[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego właśnie lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej oto polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu Chata Mistyka. Namaste. Pozdrawiam serdecznie. Bardzo mi miło, że pojawiłeś się w skromnych progach Chaty Mistyka drogi gościu, drogi przybyszu. Ja mam na imię Bart.
Dziennik pokładowy, wpis numer trzydziesty. Na liczniku trzy tysiące dziewięćset trzydzieści osiem kilometrów przejechanych. Chata Mistyka jest na kółkach już od paru tygodni. Podróż trwa. Pokonuję kilometry na moim żelaznym rumaku marki Royal Enfield. Klasyka, a zarazem legenda motoryzacji w Indiach. Lecimy pięknie drogami oraz bezdrożami Indii. Maszyna póki co sprawuje się na medal. Po uzupełnieniu oleju w dosyć dużej ilości, muszę się przyznać, okazało się, że prędkość maksymalna wzrosła do stu dziesięciu kilometrów na godzinę. W poprzednim odcinku Chaty Mistyka odnotowałem zaledwie sto kilometrów na godzinę.
Co jeszcze? Jest nowy akumulator. Historia wydarzyła mi się taka, że podczas mojej podróży przez Rajasthan miałem dużo szczęścia, dlatego, że stary akumulator był naprawdę niewydolny i nieprzystosowany w ogóle do tego modelu maszyny. Wiedziałem o tym już od dłuższego czasu, ale zwlekałem z zakupem nowego. Na szczęście akumulator rozkraczył się, ale dopiero jak dojechałem już do celu. Także naprawdę szczęśliwie powiodło się, że nie zatrzymałem się gdzieś pośrodku pustyni, tylko akumulator pociągnął do końca i wyzionął ducha dopiero w momencie, kiedy byłem w większym mieście. Także zakup nowego akumulatora nie był aż takim problemem. Musiałem go zamówić i poczekać na niego jeden dzień. No ale to szczegół. I mkniemy.
Dziennie przejeżdżam mniej więcej dwieście pięćdziesiąt do trzystu pięćdziesięciu kilometrów. Dlatego, że stan dróg w Indiach pozostawia często wiele do życzenia. Czasami jest tak, że przejechanie dosłownie dwustu kilometrów zajmuje w Indiach cały długi, wyczerpujący dzień. To wszystko ze względu właśnie na stan dróg. Pojawiają się dziury, jest mnóstwo kurzu. Generalnie nie ma za dużo oznakowania na drogach. Ale radzimy sobie. Czasem trzeba się zatrzymać, żeby opadło po prostu ciśnienie. Dlatego, że sytuacje na drodze w Indiach są bardzo nieprzewidywalne. Dosłownie parę razy dziennie serce skacze mi do gardła i zwykle muszę się zatrzymać, po prostu trochę uspokoić nerwy, aby kontynuować później podróż.
Dlatego, że w Indiach to nie tylko zwierzęta, które pojawiają się gromadami na drogach, w tym głównie krowy i osły oraz również bawoły. To są również kierowcy, którzy nie posiadają właściwie wyobraźni. Ale wręcz przeciwnie, powiedziałbym, że ci kierowcy cechują się czasami nadmiarem wyobraźni właściwie. I tutaj chciałem przywołać parę przykładów, o których nie wspomniałem w poprzednich odcinkach. O sytuacjach, które wydarzają się w Indiach. Generalnie co chodzi o transportowanie różnych rzeczy drogami publicznymi. Oczywiście głównym środkiem transportu w Indiach wydają się być motory, dlatego że jest ich mnóstwo, jest ich po prostu zatrzęsienie. To nie są motory, które są w gotowości technicznej i w wysokim stanie przygotowania do ich sprawności, do poruszania się drogami. Często nie mają świateł, często nie mają sprawnych hamulców. Ale w Indiach generalnie jeździ się czym się da.
Chciałem tutaj przywołać parę przykładów odnośnie towarów, które są przewożone owymi motorami. Dla mojego oka jest to często widok dosyć szokujący. To, że na motorze przemieszcza się pięć osób, to jest taki fakt, do którego już zdążyłem się przyzwyczaić. Jest to nagminne, że cała rodzinka jedzie sobie jednośladem. Ale co i w jaki sposób można załadować na motor, przechodzi moje wyobrażenie kompletnie. Więc okazuje się, że do przewozu towarów o większych gabarytach konieczny jest pasażer siedzący z tyłu za kierowcą motocykla, bo to właśnie on jest odpowiedzialny za utrzymywanie ładunku na pokładzie. Więc zanotowałem takie przypadki, jak na przykład przewóz płyt MDF. Płyty MDF to są takie materiały. To jest taki materiał budowlany, który zrobiony jest ze sprasowanego pyłu po prostu. Zwykle taki standardowy rozmiar takiej płyty to jest mniej więcej sto dwadzieścia na dwieście dwadzieścia centymetrów, więc to jest dosyć spory gabaryt.
Jak to wygląda w praktyce? Pasażer siedzi sobie za kierowcą, który dzielnie prowadzi motocykl. Przed sobą ma rozpostarte na boki ręce i trzyma owe płyty MDF. Płyty stoją pionowo do góry tuż przed nim, także pasażer nie jest w stanie nic widzieć. Walczy dzielnie z oporami powietrza. I chłopaki sobie jadą w ten sposób. Zauważyłem taki przypadek, gdzie pan wiózł przed sobą trzy takie płyty złożone razem. Dla mnie jest to szokująca sztuka, aczkolwiek okazuje się, że można. Widziałem również takie towary przewożone motorami jak na przykład drabina. Nie drabinka, tylko taka naprawdę potężna, długa drabina.
Oczywiście również pionowo stojąca do góry na kolanach pasażera. Ale zdarzył się na przykład widok taki, kiedy zauważyłem, że motorem przewożona jest pralka. Jak przewozi się pralkę? Pasażer trzyma pralkę w poprzek na kolanach i opiekuje się tą pralką, aby ona nie spadła z motoru. Zwykle są to małe motory. Najczęściej powszechne w Indiach to są motory marki Honda. To jest taki model Honda Hero o bardzo małym silniczku. Tam jest chyba 100 centymetrów sześciennych. I panowie sobie grzeją drogami, przewożąc te różnego rodzaju dobra. Okazuje się, że dla chcącego nic trudnego.
Oprócz tego motory zwykle i bardzo często objuczone są artykułami rozmaitymi do tego stopnia, że od tyłu właściwie nie powiesz, że to jest motor. To wygląda jak taka wielka jadąca sterta na przykład kocy albo jakichś worów, czy na przykład plastikowych krzeseł. Plastikowe krzesła to jest również częsty widok na motorach. To jest dla mnie nieprawdopodobne, ile właściwie sztuk można załadować na jeden motor. Generalnie panowie budują po prostu takie potężne wieże, które są utworzone właśnie z plastikowych krzeseł. Dokładnie nie powiem ci, ile krzeseł mieści się na motorze, ale złożone razem podejrzewam, że jest to liczba ponad 20. Ale w Indiach nie tylko w ten sposób ładuje się motory, ale również przyczepy traktorów i niektóre ciężarówki, gdzie ładunek czasami dziesięciokrotnie przekracza rozmiar samego pojazdu. Szyle się nawet do tego odpowiednie wory, którymi objuczony jest ładunek. To wszystko z daleka wygląda jak taki wielki napęczniały balon. Sam ładunek jest przepotężny, a pod nim znajduje się pojazd czterokołowy, który właśnie wiezie owy ładunek.
Pojazd taki oczywiście zajmuje całą drogę. Oczywiście nie ma świateł, oczywiście nie ma klaksonu i często nie ma sprawnych hamulców. Ale powoli się do tego wszystkiego przyzwyczajam. Nabieram pewnych nawyków, kiedy prowadzę motor i zaczynam widzieć w pewien sposób sytuację. To znaczy, jak coś mi się wydaje, że może się wydarzyć, to zwykle to się dzieje. Także jestem w stanie uprzedzić fakty na parę sekund przed dokonaniem się owych faktów. Do tego trzeba tutaj dodać swobodnie przemieszczających się na wskroś drogi przechodniów oraz wyjeżdżających na szosę kierowców, którzy absolutnie nie rozglądają się, nie patrzą się do tyłu, tylko po prostu wyjeżdżają tak, jakby byli jedynym użytkownikiem drogi na świecie. Ale aby uzupełnić pokrótce dziennik podróży, chcę opowiedzieć chwilę jeszcze o Radżastanie, czyli krainie wielbłądów. Pustynnej krainie, w której znalazłem się niedawno. Odwiedziłem tam głównie dwa miejsca.
Miejsce, które nazywa się Pushkar. Jest to swego rodzaju oaza na pustyni, można by powiedzieć, aczkolwiek nie jest to taka oaza z palmami kokosowymi i małym stawikiem z wodą, tylko jest to dosyć spore, dynamiczne miasteczko. Oprócz tego również w Radżastanie odwiedziłem pewną świątynię, która jest jedyna w swoim rodzaju na świecie. Udało mi się tam dotrzeć, udało mi się porobić parę zdjęć, ale o tym opowiem za chwilę. Ostatnia Chata Mistyka nagrywana była w miejscowości Pushkar. To było już po piaskowym mieście o nazwie Jaisalmer, o którym wspominałem w poprzedniej części Chaty. Pushkar nazywany jest również świętym miastem, jednym ze świętych miast w Indiach i odwiedzany jest przez wielu pielgrzymów, wyznawców i dewotów religijnych różnych kultów hinduistycznych, a także sikhów. W Pushkarze znajduje się kwadratowy akwen wodny, który wypełniony jest rzekomo świętą wodą. Wokół tego akwenu znajdują się tak zwane ghaty. Ghat to są takie schody, które prowadzą bezpośrednio do samej wody, więc te ghaty przechodzą jeden w drugi i generalnie otaczają cały akwen wodny.
Podobny widok widziałem wcześniej w Varanasi we wschodniej części Indii. Tak jak w Varanasi, tutaj troszeczkę w mniejszej skali również znajdują się świątynie Guru Dwary Sikhów. To wszystko usytuowane jest wokół tego świętego stawu czy też basenu. Wieczorami można słyszeć wokół basenu tak zwane Arti. Arti to są takie rytuały o zachodzie słońca, które poniekąd wydaje mi się, moim skromnym zdaniem, są formą zaklinania tej właśnie wody, która znajduje się w owym akwenie wodnym. Do tego znajdują się ludzie, którzy kąpią się w owej świętej wodzie. W mieście Pushkar jest zakaz spożywania mięsa i jajek ze względu na religijny charakter tego miejsca. Oprócz tego, że pojawia się tutaj mnóstwo pielgrzymów, którzy odwiedzają Pushkar w celach religijnych, kwitnie tutaj również turyzm. Jest w Pushkarze mnóstwo obcokrajowców. Jest to istne zagłębie hipisiarskich braci.
Spotkałem tutaj parę osób, których widok nie jest mi obcy. Znam ich z mojej podróży. Znajdują się tutaj stragany, kolorowe ubrania wszelkiego gatunku. Znajdują się tutaj stragany z biżuterią, różnego rodzaju bibelotami no i również mnogość kryształów i kamieni szlachetnych. Dlatego, że w Radżastanie jest bardzo dużo kryształów, głównie kwarcu, ale nie tylko. Radżastan to pustynia, ale tutaj również pojawia się mnogość minerałów i różnego rodzaju kolorowych kamyczków. Tu warto wspomnieć, że woda w Radżastanie, woda w kranie ma dosyć silny, mineralny, powiedziałbym słonawy smak. To wszystko z tego powodu, że również pod ziemią znajdują się oprócz piaskowca znajdują się pokłady soli. A skąd ta sól się tutaj wzięła? Jeżeli znamy historię tego kontynentu, to wiemy dobrze, że kiedyś tutaj po prostu był ocean.
Więc kiedy ten subkontynent indyjski zaczął nacierać na masy lądu, na płyty tektonicznej. W wyniku tego wypiętrzyły się Himalaje. To również zostały tutaj uwięzione różnego rodzaju kryształy i różnego rodzaju minerały, które to pojawiają się często w owych czasach na pustyni. Oprócz tego w miejscowości znajdują się hoteliki ze wspaniałymi dachami. Takimi płaskimi dachami, na które można sobie wyjść. Gdzie można podziwiać zachody słońca i okoliczne wzgórza. Jest tutaj parę takich niskich wzgórz dookoła. Naprawdę doskonałe widoki. Oprócz tego znajdują się tutaj restauracje, niektóre z nich właśnie wybudowane na owych dachach. W tych restauracjach przesiadują obcokrajowcy.
Jest często grana muzyka na żywo. Warto wspomnieć, że muzycy pochodzący z Radżastanu mają naprawdę wysokie umiejętności muzyczne. No i generalnie muzyka jest bardzo oryginalna. Ci panowie często podróżują po świecie i grają po prostu koncerty w różnych miejscach. Dlatego, że tutaj szkoła muzyczna po prostu reprezentuje bardzo wysoki kunszt. Dlatego ci panowie są często rozpoznawani na całym świecie. No i podróżują sobie i grają swoją pustynną muzykę. Także w restauracji, jedząc sobie posiłek, można często posłuchać muzyki na żywo. Dania są różnego typu. To nie jest tylko kuchnia indyjska, ale również pojawiają się dania włoskie czy izraelskie.
Właśnie ze względu na to, że przybywa do tego miejsca taka mnogość obcokrajowców. Ale sprzedawane są również tak zwane bhang lassi i bardzo ciekawe ciastka czekoladowe z cannabis, tak zwane special cake. Więc bhang lassi to jest taki napój jogurtowy na bazie mleka, w którym to wymieszany jest haszysz. Natomiast special cake to są właśnie czekoladowe ciastka lub ciasta, które również zawierają w sobie liście marihuany, tudzież mają ekstrakt z haszyszu. No i generalnie te produkty są dostępne powszechnie w Pushkarze. Nie są to produkty oficjalne, ale generalnie podaje się je spod lady. No ale właściwie można poprosić o takie specjalne ciastko w każdej restauracji, więc nabycie tego typu produktu nie jest problemem w Pushkarze. Atmosfera na paru głównych uliczkach wokół owego świętego stawu jest zatem dosyć wesoła. Spotkałem tutaj parę znajomych z mojej podróży. Znajome twarze.
Ludzie przemieszczają się podobnymi szlakami, także czasami niespotykane niespodzianki. Poznałem również parę nowych, ciekawych postaci. Niektórzy z podobnymi do moich pasji, więc szczerze mówiąc trochę się zasiedziałem w Pushkarze. Nie planowałem za bardzo pobytu tam przez tyle dni, ale czas był spędzany wyśmienicie. Spędzaliśmy czas na dachu mojego hoteliku z paroma znajomymi oglądając małpy o zachodzie słońca. To nie są takie kapucynki, tylko to są małpy troszeczkę większego rozmiaru, takie z czarnymi twarzami i z bardzo długimi ogonami. No i oprócz tego podziwialiśmy latawce. Jest to tradycją w Indiach, że nie tylko dzieci, ale generalnie mężczyźni również puszczają latawce. Zwykle w godzinach porannych lub w godzinach wieczornych przy zachodzie słońca. No i tutaj w Pushkarze również odbywa się konkurencja raz w roku, do której to właśnie obecnie przygotowują się ludzie.
Także wieczorami można widzieć na niebie dosłownie tysiące małych papierowych, kwadratowych latawców. Widok jest doprawdy cudny. Oprócz tego, spędzając wieczory na owym dachu mojego hoteliku z nowymi i ze starymi znajomymi, nauczyłem się nowej gry w kości. Oprócz tego zwiedzałem również okoliczne wioski. Wspiąłem się nawet na najwyższy w okolicy szczyt. Nie był to bardzo wysoki szczyt. Wspinaczka zajęła może półtorej godziny, ale widok z góry był naprawdę przepiękny. Po tygodniu pobytu w Puszkarze pożegnałem się ze starymi i nowymi przyjaciółmi i wyruszyłem w drogę. Od tego miejsca przemieszczam się już tylko na południe. Interesuje mnie tylko słońce i gorący wiatr we włosach.
Czasami zdarza się, że zabłądzę, więc muszę przemieścić się lekko na północ, po to, aby znowu wkroczyć na drogę i wjechać na drogę i przemieszczać się w stronę słońca. Jeszcze chwilę o tajemniczej świątyni w Radżastanie, o której wspomniałem na początku. Świątynia nazywa się Karni Mata. Karni Mata to była rzekomo, czy nadal jest, bogini wojny. Rzekomo postać faktyczna, postać historyczna. Była to wojowniczka pochodzącego ze szlachetnego rodu, którą później uznano za boginię. Wybudowano jej parę świątyń, ale ta jedna odwiedzona przeze mnie świątynia jest bardzo słynna i popularnie nazywana jest Świątynią Szczurów. Nazywana jest Świątynią Szczurów dlatego, że w środku znajduje się tysiące małych gryzoni, szczurów, swobodnie biegające po terenie świątyni, nawet wewnątrz samego budynku. Szczury są tam bardzo szanowane, są karmione i generalnie zachęcane do pobytu. Także dla Europejczyka widok jest poniekąd szokujący, dlatego, że te szczury łażą dosłownie wszędzie i łażą po wszystkim.
Zdarzyło się nawet tak, że taki szczur przebiegł mi po stopie. Absolutnie nie boją się ludzi. Widok trochę szokuje na wstępie i to nie tylko mnie, ale zauważyłem również, że i Hindusi niektórzy byli dosyć zaskoczeni, tudzież zniesmaczeni owym widokiem. Moja teoria skromna na temat tego miejsca jest taka, że tak jak wspominałem, higiena i porządek w Indiach pozostawiają dużo do życzenia. Wydaje mi się, że po prostu zwykła świątynia urosła do rangi kultowej, do rangi takiej światowej i znanej, słynnej z tego względu, że właśnie rozmnożyły się tam szczury w pewnym momencie i nie można było się ich chyba pozbyć w łatwy sposób. To są naprawdę wielkie gromady tych małych zwierzaków. Więc ktoś przerobił tą historię na nową i od tej pory szczury są tam czczone i jest to swego rodzaju kult. Mnie nie interesują za bardzo kulty, więc odwiedziłem słynne na cały świat miejsce, porobiłem parę zdjęć i ruszyłem nadal w drogę, kierując się na południe. Zaplanowałem sobie po drodze parę dosyć ciekawych miejsc, które od długiego czasu chciałem odwiedzić. Na moim szlaku znalazły się dwa miejsca, w których znajdują się tak zwane Jyotirlinga.
Dzisiaj o tym właśnie chciałem chwilę opowiedzieć. Zanim wyjaśnię, czym jest owa Jyotirlinga, na wstępie chcę opowiedzieć i wytłumaczyć, co to jest sama linga. Słowo linga oznacza w sanskrycie formę, czyli wszystko, co manifestuje się w świecie obiektów, ma swego rodzaju formę. To jest to, co sprawia charakterystykę przedmiotu, czyli kształt tego przedmiotu, kolor czy też zapach. Generalnie wszystko to, czego możemy doświadczyć przy użyciu naszych pięciu zmysłów poznawczych. Ale sama energia, kiedy pojawia się, kiedy zostaje powołana do istnienia i zanim jeszcze nabierze swojej formy tutaj, w tym świecie przedmiotów, w świecie obiektów, przejawia się początkowo jako elipsoida lub w innej perspektywie jako spirala. Nie jest to okrąg ani linia prosta, ale właśnie ze względu na swoją dynamikę i charakter, jak gdyby samo źródło pochodzenia. Opowiadałem o tym wcześniej. To tak zwane pierwsze zagięcie nierzeczywistości, niebytu. To właśnie z tego względu pojawia się energia.
Kiedy energia przejawia się w świecie obiektów, jak gdyby w momencie inicjacji przyjmuje na dosłownie krótką chwilkę, której już nawet nie ma mowy o czasie tak naprawdę, ale właśnie pojawia się kształt elipsy. Więc pierwszy przebłysk energii w świecie obiektów to jest właśnie elipsa albo raczej eliptyczna soczewka, taka wypukła, taka po prostu lekko spłaszczona soczewka. Z tego względu właśnie kształty w naturze, takie obłe kształty nigdy nie są idealnie okrągłe. To można zauważyć na przykład na jajku, takim kurzym jajku. To jest właśnie taka eliptyczna soczewka spłaszczona lekko. Po obu stronach jajka. Dlatego jajka nie są okrągłe jak piłeczki pingpongowe. Dlatego, że energia się tak nie manifestuje. Zauważyli to jogini w procesach bardzo długotrwałej i głębokiej medytacji, ale oni również zauważyli, że elipsa jako forma pojawia się, kiedy energia znika i powraca do stanu nieistnienia. Czyli w tym momencie tak zwanej mukti, kiedy jogin siedząc medytuje i kiedy jest w stanie opuścić ciało, to właśnie rzekomo przejawia się kształt eliptyczny, który jest ostatnią namiastką samej formy kształtu, zanim energia po prostu zniknie i przemieści się do niebytu.
Stąd również pochodzi kształt tak zwanej Shiva Linga. Shiva to pierwszy jogin, tak zwany adiyogi w tradycji jogińskiej, ale Shi-va z myślnikiem pomiędzy również z sanskrytu oznacza ten, który jest niczym. Ten, który jest niebytem. Ten, który istnieje, a zarazem nie istnieje. To jest właściwie taki kwantowy stan rzeczy, który logicznie za bardzo nie ma sensu. To jest takie zjawisko, które wydaje się paradoksem. Istota, która istnieje bez formy w świecie fenomenów, czyli w świecie przedmiotów, które mają formę. Jak logicznie można istnieć, nie mając formy w świecie przedmiotów? Jest to swojego rodzaju paradoks. Stąd właśnie Shiva Linga.
Graficznie jest to bardzo określony i bardzo subtelny kształt. To jest taka krótka kolumna zwieńczona kształtem kopułowym, ale o kącie takiej soczewki lekko spłaszczonej, a nie półkuli. U podstawy jest taki, jakby to nazwać, taki cebel, czyli takie naczynie, z którego wyrasta owa kolumna pośrodku. To naczynie ma po boku taką wylewkę, z której wydostaje się woda. Za chwilę opowiem, skąd bierze się woda. Owa wylewka zawsze skierowana jest na północ. Lingi są różnych rozmiarów. Niektóre bardzo duże, niektóre malutkie, niektóre dosłownie takie statuetki. Wykonane są również z różnych materiałów. Duże najczęściej wykonane są z granitu i to z takiego najtwardszego, jaki jest możliwy granit.
Małe wykonane są na przykład z kwarcu albo na przykład z solidnej rtęci. Tutaj wyróżnia się Dhyanalinga w południowych Indiach, która jest potężna i wykonana bardzo ściśle podług alchemicznych zasad. Nie tylko linga, ale i cały budynek wokół Dhyanalingi jest zaprojektowany i przemyślany w bardzo skrupulatny sposób. Tam użyty został najtwardszy możliwy granit oraz prawie jedna tona rtęci, która została zamieniona w alchemicznym procesie w ciało stałe. Jak wiadomo, rtęć jest metalem, który zwykle przejawia się w stanie ciekłym. Tutaj okazuje się, że na przekór zasadom fizyki newtonowskiej są pewni czcigodni panowie alchemicy, którzy znają tajniki, w jaki sposób można manipulować materią i są w stanie przemienić płynny metal pod tytułem rtęć w ciało stałe, które pozostaje ciałem stałym w temperaturze zwykłej, pokojowej można by powiedzieć. W Dhyanalinga został też użyty bardzo wielki, potężny pręt miedziany, który znajduje się wewnątrz, jak gdyby w rdzeniu samej tej kolumny i oprócz tego rozmaite substancje pochodzące z ekstraktów ziołowych i warzywnych również. Nad taką lingą wisi sobie zawsze naczynie, z którego kapie na wierzchołek kolumny woda lub czasem krowie mleko. Tutaj znowu woda, dlatego, że jest to istnie sprawa rezonansu i poniekąd również kwestia chłodzenia dla takiego reaktora energii. Dlatego, że te urządzenia nie będąc zasilane z zewnątrz niczym typu kabel czy prąd elektryczny, one po prostu się rozgrzewają.
Mówimy tutaj o bardzo starej technologii. Shiva Linga to jest generalnie urządzenie. Zaprojektowane jest i działające ściśle podług zasad funkcjonowania stworzenia, czyli tego, co nas otacza i tego, czym my jesteśmy. Ściśle podług alchemicznych zasad taka linga, wykonana w odpowiedni sposób, przy użyciu odpowiednich proporcji również, jest takim pomostem, można by powiedzieć, pomiędzy nieistnieniem a samym bytem. Określa w pewien sposób ten moment startu, ten moment zapłonu. Więc jest to forma, która zanurzona jest z jednej strony w świecie materialnym, ale również poniekąd w wymiarze, w którym kształt, czy ta barwa, czy nawet sam czas nie mają znaczenia. I stąd też symbolika początku powstawania czy też zapłodnienia, powołania do istnienia. Sama kolumna, nie ma co ukrywać, ma kształt falliczny, a podstawa, czy też owy ceber, jak to nazywam, to jest po prostu reprezentacja kobiecego łona, które penetrowane jest w akcie powołania do życia, czy też do istnienia. Teraz chciałem opowiedzieć o tak zwanych jyotirlinga. Jest 12 jyotirlinga na całym świecie i tylko 12.
Na dodatek wszystkie 12 sztuk znajduje się w Indiach. Dlaczego w Indiach? Dlatego, że to są bardzo specyficzne urządzenia, które bezpośrednio wypływają z hinduskiej kultury, z faktu położenia geograficznego Indii również. Nie mówię o tym, że to są jedyne urządzenia energetyczne na świecie. Takich urządzeń nasze pradawne kultury pozostawiły na całym świecie mnóstwo, ale ta specyficzna forma, która nazywana jest lingą, tudzież Śiwalingą, jest głównie znajdowana tylko i wyłącznie w Indiach. Oprócz tego jyotirlinga ma bardzo specyficzne właściwości. Kultura hinduska zawsze przejawiała się i dążyła do tego, aby ludzie mogli udoskonalać się duchowo, aby mogli przechodzić ten proces duchowy. Do tego od tysięcy lat ludzie w Indiach wykorzystują każdą okazję, każdy możliwy proces po to, aby ulepszyć się pod względem duchowym. Stąd powstaje bardzo specyficzna technologia. Dlatego w Indiach powstaje również joga, która również jest technologią.
Stąd również pojawiają się energetyczne urządzenia. 12 jyotirling w Indiach utworzonych zostało w bardzo precyzyjnie określonych lokalizacjach. Lokalizacje te są szczególne ze względu na zależności astronomiczne i energetyczne owych miejsc. Te lingi pojawiły się w miejscach, które są takimi węzłami energetycznymi planety Ziemia. Są miejsca owe zaprojektowane podług zależności z gwiazdami i z innymi ciałami niebieskimi. Można by powiedzieć, że jest to 12 reaktorów, które są częściami pewnej siatki energii, które zostały w bardzo specyficzny sposób zaklęte czy też zaczarowane. Czary-mary to jest coś takiego, że jeżeli czegoś nie rozumiemy, to wtedy uznajemy to za czary czy jakieś cuda. Tutaj w przypadku lingi to nie są cuda, tylko jest to czysta technologia, czyli coś, co ma za zadanie działać. Podejście do tych miejsc troszeczkę jest inne. Lingi ulokowane są w bardzo specyficznych, charakterystycznych miejscach i są to bardzo stare urządzenia.
Według mojego źródła niektóre z nich są nadal aktywne, a niektóre z nich już nie działają. Do każdej z owych 12 ling została opracowana również odpowiednia sadhana. Sadhana oznacza praktykę duchową, czyli to nie są tylko urządzenia, ale to, co ty musisz robić po to, aby osiągnąć pewien pułap świadomości, pewien stopień zaangażowania duchowego. Same lingi to są istne narzędzia do osiągnięcia doskonałości, czy też można by powiedzieć idealnego stanu rzeczy, idealnego stanu świadomości. Mnie do tej pory udało się już odwiedzić trzy takie jyotirlingi podczas mojej podróży. Pierwsza z nich to była linga, która znajduje się w bardzo popularnej świątyni w Varanasi. Varanasi to jest miejscowość nad świętą rzeką Ganges. Tam w samej miejscowości jest zatrzęsienie Śiwalinga o różnych rozmiarach i troszeczkę odmiennych kształtach. Jest ich po prostu mnóstwo, nie tylko w świątyniach, ale pojawiają się po bokach wąskich uliczek w Varanasi również. Widok jest nieprawdopodobny.
Zresztą całe miasto Varanasi zostało bardzo skrupulatnie zaprojektowane podług pewnych zależności geometrycznych tak zwanej świętej geometrii. Całe miasto nastrojone jest do gwiazd, do nie tylko systemu słonecznego, ale generalnie do pewnych schematów, które zachodzą w całym kosmosie. Samo Varanasi, czyli bardzo święte miejsce na mapie Indii. Każdy chce tam umrzeć albo przynajmniej pośmiertnie zostać spalonym w Varanasi. Taka to jest hinduistyczna tradycja. Jest tam potężna świątynia, tłumy ludzi, wrzawa i pospólstwo. Ta jyotirlinga w Varanasi jakoś mnie nie urzekła, powiem szczerze. Może jest to jedna z tych ling, które nie działają Natomiast parę dni temu w mojej podróży odwiedziłem miejsce, które nazywa się Ujjain. Miejsce to jest również świętym miastem, bardzo charakterystycznym dla pielgrzymów, dlatego, że znajduje się tutaj festiwal Kumbh Mela. Kumbh Mela to jest bardzo liczny festiwal, który odbywa się co 12 lat.
To jest taki cykl. Generalnie jest parę miast, w których odbywa się ów festiwal. Co parę lat te miasta się zmieniają, ale jeden duży cykl zajmuje 12 lat. Czyli jeżeli odbędzie się taki festiwal na przykład, dajmy na to w miejscowości Ujjain, to dopiero kolejny taki odbywa się za 12 lat. Są to naprawdę potężne ilości ludzi, którzy przybywają na ów festiwal. Znajduje się tam mnóstwo joginów i tak zwanych świętych oraz różnych dewotów hinduistycznych i praktykantów duchowych. W Ujjain również znajduje się jedna z 12 jyotirling. Jest to miasto również dosyć zatłoczone. Kiedy przybyłem tam, byłem dosyć zmęczony po podróży. Udało mi się odnaleźć parking otoczony straganami tuż przed wejściem do głównej świątyni.
Potężna kolejka. Musiałem przemieszczać się wężykiem, ale w końcu udało mi się dotrzeć do wnętrza świątyni i ujrzałem ową słynną lingę. Generalnie mnie trachnęło. Naprawdę potężna energia. Nie wiem, jak to ubrać w słowa. Zresztą nie chcę za bardzo opowiadać o moich doznaniach duchowych, dlatego, że tak jak wspominałem wcześniej, niektóre rzeczy trzeba po prostu przemilczeć, dlatego, że nie ma słów, nie ma logiki, aby opisać pewne stany umysłu, pewne stany świadomości. Również nie ma co się sugerować tym, że ktoś doświadcza czegoś, a w moim przypadku się, dajmy na to nic nie dzieje. Po prostu trzeba praktykować medytację i to wszystko przychodzi z czasem. Tak jak mówię, jest to technologia, więc jeżeli wykonujesz odpowiednie kroki w odpowiednim kierunku, to prędzej czy później to wszystko przyjdzie do ciebie. Pomimo tego całego tłumu i wrzawy usiadłem w świątyni i zamknąłem oczy i po prostu odpłynąłem.
Rozpuściłem się totalnie. To urządzenie w tym miejscu moim zdaniem definitywnie nadal działa. Ma po prostu niesamowity rezonans. Ma niesamowitą wibrację. I tyle. Działa. Nie będę tutaj nikogo ani przekonywał, ani zapewniał. To nie jest moim zadaniem tutaj, ale po prostu przygotowując się do tej wizyty podczas mojej porannej sesji jogi poczułem, że coś się wydarzy. I rzeczywiście trachnęło mnie. Usiadłem.
Nie wiem, jak długo siedziałem. Może 45 minut, może godzinę, ale nie obchodziły mnie ani tłum, ani wrzawa dookoła, ani wszelkiego rodzaju sygnały dochodzące z zewnątrz. Byłem po prostu tylko ja i cały wszechświat. Tylko tyle na ten temat tutaj powiem. Cóż, po wizycie w owej świątyni w Ujjain wsiadłem na motor i pojechałem na południe 120 kilometrów dalej. Okazało się, że jest kolejna jyotirlinga na mojej trasie, więc również postanowiłem odwiedzić to miejsce. Świątynia tym razem dużo mniejsza, dużo mniej ludzi, dużo ciszej. Paru kapłanów klepiących jakieś swoje mantry. Posiedziałem tam chwilę, ale generalnie to już nie było to samo. Od paru dni przemieszczam się w stronę Mumbaju, czy też Bombaju, jak to zwykli mawiać Brytyjczycy, kiedy tutaj zajmowali Indie podczas swojej wymuszonej rezydentury.
Od wczoraj jestem w miejscu, które planowałem odwiedzić już właściwie od wielu miesięcy. W końcu przydarzyła się okazja. Miejsce nieprawdopodobne. Ellora Caves, czyli jaskinie Ellora. Miejsce, które widziałem na paru zdjęciach, ale na żywo po prostu przerosło jakiekolwiek moje oczekiwania. Jest to potężny kompleks świątyń, które zostały wyrzeźbione w boku góry, w boku skały bazaltowej i generalnie budynki i jaskinie, te zagłębienia wszystkie wykonane są z jednego kawałka owej góry. Czyli generalnie jest to ewenement architektoniczny. Miejsce jest tak nieprawdopodobne, że drogi słuchaczu, drogi gościu Chaty mistyka, jeżeli kiedykolwiek znajdziesz się w Indiach, to naprawdę bardzo gorąco polecam wizytę w tym miejscu. Dlatego, że po prostu czegoś takiego nie zobaczysz nigdzie indziej na świecie. Budynki samej świątyni, dlatego, że jest to cały kompleks zostały utworzone jak gdyby od góry na dół.
Czyli nie zostały wybudowane w tradycyjny sposób od podstawy ku górze, tylko w odwrotnym kierunku. Po prostu wszystko zostało wyrzeźbione z jednego kawałka skały. Architektura jest tak urzekająca i istnieją tam tak przepiękne detale, wliczając w to różnego rodzaju freski i rzeźby potężnych rozmiarów, rzeźby zwierząt, na przykład potężne słonie w oryginalnym rozmiarze. Kolumny, sufity to wszystko jest bardzo stare. Jest to generalnie kompleks trzydziestu sześciu budynków. Głównym, największym obiektem całego tego kompleksu jest Kailasha Temple, czyli świątynia Kailash. Kailash jest to góra, która znajduje się w Himalajach, o której opowiadałem wcześniej przy okazji opowieści o samym Adim Yogim. Świątynia Kailash powstała ku czci Shivy, ale w całym tym kompleksie obiektów to nie są tylko świątynie hinduistyczne, ale również sporo świątyń buddyjskich i świątyń, które poświęcone są religii, która nazywana jest jainizmem. To jest dosyć ciekawa historia, dlatego że te trzy religie są bardzo powszechne w Indiach i bardzo obecne przez wiele tysięcy lat. Więc historia mówi o tym, że rzekomo, aby pogodzić owe trzy główne nurty, zostały wybudowane tuż obok siebie owe świątynie, które powstały przy potężnym wkładzie i wysiłku.
Mówi się o tym, że świątynie te powstały gdzieś tam w VI, VII wieku naszej ery, ale do końca nikt dokładnie nie wie. Wersji jest na ten temat mnóstwo. Nikt dokładnie nie wie, w jaki sposób powstały te budowle. Dlatego, że proces technologiczny, który umożliwiłby utworzenie takich struktur, musiałby być naprawdę na wysokim, wysublimowanym poziomie. A skoro mówimy o VI wieku i historia uczy nas o tym, że byliśmy tacy zacofani i dopiero od niedawna nasza cywilizacja nabrała takiego rozmachu, to tutaj trochę się to gryzie. Ja postaram się później, już po pierwszej edycji programu „Chata mistyka” wkleić w archiwum linki na zdjęcia owych obiektów, abyście mogli sobie zobaczyć to, co tutaj próbuję opisać. Jest to nieprawdopodobny kunszt, nieprawdopodobna praca. Ja nie jestem przekonany, w jaki sposób zostały owe budynki, owe świątynie wydłubane. Rzekomo używano do tego młota i dłuta. Mnie się wydaje, że proces technologiczny musiał być dużo bardziej zaawansowany.
Wystarczy pododawać czas, który potrzebny by był, aby wznieść tego typu budowle. Więc wersje na ten temat są różne. Niektórzy twierdzą, że owe świątynie powstawały w przeciągu dosłownie paru miesięcy. Moim zdaniem jest to niemożliwe. Jest to tak niesamowite przedsięwzięcie architektoniczne i artystyczne również, że bardziej skory byłbym do stwierdzenia, że zajęło to tak naprawdę wiele generacji ludzi, aby stworzyć owe miejsca. Zastanawia mnie jeden fakt. Przy tak potężnym wkładzie i wysiłku właściwie jaki był cel? Jakie było zamierzenie ludzi, którzy rozporządzili budowlę owych miejsc? Dlatego, że jeżeli były to tylko i wyłącznie świątynie, które miały być miejscem kultu i czci bogów, to wydaje mi się, że praca i wysiłek włożony w powstanie tych struktur jest niewspółmierny. Dlatego wydaje mi się, że powód, dla którego powstały owe struktury, owe budowle musiał być bardzo dla naszych zamierzchłych poprzedników istotny.
Dlatego, że nikt właściwie nie odważyłby się na rozpoczęcie takiego przedsięwzięcia. Jeżeli na przykład jesteś władcą, jeżeli jesteś królem i wiesz, że konstrukcja owej świątyni, takiej dajmy na to świątyni Kailash, która nie jest jedyna w tym całym kompleksie, tam jest trzydzieści sześć potężnych, wyżłobionych w boku góry obiektów. Jeżeli jesteś takim władcą i zdajesz sobie sprawę z tego, że konstrukcja nie zostanie ukończona podczas twojego życia ani podczas życia twoich potomków, to co powoduje tobą, że decydujesz się na tak potężny proces, na tak potężną budowlę? Moim skromnym zdaniem musi istnieć ku temu naprawdę jakaś poważna przyczyna, jakiś cel. To nie są tylko miejsca, które w przyszłości mają stać się miejscami odwiedzanymi przez turystów dla hecy, tylko były to miejsca, które zostały bardzo skrupulatnie i bardzo szczegółowo zaprojektowane. Materiał, w którym zostały wykonane owe budowle również nie jest bez znaczenia. Jest to skała bazaltowa, czyli skała wulkaniczna, która powstała na skutek erupcji z wewnątrz Ziemi, więc zawiera mnóstwo minerałów. Moim zdaniem jest to sprawa czysto technologiczna. Jest to sprawa rezonansu. Tylko tutaj trzeba zadać sobie pytanie, jaki był cel tworzenia tego typu budowli, tego typu urządzeń.
Pomimo tego, że spędziłem dzisiaj tam dosłownie cały dzień, udało mi się zaledwie zwiedzić parę z owych 36 obiektów. Jest to rzecz, którą naprawdę ponownie polecam każdemu, kto wybierze się w te strony. To jest po prostu jedyna taka okazja w życiu, aby zobaczyć tak spektakularne przedsięwzięcie. Pomimo tego, że w owej głównej świątyni było mnóstwo ludzi. Spędziłem tam dosyć dużo czasu i porobiłem dosyć dużo szczegółowych zdjęć. Dlatego, że mnie interesuje technologia, mnie interesuje technologiczny aspekt, jak owe budowle powstały. Wydaje mi się, że użycie dłuta i młotka przy budowie tak skrupulatnie zaprojektowanych urządzeń to jest po prostu śmiechu warta metoda. Tam musiała być użyta technologia. Może rzeczywiście przy samym już wykończeniu ścian owych filarów używane były dłuta i młotki. Zresztą widać takie bruzdy na ścianach, które mogłyby na to wskazywać.
Aczkolwiek wyżłobienie, wywiercenie całych potężnych komnat i to wszystko z jednego kawałka niepękniętego bazaltu to jest naprawdę sztuka, która wymaga bardzo wysokich umiejętności i technologii. Pomimo tego, że było mnóstwo ludzi w tej głównej świątyni, udało mi się znaleźć taką dosyć dużą, również świątynię hinduistyczną. Tam również notabene znajdują się lingi, które stoją do tej pory w nienaruszonych formach w tych hinduistycznych świątyniach. Dlatego, że w buddyjskich klasztorach znajdowały się potężne statuy Buddy. Zresztą miejsca zostały zaprojektowane, wydaje się po to również, aby dać zakwaterowanie mnichom, tudzież to jest kolejna rzecz, która mnie zastanawia. Ile ludzi potrzebnych jest właściwie pracujących jednocześnie dzień i noc, aby z jednej strony powstały tego typu struktury, a z drugiej strony miejsce właściwie jest nigdzie, czyli pośrodku niczego. Więc projektując miejsce, które jest w stanie przyjąć potężne właściwie masy ludzi, to musi być za tym wszystkim jakiś plan, dla kogo te miejsca były tak naprawdę stworzone i dlaczego były aż tak istotne dla ówczesnych ludzi, że decydowano się na tak długotrwały i tak bolesny, powiedziałbym, proces, w którym to powstawały owe budynki. To jest oczywiste, że nie było to sprawą łatwą. Nawet w dzisiejszych czasach nikt właściwie nie odważyłby się na takie przedsięwzięcie. I to nie tylko ze względów finansowych, ale również właśnie ze względów technologicznych.
Więc jaki był tego wszystkiego cel? Tutaj na to pytanie nie jestem w stanie do końca odpowiedzieć, aczkolwiek miejsce szalenie interesujące. Udało mi się znaleźć jedną z większych świątyń w owym kompleksie, która była pusta i w której spędziłem dosyć sporo czasu. Nie było tam ludzi. Usiadłem pośrodku potężnej komnaty z kwadratowymi filarami, gdzie na końcu owego pomieszczenia znajdowała się wnęka, w której stała potężna Shiwa Linga również. Ale posiedziałem chwilę przy samej lindze i wróciłem do głównej komnaty dlatego, że zauważyłem, że na suficie znajduje się potężny okrągły ornament kwiata lotosu. Więc usiadłem bezpośrednio pod owym kwiatem lotosu. Zamknąłem oczy i zacząłem nucić chantę Aum. Efekt był nieprawdopodobny pod względem akustycznym. Miejsca te stworzone są w taki sposób, że cała komnata zaczyna po prostu wibrować.
Dźwięk zostaje powielany, odbijany od ścian i jak gdyby wzmacniany. To jest coś, czego niestety nie mogłem zauważyć w głównej świątyni Kailash, dlatego, że była tam wrzawa i mnóstwo ludzi, ale podejrzewam, że owa świątynia również została bardzo skrupulatnie zaprojektowana pod względem akustycznym. Sama skała bazaltowa myślę, że również rezonuje w bardzo specyficzny sposób. I tu właśnie doszukiwałbym się celów owych budynków. Moim zdaniem urządzeń. I właśnie w ten sposób ja osobiście widzę owe miejsca nie tylko pod względem kultu hinduistycznych, tudzież buddyjskich czy jainistycznych religii, ale to są właśnie miejsca, które miały do czegoś służyć i moim zdaniem nadal do czegoś służą. Zresztą mnóstwo z tych budynków wydaje się być niedokończona. Właściwie te główne świątynie, główne gmachy stoją, ale widać, że okoliczne skały nadal posiadają ślady pracy. Tak jak gdyby proces został przerwany nagle i nigdy nie został dokończony. Więc zastanawia mnie, jak wyglądał oryginalny projekt.
Dlatego, że tutaj również trzeba zdać sobie sprawę z tego, że tak potężne przedsięwzięcie architektoniczne musi być zaplanowane w dosłownie najdrobniejszych szczegółach, w szczególności ze względu na typ konstrukcji. Tutaj popełnienie jednego błędu może skończyć się fiaskiem dla całego przedsięwzięcia, dlatego, że wszystko stworzone jest z jednego kawałka skały. Dzisiaj na tyle o lingas, o owych szczególnych formach energetycznych, magicznych vortexach do niebytu. Kiedyś, mam nadzieję, opowiem troszeczkę obszerniej o Dhyana Lindze, która znajduje się w Isha Yoga Center w aśramie w południowych Indiach. Ta linga jest mi bardzo bliska ze względu na swój fenomenalny charakter. Jest jedynym i właściwie niepowtarzalnym tego typu urządzeniem na świecie. Jest tylko jedna Dhyana Linga na tej planecie. Bardzo potężna, zaklęta w owej formie energia przez bardzo potężnego alchemika, mojego guru Sadhguru. Spędziłem przy tej lindze siedem miesięcy mojego życia i czas ten był dla mnie sporą transformacją, muszę się przyznać. Również dużo rzeczy się wyjaśniło, ale o tym kiedy indziej.
Zapraszam do słuchania Chaty mistyka. Zapraszam do pozostawiania komentarzy i sugestii. Jeżeli drogi gościu Chaty masz jakieś swoje opinie, którymi chciałbyś lub chciałabyś się podzielić, to zapraszam do pozostawiania komentarzy w archiwum na stronie radioparanormalium.pl i również w archiwum na YouTubie. A póki co pozdrawiam wszystkich. Mam nadzieję, że zdrowymi jesteście, że wszystko się układa i powodzi. Do usłyszenia. Namaste. Pranam. Chata mistyka