[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu "Chata Mistyka". Namaste. Witam i pozdrawiam wszystkich bardzo gorąco, bardzo słonecznie. Rozpoczynamy kolejną opowieść z cyklu programów "Chata Mistyka". Od paru odcinków już podróżujemy wspólnie, wykonując lub też w pewien sposób powtarzając podróż, którą to odbyłem w kraju, który zwie się India.
Jest to takie muzyczne odzwierciedlenie atmosfery, która towarzyszyła mi podczas mojego pobytu w Indiach i nie tylko. Dzisiaj kolejna, ale już ostatnia część z tego cyklu. Będziemy kończyć naszą wspólną muzyczną podróż śladami mojego pobytu w tym przepięknym kraju, jakim jest India. Ostatni odcinek byłem zmuszony brutalnie przerwać, kiedy to pojawiliśmy się już w zatłoczonej metropolii miasta, które nazywa się Mumbai. Zmuszony byłem przerwać ze względu na ramy czasowe naszego programu. Ale dzisiaj bez zbędnych wstępów i ceregieli przejdziemy sobie do nagrania, które to udało mi się zarejestrować już parę dni temu w związku z produkcją poprzedniego odcinka "Chaty Mistyka". Kiedy to dotarliśmy do radosnego momentu, kiedy to przeciskamy się zatłoczonymi i hałaśliwymi ulicami miasta Mumbai, a następnie będziemy kontynuować naszą wspólną muzyczną podróż aż do momentu, kiedy to pożegnamy się z przepiękną i majestatyczną krainą zwaną Indianą. Miasto Mumbai lub inaczej Bombay, jak to zwykli nazywać to miejsce Anglicy, którzy właściwie ustanowili to miejsce i nadali mu obecną formę. Jest to bardzo nowoczesna metropolia, wybudowana i zaprojektowana na podobieństwo dużych miast w Europie Zachodniej. Spędziłem tutaj parę dni, aby zorganizować się na resztę mojej podróży oraz odwiedzić przyjaciela.
Zaczyna się robić doprawdy gorąco. Przypominam, że kierujemy się na południe. Z wysokich gór zjechaliśmy już parę tygodni temu i teraz kierując się na południe dosłownie z każdym kilometrem staje się coraz bardziej gorąco. Te tropikalne temperatury są już naprawdę odczuwalne właśnie tutaj w Mumbaju. Do tego pojawiają się tak znane mi z południa ugryzienia komarów, o których do tej pory zdążyłem już poniekąd zapomnieć. Ale to uczucie swędzenia pojawia się na nowo, więc to jest najlepsza oznaka tego, że kierujemy się w dobrą stronę, a kierujemy się w stronę przepięknego, słonecznego stanu, który nazywa się Goa. Stan Goa, który stał się miejscem kultowym dla wielu obcokrajowców, którzy już od lat 70. masowo uczęszczają w to miejsce, dlatego, że jest ono przepięknie usytuowane wzdłuż wybrzeży oceanu. Do tego przepiękna zieleń, przepiękne rośliny, gaje palm kokosowych. Pojawia się południowe jedzenie i południowe owoce.
Oprócz tego naprawdę życzliwi ludzie, którzy już od wielu pokoleń nauczyli się współistnieć z tą masą turystów, Europejczyków, Amerykanów i innych nacji, które pojawiają się właśnie w Goa. Nie mogę tutaj nie wspomnieć również o Rosjanach, których w tej chwili na Goa chyba jest najwięcej. Goa jest miejscem bardzo dynamicznym, bardzo zróżnicowanym również. Miejscem, które oferuje mnóstwo pokus dla przyjezdnych. Ale z drugiej strony, jeżeli jesteś zdyscyplinowany i wiesz, czego szukasz w życiu i co cię interesuje, to jest to miejsce, które jest w stanie zaoferować ci taką mnogość opcji, że naprawdę czasem trudno jest z nich wybrać i trudno zadecydować, jaką aktywność podejmiesz dzisiejszego dnia. Dlatego, że jest tam mnóstwo warsztatów, jest tam mnóstwo organizowanych sesji medytacyjnych, sesji jogi, różnego rodzaju prelekcji. Można uczęszczać na kursy tańca, kursy masażu, różnego rodzaju masażu, różnego rodzaje terapie również. Oprócz tego życie nocne oczywiście nigdy się nie kończy na Goa. Jest tam parę głównych miejsc, w których siedzą głównie turyści. Mnóstwo koncertów.
Praktycznie co noc można wybrać sobie spośród paru różnych grających na żywo zespołów w danej miejscowości. Także miejsce bardzo żywiołowe, oferujące mnóstwo rozrywek, ale dające również możliwość rozwoju. To tylko od nas tak naprawdę zależy, co z tego wachlarza możliwości wybierzemy dla siebie. Podkreślam tutaj, że na Goa dostępne jest wszystko i w każdej formie, więc warto być trochę zdyscyplinowanym i ostrożnym, aby po prostu nie popaść w tarapaty. Jeszcze opuszczając Mombay postanowiłem, że wybiorę sobie troszeczkę dłuższą, aczkolwiek dużo bardziej spektakularną trasę. Powiedziano mi, że Goa można osiągnąć w przeciągu jednego dnia, aczkolwiek jest to bardzo długi i wytężony dzień jazdy autostradą. Ja natomiast wybrałem sobie pomniejsze drogi wzdłuż wybrzeża, którymi motorem przemieszczasz się dużo wolniej, aczkolwiek widoki są tak fascynujące, że wielokrotnie zapierały mi dech w piersiach i wielokrotnie zatrzymywałem maszynę po to, aby po prostu posiedzieć parę minut i delektować się tym cudownym widokiem oraz popstrykać parę zdjęć. Przepiękna, soczysta zieleń i cała plejada rzek, które to rozlewają się do oceanu. Tak więc nieskończona ilość małych mostów oraz dłuższych mostów i po drodze parę przepraw promem wraz z moją maszyną umożliwiło mi dostanie się właśnie na Goa, aczkolwiek zajęło to trzy dni, kiedy to spałem na dziko w moim hamaku rozpiętym pomiędzy palmami kokosowymi. Prowadzony poniekąd moim podróżniczym doświadczeniem, a poniekąd mając chyba dużą dozę szczęścia.
Podczas tych kolejnych paru nocy udało mi się odnaleźć doprawdy urzekające miejsca na nocleg i spędzić naprawdę ukojny, urzekający wieczór oglądając zachód słońca nad falami oceanu. Pośród pięknej zielonej natury, pośród plaż, czując pod stopami gorący piasek, a na twarzy bryzę nadchodzącą z oceanu i podziwiając przepiękne zachody słońca.
[08:48] - Downward dog position. Locust. Cobra. Standing tree. I am the motherland expanding. Pregnancy unplanned in the 21st century. More than a people. A culture. A country. I am alchemy.
Raag maal. Rhythm and melody. Conceived when Shiva breathed the kiss which died on the lips of his bride Parvati. Desi. Gora. Kala. I'm every grain of rice in your basmati. Every spice in your garam masala. I'm the turmeric stains on your grandmother's hands. I'm ena mina dica dai Dominica red tika flames on her pin of land.
I'm the mala beads slipping through her fingers like displaced seeds of sand through an hourglass. I am the jigsaw made from shattered fragments of the past pieced together in a way that works for us. A billion strong, an uprising and it's impossible to ignore us. The interwoven chorus of Bengali, Gujarati, Kannada, Marathi, Hindi, Kashmiri, Malayalam, Nepali, Punjabi, Sindhi, Telugu, Tamil, Urdu. Ginger, chili and garlic. Brahmin. Kshatriya. Dalit. Touch me, for I am no longer untouchable. Capable.
Practically inescapable. No longer unaccountable. I am your accountant. I program your ID. I am the chai latte iced tea that the chaiwala stares at mournfully as he sighs at the rise of the middle class. Whispering their upwardly mobile mantra. Thank God Almighty, I'm free at last. I sing "Tumi ho mata Hindustan". As I smoke BDs, chew paan and watch Bollywood DVDs starring Akshay Kumar and Shah Rukh Khan. Remixing pranayam by whispering my mantra.
I am a disco dancer under my breath I am that I am. Soham. I am Hamsa the Swan. Brahman. The Lotus Bhagwan. Equally at peace with the paradox of West and East. War and peace. Life and death. Profound, primitive and superstitious. Spread from Canada to Australia, Trinidad to Mauritius.
I will always be India. The impoverished child that bangs at the window of your ambassador car. The old man who, instead of clapping his hands, simply says: Arre Wah. I am Sarasvati, whose veena was later remixed into the shape of a sitar. Just like the Om Mani Padme Hum or the tabla drum became the ta trkita trkita trkita two turntables and a mixer. I am the Rickshaw Wala. Eye of the white tiger. A survivor rising up in the drive to progress. I am the distressed heart of Delhi, Calcutta's clogged streets, Bombay's blocked arteries. An accumulation of stress.
Yes, I am Hindustan. The land of Ustad Ali Akbar Khan and Kompanna Gakhar Pati. Krishnamurti, Vivekananda, Tagore, Arundhati and the pot-bellied elephant headed superhero Ganpati. Om Shanti. I'm the slum dweller calling his neighbor Aunty Ji. The meditating punk under the umbrella of the Bodhi tree, searching for truth in the footsteps of Gandhi Ji. Rang da basanti. I'm the monk's saffron robes. I am the scent of cinnamon, cardamom and clove. I am the air thick with the rain and the funk of the monsoon.
I'm the sliver of moon that Shiva wears for a hair clip. I am that unsanctioned love marriage between Bharatanatyam and the backflip. Converse trainers and the kurta pajama and salwar kameez. I'm the thunder of the storm on the horizon. Weeping the solidified tears of rudraksha beads. I am alchemy.
[15:22] - Owe parę dni, które spędziłem na Goa upłynęły mi w błogiej atmosferze przyjaźni, miłości. Poznałem naprawdę wspaniałych ludzi, podróżników, z którymi to dzieliłem się opowieściami i doświadczeniami. No i również z pasją słuchałem ich opowieści. Udało nam się wspólnie odwiedzić parę imprez, parę koncertów muzycznych, między innymi bardzo ciekawy koncert, gdzie bardzo utalentowani muzycy grali z zasłoniętymi oczami, gdzie dyrygent kierował nimi podczas ich nieprawdopodobnych, naprawdę na wysokiej skali improwizacji. Kierował ich przy pomocy dotyku taką pałeczką perkusyjną, co było bardzo ciekawym konceptem. Oprócz tego parę razy udało mi się być na plażowej imprezie reggae. Tak jak wspominałem wcześniej, muzyka reggae świetnie odnajduje się w różnych częściach świata, nawet w Indiach. Gdziekolwiek do tej pory nie byłem, zawsze znalazłem paru koneserów owego gatunku muzycznego. No i również tutaj w Goa. Tutaj nawet nie paru, ale powiedziałbym paru setek uczestników dubowych sound systemów, które to w przepięknych okolicznościach plażowych produkowały zaiste soczyste i głębokie linie basowe przy zachodzącym słońcu.
Efekt naprawdę wyborny. Tak więc zanim opuścimy słoneczne, piaszczyste wybrzeża Goa, posłuchajmy sobie jeszcze takiego utworu muzycznego.
[18:35] - We don't care what the people them say. We don't care what the people them do. God, it's nice to know I have a friend like you. We don't care what the people them say. We don't care what the people them do. Oh, so nice to know that you will see me through. You're the supreme personality. All name, all fame, all beauty. Got to face up to reality. Chant your holy names offencelessly.
And we will feel great ecstasy. You're the supreme personality. All name, all fame, all beauty. Got to face up to reality. Chant your holy names offencelessly. And we will feel great ecstasy. Hare Krishna. Hare Krishna. Krishna Krishna. Hare Hare.
Hare Rama. Hare Rama. Rama Rama. Hare Hare. Hare Krishna. Hare Krishna. Krishna Krishna. Hare Hare. Hare Rama. Hare Rama.
Rama Rama. Hare Hare. Hare Krishna. Hare Krishna. Krishna Krishna. Hare Hare. Hare Rama. Hare Rama. Rama Rama. Hare Hare.
Hare Krishna. Hare Krishna. Krishna Krishna. Hare Hare. Hare Rama. Hare Rama. Rama Rama. Hare Hare. We don't care what the people them say. We don't care what the people them do.
It's so good to know I have a friend like you. We don't care what the people them say. We don't care what the people them do. And I hope someday to come back home to you. You're the supreme personality. All name, all fame, all beauty. Got to face up to reality. Chant your holy names offencelessly. And we will feel great ecstasy. You're the supreme personality.
All name, all fame and beauty. Got to face up to reality. Chant your holy names offencelessly. And we will feel great ecstasy. Hare Krishna. Hare Krishna. Krishna Krishna. Hare Hare. Hare Rama. Hare Rama.
Rama Rama. Hare-
[23:19] - Po paru dniach spędzonych na Goa mój zew podróży odezwał się ponownie. Wyruszyłem znowuż ja i mój żelazny rumak w stronę bardzo bajecznego miejsca, które znane mi było już od wielu lat. Miejsce, które nazywa się Hampi. Bardzo archaiczna, starożytna miejscowość położona w głębi tego subkontynentu indyjskiego. Miejscowość Hampi charakteryzuje się dosyć sporą spuścizną historyczną, kulturową i architektoniczną, ale również oferuje dzikie, bardzo naturalne głazy, które porozrzucane są wokół krajobrazu, który poniekąd przypomina krajobraz z Marsa. Stało się tak, ponieważ rzekomo dawno temu, miliony lat temu, w krainie, w której obecnie znajduje się Hampi, kiedyś był ocean. Jak wiadomo, ruch kontynentów i przeobrażanie się skorupy naszej planety spowodowało różnego rodzaju formy geologiczne. Natomiast Hampi jest miejscem tak nieprawdopodobnym ze względu na swoją formę, że przyciąga rzesze podróżników i również naukowców oraz historyków. Dlatego, że te struktury, te budowle, które powstały tam, moim skromnym zdaniem są dużo starsze, niż jak na to wskazują współcześni mainstreamowi historycy. Wydaje mi się, że są to struktury, które powstały na ruinach poprzedniej, nieznanej nam za bardzo jak do tej pory cywilizacji.
Dowodem na to byłyby pewne zaskakujące rozwiązania technologiczne, które zostały zastosowane przy budowie owych struktur, głównie świątyń w tym obszarze zwanym Hampi. Między innymi mamy tego typu fenomeny, jak na przykład muzyczne pilary, które zostały wykonane z dokładnie tego samego materiału, granitowej skały, która w różnych częściach, pomimo tego, że pilary mają tą samą wielkość, te same gabaryty i wydaje się, że tą samą gęstość, wydają różne, idealnie nastrojone do skali dźwięki. Ale to jest tylko jeden z przykładów takich dziwnych technologicznych nowinek, rozwiązań i niespodzianek, które można spotkać w Hampi. Dla zainteresowanych polecam lekturę na temat tego obszaru. Ja natomiast spędziłem tam urocze dwa tygodnie, mieszkając w jednej z jaskiń, które to w naturalny sposób powstają tam właśnie pośród tych olbrzymich obłych głazów, które porozrzucane są wszędzie dookoła, niczym jakiś gigant, jakiś olbrzym, bawiąc się swoimi kamiennymi zabawkami, porozrzucał i poukładał sobie owe wielkie, potężne głazy jeden na drugim. Także znalazłem sobie bardzo fajną, przyjazną norkę, w której to spędziłem prawie dwa tygodnie bez prądu, bez wody bieżącej i oczywiście bez zasięgu ani telefonu, ani internetu. Czas spędzony doskonale, czas spędzony na kontemplacji, medytacji i byciu ze sobą. Pomimo tego, że przyszło mi właśnie bytować w takich, jak to mogłoby się wydawać, trudnych warunkach, to ani nie głodowałem, dlatego, że wystarczyło po prostu codziennie lub co parę dni zejść sobie takim dłuższym spacerem do wioski, gdzie można było zaopatrzyć się w prowiant. A z drugiej strony okazało się, że nawet nie byłem również sam. Pośród tych skał z podobnym pomysłem jak ja znajduje się naprawdę spora gromadka ludzi.
Przypomina to trochę taką społeczność jaskiniowców. Także jeżeli naprawdę doskwiera ci samotność i chciałbyś z kimś pogadać, wystarczy wyjść przed swoją skałę lub przejść się w okolicy i myślę, że po takim do 15-minutowym spacerku jesteś w stanie spotkać jakąś przyjazną, uśmiechniętą twarz i zamienić z nią parę zdań, powymieniać informacje i spędzić trochę czasu z twoimi braćmi jaskiniowcami. Zapraszam do wysłuchania kolejnego utworu muzycznego.
[30:42] - I tutaj niestety zmuszony jestem przyspieszyć poniekąd naszą muzyczną podróż. Podróż, o której mógłbym opowiadać tak naprawdę godzinami. Te parę programów w formie muzycznej, na które miałem pomysł w naszym cyklu programów Chata Mistyka, nie są w stanie ani odzwierciedlić do końca charakteru mojej podróży, tego, co przeżyłem, ludzi, których spotkałem i doświadczeń, z którymi miałem możliwość obcować. Aczkolwiek myślę, że poniekąd udało mi się w jakiś sposób muzyczny, pod innym kątem nakreślić właśnie charakter i wspaniałą atmosferę, która towarzyszyła mi podczas tej wyprawy. Natomiast my tutaj geograficznie zbliżamy się coraz bardziej na południe. Z miejscowości Hampi udałem się ponownie do ashramu Isha Yoga Center, aby wziąć udział w potężnym festiwalu, który organizowany jest w ashramie raz do roku. Festiwal Maha Shivaratri, czyli festiwal, który organizowany jest podczas bardzo szczególnej bezksiężycowej nocy, która odbywa się raz w roku i aktywności związane z tym festiwalem mają za zadanie wzmocnić nasz rozwój duchowy, a poniekąd dostarczyć nam nowych narzędzi do sprawnego kultywowania drogi jogi.
[36:35] - Ponieważ o centrum Isha Yoga opowiadałem już wielokrotnie. Jest to miejsce, w którym podczas mojej półtorarocznej podróży spędziłem łącznie ponad siedem miesięcy. Tutaj podaruję sobie fragment muzyczny, dlatego że słuchaliśmy dosyć sporo muzyki z tego centrum w pierwszej części naszej muzycznej podróży. Także czas relaksu i czas podróży motorem dobiega powoli końca. Natomiast w kolejnych paru częściach „Chaty mistyka” zajmiemy się troszeczkę bardziej poważnymi tematami, które może wymagają, jak to zwykle bywa, troszeczkę więcej skupienia. Ja tymczasem mam nadzieję, że taka forma „Chaty mistyka” przez ostatnie parę epizodów podobała wam się, drodzy goście. Forma podcastu „Chata mistyka” nie jest do końca sprecyzowana. I dobrze, i tak powinno być. Nie do końca jest zdefiniowana, dlatego czasem bywa po prostu zaskakująca. Myślę, że niebawem powrócimy do troszeczkę poważniejszych rozważań.
Mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić w wasze serca kolejną dawkę wątpliwości, a może po prostu klarowności. Dlatego, że mam nadzieję, że słuchając moich opowieści z chaty, poniekąd udaje wam się pewne rzeczy wyjaśnić. Może pewne wątpliwości nabierają troszeczkę innej formy, innego kształtu, a może troszeczkę innego odcienia. A my tymczasem powoli zawijając tą naszą muzyczną opowieść z centrum Isha Yoga, kierujemy się ponownie nad wybrzeże do wspaniałego miejsca, które to udało mi się odwiedzić po raz pierwszy, ale które naprawdę zaznaczyło się bardzo mocno w moim sercu. Miejsce, do którego bardzo chciałbym powrócić. Udało mi się tam obcować z naturą w naprawdę doskonałych warunkach. Miejscowość Gokarna, o której słyszałem to wiele podczas mojej obecnej podróży, jak również podczas mojej pierwszej wizyty w Indiach 10 lat wcześniej. Aczkolwiek do tej pory nie udało mi się tego miejsca odwiedzić. Więc zanim zdecydowałem powrócić na północ Indii, gdzie to musiałem dostarczyć motor z powrotem do Pendżabu, postanowiłem po tej dosyć wytężonej podróży motorem, już w tej chwili na liczniku motoru podejrzewam, że mamy jakieś przynajmniej osiem, dziewięć tysięcy kilometrów od momentu, kiedy opuściłem Pendżab. Więc postanowiłem spędzić cały miesiąc właśnie w tym miejscu, które nazywa się Gokarna.
I nie zawiodłem się. Przez pierwsze parę tygodni spałem na dziko w hamaku na plaży, która zwała się rajską plażą. Nie byłem tam sam. Było tam paru innych hipisopodobnych osobników i osobniczek, którzy wszyscy bez wyjątku swą radością życia, energią i uśmiechem wypełniali po brzegi całą zatokę, ową właśnie rajską plażę. Natomiast po paru tygodniach przeniosłem się dosłownie do zatoki obok, do zatoki Półksiężyca, gdzie spędziłem kolejne trzy tygodnie, żyjąc sobie w glinianej chatce, takiej lepiance, w której nie było prądu, nie było wody bieżącej. Wodę musiałem przynieść sobie codziennie ze studni. Chatka, która stała się po krótkiej chwili moim prawdziwym domem. Chatkę, którą utożsamiałem sobie poniekąd właśnie z ową chatą mistyka, w której to zwykło nam się spotykać drodzy goście. To położone w dżungli, ale tuż przy majestatycznej plaży miejsce dało mi sposobność do umocnienia mojej praktyki jogi, do moich dziennych praktyk. Oprócz tego gotowałem codziennie na ogniu na palenisku tuż przed chatką.
Prowiant musiałem przynieść sobie z owej wspomnianej miejscowości Gokarna, do której to udawałem się raz w tygodniu po to, aby zakupić warzywa i owoce oraz też po to, aby przesłać do Radia Paranormalium, aby słodki dźwięk moich słów mógł dotrzeć do waszego jakże równie słodkiego ucha, drodzy słuchacze. Tak jak wspomniałem, w zatoce Półksiężyca nie było zasięgu telefonicznego, ale wszystko udało się doprawdy znakomicie. Czas wypełniony spokojem, odgłosami przepięknej natury i szumem fal oraz oczywiście przepięknymi, majestatycznymi zachodami słońca. Czas również wypełniony kontemplacją i głęboką zadumą. Są to również okoliczności, które umożliwiły mi kompletne zjednanie się z otaczającą mnie przyrodą. Poznanie również paru ciekawych postaci. Zatoka Półksiężyca nie jest miejscem zatłoczonym, aczkolwiek paru ludzi o ciekawych zainteresowaniach i wypowiedziach przewija się przez to miejsce. Oprócz tego czas, który umożliwił mi w pewien sposób umocnienie się w moich postanowieniach, może poniekąd wysnucie pewnych wniosków, ale ponad wszystko totalne pojednanie się z naturą, które wiąże się z formą bardzo intensywnego oczyszczenia, powiedziałbym Oraz odnalezienie balansu, który pomaga mi funkcjonować aż po dzień dzisiejszy. Balansu, który chcę zachować we własnym sercu, we własnym umyśle, we własnym ciele. Balansu, który pozwala mi przetrwać trudne sytuacje i który sprawia, że postrzegam życie jako fenomenalny cud.
Doceniam każdą chwilę i jestem wdzięczny za każdy moment, za każde doświadczenie, które związane jest z faktem, że jestem tu i teraz. Na zakończenie naszej muzycznej podróży proponuję fragment dźwiękowy, który nie jest konwencjonalną formą muzyki, a może bardziej jest to tło muzyczne lub dźwiękowe, które towarzyszyło mi na co dzień podczas mojego pobytu w miejscu Gokarna. Posłuchamy sobie już na koniec dzisiejszego spotkania najzwyczajniej w świecie odgłosów natury. Zapraszam wszystkich do zrelaksowania się, być może zamknięcia oczu. Być może możecie usiąść na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Czemu by nie? Posłuchajmy sobie wspólnie wieczornych odgłosów oceanu w Zatoce Półksiężyca, w przeuroczym miejscu, które nazywa się Gokarna w południowo-zachodniej części subkontynentu indyjskiego i poczujmy na twarzy gorącą oceaniczną bryzę. Ja tymczasem pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie i zapraszam do kolejnych części „Chaty mistyka”. Spotkajmy się ponownie. Namaste.
Pranam. Hata mistyka.
[01:00:28] - Co?