[00:00] - Czas snu paranormalium.
[00:07] - Oto prawdziwy sekret życia. Być całkowicie zaangażowanym w to, co robisz tu i teraz. I zamiast nazywać to pracą, uświadom sobie, że to gra. Przyszłość jest koncepcją. Ona nie istnieje. Tak jak mówi powiedzenie: jutro nie nadejdzie nigdy. Żyjemy tylko i wyłącznie teraz. Sprowadź swój umysł do stanu rzeczywistości. Teraz. Nie istnieje coś takiego jak jutro.
Nie ma przeszłości i nie ma przyszłości. I nigdy nie będzie. A my skupiając wzrok na przyszłości, dajemy się odciągnąć od życia pełnią teraz. Sednem życia jest być zawsze w chwili obecnej. Nie wyobrażam sobie, co mogłoby być bardziej realistyczne niż to, co mogłoby być bardziej namacalne. Istnieje tylko teraz. Teraz. Czas jest zawsze teraz. Więc ostatecznym doświadczeniem buddyzmu, kiedy na powrót połączymy się z samym sobą, jako rezultat tego połączenia, jest odkrycie, że jesteśmy jednym ze wszystkim. Że nie jesteśmy oddzielnymi, odłączonymi istotami, lecz że cały wszechświat jest nami.
[01:24] - Okej, witajcie bardzo gorąco i serdecznie słuchacze Radia Paranormalium. Debaty się skończyły, a więc czas zacząć kolejną audycję, audycję na live. Ponieważ uległa zmiana oczywiście czasu nadawania. Zawsze był to poniedziałek koło godziny 22:00 czasu polskiego. Po rozmowach z Ivelliosem, ponieważ dla mnie ten czas niedzielny jest dużo lepszy niż sobotni, postanowiliśmy, że będę wchodził na audycję już po debatach ufologicznych. A zatem debaty ufologiczne się skończyły. Zaczęliśmy czas snu już oficjalnie. Przepraszam was za taki trochę długi wstęp, ale musiałem sobie tutaj jeszcze parę rzeczy wokół siebie zrobić. Niestety przy debatach troszkę przysnąłem i po prostu troszkę mnie też głowa bolała. Także tak, kontynuujemy dzisiaj temat o Alanie Wattsie, ale jeszcze zanim, zanim jeszcze zaczniemy właśnie o Alanie Wattsie rozmawiać, a właściwie to słuchać jego wykładów, które tam wcześniej przetłumaczyłem, to jeszcze takie informacje na wstępie.
Mianowicie to, że problem jest ze stroną czas-snu.com, ponieważ nie mogę się dogadać ze swoim providerem. On twierdzi co innego, ja twierdzę co innego. Z racji tego, że nie możemy się dogadać, więc podjąłem decyzję, że czas-snu.com domena po prostu nie będzie przedłużana. To i tak jest dla mnie tylko jedno z doświadczeń. Dzięki temu tak naprawdę nauczyłem się też pewnych rzeczy, pewne rzeczy robić, o których wcześniej miałem już jako, jako takie pojęcie, bo w latach dziewięćdziesiątych też się zajmowałem tworzeniem stron internetowych. Trochę to inaczej wyglądało. Lata się zmieniły, wszystko się zmieniło. Natomiast z racji tego, że mówię, no nie mogę się dogadać po prostu ze swoim providerem. Szesnaście maili przerzucanych w ciągu tygodnia i właściwie jestem cały czas w tym samym punkcie co tydzień temu. Postanowiłem po prostu, że nie będę robił, nie będę prowadził tej strony.
Oczywiście kopię sobie wszystko porobiłem, także spokojnie tu nic nie zginie. Będzie po prostu zmieniony provider na innego w ogóle spoza Unii Europejskiej, bo widzę, że tutaj w Unii Europejskiej są jakieś takie dziwne ruchy, problemy z prowadzeniem tych stron między innymi. Nie chcę za bardzo szczegółów wam wszystkich tutaj mówić. W każdym razie za dużo jest tych wszystkich ograniczeń i tego wszystkiego i po prostu powiem szczerze, że ja mam dość użerania się i jak to klotk mówi, połowania się po głowie. Więc po prostu zrobię to w inny sposób. Ale ponieważ obiecałem już niestety nieistniejącemu kapitanowi nieistniejącego już Radia Na Fali obiecałem, że ponieważ jest bardzo dużo pytań o na przykład syntezy i jeszcze inne audycje, ponieważ mam wszystkie, mam dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięć dziewięć dziewięć procent audycji, nie mam bodajże chyba tylko trzech audycji, bo to różnie było. Też były problemy sprzętowe czasami, czasami też problemy serwerowe. Coś się tam nie dało. Znaczy, no, audycja była nadana tylko że po prostu był problem z jakością. Dlatego też tych audycji się po prostu nie nagrywa, znaczy nie udostępniało po prostu dla słuchaczy.
Dlatego też te wszystkie audycje stworzę tutaj taki jakby dysk wewnętrzny, dysk jakiś wirtualny czy coś i po prostu na tym dysku wszystko będzie oczywiście dostępne. Niemniej tak czy inaczej wszystkie audycje oczywiście wrzucam na Chomika, na chomiku.pl i tam zawsze są wszystkie te moje audycje. Ja wam jeszcze tylko przypomnę mój login, jaki mam na Chomiku, bo powiem szczerze, że nie pamiętam. Jubyl77 jest to mój login oficjalny. Tam macie wszystkie audycje z wszystkich radiów w takiej wartościowej oraz wszystkich audycji moich, które ja po prostu nadaję w Radiu Paranormalium, a wcześniej jeszcze w Radiu Dreamtime. Radio Dreamtime też jest zawieszone. Ono kiedyś na pewno wróci. Natomiast nie w tym roku chyba jeszcze, ponieważ mam trochę inne sprawy, ale będę starał się kontynuować oczywiście to wszystko, co zacząłem. Absolutnie tego nie zamknę także całkowicie, ponieważ widzę, że jest duże potrzebowanie. Zresztą też oglądając statystyki swoje na, z serwera pobieralności po prostu widzę, że bardzo dużo ściągacie, więc to wszystko będzie wam jak najbardziej udostępnione.
Musicie się trochę tylko uzbroić w cierpliwość, ale póki co to macie wszystko oczywiście na, większość audycji macie na paranormalium.pl. Tak by tutaj sprawa wyglądała. Jeżeli ktoś jest zainteresowany co kapitan Tomasz z nieistniejącego Radia Na Fali miał do powiedzenia oczywiście to zapraszam was do pobrania audycji również tylko na chomiku.pl. Na obecną chwilę jest ostatnia etykieta zastępcza Z 17 stycznia 2018 roku. To jest audycja pożegnalna. Tam brakuje tylko dosłownie dwóch, trzech minut po prostu, bo za krótko sobie ustawiłem nagrywanie, a chłopaki trochę tam przeciągnęli. Jest po prostu bez tej końcóweczki nagrana audycja. Dobrze, to w takim razie o Alanie Wattsie jeszcze przypomnę. Dzisiaj mamy 21 stycznia 2018 roku i zapraszam was w takim razie na czasnuk.com. O Alanie Wattsie, odcinek trzeci.
Kontynuujmy zatem wątek, na którym żeśmy zakończyli o radosnej kosmologii. Co miał w tym temacie do powiedzenia Alan Watts? „Przeczucie, że coś w tym wszystkim jest nie tak, krąży wokół tej sprzeczności charakterystycznej dla wszystkich cywilizacji. Jest to jednocześnie przymus zachowania się oraz zapomnienia o sobie. To jest właśnie to błędne koło. A więc to, jeśli czujesz się oddzielony od swego organicznego życia, czujesz popęd przetrwania. Przetrwanie da dalsze życie, staje się ono więc zatem obowiązkiem, a także brzemieniem, gdyż nie jesteś w pełni w nim, gdyż nie dorasta ono całkiem do twych oczekiwań, a ty masz nadzieję, że dorośniesz, że pragniesz więcej czasu, że czujesz jeszcze silniejszy popęd, aby przetrwać. To, co nazywamy samoświadomością, jest zatem wrażeniem organizmu blokującego, niebędącego sobą, prowadzącego, że tak powiem, z nogą na gazie i na hamulcu jednocześnie. Naturalnie jest to bardzo nieprzyjemne wrażenie, o którym większość ludzi chce zapomnieć. Najproststszym sposobem zapomnienia siebie jest upicie się, rozpraszanie się rozrywkami lub też nadużywanie takich naturalnych środków transcendencyjnych jak stosunki płciowe.
Bardziej nobilitowanym sposobem jest też rzucanie się w pościg za sztuką, służbą społeczną czy też mistycyzmem religijnym. Środki te rzadko skutkują, gdyż nie ujawniają podstawowego błędu rozszczepionej jaźni. To nobilitowane, nawet pogarszające ten błąd do tego stopnia, że ci, którzy według postępu czerpią dumę z zapomnienia o sobie dzięki czysto mentalnym środkom, choć artysta używa farb oraz dźwięków, społeczny idealista rozdaje dobra materialne, a ktoś religijny używa sakramentów i rytuałów lub takich fizycznych środków jak poszczenie, oddychanie w jodze czy też taniec derwiszów. Nic z użyciu tych pomocnych fizycznych, tak jak w częstych powtórzeniach mistyków, nie wystarczy znać Boga, że przemiana siebie odbywa się wyłącznie poprzez świadomość lub też czucie tego Boga. Ukrytą aluzją jest to, że człowiek nie może funkcjonować poprawnie wskutek zmiany czegoś tak powierzchownego, jak porządek myśli w swym rozszczepionym umyśle. To, co ma się zmienić, to zachowanie jego organizmu. Ma się ono stać samokontrolujące zamiast samofrustrujące. Jak więc zatem to wywołać? Krótko mówiąc, nie może zostać dokonane za pomocą umysłu, świadomej woli o tyle, o ile odczuwalne jest jako coś poza całością organizmu. Lecz gdyby było odczuwane inaczej, to nie trzeba byłoby nic zmienić.
Bardzo niewielu wschodnich guru czy też mistrzów mądrości oraz zachodnich psychoterapeutów odkryło dość żmudne sposoby nabierania organizmu na sztuczki, które mają go zintegrować, głównie poprzez swego rodzaju judo, czy też delikatną drogę, która niweczy proces samofrustracji poprzez doprowadzenie go do logicznej i absurdalnej skrajności. Jest to wybitnie droga zen, a zatem i psychoanalizy. Gdy te sposoby skutkują, oczywiste staje się, że uczniowie lub też pacjentom przydarzy się coś więcej niż zmiana w sposobie myślenia. Jest to także emocjonalne i fizyczne zmienienie oraz całe zmienienie jego funkcjonowania. Od długiego czasu jasne jest dla mnie, że pewne formy zachodniego mistycyzmu, w szczególności taoizm czy też buddyzm zen, nie zakładają, że wszechświat podzielony jest na duchowy i materialny. Nie osiąga on swej kulminacji w takim stanie świadomości, w którym to świat fizyczny rozpuszcza się w niezróżnicowanej i bezcielesnej jakości. Taoizm i zen są podobnie oparte na filozofii względności, lecz ta filozofia nie jest tylko spekulatywna. Jest to ćwiczenie się w świadomości, w której wzajemne relacje wszystkich rzeczy i zdarzeń stają się stałym odczuciem. Wrażenie to leży u podstaw i wspiera naszą normalną świadomość świata jako zbioru oddzielonych i różnych rzeczy. Świadomość, która to w buddyjskiej filozofii zwana jest awidya, czyli ignorancja, ponieważ zwracając uwagę wyłącznie na różnicę, ignorujemy związki.
Nie widzimy na przykład, że umysł oraz forma, czy też kształt i przestrzeń są nierozłączne, tak jak przód i tył, ani te, że jednostka przeplata się ze wszechświatem, także są jednym ciałem. Jest to z punktu widzenia, który w przeciwieństwie do innych form mistycyzmu nie zaprzecza fizycznym różnicom, lecz postrzega je jako zwykły wyraz jedności. Jak zatem widać w chińskim malarstwie pojedyncze drzewo czy też skała jest nie na, lecz w przestrzeni, która to stanowi ich tło. Papier nietknięty pędzlem jest integralną częścią obrazu, a nigdy samym tłem. To też z tego powodu, gdy mistrz zen zostaje spytany o coś uniwersalnego czy ostatecznego, odpowiada natychmiastowym i konkretnym. Cytuję: drzewo cyprysowe na dziedzińcu. Mamy tu to, co Robert Linsen nazwał duchowym materializmem, stanowiskiem o wiele bliższym teoriom względności i pola współczesnej nauki niż jakiejkolwiek religijnej nadprzyrodzoności. Lecz podczas gdy zrozumienie naukowe jest wciąż głównie teoretyczne, te wschodnie nauki uczyniły je bezpośrednim doświadczeniem. Mogą więc stanowić cudowną paralelę zachodniej nauki, lecz na poziomie naszej natychmiastowej świadomości świata. Nauka kontynuuje zdroworozsądkowe założenia, że świat naturalny jest mnogością pojedynczych rzeczy i zdarzeń.
Próbując opisać te jednostki tak dokładnie i drobiazgowo, jak tylko się da. Ponieważ nauka jest przede wszystkim analityczna w swoim sposobie opisywania rzeczy, to wydaje się na pierwszy rzut oka rozdzielać je bardziej niż kiedykolwiek. Eksperymenty są badaniem dokładnie wyizolowanych sytuacji, zaplanowanych tak, by wykluczyć wpływy, które to nie mogą być zmierzone oraz kontrolowane, jak w badaniu spadających ciał w próżni, aby wyeliminować opór powietrza. Lecz z tego też powodu naukowiec zrozumie lepiej niż ktokolwiek inny to, jak bardzo rzeczy są nierozłączne. Im bardziej próbuje wyeliminować zewnętrzne wpływy z eksperymentalnej sytuacji, tym bardziej odkrywa nowe wpływy, dotąd niespodziewane. Im dokładniej opisuje, powiedzmy ruch danej cząstki, tym bardziej znajduje siebie opisującego również przestrzeń, w której się ona porusza. Uświadamia sobie, że wszystkie rzeczy nierozłącznie odnoszą się do siebie. Jest proporcjonalne do wysiłku uczynienia ich wyraźnie różnych. Nauka zatem przekracza zdroworozsądkowy punkt widzenia, od których zaczyna, dochodząc do mówienia o rzeczach oraz zdarzeniach jako o właściwościach pól, w których one mają miejsce. Jest to po prostu teoretyczny opis stanu rzeczy, który w tych formach wschodniego mistycyzmu jest bezpośrednio odczuwany.
Jak tylko staje się to jasne, mamy zdrowe podstawy do spotkania umysłów Wschodu oraz Zachodu, które może być niewiarygodnie owocne. Praktyczna trudność jest taka, że taoizm i zen są tak wplątane w formy kultury Dalekiego Wschodu, że głównym problemem jest dostosowanie ich do zachodnich potrzeb. Na przykład wschodni nauczyciele pracują według ezoterycznej i arystokratycznej zasady, że uczeń musi nauczyć się trudniej drogi odkrywania niemal wszystkiego samemu. Poza okazjonalnymi aluzjami nauczyciel jeden akceptuje lub odrzuca osiągnięcia ucznia. Lecz zachodni nauczyciel pracując według egzoterycznej i demokratycznej zasady, że możliwie wszystko musi być uczynione, by informować i towarzyszyć uczniowi tak, by jego opanowanie przedmiotu było jak najprostsze. Czy to drugie podejście, jak upierają się puryści, jedynie wulgaryzuje dyscyplinę? Odpowiedź jest taka, że to zależy od rodzaju tej dyscypliny. Jeśli każdy uczy się dość długo matematyki, by opanować równania kwadratowe, osiągnięcie to wydaje się małe w porównaniu z o wiele rzadszym zrozumieniem teorii liczb. Lecz przemiana świadomości podjęta w taoizmie oraz zen jest raczej korektą wadliwego postrzegania lub też leczeniem choroby. Nie jest to zachłanny proces uczenia się coraz większej ilości faktów, czy to też nabywanie coraz większej umiejętności, lecz raczej oduczanie się złych nawyków oraz opinii.
Jak powiedział Laocj: «Uczony zdobywa każdego dnia, lecz taoista traci z każdym dniem». Praktyka taoizmu i zen na Dalekim Wschodzie jest zatem przedsięwzięciem, w którym to człowiek z Zachodu napotka wiele barier postawionych naumyślnie, by zniechęcić czczą ciekawość, lub też by unieważnić błędne poglądy poprzez namawianie do systematycznego i konsekwentnego postępowania zgodnie z fałszywymi założeniami. Moim głównym zainteresowaniem w badaniu komparatywnym mistycyzmu jest przecięcie się przez tą gmatwaninę oraz rozpoznanie zasadniczych procesów psychologicznych leżących u podstaw tych zmian postrzegania, które to uniemożliwiają nam widzenie siebie oraz świata w ich podstawowej jedności. Być może miałem pewne małe sukcesy w próbach uczynienia na modłę zachodnią tego typu doświadczeń łatwiej dostępnymi. Jestem zatem jednocześnie zadowolony oraz zakłopotany rozwojem zachodniej nauki, która mogłaby umieścić tę jednaczącą wizję świata niemal szokująco prostymi środkami w zasięgu wielu, którzy dotąd szukali jej na próżno tradycyjnymi metodami. Częścią geniuszu zachodniej nauki jest to, że znajduje prostsze i bardziej racjonalne sposoby czynienia rzeczy, które poprzednio były ryzykowne i pracochłonne. Jak każdy twórczy proces, nie czyni on tych odkryć systematycznie. Często natyka się na nie, lecz następnie zabiera się do przepracowania ich w rozsądnym porządku. W medycynie na przykład nauka wyizolowuje zasadnicze lekarstwo z wywaru byłego znachora: salamander sproszkowanych czaszek i suchej krwi. Oczyszczone lekarstwo leczy pewniej, lecz nie czyni zdrowia wiecznym.
Pacjent musi zmienić nawyki życiowe i dietetyczne, które to uczyniły go podatnym na daną chorobę. Czy możliwe zatem jest, że zachodnia nauka mogłaby zapewnić lekarstwo, które przynajmniej dawałoby organizmowi początek uwolnienia się od chronologicznej, wewnętrznej sprzeczności? Lekarstwo może i musiałoby być wsparte innymi procedurami: psychoterapią, duchowymi ćwiczeniami oraz podstawowymi zmianami trybu życia. Lecz każda chora osoba wydaje się potrzebować pewnego rodzaju wstępnej pomocy, by znalazła się na drodze do zdrowia. Pytanie nie jest w żadnym wypadku absurdem. Jest prawdą. Jeśli prawdą jest to, co nas dotyka, jest chorobą nie tylko umysłu, ile też organizmu, ile samego funkcjonowania układu nerwowego oraz mózgu. Czy istnieje, krótko mówiąc, lekarstwo, które może dać czasowe wrażenia bycia zintegrowanymi, bycia pełną jednością ze sobą i naturą, tak jak biolog to teoretycznie wie? Jeśli tak, doświadczenie to może proponować wskazówki odnośnie czegokolwiek, co musi być uczynione, by wywołać pełną i trwałą integrację. Może to być przynajmniej koniuszek nici Ariadny wyprowadzającej nas z labiryntu, w którym to wszyscy jesteśmy zagubieni od niemowlęcia.
Zasadniczo niedawne badania sugerują, że są przynajmniej trzy takie środki, choć żadne z nich nie jest niezawodnym specyfikiem. Działają na niektórych ludzi i wiele też zależy od społecznego i psychologicznego kontekstu, w którym to są podane. Czasami ich efekty mogą być szkodliwe, lecz takie ograniczenia nie odstraszają nas od użycia penicyliny, często o wiele bardziej niebezpiecznego środka niż ktokolwiek z tych trzech. Mowa jest tutaj, rzecz jasna, o takich środkach jak meskalina. To jest aktywny składnik kaktusa peyotlu, dietylamid kwasu lizergowego. To jest modyfikowany alkaloid sporyszu i psychologina, czyli pochodna z grzyba. Kaktus peyotlu był długo używany poprzez Indian z południowego zachodu i Meksyku jako środek łączności z boskim światem, a dziś jest on spożywany z suchych kawałków tej rośliny i jest on głównym sakramentem indiańskiego kościoła, zwanego jako Kościół Rdzennych Amerykanów Stanów Zjednoczonych. Pod każdym względem bardzo szacowna i chrześcijańska cywilizacja. Pod koniec XIX wieku jego efekty zostały po raz pierwszy opisane przez Michela i Sherlocka Elissa, a kilka lat później jego aktywny składnik został zidentyfikowany jako meskalina. Środek z grupy amin, który to dość łatwo się syntezuje.
Dietylamid kwasu lizergowego został odkryty w 1938 roku przez szwedzkiego farmakologa Hoffmana w trakcie badania właściwości grzyba sporyszu. Dość przypadkowo spożył on małą ilość tego kwasu podczas dokonywania pewnych zmian w jego budowie molekularnej i zauważył jego szczególne środki psychologiczne. Dane badania potwierdziły, że natrafił on na potężniejszy, obecnie znany środek zmieniający świadomość, gdyż LSD 25, jak zwany jest on w skrócie, wywołuje swoje charakterystyczne rezultaty w tak drobnej dawce jak 20 mikrogramów. Psylocybina wywodzi się z innej świętej rośliny Indian meksykańskich rodzaju grzyba, zwanego też jako ciało Boga w tłumaczeniu, a nazwa to jest teonanakatl. Odkrycie Roberta Wagenera z 1936 roku, że kult świętego grzyba przeżywał w Oaxaca spodobało, że wielu mikrobiologów, jak zwie się specjalistów od grzybów, rozpoczęło badania nad tym grzybem i tego też regionu. Odkryto, że w użyciu są trzy odmiany. Poza psylocybiną była to także... Dobra, nie będę może tutaj wymieniał, bo to takie trudne nazwy są. Możecie sobie to znaleźć na internecie, a nie chcę się zbłaźniać. Nie chcę się za bardzo zbłaźniać, że nie potrafię odczytać, bo są trudne, jakieś łacińskie albo coś tego typu.
Pomimo sporej liczby badań i spekulacji niewiele wie się o dokładnych filozoficznych wpływach tych środków na układ nerwowy. Subiektywne skutki całej trójki wydają się raczej podobne, choć LSD 25, być może z powodu maleńkiej wymaganej dawki, rzadziej wywołuje reakcje wymiotne niż pozostałe dwa. Wszystkie naukowe prace, które przeczytałem, mówimy tu oczywiście o Alanie Wattsie, bo to są jego słowa, wydają się potwierdzać mgliste wrażenie, że w jakiś sposób środki te zawieszają pewne hamujące lub też selektywne procesy w układnie nerwowym, tak że czynią nasz aparat zmysłowy bardziej otwartym na wrażenia niż zwykle. Nasza ignorancja dotycząca dokładnych skutków tych środków ma oczywiście związek z wciąż niewielkim stanem naszej wiedzy o mózgu. Taka ignorancja sugeruje, rzecz jasna, wielką ostrożność w ich użyciu, lecz jak dotąd nie ma dowodów na to, że w normalnych dawkach istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo fizjologicznego uszkodzenia. No dobrze, no to jak piszecie na czacie, że chcecie, żebym wam podał nazwy tych trzech odmian. Okej, spróbuję. To jest pierwsza. To jest Psilocybe mexicana. To jest pierwsza nazwa.
Druga to jest Psilocybe azurescens oraz trzecia to jest Psilocybe azurescens. No ciężkie nazwy, jakaś taka plątanina. No dobra, ale nieważne. Lećmy dalej w takim razie. W bardzo szerokim znaczeniu tego słowa każda z tych substancji jest narkotykiem, lecz trzeba unikać poważnej semantycznej pomyłki myślenia, iż z narkotykami, które wywołują fizyczne pragnienie ponownego zażycia lub które to stępiają zmysły, jak alkohol lub środki uspokajające. Sklasyfikowane one są oficjalne jak halucynogeny, a więc miewająco niedokładny termin, gdyż nie sprawiają ani że słyszy się głosy, ani że doświadcza się wizji, które można by pomylić z fizyczną rzeczywistością, choć w rzeczy samej wywołują najbardziej skomplikowane i halucynogenne wzory przed zamkniętymi oczami. Ich głównym skutkiem jest wyostrzenie zmysłów do nadzwyczajnego stopnia świadomości. Standardowa dawka każdej z tych substancji utrzymuje efekt od pięciu do ośmiu godzin, a doświadczenie to jest tak głęboko odkrywcze i poruszające, że człowiek zastanawia się nad jego powtórzeniem, zanim gruntownie go nie strawi, a to może trwać nawet kilka miesięcy. Niektórzy mówią, że między jedną a drugą sesją LSD potrzeba około Pół roku, może mniej. To wszystko zależy od człowieka.
Ja tylko mogę potwierdzić wam, że rzeczywiście jest takie coś, jak tutaj właśnie Alan Watts mówi, że musi być po prostu pewien okres na przetrawienie wszystkich tych informacji, które się podczas takich sesji dostaje. Pomimo powszechnych i dyskryminujących uprzedzeń wobec narkotyków jako takich i pomimo pretensji pewnych nauk religijnych do bycia jedynymi środkami do czysto mistycznego wglądu, nie znajduję żadnej zasadniczej różnicy pomiędzy doświadczeniami wywołanymi w sprzyjających warunkach przez te środki a stanami kosmicznej świadomości odnotowanymi przez takich ludzi jak Bucke, William James, Evelyn Underhill, Raynolda Johnsona i innych badaczy mistycyzmu. Sprzyjające warunki oznaczające otoczenie, które jest sprzeczne i fizycznie sympatyczne. Idealnie byłoby to rodzaj odosobnionego domu, nie szpitala ani sanatorium nadzorowanego przez religijnie niezorientowanych psychiatrów lub psychologów. Atmosfera powinna być raczej domowa niż kliniczna, a najważniejsze jest to, by postawa nadzorującego była wspierająca i sympatyczna. Pod wpływem niepewnych, dziwacznych lub nieprzyjaznych warunków doświadczenie może łatwo przekształcić się w bardzo nieprzyjemną paranoję. Powinno być mu poświęcone dwa dni: jedno na samo doświadczenie, które trwa przez sześć do ośmiu godzin, a następne na rozważaniu w spokojnym i odprężającym nastroju, który to normalnie po tym następuje. Potwierdzam oczywiście te słowa pana Wattsa. Trzeba wprost powiedzieć, że uczucie takich potężnych środków nie powinno być brane na lekko, tak jak nie pali się papierosa czy pije koktajle. Powinno się do nich podchodzić, jak podchodzi się do sakramentu, choć nie z tym szczególnym brakiem radości i humory, który stał się zwyczajem w naszych religijnych rytuałach.
Z tym to bym się trochę tutaj kłócił. Jest zdrową też generalną regułą, że zawsze powinna być przy tym obecna wykwalifikowana osoba nadzorująca, by zapewnić kontakt z rzeczywistością taką, jaką jest zdefiniowana społecznie. Idealnie osoba ta powinna być psychiatrą lub psychologiem klinicznym. Tu bym się tak spierał trochę z tym, który sam doświadczył skutków tego narkotyku, choć obserwowałem wielu, którzy są technicznie wykwalifikowani, a czują trwogę przed niecodziennymi stanami świadomości, które łatwo daje się wyczuć ze szkodą dla doświadczenia, dla tych, co znajdują się pod ich opieką. Najbardziej zasadniczą kwalifikacją osoby nadzorującej jest zatem poczucie pewności w tej sytuacji, co z kolei przejmą osoby w stanie dotkliwej wrażliwości, którą wywołuje narkotyk. Generalnie chodzi oczywiście w tych słowach, które tutaj pan Alan Watts powiedział, chodzi o to, żeby po prostu, może nie tak rygorystycznie, jak on tutaj napisał, natomiast generalnie ważny jest też klimat po prostu, jaki się tworzy w trakcie na przykład takich właśnie sesji LSD. No i oczywiście, jak tutaj pan Watts powiedział, po prostu, żeby była jakaś taka osoba, jak inaczej, jak bym to określił? Chodzi o to po prostu, aby czuć się bezpiecznie w towarzystwie ludzi, których znamy. I to jest podstawa. Narkotyki będące tutaj przedmiotem rozważań nie są afrodyzjakami, a kiedy zażywane są wspólnie w małej grupie, atmosfera nie przypomina w najmniejszym stopniu pijackiej burdy ani zbiorowego odrętwienia opiumowego schronienia.
Członkowie grupy stają się zazwyczaj otwarci na siebie nawzajem oraz przejawiają wysoki stopień przyjacielskich uczuć, gdyż w mistycznej fazie doświadczenia leżąca u ich podstaw jedność czy też przynależność może mieć klarowność fizycznego wrażenia. W rzeczy też samej ta sytuacja społeczna może stać się tym, do czego grupy religijne zmierzają, lecz tak rzadko osiągają w swych obrzędach wspólnotowych. Związek najżywszego zrozumienia, przebaczenia i miłości. Oczywiście nie staje się to automatycznie permanentnym uczuciem, lecz nie jest tak także z odczuciem wspólnoty wywołanymi czasami w trakcie ściśle religijnych spotkań. Doświadczenie to koresponduje niemal dokładnie z teologicznym pojęciem sakramentu, czyli środkiem łaski, niezasłużonego daru duchowej mocy, której to skutki zależą od tego, jak ją wykorzystamy w późniejszych działaniach. Teologia katolicka rozróżnia także tak zwane nadzwyczajne łaski, często dotyczące względu mistycznego, które to spływają spontanicznie poza zwykłymi i przepisowymi środkami, które to Kościół zapewnia poprzez sakramenty oraz ćwiczenia modlitewne. Wydaje mi się więc, że nie ma podstawy, by utrzymywać, że łaski pochodzące od grzybów, roślin, kaktusa i od naukowców są sztuczne, w przeciwieństwie do tych, które pochodzą z ćwiczeń religijnych. Roszczenia do wyłącznej wartości swej własnej marki są niestety tak pospolite w zorganizowanej religii jak w handlu, a w tym przypadku, w tym pierwszym przypadku towarzyszy temu purytańskie poczucie winy, cieszenie się czymś, za co się nie cierpiało. Na pytanie oczywiście postaram się odpowiedzieć wam później troszkę w audycjach. Zanotowałem sobie oczywiście tutaj, także nie pominę tego pytania.
Gdy pisałem książkę, byłem wyraźnie świadom, że LSD w szczególności może stać się publicznym skandalem, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie miał miejsce precedens prohibicji oraz ogromnie karzących praw przeciwko zażywaniu marihuany, praw bez żadnej pretensji wsparcia przez naukowe badania tego narkotyku oraz zaskakująco narzuconych wielu innych praw. To było 10 lat temu. Mówimy tu o roku 1965. I od tamtego czasu wszystko, czego się obawiałem, wydarzyło się. Pytam siebie, czy kiedykolwiek powinienem był napisać książkę, czy nie profanowałem tajemnic i czy nie rzucałem perłą przez wieprze? Rozumiałem jednak tak, że jeśli Huxley oraz inni ujawnili już sekret, to do mnie należałoby wprowadzenie pozytywnego, jawnego, wolnego od lęku, integralnego podejścia do tego, co znamy jako środki psychodeliczne. Lecz oczywiście było to na próżno. Tysiące młodych ludzi znużonych standardowymi religiami, które nie zapewniały im niczego poza gadaniem, upominaniem i zwykle złymi rytuałami, pognały nagle po LSD i inne psychodeliki w poszukiwaniu jakiegoś środka do czysto religijnego przeżycia. Jak można było oczekiwać, zdarzały się również wypadki. Kilku potencjalnych psychotyków przekroczyło tę krawędź zwykle z tego powodu, że zażyli LSD w niekontrolowanych okolicznościach, w przekroczonej dawce lub jałowej i przerażającej atmosferze badań szpitalnych przeprowadzanych przez psychiatrów, którzy to wyobrażali sobie, że badają sztucznie wywołaną schizofrenię.
Ponieważ większość wiadomości to złe wiadomości, te wypadki zyskały pewien odźwięczny w prasie rozgłos, ze względnymi wykluczeniami ogromnej większości takich cudownych i pamiętnych przeżyć, które to opiszę później. Rozwód to wiadomość. Szczęście, małżeństwo nie. W gazetach były nawet rozmyślnie zniekształcane historie, takie jak ta, że kilku młodych mężczyzn, zażywszy LSD, wpatrywało się w słońce tak długo, że stracili wzrok. Psychiatrzy podnieśli alarm dotyczący uszkodzenia mózgu, dla którego nigdy nie znaleziono solidnego dowodu oraz wydano ostrzeżenie o niszczącym wpływie LSD na geny, który później okazał się nieznaczny, mniej więcej taki sam jak skutki spożywania kawy czy aspiryny. Biorąc pod uwagę zbiorową histerię, firma Sandoz, która miała patent na LSD, wycofała go z rynku. W tym samym czasie rząd Stanów Zjednoczonych, nie nauczywszy się zupełnie niczego z klęski prohibicji, po prostu zakazał LSD, zezwalając na jego użycie tylko w paru badaniach sponsorowanych przez Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego oraz przez armię w jej badaniach nad bronią chemiczną oraz przekazał kontrolę nad nim policji. Prawa przeciwko LSD nie da się wcielić, ponieważ jest to substancja bez smaku i zapachu, ponieważ skuteczna dawka może być zawarta w niewielu ilościach na drobnej przestrzeni oraz dlatego, że może być ona zamaskowana jako cokolwiek do picia czy jedzenia, od ginu do bibułki. Stąd, jak tylko godny zaufania produkt tej firmy Sandoz został wycofany, chemicy amatorzy zaczęli produkować czarnorynkowe LSD w ogromnych ilościach. LSD o niepewnej jakości i w niepewnych dawkach, zmieszane często z takimi środkami jak metadrina, belladonna i heroina.
W następstwie tego liczba epizodów psychotycznych wskutek jego zażycia zaczęła wzrastać. Pogorszona przez to, że w niewłaściwie kontrolowanych sytuacjach i pod groźbą policji zażywający LSD stawał się łatwą ofiarą skrajnej paranoi. Polecam wam oglądnąć sobie na YouTubie, są nagrania ludzi takich, którzy w nieodpowiedni sposób zażywali LSD oraz z nieodpowiednich źródeł. Cóż mogę powiedzieć? Po prostu trzeba to oglądnąć i zobaczyć. W tym samym czasie niektórzy z tych amatorów, głównie absolwenci studiów chemicznych, z misją podkręcenia ludzi produkowali dość dobre LSD. Stąd też wciąż było o tyle więcej pozytywnych doświadczeń niż negatywnych, że fascynacja tym środkiem trwała i rozprzestrzeniała się. I choć opinia publiczna kojarzy jego zażywanie z hipisami oraz ze studentami uniwersytetów, to było ono szeroko stosowane przez dojrzałych ludzi: doktorów, prawników, duchownych, artystów, biznesmenów, profesorów, czy też spokojne gospodynie domowe. Całkowity zakaz LSD oraz innych psychodelików był kompletną porażką ze względu na to, że po pierwsze poważnie powstrzymywał właściwe badania nad tymi narkotykami. Po drugie stworzył zyskowny czarny rynek przez podniesienie ceny.
Po trzecie obciążył policję niemożliwym do spełnienia obowiązkiem. Po czwarte stworzył on fałszywą fascynację zakazanym owocem, a wiadomo, że jak jest coś zakazane, to lepiej smakuje. Po piąte poważnie spowolnił normalną pracę sądu i stoczył tysiące niekryminalistów w już przepełnionych więzienia, które jak każdy wie są szkołami sodomii i profesji kryminalnej. Po szóste, uczynił on zażywających psychodeliki jeszcze bardziej podatnymi na paranoję. Jakie są zatem prawdziwe niebezpieczeństwa LSD? Krótkie. Głównie takie, że może ono wywoływać krótką albo długą psychozę u każdego na nią podatnego. Lecz pomimo wszystkich naszych technik psychologicznego i neurologicznego badania nigdy nie ma pewności w wykryciu potencjalnego psychotyka. Każdy zastanawiający się nad zażyciem środka psychodelicznego powinien dokładnie rozważać to ryzyko, że jest lekkie prawdopodobieństwo stania się przynajmniej czasowo obłąkanym. Ryzyko to jest o wiele większe niż to podczas podróżowania liniami lotniczymi, lecz znacznie mniejsze niż to związane z podróżowaniem drogami.
Każde gospodarstwo domowe zawiera rzeczy o potencjalnym niebezpieczeństwie i mogą być nimi na przykład: elektryczność, zapałki, gaz, noże kuchenne, płyny czyszczące, amoniak, aerozole, alkohol, śliskie wanny, przesuwające się wykładziny, szczelby, kosiarki do trawy, siekiery, szklane drzwi czy też baseny. Nie ma przepisów przeciwko posiadaniu takich rzeczy, tak samo się nie zabrania na przykład hodowania amanity, najbardziej poszukiwanego i trującego grzyba, a także innych trujących czy też psychodelicznych roślin. Przypominam, że są to słowa Alana Wattsa, więc ja to po prostu tylko cytuję to, co kiedyś on w różnych miejscach i na różnych wykładach mówił. Nie rozumiem pytania. Na czacie ktoś napisał, żebym sobie zrobił wolne. Wiecie co? Po prostu znowu głowa mnie boli. Ja jestem taki, że wyczuwam zmiany. Dzisiaj na przykład rano na ogórku wyczułem, że będzie deszcz padał i cztery godziny później śnieg padał. Ja tak mam całe życie, że wyczuwam pewne rzeczy.
Tak samo jak kościach mnie coś tam strzyga, to wiem, że będzie padało na przykład albo zmiana pogody, więc to nie ma nic takiego. Dobra, kontynuujmy jeszcze. Już końcóweczka jest o tym wpływie LSD, substancji właśnie na osiąganie tych wszystkich stanów i później jakiś wykładzik będzie dzisiaj, druga część oczywiście wykładu, który puściłem tydzień temu, czyli „Nieco powinno być, nieco może być, ale co jest”. Jeden z najrozsądniejszych dogmatów żydowskiej i przynajmniej teoretycznie chrześcijańskiej teologii jest taki, że żadna substancja lub stworzenie nie są same w sobie złe. Zło wywodzi się tylko z ich nadużycia, zabicia kogoś nożem, dokonania podpalenia zapałkami czy też przejechania pieszego podczas prowadzenia pod wpływem alkoholu. Zważcie jednak, że bardzo przygnębiony, niespokojny lub rozzłoszczony kierowca jest jednakowo niebezpieczny, gdyż jego uwaga nie jest skierowana na drogę. Wydaje mi się zdrową prawną zasadą, że ludzie powinni być ścigani sądownie za jasno określone czyny, te szkodliwe lub dokonane z intencją naruszenia życia, zdrowia lub też własności. Prawa zakazujące samej sprzedaży, zakupu lub posiadania substancji poza karabinami i bombami, które mogą być użyte w jakiś szkodliwy sposób, otwierają furtkę do najgorszych nadużyć mocy policji dla celów politycznych lub dla szykanowania niepopularnych jednostek. Jakże łatwo posadzić trochę marihuany u niechcianego konkurenta, prawda? Wszystkie takie ograniczenia prawa regulujące osobistą moralność i tworzące zbrodnie bez niechętnych ofiar są usiłowaniem uczynienia osobistej wolności bezpieczną i bez ryzyka, i w ten właśnie sposób pozbawienia jednostki odpowiedzialności za jej własne życie oraz podejmowania kalkulowanego ryzyka osiągnięcia politycznych, społecznych, sportowych, naukowych czy też religijnych celów, w związku z którymi jednostka taka czuje się, że warte są tych niebezpieczeństw.
Odważni i twórczy ludzie zawsze byli chętni oraz byli zwykle zachęcani do podjęcia najpoważniejszego ryzyka eksploracji zewnętrznego świata oraz w rozwoju naukowych i technologicznych umiejętności. Wielu młodych ludzi czuje obecnie, że nadszedł czas na zbadanie świata wewnętrznego. Chętni są oni do podjęcia nieznanego ryzyka, które to za sobą ono pociąga. No chyba ja taki jestem właśnie, że zawsze się pcham tam, gdzie najgorzej, a na koniec wychodzę najlepiej. Oni także powinni być zachęcani i mieć wsparcie w postaci całej troski i mądrości, którymi dysponujemy. Dlatego też pozwala się na czysto sportowy wysiłek wspinaczki na Mount Everest przy użyciu tlenu, a zabrania duchowej przygody zdobywania na przykład gór Sumeru, Syjonu i analogu, używając oczywiście psychodelików. Powierzchownie społeczny i oficjalny strach przed psychodelikami oparty jest na ignoranckich spojrzeniach z takimi uzależniającymi truciznami jak heroina, amfetamina i barbiturany. Lecz picie kawy i whisky jest także zażywaniem narkotyków i jest na to zezwolenie, choć efekty te mogą być szkodliwe, a twórcze skutki mało znaczące. Środki psychodeliczne budzą strach zasadniczo z tego samego powodu, dla którego obawiano się przeżyć mistycznych, unikano ich i potępiano je w katolickiej, protestanckiej i islamskiej ortodoksji. Prowadzi to do rozczarowania i apatii względem społecznych nagród w postaci statusu i sukcesu oraz do chichotania z pretensjonalizmu i pompatyczności i co gorsza niewiary w dogmaty Kościoła i państwa, że wszyscy jesteśmy sierotami adoptowanymi przez Boga lub też maleńkimi robaczkami w mechanicznym i bezdusznym wszechświecie.
Żaden autorytatywny rząd, czy też eklezjastyczne, czy też świeckie nie może tolerować pojęcia, że każdy z nas jest Bogiem w przebraniu oraz że nasze prawdziwe i najdalsze i ostateczne jaźnie nie mogą zostać zabite. To właśnie dlatego musiano usunąć Jezusa. Stąd też możliwość, że nawet chwilowe doświadczenie takiego zrozumienia jest dostępne przez zażycie tabletki lub zużycie rośliny i stanowi ono zagrożenie dla milionów tak zwanych mas ludzi, którymi będzie trudno rządzić na mocy autorytetu. Obecnie w Stanach Zjednoczonych widzi się, że prawdziwe niebezpieczeństwo psychodelików nie jest tylko neurologiczne, ile też polityczne, że podkręceni ludzie na tak zwanym haju nie są zainteresowani braniem udziału w gierkach obecnie rządzących. Patrząc na ludzi sukcesu widzą całkowicie nudne życie. Myślę, że nie trzeba tutaj przypominać. Znamy przypadki badań, choćby nawet w armii Wielkiej Brytanii. Jaki właśnie był wpływ spożywania substancji psychoaktywnych przez wojsko? Generalnie ci wszyscy ludzie, no co? Rzucali broń i mieli gdzieś walkę.
W epilogu wyjaśnię, że doświadczenie psychodeliczne jest tylko przelotnym ujrzeniem czysto mistycznego wglądu. Lecz ujrzeniem, które można rozwinąć i pogłębiać poprzez różne sposoby medytacji, w których to narkotyki nie są już dłużej potrzebne czy też użyteczne. Kiedy odebrałeś wiadomość, odkładasz słuchawkę. Biolog nie siedzi z okiem ciągle przyklejonym do mikroskopu. Odchodzi od niego i pracuje nad tym, co ujrzał. Ponadto, mówiąc ściśle, wzgląd mistyczny nie tkwi w samej substancji chemicznej, tak jak wiedza biologiczna nie znajduje się w mikroskopie. Nie ma zasadniczej różnicy pomiędzy wyostrzeniem percepcji za pomocą zewnętrznego instrumentu, takiego jak mikroskop, a wyostrzeniem jej za pomocą instrumentu wewnętrznego, takiego jak któryś z tych trzech narkotyków. Jeśli są one obrazą dla godności umysłu, to mikroskop jest obrazą dla godności oka, a telefon dla godności ucha. Mówiąc ściśle, środki te wcale nie udzielają mądrości w większym stopniu niż sam mikroskop daje wiedzę. On jedynie zapewnia surowe materiały na mądrość i są one użyteczne do stopnia, w którym jednostka potrafi zintegrować to, co one jej ujawniły, w cały wzór jej zachowania i w cały system jej wiedzy.
Jako ucieczka, wizja owiana i oderwana ekstaza mogą mieć także taką samą wartość jak wypoczynek lub dobra rozrywka. Lecz to jest jak używanie ogromnego komputera do gry w pchełki, podczas gdy godziny podwyższonej percepcji są marnowane, chyba że towarzyszy im nieustanna refleksja lub też medytacja nad dowolnym, możliwym do zasugerowania tematem. Najbliższą temu znaną rzeczą w literaturze, która odnosi się do refleksyjnego użycia tych narkotyków, jest tak zwana gra koralikowa. W Magister Ludi Hermana Hessego. Powtórzę nazwisko Herman Hesse Magister Ludi. Hesse pisze o odległej przyszłości, w której to uczeni mistycy wynaleźli język ideograficzny, który odnosi się do wszystkich gałęzi nauk i sztuki, filozofii i religii. Gra polega na bawieniu się związkami pomiędzy konfiguracjami w tych różnych dziedzinach. W taki sam sposób, w jaki muzyk bawi się harmonicznymi i kontrapunktowymi relacjami. Z takich też elementów jak wystrój chińskiego domu, sonata Scarlattiego, snurowanie topologiczne i wers Upaniśad gracz wyjaśnia zwykły temat i rozwija jego zastosowanie w licznych kierunkach. Nie ma dwóch takich samych gier, gdyż nie tylko ich elementy się różnią, gdyż nie ma także najmniejszego zamiaru usiłowania narzucenia światu statycznego i ustalonego porządku.
Ten uniwersalny język ułatwia dostrzeganie związków, ale ich nie ustala, a stworzony jest na muzycznej koncepcji świata, w którym to porządek jest tak dynamiczny i zmienny jak formy dźwięków w fudze. Podobnie w moich badaniach nad LSD czy też psylocybiną zaczynałem zwykle z takim tematem jak biegunowość, przemiana taka jak jedzenie w organizmie, współzawodnictwo dla przetrwania, związek abstrakcji z konkretem czy też pomiędzy Logosem a Erosem. Pozwalałem następnie mojej podwyższonej percepcji wyjaśniać te tematy w terminach pewnych dzieł sztuki lub muzyki, pewnych naturalnych przedmiotów, takich jak paproć, kwiat czy muszelka morska, bądź też religijnych i mitologicznych archetypów. Może być to na przykład msza, a nawet związków osobistych z tymi, którzy akurat byli ze mną w tamtym momencie. Mogłem też koncentrować się na jednym ze zmysłów i próbować zwrócić go ku sobie samemu, tak żeby zobaczyć proces patrzenia, a od tego przejść do próby poznawania samego poznania, w ten sposób dochodząc do problemu mej własnej tożsamości. Z takich refleksji wyrastają intuicyjne wglądy o zdumiewającej jasności. A ponieważ mało jest problemu z zapamiętaniem ich po ustąpieniu skutku narkotyku, szczególnie gdy są nagrywane lub zapisywane w danym momencie, to następne dni lub tygodnie mogą być spożyte na testowaniu tych wglądów przez normalny, logiczny, estetyczny i filozoficzny lub też naukowy krytycyzm. Jak można by się spodziewać, niektóre okazują się ważne, a inne nie. Tak samo jest z nagłymi pomysłami, które nachodzą artystę lub wynalazcę w zwykły sposób. Nie zawsze są one tak prawdziwe lub tak stosowne, jak wydają się w momencie iluminacji.
Narkotyki te okazują się przeogromnym bodźcem dla twórczej intuicji i dlatego też mają o wiele większą wartość dla konstruktywnego wynalazku i badania niż dla psychoterapii w zwykłym sensie dostosowywania zaburzonej osobowości. Najlepszym miejscem dla ich użycia nie jest szpital psychiatryczny, lecz studio i laboratorium lub instytut zaawansowanych badań. Ja bym się tu nie do końca zgodził, bo według mnie najlepszym miejscem jest po prostu dobre towarzystwo i to wszystko. Następujące stronice, ale to mówię, to są oczywiście słowa Alana Wattsa. To jest chyba ponad 50 lat, jakby nie patrzeć. Następujące stronice nie próbują być naukowym raportem o skutkach tych środków ze zwykłymi szczegółami dawkowania czasu i miejsca objawionych fizycznych i tym podobnych. Dokumentów takich istnieją już tysiące i ze względu na naszą bardzo skąpą wiedzę o mózgu, wydają mi się one mieć raczej ogromną wartość. Zatem spróbuj zrozumieć tę książkę. Oczywiście tutaj cytuję różne wykłady z książki Alana Wattsa. Przed rozpuszczeniem jej w roztworze i podaniem jej działaniu siły odśrodkowej.
Moim celem jest raczej dać odczuć nowy świat świadomości, które te substancje ujawniają. Nie wierzę, że ten świat jest bądź halucynacją, bądź też niekwestionowanym objawieniem prawdy. Jest to prawdopodobnie sposób, w jaki rzeczy się ukazują, gdy pewne hamujące procesy mózgu oraz zmysłu są zawieszone. Lecz jest to świat na swój sposób tak nieznany, że może zostać on źle zinterpretowany. Nasze pierwsze wrażenia mogą być tak nietrafne jak te podróżnika w nieznanym kraju, czy też astronoma patrzącego pierwszy raz na galaktyki poza naszą własną. Zapraszam was teraz w takim razie na kolejny wykład. Cztery minuty. Wszystko jest ze sobą połączone. Alan Watts.
[51:45] - Relacja pomiędzy organizmem a środowiskiem jest obustronna. Środowisko umożliwia powstanie organizmu. Z kolei organizm tworzy środowisko. Organizm przekształca słońce w światło, lecz aby organizm mógł w ogóle zaistnieć, potrzebne jest środowisko, w którym istnieje słońce. Wszystko jest zatem jednym procesem. Organizm nie pojawił się na tym świecie przez przypadek. Raczej ten świat jest swego rodzaju środowiskiem przywołującym organizmy do życia. Tak było od samego początku. Organizmy pojawiały się później niż środowisko, ale wszystko to zaczęło się w jednym momencie. W procesie Wielkiego Wybuchu.
O ile tak to się właśnie zaczęło. Weźmy na przykład przepływ prądu elektrycznego. W procesie rozwoju jakiegokolwiek systemu fizycznego mogą upłynąć miliardy lat, zanim z najbardziej prymitywnej formy energii powstanie inteligentne życie. Te miliardy lat są dokładnie tym samym co podróż prądu przez przewód elektryczny. Prąd płynie dużo szybciej, lecz proces jest taki sam. Żołądź potrzebuje czasu, aby przeobrazić się w dąb, lecz dąb już zawiera się w żołędzi, więc w każdej bryle skalnej przemieszczającej się w przestrzeni zawarta jest niejako ludzka inteligencja. Kiedyś, jakoś, gdzieś. Wszystko jest ze sobą powiązane. Nie oddzielaj się więc i nie sprzeciwiaj, mówiąc, że jesteś organizmem żyjącym w świecie składającym się z martwego śmiecia, skał i paru innych rzeczy. Wszystko jest ze sobą powiązane.
Te skały są tak samo tobą jak twoje paznokcie. Potrzebujesz tych skał, bo na czym będziesz stać? Nasz zdrowy rozsądek został zmanipulowany. Czujemy się obcy i wyalienowani w tym świecie i tylko dlatego, że przywykliśmy do tego, wydaje nam się to zupełnie naturalne. To jedyny powód. Lecz kiedy naprawdę zaczniesz to kwestionować, powiesz: czy taki obraz życia powinien przyjąć? Wiem, że każdy to robi, lecz czy tylko dlatego ma to być prawdą? Niekoniecznie. Właściwie tak nie jest. Kiedy więc kwestionujesz to podstawowe założenie leżące u podstaw naszej kultury, nabywasz nowy rodzaj zdrowego rozsądku.
Staje się zupełnie oczywiste, że jesteś przedłużeniem wszechświata. Dla przykładu. Kiedyś ludzie wierzyli, że osoby żyjące na antypodach mogą odpaść od ziemi. To było przerażające, lecz później ktoś opłynął świat i dzisiaj wszyscy przywykliśmy do tego, że podróżujemy wokół Ziemi. Nie jest już dla nas problemem myśleć, że Ziemia jest kulista. Przywykliśmy do tego. Za kilka lat dla wielu ludzi kwestią zdrowego rozsądku będzie myśl, że są jednym z wszechświatem. To będzie takie proste
[55:37] - Jeśli to się stanie, będziemy potrzebowali nauczyć się posługiwać naszą technologią z większym wyczuciem. Z miłością zamiast nienawiści wobec naszego środowiska.
[55:50] - Przypominam, że dzisiaj jest audycja o Alanie Wattsie. Są to słowa, które Alan Watts wypowiadał. Nie z wszystkim się tutaj oczywiście zgadzam, bo był tutaj zarzut na YouTubie Radia Paranormalium, że to jest syf. Raz jeszcze, raz syf. Dzieciaki w to wchodzą. Porównanie i odnośniki, pisze tutaj Leszek Kowalski. Panie Leszku, ja nie mówię, jak jest. Ja tylko czytam słowa pana Alana Wattsa. Natomiast wnioski i opinie wyciągnę już w ostatniej audycji. Będzie to w czwartej, w piątej, być może w szóstej części.
Dziś mamy audycję trzecią i kontynuujemy wątki Alana Wattsa. W takim razie mam już godzinę piętnaście. Ja wam puszczę teraz wykład Alana Wattsa. Kontynuacja. Jest to druga część Alana Wattsa. „Nieco powinno być. Nieco może być, ale co jest?” Trwa ten wykład 27 minut 20 sekund. Po tym jeszcze coś tam wam dopowiem, bo oczywiście jak zwykle zaplanowałem sobie wszystko, że tak powiem, na guzik, ale już widzę, mam ponad godzinę, a wspominałem już kiedyś, że nie chcę prowadzić powyżej dwóch godzin audycji, bo po prostu za długie, a prowadzę trzy audycje pod rząd, więc sześć godzin nadawania to jednak jest wyczyn, jakby nie było. W takim razie ja was zapraszam na Alana Wattsa. Wykład „Nieco powinno być.
Nieco może być, ale co jest?”
[57:32] - Witam na kolejnej mowie. Alan Watts, seria radiowa numer pięć. Mit i religia. To część druga dwuczęściowej serii, w której to Alan Watts zadaje pytanie, czy tradycyjny zachodni pomysł Boga nadal intelektualnie jest prawdopodobny. Nagrana ona została w Filadelfii w 1971 roku pod tytułem „Nieco powinno być. Nieco może być, ale co jest?” Oto Alan Watts. Więc wiem, że nie jestem tym. Ale większości z nas nie wiem, chyba myślę, że jesteśmy tym, którzy się nazywają. Kiedy jesteśmy małym dzieckiem i zaczynamy uczyć się roli, a twoi rodzice i twoi znajomi zastrzegają, że jesteś, wiedzą, kim jesteś. Jesteś do przewidzenia, więc możesz być kontrolowany.
Ale kiedy nie grasz swojej roli i imitujesz zachowanie innego dziecka, każdy tu kyka palcem i mówi: „Nie jesteś szczery z samym sobą. Jasiek to nie ty, to Piotrek.” I tak uczysz się, aby zostać Piotrkiem albo aby zostać Jaśkiem. Ale oczywiście nie jesteś żadnym z nich, ponieważ to tylko obraz ciebie. Jest na tyle tobą, na ile możesz wejść w pełną świadomą uwagę, czyli bardzo niewiele. Twój obraz samego siebie nie zawiera żadnych informacji na temat tego, jak funkcjonuje twój system nerwowy. Nie zawiera żadnych informacji na temat twojej chemii. Nie zawiera prawie żadnych informacji na temat subtelnych wpływów społeczeństwa. Nie zawiera żadnych informacji na twoje zachowanie. Nie zawiera podstawowych założeń twojej kultury, które wszystkie brane są za pewnik i są nieświadome. Nie możesz się o nich dowiedzieć, chyba że zaczniesz studiować inne kultury, aby ujrzeć, jak podstawowe założenia różnią się od siebie.
Zawiera różnego rodzaju iluzje, których jesteś kompletnie nieświadomy, jak na przykład to, że czas jest nieistotny i że jest coś takiego jak przeszłość. To jest czystą bzdurą. Ale niemniej jednak wszystkie te rzeczy są w nas nieświadome i nie są zawarte w naszym obrazie siebie, jak również nie ma w tym obrazie nas samym jakkolwiek informacji o naszej niewątpliwej relacji z samym naturalnym wszechświatem. Więc to bardzo zubożały obraz. Kiedy zapytasz siebie osobiście, co robiłeś wczoraj, da ci historyczne sprawozdanie pewnej ilości wydarzeń, w których uczestniczył i pewnej ilości rzeczy, które widział czy też użył, czy też przez jakie został przytłoczony. Ale zdajecie sobie sprawę, że to wszystko nie ma znaczenia, że ta historia pomija większość tego, co się wydarzyło. Ja, próbując opisać to, co mi się przydarzyło tego wieczoru, nigdy nie będę w stanie opisać tego, ponieważ jest tak wiele ludzi tutaj, że gdybym zaczął mówić o wszystkich z was, którzy są tu napisali, jaki mają kolor włosów, wyraz twarzy, musiałbym mówić do końca świata. Więc zamiast tego bogatego fizycznego doświadczenia, które w rzeczy samej jest bardzo bogate, muszę skurczyć je w pamięci i w opisie, aby powiedzieć: „A, spotkałem wielu ludzi z Filadelfii. Byli to mężczyźni i kobiety. Wielu z nich było młodych, niektórzy byli starzy.” Wiecie, bardzo zubożałe sprawozdanie tego, co się działo.
Dlatego więc myśląc o sobie w ten sposób, co robiłem wczoraj, przedwczoraj, w kategoriach tego szczupłego, parchatego sprawozdania, wszystko, co otrzymam, to karykaturę samego siebie. I zapewne wiecie, że karykatur nie rysuje siebie samego. Rysuje tylko pewne cechy, poprzez które ludzie siebie rozpoznają. Tak jakby szkielet, więc tak jakbyśmy postrzegali siebie jako grupę szkieletów. Nie ma na nich żadnego mięsa, tylko trochę kości. Nic dziwnego, że wszyscy czujemy się niedostateczni. Wszyscy patrzymy za czyjąś przyszłość, a to przynoszą nam ten smakołyk. Wiemy, że gdzieś tam na końcu drogi czeka na nas złoty smakołyk. Wystarczy dobry czas, chociażby tylko było to tak daleko. To jedno wielkie święte wydarzenie, do którego zmierza stworzenie.
Mamy taką nadzieję. Dlatego też mówimy: jeśli coś nie jest dobre, nie ma przyszłości. Powiedziałbym nie ma teraźniejszości. Ale każdy mówi, że nie ma też przyszłości teraz. Czyż to nie zabawne? Jesteśmy tutaj jakby psychicznie zagubieni. Dlatego zawsze szukający, szukający, szukający. To pragmatyczne szukanie dzieje się wszędzie. Nie wiemy, czego chcemy. Nikt nie wie, czego chce.
Mówimy tak, myślimy o tym, co chcemy w mało precyzyjnych terminach. Przyjemności, pieniędzy, bogactwa, miłości, spełnienia, osobistego rozwoju. Ale nie wiemy, co przez to rozumiemy. Ile osób żeby usiąść i naprawdę wymyślić, napisać esej 20 stron na temat tego, co uważa za niebo. Będzie to przykry wytwór. Można to już dostrzec w średniowiecznej sztuce, przy obrazach nieba i piekła. Piekło jest zawsze o wiele lepsze niż niebo, mimo że jest tam niewygodnie. To sado-masochistyczna orgia. Jeju, piekło jest huczne! Podczas gdy wszyscy święci w niebie siedzą bardzo zadowoleni z siebie, jakby byli w kościele.
Co więcej, ilość zbawionych. Zamiast tego kawalernonego, godnego stylu można zobaczyć wszystkie ich głowy namalowane przez artystę, aby pokazać tylko czubki ich głów. W masie wyglądają jak kostka brukowa. Wygładzeni. Więc stało się tak, że nasze oko jest iluzją. To obraz i nie jest bardziej nami niż posążek jest bóstwem. Ale mówimy: nie może być tak, ponieważ czuję, że prawda egzystuje, bo jestem. To nie tylko pomysł z mojej głowy, to uczucie. Czuję w siebie. Więc co to jest to, co czujesz, kiedy czujesz „ja”?
Powiem ci. Co robisz, kiedy byłeś dzieckiem i nadal robisz? Kiedy ktoś mówi „Uważaj!” tak jak mówiono ci w szkole. Co wtedy robisz? Jaka jest różnica pomiędzy widzeniem czegoś a przyjrzeniem się czemuś tak naprawdę mocno? A pomiędzy słyszeniem czegoś a intensywnym słuchaniem? Jaka jest różnica? Jaka jest różnica pomiędzy czekaniem, podczas gdy coś się dzieje, a wyczuwaniem tego? Jaka jest różnica? Różnica jest taka, że kiedy zwracasz uwagę, zamiast zwyczajnie widzieć, wykrzywiasz twarz, marszczysz brwi i gapisz się.
Ta aktywność mięśni w okolicach oczu. Kiedy słuchasz intensywnie, zaciskasz okolice uszu. Kiedy śrubujesz kij, zaciskasz zęby albo pięść. Kiedy wytrzymujesz, kontrolujesz siebie, składasz się do kupy, ściskasz fizycznie i dlatego stajesz się spięty. Wstrzymujesz oddech, wykonujesz różne mięśniowe czynności, aby kontrolować funkcjonowanie swojego układu nerwowego, a żadne z nich nie ma najmniejszego efektu na poprawienie działania twojego układu nerwowego. Jeśli będziesz się gapił na rzeczy, to raczej wymażesz obraz niż ujrzysz całość. Jeśli będziesz słuchał intensywnie przez koncentrację na mięśniach wokół uszu, będziesz tak zajęty tymi mięśniami, że nie będziesz słyszał wyraźnie i możesz doznać szumu w uszach. Jeśli zaczniesz się spinać swoim ciałem, aby zebrać się do kupy, wszystko, co zrobisz, to skrępujesz się. Pamiętam, w szkole siedziałem z chłopcem, który miał trudności z nauką czytania. Zawsze mówią dzieciom: „Próbuj.
Jeśli nie możesz czegoś zrobić, to musisz spróbować”. Ten chłopiec próbuje i kiedy próbuje wydobyć słowa, kręci się i warczy, jakby podnosił ciężary. Nauczyciele są pod wrażeniem. Chłopiec naprawdę próbuje i daje mu czwórkę za wysiłek, a wszystko, co robi, to to. To nie ma w tym nic wspólnego. Wszyscy wykonujemy to napinanie mięśni z myślą, że osiągniemy psychologiczny rezultat. Psychologiczny rezultat. Rezultaty, które zamierzaliśmy osiągnąć. Wszystko to sprowadza się do tego, jakbyśmy startowali, jeszcze się nie wzbijmy w powietrze. Więc zaczynasz wtedy sięgać po słupka bezpieczeństwa.
Tak to wygląda. To chroniczne uczucie, które mamy w sobie cały czas i odnosimy do słowa „ja”. To czujesz, kiedy mówisz „ja”. Czujesz to chroniczne napięcie, ponieważ kiedy organ działa poprawnie, nie czujesz go. Jeśli widzisz swoje oczy, masz zaćmę. Jeśli słyszysz swoje uszy, masz wymienień w uszach uniemożliwiające słyszenie. Kiedy jesteś w pełni sprawny, nie jesteś świadomy organu. Kiedy myślisz klarownie, mózg nie wchodzi ci w drogę. W rzeczywistości oczywiście widzisz swoje oczy w sensie, że wszystko, co widzisz przed sobą, jest pozycją w optycznych nerwach z tyłu twojej czaszki. To sam jesteś świadomy tego wszystkiego, ale nie jesteś świadomy oka jako samego oka.
Mówię o optycznym oku. Więc kiedy jesteśmy świadomi oka ego, jesteśmy świadomi tego chronicznego napięcia wewnątrz nas. I to nie my, to fałszywe napięcie. Więc kiedy poddani jesteśmy iluzji, obrazowani samymi siebie fałszywym napięciem, mamy iluzję urządzoną z fałszem. A potem zastanawiasz się, dlaczego ja nie mogę niczego zrobić? Dlaczego ja czuję się w obliczu problemów świata bezsilny? I dlaczego ja jakoś nie jestem w stanie zmienić „ja”? I tutaj zaczyna się prawdziwy problem, ponieważ zawsze mówimy sobie, że powinniśmy być inni. Nie powiem wam tego dzisiaj. Dlaczego nie?
Ponieważ wiem, że nie możesz być ani ja. To może zabrzmieć deprymująco, to bardzo poddające depresji myślenie, ale każdy wiecie, kto jest wrażliwy i świadomy, próbuje się zmienić. A wiemy, że nie możemy zmienić świata, dopóki nie zmienimy siebie. Jeśli wszyscy będziemy indywidualnie samolubni, to będziemy kolektywnie samolubni. Jeżeli nie będziemy naprawdę kochali ludzi, a tylko udawali, to w jakiś sposób musimy znaleźć sposób, żeby się kochać. Mimo wszystko pisze się w Biblii: „Będziesz miło pana swego, a bliniego swego jak siebie samego”. Musisz kochać. Wszyscy się zgadzamy. Pewnie. Ale nie robimy tego.
To staje się przerażające, kiedy wchodzimy w tematykę wyższych rzeczy. Przez co rozumiem rozwój duchowy. Każdy dzisiaj jest zainteresowany duchowym rozwojem i mądrze, ponieważ chcemy zmieniać naszą świadomość. Wielu ludzi jest całkiem świadoma, że ta egzystencja jest chaotyczna i przypuszczają, że funkcją religii jest to odmienić. Ponieważ to jest to, co buddyści i żeni, i mudini, i wszyscy ci ludzie mówią, zmieniając swój stan świadomości, aby osiągnąć coś, co się nazywa mistycznym doświadczeniem, czy też nirwaną, czy cokolwiek. I wszyscy tutaj są naprawdę zapaleni w tym, ponieważ nie dostajesz tego w Kościele. To znaczy byli chrześcijańscy mistycy, ale Kościół niewiele o nich mówi. W przeciwnym kościele wszystko, co dostajesz, to mowę. Nie ma medytacji, duchowej dyscypliny. Mówią Bogu, co robić w nieskończoność, tak jakby nie wiedział.
A potem mówią ludziom, co robić, jakby mogli, czy w ogóle chcieli. A potem śpiewają religijne rymowanki. A potem, żeby to podbić, Kościół rzymskokatolicki, który miał przynajmniej zrozumiałe nabożeństwa, które były, wiecie, były bardzo misterne i służywałoby niezwykłą magią użyciu, przełożyli na to pokaleczone angielski, użyć kadzidła i stali się bandą protestantów. I to było okropne. Więc teraz wszyscy ci katolicy jedna ból na mówią. Nie można już dłużej praktykować komplementacyjnej modlitwy masowo. Razem myśli, wymusza się, uczą się ciebie bez przerwy. I to staje się nudne. Pomyślcie o Bogu słuchającym te wszystkie modlitwy. Pomówmy o żałobie nad Duchem Świętym.
To po prostu straszne. Ludzie w ogóle nie mają uznania dla Boga. Więc... Ale podążając za tymi duchowymi dyscyplinami, jogą oraz zen i tym podobnych i również psychoterapią, wyłania się wielka przeszkoda. Jeśli nie, to nie to, że ja chcę znaleźć metodę, poprzez którą będę mógł zmieniać swoją świadomość. Po to, aby się ulepszyć, ale ja, które musi być ulepszone, jest tym, który dokonuje ulepszeń. I tak raczej trochę utknęłem. Dowiaduję się, że powodem, dla którego myślę, że wierzę na przykład w Boga, jest to, że naprawdę mam nadzieję, że jakoś uratuje mnie. Innymi słowy, chcę trzymać się swojej własnej egzystencji i czuję się raczej niepewnie, robiąc to dla samego siebie, ale mam tylko nadzieję, że jest tam Bóg. Który się tym zajmie.
Albo jeśli mógłbym być kochającym, miałbym lepszą opinię o samym sobie. Czułbym się z nią lepiej. Mógłbym spojrzeć sobie w oczy, jak to ludzie mówią. Jeśli byłbyś bardziej kochający, więc niekochający dzięki jakimś takim chwytom ma zmienić się w tak zwane kochane ja. To tak, jakbym próbował dotknąć siebie. Nie mogłem tego zrobić i to dlatego praktyka wytwarza głównie hipokryzję. Winę. Ze względu na ciągłe niepowodzenie tych przeciwieństw ludzie studiują zen. Wracają i mówią: „Wow, pozbywanie się ego to nagłe zadanie”. Zapewniam, że będzie to bardzo trudne, aby pozbyć się swojego ego.
Będziesz musiał siedzieć przez długi czas i drętwieją ci nogi. Ciężka praca i wszystkie olbrzymie obrzydane dzieciaki chcące się pozbyć swojego ego na trawce czy łatwej drodze. Nie wiecie, w co się pakujecie, kiedy naprawdę dochodzimy do sedna. Wiecie, największa mania ego to próba pozbycia się swojego ego. A najśmieszniejsze jest to, że twoje ego nie istnieje. Nie ma czego się pozbywać. To iluzja. Ja próbuję to wytłumaczyć. Ale jeśli nadal pytasz, jak zatrzymać iluzję, kto pyta? To znaczy czy myślisz w zwyczajnym sensie, w jakim używasz słowa ja?
Jak ja mogę zaprzestać identyfikować się z niewłaściwym ja? Odpowiedź jest i brzmi, że zwyczajnie nie możesz. Chrześcijanie mówią to w swój sposób, kiedy mówią, że mistyczne doświadczenia są darem świętej łaski. Człowiek jako tako nie może doznać tego doświadczenia. To dar od Boga. Jeżeli Bóg nie da ci tego, to nie ma możliwości zdobycia tego. To jest solidnie prawdziwe. Ty nie możesz nic z tym zrobić, ponieważ ty nie istniejesz. Mówisz: „To dość deprymująca jest to wieść”. Ale cały sęk w tym, że to nie jest deprymujące.
To najradośniejsza wiadomość. W poemacie Zen mówi się to, co wzmacnia mistyczne doświadczenie w satori, urzeczywistnienie, że ty jesteś wieczną energią wszechświata. Podobnie jak Jezus to zrobił. Mówi tak: „Nie możesz tego złapać ani się tego pozbyć”. Nie mogąc tego zdobyć, zdobywasz to. Kiedy mówisz, to jest ciche. Kiedy ty jesteś cicho, ono mówi. Nie mogąc tego zdobyć, zdobywasz to, ponieważ całe to uczucie, to, co próbuję wytłumaczyć ludziom, na przykład kiedy mówię, dlaczego pytasz o metodę? Bo nie ma metody. Wszystkie metody to po prostu tanie chwyty, aby zdobyć swoje ego.
Więc jak tego nie robić? Jak ma się na swojego ego? Mówi dalej: „Pytasz o metodę. Nie ma metody. Jeżeli naprawdę rozumiesz, czym jest twoje ja, zobaczysz, że nie ma żadnej metody”. Mówisz: „To takie smutne”, ale nie jest. To jest ewangelia. Dobra wieść. Ponieważ jeżeli możesz tego osiągnąć, jeżeli możesz tego zmienić, się zmieni, to oznacza, że główna przeszkoda dla mistycznej wizji rozpadła się. To byłeś ty.
Co się dzieje? Nie możesz z tym nic zrobić. Jesteś w sytuacji bez wyjścia. Co zrobisz? Popełnisz samobójstwo? Ale powiedzmy, że odwleczesz to na jakiś czas i poczekasz i zobaczysz, co się stanie. Nie możesz kontrolować swoich myśli. Nie możesz kontrolować swoich uczuć. Ponieważ nie ma kontrolującego. Jesteś swoimi myślami i uczuciami.
Biegają sobie, biegają i biegają. Siedź i nie patrz na nie. Właśnie biegną dalej. Oddychasz, przecież nie? Nadal rosną ci włosy, nadal widzisz i słyszysz. Czy ty to robisz? To znaczy czy oddychanie jest czymś, co ty robisz? Widzisz? To znaczy, czy organizujesz operację swojego oka i wiesz dokładnie, jak operować tymi kręcikami, ciapkami swojej siatkówki? Czy ty to robisz?
To zdarzenie. To się zdarza, więc nie mógłbyś czuć jak wszystko to, co się zdarza. Twoje oddychanie się zdarza, twoje myślenie się zdarza, twoje czucie się zdarza. Twoje słyszenie i widzenie. Chmury zdarzają się. Niebo się zdarza. Niebieskie, błyszczące słońce. Oto jest wszystko. To zdarzające się. Jeśli mogę was zapytać o to wy sami.
To znaczy być wizją tego, kim naprawdę jesteś. I to w sposób, w jaki z tym funkcjonujesz. Funkcjonujesz poprzez zdarzenie się, to znaczy przez spontaniczne wydarzenie się. Nie jest to stan rzeczy, który powinniśmy rzeczywiście znać. Nie mogę ci w żaden sposób tego wygłosić jak kazanie, ponieważ w momencie, kiedy zaczniesz myśleć: "Powinienem to zrozumieć", to jest znowu to głupie poczucie, że ja powinienem to sprawić. Ale nie ma żadnego ja, które to sprawi. Widzicie, dlatego ja nie wygłaszam. Można tylko tak wygłaszać poprzez różne wypowiedzi i tak dalej. Wszystko, co mogę zrobić, to to, iż powiedzieć wam, że bawi mnie to mówienie o tym, ponieważ jest to wszystko, które się wydarza i dlatego lubię o tym mówić. Jeśli dostanę za to zapłatę, to fajnie.
A rozsądnie lubię dostać pieniądze za to, co lubię robić. Więc podejście nie polega na tym, żeby się przechrzcić, robić siebie na nowo ani ulepszyć, ale dla siebie, aby odkryć, że jeżeli tylko byś wiedział, jaki jesteś, to wszystko byłoby normalne zdrowo psychicznie. Ale widzicie, nie możesz tego zrobić. Nie możesz zrobić tego odkrycia, ponieważ stoisz sobie na drodze. Więc dopóki będziesz myślał: ja jestem ja, to tutaj ta halucynacja będzie to blokować. A halucynacja zniknie, tylko uświadomisz sobie swojej własnej fałszywości. Kiedy wreszcie widzisz, nie możesz tego zrobić. Nie możesz się zrobić na nowo. Nie możesz tak naprawdę kontrolować swojego własnego umysłu. Widzisz, kiedy próbujesz kontrolować umysł.
Wielu nauczycieli jogi próbuje namówić cię, abyś kontrolował swój umysł, głównie aby udowodnić ci, że nie możesz tego zrobić. Głupiec, który wszędzie nalegał w swojej głupocie, stanie się mądry. Więc oni tylko przyspieszają głupotę. I tak zaczynasz się koncentrować. I możesz osiągnąć trochę powierzchownego i posądkowego sukcesu przez proces bardziej znany jako samohipnoza. Możesz myśleć, że osiągasz postęp. Dobry nauczyciel pozwoli ci iść tą drogą przez jakiś czas, dopóki rozwali cię jakieś pytanie: dlaczego się koncentrujesz? Widzicie, buddyzm działa w ten sposób. Budda powiedział: jeżeli cierpisz, to cierpisz z powodu pragnienia. A twoje pragnienia są albo nie do osiągnięcia, albo zawsze jesteś niespełniony.
A potem zastanawiali się, jak tego się pozbyć. Więc kiedy widzisz, że to nonsens, naturalnie spływa na ciebie spokój. W widzeniu, że nie możesz kontrolować swojego umysłu, zdajesz sobie sprawę, że nie ma kontrolującego. To, co brałeś za myśliciela myśli, jest tylko jedną z myśli. To, co brałeś za tego, który czuje uczucia, co było w tym chronicznym napięciem mięśni, jest tylko jednym z uczuć. To, co brałeś za tego, który doświadcza doświadczenia, jest tylko częścią doświadczenia. Więc nie ma żadnego myśliciela myśli czującego uczucia. Związujemy się z tym, ponieważ mamy gramatyczną regułę, że czasowniki muszą mieć podmiot. A śmieszne w tym jest to, że czasowniki to procesy, a podmiot i rzeczowniki mają być rzeczami. Jak rzeczownik ma się tłumaczyć?
Jak rzecz ma rozpocząć proces? Oczywiście nie może. Ale zawsze nalegamy, że jest ten podmiot. Nazywamy go poznającym, a bez poznającego nie może być poznania. To tylko gramatyczna reguła. Nie jest to reguła natury. W naturze jest tylko poznanie. Jak nie czujesz i powinieneś wypowiedzieć, jak ty to czujesz, jakbyś chciał, aby to było uczute. Kiedy mówię, jak czuję, mam na myśli jego uczucia. Kiedy mówię, że ty czujesz, mam na myśli, że jest uczucie tam.
Muszę powiedzieć nawet, że tam jest uczucie. Co za połowiec przy język mamy.
[01:24:42] - Cała noc myśli od czasu do wieczności. Jaką miał sentencję i co na ten temat on w ogóle myślał? Kiedy spytano świętego Augustyna z Hippony, czym jest czas, odpowiedział, cytuję: "Wiem, czym jest, ale kiedy się mnie o to pyta, to nie wiem". I co zabawne, to on jest człowiekiem w największej mierze odpowiedzialnym za przeciętne zdroworozsądkowe pojęcie czasu, które przeważa na Zachodzie. Grecka oraz wschodni Hindusi postrzegali czas jako proces kołowy i każdy, kto spojrzy na zegarek, zobaczy, że czas biegnie w kółko. Ale Hebrajczycy i chrześcijanie myślą o czasie jako o czymś, co biegnie po linii prostej. Jest to bardzo nośna idea, która wpływa na każdego żyjącego dziś człowieka na Zachodzie. Wszyscy mamy różne mitologie. Wypowiadając słowo mitologia albo mit, nie mam na myśli czegoś, co jest fałszywe w popularnym odczuciu. Poprzez mit mam na myśli ideę lub obraz, których ludzie używają do nadawania światu sensu.
Zachodni mit, który kształtował nasz zdrowy rozsądek przez wiele stuleci. Jeśli spojrzeć na marginesowe notatki kopii Biblii króla Jamesa, który oczywiście zstąpił z nieba wraz z aniołem w 1611 roku, mówił Mówi, że świat został stworzony cztery tysiące lat przed naszą erą, przed którym to naturalnie Pan Bóg trwał od zawsze, przez nieskończone czasy wstecz. W środku czasu druga osoba w Trójcy uległa wcieleniu jako Jezus Chrystus, by zbawić ród ludzi i ustanowić Kościół. I kiedy ta instytucja jest wykonana w pełni swego dzieła, to spodziewany jest koniec czasu. Będzie to dzień zwany dniem ostatecznym, w którym to Syn Boży pojawi się ponownie w chwale z zastępami aniołów i odbędzie się Sąd Ostateczny. Ci, którzy są zbawieni, będą żyli wiecznie, kontemplując widok błogosławionej Trójcy, a ci, którzy źle się zachowywali, będą cierpieć wiekuiste męki w piekle. To jest, jak widzicie, jednokierunkowy proces. Zdarzyło się to raz i nigdy się nie powtórzy, ponieważ święty Augustyn ustanowił pogląd, że kiedy Syn Boży pojawił się na tym świecie i poświęcił się dla opuszczenia naszych grzechów, to było to zdarzenie, które miało miejsce jedyny raz. Nie wiem, dlaczego tak myślał, ale na pewno w to wierzył. W ten sposób mamy ideę, że wszechświat czasu to jedyna niepowtarzalna historia, która miała swój początek i będzie miała swój koniec i która nigdy, przenigdy się już nie powtórzy.
Większość ludzi Zachodu już nie wierzy w tę historię i choć wielu z nich myśli, że powinni wierzyć, to w istocie w nią nie wierzą. Ale wyciągnęli z tego też sposobu myślenia liniowe pojęcie czasu. Ci, że zmierzamy w jednym kierunku i że nigdy nie cofniemy biegu zdarzeń. Ta wersja czasu leży w bardzo dziwnym i fascynującym kontekście do poglądu na czas utrzymywanym przez większość pozostałych. Jako specjalny przykład podam tutaj hindujski sposób patrzenia na czas. Hindusi nie mieli takiego małostkowego, prowincjonalnego poglądu jak ten, według którego świat powstał cztery tysiące lat przed naszą erą, lecz szacowali oni wiek Wszechświata w jednostkach po cztery miliony trzysta dwadzieścia tysięcy lat. Nazwali tę podstawową jednostką kalpą. Ich rozumienie świata jest oczywiście całkiem inne od naszego. My na Zachodzie myślimy o świecie jako dziele stworzenia czymś, co zostało wykonane przez wielkiego architekta, twórcę. Ale Hindusi też nie sądzą wcale, że świat został stworzony.
Patrzą na niego jak na dramat. Nie stworzony, ale odgrywany. Samego Boga uważają za najwyższej klasy aktora zwanego kosmiczną jaźnią, która to gra wszystkie role. Innymi słowy ty, ptak, pszczoły, kwiaty, skały i gwiazdy to jedna wielka rola Boga, który przez nieskończone czasy udaje dla zabawy, że jest tym wszystkim. Mimo wszystko jest to nierozsądna idea, ponieważ gdybym poprosił cię o poważne rozważenie, co byś zrobił będąc Bogiem, odkryłbyś pewnie, jak sądzę, że bycie wszechwiedzącym od zawsze i na zawsze oraz władanie wszystkim byłoby nadzwyczajnie nudne i dlatego pragnąłbyś niespodzianki. W końcu czym jest nasza technologia, jeśli nie próbą kontrolowania świata? Więc wyobrażając sobie ostateczne spełnienie technologii, którą to naprawdę władamy wszystkim i mając wielki panel z przyciskami, których najlżejsze dotknięcie spełnia każdą naszą zachciankę, w końcu zapragnąłbyś specjalnego czerwonego przycisku z napisem „niespodzianka” i naciskając go, opuściłbyś swój normalny stan świadomości i znalazł się w sytuacji bardzo podobnej do tej, w której jesteś teraz, gdzie czujesz, że nie nad wszystkim panujesz, że dajesz się zaskakiwać i podlegasz kaprysom nie do końca przewidywalnego świata. Zatem Hindusi doszli do wniosku, że to jest właściwie to, co Bóg robi co jakiś czas, gdyż przez cztery miliony trzysta dwadzieścia tysięcy lat wie, kim jest. Ale potem mu się to nudzi i zapomina o sobie na następne cztery miliony trzysta dwadzieścia tysięcy lat, kiedy to zasypia i ma sen zwany Manvantara. Zaś okres, kiedy jest on przebudzony i nie śni, zwie się Pralayą.
Jest to stan całkowitej błogości, ale kiedy śni, to manifestuje świat. Ta manifestacja świata jest podzielona na cztery okresy, nazwane tak jak cztery rzuty w indyjskiej grze w kości. Pierwszy rzut nosi nazwę Krita. Czwórka, czyli doskonały rzut. Ta epoka trwa bardzo długo i w niej świat jest absolutnie rozkoszny. Coś jak przywilej śnienia wolnego snu podczas nocnego odpoczynku. Przez przynajmniej miesiąc wyśniłbyś wszystkie swoje marzenia. Miałbyś bankiety, muzykę, tańczące dziewczyny i wszystko, czego byś sobie zapragnął, spełniłoby się. Ale po paru takich tygodniach powiedziałbyś: „To zaczyna być nużące. Chcę przygody, kłopotu”.
I wszystko byłoby w porządku, ponieważ wiemy, że pod koniec się obudzimy. Więc zaangażowałbyś smoki i ratował przed nimi księżniczki. I tego typu rzeczy, w które coraz bardziej byś wchodził, aż zapragnąłbyś zapomnieć, że śnisz myśląc, że naprawdę ryzykujesz. Jaka by to była wtedy niespodzianka obudzić się pewnej nocy śniąc swój dowolny sen znalazłeś się tutaj, siedząc na tej sali i słuchając mnie z swoimi przemyśleniami, problemami. Skąd możesz zatem wiedzieć, że tak właśnie nie jest? Po tym, jak wszystko jest doskonałe w tej epoce zwanej Krita Yuga nadchodzi trochę krótsza epoka zwana Treta Yuga — rzut trójki. A jak sami wiecie, stół z trzema nogami nie jest tak stabilny jak ten z czteroma. Treta Yuga. Już nie wszystko jest jak należy. Jest trochę niepewne, co jak łyżka dziegciu, taka nazwa, w beczce miodu.
Kiedy ta epoka się skończy, to następuje jeszcze krótszy okres. Dvapara Yuga. Nazwany podawa rzucie dwójki, w którym to okresie siły dobra i zła są w równowadze. Kiedy i to się skończy, przychodzi jeszcze krótsza epoka zwana Kali Yuga. Yuga to epoka, a Kali to rzut jedynki, a więc najgorszy. Wtedy to siły negacji i destrukcji w końcu triumfują. Miało to się zacząć krótko przed trzytysięcznym rokiem przed naszą erą, a przed nami jeszcze pięć tysięcy lat tej epoki. Podczas niej wszystko się rozpada i pogarsza do tego stopnia, że aż sam Pan pojawia się w przebraniu Śiwy, niszczyciela o niebieskim ciele, noszącego naszyjnika z czaszek i o dziesięciu rękach, w których to trzyma kije oraz noże, lecz jedna ręka w tym pokazuje ona gest, który znaczy, cytuję: "Nie bójcie się, to tylko jedna wielka gra." Koniec cytatu. Potem następuje zniszczenie całego wszechświata w ogniu i poprzez każdą duszę Pan Bóg budzi się, by odkryć, kim jest naprawdę. Po czym przebywa on w okresie Pralaya.
To jest cztery miliony trzysta dwadzieścia tysięcy lat absolutnej błogości. I ten proces toczy się przez wieki i wieki, od zawsze i na zawsze. Poprzez te kalpy mijają dnie i noce, wdechy i wydechy Brahmana, najwyższej jaźni, której lata liczy się w jednostkach po trzysta sześćdziesiąt kalp, a te z kolei sumują się w stulecia i tak dalej. Coraz więcej i więcej. Lecz to nigdy mu się nie znudzi, bo za każdym razem, gdy nowa Manvantara, czyli nowa sztuka się zaczyna, Bóg zapomina, co stało się wcześniej i staje się całkowicie pochłonięty swą grą. Tak jak ty, gdy urodziłeś się i spojrzałeś na świat po raz pierwszy. Świat był dziwny i cudowny, gdyż widziałeś go czystymi oczyma dziecka, ale starzejąc się zacząłeś przyzwyczajać się do niego. Widząc ciągle słońce stwierdziłeś, że to to samo stare słońce. Widziałeś drzewa, a uznałeś, że wszystkie są takie same. W końcu, gdy przekraczasz jakieś pięćdziesiąt pięć lat, zaczynasz się nudzić, rozpadać na kawałki i dezintegrować, aż wreszcie umierasz, ponieważ masz wszystko, czego serdecznie dość.
Ale po tej twojej śmierci rodzi się kolejne dziecko. Następne dziecko, które jest oczywiście tobą, gdyż każde dziecko nazywa siebie ja i widzi całość ponownie świeżym okiem, co je niesłychanie przyjmuje. Zatem w ten przemyślny sposób niepozwalający na nudę rzeczy toczą się w kółko, w kółko i w kółko. Przedstawiłem wam dwa moim zdaniem największe mity dotyczące czasu, które my, wysokotechnologiczna cywilizacja z ogromną władzą nad naturą, musimy naprawdę głęboko rozważyć. Pozwólcie mi powtórzyć pytanie zadane świętemu Augustynowi. Czym jest czas? Nie odpowiem wam tak jak on. Wiem, czym jest czas i pytany odpowiem. Czas jest miarą energii ruchu. Zgodziliśmy się międzynarodowo co do prędkości zegara.
Teraz chcę, byście pomyśleli o zegarach i zegarkach, których jesteśmy niewolnikami. Zauważcie, że są wykalibrowanymi okręgami, tak że każda minuta czy sekunda jest znacząco zaznaczona kreską tak cienką, jak to możliwe, byle tylko była widzialną. I kiedy rozważamy moment czasu zwany teraz, to mamy na myśli możliwie najkrótsze chwile, które od razu mijają, co odpowiada cienkości kreski na zegarku. Rezultatem takiego myślenia jest to, że czujemy, iż nie mamy jakiejkolwiek teraźniejszości, gdyż ona ciągle nam umyka. Tak szybko leci. Problem jest podobny do tego z Fausta Goethego, gdzie bohater osiągając wspaniały moment pragnie, by trwał on wiecznie. Ale ten moment nigdy nie stoi w miejscu, zawsze staje się przeszłością. Stąd nasze wrażenie życia ciągle nam upływającego, ciągłego tracenia czasu. Stąd też nasz pośpiech. Czasu nie wolno marnować.
Czas to pieniądz. Przecież tak słyszymy. Będąc pod jego tyranią, czujemy, że tylko przeszłość należy do nas i że nasza tożsamość ma charakter jedynie retrospektywny, a więc nikt nie może powiedzieć, kim jest, lecz tylko kim był. Myślimy też, że mamy przyszłość. Jest ona dla nas niezwykle ważna, bo mamy naiwną nadzieję, że ona jakoś zapewni nam to, czego szukamy. Żyjąc w teraźniejszości, która jest tak krótka, że praktycznie jej nie ma, zawsze czujemy się niejasno sfrustrowani. Kiedy więc spytasz kogoś: „Co robiłeś wczoraj?”, to zda ci on historyczne sprawozdanie z sekwencji następujących po sobie zdarzeń. Powie: „Cóż, obudziłem się około siódmej rano. Wstałem, zrobiłem sobie kawę, potem umyłem zęby i wziąłem prysznic. Następnie ubrałem się, zjadłem śniadanie i pojechałem do biura.
Potem zrobiłem to i tamto, i bla, bla, bla”, i tak dalej, dając ci historyczny zarys biegu zdarzeń. Ludzie naprawdę myślą, że to jest to, co robili, choć w istocie relacja ta to tylko szkielet tego, co zrobili. Żyjesz o wiele bogatszym życiem, tylko po prostu tego nie zauważasz, gdyż zwracasz uwagę na bardzo małą część informacji, które otrzymujesz poprzez swoje pięć zmysłów. Zapomniałeś powiedzieć, że zaraz po przebudzeniu twoje spojrzenie padło na chwilę na ptaka za oknem oraz na błyszczące słońce, liście drzew albo że twój zmysł węchu igrał sobie z zapachem gorącej kawy. Nie wspomniałeś też tego, bo nie byłeś tego świadom z powodu pośpiechu. Miałeś na celu jak najszybsze skończenie kawy, by dostać się do biura, a potem zająć się czymś, co uważałeś za ogromnie ważne. Może i takie było na swój sposób. Dało ci to bowiem pieniądze, ale ty byłeś tak zaabsorbowany przyszłością, że nie wiedziałeś, jak je wydać, jak się nim cieszyć. Być może je zainwestowałeś, by być pewnym, że w przyszłości nastąpi to, czego szukałeś od dawna. Ale to się oczywiście nigdy nie zdarzy, bo jutro nigdy nie przychodzi.
Prawda jest taka, że nie ma takiej rzeczy jak czas. Czas to halucynacja. Tylko dzień dzisiejszy istnieje naprawdę i nic innego nigdy nie zastąpi go poza tym właśnie dniem. Jeśli nie umiesz się w nim odnaleźć, to jesteś szalony. To jest wielki problem zachodniej cywilizacji, całej cywilizacji, która jest nie czym innym, jak złożonym uporządkowaniem symboli, a więc słów, liczb, figur, pojęć mających reprezentować rzeczywisty świat, tak jak pieniądze reprezentują bogactwo, tak jak energię mierzymy zegarkiem albo odległość metrami i centymetrami. To są bardzo pożyteczne miary, ale zawsze możesz przesadzić i łatwo pomylić miarę z tym, co jest mierzone, a więc pieniądze z bogactwem czy nawet menu z obiadem. W pewnym momencie możesz stać się tak oczarowany symbolami, że całkowicie pomylisz je z rzeczywistością. I to jest choroba, na którą cierpią prawie wszyscy cywilizowani ludzie. Jesteśmy zatem w sytuacji, gdy jemy menu zamiast obiadu, gdy żyjemy w świecie słów i symboli, mając bardzo zły związek z naszym materialnym otoczeniem. Stany Zjednoczone Ameryki jako najbardziej postępowe państwo świata są tego najlepszym przykładem.
Jesteśmy ludźmi uważającymi się oraz uważanymi przez resztę świata, za trochę nam z tego jednak wstyd, wielkich materialistów. Jest to zupełnie niezasłużona opinia, gdyż materialistą w moim rozumieniu jest ktoś, kto kocha świat materialny, szanuje go i umie się nim cieszyć. Ale my tego nie robimy. My nienawidzimy świata, poświęcając się próbom zniesienia jego ograniczeń, a więc czasu i przestrzeni i nazywając to podbojem owej przestrzeni. Chcemy dostać się z San Francisco do Nowego Jorku w jednej chwili, nie zdając sobie sprawy z tego, że rezultatem będzie to, że owe miasta staną się takie same i tym samym wszelka podróż z jednego do drugiego traci jakikolwiek sens. Kiedy jedziesz do jakiegoś miejsca, gdzie chciałbyś spędzić wakacje, powiedzmy na przykład na Hawaje, to masz nadzieję zobaczyć tam dziewczyny w spódnicach z trawy tańczące hula na piaszczystych plażach przy gorącym słońcu i cudownym niebieskim oceanie z rafami koralowymi i tego typu rzeczami. Ale turyści coraz częściej pytają o to miejsce, czy już ono zostało zepsute. Co mają na myśli? Czy jest takie same jak Dallas? A odpowiedź brzmi: tak, gdyż im szybciej możesz dostać się z Dallas do Honolulu, to tym bardziej te miejsca są do siebie podobne i cała podróż wówczas traci sens.
Podobnie też inne miejsca upodabniają się do siebie wraz ze wzrostem prędkości podróżowania, choćby nawet do Tokio i Los Angeles. Takie są bowiem skutki znoszenia ograniczenia czasu i przestrzeni. Śpieszmy się zatem także w wielu innych sprawach. Spieszymy się. Wracając do wspomnianego sprawozdania z czyjegoś tam dnia, o którym wcześniej mówiłem. Wstałeś rano i zrobiłeś sobie kawę. Przypuszczam, że była to kawa rozpuszczalna, gdyż zbytnio spieszyłeś się, by zająć się własnoręcznie procesem przygotowania dobrej mieszanki kawowej. Ta rozpuszczalna kawa stała się niejaką karą dla zbyt spieszącej się osoby. Odnosi się to do wszystkiego, co jest natychmiastowe. Jest w tym coś sztucznego i nienaturalnego.
Dokąd doszedłeś? Co twoim zdaniem przyszłość ci przyniesie? W sumie to nie wiesz. Zawsze uważałem za doskonały pomysł, by polecić młodym studentom zadanie napisania wypracowania o tym, jak wyobraża on sobie siebie i niebo. Innymi słowy, czego tak naprawdę pragną ze szczegółami. Ale uważajcie, czego pragniecie, bo to może się spełnić. Sedno sprawy, jaką wam dałem do zrozumienia, jest to, że nie ma takiej rzeczy jak czas. Jest on abstrakcją tak jak pieniądze i tak jak centymetry. Pamiętacie Wielką Depresję? Jednego dnia wszystko szło jak należy.
Każdy był dość bogaty i miał co jeść, a już następnego wszyscy byli w biedzie. Co się stało? Czy pola znikły? Mleczarnie wyparowały. Ryby w morzach przestały istnieć, a ludzie stracili energię, swe umiejętności i umysły? Nie. Ale rano po depresji mężczyzna przychodzący do pracy budować dom usłyszał od swego brygadzisty: „Przykro mi stary, nie możesz dziś pracować. Nie ma centymetrów”. Spytał go więc: „Co to znaczy, że nie ma centymetrów? Mamy przecież drewno, metal, nawet taśmy do mierzenia”.
Na co brygadzista mu odpowiedział: „Twój problem polega na tym, że nie rozumiesz biznesu. Nie ma centymetrów. Używaliśmy ich za dużo i nie ma ich teraz dość, by iść dalej”. To, co stało się podczas Wielkiej Depresji, było gwałtownym spadkiem wartości pieniądza. A ludzie są tak niemożliwie głupi, że mylą pieniądze z bogactwem. Nie zdają sobie sprawy, że są one miarą bogactwa dokładnie tak samo, jak metry są miarą długości. Myślą, że pieniądze są czymś wartościowym same w sobie i poprzez siebie i w rezultacie tego pakują się w niebywałe kłopoty. W ten sam sposób czas jest nie czym innym, jak abstrakcyjną miarą energii. Licząc go wciąż mamy uczucie, że nam ucieka i to nas dręczy. Siedząc powiedzmy w pracy, czy patrzysz na zegarek?
Jeśli tak, to masz to, na coś czekasz. Na koniec zmiany o piątej, kiedy możesz w końcu iść do domu i się rozerwać. Ot, taka rozrywka. Ale co robisz w domu? Oglądasz telewizję, która jest elektroniczną imitacją życia i nawet nie ma żadnego zapachu. Przy telewizorze jesz obiad, który przypomina podgrzane paskudztwo, które to serwują w samolotach, a potem czujesz zmęczenie i musisz iść spać. Tak, wspaniałe społeczeństwo. To jest właśnie nasz problem, że nie jesteśmy żywi, przebudzeni, nie żyjemy w teraźniejszości. Popatrzmy na edukację. Co za żart.
Bierze się małe dziecko i pakuje w pułapkę zwaną żłobkiem. Tam mówi się mu: „Niedługo pójdziesz do przedszkola”. Potem: „Hura! Pierwsza klasa, druga, trzecia” i tak dalej, i tak dalej. I tak wspinasz się po drabinie, dokonujesz postępu. Gdy liceum dobiega końca, słyszysz: „Studia to jest to”. Skądże, jest jeszcze biznes. Więc idziesz w świat z założonym krawatem i zdobywasz dyplom. Wtedy to na pierwszym spotkaniu mówią ci: „Weź się do tego i sprzedaj ten towar”, gdyż to jest sposób na wspinanie się po drabinie biznesu i szansa na lepszą pozycję w społeczeństwie. Więc ciągle sprzedajesz i rosną twoje udziały.
W końcu w wieku około 45 lat budzisz się jako wiceprzewodniczący firmy i patrząc w lustro mówisz do siebie: „Dotarłem, ale czuję się lekko oszukany, gdyż czuję się tak jak zawsze. Czegoś tu brak. Nie mam przyszłości”. Wtedy to do akcji wkracza agent ubezpieczeniowy i mówi: „Mam przyszłość dla ciebie. Ta polisa umożliwi ci spokojne przejście na emeryturę w wieku 65 lat. Więc masz już na co czekać”. Jesteś zachwycony, więc kupujesz tę polisę i w wieku 65 lat odchodzisz na emeryturę, myśląc, że osiągnąłeś swój cel życiowy. Z wyjątkiem tego, że masz problem z prostatą, sztuczne zęby i zmarszczki. Dodatkowo jesteś materialistą, zjawą, abstrakcjonistą. Nie ma cię właściwie, gdyż nigdy ci nie powiedziano i nigdy nie wiedziałeś, że wieczność jest teraz, a czas nie istnieje.
Co zatem zrobisz? Czy potrafisz odtworzyć dla mnie odgłos korka od szampana z zeszłej nocy? Czy potrafisz wręczyć mi kopię jutrzejszej gazety, cokolwiek w niej jest? Tego tu nie ma, bo czas nie istnieje. Jest wymysłem użytecznym, tak jak południk i równoleżnik. Ale przecież nigdy nie uda się ci związać paczki równoleżnikiem, gdyż jest ona abstrakcją, jak czas. Jest on wygodny w tym sensie, że mogę się z tobą umówić na spotkanie na rogu albo gdziekolwiek, na przykład o czwartej po południu. Świetnie, ale nie dajmy mu się oszukać. On jest nierealny. Ludzie, którzy nie żyją w chwili obecnej, nie mają żadnego pożytku z robienia planów, choć zazwyczaj wierzą w czas.
Wierząc, że żyją dla swej przyszłości, robią tych planów mnóstwo. Ale kiedy plany dojrzewają i są realizowane, ci ludzie są zbyt nieobecni duchem, by się tym cieszyć. Już planują zupełnie coś innego. Są jak osły wiecznie goniące za marchewką przymocowaną na kiju do nich samych. Tak więc nigdy ich tutaj nie ma, nigdy nie dostają się tam. Są pozbawieni życia Wiecznie sfrustrowani i wiecznie pogrążeni w swoich myślach. Przyszłość to ta marchewka. Kiedyś, podkreślam słowo kiedyś, nastąpi. A ponieważ to się nigdy nie dzieje, ludzie pragną gorączkowo przetrwać. Chcą czasu, więcej czasu.
Są przerażeni śmiercią, ponieważ ona zatrzymuje przyszłość, do której przecież nigdy nie docierasz. Nigdy jej nie masz. Jest ona zawsze gdzieś za rogiem. Nie mówię tu, że macie nie być przezorni, nie mieć polisy ubezpieczeniowej, że nie macie się martwić o to, jak wysłać wasze dzieci na studia czy o jakąkolwiek inną rzecz, która może być dla nich pożyteczna. Chodzi mi bardziej o to, że nie ma sensu posyłać dzieci na studia i zapewniać im przyszłości, jeżeli nie wiecie, jak żyć w chwili bieżącej. Ponieważ jedyne co uczynicie, to to, jak nauczyciele to nauczycie je być nieobecnymi w teraźniejszości i żyć dla rzekomego dobra ich dzieci, które z kolei będą to ciągnąć, znużone dla rzekomego dobra swych dzieci. Każdy tak wspaniale troszczy się o innych, ale nikt nie jest zadowolony. O kimś, kto jest obłąkany, mówi się, że nie ma go w pełni tutaj albo jest gdzieś indziej. I to jest nasza zbiorowa choroba. Na początku reżimu komunistycznego w Rosji, kiedy to mieli oni swoje pięcioletnie plany, wszystko miało być w porządku pod koniec takiego planu, ale po jego zrealizowaniu podejmowali oni następny plan.
Tak to pewien filozof powiedział: „Czyńcie ze wszystkich ludzi atlasów, to jest takich filarów podtrzymujących podłogę, na której ma tańczyć potomność. Ale do tego nigdy nie dochodzi, gdyż potomność także jest filarem podtrzymującym następne piętro. I tak w kółko, na zawsze. I nikt nigdy nie tańczy.” W sumie nasza filozofia jest dokładnie tak samo jak ta komunistyczna. Nasz system to ich system. W coraz większym stopniu upodabniamy się do siebie z powodu braku poczucia rzeczywistości, z powodu obsesji czasu, który ciągle ma nadejść. A więc Mao Tse-tung może powiedzieć wszystkim Chińczykom. Cytuję: „Prowadźmy wybitne, nudne życie, nośmy wszystkie takie same ubrania i pracujmy posiadając małe czerwone książeczki, a pewnego dnia być może będzie wspaniale. Pewnego dnia.” Ale my jesteśmy w dokładnie tej samej sytuacji. Jesteśmy najbogatszym narodem świata, a większość naszych mężczyzn wygląda jak właściciele zakładów pogrzebowych.
Jemy cudowny chleb w cudzysłowie oczywiście cudowny, który jest styropianem wypełnionym jakimiś chemikaliami, które mają być odżywcze. Nie wiemy nawet, jak pić. Żyjemy w abstrakcji, a nie w konkrecie. Pracujemy dla pieniędzy, a nie dla bogactwa. Czekamy na przyszłość, nie wiedząc, jak cieszyć się dniem dzisiejszym. W ten sposób niszczymy nasze środowisko. Obracamy w powietrze, w gaz, w wodę, w truciznę. Zbieramy roślinność z powierzchni ziemi. W imię czego? Wydrukować gazety?
W naszych uczelniach cenimy bardziej sprawozdanie ze zdarzeń niż to, co się dzieje. Dane w urzędach są trzymane pod kluczem, a książki w bibliotekach. Zapis tego, co robisz, jest ważniejszy od tego, co zrobiłeś. Wychodzimy więc zabawić się. Jesteśmy na pikniku i ktoś mówi: „Świetnie się bawimy. Szkoda, że nikt nie wziął aparatu.” Ludzie jadą na wycieczkę, biorą ze sobą te małe pudełeczka i zamiast obcować z widokiem, cieszyć się widokiem, jakikolwiek on jest, tylko naciskają na nie, na to kółko, aby po powrocie do domu pokazać przyjaciołom i pochwalić się. Tak właśnie, tam właśnie byliśmy, ale ich tak tam nie było. Oni tylko robili tam zdjęcia. A kiedy nagranie stanie się ważniejsze od wydarzenia, to jesteśmy w tarapatach. Więc największą potrzebą cywilizacji jest powrót do teraz.
Pomyśl o wszystkich problemach, których by można było zaoszczędzić, jakby było spokojniej i jakby nikt nikomu by nie przeszkadzał. Nie poświęcalibyśmy się czynieniu dobra innym, tak jak pewien generał, który zniszczył wioskę w Wietnamie dla jej własnego dobra. Tak przynajmniej on twierdził. „Pozwól sobie pomóc, bo utoniesz” — powiedziała małpa, umieszczając rybę bezpiecznie na drzewie. Co do sensu wiecznego życia, to Jezus mówił: „Zanim Abraham był...”. Nie dokończył. Ja byłem, lecz i ja jestem. Dochodząc do takiego rozumienia, że ty istniejesz, a czas nie, z wyjątkiem dnia dzisiejszego, nagle uzyskujesz poczucie rzeczywistości. Zawsze oczekujesz rzeczy, których pragniesz. Musisz je odnaleźć teraz.
Celem edukacji powinno być nauczanie ludzi życia w teraźniejszości. Bycia całkowicie tu i teraz. Ale nasza edukacja jest obecnie mocno abstrakcyjna. Zaniedbuje całkowicie podstawy życia, ucząc nas bycia biurokratami, kasjerami, księgowymi oraz agentami ubezpieczeniowymi. Nie dba o nasze związki z materialnym światem, których podstawowych jest pięć, a więc uprawianie ziemi, gotowanie, ubieranie się, prowadzenie domu i uprawianie miłości. One są ordynarnie przeoczone. Niedawno Kongres Stanów Zjednoczonych ustanowił prawo karzące surowo każdego palącego flagę. Poparli to kwiecistą patriotyczną przemową, ale ci sami kongresmeni w zaniedbaniu bądź też przez przeoczenie są odpowiedzialni za palenie tego, co flaga reprezentuje. Za niszczenie dóbr materialnych tej ziemi. Chociaż twierdzą, że kochają swój kraj, kochają tylko jego flagę.
Myślę więc, że już najwyższy czas, by powrócić do rzeczywistości, od czasu do wieczności, do wiecznego teraz, które mamy i będziemy mieć na zawsze. I tego to dobiegliśmy do końca dzisiejszego wieczoru rozważań i myśli Alana Wattsa. Przypominam, są to rozważania Alana Wattsa. Ja wnioski końcowe umieszczę już w swojej ostatniej audycji, w której będę mówił o Alanie Wattsie. Będzie taka audycja podsumowująca. Ja na dzisiaj zakończę temat. I teraz taka informacja, ponieważ nie będzie mnie przez następne dwa tygodnie, właściwie trzy tygodnie, dlatego też przez najbliższe trzy tygodnie audycji nie będzie. Audycja będzie niestety dopiero gdzieś za około cztery tygodnie, ponieważ będę na urlopie bez miksera i tego typu rzeczy. Co prawda będę miał internet, ale oczywiście w telefonie, natomiast żeby nadawać to jednak trzeba mikser mieć, bo nie ma co tutaj tworzyć kiczu znowu, bo wiecie jak było z innymi audycjami, gdzie ten sprzęt mi trochę nawalał. To była wina oczywiście laptopa i nie tylko.
Też czasami w pośpiechu się przygotowywałem, więc po prostu było różnie. Natomiast jeszcze wracając, już wspominałem na początku o audycji Czasnu.com, audycja prawdopodobnie około połowy lutego przestanie istnieć, natomiast będzie stworzony dysk wirtualny, na którym to będą umieszczone wszystkie audycje. Oczywiście z już nieistniejącego radia Na Fali, ponieważ obiecałem kapitanowi Tomaszowi, że umieszczę tam w którymś z komentarzy na YouTubie, więc po prostu to zrobię, bo wiem, że na Paranormalium nie ma tych wszystkich audycji, dlatego też to zrobię, żeby nie zaginęło. Co jeszcze? Zapraszam was, oczywiście tych, którzy są bardziej zainteresowani technologią plazmową, na technologię plazmową na kanale na YouTubie. Tam kapitan Tomasz prowadzi oczywiście referaty, wykłady odnośnie technologii plazmowej. Zapraszam was również do pozostałych audycji „3600 sekund”, które będą już niedługo, już troszkę w zmienionej formie też. Za chwilkę odbędzie się audycja „Śladami naszych przodków. O Hopem Totach.” Co prawda nie jestem tak do końca przygotowany, bo nie zdążyłem wszystkiego przetłumaczyć, ale jakoś spróbuję tę audycję poprowadzić. Najwyżej jeżeli wejdzie jakaś kiszka, to po prostu tego nie udostępnię i zrobię najwyżej jeszcze raz audycję.
Po tej audycji będzie oczywiście audycja chilloutowa, gdzie będziemy zajmować się już obeonautyką, ale oczywiście o wibracjach dzisiaj też nieco będę chciał wspomnieć, choć też to będzie tak trochę krótko o tych wibracjach, natomiast skupię się bardziej na odpowiedzi na podstawowe nurtujące pytania, bo bardzo dużo ludzi pyta właściwie cały czas o te same rzeczy. Po prostu nie zawsze też jest chęć, możliwość odpowiadania codziennie pięciu osobom właściwie na podobne pytania. Dlatego też myślę, że dobrą będzie taką inicjatywą, kiedy zrobię takie nagranie i po prostu zawsze na paranormalium.pl będzie można sobie po prostu odsłuchać przynajmniej to, co ja myślę. Podkreślam, że to będą moje oczywiście wnioski. Ile ludzi, tyle jest koncepcji. Ja mam swoje własne, bardziej ukierunkowane na duchowość. Natomiast oczywiście każdy ma prawo wyrażać, mówić co chce, więc ja też tutaj robię w tym oto radiu. Także pozdrawiam jeszcze raz bardzo serdecznie wszystkich panów z Radia Paranormalium, z Debat Ufologicznych oraz innych audycji umieszczonych w archiwum. Również oczekujemy, czekamy właściwie na to, aby kapitan Tomasz jak najszybciej zgromadził środki na kupno nowego komputera, aby mógł w końcu nadawać, bo każdy już tęskni za tym. Ja też.
Zresztą również Tomasz tęskni. No cóż, żeby za dużo nie mówić ciągle tylko ten Tomasz, Tomasz, nie podpierać się tylko Tomaszem, więc więcej już może nie będę wspominał. Zapraszam was również jeszcze na Radio Cenzura, gdzie tam Klot prowadzi swój własny projekt. Nie zawsze mam możliwość na live oczywiście też odsłuchiwania, ale staram się, żeby to jakoś było, żebym był mniej więcej na czasie i na bieżąco, co się właściwie dzieje w naszych internetowych radiach. Zapraszam was do słuchania tych dobrych mediów, a tych gorszych nie będę już wymieniał, bo w sumie po co mi to jest potrzebne? Po co się pałować po głowach? Natomiast uważam, że powinniśmy wszystko słuchać, a wybierać właśnie sami wnioski, więc jak najwięcej wiedzieć, ale decydować samemu. I tego wam życzę na kolejne tygodnie, że tak powiem, kiedy mnie tutaj nie będzie przez cztery kolejne tygodnie. Widzimy się pod koniec, około 20 lutego. 25 lutego, jeżeli dobrze patrzę na kalendarz, powinna być kolejna audycja, czwarta część o Alanie Wattsie.
Ja tymczasem wam dzisiaj dziękuję i zapraszam was za chwilkę na „Śladami naszych przodków”. Zrobimy sobie 10-minutową przerwę i będziemy lecieć z tematem. Trzymajcie się i do następnego razu. Cześć!
[02:02:54] - Projekt i realizacja Maciej Lubień.