[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego właśnie lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej oto polance, w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu „Chata Mistyka”. Ową wyspę porasta gęsty las. Gorąca bryza znad oceanu niesie zapach dymu z paleniska. Dym niesie ze sobą opowieść. Opowieść o magicznej wyspie porośniętej soczystą dżunglą.
Dżunglę zamieszkują barwne stworzenia o rozmaitych kształtach i nieprzeciętnej urodzie. Drzewa pełne pachnących kwiatostanów pną się majestatycznie ku niebu, a nocą, lekko kołysząc się do rytmu, pomrukują pieśni, które to otrzymały od Mamy Natury. Pieśni tak stare, że nikt na wyspie nie pamięta już czasu, zanim pojawiły się magiczne melodie. Nocne pomruki dżungli są naturalnym, oczywistym tłem muzycznym dla każdej istoty zamieszkującej wyspę. Ciężko tubylcom wyobrazić sobie czas sprzed obecnej epoki, kiedy nie było jeszcze dźwięku. Czas kompletnej ciszy, bezruchu. Czas bez czasu. Błękitne wody oceanu wokół wyspy kryją wielobarwne rafy koralowe przepełnione bujnym życiem. Znajdują się tu ryby o fenomenalnych kształtach, niektóre obdarzone nawet skrzydłami i umiejętnością poruszania się nie tylko w przestrzeni wodnej, ale również ponad powierzchnią oceanu, w powietrznych przestworzach. Jednymi z bardziej żywiołowych stworzeń pośród rafy są olbrzymie żółwie skórzaste, które uwielbiają zabawy i zadawanie trudnych pytań, ale ich najbardziej ulubionym zajęciem jest surfowanie na falach, które majestatycznie przełamują się wzdłuż całego wybrzeża wyspy.
Do ślizgania się po falach żółwie wykorzystują obszerne i płaskie u spodu skorupy, które wyśmienicie nadają się do tej aktywności, odkąd swoim kształtem po tej stronie przypominają deski surfingowe. Przestrzeń powietrzną na wyspie zamieszkują bezkształtne istoty o zwiewnej, przeźroczystej formie, które to unoszą się lekko w skąpanym gorącym słońcem powietrzu. Istoty te są bardzo inteligentne i kiedy mają ochotę komunikować się z innymi stworzeniami, mogą podług własnej intencji przybierać wysublimowane formy geometryczne. Ich bezcielesne formy układają się w symbole, które mogą być odczytane przez wtajemniczone, wrażliwe na tego typu bodźce istoty. Raz w miesiącu, w bezksiężycową noc, która jest zarazem końcem, jak i początkiem cyklu, kiedy to na niebie pojawiają się niezliczone, błyszczące kosmicznymi promieniami gwiazdy, owe zwiewne istoty emanują wielobarwnym światłem. Rozświetlają tym samym całą wyspę kolorową aurą. Pomimo mnogości gatunków stworzeń na wyspie, ich odmiennych kształtów i formy, jest jedna rzecz, która jest wspólna, a zarazem bardzo bliska dla każdego. Owe kolorowe światełka, którymi promieniują powietrzne istoty tej jednej, jedynej nocy każdego miesiąca, dostarcza bardzo istotnego dla istot elementu, który to niezbędny jest do właściwego funkcjonowania. Tej szczególnej nocy każdego miesiąca świetliste istoty poprzez swą kolorową łunę promieniują dobrym humorem. Dobry humor jest bardzo ceniony na wyspie i tubylcy bardzo się o niego troszczą, bo zdają sobie sprawę, jak drogocennym jest darem.
Nie pomijają żadnej okazji, aby uraczyć się dawką magicznego entuzjazmu, który to pochodzi od dymków, jak to zwykło nazywać się na wyspie unoszące się w powietrzu istoty. Leśne, wodne i powietrzne stwory to jednak nie wszyscy. Na wyspie znajdują się również stworzenia, które przybyły z odległych zakątków oceanu, ale stosunkowo niedawno. Te nie przypominają żadnego innego lokalnego gatunku i cechują się odmiennym charakterem oraz sposobem życia. Pomimo tego zostały zaakceptowane lub raczej są tolerowane przez dobrodusznych gospodarzy tego lądu. Stwory te nazywają się ludziowie. Skąd dokładnie przybyli? Nikt nie jest pewien. A ich odmienność cechuje się pewnym stopniem nieudolności oraz solidną dawką ignorancji. Wyspiarze uznali jednak, że każdy zasługuje na szansę i dawno temu powitali na wyspie nowo przybyłych.
Lodziowie zachowali się jednak dziwnie i pomimo zaproszenia nie udali się z pozostałymi stworami w głąb magicznego lasu. Zamiast tego pozostali na wybrzeżu w jednej z siedmiu malowniczych zatok z przepięknymi piaszczystymi plażami, które usytuowane są wokół wyspy. Zamiast schronić się w głębi dżungli, wycięli toporami kawał lasu, aby utworzyć pola, na których posiali przywiezione ze sobą nasiona. Pnie zamienili w domy o dziwnych, ostrych kształtach, a wokół swojej osady wybudowali wysoki mur. Pradziadowie leśnych stworów bacznie przyglądali się poczynaniom swych gości i dziwili się, że ci nie słyszą wrzasków wycinanych w pień drzew. Uznali jednak, że jest to najwidoczniej konieczne, a zarazem niezbędne dla ludziów, skoro postanowili dokonać tego brutalnego czynu. Inaczej zachowanie gości byłoby zgoła aroganckie. Sam mur wokół siedziby ludziów uznano za dziwny akt grzeczności, stwierdzając, że postanowili oni ukryć przed wzrokiem innych swoją niewątpliwą brzydotę i nietypowe skłonności. Niektórzy ludziowie opuszczali czasem osadę i pojawiali się w lesie, ale tylko na krótko. Zwykle, aby coś zabrać i zanieść to do wioski i wydawali się kompletnie lekceważyć naturalnych rezydentów.
Nigdy nie pojawiali się również na comiesięcznych nocnych spotkaniach, kiedy to dymki dzieliły się z istotami swoją mocą. „Jak ludziowie radzą sobie bez udziału dobrego humoru?” — zastanawiali się mieszkańcy wyspy. Zauważono jednak coś do tej pory nieznanego na wyspie. Ludziowie przywieźli ze sobą dziwne fajki, z których to czasami wypuszczali kolorowe bańki mydlane, co zdawało się wprawiać ich w radosny nastrój. Był to niezwykły dla leśnych obserwatorów widok, ale wydawało się to w jakiś sposób pomagać tym istotom. Przynajmniej chwilowo. Kiedy nie puszczali kolorowych baniek, zajęci byli nieskończoną ilością zadań, a ich wzmożona aktywność w ciągu dnia przyprawiała niejednego widza o zawrót głowy. „Oni zawsze coś robią” — mówiono. „Pracują od świtu do zmierzchu. Wydają się nie słyszeć pieśni drzew.
Tym samym nie zauważają wyspy. Lekceważą nawet dymki” — szeptano. Lata polepiły się w dekady, a te w milenia. Ludziowie żyli z dala od leśnych istot, czasem jednak skutecznie uprzykrzając im życia. Lokalne stwory przestały się jednak dziwić i przejmować i postanowiły pozostawić ludziów w zajętej przez nich zatoce, która teraz wydawała się być dostępna wyłącznie dla nowo przybyłych. Pewnego dnia młodzian z odmiennego gatunku postanowił opuścić mury osady i udać się do lasu w poszukiwaniu pewnych drogocennych grzybków, z których to ludziowie pozyskiwali cenioną przyprawę do zup, którą nazywali magia. Chłopak i jego wierny kompan, krótkonogi pies, który mówi. Pies nie byłby aż tak wyjątkowy na tle żyjątek z wyspy. Mówiący pies to normalna rzecz, ale niezwykłe było to, że pies potrafił wypowiedzieć tylko jedno zdanie. „Czemu by nie?” — brzmiała maksyma czworonoga.
Tego wczesnego poranka chłopiec spakował do małej torby parę niezbędnych rzeczy, wliczając w to chustkę do nosa i kanapki z masłem orzechowym. Popatrzył swojemu partnerowi w oczy i spytał: „Idziesz ze mną do lasu?” „Czemu by nie?” — odparł bez zastanowienia pies. No i poszli. Ludź i pies spędzili tego dnia wiele godzin, szukając w lesie grzybowego specjału, ale bez powodzenia. Szukali przy rzece i na wzgórzach. Rozgarniali wysokie kępy trawy obficie porastające zbocza gór. Zaglądali do głębokich dziur i podnosili kamienie. Chłopiec udał się daleko w las, dużo dalej niż zwykle, dużo głębiej niż kiedykolwiek do tej pory. W pewnym momencie minęli nawet w oddali dziwnie wyglądającą chatę, która stała sobie na skraju słonecznej polanki. Przybysze zauważyli również, że drzwi do chaty stały otworem.
Chłopiec zawahał się przez chwilę, ale postanowił obejść chatę w bezpiecznej, jak wydawało mu się, odległości. „Czemu by nie?” — skomentował pies, ale chłopiec zignorował ten postulat i poszli dalej. Zanim poszukiwacze zorientowali się, słońce chyliło się już ku zachodowi, a tymczasem kosz na grzyby nadal świecił pustką. Miejsce, w którym się zatrzymali, nie przypominało ludziowi nic innego, na co natknął się do tej pory w dżungli. Był to potężny obszar pośród gęstych kniejów, gdzie wielkie drzewa zaplatały swe przypominające kształtem ramiona gałęzie w swych wyższych partiach, tworząc tym samym niezwykłą kopułę, która rozpościerała się nad rozległym dziedzińcem olbrzymiej polany. Rozglądając się z podziwem dookoła, chłopiec nagle uprzytomnił sobie, że nie wie, z którego kierunku przybyli. Pies i ludź byli zgubieni pośród dziczy, w samym centrum nieznanego. Usiedli na leśnej ściółce kompletnie bezradni. Chłopiec wyciągnął małą fajeczkę i po chwili puszczali już kolorowe bańki mydlane. „Czemu by nie?” – skomentował pies.
Mrok zaczynał się lepić i nadciągała noc. Gęsta i mroczna, odkąd była to właśnie owa wyjątkowa noc, kiedy to księżyc nie pojawia się na niebie. Teraz w lesie dało słyszeć się dźwięki. Na początku bardzo subtelne, jakby w tle. Melodyjne mruczenie powielane echem kniei, ale teraz coraz bardziej doraźne, dochodzące z różnych kierunków, zbliżające się w kierunku leśnego dziedzińca. Zagubieni wędrowcy teraz zauważyli ruch potężnych drzew, które powolnie kołysały się do rytmu dobiegającego już z każdego kierunku. W tym samym czasie, wysoko w koronach drzewa zaplatały gałęzie, jakby pląsając do melodii, również trzymały się za ręce. Muzyka stawała się coraz bardziej wyraźna. Teraz pies i ludź byli już przekonani, że cokolwiek to jest, zbliża się właśnie w ich stronę. Pomimo tego, że przybysze mieli właśnie doświadczyć randki z nieznanym gdzieś daleko od wioski, w głębi lasu panował w nich jednak niezwykły spokój.
Ku swemu najszczerszemu zdziwieniu chłopiec zauważył, że jego usta układają się do słów nieznanej pieśni i teraz on sam nuci już słyszaną w oddali melodię. Melodię słodką dla ucha, jakby wypełnione było miodem, a nie woskiem. Nuty lekkie, ale swobodnie penetrujące ich ciała, wprawiając zarówno dwu-, jak i czworonoga w ekstatyczną wibrację. Po chwili muzyka dochodziła już tuż zza pni potężnych drzew wokół pary kompanów, a chwilę później na leśną arenę wylało się tysiące ciemnych sylwetek o niecodziennych kształtach. Nadal śpiewając z innymi nieznaną dla niego pieśń, chłopiec próbował skupić wzrok, aby w ciemności mroku dostrzec otaczający ich tłum. Kiedy nagle na niebie pojawił się błysk, a krótko po nim pośród leśnej ściółki wypłynęła niczym nowe źródełko cieniutka wiązka światła, która pięła się wysoko do góry, w otchłań nocnego nieba. Ze światła zaczęły wyłaniać się kolory i po chwili w powietrzu unosiły się nieprzebrane ilości tęczowych duszków, które swą obecnością rozświetlały teraz całą dżunglę wokół zgromadzonych. Chłopiec i jego przyjaciel oglądali teraz wyjątkowe zgromadzenie postaci, które zebrały się tej nocy, aby uczestniczyć w magicznym przedstawieniu. Stwory o rozmaitych kształtach i rozmiarach. Grupy malutkich gryzoni popiskujących pieśń lasu.
Rzesze niespotykanych zwierząt o wyjątkowych walorach estetycznych, aż po wielkie włochate istoty poruszające się na dwóch nogach i klaszczące do rytmu olbrzymimi, równie włochatymi łapami. Na twarzy każdego stworzenia malował się uśmiech. Istniała niespotykana dla ludzia więź, która łączyła uczestników w tym magicznym akcie. Chłopak czuł wzrastający w grupie entuzjazm. Teraz i pies postanowił dołączyć się do leśnej serenady i również otworzył usta, aby wydać głos, ale jedynym, co wypłynęło z jego gardła, było jego znane i typowe powiedzenie, więc tylko westchnął głęboko i szybko zaniechał planów. Zamiast tego, przestępując z nogi na nogę, na nogę, na nogę, kołysał się po prostu do rytmu. Leśna symfonia dźwięków trwała prawie do świtu, a tuż zanim pojawił się pierwszy promyk wschodzącego słońca, wesołe zgromadzenie przepełnione tęczowymi kolorami powoli zaczęło rozchodzić się w różne kierunki lasu. Chłopiec i pies byli znowu sami pośród potężnych, milczących teraz drzew. Nadal wypełnieni po słodkie uszy radością, chichocząc od czasu do czasu bez konkretnego powodu, ruszyli w drogę. Bez zastanowienia zagłębili się w dżunglę.
Po niedługim marszu ujrzeli ponownie znajomy widok chaty na skraju polanki. Z komina tym razem wydobywała się snóżka dymu. Frontowe drzwi były nadal szeroko otwarte, więc chłopiec i pies pełni entuzjazmu postanowili tym razem zajrzeć do środka. Podeszli bliżej i kiedy mieli właśnie zamiar wspiąć się na ganek trzema potężnymi stopniami wykonanymi z granitowej skały, z głębi chaty dobiegł ich niski głos: „Namaste”. Po chwili stał przed nimi wysoki jegomość o łagodnym spojrzeniu. Jego długa broda o płomiennym kolorze opadała zwiewnie na jego prostą, lejącą się aż do ziemi szatę. „Śniadanie jest gotowe, panowie” – powiedział z uśmiechem, po czym zniknął ponownie w głębi izby. Chłopiec z ekscytacją popatrzył na swojego towarzysza. „Czemu by nie?” – odparł pies. Więc weszli do środka.
W izbie pachniało ziołami, cynamonem i wanilią. Nad paleniskiem pośrodku obszernej izby wisiał kociołek, z którego wydobywała się słodka woń. Wysoki jegomość zaprosił gości gestem do zajęcia miejsc na słomkowej macie rozłożonej na podłodze chaty. On również zasiadł w pozycji ze skrzyżowanymi nogami i zanucił cichą pieśń, która momentalnie wprawiła przybyszy w mistyczny nastrój. Teraz wspólnie posilali się pachnącymi owocami o cudownych kolorach, które eksplodowały w ustach wyjątkowym smakiem oraz bananową kaszką z kociołka, która wypełniała żołądki głodnych podróżników cudownym ciepłem. „Spodziewałem się ciebie” – bez zbędnych wstępów oświadczył gospodarz leśnej chaty. – „Wydarzenie, w którym wzięliście udział minionej nocy, jest regularną praktyką, która odbywa się w Kniejach co miesiąc od wiekopomnych dziejów” – kontynuował. – „Ten wyjątkowy rytuał przy udziale świetlistych dymków dostarcza borostworom potężnej energii, która niezbędna jest dla ich życia. Biorą w nim udział wszyscy mieszkańcy oprócz ludziów, którzy lekceważą ten istotny dla właściwego funkcjonowania aspekt życia”. Zarówno chłopiec, jak i pies słuchali z zaciekawieniem.
– „Czas dymków na tej wyspie dobiega jednak końca, z czego nie zdają sobie jeszcze sprawy mieszkańcy. Bardzo istotne jest, aby pojawiło się nowe źródło dobrego humoru, które umożliwi przetrwanie nam wszystkim. To jest dosłownie sprawa życia lub śmierci”. Zapadła cisza. Słowa mędrca brzmiały echem w umyśle chłopca. Dopiero co doświadczył magicznego spektaklu, który wypełnił jego serce optymizmem i chęcią działania. A tu okazuje się, że kolejna taka szansa może się już nie zdarzyć. „Sprawa nie jest jednak jeszcze przegrana” – kontynuował brodacz. – „Jest możliwe, aby pojawiło się nowe źródło optymizmu na wyspie, ale odnaleźć je może tylko niewinny umysł. Umysł, który nie przywykł do komfortu regularnego obcowania z energią dymków.
Umysł, który nie zdołał jeszcze zakorzenić się w gęstym gruncie iluzji. Umysł wolny od ignorancji i fałszywych opinii na temat świata i siebie samego. Umysł wolny od piętna błędnej identyfikacji własnej tożsamości. Tą wyspę i jej mieszkańców może ocalić tylko ten, który nie zna trwogi, a jego wytrwałość sprawi, że pomimo trudów odnajdzie on właściwą ścieżkę i osiągnie cel”. Wzrok mówcy spoczywał łagodnie na zafrasowanym chłopcu, a w jego oczach dostrzegł on purpurowe płomyki, które wydawały się pochodzić z nieprzebranej otchłani. Połyskujące światełka pochodziły z jakiejś nieskończonej głębi, jakby nie z tego świata. Przestrzeni wolnej od ograniczeń formy, czasu i możliwości ludziowego umysłu. Teraz chłopiec uprzytomnił sobie, że mędrzec mówi o nim i zauważył również, że jego usta od dłuższej chwili są nieruchome. Pomimo tego niski tembr głosu pobrzmiewa w jakiś fenomenalny sposób wewnątrz głowy młodzieńca. „Tylko ty jesteś w stanie podjąć misję i uchronić zarówno stwory, jak i swój własny gatunek od zbliżającej się klęski”.
Oczy chłopca były szeroko otwarte w nieskrytym akcie zdziwienia. Kiedy wyruszali do lasu 24 godziny temu, ani ludź, ani jego czworonożny kompan nie spodziewali się, że przyjdzie im uporać się z misją ratowania świata. Zmieszany chłopiec pełen niepewności, czy jest w stanie podołać zadaniu, spojrzał na krótkonogiego psa, a ten ze stoickim jak zwykle spokojem odparł jedynie: „Czemu by nie?” „Zabierzesz ze sobą ten oto magiczny kociołek. Wypełnisz go ptasim mleczkiem, a od tej pory będzie dostarczał on tobie i twojemu towarzyszowi- Nieprzebrane ilości jadła dwa razy dziennie. O wschodzie i o zachodzie słońca – zakończył mistyk. Czymże jest owo ptasie mleczko? – chciał zapytać chłopiec. Gdzie powinienem szukać źródła dobrego humoru? Ale kiedy nabrał tchu, aby zadać owe kluczowe pytania, zakręciło mu się nagle w głowie. Umysł ogarnęła ciemność i obsunął się bezwładnie na gliniane klepisko.
Zanurzony w gęstym mroku dziwnej przestrzeni bez przestrzeni poczuł na swej twarzy gorący, a zarazem mokry dotyk. W pewien sposób dziwnie znajomy. Powoli, bardzo powoli otworzył oczy. Zniknęła chata. Nie było już przytulnej izby i jej gospodarza. Tuż nad nim pochylony był jego wierny przyjaciel pies i swym długim jęzorem lizał go po policzku. W dłoniach chłopiec trzymał miedziany kociołek, który był tym razem totalnie pusty. Słońce stało już wysoko nad horyzontem. Chłopiec rozejrzał się dookoła. W oddali widać było gęstwinę lasu, ale teraz znajdowali się na rozległej prerii porośniętej soczystą zielenią trawy.
Wydarzenia minionej nocy i zapoznany tego poranka jegomość o długiej, majestatycznej brodzie wydawały się tak niezwykłe, że gdyby nie kociołek, chłopak byłby gotowy stwierdzić, że to wszystko, czego właśnie doświadczył, było tylko jego barwnym snem. Bardzo barwnym snem. Pies wydawał się jednak szczęśliwy z powrotu swojego właściciela, co wyrażał obficie merdającym ogonem, który to niczym śmigła helikoptera zataczał kręgi w powietrzu. Chłopiec wiedział, że próba dowiedzenia się czegokolwiek na temat wydarzeń, które umknęły jego uwadze od psa, zakończyłaby się niepowodzeniem, odkąd słowna relacja czworonoga była raczej przewidywalna. Więc ruszyli w drogę. Po mniej więcej godzinie marszu przez prerię ujrzeli na swoim kursie łaciate zwierzę z potężnymi rogami, które to raźnie delektowało się soczystą trawą. Kiedy krowa spostrzegła nadchodzącą parę, wypluła czym prędzej przeżuwaną trawę i usiadła wyprostowana na swym zadzie, jednocześnie poruszając powoli na boki swoimi przednimi łapami. Widok był to niezwykły. To potężne zwierzę, zażenowane jakby swoją krowią aktywnością, wyciągało teraz łeb do góry ku niebu, machając przednimi kopytami, niczym byłyby to skrzydła. „Witam ludzia i psa” – odezwało się przyjaźnie zwierzę, kiedy podeszli bliżej.
„Jestem orłem i właśnie miałam wzbić się w powietrze, kiedy zauważyłam nadchodzących gości”. Chłopak popatrzył ze zdziwioną miną na psa, który to również bardzo zaskoczony miał zamiar skomentować zjawisko, ale szybko ugryzł się w język. Po krótkim przedstawieniu się chłopak opowiedział krowie z niewątpliwym problemem psychologicznym o wydarzeniach minionego poranka i o misji odnalezienia źródła animuszu i humoru, której to podjęli się przyjaciele. „Nic prostszego” – uznała krowa. „Niech no tylko wzbiję się w niebo i na pewno swoim orlim wzrokiem wypatrzę, gdzie znajduje się drogocenne źródełko”. Entuzjazm krowy był bardzo szczery, więc kompani usiedli na ziemi i obserwowali przez chwilę usilne starania krowy, aby wzbić się w powietrze. Biegała dokoła na swych tylnich nogach, potrząsając jednocześnie przednimi łapami. Parę razy udało jej się nawet podskoczyć, ale wielkie cielsko nieubłaganie zawsze wracało do poziomu gruntu. Po kwadransie nieudolnych prób i szamotania w powietrzu kopytami potężne zwierzę zaniechało wysiłków i z niemożliwą do ukrycia zadyszką stwierdziło: „Widocznie dzisiaj jest dzień nielotny. Nie mogę wam pomóc”.
Teraz chłopiec rozumiał już, że oto tuż przed nimi w owej dziwnej formie stoi właśnie źródło tajemniczego ptasiego mleczka, które niezbędne jest do wypełnienia magicznego kociołka. Wskazał gestem na miedziane naczynie z pytającym spojrzeniem pełnym nadziei. Krowa z niewątpliwym problemem własnej tożsamości, aby uniknąć już dalszych upokorzeń i pozbyć się świadków swej niewydolności, wypełniła kociołek mleczną bielą. Towarzysze podziękowali szczerze za drogocenny dar i pożegnali się z władczynią przestworzy uwięzioną w swej niezdolnej do lotu formie. Mijały długie dni wypełnione gorączkowym poszukiwaniem miejsca, które dostarczyć by miało dobrego humoru, esencji zdrowego życia. Para żywiła się potrawami o wybornych walorach smakowych, które zawsze pojawiały się w zaklętym naczyniu o wschodzie i zachodzie słońca. Przemierzali knieje i pustynie, eksplorowali co się dało i gdzie się dało. Wspięli się nawet na szczyt najwyższej na wyspie góry, ale nadal nic Z tego miejsca para widziała całą wyspę, zieloną dżunglę, która w dole pochłaniała zbocza gór, rozległą sawannę, na której spotkali krowę zażenowaną niemożliwością latania. Rozległy ocean, który rozpościerał się wokół wyspy daleko po horyzont, a może nawet dalej. Z tego miejsca mogli również podziwiać siedem bajecznych zatok z ich przepięknymi piaszczystymi plażami.
W jednej z nich było to, co do tej pory nazywali domem. Wioska ludziów, którzy jak zwykle, nie zwracając na nic uwagi, zajęci byli krzątaniną i żywiołową pracą, nie zdając sobie totalnie sprawy z nadchodzącej klęski. Teraz chłopiec i pies znali już swoją lokalizację. Stąd mogli wybrać się w drogę powrotną do otoczonego murem grodu. Pokonani, bez nadziei na przywrócenie porządku. Marzenia o zachowaniu gatunków na wyspie i zapewnienia wszystkim żyjątkom nowego po odejściu świetlistych dymków źródła życiowej energii wydawały się odległe niczym galaktyki na rozgwieżdżonym nocnym niebie. To był początek końca. Teraz wystarczyło już tylko czekać na nieubłagalny kataklizm, który po cichu stąpał w stronę wyspy. Ruszyli w dół stromej góry. Przynajmniej spędzą ostatnie chwile w towarzystwie swoich znajomych z wioski, pomyślał chłopiec.
Nikt i tak nie uwierzy w to, co wydarzyło się podczas ich nieobecności w grodzie, więc nie ma sensu się tym już zadręczać. Nadeszła kolejna myśl. Szli teraz ostrą granią, która łączyła dwa majestatyczne szczyty górskiego łańcucha. Pies z podwiniętym ogonem i ludź z opuszczoną głową, który pomimo tak młodego wieku poznał już smak porażki. Stąpali mozolnie po wierzchołku ostrej niczym brzytwa grani. Powoli, noga za nogą, łapa za łapą. Przez chwilę chłopcu wydawało się, że kątem oka widzi wysoko na niebie przelatującą krowę. Ze zdziwieniem popatrzył w górę i w tym momencie jego noga osunęła się lekko z ostrej krawędzi skały. Zachwiał się, próbując jeszcze rozpaczliwie odzyskać balans, ale już po sekundzie toczył się, nabierając potwornej prędkości po stromym zboczu góry. Pies stał jak wryty, ale po szybkiej i błyskotliwej analizie zaistniałej nagle sytuacji pospiesznie wypowiedział swoje credo, po czym zrobił jedyne, co w tej sytuacji może zrobić wierny przyjaciel ludzia.
Dał susa za swoim panem. Para toczyła się brutalnie po stromym stoku góry przez parę bolesnych minut. Nagle przestali odczuwać urazy spowodowane ostrymi głazami pokrywającymi zbocze góry. Teraz opadali swobodnie w niewiadomą. To już koniec, pomyślał chłopak. Postanowił wziąć ten jeden ostatni głęboki wdech, aby przygotować się na nieuniknione. Głęboki wdech nosem wypełniający płuca po brzegi tym, co daje nie tylko ludziom, ale wszystkim innym stworom moc życia. Przewspaniały nektar bogów, który pijemy bezmyślnie, nie doceniając jego znaczenia, niczym ambrozja wykradziona z Olimpu od nieśmiertelnych. Klejnot niedoceniany przez bogacza, który zgromadził majątek większy, niż na to zasługuje. Powietrze tak istotne, lecz uważane za oczywiste.
Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. I tak na okrągło. Może dlatego pomijane, ignorowane, zapominane. Ale zabraknie jednego wdechu i już nie jesteś. Nie jesteś. Nagle opadające anioły poczuły na sobie lekką niczym tkanina miękką, a zarazem lekko wilgotną formę. Zagłębili się w gęstą, gąbczastą strukturę, a po chwili swobodnego hamowania leżeli już na miękkim łożu potężnych mchów porastających dno czegoś, co teraz wyglądało jak potężna jaskinia.
W górze widniało światło zachodzącego słońca. Teraz już było dla nich pewne. Utkwili w głębokiej jaskini, daleko od domu, gdzie nikt już nie zdoła ich ocalić. I to właśnie teraz, kiedy chłopak odkrył źródło życia, kiedy uświadomił sobie, że to, czego tak dramatycznie szukał, zawsze było przy nim. Teraz, kiedy zdołał dostrzec tą niewidzialną nić łączącą życie i nieistnienie. Wszystko zaczęło mieć nagle sens. Jego pochodzenie, środowisko, w którym się wychował, wyprawa do lasu tego dnia, nawet powtarzane uporczywie przez jego psa credo nabrało dużo więcej znaczenia. Leżąc na przewidywanym łożu śmierci powstałym ze splecionych miękkich mchów, poczuł cichy chichot, subtelnie wydobywający się z jego żołądka. Po chwili jego płuca zaczęły wypełniać się tą samą wibracją, która poprzez gardło Wydobyła się z jego ust w formie gromkiego śmiechu. Po chwili szczery śmiech przerodził się w potężną falę dźwięku, którą to rezonowała już cała jaskinia.
„Czemu by nie?” – rzekł pies, a po chwili śmiali się już obaj. Jaskinia tętniła gromkim echem. Jaskinia, jak wiadomo, pośród góry wprawiła w drganie cały masyw, a po paru momentach cała wyspa trzęsła się już niekontrolowanym śmiechem. Śmiechem tak zaraźliwym, że nawet ocean wokół wyspy zaczął produkować radosne fale. Ku uciesze oczywiście żółwi surferów, którzy to skrzętnie wykorzystali sposobność, dołączając się również do śmieszystej symfonii. Od żółwi zarazili się nawet ludziowie i nawet ich zatoka wypełniła się szczerym śmiechem. Wszystko dobre, co ma dwa końce. Koniec końców w spazmatycznej sesji śmiechu ludź i pies, leżąc na zielonym posłaniu, dojrzeli w górze, wysoko na niebie, przelatującą krowę rechoczącą z radością wniebogłosy. To właśnie ona poinformowała borostwory o zaistniałym wypadku i lokalizacji przyjaciół i po chwili wokół otworu jaskini zaczęły pojawiać się przepełnione szczęściem postacie. Chwilę po tym para była już na górze i śmiała się razem z resztą zgromadzonych stworzeń.
Ten wieczór zapisał się w historii wyspy na wieki wieków. Wieczór, kiedy to człowiek pojednał się z całą wyspą i ocalił tym samym niezliczoną ilość istnień. Tych, które zamieszkiwały wyspę od wiekopomnych czasów oraz tych, które przybyły tu stosunkowo niedawno. The end. A teraz usiądź wygodnie. Odłóż wszystkie przedmioty, które być może trzymasz w rękach. Jeżeli nosisz okulary, ściągnij również na chwilę okulary. Powoli zamknij oczy. Teraz z zamkniętymi ustami poprzez nos weź głęboki, bardzo głęboki wdech aż po brzegi. Zatrzymaj na chwilę oddech i po chwili wypuszczając powietrze nosem, zrelaksuj się.
Teraz weź drugi, bardzo głęboki oddech nosem. Zatrzymaj na chwilę powietrze w płucach i teraz wypuszczając powietrze nosem, zrelaksuj się jeszcze bardziej. Teraz weź trzeci bardzo głęboki oddech nosem. Zatrzymaj na chwilę powietrze w płucach i wypuszczając powietrze nosem, zrelaksuj się totalnie. Kontynuuj oddychanie jeszcze przez chwilę. Dzięki za odwiedziny w chacie moi kochani. Do usłyszenia i do zobaczenia w kolejnych odcinkach. Namaste. Pranam. Hatha Mistyka.