[00:37] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy jak co tydzień, tym razem na żywo, audycję, na którą czekają miłośnicy wszelkiego rodzaju ciekawej literatury. Głównie opowieści, ale nie tylko. Dzisiaj punktem wyjścia do dyskusji w audycji Bibliotekarium będzie powieść Tadeusza Olszowskiego, który zresztą jest naszym dzisiejszym gościem. Powieść pod tytułem „Młode”. Audycję jak zawsze obsługuje od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios", a gospodarzami są jak zawsze Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dobry wieczór panowie.
[01:16] - Dobry wieczór.
[01:17] - Dobry wieczór.
[01:18] - Przedstawiamy naszego gościa. Wita się z państwem również Tadeusz Olszewski.
[01:22] - Dobry wieczór.
[01:24] - Zanim przejdziemy do dyskusji na linii Wiktor kontra Marek, kontra pan Tadeusz, kontra słuchacze, bo też przewidujemy udział słuchaczy w dzisiejszej audycji, podam tradycyjnie kontakty do Radia Paranormalium. Będzie można dzwonić gdzieś tak po 21:00, ale numery telefonów do nas warto zapisać sobie już teraz. Numer stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Można nas także znaleźć na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na YouTube. Jesteśmy też na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysłać pytania, komentarze i sugestie lektur do kolejnych odcinków na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Halo, halo Bydgoszcz?
[02:43] - Halo, halo! Dzisiaj gościmy pisarza, tak to się mówi, z dorobkiem. Człowieka, który zaczął od poezji, bo z tego, co pamiętam, to w latach 80. ukazał się zbiorek „Zostawiliśmy skrzydła w szatni”, tak?
[03:02] - Tak.
[03:02] - „Zostawiliśmy skrzydła w szatni”.
[03:05] - Marku, czy znasz kogoś, kto nie zaczynał od poezji?
[03:09] - Znam siebie. Pisałem tak straszne wiersze, że nawet sobie bałem się je przeczytać. W związku z tym nigdy nawet nie podchodziłem tak naprawdę do jakichkolwiek prób poważnego traktowania pisania wierszy. Może tak. Powiedzieliśmy, że pisarz z dorobkiem, bo później już tomików wierszy za dużo nie było. Jeśli w ogóle, bo chyba nie było. Później była już proza i ty właściwie jesteś znany z tego, że proza, w różnych kierunkach zresztą idąca, bo przecież była fantasy. O ile dobrze pamiętam, „Twierdza nienawiści” to fantasy właściwie, chociaż z elementami-
[03:51] - Międzygatunkowa taka pozycja rzeczywiście. Zresztą paradoks, ponieważ jest to moja pierwsza powieść, ale ukazała się jako bodajże trzecia książka, czy może nawet czwarta. Wiąże się to z konsekwencjami zmiany systemu ustrojowego, ponieważ na tę powieść podpisałem umowę jeszcze w latach 80., w 1987 roku bodajże. W 1990 miała się ukazać, ale w międzyczasie zmienił się system, wydawnictwa poupadały i ta książka również musiała poczekać, aby się ukazać już w wydawnictwie nowej rzeczywistości.
[04:31] - Czyli jesteś kolejnym pisarzem, który, o ile zmiany ustrojowe — chyba jest niewielu takich, którzy będą niezadowoleni ze zmian ustrojowych — to jednak pisarzy te zmiany ustrojowe dotknęły w dosyć specyficzny sposób. Znam przynajmniej kilku, którym to troszeczkę jednak zaszkodziło w ich planach wydawniczych czy w ogóle pisarskich. Pewno do nich również należysz, bo zawsze jak autor ma książkę, już jest na wyciągnięcie ręki jej wydanie i tu nagle się wszystko zawala. Nie z jego winy zresztą. Ciężka sytuacja.
[05:08] - To jest paskudna sytuacja, ale udało mi się jakoś znaleźć w tej nowej sytuacji, jaka nastała. W związku z czym jakoś sobie później dawałem radę. Nie przeżyłem szoku, który mógł dobić autorów z większym dorobkiem, bo ja ten dorobek w tym czasie miałem jeszcze nieznaczny.
[05:28] - Dokładnie. Byli tacy, którzy mocno odchorowali, tak literacko odchorowali zmianę. Powiem tak: w ogóle jest sporo takich fajnych momentów w twojej biografii pisarskiej, bo o ile dobrze pamiętam, w pierwszej połowie lat 90. wychodziło takie czasopismo, to kwartalnik bodajże był, „Voyager”. Ty, o ile dobrze pamiętam, zająłeś cały numer ze swoją powieścią „Sfora”. Jedyny raz to był taki wypadek, że jakiś autor zajął cały numer. „Voyager” na ogół prezentował opowiadania wielu autorów, a ty byłeś jedynym przypadkiem, w którym stało się coś takiego, że pojawiła się powieść. Właściwie pełnowymiarowa, bo to było czasopismo, które miało powyżej stu stron, więc to już zdecydowanie była powieść.
[06:25] - Dziewięcioarkuszówka.
[06:26] - Tak. Już taka konkretna, aczkolwiek nie opasła. O ile dobrze pamiętam, to była proza, gdzie fantazja mieszała się z historią.
[06:40] - Fantastyka historyczna z dużymi elementami grozy. Próbowano to dookreślić jako dark fantasy. Dla mnie wielkim zaskoczeniem teraz, po latach, jest to, że ona wtedy została tak dobrze przyjęta. Została bardzo dobrze przyjęta. Miałem nawet oddźwięki ze środowisk naukowych z UJ-otu. Ona też jest postmodernistyczna i się nią zainteresowano. Kiedy spoglądam na nią z tej perspektywy, to był 1992 rok bodajże albo 1993, kiedy ona się ukazała. To nie jest kokieteria z mojej strony. Po prostu moja pamięć już nie jest tak doskonała jak kiedyś. Kiedy patrzę na to z perspektywy tych minionych 26 lat, ja nie dopuszczę do tego, aby ona została wznowiona.
[07:36] - O! To jest poważna deklaracja.
[07:40] - Uważam, że formalnie język jest zbyt barokowy. Źle się czyta po prostu. Ale wówczas ona trafiała w jakiś sposób w gusta czytelników.
[07:56] - Jesteśmy w gronie w takim razie dwóch autorów barokowców.
[08:02] - Ja byłem przejściowo.
[08:05] - A Wiktor konsekwentnie.
[08:07] - Też byłem przejściowo, tylko że może mam inną reakcję, bo pisałem „Imago” tak barokowo, że to się nie nadaje do czytania. Ale czy ktoś chce to czytać dzisiaj, czy nie chce, mi to wisi po prostu. Ja nie będę tego na szafот składał, bo to mi nie zależy. Natomiast ta rozmowa dla mnie jest bardzo ciekawa, bo ja nagle w tej chwili uświadomiłem sobie, że siedzę obok pisarza, który zaczynał wtedy, kiedy ja kończyłem.
[08:41] - W pewnym sensie.
[08:43] - A w dodatku jest różna wasza filozofia mimo wszystko, bo o ile Tadeusz zadeklarował tutaj publicznie, że do wznowienia „Sfory” nie dopuści, o tyle ty, chociaż mówisz o „Imago”, że jest takie barokowe, to jednak Wojtek Sedeńko całkiem niedawno ci je wznowił.
[09:01] - Wiesz, zabytki.
[09:04] - Nie zabytki, bo są tacy, którzy chcą „Imago” czytać. W związku z tym, Tadeuszu, ja bym się jednak zastanowił, czy to jest aż tak źle i czy by tego nie wznowić.
[09:17] - Zgadza się. Nie wypierajmy się grzechów młodości po prostu.
[09:21] - Ja się nie wypieram.
[09:22] - Przepraszam panowie.
[09:24] - To poszło między ludzi.
[09:25] - Przepraszam panowie, ale jeszcze pociągnijmy o tych grzechach przez chwilę, bo po „Sforze” był „Mesjasz”. Dzisiaj się mówi „groza”. Każdy mi mówi, że nie horror, tylko groza. Więc mówię konsekwentnie, że groza. To była groza taka typowa. Chyba najbardziej można by to uznać za taką. Czy nie? Kręcisz głową, że nie. To mów.
[09:49] - Ja cały czas z uporem wędruję międzygatunkowo, co zresztą niektórzy recenzenci mają mi za złe, ponieważ to jest i czarny kryminał, i horror, czyli literatura grozy. Paradoks polega na tym, że kiedy pisałem tę powieść, ta fabuła, tak jak ją sobie wymyśliłem, nie mogła się rozgrywać w Polsce. Musiała się rozgrywać w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Jorku. Oczywiście mogła się rozgrywać w Londynie, ale wybrałem Nowy Jork. A to, że miałem różne informacje dotyczące realiów. Dostawałem je z pierwszej, drugiej ręki wręcz. Dlatego wybrałem Nowy Jork. Ale pomysł był taki, że tak naprawdę ona powinna się rozgrywać w Polsce. Gdybym ją pisał jakieś pięć lat później, może. A tak napisałem powieść, która też może nie jest najlepsza.
[10:50] - W sporym nakładzie i do dzisiaj się jeszcze widuje ją dosyć często w antykwariatach, w takim wtórnym obrocie. Co więcej, ona nie jest tylko sprzedawana. Ona żyje w jakiś sposób. W związku z tym z punktu widzenia autora, którego chyba głównym zadaniem, może grzeszę w oczach niektórych, jeśli to powiem, ale tak naprawdę głównym zadaniem autora jest docieranie do czytelników i bycie z tymi czytelnikami i do pewnego stopnia przedłużanie tego bycia. W związku z tym tego rodzaju reakcja rynku, cały czas powroty do książki „Mesjasz”, chyba dobrze świadczą o autorze, który takie dzieło sprokurował i o treści tego dzieła. To jedźmy dalej z tymi grzechami. Pojawiła się wreszcie ta powieść, która była pierwsza, czyli „Twierdza nienawiści”. Bo tego nie widać na rynku wydawniczym, że tak naprawdę „Twierdza nienawiści” to był element większego projektu. Ostała się tylko twierdza.
[11:57] - Tak. To była trylogia na początek, a potem mogła się nawet rozwijać. W różnych kierunkach bifurkować, tworzyć świat.
[12:07] - To był taki czas, że w ogóle dzieła się rozrastały i światy tworzone przez autorów rozrastały się w takim dosyć szybkim tempie. Liści. Co to za gatunek?
[12:20] - Znowu międzygatunkowa fabuła, bo i fantasy, i trochę SF, i literatura sensacyjna jak najbardziej, bo jest tam intryga sensacyjna, kryminalna, gdzie bohater prowadzi śledztwo swojego rodzaju. Też nie najlepsza chyba.
[12:41] - Jakby tak ciebie, Tadeuszu, słuchać, to nic innego w życiu nie robiłeś, tylko pisałeś złe powieści.
[12:47] - Od czegoś trzeba zacząć.
[12:50] - Co mimo wszystko jest nieprawdą. Tym bardziej że dochodzimy w tej chwili do książki, której może ci pozazdrościć bardzo wielu autorów — i znam takich, którzy zazdroszczą. Mianowicie do zbioru opowiadań, który ukazał się w wydawnictwie, już przez ogródki pójdźmy, a mianowicie w Świecie Książki u Bertelsmana. Książki to „Drapieżnik”. To właściwie zbiór opowiadań grozy. Coś więcej powiedz na temat tej książki.
[13:27] - Z tej książki jestem zadowolony.
[13:29] - Bo to nie jest zbiór luźnych opowiadań tak do końca. Właśnie.
[13:33] - Paradoks polega na tym, że to są teksty, które tworzą całość. Jest to trochę konwencja literatury szkatułkowej. Polega na tym, że ja wygrałem konkurs literacki tą powieścią. Konkurs był na polską powieść współczesną ogłoszony przez wydawnictwo Bertelsmann, które wtedy było rzeczywiście gigantem w Polsce. Ja z wielką przyjemnością wysłałem ten zbiór opowiadań, zakładając, że wyjdzie, nie wyjdzie. Mówi się trudno, trzeba spróbować. Poza tym miałem ambicję, aby wreszcie wydano mi książkę szytą i w twardej oprawie, a oni tak wydawali. Tak wyszło, że dostałem tę nagrodę. Z tych 300 książek wybrano „Drapieżnika”. I tak jak mówię, to jest książka, z której jestem zadowolony.
Rzeczywiście.
[14:33] - Tak. Ale jak to ten los dziwnie się plecie, bo później właściwie jako autor prozy zniknąłeś. Oddałeś się dziennikarstwu, bo to jest drugi twój zawód, a właściwie pierwszy. Dobrze, nie wartościujmy który. W każdym razie jesteś również dziennikarzem i ukazało się sporo książek właściwie związanych z tą pracą dziennikarską.
[15:02] - Popularyzatorską.
[15:03] - Tak. Ukazała się książka typowo reporterska, napisana z Wojciechem Chudzińskim. To właściwie plon waszej pracy dla prasy, dla waszego kącika w prasie codziennej, gdzie moim zdaniem są świetne reportaże, które wspólnie stworzyliście. Myślę, że niektóre z nich są bardzo mocne, zostające w pamięci. Ale to nie tylko ta książka. Później się pojawił szereg książek przyczynkarskich pokazujących pewne zjawiska. O kryptozoologii była książka.
[15:38] - „Tajemnicze istoty”.
[15:39] - Tak. Było ich kilka, ale nie ciągnęło cię w tym czasie jednak do pisania prozy? To jest pytanie pro forma, bo ja wiem, że ciągnęło, ale muszę jakoś to sformułować.
[15:53] - Ciągnęło i ja pisałem. Pisałem, ale była to praca taka właściwie pisanie do szuflady. Miałem kilka projektów, kilka pomysłów na większe formy. Oczywiście powstawały w tym czasie też opowiadania. Od czasu do czasu gdzieś były publikowane.
[16:14] - W science fiction między innymi. I science fiction, fantasy i horror.
[16:18] - Tak. Te czasopisma powstawały, potem znikały. Takie to były czasy, że czasopismo nie mogło się utrzymać dłużej niż powiedzmy dwa, trzy sezony. W każdym razie coś tam powstawało. I po mniej więcej 10 latach zaczął się powrót mój do publikowania prozy w druku zwartym.
[16:44] - Ale to już była inna proza, bo o ile wcześniej to była groza gdzieś zahaczająca, jak mówiłeś, międzygatunkowo się bawiłeś. To słowo „bawiłeś” nie ma pejoratywnego wydźwięku, wręcz przeciwnie. Robiłeś tego rodzaju eksperymenty międzygatunkowe. Jednak tam było dużo fantastyki różnej. Trochę fantasy, trochę science fiction, trochę właśnie tej grozy, o której wspominaliśmy. Wróciłeś do prozy, ale wróciłeś trochę przepoczwarzony. To bliżej jest temu wszystkiemu w tej chwili, tym powieściom, które się ukazały. Bo mówimy o dwóch powieściach. Ostatnia z nich dziś jest na pewno punktem wyjścia do dzisiejszej rozmowy, czyli powieść „Młode”. Ale dwie powieści, które wydałeś ostatnio.
Mówię na razie — to są powieści, którym najbliżej jest do kryminału.
[17:41] - Tak. I „Miłość”, która się ukazała w 2015, i „Młode” w 2017.
[17:47] - Notabene powiązane ze sobą.
[17:50] - Tak. Jest to, nazwijmy to, nieformalny cykl. Zawsze boję się takiego dookreślenia, że to cykl, bo te fabuły można czytać niezależnie, można czytać w dowolnej kolejności. Obowiązku czytania pierwszego tomu, następnie drugiego, trzeciego i tak dalej. Nie. Jest to najbliższe kryminałowi, powieści kryminalnej, ale ja nie lubię tej czystości gatunkowej. Ona jest dla mnie jako dla autora nużąca. Co zresztą niektórzy czytelnicy też mi mają za złe, szczególnie miłośnicy kryminału. Chcieliby mieć czystą opowieść.
[18:35] - Najpierw jest zabójstwo, później jest dzielny inspektor tudzież detektyw. Panie przestępcy, zakucie go w kajdanki, koniec, finito. Od razu uprzedzamy, to nie są tego rodzaju kryminały. Gatunkowo to nie do końca tak. Niemniej to są książki, w których jest dużo eksperymentów z gatunkiem. Tu można znaleźć zahaczenie o grozę. Chyba cię jednak tutaj groza najbardziej ciągnie. To są książki, w których jest mrok, ale nie metafizyczny, tylko czysto ludzki. To modne słowo w swoim czasie, noir, w dalszym ciągu jest używane, ale gdzieś promieniuje z tych książek. To widać, jak się wchodzi w świat twoich książek, tej najnowszej prozy.
Robisz w mroku. Jak powiedziałeś w prywatnej rozmowie, robisz w mroku. Coś w tym jest.
[19:51] - Tutaj chodzi chyba o to, że mnie w zdarzeniach realnych w naszym świecie, kiedy mam do czynienia ze zbrodnią, nie interesuje sam przebieg tej zbrodni, bo z zasady te przebiegi są bardzo banalne i powtarzalne. Interesuje mnie dlaczego. Dlaczego doszło do tej sytuacji? I to implikuje badanie postaci, badanie ich zachowania, badanie czegoś takiego jak przeznaczenie pewnych postaci do tego, aby stać się zbrodniarzem lub stać się ofiarą, aby doszło do dramatycznych zdarzeń.
[20:40] - O książce młodej jeszcze będziemy rozmawiać. Oczywiście tradycyjnie nie zdradzając fabuły, ale jednak troszeczkę powiemy o zawartości. Natomiast ja nie mogę nie zapytać o jeszcze jedną twoją pasję, która się ostatnio ukazała. Ty płynnie przechodzisz z tego mroku do legend, do podań, do baśni. Zaowocowało to zwartym drukiem. Znowu jest książka. Co cię ciągnie w kierunku tych legend?
[21:24] - To są elementy tradycji. Trochę ideologicznie do tego podejdę.
[21:29] - Wow.
[21:29] - Tak, to jest coś, co tracimy. Te przekazy, które mają po kilkaset lat, a czasem tak naprawdę i po tysiąc, one zanikają, one uciekają, a są cudowną inspiracją dla pisarza, bo to są krótkie przekazy. W nich drzemie niesamowity potencjał opowieści, która może być opowieścią fantasy, może być horrorem, może być wręcz kryminałem. Jednocześnie dowiadujemy się czegoś o naturze ludzkiej, w związku z czym ja potraktowałem legendy dwojako. Z jednej strony podszedłem do tego ideologicznie, ratować to, co zapomniane lub zapominane. Dwa, jest to cudowna inspiracja. Stąd powstała na przykład powieść „Bydgostia”. Albo powstał też zbiór „Łzy Goplany”, gdzie jest 12 opowiadań. Myślę, że niektóre z nich są dość urokliwe, bo taki mam odbiór czytelników, że są zadowoleni z języka opowieści.
[22:39] - Z tego, co mówisz, wynika, że ty tak naprawdę szukasz korzeni pewnych zachowań ludzkich, pewnych sytuacji, pewnych literackich sytuacji, które gdzieś po przetworzeniu pojawiają się w tej prozie. Szukam przymiotnika jakiegoś dobrego. Naszym słuchaczom często odradzamy przy pisaniu używania przymiotników, natomiast ja szukam w tej chwili gorączkowo przymiotnika. Nie znajduję. Gdzie później przenosisz te sytuacje, to co wyciągasz z tych podań, z tych korzeni do swojej prozy dorosłej, ciemnej, mrocznej, tych mrocznych kryminałów?
[23:24] - W pewnym sensie tak, bo to jest powrót do tradycji w ogóle literatury. Mam wrażenie, że im mam większe doświadczenie, tym bardziej wracam do podstaw literatury, czyli przyznaję się do tego, że ja jestem opowiadaczem. Ja mam opowiadać ciekawe historie.
[23:45] - To takie zadanie pisarza. Oczywiście.
[23:48] - Właśnie. Zajmujące historie z jakąś odrobiną mądrości, na tyle, ile uda mi się jej przemycić.
[23:56] - Ja się troszeczkę niepokoję, bo Wiktor patrzy na nas tak tutaj zadumany i ja nie wiem, co za chwilę powie.
[24:03] - Nie, ja nie patrzę.
[24:06] - Zasłuchał się, tak mądrze mówimy.
[24:09] - Ja długo, może za długo, jak na samego siebie milczałem, ale tak naprawdę nie milczałem, tylko krzyczałem cały czas. Dawałem poglądową lekcję na temat tego, kiedy należy zabierać głos w ogóle. Jak mamy Bibliotekarium i AWW, uczymy się od siebie nawzajem. Otóż głos należy zabierać wtedy, kiedy się coś wie. Ja się tutaj ewidentnie uczyłem literackiego życiorysu Tadeusza Olszowskiego, słuchając, co mówi, co przypomina, jak wspomina. Skoro już się tego nauczyłem, to dopiero mogę zacząć zabierać głos. I będę zabierał, kiedy przejdziemy do pytań, czyli do sekcji zwłok, że tak powiem.
[25:07] - Dobrze, zacznijmy serię pytań, bo powiedziałeś, Tadeuszu, o tej najnowszej książce o młodych, że interesuje cię oczywiście ta zbrodnia. To jest rzecz do pewnego stopnia wtórna. Ona wynika z pewnych sytuacji i to cię najbardziej interesuje. Niemniej jednak, jak się prześledzi akcję tej powieści, tworzysz tam sytuacje, które szczególnie na przykład w „Kobietach” wzbudzają grozę, bo oto mała dziewczynka zostaje porwana. Dla każdej matki, która coś takiego usłyszy, to jakieś ciarki, to już jest stan graniczący z histerią. Więc tworzysz sytuacje niezwykle groźne i z punktu widzenia odbiorcy takie mocno go uderzające. To są historie, które wstrząsają człowiekiem. Czyli jednak nie tylko śledzisz te korzenie, ale też potrafisz swojego czytelnika dobrze nastraszyć.
[26:08] - Jest to chyba moim obowiązkiem, aby w jakiś sposób czytelnika sprowokować do tego, aby zaczął tę książkę czytać. To po pierwsze. Czyli już pierwszy rozdział musi inicjować pewne zdarzenia i zaciekawiać, i może trochę przerazić też. A potem to są prawidła dobrej fabuły. Przepraszam, że używam takiego słowa w odniesieniu do własnej prozy, ale trzeba konsekwentnie tę historię opowiadać, więc trzeba też w pewnych momentach to napięcie podnieść, skusić czytelnika niewiadomym, zagadką, czymś, co go poprowadzi przez następne rozdziały.
[26:52] - Ale i na przykład dobrą kuchnią. Ja powiem tak: może nie jestem żarłokiem, ale dla mnie książki – przepraszam, że trywializuję, ale to jest prawda – jak czytałem Marka Krajewskiego, to chyba dobre towarzystwo.
[27:10] - Tak, jestem dumny.
[27:12] - Jak czytałem Marka Krajewskiego, to były dla mnie trudne książki, bo ten główny bohater, Eberhard Mock, ciągle coś je i to je na ogół rzeczy dobre, niezłe.
[27:24] - Oprócz płuczek na kwaśno, ale takie czasy były.
[27:28] - Tak, ale gdzieś mi to umknęło albo ja się bardziej skupiałem na tych rzeczach, które już jadłem razem z bohaterem. U ciebie też się można najść, a przynajmniej wyobrazić sobie to jedzenie.
[27:43] - Ja myślę, że nawet najesz się, dlatego, że są tam zawsze przepisy. Gotowe przepisy autorskie. Polecam.
[27:51] - Notabene przecież ta książka, tyle możemy zdradzić, jest blisko takiego świata restauracyjnego. To wynika z logiki narracji i z tego, kim są bohaterowie.
[28:10] - Bohater główny, nie bójmy się tego słowa, zarówno w powieści „Miłość”, jak i w „Młodych”, Jan Wirski ma za sobą doświadczenia rozmaite. Jest mężczyzną już w sile wieku, bo mocno po sześćdziesiątce. Nie jest może specjalnie atrakcyjny przez to dla młodych czytelniczków, czytelniczek, ale trzyma się nieźle. Za to ta przeszłość za nim się ciągnie troszeczkę, cieniem się rzuca na jego życie także dziś. Czyli były pracownik służb specjalnych PRL-u, obecnie szacowny restaurator. Poza tym miłośnik dobrego kina, w ogóle kina miłośnik. Miłośnik dobrej kuchni. Tutaj właśnie można skorzystać, ponieważ są przepisy potraw całkiem smacznych.
[29:09] - Ja tutaj tak jak słucham, Tadeusz, co mówisz, to mam takie poczucie, że powolutku zaczynamy grzęznąć i zatapiać się w tej literaturze. A jeśli to ma nastąpić, bo skoro już żeśmy się spotkali, natomiast jeśli te bliskie spotkania z literaturą mają być jeszcze bliższe, ja bym proponował tutaj, żeby Ivellios dał nam próbkę.
[29:38] - To jest niezły pomysł, tym bardziej że pewno zaraz pobiegniesz na papieroska, jak znam życie. Ale to jest naprawdę niezły pomysł. No cóż, Marku, oddajemy ci głos i prosimy o pierwszy fragment książki Tadeusza Olszowskiego zatytułowanej „Młode”.
[30:00] - Tadeusz Olszubski „Młode”. Fragment rozdziału piątego. Powietrze w pokoju stało się zimne i wilgotne. To już nie było przyjazne miejsce.
[30:14] - Spowijała je mgła przeistaczająca się w ścianę wody. Rozfalowana powierzchnia zbliżyła się do Dawida. Osaczała go. Chłopak leżał na tapczanie w swoim pokoju w domu na Jachcicach. Powinno to być bezpieczne miejsce, ale woda przypominała Jóźwiakowi o dramatycznych zajściach. Osiadła rosa na ekranie telewizora, na lampach, które przygasły. Dawid próbował się podnieść, ale nie mógł. Patrzył przerażony na wszechobecne krople. Drobiny wody łączyły się w strumyczki, a te spływały po żyrandolu, po kinkietach, po laptopie na biurku stojącym w rogu pomieszczenia. Nagle huknęło i jeszcze było światła.
To pękła jedna z żarówek. Ściany z wody zaczęły otaczać tapczan z Dawidem. Z kurtyny wilgoci wyłoniła się jakaś istota. Sylwetką przypominała człowieka, ale była niemal przeźroczysta. „Chodź ze mną” – powiedziała istota. Strzeliła następna żarówka. Dawid zadrżał. Jego przerażenie rosło. Stworzenie zrobiło krok w stronę chłopca. Stopy plaskały w wodzie zalewającej parkiet.
Zbliżająca się kreatura była wyraźnie widoczna. Jakby człowiek, ale zdeformowany. Przeźroczysta ciecz spływała z rozfalowanych powierzchni stanowiących tło dla nadchodzącej postaci. Stwór miał na sobie takie same dżinsy i podkoszulek, w jakie był teraz ubrany Dawid. Miał też twarz i ciało Jóźwiaka. Tyle że wszystko było silnie zniekształcone, jakby kręgosłup młodego chłopca przełamano w kilku miejscach. Także nogi i ręce nosiły ślady poważnych urazów. Kości sterczały pod nienaturalnym kątem. Jakimś sposobem jednak ta postać żyła, chodziła, nawet mówiła. Twarz przypominała rysy Dawida, ale kości też były połamane i przemieszczone jak po uderzeniach młotem.
Całą tę kreaturę, groteskową w formie, ale przerażającą, pokrywał muł i jakiś śluz. „Chodź ze mną” – powtórzyło monstrum podobne do Jóźwiaka. – „Zawsze będziemy razem”. Dawid naprężył mięśnie, by zerwać się z posłania, uciec przed tym stworem. Nie chciał z nim iść. Nie chciał być jak on. Z oporem poruszał ciałem, aż udało mu się przewrócić na bok. Na prawą stronę, tę ze sprawnymi kończynami. Lęk wciąż w nim narastał, choć wydawało się to niemożliwe. Jóźwiak odkrywał, że strach ma wiele poziomów.
Dawid zgiął rękę i nogę. Przeturlał się w prawo. Twarz ugrzęzła na chwilę w poduszce nasiąkłej wodą. Chłopak wyrwał się z tłumiącej oddech pułapki. Targnął ciałem. Obudził się. Zrozumiał, że znów dopadły go koszmary. Czuł ból w plecach. Leżał na podłodze. Miotając się we śnie, spadł z łóżka.
Upadł niezbyt szczęśliwie, na co wskazywało kłucie promieniujące z kręgosłupa. Ale znikła przerażająca kreatura i otaczające ściany wody. Dawida znowu dręczył sen nawiedzający go od czasu wypadku. Jóźwiak jeszcze dwa lata temu był szybkim i silnym chłopakiem. Wiele znaczył w swoim środowisku. Zmieniło się to w trakcie wyjazdu z kolegami do Borówna, jednej z letniskowych miejscowości pod Bydgoszczą. Był lipiec i woda w jeziorze ciepła. Dawid z rówieśnikami pił piwo, palił skręty z marihuaną i taplał się w wodzie, bo doskwierał upał. Zabawy nastolatków stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Nikt nie przejmował się konsekwencjami, jakie mogły nieść.
Chłopcy demonstrowali sobie nawzajem, na co ich stać. Brawura zrównała się u nich z brakiem wyobraźni. Dawid chciał być najlepszy. Musiał być najlepszy. Skoczył więc z pomostu, wywijając salto. Woda była płytka, a na dnie leżał kamień niewidoczny z brzegu. Chłopiec wykonał ewolucję. Chlupnął w wodę. Wyglądało to efektownie, ale miało ponure skutki. Dawid trafił głową w głaz tkwiący w piaszczystym dnie.
Stracił przytomność. Tyle było szczęścia w nieszczęściu, że nie wszyscy koledzy zdążyli się upić lub upalić trawką. Wskoczyli do jeziora. Wyciągnęli bezwładnego Jóźwiaka. Wezwali pogotowie. Chłopak ocknął się w szpitalu. Żył, ale perspektywy miał marne. Co prawda nie miał złamanego kręgosłupa, ale wstrząs naderwał wiązki nerwów w barku i udzie. Ucierpiały kończyny z lewej strony ciała. Dawid długo leżał w szpitalu.
Przerażała go perspektywa spędzenia reszty życia na wózku inwalidzkim, więc przykładał się do ćwiczeń. Dzięki intensywnej rehabilitacji nauczył się znów chodzić. Najpierw o kuli, potem już bez żadnego oparcia. Jednak lewa połowa ciała nie do końca wróciła do zdrowia. Ręką mógł coś przytrzymać, ale w palcach miał niedowład. Mógł co najwyżej herbatę zamieszać łyżeczką, ale cukru do szklanki nie potrafił już nasypać. Do tego lewa noga z trudem zginała się w kolanie i nią powłóczył. Nie był już dawnym Dawidem Jóźwiakiem. Nie był szybki, nie był groźny. Każdy w dzielnicy mógł go pobić.
A gdyby chciał wrócić do handlu narkotykami, to byle leszcz odebrałby mu towar. Jóźwiak miał wtedy prawie 18 lat, a w perspektywie co najwyżej rentę w wysokości kilkuset złotych. Dalsza rehabilitacja teoretycznie mogła poprawić stan jego zdrowia, ale powinna być intensywna. Za to trzeba płacić i to sporo. Skąd wziąć pieniądze? Na matkę Dawid nie mógł liczyć. Na innych też, bo gdy okazało się, że jest niepełnosprawny, to dawni znajomi odstawili go na boczny tor. Jóźwiak uznał więc, że jedynym wyjściem jest znaleźć dla siebie nową profesję. Taką, która nie wymaga siły fizycznej, ale gdzie będzie mógł wykorzystać swój spryt. Wiedział, że jest bystrzejszy od większości kolegów, że jeśli ma motywację, to szybko się uczy.
Po pewnym czasie także pan Kazimierz uwierzył w potencjał niepełnosprawnego Jóźwiaka. Dzięki poparciu tego szefa miejscowego światka przestępczego Dawid wkrótce zdobędzie pieniądze na rehabilitację i odebranie matce Alana i Sary. Z tych powodów chłopak był w tym pokoju, w tym budynku na Jachcicach i zajmował się tym, co zlecił mu pan Kazimierz. „A ty co, udajesz trupa?” Głos kobiety smagnął jak biczem. Wyrwał z zamyślenia. Zdenerwował. Dawid zaczął niezdarnie podnosić się z podłogi. W otwartych na oścież drzwiach stała Zuzanna. Trzymała szklankę z grubego szkła wypełnioną bursztynowym płynem. Pewnie to ileśtamletnia whisky, bo kobieta byle czego nie piła.
Zuzanna miała około 50 lat, ale wyglądała dużo młodziej. Szczupła, proporcjonalna sylwetka, bujne rude włosy, delikatna, bardzo jasna skóra poznaczona siateczką zmarszczek, twarz o regularnych rysach i duże zielone oczy. Kobieta przyciągała uwagę mężczyzn, także nastoletniego Dawida. Z tym że według Jóźwiaka uroda Zuzy była niezwykła, ale charakter podły. Dawid nie odczuwał wobec niej ani krzty ciepłych uczuć. Kobieta zachowaniem za bardzo przypominała chłopakowi jego matkę. Mieszkali pod jednym dachem od sześciu miesięcy i Jóźwiak zdążył wyrobić sobie zdanie na temat Zuzanny. Nie miał wyboru w kwestii współlokatorki. Tak zdecydował pan Kazimierz. Rudowłosa pięćdziesięciolatka trochę nadzorowała Dawida, trochę się nim opiekowała, a w pewnych zadaniach mu pomagała.
Jakby nie było, chłopak miał darmowy dach nad głową z wiktem i opierunkiem. Do tego wysokopłatne zlecenia. Bardzo korzystny początek drogi, jaką sobie wytyczył. Zuzanna nadal stała w drzwiach. Miała na sobie jedwabny szlafrok, ale nie przewiązywała go paskiem, którego końce ciągnęły się po podłodze. Pały okrycia szeroko się rozchyliły. Praktycznie rzecz biorąc, kobieta była naga. Do tego na rauszu. Dawid rozumiał, co to oznacza. „Na łóżko, ale już” — zakomenderowała.
W takich chwilach targały nim sprzeczne emocje, bo z jednej strony czuł do tej kobiety niechęć, z drugiej jednak odzywało się pożądanie. Odkąd przestał być sprawnym dilerem przy forsie, jego rówieśniczki nim się nie interesowały, a on zdążył poznać, czym jest seks i go polubił. Nie chciał trwonić pieniędzy na płatne usługi erotyczne, bo miał konkretny cel. Pomyślał o trzyletniej jasnowłosej Wyronce. Nią zajmie się później. Oblizał wyschnięte wargi. Spojrzał na rudowłosą pięćdziesięciolatkę. W tej chwili nie miał wyboru. Albo posłucha, albo Zuzanna. Położył się więc posłusznie na tapczanie.
Pod głowę wsunął poduszkę. Czekał biernie na to, co miało się wydarzyć. Kobieta, zataczając się, podeszła do posłania. Nie wypuszczając szklanki z lewej ręki, prawą rozpięła nastolatkowi spodnie. Ruchem głowy kazała chłopcu je ściągnąć. Majtki też. Zrolowana odzież utkwiła na wysokości kostek Dawida. Zuzanna pochyliła się nad leżącym na wznak Jóźwiakiem, zacisnęła dłoń na jego penisie i zaczęła go pobudzać. Początkowo bez większego efektu, bo chłopak był jeszcze spięty po koszmarnym śnie. Kobieta, widząc marne efekty, wzięła członka do ust i zaczęła go ssać.
Robiła to z wprawą, więc szybko urósł, zesztywniał. Wtedy przesunęła się na tapczanie. Siadła okrakiem na chłopcu, wsunęła prącie do waginy. Zaczęła ujeżdżać Dawida. Jóźwiak zamknął oczy. Wzbierało w nim pożądanie. Niektóre zachowania Zuzanny budziły w nim niechęć, ale uważał ją za piękną kobietę. Doceniał też jej determinację. Zawsze uzyskiwała to, na co miała ochotę. Jeśli chciała orgazmu, to ktoś musiał go jej zapewnić.
O tej godzinie padło na młodego Jóźwiaka. Kobieta umiejętnie to zaciskała, to rozluźniała pochwę. Jednocześnie wędrowała w górę i w dół, a centrum tej wędrówki stanowił penis nastolatka. Dawid poddał się temu. Zuzanna unosiła się i opadała w coraz szybszym tempie. Jóźwiak naprężył się. Jęknął. Wytrysnął w kobiecie. „Czekaj!” — krzyknęła gniewnie rudowłosa, czując, że prącie chłopca mięknie, wypada z jej pochwy. — „Co za gówniarz!” Rudowłosa, siedząc nadal okrakiem na chłopcu, pociągnęła łyk ze szklanki, której nie wypuszczała z ręki.
Potem spojrzała z niechęcią na Dawida. „Połamaniec” — warknęła. — „Do niczego się nie nada”. Niezaspokojona podniosła się. Chwiejnie zeszła z tapczanu. Zatapiając się, wyszła z pokoju. Nawet nie spojrzała na Dawida. Nastolatek leżał ze spodniami ściągniętymi do kostek. Mało go obchodziło, co sądzi o nim Zuzanna. Ledwie minęło południe, a ona już była pijana.
Często jej się to zdarzało, w czym przypominała Jóźwiakowi matkę. Splot okoliczności zmusił chłopca do tolerowania kaprysów rudowłosej. Taki stan rzeczy nie będzie jednak trwał wiecznie. Dawid miał nadzieję, że pracując dla pana Kazimierza, już wkrótce zarobi tyle, że zrealizuje swój plan. By przyspieszyć bieg spraw, będzie musiał wkrótce zabić. Jedna śmierć więcej, jedna mniej. Myśląc o tym, wzruszył ramionami. Zresztą zabicie diabła to nie grzech. Ważne, że Jóźwiak niedługo opuści ten pokój, ten dom, a z nimi Zuzannę. Przeprowadzi się na drugi koniec Polski do wynajętego porządnego mieszkania.
Zabierze tam rodzeństwo. Uwolni Alana i Sarę od matki. Za ścianą zapłakało dziecko. Dawid, słysząc to, uśmiechnął się z zadowoleniem. Dzieciak zamknięty w sąsiednim małym pokoiku był dowodem, że Dawid coś potrafi. Że choć niepełnosprawny, to może wykonywać poważne zadania. Dziecko w komórce było już trzecim porwanym przez młodego Jóźwiaka. Potwierdziło przydatność nastolatka i oznaczało pieniądze. Mnóstwo pieniędzy, bo tym była dla Dawida stawka ustalona przez szefa. 3000 od główki.
Tak powiedział pan Kazimierz i tak płacono Jóźwiakowi. Ile pieniędzy ma dzisiaj Dawid? Pięć koła na czysto. Podliczył swe fundusze i uśmiechnął się zadowolony. Z wcześniejszych zarobków wydał tysiąc na nowe buty dla siebie i rodzeństwa oraz na dożywianie Alana i Sary. Poza tym 2000 zainwestował w sprzęt elektroniczny, dzięki któremu szybciej się wzbogaci. Przed wypadkiem, gdy był dealerem, znał różnych ludzi. Teraz te kontakty się przydawały. Na przykład znajomość z Kwaśniakiem, starym paserem, u którego tanio zaopatrzył się w używany laptop, mikrofon kierunkowy, kamerę do filmowania nocą oraz lornetkę ze wzmacniaczem obrazu. Chłopak znów się uśmiechnął.
Co prawda koszmary nie pozwoliły mu odespać nocy, którą zarwał, bo znów penetrował zakamarki miasta. Jednak wymuszony przez Zuzannę stosunek go zrelaksował. Zwlókł się z tapczana, podciągnął bieliznę i spodnie. Ruch znów wyzwolił ból w lewej nodze. Tępy, uciążliwy. Postanowił zażyć tabletki. Miał plany na noc, więc powinien być sprawny, na ile to możliwe. Najpierw coś zje, potem łyknie prochy. Wyszedł ze swego pokoju, minął łazienkę i kilka innych pomieszczeń usytuowanych po obu stronach korytarza. Dotarł do kuchni.
Tam zaparzył herbatę, zrobił kanapki. W lodówce wybór wędlin i serów był imponujący. Aprowizacją zajmowała się Zuzanna i na tę działalność kobiety Dawid nie narzekał. Po raz pierwszy w życiu karmiono go tak dobrze. Wypił, zjadł, potem połknął kilka tabletek przeciwbólowych. Wrócił do swego pokoju. Siadł przy biurku, włączył laptop. Po raz kolejny odtworzył film, który robił z ukrycia od kilku nocy. To, co udało mu się odkryć, a następnie utrwalić cyfrowo, zapowiadało żyłę złota. Pan Kazimierz będzie bardzo zadowolony z młodego Jóźwiaka i sporo mu zapłaci.
Za ścianą znów zapłakało dziecko. Mała dziewczynka, jasnowłosa. Kwiliła cicho, rozpaczliwie, jakby wiedziała, że nie ma dla niej ratunku.
[46:59] - Dziękujemy Marku. Wiktorze, teraz już masz odpowiednią liczbę informacji. Wysłuchałeś prozy. Oddaję ci głos.
[47:09] - Słuchałem tego kawałka rzeczywiście z uwagą i co mi przyszło do głowy, bo-
[47:14] - I nie paliłeś papierosa?
[47:16] - Gdzie, słuchałem uważnie. Natomiast pomyślałem sobie, że ta literatura, Tadeusz, ona pełni pewną rolę, pewną funkcję, z której ja sobie nie zdawałem sprawy dlaczego. A w trakcie słuchania tego chyba sobie to uświadomiłem. Otóż my patrzymy na rzeczywistość naszą, na historię w sposób bardzo idealistyczny, bardzo często idealistyczny. A historia zawsze, absolutnie zawsze była straszliwie okrutna. Jak dzisiaj genetycy robią badania na przykład takiej Islandii, się nagle okazuje, że wszyscy tam są krewnymi dlatego, bo kiedyś był tam władca, który gwałcił żony wszystkich swoich wojowników, wszystkich swoich dowódców, wszystkie żony. I dlatego wszyscy są tam właściwie krewnymi. On gwałcił, a oni dalej byli. Jak się czyta dzisiaj historię Piastów, to się okazuje, że właściwie ci Piastowie żyli tylko z towaru wysyłanego na wschód, zachód i południe, czyli z niewolników, czyli z nas, którymi handlowano. Otóż historia zawsze była okrutna i historia Dalej jest okrutna.
Otóż my żyjemy w takim świecie, wydaje nam się, sieć, tutaj bara bara, gierki, barwy czyste, ładne, zakazy, cenzury nie ma, ale obyczajowe. A wszystko ma tę podszewkę, podszewkę okrutną. Tu żyją ludzie, którzy mają swoje zadanie, swoją misję do spełnienia. Zarobić, przeżyć kawałek, czymkolwiek. To robią ludzie, ale również systemy społeczne. Życie jest okrutne. Do mnie dotarło coś takiego, taka refleksja po wysłuchaniu tego fragmentu. Przede wszystkim okrutne.
[49:45] - Po wysłuchaniu tego fragmentu myślę, że wielu naszych słuchaczy miało również takie skojarzenie. Kryminał, ale to jest w gruncie rzeczy również powieść obyczajowa.
[49:55] - Tak, jak powieści Emila Zoli i tak dalej. Tak, tylko że w naszym czasie o nas. Tak jak Zola pisał o swoim czasie.
[50:07] - Tak, sprowokowałeś mnie do zadania pytania, które nasi rozmówcy, nasi goście nienawidzą, ale mimo wszystko je zadam. Jesteś, Tadeuszu, dziennikarzem i to takie szkolne pytanie: jak praca dziennikarza współgra z pracą pisarza? Czy te obserwacje, które jako dziennikarz czynisz, ja też jestem dziennikarzem, więc wiem, w jakiś sposób pomagają, ale ja bym wolał, żebyś to powiedział swoimi słowami.
[50:41] - Pomagają. Po prostu wiedza o naturze ludzkiej, a szczególnie o tej mniej chlubnej części natury ludzkiej, w zawodzie dziennikarskim niechybnie nas dopada. My bogacimy się, jeśli chodzi o wiedzę o złych zachowaniach człowieka, o dobrowolskich skłonnościach. O tym właśnie, co zresztą Witold wspomniał, że czasem po to, aby przeżyć, ktoś robi paskudne rzeczy, paskudnych czynów dokonuje po to, aby przeżyć lub przeżyła jego rodzina. I to przeżyć w znaczeniu merkantylnym. Nie mówimy tutaj o sytuacji na wojnie, kiedy trzeba przetrwać dosłownie. Tylko chodzi o to, aby zarobić.
[51:30] - Mam taki śmieszny wniosek, że z tego, jak na was obydwóch patrzę, a nigdy nie byłem dziennikarzem i nie jestem dziennikarzem, ale mam taką konstatację, że właściwie to pisarze, którzy nie są dziennikarzami, to są tacy pisarze teoretycy, a pisarze dziennikarze to są po prostu pisarze praktycy.
[51:56] - Tak, ale jest jeszcze jedna strona medalu. Pewien publicysta, dosyć znany, powiedział o tym, że jemu się wydawało, jak startował w zawodzie dziennikarza, ponieważ jednocześnie był też pisarzem, to jemu się wydawało, że ponieważ to jest takie pokrewne, tu się pisze i tu się pisze, to będzie właściwie takie kompatybilne i będzie fajnie. Mówi, że gdyby miał tę wiedzę, którą ma dzisiaj, to nigdy by nie był. Mówi, zostałby portierem, zostałby przerzucaczem palet, czegokolwiek, ale na pewno nie zostałby dziennikarzem, bo to tak naprawdę odbiera energię. Poza obserwacjami ciekawymi oczywiście, to naturalne, ale odbiera to również taką pisarską energię, bycie dziennikarzem. A jak to jest w twoim przypadku?
[52:44] - Są pewne koszty oczywiście. Zawód jest wyczerpujący, szczególnie kiedy ja przez dobrych kilkanaście lat pracowałem jako reporter. To wymagało nakładu czasu, energii, bycia fizycznego w różnych miejscach kraju.
[53:01] - Ale ile zostało, odłożyło się w głowie, w pamięci.
[53:05] - Tak, więc są korzyści. Są też korzyści. Więc ja nie uważam tych lat za stracone, nawet jeżeli w tym czasie nie powstawała proza dosłownie, literalnie, to jednak tworzyły się pewne pomysły, pewne rozwiązania.
[53:22] - Magazyn zapełniał się z pomysłami, sytuacjami.
[53:27] - Tworzyły się postaci, bo to uważam za bardzo ważne, aby postaci były nie tylko nośnikiem jakiejś idei, były ideą postaci, ale by stawały się jednak postaciami krwistymi, prawdopodobnymi, czyli z różnymi zaletami, wadami postaci, psychologicznie prawdopodobne. Bo im bardziej one są prawdopodobne, tym bardziej sama fabuła staje się realistyczna w takim znaczeniu, że jesteśmy w stanie uwierzyć pisarzowi tej opowieści, że to mogłoby się zdarzyć. I wówczas pewne zabiegi związane z taką pewnymi sytuacjami wywołującymi dreszcz są bardziej skuteczne.
[54:16] - Ale ja tutaj w tym momencie jestem w rozterce, bo co w tym momencie nasi słuchacze, którzy próbują pisać, chcą pisać i piszą, ale nie są dziennikarzami. Jakie oni mają wyjście? Właściwie jest jedno: czytać w takim momencie, jak najwięcej czytać.
[54:35] - Mogą zacząć pisać poezję. To też jakaś ścieżka.
[54:38] - Ja mam jeszcze jedną poradę, o której już zresztą wspominaliśmy w czasie ABW. Otóż trzeba wyjść przynajmniej z tą pierwszą powieścią, z pierwszymi próbkami prozy, trzeba wyjść z tego środowiska Z tego otoczenia, w którym się jest. Jeśli się jest laborantem, to trzeba umieścić świat, w którym się dzieje ta proza danej osoby, w tym właśnie świecie laborantów.
[55:08] - Jak Stanisław Lem zaczynał, był lekarzem. Napisał „Szpital Przemienienia” o szpitalu, o lekarzach i tak dalej, a dopiero potem przeszedł do tego, co go pasjonowało.
[55:19] - Tak, ale też napisał „Człowieka z Marsa”, który gdzieś siedzi. Trudno mówić o jakimś doświadczeniu, ale to tylko potwierdza. To taki wyjątek, który potwierdza coś. Natomiast oczywiście tej prozy dziejącej się w laboratorium czy dziejącej się w jakimś innym określonym miejscu związanym z życiem-
[55:38] - Przy kasie fiskalnej.
[55:39] - Chociażby. Nie można ciągnąć takiej prozy w nieskończoność, ale to jest dobra prawka. Dobra próba na tworzenie świata, na tworzenie pewnej rzeczywistości, tworzenie fabuły.
[55:53] - Dlatego dobra, bo się akurat na tym dobrze znam.
[55:56] - Opieramy się na tym.
[55:58] - Pisz o tym, na czym się znasz.
[56:02] - A potem już można próbować wchodzić w inne światy, ale najpierw trzeba tego szlifu, tego doświadczenia nabrać. I być może z tego, co powiedziałeś, to raczej bym wyciągnął taki wniosek, że może czasami, to też nie jest reguła, dziennikarzowi być może jest łatwiej, bo częściej styka się z różnymi miejscami, z różnymi środowiskami i może pod tym względem jest mu łatwiej. Ale to nie oznacza, że ludzie spoza zawodu dziennikarskiego mają zamkniętą drogę. Wręcz przeciwnie.
[56:35] - Zobacz, jak tutaj siedzi Tadeusz Olszubska. Niedawno żeśmy omawiali książkę Łukasza Orbitowskiego, również dziennikarza, również pisarza, który metodą dziennikarską, żeby opisać pewną rzeczywistość, po prostu jeździł w te miejsca, odwiedzał miejsca na zamówienie za pieniądze i tak dalej, po to, żeby napisać książkę wiarygodną. Czyli dotykał miejsc, którymi się posłużył. Działał jak po prostu dziennikarz.
[57:09] - To też postąpił jak najbardziej odpowiedzialnie. Ja zresztą widziałem relację ze spotkania z Tadeuszem, w którym zadano pytanie, dlaczego nie umieścił swojej powieści we Wrocławiu? Właśnie daliśmy odpowiedź dlaczego. Czy by nie umiał? Na pewno by umiał. Tylko poruszanie się w geografii Wrocławia z taką swobodą, z jaką Tadeusz porusza się po Bydgoszczy, wymagałoby o niebo większego nakładu pracy, większych działań, bardziej zaawansowanych, jakiegoś researchu czy czegoś takiego. Po co? Kiedy tak naprawdę ta Bydgoszcz dla niektórych jest tak egzotycznym miastem, że jeszcze podnosi pewien nastrój grozy, czy pewien nastrój takiej niesamowitości. We mnie Bydgoszcz aż takich uczuć nie budzi. Natomiast fakt jest faktem, że Bydgoszcz ma swoje ciemne, mroczne miejsca, a może to wręcz na mnie lepiej działa, kiedy Tadeusz porusza się w tej geografii miasta, prowadzi mnie do konkretnych miejsc.
Pewne obrazy stają mi przed oczyma, a może nawet mnie jest łatwiej.
[58:25] - Ja bardzo często tak myślę: „Boże, przecież ja też tam byłem”.
[58:29] - Na przykład.
[58:31] - Są dzielnice znane powszechnie jak Londynek.
[58:35] - Londynek. Taka jest dzielnica Bydgoszczy.
[58:37] - Które cieszy się złą sławą.
[58:38] - Dzisiaj to już powoli się przekształca w taką elitarną dzielnicę. Ale w swoim czasie zapuszczenie się po godzinie 22:00.
[58:47] - Po zmroku.
[58:47] - Po zmroku.
[58:49] - Po zmroku w tamte rejony Bydgoszczy było aktem odwagi.
[58:54] - Była to turystyka ekstremalna.
[58:56] - Tak. Notabene, o ile sobie dobrze przypominam, to część opowieści grozy, które pisałeś chyba w „Drapieżniku” właśnie, też o Londynek zahacza. Ja pamiętam przynajmniej dwie takie opowieści, które gdzieś tam się w okolicach Londynka dzieją. Wiem, że taka opowieść o bałwanie. Tak najogólniej. Nie chcę zdradzać znowu treści, ale to ona właśnie tam się chyba toczy, o ile dobrze pamiętam.
[59:21] - To znaczy można ją przypisać kilku dzielnicom, bo i Szwederowo wchodzi w rachubę i Londynek.
[59:27] - Faktycznie. Stare Szwederowo.
[59:30] - Oczywiście stare, szlachetne, jeszcze w swoim niebezpiecznym klimacie. Jak to tutaj nazywano w Bydgoszczy, z lujami szwederskimi. To byli tacy chuligani zajmujący się drobnym rabunkiem. Można było zostać uszkodzonym na przykład.
[59:54] - Znalazłem kiedyś, Marku, cudowną kamienicę w dzielnicy Londynek i postanowiłem tam zamieszkać. Moja żona powiedziała: „Po jej trupie”.
[01:00:08] - Tak.
[01:00:10] - Smutna historia.
[01:00:12] - Tak, ale do czego prowadzę. To również jest taki element konstytuujący pisarza, że potrafi wykorzystywać nadarzające się okazje. W tym wypadku Bydgoszcz jest taką nadarzającą się okazją dla ludzi z Polski to może być miasto egzotyczne. Po pierwsze, Bydgoszcz bywa czasami obiektem żartów. Co to za miasto w ogóle i tak dalej. Ci, którzy dawno tu nie byli, na ogół są zdziwieni, bo Bydgoszcz ostatnimi czasy wypiękniała. Nie mówię tego jako jakiś specjalny lokalny patriota, ale po prostu obiektywnie należy stwierdzić, że stała się jakby piękniejsza. Ale mimo wszystko w dalszym ciągu mało kto wie, że Bydgoszcz to jest jedno z większych miast w Polsce.
[01:01:07] - Dziewiąte lub dziesiąte.
[01:01:09] - Bardzo często ludzie nawet nie zdają sobie sprawy, że Bydgoszcz jest znacznie większa. Tu tradycyjny element walki bydgoszczy-toruńskiej, że Bydgoszcz jest znacznie większa od Torunia.
[01:01:19] - Dwukrotnie.
[01:01:20] - Tak, ale na ogół to się nie przebija do świadomości, bo jest Toruń, który jest konkretnym miastem z konkretną architekturą sięgającą wieków średnich. Natomiast Bydgoszcz trochę ubogo, jeśli chodzi o tę architekturę. Bydgoszcz jest miejscem mrocznym podwójnie na mapie, bo mało kto jednak zna Bydgoszcz. Po drugie, to już nasza wiedza ma w sobie te mroczne elementy.
[01:01:52] - Wiesz, tak jak ja kojarzę swoje własne doświadczenia z historii. Otóż jak ja zacząłem pisać, sporo ludzi z Polski przyjeżdżało do Bydgoszczy. Ja miałem swój stosunek, bo to tu się wychowałem. Mam jej obraz taki byle jaki. Rządziłem, miałem tu swoje dzielnice, miałem swoją bandę, wszystko było fajnie i tak dalej. Ale zaczęli do mnie przyjeżdżać różni ludzie, od Marka Ramusa, Maćka Parowskiego począwszy, Rafała Ziemkiewicza, Zajdla. Jest mnóstwo ludzi przyjeżdżało niezwiązanych. Otóż ja byłem, pamiętam, bardzo zaskoczony ich reakcjami. Im się wszystkim bardzo Bydgoszcz podobała na pierwszy rzut oka. Oni przyjeżdżali: „Boże, jakie to piękne miasto!” A ja byłem straszliwie zdziwiony, gdzie oni to widzą, skąd oni to biorą.
I pytałem: „A co w tym widzisz tu pięknego?” Wzruszali ramionami, bo to było niesprecyzowane. Natomiast większości, właściwie wszystkim się bardzo to miasto podobało. A ty widzisz tą mroczną stronę. Oni widzieli tą uroczą, bo pierwszy raz.
[01:03:08] - Co jednak wcale nie wyklucza tego, że widząc tę mroczną stronę, Tadeusz jednak dostrzega również piękno Bydgoszczy.
[01:03:17] - No nie.
[01:03:18] - Nie zagadujmy. Niech Tadeusz pokaże, czy dostrzega. Jesteśmy samowystarczalni, ale to jednak oddajmy głos gościowi.
[01:03:31] - Dostrzegam również piękno w Bydgoszczy. Pojawiają się takie elementy.
[01:03:37] - Właśnie do książki nawiążmy.
[01:03:39] - Gdzie po prostu są jakieś reminiscencje, nawiązania do historii miasta, zresztą bogatej i bardzo skomplikowanej, bardzo ciekawej. Sama intryga wskazuje, że jest to miasto, w którym dzieją się też rzeczy złe. Problem w tym, że w każdym dużym mieście dzieją się rzeczy złe, bo duże miasto jest specyficzną niszą ekologiczną, w której grasują drapieżniki, w której są ofiary i w której jest taka wielka, miła, sympatyczna masa mieszkańców, nieświadoma tego, co się tam pod tą powierzchnią dzieje.
[01:04:27] - To ja teraz zrozumiałem. Bydgoszcz jest jak ta ruda, zielonooka Zuzanna ze szklanką whisky. Przyjedź, ona zrobi z tobą to, co zechce.
[01:04:41] - Dobrze, to ja jednak zadam pytanie. Padło tutaj pojęcie niszy ekologicznej. To natychmiast się kojarzy ze zwierzętami.
[01:04:53] - No tak.
[01:04:53] - A przypomnę, że tytuł powieści, o której dzisiaj rozmawiamy, to „Młode”. Znowu zastanawiam się, jak to powiedzieć, żeby za dużo nie powiedzieć. Zwierzęta w twojej powieści również pełnią pewną rolę. O, tak. Ale mi się udało.
[01:05:15] - Są punktem odniesienia, można powiedzieć.
[01:05:17] - No właśnie, jakbyś trochę o tych zwierzętach powiedział, bo to jest bardzo ciekawy wątek w twojej powieści. Tam jest pełno nawiązań.
[01:05:27] - Ten problem, jak to powiedzieć.
[01:05:29] - Żeby nie powiedzieć.
[01:05:30] - Żeby nie powiedzieć, czyli nie wyłożyć całej tej intrygi i tej zagadki. Jedną z zagadek jest, proszę państwa, oprócz ludzi w każdym dużym mieście żyją zwierzęta. Zwierzęta, które przystosowują się do norm i warunków miejskich. Niektóre z nich przystosowują się fantastycznie. Dotyczy to niektórych ptaków, dotyczy to kotów, dotyczy to również psów i mnóstwo, bo to dopiero ruszyło, badań nad zachowaniami psów w ich realnych obszarach działania, nie w laboratorium. Psów, które są zwierzętami społecznymi, bardzo społecznymi, związanymi z człowiekiem co najmniej od trzydziestu paru tysięcy lat, czego dowodzą znaleziska. To zwierzę jest jednocześnie jednym z najmniej poznanych stworzeń na kuli ziemskiej. A co się okazuje? Okazuje się, że psy mają inteligencję zbliżoną do inteligencji kilkuletniego dziecka. Świetnie sobie radzą w sytuacjach trudnych, ekstremalnych.
Tak jak wspomniałem, są stworzeniami społecznymi, bardzo wyczulonymi również na Pracę, opiekę nad kolejnym pokoleniem. Psy są na swój sposób czułe. Są czułymi rodzicami i tę swoją czułość, na co mamy też wiele dowodów opracowanych przez naukowców, przekazują również ludziom. Boję się, że jak pójdę dalej, to już zdradzę zakończenie.
[01:07:36] - Nie. Powiem właśnie, że to, o czym powiedział Tadeusz w tej chwili, to jest bardzo ważny trop dla ewentualnych poszukiwaczy, dla ludzi, którzy by się chcieli z książką „Młode” zaprzyjaźnić. To jest bardzo ważny trop, ale muszę cię jeszcze o coś zapytać, bo świetną historię przez ciebie podawaną usłyszałem na jednym ze spotkań, a mianowicie o psach w Moskwie. To znakomita historia jest.
[01:08:03] - Tak. Badania prowadzone przez grupę naukowców rosyjskich nad zachowaniami psów właśnie w Moskwie potwierdziły kolejną zdolność do adaptacji tych zwierząt. One tam żyją sobie.
[01:08:20] - Przypomnę, że właściwie wszyscy chyba z naszego pokolenia czytali w szkole taką historię, która się bardzo źle kończy i mnie w każdym razie do płaczu doprowadziła, jak byłem w podstawówce. A mianowicie o psie, który jeździł koleją. Lampo to był bohater tych naszych młodzieńczych historii. To jest bardzo podobna historia w tej Moskwie.
[01:08:47] - Tak. Psy żyją sobie w sforach. Mówimy o dzikich, zdziczałych psach. Żyją w sforach na obrzeżach miasta, a miejsca, gdzie mogą się pożywić całkiem sensownie przy zapleczach restauracji, gdzie są wyrzucane odpadki, znajdują się raczej w centrum Moskwy. W związku z czym, ponieważ jest to ogromne miasto, psy stwierdziły, że pójdą sobie na skróty i dojeżdżają do tych swoich koryt. Dojeżdżają metrem. Autentycznie wykorzystują metro, wiedzą, gdzie wsiąść, gdzie wysiąść, jak wrócić, kiedy wrócić. Wspaniała sprawa badana przez rosyjskich naukowców.
[01:09:33] - Tutaj chyba się w ogóle dotykamy i ty w takim razie Tadeusz dotykasz chyba jednego z największych problemów, również współczesnego patrzenia na ewolucję homo sapiens na Ziemi. My myślimy, przynajmniej długo żeśmy myśleli, że to myśmy wyewoluowali tak, jak żeśmy się rozwinęli. Natomiast my funkcjonujemy, szczególnie tutaj w Europie, również w biomie, w towarzystwie zwierząt, które nam towarzyszą, pewne funkcje w naszym życiu wiodą i pies stał się, przynajmniej w tym środowisku, ale nie tylko europejskim, naszym towarzyszem. Nie w życiu, ale w ewolucji po prostu tego gatunku naszego, jakim jesteśmy. Ja właściwie nie wiem, czy to my jako gatunki ewoluujemy, czy jesteśmy pewnym zbiorem. Człowiek i pies. Może coś jeszcze, biedronka albo co tam. Natomiast to nie jest wszystko takie. Dzisiaj uczeni, to jest temat bardzo aktualny i tak zaczynają postrzegać ewolucję również na Ziemi.
[01:10:50] - Ja tylko jeszcze dla porządku dodam, podkreślę to właściwie to, co już mówiłem, że my sobie o tych psach w tej chwili tak nie rozmawiamy zupełnie tak sobie a muzom. Tylko rzeczywiście to jest pewien trop, pewien ślad tego, co Tadeusz był popełnił w swojej książce. Więcej powiedzieć nie możemy.
[01:11:09] - Powieści kryminalnej.
[01:11:10] - Kryminalnej książce, tak, dokładnie. Dobrze, to zejdźmy z fabuły, bo to grunt niebezpieczny z punktu widzenia potencjalnego czytelnika, bo jak się od nas dowie, to... No właśnie, ale przecież to nie jest tego rodzaju kryminał. Już o tym mówiliśmy. To nie jest tego rodzaju kryminał, gdzie wszystko jest takie oczywiste. Zaczęliśmy od tego, że to nie jest tak, że na początku jest morderstwo, później jest śledztwo, a później jest złapanie sprawcy. To jest troszeczkę inaczej. To mieszanie gatunków, które uprawiasz. W związku z tym mieszaniem gatunków pojawia się powieść drugiego rodzaju. To jest kryminał, ale jednak troszeczkę inny ma charakter.
Powiedz mi, dlaczego mieszasz te gatunki? Czy tak sobie, bo po prostu nie możesz wytrzymać w jednym gatunku, bo nie potrafisz? Znam odpowiedź, ale ja bym chciał, żebyś to zdeklarował tutaj, że nie potrafisz inaczej. Czy dlatego, że tego rodzaju proza wydaje ci się, to jest moja teoria, bardziej mroczna? Bardziej mroczna niż gdybyś po prostu zrobił kryminał w stylu Chandlera na przykład, który też uważany jest za twórcę mrocznych kryminałów. Twoje kryminały również są mroczne, ale trochę inaczej.
[01:12:43] - Nawet bym powiedział, że ta mroczność jest produktem ubocznym, bo tak naprawdę dla mnie jako dla autora pisanie jest pewną radością. I ta radość, aby była autentyczna, musi przekraczać pewne granice. To musi mnie samego jako pisarza ciekawić. Mam oczywiście, jak siadam do powieści, to jest jednak duża forma, więc ja mam jakiś szkic. Ja wiem, jak to się skończy, ja wiem, co tam się wydarzy, ale są też pewne obszary pozostawione imaginacji i tam różne rzeczy się mogą wydarzyć. Coś, co jest poza świadomą kontrolą. Pewne zdarzenia mogą się pojawić, pewne postaci mogą się nieco rozwinąć i urosnąć. Z epizodu na postać drugoplanową mogą awansować. Tam się dzieją różne podskórne wydarzenia, których ja nie do końca kontroluję. Zaczynam je kontrolować dopiero, jak powieść jest napisana, czyli siadam i redaguję.
I wówczas rżnę niektóre żywoty, zabijam, likwiduję.
[01:13:57] - To, co mówisz, jest bardzo ciekawe, bo przypomnę tym naszym słuchaczom, którzy poza „Bibliotekarium” sięgają również do „ABW”. Myśmy kiedyś z Wiktorem mówili o tym i kazaliśmy to przyjąć naszym słuchaczom na wiarę. Teraz mamy potwierdzenie, że czasami postacie, które wprowadzamy do swojego utworu, zaczynają żyć własnym życiem. Myśmy to próbowali tłumaczyć, że to tak po prostu jest, że w pewnym momencie z logiki wydarzeń wynika, jak dana postać się powinna zachować. I ona się tak zachowuje, bo inaczej się zachować nie może. Zaczyna żyć. Nagle wątki zaczynają się rozrastać. Autor zaczyna bardziej doprecyzowywać tę postać. Tak po prostu jest. I to, co mówisz, jest potwierdzeniem, że rzeczywiście ludzie, którzy mają już doświadczenie z pisaniem, bo ci bohaterowie bardzo często, i tu powtórzę, zaczynają żyć własnym życiem.
Czasami człowiek zaczyna się zastanawiać: „Przecież zupełnie nie miałem w planie napisać tego, a tu nagle mój bohater zaczyna wygłaszać pewne kwestie, domagać się pewnych rzeczy, postępować wreszcie w pewien sposób”. Tu mamy potwierdzenie dla wszystkich niedowiarków, że tak właśnie się dzieje. To taki wtręt związany z „ABW”, ale warto o tym pamiętać oraz o tym, o czym Tadeusz powiedział na końcu. Że jest ten moment redagowania powieści i wtedy jest moment, nazwijmy go roboczo momentem prawdy. Moment, w którym tak jak powiedziałeś, niektóre żywoty się tnie, ale zdarza się też, że niektóre się jeszcze dopisuje, prawda?
[01:15:49] - Owszem.
[01:15:50] - I to jest ten moment, w którym człowiek sobie uświadamia. Ja miewam takie momenty, że niektórych— a tu cię zapytam nawet, czy masz tak samo, bo to człowiek lubi się przeglądać w kimś. Czy masz takie fragmenty, epizodyczne oczywiście, nie z głównego wątku, których po prostu nie pamiętasz, jak pisałeś?
[01:16:17] - Tak, to jest dość typowe. Jeżeli sięgam z jakichś powodów, bo mnie życie zmusza do tego, do książki wydanej kilka lat wcześniej i muszę znaleźć jakiś fragment. Przeglądam ten tekst. I chwilami się trochę dziwię właściwie, bo znajduję-
[01:16:38] - To naprawdę ja?
[01:16:39] - Tak.
[01:16:40] - To naprawdę ja?
[01:16:41] - I to nawet nie chodzi o zachwyt, prawda?
[01:16:42] - Nie, to nie zawsze chodzi o zachwyt. Powiedzmy tak delikatnie. To nie zawsze chodzi o zachwyt.
[01:16:50] - Tak, bo to nawet nie o to chodzi, że to jest napisane gorzej czy lepiej. Autentycznie są fragmenty, które gdzieś tam wypadają potem z świadomej pamięci, bo one, mimo że są istotne dla fabuły, w jakiś sposób napędzają tę historię. Rzeczywiście popadają w zapomnienie. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale tak się dzieje.
[01:17:16] - Skoro już cię tak przepytuję na różne okoliczności, to jeszcze muszę zapytać o jedną rzecz. Mówiliśmy ostatnio o tym z Wiktorem w audycji „ABW”. O tym, na ile ważne jest szczęście w życiu pisarza, szczęście związane z jego twórczością. Pewno procentowo się nie da określić, zresztą nie lubię takiego procentowego określania, więc może bardziej opisowo. Bo pisarz poza talentem, cokolwiek to znaczy, poza pewnymi umiejętnościami warsztatowymi, ewidentnymi, trzeba pewne rzeczy opanować, związane z pisaniem. Mówi się bardzo często, że troszeczkę tak, jak generał w armii napoleońskiej powinien mieć trochę szczęścia. O co tak naprawdę chodzi z tym szczęściem?
[01:18:08] - Ja myślę, że to generalnie dotyczy wszystkich. Nie tylko pisarzy, ale fakt, że można napisać świetną książkę, obiektywnie dobrą i minąć się z właściwym momentem, aby ona zaistniała. To się zdarza. Ja na przykład zacząłem dość pechowo, ponieważ pisząc pierwsze moje powieści jeszcze w końcówce PRL-u i podpisując umowy, bo nawet dwie miałem umowy podpisane, przy zmianie systemu one gdzieś odpadły, ponieważ upadło wydawnictwo. One gdzieś tam poszły na bok i na dobrą sprawę wówczas wykazałem się dzielnością, ponieważ mnie to nie złamało i ruszyłem dalej do pracy. Tak, trzeba mieć szczęście. Takie szczęście miałem, w jakiś sposób tak uważam, przy właśnie „Drapieżniku”, tam, gdzie dostałem nagrodę w ważnym konkursie. Książka została wydana przez ważne wydawnictwo. Otworzyło mi to nagle wiele drzwi. Wielu wydawców chciało ze mną współpracować.
Miałem propozycje publikacji krótszych tekstów, opowiadań w czasopismach. Tak, szczęście jest naprawdę potrzebne.
[01:19:34] - Ale czuję pewne zastrzeżenie, bo mówiąc o „Drapieżniku”, właściwie nie wiem. Albo szczęście, albo takie było przeznaczenie „Drapieżnika”. Może takie było jego przeznaczenie, żeby wygrać. I w tym momencie jakie szczęście? On musiał wygrać.
[01:19:55] - Kiedy mówimy konkurs, zakładamy, że trzeba mieć szczęście, aby konkurs wygrać. Oczywiście jakość musiała być, ale doza szczęścia pewnie też gdzieś tam zaważyła na tym.
[01:20:09] - W rozmowie przed audycją Wiktor się odgrażał, że zada to pytanie, więc ja czekam, ale Wiktor nie zadaje, więc co zrobię? Ja je zadam po prostu. Wiktor jest człowiekiem, który bardzo często swoje pomysły, aż się boję to powiedzieć, testuje w snach. Może tak. Czyli po prostu tak intensywnie myśli o swoim pomyśle fabularnym, szczegółowym rozwiązaniem albo bardziej szeroko patrząc na to. Tak intensywnie myśli, że bardzo często te pomysły mu się śnią. Czerpie z tego garściami, do czego się zresztą sam przyznaje. I tu tak jak ja pytałem o te zapomniane fragmenty, tak Wiktor chciał zapytać, jak to jest u Tadeusza Olszowskiego z tym śnieniem swoich książek.
[01:21:00] - Ja cię muszę, Wiktorze, rozczarować, bo ja bardzo rzadko pamiętam jakieś sny. Z zasady to jest czarna dziura. Po prostu w pewnym momencie film mi się urywa, zasypiam, a potem już jest następny dzień. Mało w tym romantyzmu i mało w tym metafizyki. Ja nie wiem, czy mi się coś śniło, czy nie.
[01:21:24] - Na pewno, tylko że zwykle ludzie tego nie pamiętają. Ja widocznie mam akurat-
[01:21:30] - Dobrą pamięć dotyczącą snów. Pamięć oniryczną.
[01:21:36] - To ja jeszcze powiem tak. Bo według Freuda Tadeusz ma po prostu dobre miejsce do spania. Zaraz to wytłumaczę.
[01:21:47] - Bardzo dobre.
[01:21:47] - A ty, Wiktorze, niestety musisz coś zmienić. Musisz przynajmniej zmienić kanapkę.
[01:21:52] - Ja zwykle śpię w fotelu przed komputerem.
[01:21:55] - To już rozumiem, dlaczego ci śni. Zaraz wytłumaczę, skąd to się bierze. Otóż nasz mózg jest tak skonstruowany, że on lubi śnić. I śni. Ale dlaczego śni? Śnimy na ogół wtedy, gdy zaczynają się takie intensywne sny. Śnimy zawsze, oczywiście, ale te intensywne sny się kiedy pojawiają? Wtedy, kiedy coś nam przeszkadza w śnie. To nie jest na poziomie świadomym. Mózg kombinuje w ten sposób.
Czy go zbudzić, tego mojego właściciela, czy jeszcze powinien pospać? Właściwie powinien pospać, bo mu brakuje tego snu. Ale jest niewygodnie, coś mnie gniecie, coś tam brzęczy, huczy. Co to zrobi? Wyświetlę mu film. I wtedy są te sny niezwykle intensywne, bo mózg wyświetla ci film w nadziei, że jeszcze troszeczkę pośpisz. Oczywiście pewne rzeczy upraszczam w tej chwili. Troszkę to bardziej skomplikowane jest, ale staram się to uprościć, to, o czym Freud mówił. Więc mózg wyświetla ci rodzaj filmu i ty sobie wtedy ten film oglądasz. I jest duża szansa, że w tych niewygodnych warunkach się przebudzisz, to go zapamiętasz.
Stąd prosty wniosek na temat warunków, w jakich śpicie.
[01:23:03] - Zrozumiałem, Marku. Ja teraz zrozumiałem, dlaczego nigdy nie potrafiłem dobrze zasnąć przy kobiecie.
[01:23:12] - Dobrze, to jest temat, którego nie będziemy rozwijać.
[01:23:16] - To są wątki obyczajowe. Zapraszam do lektury młodych, a wcześniej jeszcze miłość.
[01:23:21] - Wcześniej jeszcze miłość zdecydowanie także.
[01:23:24] - Tam te wątki są bogato omówione.
[01:23:27] - Zresztą z fragmentu, który słyszeliśmy, też te wątki dla miłośników się pojawiają. Natomiast ponieważ gościmy pisarza, warto pisarza przepytać o okoliczności pisarstwa. To zapytajmy w takim razie. Czego w pisaniu powieści nie lubisz? To jest pytanie autentyczne, które zadano mi w swoim czasie, więc ja je po prostu w jakiś sposób powtórzę. Czego nie lubisz? Czy to się wiąże z jakimś rodzajem narracji? Czy to się wiąże na przykład z pisaniem dialogów, czy stworzeniem opisów? Nie można chyba lubić wszystkiego. Więc czego Tadeusz Olszowski w pisanej przez siebie prozie nie lubi?
Co lubi najmniej? Może tak, to będzie najbardziej bezpieczne.
[01:24:21] - I tu mamy problem, bo jeśli chodzi o samo pisanie, stworzenie tej fabuły, to jest cudowna radość. To jest wspaniałe przeżycie i powieść można tak naprawdę napisać w miesiąc. Ale aby to była przynajmniej przyzwoita powieść, dobra powieść, powieść, która się nadaje do czytania, trzeba przeprowadzić to, czego ja nie znoszę, ale wiem, że jest konieczne i co zajmuje mi czasem nawet rok albo i dwa. Redagowanie tej powieści, doprowadzenie jej do takiego stanu, że już jestem pewien, że tak, ona jest komunikatywna. Ona oddaje ten zamiar, jaki miałem u początków, kiedy siadałem do pisania, kiedy tworzyłem pierwszy szkic, że postaci są rzeczywiście dopracowane, że ta historia jest Wiarygodna. Bo to nie jest ważne, czy piszemy powieść hiperrealistyczną, czy osadzimy ją w realiach fantastycznych, wyślemy naszych bohaterów na inną planetę. To nie jest istotne. Istotne jest, czy to jest prawdopodobne. Czy te zdarzenia są prawdopodobne i zachowania postaci są prawdopodobne. To jest, wydaje mi się, największy wysiłek dla mnie.
To mnie kosztuje najwięcej nerwów. Czasem słów niecenzuralnych puszczanych w myślach, a czasem głośno. I najwięcej czasu pożera. Nie samo pisanie tekstu, samo pisanie utworu.
[01:26:02] - Właśnie. Warto o tym pamiętać, o czym powiedział Tadeusz, bo to jest tak, że ludziom, którzy zaczynają pisać, wydaje się, że proces redagowania załatwi za niego redaktor. Bo redaguje redaktor. Ja pragnąłbym, żeby to padło bardzo mocno, że redaktor nie jest od cywilizowania naszej prozy, tylko od wyłapywania w niej drobiażdżków. Natomiast zadaniem pisarza jest doprowadzenie swojej prozy do warunków używalności. Tak to określmy bardzo technicznie. Co się z tym wiąże? Na przykład coś takiego. Bardzo wielu młodych autorów, tu znowu odwołamy się do ABW, do audycji, w której czytamy prozę. Bardzo wielu autorów nie widzi albo raczej nie chce tego widzieć, że sytuacje, które tworzą, są na granicy prawdopodobieństwa.
A jak się tworzy sytuacje na granicy prawdopodobieństwa, to jest niemal pewne, że przynajmniej połowa czytelników powie: „Nie, ja nie chcę tego czytać, bo to po prostu się nie mogło zdarzyć. To jest już tak wydumane”. Podobno w naszym wszechświecie może się zdarzyć wszystko, ale my nauczeni życiowym prawdopodobieństwem wiemy, że pewne sytuacje zdarzają się bardzo rzadko, a niektóre są nagminne. I jeśli pisarz zamierza tworzyć prozę w oparciu o te bardzo rzadko zdarzające się sytuacje, to jak mamy do czynienia z prozą eksperymentalną, która się w ogóle składa z takich sytuacji, tylko takich bardzo rzadkich, to może to jakoś przejdzie. Natomiast jak piszemy prozę realistyczną, a z taką w przypadku prozy Tadeusza mamy do czynienia, to nie ma miejsca w niej na nieprawdopodobieństwa. Zresztą „Książka młody” jest tego najlepszym dowodem. Tam wszystko jest prawdopodobne. Tam nie ma sytuacji, o których ktoś powie: „Ja nie wierzę, że to się mogło tak potoczyć”. Ważne, żeby aspirując do roli pisarza, mieć to z tyłu głowy, że etap autoredakcji jest bardzo ważny i trzeba być bezwzględnym. Ja ten proces stosunkowo lubię.
To może charakterologicznie, bo ja traktuję prozę troszeczkę, jakbym redagował „Obcego” i z dziką satysfakcją wykreślam, nawet sobie ubliżam od czasu do czasu, bo czasami jest taki moment, kiedy autor zauważa w swojej własnej prozie takie głupoty, które powstają. Jak proces pisania jest dosyć szybki, to tam się zdarzają różne kiksy. I te kiksy niekiedy mogą rozbawić, a niekiedy mogą wścieczyć, bo są tak absurdalne czasami, że człowiek sobie mówi: „Nie, ja nie mogłem być tak głupi”. Okazuje się, że w niektórych momentach człowiek bywa głupszy niż sądzi.
[01:29:16] - Z tego, co tutaj Tadeusz mówi i ty mówisz, wynika, że słowo „wiarygodność” w dekalogu pisarskim urasta do rangi pierwszego przykazania, najważniejszego właściwie. Jeśli coś jest niewiarygodne, przestaje być rzeczywistością literacką.
[01:29:40] - Tadeusz to powiedział przecież, że obojętnie czy mamy prozę SF toczącą się kilka tysięcy lat do przodu, czy mamy prozę fantasy z czarownikami płci obojga, czy cokolwiek mamy.
[01:29:53] - Świat musi być spójny wewnętrznie.
[01:29:56] - Spójny. Jeśli bohaterowie będą drewniani i będą wplątywali się w drewniane sytuacje, które na kilometr będą śmierdziały tym, że jak się bardzo uprzemy, to się wszystko może wydarzyć, ale niekoniecznie.
[01:30:13] - Tak jak „Milczenie owiec”. Powieść o wariatach. A jakaś musi być wiarygodna, nie?
[01:30:19] - Jest.
[01:30:20] - Jest wiarygodna.
[01:30:21] - Ale przecież jak ktoś zna historię napisania tej powieści, to wie, że była poprzedzona, modne słowo research, ale tak naprawdę studiowaniem pewnych zachowań. Pewnych dziwnych zachowań, pewnych zachowań związanych z seryjnymi morderstwami. Jakiej wiedzy to wymaga. I to jest gładkie, ładne podprowadzenie i ładne przejście do kolejnego pytania. Jak to jest z tym researchem w przypadku takiej prozy jak „Młode”? Długo się przygotowujesz do napisania powieści o tej objętości i o tej tematyce?
[01:31:08] - Ja z zasady piszę kilka tekstów naraz, tak można by to ująć. I później, po latach okazuje się, że powieść jest gotowa. Na szczęście pisząc ileś tekstów naraz, to sprawia, że raz do roku, ostatnio nawet częściej tak mi się złożyło, książka powstawała, bo tekst rzeczywiście został zamknięty. Według mnie, ale to jest moja opinia, nie ma górnej granicy, jeśli chodzi o czas powstawania opowieści, dlatego że są pewne pomysły. „Młode” tak naprawdę wymyśliłem, używam tego określenia jako pewien element tej fabuły i tak dalej. Pewien wątek pojawił się już w jednym z tekstów „Drapieżnika”. Mówimy o opowiadaniach pisanych ponad 20 lat temu, 20, 25 lat temu. W związku z czym zaczyn „Młodych”, tej powieści „Młode” ma tyle lat.
[01:32:24] - Czyli pewne pomysły z autorem zostają, pewne pomysły ciągną się.
[01:32:31] - Tak, ale tu wracamy do tego motywu szczęścia. Otóż miałem szczęście lub nieszczęście, że śledząc przynajmniej przekłady literatury anglosaskiej w Polsce, śledząc prace polskich moich kolegów po piórze i koleżanek, nikt takiej powieści przez te 25 lat z okładem nie napisał. I to jest moje szczęście akurat, że pewne wątki, które pojawiają się w „Młodych”, są bardzo autorskie. Nie znajdziemy tutaj podobieństw do jakiejś książki pani X czy pana Y.
[01:33:12] - Kryminałów teraz powstaje w Polsce na kopę.
[01:33:15] - Owszem, ale pozostaje ten wątek, który rzeczywiście pozostał przy mnie, czyli jest moim autorskim wątkiem zasygnalizowanym już w jednym z tekstów „Drapieżników”, który się ukazał w 1999 roku.
[01:33:31] - Warto sobie zdać sprawę z tego, że w czasach Stanisława Lema, kiedy był aktywny, również powstawało sporo kryminałów. Po 1956 roku to już polscy pisarze kryminały pisali pod pseudonimami, pod nazwiskami, różnie, ale warto zdać sobie sprawę, że Lem na przykład stworzył „Śledztwo” i „Katar”. To też jest przecież rodzaj kryminału, ale jakżeż inny, jakżeż autorski. I to jest komentarz do tego, o czym mówisz, do pewnego pomysłu na prozę i pewnego innego rozegrania, na innym poziomie rozegrania pewnej prozy, powiedzmy gatunkowej, ale jednak tak nie do końca gatunkowej. To mieszanie w gatunkach to chyba jest niezły patent.
[01:34:23] - Dla mnie chyba tak, bo mnie to bawi również jako autora. Jest to wspaniała zabawa, jest to radość tworzenia.
[01:34:32] - Nie wiem, jak słucham ciebie, Tadeuszu, to do mnie najbardziej zawsze przemawia to, co ja próbuję też wciskać tym, którzy mnie pytają o to. Radość, radość tworzenia, zabawa tym, co się robi normalnie. Przecież to jest najpiękniejsza rzecz w zawodzie pisarza. Ta kasa potem, jeśli przyjdzie albo nie przyjdzie, jest bardzo ważna, ale może jej nie być, ale zabawy nikt ci nie odbierze po prostu. Ta zabawa, radość tworzenia zawsze pozostaje.
[01:35:06] - Ja myślę, że ta optymistyczna uwaga Wiktora to jest kolejny dobry moment, żeby posłuchać prozy Tadeusza. A zatem cóż, Marku, prosimy o drugi fragment „Młodych” Tadeusza Olszowskiego.
[01:35:22] - Tadeusz Olszucki „Młode”, fragment rozdziału 14. „Wuj zostawił kluczyki w stacyjce. Wyjęła je. Wysiadła z wozu. Trzymając pod pachą tablet zamknęła auto. Kluczyki wrzuciła do torebki. Chciała wyruszyć na poszukiwanie dziecka. Chciała. Wiele chciała, ale jednemu szczególnie nie mogła się oprzeć. Wyjęła więc telefon i zadzwoniła do Moniki.
Nie miała jej nic nowego do powiedzenia. Chciała po prostu usłyszeć głos kochanki. „Moni” szepnęła, gdy przyjaciółka odebrała połączenie. „Kocham cię” odpowiedział jej przyjazny śmiech kobiety. „Nie mogę teraz rozmawiać. Jestem na spotkaniu biznesowym” usłyszała od Moniki. „Ale to, co powiedziałaś… Tak, ja też. Możesz być pewna, że wrócimy do tematu. Do wieczora.” „Do wieczora” odparła Justyna i zakończyła połączenie.
Ta krótka rozmowa dodała jej energii. Zdecydowała więc, że nie będzie siedzieć bezczynnie w wozie. Nie miała co prawda doświadczenia dziennikarskiego. W radiu mówiła o różnych ciekawostkach, a raczej czytała to, co uprzednio sobie napisała. Uznała jednak, że to żadna sztuka zadawać pytania nieznajomym ludziom. Czekając na wuja, rozejrzy się po okolicy i zasięgnie języka. Fotografie wnuczki i suki Kluckiego miała zapisane w tablecie. Postanowiła więc, że przejdzie się od kamienicy do kamienicy i rozpyta miejscowych. Może coś wiedzą o Weronce, a może widzieli tego psa. Ruszyła chodnikiem do najbliższej kamienicy, wielkiego domu o ścianach z pruskiego muru.” Przy wejściu stał mężczyzna w trudnym do określenia wieku.
Twarz miał pobrużdżoną i mocno niekompletne uzębienie, ale włosy gęste i ciemne. Ubrany był w przybrudzoną bluzę od dresu i byle jakie dżinsy. Przyglądał się Wirskiej pewnie z nudów, bo wokół żadnego przechodnia, nawet jednego przejeżdżającego samochodu. Kobieta postanowiła skorzystać z okazanego jej zainteresowania. „Przepraszam pana” – zagaiła przyjaznym tonem, podchodząc do mężczyzny. Podatknęła mu pod nos tablet ze zdjęciami Weronki i Kory. „Czy widział pan gdzieś to dziecko albo psa?” Mężczyzna potrząsnął głową, jakby właśnie zbudził się ze snu. Z zaciekawieniem spojrzał na tablet, a potem na Wirską. „To taki komputer z tych nowych?” – spytał, wskazując ruchem głowy urządzenie trzymane przez Justynę. „Tak, coś w rodzaju komputera” – odpowiedziała.
„Niech pan spojrzy na ekran. Czy widział pan tę dziewczynkę?” Człowiek w dresie popatrzył na tablet, potem na Wirską. „A o co się rozchodzi, szanowna pani?” „To dziecko zaginęło. Szukamy go.” „A, jesteś z psiarni” – mruknął mężczyzna nieprzyjaźnie. „Nie rozumiem.” „No z policji.” „Nie jestem z policji. Znam rodziców dziecka.” „Jak tak, to może i widziałem tę małą” – odparł z chytrym uśmieszkiem. „Wie pani, wczorajszy jestem. Jakbym coś sobie chlapnął, to pamięć by mi wróciła.” Justyna westchnęła, myśląc, że mężczyzna wyglądający jak żul zwykle jest żulem, więc powinna spodziewać się takich zachowań. Sięgnęła do torebki, wyjęła portfel. Z kilku banknotów wybrała 50 złotych.
Drobniejszego nominału nie miała. „Tyle na pewno poprawi panu pamięć” – stwierdziła z sarkazmem. „To co z dziewczynką albo z tym psem?” „Na psach to ja się nie znam.” – uśmiechnął się krzywo menel. „Ale tego dzieciaka to jakbym gdzieś widział. Pamiętam, że wtedy z żoną żem gdzieś szedł. Ona to na pewno pamięta, gdzie tę małą spotkalim. Chodź pani, żona pani powie.” Mężczyzna odwrócił się i ruszył w głąb posesji. „Niech pan poprosi żonę, by do nas zeszła” – powiedziała Justyna. W tym miejscu czuła się pewnie. Za to nie uśmiechała się jej wędrówka przez zakamarki ponurej budowli.
„Co pani?” – obruszył się mężczyzna. „Żona przy garach stoi, obiad szykuje. Jakbym jej przerwał, to by była zła jak osa i jeszcze by mi garem przypierdoliła. Pani to co innego. Wy się dogadacie, jak to między babami. No chodź pani, chodź.” Wirską pomyślała, że to, co powiedział, ma sens. Możliwe, że gość nie ma z żoną dobrych relacji i możliwe, że jego małżonka widziała Weronikę. To byłby przełom. A co, jeśli to jedyna szansa na odnalezienie dziecka? „Nie mogę zignorować tego tropu” – uznała.
Potem roześmiała się w duchu, wyobrażając sobie minę wuja Janka, gdyby to ona, Justyna, odnalazła zaginioną. „Tędy, tędy” – nawoływał menel z głębi korytarza. Ruszyła za przewodnikiem. Przeszli łącznikiem między frontową kamienicą a oficynami otaczającymi podwórko kryte popękanym betonem. W rogu stała drewniana szopa podzielona na boksy. Każdy z nich miał drzwi zamykane na kłódkę. Wirską domyśliła się, że to komórki na węgiel. „Chodź pani” – zawołał przewodnik, otwierając drzwi oficyny po prawej stronie podwórza. Justyna podążyła za przewodnikiem. Zaczęła wspinaczkę wąskimi, stromymi schodami.
Były stare, drewniane, skrzypiały pod ciężarem wchodzących po nich ludzi. Biła od nich woń przepracowanego oleju napędowego, którym konserwowano stopnie, ale jeszcze silniejszy był odór moczu pijaczków i kocich wycieplin. Na drugim piętrze menel zatrzymał się przed jedynym lokalem na tym poziomie budynku. „Czekaj pani” – powiedział do Justyny i wszedł do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Kobieta poruszyła się niespokojnie. Otaczały ją nieprzyjemne wonie i zniekształcone dźwięki dochodzące z podwórka jak studnia. Po chwili przewodnik otworzył drzwi. „Chodź pani.” Machnięciem ręką zachęcił do wejścia. Przesunął się, robiąc miejsce Justynie. Ta ruszyła wąskim, ciemnym przedpokojem w stronę jedynych uchylonych drzwi, które prowadziły do pomieszczenia znajdującego się na wprost.
„Żona powie co i jak” – mruknął menel, idąc tuż za Wirską. Weszła do pokoju o brudno białych ścianach, zadymionego od papierosów. W środku była nie tylko kobieta, przypuszczalnie żona menela, ale też dwóch młodych, silnie zbudowanych mężczyzn w dresach i ze złotymi łańcuchami na szyjach. Wirską zatrzymała się. Za nią stanął przewodnik, który zamknął na klucz drzwi do pomieszczenia. „Co tam masz?” – spytał jeden z młodych i bezceremonialnie ściągnął Justynie torebkę z ramienia. „Co pan wyprawia?” – obruszyła się Wirską. Sięgnęła po swoją własność, ale w tej samej chwili ktoś zatrzymał ją w miejscu. To stojący z boku drugi osiłek wykręcił jej prawą rękę. Zabolało.
Krzyknęła. „Cicho!” – napastnik huknął jej prosto do ucha. „Nie drzyj ryja, bo przypierdolę.” Justyna mu uwierzyła. Sparaliżował ją strach. Zrozumiała, dlaczego wuj zakazał jej ruszać się z samochodu. On wiedział, jakie zagrożenia są w tej okolicy. Niestety, bratanicę dawnego oficera śledczego poniosło i teraz uczyła się na własnych błędach. To była bolesna nauka. Wirska zacisnęła zęby, by nie krzyczeć. Znalazła się w upokarzającej, niewygodnej pozycji.
Chciała podeprzeć się lewą ręką, ale wtedy wypuściła z palców tablet. Urządzenie upadło na podłogę. Było drogie, najnowszej generacji, wodoodporne i wstrząsoodporne. Zderzenie z podłożem nie mogło mu zaszkodzić. „Fajny, co nie?” – zaśmiał się menel, który wprowadził Justynę w pułapkę. Podniósł tablet i wpatrując się w niego z zachwytem, wrócił do drzwi. Wirska ochłonęła. Zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu, wypatrując drogi ucieczki. Po lewej było okno, nawet otwarte, ale że znajdowali się na drugim piętrze, to trzeba o nim zapomnieć. Na wprost Justyny stał rozłożony kanapo-tapczan o poplamionej tapicerce.
Po prawej pod ścianą tkwił niewielki stół, a po obu jego stronach ustawiono po drewnianym, odrapanym krześle. Z tyłu były drzwi. Przez nie tu weszła, ale teraz są zamknięte. Do tego opiera się o nie menel, któremu Wirska pochopnie zaufała. Chwyt osiłka wciąż był mocny. Więził prawą rękę Justyny jak w imadle. Wirska przeszła kiedyś kilkutygodniowy kurs samoobrony dla kobiet. Teraz pomyślała ponuro, że płacąc za to szkolenie, wyrzuciła pieniądze w błoto, bo kiedy pojawiło się prawdziwe zagrożenie, to nie potrafiła mu się przeciwstawić. Tym razem zaatakował ją prawdziwy, źle jej życzący bandyta, a nie symulujący napad życzliwy instruktor samoobrony. Młody w dresach działał podstępnie, skutecznie, a do tego był silniejszy.
Wirska pomyślała ze strachem, że nie ma pojęcia, co ją czeka. Czego właściwie chcą od niej ci wrogo usposobieni ludzie? Młody w dresach, który wydał się Justynie szefem bandytów, wysypał zawartość torebki na blat stolika. Metodycznie przejrzał łup. Z portfela wyjął banknoty, potem karty – płatniczą i kredytową. „Jaki masz limit wypłat w bankomacie?” – zapytał rzeczowo. „Tysiąc złotych” – odpowiedziała szeptem Justyna. Skłamała, bo przy jej zasobach i stylu życia nie widziała potrzeby nakładać samej sobie ograniczenia. Nagle zaschło jej w gardle. „Nie słyszę.
Ile?” – krzyknął szef, a drugi osiłek, który trzymał Wirską, mocniej ścisnął rękę ofiary. „Tysiąc” – pisnęła. Postanowiła, że będzie współpracować. Nie postawi się bandytom, choć tak podpowiadała jej ambicja. Ci ludzie byli groźni. Nie wiedziała, jak daleko się posuną, by uzyskać to, czego chcą. Uznała, że jeśli zrobi, co każą, to wydostanie się z opresji. „Podaj piny do kart” – kontynuował bystry osiłek. Wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Otworzył w nim funkcję z notatkami.
„Najpierw pin do tej” – powiedział, podnosząc kartę tak, by Justyna wiedziała, o które chodzi. Wirska podała ciąg cyfr, a mężczyzna go zanotował. Odezwał się dzwonek telefonu Justyny. Wujek Janek. Szef bandytów przeczytał informację na wyświetlaczu. „Nie pogadasz z wujkiem. Podasz pin do drugiej karty”. Wirska wyrecytowała kolejne cyfry. Myślała z rozpaczą, że wuj pewnie już skończył wizytę u znajomego, wrócił do samochodu i teraz stoi tam, nie mając pojęcia, co się stało z bratanicą. Nawet z wozu nie może skorzystać, bo kluczyki leżą tutaj na stole wśród drobiazgów wysypanych z torebki.
No tak. Bystry osiłek już wypatrzył te kluczyki. „Wiesz, jaką bryką przyjechała?” – szef spytał menela. „Jak nie, jak tak” – odparł tamten, szczerząc w uśmiechu niekompletne uzębienie. „No to bujaj się z gablotą. Wiesz gdzie. Tylko migiem”. Młody podał kluczyki menelowi, a ten wyszedł, nadal bawiąc się tabletem. Wirska znów zaczęła rozważać, co z nią się stanie. Scenariuszy było kilka i wszystkie ponure.
„Gite skórtawka” – odezwała się po raz pierwszy kobieta, domniemana żona menela. Wskazała ruchem głowy skórzany żakiet, który miała na sobie Justyna. „Się mi przyda. Bierz, jak ci pasuje” – powiedział szef łaskawym tonem. Kobieta podeszła do Wirskiej, a ta poczuła, że osiłek zwalnia chwyt. Ręka była już wolna, więc Justyna odruchowo spróbowała się wyrwać. To przyniosło bolesne skutki. Justyna obróciła się wokół własnej osi, szukając najkrótszej drogi do drzwi. Jednak młody, który dotąd ją więził, był szybszy. Uderzył kobietę w twarz otwartą dłonią.
Cios był tak silny, że Justyna poleciała pod ścianę, gdzie stał kanapo-tapczan. Upadła na sfatygowaną tapicerkę. „Leżeć!” – warknął do niej oprawca. Justynę piekł policzek. Czuła smak własnej krwi płynącej z rozciętej wargi. Żona menela zdarła z niej żakiet. „Idę wyjąć kasę z bankomatu” – oświadczył szef i pomachał kradzionymi kartami. „A co z tą tutaj, Kurek?” – spytał drugi, wskazując na Justynę. „A co ma być? Może zadzwonię do Borsuka.
Zawsze szuka nowych dup”. „Nie nada się. Dobrze wygląda, ale za stara dla Borsuka”. „To co z nią Kurek zrobić?” „Jak to co?” – powtórzył pytanie szef nazwany Kurkiem. Wyraźnie zdziwił go brak domyślności podwładnego. „Nie będziemy się z nią pierdolić. W łeb, do wora i na wysypisko”.
[01:49:29] - Dziękujemy. Wrócimy. Wracamy. Skończyliśmy tam, gdzie skończyliśmy. Miałem zadać pytanie. Płynę w tej chwili, bo miałem zadać pytanie, które właśnie wyleciało mi z pamięci, więc muszę sięgnąć po notatki. Wiem, o co miałem zapytać. O projekt niezwiązany z powieścią „Młode”, a mianowicie o projekt związany z rzeczą, o której już mówiliśmy, a mianowicie z legendami. Z twoim zainteresowaniem legendami. Przyznam, że to mi się rozjeżdża.
To zainteresowanie czarnym kryminałem. Tak to sobie określmy dla potrzeb rozmowy, chociaż to, jak powiedziałeś, międzygatunkowa jednak twórczość, to troszkę mi się rozjeżdża z tymi legendami. Wyjaśniałeś już co prawda, że tam szukasz pewnych korzeni, ale ja bym chciał drążyć jeszcze temat, ponieważ to jest temat, który dosyć konsekwentnie rozwijasz. To znaczy, to nie jest tak, że wyszła książka, wyszła powieść „Bydgostia”, że pojawiły się „Łzy Goplany”, czyli zbiór pewnych opowieści. To jest projekt celujący wyżej, szerzej patrzący na rzeczywistość. Co z tym projektem? Co to będzie? Jak to jest pomyślane?
[01:50:55] - Jest to projekt realizowany już od końca 2016 roku. Bardzo konsekwentnie. To się dzieje w ramach działalności jednej z odnóg, nazwijmy, działalności Fundacji Nasza Tradycja, Nasza Przyszłość.
[01:51:11] - Której jesteś-
[01:51:12] - Współzałożycielem. Projekt Legendaria polega na tym, że pochylamy się nad niematerialną naszą tradycją kulturową, nad przekazami, które są zapominane, bo legendy są zapominane. One gdzieś tam żyją w krótkich notach, zajmują się nimi naukowcy. Za to w świadomości społecznej, tak jak niegdyś dzięki świadomości społecznej istniały i były przekazywane z pokolenia na pokolenie przez stulecia, one teraz ulatują, znikają. A jest to bardzo ważna część naszej tradycji. One określają bardzo często, skąd jesteśmy. Nawiązują do historii miejsca, w którym mieszkamy. Jeżeli mieszkamy gdzieś po którymś już pokoleniu, jesteśmy stamtąd. Jeżeli jesteśmy emigrantami, czyli przenosimy się z miejscowości do miejscowości, jest to może mniej istotne i mniej dotkliwe w pierwszym odruchu, że nie mamy tej przeszłości liczonej w stuleciach. Ale jeśli jesteśmy skądś, to jest bardzo ważne, bo to jest ten element, który nas wyróżnia w cywilizacji globalnej wioski.
Bo globalizacja ma swoje zalety, ale ma też wady. Wadą jest taka ujednolicenie, że wszyscy jesteśmy jak z amerykańskiego filmu. Otóż nie jesteśmy. Legenda o tym przypomina. Drobiazg wydawałoby się, ale ona przypomina, że my jesteśmy z jakiegoś miejsca, które ma jakąś historię. Tam jest przeszłość. Ja mogę długo na ten temat.
[01:53:05] - Bardzo proszę. Natomiast jako człowiek do bólu dociekliwy zapytam: jakie będą wymierne przejawy tego zainteresowania? Czy będą powstawały następne tomy związane z naszym miejscem, z naszą okolicą, w jakiś sposób zapisujące te opowieści z dawnych czasów, przechowujące je w formie pisanej? Jakie są plany?
[01:53:33] - Tak, ale jednocześnie sam projekt Legendaria jest szerzej zakrojony. Otóż on łączy kilka elementów. Po pierwsze wydawanie książek dotyczących legend. Na razie są to moje prace literackie, ale zakładamy rozszerzenie oczywiście tej oferty. Chodzi też o prace popularyzatorskie, może nawet popularnonaukowe dotyczące tej sfery. Co jest istotne, pozyskujemy środki w różny sposób na wydawanie tych książek i połowa nakładu jest przekazywana bezpłatnie do bibliotek po to, aby te już literacko obrobione przekazy, potraktowane nieco twórczo, autorsko, ale jednak zachowujące jądro, które ma setki lat, rzeczywiście poszły w lud. W bibliotekach one będą wielokrotnie, już są wielokrotnie wypożyczane. Ta informacja przechodzi do dużej grupy osób. Inaczej niż kiedy książka jest kupiona. Oczywiście drugą część nakładu sprzedajemy po to, aby pozyskiwać środki znowuż na wydanie następnego nakładu.
Takie perpetuum mobile w pewnym momencie z tego się tworzy. Druga część to są prelekcje. Też oczywiście bezpłatnie to wszystko się dzieje. Prelekcje w bibliotekach, w ośrodkach kultury, dla grup zorganizowanych prowadzone. One są prowadzone od kwietnia ubiegłego roku bardzo konsekwentnie. Praktycznie raz, dwa razy w miesiącu taka prelekcja się odbywa. Oczywiście to akurat w wymiarze lokalnym, czyli sama Bydgoszcz jest tu najbardziej uprzywilejowana, ale wynika to właśnie z naszej działalności, z tego, że tu jest nasza siedziba, siedziba fundacji, że tutaj działamy najaktywniej. To samo dotyczy skupienia się na lokalnych legendach. Choć „Łzy Goplany”, pierwsza książka, tutaj kluczowe inne. Są to opowiadania na motywach polskich legend o syrenach, pannach wodnych i wodnikach, czyli wszelkiego rodzaju stworach z demonologii ludowej związanych z wodą.
I to jest 12 miejsc w Polsce, 12 opowiadań, które napisałem właśnie na podstawie oryginalnych legend, często już zapomnianych. Niektóre wydobywałem, gdzieś znajdowałem je zapisane w starych opracowaniach etnograficznych i konfrontując ze świadomością społeczną w danych miejscach okazywało się, że nikt ich nie pamięta. Ich już nie ma. Teraz odżyły. Mam nadzieję, że będą dalej funkcjonować.
[01:56:37] - Skoro o tym wątku legendarnym mówimy, to jest jeszcze coś, bo funkcjonuje w Bydgoszczy cały Dom Legend związany z fundacją, o której mówisz. Pochwal się, co to za miejsce tajemnicze.
[01:56:56] - Dom Legend w Bydgoszczy, tak nazwaliśmy tą placówkę. Jest to oficjalnie instytucja kultury. Każdy, kto chciałby sprawdzić, co oferujemy, jakie spotkania się tam odbywają.
[01:57:11] - Ja ci przerwę. Zapytam, co wy się tam zbieracie i opowiadacie sobie legendy, czy to troszeczkę inną formułę ma?
[01:57:18] - Otóż inną. Mamy ambicje działać kulturotwórczo. W związku z tym są tam spotkania, na razie w środy, w każdą środę. Spotkania dotyczące jakichś obszarów kultury. Działamy też edukacyjnie, ale staramy się skupić na specyficznym obszarze, czyli kulturze powszedniej, jak ja to określam. Niekoniecznie sięgamy po bardzo znanych twórców, po bardzo znanych artystów z różnych dziedzin sztuki, co jest ważne. Nie. Staramy się popierać debiutantów, tych, którzy zaczynają albo są mniej znani, bo są nieźli, ale nie mają siły przebicia. Staramy się wspierać ten obszar. To są artyści różnych dyscyplin, bo to literatura, ale też i malarstwo, fotografia, muzyka.
[01:58:23] - Ponieważ dzisiaj dużo nawiązujemy do poprzedniej audycji ABW, to musi paść z mojej strony takie pytanie. Jako doświadczony pisarz jak oceniasz polski rynek wydawniczy? Myśmy o tym mówili w ostatniej audycji, że to jest temat nieprzyjemny tak naprawdę. Szukałem słowa, więc je w końcu znalazłem. Nieprzyjemny dlatego, że on zdziczał. Co tak naprawdę odbija się na pisarzach, na ludziach piszących, którzy szukają swojego miejsca na literackim rynku i nie ze swojej winy nie znajdują go. Są to czasami bardzo zdolni ludzie, z którymi chociażby w ABW mamy do czynienia i żeby oni się chociaż dowiadywali tego, że nie mają talentu i w ogóle powinni się zająć obieraniem kartofli albo jakąś inną bardzo pożyteczną pracą. Nie. Kiedyś było tak, że tego by się dowiedzieli. „Nie, dziękujemy, nie ma pan tego czegoś, tej iskry.
Może niech pan poćwiczy. Może za kilka lat”. Dzisiaj nawet tego nie są w stanie się dowiedzieć. Rynek wydawniczy, rynek wydawnictw po prostu zdziczał. To jest moja teza, a ja teraz ciebie pytam, jakie są twoje obserwacje?
[01:59:50] - Mam wrażenie, że on się skomercjalizował w sposób groteskowy. Ja jestem z racji wieku i różnych doświadczeń wychowany na kontakcie pisarza z redaktorem odpowiedzialnym w wydawnictwie. W każdym wydawnictwie niegdyś był redaktor odpowiedzialny właśnie za kontakty z autorami, z potencjalnymi autorami. I on po prostu to, co przesłano do wydawnictwa, czytał i opiniował. I autor mógł otrzymać informację zwrotnie. To znaczy zawsze dostawał, co jest bardzo ważne. Jeżeli dana książka nie pozostawała w obszarze zainteresowania wydawnictwa ze względu na profil, to się dowiedział tego. Jeżeli książka była interesująca i rozważano wydanie tej książki, on się tego dowiedział. A jeżeli książka została przez redaktora odpowiedzialnego uznana za jeszcze zbyt wcześnie na publikację, bardzo często takie sformułowania się pojawiały, to autor też się o tym dowiadywał. Obecnie jest to niewykonalne.
Co się zmieniło? Otóż zmieniło się to, że właściwie mamy do czynienia w tej chwili z wydawnictwami traktującymi książkę jako produkt. Książka po prostu to jest produkt taki sam jak wytwory z syntetyku służące nam do pracy w kuchni. To jest produkt. W związku z czym również decyzje o tym, czy dana książka kwalifikuje się, czy nie do publikacji, podejmowane są na innej zasadzie. To już nie jest ważne, czy to jest ciekawe, czy to jest w jakiś sposób interesujące, w jakiś sposób odmienne od dotychczasowej oferty. Nawet taka odmienność to jest dziś chyba-
[02:01:55] - Źle widziana.
[02:01:56] - Tak, to jest wada. Otóż decydują słupki. Słupki wskazujące prawdopodobieństwo sprzedaży danego tytułu. A w jaki sposób te słupki są konstruowane? Te skale, te wyznaczniki. Otóż one są konstruowane z zasady na wzornikach z kręgu anglosaskiego. Tak naprawdę ze Stanów Zjednoczonych. Bo tak się złożyło, że my przyjęliśmy ze Stanów Zjednoczonych, jeśli chodzi o rynek księgarski, wszystko to, co tam najgorsze. Bo tam jest wszystko. Tam jest dobre i złe, a my przyjęliśmy to, co złe.
[02:02:37] - W dodatku przerwę ci. O tyle jest to zabawne, że na rynku języka angielskiego na świecie, który jest ogromny, obejmuje wiele krajów i to są naprawdę gigantyczne ilości potencjalnych odbiorców. Tam można sobie pozwolić na to, żeby się różne, nawet kiksy, takie formalne zdarzały, żeby toczyły ten rynek różne zjawiska, czasami niepozytywne. Na tak małym językowym rynku, jakim jest rynek polski, dominacja pewnego sposobu zachowania, jaki prezentują wydawnictwa, jest niestety niszcząca dla tego rynku. I myśmy wzięli mało potencjalnych odbiorców. Język polski to jest tylu, ilu naszych rodaków w Polsce plus częściowo emigracja. Ale to nie jest naprawdę potężny rynek. Stąd też mamy znacznie mniej pisarzy żyjących z pisania. To już jest inne zagadnienie, ale wciąłem ci oczywiście twoją wypowiedź, więc kontynuuj.
[02:03:45] - Ale ją twórczo rozwinąłeś. Bo mówimy właśnie o takim zjawisku, które sprawia, że rynek książki nie jest już ani rynkiem czytelnika, ani rynkiem autorów. Jest rynkiem wydawców, którzy są producentami. Bo to już nie jest rynek wydawców. To już są producenci książek. I na tym polega paradoks tej niezdrowej sytuacji, gdzie powstaje coraz więcej małych wydawnictw, malutkich wydawnictw książkowych i powstaje coraz więcej malutkich księgarni internetowych, które obsługują ten rynek. A jednocześnie istnieje kolos, można powiedzieć koncern, jak na warunki polskie, który jest samowystarczalny, bo ma sieć salonów sprzedaży, ma największą w Polsce księgarnię wysyłkową i jednocześnie ma największe wydawnictwo w Polsce, składające się z kilkunastu wydawnictw profilowanych. I to są dwa światy, które żyją w tej samej rzeczywistości, a jakoś tak oddzielnie.
[02:05:03] - Co więcej, ten koncern, jak to nazwałeś, jest w stanie sprzedać właściwie wszystko. To może być, użyję świadomie, to może być produkt książkopodobny, który właściwie nic ze sobą nie niesie albo niesie bardzo niewiele, a mimo wszystko zostanie sprzedany i to w wielkim nakładzie. Natomiast całkiem wartościowe książki, które się nie załapały na słupki, nie załapały się na tą sztancę, która jest stosowana, one niestety są skazane na życie w takim, trudno nazwać drugim obiegiem, ale w takim innym obiegu, może ciekawym. To może jest taka wskazówka dla ludzi szukających książek bardzo ciekawych, takich niesztampowych, że właśnie te małe księgarnie internetowe to są czasami miejsca, gdzie warto poszperać. I my nie mówimy tego, ja nie prowokuję tej dyskusji po to, żebyśmy się tutaj teraz wszyscy użalali, jak to jest źle, a jak było kiedyś dobrze. Mówię o tym dlatego, żeby zwrócić uwagę, że my oczywiście możemy zachwycać się okładkami książek, których jest cała masa w różnych księgarniach, tych właśnie ogromnych. I to jest oczywiście budujący widok i to jest w sumie też fajne. Natomiast nie warto patrzeć jednostronnie, zachwycać się tym, że jest tyle fajnych kolorowych okładek. Może czasem właśnie warto do tych małych wydawnictw sięgnąć, bo one z całą pewnością zaproponują nam coś, co nie wyszło spod sztancy. Czasami człowiek ma ochotę przeczytać coś właśnie takiego niebanalnego, innego, a później wrócić na przykład do tej sztancy.
Tak zostańmy przy tej nomenklaturze. Wiktor się wyrywa. Słuchamy.
[02:06:56] - Nie, uśmiecham się tylko, bo dziwnie mi się to, jak rozważacie te losy książki, to mi się dziwnie mój ulubiony temat postrzega, bo od pewnego czasu zacząłem z dużą sympatią postrzegać coś, co dla tej państwowości i dla tej narodowości, że tak powiem, jest wrogiem naturalnym. Szarą strefę. Ja ją zaczynam postrzegać z ogromną sympatią. Dlaczego? Otóż ja mogę oczywiście tak, jak wy mówicie o kolorowych książkach, stanąć przed witryną jakiegoś tam kiosku czy coś takiego i podziwiać te obrzydzające mnie palenie, te paczki z papierosami. Nie muszę tego robić.
[02:07:47] - Wystarczy jeden telefon do operatywnego człowieka i on w pół godziny dostarcza mi do domu paczkę najlepszego na świecie tytoniu, z którego sam sobie osobiście mogę zrobić skręty bez obrzydzania, z kulturą, z elegancją, ze smakiem i z zapachem.
[02:08:07] - Ale już wiesz, że właśnie w tej chwili z jakiejś policyjnej jednostki wyjeżdżają samochody, żeby cię zaaresztować.
[02:08:13] - No i chwała Bogu, będę uciekał. Chociaż akurat mam-
[02:08:17] - Padło słowo „skręt”, a ono już zostało wkręcone w system przekazywania danych systemu Echelon, który śledzi nas wszystkich na całym świecie i zostałeś już sklasyfikowany jako potencjalny handlarz środkami bardzo niedozwolonymi.
[02:08:35] - Tak jest.
[02:08:37] - Dla wyjaśnienia chodzi o zwykły tytoń. A skręt to jest takie stare słowo jeszcze zanim zaczęto skręcać niedozwolone substancje, środki.
[02:08:51] - Ważny wątek poruszyłeś z tym systemem Echelon, a mianowicie dotykamy teorii spiskowych. My sobie w pewnym momencie tej audycji przemknęliśmy dosyć szybko nad tymi książkami niebeletrystycznymi twoimi. A przecież to jest ważna część twojego życia i to życia pisarskiego, bo przecież publikujesz masę artykułów związanych z, szukam dobrego słowa, niesamowitościami.
[02:09:22] - To są pogranicza nauki.
[02:09:25] - Tak, miałem dodać. Niesamowitościami, ale jednak szukasz w tych niesamowitościach może mniej duchów i upiorów, bardziej takich rzeczy związanych z kryptozoologią, związanych właśnie z nauką i z pewnymi obrzeżami tej nauki. I tego jest, gdyby tak prześledzić twoją publicystykę publikowaną czy to w „Nieznanym Świecie”, czy w innych periodykach, które się ukazują, „Czwartym Wymiarze”, czy też właśnie książki, które piszesz, to tego by się zebrało wiele tomów poza tymi, które wydałeś. Z tych samych artykułów powstałaby cała masa tego. Co cię najbardziej interesuje? Teorie spiskowe czy coś innego?
[02:10:13] - Jeśli chodzi o teorie spiskowe, to ja na ten temat pisałem jako publicysta, analizując, czymże one są. W związku z czym same teorie spiskowe, mam do nich duży dystans. Za to są pewne przejawy naszej rzeczywistości, które są wspaniałą pożywką dla teorii spiskowych, a wspomniany system Echelon szczególnie. Choć, mili państwo, są pewne fakty, z którymi trudno dyskutować, a tymi faktami jest opieka państw i służb nad nami. Oni nas chronią, oni dla naszego dobra nas podsłuchują, podglądają automatycznie. Na tym polega cały problem, że pewne klucze, słowa klucze, o których wspomnieliśmy tutaj przy okazji słowa „skręt”, są typowane i zbierane i w pewnym momencie mogą zostać wykorzystane. Tak działają dziś służby wywiadowcze, po prostu.
[02:11:19] - Przypomnę ostatnią chyba audycję, gdzie zacytowałem jakiś felieton z amerykańskiego życia współczesnego, gdzie systemy segregujące, że tak powiem, wnioski o udzielenie grantów na prace naukowe naukowców zalecają niestosowanie określonych. Tych słów jest sporo. One są zupełnie normalne, tak jak skręt czy jak miłość albo nienawiść, że tak powiem. Nie należy ich używać. Jeśli je użyjesz w podaniu o grant, to po prostu nie dostaniesz grantu od państwa, od systemu na badania naukowe.
[02:12:07] - Ja zwrócę uwagę, że myśmy to już przerabiali, bo przypomnę, że jakiś czas temu, żeby napisać dobrze maturę, trzeba było z kolei użyć określonych słów, a jak się ich nie użyło, to się matury-
[02:12:22] - Socjalizm, partia, ojczyzna.
[02:12:25] - Nie sięgaj za daleko. Nie, mówię w mniej odległych czasach, w naszych już takich podobno cywilizowanych. Maturę, jeśli nie napisałeś według klucza tej matury, to była bardzo słaba matura. Czasami się nawet kończyło niezaliczeniem tej matury, bo nie było tyle procent, ile trzeba. To się podobno już lekko w tej chwili zluzowało, ale dochodziło do takich paradoksów, że bardzo znani pisarze czy poeci nie zdawali matury, pisząc na temat swojej własnej twórczości. Do tego dochodziło, ponieważ nie używali słów kluczy i całych sformułowań. To oczywiście jest pewien element, nazwijmy to zabawowy czy jakiś taki-
[02:13:10] - To jest horror, a nie zabawa.
[02:13:12] - Do ośmiania się. Ale w gruncie rzeczy chciałbym zwrócić, bo nie bez kozery zapytałem o te teorie spiskowe, czy się nimi interesujesz, bo chciałbym zwrócić uwagę, że teorie spiskowe mają to do siebie, że wszyscy traktują je dosyć lekko. Oczywiście jest ich tyle, że trudno wszystkie traktować poważnie. Natomiast my mamy jakiś taki naturalny mechanizm obronny w głowach swoich, że jak słyszymy „teoria spiskowa” albo coś takiego niesamowitego typu system Echelon, kontrolowanie naszych maili, kontrolowanie naszych wypowiedzi, to mówimy sobie
[02:13:50] - Ale to nas nie dotyczy. Przecież gdzie tam. Być może to jest dobre, w ten sposób się bronimy przed kompletną paranoją, ale być może takie dobre z kolei jednak nie jest, ponieważ my mamy tendencję do lekceważenia rzeczy, które same się nam cisną przed oczy. I właściwie gdyby wyciągać proste wnioski z pewnych faktów, to należałoby już dzisiaj odciąć rządy od informacji o nas. Tymczasem my tego nie robimy. My spokojnie udostępniamy wiadomości o sobie, czy to w sieci, czy w innych miejscach, zupełnie się tym nie przejmując, bo przecież nie zrobią nam krzywdy. To jest takie patrzenie w przyszłość z optymizmem stosunkowo bliskim, bo dlaczego mamy się ciągle martwić, ale z drugiej strony takie radosne i beztroskie. I to chyba nie jest dobry prognostyk.
[02:14:41] - Ja zwrócę uwagę, że odcinanie się od teorii spiskowych to fakt, my to uwielbiamy. Natomiast nie wylewanie dziecka z kąpielą. Otóż jeżeli ja widzę garnitur, który mi krawiec przysłał, akurat świetnie na mnie leży. Wspaniały garnitur. Och, jaki mięciutki! Czy naprawdę nie ciekawi mnie to, dlaczego on jest taki mięciutki i co ma pod podszewką? Oczywiście ja mogę to pominąć. Natomiast wiedza na ten temat, czy tam przypadkiem nie zostało napakowane futro z norki albo włosy z obozu żydowskiej zagłady. To proszę bardzo, ja powinienem wiedzieć o tym, co jest również pod podszewką polityki, pod podszewką kultury, etyki, wszystkiego.
[02:15:47] - A z drugiej strony powiem ci, że miałem taki moment, że czułem się osobiście zawiedziony, niedoceniony i w ogóle zlekceważony, kiedy bawiłem się ze swoim kolegą w wymienianie maili, w których zawieraliśmy słowa o bombach, zamachach. Nic to nie dało. Doszliśmy do wniosku, że ponieważ robimy to po polsku, to ten system nie działa. Zaczęliśmy pisać po angielsku. Nic. Żadna służba się nami nie zainteresowała. Widać po prostu wyjątkowo niewiarygodnie wypadliśmy dla systemu. Nawet Echelon nas zlekceważył.
[02:16:24] - Chyba że ta służba jest tak dobrą służbą, że nie zauważyłeś tego nawet sobie.
[02:16:31] - No chyba że. To też dobre. I w ten sposób, proszę państwa, rodzi się zaczyn pod nową powieść, tym razem sensacyjną. Okej, ponieważ mówiliśmy o małych księgarniach, o małym ruchu wydawniczym, ja bym cię chciał, Tadeuszu, namówić, żebyś powiedział naszym słuchaczom, gdzie książki, o których dzisiaj rozmawiamy, czyli na przykład książka ostatnia „Młode”, czy też jej poprzedniczka „Miłość”, czy też książka „Bydgostia”, czyli legendy związane z Bydgoszczą. Może nie wszystkich to w Polsce będzie interesować, chociaż ciekawe akurat. Czy też ten zbiór zatytułowany „Łzy Goplany”. Gdzie to wszystko można kupić?
[02:17:19] - No więc „Miłość”, ponieważ została wydana przez relatywnie duże wydawnictwo, ona jest w normalnym, oficjalnym obiegu tych koncernów, które zajmują się sprzedawaniem i wydawaniem książek. Także ona jest oczywiście wszędzie dostępna. Za to „Młode” i „Bydgostia”, ponieważ zostały już wydane przez małe wydawnictwo, trzeba ich poszukać. Oczywiście Facebook tutaj jest tym miejscem, które łączy wszystkich twórców i wszystkie małe księgarnie.
[02:18:00] - A co wpisujemy na Facebook?
[02:18:01] - Strona.
[02:18:02] - I wszystkie agencje szpiegowskie również.
[02:18:06] - Ależ oczywiście, oni muszą nas nadzorować. Podejrzewam, że nas nadzorują cały czas. Wrzucamy po prostu „Młode powieść” i trafiamy na stronę, która poinformuje nas, gdzie można „Młode” nabyć, czy to wysyłkowo, czy też lokalnie, nazwijmy to, w jakimś miejscu.
[02:18:31] - Czy na stronie fundacji?
[02:18:33] - Również na stronie fundacji, czyli Fundacja Nasza Tradycja Nasza Przyszłość. Jak wrzucimy Fundacja Nasza Tradycja Nasza Przyszłość, również tę informację uzyskamy. Jest to taki bezpośredni kontakt, który umożliwia nie tylko systemowi Echelon nadzorować nasze działania, ale również nawiązywać kontakty z jakimś tam miliardem bodajże obywateli kuli ziemskiej, którzy korzystają z Facebooka.
[02:18:59] - To plany macie ambitne, to przyznaję. Rzeczywiście budzi szacunek. Zapytam jednak o coś takiego. Chciałbym wrócić do wątku pisarskiego. Gościmy pisarza, to grzech byłoby nie pytać o takie rzeczy. Jak ty się zachowujesz, kiedy już ukończysz swoje dzieło? Mówimy o tym pierwszym etapie. Właśnie minął ten miesiąc, w którym ostro pisałeś, powiedzmy trzy miesiące, czy nawet pół roku, ile potrzebujesz. Skończyłeś. Wiesz, że to dzieło jest jeszcze niedoskonałe, że jeszcze masa pracy przed tobą.
Ale pytanie moje brzmi w ten sposób: a kiedy uruchamiasz ludzi, którzy czytają dla ciebie te pierwsze wersje? Czy w ogóle ich uruchamiasz, albo na którym etapie ich uruchamiasz? Tych pierwszych czytelników, tych, którzy ci mówią: „To jest świetne. A to ci się nie udało. Kiedy oni wchodzą do gry u ciebie?
[02:19:56] - Oni wchodzą relatywnie późno, dlatego, że ja już muszę być przekonany do tego tekstu. W związku z czym, kiedy mija ten okres radosnego tworzenia, wiem już, że napisałem powieść. Przeżywam krótkotrwały atak euforii.
[02:20:14] - Bo powieść jest genialna, jak zawsze po ukończeniu.
[02:20:16] - Jest to najlepsza powieść nie tylko moja, ale na świecie.
[02:20:19] - Tak jest.
[02:20:20] - I potem odczekuję tydzień, dwa, zależy, bo tutaj nie ma zasady, ale musi minąć nieco czasu, kiedy stwierdzam: teraz czas się za ten utwór zabrać i go ucywilizować, aby gdzieś potem to wydać. Bo jak ja już się tak napracowałem i napisałem najlepszą powieść na świecie, ona musi zostać wydana. I wtedy zaczynają się te schody, bo zaczynam redagować ten tekst i to trwa. Tutaj nie ma zasady. To może trwać dwa, trzy miesiące, to może trwać dwa, trzy lata. Naprawdę żadnej zasady. Efekt musi być taki, że ja już się czuję bezpiecznie z tym tekstem. On już nie jest najlepszą powieścią na świecie, ale taką na tyle niezłą, że jestem w stanie podjąć konfrontację z czytelnikiem. Wtedy pojawiają się jakieś osoby, do których mam zaufanie i im ten tekst powierzam po to właśnie, aby mnie potraktowały źle, czyli wyszukały te negatywy. Bo to jest już ten moment, kiedy ja nie oczekuję pochwał, bo ja już to przerobiłem, ja już się pozachwycałem i tak dalej.
Teraz ja oczekuję wskazania moich wpadek, wskazania jakichś niekonsekwencji, wskazania jakichś elementów, które sprawiają, że to już na pewno nie jest najlepsza powieść na świecie.
[02:22:00] - Częściowo odpowiedziałeś, ale dopytam jeszcze. Jakiego rodzaju uwag oczekujesz po czytelnikach? Przecież oczywiście nie pytasz ich o przecinki czy o łączniki. Jakich uwag oczekujesz dotyczących warsztatu czy też dotyczących sytuacji, fabuły? Co cię najbardziej interesuje? Jakie są dla ciebie te uwagi najbardziej cenne?
[02:22:26] - Tutaj chodzi o to, że ktoś z zewnątrz dostrzeże takie momenty w tej opowieści czy w zachowaniach postaci, które są po pierwsze niekonsekwentne w stosunku do całej fabuły, a mi jakoś umknęły. Po drugie, to jest też mile widziane przeze mnie, wskażą takie miejsca lub postaci, gdzie uważają, że tu powinno się jeszcze to rozwinąć, bo to jest coś atrakcyjnego, coś, co rokuje dobrze, ale tego jest za mało. W ten sposób na przykład w „Młodych” jest taka postać, trzeci król, niejaki pan Roman Pasternak, alkoholik po przejściach. Jednocześnie z bardzo ciekawym życiorysem, niebanalnym, która właśnie w ten sposób się rozwinęła.
[02:23:24] - Wyewoluowała.
[02:23:26] - Tak, bo na początku był to naprawdę istotny dla przebiegu zdarzeń, ale generalnie mało ważny epizod. A ta postać awansowała. Nie będę rozwijał tego wątku.
[02:23:43] - Jasne.
[02:23:44] - Bo to proponuję przeczytać. Naprawdę, proszę państwa, ciekawa powieść.
[02:23:50] - Ja powiem tak, ja jeszcze oczywiście muszę o jedną rzecz dotyczącą tych uwag dopytać. Tak typowo dziennikarsko. Jaka była uwaga, jeśli pamiętasz oczywiście, która cię najbardziej zaskoczyła spośród tych uwag, które otrzymywałeś przy kolejnych powieściach? Taka, której się nie spodziewałeś. Taki cios między oczy po prostu, którym byłeś zszokowany, że coś takiego w ogóle cię spotkało. Na przykład tak szyję w tej chwili wyszukuję, ale czy na przykład coś, co uważałeś za świetne, zostało skrytykowane i uzasadniona ta krytyka była? Bo skrytykować można wszystko, powiedzieć autorowi: „Nie podoba mi się”. Czy są jakieś takie uwagi, czy to jest pytanie bez sensu? Bo tych uwag jest tyle, że właściwie się nie zapamiętuje jakichś specyficznych.
[02:24:49] - Właśnie. I teraz mam problem, bo chyba położę to twoje pytanie, bo kłaść.
[02:24:54] - Nie ma sprawy.
[02:24:56] - Rzeczywiście nie pamiętam takiej uwagi, która mnie rzeczywiście zaskoczyła, w jakiś sposób zadziwiła. Nie, ja pewnych uwag nawet się spodziewam, ale chcę się utwierdzić w tym swoim przekonaniu, że tu zmień.
[02:25:11] - W gruncie rzeczy to nie położyłeś mojego pytania, bo ja chciałem, żeby to wybrzmiało. Adresuję to do wszystkich piszących i szczególnie do ludzi młodych, że to nie jest tak, że te uwagi, które ci pierwsi czytający wygłaszają, to są takie uwagi, które na przykład załatwią danemu autorowi powieść do końca, że on po prostu wyjdzie zdruzgotany. Nie po to są te uwagi wygłaszane, żeby tę powieść w jakiś sposób zdołować czy wdeptać w ziemię.
[02:25:44] - Albo żeby dać Nagrodę Nobla.
[02:25:45] - Albo żeby dać Nagrodę Nobla. Tylko po to, żeby ona się właśnie kręciła. Tadeusz mówi to już kilka razy o tym, że po prostu one usprawniają przebieg tej fabuły, zwracają uwagi na to, co nazwijmy mieliznami, a czasami mówią, że tu by się zamiast tej mielizny przydała jakaś głębia i tak dalej.
[02:26:10] - Diament nieoszlifowany. Warto go oszlifować. I nagle Pewien rozdział staje się rozdziałem wspaniałym, rzeczywiście ciągnącym tę fabułę w bardzo określonym kierunku. Ale ja mam jedną uwagę. Jeśli chodzi o osoby, którym powierzamy nasz jeszcze dość surowy utwór, to róbmy to bardzo rozsądnie. Dlaczego? Wybierajmy takie osoby, które są w jakiś sposób nam życzliwe, ale mają realne doświadczenie, przynajmniej czytelnicze. To nie musi być doświadczony redaktor literacki. Nie. Ale niech to będzie osoba, która przeczytała w swoim życiu parę tysięcy książek z różnych gatunków i jest tak zwanym wyrobionym czytelnikiem.
Wówczas ryzyko maleje.
[02:27:10] - Ten głos jest miarodajny w jakiś sposób.
[02:27:13] - Tak. Ta osoba jest w stanie rzeczywiście postrzec wady utworu. Bo jak to będzie nasz serdeczny przyjaciel czy nasza serdeczna przyjaciółka, która nam bardzo dobrze życzy i uważa, że grzechem było powiedzieć coś złego o tym tekście, to trafiliśmy kulą w płot, bo przecież nie o to chodzi.
[02:27:37] - Ja mam takie pytanie, bo tak jak patrzę na was, dwóch dziennikarzy, a ja dziennikarzem nie jestem. Marek, spróbowałeś zadać pytanie tak, jak przystało dziennikarzowi. Ja tylko pamiętam legendę dziennikarza Nina Fellahi. Otóż-
[02:27:57] - Oriane.
[02:27:57] - Oriane!
[02:27:59] - To już legenda, bo nie żyje.
[02:28:01] - Tak. W każdym razie dziennikarz powinien zadawać pytanie jak najbardziej celne. Ja lubię paradoksy. Spróbowałem wymyślić pytanie, które będzie jak najmniej celne, jak najmniej dotkliwe.
[02:28:16] - Zaczynam się bać. Na twoim miejscu, Tadeuszu, też.
[02:28:18] - Z najdalszej możliwej odległości, najmniej dotkliwe. Było jedno coś nieciekawe. Zadam pytanie: jak Tadeusz Ossowski jako pisarz może wytłumaczyć ten fenomen, że są ludzie, którzy piszą oraz ci, którzy nie piszą? Skąd się to bierze? Dlaczego niektórzy piszą, a inni nie piszą?
[02:28:49] - Pytanie. Ja myślę, że odpowiedź jest bardzo prosta. Jest taka grupa, niewielka, w każdej społeczności i te niewielkie grupy tworzą całą społeczność. To są ludzie, którzy mają talent i jednocześnie są zobligowani do tego, żeby z tego talentu korzystać. Jedni są pisarzami, inni są stolarzami, inni jeszcze są muzykami, jeszcze inni są piekarzami, jeszcze inni są cukiernikami. To są ludzie, którzy mają wybitny talent w bardzo wąskim zakresie i w tym bardzo wąskim zakresie są bardzo użyteczni społecznie i ich psim obowiązkiem jest ten talent realizować. Jeżeli tego nie robią, to są zakałą społeczną i w ogóle należy ich potępić. Na przykład cukiernika, który piecze fantastyczne ciasta, ale ponieważ obraził się na społeczeństwo, tego nie robi. Należy go potępić. To samo jest z pisarzem.
[02:29:59] - Chociaż powiem tak, że jak tak cię słuchałem, to trudno mi się z tym nie zgodzić, aczkolwiek znam pewnego pisarza, piszącego niezłe książki zresztą, ale oświadczył mi w pewnym momencie: „Stary, ja nie wiem, czy ja mam talent. Nawet wątpię, ale ja mam bardzo poważną motywację do pisania. Otóż nic tak nie działa na niektóre kobiety jak to, że jestem pisarzem. I w związku z tym ja piszę, ponieważ na tej aktywności życiowej najbardziej w życiu mi zależy. I ja jestem tak naprawdę pisarzem dlatego, że tę sferę sobie upodobałem”. Liczy się też w pisaniu pewna motywacja, dla której się pisze. To nie zawsze musi być ta motywacja, o której wspomniałem. Bywają inne, ale ona również ma jakieś znaczenie przypisane.
[02:30:53] - Literatura jako afrodyzjak. To jest bardzo ciekawa koncepcja.
[02:30:57] - Mam jeszcze jedną taką. Poszedłem tutaj, czekając na ciebie, kiedy Marek pojechał po naszego gościa, po Tadeusza. Ja sobie poszedłem do ostatniego miejsca przyjaznego w tym świecie dla mnie, czyli do kibla redakcyjnego, żeby się odpalić po prostu. I tam myślałem nad tym posłaniem pisarza. Nie wiem czemu. Bardzo mi się skojarzyło to z tym, co potem mówiłeś o psach. Do psa bardzo pasuje takie słowo jak „obszczymurek”. Chodzi i robi ślad. Czy przypadkiem my jako pisarze nie pełnimy też takiej funkcji? Zostawiamy jakiś swój ślad po prostu.
Tak jak ślad genetyczny zostawia, tak samo w kulturze zostawia się ślad. My po prostu piszemy książki, które są tym samym, co pies podniósł nogę, ale zostaje po nas jakiś ślad. Jest to możliwe.
[02:32:08] - Tak. Jest to na pewno jeden z argumentów, który możemy użyć, aby uprawdopodobnić w ogóle sens naszego istnienia jako pisarzy.
[02:32:19] - Właśnie. Bardzo dziękuję.
[02:32:20] - Bo tak naprawdę to ja nie wiem, czy my jesteśmy aż tak użyteczni społecznie, ale wydaje mi się, że tak. Ja tak zakładam, że jesteśmy użyteczni społecznie.
[02:32:33] - Zawsze to milej pomyśleć o sobie, że się do czegoś człowiek przydaje.
[02:32:36] - Może jeszcze na to wpadną w Polsce, bo gdzie indziej to być może chętniej, ale u nas żeby jeszcze wpadli na to. Od tych słupków.
[02:32:47] - To znaczy?
[02:32:47] - Że nie tylko książka, ale również pisarz istnieje.
[02:32:50] - Nie.
[02:32:50] - To posłannictwo zakładamy polskie. Zapomnisz o tym.
[02:32:54] - Myślę, że, Wiktorze, za dużo oczekujesz od naszej rzeczywistości. A już dostrzeganie pisarza, wybacz, liczy się produkt. A twórca tego produktu, powiem ci, że nawet dochodzi do tego, że w tej chwili wydawnictwa gotowe są wymyślać pewne cykle i oddawać je do pisania wielu autorom. To również funkcjonuje. Piszą pod jednym wspólnym pseudonimem. Bo jeśli to jest jeszcze tak, jak jest w przypadku bliskiego mi Pana Samochodzika, że każdy autor pisze swoje rzeczy pod swoim nazwiskiem albo pod swoim pseudonimem, to jeszcze jest okej. Natomiast zdarza się niestety tak, że pewne uniwersum pewnych bohaterów tworzy wiele osób, ale pod jednym nazwiskiem.
[02:33:48] - Nawet przeglądając jakieś czasopisma popularnonaukowe trafiłem nawet na takie wydawnictwa, w których czytałem nawet ciekawe artykuły. Żaden, ani jeden nie był podpisany nazwiskiem.
[02:34:06] - Tak, bo to też jest produkt już, ponieważ jakiś koncern medialny ma ileś tam czasopism, gazet i tak dalej, i jedną bazę, jedno archiwum. W związku z czym płacąc już jednorazowo za dany tekst nabywa praw do obracania tym tekstem w nieskończoność.
[02:34:29] - Czyli przecież żadna szklanka ani kubek w sklepie nie jest podpisany, nie?
[02:34:35] - Jesteś blisko, aczkolwiek ja nie wiem, jak to wygląda na gruncie prawa anglosaskiego. Natomiast w Polsce to wygląda tak, że pewne prawa są niezbywalne i jeśli nawet jakiś koncern, choćby był nie wiadomo jak wielki, napiszesz dla niego tekst, to choćby on ci za niego zapłacił raz, a później nie ma zamiaru tobie płacić, to i tak musi te teksty podpisywać twoim nazwiskiem. To są niezbywalne prawa do tego, że jak napisałeś tekst, to on twoim nazwiskiem musi być podpisany.
[02:35:09] - Chyba że podpiszesz umowę, która mówi inaczej.
[02:35:14] - Tak. Natomiast w świetle prawa nakłanianie do tego rodzaju działania, czyli wyzbywania się swojego nazwiska spod tekstu, gdzieś są na pograniczu prawa. Ale widzę w świetle tego, co obaj panowie mówicie, że to jest pewna tendencja właśnie do tekstu czy to dziennikarskiego, czy to nawet literackiego, pewnego produktu i w związku z tym produkt staje się anonimowy, tak jak przyrównałeś do kubków czy szklanek. Rzeczywiście tego rodzaju tendencja się pojawia. Smutne to, jakiś zły nastrój panowie wpędzacie.
[02:35:57] - O czymś miłym teraz.
[02:35:58] - O czymś miłym. Postanowiłem zapytać. Znowu pytanie jest dziennikarsko sztampowe, ale musi paść, bo by nam nasi słuchacze nie wybaczyli. Ponieważ jest powieść „Miłość”, jest powieść „Młode”. Coś je łączy. Tak wybrnijmy z tego.
[02:36:21] - Zwykle miłość i młode to się wiążą ze sobą.
[02:36:25] - Dobrze.
[02:36:26] - Często.
[02:36:27] - Oczywiście. Dobrze. Czy będzie kontynuacja? Bo żyjemy w świecie kontynuacji, ale tu pytanie jest o tyle bezpieczne, że jeśli nawet to będzie kontynuacja, to nie na zasadzie 121. tomu, tylko na zasadzie tego, że po prostu masz coś w głowie, co znowu zaowocuje jakąś tam powieścią. Znowu nie pejoratywnie, jakoś w sensie tego, że ona znowu będzie pewnym pomieszaniem gatunków, pewnym eksperymentem literackim. Czy coś takiego się kroi?
[02:37:00] - Kroi się. To, co będzie łączyć te powieści, to to, że tytuł również się zacznie na literę M, co jest oczywiste. Również będzie się to rozgrywać w realiach współczesnej Bydgoszczy i również niektóre postaci się pojawią, które znamy już i z „Miłości”, i z „Młodych”. Tyle że ja ten mój nieformalny cykl traktuję troszkę inaczej niż cykle się traktuje. Otóż to są powieści zawsze o czymś. Tak jak powieść „Miłość” jest o różnych formach miłości, tak powieść „Młode” jest o różnych formach relacji między rodzicami czy też opiekunami a potomstwem, a tymi młodymi właśnie. O wychowaniu, o takich kwestiach jak konsekwencje tego a nie innego sposobu wychowywania potomstwa, czy też młodych powierzonych do wychowania. Następna powieść, tu mogę zdradzić tytuł, bo tytuł jest. Ona się pisze. Z tym że ja nie mogę powiedzieć, kiedy się napisze.
[02:38:18] - To bym miał takie dobre następne pytanie.
[02:38:20] - To pech. Uprzedzam, niestety.
[02:38:23] - Zwróć uwagę, co powiedziałeś. Ja nie mogę, bo to jest jej sprawa, kiedy ona się napisze.
[02:38:31] - Bo to tak jest. Ona trochę się pisze sama. To prawda. Ja w pewnym momencie stwierdzę, że ona już jest dojrzała do tego, żeby się nią zacząć dzielić, ale jeszcze przed nami. Tytuł „Macocha” jest to określenie pejoratywne, mimo że jest to oczywiste. Bo to jest funkcja. Nie ma tej matki, jest teraz macocha.
[02:39:01] - W dodatku jak powiedziałeś to słowo, to pierwsze co mi się skojarzyło, że baśnie i macocha w baśniach pełni pewną określoną rolę zawsze.
[02:39:10] - Najczęściej jest wredna w baśniach. To jest charakterystyczne. Macocha będzie o pewnych wyobrażeniach i nieporozumieniach z tym związanych. Oczywiście śmiercionośnych w pewnym sensie, jeśli chodzi o konsekwencje. Ale nie będę uprzedzał faktów. Ta baśń jeszcze się pisze.
[02:39:33] - Wyobrażam sobie macochę, czyli tak samo jak teściowa mniej więcej.
[02:39:37] - Teść może. Będziesz jednak obrosła dowcipami. Macocha, macocha, wróciła na śmiałych. To dwie różne.
[02:39:49] - Ja myślę, że teraz jest dobry moment, zdecydowanie bardzo dobry moment, żeby posłuchać kolejnego, trzeciego fragmentu powieści „Młode” Tadeusza Olszowskiego. Marku, prosimy. A nie, jeszcze nie prosimy, bo jeszcze musi Wiktor powiedzieć.
[02:40:02] - Bo powiedziałeś, że teraz jest dobry moment. Ja po wysłuchaniu tych fragmentów uważam, że każdy moment jest dobry, żeby tej powieści posłuchać.
[02:40:12] - Każdy moment jest dobry pod warunkiem, że nie przerywa nam słowotoku. Dobrze Marku, prosimy o kolejny fragment.
[02:40:23] - Tadeusz Olszwski „Młode” fragment rozdziału 20: Odwrócił się do drzwi i resztka uśmiechu znikła. Do restauracji wszedł Malinowski w towarzystwie wysokiego, silnie zbudowanego 30-latka o krótko ostrzyżonych włosach, ubranego w kurtkę z czarnej skóry, białą koszulę, dżinsy i wojskowe buty. Jan uznał, że to ochroniarz polityka Mariana Malinowskiego, liczącego około 50 lat przywódcę organizacji prawicowej tak skrajnej, że przy niej „Wszech Polaków” można uznać za ugrupowanie centrowe. Malinowski kandydował nawet na prezydenta kraju. Co prawda zdobył niecały procent poparcia, ale cała Polska usłyszała o nim i jego partii. Wirski też. Polityk miał na sobie jak zwykle szary garnitur skrojony w stylu militarnym. Według Jana Malinowski nie mógł się zdecydować, czy stylizuje się na Piłsudskiego, Stalina, czy na Mao Tse-tunga. Z kolei mimika wodza najskrajniejszej prawicy przypominała tę Benito Mussoliniego, co nadawało groźnemu mężczyźnie groteskowego rysu. O przypadkowej obecności ultraprawicowca z ochroniarzem w tym miejscu nie było mowy.
Tego wieczoru do restauracji wchodziły tylko osoby z zaproszeniami, a więc ludzie, których obecność senator Wirski uznał za pożądaną. „Zygmunt dobiera sobie egzotycznych sprzymierzeńców” — pomyślał zaskoczony Jan. Jest tak zdesperowany, że zadaje się z nieobliczalnymi ludźmi jak Malinowski? Także przywódca skrajnej prawicy musiał mieć coś do ugrania z senatorem. Nie był z Bydgoszczy i na to spotkanie przejechał pół Polski. Wirski zaczął podejrzewać, że ma przed sobą wieczór przykrych niespodzianek, bo po tej z Malinowskim nastąpiła kolejna, bardziej nieprzyjemna. Do Kino Cafe wszedł Zygmunt ze swoim asystentem od noszenia teczki i ochroniarzem z państwowego przedziału. Ci ludzie byli tu jak najbardziej na miejscu. Co innego towarzyszka senatora. Była nią Zuzanna, pani doktorowa, jak kiedyś ochrzciła ją Baśka.
Jan kilka lat wcześniej był zauroczony panią doktorową. Założył nawet, że mają się ku sobie. Wirski szybko jednak poznał piękną Zuzę od takiej strony, że odechciało mu się amorów. Odtąd trzymał się z daleka od tej kobiety. Restaurator pomyślał z niepokojem, że skoro Zygmunt na tak ważne spotkanie przyprowadził Zuzannę, to oznacza, że jest z kobietą blisko i że mało o niej wie. „Kiedy oni się spikneli i gdzie?” — zastanawiał się Jan. Zygmunt od rozwodu z Mariolą, matką Justyny, nie był skory do romansowania. Przez te ponad 30 lat Jan zapamiętał dwie kobiety, z którymi jego brat przez niezbyt długi czas się spotykał. Senator Wirski nie był casanovą. Jasne więc, że to piękna pani doktorowa z rozmysłem zastawiła sidła na Zygmunta.
Tego wieczoru Zuzanna miała na sobie podkreślającą figurę jedwabną suknię w kolorze butelkowej zieleni. Oczywiście wyglądała jak bliźniacza siostra Marioli i Justyny, choć zważywszy upływ czasu jak ich starsza siostra. To zresztą mogło wyjaśniać, dlaczego Zygmunt akurat panią doktorową się zainteresował. Jan zresztą również, bo przecież kobiety o tak specyficznej urodzie silnie działały na jego zmysły. „Klątwa Wirskich?” — zadumał się Jan. On też przed laty zachwycił się Mariolą. Nie kochał jej, ale czuł do niej silny fizyczny pociąg, a Mariola te emocje odwzajemniała. Wybuchł między innymi romans gwałtowny, lecz krótki, co istotne, skutecznie utrzymany w tajemnicy. Jan pożądał ciała Marioli, ale nie jej serca czy duszy. Wirski uważał, że ta kobieta miała moralność marcowej kotki, więc nie brał relacji z nią na serio.
Zerwał z rudowłosą kochanką, gdy tylko zorientował się, że starszy brat ma wobec niej poważne zamiary. Bardzo poważne, bo Zygmunt oświadczył się Marioli. Po kilku miesiącach był ślub, a potem szybko urodziła się Justyna. Wszystko zostało w rodzinie – pomyślał ze smutkiem. Bracia Wirscy w tym samym czasie sypiali z rudą Mariolką. Biorąc to pod uwagę, Jan nawet rozważał, czy nie przeprowadzić testów DNA, by upewnić się, czyją właściwie córką jest Justyna. Tylko czy wynik badań genetycznych mógł komukolwiek wyjść na dobre? Po co komu ta wiedza? Jan powinien był przed laty uświadomić bratu, jaka jest Mariola, przeszkodzić w zawarciu małżeństwa. Ale wtedy byli z Zygmuntem skłóceni.
Ich życie płynęło dwoma odrębnymi nurtami. Dziś jednak sprawy mają się inaczej. A skoro Jan zawiódł w przypadku Marioli, to tym bardziej ma obowiązek ostrzec Zygmunta przed Zuzanną. Klątwa Wirskich – pomyślał. Bo jak skończyła Mariola, gdy Zygmunt rozwiódł się z nią po trzech latach małżeństwa? Zamordowana przez wariata. W tym samym typie fizycznym była też Danka, dawna wielka miłość Janka. I co stało się z Danką? Zginęła w wypadku samochodowym. Może więc to nie Zygmunt, ale Zuzanna jest zagrożona i dla swego dobra powinna trzymać się od Wirskich z daleka.
Nie, to Wirscy powinni unikać pani doktorowej jak zarazy – skonkludował restaurator. Fakt, Zuza była piękną kobietą i choć już w średnim wieku, to prawie 20 lat młodszą od Zygmunta. Miała jednak mroczne sekrety. Tajemnice niebezpieczne szczególnie dla senatora prawej strony sceny politycznej, gdzie ważne są kwestie obyczajowe. Ustalę, czy to początek znajomości, czy może już romans. Jakby z tym nie było, uświadomię Zygmunta co do jego flamy – podsumował Jan w myślach. Postanowił nie okazywać niepokoju. Jakby nigdy nic uśmiechnął się do brata. Potem ucałował smukłą dłoń Zuzanny z symulowanym szacunkiem. Rzucił kilka miłych słów, wskazując bratu stolik zarezerwowany dla niego i towarzyszących mu osób.
Kolejni goście docierali do Kino Cafe. Jan osobiście znał wiele z tych osób, ale nie zamierzał z każdą z nich rozmawiać. Postanowił usunąć się z sali restauracyjnej do czasu występu piosenkarki i seansu filmowego. Ruszył na zaplecze. W prowadzącym do biura wąskim korytarzu zderzył się z Justyną. „Wujek, czy my nie powinniśmy tam pojechać wcześniej? Przecież za dwie godziny będzie już ciemno. Pasternak mówił, że one właśnie po zmroku przychodzą do tej ruiny.” Bratanica zasypała Wirskiego gradem słów. Potrząsnął głową. Ogłuszyła go ta nagła fala dźwięków.
Minęły ze trzy sekundy, zanim zrozumiał, o co chodzi Justynie. Kobieta była podekscytowana, mówiła podniesionym głosem. Nie znalazła się przypadkowo w tym miejscu. Szukała Jana w biurze, o czym świadczyły otwarte drzwi do tego pomieszczenia. „Opanuj się, dziewczyno” – mruknął do bratanicy. „Mamy tylko podejrzenie, że w tramwajowni dzieje się coś nietypowego. Pamiętaj, że źródłem informacji jest menel, a menel to tylko menel. Może chciał nas naciągnąć na parę złotych, bo potrzebował na wódkę. Wyczuł, co chcemy usłyszeć i to nam powiedział. Trzymamy się planu, Justysiu.
Pojedziemy na miejsce o ustalonej porze. Przyszłaś tu z przyjaciółką, prawda? To porozmawiajcie. Posłuchajcie piosenek, film obejrzyjcie. Będzie miło.” „Chyba wrócę do domu” – odparła kobieta nerwowym tonem. „Nie mam nastroju do obcowania ze sztuką. Nosi mnie, wujek. A do tego z jednym politykiem, chyba faszystą, przyszedł młodszy brat męża Moniki. Mówiłam ci o nim, pamiętasz? Ten o dziwnym przezwisku, Górek.
Niedawno wyszedł z więzienia. Nieprzyjemny typ. Monika mówiła, że trochę boi się szwagra i że on chyba ją śledzi. Rozumiesz, wujek? Monika nie chce, żeby Górek za dużo wiedział, bo doniesie Cezaremu, a z Cezarym, chociaż jest w więzieniu, nigdy nie wiadomo. Ten Górek tylko wygląda na tępego osinka. Jest bardzo bystry. Cezary zgodnie z wyrokiem powinien odsiedzieć jeszcze dwa lata, ale ma dobrego adwokata, więc możliwe, że niedługo wyjdzie na zwolnienie warunkowe. Rozumiesz, wujek, że lepiej, jak nie będzie nic wiedział?” „O czym ty mówisz?” – zdziwił się Jan. „Czego nie wiedział?” Justyna spojrzała na niego niepewnie.
Zarumieniła się. Chyba zdała sobie sprawę, że powiedziała o kilka słów za dużo. Najwyraźniej chciała coś ukryć. „O co chodzi, Justysiu?” – naciskał Wirski, przyglądając się uważnie bratanicy. „O nic. Naprawdę o nic. Plota coś i sama nie wiem o czym” – odparła, unikając wzroku Jana. „Denerwuje mnie, że wciąż nie wiadomo, co z Weronką. Naprawdę, wujek, nie mam imprezowego nastroju. To na razie.
Przyjadę do ciebie, jak umówione.” Powiedziawszy to, minęła Wirskiego i szybkim krokiem ruszyła do sali restauracyjnej. Jan poczuł niepokój. Coś go poruszyło w wypowiedzi Justyny. Ale co? Obowiązki wzywały, więc nie zamierzał teraz tego roztrząsać. Poszedł w stronę przeciwną co bratanica, czyli do biura. „Za parę minut zaczynamy” – powiedział do Barbary siedzącej przy biurku nad rachunkami. „Powiem słowa wstępne, artystka zaśpiewa, potem puszczę film. Z tym że zaraz po projekcji jadę do domu, by się przygotować. Baśka, nie gniewasz się, że zostawiam cię z tym samą?
Ogarniesz wszystko?” „Pewnie, że ogarnę. Ale Janek, Justysia tu wpadła przed chwilą cała rozedrgana. Dziewczyna nie panuje nad sobą. Może wasza wyprawa to głupi pomysł? Policja nie znalazła Weronki, to wy tym bardziej. A jak wpakujecie się w jakieś gówno?” „Zawsze jest ryzyko” – przyznał Wirski. – „Nie mam złudzeń, że znajdziemy dzieciaka, ale tylko organizując zajęcia Justynie, a przy okazji i staremu Kruckiemu, mogę skanalizować ich emocje. Dzięki nocnej eskapadzie będą mieli wrażenie, że zrobili wszystko, co mogli, by ratować dziecko. Obiecuję ci, że nie dopuszczę do ryzykownej sytuacji. Po prostu przesiedzimy do rana pod tą ruderą.
Po nocy spędzonej w samochodzie towarzystwo będzie jak połamane. Najwyżej złapią katar. I tyle przygody.” „Dobry człowiek z ciebie, Janie Wirski” – mruknęła Barbara. „Jaki tam dobry. Kruckiego mam gdzieś. Martwię się tylko o Justynę. Bardzo ją ruszyło zaginięcie Weronki, co wiąże się z żałobą po Marcysi.” „To właśnie miałam na myśli i podtrzymuję, że masz dobre serce.” „Daj spokój, Baśka” – burknął. Spojrzał na zegarek. Była 18:00. Stwierdził, że czas zacząć artystyczną część imprezy.
Ruszył do wyjścia. W tej samej chwili w drzwiach pojawiła się piosenkarka. „Zaczynamy, pani Anno Mario?” – spytał. „Zaczynamy” – odparła. Wzięła głęboki oddech i ruszyła na salę. Wirski odświeżył w pamięci kilka zdań, jakie chciał wygłosić przed występem piosenkarki. Minął artystkę, która zatrzymała się przy barze, jakby to były kulisy profesjonalnej sceny. Czekała na swoją kolej. Jan wszedł do sali pełnej po brzegi. Ludzie, na których liczył senator Wirski, traktowali go poważnie.
Restaurator spojrzał w stronę stolika, który przeznaczył dla brata. Dołączył tam bliski znajomy senatora, prokurator Neumann z żoną. „Dobrze mieć kogoś w prokuraturze” – stwierdził Wirski w myślach. – „Nie wiadomo, kiedy ktoś taki się przyda, ale wiadomo, że się przyda, szczególnie gdy jest się kimś na świeczniku.” Jan spostrzegł, że Zuzanna uwodzi jego brata, a ten na to pozwala. Przytuliła się do Zygmunta, prowadząc z nim szeptem ożywioną rozmowę. Zaglądała przy tym starszemu Wirskiemu głęboko w oczy. Przymilnie się do niego uśmiechała. „Muszę porozmawiać z Zygmuntem, bo wpadnie przez Zuzannę w kłopoty” – stwierdził w myślach Jan. Tego wieczoru prezentował „Der blaue Engel”, czyli słynnego „Błękitnego Anioła”. Film z 1930 roku w reżyserii Josefa von Sternberga.
„Oby ta fabuła nie była prorocza w odniesieniu do Zygmunta” – pomyślał Jan. W filmie kreowana przez Marlenę Dietrich postać, artystka kabaretowa, kobieta zdeprawowana prawie jak Zuzanna, doprowadza do upadku zakochanego w niej dużo starszego mężczyznę, powszechnie szanowanego i o solidnej pozycji społecznej. Co prawda nie senatora, a profesora, lecz analogia była widoczna jak na dłoni. Dreszcz przebiegł Janowi po plecach. Nie był przesądny, ale widząc Mariana Malinowskiego w swojej restauracji, a kilka stolików dalej Zuzannę przy boku Zygmunta, przypomniał mu się dzwon Wołodyjowskiego, którego bicie słyszał przed godziną. Te dźwięki faktycznie brzmiały dla niego złowieszczo. Otrząsnął się z przykrych myśli. Wszedł na podium. Stanął przed mikrofonem umocowanym na statywie. Powitał gości.
Zwięźle przedstawił najważniejsze dokonania Marleny Dietrich oraz Anny Marii. Dał znak kelnerowi, a ten przygasił światła w sali. Jan zszedł z maleńkiej sceny. Wkroczyła na nią piosenkarka. Wirski włączył punktowy reflektor. Biały krąg wyciął w mroku postać Anny Marii. Popłynęła muzyka. Dołączył do niej śpiew. Wirski cofnął się do baru. Oparł o kontuar.
Miał coś na szybko do przemyślenia. To, co w mętnej wypowiedzi chciała ukryć przed nim Justyna i to, jak za kilka godzin zapanować nad bratanicą, która wydaje się być na skraju załamania nerwowego.
[02:55:36] - Dziękujemy. I tak powoli zbliżamy się do końca audycji, ale jeszcze dwa pytania mi zostały. Pierwsze z nich to takie, czy już zostaniesz w tej konwencji kryminalnej, jaką reprezentuje powieść „Miłość” i druga powieść „Młode”, czy też ciągnie cię też w inne obszary literackie? O legendach nie wspominam, bo to jest oczywiste, ale czy jakaś inna proza, nazwijmy ją gatunkowa, cię ciągnie? Może powrót do SF albo do jakiegoś fantasy, albo czy coś gdzieś tam? Ja wiem, że plany literackie mają to do siebie, że jedyną ich stałą cechą jest to, że się zmieniają. To oczywiste, ale czy gdzieś na horyzoncie dostrzegasz?
[02:56:29] - To znaczy tak, ja spróbuję to sam w tej chwili sobie uporządkować, bo pomysłów mam wiele i w wiele kierunków i stron świata literackiego, gatunków literackich mnie ciągnie. Więc na pewno będzie kontynuowany ten wątek, nazwijmy to tak, noir, czyli te powieści związane z tym światem specyficznym.
[02:56:57] - A najbliższa z nich to przypomnijmy „Macocha”.
[02:57:00] - Tak, ale jak odległa jeszcze nie wiemy. Ona jest najbliższa, ale nie wiemy, jak odległa.
[02:57:06] - Fantasy, a właściwie fantastyka historyczna, bo to jest najwłaściwsze określenie, nawiązująca do polskich legend. Oczywiście to też. Ale poza tym książki popularyzatorskie, bo w pewnym momencie przestałem nad nimi pracować, a jakiś czas temu wróciłem do tego. W związku z czym w tej chwili pracuję nad książką, która łączy te obszary, bo nawiązuje do legend, ale nawiązuje też do kryptozoologii, nawiązuje do zagadek historii. Myślę, że to będzie ciekawa propozycja z pogranicza. Książka publicystyczna, można by to określić, ciekawostkowa, momentami z zacięciem nawet fabularnym, czyli książki popularyzatorskie pisane przez pisarza. Jest kilka kierunków. Zawsze mam z tym problem, ponieważ wiem, że część czytelników woli pisarza bardzo wyrazistego gatunkowo, że on pisze kryminały i to jest dobre, bo on pisze kryminały. Ja mam taki temperament, niestety, że mnie rzuca w różne strony i co jakiś czas muszę napisać bardzo inną książkę.
[02:58:37] - Płodozmian, po prostu.
[02:58:38] - Tak.
[02:58:39] - Ewidentnie nie lubisz się nudzić, bo po pewnym czasie jednego gatunku następuje rodzaj, nazwijmy to znudzenia. Pewnego znudzenia, że jednak człowieka ciągnie w troszkę inną stronę.
[02:58:56] - Niekoniecznie, bo większość moich przyjaciół, jak jeździłem po świecie, to do jakiejkolwiek restauracji żeśmy nie weszli, to oni szukali i tak schabowego.
[02:59:08] - No cóż.
[02:59:09] - Czyli nie wszystkich tego. A dzisiaj to wszyscy na całym świecie szukają McDonalda.
[02:59:14] - To jest jeszcze troszkę inaczej, bo jak wy byliście gdzieś za granicą, to przez długi czas tego schabowego nie jedliście. Byliście tacy spragnieni.
[02:59:24] - Tak.
[02:59:24] - W Polsce jak wchodzisz, to ja nie wiem, czy każdy za schabowym tęskni, bo właściwie na każdym kroku on jest. Ale wróćmy do pytań i ostatnie, takie związane z audycją ABW. Jakbyś miał udzielić ważnych rad w telegraficznym skrócie dla początkujących pisarzy, to co byś powiedział?
[02:59:51] - Na pewno podstawowa kwestia, która zresztą dziś poruszona. Pisz o tym, na czym się znasz. To jest podstawowa kwestia. Jeżeli chcesz napisać powieść fantastycznonaukową, rozgrywającą się na odległych planetach, nawet wśród istot pozaziemskich, to i doświadczenia ze swojego życia, aby to, co tam się wydarzy na tym odległym świecie, było choć odrobinę prawdopodobne. Jeżeli opiszesz to w ten sposób, jest szansa, że czytelnicy to zaakceptują. Uznają, że to jest ciekawe, interesujące i prawdziwe, mimo że to są istoty, które mają ilość odnóży inną niż my i nieco inną hierarchię społeczną. Wyglądają inaczej, smakują inaczej, pachną inaczej. To jest podstawowa kwestia. Tak myślę. Całej reszty trzeba się uczyć.
I też nie można o tym zapomnieć, że trzeba się uczyć tego, co jest po radosnej twórczości. Czyli jest ta radość pisania. Skończyliśmy i teraz trzeba zabrać się za pracę, która sprawi, że ta książka będzie literaturą, bo na razie to jeszcze nie jest literaturą.
[03:01:20] - Ty jednak, tak sobie myślę, gdybyś miał rozważyć na jakiejś wadze, czego trzeba pisarzowi więcej: talentu czy pracy, to co byś powiedział?
[03:01:35] - Talent musi mieć.
[03:01:37] - To jest bez wątpienia. Dlatego powiedziałem: czego więcej?
[03:01:40] - Więcej pracy, bo talent się dostaje.
[03:01:44] - To było pytanie z tezą, przyznaję, ale chciałem, żeby to wypowiedział pisarz, który ma doświadczenie, żeby to padło.
[03:01:54] - Ja bym tu jeszcze dodał trzecią rzecz: dobra whisky albo papieros.
[03:02:00] - Co komu w duszy gra. Dla jednego to będzie-
[03:02:02] - Ja jeszcze dodam tę czwartą: szczęście, o którym też dziś mówiliśmy i przyda się.
[03:02:09] - Oczywiście jakaś używka. W twoim przypadku to nie jest whisky, tylko buchające dymem papierochy. Dla drugiego whisky, dla trzeciego piwo. Co tam komu w duszy gra. I jak będziesz szczęśliwy. Właśnie to też jest problem, bo czy pisarz powinien być szczęśliwy?
[03:02:27] - Czasem.
[03:02:28] - Czasem dobrze, jak jest, ale to nie może przejść w stan permanentny, bo się taki wyliniały kocur robi.
[03:02:35] - Szczęśliwość obezwładnia.
[03:02:37] - Szczęśliwość obezwładnia.
[03:02:39] - Bardzo dobrze. Piękne.
[03:02:40] - To nie jest budujący wniosek, bo może się okazać, że część potencjalnych pisarzy, którzy nas słuchają, wymiksuje się z interesu, bo dojdzie do wniosku, że lepiej prowadzić długie, szczęśliwe i może momentami nudne, ale za to spokojne życie, niż cierpieć i być pisarzem. Ale to już każdy-
[03:03:02] - Tu darwinizm wkracza. Słabe jednostki są eliminowane.
[03:03:07] - Każdy sobie musi na pytanie odpowiedzieć sam. No cóż, dziękuję naszemu gościowi za różne rady, za ciekawą opowieść o swojej twórczości, o twórczości w ogóle. Pięknie dziękujemy.
[03:03:25] - Ja dziękuję za zaproszenie.
[03:03:27] - Wspomnę tylko, że już za tydzień spotykamy się na ABW w kolejnej audycji. Znowu, jak zwykle będą ciekawe opowiadania, bo my nie nadajemy nieciekawych opowiadań. Są same ciekawe. Nie będę zdradzał za dużo, ale powiem to, co mówiłem już w poprzednim ABW, że pojawi się wyjaśnienie, skąd się wziął człowiek ze szpadlem. Ci, którzy słuchają, będą wiedzieli, o co chodzi. W każdym razie w opowiadaniu „Pewnego smętnego dnia” pojawił się człowiek ze szpadlem. W następnej audycji dowiemy się, skąd się wziął. A za dwa tygodnie w kolejnym odcinku „Bibliotekarium” — nie wiem, czy sobie państwo przypominacie — w swoim czasie zadzwonił słuchacz. Czy też może nie zadzwonił, a napisał na YouTubie, że chciałby, żeby w naszej audycji pojawił się autor, a konkretnie Sergiusz Piasecki. Zaproponował książkę „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”, niezwykle ciekawą, ale my oczywiście postanowiliśmy troszkę zmienić ten wybór.
Zdecydowaliśmy się na mniej znaną książkę Sergiusza Piaseckiego, a mianowicie „Siedem pigułek Lucyfera” z bardzo długaśnym podtytułem, którego dzisiaj nie zacytuję, bo mam go tak zapisany, że nie mogę odczytać. A tytuł liczy sobie sporo linijek, a na pewno go zacytujemy w następnym odcinku, bo też jest ciekawy ten podtytuł. Książka „Siedem pigułek Lucyfera”, tak jak powiedziałem, jest mniej znana, ale ciekawa, bo nawiązuje — przynajmniej tak twierdzą badacze literatury — zarówno do prozy Bułhakowa, jak i po części do prozy Orwella, a konkretnie do „Folwarku Zwierzęcego”. Czy tak jest rzeczywiście? To sobie o tym porozmawiamy. A o „Kochanku Wielkiej Niedźwiedzicy” i innych książkach Sergiusza Piaseckiego także nie zapomnimy wspomnieć. Jeszcze raz pięknie dziękujemy. I cóż, zapraszamy za tydzień i za dwa tygodnie. A teraz dobrej nocy państwu. Wszystkiego dobrego.
[03:05:51] - A mówili to byli państwa gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość specjalny Tadeusz Szubski. Dziękujemy bardzo, panowie.
[03:06:01] - Dobranoc.
[03:06:02] - Dobranoc.
[03:06:03] - Dobranoc. A audycję od strony technicznej jak zawsze obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie, tym razem w ABW, już za tydzień.
[03:07:02] - Catch her in the rye again. Won't let you get away from it. Just another day like today. You decide. If I don't have to then I'm fine. And I won't ask you at any time. Or long thereafter if we're cold outside. I'll be wrapped up into me. Na na na na na na na. Na na na na na na na.
Na na na na na na na. Na na na na na na na. Catch her in the rye again. Won't let you get away from it. Just another day When all is said and done We're not the only ones Who look at life this way That's what the young folks say And if they ever change As time went by the same But every time I see them Makes me wish I had a gun If I thought that I was crazy Well I guess I'd have more fun 'Cause what used to be is not there for me And all too far someone that's gone Insane like I do Na-na-na-na-na-na-na Na-na-na-na-na-na-na Na-na-na-na-na-na-na Na-na-na On an ordinary day Not in an ordinary way All at once the song I heard No longer would it play For anybody or anyone That needed comfort from somebody Needed comfort from someone Who cared to be Not like you and unlike me And then the voice just went away From me So that it set the wheels in motion To alter memories You were the instrument You were the one How about it, talk about it You gave that boy a gun You took our innocence Beyond our scams Sometimes we only think we've got it all When no one else is there Oh Oh Oh