[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego właśnie lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej oto polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu „Chata mistyka". Namaste. Hari om. Witam wszystkich serdecznie. Bardzo mi miło, że udało się odnaleźć Tobie gęstą ścieżkę w lesie świadomości, drogi przybyszu.
Drogi gościu Chaty mistyka. Ja mam na imię Bart i zapraszam do kolejnej opowieści. Dzisiaj opowieść typowo podróżnicza, dlatego, że jestem znowuż w podróży. Podróż staje się coraz ciekawsza, coraz barwniejsza dlatego, że od paru tygodni jestem w posiadaniu motoru. Także przerzuciłem się na dwa kółka. Motor również nie byle jaki. Motor marki Royal Enfield, model Thunderbird 350 centymetrów sześciennych Twin Spark. Jest to klasyczny, bardzo legendarny w Indiach motor. Wygląda bardzo starodawnie. Jest to starodawny, klasyczny design.
Motor jest przepiękny. Czerwony bak paliwa i czerwone błotniki. Cała reszta w chromie. Bardzo oryginalny, starodawny styl. Jest to motor, który produkowany jest w Indiach na angielskiej licencji. Produkcja zaczęła się dawno temu, właściwie jeszcze przed drugą wojną światową. Pierwsze modele Royal Enfield wyszły w latach 30. Ale konstrukcja motoru osiągnęła swój technologiczny szczyt dopiero w latach 50. Od tego czasu właściwie niewiele się zmieniło. Motory Royal Enfield w wersji Bullet, czyli w takiej najbardziej znanej, powszechnej, klasycznej wersji oraz w wersji Thunderbird, czyli właśnie ten model, który ja obecnie posiadam, są produkowane właściwie od lat 50.
bez większych zmian. W owych czasach był to szczyt technologicznych osiągów, więc niewiele się zmieniło. Motor wygląda dosyć oldschoolowo, ale w tym cały właśnie jego urok. Dawno temu, parędziesiąt lat temu właściwie, posiadanie takiego motoru przyczyniało się w pewien sposób do twojego statusu społecznego. Nie był to motor, na którego każdego było stać, więc posiadanie motoru o marce Bullet, co oznacza pocisk, było jeszcze do niedawna oznaką wyższej klasy społecznej, wyższego statusu społecznego w Indiach. Aczkolwiek w dzisiejszych czasach tych motorów w Indiach jest mnóstwo. Marka urosła do miana legendy właściwie również dzięki temu, że w latach 70. był to najbardziej popularny środek transportu dla przybywających z całego świata do Indii hipisów, więc stał się ten motor obiektem kultu właściwie. Są przeprowadzane udoskonalenia na tych motorach. Motory są tuningowane, ulepszane.
Pojawiają się również frywolne tablice rejestracyjne. Dlatego, że w Indiach tutaj właściwie można sobie założyć jakąkolwiek tablicę rejestracyjną na pojazd. Więc podczas mojej podróży widziałem już dosyć zabawne tablice rejestracyjne. Na przykład taka, na której napisane było Mom's gift, czyli prezent od mamy. Albo na przykład: urodziłem się w zwykłej rodzinie pochodzącej ze średniej klasy, ale Royal Bullet uczynił mnie królewskim. Tak można było to przetłumaczyć. Takie właśnie wiadomości czasami figurują na tablicach rejestracyjnych. Oprócz tego oczywiście dlatego, że model Bullet i Thunderbird są legendarnymi, pojawiło się mnóstwo klubów nie tylko w Indiach, ale również na całym świecie. Oczywiście znajdują się tu również salony sprzedaży, mnogość warsztatów, w których można naprawić Royal Enfield motor. Dlatego, że ten motor zawsze się psuje właściwie.
To jest właściwie taki motor, który teoretycznie nie ma sensu, dlatego że jest ciężki, jest nieekonomiczny, jest głośny. Pracuje na jednym cylindrze, 350 centymetrów sześciennych. Jest to dosyć duży motor. Jest to spora maszyna, ale bardzo prosta w budowie, powiedziałbym nawet siermiężna. Ten motor jest na tyle prosty na szczęście, że można go naprawić właściwie wszędzie w Indiach. Może go naprawić nawet kowal. To jest tego typu technologia. Dlatego jedyna taka okazja, która praktycznie pojawia się raz w życiu i właściwie tylko w Indiach. Zdecydowałem się na to, aby właśnie wyruszyć w podróż motorem marki Royal Enfield. Dlatego, że myślę, że w Europie, pomimo tego, że te motory są, pojawiają się.
Myślę, że jest to dużo większym problemem, aby nabyć części do tego motoru i żeby go naprawić. Sam motor jest w stylu dosłownie easy ridera, czyli takiego swobodnie przemieszczającego się drogami jeźdźca. Jest to tak zwany cruiser. Maksymalna prędkość mojego motoru to jest jakieś 100 kilometrów na godzinę. Prędkość przelotowa 80 kilometrów na godzinę. Także dziennie jestem w stanie przejechać od czterech do pięciu godzin mniej więcej. Po prostu, żeby się nie szarpać, żeby za bardzo nie siłować się na tym motorze, pokonuję tylko takie dystanse. Jest to moje marzenie właściwie od dawna. Wiatr we włosach i zachodzące słońce. Aczkolwiek przygotowania do tej wyprawy trwały długi czas.
Otóż prawo jazdy, międzynarodowe prawo jazdy uzyskałem na motor już cztery lata temu, ale od tej pory, kiedy zdałem egzamin, nie udało mi się właściwie jeździć motorem. Dopiero teraz, kiedy jestem w Indiach. Bardzo długo trwało załatwianie wszelkiego rodzaju papierów na ten pojazd. W Indiach panuje szaleńcza biurokracja. Właściwie rzeczy są nieprzewidywalne i system funkcjonuje w bardzo nielogiczny sposób. Dlatego motor pojawił się już dwa i pół miesiąca temu, ale tyle dokładnie czasu zajęło uzyskanie dokumentów na ten motor. Także do tej pory nic nie wspominałem. Motor czekał sobie swobodnie na mnie i cierpliwie w Punjabie. Niedawno pojawiłem się znowu w Punjabie po to, aby właśnie zabrać maszynę i wyruszyć w trasę. Ale motor już jest.
Także stałem się legendą hinduskich dróg. Jestem po prostu istny easy rider. Gdziekolwiek zatrzymam się na herbatę podczas moich podróży, wzbudzam sensację. Ludzie chcą momentalnie robić zdjęcia z białym człowiekiem na motorze. Raz nawet ktoś spytał, czy jestem z programu Discovery Channel. Myślę, że mój widok jest troszeczkę niezwykły. Dzieje się tak dlatego, że przede wszystkim ubiór. Mam na sobie bluzę i kurtkę przeciwwiatrową. Jeżdżę w butach górskich. Oczywiście mam na głowie kask.
Tutaj w Indiach kasków używa się tylko w bardzo wyjątkowych okolicznościach, na przykład kiedy stoi przy drodze policjant. W innym przypadku za brak kasku płaci się policjantowi tak zwany haracz. Jest to normalne. Haracz wynosi mniej więcej 100 rupii, czyli równowartość może 10 złotych. Daje się policjantowi tą łapówkę i jedzie się dalej. Tak to tutaj w Indiach funkcjonuje. Poza tym ciekawostka. Kask ma obowiązek nosić tylko kierowca, a wszyscy pasażerowie jadą sobie bez kasków i tak jak kierowca oczywiście w klapeczkach. Wszyscy pasażerowie. Dlatego, że w Indiach standardem jest to, że na motorze jadą trzy osoby.
To jest po prostu taki najczęstszy widok. Trzy osoby na motorze. Ale również widuje się bardzo często pięcioosobowe rodziny na jednym motorze. A na przykład taki skuter może pomieścić nawet do sześciu osób, bo tam z przodu jest taka podłoga, jest takie obniżenie, więc tam może stać na przykład jeszcze jedno dziecko. Do tego matka siedząca bokiem, trzymająca jakiegoś niemowlaka. Tutaj warto wspomnieć, że kobiety w Indiach przystrojone oczywiście w swoje kolorowe suknie sari nie siedzą prawidłowo okrakiem na motorach, ale siedzą bokiem i nawet instaluje się na motorach po boku tylnego koła takie specjalne osłony, żeby się kiecka nie wkręciła w szprychy. Jedzie sobie taka cała rodzinka i oczywiście tylko ojciec ma na głowie kask. W Indiach motorów jest mnóstwo, bo jest to główny sposób transportu społeczeństwa. Społeczeństwo jest w większości bardzo ubogie, tym samym większość ludzi jest słabo albo w ogóle niewyedukowana, dlatego często nie potrafią nawet pisać lub czytać, więc często też nie posiadają nawet prawa jazdy. Na wioskach widuję dzieci, które jeżdżą motorami.
To jest widok, który czasami mnie zatrważa. Mały chłopiec ma może osiem, dziewięć lat. Pociska sobie motorem po drogach nie tylko po lokalnych drogach, ale po takich przelotowych autostradach. Oczywiście użytkownicy drogi nie znają zasad ruchu drogowego, więc ruch uliczny dla ludzi z Zachodu w Indiach jest rzeczą bardzo szokującą, dlatego że nie ma tu żadnych zasad logiki, a wręcz przeciwnie, to jest taki ruch, który nazwałbym takim bajonicznym. Nie wiem, czy jest takie nawet słowo w języku polskim. Bajoniczny, czyli w jakiś sposób naturalny, taki zgodny z biologią powiedziałbym. Bardzo często tutaj słychać klakson. Właściwie w większych miejscowościach klakson nie ustaje i słychać go przez całą noc, dlatego, że wszyscy po prostu trąbią na siebie. Cały ten ruch wygląda bardziej jak gniazdo mrówek raczej niż na przykład centrum Delhi. Działa to na zasadzie jak jest miejsce przed tobą, to jedziesz, a jak nie ma miejsca to się zatrzymujesz.
Ja jestem poniekąd profesjonalnym kierowcą, dlatego, że mój zawód w Londynie wymaga, powiedziałbym, wysokiej klasy umiejętności prowadzenia pojazdów. Po prostu, aby wykonać moją pracę, muszę najpierw dojechać na miejsce dosyć dużym samochodem dostawczym. Ale tutaj w Indiach to właściwie nie ma żadnego znaczenia. Całe to moje doświadczenie tutaj się nie liczy, dlatego, że tutaj nie ma reguł ani nie ma tak zwanej kultury jazdy na drogach. No i co? No i nic. Trzeba po prostu to zaakceptować. Trzeba się z tym pogodzić. Nie ma sensu się irytować tutaj i stresować. Po prostu tak to tutaj działa w Indiach.
Ja nie jestem też u siebie. Zdaję sobie z tego doskonale sprawę. Dlatego też nie mnie tutaj się stresować, pouczać kogoś czy próbować w ogóle coś zmienić. Po prostu tak to wygląda. Ja jestem przyjezdnym i to ja muszę zaadaptować się do panujących w tym świecie warunków. Więc nauka, która z tego wszystkiego wypływa, brzmi następująco: nie oczekuj niczego, ale spodziewaj się wszystkiego. Znamienne w Indiach są takie sytuacje jak na przykład pojazdy poruszające się twoim pasem ruchu. Tutaj warto wspomnieć, że w Indiach występuje ruch lewostronny, czyli tak jak w Anglii czy w Australii, czy w Japonii, i właściwie w wielu krajach na świecie. Jedzie sobie taki pojazd twoim pasem ruchu pod prąd. I to nie tylko jest motor, ale na przykład pojawiają się również traktory i samochody, które nagle nadjeżdżają poboczem z naprzeciwka.
I to dzieje się nagminnie nawet na autostradach. Pojazdy również nie mają lusterek wstecznych. Przeważnie motory nie posiadają lusterek wstecznych, ale również znajdują się pojazdy, które nazywane są auto rikszami. To są takie trójkołowce, które służą do przewozu ludzi. To są takie taksówki, które zwykle wyładowane są po brzegi. Ten pojazd jest generalnie zaprojektowany na jakieś tam, powiedzmy pięć do sześciu osób, ale widziałem rekordy, gdzie takimi pojazdami przemieszcza się ponad 20 ludzi, gdzie kierowca po prostu trzyma osoby na kolanach u siebie, kiedy prowadzi pojazd. I on absolutnie nie przejmuje się lusterkami wstecznymi. Po prostu trąbi sobie dziarsko i jedzie poprzez tłum i zgiełk ruchu ulicznego w Indiach. Ale również zdarzają się ciężarówki, które nie mają lusterek wstecznych. Oprócz tego, że w Indiach rzadko pojawiają się lusterka, występuje również nagminnie brak oświetlenia.
Pojazdy nie mają sprawnych świateł stopu, więc często zdarzają się niespodzianki. Generalnie wieczorami kierowcy w Indiach nie włączają świateł, bo przecież wszystko widzą. Dopóki nie stanie się naprawdę ciemno w nocy, to wtedy może skapną się i włączą światła podczas swojej podróży. A jak już są światła włączone nocą, to wszyscy jeżdżą na długich światłach. Więc generalnie jest to koszmar. Po prostu jazda nocą motorem w Indiach nie jest zbyt przyjemną sprawą, dlatego, że wszyscy cię oślepiają. Do tego kierowcy ciężarówek mają tendencję, aby poruszać się środkiem jezdni, a nie swoim pasem wyznaczonym, więc często zdarza się tak, że muszę po prostu się zatrzymać i zjechać na pobocze i pozwolić takiemu większemu pojazdowi minąć mnie i dopiero wtedy powracam do ruchu ulicznego. Tutaj generalnie w Indiach zasada jest taka, że im większy masz pojazd, tym więcej masz praw na jezdni. Nikt nie przejmuje się tym, że wyjeżdża z drogi podporządkowanej. Ludzie nawet nie patrzą się do tyłu.
Przechodnie przechadzają się na wskroś drogi, również nie rozglądając się dookoła. Ale taki to kraj, taki obyczaj. Do tego wszystkiego można dodać stan techniczny pojazdów na drogach w Indiach, który pozostawia dużo do życzenia. Oficjalnie do ruchu ulicznego, drogowego w Indiach dopuszczone są tylko i wyłącznie pojazdy, które są młodsze niż 15 lat. Ale w praktyce jest to niemożliwe. Właściwie nikt się tym nie przejmuje. W Indiach jeździ się czym się da. Także niektóre z tych maszyn naprawdę mają wiele kilometrów już na licznikach. Niektóre z nich pokonują naprawdę spore dystanse. Bo nie tylko India, ale też miejsca takie jak na przykład Afganistan czy Jordania.
Tam również docierają indyjskie ciężarówki. I co z tego, że nie mają sprawnych hamulców, ale mają za to piękne pompony i wykończenia w chromie i kolorowe malunki wszędzie dookoła. Jest to niezwykły jak dla Europejczyków widok. Takie duże ciężarówki w Indiach. Są to istne mechaniczne dzieła sztuki. A dla nas, dla Europejczyków prawdopodobnie obraz kiczu i po prostu rozpaczy. Niespodzianki na drogach Indii to nie tylko nieodpowiedzialni kierowcy, ale również zwierzyna. Dlatego że przede wszystkim zagrożenie występuje w Indiach na drodze ze strony krów. Krowy w Indiach, tak jak wspominałem wielokrotnie, swobodnie przemieszczają się ulicami miast. Są to dzikie krowy, które nie przynależą do żadnego domostwa.
Krowa w Indiach uważana jest za zwierzę święte i darzone jest to zwierzę specjalnym szacunkiem, ale to również nie zawsze się sprawdza. Bardzo często byłem świadkiem tego, że krowy traktuje się dosyć brutalnie, poganiając je patykami. One na przykład w miastach bardzo często podchodzą do straganów z warzywami, próbując skubnąć coś z takiego straganu. I wówczas są przeganiane przez sprzedawczyków, często bite patykami lub polewane kubłami wody. Krowy są na tyle liczne, również rozmnażają się doprawdy licznie i rozprzestrzeniają się gdzie popadnie. Krowa, jak wiadomo zwierzę duże, ciężkie i dosyć powolne. Także te zwierzęta nie reagują kompletnie na odgłosy klaksonów czy też krzyki, czy jakiekolwiek gesty kierowców. Spacerujące lub stojące w poprzek ulicy, oczywiście odżywiając się starymi kartonami czy śmieciami. Jest to w Indiach bardzo powszechne. Kompletnie nie reagują na jakiekolwiek sygnały, więc to ty właściwie musisz ominąć krowę w ruchu ulicznym.
Bo ta krowa po prostu sobie stoi lub bardzo powolnie idzie. Na autostradach w nocy krowy stoją lub siedzą sobie gdzie popadnie praktycznie. Jest problem, bo niektóre są czarne. Ich po prostu w nocy nie widać. Więc moja wyuczona osobiście reguła i tutaj porada dla przyszłych użytkowników dróg w Indiach jest taka. Krowę omijamy zawsze od dupy strony. Bo jak taka krowa sobie stoi, to raczej się nie cofnie. Ale są takie przypadki, że może nagle ruszyć do przodu, na przykład decydując się na małą przechadzkę na drugą stronę autostrady. Więc zawsze omijaj krowę od tyłu. Oprócz krów istnieją inne zwierzęta, które pojawiają się na drogach Indii.
Oczywiście będą to zgraje bezdomnych psów, które tutaj panoszą się gdzie popadnie. Są to często stada kóz, ale są to również na przykład małpy. Przydarzyła mi się taka historia niedawno. Przejeżdżając przez pasmo gór widziałem naprawdę setki, setki pawianów przy drodze. Te małpy bywają dosyć agresywne. Pomimo tego są to dosyć sprytne bestie, więc potrafią bardzo sprawnie coś człowiekowi ukraść. Potrafią podbiec i wyrwać coś z rąk albo na przykład są w stanie otworzyć torbę czy plecak. Więc kiedy jechałem tymi górami w towarzystwie tylu małp, zdecydowałem, że lepiej się właściwie nie zatrzymywać, dlatego, że sytuacja mogłaby okazać się lekko nieprzyjemna. Ale pojawiają się też inne, niespotykane gatunki przebiegające przez drogę, kiedy jadę motorem, takie jak na przykład pawie z przepięknymi ogonami. Pojawiają się również łasice.
Widziałem również skoczki pustynne czy tak jak ostatnio wielbłądy. Wielbłądy. Bo jak nagrywam ten odcinek Chaty mistyka siedzę sobie moi drodzy na pustyni w Radżastanie. To właściwie jest taka wielka oaza na pustyni, to miejsce, w którym jestem. Ale zanim znajdziemy się na pustyni, chcę opowiedzieć po trosze, co wydarzyło się wcześniej, zanim się tu znalazłem. A przejechałem motorem już prawie dwa tysiące kilometrów, więc również wydarzyło się dosyć sporo. Parę tygodni temu miejscowość Rishikesh położona nad świętą rzeką Ganges, otoczona himalajskimi górami, z mnóstwem odizolowanych jaskiń, gdzie bardzo często przesiadują jogini, którzy zwani są Baba. Jeżeli ktoś nie zna opowieści, to polecam gorąco epizod pod tytułem Sadhu, gdzie opowiadam o tym temacie troszeczkę szerzej. Więc Rishikesh opuściłem z moim nowym przyjacielem Babą Mohan Puri już parę tygodni temu. Pojechaliśmy jego motorem.
Podróż zajęła jakieś pięć godzin. Zabrał mnie do swojego miejsca w sąsiednim stanie Haryana. Malutka wioseczka. Farmerzy trzciny cukrowej głównie. Bardzo ubodzy i bardzo ciężko pracujący ludzie. Bardzo pokorni ludzie również. Okazało się, że Mohan Ji jest opiekunem wioskowej świątyni Hindu. Za świątynią stoi sobie mały domek, tuż obok głównego budynku. To wszystko na obrzeżach malutkiej wioski, gdzie żyje ze swoimi dwoma psami. Obok świątyni jest również wioskowa szkoła.
No i dzieci uwielbiają Babę Mohana. Zawsze otoczony jest radosną gromadką, pokrzykującą i produkującą mnóstwo jazgotu. Zwykle Mohan-ji ma dla dzieciaków jakieś słodycze lub orzeszki ziemne w kieszeni. No i dzieci bardzo lubią bawić się w świątyni. Czasem nawet zdarza się tak, że rodzice traktują dom Baby Ji jak takie przedszkole właściwie i zostawiają tam dzieci na cały dzień pod opieką. Spędziłem tam dwie noce. Bawiłem się z dziećmi. Spędzaliśmy wieczory przy ognisku. No i po dwóch dniach udałem się autobusem do Pendżabu. Więc znowu Pendżab, kraina brodaczy.
Znajome twarze zapoznane podczas mojej poprzedniej wizyty. No i odbiór oczywiście mojego żelaznego rumaka. Po paru dniach ostatnie kontrole techniczne maszyny, ostatnie drobne naprawy. Zakup kasku oczywiście. No i w drogę. Pierwszy cel to był Amritsar. Amritsar to jest miasto na północy Pendżabu, gdzie znajduje się najważniejsze dla wyznawców sikhizmu miejsce. Słynna złota Guru Dwara. O sikhizmie oraz drugiej bardzo znaczącej religii w Pendżabie opowiadałem w odcinku Chaty mistyka zatytułowanym Kraina brodaczy, do którego gorąco wszystkich zachęcam. Jeżeli nie znasz jeszcze tych opowieści.
I tutaj w Amritsar po wielu godzinach wytężonej jazdy i nawigacji dotarłem do świętego miejsca Sikhow. Miejsce bardzo świetnie zorganizowane. Byłem naprawdę pod wrażeniem. Pomimo że pojawia się tam dziennie mnóstwo pielgrzymów, to liczy się chyba w setkach tysięcy oraz pojawiają się również zwykli turyści i tacy ciekawscy. To wszystko zorganizowane jest tak, aby przyjąć te masy ludzi i żeby wszystko odbywało się bardzo sprawnie. Także sama świątynia to nie tylko jeden budynek, tylko cały kompleks budynków wokół tej świątyni. Ulice wokół kompleksu Złotej Guru Dwary są właściwie czyste powiedziałbym, co w Indiach rzadko się zdarza. Oczywiście sama świątynia w najwyższym hinduskim standardzie porządku. Tutaj Sikhowie są bardzo rezolutni, jeżeli chodzi o tego typu sprawy. Są to dosyć zamożni i bardzo zaradni ludzie w większości.
Prowadzą oni biznesy nie tylko w Indiach, ale również na całym świecie. Guru Dwary znajdują się również w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie na przykład. Ale nie tylko. Jest jedna Guru Dwara pod Warszawą również. Sam sikhizm jest to młoda, ale bardzo silna religia i bardzo mocna tradycja powiedziałbym. Sikhowie wspomagają się wzajemnie, ale też inwestują znaczną część swoich dochodów w owe Guru Dwary. Stąd też każdy przybysz jest tam mile widziany nie tylko w Złotej Guru Dwarze, ale ogólnie w jakiejkolwiek Guru Dwarze na świecie. Jeżeli po prostu szanujesz obyczaje Sikhów oczywiście i wiesz jak się zachować. Na przykład na teren Guru Dwary wchodzi się na boso po uprzednim obmyciu stóp. Należy również nosić nakrycie głowy.
Jak nie turban, to przynajmniej chustę na głowie. To po prostu jesteś tam mile widziany. Znajduje się tam również darmowa jadalnia w takiej Guru Dwarze. W przypadku Złotej Guru Dwary w Amritsar przepływ i napływ ludzi był dosyć znamienny. Także Guru Dwara serwuje posiłki 24 godziny na dobę i wydawane one są po prostu w tysiącach. Świetnie wygląda proces zmywania naczyń tutaj w tej jadalni w Złotej Świątyni. Są to oczywiście metalowe talerze i miski, co jest dosyć powszechne w Indiach. Tam w kuchni ochotnicy, wolontariusze w morderczym naprawdę tempie taśmowo zmywają naczynia. Mężczyźni zmywają naczynia, natomiast kobiety smażą chapati. Wszyscy sobie radośnie i gromko przyśpiewują przy tej czynności swoje religijne czanty, czyli swoje przyśpiewki.
Więc praca wre i tym samym wre praktyka religijna. W Złotej Świątyni zorganizowane są również przechowalnie dla butów i bagażu oraz darmowe kwatery dla przybyłych. Także nocleg w Złotej Guru Dwarze jest darmowy. Należy wcześniej się pojawić, zabukować sobie łóżko w sypialni. Później można spędzić tam dowolną ilość czasu. Przy Złotej Guru Dwarze znajduje się również centrum multimedialne z wysokiej klasy projektorami i systemem nagłaśniającym oraz bezprzewodowymi tłumaczami firmy Sennheiser. Dla tych, którzy znają się troszeczkę na muzyce i na sprzęcie audio, wiadomym jest to, że firma Sennheiser to nie jest tani sprzęt. Jest to wysoka jakość sprzętu audio. Taką właśnie wysoką jakość prezentują również Sikhowie w Złotej Świątyni. Ale w tym centrum multimedialnym dowiedziałem się troszeczkę o historii tego miejsca i dowiedziałem się również o dosyć krwawych rozgrywkach, które to zafundowali Sikhom początkowo muzułmanie podczas swojego najazdu na Indie.
To są dawne, zamierzchłe czasy. A później już troszeczkę nowsza historia. Pojawili się Brytyjczycy w Indiach, którzy wymordowali w pień tysiące ludzi podczas swojej wymuszonej rezydentury na tych ziemiach. No i cóż, chłopaki w turbanach mniej lub bardziej skutecznie zawsze się bronili. Stąd też ich wizerunek takich religijnych wojowników. I to nie tylko sprawa turbanów, ale też miecze i włócznie, które to noszą nawet w dzisiejszych czasach wyznawcy sikhizmu. Ale sama świątynia została początkowo wybudowana na małej wysepce pośrodku stawu, więc miejsce w dawnych czasach wyglądało dosyć przypadkowo. Nie było to miejsce bardzo spektakularne, ale w dzisiejszych czasach to wszystko się pozmieniało. Kiedyś ten mały stawik otoczony bardzo starymi drzewami rzekomo. Teraz wszystko wyrżnięte w pień poza jednym starym drzewem pozostawionym na terenie tej świątyni.
Po to, aby po prostu udostępnić miejsce dla licznych budynków, które pojawiły się w kompleksie świątynnym. Trzeba było zrobić miejsce i dlatego wycięto te wszystkie stare drzewa na nieszczęście. Sam stawik został zamieniony w taki kwadratowy akwen, w taki basen, który teraz rzekomo wypełniony jest świętą wodą. Jest coś znowuż na temat tej wody, dlatego że to jest moim zdaniem starodawna tradycja. To wszystko wypływa gdzieś tam dawno, dawno temu z tradycji joginów, którzy to również omawiali fakt taki, że wodę po prostu można zaprogramować. Woda to jest energia, to jest przejawianie się energii w bardzo specyficzny sposób. Woda również jest w stanie zaabsorbować bardzo łatwo częstotliwości, więc tu również dosyć łatwym procesem jest programowanie wody i nadawanie jej odpowiedniej wibracji. Ten fakt, ten fenomen wykorzystuje się w wielu różnych technologicznych zagadnieniach. Tutaj w przypadku religijności czy też duchowości woda ma również bardzo znamienne znaczenie. Ja sobie wyobrażam to w ten sposób, że taka ilość pielgrzymów, tysiące ludzi, którzy pojawiają się tutaj dziennie w Złotej Gurdwarze, setki rytuałów i modłów, to wszystko jest również sposobem programowania, w jakiś sposób świadomy lub nieświadomy, wody.
Dlatego właśnie ta woda nabiera bardzo specyficznych właściwości. Pomimo tego, że być może pielgrzymi, większość z nich nie zdaje sobie sprawy z tych procesów technologicznych, które zachodzą w wodzie. Woda zmienia się nie na zasadzie struktury chemicznej, ale jest to bardziej zmiana na płaszczyźnie molekularnej. Więc pod względem chemicznym ta woda nadal będzie miała symbol H2O, ale przemieszczają się i zmienia się położenie molekuł w tej strukturze. I to jest właśnie zaklinanie wody. I to dzieje się w różnych tradycjach religijnych, ale również jest to nauka, która wypływa, moim zdaniem, bezpośrednio z pradawnych Wedów, czyli z pradawnych skryptów opisujących to, jak wygląda istnienie i jak funkcjonują fenomeny w naszym świecie przedmiotów. Jeszcze chwilę o samej Złotej Świątyni. Moim zdaniem jest to właściwie taka skarbnica wiedzy, która została przemieniona w religijną lokalizację dla tych wszystkich pielgrzymów z całego świata, głównie dla wyznawców sikhizmu. Dla mnie to wygląda jak starodawna biblioteka. To znaczy, jeżeli zachłyśniesz się za bardzo tym bogatym wzornictwem, tym kolorem złota, którym obłożona jest cała świątynia, tą mnogością ornamentów i tą skrupulatnością architektury, to możesz przeoczyć pewnego rodzaju fakty.
Ja to widzę w troszeczkę innym świetle. Wydaje mi się, że jest to bardzo starodawna, trzymana w najwyższym porządku biblioteka. Dlatego, że jest to budynek, który zawiera najświętsze księgi, a właściwie najświętszą jedną księgę Sikhów. Ta księga nazywa się Shri Guru Granth Sahib. Księga uważana za totalnego guru, czyli mistrza duchowego, religijnego Sikhów, który przejawia się nie w formie ludzkiego ciała, ale w formie wiedzy. Ten koncept dosyć mi się podoba. Historia w skrócie jest taka, że w sikhizmie figurowało 10 guru, mistrzów religijnych. Początkowo, moim skromnym zdaniem, byli to praktykanci jogi. W późniejszych czasach ten cały precedens zamienił się w religię. Ludzie, którzy ślepo podążają za sobą niczym owczy pęd.
Religia stała się dosyć powszechna i pospolita, aczkolwiek niestety, jak to w przypadku wielu wyznawców religijnych, ludzie ci nie rozumieją właściwie konceptu, który opisany jest w skryptach, ale tylko powielają płytkie rytuały, które właściwie nie są częścią tej technologii. Ale sam koncept, że najwyższym mistrzem duchowym jest nie człowiek, który jest czczony i wielbiony, tylko właśnie sama wiedza. Wiedza zawarta w owej świętej księdze i wiedza studiowana przez bardzo zacnych bibliotekarzy. Tak bym nazwał tych panów z długimi siwymi brodami, w okularach, którzy siedzą sobie w owej Złotej Świątyni. Wygląda to mniej więcej tak, że siedzi sobie takiej wysokiej klasy kapłan w owej Złotej Świątyni przed potężną księgą zapisaną ręcznie i przekłada bardzo ostrożnie stronice, i czyta, i coś sobie tam deklamuje. Ja myślę, że sama księga ma dosyć dużo wartości. Cała ta wiedza zawarta w tych skryptach to jest generalnie stara wiedza wypływająca gdzieś początkowo od pierwszych joginów, moim zdaniem. Ale właśnie ci wysokich rang panowie z długimi siwymi brodami dosyć dużo kumają chyba z tego wszystkiego. Aby znaleźć się z taką funkcją, myślę, że musieli naprawdę rzetelnie przestudiować te wszystkie teksty. Z drugiej strony mają też dosyć ważną w tej religii funkcję reprezentacyjną, dlatego, że dziennie ogląda ich tysiące ludzi, więc oni muszą wyglądać w odpowiedni sposób, w odpowiedni sposób się również zachowywać.
Większość z pielgrzymów przybywających do Złotej Gurdwary to raczej takie pospólstwo, powiedziałbym. Najważniejsze jest to, żeby zrobić sobie słynne zdjęcie selfie ze Złotą Świątynią w tle. I to się liczy dużo bardziej, miałem wrażenie, niż jakiekolwiek powody religijne tudzież duchowe. Więc to moim zdaniem taka kolejna religijna żenada. Z Amritsar wybrałem się na granicę z Pakistanem, dlatego, że jest to dosyć blisko pakistańskiej granicy. Aby obejrzeć słynną ceremonię opuszczania flag o zachodzie słońca. Jest to taka impreza, która odbywa się codziennie. Zjeżdżają się tysiące ludzi po obu stronach granicy i po stronie indyjskiej, i po stronie pakistańskiej. Wybudowano tam również potężne audytoria dla ludzi, aby pomieścić tych wszystkich wizytatorów. Impreza jest dosyć huczna, ale wygląda to mniej więcej tak, że żołnierzyki w galowych mundurach paradują sobie i tupią po obu stronach bramy granicznej.
Ludzie wrzeszczą w patriotycznych konwulsjach, ale generalnie atmosfera pomiędzy Indiami a Pakistanem jest dosyć napięta. To trwa już wieloma latami. Hindusi nie lubią właściwie Pakistańczyków i na odwrót. Tu warto wspomnieć, że kiedyś było to jedno państwo, które w tej chwili jest podzielone i ludzie nawzajem nie za bardzo się akceptują. Na granicy Wagah Border, tak nazywa się miejsce niedaleko miejscowości Amritsar. Potupali sobie panowie, pogrozili nawzajem pięścią przez zamkniętą bramę i cała ta heca się zakończyła. Wsiadłem ponownie na mojego żelaznego rumaka i stąd już kierunek południe. Dwa dni jazdy motorem, noc spędzona pod gwiazdami z kierowcami ciężarówek koło przydrożnej jadłodajni. I w końcu Radżastan, pustynia i kraina wielbłądów. Ja zawsze miałem coś takiego, że chciałem znaleźć się na pustyni.
Chciałem zawsze poczuć ten ciepły wiatr na twarzy i piasek w zębach. Zawsze chciałem zobaczyć owe wielbłądy, które są dosyć majestatycznymi, bardzo dziwnymi jak dla mnie zwierzętami. Zresztą od dziecka słuchałem również zespołu The Doors. Właściwie nie tylko ja, ale ja i mój brat. Mam brata. Mój brat jest o rok ode mnie młodszy. To nie jest powinowactwo krwi, ale powiedziałbym powinowactwo duszy. To jest właściwie taki wspólny rezonans od zawsze, odkąd byliśmy małymi dziećmi. Odkąd byliśmy małymi chłopcami, słuchaliśmy wspólnie zespołu The Doors i czytaliśmy poezję Jima Morrisona. Jim miał taką pewną traumę, pewną historię z dzieciństwa, która jednocześnie przerodziła się podczas jego późniejszych lat życia w pewną fascynację pustynią i również szamanizmem.
To mnie również w jakiś sposób pozostało. Zawsze gdzieś kolebała się myśl o tej pustyni w mojej głowie. Jazda starym wężem siedem mil. Kto zna zespół The Doors i Jima Morrisona, to wie dokładnie, o co chodzi. Więc jestem. Jest pustynia, jest motor, jest wiatr we włosach i piasek nie tylko w zębach, ale w oczach i gdzie się da. Drogi w Radżastanie właściwie są zadziwiająco dobre. Byłem zaskoczony. To znaczy drogi są dobre, jak są. Dlatego, że czasem droga naprawdę o dobrej jakości nawierzchni nagle się potrafi skończyć bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnych znaków.
Tutaj powiedzenie, że Indie są zaskakujące dosyć mocno się sprawdza w tym przypadku. Jazda w Radżastanie jest dla mnie przynajmniej bardzo miłym doświadczeniem, dlatego, że ruch jest niewielki. Czasem pojawiają się ciężarówki, czasem przejdzie jakiś wielbłąd. Oprócz tego to jest po prostu czysta przyjemność i frajda i po prostu easy riding. Mój pierwszy stop w Radżastanie to było tak zwane złote miasto Jaisalmer. Dzisiaj dosyć dużo tego złota wszędzie, ale tak również nazywa się właśnie ta miejscówka, do której przybyłem daleko na zachodzie Indii, przy granicy z Pakistanem. Miasto Jaisalmer, bardzo stare miasto znajduje się na pustyni, na skrzyżowaniu pradawnych szlaków handlowych. Dlatego jest to miasto, które zaznaczyło się na mapie Indii już w bardzo dawnych czasach. Domy tradycyjnie wykonane są z piaskowca, z niesamowitym zdobnictwem i naprawdę kunsztownym detalem. Pojawiają się przepiękne fasady budynków i generalnie cała architektura miasta jest bardzo zachwycająca.
Zwieńczeniem tego wszystkiego jest tak zwany Piaskowy Zamek. Piaskowy Zamek w Jaisalmer to jest taki fort. Fortyfikacja wojenna, która wybudowana została na wzgórzu. Bo wiadomo, szlak turystyczny, wcześniej szlak handlowy, więc pojawiały się różnego rodzaju inwazje. Tutaj lokalna ludność musiała bronić się, więc wybudowano sobie przepiękny fort wykonany praktycznie z piasku. Fort stoi sobie na wzgórzu oraz przy zachodzącym słońcu nabiera koloru właśnie złotego. Dlatego nazwa Złote Miasto. W samym forcie mieszka jakieś 25% populacji Jaisalmer, więc jest to dosyć spory obiekt. Znajdują się tam stragany, pięknie rzeźbione świątynie oraz restauracje i hoteliki dla turystów. Spędziłem w tym forcie dwie noce, śpiąc po zamknięciu w restauracji.
Dlatego, że obecnie jest sezon wakacyjny w Indiach i również w Jaisalmer wszystkie pokoje były wynajęte. Więc nie był to dla mnie problem. Zdarzyło się to wielokrotnie wcześniej. Po prostu trzeba dogadać się z właścicielem takiej restauracyjki, dać mu jakieś tam drobne pieniążki. I po zamknięciu interesu po prostu miałem dla siebie pokój właściwie maharadży, można by powiedzieć. Z tradycyjnymi pustynnymi dekoracjami i wspaniałym, naprawdę przepięknym widokiem na miasto w dole i pustynię w oddali. Oprócz tego jedną noc spędziłem w obozowisku na pustyni wraz z parą podróżników ze Stanów Zjednoczonych. Bardzo mili ludzie, którzy są już w drodze od ponad roku i przemieszczają się nie tylko w Indiach, ale byli też niedawno na Madagaskarze i właśnie planują lot do Kenii. Spędziliśmy sobie we trójkę bardzo przyjemnie czas wraz z lokalnym przewodnikiem, takim prawdziwym pustelnikiem z wielbłądami. Udało mi się nawet zasiąść w siodle i przejechać na wielbłądzie po wydmach i po okolicy.
Będąc na pustyni udało mi się również odwiedzić oryginalny obóz Cyganów. Jak niektórym wiadomo, Cyganie to jest taki wędrowny lud, który właśnie pochodzi z Indii. Prawdopodobnie tutaj z obszaru pustynnego zwanego Radżastanem. Są to ludzie, którzy przemieszczają się podczas swojego życia, nigdy nie osiedlają się na dłuższy okres czasu. I stąd właśnie ta ich charakterystyka, tego ludu cygańskiego, który to podróżuje również po znacznej części Europy. W Polsce również jest mnóstwo Cyganów. Są to ludzie, którzy przybyli właśnie tutaj z terenu Indii. Bardzo specyficzna i bardzo bogata również kultura, muzyka i taniec cygański, którego udało mi się doświadczyć również. Dosyć ciekawa historia, jeżeli popatrzeć na to z odpowiedniej perspektywy. W tym czasie jest to tak zwany high season, szczyt sezonu, więc na wydmach było trochę ludzi.
Niestety czasem w nocy trochę nam hałasowali. Kiedy siedzieliśmy sobie przy ognisku, było słychać gdzieś tam w oddali wrzaski swołoczy i dosyć głośną muzykę oraz widać było światła. Ale w tym okresie w roku nie ma się co dziwić. Jest to prawdopodobnie najgorszy czas, żeby wyruszyć sobie na pustynię właśnie z takim przewodnikiem i z wielbłądami. Ale w tym czasie akurat byłem w Jaisalmer, więc postanowiłem wykorzystać takową okazję. Nie jest to jeszcze ta pustynia Morrisona, o której tak sobie marzę już od dawna, ale jest to już jakaś namiastka właściwie. A ta prawdziwa pustynia bez ludzi, gdzieś daleko od drogi, to gdzieś kiedyś, w przyszłości. Ale cóż. Miasto Jaisalmer. Po paru dniach wsiadłem ponownie na mojego żelaznego rumaka marki Royal Enfield i po dwóch dniach jazdy.
Dwa dni dlatego, że Radżastan to jest naprawdę potężne województwo w Indiach. Nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki jest ten stan, więc po dwóch dniach drogi dotarłem w miejsce o odmiennym charakterze. Również w Radżastanie. Miejscowość nazywa się Pushkar. Jest to mała miejscowość z bardzo potężną tradycją i odwiedzana jest ona przez wielu, wielu obcokrajowców również. Nazwałbym to takim istnym zagłębiem hipisiarskiej braci właściwie. I kolejne na mapie Indii miejsce spotkań podróżników. Widziałem już tu przez ostatnie parę dni wiele znajomych twarzy, parę osób z mojego grona znajomych w Rishikesh, ale spotkałem też osoby, które widziałem uprzednio na przykład w Nepalu. Ale o tej dynamicznej oazie pośród pustyni i zwyczajach w miejscowości Pushkar w Radżastanie może opowiem innym razem. A na dzisiaj to wszystko.
Żegnam się. Pozdrawiam wszystkich bardzo, bardzo serdecznie. Zapraszam do słuchania programów Chata Mystyka. Zapraszam wszystkich również do grzebania w archiwum. Dochodzą mnie takie głosy, że czasami rzeczy, o których mówię, są nieklarowne i są troszeczkę mało zrozumiałe być może. Ja wiem, że czasem wkraczamy na naprawdę głębokie wody świadomości. Dlatego polecam wszystkim sięganie do archiwum. Jeżeli coś jest dla Ciebie, drogi gościu, drogi przybyszu Chaty Mystyka, niezrozumiałe. Coś wydaje się skomplikowane albo coś po prostu nie ma sensu, to polecam bardzo sięganie do poprzednich epizodów. Czasami, tak jak wspominałem wcześniej, warto posłuchać sobie tych moich wypowiedzi nawet parukrotnie.
Dlatego że zdaję sobie sprawę, że pomimo tego, że niektóre odcinki i moje historie są dosyć lekkie i opowiadam właściwie o moich podróżach i mało w tym wszystkim mistycyzmu, to pojawiają się też odcinki, które staram się w bardzo skrupulatny sposób przygotować i przełożyć tą wiedzę, która jest bardzo ścisłą wiedzą, bardzo pradawną wiedzą pochodzącą z dawnych, dawnych tradycji. Jest to właściwie technologia. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasami zagadnienia mogą być trochę skomplikowane. Staram się bardzo, żeby wszystko było wyjaśnione tak bardzo, na ile pozwala mi to mowa, na ile pozwala mi to język polski. Aczkolwiek czasami Chata mistyka jako audycja wymaga chyba troszeczkę skupienia i wymaga poświęcenia troszeczkę czasu, może w odosobnieniu, słuchając tych zagadnień. Wtedy okazuje się, że to, co było niezrozumiałe, nagle okazuje się jasne i bardzo logiczne. I właściwie to wszystko, o czym mówi Bart, ma chyba sens. To nie są tylko i wyłącznie moje przemyślenia. Ja bardzo często bazuję na tym, czego nauczyłem się w Indiach i nie tylko w Indiach. Opowiadam o moich doświadczeniach z życia.
Zawsze byłem bliski tematyce mistycyzmu, tematyce energii, tematyce życia i manifestowania się nas samych jako postaci tutaj, w tym świecie. Próbuję to wszystko w jakiś sposób przełożyć tutaj w formie tego podcastu, w formie tej audycji internetowej. Próbuję tym wszystkim się z wami, moi drodzy, podzielić. Także zostawiajcie, proszę, komentarze pod audycjami w archiwum. Jeżeli macie jakieś sugestie, to również chętnie poczytam na ten temat. Jeżeli macie jakąś wiedzę, którą chcielibyście podzielić się nie tylko ze mną, ale z innymi gośćmi Chaty mistyka, to śmiało. Polecam pisanie komentarzy pod audycjami. A póki co pozdrawiam wszystkich, obyście zdrowi byli. Mam nadzieję, że wszystko wam się układa. Rozpoczął się nowy rok.
Czas nowych postanowień, czas zmiany, czas podjęcia nowych decyzji, pozostawienia w tyle nieścisłości, niezdecydowania i lenistwa. Czas po prostu zabrać się do pracy. Tego wszystkiego wam życzę, moi drodzy. Pozdrawiam was z oazy na pustyni w Radżastanie. Do usłyszenia niebawem. Namaste. Pranam. Chata mistyka.