[00:30] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy właśnie tutaj, właśnie teraz kolejny odcinek audycji, na którą czekają z wytęsknieniem głównie mole książkowe, ale nie tylko. Audycja Bibliotekarium, tym razem na żywo. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Dzisiaj po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz gość specjalny.
[01:04] - Dobry wieczór, dobry wieczór. Wypada gościa przedstawić. Jest z nami Marek Kazimierz Siwiec, poeta, ale też, co ważne, myślę, filozof, profesor Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, doktor habilitowany, więc jesteśmy w godnym towarzystwie. Ale co najważniejsze, to to, że przyjaciel i bliska osoba dla bohatera dzisiejszej audycji, czyli dla Krzysztofa Deredowskiego.
[01:42] - Jeszcze zanim przejdziemy do głównego bohatera dzisiejszej audycji, tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium. Audycja Bibliotekarium dzisiaj jest realizowana w całości na żywo. Raz jesteśmy na żywo, a raz z taśmy. Tak już bywa. Dzisiaj na żywo. Numery telefonów warto sobie zapisać już teraz. Linię telefoniczną będziemy otwierać jakoś tak po godzinie 21:00. Numery do nas to stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl.
Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także znaleźć na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”. A jeżeli ktoś woli, to może nam również wysyłać pytania, komentarze i oczywiście różne inne wiadomości związane dzisiaj z tematem audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Tradycyjnie teraz zakrzyknę: halo, halo, Bydgoszcz!
[03:08] - No to jesteśmy.
[03:09] - Jesteśmy.
[03:11] - No cóż, będziemy dzisiaj rozmawiać, tak jak już uprzedzaliśmy dwa tygodnie temu, o pisarzu, o którym ja zawsze mam problem, kiedy mówię, bo uważam, że to jest pisarz zasługujący na znacznie więcej, niż udało mu się za życia osiągnąć, zaistnieć. Bo osiągnął w sumie bardzo dużo. To była proza, którą czytało się z dużym zaangażowaniem, z dużym przeżyciem, ale niestety to nie był autor, który gdzieś tam na salonach brylował i wzorem wielu różnych popularnych autorów nie dostawał jakichś znaczących nagród Nike i tak dalej. Powiedział kiedyś, że nie zdążył, że po prostu nie zdążył. Zgadzam się z tym. Nie zdążył albo nie miał tyle parcia do tego. Zależało mu na tym, żeby tworzyć. To jest chyba najlepsza charakterystyka naszego dzisiejszego bohatera. On po prostu tworzył. Tworzył swoim życiem.
Tworzył prozę, która czytelników wciągała. O te wszystkie takie, nazwijmy to, ziemskie, przyziemne sprawy dbał chyba trochę mniej. Nie wiem, Marku, jak uważasz?
[04:32] - Przede wszystkim dobry wieczór państwu. Oby bardzo dobry. Tak, to bardzo istotna kwestia. Krzysztof, oczywiście to serdeczny przyjaciel. Znaliśmy się 40 lat. Teraz na jesieni właściwie stuknęła nam czterdziestka naszej przyjaźni. Ale wracając do pytania Marka. Rozwój Krzysztofa był, powiedziałbym, taki dosyć znaczący, ale w trudnych czasach, bo początki jego twórczości przypadły na koniec lat 70., na lata 80., czyli stan wojenny, czyli rozpad środowiska literackiego, konflikty, podziały, bardzo takie, powiedziałbym, sprawy ambasujące, ostre, wyraziste. Krzysztof angażował się bardzo mocno po stronie Solidarności. Był jednym z twórców NZS-u na ówczesnej uczelni Wyższej Szkole Pedagogicznej w Bydgoszczy.
Bardzo szybko zaczął pisać i jego pisanie, głównie były to szkice, recenzje, miało duży odbiór.
[05:51] - Powiem tak: zaczynał od wierszy. Był poetą na początku, tak jak ty jesteś również poetą. Zaczynał od poezji, natomiast proza pojawiła się później w takim literackim życiu. Dosyć stosunkowo późno, bo to była pierwsza połowa lat 90., kiedy ukazuje się jego pierwszy tom prozatorski. Wcześniej była poezja, wcześniej były tomy poezji.
[06:15] - Istotnie. Poezja była tutaj pierwszym słowem, można powiedzieć takim słowem pierwszorzędnym. Słowem o szczególnym znaczeniu. Słowem bardzo naładowanym sensem. Krzysztof przywiązywał ogromną wagę do poezji. Debiutował jako poeta wierszem. Później bardzo szybko ukazały się, jak na młodego człowieka, dwie jego książki poetyckie. Debiut właściwie był w Lublinie, w Wydawnictwie Lubelskim. Czasy były niełatwe, był rok 1985, a ukazała się książka „Czasowo nie ma wieczności” w Wydawnictwie Lubelskim. Krzysztof był trochę związany z tym środowiskiem lubelskim.
Później bardzo szybko ukazała się kolejna książka „Postaci i cienie” w Bydgoszczy. I te książki przyniosły spory rozgłos jak na owe czasy i miały taki, powiedziałbym, mocny wydźwięk. Ja o tym pisałem. W tych czasach losy toczyły się nasze paralelnie. Dwa słowa tylko. Jako solidarnościowcy na odstrzał, można powiedzieć, prowadziliśmy życie takich trochę wolnych duchów. Takie życie cygańskie. Krzysztof nie pracował z wyboru. Ja nie mogłem znaleźć pracy jako doktor filozofii. Nie było to możliwe.
I tak dalej. To bardzo nas zbliżało do siebie. Ale jeżeli chodzi właśnie o prozę. Tutaj Marku wspomniałeś o prozie. Ja uważam, że w poezji Krzysztofa, i o tym pisałem też w ostatnim szkicu, jest pewien program ukryty, bardzo ciekawy program twórczy. Takie, powiedziałbym, otworzenie horyzontów twórczości, w którym można odnaleźć formułę człowieka współczesnego. Człowieka współczesnego, który jest otwarty na różne stany. Na dziewczyny z małych miasteczek, a jednocześnie uczy się obcych języków, otwiera się na świat, myśli o horrorach XX wieku, musi nosić pasiak i tak dalej. To jest wiersz „Człowiek współczesny”. Przywołuję niektóre fragmenty.
Otóż sądzę właśnie, bo zastanawiałem się nad tym nie raz, że w poezji Krzysztofa jest taka formuła głębokiego, można by powiedzieć, otwarcia twórczego, które obejmuje także prozę, bo tam się pojawia idea człowieka współczesnego, który ma zwielokrotnioną osobowość. I właściwie później ta zwielokrotniona osobowość procentuje w prozie. Bohaterowie Krzysztofa pokazują właśnie te różne warianty, można by powiedzieć, osobowości twórczej. To są różne motywy, różne sposoby na życie. Krzysztof bardzo precyzyjnie opowiada, można powiedzieć, te sposoby bycia: chłód, wstyd, Plac Wolności, uciekinierzy, ludzie, którzy uciekają, ucieczka od życia jako pewien sposób na życie i tak dalej. Także ta proza się wyłaniała. Ale powiem coś jeszcze, jeżeli pozwolicie. Krzysztof prozę pisał bardzo wcześnie. Już w latach 80. powstawały powieści.
Ja te powieści czytałem. One nie zostały nigdy opublikowane. One są gdzieś w rękopisach, w maszynopisach właściwie. Bardzo ciekawe, takie zanurzone w klimat ówczesnych czasów. W jednej z tych próz, powieści bohaterem jest solidarnościowiec, który wraca z więzienia i w domu oczywiście już nie ma żony, bo żona nie wytrwała tego stanu i już małżeństwo się rozpadło. To przywołam, ponieważ to jest rzadka okazja. Właściwie jest człowiekiem takim wypalonym, ale ma taki dziwny pomysł na życie. Wyjeżdża w nocy samochodem i wali, i nie tylko w nocy, i wali na czerwonych światłach, przejeżdża na czerwonych światłach. Lubi tę adrenalinę przejazdu na czerwonych światłach. To przywołuje pewną mocną scenę z tej wczesnej prozy.
Później ta proza już zaczęła bardzo szybko się rozwijać. Dramat. Krzysztof też jest znakomitym autorem krytyk literackich. To jest jedna z najważniejszych współczesnych krytyków. Powiedziałem, że on jest jako prozaik może mniej doceniony. Jest doceniony jako dramaturg i jako prozaik. Jeżeli człowiek pisze w „Twórczości”, w „Kwartalniku Artystycznym”, w „Toposie”, w „Odrze” i tak dalej, to pisze w najlepszych pismach, otrzymuje nagrody i tak dalej.
[11:16] - Wiecie, ja tak sobie liczę i słucham, jak wspominacie Krzysztofa, ale czynicie takie od razu dosyć mocne zbliżenie. Zbliżenie na pewne fakty. Ja bym chciał odjechać straszliwie daleko od tego, ale uczynię to w sposób trochę anegdotyczny. Otóż wy mówicie poeta, pisarz. My tutaj z Markiem w tej audycji „Bibliotekarium” bardzo często wyciągamy różnych dziwnych ludzi. Próbujemy zachęcić was do czytania różnych książek. Można zadać pytanie dlaczego? Zwykle my wiemy, co robimy. Ale może powoli. Miałem być najpierw bardzo daleko.
Otóż słuchajcie, opowiem wam taką anegdotkę. Jako młody człowiek Taki w miarę młody, bo miałem gdzieś 36 lat czy coś takiego. Poza różnymi zainteresowaniami pasjonowałem się również sportem. Moim ulubionym sportem był zawsze boks. Sam trochę trenowałem, a na podwórku bardzo często nawet. W każdym bądź razie obiło mi się o uszy takie nazwisko w drużynie Zawiszy Bydgoszcz, ocierające się o reprezentację Polski jak waga ciężka, Derdowski. Pamiętam tego zawodnika z telewizji, takiego wielkiego, potężnego osiłka z pochyloną głową atakującego po prostu swoich przeciwników. Tak mi się te obrazki przewijały. Ale co tam, było poszło. Sportowcy szybko wylatują z tego całego bigosu, w którym uczestniczą.
A ja sobie żyłem. W międzyczasie poznałem taką strasznie sympatyczną dziewczynę, niesamowicie fajną, która strasznie mi się podobała, ale życie tak jakoś mi przeszło obok niej, ale potem się nagle dowiedziałem, że ona ma chłopaka i męża. On się nazywa Derdowski. Ja go nie znałem, ale Derdowski przypomniał mi się tamten osiłek z ringu. I kiedy żeśmy się spotkali, poznałem go natychmiast. To był on. Jaki tam poeta, jaki tam pisarz? Kawał byka takiego wielkiego przy tej ślicznej, cudownej dziewczynie i tak dalej. Wypiliśmy piwo, porozmawialiśmy parę słów o różnych rzeczach, o sporcie również. Rozeszliśmy się.
Znowu żeśmy się spotkali. I tak powoli trwało to. I muszę wam powiedzieć, że wydaje się nam, że epoka odkryć geograficznych minęła w czasach Magellana i tak dalej. Otóż może odkryć geograficznych, ale człowieka odkrywa się bez przerwy, nie ustając po prostu. Ja po prostu zgłupiałem prawie, jak odkrywałem pewnego człowieka po prostu. Ja myślałem, że my jesteśmy, też trenowałem, to sobie porozmawiamy o sporcie, będziemy kumplami. Nagle się okazało, że on w piaskownicy, tak samo jak ja i jak siedzący tutaj pan profesor Marek Kazimierz.
[15:05] - Oszczędź tego profesora.
[15:08] - Grzebaliśmy w piaskownicy albo szukaliśmy skamielin. Ten osiłek Derdowski również. Taki byłem zdziwiony. Zaczęliśmy wymieniać, potem się nagle okazało, że on czytał tak nieprawdopodobne książki, że mi oczy wyszły na wierzch. Ja nigdy niespecjalnie epatowałem swoją erudycją, bo jej nie mam. Natomiast dużo książek czytałem i ten gościu był dokładnie taki sam. Myśmy rozmawiali o dupie Maryni Bogiem a prawdą. Czasami tam wyszły sprawy jakieś o polityce, czasami o sztuce, ale potem się nagle okazało, że on pisze wiersze. Patrzyłem też na to z takim przymrużeniem oka. Każdy pisze wiersze, próbuje wiersze i tak dalej.
Może po tej karierze jego też zaczął pisać, ale potem zaczął pisać prozę. A przede wszystkim ja zacząłem z nim rozmawiać i mi szczęka naprawdę opadła. Nagle odkryłem tak niesamowity umysł, tak niesamowitego faceta, taką wyobraźnię, erudycję, którą nigdy nie epatował. Jeśli się rozmawiało o temacie, to wchodził w temat, ale sam nigdy się nie wysilał z żadnymi wielkimi filozofiami ani żadnymi refleksjami na tematy wszechświata i tak dalej. Jeśli trzeba było, to tak, ale jeśli nie, to nie. Okazało się, że ten mój pierwszy gość, którego w telewizji zobaczyłem na ringu, to jest ten właśnie Krzysztof Derdowski, o którym dzisiaj mówimy.
[16:50] - Ja powiem tak, że właśnie dokonałem w czasie tej audycji kolejnego odkrycia. Albo wszyscy chłopcy mają tak, że szukają w piaskownicy skamielin, bo ja dokładnie to samo robiłem. Co więcej, ja szedłem dalej, rozgrzebywałem swojemu dziadkowi działkę, kopiąc poniżej metra nawet tego rodzaju doły. Więc coś ci ludzie mający wspólnego z piórem mają też jakieś takie inklinacje w kierunku grzebania w ziemi. Nie bez komentarza. Przedstawiając naszego bohatera dzisiejszego, warto też powiedzieć, że mówiliśmy o tym, że on może nie był i nie jest tak powszechnie znany w całej Polsce, chociaż na to zasługuje. Ale też warto wspomnieć, że to był autor tej klasy i tu podkreślam słowo klasa, który potrafił powiedzieć znanemu, renomowanemu wydawnictwu ogólnopolskiemu, zgarniającemu jedną nagrodę po drugiej, odważył się powiedzieć „nie”, ponieważ wydawnictwo zaproponowało mu pewne zmiany w jego prozie i on nie szedł na tego rodzaju układy. Dzisiaj być może gdyby zgodził się na zmiany w swojej prozie, to może dzisiaj byłby rozchwytywanym autorem, ale powiedział „nie”. Znał, chciał i stosował w życiu pewne ustępstwa, ale też wiedział, kiedy tych ustępstw nie stosować.
[18:21] - Krzysztof to charakter, siła, zdecydowanie, moc wewnętrzna. On to ćwiczył w sobie i pokazywał to w starciu ze światem. To był bunt o ogromnej wadze, o ogromnej energii. Tacy byliśmy wówczas, a Krzysiu tutaj pokazywał się jako rogata dusza. Zawsze ta rogata dusza z niego pięknie wychodziła i tu się dobrze rozumieliśmy. Ale jeżeli chodzi o rzecz, którą przywołałeś, Marku, dotyczyło to powieści „Naga”. Niezwykle interesująca powieść. Oczywiście nie będę tu jej przywoływał zbyt szczegółowo, ale dotyczy studium kobiecości w ciekawych odsłonach, z dużym ładunkiem autorefleksji. Można by trochę powiedzieć, trochę za Flaubertem, że pani Bovary to ja. Krzysiu też wybrał sobie podmiot kobiecy dla pokazania istotnego wymiaru swojego świata.
Ale rzecz ma jeszcze dłuższą prehistorię. Otóż kiedy szanowna noblistka Wisława Szymborska otrzymała Nagrodę Nobla, Krzysztof napisał bardzo ostry artykuł w „Ilustrowanym Kurierze Polskim”. Krótki, bardzo ostry, sentencjonalny, który pokazywał jej zaangażowanie w latach 50. w czasach stalinowskich. Tam były takie kąski dosyć łakome jak to, że Lenin jest nowego człowieczeństwa Adamem i podobne sformułowania. To się bardzo wielu ludziom nie podobało. Ja z Krzysiem miałem też długą rozmowę na ten temat. Tekst nosił tytuł „Dlaczego nie Herbert?” i tu się bardzo dobrze zgadywaliśmy. Zbigniew Herbert był jedną z takich postaci bardzo istotnych w ówczesnej poezji polskiej i dla nas także. Oczywiście mam na myśli „Raport z oblężonego miasta”, inne wiersze.
Krzysztof miał bardzo krytyczny stosunek, odniesienie do czasów stalinowskich. Uważał, że one nie zostały przez polską kulturę przetrawione, przefiltrowane, że zbyt łatwo przeszliśmy nad tymi tematami. Jakoś zostały przyklepane te kwestie i nie raz to wracało w naszych dyskusjach. W swojej powieści „Naga” pojawił się taki element związany z tym, że jedna z bohaterek recytuje wiersz Szymborskiej, taki trochę socrealistyczny i mdleje przy tym. Już nie pamiętam szczegółów, ale pojawia się trochę groteskowy rodzaj. Jest to bardzo krytyczne wobec szanownej noblistki i niestety nie znalazło uznania w szacownym wydawnictwie. Była krótka piłka: „Rezygnujesz, kolego, z tego fragmentu albo my zrezygnujemy z ciebie”. Krzysztof nie zrezygnował. To był twardziel. To jest niesamowicie istotne w jego osobowości.
[22:04] - Nie ma nic gorszego niż wypieranie się swoich własnych przekonań. Skoro on miał przekonania takie, a nie inne, ja aż ze zdziwieniem patrzę, że myślał dokładnie tak samo, jak ja wtedy myślałem, żąda tego wyraz.
[22:19] - To jest oczywiście kwestia przekonań, ale to jest też kwestia szanowania swojego utworu. Skoro umieścił taki fragment, to było mu to do czegoś potrzebne. Był świadomym pisarzem, człowiekiem, który nie pisze w ten sposób, że mu coś wyjdzie, tylko w przemyślany sposób konstruował swoją prozę. A zatem to nie ma tak, że się z jakiegoś zamku wyciągnie klocki i on się później nie rozpadnie. Więc dokładnie wiedział, co robi. Dbał o spójność tej prozy. Ale panowie, to jest tak, że my w tej chwili dużo dyskutujemy. Już zaczęliśmy rozmawiać dużo na temat prozy Krzysztofa Derdowskiego, a może byłoby lepiej, żebyśmy naszym słuchaczom przedstawili fragment tej prozy, bo to chyba najlepiej charakteryzuje naszego dzisiejszego bohatera. Ale zanim ten fragment prozy, warto powiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Wszyscy, którzy chcieliby naszego bohatera, Krzysztofa Derdowskiego, poznać nieco lepiej, myślę, że warto w każdym razie sięgnąć po dwumiesięcznik literacki, który nosi tytuł „Topos”.
W ostatnim „Toposie”, który się właśnie ukazał, trzymam w ręku ciepły dosłownie numer, który nadszedł pocztą, ukazał się szkic naszego gościa Marka Kazimierza Siwca zatytułowany „Rozpacz i straszne piękno”. Podtytuł: Krzysztof Derdowski i daty jego życia. Myślę, że ten szkic, ta opowieść snuta przez Marka to jest dobry przyczynek do poznania naszego dzisiejszego bohatera. Ale zdaję sobie sprawę, że zanim ktoś po ten szkic sięgnie, to myślę, że warto, aby zapoznał się z prozą
[24:21] - To jest proza brawurowa. To jest ostatnia książka, którą będziemy dzisiaj prezentowali. Ostatnią książkę, która wyszła za życia naszego bohatera i ona się zaczyna brawurowo. Zaczniemy od samego początku. To jest taki brawurowy początek, naprawdę. Kiedy czytałem tę książkę po raz pierwszy, to był ten moment, który zadecydował, że tę książkę chciało się czytać po prostu. No i cóż, myślę, że Marku, teraz tobie oddajemy głos.
[24:58] - Krzysztof Derdowski, „Plac Wolności”. Zobaczyłem go w Tesco, tuż za głową blondynki o dużym biuście i ustach krągłych jak otwór butelki żywca. I popędziłem za nim, mijając ten biust i usta. Popędziłem pod półki z karmami dla kotów. Kiedy stanąłem tuż przy jego wózku, który miał już wypełniony do połowy i do którego właśnie wkładał paczuszkę Whiskasa, przestraszył się i cofnął o krok od tego wózka wypełnionego mlekiem, jogurtami, salami i, o ile dobrze dostrzegłem, serkami topionymi i papryką. A ja już wołałem: „Uratował mi pan życie! Nie poznaje mnie pan?”. I zrobiłem dwa szybkie przysiady. Pomachałem ramionami jak bez piór ptak, żeby mu udowodnić, jak bardzo jestem żywy. Żywa kura, żywy indyk.
„Uratował mi pan życie, panie doktorze. Nie poznaje mnie pan? W zeszłym roku wrzucił mi pan w żyły sprężynki, baloniki. I proszę, mam teraz serce pełne sprężyniek i baloników”. Zrobiłem dwie pompki, żeby wreszcie uwierzył, jak bardzo jestem żywy i żebym ja sam w to uwierzył. Joanna, stojąc przy półce z chińskimi zupkami, przyglądała się tej scenie — jak stwierdziła później — rozbawiona, choć myślę, że jak wszystkie samotne kobiety po czterdziestce patrzyła na mnie jak na faceta, który nie potrafi być mężczyzną. Miałem się niedługo przekonać, że Joanna jest specjalistką od nieudanych mężczyzn. Powiedziała mi, że widziała mnie kilka razy wcześniej w Tesco i nie wydawałem się jej wariatem. Tak jak wtedy, kiedy krzyczałem do wystraszonego lekarza przy stoisku z karmą dla kotów. „Proszę się uspokoić” — powiedział lekarz, ale ja już szalałem i nie mogłem się powstrzymać.
„Kiedy było się po tamtej stronie, to chce się tak żyć, proszę pana. Człowiek ma ochotę znów kochać koleżanki z liceum. Trenuję, proszę pana, codziennie dwie godziny i jestem coraz młodszy. Coraz młodszy”. Objąłem tego mojego kardiochirurga ze szpitala wojskowego, przycisnąłem do siebie, pocałowałem w policzek. „Nerwy mi trochę puszczają, ale to nic” — mówiłem. „Mogłoby być gorzej, panie doktorze. Znacznie gorzej. Zawsze może być gorzej. Dopóki oczywiście człowiek żyje, może być gorzej, bo potem to już gorzej chyba być nie może.
Potem, czytałem, ludzie mówią, że jest tunel i przytulne światło. Uliczka wieczności. Jarzeniówki Boga samego. Człowiek ocalony może dostać kuku na muniu, panie doktorze. Mogą mu się literki przestawić jak w czeskim błędzie. Wie pan, na czym polega czeski błąd? Mniejsza o to. Ale dziękuję. I tak dziękuję. Panie doktorze, dzięki panu wszystko sobie przypomniałem.
Całe to skurwysyństwo i piękno. Wie pan, jestem z pokolenia, które odkryło marihuanę i amfę, ale odbiło temu mojemu pokoleniu. Solidarność, Solidarność i amfa rano i wieczorem. Byliśmy zakręconym pokoleniem” — pomyślałem sobie. Ale nie powiedziałem tego kardiochirurgowi, który uratował mi życie. Wyjął z niebytu, w którym już byłem nogami, rękoma i pękającym sercem. Chłopaki i dziewczyny z mego pokolenia umierali szybko, ze wspólnymi strzykawkami, ze wspólnymi dziewczynami, ze wspólnym kiblem, z łomotem serc do lepszego życia. Bum, bum, bum. Dajcie nam szansę, dajcie nam życia choć odrobinę. Darek, Małgosia, Czarek.
Wszyscy umarli. W ostatniej chwili pędzili do Marka Kotańskiego. Potem wracali na chwilę silni, pewni, że wygrają. I ginęli na Placu Wolności w dworcowym kiblu. Chcieli być samotni jak jacyś święci. Ale chcieli też, panie doktorze, do ludzi. Do ludzi! A pan wie, czy pan już to wie, jak trudno spotkać ludzi? Moje pokolenie szukało ludzi autostopem, okradało apteki, żyło na środkach pobudzających i uspokajających jednocześnie. Popijaliśmy to wszystko lichym piwem.
Skserowane zwitki z kowytą Ginsberga w kieszeni spodni. Stażyn zarabiający piętnaście dolarów miesięcznie. To było nasze życie. I pan już to pewnie wie, że było to często piękniejsze życie niż życie tych dzisiejszych skurwysynów trzydziestoletnich z korporacji. Moje pokolenie jeszcze wiedziało, co to jest słońce, księżyc, deszcz, a ci dzisiejsi młodzi wiedzą jedynie, jak wcisnąć klientowi komórkę w promocji i prezerwatywy o smaku malinowym. Mój kochany, wystraszony kardiochirurg opierał się bezradnie o swój wózek i niezbyt przekonująco prosił, żebym się uspokoił. Ale ja właśnie cieszyłem się, że wreszcie wybuchnąłem, że wreszcie po tylu latach mówiłem, jakbym po raz pierwszy mówił swoim głosem. „Chce mi się żyć, panie doktorze, i umrzeć natychmiast. Jedno i drugie naraz, bez przerwy. Żyć i umrzeć.
Zaraz, tu, w tej chwili. Chce mi się pić i nie pić, panie doktorze. Nie po to mnie pan ratował, żebym się teraz uspokoił, prawda? Nie po to mnie pan ratował, żebym był taki, jaki byłem. Pan mnie nie pamięta. Widzę to. Zemdlałem wtedy i przez ponad minutę nie biło moje serce. Przez ponad minutę mnie nie było. Świat beze mnie. I potem, kiedy już mnie pan uratował, panie doktorze, czytałem przez kilka miesięcy Biblię i tych wszystkich świętych, bo pomyślałem: jeśli zostałem cudem ocalony, to powinienem wiedzieć, co i jak jest z tym światem.
„Kiedy zacząłeś mówić o tych świętych, to poważnie pomyślałam, że powinieneś trafić do wariatkowa” – powie mi później Joanna, kiedy będziemy już się kochali w jej ciasnym łóżku. „Ktoś, kto w supermarkecie gada o świętych i Biblii, nie jest całkiem normalny. Tak pomyślałam. Ale ci święci nic nie wiedzą, panie doktorze, i nie są mądrzejsi od tych gamoni, którzy tak jak ja lubią siąść wieczorem na balkonie i patrzeć w wygwiazdzione niebo. I nic nie wiedzą. I nic z tego świata nie kumają. Kiedy to zrozumiałem, panie doktorze, to zacząłem sobie przypominać różne rzeczy. Przypomniałem sobie kolegę z klasy piątej albo szóstej. Wlazł na drzewo stojące obok boiska szkolnego i oganiał się grubym kijem od chcącego go sprowadzić na dół nauczyciela WF-u. Nauczyciel wdrapywał się na drzewo, a chłopak darł się, żeby dał mu spokój i machał tym kijem.
Tak, tak, panie doktorze. Chłopak walczył o wolność. Powinienem być całe życie taki jak on. Ale nie byłem, panie doktorze. I stałem przed tym doktorem i miałem ochotę wykrzyczeć mu w twarz całą prawdę tego mojego pokolenia. Chciałem opowiedzieć o Darku, narkomanie i poecie. Spotykam kiedyś Darka nieopodal Placu Wolności, gdzie spotykali się narkomani, cinkciarze, donosiciele milicji. Darek ze śmiertelnie poważną miną mówi mi, że zmarła jego matka, a on nie ma nawet na wiązankę kwiatów, więc czy mógłbym mu jakoś pomóc. Jego matka jest fryzjerką i pracuje w zakładzie fryzjerskim nieopodal Placu Wolności. Mówię więc Darkowi, że pójdziemy do tego zakładu fryzjerskiego i sprawdzimy, czy jego matka nie żyje.
„Jeśli nie żyje, Darku, masz ode mnie pięć dysz, ale jeśli żyje, to jesteś kłamca i oszust”. Patrzy na mnie zdziwiony. Nie pamiętał, że ja wiem, gdzie pracuje jego matka. Tłuściutka, pogodna kobieta, która świetnie sobie radzi w tym świecie na kartki. Strzyże i onduluje te wszystkie pindy z pobliskiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR. To były wtedy damy i bywalczynie fryzjerskich salonów, obok których umierało moje pokolenie. Pokolenie wściekłe na wszystko, wściekłe na siebie. Darek uśmiecha się i mówi, że go przyłapałem, że on już traci rozum i musi strzelić chociaż pięć centów, bo jak nie strzeli, to umrze tu za chwilę lub zwariuje. I właściwie nie wie, co by było lepsze dla niego, dla żony, dla dziecka, dla mamy i całej reszty. Zapalam papierosa i daję mu trochę forsy.
Nie pamiętam już ile. Pamiętam, że dwa gołębie spacerują tuż obok nas po chodniku. Wesołymi oczkami spoglądają na nas i toptają dookoła. „Niewyobrażalne” – mówię do kardiochirurga. Przez ponad minutę mnie nie było dla kasztana pod moją kamienicą, dla mego kota, dla Łukasza, Magdy, Macieja, sklepowej ze spożywczego, dla moich zmarłych przyjaciół, dla Darka, Czarka i Maci. I ich dla mnie nie było. Ale teraz znów jestem, panie doktorze. Jestem i nic nie jest już takie samo, jakie było przedtem. Wie pan, panie doktorze, człowiek wcale nie chce wiedzieć to, co wie. Całe życie staramy się oddalić od siebie to, co i jak wiemy.
Wie pan, czytałem kiedyś, że ten mądry Grek, Sokrates, uważał, że człowiek już kiedy się rodzi, wie wszystko. Jest mądry, jakby przeżył setki lat i musi sobie jedynie wszystko przypomnieć. Całe życie sobie potem przypomina. Joanna powie mi potem, że pomyślała w tamtej chwili, dyskretnie obserwując tę scenę, że nie mam z kim zjeść kolacji i obejrzeć telewizji. I co tu dużo gadać, pomyślała wtedy, że ona, rozwódka z dorosłą już córką Iloną, nadaje się świetnie do tego, żeby taki facet jak ja zjadł z nią kolację i obejrzał telewizję. Jak wiele czasu musiało minąć, ile się zdarzyć, żebyśmy mogli zjeść wreszcie tę kolację i pogapić się na „Ojca Chrzestnego” Francisa Coppoli. Ludzie muszą sobie przekazać przedtem całe swoje cierpienie, nim zjedzą taką kolację i obejrzą w spokoju film. Joanna od ponad 10 lat zastanawiała się, jak mogłaby opowiedzieć mężczyźnie swoje życie. A miała co opowiadać. Nie ma co.
Znów zrobiłem dwa przysiady. Tak teraz żyję, panie doktorze. No, niech pan sam powie, czy spodziewał się pan, że będę taki, kiedy leżałem tam na stole operacyjnym przed rokiem. Później trafiłem do sali, gdzie leżeli już inni zwiezieni z miasta zawałowcy. Ofiary ulic, żon, dzieciaków, szefów, papierosów. Na chwilę urlopowani z codziennej wojny wszystkich ze wszystkimi. Naprawieni o tyle, o ile. Połatani. Zaskoczeni swoją śmiertelnością. Jasna sala szpitalna.
Wszyscy jesteśmy trochę naćpani środkami uspokajającymi. Powoli, po omacku wstajemy z łóżek, wychodzimy z sali na obszerny korytarz. Służbowe uśmiechy pielęgniarek. Piotr, pięćdziesięciolatek, którego tu przywieźli z obrad zarządu firmy handlującej środkami czystości, wciąż mówi: „Pierdolę to, pierdolę" Założę jakąś fundację i zajmę się bezdomnymi kotami. Dlaczego kotami? Dopytuję. Przecież nie ludźmi – odpowiada. I swoje. Pierdolę to. Pierdolę.
Koty są najlepsze, bo psy się łaszą jak ludzie. Moja żona wzięła mnie na łaszenie się, a potem gryzła jak wściekła. Piętnaście lat zajęło mi odchodzenie od niej. I tak zmarnowałem życie. Mówię panu, od bab trzeba odchodzić raz a dobrze, ale nikt tego nie potrafi. Bo dzieciaki, bo to, bo siamto. I tak ludziom bije życie. Pierdolę to. Pierdolę. Był tam też drugi Piotr.
Dwudziestokilkulatek, który wciąż mówił, że jest asertywny, kompetentny, mobilny. Jakby nie mówił o sobie, a czytał instrukcję obsługi zmywarki. Lekarz pogładził mnie po ramieniu i wiedziałem, że boi się mnie coraz bardziej. Znów zbliżyła się do nas kobieta z blond włosami wokół ust krągłych jak otwór butelki dobrego żywca. Usta są ważniejsze od wszystkiego – powiedziałem doktorowi. A ja mam teraz siłę i zdrowie i wiem, czego chcę. Wie pan, czego chcę? Wszystkiego. Wszystkiego. Człowiek przez całe życie chce tego, owego, tamtego.
Trochę i tego odrobinę. A ja teraz, panie doktorze, chcę wszystkiego. Ani ciut mniej. Gdyby nie zawał serca przed rokiem, nie wiedziałbym, panie doktorze, że chcę wszystkiego. Nie odważyłbym się chcieć wszystkiego. Człowiek mądrzeje, kiedy wreszcie pojmuje, że jest śmiertelny, panie doktorze. Nie ma życia bez śmierci. Joanna zadrżała jak zawsze, kiedy ktoś wspominał o śmierci. Jeżeli chcecie Joannę zdenerwować, to zacznijcie coś gadać o śmierci. Joanna uważała, że jest morderczynią, więc wie to i owo o śmierci.
O tym, że zabiła swoją matkę, opowiadała mi przez kilka wieczorów, kiedy już spędzaliśmy wieczory razem. Matka Joanny była despotyczna i nie kochała córki. Po rozwodzie Joanny uznała, że rozpad małżeństwa to wina córki. I tak żyły przez cztery lata po rozpadzie małżeństwa Joanny. Wyrzuty matki. Całe dni milczenia dwóch kobiet we wspólnej kuchni, w dwóch przylegających do siebie pokojach. Najgorsze były święta i niedziele. Musiały przebywać ze sobą przez wiele godzin. Ratunkiem przy wigilijnej kolacji był jedynie telewizor. Telewizor pozwalał im milczeć.
Kiedy przebywałam z matką i nie grał telewizor, zawsze sobie coś wyobrażałam – opowiadała Joanna – że lecę właśnie samolotem jako stewardesa. Elegancko ubrana, uprzejma dla mężczyzn i dzieci na pokładzie samolotu. Wyobrażałam sobie, tylko się nie śmiej, wyobrażałam sobie, że przebywam w stanie nieważkości na statku kosmicznym lecącym na Marsa. Samolot, rakieta. Wciąż chciałam gdzieś odlecieć. Minęło wiele lat, nim wylądowałam. Oglądałam film w telewizji i zaraz potem wyobrażałam sobie, że jestem kobietą z tego filmu. Narkomanką, dziwką, Murzynką, bogatą lesbijką, kimkolwiek. Byłam już dorosłą kobietą i tak wyglądało moje życie psychiczne. Potem któregoś dnia matka Joanny zasłabła na korytarzu.
Joanna zamknęła drzwi do swego pokoju i udawała nawet przed samą sobą, że nic nie wie o tym, że matka leży nieprzytomna na korytarzu. A ja dalej wtedy w tesco mówiłem, szeptałem, krzyczałem w twarz wystraszonego lekarza. Ludzie tacy jak ja całe życie chcą tylko trochę. O tyle, o ile. I w ten sposób hodują te swoje małe nerwice i wreszcie kończą zużyci jak stare dżinsy. Wszyscy mają nerwice. Zauważył pan, panie doktorze? Cały świat ma nerwice. Ludzie tęsknią za sobą i wciąż się nie spotykają. Pan ratuje serca ludzi zastrachanych, tchórzliwych.
Tylko takich, panie doktorze, bo innych ludzi już chyba nie ma. Co się, do cholery, ze mną dzieje, że gadając do tego doktora wciąż myślę o Darku, z którym wczesną jesienią biegaliśmy do pobliskiego podmiejskiego lasku i zbieraliśmy grzyby. Znaliśmy miejsca, gdzie rosły kurki i kozaki. Najpierw mijaliśmy rzadki las sosnowy pełen pustych butelek po piwie, papierów, torebek i zużytych prezerwatyw. Widoczek z lat osiemdziesiątych. Lasek podmiejski alkoholików i pospiesznego seksu. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pytajcie, gdzie zostaliście poczęci. W domkach kempingowych, w namiocie, w lesie. W lesie, bo mieszkania były pełne staruszków, zepsutych zębów, żylaków, stękoczącą dzień i noc pralką Franią. Potem przechodziliśmy z Darkiem przez tory kolejowe i las gęstniał.
Wkraczaliśmy w mech i wrzosy. Tu piliśmy piwo, przysiadając na zwalonych pniach. I co tu dużo mówić, to była chwila, kiedy czuliśmy się wolni. Wcisnąłem doktorowi mój przegub w prawą dłoń i zawołałem, żeby sprawdził mój puls. Mam doskonale wyregulowany puls – mówiłem. Niech pan sprawdzi. Niech pan sprawdzi. Na życie nie ma mądrych, panie doktorze. W życiu są tylko sami głupi. No kto wie, jak żyć?
Zdrowo się odżywiać? Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, więc rechotałem teraz ile w lesie. Być uczciwym, panie doktorze. Być sprawiedliwym. W tym momencie zatrzymało się obok nas małżeństwo trzydziestolatków. Przez chwilę zastanawiałem się, skąd znajoma jest mi twarz chłopaka, który mi się teraz tak uważnie przyglądał. Nie przypomniałem sobie. Był podobny do jednego z kolegów z mojej klasy w szkole średniej. Ale przecież mój kolega ze szkoły średniej nie mógł mieć teraz trzydziestu lat. Prawie dotknąłem wskazującym palcem jego piersi i powiedziałem do doktora, że to jest facet, który jeszcze nie wie, że kiedyś mu nie stanie, że kiedyś dostanie zadyszki wchodząc na trzecie piętro kamienicy.
Niech mu pan powie, panie doktorze, jak to będzie za kilkanaście lat, jak się nie zorientuje nawet, że jest już stary. No jak człowiek dowiaduje się, że jest już stary, panie doktorze? Chyba nie mówiłem, a krzyczałem, bo zbliżali się do nas dwaj ochroniarze. Faceci w białych koszulach z identyfikatorami przypiętymi na wysokości serca. „Coś się stało?” — pyta wyższy z ochroniarzy. Kardiochirurg rozkłada bezradnie ręce. „Pan jest trochę wzburzony, ale nic złego.” „Już wiem” — mówię do chłopaka, którego nie mogłem rozpoznać. — „Jesteś podobny do jednej dupy, w której się kochałem. Kropka w kropkę. Czy twoja mama ma na imię Krysia?” „Proszę pana” — zwraca się do mnie drugi ochroniarz.
Ten niższy, korpulentny. — „Niech się pan uspokoi, bo będziemy musieli...” „Czy pan pójdzie z nami spokojnie?” — pyta wyższy ochroniarz. „Nic nie zrobiłem” — wyjaśniam. — „Dziękuję tylko panu doktorowi za uratowanie życia. A pana przepraszam” — mówię do młodego człowieka podobnego do Krystyny. — „Ale wciąż mi się wydaje, że ludzie, których spotykam, są podobni do innych ludzi, a ci do jeszcze innych i jeszcze innych. I że to podobieństwo nigdy się nie skończy. To miłe, że jesteśmy do siebie podobni, ale to też trochę straszne, bo to znaczy, że wciąż i wciąż będzie to samo skurwysyństwo i piękno też, proszę pana. Ale nie okłamujmy się, skurwysyństwa będzie więcej.”
[44:53] - Tak się zaczyna książka „Plac Wolności”. Ja myślę, że po tym kawałku prozy stało się dla wielu naszych słuchaczy jasne, dlaczego tak zachwalamy Krzysztofa Derdowskiego. To naprawdę jest mocna, wciągająca proza i ja może dlatego powtórzę jeszcze raz, przypomnę o tym szkicu naszego gościa Marka Kazimierza Siwca, który zamieszczony jest w dwumiesięczniku „Topos”. Nosi on tytuł „Rozpacz i straszne piękno. Krzysztof Derdowski, 4 czerwca 1957 – 17 sierpnia 2017”. To może po tym kawałku prozy ktoś sięgnie z większą chęcią, bo ja sobie już wyobraziłem naszych słuchaczy, z których część mówi: „Nie, gdzie będę czytał jakieś tam opowieści dziwnej treści o jakimś tam pisarzu?” To myślę, że po tym kawałku prozy to już nie będzie jakiś tam pisarz, tylko pisarz, o którym naprawdę warto rozmawiać. I to właśnie niniejszym czynimy. To może pytanie na początek, bo ta książka z tego, co wiem, z tego, co wiem również z pisanych przez ciebie tekstów, Marku, to jest ostatnia książka, która ukazała się za życia Krzysztofa, ale przecież to nie jest ostatnia książka, którą pisał.
[46:19] - Tak, ale jeszcze pozwól Marku, że pod tym mocnym wrażeniem tej brawurowej opowieści. Właściwie to jest taka wielka improwizacja, to jest i skowyt Ginsberga i wielka improwizacja i jakby współczesny bardzo taki widok na świat człowieka, który odnalazł drugie życie po prostu. Ale tutaj nie mogę się powstrzymać, w paru słowach. Słuchając tej prozy widzę osoby, widzę miejsca. Kiedy Krzysztof mówi Darek, to ja wiem, o kogo chodzi. Znam opowieść o fryzjerce, zanim ta książka powstała, przed dwudziestu laty tę opowieść słyszałem, że tak powiem, bezpośrednio od autora. I te klimaty tego pokolenia właśnie, co tu dużo mówić, narkomanów, którzy byli śmiali ludzie, broń Boże, wrażliwi, szukający, otwarci, szukający pewnego kontaktu, braterstwa, zagubieni. Ale były tam bardzo ciekawe klimaty. To tak jakoś właśnie przez Darka, Krzysztof i ja zbliżyliśmy się do tych osób, do tych ludzi, kiedy-
[47:48] - Naszym gospodarzom oraz gościowi jednocześnie również urwało właśnie teraz połączenie z internetem. Nie wiem, czym to jest spowodowane. Mamy nadzieję, że ta trudność techniczna zaraz zostanie usunięta. Rzecz ciekawa, że urwało w momencie, kiedy za moim oknem ktoś zaczął puszczać fajerwerki. To chyba nie jest przypadek. Marek już odebrał wiadomość. Marku, słyszymy się?
[48:14] - Słyszymy, słyszymy. Nie wiemy tylko, w którym miejscu nas przerwało.
[48:19] - Urwało gdzieś tak przed półtorej minuty.
[48:25] - To dosyć trudne.
[48:28] - Ale wiesz, to chyba nie jest przypadek, bo właśnie w momencie, kiedy urwało się połączenie z wami, ktoś zaczął strzelać fajerwerkami u mnie za oknem. Także może coś urwało przez te fajerwerki.
[48:40] - Te klimaty rozumiemy. Koniec roku.
[48:43] - Rozumiemy, że byliśmy gdzieś w okolicach tego lasku na Błoniu w każdym razie. To może coś jeszcze powiem o tym lasku.
[48:51] - Może ja tylko skomentuję to tak, że przed chwilą słyszeliśmy fragment powieści, w której wydawałoby się, że sobie autor brawurowo jedzie po fantazji, po świecie, po czym jego przyjaciel mówi, że to wszystko było.
[49:08] - Nie wszystko. Sporo.
[49:10] - Sporo albo większość. Po prostu pisarz bardzo rzadko, nawet w science fiction, bierze cokolwiek z powietrza. Wszystko się bierze z życia, z postrzegania świata. Z doświadczenia, Bogiem a prawdą. Nie można opisywać rzeczy wyssanych z palca. To robią nie pisarze.
[49:36] - Okej, ale wróćmy do tego lasku na Błoniu.
[49:39] - No dobra, jeszcze parę słów o tym lasku. Więc siedzimy sobie w tym lasku z Darkiem i z Krzysiem. Popijamy piwko, umiarkowanie bardzo. Nie jesteśmy zbyt zasobni. Mamy grzyby zebrane przez Darka. Później idziemy do mnie. U mnie w kuchni smażymy te grzyby bardzo elegancko. Jajecznica. Mamy coś na stole, co może nas jeszcze pokrzepić i czujemy się bardzo szczęśliwi. To jest chwila odetchnięcia, takiej wspólnoty.
Jesteśmy bardzo bliskimi sobie druhami. Ale jest też moment metafizyczny. Ja robię zdjęcia Kodakiem. Aparatem, który bardzo mi dobrze służył. Przywiozłem go z Londynu, gdzie za zarobione pieniądze na budowie mogłem zakupić sobie. To kosztowało ponad 100 dolców wówczas. To był taki wydatek. Kto to teraz potrafi ogarnąć? Ale to był aparat, którym sfotografowałem nasze życie. Krzysztofa, Darka, innych.
W każdym razie następnego, w kolejnym dniu, jak przepatrywałem zdjęcia, oczywiście to nie był aparat cyfrowy, trzeba było to wywołać i tak dalej. Cała procedura. Ale na jednym ze zdjęć był metafizyczny moment. Krzysiu tak siedział, jakby miał na szyi, podzielę się tym z państwem, krzyżyk. Taki moment tajemnicy, naznaczenia. Z czego powstał ten krzyżyk? Z rozbłysku oczywiście. To był refleks. Refleks światła. Jakoś tak to światło ładnie się umiejscowiło.
I to zdjęcie pełnego energii twórcy, Krzysia z tym krzyżykiem. Dziwne zdjęcie. Taki znak jakiś. Szukaliśmy znaków, byliśmy otwarci na znaki.
[51:34] - Kolego Marku, światło nie biega przypadkiem.
[51:38] - No tak.
[51:38] - Światło również, jak większość rzeczy na świecie, wie, co robi.
[51:44] - Bliskie mi są te klimaty. Kiedy powiedziałeś, że w pewnym wieku, w pewnym pokoleniu szuka się w świecie sygnałów, znaków. Właściwie wszystko może być znakiem. Szuka się pewnej odpowiedzi od świata. To takie bliskie. W Krzysztofa prozie to jest, właśnie tego rodzaju poszukiwania. Ja myślę, że dlatego ta proza jest w stanie porwać za sobą. Bo Krzysztof nie oszukuje, jak on pisze. Odwołuje się oczywiście do pewnych prawdziwych sytuacji. O tym już powiedzieliśmy, ale też odwołuje się do prawdy takiej o człowieku, w człowieku, która jest w człowieku.
Tu też nie oszukuje. On pisze o pewnych faktach, które się wydarzyły, ale to, co pisze o człowieku, o sobie, o swoich bliskich, to też jest prawda. I być może właśnie dlatego ta proza tak pociąga za sobą.
[52:39] - Można powiedzieć jeszcze głębiej, że to jest taka prawda najintymniejsza, prawda najbardziej indywidualna. To jest prawda nie tylko faktów, wydarzeń, nie tylko sytuacji. Znakomicie zresztą skonstruowanych artystycznie przez Krzysztofa, ale to jest prawda pewnego wglądu wewnętrznego. Tutaj sięgnę trochę w stronę filozofii. Krzysztof bardzo mocno był zanurzony w klimatach filozofii egzystencji. Tutaj część tego grzechu spada na mnie, bo jako jego nauczyciel akademicki bardzo przywiązywałem wielką wagę do tej filozofii, czyli Søren Kierkegaard, Nietzsche oczywiście, Martin Heidegger.
[53:31] - Jaspers.
[53:31] - Jaspers, tak. Jean-Paul Sartre. Zresztą pożyczałem mu też niektóre książki. Krzysztof był bardzo zainteresowany. Ale to bardzo ciekawe, że właśnie w tej nowej prozie pojawiają się takie ciekawe zdania. Na przykład w tej opowieści o uciekinierach bohater mówi, że od trzeciego roku życia byłem egzystencjalistą i takie tego typu sformułowania. Więc ta prawda, którą proza Krzysia znakomicie przekazuje, niezwykle intensywna prawda, taka mocna, uderzeniowa. Brawurowa momentami nawet, taka konfesyjna. Otóż ta prawda jest głęboko zakorzeniona w pewnych przemyśleniach i w doświadczeniu, ale też i w odniesieniach kulturowych, w pewnym przetworzeniu filozofii, kultury, tradycji. Stara zasada Napoleona głosi, że najlepsze są te improwizacje, które są dobrze przygotowane.
Otóż ta wielka improwizacja Krzysztofa, którą mieliśmy okazję wysłuchać w tej znakomitej prezentacji pana Marka To jest coś, co wyrasta z drogi twórczej Krzysztofa. To jest przełom na jego twórczej drodze. To jest przełom życiowy, ale też przełom artystyczny. To jest siła nowego spojrzenia, nowej energii. Ja operuję formułą drogi twórcy. Dla mnie twórca jest zawsze w drodze. Wyrasta z doświadczeń twórczych, czyli z przeżyć egzystencjalnych, traumatycznych, ale też i olśniewających, i zmierza ku jakiemuś otwarciu. U Krzysztofa to jest ten przełom i to wszystko jest jakimś otwarciem. To jest formuła ogarnięcia świata, otworzenia się, ja to nazywam otworzenia się na przestronność świata. Te klimata, by tak rzec, odgrywają bardzo istotną rolę.
A jak są klimata, to są i poemata. To takie moje odzywki, że tak powiem. Widzimy, co się dzieje.
[55:57] - Ale żeby jeszcze dołożyć pewnej mięsistości tej prozie, to warto powiedzieć. Słyszałem to na spotkaniu autorskim z Krzysztofem Twardowskim w zeszłym roku, kiedy on mówił, że ta scena w Tesco może w rzeczywistości nie była aż tak intensywna, ale po części miała miejsce. On rzeczywiście spotkał swojego lekarza, który rzeczywiście uratował mu życie. Spotkał go w bardzo podobnych okolicznościach.
[56:25] - Wszystko się zgadza. Krzysztof opowiadał mi o tej prozie, jak ona się kształtowała, a w tym roku, dokładnie w czerwcu, tak się złożyło, że poprosił mnie o przyjacielską przysługę, samochód. Odbieraliśmy jakiś monitor od znajomych i trzeba było karmę dla kotów kupić. Poszliśmy razem do tego Tesco. Mówię: „Krzysiu, w którym to było momencie?” On mówi: „Tutaj to było”. Pokazał mi to miejsce dokładnie. Tak jest. Śmialiśmy się też trochę, że przydaję tutaj darmowej reklamy firmie, która tej reklamy nie potrzebuje, bo coś takiego to jest po prostu niebywała reklama. Ale zostawmy to, duża twórczość ma swoje ciekawe odpryski. Także można by powiedzieć, takie zakotwiczenia w doświadczeniu, w pewnych realiach są też ciekawym kontekstem dla pewnych interpretacyjnych wglądów.
[57:31] - Ja może jeszcze dołożę. Tu się taka pojawiła uwaga, Marku, że pisarz może niedoceniony albo niezauważony i tak dalej. Potem zupełnie niechcący strzeliłeś chyba Herbertem czy kolega Marek. A ja sobie tak myślę, że po prostu to świadczy o pewnych sposobach pisania. Otóż jak się tak pisze jak ja albo jak ty, panie Marku, że mija 10 lat, 20 lat i 30 lat, a my siedzimy i piszemy, ktoś nas dostrzega, ktoś nas docenia, a ktoś nie i tak dalej, to można mówić o docenianiu albo niedocenianiu. Natomiast w wypadku Krzysia Twardowskiego to nie było 10, 20, 30 lat, tylko taki straszliwy galop. On to robił tak, jak ja obserwowałem. Straszliwie szybko się rozwijał i gnał przed siebie. Gnał, gnał, gnał. Był start, straszny bieg i nagła meta.
I koniec. Tu nie było czasu w ogóle na to, żeby ktoś go zauważył w tym biegu. Zostały rzeczy, które zostały po nim. Ale ten bieg wściekły i dopadnięcie do mety i koniec. Po prostu milczenie.
[59:01] - À propos tego, co mówisz, to ja jeszcze mam jedną uwagę dotyczącą prozy Krzysztofa. Krzysztof dotykał, ja nie wiem, czy robił to świadomie, czy nie. Tu można ewentualnie podyskutować, ale dotykał różnych gatunków prozy. Są takie utwory, które zahaczają o utwory kryminalne, kryminalno-sensacyjne. Są utwory, które zahaczają o grozę. Takie jest długie opowiadanie, taka mini powieść „Robal”. Ta powieść taka, która kojarzy się z kryminałem to „Wstyd”?
[59:45] - Tak.
[59:45] - Tak. „Wstyd”. On rzeczywiście próbował. To znaczy to zawsze był oczywiście punkt wyjścia, bo te jego kryminały i ta jego groza, ona i tak była tak literacka, że jeśli ktoś szuka taniej rozrywki, takiej kryminalnej czy taniej rozrywki pogrążającej się w grozie, to tak nie do końca ją tam znajdzie. On oczywiście eksperymentował z pewnymi takimi gatunkami, ale de facto zawsze pisał swoją opowieść i to taką opowieść, która tak jak w tej próbce, której mieliśmy okazję wysłuchać, to była proza gęsta od znaczeń. Ja nie mam lepszego powiedzonka w tej chwili na podorędziu, żeby ją jakoś scharakteryzować, ale myślę, że już ta próbka pokazała, jak gęsta to była proza, bo proza, jak ma być dobra, to chyba powinna być gęsta. Takie mam przeświadczenie.
[01:00:42] - Marku, ale żeby była prawdziwa, musi być po prostu odwzorowaniem właściwie osobowości pisarza. A jeśli pisarz ma wyobraźnię bogatą, to i proza jest bogata w wyobraźnię. Jeśli pisarz potrafi znaleźć, dotknąć śladów, znaczeń i tak dalej, to i proza tego dotyka. I wtedy jest wiarygodna, wtedy jest prawdziwa. A Krzysztof dotykał wszystkiego . Nie wiem. Tak jak Midas, wszystko się zamieniało w prawdę.
[01:01:18] - Nawet to, bo w tej książce, o której dzisiaj rozmawiamy, głównie rozmawiamy, bo co prawda w poprzedniej audycji Bibliotekarium zapowiadaliśmy, że punktem wyjścia będzie jego debiutancka proza, debiutancka powieść pod tytułem „Znikanie”. To jednak zmieniliśmy pod wpływem sugestii naszego gościa. Zmieniliśmy tę książkę właśnie na „Plac Wolności”, ponieważ ten „Plac Wolności” to jest książka, w której jest dużo zmian, bo mamy ten brawurowy początek, który już przerobiliśmy, ale tam jest pełno mocnych scen. Ja pamiętam, taka moja ulubiona zapamiętana scena, o której dzisiaj tylko będziemy mogli opowiedzieć, to scena, kiedy główny bohater, pewne alter ego jednak naszego pisarza jeszcze się nie narodził, jeszcze jest pod sercem matki, a już jego matka oraz ojciec w pewnych dosyć dramatycznych okolicznościach uciekają z miasta i wędrują przez las.
[01:02:23] - Ale to mówisz o tej drugiej opowieści, „Uciekinierze”?
[01:02:26] - Tak.
[01:02:26] - Bo na książkę „Plac Wolności” składa się opowieść „Plac Wolności”, „Uciekinierzy”. Oczywiście.
[01:02:32] - Ale zobacz Marku, jak używasz pewnych słów, otóż przede wszystkim podkreślasz: „Otóż w tej prozie jest tyle mocnych scen”, a ja ich, Marku, nie widzę. Wiesz dlaczego? Bo ja widzę mądre i piękne sceny.
[01:02:48] - Wiesz co, powiem ci tak, bo to wychodzi ze mnie zaraz to zboczenie, które jeszcze mi się pogłębia, kiedy prowadzimy ABW, czyli warsztaty. Ja już właściwie w tej chwili bardzo rzadko patrzę na prozę tak zupełnie jak na prozę. Ja jednak zawsze mam to skrzywienie redaktorskie i patrzę już na prozę w sposób analityczny.
[01:03:10] - Jeżeli pozwolicie, druhowie drodzy, to nawiążę i do Marka i do Wiktora. Wspomniałem wcześniej o pewnej niezwykłej pracy Krzysztofa. Skala jego talentu, osobowości i twórczej osobowości to jest niezwykle interesująca kwestia. Ale tu jest też ta praca, którą on włożył. Praca można powiedzieć, takie przetwarzanie rozmaitych motywów kulturowych. To jest osobny temat, może o tym powiemy później, ale ja chcę wskazać na jednego autora, jedną postać, która ciągle wracała w naszych dyskusjach. Oczywiście mam na myśli Fiodora Dostojewskiego.
[01:03:51] - No tak.
[01:03:52] - Tak, Fiodora Dostojewskiego, „Biesy”, „Bracia Karamazow”, „Idiota”, inne rzeczy, „Dziennik pisarza”, ale głównie właśnie „Biesy” i „Bracia Karamazow”. Dosłownie nie było naszego spotkania, żebyśmy nie weszli trochę w te klimaty.
[01:04:09] - To widzisz, ja kiedy go spotkałem, to też szczęka mi zwisła, kiedy on zaczął ze mną na poważnie. Podchwycił o braciach Karamazow. Ja mówię: „Boże mój, tyś to czytał?” On czytał dużo więcej. Ale po prostu to zdziwienie było nieprawdopodobne, bo on był pasją.
[01:04:34] - Ja myślę tak, panowie, że artysta dużego formatu niesie w sobie tajemnicę. To wiedział Fiodor Dostojewski. Jego bohaterowie niosą w sobie rozmaite tajemnice. To nie są sekrety. Ja odróżniam sekret od tajemnicy. Tajemnica jest czymś pogłębionym, jest przetworzeniem sekretu, przetworzeniem problemu, przetworzeniem zagadki. Jest otwarciem na jakąś głębię w człowieku i na straszne piękno świata. Na to wszystko. I powiem tak: „Plac Wolności”. Ta powieść „Plac Wolności” jest niezwykle, że tak powiem, wydobyciem przetworzonej, głęboko przetworzonej lekcji Dostojewskiego.
Każdy z tych bohaterów „Placu Wolności” niesie w sobie jakąś dramatyczną tajemnicę. Chociażby ta Joanna, która ma poczucie, że zabiła matkę.
[01:05:27] - To jest w tym fragmencie. Każda postać ma charakter.
[01:05:31] - Tak, tajemnicę. Ma swoją tajemnicę, z której żyje, która ją dręczy, która jest jej takim przeklętym problemem. Poszukuje wobec tego jakiejś relacji z człowiekiem. Chce się wyspowiadać. Ten motyw, taki spowiedniczy, konfesyjny bardzo mocno obecny jest w książkach Krzysztofa. I tak jak mówiliśmy tutaj, że to jest siła sztuki, czyli pewnego zaprojektowania kunsztu artystycznego. Ta powieść jest niesamowicie znakomicie skonstruowana. Poza tym typ narracji. Zauważcie, na początku jest ta brawurowa historia, ale pojawia się Joanna. Joanna, która jest takim milczącym świadkiem, z którą później bohater nawiąże relację.
W ten sposób autor, artysta łączy różne plany, różne plany czasowe, różne plany fabularne. To jest niezwykle precyzyjna konstrukcja.
[01:06:33] - Dlatego ja jestem pod takim wrażeniem, bo tak jak już zacząłem mówić o tym, ja patrzę bardzo często, to pierwsze spojrzenie przynajmniej zawsze jest analityczne. Jak on to zrobił, dany autor, jak on to skonstruował. I dla mnie przede wszystkim proza Krzysztofa to jest proza świetnie skonstruowana. Ja wiem, że w tej chwili, kiedy to mówię, to część miłośników literatury już mnie nienawidzi, bo jak ktoś mówi o pisaniu prozy i jednocześnie o konstruowaniu, to nie bywa lubiany. Ale taka jest prawda, że prozę się konstruuje. Trzeba mieć poza tym dużo talentu, żeby ją napisać. Ale prozę się konstruuje i on to robi świetnie.
[01:07:17] - To jest robione, żeby od razu kontynuować to, co powiedziałeś, z ogromną inwencją. Ja wspomniałem o Dostojewskim, ale to żadne naśladownictwo, nic z tym rzeczy. W swojej osobowości niezwykle bogaty Krzysztof znalazł pewne klimaty, zarodki, energie, które zaowocowały, które przetworzył, które wydobył z siebie. Ale oczywiście Dostojewski jest tu tylko takim znakiem wywoławczym. Tam jest ogromna tradycja literatury polskiej, tej lat 50., 60. i późniejszej. Krzysztof niesamowitym był czytelnikiem. On chłonął literaturę i nie tylko literaturę. Filozofię też.
[01:08:06] - Pamiętam jedno z moich pierwszych spotkań z Krzysztofem. Ono się odbyło przy okazji narady nad Wiktorem. O tej naradzie za chwileczkę, ale najpierw o tym spotkaniu. Kiedy się spotkaliśmy i zaczęliśmy rozmawiać, to ja się mam może pysznie, ale za człowieka, który dosyć dobrze się orientuje w różnych literackich meandrach, trendach czy jakkolwiek to nazwiemy. Natomiast wystarczyło pół godziny rozmowy z Krzysztofem, żebym zaczął popadać w lekkie kompleksy. Bo zacząłem sobie uświadamiać, ilu rzeczy jeszcze nie przeczytałem i ile wzruszeń przede mną. To oczywiście napawało pewnym optymizmem, bo zawsze człowiek, który czegoś nie przeczytał, jest w tej dobrej sytuacji, że wzruszenia dopiero przed nim. Ale zdałem sobie sprawę, on mi uświadomił, że jeśli nawet pysznie miałem się za człowieka oczytanego, to jestem oczytany mniej i to znacznie mniej, niż mi się wydawało. A teraz chwila nawiązania do tego, dlaczego się spotkaliśmy z Krzysztofem. Otóż zostałem poproszony przez jednego z redaktorów miesięcznika zamieszczającego opowiadania science fiction o to, żeby nadesłać jakieś opowiadanie Wiktora, w miarę świeże, niezużyte.
A ponieważ Wiktor ma to do siebie, że co jakiś czas niszczy komputery wraz z zawartością.
[01:09:32] - Taką ma siłę twórczą.
[01:09:33] - Taką ma siłę twórczą. W związku z tym te jego opowiadania były trudno dostępne, ale wiedziałem, że ponieważ całkiem niedawno od tamtego czasu, kiedy się spotkaliśmy, wyszedł taki tomik „Kajomars”. Wiedziałem, że Krzysztof maczał w tym ręce, palce, a właściwie po łokcie był w to zaangażowany. Nie tylko zresztą on. Wiedziałem, że on może dysponować maszynopisami, komputeropisami, czy w każdym razie plikami z tymi opowiadaniami. Z tego powodu się spotkaliśmy. A wtedy też dowiedziałem się i to jest, myślę, ważna rzecz, o której warto powiedzieć. Dowiedziałem się, że Krzysztof jest autorem wstępu do tego tomiku „Kajomars”, który Wiktor był popełnił. Natomiast Krzysztof zrobił taki, po pierwsze analityczny, bardzo zanalizował prozę Wiktora. Co więcej, to świadczy też o tym, jak Krzysztof przygotowywał się do różnego rodzaju przedsięwzięć, czy to prozatorskich, czy to takich, nazwijmy krytycznoliterackich, jak ten wstęp do prozy Wiktora.
Otóż żeby powstał ten wstęp, to Krzysztof spotykał się z Wiktorem, rozmawiał z nim i nagrywał w dodatku. Ale to nie były taśmy jakiegoś kelnera, tylko to były taśmy jak najbardziej oficjalne. Nagrało się tego kilka godzin, jeśli nie kilkanaście. I na podstawie tak zebranego materiału Krzysztof dopiero przystąpił do analizy prozy Wiktorowej oraz do pisania tego wstępu. To było dobrze przygotowane i podobnie była przygotowywana proza, którą tworzył Krzysztof. To nie było tak, że sobie Krzysztof siadał i mówił: „A teraz coś napiszę”. To tak nie wygląda i warto o tym pamiętać. Każdy, kto zabiera się za pisanie czegokolwiek, warto, żeby o tym pamiętał, że prozę się pisze, ale też po części konstruuje.
[01:11:40] - Mam drobny obrazek, taki odjeżdżający z boku. Wiesz, Marku, jak się dzisiaj projektuje postacie do gier komputerowych, to trzeba i to strasznie żmudna praca jest. Trzeba skonstruować szkielet i to jest najtrudniejsza praca konstrukcyjna. Zbudowanie szkieletu, który potem będzie się poruszał sprawnie, wykonywał czynności i tak dalej. Później obciągnąć to skórą taką czy inną. To już jest bajka. Można zmienić cały image, można zmienić farbę, całą kosmetykę i tak dalej. Konstruowanie jest najbardziej pracochłonne, najtrudniejsze i mało efektowne, bo kiedy później widzimy biegnącą po łące panienkę albo galopującego konia w animacji komputerowej, to jesteśmy zachwyceni tą zewnętrzną formą, a konstruowanie jest najważniejsze.
[01:12:43] - A swoją drogą chciałbym, żeby-
[01:12:45] - Tworzenie tej zewnętrznej formy, warstwy wizualnej to jest chyba właśnie paradoksalnie najłatwiejsze zadanie.
[01:12:53] - Tak.
[01:12:53] - Całego tego biznesu.
[01:12:54] - Swoją drogą ja bym chciał, żeby Wiktor po audycji podał mi nazwę tej gry, w której hasają jakieś panienki, to ja bardzo chętnie po audycji.
[01:13:03] - Ale mówiłem, że jeszcze konie galopują.
[01:13:05] - Konie niekoniecznie. Po audycji się zgłoszę.
[01:13:08] - To ja mogę już teraz podać nazwę jakiejś serii od siebie, że tak powiem „GTA”. Tam każda praktycznie postać jest zbudowana w oparciu o relacje więźniów.
[01:13:20] - Ale ja jednak wrócę jednak do tego. Nie wymigasz się, Wiktorze, tak łatwo od tego wstępu Krzysztofa do twojego zbioru opowiadań „Kajomas”.
[01:13:32] - Wiesz co, może ja trochę przypomnę okoliczności. W ten sposób Wiktor jakby się włączy. Nazwijmy to dobrymi fluidami przyjaźni. Byliśmy po prostu przyjaciółmi. Wiktor, Krzysztof, ja także. Znamy się wieki całe, od lat 70. I był taki czas w życiu Wiktora nielekki, powiedziałbym. Mieszkał w takim domu pustym właściwie, który był przygotowywany dopiero do zamieszkania nad Brdą. Dzielnica Jachcice, Bydgoszcz. I tam myśmy go odwiedzali bardzo regularnie.
Miało to pewne prozaiczne konteksty, o których teraz nie będę mówić. W każdym razie był też bardzo silny kontekst intelektualno-artystyczny. Spotykaliśmy się, żeby rozmawiać, żeby wymieniać doświadczenia, refleksje. Ogromny ładunek. To był rok 2003, 2004. I wtedy właśnie narodził się pomysł w naszym gronie powrotu Wiktora na twórcze pole, na pole twórczej bitwy, że tak powiem. Bo Wiktor nie był zbyt skory. Chociaż była pewna jaskółka. Opowiadanie osnute na Lemie.
[01:15:09] - „Appendiks Solariana”.
[01:15:10] - Tak. Właśnie to opowiadanie, które się ukazało i tak dalej, czytaliśmy je.
[01:15:14] - A to ja przeproszę, to jeszcze powiem, że duża zasługa w powstaniu tego opowiadania to oczywiście Wiktora, bo je napisał, ale też miał Wiktor swojego dobrego ducha w postaci Wojtka Chudzińskiego, który trochę na zasadzie takiej muzy, ale w rodzeniu męskim, mówiąc krótko, prawie zmuszał Wiktora, żeby Wiktor czynił postępy. I Wiktor czynił te postępy.
[01:15:42] - Było paru dobrych duchów.
[01:15:44] - Warto wspomnieć o Wojtku Chudzińskim.
[01:15:45] - Ale w życiu trzeba mieć ten łut szczęścia.
[01:15:49] - Taki łut szczęścia miał również Derdowski, bo wtedy, kiedy odwiedzaliście mnie nad tym Zalewem Koronowskim, to pamiętam, że-
[01:15:58] - Nie nad Zalewem Koronowskim, tylko nad Brdą, u saperów. To było blisko.
[01:16:05] - Spoko. Otóż była tam taka scenka bardzo piękna, kiedy siedzieliśmy sobie przy stole i popijaliśmy piwo i rozmawialiśmy o bardzo szlachetnych i wspaniałych rzeczach. Naprawdę tak było. O sensownych rzeczach. I w pewnym momencie Krzysiu Derdowski coś powiedział, na co ja go wyrżnąłem w twarz pięścią. Nie do końca pięścią, ale otwartą dłonią, tak, że się zakrztusił. Popatrzył na mnie z przerażeniem w ogóle, bo chyba jako dawny facet z jednak refleksem bokserskim nie zdawał sobie sprawy, że też dysponuję pewnym refleksem. Popatrzył na mnie zdziwiony. Ja wzruszyłem ramionami. „Wybacz Krzysiu, ale zajrzyj do tej puszki piwa, którą właśnie żeś podnosił”.
[01:17:00] - Osa.
[01:17:01] - Właśnie osa tam wlazła do tej puszki. No i byłby ją wychylił, ale uratowałem muzykę.
[01:17:08] - No tak, to miła opowieść, taka pokrzepiająca rzeczywiście. Dużo było takich właśnie wzajemnych pokrzepień i na szczęście zachowały się rozmaite z tego czasu i wspomnienia, i zdjęcia, i pewne notatki. Także to był taki pionierski czas w życiu Wiktora.
[01:17:29] - Ale zwróćcie uwagę na jedną rzecz. My tutaj pierdzielimy jak stare bambusy. My opowiadamy o tym, co było, jak było i mówimy, że było to fajne. Ale wyobraźcie sobie, jak Krzysztof Derdowski by to opisał.
[01:17:44] - Ale powiem jedno. Dobrze się stało, że zaczynamy rozmawiać o tym wstępie do „Kajomasa”. Ponieważ Krzysztof poza tym, że był świetnym prozaikiem, poezji nie potrafię ocenić, ale z zasłyszanych opinii wiem, że to były wiersze cenione. W związku z czym przyjmuję to za dobrą monetę, że to po prostu była niezła poezja.
[01:18:12] - Była i jest, bo wiesz, trwa.
[01:18:14] - Była i jest, oczywiście, ale o prozie mogę na własną odpowiedzialność powiedzieć, że jest porywająca. Ale Krzysztof był też i jest w dalszym ciągu uznanym recenzentem, krytykiem. I to takim krytykiem, których ja lubię, bo w tej chwili bardzo często kojarzy się krytykę czy pisanie recenzji z takim namolnym hejtem albo namolnym dołowaniem, albo wywyższaniem. Krzysztof podchodził zupełnie inaczej do pisania recenzji, do wypowiadania się na temat prozy. To nie było zadanie pod tytułem albo kogoś uwznioślić, albo kogoś wdeptać w ziemię. Bo taka jest prawda. Zupełnie o co innego w pisaniu recenzji chodzi. To nasze czasy spowodowały, że nam się recenzja bardzo często kojarzy właśnie z tego rodzaju działaniem.
[01:19:14] - Nacisk rynku.
[01:19:16] - Nacisk rynku. Krzysztof, tak jak już powiedzieliśmy, nie poddawał się naciskom wydawnictw i nie poddawał się tego rodzaju naciskom. Skoro Poświęcał swój czas jakiemuś utworowi, jakiejś prozie, to on ją naprawdę analizował.
[01:19:32] - Dokonywał analizy problemu.
[01:19:34] - Tak.
[01:19:34] - Swoją własną, osobistą bardzo.
[01:19:38] - I robił bardzo ważną rzecz, która z metodologicznego punktu widzenia jest ważna. Nie pisał pod tezę. To znaczy nie stawiał tezy, że autor wspaniałym poetą, prozaikiem jest albo nie jest, tylko analizował i dopiero potem wychodził.
[01:19:56] - Wychodził świat.
[01:19:57] - Tak.
[01:19:58] - Krzysztof wypracował sobie narzędzia i filozoficzne, i krytycznoliterackie. Z wykształcenia był filologiem polskim. Pracę magisterską napisał o Rafale Wojaczku. Rafał Wojaczek był jego fascynacją młodości poetyckiej, ale nie jedyną. Oczywiście Stachura, też Bruno. To są te klimaty. W tamtych czasach to wszyscy się fascynowali, właściwie całe to pokolenie.
[01:20:30] - Nie tylko. On się fascynował bardziej.
[01:20:33] - Chyba bardziej niż reszta Placu Wolności.
[01:20:37] - Tak. Jego zainteresowania znacznie szersze. Ale chciałem jeszcze wrócić do Kajomarsa. I właśnie wówczas powstał taki szalony pomysł, żeby Wiktora przywrócić do pisania, do tworzenia. Krzysztof podjął się zadania napisania tego wprowadzenia krytycznego i zwłaszcza tutaj szacunek dla doktora Grzegorza Dominiaka, który podjął się wydania tej książki. Szukał opowiadań w formie elektronicznej, część dał do przepisania Eli Gidleckiej-Roguckiej, która też miała w tym udział.
[01:21:25] - Pospolite ruszenie.
[01:21:26] - Tak, było pospolite. Wiktor ma ten łut szczęścia, że przyciąga ludzi, dobre duchy, dobrych druhów i to są dobre fluidy przyjaźni, które owocują. No i książka się ukazała.
[01:21:40] - Nie wiem, czy wiecie, że później na giełdach internetowych ta książka biła rekordy w licytacjach w Polsce. Ona była cholernie cenna, bo była rzadka.
[01:21:57] - Nie dziwię się.
[01:21:58] - Niewiele jej było i biła naprawdę rekordy. Ale to nie dzięki mnie, tylko dzięki wydawcom.
[01:22:04] - Ale też pamiętaj, że twoi dobrzy przyjaciele mogli poczytać twoją twórczość, która nie była wówczas tak dostępna. Dałeś też i nam pewien asumpt i szansę takiego twórczego zbliżenia.
[01:22:20] - Z dobrej woli to byście nie czytali tego SF. Nie czytalibyście z dobrej woli.
[01:22:24] - Właśnie to zamierzałem w tej chwili powiedzieć, bo Krzysztof przyznał mi się kiedyś, że za bardzo za tym SF nie przepada. Powiedział to wprost. „Czytam to, co Wiktor tam napisał, ale wybacz, to nie są moje klimaty”. Ale stać go było, to cały czas podkreślam od pewnego momentu, żeby się oderwać od tego, że to jest etykietka SF. I znowu badał tę prozę pod kątem jednak jej literackości, a nie tego, jakim znaczkiem jest opatrzona.
[01:23:02] - Ja byłem przy lekturze tego wstępu zbulwersowany. Byłem tak zaskoczony tezami, które Krzysztof tam powyciągał. Nawet nie myślałem, że takie odniesienia robiłem, ale potem, jak sprawdziłem, to się okazało, że Krzysztof miał rację, bo ja to robiłem nieświadomie. Wielu rzeczy się tam tego tylko, że on to wszystko wyłapał i zrobił to bardzo profesjonalnie, tak jak właściwie wszystko, czego się dotykał w tej robocie, która z literami ma cokolwiek wspólnego i słowem.
[01:23:42] - Jego praca krytycznoliteracka to jest wysoka półka, najwyższa półka pracy interpretacyjnej, filozoficznej.
[01:23:50] - Szczególnie jak się o sobie to przeczyta. Tam nie ma pochwał, bo to nie jest żadne chwalenie, maszenie i tak dalej, ale właśnie to, co Marek powiedział, analiza. Jak on mi analizuje, interpretuje wszystkie krok po kroku to, co ja pisałem. I ja robię takie wielkie oczy. Ja mówię: „Boże mój, skąd ten facet to złapał? Jak on to złapał?”
[01:24:15] - Intuicja.
[01:24:15] - Ja to nikomu tego nie mówiłem.
[01:24:17] - Kompetencje.
[01:24:18] - On to wszystko wiedział.
[01:24:21] - Ale zwróćcie uwagę, panowie, że są przykłady osób znaczących w polskiej poezji, w polskiej literaturze, których Krzysio recenzował i którzy te recenzje traktowali bardzo serio. Jest taka sytuacja, która dotyczy Janusza Drzewuckiego, jednego z głównych redaktorów „Twórczości”, którego Krzysiu recenzował. Zresztą byli w dobrych relacjach, dosyć zażyłych i pokazywał tę recenzję jako rodzaj wprowadzenia do książki poetyckiej, wydawnictwo pokazywało. Także renoma Krzysztofa jako krytyka to jest wysoka półka. Krzysztof, tutaj powiedziałeś o królu Midasie. Krzysztof na wszystkich polach swojej twórczości osiągał wyżyny znaczne.
[01:25:27] - To były wysokie loty. Natomiast tak jak zacząłeś tą formułą, że nie wszystko się przedarło w równym stopniu do tak zwanego mainstreamu i tak dalej. To jest osobny temat.
[01:25:40] - Właśnie chciałem do niego nawiązać w pewnym sensie, bo przynajmniej część naszych słuchaczy skłonna jest rozważać świat literacki trochę w kategorii sukcesu. Czyli albo osiągasz sukces, albo giniesz. A to tak nie do końca jest, bo w ogóle bycie pisarzem to jest stąpanie po grząskim gruncie. Nigdy nie ma gwarancji, nawet jeśli się jest doskonałym prozaikiem, to nie ma gwarancji sukcesu. Niestety tak to jest w tym pisarskim życiu, że poza talentem, poza kompetencją, poza olbrzymią wiedzą, trzeba mieć odrobinę szczęścia.
[01:26:23] - Łut szczęścia.
[01:26:24] - Łut szczęścia jest niezbędny i trudno powiedzieć, że Krzysztof go nie miał, ale też może nie miał go w takim stopniu. Być może nie zabiegał o niego. Bo to jest też ważne, że my dzisiaj często mierzymy sukces, tak jak wiele sukcesów naszego współczesnego świata, troszeczkę mierzymy te sukcesy ilością wydanych egzemplarzy, ilością tytułów, czyli do pewnego stopnia kasą. A chyba nie tak, ja to wiem na pewno, że nie tak mierzy się literacki sukces i moim zdaniem, jeśli nawet Krzysztofowi nie udało się wejść do tego osławionego mainstreamu, jeśli nie był i nie jest jeszcze hołubiony tak jak pisarze tego głównego nurtu, to to jest mimo wszystko chyba kwestia czasu, bo ta proza jest na tyle mocna, że zdarzy nam się znowu w Polsce taka sytuacja, że za kilka lat będziemy mówić: „Kurczę, ale mieliśmy świetnego pisarza, tylko jak żył, to nie doczekał tego docenienia.” Tego, co dla pisarza jest też ważne. Myślę, że Krzysztof miał tego troszeczkę za mało.
[01:27:33] - To prawda, troszeczkę, ale miał też całkiem sporą porcję. Trzy nagrody Łuczniczki, to jest ta główna nagroda w Bydgoszczy. To, jak mówią, nie w kij. To są jury niezależne, kompetentne państwo profesorowie, którzy oceniają, osoby z dorobkiem i tak dalej. Trzy jego prozy. Ostatnia oczywiście „Plac Wolności”, „Wstyd” i bodajże „Naga”. Nie, „Chłód”. Otrzymały nagrodę Strzałę Łuczniczki. To jest jakaś nobilitacja. Jako młody poeta otrzymał też Nagrodę Czerwonej Róży, bardzo prestiżową nagrodę w latach 70.
przyznawaną w Gdańsku. Później to jakoś się rozmyło, ale tak było. Natomiast trochę tego łutu szczęścia może i zabrakło, ale-
[01:28:34] - Wy mówicie o łucie szczęścia, ale myśmy tutaj w naszej audycji gościli tematy innych również pisarzy, na przykład Gruntowskiego. Pisarza też, którego większość słuchaczy naszego radia nigdy nie widziało. Księgarni, książki nigdy nie tego. Był sobie, przeszedł bokiem. My wszyscy kochani idziemy po prostu do nieba i to wszystko.
[01:29:05] - Ale oby nie do niebytu.
[01:29:08] - Idąc do nieba nie idziemy do niebytu, bo niebo to nie jest niebyt. Natomiast-
[01:29:14] - Ale mówimy bardziej o literackim niebycie. Ten jest najstraszniejszy dla pisarza.
[01:29:18] - Nie jest. Wiesz co? Nie jest. Bo bycie sławnym nie jest takie ważne. Wiesz, co jest ważne?
[01:29:29] - Ja nie mówię o sławie, Wiktorze.
[01:29:31] - Nawet o uznaniu. Wiesz co jest ważne według mnie? Przekazanie choćby jednej osobie, uczniowi swojej wiedzy. Jeśli Krzysiek się otarł o mnie czy otarł się o ciebie, to wystarczy, proszę ciebie.
[01:29:51] - Ja tu przy okazji, jeśli chcemy zwiększać prestiż Krzysztofa, właściwie nie tyle zwiększać, co-
[01:30:01] - Pokazywać go.
[01:30:02] - Pokazywać go, to warto się-
[01:30:04] - Nie unikać, nie chować go, pokazywać.
[01:30:07] - To warto sięgnąć po jego prozę. Ktoś zapyta: „Szanowni panowie, to gdzie ta proza jest dostępna?” Ja podam w tej chwili jedno źródło, które przychodzi mi do głowy. Podam maila. To jest mail wydawcy ostatniej książki, „Placu Wolności”. Można na ten mail napisać i opłacić i załatwić egzemplarz „Placu Wolności”. Ten mail to: jacentysolinski, pisane razem, jacentysolinski@wp.pl. A ja może jeszcze powtórzę, bo z tymi adresami mailowymi to jest tak, że często gdzieś tam znikają. A więc pisane razem: jacentysolinski@wp.pl. Wystarczy napisać i książka, o której dzisiaj głównie mówimy, ale którą też czytamy, czyli „Plac Wolności” może się stać, szanowni słuchacze, waszą własnością. A chyba udowodniliśmy, że warto po nią sięgnąć.
Przypomnę jeszcze też po raz kolejny w ostatnim Toposie to jest numer sześć z 2017 roku ukazał się ten szkic. Ja go przypominam dosyć natrętnie, ale przypominam go dlatego, że warto sięgnąć po ten szkic „Rozpacz i straszne piękno”. To straszne piękno się pojawiło już zresztą w wypowiedzi naszego gościa, bo to jest dosyć charakterystyczne sformułowanie. Może jeszcze do niego wróćmy. A więc „Rozpacz i straszne piękno”. Autor Marek Kazimierz Siwiec. W ostatnim Toposie numer 6 z 2017 roku też bardzo polecam. Może wróćmy na chwilę do tego strasznego piękna. O co chodzi?
[01:32:01] - Właśnie, o co chodzi? Może sięgnę do momentu anegdotycznego. Siedzimy sobie z Krzysiem, to jest jesień roku 2016. To było w zeszłym roku. Siedzimy sobie w naszym ulubionym miejscu zwanym Karczmą Młyńską w Bydgoszczy. Bardzo klimatyczne miejsce.
[01:32:30] - Nazwa też piękna.
[01:32:30] - Tak, nazwa też piękna. Tam coś konsumujemy, rozmawiamy, dyskutujemy. Mamy taki obyczaj, że wznosimy toasty, jesteśmy toastowi. Ja może tutaj jestem taką osobą, która ten zwyczaj niezwykle mocno kultywuje, także na niwie poetyckiej. I w pewnym momencie chcę coś powiedzieć, a Krzysiu mówi: „Zaczekaj. Teraz ja wzniosę toast”. I powiedział tak: „Za pozdrawianie świata, bo światu się to należy. Jest strasznie piękny. Za pozdrawianie świata, bo światu się to należy”. Ten toast jest tylko pewną puentą, która wynika z bardzo głębokiej przestrzeni świata twórczego Krzysztofa.
To jest mocno zanurzone, zakorzenione. Użyję tu takiej formuły, korzystając z jego poczytalności. Krzysiu miał taką formułę w jednym z tych pierwszych wierszy – bo później wrócił do pisania wierszy, ale o tym później powiemy – że świat poza wierszem jest zupełnie niepoczytalny. I do tego wracał. I w „Placu Wolności”, w „Uciekinierach” mamy też formułę o świecie poza powieścią, poza prozą zupełnie niepoczytalnym. To jest taka charakterystyka i takie poczucie pewnego szaleństwa, które ogarnia świat. Wariacji, mówiąc krótko. Nieraz to sformułowanie też się pojawiało, ale też takiej afirmacji świata, głębokiej afirmacji. To było bardzo ambiwalentne napięcie z jednej strony pomiędzy światem, który nas wciąga i wchłania, i w jakimś sensie zabija. I jest w pewnym sensie nieczuły, obojętny.
Przywołam to od razu. Krzysiu pod koniec życia, dwa lata temu wrócił do pisania wierszy. To jest niezwykłe. Ja miałem tę możliwość, że opublikowałem jego wiersze w „Philosophie”, gdzie ukazywały się jego szkice, eseje. I tutaj anegdota. Krzysiu przesłał mi siedem, osiem utworów. Wybrałem trzy. Miesiąc później wziąłem do ręki „Okolice poetów” Jurka Szatkowskiego, znakomitego autora, poetę, prozaika, człowieka legendę, który prowadzi właśnie to pismo „Okolica poetów”, przyjaciela Bruna Stachury, jednego z tych ostatnich, którzy się ocaleli. I spojrzałem, i tam też są wiersze Krzysztofa. Namówił Krzysztofa do opublikowania tych wierszy.
Dokładnie te trzy wiersze, które ja wybrałem, w tej samej kolejności. Po prostu tak się nasze upodobania zbiegły. Ale ad rem. Jeden z tych wierszy opowiada o tym, jak dziecko, które pasie krowy na łąkach nadnoteckich – to jest oczywiście biograficzny kontekst – widzi, jak jedna z krów zapada się w bagnisko. Tyle mleka, tyle mięsa się marnuje. Ale co się dzieje? Piesek radośnie szczeka ogonem. Inne krowy patrzą sobie tak trochę wzrokiem przymulonym. I tak się ten świat toczy. Jest strasznie piękny.
Taka trochę Ikarowa, tak jak u Bruegla, „Upadek Ikara”. Ta niesamowita moc tego. Coś takiego jest u Krzysztofa. Kiedyś powiedział mi tak: „Żal mi rzeczy niezamkniętych w wierszu”. Jakby ten świat powinien być przetworzony w prozę, w literaturę, bo poza tym on jest groźny, on jest wrogi. Ale też co? Inna formuła. Powiedział mi: „Dobrze, że jest świat, bo tylko w świecie możemy czegoś dokonać”. Taka bardzo autentyczna aprobata istnienia świata. Niech się zrymuje.
Klimata, aprobata świata. W każdym razie Krzysztof był bardzo uwrażliwiony na doświadczenie zła i to jest osobny temat. Może później do tego wrócimy. To też ma odwołania do Dostojewskiego, ale przede wszystkim, proszę państwa, Krzysztof przeżywał bardzo mocno też przemiany, które się toczyły. Widział dużo, był też prześladowany. Został zamknięty po prostu. Przymknęli go nie na długo na szczęście, ale to było też doświadczenie takie, powiedziałbym, niewesołe. Lata 80. oczywiście, to o tym mówię. W każdym razie chodzi tu o coś więcej, o taki rodzaj refleksji i wydobywania, przetwarzania doświadczenia zła.
[01:37:55] - Nawiążę jeszcze. Jeden z naszych słuchaczy na czacie napisał, że bardzo hermetyczna jest dzisiaj audycja. Ja się zastanawiam, czy to jest zarzut, czy to jest komplement? Powiem tak: proza ma to do siebie, że mówienie o niej czasami musi być hermetyczne. Hermetyczne dla każdego będzie takie rozmawianie o prozie, dla każdego, kto tej prozy nie czytał. Jest to pewien problem, dlatego mówimy, że Krzysztof jednak nie doczekał się masowych nakładów i może szkoda. My dzisiaj staramy się to troszeczkę nadrobić, między innymi rozmawiając o jego prozie, starając się przybliżyć pewne elementy, które w tej prozie są ważne, ale też starając się bezpośrednio tę prozę przybliżać ustami Marka Ivelliosa. Dlatego myślę, że to jest niezły moment w tej chwili, aby po raz drugi do tej prozy się odwołać. Niech mówi sam autor, bo myślę, że ta proza jest, tak jak już powtarzałem ze trzy razy dzisiaj, gęsta i jest taka, której po prostu trzeba słuchać. A zatem Marku, prosimy o kolejny fragment.
[01:39:11] - Joanna znacznie później opowie mi, jak to było dokładnie z jej matką. Powie, że matka leżała na korytarzu nieprzytomna jakieś 10 minut. I ona, Joanna, pomyślała, była pewna, że matka umarła. I Joanna poczuła się szczęśliwa. W jednej chwili wyobraziła sobie, że matki już nigdy nie zobaczy w kuchni, już nigdy nie usłyszy jej zrzędzenia. Poczuła się tak, jakby przez ostatnie lata była zamrożona, a teraz lody puściły i ona wychodzi z lodowej bryły. Ale matka jeszcze żyła i wciągała się do pokoju Joanny. „Miała oczy jak przejechany przez samochód pies” — powiedziała mi Joanna. „Wiesz, jak pies, który nie ma już tułowia, ale ma jeszcze oczy, którymi po raz ostatni patrzy na świat. Więc kiedy tam w Tesco zacząłeś gadać o śmierci, pomyślałam, że wiesz o niej to samo, co ja.
Nie zrobiłam wtedy nic. Patrzyłyśmy na siebie, matka i córka, i potem ona zemdlała po raz drugi i ostatni w życiu”. „Poprosimy pana do kasy” — mówi wtedy w Tesco wyższy ochroniarz. „Muszę jeszcze kupić pół litra, bo nie zasnę” — odpowiadam. „No to proszę”. Idę posłusznie z ochroniarzami do stoiska z alkoholami. Biorę z półki pół litra żołądkowej gorzkiej. Dwaj ochroniarze stoją grzecznie, ale też stanowczo metr za mną. Potem dyskretnie postępują za mną krok w krok. Czuję się tak, jakby prowadzili mnie ze spacerniaka do celi.
Zatrzymuję się i mówię im, żeby nie szli tak za mną, bo mi się przypomina, jak za mną chodzili strażnicy w potulickim więzieniu, kiedy chciało mi się jeszcze ojczyzny i takich tam rzeczy. „Chciało się wam kiedyś ojczyzny?” — pytam ochroniarzy. Uśmiechają się. „Mi się kiedyś chciało, ale jak dowiedziałem się co i jak, to już mi się nie chce. Dziwię się sobie, jak mogłem chcieć czegoś wspólnego z tyloma skurwysynami. Ta cała ojczyzna, Boże, coś polskie, to pic na wodę, nie panowie?” Stajemy przy kasach. Przede mną otyła kobieta około pięćdziesiątki. Pokazuję ją palcem niższemu ochroniarzowi i mówię szeptem, że tak się to skończy. „Kilka lat i po wszystkim” — mówię. „I potem jeszcze 20, 30 lat bez sensu.
Jaki może być w tym sens, co? Kiedy kobiecie już raz na zawsze i nieodwołalnie rośnie dupa, kiedy opadają cycki. Jaki sens, panowie, jaki sens? Życie kończy się dla kobiet wiele lat przed śmiercią, panowie. Tak to jest. Dla mężczyzn zresztą życie też kończy się przed śmiercią. Udają jakieś babcie, dziadków. Kurwa, co to ma być, kiedy ładna dupa z liceum zostaje babcią z tyłkiem jak szafa dwudrzwiowa?” „Proszę przestać” — mówi wyższy z ochroniarzy. „Proszę przestać”. Nie mówię nic więcej.
Płacę za moje dwa jogurty, kostkę sera, dwie bułki i tak potrzebną przed snem butelkę żołądkowej gorzkiej. Ochroniarze są wyraźnie zadowoleni, że powoli afera się kończy. Mięśnie policzkowe im łagodnieją. Prawie się do mnie uśmiechają. Odkładam mój zielony koszyk na stertę innych zielonych koszyków. Pakuję zakupy w reklamówkę z napisem Tesco. Ochroniarze odstępują ode mnie na kilka kroków, ale wciąż kontrolują to, co robię. Wciąż mnie pilnują. Całe życie ktoś mnie pilnuje. Całe życie gram w programie „Mamy cię”.
Ludzie wierzący w Boga i w anioły stróże chyba grają też wciąż w programie „Mamy cię”. Kiedy onanizują się w młodości, to są w programie „Mamy cię”. Kiedy robią pierwsze świństwa, też są w tym programie. I potem też. Może dlatego katolicy są tacy zdenerwicowani. Ktoś wciąż patrzy na ich ręce, dupska, kutasy i ani chwili nie są sami. Idę wtedy w Tesco powoli ku rozsuwanym drzwiom wiodącym na parking. I naprawdę nie wiem, co dalej. Wiem, że się wygłupiłem, ale nie żałuję. Potrzebowałem tego wybuchu, tej złości, tej rozpaczy.
Dorośli mężczyźni potrzebują bardziej tej złości, tej rozpaczy niż dwudziestolatkowie. Dorośli mężczyźni mają już poważne powody do rozpaczy i złości. Nie mają już wszystkiego przed sobą. Mają wszystko albo prawie wszystko za sobą. Zobaczcie ich twarze. Wyglądają, jakby cały czas płakali. Nie wiedzą już, czego jeszcze mają chcieć od kobiet, od dzieci, od słońca. A kobiety, dzieci i słońce też już niczego od nich nie chcą. „Idźcie w cholerę, stare dziady” — mówi mężczyznom po pięćdziesiątce cały świat. Potem jest jeszcze gorzej.
Mój sąsiad, emerytowany milicjant, porwał z ulicy młodą kobietę. Przyłożył jej pistolet do ciężarnego brzucha i zawlókł do swego mieszkania. Zabarykadował się. Powstał na podstawie tych wydarzeń teatralny spektakl prezentowany nawet w Warszawie. Starszy pan: „Musisz do mnie wrócić, kochanie”. Kobieta: „Ale ja pana nie znam”. Starszy pan: „Jesteś przecież moją żoną od lat”. Kobieta: „Pan oszalał. Mam 30 lat, a pan 60”. Starszy pan: „Wyglądasz młodo, jak zawsze.
Musisz do mnie wrócić”. Kobieta: „To tragiczna pomyłka. Starszy pan: „Nie pozwolę ci odejść. Kocham ciebie.” Kobieta: „To jakiś absurd.” Starszy pan wygraża jej pistoletem. Kopie ją w ciężarny brzuch. Kobieta całuje jego rękę. Mężczyzna trochę się uspokaja. Kobieta: „Dobrze, zostanę z tobą.” Starszy pan: „Nie będziesz już udawała, że mnie nie znasz?” Kobieta: „Nie, nie będę udawała.” I mieszkali razem przez następnych 10 dni. I o tych 10 dniach była ta sztuka. Rozmawiali, tulili się do siebie w łóżku.
Starszy pan przepraszał, że nie ma siły z nią współżyć. Kobieta próbowała się wymknąć z mieszkania, ale dopadł ją przy drzwiach i z powrotem uwięził w mieszkaniu. I wreszcie mężczyzna odzyskuje po 10 dniach przytomność i rozeznanie w świecie. Oboje leżą właśnie w łóżku, przytuleni do siebie. Starszy pan: „Przepraszam, ale zdaje się, że zaczynam rozumieć.” Kobieta: „Co, kochanie?” Starszy pan: „Że pani rzeczywiście nie jest moją żoną.” Kobieta: „Nie jestem pana żoną?” Starszy pan: „Przecież pani wie, że nie jest.” Kobieta: „Mówił pan, że jestem.” Starszy pan: „Coś mi się stało.” Kobieta: „To pewnie samotność.” Starszy pan: „Nie wiem. Boże, co to było?” Kobieta ostrożnie wstaje z łóżka, wyciąga z kieszeni spodni mężczyzny klucze do mieszkania. Podchodzi do drzwi. Otwiera drzwi. Patrzy na starszego pana, a starszy pan: „Do widzenia pani i proszę wybaczyć. Pomyliłem się.
Pomyliłem wszystko.” Kilka dni później rozpisywały się o tej sprawie wszystkie gazety w kraju. Starszego pana przesłuchała policja, a potem wzięło pogotowie i zawiozło do zakładu psychiatrycznego. Kilka miesięcy później powstała ta sztuka grana w wielu teatrach w Polsce. Widziałem ją w naszym mieście, gdzie była bardzo popularna, bo to w końcu sztuka o mieszkańcu naszego miasta. Staruszek był moim sąsiadem przez wiele lat. Najdziwniejsze w tej historii było to, że wszyscy wiedzieliśmy w kamienicy. Staruszek nigdy nie miał żony. Przeżył samotnie życie i nagle jakaś kobieta na ulicy wydała mu się jego żoną. I miał tę żonę przez 10 dni. Joanna, kiedy ja już wychodziłem wówczas z Tesco, odprowadzona przez ochroniarzy, kupuje właśnie przy stoisku samoobsługowym bułki, jogurty, plasterki szynki i nic więcej, bo do wypłaty renty jest jeszcze kilka dni.
Idzie za mną. „Nie wiem, co mnie opętało” – powie mi później. – „Co za wariactwo iść za facetem, który się tak wygłupił w Tesco. Co mnie opętało? Ale szłam. Jeszcze jedna ulica, jeszcze jedno skrzyżowanie i wreszcie się opamiętałam. Poczułam się tak przeraźliwie samotna, jak wtedy, kiedy zdechł mój ukochany pies i wtedy, kiedy mąż zniósł ostatnią walizkę do swojego Forda.” Nie zauważyłem oczywiście wtedy, że Joanna idzie za mną. Myślałem wciąż o Darku. Co ja mogę teraz zrobić z wiedzą o Darku? Co mogę zrobić z tym, co się przytrafiło mojemu pokoleniu?
Darka spotykałem często w mieście z Czarkiem i dziewczyną Czarka, Macią. Czarek był mitomanem. Twierdził, że spał ze znaną wówczas aktorką Adrianną Biedrzyńską, która w naszym mieście kończyła szkołę średnią. „To niezła lufa chłopaki, mówię wam” – chwalił się Czarek. – „Ciągnie jak żadna inna.” „A ja?” – odzywała się Madzia. „Ty jesteś w porządku, ale wiesz, ona jest aktorką.” I Czarek wciąż mówił, że musi koniecznie Biedrzyńską odwiedzić w Warszawie. „Na pewno mnie pamięta. Na pewno.” Drugą obsesją Czarka była chęć zrobienia czegoś niezwykłego. Czegoś, co uczyni go sławnym. Mówił, że nie wie jeszcze, co to ma być, ale to musi być coś.
Nagle na czerwonym świetle wchodził wprost pod pędzące samochody, które z trudem wyhamowywały, a czasem lekko Czarka potrącały. „No coś. Coś takiego ma być” – mówił. Madzia była z Czarkiem, ale marzyła cały czas o poznaniu kogoś, kto ma samochód, dom i forsę. „Ja bym sobie ćpała, a on byłby ze mną szczęśliwy.” Tak. Czarek chciał zrobić coś, a Madzia chciała spotkać kogoś. I czasem spotykała. Znikała wtedy na kilka tygodni. Potem opowiadała niesłychane rzeczy o tym, co przeżyła w jakiejś podmiejskiej willi. Jej faceci byli pułkownikami, cinkciarzami, lekarzami, adwokatami i jeden był dziwniejszy od drugiego.
Pewien pułkownik nie mógł jej posiąść, nim przedtem jej nie pobił. „Nie macie chłopaki pojęcia, jak niesamowicie wyglądałam z siniakami tu i tam.” Ale była szczęśliwa, bo pułkownik wiedział, że innej takiej nie znajdzie, którą mógłby tak solidnie bić i kochać. Pułkownik mówił jej często, tak przynajmniej opowiadała, że zazdrościł całe życie rosyjskim żołnierzom Którzy podczas II wojny światowej gwałcili Niemki. „To byłby świat dla mnie” — mówił pułkownik. Idealny świat. Miał setki wycinków z gazet na temat gwałtów podczas wojen. Madzia często opowiadała też o pewnym cinkciarzu, o którym sporo pisały gazety. „Posadzili gościa trzy dni po tym, jak się u niego zameldowałam” — opowiadała Madzia. — „Zdjęli go z ulicy jak jabłuszko z drzewa. Ale to nieprawda, że zabił jakiegoś faceta, jak piszą w gazetach.
Zabrali go, bo wisiał kasę milicjantom. Zostałam solo w jego wielkim mieszkaniu. Mogłam spać na czterech łóżkach. Miał dwie sypialnie i cztery łóżka. Znalazłam kupę szmalu w bieliźniarce, ale prawie nie karmiłam jego psa, bo nie lubię buldogów. Najchętniej dałabym mu zdechnąć. Kitrałam działkę na Placu Wolności i grzałam sobie w jego domu. Żyć, nie umierać. Aż przyjechali ci faceci. Przeszukali całe mieszkanie, zabrali całą forsę, którą znalazłam w bieliźniarce.
Przypieprzyli się, że wiem, gdzie jest więcej forsy. Tłumaczyłam, że nic nie wiem.” „I ciebie przelecieli” — wtrącał w tym momencie zawsze Czarek. A Madzia na to: „A co? Miałam dać się pobić? Co tam trzech facetów. Jednemu nawet nie stanął. Faceci zawsze zawodzą, kiedy przychodzi co do czego. Jestem pewna, że większość facetów nie potrafi tak z marszu zgwałcić kobiety. Potrzebują ecie-pecie.” Tak, Czarek i Madzia byli niezwykłą parą. Czarek gdzieś znikał na kilka dni.
Potem pojawiał się z nowym mitem, z nową baśnią. „Byłem w Warszawie u kumpla.” „I co? Spotkałeś Biedrzyńską?” „Nie, nie. Ale wyobraźcie sobie: jestem na spacerku w Łazienkach, bo mieliśmy tam sprawę z kumplem, a tu naprzeciwko mnie idzie Grażyna Szapołowska. Zagaduję kulturalnie, a ona jest wcale nie tego...” „Jezu, nie kłam” — protestuje Madzia. — „Byłeś na zebraniu ziemniaków u twoich krewniaków na wsi albo na czymś takim.” „A co jeśli ci powiem, że mam numer telefonu Grażyny?” „Masz jeszcze brudne paznokcie od pracy w ziemi” — mówi na to Madzia. I tacy byli Madzia i Czarek. Obok nich, z nimi Darek. Pokolenie lat 80. Byli oczywiście ci wszyscy w krawatach, w partii, w prywatnej inicjatywie, na uczelniach z chudymi doktoratami, w podziemiu, jak mój brat Maciej.
Ale dla mnie pokoleniem byli Darek, Czarek i Madzia. I obok nich, czasem chwilę z nimi, cała czereda ci wolągów.
[01:53:00] - Dziękujemy, Marku. Tu wychodzi kolejny, w tym fragmencie między innymi, ale w poprzednim również, kolejna cecha prozy Krzysztofa, a mianowicie obserwacja. To się być może wiązało z tym, że on poza byciem poetą i pisarzem był również dziennikarzem i to takim krwistym dziennikarzem. Właściwie nie tyle krwistym, co pełnej krwi dziennikarzem. Człowiekiem, który świetnie obserwował, potrafił świetnie obserwować. To stoi trochę w opozycji do takiego twierdzenia wygłoszonego w swoim czasie przez Rafała Ziemkiewicza. On powiedział w ten sposób, że kiedy skończył filologię polską i zastanawiał się nad tym, jaki zawód sobie wybrać, to doszedł do wniosku, że zostanie dziennikarzem, ponieważ już był po swoich pierwszych próbach prozatorskich, nawet udanych i debiucie i bodajże nawet po pierwszej książce. Doszedł do wniosku, że to pisanie i to pisanie, to się zajmie dziennikarstwem i mówi, przynajmniej tak twierdził jakiś czas temu jeszcze, że szczerze tego żałuje, bo nie uwzględnił jednej prostej, wydawałoby się rzeczy, a mianowicie takiej, że skoro to pisanie i to pisanie, to jedno pisanie przeszkadza drugiemu pisaniu. On przynajmniej tak twierdził, że tyle czasu zajmuje mu publicystyka, którą uprawia, że na prozę zaczęło mu w pewnym momencie brakować czasu. Tyle Rafał Ziemkiewicz.
Nie wiem, czy mu się przypadkowo na przykład nie odmieniło. Natomiast ja myślę, że Krzysztof Derdowski trochę inaczej to wszystko sobie w życiu uporządkował. On był pełnej krwi dziennikarzem i potrafił z tych swoich dziennikarskich doświadczeń korzystać i to znakomicie z nich korzystał. Obserwował. Ja pamiętam na przykład taką scenę, bodajże to jest właśnie scena z „Robala”, kiedy on przytacza taki trudny czas. Jego bohater nie bardzo ma pracę i zajmuje się pisaniem takich krótkich recenzyjek z filmów z kaset wideo, bo wtedy się filmy oglądało na kasetach wideo i to jest zamieszczane w lokalnej prasie nawet bez nazwiska. Moc tego polega na tym, że ja czytałem te mini recenzje w określonej miejscowej prasie z określonych filmów. I to jest takie niesamowite przeżycie, kiedy się te recenzje z filmów, wydawałoby się zajęcie mało ambitne, bo krótkie, kilkuzdaniowe, trudno nawet recenzje, bardziej opisy filmów można napisać po prostu sklecając ze sobą kilka zdań. A można też napisać w taki sposób, że później się chce po ten film sięgnąć. I Krzysztof zdaje się robił, nie zdaje się, według mnie robił to właśnie w taki sposób, że ja później po te filmy sięgałem.
[01:56:00] - Ja mam tutaj uwagę taką, że różnica może być i problem ukryty
[01:56:09] - W pewnej precyzji sformułowania pewnych zależności. Otóż ja sobie tak samo cenię Rafała Ziemkiewicza i tak jak zawsze cenię sobie Krzysztofa Derdowskiego, ale myślę, że różnica między nimi jest jednak taka, że Rafał żyje z pisania i z publicystyki, a Derdowski żył prozą, poezją i publicystyką. A to jest podstawowa różnica.
[01:56:44] - Tak, myślę, że czasami dwa słowa wystarczą, a ważą trzy kilo. To właśnie Wiktor je w tej chwili wygłosił. Zdaje się, że tak. Jest taka tendencja do nadużywania sformułowania, że ktoś żyje prozą albo że ktoś tylko się tej prozie poświęcił. I kiedy być może nasi słuchacze mają okazję słuchać Wiktora, to mówią: „Znowu Wiktor coś gada. To nieprawda”. Chyba właśnie mówimy o człowieku, który życie prozą uczynił w ogóle sensem. Tak to wyglądało. Nie wiem, jak bardziej przekonująco mam o tym powiedzieć. Nie bardzo już potrafię, ale coś takiego było w jego postaci, że kiedy się z nim rozmawiało, to on nagle ni stąd, ni zowąd powiedział: „O!
A o czymś takim właśnie pomyślałem. To by mi się przydało” albo: „To jest świetny pomysł”, albo: „O tym właśnie piszę”. Właściwie kiedy rozmawiało się z Krzysztofem, to miało się bez przerwy wrażenie, że on nigdy nie przestaje być pisarzem, że on właściwie w każdym momencie tym pisarzem jest, bo niespodziewanie, zupełnie w najbardziej nieoczywistych momentach pojawiały się odniesienia do tego: „To jest dobry pomysł, to jest literacki pomysł, to muszę zanotować, to muszę zapamiętać”. Tak to po prostu wyglądało. Tak wygląda życie prozą, życie pisaniem.
[01:58:17] - Ale czy zauważyłeś, że Krzysztof był bardzo spostrzegawczy? Co zresztą przebija z tego tekstu, który tutaj słuchałem i z każdej jego książki. Chcę wam zwrócić uwagę na strasznie prostą rzecz, ale muszę zwracać od czasu do czasu uwagę, że spostrzegawczość nie bierze się z powietrza. Spostrzegawczość idzie trop w trop za ciekawością świata przecież. Bez ciekawości świata nie można być w ogóle bogatym duchowo, nie można być spostrzegawczym, nie można mieć mnóstwa tematów do napisania i tak dalej.
[01:59:12] - Nie tak dalej, bo ja mam nadzieję, że my to z Wiktorem i z Markiem dobrze kreślimy, co to znaczy żyć swoją prozą. Co prawda mam takie wątpliwości, czy nasi słuchacze dobrze to odbierają, ale mam nadzieję, że byliśmy na tyle elokwentni, że nam się to udało zrobić.
[01:59:40] - Oby.
[01:59:40] - Oby. Taką mam przynajmniej nadzieję.
[01:59:43] - Ale wracając jeszcze do dziennikarstwa Krzysztofa. To było dziennikarstwo, można powiedzieć, wielopoziomowe, bo on pisał i felietony.
[01:59:52] - I świetne, i do dupy. Czyli wielowymiarowe.
[01:59:56] - Tak. Powiedzmy, że bardziej złożona kwestia, ale reportaże, a też to dziennikarstwo miało charakter śledczy. Krzysiu podejmował takie śledztwa.
[02:00:11] - On się nadawał do tego.
[02:00:13] - Tak, zbierał materiały, wydzwaniał. Parę osób, że tak powiem, i w tym mieście, i w ogóle w Polsce nie może mu za bardzo za to podziękować. Chyba że potrafią uderzyć się we własne piersi. Krzysztof tu był dosyć zdecydowany, bezkompromisowy jako dziennikarz śledczy, ale też cały czas miał na uwadze ten szeroki kontekst, o którym ty mówisz i Wiktor, proztorski. On nieustannie czerpał, robił kwerendy do prasy. Kiedy pracował w „Kapie”, gromadził archiwalne numery. Wczytywał się w archiwalne numery, w ogłoszenia z lat 50. o rąbance, o jakichś aferach, o tym, że kogoś aresztowano i tak dalej. On to przetwarzał na język faktów i później z tego tkał swoją prozę. Historia o człowieku, który wiezie kankę chyba z alkoholem i goni go jakiś ormowiec, ale ten wylewa to po drodze i jakoś udaje mu się umknąć z sideł.
I podobne rzeczy. Krzysztof opowiadał o tym nieraz, wracał do tego z pewną konsekwencją. W każdym razie to jest szkoła, można powiedzieć, która zahacza w jakiejś mierze o Ernesta Hemingwaya. Zobaczcie, jakie zdania są bardzo krótkie. Zdania są takie esencjonalne. Krzysztof rzadko buduje długie okresy zdaniowe. To nie jest Proust, to nie jest nawet Márquez czy inni. Tam jest ogromne wyczucie szczegółu, realizmu. Krzysztof nieraz podkreślał wartość właśnie realizmu, czyli obserwacji, tej faktografii, tego wyglądu świata.
[02:02:17] - Ale wiesz To nawet aż dziwne, jak się tego słucha, że można bogato pisać SMS-ami. Krótkimi sformułowaniami, rzucać tylko SMS-y właściwie, a wydaje się, że to jest takie bogate, bo to jest bogate.
[02:02:37] - Ale wiesz, do czego sięgnąłeś? Ostatnio, kiedy było spotkanie upamiętniające Krzysztofa w galerii autorskiej, z którą byliśmy związani i nadal jesteśmy, u Janka K. i Jacka Solińskiego w Bydgoszczy. Jedyna prywatna instytucja taka od lat 70. To jest ewenement na skalę ogólnopolską. Wówczas przywołałem fragment mojego poematu, który powstaje, ale to też były okoliczności szczególne. Odejście Krzysztofa bardzo potrząsnęło mną, nie będę tego ukrywać, ale też i twórczo. Korespondencję SMS-ową z Krzysztofem prowadzoną rok temu. W tym czasie byłem na Mykonos i Delos, bo wyprawiam się trochę do Grecji w różnych celach, także celach artystyczno-poetyckich. Prowadziłem z nim taką korespondencję.
Krzysztof w tym czasie przeżywał pewien kryzys. W każdym razie ta korespondencja SMS-owa, przetworzona dosyć wyraziście, wejdzie do mojego poematu. Wziąłem ze sobą próbkę tej korespondencji. Jeżeli będzie nastrój, to mogę przeczytać pewne-
[02:03:53] - Jest nastrój.
[02:03:54] - W tym momencie? Myślę, że nie jest źle.
[02:03:57] - Co prawda spostrzegłem, że tak powiem, z moją bystrością w tej twojej wypowiedzi, że wyprawiam się tam w różnych celach, również filozoficzno-poetyckich. A może byśmy porozmawiali o tych niepoetycko-filozoficznych?
[02:04:12] - Nie ma takich celów. To była taka retoryczna formuła, żeby nie wyjść na takiego, który biega trochę po świecie i zgarnia te ingrediencje poetyckie, że szuka też innych jeszcze spraw, bo szuka.
[02:04:32] - A zatem w tej chwili posłuchamy fragmentu utworu napisanego przez naszego gościa Marka Siwca. Utworu, którego przypomnij źródło. To jest prawdziwa wymiana SMS-owa.
[02:04:48] - Między tobą Marku a Krzysztofem Derdowskim. Ja będę trochę skracać, bo nie chcę przedłużać specjalnie. Mam kłopot z czytaniem. Poprzedzam: Marek, Krzysztof. Nie zawsze będę to stosować. Z kontekstu domyślą się słuchacze, o co chodzi. Tu są daty. Mogą być daty. 5 września. „Krzysiu.
Krążę po Delos ożywianym przez fale spragnionych wszystkiego wędrowców. Mam poczucie, że przeze mnie ktoś widzi to wszystko na wskroś. Niech rodzą się światełka poezji, która mierzy się z naporem przestronności świata. Kiedy masz nockę?” Krzysztof pracował. Podjął pracę jako stróż nocny. „Krzysiu, zmiana planów. Nocka z siódmego na ósmego.” 6 września. „Krzysiu. Delos wzywało mnie od dawna. Pal licho, że Apollo tu na świat przybył.
Inna moc mnie niesie. Dzisiaj raz jeszcze wsiadłem na statek. W wędrówce zahaczyłem o teatr i wyrzuciłem z siebie toast. Wdrapałem się też na szczyt, skąd widok na całe Delos. Morze. Niebo. Czuję, że coś się wydarza. Delos." Krzysztof: „Hulaj po morzach i brzegach.” 8 września. „Krzysiu. Za jego namową, bo już trochę sił mi brakowało.
Dotarłem dziś po raz trzeci do Delos. Fermentu mam pod dostatkiem, ale żeby chociaż jakiś motyw zaczął się klarować. Może oblicze Dionizosa? Może jakiś detal? Trzeba być cierpliwym. Jutro do Aten." Krzysztof: „Czekajcie, a będzie dane.” 9 września. Krzysztof: „Samotność masz wśród ludzi, czyli nie separuje, otwiera uważność. Pobieraj co się da. Europę, głowę Orfeusza śpiewającą, wyjącą." Tutaj fragment mojego poematu. Jest głowa Orfeusza, która płynie i śpiewa, wyje, śpiewa całe nasze życie, całe nasze niepokoje i tak dalej.
Współczesność. I Krzysiu o tym wiedział. Marek: „Właśnie coś podobnego chciałem ci napisać. Samotność wędrowca czasami daje w kość, ale też wzmaga widzenia ostrość." Krzysztof: „Nocka od 19.00. Będziesz chciał, dzwoń." Marek: „Odezwę się. Siedzę w samolocie do Aten. Słońce już zaszło, ale kiedy samolot zbije się w górę, znów zaświeci. Już ruszył." 10 września. Krzysztof: „Wczoraj depczę żołędzie możliwości tysiącletnie i trzeba będzie z tym żyć. Tirli, tirli i za życie samo.
Amen." To jest jego stylistyka. Tirli, tirli to jest cytat z mojego wiersza, a życie samo to jest moje rozumienie życia, głębi życia. Nazywam to życiem samym. Marek: „Dobra intuicja, bo dotykam drzewa zwanego attakia, bodaj stuletniego, jak 26 sierpnia 2008 roku", bo tam jechałem też w celu takim, powiedziałbym, dziwnym. Szukałem kogoś, kogo utraciłem. „W tawernie Bizantyno głosy wszystkiego mają swój impet. Kora lekko pofałdowana, pień w przekroju około 60 centymetrów." Krzysztof: „Trzymaj się orzecha. Tirli, tirli." Marek: Krzysiu, pamiętasz to moje gadanie, że jest zawsze jakieś zadanie, a kiedy utracisz najdroższe, może ci zostać jeszcze wędrowanie. Oby. I tak dalej.
Ale tu jest 12 września. Marek: Moment kryzysu. I tu się pojawia Krzysiu ze swoim też kryzysem. Dwa kryzysy się spotykają. Staram się zebrać siły przed hotelem Mirabello. Krzysztof: Wytchnienie ważna rzecz w odysowaniu. Marek: Mam chyba lekki kryzys. Krzysztof: Ja mam permanentny. Myśl o dobru w tym wszystkim. Marek: Krzysiu, taka sentencja przed chwilą.
Tak Marku. Nie wysiedzisz w poezji na czterech literach. Musisz ją wywędrować na dwóch nogach, a choćby i na czterech łapach. Krzysztof: Zwłaszcza na czterech. Marek: Krzysiu, powiedz wędrowcowi co cię dopada. Krzysiu: Sprawa między mną a mną. A kryzys? Pogadamy. Trzymaj się ze sobą. Krzysztof miał trudną sytuację.
Tu jest pewien opis tej sytuacji. Będę to skracał. W każdym razie ja wędrowałem do pewnego miejsca, gdzie byłem przed laty z osobą bardzo bliską, którą utraciłem. I Marek teraz do Krzysztofa. Ale tu są jeszcze fragmenty. Dobra, krótko. Po dłuższym krążeniu w pobliżu stacji Larissa znalazłem hotel i knajpkę na świeżym powietrzu, gdzie byłem z Hanią. Krzysztof: Żalno zapewne, ale może coś jeszcze. Marek: To jest także wędrowanie pod prąd czasu, ale po śladach w powietrzu życia samego, czyli twórcza ścieżynka. No i cóż, już z samego-
[02:10:10] - Teraz słuchacze wiedzą, jak ze sobą gadają poeci i co z tego potem czasami wychodzi na światło dzienne.
[02:10:20] - To brzmiało chwilami dosyć enigmatycznie, ale z drugiej strony zobacz, ile tam w tej wymianie SMS-ów, bardzo enigmatycznej przyznajmy, ile się czai historii. Jeśli ktoś ma taką wrażliwość na prozę, na pewną historię, to już przed jego oczyma stanęło kilka historii. Mnie przynajmniej pojawiło się kilka obrazów, które mogą być literacko nośne. Myślę, że nawet taka prosta wymiana SMS-ów może być inspirująca. Zresztą odwołam się do naszych, Wiktorze, doświadczeń. Pamiętasz, ile razy było tak, że dzwonimy do siebie, bo akurat ty wysiadujesz jakieś swoje opowiadanie albo ja coś wysiaduję, mniej lub bardziej ważnego i wystarczy wymienić kilka zdań i nagle jest jakiś rozbłysk w głowie. Człowiek nagle mówi: „Kurczę, widzę, wiem.” Właśnie dzięki temu kontaktowi, krótkiej wymianie zdań, czasami nawet skrzywieniu się, powiedzeniu: „E, nie podoba mi się to, ja bym to zrobił inaczej” i nagle ty albo ja mówimy: „Tak, to jest właśnie to.” Podobnie, widzę, było pomiędzy Krzysztofem a Markiem. Dokładnie ta wymiana owocowała pewno i u jednego, i u drugiego czymś, co później miało odzwierciedlenie w prozie, w poezji. Trudno mi powiedzieć, ale to jest dla mnie taki klasyczny obraz tego, jak ty sobie zażartowałeś, że tak rozmawiają. Trudno coś z tego wyłowić może dla osoby nieprzygotowanej, ale ile tam się czai historii.
[02:12:10] - Ja sobie zażartowałem, ale ja lubię żartować, bo kto w ten sposób rozmawia SMS-ami na świecie? Większość SMS-ów dotyczy promocji aktualnej w Tesco albo w Auchan, bo jest lepsza i to wszystko. Albo się obudziłem, albo położyłem. I koniec. A tu się okazuje, jakie SMS-y mogą być bogate.
[02:12:39] - Ja powiem tak: to jest takie ciekawe zderzenie różnych światów. Krzysztof w tym czasie, co tu dużo mówić, podjął pracę jako stróż nocny. Tak się ułożyło. Ale szukał pracy, walczył z życiem. Jego przyjaciela poniosło gdzieś na Delos i tak dalej. Ale w tym sensie, że to nie były luksusy. Po prostu poniosła go jakaś siła wewnętrzna, poczucie utraty, jakiegoś bólu i tak dalej. Więc ci ludzie kontaktują się, że tak powiem, kryzysowo. I jeżeli mogę coś powiedzieć o swoim utworze, to te dwa kryzysy się jakoś ciekawie spotykają. Ta wymiana jest szersza.
Tu się pojawiają konkretne sytuacje. Krzysiu szuka tam pracy i tak dalej. To pominąłem, bo oczywiście nie za dużo naraz. W każdym razie mam wrażenie, że to odejście Krzysztofa, takie przedwczesne. Bożeż ty mój. W każdym razie ono spowodowało taki impuls upamiętnienia jego żywotności. To widać w tej prozie, jakaż tam jest żywotność. Nie używam słowa witalność specjalnie, wolę żywotność. Taka właśnie żywotność, która jest od razu przetwarzana na sposób artystyczny. Niektóre sformułowania.
Żalno. Kto tak mówi dzisiaj, prawda? Odysowanie. To deptanie żołędzi, możliwości tysiącletnich. Ale to wszystko się działo. Tak było. Jeżeli to ma jakąś wartość, to
[02:14:29] - Może i ma.
[02:14:30] - A ja w tym czasie zajrzałem na chwilę na czat i jestem trochę zdziwiony, bo nasi słuchacze dyskutują o czymś, o czym my z Wiktorem rozmawialiśmy dzisiaj przed audycją. Między innymi o tym, że znikają pewne słowa, że na przykład wieś zmienia się w farmę. A pamiętasz historię ze swoją córką, którą opowiedziałeś?
[02:14:50] - Zagraliśmy po Wigilii następnego dnia, w drugie święto. Zagraliśmy w taką grę polegającą na skojarzeniach, na różnych takich rzeczach. Była jedna drużyna, druga drużyna. Słuchajcie, mamy 2017 rok, prawie już 2018. I ja sobie nagle zbaraniałem w czasie gry, bo nagle się okazało, że moja 23-letnia córka i druga również, która ma 21 lat, nie wie, co to znaczy słowo sztacheta.
[02:15:28] - Powtórzmy. Sztacheta.
[02:15:29] - Sztacheta. Przecież to niemożliwe. Nie, to prawdziwe. Bo skąd ma wiedzieć? Gdzieś tam specjaliści z Budopolu czy z jakiejś innej firmy, może słyszeli coś o tym. My żyjemy w dziwnym świecie. Ten świat przelatuje koło nas, przepływa i tak dalej. My zostajemy sobie ze swoją pamięcią, ze swoimi interpretacjami tego świata. Stoimy w jednym miejscu, a on sobie leci do przodu dalej.
[02:16:01] - Pewno się wydam idiotycznie patetyczny, ale powiem to, chociaż może zabrzmi to zbyt górnolotnie, ale to właśnie tacy ludzie jak Krzysztof zapisują ten świat, sprawiają, że on nie przemija tak szybko, że sztachety pozostają sztachetami, żeby się już trzymać tej poetyki. Coś jest w tym takiego, że to jest ważne, że te zapisy są właśnie dlatego takie ważne.
[02:16:27] - Tam jest też zapisana surowość, surowość relacji międzyludzkich, taki język pewnych gwałtownych poruszeń.
[02:16:34] - On może razić nawet.
[02:16:35] - Słowa, które nie są przyjęte w takim obiegu bardziej wysokiej kultury. Ale powiem, że jak obserwuję Krzysia i jego ewolucję, to ten język w swojej twardości i zahaczającej nawet o pewien rodzaj tonów bardzo ostrych, ewoluuje. On jakby zaczął trochę rezygnować z pewnych klimatów wprost mówionych, tych słów uchodzących za wulgarne i tak dalej. Jego proza przeszła trochę w taki bardziej tryb, powiedziałbym łagodniejszy. Ciekawa sprawa, jak pojawiły się klimaty takie bardziej liryczne i być może to spowodowało też powrót do poezji. Krzysztof dwa lata temu wrócił do poezji. Mówiłem już o tym. To było coś niezwykłego i takie poruszające.
[02:17:33] - Tak, ja wiem, jakbyś to zinterpretował. Odbił się od dna i wypłynął z powrotem z poezją.
[02:17:41] - Nie. Spojrzał całą gamą swojej osobowości. Uruchomił klimaty liryczne, klimaty łagodniejsze. Klimaty takie, można by powiedzieć troski o świat, o innych, takie empatyczne. O tym właśnie chcę jeszcze powiedzieć naszym słuchaczom. Krzysztof to po prostu osobowość wieloraka, bogata, to już widać. Ale empatia, która się bierze z pewnego utożsamiania ze szczegółem, z sytuacją, z osobą, ze zwierzęciem, z jakimś przedmiotem, który przechowuje jakąś historię. To jest niebywała wyobraźnia przenikająca, można powiedzieć, do pewnego sedna rzeczy. Krzysztof to miał i to było coś o niezwykłej energii, co się włączyło i w jego prozę, i w jego poezję. On budował swój świat, a w jednym z utworów publikowanych, ostatnich utworów, jest taka opowieść o tym, jak buduje świat od ulicy, od wystaw, od staruszków, od kotów.
Ulica po ulicy i w końcu zbliża się gdzieś do przedmieścia i do północy będzie miał cały świat. Ale na końcu jest powiedziane: „Ale nie wiem, czy wrócę stamtąd”. Czy wróci z tego świata. I to jest niezwykle mocno, intensywnie powiedziane. Twórca buduje swój świat, ale wrócić może dzięki słuchaczom, dzięki odbiorcom, dzięki tym, którzy się tym światem przejmą, którzy przyjmą zaproszenie do tego świata. I to jest, wydaje mi się, rzecz taka bardzo istotna dla losu pisarza.
[02:19:30] - Warto też powiedzieć, że Krzysztof, to już częściowo się przewinęło w czasie naszej rozmowy, nie był człowiekiem nadętym, pomimo że miał-
[02:19:40] - Nigdy w życiu.
[02:19:41] - Dokładnie.
[02:19:41] - To z tych SMS-ów widać też.
[02:19:43] - Ale do czego ja nawiązuję?
[02:19:46] - Tirli, tirli.
[02:19:47] - Tirli, tirli.
[02:19:48] - Amen.
[02:19:48] - Ale mam coś jeszcze. Bo wydawać by się mogło, że człowiek z jakimś tam dorobkiem literackim, z nagrodami mógłby zacząć zadzierać nosa. Nie robił tego nigdy. Poza tym wspomniałeś o tym. To nie był bardzo ważny pan pisarz, bardzo ważny pan dziennikarz. Jak przyszedł taki czas, to został stróżem, tak jak powiedziałeś.
[02:20:11] - I tak było.
[02:20:11] - To pewno było ciężkie, ale z drugiej strony on brał życie takim, jakim było. I nie dlatego, że musiał, tylko dlatego, że w każdym takim kroku widział pewne doświadczenie, z którego czerpał. On zawsze czerpał z tych doświadczeń. A co więcej, mnie to zafascynowało, kiedy się nagle okazywało, że te jego doświadczenia, to zdobywanie doświadczeń zaczynało nabierać nowych sensów. Bo jakżeż się podpisywał wtedy Krzysztof? „Wasz stróż”.
[02:20:47] - Stróż dzienny i nocny podpisywał się w tych SMS-ach.
[02:20:50] - Tak, to prawda.
[02:20:51] - W mailach.
[02:20:52] - Ale zobaczcie, że z jednej strony to było odzwierciedlenie rzeczywistości. Był stróżem, to się podpisywał, ale to troszeczkę miało też taki metafizyczny wymiar.
[02:21:04] - Stróżował przy swoim świecie. W ogóle przy świecie. To stróżowanie, przywołam tylko jeden motyw. Jest u takiego filozofa Martina Heideggera myśl, że filozof jest pasterzem bycia. Jest pasterzem, czyli też stróżuje, ma tam jakieś klimaty. Krzysiu, to stróżowanie niezwykle istotna metafora. W chrześcijaństwie to jest przecież pasterz i owce i tak dalej. To wiadomo. Ale to stróżowanie u niego miało takie odbicie od konkretnej sytuacji, miejsca. Odwiedzałem go, tamto miejsce było klimatyczne.
Stróżówka, potem wychodził. Przypomnę jedną opowieść. Pewnego razu się przestraszył, bo tam były czujniki i mówi nagle: „Co się dzieje? Jakiś hałas, coś tego, jakaś noga się pojawia. O co chodzi?” A to pająk przełaził, a w tym czujniku już myślał, że ktoś tam przychodzi i będzie problem, że trzeba będzie alarm wzywać. A to był pająk, jakiś duży taki na tych swoich nóżkach. Klimaty po prostu.
[02:22:11] - To prawda. Myślę, że to jest znowu dobry moment, żebyśmy wrócili do prozy Krzysztofa. Marku, oddajemy ci w takim razie głos.
[02:22:30] - Nie pamiętam jej imienia. Nagle zjawiła się na Placu Wolności. Uciekła, jak mówiła, z zakonu. Nazywaliśmy ją więc, to pamiętam, zakonnicą. Twierdziła, że byłaby świętą, gdyby nie jej duża łechtaczka. „Mam za dużą” — mówiła. — „Onanizuję się, nawet kiedy spokojnie idę ulicą. Napiszę kiedyś o tym artykuł do Tygodnika Powszechnego. O tym, że takie dziewczyny jak ja za cholerę nie mogą być święte. Ciała wielu kobiet czyni ich świętość niemożliwą.
Rodzimy się, kurwa, do łóżka, a nie na krzyż”. Żyła potem jednocześnie z dwoma braćmi bliźniakami, którzy fundowali jej amfę. Nie przeżyła tego. Zmarła rok po swojej ucieczce z zakonu. Taką mieliśmy świętą na Placu Wolności. Ach, te dziwolągi z Placu Wolności. Był profesor z wielką patriarchalną brodą i zupełnie łysą głową. Znudzeni lokatorzy Placu Wolności częstowali go czasem papierosami, a on rewanżował się im opowieściami. Przede wszystkim mówił, że był profesorem na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Któregoś dnia zrozumiał, że jest kimś innym niż poznański profesor.
Wyszedł więc z domu i przyjechał do naszego miasta. Miał trochę oszczędności. Wynajął mieszkanie. Rodzina odnalazła go pół roku później. Nie chciał mieć z rodziną nic wspólnego. „Wiecie, kim oni są?” — pytał. — „To ludożercy. Pożerają jedni drugich z musztardą i ketchupem. I wiecie co?” — mówił. — „Po godzinnym spotkaniu wiedzą już, kim jesteś.
Ja całymi latami nie wiedziałem, kim jest człowiek, którego spotykam dziesiątki razy. A oni wiedzieli wszystko po godzinie. Ja po 10 latach małżeństwa wchodziłem do pokoju i patrzyłem na moją żonę malującą paznokcie i zastanawiałem się, kim jest ta kobieta, co ona tu robi. Tak samo patrzyłem na moich krewnych, którzy tu po mnie przyjechali. Kim wy jesteście, do diabła? Kim są w ogóle ludzie, do cholery? Nie zdziwiłbym się, gdyby moi krewni ni z tego, ni z owego nagle zaczęli biegać po pokoju na czworaka. Dlaczego nie?” Profesor rok spędził w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu. Kiedy wyszedł, rodzina już się nim nie interesowała. Nie miał już pieniędzy na wynajmowanie mieszkania.
Wtedy właśnie zapuścił sobie wielką brodę. „I ma rację święty Mateusz” — mówił czasem profesor, bo był w wieku, w którym ludzie mówią już tylko to samo i to samo powtarzają. „Mateusz, kiedy w Ewangelii twierdzi: nie troszczcie się jako ptaki niebieskie się nie troszczą, Bóg się o was zatroszczy, ubierze, odzieje, nakarmi” — tak mówił. I potem opowiadał o tym, jak to został autorem licznych w mieście prac magisterskich i doktoratów. Ludzie przychodzili do niego na Plac Wolności, zabierali do domów, kąpali, odziewali, karmili i wio. W zamian za to jeszcze za kilka złotych pisał im w trzy tygodnie pracę magisterską, a w cztery miesiące doktorat. Czasem jego magistranci odwiedzali profesora na Placu Wolności. Częstowali cukierkami, bułeczką razową i wsuwali do kieszeni pół litra. I było pięknie do zimy 1987 roku. Jakoś tak wyszło, że tej zimy nikt u profesora nie pisał prac magisterskich i doktorskich.
W bramach było coraz zimniej i profesor nie doczekał tego roku Wigilii. Ależ to była malownicza, szalona banda. Czarek, Darek, Madzia, Zakonnica, Profesor. Patrzyłem na ich śmierć i idąc teraz z Tesco przypomniałem sobie ich twarze. Samotne świątki tamtych czasów. Tak, panie doktorze. Trafiłem na stół operacyjny z sercem pełnym tych zagubionych ludzi. A to byli najwspanialsi ludzie, którzy mieli tylko tę jedną wadę, że nie nadawali się do życia. Pędzili do Jarocina, żeby słuchać muzyki i wrzasków swego pokolenia. Jedynie w tym krzyku czuli się jak u siebie.
Samotni nawet w największym tłumie. Czarek chciał coś. Magda chciała kogoś. Szedłem ścieżką dla rowerów wzdłuż parku. Wyżej na skarpie co kilka minut przemykały tramwaje. W ich jasnych wnętrzach ludzie niczym chwiejące się manekiny. Kakadu. Przypomniałem sobie jeszcze wtedy po wyjściu z Tesco. Kakadu. Nie pamiętam, dlaczego tak go nazywaliśmy.
Zarabiał myciem okien na wysokościach. Mówił, że myjąc okna na ósmym czy dziewiątym piętrze czuje się wolny. Wisi na alpinistycznym sprzęcie i czuje się świetnie. „Nikt tu do mnie nie przyjdzie” — mówił. — „Żaden skurwysyn do mnie nie dotrze”. Po południu po pracy Kakadu wędrował na Plac Wolności i tak jak ja nie ćpał, bo ja nigdy nie ćpałem. Popijał piwo siedząc na ławeczce, najczęściej przy kamiennych szachownicach. Potem ledwie władze otworzyły granice w 1989 roku, załatwił sobie paszport. „Nigdy tu nie wrócę” — powiedział mi kilka dni przed swoim wyjazdem do Szwecji. — „Ten pieprzony Plac Wolności jest przeklęty.
Ilu ludzi tu umarło?” I rzeczywiście nie wrócił już do Polski i do naszego miasta. Wychodząc tamtego pamiętnego dnia z Tesco, pamiętnego, bo obserwowała mnie wtedy Joanna, z którą teraz jestem i chyba będę zawsze albo bardzo, bardzo długo, z którą teraz wciąż rozmawiam w kuchni, w łóżku, przed telewizorem, a może jeszcze częściej i dłużej w myślach. Więc wychodząc tamtego pamiętnego dnia z Tesco, przypomniałem sobie też nauczyciela. Tak nazywaliśmy trzydziestolatka, który pojawił się na Placu Wolności pod koniec lat 80. Grzał po osiem centów, więc było oczywiste, że długo nie pożyje. Nim dotarł na Plac Wolności, był nauczycielem w małej mieścinie na Mazurach i dlatego nazywaliśmy go nauczyciel. Lubił o sobie opowiadać. Żył naprawdę tylko wtedy, kiedy jeszcze nie całkiem zaćpany, o sobie opowiadał. Ludzie żyją tylko wtedy, kiedy oglądają mecz Legii Warszawa albo kiedy piją lufę po pierwszej w nocy, albo kiedy koszą ogródek, albo kiedy spuszczają się w kobiety. Albo mniejsza o to.
Nauczyciel żył, kiedy opowiadał. Miał dwadzieścia dwa lata, kiedy pojechał do tej mieściny na Mazurach. „I dostałem tam w głowę” — opowiadał. — „Od samego początku w głowę. Przesiadywałem sam w malutkim mieszkaniu i dostawałem w głowę. Inni nauczyciele mieli rodziny, psy, dzieci, a ja siedziałem w pustym mieszkaniu. Cicho grało radio. Rozmyślałem o swoim życiu, choć nie było o czym rozmyślać. Dzieciństwo na małym podwórku obok poniemieckiej kamienicy w naszym mieście. I to wszystko.
Kilkoro dzieciaków na tym podwórku. Łopatki, gumowa piłka. No o czym tu rozmyślać? Że przez wiele tygodni byłem Winnetou, że przez wiele miesięcy byłem Włodzimierzem Lubańskim? Że nie kochałem rodziców i oni mnie nie kochali? To się częściej zdarza, niż się ludziom wydaje”. Potem była szkoła podstawowa i nauczyciel uważał, że też nie ma o czym opowiadać. „No co, że graliśmy w piłkę, że onanizowałem się jak opętany na strychu naszej kamienicy, że przeczytałem całego Dostojewskiego, mając trzynaście lat. O tym mam opowiadać?” Zapewnialiśmy go na Placu Wolności, że właśnie o tym warto opowiadać. Nie dawał się długo prosić i opowiadał.
„Kiedy czytałem Dostojewskiego, to zawsze chciałem być tymi najgorszymi typami z jego opowieści. Raskolnikowem, Stawroginem, Marmieładowem. Wyobrażacie sobie? Trzynastolatek chcący być wrażliwym mordercą jak Raskolnikow. Przysięgałem sobie, że kiedy dorosnę, to popełnię wspaniałą zbrodnię, która pomoże mi zrozumieć świat. Naprawdę tak myślałem. Poderżnę gardło jakiemuś typasowi na grzybobraniu i potem wyjdę z lasu na polanę, a tu słońce, zapach wrzosów, sosen i ja nagle wiem, po co to wszystko”. „To bzdury” — protestowali czasem jego słuchacze. Ale ja już nie protestowałem, bo słuchałem tej opowieści wielokrotnie. „Nie, nie bzdury” — mówił nauczyciel.
— „Wtedy, kiedy miałem trzynaście lat, to marzenie o zabójstwie było mrzonką. Dowodziło, że boję się, że niczego nie zrozumiem. Ale potem zrozumiałem, że człowiek, który zabija, staje się władcą, panem życia i śmierci. Może życie dawać i płodzić, ale może też życie odbierać. Co może być piękniejszego, chłopaki?” Nauczyciel, kiedy poszedł do liceum, zafascynowany był właśnie śmiercią i zabijaniem. Na pchlim targu kupował stare niemieckie monety, hitlerowskie odznaczenia wojskowe i wyobrażał sobie, że tych przedmiotów dotykali nieżyjący już Niemcy. Uwielbiał opowiadać o nieżyjących Niemcach. Czytał w miejskiej bibliotece książki o naszym mieście i na ich podstawie opowiadał na Placu Wolności o martwych Niemcach. Niektóre z tych opowieści do dziś wydają mi się mądre i piękne. Opowiadał o hitlerowcu z bogatej rodziny, który mordował Żydów łapanych gdzieś w piwnicach i na strychach naszego miasta.
Uwielbiał to, bo szczerze nienawidził Żydów. Pod koniec wojny na łożu śmierci matka hitlerowca oznajmiła mu, że jego ojcem nie jest facet, którego uważa za ojca, ale Żyd, z którym umierająca matka miała przelotny romans w Baden-Baden. Piękna historia, co? Dopytywał nauczyciel. Ludzie na Placu Wolności pytali natomiast nauczyciela, czy zabił wreszcie kogoś, bo powinien, jeśli od dzieciństwa tak bardzo o tym marzył. „Nie, nikogo nie zabiłem” — odpowiadał nauczyciel — „bo jestem tchórzem i nigdy nie spełnię się w życiu. No wiecie, siedziałem na tych Mazurach i dostawałem w głowę. Co miałem robić? Zacząłem wtedy opowiadać. W szkole uważnie obserwowałem którąś z nauczycielek i sobie o niej opowiadałem.
Nie jakieś świństwa. Nie, nie. Wymyślałem jej jakąś rodzinę, wymyślałem przeżycia. Och, wymyślałem przygody. I to mnie uspokajało. Nie chciałem nigdy wiedzieć, jacy naprawdę są ludzie, o których sobie opowiadam. Dyrektor szkoły, seksowna nauczycielka gimnastyki, stary palacz i wośny. Ludzie, których spotykałem latem na plaży jeziora, bo miasteczko przylegało do wielkiego mazurskiego jeziora. Nie obchodziło mnie, kim są naprawdę. Dawali jedynie ciało, twarz, imię moim bohaterom.
Ja byłem całym ich światem i to mnie uspokajało. Tak żyłem, moi drodzy, tam na Mazurach. Zapytałem go kiedyś, czy o nas, o ludziach spotykanych na Placu Wolności też sobie teraz opowiada. Oczywiście, oczywiście. Gdybym nie opowiadał, to bym chyba zwariował, Rysiu."
[02:34:34] - Dziękujemy. Myślę, że informacja przydatna dla każdego, komu ta proza się spodobała. Jeszcze raz powtórzę adres mailowy, pod którym książkę zatytułowaną „Plac Wolności” można zamówić. A zatem: jacentysolinski@wp.pl. Jeszcze raz: jacentysolinski@wp.pl. To myślę, ważna informacja. Jeśli komuś się ta proza podoba, to zapraszam do korespondencji.
[02:35:09] - Ja mam takie pytanie na marginesie wszystkiego właściwie, bo my tak słuchamy prozy Krzysztofa Deredyckiego tutaj. A ja mam do was tutaj pytanie i do naszych internautów ewentualnie. Jest przełom XX i XXI wieku. Żyjemy wszyscy w tym pokoleniu, tym przełomowym. Czy jest w Europie albo w Ameryce chociaż jedno miasto, gdzie nie ma Placu Wolności? Wydaje mi się, że nie ma. Ten Plac Wolności jest pewnym krzywym odzwierciedleniem może pragnień i wyobrażeń tego człowieka w rozkroku, jedną nogą jeszcze w XX wieku i drugą w XXI. Plac Wolności, świat wolności.
[02:36:07] - Taką rolę pełni w tej prozie również. Ten tytuł jest dwuznaczny. On z jednej strony odwołuje się do czysto geograficznego miejsca w naszym mieście, ale jednocześnie przecież jest to drugie dno tego tytułu. Co więcej, dziwne są te koincydencje, które następują, bo Krzysztof opisał miejsce i czas, czyli Plac Wolności w połowie lat 80., w którym mnie też dane było przebywać. Nie jako jedna z osób dramatu, który on opisuje, ale jego dosyć uważny obserwator. Tak się złożyło w moim życiu, że miałem tam różne problemy, nazwijmy to licealne i musiałem zmieniać szkoły. I zmieniłem szkołę na taką, do której uczęszczali między innymi ludzie, których Krzysztof opisuje. Bo w tej grupie, która się zbierała na Placu Wolności, ewidentnych narkomanów było widać z daleka. Oni tych strzykawek nawet wtedy specjalnie nie ukrywali. Widać ich było w tym stanie po spożyciu kompotu, strzykawkowym spożyciu oczywiście.
Ja to niejako codziennie miałem okazję widzieć na korytarzach szkoły, do której chodziłem, bo ostatni rok liceum był dla mnie rokiem wieczorówki. Więc chodziłem do tej wieczorówki i tam spotykałem takie właśnie typy. Dzięki temu wiem, być może dlatego ta proza mi się podoba. Sądzę, że nie tylko dlatego, ale dzięki temu wiem, że Krzysztof znowu korzystał ze swojej wnikliwej obserwacji. Ja tych ludzi również widziałem. To były inne oczy. Moje oczy były innymi oczami, inaczej może ich widziałem, przynajmniej niektórych, ale wiem, że on czasami łączył te postacie. Być może łączył, być może jakoś łączył ich cechy, ale tacy ludzie naprawdę w owym czasie chodzili po Placu Wolności. Dla mnie jest to fascynujące.
[02:38:13] - Fascynujące. Plac Wolności miał pewne właściwości. Otóż tysiące razy przechodziłem przez ten plac, a kiedyś zdarzyło mi się coś takiego. Mężczyzna, chyba około 28, 29 lat. Wychodziłem z domu, pisałem akurat chyba powieść „Imago”. Wylatywałem do jednej księgarni, do drugiej księgarni, do trzeciej księgarni i kupa książek pod pachą. I przez Plac Wolności do autobusu, i tak dalej. No więc idzie sobie przez ten Plac Wolności, 20 książek pod pachą. Idę, idę. Patrzę, a naprzeciwko mnie wyłania się z drugiej strony niesamowite zjawisko w ogóle.
Dziewczyna Taka, że każdemu by z was zmiękła to, co mięknie. Czarne włosy do bioder. Normalnie cudowna. Taka japońska uroda, zupełnie nieprawdopodobnie śliczna dziewczyna. Ja miałem wtedy dziewczynę, więc mnie to nie interesuje zupełnie. Tylko stwierdziłem, że zjawisko w ogóle płynie. W dodatku się gapi na mnie i promiennie uśmiecha. Mnie nie interesowało, mimo to. Czas wolności szumiał dookoła. Ona szła prosto na mnie.
Doszliśmy do siebie, ominąłem ją i poszedłem dalej. Dalej na rogu były delikatesy. Kiedy doszedłem do tych delikatesów, zobaczyłem siebie w szybie, swoje odbicie w szybie. I to odbicie w szybie trochę mnie otrzeźwiło. Zacząłem myśleć o sobie być może. Obróciłem się i zobaczyłem, że ta dziewczyna stoi pośrodku tego placu, czerwona jak burak, z rozłożonymi rękoma i się gapi za mną. Wtedy zrozumiałem. To była moja osobista narzeczona, z którą właśnie za dwa tygodnie mieliśmy ślub brać. Takie miał właściwości plac Wolności również.
[02:40:24] - A jesteś pewien-
[02:40:24] - Nie poznałeś jej?
[02:40:25] - Jesteś pewien, że nie skorzystałeś z serwowanych tam używek? Bo to już zaczyna taką historię przypominać. Ale wróćmy jeszcze do historii Krzysztofa, bo jest ten moment dramatyczny. W tym roku Krzysztof zmarł. Zmarł w takich okolicznościach. Nie zmarł w Bydgoszczy. Wyjechał do Pragi, do czeskiej Pragi, do córki.
[02:40:53] - To nie jest dramatyczne. Pojechał do córki, do osoby, którą chyba najbardziej poza żoną kochał. Po prostu pojechał i nie wrócił.
[02:41:02] - Powiem tak: użyłem słowa „dramatyczny”, bo mam pewną wiedzę, którą warto się z naszymi słuchaczami podzielić. Wiem to ze szkicu Marka, który napisał, że kiedy później, po śmierci Krzysztofa osoby weszły do jego gabinetu, do jego pokoju, tam, gdzie miał swoje biurko. Marku, to ty lepiej opowiesz, co znalazły na jego biurku. To są te niesamowite sytuacje, które się zdarzają.
[02:41:36] - Przywołam tę opowieść. To jest opowieść Elwiry, kochanej żony Krzysztofa, Elwiry Derdowskiej, która podzieliła się tą opowieścią w Galerii Autorskiej 22 listopada tego roku. Kiedy wróciła z Pragi, oczywiście w stanie trudnym do wyobrażenia po utracie męża Krzysztofa. Na jego biurku – a to biurko było takie solidne i nadal jest, takie biurko, gdzie siadaliśmy – znalazła książkę Zbigniewa Herberta. Taki wybór poezji, dramatów. Książka wydana w 1972 czy 1973 roku. Tę książkę wszyscy mamy. I tam na stronie 36, o ile pamiętam, znalazła – była otwarta na tej stronie – na wierszu „Ballada o tym, że nie giniemy”. „Ballada o tym, że nie giniemy”. Niezwykle intensywny wiersz mówiący o takim śladzie na fali, poprzez który spada w głębię muszla piękna jak skamieniałe usta.
Potem inni. O różnych ludziach, którzy wędrują. Inni wędrują gdzieś do domu, ale tuż przed zobaczyli dach domu, ale niestety do domu nie dotarli. Ale nie giniemy. I to jest ten motyw takiego przetworzenia śmierci, przezwyciężenia lęku przed życiem, przed śmiercią. Herbert niesamowicie to ujął. Opowiadanie wiersza mija się trochę z celem, ale wybaczcie mi, ja nie unikam tego typu opowieści. W każdym razie zabrzmiało to niezwykle mocno, niezwykle wyraziście. Krzysztof wracał do Herberta, ciągle wracał i ten dziwny znak nam zostawił. Taki dziwny znak takiego przezwyciężenia.
To, co jest też tutaj. Wolność jest przezwyciężeniem lęku przed skończonością, przed śmiercią, jest otworzeniem się na pełnię życia. O to chodzi Krzysztofowi. Ta ekstatyczność tej brawurowej improwizacji jest właściwie podjęciem na nowo życia. Bohater spotyka Joannę, z którą żyje, z którą rozmawia nieustannie też i o Placu Wolności. To przesłanie Krzysztofa jest przesłaniem takiej ekstatycznej siły życia, siły wzlotu twórczego, pragnienia sensu. Sensu, który uzyskujemy w ten sposób. Uważam, że to jest przesłanie o wielkiej wadze filozoficznej, ludzkiej, czysto ludzkiej. Dla nas zwyczajnych ludzi po prostu. Ogromna siła tej twórczości.
[02:44:41] - Powiedzmy jeszcze o jednej rzeczy, bo znowu od ciebie, Marku, wiem, że książka, którą właściwie tuż przed wyjazdem do Pragi ukończył, też nosiła taki dosyć mocny i w kontekście tego, co już wiemy, dosyć znamienny tytuł. Ona została właściwie ukończona. To jest książka, która czeka na wydanie i znowu będzie pewno takim mocnym śladem, który Krzysztof nam zostawił.
[02:45:13] - Tak. „Rzecz jest ukończona” dotyczy właśnie fenomenu umierania. To jest sprawa podstawowa. I Krzysztof jeszcze w lipcu mówił mi, bo spotykaliśmy się, że już ma zakończenie. Czy je napisał, czy tylko je miał, to jest jeszcze sprawa do ustalenia, do odkrycia, więc czas pokaże. W każdym razie to jest kolejne dzieło. Fragmenty tego dzieła czytał w salonie Hoffmann w kwietniu minionego roku. To już było bardzo zaawansowane, a w tym roku rzecz jakby dopełnił. Być może też kryzys, jaki przeżywał, łączył się ze Stanami.
[02:46:17] - Przypomnijmy tytuł jeszcze raz. Przypomnijmy ten tytuł, który jest dosyć ważny, bo on również się odwołuje do tego, że człowiek jednak gdzieś tam przemija i dla człowieka nadchodzi pewien kres. To niekoniecznie musiało być odzwierciedlenie tego, że Krzysztof szykował się gdzieś do tej najdalszej podróży, ale jednak ten tytuł, który nam właśnie złośliwie w tej chwili uciekł, bo nie mamy go w tej chwili wynotowanego. W każdym razie on nawiązywał również do śmierci, do tego, że przemijamy. O tym, że jak umierałem coś takiego.
[02:47:11] - Tak.
[02:47:13] - To było coś takiego.
[02:47:14] - Jak umierałem.
[02:47:15] - Jak umierałem. Dokładnie. I znowu, gdyby ktoś szukał takich znaków, o których my tu często z Wiktorem mówimy, jakichś takich przesłań, które gdzieś tam się w naszym życiu pojawiają, to znowu mógłby to odczytać.
[02:47:28] - Kiedy umierałem.
[02:47:29] - Kiedy umierałem. Dokładnie. Gdzieś to uciekło.
[02:47:32] - Wróciło.
[02:47:34] - I wróciło. Tak. Znowu jakby takie czyżby przeczucie, czy mylę się w tych poszukiwaniach?
[02:47:42] - Różnie można to odczytywać. Oczywiście pierwsze skojarzenie jest takie, ale moim zdaniem chodzi tu o pewną gamę stanów ducha i osobowości twórczej Krzysztofa. On zgłębiał chłód, wstyd. To są wszystko symboliczne figury. Uciekinierzy, Plac Wolności. To są wszystko symboliczne figury ludzkiego losu. Kiedy umierałem, to jest figura skończoności. Tego, że musimy się zmagać ze śmiercią, ze starzeniem, z chorobą, z utratą bliskich. Krzysztof tego typu doświadczenia traktował jako pewne instrumenty poznania człowieka. Te stany skrajne, graniczne, byśmy powiedzieli, były dla niego jakimś głębokim zrozumieniem tego, co jest sensem życia.
Jakby ścierając się ze śmiercią, ze śmiertelnością, odzyskujemy jakieś poczucie sensu. On się wyprawił jakby. I to nieprzypadkowo to się połączyło z poezją. Poezja jest wyprawą, jak on sam mówił, do dna możliwości. I on to zrobił w tej powieści. Te fragmenty, które czytał, były znakomite po prostu. Ale zaczął pisać też nową rzecz i tytuł roboczy był „Przyjaźń absolutna”. Czyli już wyszedł poza tę formułę „Kiedy umierałem”. Jako człowiek był bardzo rozpędzony, bardzo rozpędzony życiowo, ekstatycznie. Trudno to powiedzieć.
Dostał Nagrodę Uczniczki w czerwcu. Spotykaliśmy się regularnie. Oczywiście były dyskusje u gościnnego Wojtka Banacha w mieszkaniu w lipcu. Potem było spotkanie jeszcze 10 sierpnia. To było takie ostatnie, po spotkaniu w galerii i tak dalej. Czyli były takie fakty bardzo wyraziste. I Krzysztof objawiał taką swoją energię. On był w rozpędzie twórczym. To było takie spiętrzenie sił życiowych.
[02:50:02] - No cóż, ale jeszcze zapytam o jedną sprawę związaną z Krzysztofem, która od jakiegoś czasu mnie nurtuje. Czy on opowiadał swoje pomysły?
[02:50:16] - Tak, Krzysztof opowiadał. Bardzo istotnym elementem naszych spotkań było czytanie fragmentów. Czy ja mu przysyłałem swoje wiersze, on opowiadał o swoich pomysłach, czytał fragmenty, przekazywał. Powiem taką rzecz: miał pewne obawy, lęki, ale po spotkaniu w 2016 roku, to było gdzieś w kwietniu w galerii. Czytał właśnie te fragmenty, które teraz czytał pan Marek Sęk "Ivellios", czytał Mieczysław Franaszek. Stanęliśmy tak z boku na Wyspie Młyńskiej. To mówi: „Jak podobało ci się? Jak tam odbierasz?” Ja mówię: „Krzysiu, to jest znakomita proza. Ty masz to posłać jutro do Toposu. Jutro do Toposu masz to posłać”.
Uwierzył mi. Wysłał o 10:00. 20 po 10 była odpowiedź od szanownego redaktora Krzysztofa Kuczkowskiego: „Przyjmuję to do publikacji”. Tak to było. Czasami intuicja przyjacielska to są dobre fluidy przyjaźni. Potrzeba tego momentu, tego, że przyjaciel coś powie po prostu.
[02:51:29] - Ale to jest kolejna z cech Krzysztofa, którą nie wszyscy pisarze mają. Bo przecież trudno powiedzieć, że Krzysztof nie zdawał sobie sprawy, że jest pisarzem, i to pisarzem z dorobkiem. Ktoś, kto by coś takiego powiedział, można by go posądzać o zmilcze o co. W każdym razie zdawał sobie sprawę, że jest pisarzem i to pisarzem dojrzałym, a jednocześnie była w nim jakaś taka dziecięca, nie mam innego porównania, więc zostańmy przy niej, dziecięca nieśmiałość. On za każdym razem pytał, czy to coś nowego, co napisał, jest coś warte. To dokładnie tak brzmiało: „Czy to w ogóle jest coś warte?” Nie był takim nadętym bufonem, których ja niestety co jakiś czas spotykam w życiu literackim, którzy właściwie wszystko, co im skapnie z pióra, uważają za dzieło skończone, absolutne i wspaniałe. Nie, nie było. Powiem tak, oczywiście ktoś złośliwy i ktoś szczególnie źle nastawiony do świata mógłby powiedzieć: „No tak, to on tak pozował, krygował”. Odniosłem inne wrażenie. On naprawdę nie był pewien.
To, co już zostało nagrodzone, uznane — tak, to wiedział, że to jest okej. Natomiast te nowe rzeczy to zawsze była ta nieśmiałość, to pytanie czasami wyrażone wprost, czasami gdzieś kryjące się w oczach: „No i jak? Podobało ci się? Jak?”
[02:53:08] - To, myślę, jest też taka cecha.
[02:53:11] - Krytycyzm.
[02:53:12] - Tak.
[02:53:12] - Krytycyzm.
[02:53:13] - Czasami za daleko idący.
[02:53:14] - Wrażliwość.
[02:53:15] - Czasami za daleko idący.
[02:53:15] - Czasami za daleko idący, ale też indywidualność, tak jak powiedziałem. To jest filozoficzność, czyli pewien rodzaj krytycyzmu, rozbudzenia indywidualnego ducha i szukanie otwarcia. A to otwarcie niełatwo jest znaleźć czasami.
[02:53:31] - Jeżeli będzie pora, żeby kończyć nasze spotkanie, to coś opowiem na końcu.
[02:53:34] - To myślę, że to jest dobry moment. Teraz to powiedzmy.
[02:53:37] - Dobrze, to będzie krótka anegdota. To było przed laty, kilkanaście lat temu. Krzysiu idzie sobie od Placu Wolności ulicą Gdańską, w lewą stronę. Przekracza Śniadeckich. Jest w dobrym nastroju wieczornym po pracy i tak dalej. Spogląda w górę, w lewo i widzi „Absolut”. U góry. Absolut. Cóż to jest? Czy to była reklama?
Czy zobaczył coś? Coś olśniewającego. Absolut. Chcę powiedzieć tak: Krzysiu, ty już wiesz, co to jest absolut i tak dalej. Tu na ziemi też coś wiedzieliśmy na ten temat, ale może nie aż tak dobrze. Ty wiesz. I wspieraj nas, że tak powiem, tak jak napisałeś. Mówiłeś o przyjaźni absolutnej. Wspieraj nas tą właśnie przyjaźnią absolutną, bo to jest siła i to też nas wspomaga.
[02:54:36] - Ja od siebie mogę tylko dykteryjkę, jak zwykle. Mogę chyba wyjaśnić, dlaczego warto sięgać po książki Krzysztofa Derdowskiego, zajrzeć i poczytać. Otóż tak sobie myślałem, słuchając również naszego ględzenia, że nam się wydaje, że my rodzimy się i umieramy, rodzimy się i umieramy. I to my jesteśmy tak tego. Ale sobie tak myślę, że to wygląda chyba trochę inaczej. Świat przechodzi obok nas i my go w ogóle nie interesujemy. To my na sobie skupiamy uwagę, na samych sobie, na swoich przyjaciołach, na swoich bliźnich, na pisarzach, na artystach, na muzykach i tak dalej. To my na sobie skupiamy uwagę. Świata my nie interesujemy i nie jest to ważne. Natomiast w tym pokoleniu, takim jak ja wspomniałem, tego przełomu XX i XXI wieku, to pokolenie, żeby zwróciło na siebie uwagę, powinno zajrzeć do książek Krzysztofa Derdowskiego, żeby zajrzeć samo w siebie, w swój głos, w swoje serce, w swoje sumienie.
Bo to, co on pisze, jak on pisze, nie tylko to, co, ale również sposób wyrażania, jest chyba głosem tego pokolenia przełomu tych dwóch epok. Tak myślą ludzie jeszcze dzisiaj młodzi i ci już odchodzący, tak jak Krzysztof Derdowski, tak jak mi już tam odbija powolutku. Po prostu to jest cały czas potężny głos tego pokolenia. Te problemy, których on tam dotyka i sposób, w jaki dotyka, nie każdy potrafi nazwać. A Krzysztof to nazywa.
[02:56:53] - Nazywał to i rozpaczą, i strasznym pięknem. Siła niebywałego wglądu wewnętrznego i wzlotu. Ja to mówię: od źródeł twórczości do twórczego źródła. To twórcze źródło nas ciągnie, niesie, niesie. I Krzysiu to nam też pokazywał na swój sposób.
[02:57:11] - Lepiej już Krzysztofa Derdowskiego przedstawić nie potrafimy. Staraliśmy się to zrobić jak najlepiej, uważając, że proza, którą tworzył, jest prozą o randze absolutnie ogólnopolskiej.
[02:57:28] - Więcej.
[02:57:29] - Myślę, że nawet więcej. To jest proza, która jest i literacka, a jednocześnie pełna obserwacji natury dziennikarskiej, zgrabnie to ze sobą jest połączone. To jest proza soczysta, którą chce się czytać. Więcej już o niej nie ma co mówić. Myślę też, że bez względu na to, czy to nasze gadanie przekonało państwa do prozy Krzysztofa Derdowskiego, czy też on sam obronił się najlepiej fragmentami, które czytał Ivellios, to z jednego czy z drugiego powodu, w każdym razie jest taki powód, żeby po prozę Krzysztofa sięgnąć. Tu oczywiście przypomnę maila, pod którym można książkę zamawiać, tę ostatnią książkę „Plac Wolności”. Dlaczego o tym mówię? Ktoś mnie posądzi o to, że uprawiam pseudoreklamę. Owszem, jest to pseudoreklama czy reklama w ogóle, ale między innymi dlatego, że ta książka w innym źródle jest słabo dostępna, jej nie ma. Dlatego jeśli ktoś chce ją naprawdę zdobyć, to nie do księgarni tym razem niestety, a pod adres jacentysolinski@wp.pl.
Tam można tę książkę zamówić. Dzięki temu adresowi można się z tą książką zapoznać. I to tyle, jeśli chodzi o Krzysztofa Derdowskiego i jego prozę. Za dwa tygodnie w „Bibliotekarium” ze względów specjalnych mamy specjalny odcinek. Jakie są to specjalne względy, tego dzisiaj jeszcze nie zdradzimy, a być może ktoś się już domyśli. W każdym razie, ponieważ względy są, jak powiedziałem, specjalne i rzeczy, o których będziemy mówić, książki, o których będziemy mówić, też będą specjalne, a w związku z tym owiane pewną mgłą tajemnicy. Rzadko robimy coś takiego, że nie zdradzamy, o czym będziemy rozmawiać, ale uwierzcie państwo, że ze specjalnych względów jest to wskazane, żebyśmy dzisiaj tego nie zdradzali. A zatem do usłyszenia za dwa tygodnie, jeśli chodzi o „Bibliotekarium”. Będziemy w każdym razie mówić o ciekawych sprawach, a za tydzień audycja z puszki, czyli „ABW”. Kolejna porcja opowiadań.
Bardzo ciekawy eksperyment literacki, który dzięki naszym autorom będziemy mogli zaprezentować, właściwie wyniki tego eksperymentu, ale zaznaczam, że to naprawdę jest coś, co się rzadko zdarza. Pokażemy, jak plastyczna jest wyobraźnia autorów, jak ten sam początek może prowadzić do różnych końców. Więcej nie będę zdradzał. Wszystkich zainteresowanych zapraszam do kolejnego „ABW”. Oczywiście proszę nie zapominać również o naszym internetowym, youtubowym dwumiesięczniku audio, czyli o „Podpalaczach Nieba”. Każdy, kto wpisze „Podpalacze Nieba YouTube” znajdzie nasz dwumiesięcznik. Prawie siedem godzin słuchania opowiadań. Zachęcam również do słuchania, w każdym razie do zapoznania się z tą prozą. Warto te blisko siedem godzin poświęcić, bo są tam różne opowiadania.
[03:01:24] - Marku.
[03:01:27] - Ja wiem, jak wpadnę w słowo, to trudno mnie zatrzymać.
[03:01:30] - Drobna uwaga na marginesie. Zauważyłeś? Wymówiłeś taki tekst, że jak to-
[03:01:37] - Nie wiem, co mówię.
[03:01:39] - Ten sam początek może się różnie skończyć i tak dalej. Otóż nie wiem, czy zauważyłeś, że bardzo mądrą rzecz wygłosiłeś. Wszyscy ludzie na tym świecie mają mniej więcej taki sam początek, kiedy się rodzą, ale kończą bardzo różnie.
[03:02:00] - Myślę, że to, co się pojawi w następnym „ABW”, będzie nieco bardziej optymistyczne jednak niż to, co zasugerowałeś. Nieco mniej dramatyczne, ale naprawdę bardzo ciekawe. Bardzo dziękuję naszym słuchaczom i naszym współpracownikom, ludziom, którzy przysyłają do nas opowiadania, za możliwość zaprezentowania tego, co zaprezentujemy za tydzień. To naprawdę dla wielu osób może być dosyć ciekawe doświadczenie. A teraz dziękujemy wszystkim pięknie za wysłuchanie dzisiejszej audycji, za życzliwe przyjęcie tego, co o Krzysztofie Derdowskim i jego prozie mówiliśmy. To ważne, żeby o takich ludziach jak on nie zapominać. Nie dlatego, że to był nasz wspólny znajomy. Nie dlatego, że uprawiamy jakiś lokalny bydgoski patriotyzm, tylko dlatego, że to była i jest w dalszym ciągu znakomita proza. Myślę, że w jakiś sposób to państwu dzisiaj pokazaliśmy. W takim razie do usłyszenia za dwa tygodnie i za tydzień w „ABW”.
Wszystkiego dobrego.
[03:03:13] - A mówili te słowa do państwa gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość, pan profesor Marek Siwiec.
[03:03:25] - A no właśnie, to ja jeszcze raz powiem. I to jest też ważna informacja na koniec, bo kiedy zastanawialiśmy się z Markiem, jak przedstawić, zaczęliśmy rozmawiać i też wyszła fajna sprawa. Otóż kiedy Marek mnie zapytał, jak zamierzam go przedstawić, to powiedziałem, że wydaje mi się oczywiste, że najpierw przedstawię go jako poetę, bo to jest poeta, o którego twórczości mam nadzieję kiedyś porozmawiać tu w tej audycji. A profesorem filozofii jest, tak jak sam powiedział, w drugiej kolejności. Co nie znaczy, że drugiej wartości. Wręcz przeciwnie. Wiem coś o tym i jestem przekonany, że dzisiaj trochę mało o filozofii rozmawialiśmy, a to też byłby dobry temat, żeby o filozofii z Markiem Siwcem porozmawiać, ale to na pewno nie dzisiaj. Dziękujemy wszystkim.
[03:04:19] - A pamiętasz Marku, jaka wrzawa się pojawiła na czacie Radia Paranormalium, gdy słuchacze poznali nazwisko dzisiejszego gościa? Bo zaraz go skojarzyli z pewnym politykiem o takim samym nazwisku.
[03:04:32] - Tak. To może na chwilę oddajmy głos jeszcze jednak Markowi w sprawie tego polityka, bo nawet w swoim czasie broniłeś się przed tym bardzo i stąd wyeksponowałeś w swoim czasie, żeby się odróżnić od tamtego Marka Siwca, wyeksponowałeś swoje drugie imię w tomikach. Bo tamten był zdecydowanie Marek Siwiec, a ty byłeś jednak zdecydowanie Marek K. Siwiec.
[03:05:03] - Kazimierz Siwiec.
[03:05:03] - Kazimierz Siwiec.
[03:05:04] - Rzecz jest ciekawa, że pojedynek, że tak powiem, poety z politykiem jest ciekawie rozstrzygany na przestrzeni tych ostatnich dwudziestu paru lat, ale o tym państwo będą sami decydowali, jeżeli będą mieli państwo okazję sięgnąć do moich rzeczy. Ale też już po tym, co mówię i tak dalej, słyszeliście państwo, że nie ma nic wspólnego, że tak powiem, z tym politykiem, z tą osobą. Z całym szacunkiem oczywiście, chociaż to zupełnie nie moja bajka. Zorientowaliście się, że z zupełnie innych rewirów się wywodzę. A nazwisko, no cóż, nazwisko jest też popularne. Są też inne osoby o tym nazwisku, ale trzymajmy się osoby i jej istotności, i tego, co ma państwu do przekazania.
[03:05:47] - A swoją drogą muszę powiedzieć, to oczywiście na początku audycji słuchacze byli zwiedzeni, a swoją drogą ja podziwiam pamięć naszych słuchaczy, bo powiem szczerze, ja już słabo pamiętam tego polityka. To już jednak minęło tyle czasu. Więc kiedy pytałeś o to, kto zwyciężył w pojedynku, to u mnie jesteś zwycięzcą.
[03:06:13] - Dzięki, Marku.
[03:06:14] - A reszta? No zobaczymy. To tym razem spróbujemy się już po raz ostatni pożegnać w takim razie. Dziękujemy wszystkim.
[03:06:20] - Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
[03:06:22] - Ostatni raz w tym roku.
[03:06:23] - Szczęśliwej pomyślności.
[03:06:24] - To była właśnie ostatnia rzecz, którą trzeba dopełnić. Wszystkiego dobrego w nadchodzącym roku. Wielu książek, wielu ciekawych lektur, wielu zaskoczeń, wielu literackich wzruszeń.
[03:06:39] - O tak.
[03:06:40] - No i cóż, i wielu ciekawych audycji zatytułowanych „Bibliotekarium” i „ABW” na dokładkę.
[03:06:47] - A na koniec audycję oczywiście obsługiwał jak zawsze od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios". A na koniec dzisiejszego, ostatniego w tym roku odcinka utwór zespołu Gaga. Nagranie z festiwalu w Jarocinie. Trochę tak w klimacie tego, co dzisiaj słyszeliśmy we fragmentach powieści, która dzisiaj była prezentowana. Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już w przyszłym roku. Tym razem w taśmowym podcastowym wydaniu „Bibliotekarium”, czyli w ABW.
[03:09:23] - Jak dobrze wiedzieć? Jak dobrze wiedzieć? Jak dobrze wiedzieć? Jak dobrze wiedzieć, że jutro dostanę zasiłek? Jak dobrze wiedzieć? Jak dobrze wiedzieć? Jak dobrze wiedzieć, że jutro, jutro dostanę zasiłek? Nie wiem, czy dobrze wiedzieć, że to chory kraj. To chory kraj. Nie wiem, czy dobrze wiedzieć, że to chory kraj.
Chory kraj, bo to kraj rządzony przez świnie. To kraj rządzony przez świnie. I pełne są koryta. Pełne są koryta. To chory kraj! Chory kraj! Chory kraj! Chory kraj! To chory kraj! Chory kraj!
To chory kraj. Jak dobrze wiedzieć, że jutro, jutro dostanę zasiłek? Nie wiem, czy dobrze wiedzieć, że ten system jest zły. Ten system jest zły. Małoletnie prostytutki na ulicach wielkich gwiazd. Małoletnie prostytutki. Edukacja religijna. Małoletnie prostytutki. Edukacja religijna. Oni kreują swych idoli.
Swoje dziwki tutaj sprzedają. Muzeum na scenach i skansen, skansen. Wypierdalać! Wypierdalać! Wypierdalać! Wypierdalać! Won! Jesteście oswojone szczury. Jesteście oswojone szczury. Jesteście oswojone szczury.
To dla was ten dźwięk. Ten dźwięk. Nie jestem oswojonym szczurem. Nie jesteśmy oswojone szczury. Nie jesteśmy. Nie, nie. Nie jesteśmy oswojone szczury. My jesteśmy gaga. My jesteśmy gaga. Ga, ga, ga, ga.
My jesteśmy gaga. My jesteśmy gaga. Ga, ga, ga, ga. A fani defekt mózgu pisze się przez drugie u kreskowane. Czy nie wiecie? Hulakowcy, szalikowcy, wypierdalać! Kibice na stadionach. Kibice w Jarocinie. A Polska mecz przegrała. Co?
Skurwieni jesteście? Tańczcie! Tańczcie! Tańczcie! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha!
Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Hej, hej! Ha! Ha!
Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! Rock'n'. Rock'n'. Rock'n'.