[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu „Chata mistyka”. Namaste. Witam ponownie w „Chacie mistyka”. Witam wszystkich stałych bywalców, również witam wszystkich nowo przybyłych gości. W dzisiejszym odcinku kontynuować będę naszą podróż muzyczną, która rozpoczęła się tydzień temu, a tak naprawdę dwa tygodnie temu.
Muszę z tego miejsca przeprosić, że tydzień temu audycja nie odbyła się z powodu pewnych komplikacji technicznych i technologicznych, za co z tego miejsca wszystkich przepraszam. Ale jesteśmy znowu na fali, znowu nadajemy, więc kontynuujemy naszą podróż muzyczną, która w poprzedniej części zabrała nas właściwie w jedno miejsce, które odwiedziłem do tej pory w Indiach. Dlatego, że spędziłem wielomiesięczny czas w pewnym bardzo wyjątkowym miejscu, które zwane jest centrum jogi, Isha Yoga Center. Więc większość dźwięków, które zaprezentowałem w poprzedniej audycji, pochodziły właśnie z tego miejsca. Doszliśmy do takiego miejsca, kiedy to wyruszam i opuszczam Indie na parę miesięcy i udaję się w stronę kontynentu, który zwany jest Australią. Tak więc forma audycji poprzedniej, jak i również tej oraz kolejnej będą nieco inne, nieco odmienne od dotychczasowej formy „Chaty mistyka”. Dużo mniej mówienia, ale za to przepiękne rytmy i melodie, które wypełniać będą czas audycji. Tym razem staram się oddać, przynajmniej częściowo, charakter i atmosferę mojej półtorarocznej podróży przy pomocy nie tyle słów, ale muzyki. Mój półtoraroczny wypad, kiedy większość czasu spędziłem w Indiach, ale udało mi się również w międzyczasie odwiedzić Australię i Nepal, zaowocował wieloma doświadczeniami, o których próbowałem na bieżąco informować was, drodzy goście „Chaty mistyka”. Teraz wpadłem na taki pomysł, żeby przedstawić wam moją podróż w charakterze atmosferycznym raczej niż merytorycznym.
Stąd przez kilka edycji „Chaty mistyka” przedstawiam wam muzykę i muzyczny aspekt całej mojej podróży, co mam nadzieję, podoba wam się. Mnie taka forma bardzo się spodobała i planowałem wyprodukowanie tylko dwóch odcinków w tym stylu, ale myślę, że to potrwa może parę epizodów dłużej. Także zachęcam wszystkich do nastrajania się i do odwiedzin w „Chacie mistyka”, aby delektować się przepięknymi, obcymi może dla niektórych z nas dźwiękami pochodzącymi z innych części świata, z odmiennych również części świadomości. W poprzednim epizodzie „Chaty” dotarliśmy wspólnie do takiego momentu, kiedy to po pięciu miesiącach, które spędziłem w ashramie, a zarazem centrum jogi w południowych Indiach, wybrałem się do Australii. Zdarzyła się taka sposobność. Zbliżał się również czas upływu ważności mojej wizy turystycznej do Indii. Wiza dla Polaków jest z reguły wydawana na okres nie dłuższy niż sześć miesięcy. Oficjalnie wygląda to tak, że przed upływem 180 dni należy opuścić kraj. Technicznie rzecz ujmując, można powrócić nawet na kolejny dzień, po jednym dniu. Jedyne, co musimy uzyskać, to pieczątkę z datą wyjazdową i wjazdową do Indii.
Ale w praktyce wygląda to tak, że większość podróżników udaje się przynajmniej na parę tygodni do sąsiadujących krajów, gdzie można zaczerpnąć troszeczkę innego powietrza, zapoznać się z trochę inną kulturą niż indyjska i spędzić czas w trochę innej atmosferze, kiedy to podczas tego czasu ubiegamy się o kolejną wizę turystyczną do Indii. Ja wybrałem się tym razem na ten potężny i nieznany mi jak do tej pory kontynent, który zwany jest Australią. Opuściłem to przepiękne miejsce w południowych Indiach. Miejsce położone pośród dzikiej przyrody i wspaniałych widoków otaczających owo miejsce, czyli przepięknych, majestatycznych wzgórz Velliangiri. Miejsce, które w znakomitym stopniu przyczyniło się do mojego duchowego rozwoju, do mojego wzrostu. A które teraz, po upływie miesięcy, było już właściwie moim domem. Przychodzi czas, kiedy opuszczamy Indie i samolotem przemieszczamy się w zupełnie inny obszar tej planety, do zupełnie innej rzeczywistości, do zupełnie innego klimatu. Podczas naszej muzycznej podróży dokonamy teraz takiej transformacji. Posłuchamy sobie teraz utworu, który poniekąd inspirowany jest wpływami muzyki indyjskiej, ale również pojawiają się tam brzmienia, instrumenty, które rodzime są dla lądu zwanego Australią. Miasto Melbourne w Australii, gdzie się udałem, to dosyć duże miasto.
Jest to taka typowa, rozwinięta i bardzo uporządkowana metropolia. Jest bardzo czysto, jest również bardzo drogo. Jest również niebywale szybko w sensie rytmu i przebiegu życia ludzi, którzy tam się znajdują. Atmosfera bardzo przypominała mi Londyn, który jest moją główną bazą już od wielu lat. Różnica była tylko taka, że zawsze było blisko do oceanu, więc spędziłem bardzo dużo czasu nad oceanem podczas mojego pobytu w Melbourne. Spotykałem się również czasem z lokalną społecznością Isha, czyli tej organizacji w Indiach, w której przebywałem do tej pory. Pracowałem również jako wolontariusz przy paru programach jogi organizowanych przez placówkę Ishy w Australii. Poza tym udało mi się wybrać na parę dni w głąb kontynentu na pewien zwariowany festiwal wolności i awangardy oraz sztuki, który przepełniony był barwnymi postaciami, muzyką oraz wrażeniami artystycznymi. Festiwal nazywał się Con-Fest. Odbywało się tam również wiele warsztatów, wiele sesji jogi na co dzień i wiele wykładów.
Ten festiwal trwał siedem dni. Odbył się w naturze, z dala od cywilizacji, na takiej australijskiej prerii. Teren bardzo suchy, aczkolwiek porośnięty również starymi drzewami i suchymi krzakami, które przypominają swoją formą roślinność preriową. Wszystko odbyło się w bardzo przyjaznej atmosferze dla rodzin, dlatego, że uczestniczyło w tym festiwalu również mnóstwo dzieci. Dorośli przyjeżdżali również z dziećmi i były ku temu warunki. Wszystko zorganizowane było w ten sposób, aby zapewnić nie tyle rodzicom, ale również dzieciom bezpieczne środowisko, w którym to mogą poznawać się i uczyć, jednocześnie przebywać w naturze, być blisko z drzewami, z roślinami i ze zwierzętami. Podczas mojego pobytu w Australii wyprodukowałem dla was, drodzy słuchacze, epizod „Chaty mistyka” pod tytułem „Śnienie”, do którego bardzo serdecznie zapraszam tych, którzy nie znają jeszcze tej opowieści. Jest to historia, w której opowiadam o duchowym fenomenie oryginalnych mieszkańców tego lądu, czyli Aborygenów. Historia, którą Aborygeni określają jako tak zwany czas snu, czyli zupełnie inny od naszego europejskiego ogląd rzeczywistości. Jest to również historia pochodzenia nas jako istot ludzkich na tej planecie oraz to, w jaki sposób Aborygeni odnoszą się do ludzkiej świadomości i do natury.
Tych, którzy nie znają tej opowieści z „Chaty mistyka” zapraszam do archiwum i wysłuchania odcinka zatytułowanego „Śnienie”. A my tymczasem jeszcze przez chwilę pozostaniemy w klimacie muzycznym inspirowanym kulturą Aborygenów z utworem, w którym to również wykorzystany jest dźwięk bardzo tradycyjnego instrumentu, który wywodzi się z Australii, czyli tak zwanego didgeridoo. Po dwóch miesiącach w cywilizacji i życia w typowym systemie tak zwanego państwa rozwiniętego, jakim jest Australia, po uzyskaniu wizy wjazdowej do Indii, tym razem 12-miesięcznej wizy, żegnam się z krainą Aborygenów i wracam do domu. Znów w Isha Yoga Center w Tamilnadu w południowej części Indii. I przede mną kolejne wyzwanie. 21-dniowy program Hatha Yogi organizowany w centrum jedynie raz do roku. Program bardzo wymagający, bardzo intensywny. Tym razem program rozpoczęło około 700 uczestników. Jest to dosyć spore przedsięwzięcie. Była opcja, by opuścić program po ośmiu dniach.
Każdy dzień wypełniony był długimi godzinami bardzo intensywnej pracy. Wykonywaliśmy tak zwane asany, czyli postury fizyczne, często po dziewięć godzin dziennie. Do tego towarzyszyły nam wykłady wideo i sesje medytacji. Zapoznałem się wówczas doskonale z moim ciałem energetycznym, o którym do tej pory nie miałem za dużo pojęcia. Zaczęliśmy pewną owocną współpracę, która trwa do dziś i mam nadzieję, że będzie trwała już na wieki. Oprócz braku snu, dlatego, że uczestnicy tego 21-dniowego programu spali po cztery godziny na dobę, jeżeli była taka sposobność, pomimo wytężonej pracy fizycznej, pomimo bólu każdej praktycznie części mojego ciała, towarzyszyły mi również bardzo emocjonalne momenty, z którymi wiązały się takie uczucia jak nadzieja czy rozpacz, czy wzruszenie. Często towarzyszyły mi ataki szczęścia. Było to również bardzo często uczucie totalnego oczyszczenia oraz wszechpanująca i ogólna miłość. W takiej właśnie atmosferze odbywał się 21-dniowy, bardzo intensywny program klasycznej metody, która nazywa się Hatha Joga. Metoda, która jest w stanie przełamać wszelkie bariery związane z fizycznością i z barierami również psychologicznymi, ale również metoda, która jest w stanie otworzyć przed tobą świat nowych możliwości.
Potężne narzędzie, które właśnie teraz zacząłem uczyć się wykorzystywać na co dzień. Linga Bhairavi, inaczej Devi, to jedno z wielu urządzeń energetycznych, które znajdują się w Isha Yoga Center. Ta linga, czyli forma, w której w alchemiczny sposób zaklęta i w pewien sposób zaktywowana jest energia, reprezentuje kobiecy, stwórczy aspekt boskości i wszechświata. Linga Bhairavi jest żywiołową świątynią jogińską, ale świątynią, która nie powinna kojarzyć nam się i wiązać z jakąkolwiek religijnością. Jest to miejsce, gdzie manifestuje się owa Devi, czyli boska kobiecość, która jest zarazem odważna, jak i pełna współczucia. Forma ta adresowana jest do tych, którzy podążają drogą jogi zwaną bhakti, czyli drogą dewocji, drogą pełnego oddania. Obcowanie z Devi bowiem może w znaczny sposób poprawić fizyczne wymiary życia, polepszyć dobrobyt materialny oraz nasze zdrowie. W otoczeniu Devi grane są potężne pieśni, tak zwane mantry, które cechują bardzo eteryczny wokal i subtelne krajobrazy dźwięków tradycyjnych instrumentów hinduskich, które wywołują ciepłą atmosferę sprzyjającą medytacji. Te dźwięki pobrzmiewające w mistycznej przestrzeni łączą się z twórczymi i opiekuńczymi aspektami wszechświata. Posłuchajmy sobie teraz jednej z takich mantr, które to grane są i śpiewane w przestrzeni Lingi Bhairavi.
[30:55] - Bhairavi Shambavi Chandra Mouli Rabala Aparna Uma Parvati Kali Haimavati Shiva Trinnayani Katyayani Bhairavi Savitri Navayauvana Shubhakari Samraj Lakshmi Prada Chitroopi Paradevata Bhagavati Sri Linga Bhairavi. Bhairavi Mohini Devatatri Bhuvani Ananda Sandayini Maani Pallava Paani Venu Murali Gana Priya Lolini Kalyani Udu Raja Bimba Vadana Duraksha Samharini Chitroopi Paradevata Bhagavati Sri Linga Bhairavi. Bhairavi Raudrini Bhadrakali Bagala Jwala Mukhi Vaishnavi Brahmaani Tripurantaki Suranuta Te Deepya Mano Jwala Chamunda Shrita Raksha Posha Janani Dakshayani Vallabhi Chitroopi Paradevata Bhagavati Sri Linga Bhairavi. Bhairavi Shoola Dhanu Kashankusa Dhari Ardhendu Bimba Dhari Varahi Madhu Kaitabha Prashamani Vaani Ramase Mita Mallika Suramuka Daitya Madhani Maheswari Chamdika Chitroopi Paradevata Bhagavati Sri Linga Bhairavi. Bhairavi Srishta Vinasha Palana Kari Aryavi Samshobhita Gayatri Pranava Akshara Amrita Rasa Purnanu Sandhigrita Omkari Vinata Sutarchita Pada Muta Danda Daitya Apaha Chitroopi Paradevata Bhagavati Sri Linga Bhairavi. Bhairavi Shashwata Agamadi Vinuta Arya Mahadevata Ya Brahmadi Pipini Kanta Janani Ya Vaibhajal Mohini Ya Pancha Pranavadire Bhajanani Ya Chitra Malini Chitroopi Paradevata Bhagavati Sri Linga Bhairavi. Chitroopi Paradevata Bhagavati Sri Linga Bhairavi. Chitroopi Paradevata Bhagavati Sri Linga Bhairavi.
[34:53] - I tak właśnie w taki mistyczny sposób brzmi muzyka, która odgrywana jest w przestrzeni Linga Bhairavi. Ale my dochodzimy do takiego miejsca podczas mojej podróży, że mijały trzy miesiące, kiedy powróciłem już do ashramu z Australii. Ten czas spędzony został w atmosferze pracy wewnętrznej, ale zarazem jest to czas wypełniony aktywnościami. Między innymi praca z dziećmi w jednej z lokalnych szkół, którymi to opiekuje się ashram. Brałem również udział w kolejnych programach jogi, w niektórych jako uczestnik, a w innych jako organizator lub obsługa. W tym czasie zostałem również zaproszony do niewielkiej grupy znajomych, która to planowała wyprawę w Himalaje. Wyprawa nie na ośmiotysięczniki, ale jednak wyprawa w wysokie góry, do której to zaczęliśmy się regularnie i rzetelnie przygotowywać. Wiązało się z tym zgromadzenie sprzętu do chodzenia po górach, dlatego że do tej pory przemieszczałem się jedynie w minimalnych ubiorach i często na boso. Czyli musiałem nabyć odpowiednie buty, zakupić kurtkę i inne różne drobne sprzęty, które wiążą się z wyjściem w góry. Ale również wiązał się z tym czasem dodatkowy trening.
Pomimo tego, że wykonywałem dzienne wielogodzinne sesje hatha jogi, zacząłem również pracować w siłowni, gdzie nabywałem potrzebne mi do tego górskiego wypadu siły i kondycji. W tym czasie wiedziałem już, że zbliża się koniec mojego długotrwałego pobytu w ashramie. Podjąłem decyzję, że wyruszając w góry pozostawiam ten przepiękny czas spędzony w centrum jogi i zapisuję go na swych kartach historii. Natomiast teraz, wraz z moim opuszczeniem tego cudownego miejsca, mojego dotychczasowego domu, rozpoczyna się kolejny, jakże cudowny epizod w moim życiu. Zabieram weń moje doświadczenie, radość i jakże potężne techniki jogi wraz z medytacją, które to otrzymałem podczas owocnego i bardzo transformatywnego pobytu w Isha Yoga Centre. Był to koniec lipca 2017 roku, kiedy spotkałem się w Delhi, w stolicy Indii, z resztą mojej 12-osobowej ekspedycji górskiej. Wsiedliśmy do autobusu i po kilkunastu godzinach byliśmy już w górach w północnej części Indii, w miejscu zwanym Manali. Przepięknie położonej w górach miejscowości otoczonej zielenią łąk i ostrymi szczytami gór. Miejscowości, która jest zarazem bramą do wyższych partii łańcucha górskiego, w którym to jeszcze do tej pory nie miałem zaszczytu przebywać. Potężne i majestatyczne Himalaje zapraszały nas do wędrówki.
Wyprawa w dolinę Spiti Valley w Himalajach była bardzo barwnym epizodem Towarzyszyło nam dwóch przewodników, dwóch kucharzy oraz stado krępych koni, które niosły dla nas dzielnie namioty, sprzęty, śpiwory, cały wikt oraz pożywienie, które potrzebne nam było w wysokich partiach gór. Maksymalna wysokość, na którą udało nam się wspiąć, to było 4500 metrów, gdzie powietrze było już dosyć mocno rozrzedzone. Właśnie tutaj doceniałem wkład i wysiłek, który włożyłem w przygotowania do tej wyprawy. Dlatego, że na takich wysokościach fizyczna kondycja organizmu jest bardzo istotna. Niesamowite było to, jak smacznie potrafili gotować owi kucharze z obsługi w tak trudnych i niedostępnych warunkach i na takiej wysokości. To było prawdopodobnie jedno z najlepszych curry i chapati, jakie do tej pory skosztowałem w Indiach. Oprócz doznań smakowych i przepięknych krajobrazów doliny Spiti Valley w północnych częściach Indii, a praktycznie w Tybecie, bo to miejsce, w którym obecnie przebywamy podczas naszej muzycznej podróży, to jest właściwie już Tybet. Udało nam się odwiedzić również parę bardzo starych klasztorów buddyjskich. Tybet, jak wiadomo, oficjalnie już nie istnieje. Został zawładnięty przez państwo chińskie, ale będąc w tych wysokich górach nie miałem wątpliwości, że zarówno ludzie, jak i kultura Tybetu nadal trwają i tradycje są kultywowane na bardzo wysokim czy też głębokim poziomie.
Szczególnie w owych tybetańskich osadach i klasztorach wysoko w górach. Niektóre klasztory były bardzo stare. Odwiedziłem między innymi najstarszy, trwający do tej pory klasztor, który powstał w 996 roku i trwa do dzisiaj. Miałem okazję tam porozmawiać z żyjącymi w owym miejscu mnichami, którzy w tych trudnych, odosobnionych warunkach podtrzymują pradawną wiedzę i kulturę oraz wykonują swe praktyki duchowe. A tak brzmią tybetańscy mnisi, którzy wykonując swe czanty wprowadzają w magiczne wibracje nie tylko cały klasztor, ale również okoliczne góry. Tak brzmi magiczny rezonans mnichów tybetańskich, którzy wprawiają w wibracje potężne pasmo Himalajów. A my tymczasem przemieszczamy się dalej w naszej muzycznej podróży. Otóż po znakomitej wyprawie w wyższe Himalaje pozostałem w okolicy jeszcze ponad miesiąc, pomimo tego, że dawno już opuścili mnie towarzysze mojej górskiej wyprawy. No ale nie do końca. Otóż zaprzyjaźniłem się na tyle z naszymi górskimi przewodnikami, że to właśnie z nimi i w ich towarzystwie spędziłem kolejny miesiąc w miejscowości Manali, gdzie obserwowałem przepiękne góry, życie lokalnej ludności oraz turystów.
Turystów w dużej mierze z państwa, które nazywa się Izrael, którzy to licznie przebywali w lokalnych hotelach i restauracjach oraz raczyli się wyjątkowej jakości olejem haszyszowym, który jest bardzo słynny z tego obszaru i pozyskiwany jest powszechnie z obficie występującego w Himalajach zioła zwanego gandzia. Podczas mojego pobytu w Manali poznałem również pewnego bardzo intrygującego jogina, który nigdy nie przedstawia się ze swojego imienia. Swami Ji, jak mawiają na niego ludzie, zaprosił mnie do swojej pustelni w sąsiednim stanie zwanym Punjab, gdzie przebywałem wraz z nim i praktykowałem jogę przez 21 dni. Punjab, który w jednej z audycji Chaty Mistyka okrzyknąłem mianem Krainy Brodaczy, zaprezentował nie tylko zupełnie nowy dla mnie wizerunek Indii, ale również bardzo silną lokalną scenę muzyczną. Ludzie w Punjabie, w znakomitej większości Sikhowie noszący obfite brodziska, jak i również wielobarwne turbany, bardzo dumni są ze swojej oryginalnej, bardzo tanecznej muzyki. Muzyki wypełnionej często nowoczesnymi rytmami i bardzo głębokimi liniami basowymi. No i gotowi są zaprezentować ów gatunek muzyczny przy każdej nadarzającej się okazji właściwie i w każdych warunkach. To właśnie w Punjabie spotkałem się z głośno odgrywaną muzyką w autobusach publicznych, ku uciesze kierowcy DJ-a w turbanie, jak i pasażerów lokalnego publicznego transportu. Częstym zjawiskiem były też powolnie przejeżdżające ciągniki na wioskach wyposażone w potężne sound systemy, które pomimo swego zgoła odmiennego, jak gdyby rolniczego przeznaczenia, były też w stanie produkować cenione tak bardzo w Punjabie dźwięki. I to często tak głośno, że taki pojazd można najpierw usłyszeć, zanim się go właściwie zobaczy.
Więc zapraszam wszystkich do wysłuchania utworu z Punjabu.
[55:10] - Bas din hun thode ne ishke diyan rahon ch bas dard hi joade ne mere to vakh hoge ni tu yaadan nu vi le jana yaadan nu vi le jana yaadan nu vi le jana tu metho door ho jana tenu gairan ne le jana is dukh chandre ne meri zindagi nu le beh jana tu metho door ho jana tenu gairan ne le jana is dukh chandre ne meri zindagi nu le beh jana
[56:02] - I w taki właśnie żywiołowy sposób brzmi muzyka pochodząca ze stanu Pendżab w północnej części Indii. Muzyka przepełniona energią i dla mnie wiążąca się z wieloma wspaniałymi wspomnieniami. Zakończymy już tą muzyczną podróż, którą będziemy kontynuować w kolejnym odcinku Chaty Mistyka. Dlatego, że w tych naszych muzycznych wspomnieniach nie chciałbym za bardzo się spieszyć, tylko w pewien sposób chciałbym zdołać nakreślić poprzez atmosferę muzyczną ten charakter mojej podróży, która zajęła mi wiele miesięcy i dostarczyła mi mnóstwo nowych doświadczeń. Dlatego spotkamy się w kolejnej części Chaty Mistyka, aby kontynuować tą naszą muzyczną biesiadę. Mam nadzieję, że podoba wam się, drodzy goście Chaty, ta forma programu. Ja mam dużo zabawy, dużo przypomina mi się sytuacji i anegdot z mojej wyprawy do Indii. Także do zobaczenia i do usłyszenia już za tydzień, gdzie będziemy kontynuować naszą muzyczną podróż po Indiach, ale również udamy się do Nepalu. Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie. Obyście zdrowi byli.
Mam nadzieję, że pamiętacie o oddechu, o świadomym oddychaniu przynajmniej raz dziennie. Jeżeli nie, to wszystkim przypominam, aby zatrzymać się na chwilę w tym szaleńczym pędzie dnia codziennego. Usiąść sobie wygodnie i przez parę minut najzwyczajniej w świecie głęboko pooddychać. To naprawdę zmienia bardzo wiele. Bądźcie pozdrowionymi. Pranam. Namaste. Chata Mistyka.