie mam jakichś wielkich ambicji, że zawrócę Wisłę kijem, czy będę przeciwdziałał ociepleniu klimatu, czy że uratuję wieloryby. Raczej nie cierpię na kompleks wyższości.
[56:56] - Ale krytyczny potrafisz być.
[56:58] - Tak. To są w zasadzie dwie zazębiające się rzeczy. To znaczy chcę, żeby mój głos był słyszany, a do tego muszę sięgnąć po nowe technologie i chcę, żeby on został zapamiętany. W tym sensie przynajmniej zapamiętany, że ludzie będą przekazywać sobie wieść, że coś takiego istnieje i kiedy trafią na którąś z tych tandetnych bzdur, o których ogólnie wspomniałem, mieli możliwość odbić ją od tekstu, który ja przynajmniej uważam za kompetentny, który w każdym razie jest inny. I być może jeżeli potrafią, na ogół nie, ale jest jakaś grupka ludzi, która potrafi z tego wyciągnąć tak zwane brzydko konstruktywne wnioski. Po to ja tam jestem. Już nie mówiąc o tym, że to mnie bawi. Przede wszystkim mnie to bawi. Całe życie robiłem przede wszystkim to, co mnie bawi. A po drugie są wszystkie szlachetne motywy, które wymieniłem przed chwilą.
[57:59] - Ja od razu powiem naszym słuchaczom, że warto w bójkę Google'a wpisać sobie lapsus calami i kilka ciekawych tekstów, nawet nie kilka, tylko sporo więcej tam się pojawi. Ja, mówiąc szczerze, z pewną fascynacją czytałem te teksty, dzisiaj taki mam dzień, że w banał uderzam, ale to są teksty głębokie. To znaczy widać, że autor nie przemyka się po danym utworze, nie dotyka go tylko, tylko wchodzi w głąb, analizuje, wyszukuje tam czasami w tym tekście rzeczy. To zawsze jest miłe, jak się znajdzie coś, czego się nawet nie podejrzewało, że w tym utworze może być. To jest taki rodzaj czytania, który jest wzbogacający. Ja dlatego lubię to czytać. To się teraz wytłumacz, czemu tak rozdzielasz na kawałki to, co czytasz i to, co później relacjonujesz w swoim blogu.
[59:05] - Przerazające jest to. To, co robię w blogu, ty nazwałeś zwyczajnie niesieciowym. To, co ja robię w blogu i to, jak piszę w blogu, nie pasuje do tego, jak to się robi w sieci.
[59:20] - Tak, dokładnie.
[59:21] - Notka blogowa powinna być taka i taka.
[59:23] - Że jest wspaniale.
[59:24] - A szkoda, że nie jesteśmy w telewizji przez ten jeden moment, bo widać by było, co ja robię z palcem w tej chwili. Jest to tak zwany digitus infans. To nie ja służę sieci i mam się dostosowywać do jej praw, tylko ona służy mnie i ma umieścić moje teksty. Moje teksty są pisane w gruncie rzeczy w sposób klasyczny, tak jak pisało się publicystykę krytyczną, kiedy istniały jeszcze czasopisma, które je opublikowały, kiedy recenzje miały swoją wagę, kiedy istnieli recenzenci z nazwiskami, którym się wierzyło i według których ustalało się swoją hierarchię czytelniczą i wiedziało się, dlaczego się to robi, i którzy docierali. I oni mieli tą przewagę nad blogami i reckami internetowymi, że docierali do czytelnika, który ich musiał wyszukać, do czytelnika wybrednego, do czytelnika, który rozważył wiele opcji, nim wybrał tą jedną, a nie po prostu rzucał się na tego, kto ma najwięcej lajków. Lapsus calami będzie zawsze prowadzony w sposób dość mocno konserwatywny, trudny i będzie czytany przez stosunkowo wąską grupę. Natomiast jest to grupa czytelników, która dla mnie się liczy i która w ogóle się liczy. Jest dość zabawne, bo za teksty publikowane lapsus calami, jeżeli to są recenzje, otrzymuję czasami wymierne wynagrodzenie. Więc mimo że zasięgi nie są wielkie, komuś zależy na tym, żebym ja się zajął albo jego twórczością, albo robi to wydawnictwo. Dla mnie to jest ogromna przyjemność i to też jest model klasyczny.
Recenzenta zatrudniano za pieniądze i on za pieniądze pisał recenzje i z tego żył. I tyle.
[01:01:12] - Mnie się podoba w tym twoim pisaniu to, że ty łączysz, tak jak były kiedyś takie zabawy z łączeniem kresek czy kropek kreskami. Ty bardzo często pokazujesz pewne punkty, później je łączysz i nagle wyłania się zupełnie inny obraz.
[01:01:29] - Element analizy. To jest to, czego mnie przez sześć lat uczono na dwóch fakultetach. Tak to można najbliżej określić. To jest po prostu kwestia analizy i pokazania, jak skonstruowane dzieło sztuki, dzieło literatury jest konstrukcją. Pokazanie, jak to jest zrobione i próba odczytania, dlaczego jest to zrobione akurat tak, a nie inaczej. Wejście od strony czytelnika jest fascynujące. Jest to najbardziej prymitywny ludzki interes każący nam rozebrać zegarek, żeby zobaczyć, jak to cyka. I w ten sam dokładnie sposób rozbiera się książkę, żeby zobaczyć, jak to cyka. Najpierw zaczyna się od tego, że czytasz i jakąś książkę rzucasz o ścianę i mówisz: „Nigdy więcej tego badziewia”. A jakąś książkę, jak otworzysz, to nie ruszysz się z miejsca, nawet do toalety nie pójdziesz, póki jej nie zamkniesz.
Dobrze jest wiedzieć, dlaczego jedna jest taka, a druga jest taka, prawda? Aż chce się wierzyć i wiedzieć. To ja to robię tak, żeby było pokazane, jak to jest zrobione.
[01:02:39] - To ja się teraz zachowam jak dziennikarz „Faktu” i zapytam, czy wiele osób się na przykład na ciebie obraziło za takie recenzje?
[01:02:48] - Właśnie zabawne jest to, że na mnie obrażają się fani autorów, z którymi zdarzyło mi się popolemizować. Oni mają pretensje, że ja świętość tutaj naruszam.
[01:03:07] - I to jest to tańczenie wokół Asimova.
[01:03:09] - Natomiast zabawa polega na tym, że nie mam z żadnym autorem, a znam autorów wielu i o wielu jestem różnego zdania, z żadnym autorem nie mam na pieńku za to, co o nim napisałem. Oczywiście z jednymi lubimy się bardziej, z drugimi mniej. Są przyjaźnie gorętsze albo są po prostu znajomości na zasadzie cześć, cześć, a przyjaźnie na zasadzie idziemy na piwo. Jest normalnie, jak w każdym życiu. Natomiast ja nie znam żadnego autora, którego mógłbym nazwać wrogiem. Niezależnie od tego, czego się uczepiłem i tego właśnie czytelnik, fani autorów, ten czytelnik planktonowy nie jest w stanie zrozumieć. Uważa, że jeżeli napiszę, że jego kochany autor zrobił skuchę, to zamordowałem Chrystusa, wbiłem gwoździe w ręce i jeszcze przebiłem boki. Należy teraz mnie ukrzyżować. Bardzo mnie nie lubią niektórzy z tego powodu, co sprawia mi skądinąd koszmarną frajdę. To też jest bardzo niepolitikpoprawne, więc przepraszam.
Sprawia mi frajdę. Ja lubię być nielubiany przez pewną grupę ludzi.
[01:04:26] - Wiktor się zasępił.
[01:04:27] - Wiesz dlaczego, Wiktor?
[01:04:28] - Wiktor się zasępił wyraźnie.
[01:04:29] - Dlatego, że to oznacza, że jestem od nich inny.
[01:04:31] - Zgadza się. Ale to, co powiedziałeś, to tak doskonale nie bądz się bardziej od papieża, że tak powiem.
[01:04:43] - Papież są bardziej papieżem od papieża.
[01:04:45] - Od papieża. Ci, którzy, że tak powiem, wyznawcy zawsze są groźniejsi od proroków. Prorocy wygłaszają swoje poglądy i chętnie zachęcają do tego, że tak powiem. Natomiast to, co potrafią wyznawcy, to-
[01:05:05] - Jest bardzo sympatyczne i dla mnie było miło rozczarowujące właśnie to, że autorzy są w stanie nie dość nawet, że ścierpieć po męsku negatywną uwagę, bo kto ja jestem, żeby oni się mieli przejmować, że napisałem o nich źle. Oni po prostu chętnie, jak się spotykamy, nawet ci, którzy mnie znają, chętnie wciągają rozmowy i pytają: a dlaczego? Nie jest to tak, że się robi z tego wykład uniwersytecki. Jest to właśnie spotkanie konwentowe przy piwie, ale jest to temat rozmowy, temat do pogadania. Autorów mamy bardzo na poziomie, nawet jeżeli nie umieją pisać za bardzo, to są to w każdym razie ludzie napisani.
[01:05:54] - Taka uwaga od jednego z naszych słuchaczy. Czy są jeszcze wiarygodne recenzje w internecie, zwłaszcza na YouTubie? To taki rodzaj komentarza zgadzającego się ewidentnie z tobą.
[01:06:06] - Czy to jest pytanie?
[01:06:08] - To jest takie otwarte pytanie, jak byś to skomentował.
[01:06:11] - Nie ma. Jeżeli to ten słuchacz, który się odezwał.
[01:06:17] - O 35 konkretnie.
[01:06:20] - Więc jeżeli O 35 zadał autentyczne pytanie, to jedyna odpowiedź moja, jaka może być, to niech po prostu porówna i zdoła. Jeżeli musi mieć guru czy autorytet, to niech sam wybierze. Natomiast moim zdaniem on takiego guru, autorytetu nie znajdzie. Więc ma o tyle kłopotu, że sam będzie musiał za siebie decydować.
[01:06:48] - No tak, ale-
[01:06:51] - W blogosferze i na YouTubie tego nie znajdzie. Być może coś z tego znajdzie w recenzjach „Nowej Fantastyki” czy na stronie „Feniksa”. Ale też zwłaszcza w recenzjach „Nowej Fantastyki” też ma.
[01:07:08] - Skoro mówimy o „Feniksie” — jak to ma w zwyczaju, odrodził się po raz kolejny jakiś czas temu. Po raz trzeci się odrodził. Mieliśmy kiedyś „Feniksa”, jeszcze w latach 80. przez „ks” na końcu.
[01:07:23] - Fanzin, tak.
[01:07:23] - Tak. Później się pojawił z numerem zerowym. To wtedy było coś. Pojawił się „Feniks”, który wychodził od początku lat 90. Już przez „x” na końcu. Ale on zmieniał wydawcę i to kilka razy.
[01:07:43] - Szlajał się.
[01:07:44] - Zmienił wydawcę. W końcu trafił do MAG-a i w MAG-u poległ.
[01:07:49] - Dokonał żywota.
[01:07:50] - Tak. I teraz jest po raz trzeci „Feniks. Antologia”. Opowiedz coś o tym przedsięwzięciu tak, jakbyśmy o nim zupełnie nic nie wiedzieli.
[01:07:59] - A od samego początku?
[01:08:00] - Od samego początku myślę. Najlepiej.
[01:08:02] - Od samego początku to ma walor muzealny i być może anegdotyczny, bo „Feniks” był fanzinem, ale ten fanzin był rzeczą specyficzną. Ten „Feniks” musiał się nazywać fanzinem i musiał być przeznaczony dla członków organizacji fanowskiej.
[01:08:24] - Tylko do użytku wewnętrznego.
[01:08:25] - Tylko do użytku wewnętrznego, ze względów cenzuralnych. Natomiast zabawa polegała na tym, że ten „Feniks” znakomicie płacił. Fanzin nie fanzin, ale płaciła organizacja, dla której użytku został powołany do życia. Płaciła krocie.
[01:08:41] - A on, jak na tamte czasy wyglądał bardzo profesjonalnie.
[01:08:44] - On wyglądał różnie, bo ten numer podwójny był taki, że jak na sicie robiony, wyglądał tragicznie, ale w ogóle wyglądał nieźle i publikował niezłe materiały. Ja tam nastałem od drugiego numeru do prowadzenia działu zagranicznego. Dużo Tolkiena wtedy tam było.
[01:09:04] - Howarda. Był numer chyba.
[01:09:06] - Ukazywały się klasyki. Conanowski numer był, ale to już jest kwestia muzealna. Ten „Feniks” drugi, który ukazywał się po przełomie 1989 roku, a później przestał się ukazywać, to była próba wczesnego polskiego kapitalizmu z naiwnym przekonaniem, że jeżeli coś jest dobre, im coś jest lepsze, tym łatwiej się sprzeda. Nauczyła nas historia bardzo szybko, że działa to odwrotnie i najlepiej sprzedaje się to, co najtandetniejsze, i dlatego ludzie chodzą do Lidla kupować, a nie do małych piekarni podwarszawskich i jadą po ulubiony gatunek chleba. W tym „Feniksie” również robiłem dział zagraniczny i pisałem trochę. Ten dział zagraniczny się ludziom podobał. Po prostu wprowadziłem paru pisarzy.
[01:10:08] - Tam się nazwiska pojawiały wybitne.
[01:10:10] - To było łatanie dziury po fantastyce. Pierwszy raz był Ellison publikowany w dużym bloku. Pojawił się cyberpunk, pojawiły się kwestie nowego horroru Clive'a Barkera. Sporo takich nowych rzeczy się znalazło, ale głównie on został w pamięci jako platforma grupy polskich pisarzy, którzy oficjalnie głosili, że fantastykę pisze się dla pieniędzy i dla rozrywki, a nie po to, żeby załatwiać ważne sprawy egzystencjalne i sprzeciwiać się fundamentalnemu złu wszechświata. To wszystko z dużej litery. Ten „Feniks” razem z polskim kapitalizmem i tym, co w kapitalizmie jest dobre, po prostu padł.
[01:11:01] - Zmieniając po drodze trzy razy format.
[01:11:03] - Tak, zmieniając po drodze format, mając nieregularną numerację, wychodząc raz tak, raz inaczej. Robiliśmy, co mogliśmy w ramach budżetu, który mieliśmy. I w momencie, kiedy doszliśmy do wniosku, że już dalej się nie da, „Feniks” po prostu został zamknięty. Przy czym nigdy nie powiedziano, że „Feniks” kończy działalność. Po prostu ukazał się ostatni numer. Zobaczymy, co będzie dalej. I dalej wyszło z inicjatywy Bartka Biedrzyckiego, który za czasów tych „Feniksów” pierwszych nosił koszulę w zębach i sikał w pieluchę jeszcze. Ale mu się później ten drugi „Feniks” podobał jako młodemu człowiekowi, więc postanowił zrobić „Feniksa”. Nie mógł się doczekać, aż ktoś „Feniksa” zrobi, postanowił zrobić sam. Zwrócił się do mnie o pomoc jako łączność ze starą redakcją, bo tam trzeba było sporo spraw załatwić, takich jak dziedziczenie nazwy i tak dalej.
I zrobiliśmy. Robimy tego „Feniksa. Antologię,” cztery numery w bloku. Robimy to po to, żeby pokazać tę fantastykę najlepszą. Cutting edge polskiej fantastyki. Zagranicznej tam prawie nie ma, bo zagraniczna fantastyka jest prezentowana przez wydawnictwa. Nie ma powodu, żebyśmy mieli ją i przez nową fantastykę jest prezentowana przez Marcina Zwierzchowskiego bardzo dobrze. Nie ma powodu, żeby dublować cudzą robotę. Natomiast z polską fantastyką, z tymi autorami najlepszymi, z tymi dżanimi polskiej fantastyki współczesnej był ten kłopot, że oni nie znajdowali sobie niszy, więc w tej chwili niszę znaleźli w „Feniksie” i po to ten „Feniks” istnieje.
[01:12:44] - Dobrze, ale powiedzmy jeszcze o tym „Feniksie”, bo to jest tak: czy nie powinien się ukazywać częściej? Czy to wystarcza? Czy nie jest go za mało? Czy po prostu łamy nie są z gumy i czy to jest tak, że po prostu jest więcej opowiadań do opublikowania niż możliwości?
[01:13:10] - Ku mojemu zdumieniu wielkiemu jest tak, że jest więcej opowiadań do opublikowania. Niż możliwości ich opublikowania w papierze. Ale „Fenix” znowu mógł zaistnieć tylko dlatego, że nam się epoka technologiczna zmieniła. Techniki druku pozwalają na drukowanie pisma czy w naszym wypadku antologii niedrogo, za pieniądze, które nie są wielkimi pieniędzmi nawet dla średnio zarabiającego człowieka. Poza tym istnieje cała tania — bo to tylko opłaty serwerowe i sprzęt, i trochę oprogramowania — sfera internetowa i dzięki temu „Fenix” może publikować i właśnie zaczął to robić, publikować to, co nie mieści się w papierze. Na stronie jest Lost Case, podstrona na stronie „Fenixa” i tam te opowiadania, które nie zakwalifikowały się do druku, bo były od nich lepsze. Czy w każdym razie były od nich takie, które mnie się bardziej podobają.
[01:14:10] - No właśnie, dyktator.
[01:14:11] - Tak, dyktator, ale w pełni spełniają warunek drukowalności. Wędrują na stronę i docelowo będzie chyba rzeczywiście tak, że „Fenix” drukowany, ten klasyczny to będzie te 15% góry lodowej, które widać nad powierzchnią i będzie pełnił rolę produktu sztandarowego, a niekoniecznie dochodowego. Natomiast reszta będzie tam sobie tkwiła w czeluściach internetu i dla zainteresowanych była dostępna w zasadzie bezpłatnie. Tak mi się wydaje, że tak należałoby to prowadzić sensownie. Gdybyśmy zdecydowali się wydawać „Fenixa” częściej, a zwłaszcza regularnie, doszłoby do sytuacji, której ja się bardzo bałem. Sytuacji takiej, że musisz wydać numer, bo ludzie już zapłacili na przykład w przedpłacie albo zbliża się termin, a nie masz czym tego numeru wypełnić. I wtedy dajesz coś, co jest substandardowe, ale musi się znaleźć, bo nie wydasz tego cieni czy z białymi plamami. I wolę mieć założenie, że „Fenix” wychodzi cztery razy w roku w różnej objętości i wydawać rzeczywiście to, co jest absolutnie pod każdym względem najlepsze. Na przykład Wiktora gnębię, żeby napisał. Jak ma być najlepsze, to ma być Żwikiewicz.
W związku z tym gnębię Żwikiewicza, żeby napisał. I od razu wam mówię wszyscy, gnębcie Żwikiewicza przy innych audycjach też. On mi jest winien dwa opowiadania i komiks.
[01:15:52] - Ale to będą rzeczywiście najlepsze opowiadania, jak je skończę.
[01:15:56] - One nie będą najlepsze, jeżeli ich nie będzie w ogóle.
[01:15:59] - Natomiast zwróć uwagę, że to, co mówiłeś, to też jest mi bardzo bliska działalność, bo to jest jednak troszeczkę radosna twórczość w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Marek tak jak powiedział: „A może częściej?” Bardzo łatwo się dostać w taką koleinę, w której tkwi na przykład „Nowa Fantastyka”, która musi co miesiąc spłykać nowy. Robią to i tak dobrze, bardzo dobrze, ale niestety ten obowiązek. Ja szanuję obowiązek, natomiast obowiązek to było również jedno z moich najstraszniejszych słów w życiu, bo ja rozumiem obowiązek wobec ojczyzny, ale obowiązek wobec kopaca mojego w piłkę to już tak mniej szanuję.
[01:16:53] - Mów, że obowiązek jest dla ciebie święty, ja ci uwierzę. Natomiast jest istotne i to znowu powtarzam, wracamy do tego, co było powiedziane wcześniej, że przynajmniej tak długo, jak ja jestem, „Fenix” jest robiony dla frajdy. Nie robię niczego, co nie sprawia mi frajdy. I jak zauważył słusznie ten leń patentowany, który was oszukuje, że dla niego obowiązek jest ważnym słowem, czyli Wiktor Żwikiewicz. Nie wierzcie mu, on wcale nie uznaje żadnych obowiązków, tylko frajdę. Jest dokładnie tak, jak on powiedział, że wpaść w koleiny to jest najgorsze, co może spotkać człowieka, który chce mieć dobrą zabawę, prawda?
[01:17:31] - Zgadza się. Dlatego też ja-
[01:17:35] - Dlatego też ja ci nie napisałem do tej pory tego opowiadania.
[01:17:37] - Ale napiszę. Natomiast zauważ, że to jest taka sytuacja. I tłumacze mają to, i działacze w różnych branżach, i pisarze również. Czyli popadnięcie w rutynę wykonywania czegokolwiek w życiu, z wyjątkiem może małżeństwa, to jest tragedia.
[01:18:00] - W małżeństwie rutyna też jest tragedią.
[01:18:01] - Również jest tragedią. Jakoś nie zdołałem tego-
[01:18:04] - Jeżeli mowa o działalności pisarza jak twojej i tłumacza jak mojej, to rzeczywiście rutyna jest głównym wrogiem. Można oślepnąć, można dostać udaru i z tego wyjść, można odkleić siatkówkę i przykleić. To wszystko jest do zniesienia. Natomiast koleiny przerażają. Rutyna przeraża.
[01:18:24] - To ja, żeby Wiktora trochę obronić, żeby tak tylko nie było na Wiktora, że jest leń i tak dalej, to-
[01:18:31] - Ty też jesteś leń?
[01:18:32] - Nie, nie jestem leń. Wręcz przeciwnie. Ja jestem ten facet z batem. Ale wiem jedno, bo Wiktor ma tę cechę. Ona jest dosyć charakterystyczna dla wielu osób. Jemu jest bardzo trudno zacząć. Ja pamiętam do dzisiaj, kiedy pisaliśmy wspólnie długie opowiadanie i wielokrotnie przychodziłem do Wiktora, żebyśmy pisali. I Wiktor witał mnie tak: podnosił się na przykład z kanapki, na której leżał. Patrzył, jak wchodziłem, mówił: „O Jezu, znowu ty. Dzisiaj mnie wszystko boli.
Ręka mnie boli, noga mnie boli, głowa mnie boli. Dzisiaj nie piszemy”. Jedyny sposób, jaki znalazłem, to był intuicyjny sposób. Siadałem, otwierałem laptopa, mówiłem: „Wiktor, ale tak chociaż dwa, trzy zdanka”.
[01:19:23] - Bo okazywało się, że po dwóch, trzech zdankach Wiktor się zaczynał świetnie bawić i pisanie było już, jak to się mówi, do utraty tchu. To znaczy, kiedy już Wiktor mówił: „Ja już naprawdę nie mogę, a jeszcze bym sobie popisał, ale już nie mogę. Idź sobie do domu”, to ja spakowałem laptopika i szedłem sobie do domu. Więc to takie jednoznaczne nie jest. Wiktor naprawdę czerpie frajdę z pisania, tylko do końca tego nie wie.
[01:19:50] - Marku, po czym ja następnego dnia dzwoniłem do ciebie i już nanosiłeś poprawki, które ja w tym czasie w nocy wymyśliłem do tekstu, który żeśmy przed chwilką napisali.
[01:20:00] - Zgoda.
[01:20:01] - To rzeczywiście tak ciężko zacząć czasami niektórym ludziom, ale to jest chyba-
[01:20:07] - Jak mrożka kumie, a może byśmy tak co zaś nie?
[01:20:17] - No tak trochę było.
[01:20:19] - Chandler miał kłopoty, które nazwał zatwardzeniem fabuły. Czyli to da się przełożyć na to, co wy mówicie. Jak zacząć? On zalecał, żeby codziennie od godziny do godziny siedzieć przy biurku, nawet jeżeli nie piszesz jednego słowa. Rutynę założyć sobie taką rutynę i ona wtedy zmusza przez sam fakt, że nie leżysz, na baby nie chodzisz, nie chlejesz. Chociaż Chandler chlał. Tylko siedzisz przy biurku i nad pustą kartką papieru. I już ma walor twórczy. Ale ja bym tego Wiktorowi nie... Wiktor nie wygląda na faceta, który siedzi pracowicie nad pustą kartką papieru.
[01:21:01] - Pracowicie. Kiedy Chandler wymyślał tą receptę, to jeszcze na jego biurku nie stał komputer przecież.
[01:21:07] - Bo Wiktor buduje cywilizację pracowicie, którąś tam właściwie buduje. Pytanie, które musi się pojawić w tym momencie, bo tak dużo masz do czynienia z literaturą. Promujesz ludzi piszących. Promowałeś. Tak. Ale czy ciebie nigdy nie ciągnęło, żeby coś napisać? Ale literackiego. Ja nie mówię o krytyce.
[01:21:35] - To jest pytanie, które się często powtarza i ja się śmieję, bo ono mnie rozwala z powodów nie dlatego, że to jest złe pytanie, bo ono jest bardzo naturalne, tylko z powodu tego, że po pierwsze jako filolog, jako historyk sztuki. Po pierwsze nigdy w życiu nie napisałem nawet wiersza dla dziewczyny, nawet w liceum wiersza dla dziewczyny, już nie mówiąc o jakiejkolwiek kwestii literackiej. Po drugie byłem dobrym matematykiem i bardzo dobrym fizykiem, więc padają dwa w jednym przesądy. To znaczy, że na polonistykę idzie ten, kto nie zna matematyki. Idzie zawsze geniusz, niewyżyty geniusz, który chciałby pisać, ale tchnoci. Ja nawet nie próbowałem. Zupełnie inny typ wyobraźni. Po prostu brakuje mi tego, co się nazywa potocznie talentem. Nie wymyślę fabuły, nie ujmę jej w dialogi i nie doprowadzę wywodu do logicznego końca, jeżeli on jest fabularny, bo jeżeli jest publicystyczny, to potrafię. Natomiast fabularnej literatury nie.
Niech inni to robią. Mnie to nigdy nie korciło. Nigdy tego nie próbowałem robić i nie mam zamiaru zaczynać.
[01:23:05] - Sorry, będę drążył. No dobrze, okej. Nie masz ochoty na tworzenie. Okej, ale czy przypadkowo nie jesteś źródłem pomysłów? Czy ci nie wpadają do głowy jakieś?
[01:23:18] - Na pewno mu wpadają.
[01:23:19] - Bo Wiktorowi na przykład wystarczy się z Wiktorem godzinę przejechać samochodem i ma się już właściwie tomik skompletowany.
[01:23:27] - Mój cały problem, problem ograniczenia mojej wyobraźni polega na tym, że ja nie mam pomysłu. Nie mam pomysłu.
[01:23:34] - Przewalając takie góry literatury?
[01:23:36] - Tak. Takie góry literatury. Nie mam pomysłu.
[01:23:38] - No ale pardon, ale jak mówiłeś, jak musisz przetłumaczyć coś nieprzetłumaczonego, to musisz mieć pomysł.
[01:23:45] - To jest to, co nazwałem wyobraźnią twórczą. Znaczy, jeżeli ktoś mnie prowadzi na smyczy, to ja po prostu potrafię. No jeżeli psem idziesz na smyczy, to on nie idzie po linii prostej, prawda? Tylko on sobie zygzakuje. Tu podleje latarnię, tu podleje hydrant, natomiast zawsze jest prowadzony na smyczy, niezależnie od tego, jak idzie. Ja jestem zawsze prowadzony na smyczy przez autora, tylko tu sobie skręcę, podleję ten hydrant, a tutaj sobie podleję tą jabłonkę. Brakuje po prostu czegoś. Deficyt w głowie siedzi czegoś. Czegoś tam zabrakło.
[01:24:17] - Ja wiem.
[01:24:18] - Twórczych zdolności.
[01:24:19] - Ja wiem, jak ty wyglądasz w takim razie, wiesz? Jak my wszyscy siedzimy przed telewizorem i oglądamy jakieś angielskie albo jakieś inne tam derby, nie? Jak te wspaniałe konie skaczą przez przeszkody, nie? To ty jesteś takim wspaniałym ogierem skaczącym przez przeszkody. Nieważne, że tam siedzi jeszcze ten-
[01:24:39] - Dżokej.
[01:24:39] - Dżokej, tak. Ten dżokej to jest ten pisarz, który tam-
[01:24:43] - Dzięki ci serdeczne. No nieważne. Tylko że on siedzi po prostu i trzyma.
[01:24:49] - No trzyma. Pisarz w jakiś sposób trzyma, nie? Ale ty skaczesz przecież.
[01:24:55] - Tak, dokładnie. Ale ja nie wymyślę, żeby polecieć sobie skręcić.
[01:24:59] - No właśnie.
[01:25:00] - Będę drążył jeszcze sprawę „Feniksa”. Czyli „Feniks” w sieci to zaczyna być takie miejsce, gdzie będzie sporo do czytania.
[01:25:08] - Znaczy już jest.
[01:25:09] - Już jest sporo do czytania.
[01:25:10] - Już jest sporo do czytania.
[01:25:11] - Jest archiwum też „Feniksa”, tego starego.
[01:25:13] - Archiwum to bardzo lubię. Pomysł Bartka, ale bardzo dobry pomysł. Ja go osobiście bardzo lubię. To są wybrane teksty ze starych „Feniksów”, do których autorzy dali nam pozwolenie. I to są takie teksty. Stary „Feniks” niósł ze sobą teksty legendy. To było przede wszystkim „Piąte piwo”. Cykl opowieści o książkach Marka Orammusa i „Tygrys z szablastą Dzioby”. To jest takie-
[01:25:39] - Pauliny Braiter.
[01:25:42] - Tak, Pauliny Braiter. Bardzo zabawne felietony i Kresa, „Kącik złamanych piór”. To są te trzy firmy, które znajdzie się w archiwum „Feniksa”. Jest podstrona Opinie, która się rozwija. To będzie podstrona felietonistyczna z racji sposobu wydawania. „Feniks” drukowany jest stosunkowo słabym miejscem dla publicystyki i dla felietonistyki, bo nie wychodzi wystarczająco często, żeby teksty okazjonalne było warto w nim zamieszczać. Więc to się znajdzie na stronie. I jak mówiłem, opowiadania Lost Case to opowiadania, które ludzie przesyłają nam, „Feniksowi” na adres, który jest podany. Taki ironiczny adres, który się nazywa lostcase@feniksantologia.pl. Niektóre opowiadania są tak dobre, że trafią do druku.
Właśnie pierwsze z nich trafia, Ani Sikorskiej, a niektóre są wystarczająco dobre, żeby były drukowane, gdybyśmy drukowali więcej „Feniksów” i wtedy te przypadki pograniczne trafiają na stronę.
[01:26:57] - Ja to pytanie zadałem specjalnie, ponieważ od jakiegoś czasu z Wiktorem prowadzimy audycję „ABW”, w której staramy się ludzi piszących w jakiś sposób promować.
[01:27:07] - I uczyć.
[01:27:12] - I uczyć.
[01:27:12] - Doradzać, że tak powiem i promować.
[01:27:16] - To są opowiadania czytane, które trafiają do naszego dwumiesięcznika „Podpalacze Nieba”, ale zawsze jestem zainteresowany wszelkimi inicjatywami, które mają na celu otworzenie drogi ludziom piszącym, bo to jest pewien problem. Wśród nas jest bardzo wielu ludzi, którzy piszą interesujące rzeczy i przez długi czas było tak, że nie było gdzie tego publikować. Nowa Fantastyka to było za mało. Tam się nie mieściło tyle, żeby ludzie piszący mieli szansę zaistnieć. Zniknął w swoim czasie z rynku miesięcznik „Science Fiction”, który był krytykowany, ale generalnie pozwalał przynajmniej spróbować zmierzyć się z tym warsztatem, z pisaniem w ogóle. W związku z tym każda inicjatywa, która się pojawia, czy to w sieci, czy w papierze, która pozwala młodym ludziom albo młodym pisarzom, czasami ciałem, czasami duchem młodym, pozwala zaistnieć, to jest zawsze interesujące. Jakie to jest miejsce w sieci? Bo są takie miejsca w sieci, kiedyś o nich rozmawialiśmy z Wiktorem, które są nieprzyjazne. Nieprzyjazne dlatego, że częściowo opierają się na tym, że ktoś wrzuca swoje opowiadanie i go rozszarpują, bo to nie jest ktoś od nas i w związku z tym zamiast udzielić mu kilku rad, może czasami bardzo zdecydowanych, polegających na tym: „Stary, to jest takie sobie. Nie patrzysz na to”.
Nie, to bardzo często odbywa się w takiej atmosferze nieprzyjemnej. Są takie miejsca w sieci. Jak to jest w „Feniksie”?
[01:29:01] - Nie, „Feniksa” to nie dotyczy. Dlatego, że my nie pracujemy z autorem. Generalnie rzecz biorąc, jako zasadę, ponieważ wyjątki się zdarzają i będą zdarzać, ja nie pracuję z autorami. Nie udzielam rad, nie sugeruję poprawek. Jeżeli dostanę tekst, który mnie zainteresuje, to generalnie nie dbam, żeby jakoś go poprawić na tyle, żeby był drukowalny. Czyli zainteresowanie moje nie biegnie po tym tekst obiecujący, nieobiecujący, tylko już od razu drukowalny bądź niedrukowalny. Natomiast w momencie, kiedy tekst jest przeze mnie zakwalifikowany jako drukowalny, on do niedawna miał obowiązek czekać lata, aż się zwolni miejsce w „Feniksie” drukowanym, który ma tych autorów bardzo trudnych do przeskoczenia. W zasadzie do doskoczenia okazała się do tej pory wystarczająco dobra jedna autorka, którą wymieniłem, czyli Ania. W związku z tym, a ponieważ chciałem być lojalny w stosunku do ludzi, którzy wysłali nam efekt swojej pracy, uruchomiona jest ta strona Lost Case, gdzie będzie reklamowana i te opowiadania tam w takiej formie, nawet redakcji, te opowiadania ukazują się w takiej formie, jak autor przysłał. Formatowanie dla potrzeb sieciowych jest po prostu jednolite u wszystkich i ono narzucone jest zresztą przez szatę.
I teraz mogą to ludzie czytać, mogą to komentować, ale przede wszystkim chodzi o to, żeby czytali, komentarze mniej. Chodzi o to, żeby poznali, że są młodzi ludzie, w każdym razie młodzi jako autorzy, którzy tekst nie musi być nawierzany bykami ortograficznymi, którzy wiedzą, jak zaznaczyć dialog i którzy wiedzą, jak zaznaczyć akapity, którzy wiedzą mniej więcej, ja tego do końca nie wiem, gdzie postawić przecinki i wiedzą, że „ósma” jest przez „o” zamknięte na początku, że jest cała kupa ludzi, którzy mają dobre podstawowe wykształcenie humanistyczne, już dobre umiejętności techniczne i sporo dobrych pomysłów. Żeby nie było, że wszyscy młodzi i początkujący to debile, których trzeba prowadzić za rączkę, bo piszą w szeregu po prostu albo enterem robią twarde akapity. Nie. Jest mnóstwo ludzi, którzy piszą dobrze, aby to pisać lepiej i dla nich w "Feniksie" jest miejsce. Natomiast jeżeli od was przychodzą z nieba jacyś podpalacze nieba.
[01:31:49] - Podpalacze nieba.
[01:31:49] - Jeżeli od was znajdziecie coś, co uważacie, że może się znaleźć na stronie albo w druku, to przesyłajcie. To najlepiej, jeżeli między nami jest kontakt, żeby to było tak. Bo u was są opowiadania czytane.
[01:32:02] - Tak.
[01:32:03] - Ja ich wysłucham teraz, kiedy wiem o tym. Ja poświęcę specjalnie czas na to, żeby je wysłuchać i zalinkować je od strony "Feniksa", jeżeli uznam, że opowiadanie jest dobre i świetnie się sprawdza w formie czytanej. Natomiast od was chętnie przyjmę, jeżeli autorzy się zgodzą, przyjmę opowiadania w formie pisanej albo do druku, nie wykluczam takiej możliwości, albo na stronę Lost Case. Proszę bardzo, zero problemu. Lost Case jest po to, żeby więcej autorów dawało więcej tekstów, które będzie czytać jeszcze więcej ludzi. Przepraszam.
[01:32:42] - Przy okazji omawiania takiego przedsięwzięcia, jakim jest "Feniks. Antologia", musi takie pytanie paść o plany. Ku czemu zmierzacie? Czy to będzie częściej wydawane? Nie, chyba nie będzie częściej, bo już powiedziałeś, że to nie ma być obowiązkiem i to takim upierdliwym obowiązkiem.
[01:33:06] - Ja myślę, że wiem, jak ci na to pytanie odpowiedzieć. Nie będzie żadnych zmian i żadnych ambitnych celów. Nie mamy, mesjanizmu nie wyznajemy i nie dążymy ku celom wielkim. Jeżeli coś się będzie działo, to będzie więcej tego samego, czyli rozbudowywanie działu publicystyczno-krytycznego. Muszę Wartka pogonić. Mnie bardzo zależy na tym, żeby było więcej komiksów i multimediów. Ja jestem w ogóle jak na starego pryka, który powinien nosić moher i uważać Facebooka za dzieło szatana. Jestem raczej wielkim entuzjastą najnowszych technologii informacyjnych, więc chciałbym zobaczyć ebooki z hipertekstami, takie trochę na wzór tego, co Dukaj próbował z „Aksonotlem” zrobić. Tego typu rzeczy ulokować na stronie „Feniksa”, zająć się multimediami, komiksem, filmem, serialami. Żeby ktoś się zajął, bo ja wszystkim nie mogę.
I to będzie rozbudowywana ta sfera, cała otoczka, nazwijmy ją umownie internetowa. Natomiast „Feniks” jako ten symbol, ten sztandar, czyli drukowana antologia, pozostanie mniej lub bardziej bez zmian. Będzie również rozreklamowana Nagroda Feniksa. Ona jest taka bardzo feniksowa, nagroda dla książki z cienia. Wyszukujemy po prostu książki, które ukazywały się najczęściej po umownym 1989 roku, jakkolwiek nie narzucamy sobie żadnych ograniczeń. Książki wybitne, które z jakichś powodów pojawiły się w obiegu, klęknęły, wpadły w ten obieg literacki i utonęły. Pierwszą nagrodę dostało chyba najwybitniejsze literacko dzieło oryginalne w 1989 roku, czyli „Upiorpołudnia” Marii Kossakowskiej dostało Nagrodę Książki z Cienia i być może będzie ona miała pewne konsekwencje, ale o tym za wcześnie. Nagroda dla tej książki będzie miała pewne konsekwencje. O tym za wcześnie mówić. W tym roku będzie przyznana druga nagroda i mam nadzieję, że to się przyjmie razem z konsekwencjami dla rynku wydawniczego.
To znaczy te kilka książek, jeden tytuł rocznie wydobędzie się z niebytu, żeby on wrócił do literackiego obiegu.
[01:35:32] - To bardzo piękna wizja, ale to bardzo zeskrobany akt. Właściwie nigdy się chyba nie zestarzeje, bo ten rynek współczesny, który pluje w nas książkami, właściwie bez przerwy pewne książki pozostawia w cieniu. One nigdy nie wychodzą z cienia. Bardzo słusznie.
[01:35:56] - Gdybyśmy, Wiktor, wyjęli z cienia wszystkie książki, które w ten cień trafiły, to ja bym wtedy umarł szczęśliwy.
[01:36:04] - Ale tak.
[01:36:05] - To tak jak z kosmodromem na Czelnińsku.
[01:36:07] - Ale zobacz, każdy rok będzie ci dostarczał tych książek.
[01:36:12] - O tak!
[01:36:13] - I to jest wielka rzecz. Ja mam jeszcze, Marek, jak pytałeś o plany, to ja bym ci tak odpowiedział może zamiast Krzysztofa, że planowanie jest bardzo piękną rzeczą wtedy, kiedy się jakąś sztukę przemysłowo projektuje. Natomiast przemysł nie jest... Wiesz co ja zauważyłem, że przy fandomie całym to mi w pewnym momencie zdechł ferment. Niby ludzie się spotykali, niby przyjeżdżali na konwenty, ale to wszystko jakoś tak zdechło. Wiktorze, kiedy ja pytam o plany, to ja nie mam na myśli kolejnej pięciolatki, tylko bardzo często pytam o ideę, co będzie dalej. Przyszłość mą widzę przepiękną, projekt mój widzę ogromny.
[01:37:05] - Marku, więc ja ci odpowiadam zamiast Sokołowskiego: nie chcę planować, wolę fermentować.
[01:37:11] - To jest jakaś metoda, to przyznaję.
[01:37:15] - Dobrze, żeś powiedział, Wiktor, co powiedziałeś, bo to jest uwaga dość cenna. Natomiast kwestia będzie rzecz semantyczna, bo wiadomo, że Marek nie zapyta mnie o plany na przyszłą pięciolatkę, bo co o planach na pięciolatki sądzić, to jesteśmy wystarczająco dorośli, żeby wiedzieć. Natomiast pytał właśnie o mniej więcej to, co można nazwać wizją. Każdy ma jakąś wizję. I tu mogę odpowiedzieć uczciwie tylko, że utrzymać „Feniksa” drukowanego tak, jak jest, a rozbudowywać ... kolejne moduły tego Feniksa internetowego i nim przyciągać młodzież.
[01:37:52] - Odskoczmy tak dla oddechu trochę od Feniksa. W pewnym momencie uciekłeś mi z odpowiedzią, to ja ponowię. Zacząłeś mówić o młodzieńczych fascynacjach. Ja bym chciał o twoje literackie fascynacje zapytać. Tego będzie dużo, to nie ograniczaj się.
[01:38:13] - Ba! Właśnie to nie jest dokładnie tak. Muszę sięgnąć, dokonać pracy archeologa. W moim zawodzie i z moim wykształceniem nie czyta się już książek dla fascynacji czy dla prosto powiem tej przyjemności. Czyta się książki zawodowo. Świeżość kontaktu z książką odpływa. To są koszta, które płaci się za zawód krytyka czy teoretyka literatury. Nie rozkoszujesz się tym, jakie robi na tobie wrażenie książka, tylko ją analizujesz.
[01:38:46] - Ale wiesz, że czasami-
[01:38:49] - Ty pytasz o to, co było. I na to, co było, mogę odpowiedzieć, tylko że to są właśnie złoża. Muszę odkryć te złoża archeologiczne. Na pewno, tak jak Chesterton, to nie był nikt. Z perspektywy czasu mogę ocenić, że Chesterton nie wywarł wrażenia choćby podobnego na mnie. Natomiast wrażenie wywarła, jeśli chodzi o literaturę polską, „Krzyżowcy” Kossak-Szczuckiej. To już dla człowieka ukształtowanego i mniej więcej potrafiącego oceniać literaturę był przykład tego, co się nazywa słowiańska fantasy. Że to nic się nie rodzi od nowa, że najlepsza słowiańska fantasy już została napisana.
[01:39:37] - A przy okazji można opanować historię wyprawy krzyżowej.
[01:39:40] - Tak, tylko że właśnie w tym wypadku oczywiście, że skłania do pogłębionych studiów nad fascynującym okresem historii. Jednym z bardziej fascynujących okresów historii świata w ogóle. Ale tam nawet nie o to mnie chodzi. Po prostu pamiętacie, jak tam jest początek? Przecież od czego się ta książka zaczyna? Że wyjeżdżają rycerze w gór-
[01:40:01] - Z Polski.
[01:40:01] - Nie.
[01:40:02] - Z Polski przybywają.
[01:40:04] - Nie. Książka zaczyna się, sam początek jest taki, że oni wyjeżdżają, rycerze śląscy po klęsce. Wyjeżdżają z klasztoru, jadą do swoich miejsc zamieszkania, do swoich wiosek i opat klasztoru ich żegna tam odpowiednio szerokiej drogi. „Bądźcie błogosławieni”. A pod nosem przeklina ich panów, bo co zeżarli, tyle tego, wypili tyle tego i sprowadzili na klasztor klęski. I jest następnie długi opis drogi, którą jadą ci rycerze przez puszczę, gdzie pryskają. Tutaj są takie duszki, tam są takie duszki. Tacy bogowie sprawują nad taką dziedziną taką opiekę. Encyklopedia przepięknie napisana, literacka encyklopedia pierwotnych wierzeń słowiańskich, które następnie zostają zderzone bezpośrednio z chrześcijaństwem. I to zderzone zostają w ten sposób, że one współistnieją, w cudowny sposób współistnieją ze sobą i zajmują każde swoją przestrzeń.
Rycerze są już ochrzczeni, bo muszą, ale ten świat pogański żyje nadal i on nadal żyje w świadomości tych ludzi. Absolutnie przez chrześcijaństwo nie wyklucza. Więc to jest książka, która właśnie uczy tego, że nie jest albo tak, albo tak. Istnieją po prostu sposoby w robię.
[01:41:40] - Czyli Zofia Kossak-Szczucka.
[01:41:43] - Chesterton, Kossak-Szczucka. Niewątpliwie Sienkiewicz to była fascynacja literacka. Znowu sięgam do czasów dzieciństwa.
[01:41:53] - Jakby się to dzisiaj powiedziało, taka sobie literatura pop, nie?
[01:41:57] - Tak, dokładnie.
[01:41:58] - Ale Sienkiewicz to bardziej „Trylogia”.
[01:42:01] - „Trylogia” oczywiście. I to nawet niekoniecznie cała. „Ogniem i mieczem”. Chyba ona jest najbardziej dynamiczna.
[01:42:13] - To jest fantasy. Ja zawsze powtarzam, że początek „Ogniem i mieczem” to taka dobra książka fantasy. Tak to się zaczyna.
[01:42:20] - Kiedyś miałem przyjemność napisać do starego wydania encyklopedii science fiction Nicola Eclita. Miałem przyjemność napisać hasło „Polska” i tam jest wymienione właśnie jako polski przykład fantasy. Takiej growej fantasy, że mamy tutaj bohaterów, z których jeden jest silny, drugi ma siły tyle, drugi ma zdolności walki tyle. Tutaj jest Krzetuski jako paladyn. I oni przeżywają rozliczne przygody w mniej lub bardziej fikcyjnym świecie. Więc tutaj masz Sienkiewicza. Herbert, Zbigniew Herbert, właśnie nie Frank Herbert, tylko Zbigniew Herbert. Ale to już prawie zupełnie nie ma styczności z fantastyką. Może oprócz tej, że uważa się, że polscy pisarze fantastyki z kręgu fantastyki socjologicznej i Zajdla wymyślili czy też udoskonalili ten patent pisania o współczesności językiem ezopowym. Czyli ujmowania tego w historię fantastyczną i w ten sposób, żeby cenzura, nawet jak się zorientuje, że to jest satyra na rzeczywistość, to nie miała jak ingerować.
Bo wtedy przyznałaby, gdyby zaingerowała, że rozpoznała dzisiejszy świat w tych wszystkich obrzydliwościach opisywanych jako świat. Dystopii. I to by skompromitowałaby sama siebie. Otóż niczego oczywiście fantastyka polska nie wymyśliła. Już nie mówiąc o wątpliwej moralności takiego działania, kiedy ludziom za pisanie przeciwko ustrojowi po prostu-
[01:44:08] - Państwo płaciło.
[01:44:09] - Aresztowano innych ludzi za to aresztowano, odbierano im możliwość zarabiania. Fantastom płaciło. Ale przecież znacznie wcześniej zrobił to Herbert w „Barbarzyńcy w ogrodzie”, gdzie masz obronę templariuszy i esej. Obrona templariuszy jest dokładnie tak napisany, żeby pokazać, jak rozprawia się bezwzględna władza absolutna ze szlachetną opozycją. Ujęty jest w dodatku w przemowę obrońcy na procesie tychże templariuszy. Więc tutaj masz następnego pisarza. Pod tym względem nie jestem wdzięcznym rozmówcą, bo takie książki wychodzą, które nie pasują do metafantastyki.
[01:45:02] - Ale nie musi być fantastyka. Bardziej interesuje mnie, co fascynuje Krzysztofa Sokolskiego.
[01:45:09] - Znaczy to wszystko, co jest najlepsze. Ale to, co już takie podstawowe.
[01:45:13] - Dobra odpowiedź.
[01:45:15] - Dobra odpowiedź. Bez sensu. Znaczy odpowiedź była o tyle dobra, o ile bez sensu.
[01:45:18] - Pojemna, bardzo pojemna.
[01:45:20] - Pojemna i wychwalam się. Dobra, odwołuję. To wszystko, co najlepsze. Nie wszystko, bo wszystkiego człowiek nie przeczyta. Ale to się dowiedziałeś. Mało stosunkowo jest nowych rzeczy, które by mnie fascynowały. Z nowej fantastyki to jest autor, Paweł Ciećwieszcz, który jest mi niesłychanie bliski jako twórca „Blikfeli”, „Maga nekromanty”. Podoba mi się strasznie, jak Paweł sięga do zasobów literatury, tego właśnie utraconego pokolenia chandlerowskiej, tej wzorcowej literatury amerykańskiej, żeby prezentować człowieka o silnym kręgosłupie moralnym. Takiego bohatera niemal chandlerowskiego, zmęczonego, ale wiernego. Usiłującego być wiernym przynajmniej sobie.
Strasznie mi się podoba, jak to jest zrobione z ekonomią języka i poczuciem humoru. Czy fascynacja? To za mało jeszcze Paweł napisał, żeby była fascynacja, ale ona gdzieś czeka. Może się wynajdzie.
[01:46:33] - A z takich kamieni milowych fantastyki coś, co ci się szczególnie wbiło w pamięć. Dzisiaj przed audycją rozmawialiśmy chociażby o cyklu „Diuna”.
[01:46:47] - Ja cyklu „Diuna” nie lubię. Lubię „Diunę” jeden, dwa. Jeden i dwa. No, jeden, dwa i trzy powiedzmy. I to też trudno powiedzieć, że lubię. Bardziej podziwiam, niż lubię. Natomiast nie jest to, co bym uważał za dzieło. Być może, że ono było w historii fantastyki jakimś kamieniem milowym, ale ktoś musiałby bardzo się wysilić, żeby mi to udowodnić. Jeżeli już fascynują mnie z takich głośnych serii, to bardziej mniej znany od „Diuny” „Magipur” Silverberga, który jest bardzo ludzki. Właściwie tragiczny.
Tego czytelnik zupełnie nie rozpoznał w „Magipurze” tragedii. Opowieści o bohaterze, który zmuszony jest do zrobienia tego, czego najbardziej nienawidzi. To władca magicznym sposobem pozbawiony władzy, odnajduje się w roli żonglera. Jest jako ten żongler szczęśliwy. Zakochuje się w dziewczynie. Zdobywa szacunek współżonglerów. Staje się częścią tej cyrkowej społeczności, po czym okazuje się, że Gucio nie może żyć tak, jak chce, tylko musi zrezygnować ze wszystkiego, co sprawia mu radość, żeby powrócić do władzy, którą stracił i której nienawidzi. Pełnić tę władzę z jej obowiązkami. Bo jeżeli tego nie zrobi, to naturalna kolej rzeczy jest naruszony porządek świata i ten świat zacznie się rozpadać, rozwalać. Będą cierpieli zwykli ludzie.
I on po prostu zostaje zmuszony w ciągu tych trzech tomów znakomicie napisanej podstawowej historii „Magipuru” zostaje zmuszony do zrobienia tego, czego najbardziej nienawidzi. Najbardziej nie chce zrobić, co jest najbardziej nienawistne, czyli powrotu do władzy. Ten motyw obowiązku ujął mnie. Jak mówi ten czytelnik planktonowy, jest ciągle trochę na poziomie, że jak to dobrze być cesarzem, bo cesarz zawsze ma co żreć.
[01:48:53] - Klawe życie ma.
[01:48:54] - Klawe życie ma. Tak. Zawsze ma co zjeść i zawsze ma babę podesłaną. Nie musi się nawet-
[01:48:59] - Bardzo fajną cesarzową.
[01:49:00] - Cesarzową, tak. Natomiast u Silverberga władza jest obowiązkiem. To jest ciężki obowiązek. Normalne, zwykłe życie, kiedy trzeba się starać o to, żeby mieć co zjeść dziś na kolację i jutro na śniadanie, jest radością życia. Natomiast władza jest jej obowiązkiem. Więc raczej tę książkę nad „Diunę” bym przeniósł. Oczywiście wiesz, że nie będę wspominał rzeczy takich jak Tolkien. Tłumaczyłem Tolkiena i rzeczywiście jest to swego rodzaju fascynacja. I miałem nawet przyjemność pisać o Tolkienie, kiedy, jak to się ładnie mówiło kiedyś, jeszcze tutaj powiedzmy, kiedy nie było to jeszcze modne. Już pisałem o Tolkienie, jego nie było jeszcze wtedy po polsku.
Tego, o czym pisałem. W jakimś sensie była fascynacja Kingiem, ale to nie Kingiem jako takim. Tylko popularnością. Jako pisarz on nie jest zbyt fascynujący, jakkolwiek świetnie pisze i świetnie się tłumaczy, przynajmniej te jego starsze rzeczy. Natomiast fakt tak ogromnej popularności jego to był fascynujące.
[01:50:13] - Jeszcze prywata przeze mnie przemawia, bo muszę zapytać o jeden tytuł, który ja z okresu bycia nastolatkiem zapamiętałem. Tytuł Silverberga. Wtedy niewiele było tych książek. „Człowiek w labiryncie”. Jak kojarzysz ten tytuł? Bardzo mnie to ciekawi.
[01:50:33] - To jest dość interesujące. To jest w ogóle fakt interesujący. „Człowiek w labiryncie” Silverberga był obok „Władcy Pierścieni” Tolkiena książką najdroższą na komunistycznych giełdach. W tym sensie, że największą miał siłę przebicia nad ceną oficjalną. Nie wiem, czy ludzie zdają sobie sprawę, że kiedyś książki, którą chciałeś, nie mogłeś kupić, bo nakład był za mały. Książka była wysprzedana i w związku z tym robiono giełdy.
[01:50:58] - Dodam tylko, że ten za mały nakład to było 30 tysięcy, a w porywach 130. Tak, to prawda.
[01:51:08] - I dwudziestoparokrotne przebicie ceny zyskiwał na giełdach „Władca Pierścieni” i niemal takie same „Człowiek w labiryncie”. „Człowiek w labiryncie” to jest od razu przypisanie greckiego mitu na fantastykę naukową. Nie powiem nic o tej książce lepszego niż powiedział Neil Gaiman we wprowadzeniu do niej w „The Neverhill”. „Rana, która nigdy się nie leczy”. Więc odsyłam. To jest dostępne w sieci i tam jest wszystko powiedziane. Ja tego lepiej nie zrobię. To jest zresztą dość charakterystyczne dla Silverberga. On bardzo często odwołuje się do motywów klasycznych albo mitologicznych, albo klasycznych literackich. To człowiek o ogromnym wykształceniu, ogromnej erudycji, niezwykłym.
Wręcz on i Ellison przywodzą mi taką myśl, że chyba najbardziej sympatyczną i godną podziwu grupą ludzi są amerykańscy Żydzi, ale kalifornijscy. Z tego wybrzeża, a nie tego drugiego. Oni mają jednocześnie całą amerykańską swobodę. Easy going. Oni są przyjacielscy, otwarci, będą rozmawiać z każdym i zachowują niewymuszoną uprzejmość. Natomiast jako Żydzi mają też poczucie, że świat jest jednak dłuższy niż 250 lat Ameryki, że sięga głębiej i przemawia właśnie przez to wykształcenie, mądrość i erudycję.
[01:52:50] - Uciekł mi w tej chwili tytuł, ale pamiętam à propos przygotowywania się autorów amerykańskich, mówię o Silverbergu konkretnie, do pisania książki. Pamiętam książkę, w której chodziło o podróże w czasie. I właściwie dzięki tej książce można poznać historię Konstantynopola na przestrzeni grubo ponad tysiąca lat. Nie pamiętam tytułu, ale to była książka, która znakomicie to opisywała.
[01:53:19] - To „Bizancjum” było w tytule.
[01:53:21] - „Pożeglować do Bizancjum”?
[01:53:22] - Tak. To bardzo Silverbergowskie. Tak jak fascynacja Conradem zresztą i przepisywanie „Jądra ciemności” na fantastykę. Wielokrotnie.
[01:53:39] - To w imieniu Wiktora i swoim muszę jeszcze zapytać o taką rzecz. My się bardzo często ekscytujemy fantastyką ze złotego okresu, z lat 50. Gdzieś koniec 40. i lata 50. Z takim sentymentem często w naszych audycjach wzdychamy do tej fantastyki. Jak ty się do niej odnosisz? Bo ona była bardzo prosta, mało literacka była tak naprawdę. To była taka fantastyka pomysłu, gdzie to było jądro tych opowiadań. A jednak ja nie mogę pozbyć się tego sentymentu. Przecież taka książka też na giełdach dosyć popularna, jak Van Vogt „Misja międzyplanetarna” to też była książka w gruncie rzeczy bardzo prosto napisana.
Nie wiem. Właśnie zastanawiam się często z Wiktorem.
[01:54:25] - „Orygen” Kosmosu.
[01:54:26] - Tak. Zastanawiamy się często, czy to jest po prostu tęsknota za swoją młodością, czy to jest jednak takie dobre uczucie, że to były jednak niezłe książki po prostu.
[01:54:37] - Słuchajcie, to jest podejście. Być może jedno nie wyklucza drugiego, więc być może tęsknoty za młodością zawsze należy doceniać. Tęsknotę za młodością zawsze należy docenić. Nie wolno jej lekceważyć. Natomiast jest również coś, co ja uważam za najważniejsze. Jest takim moim credo krytycznym i redaktorskim. To znaczy to, że fantastyka przede wszystkim musi być jako popliteratura, przede wszystkim musi być rozrywkowa. Ona dalej już może nie być niczym więcej i będzie swoje miejsce miała w historii, ale przede wszystkim musi być rozrywkowa, a cokolwiek jest wyżej, musi być na to nabudowane. Nie może być tak, że fantastyka przestaje być komunikatywna, bo niesie na sobie ciężar ciężkich przesłań. Walki z komuną, walki o wyzwolenie kobiet, walki przeciw ociepleniu klimatu, walki o dobro zwierząt.
Wszystko to proszę bardzo i więcej. Tylko nie może to się odbywać kosztem tej warstwy rozrywkowej. W latach 30., 40. i 50. doprowadzono do perfekcji tą warstwę rozrywkową. I dlatego, którą się dziś lekceważy. Dzisiaj pisarze piszą źle, piszą technicznie kiepsko. Nie potrafią zbudować właśnie tej warstwy rozrywkowej oprócz dla najprostszego czytelnika, kiedy on tylko oczekuje, żeby było, kurwa, i żeby było-- przepraszam strasznie.
[01:56:15] - Już po 22:00.
[01:56:17] - Dobrze. Nie, jeszcze przed. Żeby było kurka. Ja powiedziałem, żeby było kurka i żeby się napiepr-- bili. Po 10:00 będziemy mówili inaczej. I żeby jeszcze leciały panienki. To nie jest rozrywka tak naprawdę. To jest łechtanie jakieś takie najprostsze, najbardziej, nie ukrywajmy, chamskie. Zbudowanie akcji, samej warstwy akcji, tak jak zresztą doskonały przykład Van Vogt, gdzie misja międzyplanetarna się odbywa i jest walka tego nexialisty, który posiada techniki łączące całą wiedzę, umożliwiającą połączenie całej wiedzy świata i sam jeden musi występować przeciwko zagrożeniom kosmicznym i zagrożeniom reszty załogi, która go nie rozumie. Jest po prostu świetnie zrobiona jako czytadu.
[01:57:15] - Cztery opowieści, cztery przygody.
[01:57:17] - Tak, najprościej w świecie zrobiona, bo mistrzowska. I dlatego ona wraca. Te rzeczy wracają przecież. Albo nigdy nie umarły, albo wracają teraz. W wydawnictwie Wojtka przecież wracają Pellucidary. I cała ta, Doc Smith i cała ta tradycja pierwszej wielkiej fantastyki.
[01:57:46] - Kiedy Pellucida wymieniłeś, to jest Burroughsi i ja pamiętam, jak jeszcze w Fantastyce ukazała się „Księżniczka Marsa”. Wydawać by się mogło, wtedy próby analizy były takie: jakżeż taka ramota może się podobać? A się podobała. Ludzie się naprawdę zabijali o ten numer z „Księżniczką Marsa”. Wydawać by się mogło, że to głupie, bo ten Burrough, dla pewnych ludzi-
[01:58:14] - Ale to nie jest głupie. To nie jest wada. Wadą jest tylko udawanie mądrego, kiedy jest się głupim. Bycie głupim i wykorzystanie głupoty nie jest wadą, jest zwykłą uczciwością. Każdy z nas potrzebuje dawki głupoty. Każdy. Dlatego Conan nigdy nie umarł.
[01:58:37] - No zgadza się.
[01:58:38] - Prawda?
[01:58:39] - A co więcej pączkował i ta seria wydawana o Conanie, ten cykl wydawany przez Amber, on się gdzieś koło stu tomów spokojnie zamknął.
[01:58:51] - To jest z jednej strony, a z drugiej strony raptem okazało się, że jeżeli Conana uważnie przeczytać, to wcale nie jest taki kretynizm. Przecież co zrobił Miller z „Conanem Barbarzyńcą”?
[01:59:03] - Dokładnie.
[01:59:04] - Nie dość, że pokazał siłę sprawczą Walerii jako jedynej inteligentnej w towarzystwie, to jeszcze doskonale zdefiniował barbarzyńskość Conana jako jego nieszczęście. Kiedy Tus, słusznie mówi, że w momencie, kiedy mnie zabijesz, zginiesz sam, bo żyjesz tylko dla zemsty. Jeżeli odebrać ci zemstę, to już nie będziesz miał. Za głupi jesteś, za tępy, żeby żyć po coś innego. I okazało się, że rzeczywiście Tus ginie. Conan niby zostaje na tym tronie i mają być dalsze opowieści. I nic nie ma, bo tego bohatera już nie ma. Więc jeżeli coś nazwiemy, nie dość, że głupota nie jest grzechem, jeżeli nie udaje mądrości, to jeszcze tam, gdzie widzimy głupotę, to my się możemy młodzić. I to wcale nie może być takie głupie. Ktoś inny na to spojrzy i pokaże, że to wcale nie jest takie proste, jak ci się wydaje.
I to jest walor tej starej fantastyki.
[01:59:59] - Powiedzmy w tym miejscu, że Wojtek Sadejko w swoim wydawnictwie trochę tej starej fantastyki, tak jak wspomniałeś, Burroughsa.
[02:00:09] - Doc Smitha, tych klasyków.
[02:00:10] - W kilku cyklach, bo nawet w tej chwili rozważa dosyć intensywnie wydanie całego „Tarzana”. Warto wiedzieć, że to nie jest tak, że tam są dwa, trzy tomy. Tam się na centymetry na półkach i to takie spore centymetry mierzy.
[02:00:30] - „Tarzana” całego. Ja od razu jestem klientem. Mogę przedpłacić. Jeżeli Wojtek z jakiegoś powodu nie ma pieniędzy, to ja na „Tarzana” przedpłatę dam.
[02:00:39] - A mamy po drodze jeszcze, mieliśmy właśnie Pellucidar, mieliśmy cały cykl marsjański. Notabene przecież całkiem niedawno filmowcy wrócili do tej opowieści.
[02:00:51] - O Cartera.
[02:00:52] - Pokazał się John Carter.
[02:00:54] - Jakiś czas temu.
[02:00:55] - No tak.
[02:00:56] - I fatalnie się położyło zero-mało.
[02:00:58] - Mój Boże.
[02:00:59] - Trzeba umieć takie filmy robić. Jeżeli się je odczyta dosłownie, to wtedy natychmiast następuje upadek. Natomiast jeżeli się je odczyta metaforycznie, tak jak zrobił Miller z „Conanem Barbarzyńcą”, to wtedy może się okazać, że chociaż „Conan Barbarzyńca” też nie był natychmiastowym sukcesem, może się okazać, że ma to jakiś sens.
[02:01:22] - Od razu się podzielę swoim prywatnym nieszczęściem, że ja swoje spotkanie z Conanem filmowym zacząłem niestety od „Conana Niszczyciela”.
[02:01:34] - Z najlepszym dowcipem wszech czasów, czyli daniem w dziób Yvonne Blonden.
[02:01:38] - Tak. Natomiast nie byłem-
[02:01:40] - To mogło być jeszcze gorzej. Mogłeś zacząć od rudej sagi.
[02:01:43] - Tak. Nie byłem zachwycony tym filmem. Działo się, tamten bóg się odrodził i w ogóle było strasznie.
[02:01:50] - Już nie mówmy o tym.
[02:01:51] - Tak. Natomiast-
[02:01:52] - Spójrzmy litościwie za słone w migdały.
[02:01:54] - Okej, ale później, jak obejrzałem „Conana Barbarzyńcę”, to byłem porażony właśnie Dobrze. Dla mnie to będzie pewną poetyckością tego filmu. Absolutnie. Ja już nie mówię o tym, że tam jest i muzyka wspaniała i on się toczy nieśpiesznie ten film. Przecież to jest dosyć długi film, w którym niby dużo się dzieje, ale jednocześnie on się toczy. To nie jest tak, że tam galopują i bez przerwy nie nadążają. On się toczy i to jest chyba siła tego właśnie filmu. Ja byłem pod absolutnym wrażeniem. To może jest mało ważne dla naszych słuchaczy, ale kto jeszcze nie widział „Conana Barbarzyńcy” w tym klasycznym wydaniu-
[02:02:36] - Znaczy miliusowskim.
[02:02:37] - Miliusowskim, to ja absolutnie polecam.
[02:02:41] - To jest odpowiedź na pytanie o stosunek do fantastyki przed, ogólnie mówiąc, przed ’70. Do połowy lat 60. Conan jest tutaj dobrą odpowiedzią łączną. Nawet jeżeli jest głupie, to ma walor, a nie zawsze jest takie głupie, jak by się wydawało. Ludzie chybiają w ocenie tej fantastyki. Oceniają, że ona jest inna. Oceniają, że ona jakoś powinna być specjalnymi kryteriami traktowana. Nie. To są rzeczy, które się obroniły przed zgubnym działaniem czasu i są klasykiem, i są rzeczy, które się nie obroniły i zostały odrzucone. Mnóstwo jest tak.
[02:03:24] - Wrócę do początku naszej rozmowy, kiedy rozmawialiśmy o Krzysztofie Sokołowskim, tłumaczu. Wyobraźmy sobie teraz taką sytuację, że przychodzi młody człowiek, płeć obojętna i pyta-
[02:03:39] - Nigdy nie jest obojętna.
[02:03:40] - Dobrze. Pyta mistrza: „Jak zostać dobrym tłumaczem? Czego mi trzeba? Co powinienem zrobić? Co powinienem ćwiczyć? Jakie zmysły, jakie umiejętności?” Częściowo na to odpowiadałeś, ale ja bym chciał, żebyś to ujął w taką formę poradnika. Zostań i ty zostań tłumaczem.
[02:04:01] - Zmieniły się czasy. Jeżeli to ma być forma poradnika, to zaczynamy od tego. Zmieniły się czasy. W związku z tym nie zostawaj tłumaczem literatury. Niech cię Pan Bóg broni. Wybierz robotę parkingowego, ochroniarza. Sprzątaj psie kupki w jakimś ładnym parku.
[02:04:25] - Ale ja jestem zdeterminowany i chcę.
[02:04:28] - W takim razie, jeżeli zdeterminowany jesteś, jak chcesz, to niczemu się nie dziw. Łącznie z tym, że możesz zdechnąć z głodu na środku hipermarketu Lidla, ponieważ tłumacz zarabia w tej chwili bardzo złe pieniądze, a w dodatku wszystkie miejsca są oblężone. Natomiast jeżeli już się uparłeś, młody człowieku, to jest jedna rzecz i to jest odpowiedź, która pada na pytanie, co ma robić tłumacz. Od początku, kiedy w ogóle ktoś kiedyś coś przetłumaczył. Czytać, czytać, czytać, czytać, czytać, czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Czytać, a potem, jak już wszystko przeczytasz, to od nowa. I dopiero potem możesz spróbować tłumaczyć język, na który tłumaczysz. Język polski nie może stawiać ci najmniejszego oporu. Musisz go poznać tak intymnie, jak ukochaną dziewczynę po 10 latach związku, a lepiej po 30. Po prostu wiesz, jak się zachowa w każdej sytuacji pod wpływem każdego bodźca.
To jest wiedza oczywiście, której nigdy nie opanujesz do końca, bo ona się będzie zwiększała z każdym przeżytym dniem.
[02:05:49] - Ale trzeba próbować.
[02:05:51] - Ale wiesz, zawsze jest początek. Najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku. Tak ładnie się mówi. Znajdź jakiś układ sobie, wyrób, żeby móc coś spróbować przetłumaczyć i opublikować, ponieważ każda robota ma sens tylko o tyle, o ile się na niej zarabia. To jest znowu strasznie niepoprawne politycznie.
[02:06:16] - Tak. Ja chciałbym, żebyś powiedział trochę o jakimś posłannictwie, o czymś pięknym, wzniosłym.
[02:06:24] - Piękne i wzniosłe są piękne kobiety, piękne góry. Piękne, wzniosłe. To było u Balzaca „Statek pod pełnymi żaglami”, piękna kobieta w tańcu i koń w galopie. To są rzeczy piękne, wzniosłe i bardzo balzakowskie. Natomiast życie jest życiem i trzeba płacić rachunki, więc robota, jeżeli ma mieć sens. Tylko grafomani pisze dla pieniędzy. To jest stara zasada Gałczyńskiego. Wracając do naszego tłumacza, jak już jesteś pewien, że umiesz tłumaczyć, to spróbuj zgłosić się do wydawnictwa jednego, drugiego, dziewiątego, dziesiątego z pytaniem, czy oni przypadkiem nie potrzebują tłumaczy. Może będziesz miał szczęście, dostaniesz próbkę, może się załapiesz i może podpiszesz umowę i może nawet przetłumaczysz i może nawet zapłacą ci honorarium. Równolegle graj w totolotka.
Szanse na jedno i drugie są mniej więcej równe. Jeżeli wygrasz w totolotka, znacznie łatwiej będzie ci zostać tłumaczem dla przyjemności.
[02:07:29] - Ale nie ma już takich przypadków, jak to się drzewiej zdarzało, że wydawnictwo tłumaczyło całą książkę za pomocą próbek oddawanych.
[02:07:37] - Podobno są.
[02:07:39] - Podobno są jednak.
[02:07:39] - Podobno są. Podobno ciągle jeszcze ten stary-
[02:07:42] - Stara metoda działa.
[02:07:45] - Działa metoda na policjanta, żeby obrabować staruszkę i działa metoda na próbkę, żeby obrabować tłumacza. Tak, podobno. Ja znam to tylko z opowieści.
[02:07:59] - Tak.
[02:07:59] - Stary koń jestem i sam się nigdy z tym nie spotkałem.
[02:08:03] - Nie dałeś się w ten sposób wykorzystać.
[02:08:06] - Dawałem próbki. To rzecz oczywista. Marlon Brando. Nie miałem z tym żadnych problemów, mimo że miałem dorobek. Marlon Brando do „Ojca chrzestnego” zgodził się na zdjęcia próbne, chociaż był wielkim aktorem i już wówczas osobą, więc z próbką nie było żadnego problemu. Natomiast nigdy w życiu nie zostałem w ten sposób wykorzystany. Parę razy mi nie zapłacono, to prawda, ale tak, żeby zupełnie metodą na próbkę, to nie.
[02:08:34] - Chciałbym z tobą jeszcze metodą faktową, czyli plotkarską, zapytać się: śnią ci się na przykład jakieś rzeczy po nocach? Takie, że gdzieś coś źle przetłumaczyłeś albo coś ci się nie udało? Ja powiem tak: w życiu człowieka, który nic nie robi, nie ma błędów. Natomiast jak człowiek ciężko pracuje, to się błędy pojawiają. Mnie bardziej o to chodzi. To, że one się pojawiają, to oczywiste, ale czy są jakieś w twoim życiu takie, które dzisiaj, jak się budzisz, mówisz: „Nie, ja tego nie zrobiłem!”?
[02:09:06] - Nie, na szczęście nie.
[02:09:10] - Ale on to powiedział, że przecież nie krzyczy w nocy. Tylko krzyczy wtedy, kiedy tłumaczy.
[02:09:18] - Tak.
[02:09:18] - No dobrze.
[02:09:20] - Nie krzyczę.
[02:09:22] - Przekweśnie.
[02:09:24] - We śnie gdybym krzyczał, to bym prawdopodobnie nie wiedział. Chyba że któraś z pań by mi powiedziała, że krzyczałem we śnie i wtedy miałbym jakiś problem, żeby dojść do tego, o co chodzi. Na szczęście wiem, że mi się nie śni, a przynajmniej takich snów nie pamiętam. Jakkolwiek rozumiem intencję pytania, Marek. Każdy tłumacz, łącznie z tymi najlepszymi, ma miejsca, gdzie umacza. Najprościej w świecie coś umacza. Rzeka Danuba u tłumacza absolutnie rewelacyjnego, który wyznaczył standard tłumaczenia „Cyberpunku”, jest w książce innego, niecyberpunkowego autora, rzeka Danuba. Dla niekumatych jest to Dunaj po polsku. Tak, u niego jest rzeka Danuba, gdzie indziej jest łuk krzyżowy, crossbow, czyli kusza. Tłumaczowi chyba skojarzył się z łukiem refleksyjnym.
Tym, co się odwrotnie napina. I każdy z nas ma jakieś takie wpadki. Te wpadki przeszły do historii języka. Bronisław Zieliński, którego wymieniłem na początku jako niedościgły wzór, wprowadził właśnie tłumacząc „Ojca chrzestnego” bodajże, pojęcie „silnoręki”, którego w języku polskim nie było. The strong-arm było w oryginale. Nie szukał odpowiednika polskiego, tylko przetłumaczył po prostu na „silnoręki”. Siła znakomitości jego tłumaczenia była taka, że „silnoręki” wszedł do języka polskiego. Ten sam Zieliński, chociaż był, bywał w Stanach, był przyjacielem Hemingwaya, z jakiegoś powodu quarterbacka w futbolu amerykańskim, quarterback jest najłatwiejszy do tłumaczenia w futbolu, który jest trudny do tłumaczenia, jeżeli chodzi o opisy funkcji graczy, bo to jest rozgrywający po prostu, a quarterback stoi ćwierć kroku za linią, przetłumaczył na „ćwierćbecka”. Nie wiadomo zupełnie dlaczego. Ludzie nie płaczą z tego powodu, że takie wpadki puścili, bo nie one decydują o jakości tłumaczenia.
To się zdarza wbrew temu, co się dzisiaj sądzi. Dzisiaj, kiedy kultura redaktorska i przymus pierwszego znaczenia słownikowego panują, takie błędy nie świadczą o jakości tłumaczenia. O jakości tłumaczenia świadczy właśnie to „zarzeka w cień drzew”, „słońce też wschodzi”. Te rzeczy, które są zrobione w doskonały sposób. Taka wpadka albo wejdzie, tak jak „silnoręki” wejdzie w język polski, albo zostanie po prostu pominięta, wzruszona ramionami. To książce, tłumaczeniu niczego nie odbiera. Ja mógłbym się budzić z krzykiem, gdybym jakąś książkę, za przeproszeniem, najzwyczajniej w świecie spieprzył tak, że z dobrej książki w oryginale zrobiła się taka, której przeczytać nie można, bo ona na całej swojej długości stawia czytelnikowi opór. Jest niezgrabnie zbudowane zdanie, powtarzające się wpadki stylistyczne i tego typu rzeczy. To mogłoby budzić koszmar. Natomiast taka wpadka pojedynczego typu nie.
Znamy te wpadki swoje i one nie wpływają na ocenę fachową tłumaczenia.
[02:12:50] - Ja nie wiem, czy się nie narażę następnym pytaniem, ale i tak je zadam, bo to pytanie natury statystycznej. Jak długo się tłumaczy dziesięciorkuszową książkę? Tak przeciętnie.
[02:13:03] - Dziesięć arkuszy, technicznie rzecz biorąc, 220–230 stron. Technicznie rzecz biorąc, powinien się zmieścić w miesiąc, bo 10 arkuszy dziennie plus czytanie i wszystko, powinno ci się udać.
[02:13:26] - 10 stron, tak?
[02:13:28] - Tak, 10 stron dziennie. Więc przez miesiąc masz 300 stron, bo mówimy o 230 powiedzmy. Ale tam jeszcze jest czytanie, sczytywanie, poprawianie, redakcja jedna, druga. Więc załóżmy, że książka dziesięciorkuszowa to jest miesiąc roboty, ale to jest czysto teoretyczne wyliczenie. Można to by było zrobić w przypadku jakiejś łatwej do tłumaczenia książki, natomiast następny miesiąc byś nie pracował. Po prostu byłbyś wyczerpany.
[02:13:57] - Czyli to jednak dłużej trwa.
[02:13:59] - Tak. To trwa zdecydowanie dłużej. Zresztą to bardzo zależy od autora.
[02:14:05] - No właśnie, to tak cię pociągnę za język. Ale co zależy od autora?
[02:14:09] - Od autora zależy tempo pracy, komfort pracy. Wbrew pozorom, i to jest rzecz ważna dla naszego hipotetycznego świeżego tłumacza, nie sprawiają ci kłopotu tak zwane książki trudne. Kiedy autor ma swój własny, indywidualny język, ma swój styl, umie pisać, buduje językiem przekonujące sytuacje, które się logicznie ze sobą wiążą. Losy bohaterów wynikają logicznie ze splotu sytuacji, okoliczności. Świat przedstawiony jest budowany konsekwentnie i w sposób właściwy dla tego autora. Autor ze stylem wymaga wejścia w jego styl, po czym jak raz wejdziesz w jego styl, to się odbywa to, o czym mówiłem na początku, czyli tłumaczysz obrazy, które on maluje i im bardziej wyraźnie maluje te obrazy, tym łatwiej ci je przepisać na język polski. Takim autorem, którego mnie się bardzo łatwo i szybko tłumaczyło, był King. Jesteśmy podobni, mamy podobne wykształcenie. Umiałem odczytać, zdekodować to, co on w swoich książkach koduje, tą zwyczajną amerykańskość widzianą z perspektywy niesamowitego i znaleźć do tego odpowiednik polski. Te książki szły szybko, łatwo i przyjemnie.
Natomiast najgorzej, najtrudniejsze są książki, które laicy uważają za najłatwiejsze. Prosty język, tysiąc słów, kulawa fabuła, opisy od A do B, od B do C, od C do D. Te książki nudzą. Te książki męczą. Te książki zmuszają cię do rasowania i żeby nie były aż tak głupie i tak beznadziejne i tak nudne, jakimi są w oryginale. Odpychają cię od siebie. I to są właśnie takie książki, że człowiek chętnie jeszcze na gogudowa gra. Właśnie sobie kupiłem stareńką serię, mam teraz ją i sobie w nią pogram, bo na pewno jeszcze zdążę się do tego zabrać. Polis Questa sobie pogram, a co tam, a potem będę się czym innym przejmował. Te łatwe książki są najtrudniejsze.
[02:16:29] - A dasz się namówić na wymienienie nazwiska, kogo ci się źle tłumaczyło?
[02:16:33] - Nie.
[02:16:34] - Nie dasz się namówić? Dobra. Rozumiem.
[02:16:37] - Ja pochodzę z czasów, kiedy autor jest dowiązany do wydawnictwa, dowiązany do redaktora. Ja pochodzę z tych czasów, kiedy chwalić można było, natomiast nie rozdzielało się klapsów publicznie poza środowiskiem. Zdejmiemy słuchawki i wtedy mogę powiedzieć różne rzeczy.
[02:16:56] - Jasne.
[02:16:57] - Natomiast jest to sprawa wewnętrzna, środowiskowa.
[02:17:01] - Czyli że tak powiem, nie przeklinamy w towarzystwie.
[02:17:03] - W towarzystwie kobiet, czy w tym przypadku słuchaczy nie przeklinamy.
[02:17:09] - Okej, ale ja mimo wszystko spróbuję z tej strony. Po ilu stronach lektury jesteś w stanie poznać, że masz do czynienia ze słabą książką? Znowu pytanie statystyczne.
[02:17:26] - Ono nie jest aż takie statystyczne. To jest kwestia kilku zdań. Na ogół to jest kwestia samego początku. Od pierwszego zdania potrafisz poznać, czy książka jest dobra, czy książka jest zła. Zawsze istnieje podejrzenie, że autor próbuje cię zmylić. W związku z tym, jeżeli sobie wyrabiasz na podstawie pierwszego akapitu, pierwszych trzech akapitów, czyli tego pierwszego zdania z marginesem bezpieczeństwa, to warto parę stron dalej sprawdzić, czy on cię gdzieś nie robi w konia przypadkiem. Czy to nie jest przypadek tego, czy markiza była smukła, czy jak to było u Camus? Ona była albo wytworna, albo smukła. Zmieniał to jedno zdanie.
[02:18:11] - No tak, to dramat pisarza, który przez cały czas pisał jedno zdanie o Amazonce. To była Amazonka.
[02:18:18] - Amazonka, która była albo wytworna, albo smukła. Istnieje możliwość, że autor cię właśnie wpuszcza w maliny taką rzeczą, więc warto to sprawdzić. Natomiast dla wytrawnego oka to się bardzo szybko poznaje. Oczywiście istnieje też jeszcze pewien margines. Co się podoba jednemu, może się nie podobać drugiemu. Natomiast, o ile wiem, nawet biorąc pod uwagę przeskok pokoleniowy, to tłumacze oceniają książki pod względem biznesowym swoim. Dobre i złe, szybko i mniej więcej wszyscy w ten sam sposób.
[02:18:53] - No dobrze, częściowo odpowiedzi na to pytanie, które za chwilę zadam, padły, ale jednak będę drążył.
[02:19:01] - Drąż.
[02:19:04] - Powiedz, jak to jest. Co to jest zła literatura?
[02:19:10] - Wiesz co?
[02:19:11] - To się tak łatwo mówi. Coś jest słabe, coś jest do kitu, coś jest marną literaturą. Ale jakbyś tak miał opowiedzieć bez podawania szczegółów, bez podawania nazwisk, jak czytasz te pierwsze strony, to po czym poznajesz, że ta literatura jest po prostu marna? Inaczej, że autor może jeszcze się nie wzbił na wyżyny.
[02:19:37] - To są dwie różne rzeczy, bo poznaje, że autor się jeszcze nie wzbił na wyżyny. Łatwo poznać to jest wtedy, kiedy książka jest nierówna. To znaczy jest coś, co cię do niej przyciąga i jest dużo rzeczy, które cię od niej odpychają. I wtedy, w którymś momencie nabierasz przekonania, że on mógłby, tylko że jeszcze mu ktoś nie pomógł, że jeszcze mu ktoś przeszkodził, że jeszcze ktoś mu zrobił krzywdę, puszczając jego produkt niepełnosprawny. Coś w tym jest, ale ta książka nie powinna się ukazać. Rzeczy, które nie powinny się ukazać. Jest odrzucanie, jest wracanie do poprawek, jest praca redaktorska. Czyli tak, nie powinna się ukazać książka zła. Dlaczego ta książka jest oceniana jako zła? To jest bardzo prosta odpowiedź.
Myślę, że ona jest powierzchowna. Mnie od niej odrzuca, ja ją wyrzucam. Nie mogę. Nie ciekawi mnie, jest nudna, jest niechlujnie napisana. Język mi zgrzyta. Bohaterowie nie potrafią się zachować w świecie. Niedopasowani do świata, niedopasowani sami do siebie, mają sprzeczne cechy charakteru, nielogiczne zachowania. Czyli świat przedstawiony, to, co teoretycy nazywają światem przedstawionym, się rozpada na kawałki. Nie stanowi całości. To jest książka zła.
Natomiast analiza poszczególnych książek złych to już jest zupełnie inna rzecz, bo książka może być zła na miliard sposobów i nie ma jednej odpowiedzi. Generalnie to jest niedopasowanie elementów. Totalne niedopasowanie elementów, podczas kiedy książka niedopracowana to jest taka, w której niektóre elementy pozostają niedopasowane. W książce złej nie ma nic, co by cię do tej książki przyciągało.
[02:21:35] - Dużo jest takich książek?
[02:21:36] - 90%. To jest stara dobra zasada, do fantastyki wracamy, czyli teorema Stargelona. Zasada Stargelona. „Ninety percent of everything is crap.” 90% wszystkiego jest nic niewarte. 90% książek fantastycznych jest nic niewarte i stąd się wzięło powiedzenie Stargelona, kiedy na konwencie w latach 50. tego bardzo eleganckiego pana, marynarka, mucha, zaatakował fana podczas panelu, wykrzykując obelgi pod adresem fantastyki, skończyło się na: „Ninety percent of science fiction is crap.” Na co Stargelon odpowiedział: „But sir, ninety percent of everything is crap.” 90% fantastyki jest gówno warte. Ale szanowny panie, 90% wszystkiego jest gówno warte i 90% książek jest gówno warte. Żyjemy w tej chwili w sytuacji, w której książka jest towarem. Za kotarą tak zwanej umownej komuny ona była dobra. Przechodziła książka przez sita i zawartość literatury w literaturze była bliska 100%.
Dlatego, że te sita tak funkcjonowały. A nawet jeżeli wychodziły złe książki, to było ich stosunkowo niewiele, bo książek było w ogóle mniej i one bardzo łatwo były odcedzane jako złe i nikt nie zwracał uwagi, a nikt ich nie kupował, chyba że były w sprzedaży łączone. To była książka jako dobro. Teraz mamy książkę jako towar. No i te 90% tego towaru jest na półkach w Lidlu czy w hipermarkecie, czy gdziekolwiek indziej, jest po prostu do niczego.
[02:23:22] - Daj zadać pytanie naiwne.
[02:23:25] - Takie są najlepsze.
[02:23:28] - Tak. Dlaczego tak się stało? I ja nie oczekuję odpowiedzi, bo się zmienił świat. Ale dobrze, najpierw pytanie. Dlaczego kiedyś nakłady książek mogły wynosić 100 000 i więcej i się sprzedawały, i jeszcze trudno było dostać. A dzisiaj autor jak sprzeda 3000 książki to się cieszy. Jak już sprzeda dziesięć to w ogóle jest przeszczęśliwym człowiekiem. Z czego to się bierze? Ludzie przestali czytać? Bo mają inne zajęcia, grają w gry tak jak Wiktor na przykład.
[02:24:00] - Nie wierzę. W te inne zajęcia nie wierzę.
[02:24:04] - Dlaczego?
[02:24:06] - Sam wiesz. To jest pytanie. Nie wiem, dlaczego mnie pytasz, zamiast od razu odpowiedzieć. Odpowiedz sam na to pytanie.
[02:24:11] - Nie, ja bym jednak wolał, żeby autorytet się wypowiedział.
[02:24:13] - Po prostu produkcja książek jest tak ogromna. Ludzie zawsze kupowali pewną ilość książek. Jeżeli było mało tytułów, to jeden tytuł kupowało dużo ludzi. Kiedy się pojawiło dużo tytułów, każdy kupuje osobny tytuł. Suma, masa książkowa, że tak powiem, jest mniej więcej taka sama ciągle, tylko jest inaczej rozłożona.
[02:24:38] - Tak. Do końca lat 80. byłem w stanie czytać wszystko z fantastyki, co się ukazywało.
[02:24:46] - Książka jest w tej chwili potwornie droga. W swojej klasie książka ma konkurencję finansową dużą, bo w zasadzie gruba książka i dżinsy to jest mniej więcej ta sama cena, 70 zł. Znam wiele miejsc, gdzie przyzwoite dżinsy można za 70 zł kupić. A powiedzmy, że nawet 100. To trzy książki i dżinsy, żeby być on the same side. Kiedyś książki za komuny były jednak sponsorowane i książki były tanie. Ja w chwili wychowałem w biednej rodzinie. To była rodzina opozycyjna. Rodzice nie awansowali, pracowali jako pracownicy naukowi uczelni, ale nie mogli liczyć na żadne z tego benefity, oprócz tego, co się wiąże z tą pracą. I mimo to w domu nigdy nie brakowało pieniędzy na książki.
Gdybym ja był biedny, to w tej chwili w moim domu brakowałoby pieniędzy na książki, bo jest konkurencja na książki.
[02:25:39] - Tak. A z drugiej strony Wiktor oglądał dzisiaj z pewnym namaszczeniem w Empiku książkę, w której były wszystkie opowieści o Sherlocku Holmesie za jedyne 99 zł.
[02:25:51] - No więc właśnie.
[02:25:53] - Całość.
[02:25:54] - No więc właśnie.
[02:25:55] - Pięknie wydana.
[02:25:56] - Wspaniała rzecz, że to są wszystkie opowieści o Sherlocku Holmesie. Nareszcie masz ten komplet jakiś usankcjonowany. Ale znowu cena. Jak mówię, za to można przeżyć tydzień. Jak się człowiek uprze, to o 12 zł dziennie przeżyje.
[02:26:13] - Tak. A ja z kolei z pewną satysfakcją jakiś miesiąc temu kupiłem w Empiku opowiadania Wolne Guta.
[02:26:25] - Mhm.
[02:26:26] - Tomišče ogromne i kupiłem tanio, bo jakieś pięćdziesiąt złotych zapłaciłem. Tomišče prawie tysiącstronicowe. I wreszcie mam całość. Co prawda ulubione moje opowiadanie, które pierwotnie w tłumaczeniu Lecha Jęczmyka nazywało się „Wielki Kosmiczny Zapierdol”.
[02:26:49] - Tak.
[02:26:50] - Ma troszeczkę inny tytuł, ale w dalszym ciągu jest fajne.
[02:26:53] - Ale ktoś dali to komuś innemu.
[02:26:56] - Ktoś inny przetłumaczył. Ja pamiętam jeszcze to opowiadanie w tłumaczeniu Lecha Jęczmyka ukazało się w brulionie, kiedy jeszcze był ten brulion trochę inny niż był później. W każdym bądź razie-
[02:27:10] - Nie no, ja znam to opowiadanie. Vonegut oczywiście się moje pokolenie zna i nie bardzo widzę sensowność dawania komuś do tłumaczenia po Jęczmyku. Ale to zobaczę. Bo nie muszę wszystkiego wiedzieć od razu. Kupię sobie tego Voneguta choćby dla przyjemności. Znam to opowiadanie z oryginału, ale kupię choćby dla przyjemności zobaczenia, jak ktoś podrabia Jęczmyka.
[02:27:33] - Właśnie mnie to zaciekawiło. Dlatego o tym opowiedziałem. Wiktor czasami mówi, ale sam nie jest przekonany do tego, co mówi, że istnieje na przykład jeden najlepszy sposób zapisu danego zdania. My nie mówimy w tej chwili o tłumaczeniach, ale powiedzmy, piszemy jakąś treść i jest jeden najlepszy sposób i jest kilka gorszych. Jak to jest z tłumaczeniami? Kiedy masz dwa tłumaczenia tego samego opowiadania, to jest lepsze, gorsze? Czy one po prostu są różne?
[02:28:11] - Jednak mówiłbym, że lepsze, gorsze. Na pewno różne. Ja uważam, że można by było każde, teoretycznie wnoszę, że każde dwa tłumaczenia jednego tego samego oryginału można zakwalifikować jako lepsze tłumaczenie i gorsze tłumaczenie. Natomiast to się nie wiąże z przydatnością drugich i następnych tłumaczeń, dlatego że tu jest duża racja w tym, co taki inny guru polskiej fantastyki, który woli się trzymać z daleka, jest wielkim ekspertem. Piotrek Staniewski, znakomity tłumacz skądinąd, mówił bardzo mądrze w jakiejś dyskusji, że każde następne tłumaczenie wzbogaca język i naszą świadomość tamtej kultury. W związku z tym im więcej istnieje tłumaczeń jednego dzieła, tym jest lepiej dla wszystkich, nawet jeżeli jest to tłumaczenie typu Fredzia Phi Phi.
[02:29:12] - A, wyrwałeś mi pytanie, które miało właśnie paść, bo miałem pytać o Fredzie Phi Phi. Jak to w ogóle z nią było? Powiem ci tak, bo ja tę Fredzię Phi Phi bodajże w latach 80. na półkach zauważyłem w księgarni. Ja w ogóle nie wiedziałem, o co chodzi, bo ja nie do końca byłem przyzwyczajony do Kubusia Puchatka i w ogóle mi do głowy nie przyszło, że to jest to samo. Tym bardziej że na okładce małpka była narysowana i tak w ogóle nie wiedziałem, o co chodzi. Później zacząłem to jeszcze przeglądać, czytać, bo przeczytałem „O co kaman?” Dlaczego to się tak dzieje?
[02:29:50] - Wróciliśmy tym sposobem do samego początku.
[02:29:54] - Tak jest. Dokładnie.
[02:29:55] - Do kobiet.
[02:29:56] - Wierności.
[02:29:57] - I piękności.
[02:29:57] - I piękna.
[02:29:59] - Fredzia Phi Phi jest wierna. Irena Tuwim, która zrobiła Kubusia Puchatka, popełniła wszelkie możliwe grzechy translatorskie. Zmieniła płeć, wymyśliła nazwę kompletnie od pyty. Jak się jej ta płeć i inne rzeczy nie zgadzały, to wyrzucała fragment oryginału. Jak trzeba było wyjaśnić to, co się jej nie zgadzało, to dopisywała sama fragmenty i ulokowała tłumaczenie Kubusia Puchatka w polszczyźnie tak, że ono jest nie do wyrwania z tej polszczyzny. I przyszła naprawdę dobra tłumaczka ogromnej wiedzy językowej obu języków i zrobiła tłumaczenie wierne. Gdzie Fredzia jest phi phi, gdzie jest rodzaju żeńskiego, gdzie się dzieje wszystko tak, jak się dziać powinno, po bożemu. Pani pod spodem, mężczyzna na wierzchu. Pozycja misjonarska jest tak, jak Pan Bóg przykazał. Jest tłumaczenie zrobione.
Istnieje tylko po to, żeby istniało i wzbogacało język polski i naszą znajomość kultury brytyjskiej. Istnieje dla fachowców. Nikt tego nie czyta inaczej niż po to, żeby wyśmieć, chociaż ono wcale na śmieszności zasługuje. I ono naprawdę, jeżeli ktoś się zajmuje literaturą brytyjską bliżej, to dobrze, że tą Fredzię Phi Phi ma. Natomiast jest to rzeczywiście przypadek kobiety wiernej. Nikt nie zwraca uwagi na jej urazę. Jak jest wierna, to już nie może być piękna.
[02:31:36] - Okej. Notabene z takich-
[02:31:38] - Feministki? Boisz się feministek?
[02:31:40] - Nie, aż tak się nie boję. Natomiast z ploteczek takich, które w swoim czasie tutaj w audycji wymienialiśmy z Wiktorem. Nie wiem, czy wiesz o tym, że à propos takiej dziecięcej literatury, chociaż „Mały Książę” to może nie do końca dziecięca, ale nie wiem, czy słyszałeś, że „Małego Księcia” pewne feministki przerobiły na „Małą Księżniczkę”.
[02:32:04] - Nie.
[02:32:05] - Wiem, że groza zapanowała. Otóż pewne panie z Ameryki Południowej postanowiły zrównać prawa.
[02:32:15] - To moje „nie” to nie było jęknięcie, że coś się stanie Saint-Exupéry'emu i „Małemu Księciu”, tylko to było westchnięcie nad głupotą ludzką, bo one nic nie zyskają. Oprócz śmieszności, ruch feministyczny nie zasługuje na to, żeby być śmieszny. To jest dość poważny ruch adresujący dość poważne problemy współczesności.
[02:32:38] - Ale oczywiście.
[02:32:40] - I on przez wrogów nie jest tak źle traktowany, jak przez same feministki. Natomiast Saint-Exupéry'emu niczego to nie odejmie. To jest klasyka i jako klasyka zostanie. To jest pozycja tak silna, że niczego tutaj nie zmienisz. Możesz odebrać po prostu część popularności Saint-Exupéry'emu. Zbliża się szybkimi krokami, to też powtarzam z Leszkiem Mielczarkiem, epoka nowego średniowiecza, kiedy będzie istniała elita, czyli ci ludzie, którzy wiedzą, że był „Mały Książę” Saint-Exupéry'ego i gdzie będzie istniał motłoch, który będzie tą elitę ganiał z widłami i podpalał jej pod dupą zamki z kości słoniowej. Ale to trzeba przeżyć po prostu. Wyjdziemy z każdej takiej wojny, ludzkość wychodziła silniejsza.
[02:33:31] - Ale ja tego pytania nie zadałem, czy w ogóle tej informacji o „Małej Księżniczce” nie sprzedałem tak przypadkowo zupełnie. My sporo czasu poświęciliśmy w pewnej audycji na przytoczenie takich poprawek nanoszonych na literaturę, która powstała, powiedzmy, 100 lat temu, 50 lat temu, to w zależności o jakim tytule mówimy, gdzie dzisiaj, już po śmierci autora, wprowadza się do tego poprawki.
[02:34:02] - Huckleberry Finn, chodzi ci o Huckleberry Finn.
[02:34:04] - Chociażby. Tak, jest tego sporo. Chociażby Agatha Christie i „Dziesięciu Małych Murzynków”, których już nie ma. Co ty o tym sądzisz? Myśmy sobie to schłostali biczem satyry tutaj w jednej z audycji.
[02:34:24] - Słuchaj, ale co ja mogę o tym sądzić? To jest manifestacja głupoty czasów. Nic na to nie poradzisz. Czasy są głupie. Ludzie głupieją w miarę rozwoju demokracji, przepraszam bardzo. Dopuszczane są do głosu coraz bardziej zwariowane osoby.
[02:34:48] - Ja będę protestował.
[02:34:52] - Będziesz bronił demokracji?
[02:34:53] - Tak. Czasy nie są głupie i ludzie nie głupieją. Tylko jak mówiłeś o tym, pamiętasz, co powiedział pan Silverberg? O tych 90 procentach.
[02:35:07] - Sturgeon.
[02:35:09] - Sturgeon. Tak, jak Sturgeon powiedział, że 90% wszystkiego to gówno.
[02:35:13] - Gówno jest gówno warte.
[02:35:14] - Jest gówno warte. To wracamy. Świat dzisiaj, tak powiem, dokonuje przewrotu przez głowę. Wiecie, to było w szkole, myśmy to wszyscy robili. Przewrót przez głowę do przodu. Kiedyś świat stał prawidłowo na dwóch nogach z głową u góry. U góry było to 10%, a reszta była tam, gdzie jest.
[02:35:41] - Teraz większość stanęła na głowie.
[02:35:43] - Tak. Teraz dokonuje dopiero przewrotu i w tej chwili te 90%, które my mamy w sobie, co nie jest złe, bo to jest fajne i daje nam dużo radości przecież, to teraz po prostu w trakcie tego przewrotu znalazło się u góry, a te 10% na dole pod nami. No i w ten sposób właściwie Bogu prawda, to się nic nie dzieje, z wyjątkiem tego, że my dokonujemy przewrotów. No i tak jak tutaj przyjaciele moi mówią, że dzisiaj 90% to gówno, to ja mówię: „Nie, tylko 10% to jest cokolwiek warte”.
[02:36:36] - No dobrze Wiktorze, nie dopuścimy przez chwilę naszego gościa do głosu, ale chciałbym cię w takim razie zapytać. Warte, niewarte to są takie podziały, których ja nie lubię, bo one zakładają taką tezę a priori. Ale powiedz mi, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego ty mówisz, że 10% to są ci inteligentni? Ja bym dorzucił do tego oczywiście taką tezę, że demokracja, à propos demokracji, to jest taki dziwny ustrój, w którym dwóch profesorów może być przegłosowanych przez trzech kretynów. No dobrze, to wszystko, każdy sobie może taką tezę ukuć. Mnie bardziej interesuje, jak odpowiesz na pytanie brzmiące mniej więcej w ten sposób: dlaczego w naszych czasach dzieje się właśnie tak, jak to opisałeś, czyli że gdzieś ta głupota się rozprzestrzenia?
[02:37:32] - Bo świat się kula.
[02:37:34] - Nie. Przepraszam cię, ale to są jakieś takie historie. A byś tak powiedział: „No kula się, kula”. No i co w związku z tym?
[02:37:42] - W związku z tym jest, tak jak cytuje się Jeleń Surnika czy w tej chwili Sokół mówi swoje, przejście między cywilizacją a barbarzyństwem, czyli ewentualnie średniowiecza ja nie uważam za barbarzyństwo. To była ta najpiękniejsza epoka w dziejach ludzkości po prostu według mnie.
[02:38:03] - Nie, ale tam chodzi o ten strategiczny podział. Elitę i motłoch.
[02:38:07] - No więc właśnie to ci mówię, świat się kula. Nie wiem, czy wiesz, Ziemia jest okrągła i ona się kręci. I tak samo się kula cała ludzka cywilizacja po prostu. Nieprzypadkowo powiedziałem, że robimy przewrót przez głowę. Co pewien czas musimy. Tak upadły wszystkie kultury na Ziemi, tak upadły wszystkie narody, których już po dzisiaj śladu po nich nie ma, z wyjątkiem tego, że są zabytkami w muzeach po prostu. To jest konieczne. Kiedyś Europa będzie zabytkiem w muzeach.
[02:38:45] - ... chińskich i japońskich i tak dalej.
[02:38:48] - Włazi, nie przesadzajmy, w jednej rzeczy tylko nie przesadzajmy, bo o ile diagnoza jest prawidłowa, to nie popadajmy w alarmizm. Na razie nikt Huckleberry Finnów nie pali. Co najwyżej dopisują albo od nich dopisują, odpisują. Rękopisy jeszcze nie płoną. I tym jest wyższość naszej epoki nad wszystkimi innymi, że można coś, że najwyżej jest dużo krzyku. Natomiast na stos jeszcze książki nikt nie ośmielił się rzucić. To się bardzo źle kojarzy.
[02:39:18] - Muszę cię zmartwić. W Skandynawii, która jest oczywiście moralnie nad nami wyższa i w ogóle. To żart oczywiście, ale już się zdarzyło palenie książek. Dlaczego? Dlatego, że wersja, która była w bibliotekach, nie odpowiadała politycznej poprawności. Została przerobiona. Przyszło nowe wydanie z odpowiednimi nazwami, a stara poszła, dokładnie, była spalona. Więc ja bym się aż tak nie pocieszał. Zaczyna się chyba-
[02:39:49] - Można się pocieszać, że to tam, gdzie zabierają rodzicom dzieci, że w ogóle postęp idzie z tamtej strony, a tamta strona jest dość mocno ograniczona. Natomiast rzeczywiście jest to, ale wiesz, trudno.
[02:40:08] - À propos tego, co Wiktor mówił, że tak naprawdę, zresztą Krzysztof to sygnalizował, przychylasz się do tezy, że Lech Jęczmyk ma rację, że nowe średniowiecze jest za progiem albo już nawet zaczyna przekraczać ten próg.
[02:40:24] - Nikt nie wierzy w koniec historii. Prawda? Fukuyama. Więc jeżeli nie koniec historii, to co?
[02:40:29] - Raczej będzie się działo.
[02:40:33] - Będzie kolejny. Pamiętasz „Podróż międzyplanetarną” Fantochka? Tam był cykl wymieniony, jak się cywilizacja od poziomu feluchów do technicznego i potem się przewraca. Było to wymienione i mamy to przed sobą.
[02:40:47] - Ciekawe zresztą było, tak jak już jedziemy po klasyce fantastyki, która się w PRL-u ukazywała. Pamiętasz taką książkę Asimova „Koniec wieczności”?
[02:40:58] - Tak.
[02:40:59] - Ta ludzkość rozciągnięta na morze czasu i właściwie cyklicznie co się rozwinęła, to upadła. Oni ją z tego poziomu wieczności śledzili, ale to się toczyło taką sinusoidą właściwie.
[02:41:16] - Ale to rację masz, to, że to musi upaść.
[02:41:19] - Chociażby.
[02:41:21] - Zaszczepia się w to imperium upadające, zaszczepia się-
[02:41:24] - Ziarno.
[02:41:24] - Ziarno, żeby to imperium później powstało w określony sposób. Ja wolałbym unikać publicznie wypowiedzi na temat tego, że świat się kończy, bo feministki oszalały, bo tacy oszaleli, bo szmacy oszaleli, bo jeszcze coś. Ci ludzie, jestem głęboko przekonany do prawdy Oscara Wilde'a, że absolutnie się z tobą nie zgadzam, ale oddałbym życie, żebyś mogła lub mógł powiedzieć, co masz do powiedzenia. Nie bądźmy ani tutaj, ani w ogóle nigdzie. Lepiej nie być drastycznym w ocenach. Dlatego, że aberacje zawsze widzi się, aberacje. Nigdy nie widzi się tego, co jest złotym. Nie na darmo o czym się mówi złotym środkiem. Zawsze w końcu zwycięża ta milcząca większość, bo w pewnym momencie przestaje milczeć i po prostu wchodzi i robi porządek. I to jest, że znowu do początku audycji i do Chestertona się odwołam.
Kiedy już muzułmanie zajęli Wielką Brytanię, kiedy już skorumpowana arystokracja się na to zgodziła, kiedy środki masowego przekazu, takie jak wówczas istniały, zostały opanowane. Kiedy parlament przegłosował, że na katedrze św. Pawła musi być i krzyż, i ten złoty sierp Islamu, wtedy ruszyli po prostu zwykli ludzie. Poszli, a już można teraz używać siły. I dali tym wszystkim, którzy sobie pozwolili na to, żeby naruszyć ich prawa, dali wpierdol, a w pierwszym szeregu szła policja. I jest tam świetnie opisany przez Chestertona fragment, jak jeden z buntowników zwraca uwagę, że część tych buntowników dziwnie idzie w nogę, a drugi mu odpowiada: „Nie oglądaj się, to jest nasza policja. Oni bardzo nie lubią, jak ktoś się im teraz przygląda z bliska, więc mogą ci dołożyć. Idą i robią porządek po prostu”. I o tym mówi nam ta najbardziej podstawowa i moja fascynacja fantastyka. I co?
[02:43:43] - Czyli powiało optymizmem.
[02:43:44] - Powiało rozsądkiem. Fantastyka to jest bardzo rozsądna literatura. Im bardziej autor był wierzący, Chesterton to nawrócony katolicki konwertyta, a tym był bardziej racjonalny.
[02:43:57] - To ja jeszcze chciałbym zapytać o książkę, skoro trafiłem na człowieka, który lubi Chestertona, to jak ci się podobała książka „Człowiek, który był czwartkiem”?
[02:44:12] - Ona uchodzi za jego arcydzieło.
[02:44:14] - Właśnie dlatego pytam.
[02:44:16] - To jest ta książka, która zostanie. O wszystkim Chestertona można by było zapomnieć, chociaż ja sobie nie potrafię tego wyobrazić. Natomiast nie o człowieku, który był czwartkiem. I jest to książka, nie wiem, czy wiesz, że ona zdobyła wszystkie nagrody fachowe. One były trzy chyba przydzielane jako dla najlepszego thrillera politycznego, dla najlepszej książki szpiegowskiej, dla książki najlepiej opisującej mechanizmy szpiegowania i inwigilacji. On to zrobił wręcz dokumentalnie. Natomiast jest to jednocześnie summa theologiae z Niedzielą, który okazuje się tym, kim być może się okazuje. Jest to cudownie absurdalna sytuacja, w której wszyscy w Radzie Anarchistów okazują się agentami. Siła wiedzy i siła oświecenia jest tam opisana. Takie książki nazywa się thrillerami psychologicznymi albo thrillerami nadprzyrodzonymi.
Z jednej strony masz żelazną właśnie książkę thrillera, a z drugiej strony masz nad nią całą tą nadbudowę ideologiczną, która jest zrobiona przez Chestertona po prostu przepięknie. To jest za dobra książka, żeby miała prawo istnieć.
[02:45:34] - Mnie fascynuje w Chestertonie to, że on w kilku książkach, które już tu wymieniliśmy podczas audycji, trudno powiedzieć testował, bo tego nie wykorzystał, ale pokazywał, jakimi drogami może podążać literatura. Czyli tak: w jednym miejscu mamy powieść szpiegowską, mamy powieść fantastyczno-naukową.
[02:46:00] - Fantastykę socjologiczną.
[02:46:03] - Socjologiczną, tak. Zobacz, on właściwie testował różne możliwości.
[02:46:09] - Mamy horror.
[02:46:10] - Mamy horror wreszcie.
[02:46:12] - W postaci „Poeta i wariaci". Przecież sam pomysł człowieka, który tym się charakteryzuje, że potrafi wejść w mózg szaleńca, potrafi oszaleć tak jak on, tylko zawsze znajduje drogę z powrotem. I istnieje ten cień, co będzie, jeżeli on nie znajdzie tej drogi.
[02:46:28] - Czyli właściwie to był taki pisarz, który pokazywał, jakie bogactwo jest we wszystkim.
[02:46:37] - Gianni. Przypomnij sobie Gianniego. Chesterton pochodzi z czasów, kiedy jeszcze nie rozdzielano, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, w Stanach było inaczej, ale mówimy o pisarzu brytyjskim. Nie było podziału na literaturę wielką i literaturę pop. To były czasy, kiedy Wellsa książki ukazywały się w magazynach najpierw, a potem dopiero w książkach. To samo było z Chestertonem. Po kolei. Pisarz brał temat i dopasowywał do niego poetykę. On chciał coś przekazać i znajdował sobie sposób w kryminale, w powieści szpiegowskiej, czy wreszcie w powieści fantastycznej czy fantasy. Używał języka, który najbardziej pasował mu do formy przekazu, nie troszcząc się, czy ten język uchodzi za górnolotny, dolnolotny, elitarny czy przeznaczony dla gminu i matła.
To są te dobre czasy. Dzisiaj zresztą istnieje wśród pisarzy fantastyki grupa, która też wybiera fantastykę. Bardzo dobrych pisarzy wybiera fantastykę wtedy, kiedy to im pasuje, a kiedy im nie pasuje, nie wybiera fantastyki. Ja bym chciał tutaj bardzo wielki hołd złożyć Jackowi Ignatowi, który jak chce napisać pamflet polityczny na dwa sposoby, to pisze „Polskę 2.0", prawda? Ale jednocześnie potrafi napisać cudowną powieść kryminalną o odradzającym się Wrocławiu i dramacie żołnierza ruchu oporu. Tak jest z Mają Kossakowską-Grządowicz i z „Upiorem Południa", kiedy ona przyjmuje. Tylko ona robi to jeszcze świadomie, taki żart, że ona przyjmuje poetyki różnych pisarzy i różnych rodzajów literatury. To Fuchnera, to Konwickiego, to fantastyki, tu grozy, tu powieści podróżniczej, tu horroru wreszcie. Jarek Grzędowicz w „Helu 3" napisał dwie trzecie powieści sensacyjnej o przygodach dzielnego polskiego dziennikarza na frontach współczesności, po to, żeby stworzyć tak przekonywujący obraz rzeczywistości, żeby ta mała część ostatnia, fantastyczna, do której użył języka fantastyki, była usprawiedliwiona i tworzyła z częścią pierwszą całość. Ale jemu się obrywało strasznie po uszach za to, że zawartość fantastyki w „Helu 3" jest akurat taka, a nie inna, mniejsza niż się ludziom...
Ona jest większa, ale ludziom wydaje się mniejsza, niż być powinna. I to jest casus Chestertona. Jest też taki, po prostu nie ma podziału na dobre i złe, wysokie i niskie. Nie skazujemy się na nic, biorąc na warsztat niską fantastykę. Jeżeli potrafimy napisać dobrą książkę w niskiej konwencji, to pozostaje dobra książka. Nie na darmo zresztą Konwicki przecież brał poetykę fantastyki.
[02:49:47] - To prawda.
[02:49:47] - „Mała apokalipsa".
[02:49:48] - „Mała apokalipsa".
[02:49:50] - Czy „Zwierza człowieka łupiu", przecież.
[02:49:53] - Obiecuję, że już kończymy, bo nie chcę eksploatować naszego gościa ponad miarę. Ale jedno pytanie jeszcze.
[02:50:00] - Znaczy bym zapalił, ale jeżeli dasz mi pięć minut na palenie, to ja potem mogę siedzieć.
[02:50:06] - Nie wiem, czy jestem w stanie mówić przez pięć minut, jak ty będziesz palił. W związku z tym pójdę inną drogą. Zadam pytanie. Niech to będzie pytanie ostatnie podczas naszego spotkania. Otóż tłumaczyłeś również Wellsa. Książkę, którą ja znałem z lat 80. z klubówki. To się wtedy nazywało „Gdy śpiący się zbudzi".
[02:50:28] - Tak.
[02:50:30] - Zrobiłeś nowe tłumaczenie dla Wojtka Sedeńki. Powiedz coś o tym, bo to jest ciekawa rzecz. Większość ludzi jednak z tą książką się nie zetknęła jeszcze. Dużo rzeczy Wellsa było tłumaczone, a to jednak nie. Co to takiego jest?
[02:50:46] - Tam są różnice z tytułem, dlatego że ta książka miała kilka wersji. Ona miała inną wersję magazynową, inną pierwotną wersję książkową i później inną po latach. To była ta wersja ostateczna, co Wells zrobił. Wersja ostateczna. I ona wtedy miała z lekka zmieniony tytuł i dlatego też jest lekko zmieniony tytuł polski w porównaniu z tamtą klubówką. Nie wiem, dlaczego ty żeś wysinglował tą książkę. Być może ze względu na nazwisko autora.
[02:51:13] - Tak, ze względu na nazwisko autora.
[02:51:16] - On jest znany z innych. On napisał rzeczy, które są wiekopomne i przed którymi się pada na kolana.
[02:51:22] - Jasna sprawa.
[02:51:23] - Natomiast to jest jedna z ciekawszych jego książek, dlatego że ona zawiera te socjologiczne elementy.
[02:51:29] - Wizję przyszłości.
[02:51:30] - Wizja przyszłości tam zawsze jakaś była, jeżeli miała być o Morlokach i Eloi.
[02:51:34] - Ale tej technicznej. Morlokowie.
[02:51:39] - Ale to jest, wiesz, że w „Śpiącym, który się budzi” jest. To jest książka, która mnie pociąga ze względu na to, że to jest ten nurt fantastyki o człowieku, który ja lubię. Ona jest mniej skupiona na diagnozach społecznych czy opisach technicznych, czy wysokim filozofowaniu, a bardziej pokazuje dramat człowieka, który by dobrze chciał. Tylko że to już jest absolutnie niemożliwe i właściwie znalazł się w sytuacji no win situation. Wszystko, co zrobi, będzie naznaczone jakimś schematem klęski. Może się przed walką wycofać, ale nie chce tego zrobić. Czuje się jakoś zobowiązany. To jest dość prosta rzecz. Myślę, że ona się relatywnie sympatycznie zestarzała. Tyle można powiedzieć.
Tak jak ja nie lubię Wellsa, nie lubię go czytać, nie lubię oglądać jego ekranizacji. Mam go za ramotkę po prostu. Tę książkę jednak uważam za taką, która zestarzała się stosunkowo najlepiej.
[02:52:47] - No cóż.
[02:52:48] - To nie jest moja ulubiona książka fantastyczna, którą przetłumaczyłem.
[02:52:52] - Dobrze. Niestety sam się prosisz. Muszę się wycofać ze swojej deklaracji. Nie mogę nie zapytać, jaka była ta najbardziej ulubiona.
[02:53:01] - Majipoor. Ta pierwsza trylogia Valentinovna. Majipoor, zwłaszcza opowiadania. Drugi tom trylogii, który jest zbiorem opowiadań i tam wśród nich jest jedno opowiadanie, które było moje ulubione. To jest „Czasownia”. To jest to coś, co chyba bym wysinglował do tłumaczenia, jeżeli nie Kinga, ale to raczej Silverberga i raczej „Czasownia” z opowieści z Majipoor.
[02:53:29] - A jakbyś odpowiedział takiemu zblazowanemu czytelnikowi, gdy powiedziałby ci: „Ale to Majipoor to takie bardziej fantasy, a ja bym chciał czegoś kosmicznego”. To, co byś powiedział?
[02:53:43] - Chcesz usłyszeć?
[02:53:43] - Tak. Mów. Ja się nie poczuwam, ale muszę w tę rolę wejść.
[02:53:48] - Nie. Spadaj. Ja bym powiedział gorzej niż spadaj, ale tu wolę zachować na wszelki wypadek ostrożność. Co się komu podoba? Bo jak on mi argumentuje na „mi się”, czyli mi się podoba, mi się nie podoba. To jest absolutnie jego sprawa. Ja mu mogę tylko współczuć kiepskiego gustu, ale w gruncie rzeczy to jest jego problem, nie mój.
[02:54:11] - Dlaczego zadałem to pytanie? Dlatego, że-
[02:54:13] - Majipoor się położył czytelniczo. Miał stosunkowo mało czytelników.
[02:54:17] - Nie dlatego.
[02:54:18] - I większość z nich właśnie je czuła w ten sposób, że to takie ni to fantasy, ni to SF. Nie wiem, co to jest.
[02:54:24] - Myślę, że panuje pewien stereotyp, tak zwany modny stereotyp polegający na tym, że fantasy, samo hasło, jak już jest fantasy, to musi być złe. Jest pewna grupa odbiorców, czytelników. Ja nie mówię, są miłośnicy oczywiście fantasy, ale jest pewna grupa odbiorców, która dzieli troszeczkę tę literaturę w taki sposób. Jak jest fantastyka, powiedzmy science fiction, to okej, a fantasy zdecydowanie to jest coś gorszego. Trochę się do tego przyczyniła polityka wydawnicza wielu oficyn. Czyli produkowanie cyklów, które mają po 10, 20 tomów.
[02:55:07] - Możliwe. Jakkolwiek ja ci muszę powiedzieć, że ja się stykam z ludźmi, zwłaszcza młodszymi ode mnie, gdzie jest syndrom odwrotny. Jak jest twarda fantastyka, to musi być do bani. Ty tak dajesz punkt widzenia pokolenia Maćka Parowskiego, Marka Oramusa. Marek do tej pory nie wierzy w istnienie fantasy. Jeżeli jest fantastyka, to jest hard SF. Jak napisał, zdziwił się strasznie, że fantasy może być taka dobra, jak dostał trylogię „Tańczącego w ciemności” Agnieszki Hałas i napisał o nim do „Feniksa” i do „Piętego Piwa”. A o czym chciałem powiedzieć? O tym chciałem powiedzieć, że fantasy nabiera właśnie dzięki Agnieszce Hałas i dzięki temu, że ludzie pamiętają Witka Kresa, nabiera teraz raczej takich pozytywnych konotacji. A stara, klasyczna SF raczej przechodzi na tą ciemną stronę mocy, jeżeli można tak powiedzieć, dlatego że jest szalenie podziałana po prostu.
[02:56:30] - Ja proponuję też takie podsumowanie, że nie warto się skupiać na takich kalkach, czyli coś jest fantasy, to musi być złe. Proponuję jednak sprawdzać twoją metodą. Chociażby przejrzeć początek, troszeczkę pogrzebać w środku i na końcu i już wiemy, czy warto po książkę sięgnąć. Natomiast takie podziały, nazwijmy to gatunkowe, chyba sensu większego nie mają. Czyli wypinanie się na fantasy, bo fantasy, a kochanie-
[02:57:01] - Są fani tego i są fani tego. Nie widzę w tym nic złego.
[02:57:05] - Nie.
[02:57:05] - Tu bym raczej, jeżeli już w ogóle mamy jakieś puszczać zwrotki dydaktyczne na koniec, to po prostu wybieraj, co ci się podoba.
[02:57:13] - Puść.
[02:57:13] - Wybieraj, co ci się podoba. Masz predylekcję do czytania fantasy, to znajdziesz w tej książki dobre i książki złe i wśród polskich, i wśród zagranicznych autorów. To samo z esejem. Zdecyduj po prostu za siebie, podejmij decyzję, co chcesz czytać i trzymaj się jej konsekwentnie, dopóki nie zdarzy się coś, co postawi twój porządek czytania na głowie. Oby ci się to zdarzyło. To bardzo wzbogaca.
[02:57:41] - Zgadza się. A przede wszystkim również niech ci nie przeszkadza docenianie innowierców wtedy, kiedy to warto, bo za przeproszeniem, ja jestem zwolennikiem raczej zdecydowanie twardej science fiction, co mi nigdy nie przeszkadzało z zachwytem oglądać na przykład Conana Barbarzyńcę, który jest ikoną fantasy.
[02:58:07] - To jest ta zasada, żeby nie uprzedzać.
[02:58:10] - Nie uprzedzać się.
[02:58:11] - Gusta masz własne i to jest jedna rzecz, ale nie uprzedzać. Gusta są pozytywne. To znaczy ja lubię to. Uprzedzenia są destrukcyjne, bo są negatywne. Ja nie lubię.
[02:58:23] - Tak.
[02:58:24] - Ja lubię to, to jest bardzo fajne. Lubię bardziej brunetki niż blondynki albo odwrotnie. To jest fajnie, ale „ja nie lubię blondynek” już jest bez sensu. Brunetek zresztą też. I tym optymistycznym-
[02:58:37] - I tym optymistycznym akcentem możemy dzisiejszą audycję skończyć, ale zanim ją skończymy, to tylko powiem, że wyjątkowo za tydzień nie będzie „ABW”. Skorzystamy z okazji, że możemy się z państwem spotkać na żywo. Zatem w przyszłym tygodniu porozmawiamy sobie o Lemie, a konkretnie o jednym. Bardzo będzie filozoficznie, ale porozmawiamy o Jonie Tichym, a konkretnie o wspomnieniach Jona Tichego, a konkretnie o pierwszym wspomnieniu Jona Tichego. Tam, gdzie profesor Corcoran w żelaznych czy w każdym razie żeliwnych skrzynach trzyma mózgi i wtłacza im pewną rzeczywistość. Porozmawiamy o tym utworze. Zapraszamy państwa bardzo serdecznie, a „ABW” za dwa tygodnie. I cóż, serdecznie państwa żegnamy. Życzymy-
[02:59:40] - A ja ci bardzo dziękuję za możliwość tej rozmowy.
[02:59:44] - Polecamy się na przyszłość.
[02:59:47] - Ryzykujesz sporo.
[02:59:49] - Myślę, że nie. Myślę, że nasi słuchacze również byli zadowoleni. Natomiast życzymy samych dobrych książek przeczytanych, weny pisarskiej, to szczególnie pod kątem „ABW”. No i cóż, wszystkiego dobrego i dobranoc.
[03:00:06] - A mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość specjalny, pan Krzysztof Sokołowski. Audycję jak zawsze obsługiwał od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie znowu w „Bibliotekarium”, znowu na żywo już za tydzień w piątek po 20:00.
[03:00:47] - I was dreaming of a past. And my heart was beating fast. I began to lose control. I began to lose control. I didn't mean to hurt you. I'm sorry that I made you cry. Oh no, I didn't want to hurt you. I'm just a jealous guy. I was feeling insecure. You might not love me anymore.
I was shivering inside. I was shivering inside. I didn't mean to hurt you. I'm sorry that I made you cry. I didn't want to hurt you. I'm just a jealous guy. I didn't mean to hurt you. I'm sorry that I made you cry. I didn't want to hurt you. I'm just a jealous guy.
I was trying to catch your eyes. Though that you was trying to hide. I was swallowing my pain. I was swallowing my pain. I didn't mean to hurt you. I'm sorry that I made you cry. I didn't want to hurt you. I'm just a jealous guy. I'm just a jealous guy. I'm just a jealous guy.
Thank you.