[00:33] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Właśnie tutaj, właśnie teraz, prosto do twoich uszu, drogi słuchaczu i droga słuchaczko, gdziekolwiek jesteś. Zaczynamy wlewanie kolejnego odcinka, tym razem na żywo, audycji „Bibliotekarium”. Dziś z gościem specjalnym. Oprócz Marka Żelkowskiego i wyjątkowo zamiast Wiktora Żwikiewicza będzie z nami Tadeusz Krajewski, a naszym gościem specjalnym będzie Tadeusz Myszko, autor nieprawdopodobnie szalonej i wciągającej powieści zatytułowanej „Śmieciowi ludzie”. Dobry wieczór panowie.
[01:09] - Dobry wieczór. Dobry wieczór.
[01:10] - Dobry wieczór.
[01:11] - Witam słuchaczy i prowadzących. To byłem ja, Tadeusz Myszko.
[01:16] - Zanim przejdziemy do „Śmieciowych ludzi”, tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium. Audycję oczywiście realizujemy w całości na żywo. Gdzieś tak po godzinie 21 będzie można zadzwonić i skomentować. Jeżeli ktoś już zna książkę, a jeżeli ktoś jeszcze nie zna, to może poznać fragment udostępniony na profilu „Bibliotekarium” na YouTubie. Ale wracając do kontaktów: numery telefonów do Radia Paranormalium to 32 746 00 08, 32 746 00 08. Komórkowy 530 624 193, 530 624 193. Skype radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”. Mamy także konta na Twitterze, na Instagramie, a jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne propozycje kolejnych książek do omówienia na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
Halo, halo Bydgoszcz.
[02:40] - Halo, halo! To ja może zacznę od takich remanentów. Przede wszystkim pozdrowienia dla wszystkich słuchaczy od Wiktora. Wiktor obiecuje, że już za tydzień pojawi się ponownie. Nie będzie absencji. Natomiast w tym tygodniu jednak pewne rzeczy go zatrzymały. I od razu powiem, bo to może ważna rzecz w związku z takimi różnymi technicznymi perturbacjami. O, właśnie. Czasami się jednak uda coś powiedzieć. Za tydzień będzie ponownie „Bibliotekarium”.
Nie będzie „ABW”, ale za to dwa ostatnie tygodnie maja to będą pod rząd dwie audycje „ABW”. Takie małe przestawienie. Później, w czerwcu wrócimy do normalności. To tyle tytułem remanentów. Jeszcze raz witam dzisiaj moich gości. Witam pisarza Tadeusza Myszko jeszcze raz.
[03:38] - Witam jeszcze raz serdecznie.
[03:40] - I witam współprowadzącego dzisiaj. Nasi słuchacze znają ten głos i znają postać. Tadeusz Krajewski.
[03:50] - Dobry wieczór.
[03:51] - Tak, to było powtórne przywitanie. No i cóż, Tadeuszu, mamy rozmawiać o twojej książce. Książka wyszła niedawno, bo tydzień temu. Tydzień temu pojawiła się w sieci książka „Śmieciowi ludzie”. Jeszcze przez dwa tygodnie na stronach „Bibliotekarium” jest sprzedawana w promocji, więc jakby ktoś miał ochotę, to promocyjna cena mocno obniżona w stosunku do tej tak zwanej ceny okładkowej. To dla niektórych ważne, żeby coś utargować, więc z nami się da utargować. Mówię tu o „Bibliotekarium”. Ale cóż, książka jeszcze, jak to powiedzieć, gorąca. W związku z tym pewno mało osób ją zna. No to cóż, Tadeuszu, rozpoczynamy rozmowę o „Śmieciowych ludziach”.
Zachęć nas, żebyśmy książkę przeczytali. Ja tu się kryguję, bo ja już ją czytałem kilka razy. Natomiast nasi słuchacze nie. No to ich zachęć.
[04:46] - Oj Marek, nie będę zachęcał. Ja się nastawiłem na to, że to wy będziecie mnie atakować, a ja będę się bronił.
[04:53] - Obiecuję, że ataki przed tobą jeszcze są, to spokojnie.
[04:57] - Nie, to nie jest dobra formuła, żeby autor zachęcał.
[05:02] - Wiem, bo ona jest trudna.
[05:05] - Tak. Drugi Tadeusz podnosi rękę, żeby się wtrącić, więc oddaję mu z przyjemnością głos.
[05:10] - Tak jest.
[05:11] - Może zacznę od tego, że tutaj nie podpisywałem żadnego regulaminu, że będę atakował pisarza. Nie mam zamiaru. Chyba że zdarzy się to jakoś spontanicznie, niechcący. Powiem kilka zdań po prostu o moich odczuciach związanych z książką i ewentualnie poproszę o komentarze, jeżeli będą one szczególnie prowokacyjne. Ja do tej książki mam bardzo osobisty stosunek, bo czytałem ją w dość trudnym momencie mojego życia i lektura tej książki była dla mnie taką eskapistyczną terapią. Po prostu dzięki niej uciekałem od rzeczywistości. Bałem się, że jeżeli wrócę do tej książki za kilka lat, to będę miał inne spojrzenie na nią. Ona mi się po prostu podobała i myślałem, że za kilka lat, już gdy będę tak na trzeźwo mógł ją rozpatrzeć Treść książki, będę miał inne spojrzenie, bardziej krytyczne. Na szczęście spotkałem całkiem niedawno mojego przyjaciela Wojtka Chudzińskiego.
[06:17] - Naszego też przyjaciela.
[06:20] - Człowieka, który jest dziennikarzem, publicystą, a nade wszystko jest redaktorem, także bardzo dobrze zna rzemiosło literackie. I co ważne, jest bardzo dobrym pisarzem i poetą. To jest bardzo istotny element, o którym nie wspomniałem. Mam nadzieję, że jeżeli Wojtek w tej chwili nas słucha, to nie będzie miał pretensji do mnie o to, bo była to prywatna rozmowa. Powiedział jedno zdanie, które zacytuję: „Tadeusz napisał świetną książkę”. Więc się uspokoiłem, bo oznaczało to, że moje spojrzenie było w miarę obiektywne i będę mógł już publicznie tę moją ocenę powtarzać. Właśnie to tutaj teraz mówię, że Tadeusz napisał bardzo fajną książkę. Tutaj jestem winien wyjaśnienie, bo powiedziałem, że ta lektura była taką terapią eskapistyczną. Ta książka nie jest eskapistyczna, broń Boże. To jest książka dość mocno zaangażowana w różne sprawy naszego życia i uderza w pewne, o których trzeba czasami głośno mówić.
I Tadeusz odważył się głośno powiedzieć o kilku ważnych sprawach, które czasami się przemilcza. Także na pewno to nie jest żaden eskapizm, ale skąd ten eskapizm się u mnie wziął? Otóż przypomniały mi się moje odczucia czytelnicze z okresu dziecięcego, kiedy zaczynałem czytać fantastykę. Czytałem wtedy Bradbury'ego, Asimova, Clarka. To byli moi pierwsi pisarze. I tak zupełnie niechcący wymieniłem ABC światowej fantastyki z tego okresu. Ja właśnie wtedy uciekałem do tej literatury. Ona była dla mnie eskapistyczna jak najbardziej. Zakochałem się w „Kronikach marsjańskich”. Pamiętam, że mówiłem o tej książce bardzo często przez całe dekady, także niektórzy ludzie bali się nawet nazwisko Bradbury'ego przy mnie wymówić, bo obawiali się, że będę zaraz jakiś referat wygłaszał.
Potem też jakieś dekady minęły od czasu, jak czytałem tę książkę po raz ostatni. Kilka lat temu mój przyjaciel dał mi w prezencie powieść Bradbury'ego „Jakiś potwór tu nadchodzi”, która wcześniej w języku polskim się nie ukazała. Zaczynałem ją czytać z wielką obawą, bo podejrzewałem, że gust mi się zmienił. Dużo różnej innej literatury przeczytałem, więc być może ja się kompromituję mówiąc o Bradbury'm dobre rzeczy. Po przeczytaniu pierwszych stron obawy stopniały, właściwie prysły całkowicie. Muszę powiedzieć, że po prostu czytałem już jako dziecko dobrą literaturę. Do czego zmierzam? Do tego, że książka Tadeusza Meszko to książka, która nawiązuje do tego kanonu starego. Czyli jest to książka hard SF.
[09:12] - Aczkolwiek bez statków kosmicznych, bez takiego szafarzu kosmicznej science fiction, bo to niektórym się niestety kojarzy fantastyka, że to prawie „Gwiezdne wojny”. To nie są „Gwiezdne wojny”. To jest fantastyka na troszeczkę innym poziomie. Ona się odbywa za kilka lat, bliskiego zasięgu fantastyka, ale jednak jest fantastycznie, a właściwie SFistycznie.
[09:36] - Gdybym miał tutaj przywołać jednego z tych wielkich pisarzy, o których wspomniałem na początku, to bardziej do Clarka jest to rzecz podobna i tutaj z tym pisarzem bym jakoś wiązał tę książkę. Chociaż nie na siłę, broń Boże, tylko po prostu bardziej Clarke, może nawet trochę Asimov. W każdym razie jest to hard SF i tutaj naprawdę uważam, że autor wykazał się wielką odwagą, pisząc dzisiaj taką książkę i decydując się na jej wydanie teraz. Bo hard SF to po prostu jest coś, czego już właściwie na dobrą sprawę nie ma. Można znaleźć oczywiście pewne przykłady jakieś fajne, jak na przykład opowieść Jamajkowskiego „Keller. Space opera”, ale udziwniona, bo tam są Sarmaci w kosmosie na przykład. Owszem, bardzo dobrze to jest zrobione, bardzo dobrze napisane. Polecam jak najbardziej. Ale nie nazwałbym tego hard SF. Hard SF właściwie to już nikt nie pisze.
Są pewne wyjątki, oczywiście nawet wybitne, jak chociażby proza Łocha i jego opowieść „Ślepowidzenie” czy druga część „Ekopraksja”. To taki dyptyk.
[10:46] - Która osiąga, to „Ślepowidzenie”, jakieś bajońskie sumy na Allegro. To jest książka sprzedawana w jakiejś koszmarnie wysokiej cenie, której nikt na okładce nigdy nie widział. Tak, jest w tej chwili ta książka popularna. Warto też zwrócić na to uwagę.
[11:03] - Akurat też-
[11:03] - Panowie, mogę się wtrącić? Chyba zaczęliście rozmawiać o innej książce.
[11:10] - Właśnie Tadeusz nawiązuje do twórczości Tadeusza Meszko. Przypomina mi się od razu twoja najnowsza książka „Winda do nieba”, której bohater Bartłomiej Gałą na konwencie miłośników fantastyki Dawcon wygłasza takie płomienne przemówienie, które jest, wydaje mi się, streszczeniem twoich poglądów, Tadeuszu, na temat współczesnej fantastyki. Jest to trawestacja wypowiedzi Eliota Roswellera z powieści „Niech pana błogosławi pan Rosweller”, o ile się nie mylę, Kurta Vonneguta.
[11:50] - Nie możesz się mylić, bo ty mi przypomniałeś, z jakiej to książki jest.
[11:54] - Nie pamiętam, czy to właśnie-
[11:55] - Bo ja tylko rzuciłem na Facebooku, że pamiętam coś takiego, ale nie pamiętam, w której to książce było. I wtedy mi odpowiedziałeś jako pierwszy.
[12:03] - W każdym razie Bart mówi do pisarzy na tym konwencie, że nie zasługują sobie nawet na to szlachetne miano suczych synów, bo tak zaczyna właśnie swoją wypowiedź Eliot Rosweller. Ma do nich pretensje, że nie zabierają ich w podróż do raju albo do piekła, że nie zabierają czytelników w podróż, która ma trwać tryliardy lat, że nie zadają pytań, na które już nikt nigdy nie udzieli żadnych odpowiedzi, że właściwie zgubili swoje powołanie. Może w związku z tym pierwsze pytanie do ciebie, Tadeuszu, jeśli mogę.
[12:41] - Jasne.
[12:43] - Czy rzeczywiście tak kiepsko oceniasz status współczesnej literatury fantastycznej?
[12:51] - Nie mogę stuprocentowo odpowiedzieć, ponieważ raczej bardzo mało ostatnio czytam ostatniej fantastyki, więc to jest trudne pytanie. Ale z tego, co czytam, to nie jest ta literatura, która mnie interesuje. Co nie znaczy, że ona jest złą literaturą, tylko po prostu mnie to nie interesuje. Mnie interesują inne książki, inne historie. A że bohater tej nowej książki w jakimś stopniu jest moim alter ego, więc jego też te nowe książki nie interesują i dlatego ma pretensje do miłośników i pisarzy science fiction. I dlatego zamiast „Kocham was, wy sukinsyny” mówi do nich: „Żal mi was, wy sukinsyny. Nauczyliście się pisać, ale piszecie o niczym”. Ale Tadek, wróćmy trochę, bo popłynąłeś w dalekie strony. Wróćmy do tego, że za wydanie książki należy się odwagę wydawcy, a to nie była moja decyzja, więc tutaj przy okazji dziękuję wydawcy, która jest związana z Bibliotekarium. Wydawcą jest Bibliotekarium.
To ja ci się pracowicie wetnę słowo, bo to jest moja specjalność i w końcu muszę ją pielęgnować. Powiem od razu z porządkowych rzeczy, że jednym z patronów medialnych tej książki jest Radio Paranormalium, na antenie którego możemy w tej chwili rozmawiać. Drugim patronem jest solaris.net, w którym ta książka również jest dostępna, ale to są takie remanenty. Natomiast wspomniany został tutaj Wojtek Chudziński. To ja może chwytając za książkę i z okładki zacytuję, co Wojtek o książce Tadeusza Myszko napisał. Otóż: „Tadeusz Myszko napisał fantastyczną powieść akcji, w której pojawiają się wyścigi samochodowe, terroryści, działacze Greenpeace oraz piękne kobiety. W głębszej warstwie jest to jednak gorzka diagnoza naszej rzeczywistości oraz świata zdominowanego przez super technologię, dzielącego społeczeństwo na ludzi z górnej półki i nieprzydatne nikomu śmieci, odbierającego wolność wyboru”. Tyle Wojtek Chudziński. Teraz ja się mogę wtrącić?
[15:25] - Proszę bardzo.
[15:27] - I tutaj do was obydwu. Dla mnie to nie jest powieść science fiction. Dużo na ten temat powiedzieliście, ale ja się z tym nie zgadzam. Ja na własne potrzeby, szukając wydawcy, określałem tę książkę powieścią współczesną. Jak to ja to nazywałem? Uciekło mi. W klimacie sensacyjnym, z elementami fantastyki. I to jest tyle.
[15:52] - Naukowej.
[15:54] - Naukowej, tak. Dla mnie jest to powieść współczesna. To, że wykorzystałem formułę sensacyjną, w dzisiejszych czasach jest trudno zdobyć popularność, a jednak pisarzowi zależy na tym, żeby chociaż trochę pieniędzy zarobić za swoją pracę, więc dlatego została wpleciona sensacja. A elementy science fiction zostały wplecione dlatego, że kiedy zastanawiałem się nad akcją książki, zresztą wymyślonej książki na bardzo chłodno. Po prostu podszedłem logicznie do sprawy. Mówię: „Ach, muszę napisać bestseller”. Wiedziałem, że nie chcę jednego bohatera, superbohatera, tylko chcę grupę bohaterów i to takich właściwie nieudaczników, którzy przez przypadek, ale trochę także wykorzystując własne doświadczenie życiowe, będą mogli rozwiązać pewną intrygę sensacyjną. Najgorsze było jaką intrygę. Marzyła mi się książka w stylu Grishama, jakaś prawnicza, żeby jakiś kruczek pozwolił, że wszystko wywraca całą sytuację. Ale nie jestem prawnikiem.
Stwierdziłem: „Nie, intryga musi się skupić wokół czegoś, na czym się dobrze znam, bo tylko wtedy będę wiarygodny, będę mógł przekazać pewne szczegóły i będę mógł wyłapać niuanse, które potrafią zbudować tę intrygę”. A że oprócz tego, że piszę prozę, to przez kilka lat zajmowałem się pracą popularnonaukową i genetyką, mówiąc dokładniej. I wtedy sobie przypomniałem o czymś takim jak śmieciowe DNA i sobie pomyślałem: „Aha”. Bo miałem, pracując nad tą książką popularnonaukową, właściwie nad dwoma książkami. Jedna to jest „Klucz do DNA”, a druga „Matrycy duszy”. Od razu powiem, pierwsza to jest bardziej taka genetyka molekularna, podstawy chemiczne, jak jest zbudowany nasz kod genetyczny i tutaj jakieś moje przemyślenia na ten temat, czym ten kod może być i jak możemy go odczytywać.
[18:21] - A druga część matrycy duszy to jest spojrzenie filozoficzne na kod genetyczny. Zastanawiam się, na ile kod genetyczny buduje naszą świadomość.
[18:35] - Jeśli można się wtrącić, to chcę zauważyć, że twoja twórczość jest w Stanach Zjednoczonych. Nawet bohaterowie twojej książki wspominają o polskim autorze, którego nazwiska nie pamiętają, ale mówią o kluczu do DNA.
[18:48] - Tak, dokładnie.
[18:50] - Proszę, jak autor może sobie uprzyjemnić życie.
[18:54] - Albo PR zrobić.
[18:57] - Napiszę sobie rzeczywistość taką, o jakiej marzę.
[19:00] - Wracam do tego śmieciowego DNA, bo ono jest bardzo istotne dla kształtu książki. Kiedy stwierdziłem, że to musi być związane ze śmieciowym DNA, a pracując nad książką „Klucz do DNA” miałem dwie hipotezy dotyczące czym mogłoby być to śmieciowe, co tam może być ukryte. Zagłębiając się w tematykę, pracując nad genetyką dwa razy, wtedy mógłbym zdawać nawet egzaminy z genetyki molekularnej. Przebrnąłem przez pewnie całą literaturę polską, ale także i w dużym stopniu światową. Po najnowsze artykuły z prasy czy nawet z internetu. Obydwie moje hipotezy się w pewnym momencie wykruszyły. Stwierdziłem, że jednak to nie jest tak. Ale na potrzeby książki stwierdziłem, a dlaczego nie? I wykorzystałem jeden z wcześniejszych pomysłów, co w tym DNA śmieciowym może być zapisane. I przyjęcie tego, że dotyczy śmieciowego DNA pozwoliło już ułożyć fabułę.
Przyjęcie tego, że tytuł książki będzie „Śmieciowi ludzie” spowodowało także, że zacząłem tych śmieci, tych śmieciowych ludzi szukać nie tylko w tym DNA, nie tylko w intrydze fabularnej, ale stwierdziłem, że muszę to rozszerzyć trochę na współczesny świat. Pisarz jednak też żyje w jakiejś określonej rzeczywistości, nie może się odciąć od tego zupełnie. Książkę zacząłem pisać w czerwcu 2016 roku. Jeszcze Trump nie wygrał, chociaż już wiedziałem, że w mojej książce wygra. Jeszcze PiS nie wygrał, chociaż niestety później się okazało, że wygrał.
[20:55] - Dobrze, to ja w tym momencie, to jest dobry czas, żebym zadał to pytanie, z którym się już czaję od początku. Powiedz Tadeusz, czemu ty, bo to w tej książce się tak pojawia, mogę tak to odczytać, może mnie sprostujesz, czemu ty tak nienawidzisz PiS-u? I nie zamieniajmy tutaj tej dyskusji w dyskusję polityczną, ale czemu tak nienawidzisz PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego? Do tego stopnia, że w książce pojawiają się trzy krótkie fragmenty, które dla mnie na początku, później troszkę inaczej o tym pomyślałem, w ogóle się nie łączą z treścią książki. To mnie, bo już wiem o co chodzi, ale czemu tak nienawidzisz tej rzeczywistości?
[21:39] - Skoro wiesz, to nie muszę cię prostować już. Dlaczego ja nienawidzę jakiejś partii? Bo mi narzuca sposób myślenia. Zabiera mi prawo do tego, że mogę inaczej myśleć. Nazywając drugim sortem, którego określenia w książce nie używam, a być może gdzieś tam, ale drugi sort, czyli coś, śmieciowi ludzie, prawda? I dlatego ten bohater się pojawia. To jest przy okazji postać autentyczna. On jest Polakiem z pochodzenia, a akcja książki dzieje się właściwie przez cały czas w Nowym Jorku.
[22:27] - Dobrze Tadeusz, ale ja jeszcze tak będę drążył ten temat. Jako pisarz możesz wstawić dowolną postać, która wypowiada dowolne rzeczy w swojej książce, ale zawsze będzie pytanie: po co? Czy to ma jakiś wymiar, że sobie przez kilka stron dosłownie, bo książka ma 350 stron, dosłownie na kilku jedziesz ostro. Jaki to ma wymiar fabularny? Jak to się przekłada? Czy ty sobie po prostu ulżyłeś?
[22:58] - Ale Marek, czy ty żartujesz?
[23:01] - Staram się tych, którzy nie czytali jakoś naprowadzić, żebyś troszkę opowiedział, nie opowiadając fabuły. O to mi chodzi.
[23:10] - Tytuł książki musi się uzasadnić.
[23:12] - Właśnie, ja tutaj mam dowód.
[23:14] - Okej.
[23:14] - Że można.
[23:14] - Proszę.
[23:15] - Bo znalazłem taki fragment.
[23:16] - Pomóż mi, bo ja nie rozumiem, Marka.
[23:18] - To są śmieciowi ludzie. I tutaj pozwolę sobie zacytować fragment. To jest rozmowa, biesiada, jaką odbywają bohaterowie od czasu do czasu podczas tak zwanych piątków nieobolności. Gdzie nie tylko mogą się upić do nieprzytomności, ale mogą też spokojnie mówić o swoich poglądach, nie narażając się na żaden ostracyzm, bo to jest grono przyjaciół. I tutaj jest piękna metafora tytułu również, bo tytuł „Śmieciowi ludzie” można odczytywać na różne sposoby. Pozwolę sobie tutaj fragment przedstawić. „Na całym świecie dla średniego i starszego pokolenia ostatnie wybory polityków uważane są za najgorsze z możliwych. Nie rozumiemy młodego pokolenia, a to oni zbudują nowy, wspaniały świat bez nas. Jesteśmy śmieciami przeszkadzającymi im w zmianie świata. Nie rozumiemy ich.
Zapominamy o tym, że to oni będą z nimi żyć i może oni takich ludzi potrzebują. Szala raz przeważa się na wybór ugodowych, a raz na agresywnych polityków. W sejmie społeczeństwo jest mądrzejsze od największych umysłów. Jego wybory często są strumykiem niedostrzeganym przez mędrców”.
[24:24] - Ale po kilku latach strumyk staje się głównym nurtem i już każda gadająca głowa w telewizorze wie, dokąd zmierza. Podejrzewam, że populiści zawsze wygrywali, tylko dzisiaj w tym oświetlonym jupiterami mediów szambie życia wyraźniej ich widać. Anne powiedziałaby nam więcej, lecz wydaje mi się, że demokracja grecka nie różni się od naszej. Zawsze był to wybór większości, czyli środka niemyślącego ideałami, a żołądkiem. Najgorzej, że kiedyś nasz wybór przekroczy granice rozsądku. Wydaje mi się, że te wszystkie wzmianki antypisowskie, o których mówił Marek, tutaj są podsumowane. Co więcej, mówi się o tym i to jest bardzo ciekawa teza, pomijając poglądy polityczne nasze, każdego z nas. Pojawia się ciekawa teza, że ludzie, którzy wybierają w tej chwili tych najbardziej agresywnych polityków, jak sam to powiedziałeś, masz na myśli Kaczyńskiego czy Trumpa, to są ludzie głównie młodzi. A ludzie z pokolenia tych bardzo dojrzałych albo starych wręcz na to się nie godzą. Oni by dokonywali innych wyborów, tylko że już nie mają za bardzo nic do powiedzenia.
Czyli w takim razie stają się tymi ludźmi śmieciowymi również.
[25:40] - „Śmieciowi ludzie” ma wiele znaczeń. Jak mówiłem, jak miałem już ustalony tytuł, to nie mogło tak pozostać, że nie ma żadnego odniesienia w treści książki. Ale nie ograniczałem się również do jednego odniesienia, tylko poszukałem wielu. Jedno to jest to, że śmieciowi są ludzie starzy. Dzisiaj się zwraca uwagę tylko młodzi, wszystko dla młodych. A jak ktoś już ma ponad 50 lat, to już państwo się nim nie interesuje. Już nie mówię o jeszcze starszych. Więc to jest ten wymiar. Po drugie, jeżeli nie masz pracy, jeżeli coś ci się w życiu nie powiodło, to też jesteś spychany na pobocze tego świata. Ważne jest, żebyś kupował dużo przedmiotów, wykonywał posłusznie pracę.
Zwracam uwagę na słowo „posłusznie”. Wtedy jesteś doceniany. Oczywiście zapominasz, że jak już nie będziesz miał 20 a ponad 30 lat, to też się staniesz śmieciem. Przepraszam, trochę emocjonalnie.
[27:03] - To, o czym mówisz, to jest problem całego świata.
[27:06] - Dlatego tutaj też jest mowa o Trumpie również, nie tylko o Kaczyńskim. Dlatego wprowadziłem postać Polaka, bo akcja się dzieje w Nowym Jorku i te słowa wypowiada Kajtek, który jest taksówkarzem przyjeżdżającym do Stanów Zjednoczonych już od 30 lat. Dwa razy w roku zostaje na parę miesięcy i jeździ taksówką po Nowym Jorku.
[27:32] - Postać autentyczna.
[27:33] - Postać autentyczna. On zna bohaterów i może sobie z nimi też swobodnie porozmawiać. Siedzi w Nowym Jorku i denerwuje go to, co się w Polsce dzieje. Może to nie jest do końca zgodne, bo większość Polaków mieszkających w Stanach Zjednoczonych jest bardziej konserwatywna, a tutaj on się okazuje bardziej demokratą. Już nie będę szukał innych określeń. Ale może być taką osobą. Zwłaszcza że poznałem Kajtka, który inaczej się trochę, inne ma imię i inne nazwisko. Mam szerzej o tym mówić, czy to wystarczy? Przepraszam, jednak muszę trochę powiedzieć. Było to na stypie mojego przyjaciela i jego także w domu, w mieszkaniu, w domu właściwie prywatnym.
Nikt nie pali. Pytam się gospodyni, gdzie mogę zapalić. Mówi: „Idź do piwnicy, tam zobaczysz taki plakat z Nowego Jorku. Taksówkarz. Tam mój mąż siedzi i tam u niego możesz zapalić”. Zszedłem, spotkałem go, zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałem się, że rzeczywiście jest taksówkarzem w Nowym Jorku. Prywatnie zajmuje się Talmudem i tymi sprawami. Obydwu nam się nie podobały pewne rzeczy, które się w Polsce dzieją. Ta rozmowa miała miejsce w lutym 2016 roku.
W 2016, w czerwcu zacząłem pracę nad tą książką i stwierdziłem, że to jest idealna postać, żeby przekazać jeszcze inny aspekt śmieciowości. Do tego, że kariera, do tego, że wiek, to jeszcze śmieciowym można być dlatego, że politycznie coś nie pasuje.
[29:39] - Jedna sprawa: jak tłumaczysz ten paradoks, że młodzi ludzie opowiadają się za konserwą, że odrzucają postęp?
[29:46] - To zbyt trudne pytanie. Po prostu im się nie podoba to, co się dzieje i chcieliby czegoś nowego, ale nie mają jeszcze doświadczenia życiowego i nie wiedzą, co jest dobre, a co jest bardzo ryzykowne, wydaje się tylko dobre z pozoru.
[30:04] - Tu mamy pogląd na czat i czytam, że Paralelny Ziemianin pisze: „Ja też nie jestem fanem PiS, ale chyba po każdej partii bym pojechał”, bo bardzo wielu ludzi ma takie właśnie nastawienie, że polityka to nie jest to, w czym chcieliby się grzebać i raczej takie mają odczucia. Ale dobrze.
[30:23] - Ale Marek, ja wybrałem pewną skrajność.
[30:26] - Ja rozumiem.
[30:28] - Niestety już taka jest teraz tutaj rola moja, taki jest podział, że ty jesteś przepytywany, a ja jestem przepytujący. Ta rola mi bardzo odpowiada, bo jesteśmy w takiej relacji jak przesłuchiwany i przesłuchujący.
[30:43] - Nie boję się. Proszę śmiało.
[30:46] - Okej, to ja, żeby już nie ciągnąć tego wątku, powiedziałem on-
[30:50] - Nie po oczach.
[30:51] - Na 350 stronach tych kartek dotyczących tak stricte, gdzie główny bohater Kajtek jedzie i to ostro zarówno po partii, jak i po jej przywódcy, jest zaledwie kilka. Tak jakby to dobrze policzyć. To ja zupełnie ucieknę w inne obszary tej książki. Otóż otwierając ją, znajdziemy taką dedykację, dosyć tajemniczo brzmiącą, która brzmi w ten sposób, to ją sobie zacytuję: „Dla Edyty za uratowanie mi życia podczas zrywania jabłek kilka kilometrów od miejsca, gdzie odnaleziono grób centaura”. To jak byś to skomentował?
[31:37] - Musiałbym opowiedzieć tą historię.
[31:39] - Czekamy.
[31:42] - Okej. Lubię Grecję, a część akcji dzieje się w Grecji, jest bardzo istotna. Ona się dzieje w Tesalii.
[31:51] - Tyle możemy powiedzieć, że zaraz na początku książki odnaleziony jest w tej Grecji grób.
[31:57] - To słuchacze, o ile dobrze wiem, będą mogli tego posłuchać.
[32:00] - Ano właśnie. Dobrze, to tak.
[32:03] - To może niech słuchacze tego posłuchają, a później ja opowiem historię.
[32:10] - Myślę, że to jest znakomity pomysł. Marku, jeżeli jesteś gotowy, to prosimy w takim razie o pierwszy fragment książki Tadeusza Meszko.
[32:25] - Tadeusz Meszko „Śmiecioludzie”. Rozdział pierwszy. Groby i śmietniki. Czyj to szkielet? Czy może być coś bardziej wyciszającego natłok myśli niż ukrycie się przed palącym słońcem w cieniu drzew oliwnych? Anne Laskowski, 30-, 40-letnia biała kobieta o delikatnych wschodnich rysach twarzy już nie była tego pewna. Anne od wielu miesięcy z determinacją prowadziła wykopaliska, lecz w tej chwili schroniła się, mówiąc, że musi coś sprawdzić w notatkach. A prawda była taka, że zwątpiła w sens swoich poszukiwań i musiała przetrawić gorycz porażki w samotności. Siedziała na drewnianym koślawym krzesełku o wiklinowym siedzisku, podpierając dłońmi podbródek, wpatrzona w krajobraz. Stanowisko archeologiczne zlokalizowane było na zachód od wioski Pelion, na wysokości ponad 1600 metrów nad poziomem morza, pośród pagórków porośniętych głównie sosnami i kasztanowcami z wystającymi ponad koronę drzew białymi skałami.
W linii prostej trochę ponad dwa kilometry od wioski, ale jazda samochodem terenowym zajmowała aż 40 minut. Codzienne minuty zwątpienia, czy właśnie ten dzień przyniesie przełom. Greccy filozofowie nie martwili się harmonogramem prac, tylko delektowali życiem i popijając wino, rozprawiali o istocie bytu. Tesalia, zielona kraina pomiędzy górami zanurzonymi w chmurach a skrzącym się migotaniem słońca morzem. Już nie tak spalona jak Peloponez, ale wciąż ciepła, z gajami oliwnymi i zielono-złotymi, olbrzymimi jak melony jabłkami. To z Tesalii 2000 lat temu Jason wyruszył na niebezpieczną, pełną niezwykłych przygód wyprawę po Złote Runo. Ale Tesalia to również kraina centaurów, światłego Chirona, wychowawcy Jazona, Heraklesa czy Achillesa, jak i pijaka oraz gwałciciela Eurythiona, który w czasie wesela króla Peirithousa dobierał się do panny młodej. Anne już od trzech lat szukała grobu porywczego centaura, którego w niesławie pochowali inni centaurowie. Szukała i coraz bardziej wątpiła, czy go odnajdzie. Myśli Anne błądziły między czasami Homera a własną przyszłością, której tak właściwie nie miała.
W Nowym Jorku czekał na nią Terry, jednak wciąż brakowało jej pewności, czy to on jest tym jedynym. Była też profesura na uniwersytecie, grzebanie w zakurzonych dokumentach oraz wykłady dla ludzi bez pasji. Tego nie można było nikogo nauczyć. Wiedziała o tym doskonale. Albo miałeś, albo nie miałeś marzeń oraz siły, by pójść za nimi wbrew zdrowemu rozsądkowi. Niestety marzenia jej studentów nie wykraczały poza dobrze płatną pracę. Terry również nie potrafił odnaleźć własnego celu, co nie wróżyło stabilizacji związku. Wciąż walczył z niespełnionymi marzeniami, głównie o lataniu, zostaniu kosmonautą, później pilotem, a ostatnio choćby operatorem drona. Poznała go na wyspie Bahrajn w 2014 roku. Ona prowadziła wykopaliska w wiosce Al-Janabibah, przeszukując groby z okresu hellenistycznego, gdzie odnalazła tak ważną tabliczkę, która doprowadziła ją do Pelion.
On był na misji wojskowej, o której niewiele mówił. Wiedziała jedynie, że jest powiązana z dronami. Zanim wyjechał, coś między nimi zaiskrzyło. Spotkali się kilka miesięcy później w Nowym Jorku, a po roku zamieszkali razem w jej mieszkaniu. Cios przyszedł w 2016 roku. Terry podczas kolejnej tajnej misji został ranny w lewą nogę. Po rekonwalescencji, dzięki protekcji dawnego dowódcy zaczął pracować dla charytatywnej organizacji Lost in Life. To go uspokoiło. Tylko raz na tydzień wyskakiwał w piątek na popijawę z przyjaciółmi, ale też wewnętrznie przygasł. Anne nie wiedziała, czy wolała go rozedrganego, wciąż poszukującego nieosiągalnego celu, czy też tego spokojniejszego, lecz wypalonego.
Pojawiła się w nim jakaś zadra. Fizycznie noga została wyleczona, jedynie lekko utykał. Jednak w głowie powstały szkody jak po wybuchu bomby atomowej. Z pewnością uważał, że nie jest w pełni sprawny i jeżeli Anne zgodzi się z nim zamieszkać, zrobi to z litości. Ten sposób myślenia był żałosny i rzeczywiście mógł wywoływać odruch politowania, ale nie dotyczyło to wspólnego życia z Terrym. Jednak poza czekaniem niewiele mogła zrobić, a później otrzymała grant na wykopaliska w Grecji i sprawa skomplikowała się jeszcze bardziej. Od trzech lat sytuacja znajdowała się w zawieszeniu. Widywali się najwyżej przez kilka miesięcy w roku i już nie wiedziała, czy warto pielęgnować ten związek, czy może lepiej poszukać nowego faceta. Anne uznała, że czas podsumować życie. Miała już ponad 30 lat, a tak naprawdę powinna przyznać się, że była przed czterdziestką.
Najlepsze lata spędziła na stanowiskach archeologicznych, jak Terry goniąc za marzeniami i już za kilka lat sama stanie się wykopaliskiem. To był ostatni czas na odnalezienie ustatkowanego męża, urodzenie dzieci. Uciekała przed takim podsumowaniem ostatnich 20 lat życia, lecz kiedyś musiała sobie powiedzieć: „Nie będziesz drugim Schliemannem. Nie udowodnisz, że baśniowe stwory Homera były istotami z krwi i kości”. Już wiedziała, że była taka sama jak Terry. Obydwoje gonili za czymś nieosiągalnym. Westchnęła po raz setny i podjęła decyzję. Na razie nie będzie szukać innego mężczyzny. Porzuci pracę w terenie i spróbuje uratować związek. Wróci do Nowego Jorku i będzie wykładać na uniwersytecie.
Naraz Anne zobaczyła pięcioletniego chłopca w krótkich spodenkach i T-shircie z dinozaurem. Biegł w stronę namiotu, machając rękoma, jakby oganiał się od pszczół. To był Jorgos, synek jednego z pracowników Alexisa, który bardzo pragnął mu pomóc w odkopaniu śladów praojców. „Tak się rodzą pasje drążące nas przez całe życie” — pomyślała. Zasapany Jorgos wpadł pod zadaszenie i chwytając ją za rękę, pociągnął w stronę stanowiska. „Pani archeologos. Znaleźliśmy”. „Tak. A co?” — zaśmiała się, pozwalając chłopcu porwać się z krzesła. „Nie wiem dokładnie.
Jakieś ostu” — krzyczał, ciągnąc ją za dłoń. „Okropne ostu, żółte ze strzępami materiału. Brrr”. „Kości? Czyżby grób Eurскоре? Teraz ona przejęła inicjatywę, ciągnąc chłopca za sobą. Biegnijmy. To ważne”. Już z daleka zauważyła, że grupa stoi wokół jednego z wielu stanowisk wytypowanych przez nią jako możliwe miejsce pochówku. Takich miejsc w okolicy znajdowało się tysiące i rozkopanie wszystkich nie było możliwe, a wskazówki, którymi dysponowała Anne miały raczej charakter intuicyjny i nie znajdowały wsparcia w dokumentach.
Pogrzeb Eurythiona odbył się w trakcie wojny centaurów z Lapitami, a on nie był bogatym. Przyjęła więc, że grób nie mógł być okazały, chociaż z pewnością postarano się o zachowanie wymogów grzebania zmarłych. Podjęła decyzję, aby skupić się na pagórkach porośniętych trawą i drzewami, nawet tymi wysokimi. Minęło wszak kilka tysięcy lat, które na wschodnim zboczu byłyby obsypane kamiennym gruzem. Gdy podbiegła do stanowiska i przedarła się przez krąg wynajętych robotników, zobaczyła grób. Płytkie na metr wnętrze, które obłożono jedynie półmetrową warstwą białych kamieni. W mroku dostrzegła kości człowieka i czworonożnego zwierzęcia. Nie, to nie była prawda. Te słowa musiała powtórzyć sobie w głowie kilka razy, by to, co ujrzała, utrwaliło się w jej umyśle. To był szkielet tułowia człowieka nasadzonego na grzbiet i kończyny konia.
Cofnęła się o kilka kroków i z pewnej odległości zaczęła analizować miejsce pochówku. To z pewnością nie był grób Agamemnona, nazywany skarbcem Atreusza odkopanym przez Schliemanna w Mykenach. Widać było, że zmarłego pochowano w pośpiechu. Co prawda odziano go w najlepsze stroje, a w pobliżu tego człowieka ułożono wyszczerbiony miecz oraz kilka dzbanów z winem, ale nie próbowano nawet pochować go głębiej na końcu długiego korytarza prowadzącego do właściwego grobowca. Zwłoki oparto o zbocze w pozycji stojącej, być może po to, aby mógł w każdej chwili zerwać się do biegu i przysypano kamieniami. Grobu nawet nie uszczelniono gliną. Jednak za największe odkrycie należało uznać to, że nawet jeżeli nie był to szkielet Eurythiona, mieli do czynienia ze szczątkami centaura. Centaura lubiącego wino. „A gdzie jest Norbert?” Była wściekła, że jej asystent nie dopilnował pracowników. „Odszedł na pięć minut” odpowiedział Alexis, nie patrząc jej w oczy.
„Alexis, nie kłam.” Milczał, wbijając wzrok w buty. Anne rozejrzała się. Nie dostrzegła również stażystki Teresy. A niech to! Musieli akurat teraz. Wzięła się w garść. Już za późno na wyrzuty. Co się stało, to się stało. Ponownie podeszła bliżej i zaczęła przyglądać się szczegółom szkieletu. Aż zaniemówiła, gdy dostrzegła, że kość nosowa została ucięta.
Jednocześnie nie zauważyła żadnego pęknięcia czaszki. Czy zmarłemu obcięto uszy? Trudno było stwierdzić bez dokładnej analizy medycznej. Jednak resztki opaski wokół czaszki wskazywały, że tak właśnie mogło być. Rana potwierdzała słowa Homera. To naprawdę mógł być Eurytion. Homer napisał, że w czasie weselnej bójki Tezeusz i jego towarzysze obcięli centaurowi nos oraz uszy. Odetchnęła z ulgą. Istniała bowiem też inna, mniej prawdopodobna wersja, w której Tezeusz z braku miecza cisnął w głowę Eurythiona kamiennym dzbanem. Podbiegł zadyszany Norbert.
„O kurczę, kto to jest?” Anne oderwała wzrok od szkieletu. Miała ochotę obsztorcować asystenta, lecz nim podjęła decyzję, jakimi epitetami go zganić, zauważyła podchodzącą Teresę wytrząsającą z sukienki źdźbła trawy. Mogła obojgu wygarnąć uleganie fizycznym popędom, lecz któż zdoła je poskromić? Centaur z obciętym nosem stanowił najlepszy dowód tego, że nikt. „Przyjrzyj się szkieletowi i powiedz, co o nim sądzisz.” Zrezygnowała z reprymendy i zapytała o to, co było teraz najważniejsze. Norbert przez kilka minut obchodził znalezisko z każdej strony, a jego oczy robiły się coraz większe z wrażenia. W końcu potrząsnął z niedowierzaniem głową i oznajmił: „To musi być falsyfikat. Połączone szczątki różnych zwierząt, tak jak krowo-koń czy owco-byk z Dorset.” Anne nie wydawała się przekonana. Czytała o tym wykopalisku. Archeologowie odnaleźli celtycki grób jeszcze sprzed inwazji Imperium Rzymskiego, w którym złożono krowę z końskimi kończynami, konia z krowimi rogami, a nawet owcę z głową byka zamiast tyłka.
Jednak od razu było widać, że te hybrydy stworzono już w czasie pochówku z kości różnych zwierząt. „Nie dostrzegam żadnych śladów, by zakładać, że złożono tu w kupę kilka szkieletów” stwierdziła Teresa, potwierdzając opinię Anne. A zresztą po co ktoś miałby to robić? „Trzeba załatwić zezwolenie na przeprowadzenie badań w ośrodku naukowym" oświadczyła Anne. „Dopiero wtedy uzyskamy pewność. A teraz do roboty. Zajmijcie się stanowiskiem tak, jak się należy i już bez wspólnych przerw.” Była szczęśliwa. Naraz uświadomiła sobie, że to nowe znalezisko sprawi, że nie będzie mogła wrócić do Terry'ego. No tak - pomyślała. Nigdy nie można być szczęśliwym w pełni.
[46:51] - No to jesteśmy ponownie. Teraz już nasi słuchacze wiedzą, w jakich klimatach zaczynasz książkę, Tadeuszu. No to cóż, to teraz czas chyba na twoją opowieść nawiązującą do tej dedykacji, którą zacytowałem.
[47:08] - Tak, z chęcią. Powiem ci, że już od wielu lat chciałem opowiedzieć o tej historii, ale w tym, co pisałem, nie znajdowałem na to miejsca. Tutaj w książce też nie do końca jest opowiedziana. Właściwie nie jest w ogóle opowiedziana ta historia, ale dedykacja jest przynajmniej pretekstem, żeby to opowiedzieć.
[47:33] - To zapraszamy.
[47:33] - Okej. Zaczęło się od tego, że gdy zacząłem zastanawiać się, gdzie ten grób centaura może zostać odkopany, wiedziałem tylko tyle, że w Grecji. No ale to może równie dobrze być w Macedonii albo w Turcji. I zacząłem szperać o informacjach, gdzie oni żyli, ci centaurowie i tak dalej, bo praca wcześniejsza nad tymi książkami popularnonaukowymi przyzwyczaiła mnie, że lubię wiedzieć więcej niż czytelnicy, ale lubię wiedzieć też dokładnie, co i jak było. Mogłem sobie wymyślić. Wcześniej myślałem o tym, żeby była jakaś to wyspa, ale stwierdziłem: „Nie, to musi być rzeczywiście takie miejsce, gdzie oni żyli, gdzie ich było najwięcej itp., itd.” I jak zacząłem szukać miejsca, ze zdziwieniem zauważyłem, że oni żyli w tym regionie Grecji, który ja znam doskonale. I bardzo jest możliwe odkryty kilka kilometrów od miejsca, gdzie ja przez kilka tygodni pracowałem, zrywając jabłka. Pracowałem tam Ze swoją dziewczyną Edytą. I to było wysoko w górach, bo wbrew pozorom jabłka jednak dobrze rosną tam na wysokości gdzieś półtora tysiąca metrów. W takiej chałupce, gdzie od wioski do domu właściciela plantacji trzeba było jechać z 10 minut serpentynami.
Później od jego domu do chałupki, gdzie była plantacja następne 10 minut. Także totalnie zagubione miejsce. Teraz muszę trochę przeskoczyć. W książce już wiedziałem, że jest to miejsce. A teraz wracając do dedykacji. Kiedy przyjechaliśmy do Grecji z Edytą w odwiedziny do znajomych, których znaliśmy z Opola, bo wtedy mieszkałem w Opolu. Dojechaliśmy do jego domu, a tu widzimy, że jego żona wyprowadza go i próbuje go wsadzić do samochodu. On ma na imię Sokrates Milos. Po prostu emigrant. Jego rodzice przyjechali z Grecji, zamieszkali w Opolu, a on później, po latach stwierdził, że jednak wraca do Grecji.
I wyszło na to, że go, ja nie znam do tej pory, nie wiem dokładnie, czym to się objawia, ale jakaś rwaga kulszowa go kłuciła i on musi, kurczę, dotrzeć do szpitala. Edyta stwierdziła: „Ach, ja jestem już zmęczona”, więc poszła do domu. A ja mówię: „Kurde, ciekawe jak wygląda system opieki zdrowotnej w Grecji. Z chęcią pojadę z tobą”. Pojechałem. Podjeżdżamy do szpitala, tu wybiega jakaś pielęgniarka, dość puszysta, z wózkiem inwalidzkim. Sanitariusz, ona. Sadzają go na ten wózek i wiozą na jakieś badania i tak dalej. Sobie pomyślałem: „Fajnie, kurczę, u nas by jednak chyba nikt z wózkiem nie wybiegł”. To był rok plus minus 1988.
To wtedy na pewno nikt by nie wybiegł. Dość odległe, teraz sobie uświadomiłem, czasy. Pobyliśmy tam u nich dzień, dwa. Później pojechaliśmy tam właśnie szukać jakiejś pracy. Znaleźliśmy tam pracę, było fajnie, zrywałem te jabłka. Też trochę podejście Greków tak przy okazji mi się nie podobało, bo wyobraźcie sobie, że były tam dwa rodzaje pracy przy tym zrywaniu jabłek. Jeden to taki, że wchodziłeś na to drzewo i je zrywałeś, a drugi taki, że te wiaderka uzbierane pełne tych jabłek trzeba było donieść na jakieś miejsce, do jakiejś pryzmy, gdzie później były ładowane na samochód. I był podział taki, że mężczyźni zrywali jabłka, a kobiety nosiły te wiadra. Ja bym to raczej widział całkiem odwrotnie, ale taka kultura, którą bardzo kocham, ale nie wszystkie może jej aspekty. Na tej plantacji oprócz nas było jeszcze dwóch chłopaków, chyba z Poznania, ale imion już tam ich nie pamiętam.
Siedzieliśmy, zrywaliśmy te jabłka wieczorami, sobie piliśmy piwo jakieś, żeby wypocząć. Ja się strasznie objadałem kasztanami. Kasztanami jadalnymi od razu dopowiem. Bardzo mi smakowały i na surowo, i pieczone. I którejś nocy straszna była burza. I to nie zmyślam. To wszystko jest tak, jak mówił Hłasko, prawda autentyczna. Którejś nocy była ta piekielna burza z piorunami. Ja gdzieś około drugiej w nocy poczułem się po prostu fatalnie. Przepraszam teraz, ale muszę powiedzieć, jak było.
Zacząłem rzygać i srać, kurczę, na potęgę. Coś tam Edyta mi dała, jakiś lek przeciwbólowy czy coś. Ale mija pół godziny, nic. Kurczę, ja ciągle po prostu. I ból brzucha potężny. Nic mi nie przechodzi. Mija następna godzina. Mówię: „Edyta, nie wytrzymam. Nie wiem, co jest grane”. Telefonów komórkowych nadmienię, bo może nie wszyscy wiedzą, w tamtych czasach jeszcze nie było.
Zresztą nie wiem, czy tam akurat byłoby łącze jakieś czy możliwość połączenia ze światem. I ona w tą burzę wygnała tych dwóch chłopaków. Oni bronili się dość długo. „No coś ty, głupia, będziemy teraz zapieprzać po ciemku w czasie tej burzy? To niemożliwe. Nic mu się nie stanie. Za kilka godzin będzie świt, przyjedzie właściciel i jak wtedy będzie się źle czuł, to zobaczymy. Najwyżej gdzieś tam go zawiozą”. Ale ona była bardzo uparta, jak wiecie, kobiety potrafią być uparte. I wygoniła ich.
Po następnej godzinie przyjechał właściciel. I mówi: „No dobra, to wsiadaj”. On takim, jak to się nazywa, rodzajem pana pick-upem. Zawiózł mnie do tego domu. Wziął także tych dwóch chłopaków i Edytę. Tych dwóch chłapaków wziął po to, bo mówi: „Słuchajcie, nie będę robił do wioski pustego przebiegu. Załadujcie całą pakę skrzyniami z jabłek, to przy okazji je tam do punktu skupu zrzucę”.
[55:18] - Miał chłop łeb do interesów.
[55:20] - Imię miał Spiros albo Bach. W książce jest taki bliski znajomy Anny, ale zmieniłem to imię. Chłopcy załadowali, ja następne pół godziny zwijam się z bólu. Pojechaliśmy do tej wioski, tam zrzucili te jabłka. Pojechaliśmy do jakiegoś ośrodka zdrowia. Pielęgniarka mówi: „Nie wiem, co panu...” Czy tam Spirosowi, a Spiros nam po angielsku próbuje wytłumaczyć, o co chodzi. „Nie wiem, co panu jest, tylko zrobiłam jakiś zastrzyk przeciwbólowy.” I mówi: „Nie wiem, ale musicie zjechać do Volos.” To jest następne 60 godzin serpentynami. W następnej części, którą słuchacze będą słuchać, jest wzmianka o Volos. Już bez pakowania następnej skrzyni z tymi jabłkami zjechaliśmy do tego Volos. Przyjeżdżamy do szpitala, a tu ta sama pielęgniarka wybiega z wózkiem inwalidzkim, która mnie tam trzy tygodnie wcześniej, znaczy nie mnie, ale kolegę Sokratesa witała jak stwór kulszowa.
Przyjechaliśmy, nie? Wybiega, sadzają mnie na ten wózek inwalidzki, wiozą na jakieś badania. Ona w trakcie tych badań bierze mój paszport, rozkłada i tak po chwili mówi... Najpierw powiem moją reakcję. Słucham jej i mówię: „Kurczę, ja nie wiem, co ona powiedziała”. Znaczy w jakim języku to powiedziała, ale to zrozumiałem. Na pewno nie powiedziała tego po polsku, nie po angielsku. Po grecku jakby powiedziała, jednak aż tak bardzo greki się nie nauczyłem. I teraz co powiedziała? „O!
Сегодня ваш день рождения!” Tak, to był dzień moich urodzin. Jak tylko tam przyszły wyniki badań, to nie trwało długo, około 10–15 minut. Zdecydowano na stół operacyjny. Cóż się okazało? Pęknięty żołądek po prostu. Podobno jest to choroba krów w Grecji, że obżerają się kasztanami, a później pękają im żołądki. W moim przypadku to się okazało to, że wcześniej miałem wrzody. Powstały jakieś nisze powrzodowe i w tym słabym miejscu puściły ścianki żołądka i pękł. Jeszcze tam lekarz powiedział, że późno już po operacji, jeszcze tam z kwadrans, a już by nie było szansy, żeby mnie uratować. Ciekawe, że jak z narkozy mnie budzili, to słyszałem to w ten sposób, że ktoś tam mnie nakłaniał, mówi: „Zerwij to jabłko”.
Ono wisiało na takiej gałęzi daleko, że strasznie trudno było sięgnąć. Ale wiesz, to jakaś sugestia. Tam lekarz pewnie krzyczał: „Obudź się, obudź się!” A mi się nie chciało. Więc taka jest historia. Także gdyby nie Edyta, po pierwsze bym nie żył, a po drugie nie miałbym szansy napisać tej książki. Stamtąd dedykacja.
[58:48] - Czyli historia mrożąca krew w żyłach. Przy okazji jeszcze zapytam o drugi tajemniczy wpis w książce. A właściwie byliśmy z przodu książki, gdzie była dedykacja. Jest jeszcze tył książki i wtedy, kiedy jesteś przedstawiany, twoja postać, to pierwsze zdanie tego przedstawienia brzmi: „Uczeń krawca astronoma”. To jest też ciekawa historia, bo ja pierwsze skojarzenie, które miałem, ale zdaję sobie sprawę, że ja już jestem dinozaurem, więc pierwsze skojarzenie, które miałem-
[59:23] - Tak jakbym ja nie był.
[59:27] - W każdym razie ja miałem pierwsze skojarzenie z filmem „Planeta Krawiec” z Kazimierzem Kaczorem. Ja nie wiem, czy wszyscy nasi słuchacze ten film znają, a sam-
[59:42] - Dobry film.
[59:44] - Po pierwsze nie znam się na tyle na kinematografii, więc ufam, ale mnie się ten film podobał po prostu. Po drugie to chyba czas, żeby tę historię krawca astronoma gdzieś przywołać z odmętów czasu, bo to ciekawe. Po raz pierwszy jest mi dane spotkać osobę, która się z nim bezpośrednio zetknęła. Co to był za facet? Kto to był i w ogóle skąd się wziął?
[01:00:10] - On się wziął z Wilna. Skąd moi rodzice, znaczy mój tata się wziął. Wiesz, krawiec astronom. Nie wiem, jak zacząć, bo mógłbym bardzo długo opowiadać.
[01:00:28] - Ja jeszcze powiem tak.
[01:00:29] - A mógłbym krócej.
[01:00:30] - W filmie był ten wątek taki dosyć sensacyjny poruszony, gdzie on tam między innymi widział, że tam się ruskim nie do końca udało. Coś tam w kierunku Księżyca mknęło sobie i on to też między innymi widział. Pewno nie najważniejsze, ale ja bym chciał się dowiedzieć, co to był za człowiek. Tyle możemy powiedzieć, że popularyzator astronomii, ale człowiek rzeczywiście w czasach socjalizmu to było tak Że jak ukończyłeś odpowiednią uczelnię, zrobiłeś praktyki, to astronomem byłeś. A jak nie, to byłeś wszystkim, ale astronomem to nie. Na astronomii studiowało średnio, przynajmniej tutaj w Toruniu, w pobliżu, jeden, dwóch studentów na roku. Czasami pojawiało się ogłoszenie, że wykład nie odbył się z powodu choroby studenta. To autentyk. W związku z czym tych astronomów prawdziwych, takich zaklepanych w tamtych czasach siermiężnych, socjalistycznych pewno za dużo nie było. A tu mamy do czynienia z człowiekiem instytucją.
Bo po pierwsze człowiekiem, który ma zupełnie inny zawód, człowiekiem, który jest autentycznie astronomią zainteresowany, a co więcej, i to może jest najciekawsze, człowiekiem, który z czasem zyskał sobie wielkie poważanie w astronomii nie tylko polskiej, ale i światowej. Jak już tak naokoło, to teraz tobie oddaję głos.
[01:02:03] - Tak. Zastanawiam się, czy zacząć od mojego poznania Adama Giedrysa, czy zacząć od historii Adama Giedrysa. Ale dobrze, zacznę od historii Adama Giedrysa. Rzeczywiście był krawcem i długi czas astronomia go mało interesowała. Ale to trochę był niespokojny czas politycznie, a on w tym Wilnie, już dokładnie nie pamiętam, do jakiej formacji należał, ale należał do takiej, która wojsku władzy ludowej się nie bardzo podobała. Tam były jeszcze pewne dodatkowe sytuacje. Ostatnio pewna osoba studiująca historię napisała książkę o nim i tam z fragmentu ze zdziwieniem się dowiedziałam, ale to takiego fragmentu wstępu, właściwie nawet nie wstępu, tylko to, kiedy ten chłopak pisał do mnie z prośbą, żebym coś o Adamie Giedrysie mu opowiedział. Nie wiem, czy to udało mu się w tych dniach historię Adama potwierdzić, czy nie, ale podobno był egzekutorem i zabił jakichś tam enkawudzistów w tym Wilnie zastrzelił. Ale czy to jest prawda, czy nie, to nie wiem. Z drugiej strony być może nawet tak było.
Więc później go aresztowano. Sąd, wyrok i tak dalej. I w szpitalu zachorował. Coś z nerkami związane.
[01:03:51] - W więzieniu jak był, trafił do szpitala.
[01:03:54] - W więzieniu zachorował, trafił do szpitala. Jak mówię, coś z nerkami, ale nie pamiętam w tej chwili. W każdym razie jedną nerkę stracił. Odratowano go, ale kiedy jeszcze czuł się patrzały w tym szpitalu, przez okno obserwował właśnie gwiazdy. I mówiąc tak najkrócej, można powiedzieć, że postanowił, że jeżeli uda mu się z tego wyjść z życiem, to zajmie się gwiazdami. Dlaczego one są na niebie? Czym są w ogóle? Idąc dalej, jaki był początek? Jaki będzie koniec wszechświata? I takich innych mnóstwo pytań.
Zwolnili go wcześniej z odbywania tej kary i kiedy wrócił do Szczecinka, rzeczywiście zaczął czytać wszelkie możliwe książki na temat astronomii. Jedną z książek, która mu pewnie wpadła w ręce, było „Jak zbudować teleskop?”. Więc zbudował jakiś teleskop, później większy, później postanowił zbudować, to się nazywa planetarium, ale taką kopułę obserwacyjną, gdzie już naprawdę potężny teleskop będzie można zbudować. Oczywiście mógł się tym zajmować bardzo prywatnie, bardzo indywidualnie, ale on postanowił zgromadzić wokół siebie młodzież i przekazać im swoją wiedzę. Wiedzę to jest raz, a dwa sposób podejścia do życia. Był członkiem Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii i zaczęła tam młodzież szkolna do niego przychodzić. Organizował różne spotkania, dyskusje, filmy plus obserwacje tam w tej kopule.
[01:06:00] - A ty byłeś mieszkańcem Szczecinka?
[01:06:03] - A ja mieszkałem w Szczecinku i pracownia Adama Giedrysa była nad sklepem pasmanteryjnym, gdzie jako krawiec od czasu do czasu odwiedzał ten sklep, w którym pracowała moja mama. I w 69. roku, w czasie kiedy to był ten szał lądowania na Księżycu, mama widząc moją pasję jakoś nowo narodzoną, powiedziała mi o tym krawcu i tak dalej. Później zapytała się tego krawca, czy on takie młode osoby przyjmuje. On stwierdził: „Jest trochę młody, ale tam są u mnie niewiele starsze osoby”. Tu trzeba się przyznać, w 69. roku miałem 12 lat. Chodziłem do piątej klasy szkoły podstawowej. Przyjął mnie do swojej grupy i przez następnych osiem lat dwa razy w tygodniu chodziłem do niego i słuchałem rozmów o kosmosie. Plus pisałem także referaty, bo raz do roku były takie sympozja, na których wszyscy uczniowie, a przynajmniej większość, przedstawiali referaty.
Też pierwsze króciutkie. Co dwunastolatek ciekawego może napisać na temat kosmosu? Ale z wiekiem to były złożone, dotykające już głębszych spraw referaty. To wyglądało w ten sposób. Ale to jeszcze nie wszystko, bo tutaj mam mnóstwo do opowiedzenia o Adamie Giedrysie. Tylko że ten natłok informacji jest tak duży, że od razu nie jestem w stanie wszystkiego powiedzieć. Wrócę do twojego pytania. Jak było z tym rosyjskim statkiem lecącym w stronę Księżyca? Powiem ci szczerze, nie pamiętam, ale on raczej zasłynął już wcześniej czymś innym.
[01:08:13] - Film rządzi się swoimi prawami. Przypuszczam, że scenariusz był taki.
[01:08:17] - Oczywiście, że tak. On zasłynął tym, że obserwował wystrzelenie pierwszego satelity Ziemi i puścił informację do gazety, że coś wystrzelono, jakiś obiekt nieznany krąży w kosmosie. Ale Rosjanie o tym dopiero się przyznali dwa dni później. I się zrobiła chryja, że kurczę, skąd jakiś astronom amator, na dodatek krawiec, zna ich tajemnice państwowe. To było o tyle fajne, że tym sposobem został zauważony również przez ambasadę amerykańską, która przez następne kilkadziesiąt lat dostarczała nam mnóstwo folderów, plakatów na temat wszystkich misji kosmicznych. Plus filmy przysyłała. To jest niesamowite. Kurczę, było w tamtych czasach obejrzeć jakieś porządne filmy dokumentalne. To było wspaniałe przeżycie. Tylko jedno zdanie.
Plus nawet widzieć jakieś sterty folderów tak pięknie wydrukowanych, że to było po prostu niewiarygodne. Do dzisiaj pamiętam zapach tego druku, taki niesamowity. Okej, Tadeusz.
[01:09:41] - Jesteś bardzo zafascynowany postacią Giedrysa. Widać to nie tylko w tej książce, także w „Windzie do nieba”. Tam trochę zmieniasz życiorys. To już jest postać rozpoznawalna na całym świecie, tak? Która jest bardzo ważna.
[01:09:55] - Ja sobie postanowiłem, pisząc pierwszą taką większą powieść, 2012, „Gniew ojca”, że wprowadzę postać Adama Giedrysa i pozwolę mu nawet polecieć w kosmos i odegrać jakąś tam co prawda drugoplanową, ale ważną rolę w tej książce. Później, jak pisałem, tej książki nie znacie jeszcze, „Sens życia według upadłego anioła”, to sobie postanowiłem, kurczę, w tej drugiej książce też muszę jakąś scenkę z Adamem Giedrysem wprowadzić. I wtedy postanowiłem, że w każdej książce będzie jakaś scena.
[01:10:44] - Pomnika takiego swojego.
[01:10:47] - Podziękowania, powiedzmy. Nie trzeba od razu budować pomników. W tych „Śmieciowych ludziach” to jest scenka taka na poły żartobliwa, kiedy pewna kobieta lubiąca wypić opowiada w barze. Nie pasowało mi wplatanie w akcji. Nie chciałem, żeby główny bohater Terry był uczniem Adama Giedrysa i tak dalej, ale gdzieś musiał się pojawić Adam Giedrys. Więc w tej scence takiej na niecałą stronę tam umieściłem. A w „Windzie do nieba” już nie chciałem powtarzać tego grepsu, że ktoś tam opowiada o Adamie Giedrysie. Po drugie, główny bohater Bart, chciałem, żeby fascynuje się kosmosem i chciałem, żeby był uczniem Adama Giedrysa. Ale że akcja dzieje się w 2069 roku, to nie mógłby go poznać osobiście.
[01:11:49] - Sędziwym starcem musiałby być.
[01:11:51] - Tak, stokilkadziesiąt lat.
[01:11:55] - W 68. roku się urodził w „Windzie do nieba”. Tej wersji.
[01:12:02] - Tadeusz, nie pamiętam.
[01:12:04] - Jak to rasowy autor, niewiele pamięta ze swoich książek.
[01:12:07] - Ja wiem, że zwróciłeś mi uwagę, że nie powinien się w tym roku urodzić, którym napisałem, bo wtedy nie mógłby obserwować lądowania na Księżycu na żywo. Więc to zmieniłem. Ale na który rok? Chyba zmieniłem na rok swoich urodzin, czyli na 1957.
[01:12:30] - I tu została zdradzona wielka tajemnica.
[01:12:32] - Już wcześniej została zdradzona.
[01:12:34] - Dobrze, ale ja zapytam tak: czy to było w twoim przypadku w ten sposób, że znowu to zafascynowanie astronomią, statkami kosmicznymi, planetami, gwiazdami, czy to cię w jakiś sposób wprowadziło w fantastykę i do fantastyki zbliżyło? Teraz już co prawda książka, o której mówimy, nie dzieje się, ma z kosmosem niewiele wspólnego. W „Windzie do nieba” już tego kosmosu troszkę więcej, że tak się właściwie akcja tam zaplata, ale tutaj nie ma kosmosu. Ale czy ty jako pisarz, jako taki kształtujący się młody człowiek, to przez kosmos trafiłeś do literatury?
[01:13:12] - Nie.
[01:13:12] - Absolutnie nie. Czyli to nie ma takich prostych recept? Nie ma prostych recept. Poprzez to, że do kosmosu prowadzał mnie Adam Giedryś, to było podejście naukowe raczej, w dużym stopniu także filozoficzne. Bo spotykaliśmy się grupa, różnie to było, ale powiedzmy od ośmiu do kilkunastu osób, dwa razy w tygodniu wieczorami. Najpierw ktoś przedstawiał fragmenty swojego referatu albo była rozmowa na wybrany temat, bo coś wystrzelono, albo ktoś odkrył nową gwiazdę. Najpierw były dyskusje naukowe, a później zostawało kilka osób, góra trzy, cztery. I szliśmy do pokoju malutkiego, takiej komóreczki od podłogi po sufit wypełnionej książkami. Zawsze mi się ten styl mieszkania podobał. To nie było mieszkanie, ale podejrzewam, że tak jak wielu pisarzom.
I tam jeszcze potrafiliśmy do 23:00 rozmawiać, ale już bardziej filozoficznie o kosmosie. Ja najbardziej ceniłem te chwile, te rozmowy. Więc moje podejście było poważne, o ile by nie powiedzieć zbyt poważne do kosmosu. Drugie skojarzenie z tamtymi dniami i poznawaniem kosmosu to był film „Odyseja kosmiczna 2001”. Nawet wam powiem, że przed audycją próbowałem sprawdzić, kiedy była premiera w Polsce, ale coś tam kłamie. W 1974. Właśnie, ale na Filmwebie jest, że w 1990. Mówię: „Jak w 1990, jak ja pamiętam, że oglądałem to na dużym ekranie w kinie”. Mówisz, że 1974. Na pewno 1974.
To już trochę miałem więcej lat. Myślałem, że widziałem to w 1971, 1972, bo tam znalazłem takie informacje. No dobrze, to sobie później porozmawiamy, skąd tak dokładnie wiesz. Ja mogę powiedzieć. Ponieważ jeszcze w szkole podstawowej przeczytałem książkę Andrzeja Kołodyńskiego „Filmy fantastycznonaukowe” i w tej książce dużo miejsca Andrzej Kołodyński poświęcił filmowi Stanleya Kubricka „2001: Odyseja kosmiczna”. Ale Tadeusz- Nie, poczekaj. Tam były podane wszystkie szczegóły, między innymi dotyczące premiery amerykańskiej i światowej. Opis filmu był tak fascynujący, że stwierdziłem, że jest to film, który koniecznie, bezwzględnie trzeba zobaczyć, nawet gdybym miał uciec za granicę. W związku z tym, gdy dowiedziałem się, że film będzie w polskich kinach, gdy premiera filmu miała miejsce w 1974 roku, to ja po prostu nie mogłem tej daty zapomnieć. Dla mnie to było bardzo ważne przeżycie, jedno z największych przeżyć moich na premierze „Odysei kosmicznej”, przynajmniej w Bydgoszczy.
Ale tutaj mi się trochę nie zgadzają pewne fakty, ponieważ zdradzę: jesteśmy z tego samego rocznika, więc o ile dobrze wszystko szło, to szkołę podstawową powinienłeś skończyć w 1972. Zgoda. Ja mówię, że przeczytałem książkę Andrzeja Kołodyńskiego. O premierze. O „Odysei kosmicznej” i o premierze amerykańskiej. A, premierze amerykańskiej. I właśnie po tej- Okej, dobrze. Nie zgadzało mi się. Po przeczytaniu książki wiedziałem, że muszę ten film zobaczyć i dlatego tak bardzo dobrze pamiętam premierę. W Bydgoszczy był emitowany tylko przez dwa tygodnie i potem już go więcej nie było na ekranach i po raz drugi pojawił się dopiero w roku 1983, w grudniu, na jednym pokazie organizowanym zresztą przez Klub Fantastyki Maską.
Także w jakimś stopniu przyczyniłem się do tego, że ten film drugi raz na ekranach się pojawił, przynajmniej w Bydgoszczy. A ten rok 1990, który się pojawił, mógł się wziąć z tego, że później dokręcono „Odyseję kosmiczną 2010”. O ile pamiętam, tam grał Scheider, ten aktor. Tak, doktor Floyd. Tak. I zdaje się, że premiera w Polsce tego filmu, on był w 80-którymś roku nakręcony, premiera mogła być w Polsce w 1990 roku jak najbardziej. Stąd się mogły wziąć jakieś przekłamania w Filmwebie. „2010: Odyseja kosmiczna” film Petera Hyamsa, zresztą najlepsze dzieło Petera Hyamsa. Oczywiście nie dorównujące Kubrickowi w najmniejszym stopniu. Inne zupełnie.
Tak. To film, który miał premierę w 1984 roku i można było go już wtedy na nielegalnych pokazach wideo gdzieś tam sobie obejrzeć. Nielegalne pokazy wideo w latach 80. to była sól ziemi. Tam się wszystko oglądało. Natomiast kiedy pojawił się w kinach, to już nie pamiętam. To już tak jak snujemy wspomnienia. Ja do dzisiaj pamiętam „Blade Runnera”, jak obejrzałem na takim monitorze na pokazie w klubie science fiction, na monitorze, na którym prawie nic nie było widać. Bo zresztą ten film jest w takich kolorach dosyć szarych zrobiony, w związku z czym na tym szarym ekranie niewiele było widać, a jednak byłem zadowolony. Takie były czasy.
To tak przy okazji. Do fantastyki, a może nie fantastyki, ale science fiction właśnie wróciłem przy okazji „Blade Runnera”.
[01:19:16] - W 84. w Katowicach na wydziale Radia i Telewizji, gdzie studiowałem operatorkę.
[01:19:24] - Właśnie o tym nie powiedzieliśmy, że nasz gość jest tutaj.
[01:19:27] - Chciałem teraz poprzez Adama nawiązać do tej operatorki.
[01:19:31] - To nawiązuj.
[01:19:32] - Ale zacząłeś o „Blade Runnerze”.
[01:19:33] - Będę miał mniej roboty.
[01:19:35] - Dobrze, to pamiętaj, że mam wrócić do „Blade Runnera”. Z fantastyką, zyskałem dużo podstaw wiedzy fachowej na temat astronomii, więc to mi się dzisiaj przydaje. Najbardziej mi się przydało przy „2012. Gniew ojca”.
[01:20:00] - Ja tylko powiem od razu naszym słuchaczom, że ci, którzy nie wiedzą, że to tak brzmi, tak sobie Tadeusz przemyka po tym tytule spokojnie. A to jest, przynajmniej jeśli chodzi o objętość, dzieło, które sobie liczy kilkaset stron każdy tom.
[01:20:15] - Po pięćset.
[01:20:17] - Tylko tysiąc stron druku. Wtedy, kiedy się to ukazało, ta powieść w dwóch tomach, właściwie taka dylogia. Kiedy to się ukazało, to był temat jak najbardziej nośny, bo 2012 rok się dopiero zbliżał, histeria narastała powoli, ale systematycznie. W związku z tym w dobry czas się wpakowałeś, wstrzeliłeś, czy jakkolwiek to określimy.
[01:20:46] - Bez przypadku to się nie stało.
[01:20:48] - Przypuszczam.
[01:20:49] - W jaki sposób przewidziałeś, że Barack Obama będzie prezydentem?
[01:20:52] - Postawiłem na to, że wygra.
[01:20:56] - Konwencja polityczna nieprawdopodobna.
[01:20:58] - Zgadza się. Obama, tutaj Trump. Wolałbym nie mieć tak blisko.
[01:21:05] - Ja chcę tylko oprócz powiedzieć, bo ja Tadeusza poznałem właśnie przy okazji spotkania autorskiego, w czasie którego promował „2012” i zapamiętałem z tego spotkania przede wszystkim to, że przyszli ludzie, którzy sądzili, że Tadeusz jest prorokiem, który wie, jak zakończy się świat 21 grudnia 2012 roku. I też zdarza się go o to wypytywać. Tadeusz odpowiedział mądrze: „Żadnego końca 21 grudnia 2012 roku nie będzie. To są bzdury. Przecież ja tutaj tworzę fantastykę”. Kilka osób obrażonych wyszło z tego spotkania.
[01:21:41] - Wiesz co? Z drugiej strony panowie, odczuwam rodzaj zazdrości. Mnie nigdy nikt nie określił prorokiem, a Tadeusz się załapał. Czuję niezdrową zazdrość. Ale wróćmy.
[01:21:53] - Tylko przez chwilę.
[01:21:54] - Wróćmy jednak do historii Tadeusza.
[01:21:57] - Sam pomysł na książkę i te wizje Patryka Geryla tylko były pretekstem, żeby powiedzieć coś ważnego o słońcu. Bo ja jednak do dzisiaj uważam, że pewnego dnia może ono nam sprawić niespodziankę i obudzimy się bez elektryczności. A wtedy w dzisiejszych czasach to jest koniec cywilizacji. I wtedy prorokami się okażą ci wszyscy, którzy piszą i czytają o życiu po apokalipsie.
[01:22:29] - Na przykład książka „Blackout”. Taka się pojawiła całkiem niedawno. Ona właśnie o takiej podobnej historii opowiada. Miałem ci przypomnieć o „Blade Runnerze”. Czy to jeszcze nie teraz?
[01:22:41] - Jeszcze tylko chciałem jako ciekawostkę powiedzieć, że nad „2012” zacząłem pracować w 2006 roku i chciałem to zrobić jako scenariusz filmowy. Bo scenariusz filmowy, nawet jakby był długi film, to góra by miał 200, 300 stron. Więc mówię: „Szybciutko to napiszę”. Ale nie wziąłem jednej rzeczy pod uwagę i dlatego w trakcie pracy już zrezygnowałem, że nie mam żadnej szansy przedostania się z tym scenariuszem do Stanów Zjednoczonych, bo nie myślałem o Polsce. Polsko, mi wybacz.
[01:23:22] - Polska znana jest ze świetnych efektów specjalnych w filmach. To właśnie jasna sprawa.
[01:23:30] - Po raz kolejny akcja się działa poza Polską, w Stanach Zjednoczonych głównie po to, żeby zrobić widowiskowy film. Ale mówię, nie miałem szansy, nawet gdybym przetłumaczył ten scenariusz na angielski, to tam jest to tak zrobione, że żeby sprzedać scenariusze, musisz należeć do gildii scenariuszowej, a żeby dostać się do gildii, to musisz mieć wcześniej sprzedany jakiś przynajmniej jeden scenariusz. Także jest to koło zamknięte. I tak jak scenariusz mógłby mieć 200, 300 stron, to się okazało, że jako powieść to musi to być szerzej, dogłębniej opisane. Nie spodziewałem się, że to będzie tysiąc stron. A tak jeszcze mi brakowało gdzieś 150, 200 stron, żeby domknąć to w taki sposób, jak przewidziałem. Ale tutaj wydawca postawił twarde warunki. Skoro pierwszy tom liczył 500 stron, to drugi tom nie może liczyć więcej. I coś, co powinienem opisać na 650, 700 stronach, musiałem ograniczyć do 500 stron. Teraz możemy wrócić do „Blade Runnera”.
[01:24:48] - Ale to jeszcze powiem. Nie byłbym sobą, gdybym się nie wcinał bez przerwy. Powiem o tym, że jak już tak przytaczamy historię twojego życia, że jeśli chodzi o fantastykę, to zadebiutowałeś też z takim rozmachem sporym, bo jednak fantastyka i konkurs, w którym wziąłeś udział, to jednak było coś w tamtych latach, to była nobilitacja. To powiedz coś szerzej o tym.
[01:25:13] - Do fantastyki, o której nie myślałem. Bo o tym, że będę pisarzem, to myślałem, ale o tym, że będę pisarzem science fiction, nigdy nie myślałem. Chociaż czasami brałem pod uwagę, że być może-
[01:25:26] - Że czemu nie?
[01:25:27] - Nie, że czasami w jakichś książkach jakieś elementy fantastyki będą. I biegnę na zajęcia trochę spóźniony, na zajęcia z operatorki. Wpadam do sali, a tutaj zamiast wykładowcy i kilku studentów jest ciemno, mnóstwo ludzi i jakiś film na telewizorze jest wyświetlany. Przystanąłem, zastanawiając się, o co chodzi i popatrzyłem. Widziałem pewne sceny, widziałem pewną muzykę. To była scena chyba rozmowy Decarta z Rachel. Obejrzałem to przez minutę, dwie i stwierdziłem: „O kurde, nie, muszę wyjść. Muszę to zobaczyć od początku. To jest tak genialne, że muszę to zobaczyć od początku”. Wyszedłem z sali, poszedłem do działu technicznego, pytam, co jest grane, co wy tutaj w ogóle wyświetlacie.
Dowiedziałem się, że jest zjazd miłośników fantastyki. To się nazywa chyba Silicon. Tadeusz, w Katowicach? Silicon?
[01:26:39] - Tak.
[01:26:40] - Silicon. I wtedy poznałem i Marka Oramusa, i Maćka Parowskiego, i oczywiście Wiktora Zwikiewicza nawet poznałem i wygrałem na loterii fantowej jego jedną grafikę, którą wożę po świecie, po Polsce już od ’84 roku przez cały czas. Później spotkałem nawet na tym Siliconie te osoby, o których mówię. Trochę porozmawialiśmy. Obejrzałem tego „Blade Runnera” i oczywiście się w tym filmie zakochałem. Stwierdziłem, że to jest niemożliwe, żeby zrobić tak dobry film pod każdym względem. I wsiąkłem w tę fantastykę. Czasami żałuję, że wtedy chciało mi się iść na te zajęcia, bo może gdybym nie poszedł, to bym nie wsiąkł w tę fantastykę. Ale cóż zrobić, takie jest życie.
[01:27:40] - Wiesz co, zawsze mógłbyś później zacząć pisać na przykład romanse i to nie byłoby chyba dobre. Lepiej jak piszesz „Śmieciowych ludzi”, takie jest moje skromne zdanie albo nawet nieskromne.
[01:27:53] - A jeżeli się pytasz, ja już wtedy zaczynałem i nawet w tym samym roku ’84 wygrałem jakiś konkurs lokalny, literacki w Opolu. I tam jedną z nagród było to, że opowiadanie zostanie moje wydrukowane w Opolu, w miesięczniku „Opole”. Rozmawiałem też już z Maćkiem Parowskim i on wtedy prowadził rubrykę fantastyczną w „Przeglądzie Technicznym”. I też we wrześniu zostało tam wydrukowane inne opowiadanie. Pisałem, a jak usłyszałem o konkursie, stwierdziłem, że muszę przecież w tym wziąć udział. Powiem ci, że dopiero 31 grudnia o 18.00 żona się zgodziła mnie zawieźć na Pocztę Główną w Opolu, żeby nadać przesyłkę z tym opowiadaniem, żeby mieć datę stempla pocztowego, że zdążyłem w terminie. Zdążyłem na kilka godzin przed.
[01:29:14] - Ale opłacało się cisnąć, bo opowiadanie zostało nagrodzone.
[01:29:18] - Tak. Wyróżnione.
[01:29:21] - Wyróżnione. To też nagroda. W miesięczniku „Fantastyka”, lata 80. Dobrze.
[01:29:28] - Ja tylko tutaj powiem bardzo ważną rzecz. Tadeusz mówił o swojej drugiej miłości, czyli o filmie. I ja myślę, że to jest miłość, której jest cały czas wierny, bo gdy czytałem „Śmieciowych ludzi”, to właściwie to widziałem kadry. Czułem się, jakbym był w kinie. Widziałem jakieś zbliżenia, najazdy, plany amerykańskie, montaż od czasu do czasu, czasami gwałtowny, czasami taki subtelny, gdzieś łączenie scen. Absolutnie, drodzy słuchacze, książce to nie szkodzi, bo są pisarze, którzy pisząc w ten sposób jakby niszczą ideę książki. Czasami psują opowieść. Tutaj nie. To właśnie tej opowieści dodaje kolorytu i staje się ona o wiele bardziej dynamiczna, niezwykła. I ja po prostu czułem się czasami jak w kinie podczas czytania „Śmieciowych ludzi”.
[01:30:24] - Ja miałem też wrażenie przy okazji wspomnianej wcześniej dwutomowej powieści o roku 2012, że ona jest niezwykle filmowo napisana. Tam też widać wyraźnie moim zdaniem to, że autor jest z wykształcenia operatorem.
[01:30:40] - Tak, ale dodajmy tutaj jeszcze jedną bardzo ważną sprawę. Czytelnicy potencjalni, przyszli czytelnicy „Śmieciowych ludzi” powinni o tym wiedzieć, że do końca oczywiście tak filmowa nie jest. Jest tu bardzo dużo dygresji, bardzo dużo dryfu filozoficzno-intelektualnego. Właśnie podczas tych piątków wolności bohaterowie wypowiadają bardzo ważne kwestie dotyczące ich postrzegania rzeczywistości świata człowieka. I zdarza się to bardzo często. Nie psuje to dynamiki książki w najmniejszym stopniu, ale właśnie strasznie ją wzbogaca. I dlatego śmiem twierdzić, że „Śmieciowi ludzie” to jest niewątpliwie literatura komercyjna
[01:31:27] - Rozrywkowa, lekka, ale bardzo mądra i zawiera bardzo dużo często prowokacyjnych, drażniących kwestii, które są w świetnym momencie, w świetnych sytuacjach przez bohaterów wypowiadane. To jest bardzo ważna zaleta książki. To już nie jest filmowa część książki. To jest istotne, bo myślę, że gdyby ktoś miał scenariusz na podstawie „Śmieciowych ludzi” zrobić, to musiałby tutaj dużo pozmieniać.
[01:31:59] - Popracować.
[01:32:00] - Ja jeszcze tylko powiem, że tak trochę na moje ucho, bo ja nagrywam audiobook „Śmieciowymi ludźmi” i odnoszę wrażenie, że te teksty, te kwestie wypowiedziane w takim kontekście troszkę dodają tej książce kultowości wręcz. Takie aury kultowości.
[01:32:24] - To się okaże, ale jest potencjalnie kultowa. To prawda. Dzięki, Marku. Tadeusz, jak mówiłem o 2012 roku i o tej filmowości, to coś chciał powiedzieć.
[01:32:37] - Może ci uciekło, ale wspomniałem, że najpierw miał być to scenariusz filmowy. Ja na dwóch tablicach o powierzchni razem chyba trzech metrów kwadratowych miałem około 200 kartek porozpisywanych ze scenami i wszystko to układałem-
[01:32:51] - Na osi czasu.
[01:32:52] - Tak. Przez rok układałem to wszystko w głowie, przestawiając te karteczki, czasami jakąś drąc, czasami inną dopisując. Te karteczki miały różne kolory. Z bohaterem związane były jednego koloru, ze słońcem żółtego, z terrorystami czerwone, z innym wątkiem. To było myślane jako scenariusz filmowy. Później oczywiście jak stwierdziłem, że nie ma sensu, robię to jako powieść, ale cała konstrukcja została scenariuszowa. I to, co też ty mówisz, Tadeusz, jak już postanowiłem, że to będzie powieść, taka sucha powieść miałaby może 400 stron, ale by była sucha. Takie mnie za bardzo nie interesuje pisanie. Próbując to wszystko wzbogacić, z 400 urosło do 1000. To się stąd wzięło.
[01:33:52] - Tak. Myślę, że teraz jest dobry czas, żeby posłuchać drugiego odcinka twojej powieści „Śmieciowi ludzie”. Marku, oddajemy ci głos.
[01:34:12] - Tadeusz Myszko „Śmieciowi ludzie”. Rozdział drugi. Grzebanie w śmieciach. Wizytacja sponsora wykopalisk. Anne Laskowski w otoczeniu władz administracyjnych regionu Tesalia, Grecja Środkowa oczekiwała na wizytę fundatora wykopalisk Damiana Haddada. Był miliarderem, właścicielem koncernu Globo DigitalView, a pieniądze, jakie posiadał, czyniły z niego najważniejszego gracza w każdym rejonie świata. Liczyły się z nim władze wielu krajów. Haddad uznał, że nie ma czasu na podróż samochodem, wizytę w parlamencie oraz ratuszu, tylko od razu chce znaleźć się na terenie wykopalisk. Tym sposobem wierchuszka miejscowych decydentów udała się do miejsca przylotu władcy pieniądza. Udało im się znaleźć lądowisko w odległości niecałych 100 metrów od wykopalisk.
Haddad miał przylecieć helikopterem z lotniska Nea Anchialos w pobliżu Volos, które za czasów Homera zwano Iolkos. Naraz przy stanowisku powitalnym pojawił się Jorgos. Anne prosiła Alexisa, aby tego dnia zatrzymał chłopca w domu i była zła, że nie potrafił upilnować syna. Pomimo niezadowolenia spojrzała na Jorgosa z zaciekawieniem. Dzisiaj założył długie spodnie i białą koszulę. Jak miała mu wytłumaczyć, że zmiana ubrania to nie wszystko i nie zmieni to jego sytuacji? Rozejrzała się w poszukiwaniu ojca, który by go odprowadził, ale nie zauważyła Alexisa. Podeszła do chłopaka. „Jorgos, mówiłam ci, że mamy ważną wizytę” – powiedziała ze smutkiem, kładąc chłopcu dłoń na ramieniu. „Nie możesz się tu kręcić.” „Ale ja muszę podziękować temu panu, co dał pieniądze na odnalezienie grobu Centaura” – odpowiedział z przekonaniem i wypinając dumnie pierś, dodał: „Ubrałem się odpowiednio.
Nie przyniosę pani wstydu.” „Jestem o tym przekonana. Należysz do naszych najlepszych pracowników.” „No więc dlaczego?” Pochwała jedynie spotęgowała rozpacz wyrostka. „Jakże trzeba uważać, co się mówi młodym” – pomyślała Anne. „Tam będzie mnóstwo oficjeli. Wiesz, takich sztywniaków patrzących tylko na przepisy, a ja nie mam prawa zatrudniać młodocianych.” „Rozumiem” – odparł cicho, opuszczając głowę. „Wiem, wiem. Jestem za młody, ale jak dorosnę, to będę mógł.” „No właśnie.” Ucieszyła się, że zrozumiał, w czym tkwi problem. Chłopak uniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy. „To niech mi pani powie, dlaczego tata wciąż powtarza: jakbym chciał mieć tyle lat co ty? To jaki wiek jest dobry?
Ja mam za mało lat?” Tata uważa, że ma za dużo. Jorgos: Żebym ja to wiedziała. Wreszcie odnalazł się Alexis. Nie był tak elegancko ubrany jak syn, chociaż włożył długie dżinsowe spodnie oraz czystą niebieską koszulę. Podszedł do nich i chwycił chłopaka mocno za dłoń. Przepraszam panią. Gdy wychodziłem, biegał jeszcze w krótkich spodenkach z kozami. Byłem przekonany, że ani mu w głowie wizyta tutaj. Musiał mieć przygotowane ubranie i tylko czekał, aż wyjdę – zaczął tłumaczyć się przed Anne. Zaraz go wyprowadzę.
Pociągnął opierającego się chłopca za sobą, lecz Anne zatrzymała go. Daj mi chwilę. Przykucnęła przed Jorgosem. Musiała mu jeszcze coś powiedzieć. Obiecuję, że jutro opowiem ci ze szczegółami, jak przebiegła wizyta. To nie to samo. Nie był tym zachwycony. W końcu jednak potulnie poszedł za ojcem. W tym momencie Anne usłyszała hałas mielących powietrze łopat helikoptera. Duży śmigłowiec usiadł na lotnisku.
Czyżby świta miliardera była aż tak liczna? Zastanawiała się pani archeolog. Nie myliła się. Nim jeszcze łopaty przestały wirować, z wnętrza wyskoczyło dwóch ochroniarzy. Bez brzuszka, bez jakichkolwiek wątpliwości, gotowych do działania. Podobni do Tery'ego sprzed lat – pomyślała Anne. Stanęli po obydwu stronach drzwi, rozglądając się czujnie. Później ze środka wysypało się trzech starszych mężczyzn z wypakowanymi teczkami w dłoniach. Czyżby chcieli policzyć kości szkieletu? Zdziwiła się.
Nastąpiła chwila przerwy. Główny bohater z pewnością celebruje moment ukazania się tłumowi – skomentowała tę pauzę z grymasem na twarzy. Myliła się jednak, bo z helikoptera wysiadł 50-letni niski i okrąglutki mężczyzna z chmurą złotych, niesamowicie skręconych loczków na głowie. Wyglądał jak putto na emeryturze. Krótkimi kroczkami przebiegł skulony poza zasięg łopat i dopiero wtedy odetchnął z ulgą, co rusz ocierając spoconą twarz dużą chusteczką z materiału. W chwilę po nim ukazał się sponsor wykopalisk, Damiano Haddad. Anne wiedziała, że Haddad jest młodym człowiekiem, ale dopiero teraz uświadomiła sobie, jak młodym. Wyglądał jak nastolatek dopiero co rozpoczynający studia. Tylko że właściciel wielu miliardów dolarów nigdy nie studiował. Anne nie znała wszystkich faktów z jego życia.
Wiedziała jedynie, że w wieku 16 lat napisał oprogramowanie zmieniające sposób komunikacji z urządzeniami wyposażonymi w procesory, czyli tak właściwie z wszystkimi urządzeniami. Właśnie to sprawiło, że obecnie każdy obywatel świata płacił mu tantiemy. Miliarder z szerokim uśmiechem na twarzy podbiegł do Anne. Panie Haddad, witamy na stanowisku archeologicznym w Pelium – przywitała się, podając mu dłoń. Uścisnął ją energicznie oburącz. Jestem wdzięczny. To niesamowity zaszczyt dla mnie. Jego przywitanie było o wiele bardziej na miejscu niż jej suche słowa, a gdy po chwili dodał: „Proszę mi mówić Damiano”, Anne uznała, że chyba na tym odludziu zdziczała i może czas wracać do cywilizacji. A ty mów mi Anne. Przystała na nawiązanie bliższej relacji.
Po kilku minutach powitań oraz nieistotnych przemówień świta miliardera obległa przedstawicieli władz. Może w tym celu ich sprowadził – uśmiechnęła się do siebie Anne. Mój wujek i prawnicy zajmą się teraz oficjalną częścią naszej wizyty, a my może moglibyśmy udać się na stanowisko – zaproponował. Przystała na tę propozycję z ulgą. Ruszyli wąską ścieżką pod górę. Wyprzedzał ich jeden ochroniarz, a za nimi postępował drugi. Widocznie pozostała część świty nie wymagała ochrony. Powiedz mi, jak zaczęła się ta historia – zadał najgłupsze z możliwych pytań. Westchnęła bezradnie. Wino zbłaźni każdego, kto miarę przebierze – rozpoczęła, nieświadoma, że powtarza słowa Homera.
Winem spity Eurypion, kentaur w świecie głośny, w domu u Peiritoja szał go uniósł sprośny – dokończył Damiano. Pieśń 21. Próba łuku. Nie wiedziałam, że znasz na pamięć „Odyseję”. Zatrzymała się, spoglądając na niego uważnie. Mógłby być jej synem, a w tej chwili to ona poczuła się speszona. Wciąż ją zaskakiwał. Sądziłaś, że jestem rozwydrzonym młodzieńcem, który ma za dużo pieniędzy i nie wie, na co je wydać? – zapytał, nadal się uśmiechając. Dawno nie widziała tak szczerego uśmiechu.
Prawdę mówiąc tak. To nie była dyplomatyczna odpowiedź, lecz Anne nie potrafiła kłamać. Miliarder nie obraził się. Jego uśmiech stał się nawet jeszcze szerszy. Cenię ludzi za mówienie prawdy. Podziwiam też upartych. Zawierzyłaś jednej drobnej wzmiance w „Odysei”. Nie dosyć, że wykładał pieniądze na jej badania, to jeszcze prawił jej komplementy. Szkoda, że podobnych miliarderów jest na świecie tak mało. Schliemann dał mi przykład.
Ja jedynie poszłam jego śladem, odnajdując to, czego on nie zdążył – odparła, uznając, że tym razem udzieliła właściwej odpowiedzi, jednocześnie prawdziwej i dyplomatycznej. Podeszli do stanowiska, w tej chwili już ogrodzonego oraz ukrytego przed deszczem pod zadaszeniem z desek. Artefakty, ponumerowane i starannie zapakowane przechowywano gdzie indziej, jednak na czas wizyty sponsora wyjęto je ze skrzyń i powtórnie ułożono w odpowiednich miejscach. Szkieletu centaura nie ruszano, gdyż Anne bała się, że jeśli nawet ponumeruje kości i umieści je w skrzyniach, nikt nie uwierzy, że tak naprawdę stanowiły całość: tułowie człowieka połączone z korpusem konia. Najchętniej zatopiłaby je w szkle. Damiano, z równą jak u Jorgosa autentycznością, zaczął przyglądać się grobowi. „I wywlekłszy pijaka mieczem mu odcięli nos i uszy. On do dom powlókł się pijany, nie wiedząc, jak okrutnie za to był skarany.” – ponownie zacytował słowa Homera. „Z tego wojna się wszczęła kentaurów z Lapity. Najgorzej na niej wyszedł kentaur, co był spity.” – dokończyła.
Jak stary jest ten szkielet? Może mieć kilkadziesiąt tysięcy lat? W głosie Damiano dało się wyczuć pragnienie, aby Anne potwierdziła jego przypuszczenia. Spojrzała na młodego sponsora złagodnym uśmiechem maskującym irytację z powodu wysuwania podobnych hipotez. Homer żył w VIII wieku p.n.e., a wydarzenia opisane w „Iliadzie” jak oblężenie Troi według historyków miały miejsce 400 lat wcześniej. To potwierdza hipotezę, że źródłem informacji były przekazywane od wieków ustne opowieści. Akcja „Odysei”, częściowo z bohaterami poznanymi w „Iliadzie”, rozgrywa się 10 lat po zdobyciu Troi. Szkielet nie może więc być starszy niż 3200 lat. Pewnie masz rację – mruknął z nutą zawodu w głosie. 11 lat temu odkopano w Troi szkielety kobiety i mężczyzny.
Znajdowały się w warstwie z czasów wojny trojańskiej, a znając dosyć dokładną, jak na wydarzenia sprzed tysięcy lat, datę wojny, znamy również czas wojny między centaurami a Lapitami. Przez twarz Damiano przebiegł grymas niezadowolenia. Ale opowieść o Eurytionie nie jest umiejscowiona w czasie. To jedynie wspomnienie, przypowieść z czasów herosów. A jak podaje wielu, żyli oni dużo wcześniej, w epoce brązu – zauważył, patrząc z nadzieją na Anne. Pokręciła przecząco głową. To przesuwa datę o góra 2000 lat. Nie 20 czy nawet 30 000 lat, o których mówisz. To prawda. Młody miliarder zamyślił się.
Naraz na daszku nad grobem Anne zobaczyła głowę Jorgosa. Jorgos, zejdź natychmiast! – krzyknęła przerażona. Po minucie z opuszczoną głową i dłońmi pokornie złożonymi z tyłu stał przed nimi. Jego koszula już nie była biała. Jorgos, mówiłam ci, żebyś dzisiaj nie przeszkadzał – skarciła go z wyrzutem. Anne, nie krzycz na niego. Damiano przerwał jej reprymendę. On mi nie przeszkadza, a nawet czuję się lepiej, kiedy nam towarzyszy. Nie jestem już najmłodszy.
Anne machnęła z rezygnacją ręką. Miliarder podszedł bliżej do chłopca i przykucnął na piętach. Byłeś przy odnalezieniu centaura? Tak, od dawna pomagam pani Anne – wystrzelił bez zastanowienia, lecz szybko się zreflektował i niczym doświadczony polityk dodał: Nie znaczy to, że pani Anne mnie zatrudnia. Mam wakacje, a mój tata tutaj pracuje, więc często go odwiedzam. A jaki jest cel twojej dzisiejszej wizyty? Chciałem zobaczyć wielkiego człowieka, który wykłada duże, bardzo duże pieniądze na szukanie starych kości moich przodków. Damiano nie ukrywał zadowolenia ze słów ojca. Pewnie wiesz wszystko o tym znalezisku. Młodzik energicznie pokiwał głową.
To może opowiesz mi o nim? Pozwolisz? – zwrócił się do Anne tak, jakby miała wybór. Z wymuszonym uśmiechem potwierdziła, że Jorgos będzie równie kompetentnym przewodnikiem jak ona sama. Uradowany chłopak zaczął objaśniać Damiano znaczenie odnalezionych artefaktów. Pojawienie się niesfornego Jorgosa pozwoliło Anne odetchnąć. Wcześniejsza rozmowa z Damiano ujawniła, że jego oczekiwania co do wieku znaleziska są bardziej marzeniami nastolatka niż przypuszczeniami wynikającymi z wiedzy. Nie powinna się temu dziwić. Jeszcze kilka lat temu był chłopcem i może dobrze, że w tak młodym wieku, zamiast wydawać pieniądze na zabawki, postanowił przeznaczyć je na badania archeologiczne. Chyba że poszukiwania centaura były dla niego zabawą.
[01:49:16] - Tak sobie tu w czasie, w czasie której nasi słuchacze mieli okazję zapoznać się z kolejną częścią książki krótkiej dyskusji, że powinniśmy jeszcze na chwileczkę wrócić do filmu „Planeta Krawiec", bo Tadeusz Pisarz wiąże swoją karierę, swoją naukę operatorki właśnie z tym filmem. To zdradź tajemnicę.
[01:49:54] - Nie.
[01:49:55] - Tak, ja pewno spłycam, ale ja po to tu jestem.
[01:49:59] - Troszeczkę źle to-
[01:50:00] - Ująłem.
[01:50:01] - Nie, źle to zrozumiałeś. Nie z tym filmem.
[01:50:06] - W ogóle?
[01:50:07] - Tak. Po pierwsze mój wybór drogi życiowej, zawodowej też może być związany z Adamem Giedrysem. Na 100% nie jestem w stanie tego stwierdzić, ale jeżeli posłuchacie, to być może sami uznacie, że mogło mieć to związek. Otóż w 1969 zacząłem do niego przychodzić na te spotkania, a w 1971 w jego mieszkaniu pojawiła się ekipa filmowa z Telewizji Polskiej, ale wtedy innej nie było. Ryszard Wójcik z żoną Mają i operator, którego po prostu nie pamiętam. I oni realizowali taki film dokumentalny pod tytułem „Krawiec i gwiazdy". I ja często byłem świadkiem tych zdjęć i w planetarium tam robiłem gdzieś za tło i w pracowni krawieckiej udawałem tam jakiegoś klienta albo syna klientki. To wszystko obserwowałem i mi się to bardzo podobało jak operator z tą kamerą biega i mówi do pana Adama: „Panie Adamie, a może jakby pan trochę się przesunął w prawo, a tutaj trzeba jednak tam światło". Albo Ryszard Wójcik mówi: „Ale słuchajcie, nie, to trzeba inaczej zrobić". Po prostu poznałem film od kuchni, także dzięki Adamowi Giedrysowi.
Później, kiedy on widział tą moją pewną fascynację, byłem na przykład na ślubie jego syna i dał mi kamerę Krasnogorsk i dwie rolki taśmy i nakręciłem dokument z tego wesela. A sama „Planeta Krawiec" to ja już wtedy od pięciu lat studiowałem w Katowicach i owszem, jak w wakacje przyjeżdżałem, to zawsze tam szedłem do Adama i rozmawialiśmy i być może mi mówił coś o tym, ale aż tak wiele nie wiedziałem na temat tego filmu. Aha, przepraszam jeszcze mi się przypomniało, że w siódmym roku, na pierwszym roku studiów swoją etiudę zaliczeniową, dostałem kamerę, ale już nie Krasnojarsk, czy tam jakoś one się nazywały, a Arriflexa. I pojechałem do Szczecinka też z kilkoma rolkami taśmy i zrobiłem taki dokument pod tytułem „Pan Adam". To był taki szybki montaż różnych przebitek, bo kurczę, nie miałem dokładnie przemyślanego scenariusza i wydawało mi się: ach, co za problem zrobić film o panu Adamie. Ale jak stanąłem z tą kamerą i sobie uświadomiłem: no tak, ale ty masz materiału na 10 minut zdjęć, bo to nie czasy wideo, tylko materiału filmowego miałem, żeby zrobić 10 minut zdjęć. Sobie myślę: kurde, no ale co w takim razie filmować? Więc filmowałem wszystko, jak leci. Później zrobię montażową.
[01:53:37] - Ale zajęcia zaliczyłeś?
[01:53:39] - Tak, zaliczyłem spokojnie.
[01:53:42] - Kiedyś o tej kamerze Krasnogorsk to przypomina mi się „Amat" Opiszalskiego.
[01:53:49] - Tak.
[01:53:49] - Ta kamera tam grała.
[01:53:50] - Dokładnie tak.
[01:53:52] - Jeszcze korzystając z okazji do filmu „Planeta Krawiec" chciałem nawiązać, bo wcześniej czytałem o tym filmie, nie znając go i z opisu wynikało, że każdy miłośnik fantastyki, za którego się uważałem i uważam nadal, powinien ten film obejrzeć, bo mówi o człowieku niekonwencjonalnym, człowieku łamiącym schematy i który odważył się żyć tak jakby na przekór innym. I obejrzałem ten film z moim zdaniem bardzo dobrą kreacją Kazimierza Kaczora. Ja nie pamiętam już tych wszystkich szczegółów, o których tutaj mówiliście, ale właśnie taki obraz Giedrysa z tego filmu wyniosłem. Człowieka, który wbrew okolicznościom realizuje swoją pasję i pomimo trudności, na które co chwilę napotyka, zwycięża, bo ta pasja okazuje się w jego życiu czymś niezwykle ważnym i cennym. Można powiedzieć, nawiązując już do śmieciowych ludzi, bo jeden z twoich bohaterów mówi, że ci ludzie mają geny skrzywienia jakiegoś. Ktoś odczuwa wielką potrzebę, by żyć, odczuwa wielką potrzebę latania, ktoś odczuwa wielką potrzebę biegawania. Czyli krótko mówiąc, są to tak naprawdę ludzie, którzy mają jakieś wielkie marzenia i chcą za tymi marzeniami podążać w sposób racjonalny, nieracjonalny. Nie nam to może oceniać. I to są właśnie ci śmieciowi ludzie. Ludzie z marzeniami.
[01:55:29] - Czy dobrze odczytuję ten tytuł? To znaczy dobrze, ale z tym zastrzeżeniem, że to są śmieciowi dla polityków korporacji nie finansowych. Wszelkich korporacyjnych. Korpoludek powinien być zupełnie inaczej skrojony. Bo jak dla mnie to są właśnie najbardziej wartościowi ludzie. Oni mają często marzenia wykraczające i także odnajdują siły, żeby te marzenia zrealizować. Anne Laskowski. Tak napisałeś mi w takim prywatnym wpisie do twojej książki: „wolę być śmieciem niż sprasowanym w kostkę bezmózgowcem”. Myślę, że dotyczy to nie tylko korporacji i polityków. Myślę, że dotyczy to jakiegoś takiego ogólnego spojrzenia na ludzi, na marzycieli.
Tadeusz, patrząc na książkę, te dwie sfery pokazałem: korporacje i politycy. Oczywiście filozoficznie można spojrzeć na to głębiej, ale to już każdy czytelnik sobie znajdzie swoją interpretację. Tytuł jest bardzo prowokacyjny i bardzo pojemny. Pojemny, bardzo pojemny. Ja wrócę do tego zagadnienia, które też się już pojawiło, czyli śmieciowego DNA, bo robiąc wszystko tu we trójkę, żeby nie opowiedzieć treści książki, o której rozmawiamy, jednak warto, żebyśmy pewne punkty pokazali. Takim ważnym punktem w książce „Śmieciowi ludzie” to już jakaś prosta jest właściwie, jest genetyka. To jest właściwie książka, która bardzo dużo o genetyce mówi, ale nie mówi w sposób wykładowy, nudny i taki, który właściwie odbiera niektórym chęć do śledzenia tego problemu. To już jest oczywiste, że mówi w sposób przestępny, ale jednocześnie w sposób intrygujący. Tak, to chyba dobre słowo. Intrygujący.
O samym problemie, o genetyce i pewnych konsekwencjach dla człowieka. Na ile zależymy od genów, a na ile jednak potrafimy się wyrwać spod tej kontroli genów. Tak, oczywiście, Marek. Budując konstrukcję, wiedziałem, że ona musi nawiązywać do genetyki. Jak przeanalizowałem, stwierdziłem, że mogę pokazać ten wpływ genetyki w sensie rozwoju badań genetycznych i pewnych procedur medycznych i tak dalej w tych odsłonach. I idąc śladem tego rogacza, przepraszam, bo ci, co nie znają, tam pojawia się jeszcze jakiś rogacz. To jest bezpośredni pretekst śledztwa, w które włącza się Anne plus inni bohaterowie, których tutaj, w tych dwóch fragmentach jeszcze nie poznaliśmy. Więc oni, idąc tropem tego rogacza, natrafiają właśnie na różne aspekty badań genetycznych, że robi się je dla takiego i takiego celu, dla innego. To wchodzi coraz głębiej, aż przechodzi w pewne już wynaturzenie, mówiąc najkrócej i próbując także nie zdradzić. Tak, ale to jest jeszcze taki jeden aspekt tego.
On już dla mnie jest oczywisty i już nawet przed lekturą twojej książki, ale twoja książka zdaje się potwierdzać to, co sobie wcześniej myślałem, że genetyka to jest to pole badań, które jest dla naszej cywilizacji potencjalnie, moim zdaniem, niebezpieczne. Oczywiście może być zbawienne, bo to także jest ta sprawa, ale jest potencjalnie niebezpieczne. Jest jeszcze jeden aspekt, bo my sobie często wmawiamy, często słyszę na przykład na wykładach czy jakichś dyskusjach bioetycznych, gdzie się mówi: „Tak, ale my pewnych badań nie będziemy prowadzić, to zostanie zakazane, nie będzie dopuszczone”. Tymczasem dla mnie pojawia się prosty wniosek, czy to po lekturze twojej książki, czy po wcześniejszych różnych lekturach, że jeżeli coś jest możliwe do zrobienia, to żadne zakazy, które sobie jakieś gremia bioetyków wydadzą, nic nie zmienią. Wcześniej czy później jakaś grupa naukowców, czy to w Europie, w Chinach, w Brazylii czy gdziekolwiek tego rodzaju eksperyment wykona, bo jest po prostu możliwy. Się zgadzam. Przecież nawet jeden z bohaterów mówi: „Góry są po to, żeby na nie wchodzić”. Więc jeżeli jest możliwe, żeby gdzieś wspiąć się, to zawsze będziemy. Jeszcze tak przy okazji właśnie to takie spojrzenie, że starałem się nasycić tę książkę sprawami związanymi z genetyką, ale czasami właśnie w żartobliwy sposób. To jest ta wódka Absys, którą nasi bohaterowie piją.
To jest dobry wynalazek. To jest niezły wynalazek. Z pewnością tak. Chociaż to akurat mogę zdradzić, bo nie wpływa to zbytnio na akcję, że na koniec bohaterowie stwierdzają, że wolą się napić starych trunków i nawet mieć większego kaca, że Absys ten modyfikowany genetycznie powodujący, że nie ma się kaca
[02:01:36] - Ale także nie wywołuje pewnych stanów euforycznych jak zwykła wódka czy jakieś inne drinki. Ale dosyć, czy jest przynajmniej już po 22:00? Możemy o tym porozmawiać?
[02:01:47] - Wiesz, że nagle do tych gór można się spiąć i żadne zakazy tego nikomu nie zabronią ani nie uniemożliwią. Wydaje mi się, że dyskusja na temat eksperymentów genetycznych i na temat głównie chyba zmierzająca do tego, czy można stworzyć nowego człowieka, tego postczłowieka, o którym mówią teraz humaniści, jest jak na razie tylko i wyłącznie dyskusją akademicką. I chyba na długo nią pozostanie. W zasadzie możemy tylko mówić o pewnych konsekwencjach takich działań na kartach książek science fiction, a nie w rzeczywistości. Tak naprawdę nie mamy się czego obawiać, bo problem moim zdaniem wcale nie występuje. Znaczy nie wcale, ale generalnie nie występuje. Dlaczego? Przypominam sobie, 20 lat temu na Discovery obejrzałem film, w którym naukowcy brytyjscy udowodnili, że już wtedy, w 90. latach można było stworzyć człowieka nieśmiertelnego. Człowieka oczywiście, który może nie dosłownie byłby nieśmiertelny, ale mógłby sobie jakiegoś mapy zawodowego wieku dożyć, oczywiście zachowując w pełni zdrowie i sprawność umysłową.
Byłby to człowiek w dużej mierze scyborgizowany, ze sztucznym sercem, sztuczną wątrobą, ze sztucznymi nerkami. Człowiek, którego mózg też współpracowałby, nazwijmy to, z jakimś surrogatem sztucznej inteligencji. To wszystko 20 lat temu już było możliwe. Pytanie tylko, dlaczego nigdy nie miałem okazji zobaczyć takiego człowieka.
[02:03:26] - A skąd wiesz?
[02:03:30] - A jeżeli się pojawi?
[02:03:32] - Cyborgiem.
[02:03:33] - Jest jeszcze inny. A może ci ludzie...
[02:03:36] - Nie, ale odpowiedź jest bardzo prosta. Ja tylko spuentuję i zaraz możemy porozmawiać, czy ci ludzie gdzieś są między nami. Po prostu dlatego, i to w tym filmie wykazano, że człowiek, który chciałby rzeczywiście w ten sposób osiągnąć nieśmiertelność, musiałby mieć portfel znacznie większy niż Bill Gates, bo to jest bardzo droga zabawa. Wydaje mi się, że tak długo, jak to będzie po prostu niemożliwe do zrealizowania, bo ludzi nie będzie stać na to, żeby tak się przetransformować, tak długo te nasze rozważania będą czysto teoretyczne.
[02:04:10] - Ale wiesz, jak wszystko tanieje.
[02:04:13] - No właśnie, Tadeusz tu poruszył bardzo ważną kwestię. Każda technologia wraz z upływem czasu tanieje, staje się coraz bardziej dostępna. To, co na początku kosztuje bajońskie sumy, z upływem kolejnych dziesięcioleci staje się coraz tańsze. Dyskusja jest o tyle mi bliska, że w ostatniej audycji „W ostatnim Bibliotekarium” przed dwoma tygodniami, kiedy z Wiktorem rozmawialiśmy o węglu modyfikowanym Morgana, tam się pojawiały takie wątki związane z transhumanizmem, ponieważ transhumanizm wydaje mi się, że jest niebezpieczny, kiedy wkracza w fazę nie pojedynczych eksperymentów, że ktoś bardzo obrzydliwie bogaty staje się nieśmiertelny i gdzieś tam sobie w zaciszu. Być może tacy ludzie, obrzydliwie bogaci, już gdzieś w zaciszach swoich rezydencji są prawie nieśmiertelni. Tego nie wiemy. Gdzieś to jest ukryte przed oczami ludzi, ale czego nie widzimy, nie mamy o czym dyskutować. Natomiast niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, kiedy coś staje się masowe, bo tego rodzaju zmiany powodują też zmiany w psychice społecznej. To jakby przez daleką bardzo analogię. Popatrzcie, jak wielkie zmiany spowodowało wprowadzenie do naszego życia telefonów komórkowych.
Jesteśmy zupełnie inni. Nasze zachowania są zupełnie inne niż te 30 lat temu. Społecznie się dużo zmieniło. To teraz, kiedy mielibyśmy tak wielką zmianę związaną z byciem wiecznie młodym, zdrowym i tak dalej, to byłaby rewolucja jeszcze większa. Ja podam tylko przykład z Morgana, gdzie mowa jest o tym, jak ukarać osobę nieśmiertelną, co zrobić, żeby ją ukarać. Okrutny kogoś życia. Można tak powiedzieć górnolotnie, ważniejsze niż życie. Ale to odsyłam do książki Morgana. Proszę, Tadeuszu.
[02:06:35] - Ja, wychowany w czasach, kiedy telefon miało niewiele rodzin w domach.
[02:06:40] - I miał tarczę telefon kręconą.
[02:06:42] - To już pomijam. Sam ze zdziwieniem zauważam, że czasami oglądając jakiś film dziejący się 20, 25 lat temu, nagle stwierdzam: „dlaczego, kurczę, nie weźmiesz, bohaterze, w tej sytuacji niebezpiecznej nie wyciągniesz telefonu komórkowego i nie zadzwonisz?”. Tadeusz, przecież wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych, więc co tu młodzi mogą mówić? Ale tak przepraszam, pomyślałem, nie wiem, czy jest odpowiednia pora na to, żeby posłuchać trzeciego fragmentu, który przygotowałem.
[02:07:18] - Mówisz, że to będzie korespondowało z tym, o czym mówimy.
[02:07:20] - To bardzo koresponduje, bo ten trzeci fragment... Jest pewna trudność, wybrać jakieś fragmenty z książki tak, żeby nie zdradzić za dużo fabuły, a jednocześnie zachęcić czytelników.
[02:07:33] - Ja tylko spuentuję waszą wypowiedź, że telefony komórkowe są za złotówkę. Nie, one są za złotówkę, dlatego że-
[02:07:42] - Nie mówmy.
[02:07:44] - Tadeuszu, nie
[02:07:45] - To nie jest tak do końca prawda. One są za złotówkę, by wcisnąć. Ty go spłacasz latami później.
[02:07:53] - Abonamentem.
[02:07:53] - Tak. A ten sprzęt tak naprawdę jako technologia kosztuje, niektóre szczególnie rozbudowane modele po kilka tysięcy. Takie powiedzmy dla plebsu, za tysiąc. Ta technologia w dalszym ciągu nie jest super tania.
[02:08:09] - Marku, niekoniecznie. Może nie tyle rozbudowane, co po prostu upstrzone jakimś drogim logo.
[02:08:17] - Prawda. Przyznaję, biję się w pierś. Ale generalnie chodzi o to, żeby to wcisnąć. I ja nie sądzę, żeby korporacjom, które ci to wciskają, najbardziej zależało na tym, żebyś się zmienił. Chodzi o to, żebyś konsumował. To jest też nawiązanie do tego, o czym Tadeusz mówi, o tej śmieciowości troszeczkę.
[02:08:41] - O tym jest w pierwszym rozdziale. Wiele przecież przeczytacie, kiedy jest akcja RingPisu na wysypisku śmieci, a później rozmowa głównych bohaterów. Ale ja nie o tym chciałem powiedzieć. Chciałem powiedzieć coś innego. Trudność z wyborem odpowiednich fragmentów. Więc już nie chciałem wprowadzać dalszych wątków dla słuchaczy, a wybrałem taką scenkę, która oczywiście bardzo się wiąże z tematem książki, ale nie aż tak bardzo fabularnie, a jest troszeczkę w innym stylu napisana. I właśnie w bardzo dobitny sposób prezentuje różnicę w sposobie myślenia różnych pokoleń i to, jak nasz świat w niewiele lat się zmienił. Więc mogę poprosić tym razem Marka i Mariusa. Marku, zapuść ten trzeci fragment. Tadeusz Myszko „Śmieciowi ludzie”.
Rozdział trzeci: Fasady. Wizyta w Luna Park. Linią F przejechali kilkanaście przystanków. Było już po północy i park okazał się zamknięty. Diabelskie młyny, karuzele i zjeżdżalnie przypominały białe kości dinozaurów, które poustawiane w muzeach, jakby zawieszone w czasie, nie wywoływały emocji towarzyszących spotkaniu żywego potwora. Jednak na promenadzie panował duży ruch. To małe nocne ssaki wyszły tłumnie z klatek mieszkań w nadziei na nocny żer i kopulację. „Łazimy już w tę i we w tę od pół godziny, a ty nic nie mówisz” – zezłościła się Anne, dostrzegając jednocześnie, że Terry coraz bardziej utyka na nogę. „Szukam kogoś” – wyjaśnił lakonicznie Terry. „Powiedz, jak wygląda, a wtedy ci pomożemy” – zaproponowała Subira.
„A może zrobimy przerwę i skoczymy na drinka, bo już mi wyschło w gardle?” – wtrącił się Federico. „Już nie zdążymy. Właśnie jego szukałem” – rozczarował go Terry, wskazując drobnego, starszego mężczyznę w czerwonym kubraku ze złotymi guzikami w dwóch rzędach. Miał długą czarną brodę i zawinięte w klucz wiolinowy wąsy. Przypominał portiera ze spalonego hotelu. I tak po części było. „A co to za krasnal?” – zaśmiał się głośno Federico. „Radzę ci, nie powtarzaj tego przy nim, bo skręci ci kark” – ostrzegł go Terry. Staruszek nie był wysoki. Miał może 175 centymetrów wzrostu, a ważył góra 70 kilogramów.
Lecz Terry wiedział, że w tym kruchym ciele skrywa się moc zdolna giąć śrubokręty lub klucze francuskie. Tak w każdym razie było jeszcze kilka lat temu, gdy go poznał i na własne oczy oglądał przygotowany przez niego pokaz. Gdy staruszek zobaczył Terry'ego, rozłożył szeroko ręce. „Witam pana serdecznie.” Jakże miło mi spotkać tak zacnego człowieka. Przywitał się wylewnie, potrząsając energicznie dłonią Terry'ego. Na szczęście nie potraktował jej jak kawałka podkowy. „Co słychać u Luke'a?” – zapytał Terry. Timur nie należał do podopiecznych Terry'ego. Miał już blisko 90 lat. Od zawsze mieszkał w pobliżu przy Neptune Avenue, całe dnie spędzając w Luna Park.
Był potomkiem siłacza, którego na początku ubiegłego wieku ściągnięto do cyrku. Zurab Czcheidze, występujący pod pseudonimem Żelazny Mocarz, wyginał podkowy, owijał wokół ciała żelazne pręty, a nawet podnosił konia. I to z podkowami, jak mawiał. Syn poszedł w ślady ojca, lecz nie zdobył takiej sławy, gdyż era cyrkowych atletów skończyła się, zanim miał szansę odnieść sukces. Od tamtego czasu imał się różnych zajęć, a od 10 lat stał się nieoficjalnym kronikarzem świata dawnych cyrków i za drobne kwoty opowiadał ich historie. Terry poznał Timura przez jego syna Lukę. Luka walczył w Syrii z ISIS. Brał udział w odbiciu Ar-Raqqi i widział to niegdyś 200-tysięczne miasto po pięciu latach bombardowań i równie niszczycielskiego panowania dżihadystów. Po przejściu do cywila Luka uznał, że nie ma sensu dbać o przyszłość ludzkości, gdyż zawsze znajdą się ludzie chcący zniszczyć świat w imię lepszego Boga. Wylądował na ulicy, sypiając przy śmietnikach na narkotykowym haju, lecz nawet wtedy marzył o świecie bez religii, w którym człowiek mógłby być jedynie człowiekiem, a nie zabawką w rękach Stwórcy.
Luka nie był naiwny. Wiedział, że człowiek i bez religii jest podły, chciwy i nikczemny. Ale czyż wiara nie miała uczynić go lepszym? Luka przekonał się, że tak nie jest. Wierzący potrafili być jeszcze bardziej podli, okrutni, zawistni i małostkowi. To po cóż religia? Jeden powód więcej do konfliktów, jakby tych zwykłych było mało. Któregoś dnia Terry'emu udało się doprowadzić Lukę do domu. Ten jeden raz nie wystarczył, aby ojciec wybił synowi narkotyki z głowy i musiał jeszcze wielokrotnie przyprowadzać Lukę do Timura. Jednak przez ostatni rok już nie spotykał go na ulicy.
Nie miał więc okazji sprawdzić, co u niego. A może po prostu bał się, że Luka nie wrócił z ostatniego odlotu i na wieczność pozostał w świecie swoich marzeń. „Odesłałem Lukę do rodziny w Gruzji” – odpowiedział sucho Timur. „Niech pozna historię ojczyzny dziadka, posmakuje jej klimatu, zrozumie, co to rodzina. Mam nadzieję, że pozna tam jakąś piękną, czarnowłosą Gruzinkę, swoją przyszłą żonę.” Podkręcił z rozmarzeniem wąsa. Jednak szybko otrząsnął się i dodał: „A przede wszystkim niech zapomni o tej cholernej wojnie. Wtedy może wracać do Nowego Jorku, pójść do pracy, zarabiać na utrzymanie rodziny.” Dopiero teraz Terry przedstawił Timura pozostałym. „Podnosił pan ciężary?” – zapytał sceptycznie Federico, oceniając jego mikrą posturę. „Podnosić potrafi wielu” – żachnął się Timur. – „Ale ludzie nie płacili mi za to, abym z grymasem wysiłku podnosił ciężary.
Płacili, aby zobaczyć, jak to robię z uśmiechem na twarzy” – odpowiedział dumnie. Terry znał tę opowieść, a jak zdradził mu Luka, ojciec powtarzał słowa innego siłacza, Hammermana. Lecz jego towarzysze o tym nie wiedzieli, a Terry nie zamierzał wyprowadzać ich z błędu. „Timur, znasz dokładnie historię tego miejsca” – rozpoczął ostrożnie. „Wychowałem się tutaj. Teraz mamy jedno wesołe miasteczko, lecz niegdyś były aż trzy.” „Które było pierwsze?” – zapytała Anne, nie dając Terry'emu szansy na zadanie najważniejszego pytania. „Najstarsze było Steeplechase Park. Działało do 1964 roku, ale w końcu wykupił je Fred Trump, ojciec obecnego, tfu, prezydenta.” „A które było najlepsze?” Ciekawość Anne zaskoczyła Timura. Uśmiechnął się szeroko. „Najlepsze było Dreamland.
Można w nim było popływać gondolami po Wenecji, przejechać koleją przez szwajcarskie góry, odwiedzić wioskę liliputów z trzystoma mieszkańcami. Odbywały się też spektakle i to takie, których i dziś by się nie powstydzono. Odgrywano koniec świata czy święto Baltazara i zniszczenie Babilonu. Ale Dreamland spłonął jeszcze przed moim narodzeniem. Znam go jedynie z opowieści ojca.” „Konkurencja go spaliła?” – zapytał Federico. „Nie, tym razem to był wypadek. Chociaż konkurencja faktycznie często używała nie dżentelmeńskich metod. W przeddzień otwarcia nowego sezonu, podczas uszczelniania przecieku jeden z pracowników Bram Piekła przewrócił wiadro z gorącą smołą. Musicie wiedzieć, że parki rozrywki wyglądały olśniewająco jedynie nocą. W dzień można było zauważyć, że olbrzymie budynki i inne konstrukcje są zbudowane z listewek połączonych cienkimi ściankami gipsu i oleju konopnego.
Pożar rozprzestrzenił się w kilka minut, trawiąc wszystko.” „No a Luna Park?” Zapytała Subira. Ten pierwotny też spłonął w 1944 roku. Można było w nim odbyć podróż na Księżyc, odwiedzić Egipt, popłynąć przez wzburzone morze, zwiedzić kopalnie. Ale największą popularnością cieszył się Helter Skelter, czyli zjazd po spirali i wiele innych zjeżdżalni. Dzisiejszy park otworzono 10 lat temu na części byłych terenów starego, ale to już nie to co kiedyś. I dziwolągi też tu były? Zapytał Federico. Timur spojrzał na niego z wrogością, lustrując od stóp do głów. Wystraszony Federico cofnął się o krok. A ty co, telewizji i internetu nie masz?
Tam oglądali dziwolągi. Nie złość się, Timur – zaśmiał się Terry. Mój przyjaciel pyta o to, gdyż szukamy pewnej osoby z rogami na głowie. To dla nas ważne. Timur złagodniał nieco. Zamyślił się i podkręcił wąsa. Z rogami, mówisz? Najprościej byłoby zapytać o te rogi żonę. Timur też nie oparł się chęci zażartowania. W ostatnich dniach zaginęło wielu weteranów wojennych.
Ten rogacz jest w to zamieszany – wyjaśnił Terry poważnie, z nadzieją, że to powstrzyma dalsze żarty. A to przepraszam. Timur przyłożył rękę do piersi i skłonił się lekko. Na Coney Island nie było gabinetów osobliwości, ale do Nowego Jorku co roku przyjeżdżało kilkadziesiąt wędrownych trup. No i było kilka tak zwanych teatrów, w których odbywały się pokazy. Nie rozumiem tej fascynacji oglądania zdeformowanych ludzi – skrzywiła się Subira. Jeżeli Timur miał zamiar ją obsztorcować, na widok jej zatroskanej twarzy zrezygnował z tego pomysłu. Dzisiaj macie ekrany na ścianie, w telefonach, w okularach. Migoczą wam przed oczami od rana do wieczora tak, że nie wiecie, co oglądać. Za czasów mojej młodości można było jedynie obejrzeć zdjęcie w gazecie.
No i były jeszcze ruchome obrazy w kinie. Ale by poczuć prawdziwy dreszcz emocji, trzeba było pójść do cyrku lub gabinetu osobliwości. Nie dziw się więc, piękna dziewczyno, że tłumy stały w kolejkach. I widział pan kobiety z brodą? – dopytywała ośmielona Subira. Timur uśmiechnął się z nostalgią. Młoda dziewczyno, kogo ja nie widziałem! Kobieta z brodą to żadna osobliwość. Kiedyś nie było depilatorów na baterie, a do pracy była potrzebna siła. To i kobiety miały słuszne krągłości oraz bicepsy, tak jak mężczyźni, więc wąsik u wielu z nich nie dziwił.
W dzisiejszych czasach nie dojadacie. Jesteście chude jak szczapy, przez co macie problemy z rodzeniem dzieci, nie wspominając już o karmieniu piersią. Z cycuszków jak łupiny orzecha nie wydoisz mleka dla dzieciaka. To muszą być cyce jak arbuzy. Wtedy mleko płynie takim strumieniem, że i czwórka dzieci się posili. Ja sam ssałem cyca matki do piątego roku życia i popatrzcie, w przyszłym roku wezmę na plecy dziewiąty krzyżyk, a z łatwością położę na rękę niejednego dwudziestolatka. A teraz też istnieją takie osobliwości jak kiedyś? – zapytała Anne. Może i są, ale pewnie pochowane po szpitalach albo też wiozą je za młodu na stół. Ciach!
I po trzeciej piersi. Ciach! I po sześciu palcach. Przecież nawet bliźniaków syjamskich potrafią dziś rozdzielić tak, że każdy swój rozum i ciało ma. Znałem bliźniaczki Hilton. Panny Daisy oraz Violet były zrośnięte biodrami i pośladkami. Występowały w filmie „Dziwolągi” – wtrącił Federico z dumą, rozglądając się po twarzach przyjaciół, jakby chciał powiedzieć: „I nadal uważacie, że filmy, które oglądam, są nic niewarte?” A tak, ma pan rację, ale ta historia rozpoczęła się o wiele wcześniej. Już w wieku trzech lat pokazywano je publiczności jako The United Twin. Występowały nawet w widowiskach organizowanych przez naszego sławnego Boba Hope'a. Gdy miały osiem lat, matka sprzedała je właścicielowi baru.
Przez wiele lat siostry walczyły o niezależność. Udało się, gdy miały 23 lata. Ale czy zrezygnowały z występów? Nie. Bo jak inaczej mogłyby zarabiać? Ściągały tłumy widzów jeszcze jako The Hilton Sisters Revival, w tym wielu tracących dla nich głowę mężczyzn, gdyż musicie wiedzieć, że kilkakrotnie wychodziły za mąż. Jednak gdy się zestarzały, nikt już nie chciał ich oglądać. Umarły, pracując jako ekspedientki w sklepie spożywczym. Nie jestem reliktem przeszłości. Doceniam postęp medycyny.
Życie Daisy i Violet z pewnością byłoby szczęśliwsze, gdyby mogły żyć oddzielnie. Jednak w tamtych czasach nie miały wyboru. Oglądano je ze śmiechem lub wstrętem, ale mogły przetrwać. Gabinety osobliwości i cyrk były ówczesnym Facebookiem. Do cyrków zwożono zwierzęta z najodleglejszych stron świata. Ależ to okrutne! Anne zdawała się poruszona. „Czasami tak.” Wzruszył ramionami Timur. „Lecz powiedz mi, czy lepsze warunki mają pracownicy fabryk w Afryce lub Azji? I to naszych fabryk.
Poza tym nie mieliśmy innych możliwości ujrzenia podobnych osobliwości czy zwierząt.” „Powiedziano mi, że gdzieś w pobliżu można zobaczyć osoby z modyfikacjami ciała.” Terry ponownie musiał skierować rozmowę na właściwy temat. „A tak, rzeczywiście. Słyszałem o jednym miejscu. Tam będziecie mogli spotkać nie tylko rogaczy. Mam na myśli takich z prawdziwymi rogami.” Dodał szybko, by jego słów nie wzięto za kolejny żart. „Dajcie mi pięć minut.” Przeprosił i odszedł niedaleko, na 20 metrów. Wyciągnął telefon komórkowy, wybrał jakiś numer i zaczął rozmawiać. Odległość była na tyle duża, że nie słyszeli, co mówi. „Czy ja dobrze widzę? On ma komórkę?” Zapytał ze zdziwieniem Federico.
„Przecież mówił, że nie jest reliktem.” Zaśmiała się Anne. Po kilku minutach Timur wrócił z uśmiechem zadowolenia na twarzy. „Mam adres i hasło.” Oznajmił. „Podajcie je bramkarzowi. Został uprzedzony.” „Hasło?” Zapytał Terry. „Zwyczajna dyskoteka, którą dzisiaj nazywa się galerią rozrywkową. Jest dostępna dla wszystkich, choć wstęp sporo kosztuje. Ale jest tam też zamknięta impreza w dobudowanej części budynku wyłącznie dla wtajemniczonych. To niedaleko, w gmachu dawnego teatru Sideshows by the Seashore. Kilka lat temu wyburzono parterowe baraki obok i teraz cały obiekt zajmuje pół kwartału.
Kto w tym teatrze nie występował? Można było zobaczyć kobietę z czterema nogami. Był też człowiek z głową lwa.” Przerwał mu śmiech Federica. „To przecież niemożliwe.” Urażony Timur spojrzał na niego z nieukrywaną pogardą. „Człowiek lew zmarł, gdy miałem rok, lecz ojciec często mi o nim mówił. Pochodził z Polski. Bardzo inteligentny człowiek. Władał pięcioma językami. Chciał zostać dentystą. Oczywiście nie miał lwiej głowy, ale był bardzo owłosiony.
Teraz wiem, że to wynik choroby genetycznej nazwanej chorobą wilkołaka, jednak wtedy nie byliśmy aż tak mądrzy, a jego włosy rzeczywiście przypominały grzywę dużego kota.” „I kto jeszcze?” Dopytywał się skruszony Federico, lecz Timur naraz stracił ochotę na wspominanie. „Sami będziecie mogli ujrzeć dzisiejsze dziwolągi.” Zakończył spotkanie z urazą w głosie.
[02:27:18] - Okej, to scena wybrzmiała. Domagałeś się tej sceny, to teraz ją jakoś skomentujmy. Nie zdradzając oczywiście treści, to po co ona jest?
[02:27:30] - Nie, ona ma bardzo wielkie znaczenie.
[02:27:33] - No pewno.
[02:27:34] - Ale nie musiałaby być tak długa. To mogła być scenka na pół strony albo stronka. Z tym że tu znowu wyszła, bo przy innych okazjach też wyszła, niewiedza człowieka. Ja sobie myślałem, że przecież takie gabinety osobliwości, ja o tym chciałem opowiedzieć, pewnie istniały. Ale zacząłem szukać po stronach internetowych i się okazało, że nie za bardzo. A przynajmniej nie w Nowym Jorku. Gdzieś tam na prowincji jeździli, ale nie w Nowym Jorku i nie w ostatnich latach. Tego już kurczę, od dawna nie ma. Ale jak zacząłem grzebać w tych materiałach, to cholernie mi się spodobał ten rejon dzielnicy Coney Island i stwierdziłem: kurczę, miałbym ochotę o tym wszystkim napisać. Więc wymyśliłem postać tego Timura, który mógł o tym pamiętać i mógł opowiedzieć głównym bohaterom.
Zamiast góra jednej strony rozrosła się do, nie pamiętam dokładnie w książce, ale około 10 stron, ale myślę, że z korzyścią dla pewnego smaczku książki. A to, że jest to ciekawy region, mogę powiedzieć, oczywiście nie przyrównując ani nie porównując siebie, że Woodiego Allena też zafascynował ten świat lunaparków i tak dalej. I o tym jest jego-- znaczy może nie o tym, ale są tam te smaczki, które ja też próbowałem opisać. Tak że stąd się to wzięło.
[02:29:43] - Okej.
[02:29:43] - Dodam tylko, że tym typem bardzo fascynował się Ray Bradbury. Najważniej ten potwór, jakiś potwór tu nadchodzi, też nawiązuje do
[02:29:55] - W ogóle wesołe miasteczka, wbrew tej nazwie, przynajmniej takiej, jaka jest w języku polskim, one nie zawsze są wesołe. Bo ja pamiętam kilka niezłych horrorów, które czy nakręcone, czy napisane, działy się w wesołym.
[02:30:10] - Stephen King bardzo fajnie ten wątek rozwinął w swojej książce „Danse Macabre”, gdzie opisywał historię horroru amerykańskiego i bardzo wiele form grozy do tego wątku odniósł.
[02:30:23] - Sam zresztą też, bo jeżeli sobie przypomnicie powieść, która nosiła tytuł „Talizman”, o ile dobrze pamiętam, to gdzieś tam w tle jest takie wymarłe wesołe miasteczko. O ile dobrze przypominam sobie, to Koontz, taki mistrz horroru, też w wesołym miasteczku różne rzeczy się u niego działy. Więc wesołe miasteczko to jest dobre miejsce na horror.
[02:30:51] - Ja dodam tylko tyle, że Ray Bradbury wspominał, że został namaszczony na pisarza fantasy w wesołym miasteczku już jako dziecko, gdy podszedł do niego człowiek, który nazywany był Pan Electrico. Mister Electrico. Człowiek, który potrafił nagle poprzez tylko i wyłącznie dotyk powodować wyładowania elektryczne na skórze człowieka. I właśnie podszedł w taki sposób trochę rytualny do Bradbury'ego, do chłopca. I spowodował, że z jego włosów zaczęły strzelać takie małe pioruny. To było dla niego tak wielkie przeżycie, że stwierdził, że rzeczywistość niezwykła, nie z tego świata, będzie już jego domeną. To tak na marginesie o tym wspomnę, że te lunaparki fascynują fantastów.
[02:31:47] - Mówiliśmy o tym, że „Śmieciowi ludzie” to książka, która jest ewidentnie science fiction, ale jest w tej książce bardzo dużo takich wątków, które określilibyśmy sensacją. To jest chwilami książka, która jest książką sensacyjną i będę tej tezy bronił do upadłego. Ja od razu mam takie pytanie dotyczące źródeł. Moja teza: żeby napisać tak pewne elementy, pewne wątki sensacyjne, to musiałeś trochę tej sensacji obejrzeć w kinie, przeczytać w książkach. Co to były za książki i co to były za filmy? Co cię inspirowało do tej sensacji? Bo ona jest całkiem, a nawet bardziej zgrabnie napisana. Polecam wszystkim miłośnikom wątków sensacyjnych. Książka Tadeusza się broni jak najbardziej.
[02:32:49] - Do upadłego to ja będę bronić tego, żeby nie nazywać tej książki książką science fiction.
[02:32:56] - Tu mogę ewentualnie podjąć dyskusję. Dobrze, okej. Ale sensacyjna jest ewidentnie.
[02:33:01] - A to, że jest sensacyjna, to tak, oczywiście, że tak. Dlaczego to lubię? Nie wiem, ale na pewno uważam, że jest to sposób, żeby przyciągnąć uwagę czytelników. Nie mówiąc nic złego na temat czytelników, uważam także, że dzisiaj trzeba przyciągać jego uwagę, bo mamy tyle rzeczy okołodziejących się, a tutaj telefon zadzwoni, a tutaj w internecie ktoś się odezwie.
[02:33:33] - A i bogactwo autorów duże, więc trzeba się-
[02:33:36] - To już w ogóle. Więc trzeba go przyciągać. Powiem inaczej: najłatwiej przyciągnąć go sensacją. Mówię najłatwiej, bo można go przyciągnąć klimatem, stylem języka, ale nie będę udawał. Nie wiem, jak to powiedzieć, żeby się nie obrazić, ale geniuszem literackim raczej nie jestem, bo takich geniuszy jest kilku na świecie. A budując fabułę wokół intrygi sensacyjnej, mam możliwość i tak powiedzenia tego, co chcę powiedzieć, a po drugie nie popadając w jakieś niezbyt spójne rozważania, które można odrzucić. Zaraz po drugiej stronie możesz stwierdzić: „O czym, kurczę, ten facet pisze? W ogóle tego się nie da czytać”. Więc odpowiem w ten sposób. To jest raz.
Dwa: z pewnością masz rację, że jako filmowiec lubię akcję. A cóż innego, jak nie sensacja, kryminał napędza akcję. Oczywiście filmy mogą być różne, ale w czasie studiów długo myślałem na ten temat. Inaczej mówiąc, chciałem zostać reżyserem filmowym. Poszedłem na operatorkę tylko dlatego, że stwierdziłem: jak taki gówniarz z prowincjonalnego miasteczka może myśleć o tym, żeby iść na reżyserię filmową? Więc mówię: dobra, pójdę najpierw nauczę się operatorki. To jest bardzo związane przecież z reżyserią. Później, jak już zostanę reżyserem, to będę wiedział, używając twojego określenia, operator nie będzie mi wciskał kitu, że tego nie można sfilmować i tak dalej, bo sam będę wiedział o tym najlepiej, co można, a czego nie można. I tu w moich marzeniach los trochę stanął na drodze.
[02:35:59] - Ponieważ powinienem skończyć studia w 1983 roku, ale dowiedziałem się, że nie będzie naboru na kierunek reżyserii. Więc ostatni egzamin, bardzo ważny, teraz chyba już mogę szczerze powiedzieć, technika zdjęciowa. Poszedłem do profesora i mówię: „Panie profesorze, niech mi pan wstawi dwóję”. A on mówi: „No jak? Przecież Tadeusz, wiem, że na pewno coś wiesz”. Mówię: „Nie chodzi o to, czy wiem, czy nie wiem, tylko że chcę powtarzać rok, żeby zostać jeszcze na studiach i przeczekać ten rok”. Wstawił mi tę dwóję, zostałem na następny rok i czekałem. To był 1984. Na nabór na reżyserię. Znowu się dowiedziałem, że nie będzie w 1984 roku i w zasadzie już nie wiadomo, czy kiedykolwiek jeszcze będzie nabór na reżyserię.
A właśnie między 1983 a 1984, czekając na ten nabór, już właściwie nie musiałem studiować, bo wszystkie poza jednym egzaminem miałem zaliczone i poświęciłem się, zacząłem pisać. I w 1984, jak dowiedziałem się, że tego naboru na reżyserię nie będzie, to sobie pomyślałem: „No dobra, ale właściwie pisarstwo jest jeszcze lepsze, bo jak schrzanisz film, to możesz znaleźć multum winowajców. A to właśnie operator ci ten film położył, a to aktor był nie taki, a to montażysta to w ogóle zmontował fatalnie. Zawsze znajdziesz wymówkę, żeby powiedzieć: to nie twoja wina, to kogoś innego. A jako pisarz możesz mieć tylko pretensje do samego siebie, że coś zrobiłeś nie tak. I zrezygnowałem z dalszego czekania na nabór na reżyserię. Wróciłem do żony i próbowałem żyć z pisania. O tym, jak to się skończyło, nie będę w tej chwili opowiadał. Ale jeszcze wracając do twojego pytania, bardzo mnie interesowało zawsze pisanie scenariuszy i w czasie studiów mieliśmy dostęp do czasopism amerykańskich i książek, gdzie sprzedawano tę wiedzę. I poznałem zasady pisania scenariuszy.
Typowy klasyczny scenariusz amerykański bardzo łatwo odnajdziecie pewnie we wszystkich moich książkach, bo gdzieś się na tym wzoruję, więc po części to trochę dlatego jest, że ja tego się nauczyłem. To siedzi we mnie. Trudno się od tego nawet uwolnić. W następnej książce, którą częściowo, Tadeusz całą, a ty częściowo znasz, trochę odchodzę od tego, ale to też nie jest tak do końca. Gdzieś to zawsze zostaje we mnie.
[02:39:13] - Ale ja jednak jeszcze dopytam. A jakbyś miał wymienić kilka nazwisk z tej sensacji.
[02:39:19] - Nazwisk nie ma.
[02:39:22] - Może tytułów?
[02:39:23] - To już w ogóle nie. Ale jeszcze jako licealista. Nazwisk. Będą długie chwile ciszy, bo będę sobie przypominał nazwiska. No dobrze, zaczekaj, spróbuję szybko się skupić. Był taki Ludlum czy Ludlam. To na pewno on. I wtedy mnie w jego książkach fascynowało to, że jak akcja się działa, że bohater przyjeżdża do Wiednia, to idzie do jakiegoś hotelu i tam tapety są w takim kolorze, a zasłony w innym kolorze. I sobie myślałem: ja pierniczę, ależ wyobraźnia czy wiedza, bo nie wiem, czy on jeździł tak po tym świecie, że to wszystko poznawał. Na szczęście później przyszedł internet i każdy może to sprawdzić.
I w „Śmieciowych ludziach”, i w „2012” opisy ulic, budynków, które są rzeczywiste, bo jest tam kilka wymyślonych, jak jakaś klinika, gdzie się dokonuje pewnych zabiegów czy siedziba pewnego koncernu. One są wymyślone, ale te, które są autentyczne, to i opisy są prawdziwe. Jeżeli jest tam, że bohaterowie jedli, zamówili na śniadanie to, Terry zamówił to, a Anne coś innego, to rzeczywiście jest to w menu tej restauracji. Ta restauracja wygląda tak, jak ją opisałem. To są te fascynacje literackie. Po części zdradziłem ci swój warsztat.
[02:41:02] - Dzisiaj w ogóle troszeczkę warsztatu zdradziłeś. Ja przypomnę naszym słuchaczom, że dzisiejszą audycję częściowo moglibyśmy przerzucić do ABW, bo Tadeusz opowiadał przecież, jak układał na osi czasu te karteczki. To też jest dobra wskazówka dla każdego, kto pisze stosunkowo długi utwór, żeby nie popaść w jakieś kompletne nonsensy, bo czasami zupełnie nieświadomie można w to popaść. To dobrze sobie jest tę akcję uporządkować właśnie jakoś na osi czasu, kolorowe karteczki i tak dalej. Proponuję każdemu na ten fragment dzisiejszej audycji zwrócić uwagę. A to drugi dodatek warsztatowy, tak określmy.
[02:41:42] - Tak, oczywiście. Co Tadeusz, chciałeś?
[02:41:44] - Ja tylko chciałem powiedzieć, że książka, co jest bardzo istotne, o tym w ogóle nie wspomnieliśmy do tej pory, jest nie tylko bardzo filmowa, jest nie tylko wizualna. Ona też brzmi. W tej książce jest spora dawka muzyki i muzyki, którą się słyszy. I to naprawdę udało się Tobie, Tadeuszu.
[02:42:00] - Bo jest to sztuka nie lada. Jesteś, jak zauważyłem, nie tylko oczywiście na podstawie lektury „Śmieciowych ludzi", ale także „Windy do nieba", szczególnie tam to widać, miłośnikiem muzyki rockowej. Twoja bohaterka, Subira, uwielbia słuchać muzyki progresywnej, która swego czasu, w latach 70., była nazywana rockiem symfonicznym, symphonic rockiem. Dzisiaj inaczej określona. Uwielbia zespół Yes, „Sweet Close the ledge", uwielbia psychodeliczny utwór Pink Floyd „Ostrożnie z tą siekierką, Eugeniuszu". Nawiasem mówiąc, bardzo zabawna scena dla wtajemniczonych.
[02:42:41] - Tam później pada wyjaśnienie.
[02:42:43] - Pada, ale właśnie o to chodzi, że ja nie potrzebowałem tego wyjaśnienia, bo znam ten utwór i bardzo dobrze rozumiem Subirę. Zresztą nie samą tam kobietę. Subira jest zakochana szczególnie w jednym utworze, utworze In-a-Gadda-Da-Vida zespołu Iron Butterfly. Pozwolę sobie przytoczyć, co ona o tym kawałku, jednym z najbardziej rozpoznawalnych kawałków rockowych, powiedziała: „In-a-Gadda-Da-Vida, uproszczona pisownia „In the garden of Eden", nagranie zespołu Iron Butterfly to najpiękniejszy utwór ciężkiego brzmienia, jaki znam. 17 minut zajmujących całą stronę winylowego albumu to katorga dla uszu z ledwo kilkoma linijkami tekstu. Skład zespołu typowy dla tamtych lat: czterech facetów, gitara, gitara basowa, perkusja, organy oraz wokal. Po niecałych dwóch minutach zwykły utwór przeradza się w improwizację. Solowe popisy każdego członka zespołu. Z rozrywającą na strzępy solówką na perkusji, z wibrującą, kłującą uszy solówką organów". Słyszycie to państwo, prawda?
I gdy po tych solowych popisach wszyscy zaczynają znów wspólnie grać, następuje pełna synchronizacja instrumentów. Wtedy nawet ciężki, zachrypięty, a jednocześnie nieco flegmatyczny głos śpiewający „W rajskim ogrodzie pokochasz mnie" wydaje się ciepłym wyznaniem miłości. Tadeuszu, nie mogę o to nie zapytać. Twoje ulubione płyty, twoi ulubieni wykonawcy. I czego słuchasz dziś? Czy odnajdujesz w dzisiejszych czasach, Anno Domini 2018, nową muzykę? Muzykę, która mogłaby cię tak samo zafascynować jak ta muzyka sprzed lat 40, 50.
[02:44:21] - Wiesz, czasami na to trafiam, ale ja ci powiem, że w tej chwili mało słucham muzyki z tego powodu, że muzyka bardzo wpływa na mnie emocjonalnie. I jak zaczynam słuchać muzyki, to stwierdzam: ach, po co siedzieć, pracować nad czymś, kurczę, położę się na kanapie, wezmę piwo, napiję się i porozmyślam. Więc trochę z rozmysłu uciekam przed muzyką. Zamiast muzyki słucham telewizji. To jest dziwne, ale to może wykształcenie sprawiło i to, że dwa razy w tygodniu byliśmy w studio telewizyjnym przed dziesiątkami monitorów z różnych kamer. Tu montaż. Jestem przyzwyczajony do obrazu i on mniej zajmuje głowę niż muzyka. Zwłaszcza że siedzę, pracuję przy komputerze, a telewizor jest włączony, jakiś kanał dokumentalny bądź polityczny. Ostatnio coraz mniej już przełączam na te polityczne, bo już nie chcę się denerwować. Więc nowych zespołów nie potrafiłbym ci wymienić.
Czasami na coś trafiam, czasami znajomi mi coś podrzucają, ale raczej siedzę, niestety, w starociach, a zwłaszcza przez to, że ostatni rok pracowałem nad książką „Winda do nieba". Ona jest dopiero teraz u beta czytaczy. Ta książka, „Winda do nieba", nie powstałaby, gdyby nie powstali „Śmieciowi ludzie", bo konstrukcja książki wymagała, żeby Subira była utalentowana muzycznie i żeby dużo słuchała muzyki. To, że akurat tej, to moje prywatne fascynacje. Raz, że ona nie jest stara, mogła już słuchać rapu czy coś, ale raczej bym nie pisał przekonująco, mówiąc, że ona lubiła rap i słuchała kogoś tamtego czy owego.
[02:46:47] - Znam bardzo młodych ludzi słuchających muzykę z tamtych czasów. Nie traktują tej muzyki jako jakiejś staroci. To jest muzyka, którą ci młodzi ludzie żyją.
[02:46:59] - Więc poprzez Subirę musiałem opisywać muzykę bardziej dogłębnie, a nie tylko wspomnieć, że słuchała takiego nagrania takiego zespołu. I powiem ci, że to mi się spodobało. Już, Marek, kończę. Stwierdziłem, że w następnej książce zrobię z tego leitmotiv, a nawet więcej, że tytuły rozdziałów, które specjalnie skróciłem, znaczy rozdziały, bo przeważnie rozdział to jest około 20 stron maszynopisu, a ja porobiłem rozdziały 10-stronicowe czy nawet krótsze i każdy tytuł rozdziału to jest tytuł nagrania muzycznego. I te tytuły już same powinny powiedzieć o moich fascynacjach. A tutaj, w przypadku literatury, prosisz mnie, żebym wymienił, to ja nie wiem. To jest trochę bardziej rozmyte. Muzycznie to jest kurczę pewne. Pink Floyd, King Crimson, Yes. I jeszcze z trzydzieści innych kapel.
[02:48:05] - Zwróciłem uwagę, kiedy opowiadałeś o historii stawiania dwói na studiach. Po pierwsze pomyślałem, że to jest przykład zaangażowania. Jak chcesz osiągnąć cel, to go dążysz, nawet czasami wybierając drogę trudną. W dodatku skojarzyło mi się z takimi scenami, które przeczytałem jakiś czas temu w książce Zelaznego „Bramy w piasku”, o ile dobrze pamiętam. Tam jeden z bohaterów otrzymywał stypendium ufundowane przez swojego wuja na czas studiów i tak długo, jak by studiował, miał dostawać stypendium. W związku z tym studiował już trzynaście lat i robił wszystko, żeby tytułu nie dali, bo to by oznaczało koniec zarabiania. Kadra na uniwersytecie próbowała zrobić wszystko, żeby się go pozbyć, a on tak sprytnie nie kończył nigdy. W Stanach Zjednoczonych odbywa się to metodą kursów. Żeby uzyskać tytuł w danej dziedzinie, trzeba określoną ilość przedmiotów zaliczyć. On to robił zawsze na tyle zgrabnie, że jakiegoś nie zaliczył, więc mu się nie należał tytuł ukończenia.
Co więcej, wybierał co rusz, jak się pojawiały nowe kierunki, studiował ciągle coś innego. I tak właśnie przez trzynaście lat. Wyszedłem od tego, że sobie pomyślałem, że ta sytuacja, o której napisałeś, to jest też fajna książkowa sytuacja, którą można by wykorzystać. Tego studenta, który z taką determinacją prosi swojego profesora, żeby mu wstawił pałę, ponieważ musi powtarzać rok, ponieważ ma w tym ukryty cel. Moim zdaniem bardzo literackie to było.
[02:49:56] - Pewnie już ktoś napisał.
[02:49:59] - Nie wiem.
[02:50:01] - Ja też znałem takich. Nie byłem wyjątkiem. Takich studentów było więcej.
[02:50:08] - Tak. Tylko bardzo często mnie się to przynajmniej tak kojarzy.
[02:50:12] - Ty poszłaś na studia też w innych czasach.
[02:50:15] - Kiedy wojsko wisiało nad głową.
[02:50:16] - Kiedy wojsko wisiało nad głową, kiedy studiowanie było dosyć tanie i nie musiałeś płacić uczelni za to, że studiujesz, tylko dostawałeś od uczelni jeszcze pieniądze, minimalne, ale jakieś na życie. Wtedy tak wielu studentów postępowało.
[02:50:34] - Tak, ale niemniej najczęściej było to jednak tak, że się brało urlop dziekański i gdzieś biło pałę.
[02:50:41] - W moim przypadku to już było za późno, jak ostatni semestr.
[02:50:44] - Właśnie o to chodzi. Ale było też tak, że częściej pewno spotykało się studentów błagających profesora, żeby mu chociaż trzy na szynach wstawił, a nie pałę. A taka sytuacja, kiedy student prosi profesora o wstawienie pały, mnie się jakoś tak bardzo literacko kojarzy. Bardzo mnie się to spodobało.
[02:51:07] - Żałuję tylko, że nie było w końcu naboru na reżyserię.
[02:51:12] - Znam kilku ludzi, którzy studiują w późnym wieku, więc zawsze możesz uzupełnić ten kierunek.
[02:51:19] - Dzisiaj to już bym nie musiał tego robić. Wracając, żeby zamknąć sprawę, bo możecie powiedzieć: „A dlaczego chciałem akurat studiować reżyserię w Katowicach?”. Po pierwsze wtedy dziekanem był profesor Bogusławski, który powiedział: „Tadeusz, jak tylko będzie nabór i będą egzaminy, to ty jesteś na pewno na tym kierunku”. Były jeszcze studia w szkole filmowej w Łodzi, ale tam nie miałem zbyt dobrych doświadczeń, bo dwa razy, nim do Katowic się dostałem, to dwa razy w Łodzi zdawałem. Co prawda też na operatorkę. Jednak nie udało mi się przebrnąć do ostatniego etapu. Nie chciałem za bardzo w Łodzi zdawać i kombinować. A po drugie żona mieszkała w Opolu.
[02:52:09] - Było bliżej.
[02:52:11] - Tak, z Katowic zdecydowanie bliżej niż z Łodzi i zaczęła mówić: „Kiedy wrócisz do domu i zaczniemy żyć jak normalne małżeństwo”, a nie, że przyjeżdżam raz w miesiącu.
[02:52:23] - Jeden z naszych czatowiczów podkreśla, że był też taki film „Wieczny student”. Ja akurat nie znam.
[02:52:31] - Z pewnością też nie pamiętam.
[02:52:32] - Widać, że bycie studentem to jest niezwykłe.
[02:52:35] - Oczywiście to jest najpiękniejszy okres w życiu.
[02:52:37] - Że on jest piękny to wiadomo. Ale że to jest taki literacko-filmowy temat, to z całą pewnością. Panowie, szczególnie nasz gość dzisiaj, Tadeusz, obawiał się, że te trzy godziny, to tam nie ma takiej możliwości, żebyśmy tak długo gadali. Pragnę poinformować zarówno naszych słuchaczy, jak i naszego gościa, że właśnie za pięć minut miną te trzy godziny. Także będziemy się już powoli żegnali. Tadeuszu, na koniec głos do ciebie. Przemów do słuchaczy. Zawsze mam świadomość tego, że choćby audycja była najdłuższa, to zawsze jest kilka pytań, które nie zostały zadane. To teraz masz szansę niepoślednią, żeby na te niezadane pytania odpowiedzieć.
[02:53:27] - Ja już ledwo mówię, już mnie gardło zaczyna boleć. Drodzy czytelnicy, może nie dosłownie, ale jest to książka lekka, łatwa i przyjemna, bo taka miała być. Jest z odrobiną myśli, które tam wyłapiecie i po przeczytaniu niektórych sytuacji odłożycie tę książkę na chwilę i zaczniecie się zastanawiać nad sprawami bardziej związanymi z filozofią czy przyszłością. Nie jest to tylko sensacja, ale to, co jest głębokie, jest tam trochę ukryte.
[02:54:09] - Jest to książka często żartobliwa. Sytuacje opisane bez rwania włosów, bez płaczu, bo uważam, że po co. Lepiej się pośmiać z niektórych sytuacji.
[02:54:25] - Tadeuszu, ty na koniec?
[02:54:26] - Mogę tylko powtórzyć za autorem, że jest to książka lekka, łatwa i przyjemna. Dodam mądra i co już zostało powiedziane chyba na samym początku - odjechana.
[02:54:38] - Tak. A ja jeszcze dodam jedną rzecz. Ja lubię grube książki i ta książka mi już swoją objętością odpowiada, bo trzysta pięćdziesiąt stron. Po prostu nie lubię się za szybko rozstawać z książką. I to jest tak, jak mam przeczytać sto pięćdziesiąt stron, to ona się skończy w kilka godzin.
[02:54:57] - Nie wiem, czy ja rozpowiedziałem.
[02:54:58] - To już się kończy. A trzysta pięćdziesiąt stron to już jest pewien potencjał. Już z tą książką zostaje się na dłużej. W związku z tym zawsze wydaje mi się, że człowiek może się rozpędzać, a i tak do końca zawsze trochę zostanie. No to cóż, dziękuję panowie za dzisiejszą audycję. Myślę, że było ciekawie. Mam przynajmniej taką nadzieję, że nasi słuchacze kilku ciekawych rzeczy się dowiedzieli. Zarówno o warsztacie, jak i o samym naszym gościu. Myślę, że kilka ciekawych rzeczy się pojawiło. Cóż, zapraszam.
Przypominam, że za tydzień wbrew utartej tradycji nie będzie audycji ABW. Będzie audycja Bibliotekarium, tym razem z Wiktorem. Będziemy rozmawiać, to co już było wcześniej zapowiadane o zapiskach oficera Armii Czerwonej Sergiusza Piaseckiego. To za tydzień. Z wyjątkiem takim, na ogół to co dwa tygodnie. Natomiast żeby nie zakłócać ilości oraz pewnej przemienności, to dwa ostatnie tygodnie maja to będzie audycja ABW tydzień po tygodniu, a później wrócimy do tego codwutygodniowego cyklu. I to już chyba wszystko. Dziękuję naszym słuchaczom. Życzę tylko dobrych lektur. Życzę spotkania z książką Tadeusza Myszko „Śmieciowi ludzie”, bo naprawdę warto.
A jeśli ktoś będzie miał taką ochotę, to na pewno odnajdzie wcześniejsze jego książki. Wspomnianą już chociażby w dzisiejszej audycji książkę. Nigdy nie pamiętam tego tytułu, ale wiem, że jest o roku 2012.
[02:56:39] - I to wystarczy.
[02:56:39] - I to wystarczy. Myślę, że jak ktoś wpisze w internet Tadeusz Myszko i cyframi 2012 to zdecydowanie książkę czy książki właściwie znajdzie. No cóż, to wszystko. A jeszcze Tadeusz chce coś powiedzieć, to oddajemy głos. Proszę bardzo.
[02:56:57] - Dziękuję słuchaczom, dziękuję realizatorom i do usłyszenia.
[02:57:01] - Ja też dziękuję. Wszystkiego dobrego.
[02:57:05] - Też dziękuję za zaproszenie. Dobranoc.
[02:57:07] - A! Tak jeszcze zdradzę, zanim się już zupełnie nas Ivellios odłączy od mikrofonów, to zdradzę, że w najbliższym czasie, jeszcze nie podamy terminów konkretnych, ale w najbliższym czasie będziemy Tadeusza Krajewskiego gościć również w audycji ABW. Ale o szczegółach to w przyszłości. Jeszcze raz dziękujemy i tak jak powiedziałem, samych dobrych lektur życzymy.
[02:57:34] - Dobranoc.
[02:57:36] - Mówili te słowa do państwa gospodarz Bibliotekarium Marek Żelkowski oraz dzisiaj wyjątkowo współprowadzący Tadeusz Krajewski. No i nasz gość specjalny Tadeusz Myszko, autor prezentowanej dzisiaj powieści we fragmentach „Śmieciowi ludzie”. Audycję jak zawsze obsługiwał od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Tym razem wyjątkowo również na żywo.
[02:58:11] - Alone for a while I've been searching through the dark for traces of the love you left inside my lonely heart to weave by picking up the pieces that remain melodies of life love's lost refrain. Our paths they did cross though I cannot say just why. We met, we laughed, we held on fast and then we said goodbye. And who'll hear the echoes of stories never told? Let them ring out loud 'til they unfold. In my dearest memories I see you reaching out for me. Though you're gone, I still believe that you can call out my name. A voice from the past, joining yours and mine adding up the layers of harmony. And so it goes on and on. Melodies of life to the sky beyond the flying So far and away.
See the birds as they fly by. Gliding through the shadows of the clouds up in the sky. I've laid my memories and dreams upon those wings. Leave them now and see what tomorrow brings. In your dearest memories, do you remember loving me? Was it fate that brought us close and now leave me behind? A voice from the past joining yours and mine. Adding up the layers of harmony. And so it goes on and on. Melodies of life to the sky beyond the flying birds forever.
And if I should leave this lonely world behind. Your voice will still remember our melody. Now I know we will carry on. Melodies of life come circle round and round in our hearts. As long as we remember.