[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu „Chata mistyka”. Namaste. Witam wszystkich gości Chaty mistyka. Witam stałych bywalców, tych, którzy mają już swoje ulubione miejsce w izbie oraz witam i pozdrawiam nowych przybyszy, którzy to zawitali dzisiaj do chaty. Do chaty, gdzie zwykle poruszamy tematy głębokie i mistyczne, bardzo często niełatwe, może czasem nawet kontrowersyjne.
Tematy metafizyczne, które to czasem odklejają się od potocznego oglądu fizyki i wznoszą się w pewien sposób ponad codzienny, tak zwany logiczny ogląd rzeczywistości. Tematy, w których zgłębiamy świadomość i wypływamy często na rozległy ocean metafor, symboli oraz odczuć, które to umożliwić nam mają doświadczenie zgoła powiedziałbym odmienne od tego, które to zwykle dyktuje nam nasz rozum. Moi kochani, dzisiejsze spotkanie ma jednak charakter lekko odmienny. Odcinek „Chaty mistyka” przyjmie dzisiaj bowiem niezwykłą dosyć formę. Zaskakujący może dla niektórych zwrot akcji. Dziś mało będzie metafizyki i mało mówienia, a bardziej odczucie. Postanowiłem was dzisiaj zabrać, szanowni słuchacze, w trochę inny wymiar i zamiast skomplikowanych słów i ciężkich zagadnień, chcę, abyśmy to wspólnie odbyli podróż muzyczną, podczas której postaram się poniekąd oddać wrażenie mojej półtorarocznej wyprawy w odległe zakątki świata i również w odległe zakątki świadomości. I to wrażenie chciałbym oddać nie przy pomocy słów, ale tym razem dźwięków. Zarówno w tym odcinku, jak i w kolejnym dużo mniej mówienia, ale za to zupełnie inny muzyczny przekaz. Nie obędzie się oczywiście bez drobnych opowieści, ale główną historię opowiedzą nam instrumenty, więc można się zrelaksować.
Zapraszam do tego, aby się wyluzować i po prostu delektować dźwiękami. Kochani goście, już ponad półtorej roku temu naszło mnie pewne marzenie, kiedy to zanurzony jeszcze byłem po same uszy w codziennej krzątaninie i pośpiechu londyńskiego życia. Naszło mnie pewne marzenie, które to niebawem przerodziło się w intencję, a ta po krótkim czasie przerodziła się w czyn. Postanowiłem bowiem zakończyć moją pracę. Spotkałem się z szefem firmy, dla której pracowałem już od roku i przedstawiłem mojemu szefowi plan z miesięcznym wyprzedzeniem. Powiedziałem, że bardzo mu dziękuję za współpracę, ale mam inny pomysł na życie. Więc powstał w mojej głowie plan: powrót do Indii. Byłem w Indiach wcześniej, ale tym razem zaplanowałem wyprawę, która miała potrwać sześć miesięcy. Podczas tych sześciu miesięcy zamierzałem nabyć motor i odwiedzić parę ciekawych miejsc, których to nie udało mi się odwiedzić podczas mojej poprzedniej wizyty w Indiach. Tak więc po dwóch miesiącach przygotowań i planowania, pakowania się i zmagania z rzeczywistością londyńską w końcu udało mi się pozamykać sprawy, uzyskać wizę wjazdową do Indii i spakować mały tobołek, który to podczas, kiedy wyjeżdżałem, ważył zaledwie sześć kilogramów.
Pożegnałem się z przyjaciółmi i był to koniec września 2016 roku, kiedy wyruszyłem na lotnisko, aby wsiąść w żelaznego ptaka. Ze zgiełku i zanieczyszczonego powietrza metropolii Londynu po jednym dniu, jakichś siedmiu, ośmiu godzinach lotu, udałem się w jeszcze większy harmider i smog miasta Delhi w północnej części Indii. Delhi, gdzie chaos i hałas, a także brud przechodzą nasze zachodnio ludzkie pojęcie. No ale cóż, kolejne dwa dni podróży. Po drodze miasto Chennai, dawne Madras, które usytuowane jest na wschodnim wybrzeżu Indii. Kolejny samolot i kolejne zatłoczone miasto Coimbatore. Tym razem w centrum Indii, ale już na południu. Jeszcze parę godzin w środkach publicznego transportu i w końcu po trzech dniach podróży i trzech nieprzespanych nocach znalazłem się tam, gdzie chciałem bardzo być. Właściwie nie wiedziałem, gdzie chciałem być, bo wcześniej tam nie byłem, ale to, co mnie zastało, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Pośród gajów palm kokosowych, daleko za miastem, zanurzone w soczystej zieleni dżungli pełnej tropikalnych dźwięków i zapachów po jednej stronie, a po drugiej stronie otoczone otwartą przestrzenią połaci pól uprawnych skąpanych czystym, gorącym powietrzem i południowym słońcem.
To wszystko u podnóża majestatycznego łańcucha wzgórz o przepięknych kształtach, które nadały mu natura. Isha Yoga Center. Wyszedłem z zakurzonego autobusu i udałem się w stronę wejścia. „Namaskaram ana" powiedział uśmiechnięty strażnik i złożył dłonie na wysokości serca w geście powitania. Miejsce, które swoją skalą i rozmachem wykroczyło znacznie poza granice moich oczekiwań. Przywitało mnie przepiękną zielenią drzew, mnogością kolorów i kwiatów oraz niesamowitą schludnością i czystością chodników, która to była szokująca po dotychczasowych paru dniach spędzonych w Indiach, gdzie ulice zatłoczonych miast są doprawdy zanieczyszczone. Otaczał mnie spokój, mnóstwo uśmiechniętych, przyjaznych twarzy i większość ludzi spacerowała na bosaka. To były moje pierwsze wrażenia z tego miejsca. Ludzie nie noszą butów. Było naprawdę czysto.
Przepiękne owocowe drzewa. Przepiękne również kwitnące drzewa. Drzewa pełne kwiatostanów, które to roztaczały słodką woń tuż po zachodzie słońca. I przepiękny, majestatyczny, a zarazem magiczny spokój, który panował w tym miejscu. Kompletny spokój, a zarazem jakaś szczególna forma radości, którą to przejawiał każdy z przechodniów, których mijałem. Miejsce okazało się doprawdy magiczne. Zaledwie po paru dniach pobytu w aśramie wziąłem udział w pierwszym programie, który nazywał się Wewnętrzna Inżynieria. Sama nazwa tego programu była dla mnie bardzo frasująca, aczkolwiek w pełni odzwierciedla to, co wydarzyło się w moim życiu podczas kolejnych czterech dni pobytu w tym magicznym miejscu. Wewnętrzna przemiana. Wydarzenie, które przerosło jakiekolwiek moje oczekiwania.
Potężna metamorfoza, której doznałem w przeciągu zaledwie paru dni. To właśnie tu zapomniałem o stresach i znojach związanych z życiem w pogoni w metropolii londyńskiej. To właśnie tu udało mi się zatrzymać, rozejrzeć dookoła i dostrzec samego siebie w zupełnie innym, nowym świetle. To właśnie wtedy coś w sposób bardzo diametralny zmieniło się w moim wnętrzu. Od tego momentu wiedziałem, że to miejsce, w którym się znalazłem, jest bardzo wyjątkowe. Nie mogłem doczekać się na każdy kolejny dzień i co owo miejsce przyniesie oraz wniesie do mojego nowego życia. Teraz nagle uświadomiłem sobie, że właściwie wszelkie moje dotychczasowe plany zniknęły gdzieś w oddali i miejsce, w którym znalazłem się, dostarczało mi w zupełności tego, czego szukałem już od tak dawna. Postanowiłem pozostać i przyjrzeć się tej sprawie troszeczkę bliżej, dlatego, że wydawało się, że to miejsce i ta szczególna atmosfera są w stanie zaoferować dla mnie coś, czego szukałem już od wielu lat tak naprawdę. Dotychczasowe szaleńcze ambicje i pośpiech codziennego dnia odeszły w zapomnienie. Natomiast pojawił się spokój, balans, kontemplacja i początki medytacji.
To zaoferowanie się dla innych. Każdy gest, każda akcja, czasami niemiłosierny wysiłek przy pracy przy owych programach. To wszystko jednak nacechowane było jakąś totalną miłością, która przepełniała te wszystkie nasze uczynki, te wszystkie nasze akcje. Coś, czego w takiej skali nie zaznałem do tej pory nigdzie na zewnątrz tych murów. Pomimo trudów i pewnego rodzaju reżimu, do którego nie byłem przyzwyczajony do tej pory. Z tym wiązało się bardzo wczesne wstawanie, wykonywanie wielogodzinnych praktyk, do których moje ciało nie było przyzwyczajone. Często początkowo wszystko po prostu mnie bolało. Ale to wszystko, cała ta atmosfera sprawiała, że w jakiś dziwny, magiczny sposób chciałem w tym trwać i chciałem w tym uczestniczyć. Było to nie tyle potężne wyzwanie dla mojego ciała, dla mojego umysłu, ale również chęć zaoferowania się dla innych. To właśnie to wydawało się głównym motorem napędowym tych wszystkich akcji, tych wszystkich czynności, które tak sumiennie wykonują uczestnicy tego przedsięwzięcia.
To właśnie to sprawiło, że chciałem tam być i chciałem po prostu być częścią tego wszystkiego. Po paru miesiącach pobytu w ashramie, po różnego rodzaju doświadczeniach, których to nigdy nie przypuszczałem, że będę uczestnikiem, po tym, kiedy częściowo udało mi się przełamać własne ego, przede wszystkim dojrzeć iluzję, którą żyłem do tej pory. Iluzję, w jaki sposób widziałem siebie oraz innych. Kiedy udało mi się zedrzeć te fałszywe warstwy mojej osobowości, rozpoczęła się solidna praca. Długie godziny praktyki jogi, medytacji. Wstąpiłem na solidną drogę rozwoju duchowego. Rozpocząłem poważną sadhanę. Sadhana, czyli w sanskrycie narzędzie do rozwoju duchowego. Coś, co ma umożliwić ci osiągnięcie celu. W tym momencie, już po paru miesiącach, byłem po paru programach jogi.
Zostałem wtajemniczony do praktyk Hathy jogi również oraz Yoga Kriyii. Pojawiło się mnóstwo nowych aspektów jogi, o których wcześniej nie miałem pojęcia, z których sobie nie zdawałem sprawy. Pojawiły się bardzo potężne techniki medytacyjne. Pojawiły się również mantry, czyli dźwiękowe, wibracyjne narzędzia do osiągania celów duchowych. No i zaczęło robić się dosyć mistycznie, powiedziałbym. To już nie były żarty. Mantra to bardzo poważne narzędzie, jeżeli używane jest w odpowiedni sposób. To technika, która wiąże z sobą potężny potencjał. To w pewien sposób zaklęty dźwięk, jak również znaczenie słów, które są w stanie spowodować zmianę w człowieku. A jedna z tych mantr brzmi właśnie tak.
Kolejny utwór to bardzo starożytny tekst, który pochodzi mniej więcej z dziewiątego wieku przed naszą erą, w którym to hinduski filozof Adi Shankara opisał pewną prawdę wywodzącą się z niedualnego podejścia do istnienia, do rzeczywistości. A wiąże się z tym dosyć ciekawa historyjka. Otóż mówi się, że pewnego dnia młody chłopiec Chadika, który był poszukiwaczem prawdy już od wielu lat, błąkał się nad rzeką Narmadą, szukając swojego guru. Napotkał pewnego jasnowidza, którego imię brzmiało Govinda Bhagavatpada, który to zapytał chłopca: „Kim jesteś?” Otóż chłopiec rzekomo odpowiedział mu tymi strofami, które zawarte są w owej pieśni, która nazywa się Nirvana Dankham, a odpowiedział mu w bardzo specyficzny sposób dlatego, że powiedział mu kim, albo raczej czym nie jest. To właśnie ujęło mędrca i postanowił przyjąć chłopca jako swego ucznia. A owe wersety są bardzo cenione za wkład w praktyki kontemplacyjne i praktyki duchowe, które to prowadzą do samorealizacji. Opisują nirwanę, czyli całkowity spokój lub pokój, który kojarzy się z wolnością i z kompletnym wyzwoleniem, a zarazem z radością, która to wypływa z oglądu rzeczywistości w bardzo specyficzny sposób. Kiedy to właśnie jesteśmy w stanie odrzucić ego i poznać nasze prawdziwe ja. Nie będę tutaj tłumaczył całego tekstu dlatego, że jest on trochę długi, ale tekst mówi mniej więcej o tym, że nie jestem umysłem, nie jestem intelektem, nie jestem ego, czy nie jestem nawet pamięcią. Nie jestem oczami czy skórą, czy nosem.
Nie jestem przestrzenią ani ziemią. Nie jestem ogniem, nie jestem wodą czy powietrzem. Tutaj tekst wnika w bardzo głębokie warstwy naszej codziennej percepcji nas samych. Ale ostatni wers każdej z tych sześciu zwrotek mówi o tym, że pomimo tego, że nie jestem tym wszystkim, co mogłoby mi się wydawać, że jestem, to tak naprawdę okazuje się, że jestem czystą formą świadomości i błogości. Jestem pomyślnością, miłością i czystą świadomością. Jestem wiecznym Shiva. Dhyana Linga to potężne urządzenie, które w sposób alchemiczny zostało ustanowione przez Sadhguru, założyciela i opiekuna ashramu Isha. Słowo „linga” oznacza formę, natomiast słowo „dhyana” to medytacja. Dhyana Linga to forma medytacyjna lub też forma służąca do medytacji. Jest to bardzo szczególne, bardzo potężne urządzenie.
Jest to w pewien sposób zaczarowana przestrzeń, o której wiele by można mówić, ale żadne słowa właściwie nie są w stanie opisać tego fenomenu. Jest to bardzo specyficzna przestrzeń, w której każdy, nawet największy sceptyk i ignorant, staje się medytatywny. I na koniec jeszcze jedna kompozycja z centrum jogi Isha w przepięknych południowych Indiach, pośród wzgórz Velliangiri, gdzie w dżungli żyją małpy, słonie, pawie, węże oraz mnogość innych nieopisanych stworzeń o przepięknych barwach, kształtach i walorach. W tych okolicznościach pięknej natury żyją i doskonalą się ci, którzy wstąpili na drogę rozwoju duchowego. Ci, którzy odnaleźli metodę w jodze, którzy postanowili zgłębić prawdę oraz służyć swoją energią, czasem i przykładem reszcie ludzkości. To na dzisiaj tyle, drodzy goście. Zapraszam serdecznie do kolejnego epizodu „Chaty mistyka", gdzie będziemy kontynuować naszą muzyczną podróż A kolejnym razem wyprawę rozpoczniemy od wizyty w Australii. Pozdrawiam wszystkich serdecznie. Pranam.