[00:43] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy właśnie tutaj, właśnie teraz kolejny odcinek audycji, na którą wyczekują z niecierpliwością głównie mole książkowe, ale nie tylko. Audycji „Bibliotekarium” na żywo. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Dzisiaj po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami oczywiście gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz trzeci gość.
[01:13] - Dobry wieczór, dobry wieczór. Ten trzeci gość to Waldemar Milstein. Człowiek czytający, co już od razu podnosi go, powinno przynajmniej podnosić w oczach wszystkich słuchaczy, a naszych oczywiście również. Aż mnie zatkało z wrażenia. Ale to jest też człowiek, którego znam dobre już prawie trzydzieści lat. W związku z tym to też się liczy. To tyle na razie o naszym gościu.
[01:40] - Zanim przejdziemy do omówienia książki, którą dzisiaj gospodarze „Bibliotekarium” wybrali, czyli książki „Mentalista Hitlera”, podam tradycyjnie kontakty do Radia Paranormalium, bowiem audycja „Bibliotekarium” jest realizowana na żywo, w odróżnieniu od ABW oczywiście, które jest realizowane jako podcast. Będzie można do nas dzwonić gdzieś tak po godzinie 21, ale myślę, że numery telefonów do Radia Paranormalium warto zapisać sobie już teraz. Stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 624 193. Skype radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na Gadugadu pod numerem 36 08 80 02. Można nas także spotkać na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Jesteśmy też na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam również wysłać pytania, komentarze i różne inne ciekawe wiadomości na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc tradycyjnie: halo Bydgoszcz!
[03:02] - Halo, halo! Pewno powinienem tak zawołać jak pewien komentator radiowy, który to swoje „halo, halo” wydłuża już teraz prawie do pół minuty w jednej z audycji. Tak jednak nie zrobię, wymyślę pewno coś innego. Zacznijmy zatem mówić o książce „Mentalista Hitlera”. To może jeszcze właściwie zanim zaczniemy o książce mówić, to powiedzmy o naszym gościu. Gościu, powiedz coś o sobie.
[03:29] - Dzień dobry państwu, nazywam się Waldemar Milstein. Dziękuję za tak świetną zapowiedź. Dziękuję prowadzącemu, jak i również Markowi, z którym się już od dłuższego czasu znamy. No cóż mogę powiedzieć? Jestem jednym z wydawców
[03:47] - „Bibliotekarium”.
[03:48] - „Bibliotekarium”. Tak, dokładnie. Prowadzimy już to od roku. Staramy się to rozwijać. Mam nadzieję, że idzie to wszystko w dobrym kierunku. Liczymy też na państwa współpracę, na jakieś podpowiedzi. I to chyba tyle ze mojej strony.
[04:04] - I to chyba tyle. Tak, kolega się trochę zapowiedział. A to tak bywa. Ja też się ostatnio zapowiedziałem. Tylko Wiktor milczy w tej chwili i posępnie spogląda. Powiedz coś, Wiktorze. Przywitaj się chociażby z naszymi słuchaczami.
[04:20] - Dobry wieczór, ale jak ja milczę, to przecież bezmyślność jest podstawową cechą współczesności i większości obywateli, którzy mnie otaczają. Ja się po prostu wczuwam w quorum.
[04:36] - O mój Boże, dobrze. Proponuję jednak przejść do książki „Mentalista Hitlera”. Tak się zawahałem, bo to jest książka napisana przez Gervasio Posadasa, bliżej mi nieznanego autora. Jak rozmawiałem z Waldkiem przed audycją, a później jeszcze z Wiktorem również rozmawiałem, to się zastanawiałem, jak właściwie przedstawić owego autora. Najpierw oczywiście przetrząsnąłem internet, źródło wiedzy wszelakiej i powiem szczerze, że za dużo w języku polskim albo w językach dla mnie zrozumiałych na temat autora nie ma. Natrafiłem też na ciekawą informację, że gdzieś tam dawno, dawno temu, na początku XIX wieku Gervasio de Posadas to był człowiek, który był prezydentem Argentyny, ale ten pan nas za bardzo nie interesuje. Natomiast Gervasio Posadas to jest pisarz urugwajski. To jest pisarz, który napisał kilka książek, ale w pewne zdziwienie wprawiło mnie to, że otrzymał Premio Centsovi za literaturę gastronomiczną. I mówiąc szczerze, jak usłyszałem, że istnieje literatura gastronomiczna, to się głęboko zastanowiłem, o czym taka literatura gastronomiczna w ogóle traktuje.
[06:00] - Mam nadzieję, że to nie jest jakaś literatura, że tak powiem, powodująca pewne odruchy wymiotne.
[06:05] - Albo niestrawności.
[06:08] - Wręcz przeciwnie, jestem zafascynowany książką. Mógłbym tutaj na ten temat dość dużo powiedzieć, ale
[06:16] - Przed rozpoczęciem audycji Marek pokazał między innymi wpis na-
[06:21] - To jest blog.
[06:22] - To jest wpis przy zapowiedzi naszej audycji i nasz stały korespondent O35 napisał takie sążniste pismo na temat książki i co ciekawe-
[06:36] - Nie wypada się z nim nie zgodzić. I generalnie, w zasadzie czytając to, co napisał właśnie pan-
[06:44] - O35.
[06:46] - O35, można byłoby na tym w zasadzie audycję zakończyć, bo to jest kwintesencja.
[06:53] - To przynajmniej z twojej strony patrząc. Ja wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę Radia Paranormalium. Tam przy zapowiedzi naszej audycji można sobie tekst O35 przeczytać. On jest długi. Nie cytuję go tak, jak robię to zazwyczaj, ponieważ częściowo będziemy owszem korzystać z tych myśli. Tym bardziej, że kolega Waldek ze sporą częścią tego się zgadza. A ja zadam pytanie na początek, ponieważ ja się zastanawiałem, jak przeczytałem, że to jest pisarz urugwajski, a zatem sfera językowa hiszpańska. Facet, który dostawał nagrody w dziedzinie literatury gastronomicznej, cokolwiek to oznacza. Co taki gość ma do powiedzenia o rozwijającym się faszyzmie w Niemczech i o pierwszej połowie XX wieku? Ja tego nie mogę zrozumieć.
[07:48] - Ja ci wytłumaczę. Bardzo prosto. Oczywiście, gdyby szukać geograficznego miejsca, gdzie Republika Weimarska może się cieszyć wielkim zainteresowaniem, to właśnie w Urugwaju, w Argentynie, w Brazylii. Przecież tam zwiała cała czereda tych, którym się udało po II światowej zwiać. Czyli on może mieć po prostu w genach zainteresowanie tematem tego miejsca Europy.
[08:17] - O, jak to dobrze brzmi. Ma to w genach. To jest jakaś taka hipoteza robocza. Ale dobrze, będę drążył. Nie ukrywam, że gościa sobie zaprosiliśmy również po to, żeby się ktoś z nami nie zgadzał, bo nic tak dobrze nie polepsza dyskusji o książkach jak kilka osób, które się nawzajem ze sobą nie zgadzają.
[08:43] - Powiedziałeś to tak, jakbyś twierdził, że nie ma nic lepszego, co wzmacnia miłość, jak niezgoda.
[08:51] - Wiesz co? Bo to jest tak: najpierw się kłócisz, a później się godzisz. I to jest stara prawda, o której aż się dziwię, że muszę ją wypowiadać. Ale wracając do „Mentalisty Hitlera”, to powiedzmy coś o tej książce. O autorze mogliśmy powiedzieć niewiele. To jest autor, o którym naprawdę nie podejmuję się powiedzieć więcej, poza tym, że uprawia literaturę. Poza „Mentalistą Hitlera” uprawia literaturę gastronomiczną. Natomiast powiedzmy troszeczkę o „Mentaliście Hitlera”. Bardzo celnie O35 zauważył, że kojarzy mu się ta książka nieco z filmem „Kabaret” Boba Fossa. Boba?
[09:33] - Tak, Boba.
[09:34] - Boba. Boba Fossa i trudno nie przyznać mu racji. A co więcej, Waldek znalazł jeszcze kolejne skojarzenie z kolejnym filmem.
[09:43] - To znaczy, proszę państwa, nieprzypadkowo też wszedłem do księgarni i nabyłem tą książkę, ponieważ jestem zafascynowany, że tak powiem, tą epoką. Zresztą pisałem pracę na temat Niemców, pracę magisterską.
[09:59] - Magisterską. Podobno magisterską.
[10:02] - Tak to się jeszcze nazywa. Nieprzypadkowo akurat wybrałem tą książkę, bo jestem zafascynowany, jeżeli chodzi o właśnie tą część historii Europy i świata, czyli lata 20., lata 30., wojna, czasy powojenne. Zresztą sam pisałem pracę magisterską na temat losów Niemców na Pomorzu po II wojnie światowej. Ta książka po prostu wręcz rzuciła mi się w oczy.
[10:32] - Albo na szyję.
[10:33] - Albo na szyję, do rąk. Marek już wspomniał, żeby nie opowiadać całej historii, która się w środku-
[10:39] - Bardzo bym prosił.
[10:42] - Która się w środku na kartach dzieje. Ale chyba nie unikniemy tutaj pewnych tematów, które można byłoby wyciągnąć. Wspomnieliśmy, że autorem jest Gervasio Posadas, który jest Urugwajczykiem.
[11:00] - Mam nadzieję, że to się tak wypowiada, ale niestety z językiem hiszpańskim mam niewiele wspólnego. Mam tylko nadzieję, że jakoś nie kaleczymy specjalnie tego nazwiska.
[11:09] - I podobnie jak właśnie Posadas jest Urugwajczykiem, czyli mówi w języku hiszpańskim. Natomiast głównym bohaterem, który prowadzi nas po kartach książki przez całą historię, jest Hiszpan. Czyli jest jakieś tam powiązanie.
[11:27] - Też mówi po hiszpańsku.
[11:29] - Który mówi też po hiszpańsku. Co się zgadza. Natomiast co można jeszcze dość ciekawego powiedzieć, jeżeli chodzi o całą historię? Zresztą jest to też w wypowiedzi naszego słuchacza O35-
[11:47] - Korespondenta. Stałego korespondenta.
[11:48] - Który powiedział, że jest to książka, która w jakiś sposób też może przynosić jakieś wspomnienia, paralele, jeżeli chodzi o naszą książkę Mostowicza. Tak, to była chyba książka Mostowicza.
[12:04] - Nie, nie Mostowicza. Kariera Dyzmy.
[12:09] - Przepraszam. Nie znam autora. Teraz przyp- To trochę tremy. Jest tu właśnie jakieś podobieństwo tych dwóch głównych autorów, bo nasz główny przewodnik w książce „Mentalista Hitlera” też w jakiś sposób, bardzo przypadkowy, staje się główną postacią, która zostaje wciągnięta w wir całej historii nie tylko samego Berlina, ale i Niemiec.
[12:43] - To jednak jest Mostowicz. Tylko mnie się Mostowicz kojarzy najczęściej z Arnoldem Mostowiczem, a to był Dołęga Mostowicz. Tak jest! Sorry, przepraszam, moja wina.
[12:54] - I tak jak powiedziałem, ten młody dziennikarz, który trafia do Berlina w bardzo przypadkowy sposób, ma być korespondentem jednej z hiszpańskich gazet. Ma przesyłać jakieś informacje, które można byłoby gdzieś tam na którejś stronie, na pewno nie pierwszej, zamieścić w hiszpańskiej gazecie. Zaczyna przekazywać te informacje bardzo rzadko. W zasadzie nie ma pomysłu na odnajdywanie jakichś ciekawych tematów w Berlinie, a Berlin w tym czasie akurat był ciekawym miejscem.
[13:34] - Będziemy o tym mówić. Ja powiem tak: wyjątkowa niezguła był ten korespondent, ten Ortega coś tam, nie pamiętam, mówiąc szczerze w tej chwili. Wyjątkowa niezguła, skoro w tamtym Berlinie tamtych lat nie potrafił znaleźć ciekawych tematów. One tam się niejako pojawiały.
[13:50] - Ale w zasadzie temat znalazł jego.
[13:52] - Tak, temat znalazł jego, a w dodatku go w jakiś sposób przywiązał do siebie, bo stał się współpracownikiem ciekawej postaci. Bo postać nie jest wymyślona, nie jest wyssana z palca. To jest postać prawdziwa. Hanussen to był człowiek, który rzeczywiście istniał. Posadas ją zbeletryzował, ale ona mniej więcej, jeżeli się czyta biogramy tej postaci, czyli Hanussena, to rzeczywiście to się wszystko pokrywa z tym, co się dzieje w książce. Z tym że książka ma ten walor beletrystyczny, który pozwala to bardziej przetrawić, poznać motywacje, zrozumieć niektóre drogi, którymi nasi bohaterowie czy bohaterowie Posadasa podążają. I to jest dosyć ciekawe. Ja nie mogłem się z kolei oprzeć takiemu porównaniu z książką, którą czytałem bardzo dawno, ale później też poznałem w postaci filmu, a mianowicie tytuł tej książki i tytuł filmu to „Bracia Lautensack”. Napisał tę książkę autor, którego nazwiska nie mogę, choć bardzo się starałem wbić sobie w pamięć przed audycją, zapamiętać, więc to nazwisko teraz dosyć nieśmiało i dosyć koślawo przeliteruję. Facet się nazywał Lion albo Layon.
Nie wiem, jak to się czyta. Feuchtwanger. Nazwisko, mówiąc szczerze, ciężko mi się wbija w pamięć. Natomiast książka jest rzeczywiście niezwykła. Ta książka, o której mówiłem, czyli „Bracia Lautensack”, opowiada mianowicie historię również telepaty, takiego człowieka, który widzi przyszłość, potrafi odgadywać myśli. A jego bratem jest człowiek, który jest działaczem NSDAP. I tak przy boku brata ten nasz człowiek zajmujący się sprawami niezwykłymi stara się rozwinąć skrzydła. Wszystkich zainteresowanych odsyłam, bo to ciekawa książka, aczkolwiek książka, która jest fikcją literacką. Natomiast tu, czyli w „Mentaliście Hitlera” mamy powiązanie fikcji i faktów.
[16:26] - Ty, Marku, wspomniałeś tutaj tę książkę.
[16:28] - „Bracia Lautensack”.
[16:29] - Tak. Powiedziałeś między innymi, że tam jest jeden z wizjonerów.
[16:36] - To dwaj bracia. Jeden jest wizjonerem, takim telepatą, który za sprawą brata robi karierę właśnie obok NSDAP.
[16:46] - Właśnie chciałbym tutaj pewne rzeczy rozdzielić. Telepatia albo też sprawy związane z przepowiadaniem przyszłości to jest jedno, natomiast my mówimy tutaj o mentaliście. Sam Hanussen na pewno jest osobą niejednoznaczną, postacią niejednoznaczną, ale bardziej jest postrzegany właśnie jako mentalista. Jako człowiek, który bardziej odczytuje pewne po zachowaniu rozmówcy, obserwując gałki oczne, obserwując zaczerwienienia skóry w odpowiednich miejscach, obserwując ruchy, jakie wykonuje czy oczyma, czy głową, czy całym ciałem. On odczytuje po prostu pewne sygnały i na podstawie tych sygnałów, opowiadając historię, potrafi w nią brnąć. Natomiast on sam stworzył wokół siebie taką otoczkę, że jest właśnie takim wizjonerem, osobą, która potrafi przepowiadać przyszłość, że ma jakiś kontakt z zaświatów. A w zasadzie można byłoby powiedzieć, że on był pewnego rodzaju takim falsyfikatem, jeżeli można powiedzieć, właśnie takiej postaci, którą próbował stworzyć. Nie wiem, czy pamiętają państwo, był film Który wyreżyserował jeden z większych reżyserów amerykańskich. On nie jest pochodzenia amerykańskiego, pochodzi z Europy. Był właśnie film, który nazywał się „Hanussen”.
Hanussena grał wtedy Klaus Maria Brandauer, a to był film bodajże-
[18:40] - „Mefisto”?
[18:41] - Nie, „Mefisto” to był pierwszy film Istvána Szabó. Wyreżyserował film „Mefisto”. Opowiadał historię tancerza. Natomiast drugą historię, którą opowiedział István Szabó również z tym samym aktorem, czyli z Klausem Marią Brandauerem, był właśnie „Hanussen”. Tam była historia Hanussena przedstawiona, między innymi pokazana ta postać w jakiś sposób brawurowo.
[19:11] - Ja wiem, ale powiem tak: to rozróżnienie na mentalistę czy prawdziwego telepatę, to jest rzecz bardzo trudna, bo po pierwsze Hanussen stworzył wokół siebie aurę telepaty, człowieka, który dużo wie, dużo potrafi. Właśnie z tej drugiej strony. Jasne.
[19:31] - Jeśli mogę ci wejść w słowo. Tak, zgadza się. To był generalnie cwaniak. To był człowiek, który potrafił się zakręcić dla własnego interesu w pewnym środowisku. Potrafił to środowisko bardzo mocno wykorzystać. Zbierał na to środowisko różnego typu papiery, różnego typu materiały kompromitujące. Przecież jedne z największych imprez, że tak powiem-
[20:01] - Seksualno-orgiastycznych
[20:02] - Właśnie odbywały się u niego w domu. Miał przecież olbrzymi jacht, na którym odbywały się różnego typu orgie. Zapraszał na nie najważniejsze osoby z miasta, czyli z Berlina, najważniejsze osoby w państwie.
[20:20] - Trochę to pokazuje, jaka to była wredna szuja w gruncie rzeczy, bo zapraszał ich na te imprezy, organizował orgietki, a potem skwapliwie to wszystko fotografował, żeby mieć materiały na odpowiednie osoby.
[20:33] - Myślę, że już chyba dość zachęciliśmy część naszych słuchaczy.
[20:38] - Sceny orgietek pewno są niezapomniane. Natomiast ważna rzecz, że to rozróżnienie na telepatów czy też mentalistę. Mentalista to jest w ogóle człowiek, który tak naprawdę zaliczany jest do sztuczek iluzjonistycznych, prestidigitatorskich niż do prawdziwej ciemnej strony. Ale pewno o tym za niedługo powiemy. Berlin to w czasach, o których mówimy, czyli początek lat 30., to w ogóle była stolica okultyzmu i w związku z tym takie klimaty łatwo było tam sprzedać. Nieważne, czy ktoś był prawdziwym telepatą, o których pewno będziemy mówić, bo bracia Lautensack, jeden z tych braci wyglądało na to, że rzeczywiście jakieś sygnały łapie. Ale obojętnie, czy ktoś te sygnały łapał, czy ich nie łapał i tylko podszywał się, był na tyle zdolny, że potrafił z różnych gestów, delikatnych oznak wyczytać, co w człowieku siedzi, co w człowieku tak naprawdę siedzi. To nieważne w gruncie rzeczy. Ważne było to, w co ludzie wtedy chcieli wierzyć.
[22:00] - Jak się wam przysłuchuję, to-
[22:03] - Wypuścił nas ewidentnie.
[22:05] - Nie, po prostu myślałem nad czymś i wiecie, na co wpadłem? Wpadłem na śmieszną rzecz, takie skojarzenie. Otóż są momenty w historii bardzo szczególne. W tej chwili tutaj siedzimy i mamy rozmówcę, który jest w dużym stopniu zafascynowany Republiką Weimarską, tym okresem w historii Europy i Niemiec, który jest rzeczywiście pasjonujący i nie da się tego ukryć. Ale niedawno omawialiśmy książkę innego autora, który posiadał inną zupełnie fascynację. Waldemara Łysiaka wspomnę i okres Empire, Empire'u. Transja, światek epoki napoleońskiej, tak i weimarskiej. Paryż tak samo był nieprawdopodobnym wtedy miastem, tak jak Berlin później. Tylko teraz czy jest trzecie takie miejsce? Było trzecie takie miejsce w Europie.
Co prawda akurat my tego dzisiaj nie traktujemy jako Europę, ale otóż bardzo podobnym miejscem była w pewnym momencie Moskwa. Słuchajcie, wiecie, jak się rodził bolszewizm w Moskwie? To był coś takiego jak Paryż i Berlin w swoich czasach. Otóż w Moskwie w tym momencie szaleli artyści, szaleli anarchiści, wszystkie prądy filozoficzne, tak samo ci mentaliści, wróżbiarze i tak dalej. To był jeden wielki obłęd. Tam w pierwszej wersji Napoleona zesłano na Elbę, w tej dał głowę Hitler, a w tamtej wygrali bolszewicy. Zawsze ta cała wspaniała epoka, bo to były wspaniałe epoki w trzech miejscach różnych skończyły dość marnie, że tak powiem.
[24:22] - Może taką będę miał uwagę: dlaczego? Otóż też tak sobie, jak was słuchałem, wpadłem na taką myśl, że w sumie my jako ludzie mamy taką naturę padlinożerców po prostu. Otóż tak jak kiedyś, jak wychodzi lew, idzie sobie przez puszczę albo pustynię, albo sawannę, tak jak szedł kiedyś niedźwiedź, tak za nimi pomykały małe, drobne-
[24:51] - Ścierwojady.
[24:52] - Ścierwojady, do których myśmy również należeli. I ta natura ścierwojada nam pozostała. Jak się w naszej populacji pojawi ktoś taki jak lew, taki jak Napoleon, taki jak również Hitler, taki jak również Stalin i tak dalej, to się w tym momencie na brzegu tej rzeki historii stoi cała wataha ludzi, którzy chcą się załapać na przejażdżkę tą barką, po prostu, żeby kawałek tej historii pomknąć. I ta wataha, niewiele mamy takiego czasu. Mówię, to są trzy okresy. A poza tym smutek i cisza. Ludzie rodzą się, umierają i nigdy nie pohasali, nigdy nie poszaleli, nigdy nie mieli tego empiru tej Republiki Weimarskiej, tej oszalałej, anarchistycznej Moskwy. My po prostu jesteśmy wiatrami cmentarnymi, które wędrują. I dlatego jak mówimy o tym mentaliście Hitlera, jak mówimy o Dyzmie, wspominamy czy wszystkich innych postaciach takich drobnych płotek, to po prostu są wszyscy ludzie, którzy się w pewnym momencie załapali na ten wir i czekali. No i popłynęli.
[26:32] - Tutaj O35 zwraca ci uwagę, i pewno słusznie, że nie jest pewny, czy o Moskwie możemy mówić, czy raczej o Sankt Petersburgu.
[26:40] - No zgadza się.
[26:41] - To taka tam wpadeczka malutka. Ale w każdym razie, wiesz co, ja coraz bardziej jestem przekonany, że my dzisiaj w ogóle będziemy troszkę skakać pomiędzy Berlinem, czyli miastem stolicą okultyzmu. Trochę też się do Moskwy przeniesiemy, to będzie w odpowiednim momencie.
[27:03] - Tak jak zwróciłeś uwagę, tak jak Hitler miał swojego mentalistę, takiego samego miał Stalin.
[27:08] - Tak. O tym panu za chwilę. W ogóle to ciekawy temat. Ten człowiek Stalina to właściwie chyba nie był jednak mentalista. To był już taki rasowy jasnowidz i to taki z osiągnięciami.
[27:25] - Mówisz o Beli?
[27:26] - Nie. W dodatku był Polakiem. Znaczy to, co jeszcze łączy-
[27:31] - Polakiem było większość po prostu.
[27:33] - Tak, tylko że to, co łączy mentalistę, bo Waldek nie powiedział o jednej bardzo ważnej sprawie. Pewno sobie zachował to na później, więc po prostu wyprzedzę go. Hanussen ma swoją tajemnicę. Bardzo ważną tajemnicę.
[27:50] - Ale nie mówmy o niej.
[27:51] - Okej, no dobrze, ale troszkę mi to nie po drodze, jaka jest to tajemnica. Znaczy, bo to jest tak. To powiem inaczej, naokoło. Człowiek, który był jasnowidzem Stalina był nie dość, że był Polakiem, to był także Żydem. W każdym razie Żydem urodzonym w Polsce. Człowiekiem, który urodził się pod Warszawą. Urodził się w Górze Kalwarii, ale zostawmy na razie. A nazywał się w dodatku Wolf Messing. O tym panu za chwilę. Pojedźmy jeszcze troszeczkę, powiedzmy o Hanussenie, bo ja myślę, że Hanussen to jest też taka postać dobrze zarysowana przez naszego autora.
I cały czas podkreślam, mam nadzieję, że nie przekręcam mu nazwiska, autora, który nazywa się Posadas. Dlaczego jest dobrze narysowana? Bo on jest w gruncie rzeczy prawdziwy w tych momentach, kiedy za wszelką cenę dąży do kariery. W gruncie rzeczy możemy podejrzewać po tej książce, czy na podstawie tej książki, że to jest w gruncie rzeczy miernota. Zdolna pod pewnym względem. Trzeba mieć zdolności i trzeba mieć-
[29:15] - Wygląd i posturę miał, że tak powiem, mierną. Nie był to przystojny człowiek, nie był to piękny mężczyzna. Był bardziej taki pospolity. To był niewysoki pan.
[29:27] - Ale ja mam też wrażenie po jego zachowaniach, że on był również miernotą w sferze duchowej trochę. W każdym razie ja myślę, że to nie był wielki-
[29:37] - Był takim trochę Nikodemem Dyzmą, który został gdzieś tam pchnięty, gdzieś się znalazł na jakiejś fali, jakiś prąd go porwał, a on doskonale potrafił się złapać tego prądu i wykorzystać to. I to jest racja. Tu jest bardzo duża zbieżność, jeżeli chodzi właśnie o samego Hanussena czy właśnie karierę Nikodema Dyzmy.
[30:00] - Tak, to, co O35 podkreślał i O35 nawet w swoim wpisie porównuje poszczególne osoby dramatu w jednej i drugiej książce. I rzeczywiście te związki są, te zachowania są bardzo podobne. Także myślę, że to w gruncie rzeczy taka mierna postać, ale postać, która potrafiła się dobrze lansować. To, myślę, powinno być bliskie niektórym naszym współczesnym, bo w tej chwili mamy taki czas, kiedy nieważne kto kim jest i nieważne co umie, co wie, ważne, że potrafi się dobrze lansować. Taki mamy w tej chwili czas. I to troszeczkę to przypomina.
[30:44] - Ja teraz rozumiem, bo to kiedyś byli lansierzy.
[30:51] - Może niekoniecznie.
[30:52] - Stąd się wiesz.
[30:54] - Tak jest. Można i tak. W każdym razie, cóż. Ja myślę, że to jest dobry moment, żeby tak troszeczkę dla zaostrzenia apetytu posłuchać pierwszego fragmentu książki. Marku, oddajemy ci głos.
[31:13] - Światła reflektorów tworzą ognisty krąg wokół mówcy. Niewzruszony, z idealnie prostymi plecami i ramionami skrzyżowanymi na piersi, wyniosłym spojrzeniem lodowatych oczu obserwuje wypełnioną po brzegi widownię. Mija minuta, dwie. Już się wydaje, że zacznie mówić, ale nic z tego. Każda kolejna sekunda ciszy jest jak wyładowanie elektryczne. Uchylone usta, oczy pełne wyczekiwania. Kiedy napięcie zdaje się już sięgać zenitu, mówca zabiera w końcu głos niemal szeptem, nieco niepewnie, grasując. Niektórzy widzowie z trudem mogą go dosłyszeć. Stopniowo podnosi jednak głos, a dłonie zaczynają wskazywać, uderzać, ciąć, drapać. Oczy wychodzą z orbit.
Mówca daje się ponieść przypływom i odpływom własnych słów, aż jego okrzyki odbijają się echem po całej sali. Lada chwila narodzi się nowa epoka. Jest już na wyciągnięcie ręki. Dłoń ze sztywnymi palcami wyciąga się w stronę tłumu, który zdaje się oddychać w jednym rytmie. Epoka, w której będziecie znów mogli z dumą oznajmić, że jesteście Niemcami. Kiedy spoglądamy wstecz na naszą historię, czujemy wstyd za nasze obecne życie. Twarz wodza spływa potem. Wygląda, jakby był kompletnie pochłonięty swoim przekazem. Nasz naród musiał znieść okropne cierpienia, kiedy w wyniku inflacji z 1923 roku miliony osób zostały okradzione z dorobku całego życia. Za tę katastrofę odpowiedzialni są ci, którzy podpisali kapitulację w roku 1918.
Socjaliści, pacyfiści, Żydzi. Lewa dłoń na piersi. Palec prawej wskazuje w dół, w kierunku piekła, w którym powinni spłonąć zdrajcy. Ta katastrofa się powtarza teraz, w tej właśnie chwili. Albo my skończymy z nimi, albo oni skończą z nami. Nie ma miejsca dla niezdecydowanych. Twarz wodza wykrzywia się, aby podkreślić nieuniknioną prawdę. To bitwa między czystym a nieczystym, między wolą a tchórzostwem, między nami a nimi. Będzie dla mnie zaszczytem móc poprowadzić was do tej walki. Amen.
Co najmniej dziwnie brzmi religijny okrzyk padający z tych wykrzywionych wściekłością warg. Publiczność waha się przez ułamek sekundy, a potem wybucha rykiem. Orkiestra i miejsca na parterze zakryte olbrzymim transparentem z napisem „Moje Niemcy wolne od marksizmu” toną w rzęsistych oklaskach i wiwatach tysięcy zgromadzonych. Promienne uśmiechy na twarzach rozpalonych wysłuchanym przed chwilą wystąpieniem. Oczy wilgotne z emocji. Prawe ramię Adolfa Hitlera strzela do przodu w geście salutu rzymskiego i nie czekając na koniec owacji, Führer schodzi ze sceny i szybkim krokiem opuszcza Sportpalast w kordonie brunatnych mundurów SA, nazistowskich oddziałów szturmowych. Sieg Heil! Sieg Heil! Wolałem darować sobie to, co wiedziałem, że musi nastąpić. Nazistowskiej „Horst-Wessel-Lied”, „Deutschland, Deutschland über alles”, parady sztandarów i cały ten burdel.
To był już mój trzeci mityng tego popołudnia, a musiałem jeszcze zdążyć wrócić do pensjonatu i przekazać do Madrytu za pośrednictwem telekonferencji kronikę z ostatniego dnia kampanii w wyborach na prezydenta Niemiec, żeby mogła trafić do jutrzejszego wydania gazety. Wyszedłem z hali widowiskowej, zatrzymałem taksówkę i zacząłem trochę porządkować materię dla naczelnego. Słyszałem już niemal jego głos na drugim końcu linii. Tak, żeby się dało to zrozumieć, Pepe. Problem w tym, że wcale nie tak łatwo wyjaśnić przeciętnemu czytelnikowi z Hiszpanii, co się dzieje w tym kraju. Od jakichś dwóch lat w Niemczech panowało coś w rodzaju dyktatury prezydenckiej. Parlament co prawda istniał, ale praktycznie się nie liczył. W obliczu potężnego kryzysu gospodarczego, który wybuchł w 1929 roku, marszałek Hindenburg przekazał całą władzę w ręce kanclerza Brüninga z Partii Centrum, a ten wdrożył rozwiązania mające na celu ograniczenie wydatków i zbilansowanie budżetu poprzez obniżki płac i cięcia świadczeń socjalnych. Jedynym rezultatem tej polityki okazał się wzrost liczby bezrobotnych do sześciu milionów. Teraz zbliżały się wybory prezydenckie, do których stanąć miał znowu stary, 85-letni już Hindenburg, komunista Thälmann, nacjonalista Duesterberg ze Stahlhelmu, związku weteranów wojennych i skrajny nacjonalista Hitler.
Ten Austriak, naturalizowany w samą porę przed wyborami, zdołał w roku 1930 zwiększyć liczbę posłów NSDAP z 12 do 107, co uczyniło z jego partii drugą siłę w Reichstagu po socjaldemokratach, którzy teraz popierali w ramach jakiegoś przedziwnego sojuszu Hindenburga i jego próby ponownego wzmocnienia władzy prezydenckiej, mimo że ten stary wojskowy monarchista ucieleśniał wszystkie znienawidzone przez nich cechy pruskiego establishmentu. Tylko dwóch kandydatów miało szansę przejść do następnej tury i wszystko wskazywało, że będą to stary marszałek i Hitler. Pytanie tylko, czy nowa gwiazda na politycznym firmamencie zdoła za jednym zamachem unieważnić wszystkie prognozy. To zbyt skomplikowane, żeby przyciągnąć uwagę hiszpańskich czytelników, którzy i tak mieli już sporo na głowie. Możliwe początki republiki proklamowanej w naszym kraju zaledwie rok wcześniej. Tak jak przewidziałem, redaktor naczelny skwitował połowę przygotowanej przeze mnie kroniki drugim ze swoich ulubionych powiedzonek: „Do rzeczy, Pepe, do rzeczy”. Odwiesiłem słuchawkę z poczuciem, że cała moja praca zostanie zredukowana do kilku linijek. W końcu tym, co mogło zainteresować czytelnika, były wyniki wyborów z następnego dnia. A może nawet nie, bo przecież mieliśmy do czynienia dopiero z pierwszą turą. Wyszedłem przed pensjonat, zapaliłem hamburskie cygaro podarowane mi tego dnia na jednym z mityngów i spojrzałem na nie z odrazą.
Ten niemiecki tytoń zupełnie nie miał smaku. Rozważałem przez chwilę pójście na spacer, żeby zorientować się w nastrojach wyborczych, ale rozmowa z naczelnym wzbudziła we mnie niesmak. Najważniejszą informację i tak podadzą międzynarodowe agencje prasowe. Trudno byłoby mi znaleźć coś, co zainteresowałoby redakcję. Zajmowałem stanowisko od niedawna, a dostałem je tylko dlatego, że dziennikarz, którego El Heraldo zamierzał wysłać do Berlina, zginął w wypadku. A ja, choć nowicjusz, znałem niemiecki. Z początku wydawało mi się, że podbiję świat, a czytelnicy będą niecierpliwie czekać na moje relacje, ale powoli zaczynałem myśleć, że moja pisanina nie obchodzi nikogo z wyjątkiem matki. Minęła mnie ciężarówka wypakowana chłopakami rozprowadzającymi nazistowskie materiały propagandowe, którzy zasypali chodnik ulotkami. Wracali pewnie z kolejnej bitwy ulicznej z komunistami. Od czasu rozpoczęcia kampanii wyborczej w każdym obozie można było naliczyć po kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych.
Zwykłe zerwanie jednego z tysięcy plakatów oklejających miejskie mury mogło kosztować życie. Odechciało mi się wychodzić. Jak na jeden dzień, dość już się nasłuchałem wezwań do nienawiści. Napatrzyłem się na wystarczająco wiele brunatnych i czerwonych koszul. Aż podskoczyłem, kiedy mojego ramienia dotknęła owłosiona ręka. Należała do Manuela Olivara, właściciela Pensión Latina, Katalończyka w średnim wieku, krępego, sympatycznego i bardzo rozmownego. Kazał mi wyrzucić to, co palę i poczęstował mnie swoim caliqueño. Wymieniliśmy kilka luźnych uwag na temat tego, jak słabe i nudne wydają się niemieckie cygara w porównaniu z porządnie drapiącym w gardle tytoniem z Walencji. Ale kiedy Manuel zaczął opowiadać jakąś historię o Hawance, z którą miał romans na Kubie, przerwałem mu, tłumacząc, że umieram z głodu i zapytałem, co na kolację. Katalończyk mieszkał wcześniej w różnych krajach Ameryki Łacińskiej i stanowił niewyczerpane źródło anegdot na każdy możliwy temat.
Zwykle chętnie ich słuchałem, ale dziś nie miałem nastroju. Stała klientela Pensión Latina składała się z Hiszpanów i Latynosów, których przyciągała tu serdeczność Olivara oraz nieco ekstrawagancki klimat bohemy. Chodziło nie tylko o oryginalny wystrój wnętrz z portretami baletnic, toreadorów i wielkich tenorów i wypchanymi ptakami tropikalnymi, lecz także o uprzejmą obsługę, czystą pościel, dobrze wietrzone pokoje i obfitość ciepłej wody. Wszedłem do jadalni i aromat domowej kuchni hiszpańskiej wzbudził we mnie smutek i nostalgię. Gestem ręki pozdrowiłem jednego z gości, podobno bogatego Urugwajczyka zajmującego się pisaniem. Skinąłem głową meksykańskiemu generałowi i jego przepięknej towarzyszce, którą wszyscy uważali za kochankę. Generał jak zwykle położył olbrzymi pistolet na stojącym obok krześle, żeby zawsze mieć go pod ręką. Nieco dalej zobaczyłem Aragończyka w podróży służbowej, do którego często się przysiadałem, ale tym razem wybrałem stolik w kącie oddalony od pozostałych i rozłożyłem stary numer El Heraldo, żeby dać otoczeniu jasny sygnał, że nie ma mnie dla nikogo. Olivar, teraz w roli maître hotel, podszedł przyjąć zamówienie. Polecił mi escudella i carn d'olla z przepisu swojej matki, przekazywanego z pokolenia na pokolenie i tak dalej, i tak dalej.
Nie byłem głodny, ale nie miałem też ochoty dyskutować z gospodarzem, więc zgodziłem się i zamówiłem do tego jeszcze coś mocniejszego. Wychyliłem kieliszek na raz i znów odpaliłem caliqueño, suche jak pieprz. Co za parszywe życie. Wiecznie za pożyczone. Pomyślałem o dziewczynie poznanej tamtego wieczoru, baronowej. Niezła panienka. Inne mogłyby jej najwyżej buty czyścić. Z kolejnym zaciągnięciem znowu ogarnęło mnie zniechęcenie. Nie miałem szans u takiej kobiety. Byłem zwykłym kanciarzem, amatorem, któremu udało się załapać do gazety.
Próbowałem pocieszyć się myślą, że całkiem nie najgorzej piszę i jestem jeszcze młody, więc mogę się wiele nauczyć. Ale w głębi duszy wiedziałem, że nie mam nosa do sensacji cechującego wszystkich wielkich reporterów. Prędzej czy później naczelny się zorientuje i wyśle do Berlina kogoś z większym doświadczeniem i talentem. Stracę swoją wielką szansę. Będę musiał wrócić do Madrytu na jakąś trzeciorzędną posadę i gnić na samym dnie redakcji. W tym momencie, jakbym wywołał ducha rasowego dziennikarstwa, pojawił się Eugenie Xammar, nestor hiszpańskich korespondentów w Berlinie. Żonaty z Niemką. Pracował tu już od początku lat dwudziestych. Obecnie dla dziennika Ahora, którego naczelnym był Chavez Nogales. Strząsnął mokry śnieg z melonika, zdjął płaszcz i jak zwykle zagadał do Manuela po katalońsku.
Ten odpowiedział po hiszpańsku. Było to coś w rodzaju gierki między nimi. Xammar zapytał, czy zostało jeszcze trochę paelli, po czym rozejrzał się wokół i podszedł do mojego stolika. Nie mogłem się dłużej kręcić za gazetą. Od mojego przyjazdu do Berlina darzył mnie dużą sympatią. Traktował jak przybranego syna. Parę razy w tygodniu spotykaliśmy się na kawie. Często zapraszał mnie nawet do swojego komfortowego mieszkania w spokojnej dzielnicy Charlottenburg, gdzie jego żona serwowała dość kontrowersyjną wersję hiszpańskiej tortilli na modłę brandenburską. Xammar usiadł przy stoliku, westchnął i lekko poluzował nieodłączną muszkę. Miał koło pięćdziesiątki, niemal zupełnie białe włosy i mocno podkrążone oczy w zmęczonej twarzy, ale zdawał się dysponować znacznie większymi zasobami energii niż ja, ledwie dwudziestopięciolatek.
Ten kataloński reporter przez cały dzień krążył po ulicach, zapuszczał się wszędzie, a do ministerstw, siedzib partyjnych i ambasad wchodził jak do siebie. Teraz położył mi rękę na ramieniu i zapytał, jak minął dzień. Bez większego zapału zdałem mu relację z mityngów. „Ten Hitler jest jak zdarta płyta” — stwierdził Xammar, nalewając nieco gorzałki do stojącego na stole kieliszka na wino. Obiecuje pokój, pracę i odzyskanie przez Niemcy statusu światowej potęgi. Za całe zło odpowiada traktat wersalski, cios w plecy zadany przez socjalistów i Żydów. Zwięzły, jasny i brutalny przekaz. Wiesz, co nam powiedział, kiedy z Josepem Pla robiliśmy z nim wywiad w 1923 roku, kiedy jeszcze prawie nikt o nim nie słyszał? Opowiadał mi tę historię już nieraz, ale wolałem wysłuchać jej ponownie, niż samemu musieć mówić. „Jeśli chcemy, by Niemcy przetrwały, musimy wyeliminować Żydów”.
Nie wiedzieliśmy, czy żartuje, czy mówi serio, ale wystarczyło rzucić okiem na jego twarz, żeby się zorientować, że raczej nie grzeszy nadmiernym poczuciem humoru. „Jak zamierza pan tego dokonać? Pałkami?” — zapytaliśmy wciąż z pewnym niedowierzaniem. „Chętnie, gdyby nie było ich tak wielu. To byłoby oczywiście świetne rozwiązanie, ale bardzo trudne” — odpowiada. „Ten to ma collons.” Collons to po katalońsku jaja. Na szczęście nie wierzę, żeby miał wygrać jutro ani w drugiej turze. Niedługo, jak już umrze stary Hindenburg, zobaczymy, co będzie. Stąd, ze stolicy wszystko wygląda inaczej. Nie bez powodu mówi się o czerwonym Berlinie.
U nas naziści ledwie dociągnęli do dwudziestu procent w ostatnich wyborach. Komuniści prześcignęli ich niemal dwukrotnie, ale wystarczy pojeździć trochę po kraju, żeby się przekonać, że Niemcy lubią dyscyplinę. Spójrz tylko, kto staje do wyborów. Marszałek i były kapral karierowicz. „Tak, tu nawet w rewiach muzycznych tańczą krokiem defiladowym” — skwitowałem, wspominając tancerki kabaretowe podnoszące jednocześnie nogi z zadziwiającą precyzją w rytm muzyki. „Właśnie. Idealna mieszanka pruskiego militaryzmu i weimarskiej zmysłowości.” Śmiech ujawnił głębokie zmarszczki na twarzy Xammara. Przy okazji Katalończyk pociągnął kolejny łyk wódki. W tym kraju nawet bolszewicy chodzą w mundurach i urządzają defilady. La merde de Dieu.
Problem w tym, że tutaj mieli tylko połowiczną rewolucję. Obalili kajzera, wprowadzili demokrację, przyznali kobietom prawa wyborcze, ale nadal rządzą ci sami. Arystokracja, wojskowi, wysocy urzędnicy i sędziowie. Wszyscy zatwardziali konserwatyści. Na razie boją się Hitlera. Uważają go za niedouczonego prowincjusza. Wstydzą się jego strojów, fryzury na alfonsa, akcentu z przedmieść Wiednia, wąsów, histerycznych póz. On jednak oferuje dokładnie to, co oni, tyle że w nowym opakowaniu. A kiedy ludzie po dziurki w nosie mają już polityków, kiedy brakuje im do pierwszego, nowinki dobrze się sprzedają. I to jak!
Przedstawiają się jako ci czyści, jeszcze nie zepsuci przez system, który doprowadził Niemcy do upadku i niestety istnieje ryzyko, że ludzie dadzą się nabrać na nowe pudełko i je kupią, nawet jeśli okaże się pełne gówna. Tyradę Xammara przerwała pani Olivar, korpulentna Andaluzijka, wiecznie z muchami w nosie. Przyniosła właśnie tacę z parującą patelnią pełną przesmażonej żółtawej paelli. Kończąc temat, ostatnio w tym kraju właściwie się nie zdarza, żeby to, co rano jest prawdą, pozostało nią do wieczora, a wieczorna prawda jest nieaktualna już następnego ranka. Ale jak mawiał mój ojciec: Przy stole nie rozmawia się o polityce — podsumował reporter, zawiązując sobie pod brodą serwetkę, żeby ochronić jedwabną muszkę. Ja zaś straciłem resztki marnego apetytu. Eugeniusz zdołał w dwie minuty streścić to, co ja przez dwa dni próbowałem ująć w artykule do gazety.
[48:38] - Tak mieliśmy kawałek powtórzenia.
[48:45] - Zapętlone.
[48:45] - Zapętliło się coś. W każdym razie poznajemy w tym fragmencie głównego bohatera, czyli José Ortegę, którego oczyma poznajemy historię głównego bohatera, czyli Hanusena.
[48:59] - Jeśli ktoś uważnie słuchał tego fragmentu w tej chwili albo czytał książkę bardzo uważnie, to przede wszystkim przy tym fragmencie pierwszego zarysu atmosfery różnych stron konfliktu, próby przejmowania władzy, upadku czegoś, powstawaniu czegoś nowego. Ja lubię ruch konika szachowego. Nie lubię po prostej ani po skosie, tylko dokładnie i wykonam taki manewr. Czy to się wam nie kojarzy z czymś? Przecież to jest dokładna zbitka, kalka właściwie tego, co się działo w Polsce w latach 80. Upadek komunizmu, przejmowanie władzy, szalejące wszystko się zgadza. Zmienić tylko parę słów, parę nazw, parę imion i tak dalej. Tam wyprowadziło to do rzeczy wielkiej. Tutaj nic wielkiego z tego nie wynikło, bo tam poszło po bandzie, a myśmy mieli okrągły stół, który wszystko spłaszczył i załatwił bezboleśnie. Natomiast sam klimat, atmosfera tego jest dokładnie taka sama.
[50:25] - Ale historia lubi się powtarzać.
[50:26] - Lubi.
[50:27] - Więc nie wiadomo, co nas czeka w przyszłości. Natomiast tu dobrze Wiktor przedstawił pewne podobieństwa. Ja bym chciał jeszcze wrócić do samej atmosfery w tamtych latach, czyli w latach, w których toczy się akcja książki. Co się takiego w tym Berlinie działo? Dlaczego akurat to był okres bardzo niespokojny, a zarazem, tak jak już wcześniej Wiktor opowiadał o tym, że był to okres niesamowitej wolności. Zresztą Marek też o tym wspomniał, że Berlin stał się z jednej strony bardzo wolnym miastem, gdzie kwitła sztuka.
[51:17] - Seksualne rozpasanie kwitło, proszę państwa.
[51:20] - Jakoś nie chce mi to przejść przez gardło.
[51:22] - Seksualne rozpasanie. Jak przeczytałem w jednym z artykułów, właściwie nie było takiej fantazji seksualnej, której w ówczesnym Berlinie nie dałoby się zaspokoić. I tyle na ten temat.
[51:35] - I to jest jedna strona, czyli ta cyganeria artystyczna bardzo mocno się rozwijała. Z drugiej strony, a być może to jest ta strona, która wywołała to wszystko, to jest cała polityka, która się działa po przegranej wojnie, I wojnie światowej przez Niemcy. Nie tylko przez Niemcy, ale przez państwa Osi. I generalnie to, co się zaczęło dziać w Niemczech, ta cała frustracja, miliony bezrobotnych.
[52:06] - Kryzys.
[52:07] - Kryzys gospodarczy, który na to wszystko się nałożył. W Niemczech panował chaos polityczny. W ciągu roku potrafiły być dwa razy wybory, rząd się co chwilę zmieniał. Nie wiadomo było, na kogo postawić, bo było bardzo dużo takich osób, które próbowały przejąć pałeczkę i pociągnąć za sobą tłumy. Zaczął bardzo mocno dochodzić do głosu ruchy lewicowe.
[52:44] - Komunizujące i to mocno.
[52:46] - Komunizm, w Berlinie bardzo mocne były ruchy komunistyczne. Zresztą na tym między innymi bazował Hitler, że ruchy komunistyczne wbiły Niemcom nóż w plecy i w zasadzie przegrana I wojna światowa to była wina komunistów. Zamieszki na ulicach. Ten cały polityczny klimat bardzo sprzyjał, ludzie chcieli się od tego odwrócić, zapomnieć, nie patrząc na to, odejść od tego i zająć się czymś innym. Czym? Czym najłatwiej, że tak powiem? Jakąś sztuką, jakimiś ekscesami.
[53:29] - Rozrywkami prostymi.
[53:30] - Prostymi rozrywkami. I w tych klimatach z jednej strony ta polityka, ta ciężka polityka zmieniająca się i bardzo mocno wpływająca na wszystko i wszystkich, a z drugiej strony ten bardzo frywolny, wolny świat. I w tym wszystkim siedzi nasz główny bohater.
[53:53] - A ja powiem tak, tak mi przyszło do głowy, jak sobie słuchałem tego fragmentu, a kiedy czytałem, to nie do końca mi to do głowy przyszło. To jest jednak książka, ja w każdej audycji nadużywam innego słowa. Dzisiaj będę nadużywał słowa „miernota”. To jest jednak opowieść o miernotach. Ten, który nam relacjonuje wszystko, jest miernotą dziennikarską, bo sam o tym zresztą mówi w tym fragmencie, że mu jakoś tak, kurczę, nie idzie to pisanie.
[54:20] - On chyba w siebie do końca nie wierzy, bo generalnie on na końcu jednak potrafi to sprzedać. Artykuły ukazują się na pierwszej stronie.
[54:30] - Bo już się wydarzyło, kurczę, tyle.
[54:31] - No tak, żeby się dzieje w Niemczech.
[54:33] - Dokładnie.
[54:36] - Tak naprawdę dlaczego mówię w liczbie mnogiej o miernotach? Bo on jest takim nie do końca dorobionym dziennikarzem. I ten Hansen niby jest sławnym człowiekiem, niby jest człowiekiem, który dużo może i dużo pokazuje, że może, ale jednocześnie poznajemy przecież jego drugą stronę i okazuje się, że to jest taki w gruncie rzeczy do pewnego stopnia kombinator, o czym chociażby te orgietki fotografowane świadczą. Czyli facet, który ubezpiecza się, który kombinuje. Wiem na przykład o takim epizodzie z jego życia, warto o nim powiedzieć, że on był właściwie uznanym sądowo jasnowidzem. To też warto.
[55:26] - Cała rzecz wydarzyła się w Pradze.
[55:29] - Tak. Kto normalny, dysponujący wielką mocą, wielkimi zdolnościami, będzie dbał o to, żeby potwierdzić na piśmie i sądownie, że tę moc posiada? Nie, po co to komu? On natomiast o to zadbał. Być może nauczony doświadczeniem z innego kontynentu. Za chwileczkę o tym, bo on w swoim czasie również występował za oceanem. Być może to go skłoniło do tego, żeby mieć taki papier na to.
[56:03] - Wpadnę ci w słowo, ale w ostatniej audycji wspominałeś, że w Niemczech, że tak powiem, papierem sądowym ktoś sobie załatwił uznanie, że jest trzecią płcią. To też jest bardzo ważne, bardzo podobne, ale jeszcze nie wiemy, kto to zrobił. Ale on wyjdzie, wypłynie.
[56:22] - Poruszasz mój ulubiony temat, bo na amerykańskim Facebooku możesz określić się, że jesteś kobietą, mężczyzną bądź czymś innym i to czymś innym, mam nadzieję, że nikogo nie obrażam, to jest ponad 50 płci, jakbyś był zainteresowany, ale to zostawmy, to nie jest temat na dzisiaj. À propos tych orgii i ekscesów seksualnych mamy pewne podobieństwa.
[56:46] - Podobieństwa zbliżania się do podobnej epoki, jak empir w Paryżu, jak Republika Weimarska. Być może cała Europa dąży do takiego czwartego już, jeszcze dodając Petersburg, czwartej odsłony.
[57:05] - I zbliżamy się do naszej ulubionej puenty podsumowującej takie fragmenty dyskusji, że to wszystko wcześniej czy później pierdyknie. W każdym razie à propos tego, że był uznany sądowo, to był facet, który za oceanem, zdaje się, nie święcił sukcesów.
[57:23] - Tak. Niestety nie powiodło mu się za oceanem. Jest krótka wzmianka na ten temat w książce, to możemy chyba powiedzieć, ale to też jest fakt historyczny.
[57:33] - Historyczny.
[57:36] - Próbował swoich sił w wielu krajach. Powiem też, że w ogóle całą historię jego kariery rozpoczyna Polska, bo on przecież w czasie pierwszej wojny światowej walczył na polskich terenach i trafił do szpitala, i tam w szpitalu w zasadzie rozpoczął swoją karierę. Być może zaczął ją tam rozkręcać, zabawiając żołnierzy, którzy byli tam na leczeniu. Ale wracając do wątku ze Stanów Zjednoczonych, on pojechał do Stanów Zjednoczonych, bardzo dbał o swój wizerunek, także takie przygotowania artyleryjskie w postaci jakichś artykułów, które gdzieś tam przenikały z Europy i miały się pokazywać w Stanach, miały przygotować grunt do jego przyjazdu. On przyjechał, zaczął w tych Stanach Zjednoczonych występować. Ale niestety już dawno się mówiło o tym, że ci, którzy święcą glorię w Europie, za oceanem niekoniecznie. Natomiast tutaj historia się powtórzyła. On miał jeden bardzo podstawowy problem. Po prostu mówił bardzo słabo po angielsku, z takim dość mocno wyczuwalnym niemieckim akcentem. To go niestety paliło.
[59:01] - I to był najbardziej rozrywkowy element dla Amerykanów. Te jego wszystkie pokazy, te jego sztuki pseudomagiczne nie bardzo ich interesowały. Natomiast to, jak Hansen mówił, jak się prezentował na scenie, to ich bawiło niezwykle.
[59:20] - Tak. Właśnie między innymi przez ten niewyćwiczony język angielski on po prostu nie zrobił kariery, ale wręcz jeszcze gorsza rzecz, ponieważ po prostu był tam wyśmiewany. On z wielkim wstydem wrócił do Europy i przez jakiś czas po prostu zamknął się w sobie. Ale szybko, że tak powiem, się odrodził i wrócił do niemieckiej rzeczywistości, do berlińskiej rzeczywistości. Zresztą akcja książki gdzieś tam wspomina właśnie ten wątek amerykański. Więcej jest na temat jego wizyty w Danii, w Kopenhadze. Jest też właśnie wyjaśniona to, co już Marek tu powiedział, ta historia związana z tym papierem sądowym, z całą historią postawienia go przed sądem w Pradze i uzyskanie właśnie tego papieru, który stwierdzał, że jest jasnowidzem. Natomiast jeszcze tutaj wrócę do jednej rzeczy, jeżeli chodzi właśnie o to jasnowidztwo. Mówiło się, że jest jasnowidzem, ale on pokątnie po prostu korzystał z usług jasnowidzów i do swoich spektakli, bo można to tak nazwać, włączył właśnie mnóstwo informacji, które uzyskiwał właśnie od innych na takich wizytach spirytystycznych.
[01:00:48] - Ale poza tym wątkiem paranormalnym uwielbiał też korzystać z jak najbardziej zwykłych źródeł informacji. To był facet, który lubił zasięgać języka, lubił zbierać materiały na innych. W związku z tym on miksował to wszystko ze sobą i miał co pokazywać. Ale to był facet niezwykle ambitny. Mówiło się, zanim jeszcze Hitler doszedł do władzy, że w przyszłym państwie niemieckim powstanie ministerstwo okultyzmu, a ministrem w tym ministerstwie zostanie właśnie Hanussen. Nic z tych rzeczy się nie sprawdziło. Ale to dlatego, że Hanussen po prostu-
[01:01:42] - I tu nie mówmy.
[01:01:43] - Dobra, w porządku, to nie mówmy.
[01:01:45] - Już chyba i tak trochę tej książki-
[01:01:47] - Tak, ale my na razie mówimy tak naprawdę o pewnych wydarzeniach. Nie zdradzamy wątków za dużo. Mówimy pewne historie, ale te historie każdy tak naprawdę może przeczytać. Jak sobie wbije nazwisko Hanussena do odpowiedniej przeglądarki, wyskoczy mu odpowiednia popularna encyklopedia internetowa. Mniej więcej o Hanussenie może poczytać różne historie różnej treści i mniej więcej tyle się można dowiedzieć. Posadas wzbogaca to wszystko, nadaje taki ludzki rys temu wszystkiemu. Jest to po prostu bardziej plastyczne. Wiktorze, co ty teraz na ten temat?
[01:02:34] - Ja widzę, że wy mówicie, że miernota, a to po prostu światły człowiek. Człowiek wręcz renesansowy.
[01:02:44] - Jasne.
[01:02:45] - Zwróć uwagę, co dzisiaj ludzie robią. Posługują się internetem. Właściwiście sami nic nie robią, tylko miksują. I potem sprzedają jako swoje tysiące rzeczy.
[01:02:58] - On robił to samo.
[01:03:00] - On robił to samo sporo lat temu. Wszyscy hochsztaplerzy to są zwykle ludzie wybitnie inteligentni, a przynajmniej tacy, którzy potrafią wpuścić w kanał tych tak zwanych ciałenta.
[01:03:21] - Ja myślę, że Wiktor tutaj dobre słowo użył, jeżeli chodzi o to, że Hanussen to jest hochsztapler. Bardziej pasuje niż słowo, które ty użyłeś i powiedziałeś, że to jest miernota. Bardziej hochsztapler. To jest słowo, które w sposób najbardziej doskonały opisuje tę osobę. Pewnie tak, bo ja cały czas mam z tyłu głowy opowieści o, tu się waham, czy prawdziwych, takich jasnowidzach, którzy nie działali w ten sposób. A wspomniałem tutaj o Wolfie Messingu, czyli tak naprawdę jasnowidzu Stalina. To był facet, który nie udawał tak jak bohater naszej książki. To był facet, który naprawdę chyba coś czuł albo coś wiedział. Kilka historii z jego życia. Jak sobie przeskakujemy na inny temat, to sobie przeskoczmy.
Messing urodził się w rodzinie żydowskiej, to już mówiłem, w Górze Kalwarii koło Warszawy. Początkowo czym się przejawiała jego niezwykłość? Tym, że był somnabulikiem, czyli łaził po nocy i straszył. Głównie sam siebie, bo jak się przebudzał, to się dziwnie czuł. Rodzina też nie była specjalnie zadowolona z tego stanu, ponieważ w tamtych czasach uważano, że tego rodzaju aktywności są mocno podejrzane. W każdym razie młody Messing przybierał lat i w końcu ojciec doszedł do wniosku, że trzeba by go wysłać do szkoły. A ponieważ był człowiekiem ambitnym, postanowił go wysłać do szkoły rabinicznej, żeby tego młodego człowieka wyedukować na przyszłego rabina. Jakoś nie bardzo się to Messingowi podobało. Cały czas się opierał. Pewnej nocy przebudził się, a przy jego łóżku w jego pokoju pojawiła się brodata postać w jakiejś powłóczystej szacie i oświadczyła mu, że jego przeznaczeniem jest służyć Bogu i to jest to, co powinien w życiu robić.
Młody Messing zrobił to, co w takiej sytuacji każdy z nas pewno by zrobił, czyli zemdlał. Bo jeżeli ktoś ma objawienia w środku nocy, to nie jest rzecz normalna. W każdym bądź razie zemdlał, rano się obudził i już z nieco większym entuzjazmem podchodził do pomysłu ojca, czyli do tego, żeby zostać rabinem. I chodził sobie do tej szkółki, aż pewnego dnia w mieście spotkał tego samego człowieka brodatego, który był go odwiedził pod postacią jakiegoś anioła czy posłańca. To się zdziwił najpierw, a później zgodnie z normalną naturą człowieka wypytał go dosyć szczegółowo, o co chodzi. Rzecz się wydała. Okazało się, że ojciec, który wiedział o wahaniach swojego syna, postanowił go bardziej zmotywować. I go zmotywował w ten sposób, że wynajął człowieka, który przekazał mu te treści. Messing wyraźnie nie chciał być oszukiwany, nie lubił być oszukiwany. Rzucił to wszystko, wsiadł do pociągu i pojechał gdzie?
Do Berlina pojechał. Czyli kolejny człowiek, który łapie sygnały z drugiej strony i udaje się do Berlina. Co ciekawe, wtedy już podczas tej podróży do Berlina objawiły się pierwsze paranormalne zdolności naszego bohatera, czyli Wolfa Messinga, przyszłego jasnowidza Hitlera. Otóż nie miał pieniędzy, a mimo to do Berlina-
[01:07:28] - Chyba Stalina.
[01:07:30] - A co mówiłem?
[01:07:32] - Że Messing jest jasnowidzem Hitlera.
[01:07:34] - Tak, dokładnie. Czyli zmęczenie daje znać o sobie. Tak, Stalina oczywiście. W każdym razie nie miał przy sobie żadnych pieniędzy, a mimo to do Berlina dojechał, tak jak powiedziałem. Pokazał konduktorowi jakąś karteczkę papieru i wmówił mu telepatycznie, że to jest właśnie bilet. To był zresztą numer, którym Messing posługiwał się dosyć często w późniejszej swojej karierze. Co więcej, w tym Berlinie zrobił pewną karierę. Tam poznał ludzi, poznał sposoby, poznał metody. Zostawmy na razie Messinga, bo dojechaliśmy do Berlina, a o Berlinie warto by jeszcze powiedzieć. Do Messinga oczywiście jeszcze wrócimy.
O tym Berlinie przed audycją Waldek powiedział mi, że Republika Weimarska, o której dzisiaj wspominamy tak często, jest okresem fascynującym, ale chyba nie tylko dla nas, bo poza mentalistą Hitlera, poza różnymi książkami, utworami, o których powiedzieliśmy, to jest jeszcze jeden film, a właściwie serial, o którym nie powiedzieliśmy. I teraz myślę, jest czas, żeby o nim wspomnieć.
[01:08:57] - Tak. To jest zachęta dla tych, którzy nie muszą studiować historii, nie muszą wczytywać się w różne artykuły czy w internecie wyszukiwać tła historycznego, żeby w jakiś sposób odnieść tę książkę czy położyć ją na jakiejś niwie, na jakichś informacjach. Ale bardzo fajną rzeczą byłoby na przykład obejrzenie sobie wspomnianego przez naszego czytelnika, pana O35. Na przykład powrócić i obejrzeć sobie film „Kabaret” Boba Fossa, gdzie w tym całym wątku miłosnym w zasadzie jest gdzieś tam jeszcze pokazane tło trochę historyczne. Proszę państwa, mówiłem też o filmie Istvána Szabó, o tych dwóch filmach w zasadzie, które też pokazują właśnie ten czas. Berlin, schyłek Republiki Weimarskiej, początki faszyzmu i państwa faszystowskie. W tych dwóch filmach, które István Szabó nakręcił i są dość znane. To jest właśnie film, który-
[01:10:22] - „Mefisto”?
[01:10:23] - „Mefisto” i drugi „Hanussen”. A od niedawna w polskiej telewizji, niestety na HBO, leci naprawdę genialny serial, który nazywa się „Babylon Berlin”. Ja jestem nim zafascynowany. Czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki. Jest ich na razie 14. Film został wyprodukowany przez między innymi takich twórców, którzy tworzyli film-
[01:10:53] - „Atlas chmur”. To jest jeden ze scenarzystów. Genialny.
[01:10:57] - Zresztą on też i muzykę do tego pisze. Muzyka też jest naprawdę genialna w tym filmie. Poza tym kolejny z twórców. Nie wiem, czy państwo oglądali, ale też zachęcam. Był taki film o czasach powojennych w Berlinie „Good bye, Lenin!”-
[01:11:15] - Mocno powojennych.
[01:11:16] - Tak, mocno, bo to jest w zasadzie już schyłek nie Republiki Weimarskiej, tylko NRD. Natomiast ci autorzy stworzyli, uważam, że to jest jeden z najlepszych filmów, seriali niemieckich, który pokazuje właśnie tamte lata. Chyba nie tylko tamte lata, ale generalnie chyba najlepszy serial niemiecki, który powstał kiedykolwiek. Zresztą jest to najdroższy serial wyprodukowany przez niemiecką telewizję. Zachęcam, bo jest naprawdę bardzo fajnie pokazane tło historyczne, na którym możemy w zasadzie położyć książkę i się w niej rozpłynąć.
[01:12:03] - O35 wspomina jeszcze scenę, którą zapamiętał. Scenę wywiadu z Mannem.
[01:12:11] - Tak. Nie chciałbym już, bo chyba dość dużo powiedzieliśmy tutaj na temat samej książki.
[01:12:18] - Spuentuj albo przynajmniej powiedz coś na ten temat. Dobrze, zadam pytanie w ten sposób: co wychodzi, mirnota czy geniusz w tym wywiadzie?
[01:12:30] - Tam jest taka przemiana.
[01:12:33] - Dobra. I to jest rzecz, którą podsuwamy na zasadzie zainteresowania.
[01:12:41] - Ja będę cały czas zachęcał do tej książki właśnie dlatego, że ona dotyka jednego z tych najważniejszych momentów w historii Europy nowożytnej No i cóż, niewiele jest książek, które dotykają to dość celnie, a warto to czytać. Tym bardziej, że w Polsce dopiero dzisiaj właściwie pojawiają się ludzie, którzy zaczynają doceniać ten okres, urodę tego okresu, bo przecież to był nasz wróg, że tak powiem. Czyli jak mogliśmy się zachwycać jego przeobrażeniami i tak dalej? Natomiast warto było. I te filmy są cudowne. Zresztą tak jak wspomnieliście kabaret, dla mnie ktoś, kto nie oglądał kabaretu, to się jeszcze nie urodził.
[01:13:43] - To jest w zasadzie już klasyka.
[01:13:45] - Tak.
[01:13:46] - Poza tym, o ile właśnie filmy Istvana, przepraszam cię Marku, ale o ile filmy Istvana Szabó, te dwa, które wymieniłem, stoją jakby w kolejce do klasyki. Są niedaleko tych drzwi.
[01:13:57] - „Brandauer” piękny.
[01:13:58] - Natomiast ten serial, o którym opowiadałem, myślę, że wbije się państwu w pamięć na pewno. Jeżeli wypłynie tylko z tych kodowanych kanałów i będzie, że tak powiem, mocniej pokazywany i bardziej dostępny, myślę, że to będzie hit.
[01:14:15] - Ale żeby nie było tak różowo, bo mówimy, że Berlin to taka mekka erotyzmu w tamtych czasach i również okultyzmu, żeby było na „-yzmy”.
[01:14:28] - Nazizmu.
[01:14:29] - Nazizm.
[01:14:30] - I komunizmu.
[01:14:31] - Tak.
[01:14:31] - Wszystkiego.
[01:14:32] - -yzmy się tam pojawiały różne.
[01:14:34] - Niemiecka Babel.
[01:14:35] - Powiem tak, że bardzo sceptyczny w stosunku do tych wszystkich okultyzmów był taki filozof, który nazywał się Theodor Adorno. On mówił o całym tym poruszeniu, takim telepatyczno-magiczno-jasnowidzczym, że to jest właściwie metafizyka bałwanów. Wyśmiewał się z tego. No i cóż, warto o tym pamiętać, bo w końcu Adorno to jest ktoś. W każdym razie w historii filozofii na pewno, myśli w ogóle. Wróćmy...
[01:15:10] - Zaraz, bo takie określenie, że to jest filozofia bałwanów.
[01:15:15] - Metafizyka bałwanów.
[01:15:16] - Metafizyka bałwanów. A czyją metafizykę uprawiał Adorno? Tam była bałwanów, a tu czyja?
[01:15:28] - Swoją.
[01:15:29] - Świętych krów i nie wiadomo kogo, tak?
[01:15:32] - Nie, Adorno to wiesz...
[01:15:33] - Ja wiem.
[01:15:36] - Dobra, wróćmy do Messinga, bo postać ciekawa. Skończyliśmy na tym, że on sobie trochę w tym Berlinie posiedział, ale później wrócił do Polski i w Polsce się wsławił kilkoma takimi spektakularnymi bardzo numerami. Między innymi odnalazł biżuterię wartą bodajże 800 000 franków. I właściwie zajęło mu dosłownie chwilę. Wsławił się też tym, że na forum publicznym wypowiedział taką myśl, że jeżeli Niemcy odważą się pójść kiedykolwiek na Wschód, to kamień na kamieniu nie zostanie z całego ich państwa, a po ulicach Berlina będą jeździć rosyjskie czołgi. Powiedział to na forum publicznym, jak to się mówi, miał świadków. Poza tym powiedział to na długo przed tym, zanim wybuchła wojna. A więc już jakiś taki rys niesamowitości się pojawia. Później zrobiło się w jego życiu jeszcze bardziej niesamowite, bo w końcu jednak przyszedł rok 1939, wybuchła wojna. I jak ta wojna wybuchła, to wydawało się, że zapomniano o Messingu.
Ale Hitler to nie był człowiek, który zapomina. Ponieważ Messing kilka nieprzyjemnych rzeczy na temat Hitlera również w swoim czasie powiedział, to za głowę Messinga wyznaczono sporą nagrodę około 200 000 marek niemieckich. Jak wyznaczono taką nagrodę, to ktoś chętny się znalazł. W ten sposób Messing trafił w łapy Niemców, ale za sprawą swoich zdolności z tych łap się potrafił wymiksować. Wykonał mniej więcej podobny numer, jak w przypadku tego konduktora. W każdym razie bardzo niedługo stał się wolny, ale postanowił na wszelki wypadek jak najdalej trzymać się od Niemców, od faszyzmu i skierował się w kierunku: „No dobrze, niech będzie”. W każdym razie wyjechał do Moskwy. Wiktor powiedział o takiej dekadenckiej Rosji, kiedy byli bolszewicy. Wtedy, kiedy on tam pojechał, czyli w 1939 czy w 1940 roku, dokładnie nie wiem, to już było mniej dekadencko. Raczej plutony egzekucyjne jeszcze sobie huczały tam.
Niemniej jednak Moskwa nie była pustynią kompletną, nawet kluby nocne się tam zdarzały. Nie bardzo sobie jestem w stanie wyobrazić taki socjalistyczno-komunistyczny klub nocny. Niemniej podobno to funkcjonowało. Tam Messing próbował występować. Ale w tym kraju, w którym panował marksizm, leninizm, a w dodatku jeszcze materializm dialektyczny, historyczny i każdy inny, takie cuda jak przepowiadanie przyszłości czy też inne takie fiki-miki nie bardzo wierzono. Niemniej udawało mu się od czasu do czasu wystąpić. Jeden z takich występów zakończył się wkroczeniem na scenę dwóch milicjantów, którzy oświadczyli wszystkim zgromadzonym, że występ niniejszym zostaje przerwany, a pan Messing aresztowany. I go zabrali. Moglibyśmy podejrzewać, że trafił do jakiegoś ciemnego więzienia, zatęchłej nory, a w każdym razie przynajmniej na Łubiankę. Nie.
Trafił do całkiem eleganckiego wnętrza. Uważał, że to hotel czy coś podobnego. I tam nastąpiło pierwsze spotkanie z wąsatym panem, czyli Stalinem. Jego zdolności były na tyle duże, że zaintrygowało to Stalina. To, co mówił, bardzo go zaintrygowało, ale Stalin był człowiekiem nieufnym. Człowiekiem, który sam sobie nie ufał, a co dopiero obcym. W związku z tym postanowił wypróbować te zdolności Messinga. Jedna z prób, która została podjęta, polegała na tym, że miał podjąć pieniądze w jednym z banków. W banku, w którym w dodatku nie miał konta. Wykonał to.
Podszedł do urzędniczki i wypłacił jakąś ciężką gotówkę. Nie pamiętam już w tej chwili kwoty, ale jak na warunki radzieckie, to właściwie każda gotówka była spora. Wyciągnął te pieniądze. Wyniósł. Co się stało z urzędniczką bankową? Tego historia nie donosi, ale myślę, że miała spore kłopoty. Drugą próbą, którą również przeszedł, było wykonanie rzeczy, która była praktycznie niemożliwa do wykonania, czyli dostanie się do prywatnych apartamentów Stalina. A on to zrobił. Przeszedł przez wszystkie zapory, przez wszystkie warty. Dostał się.
To był znak. To był jeden z tych znaków dla Stalina, że ma do czynienia z facetem, który chyba odbiera jakieś sygnały z tamtej strony. Coś go mocno intrygowało. Nie wiem, czy go intrygowało paranormalnie, czy też materialistycznie. W każdym razie zaczął z usług Messinga korzystać. To zapewne nie jest jakaś świetna karta w historii Wolfa Messinga, ponieważ kim był Stalin i jakimi metodami się posługiwał, mniej więcej wiadomo, a zdaje się, wszystko na to wskazuje, że Messinga używał również do rozpracowywania swoich potencjalnych, czy też wymyślonych zupełnie przeciwników. Chcąc nie chcąc, Messing brał w tym udział i pomagał Stalinowi. Podpowiadał, komu za bardzo nie należy ufać, a komu ufać można.
[01:21:47] - Wybacz, ale to bardzo dobrze świadczy o Stalinie. Przecież to najbardziej łagodna forma zdobywania jakiejkolwiek informacji.
[01:21:56] - Tak, on informacje zdobywał, tylko że on później zaraz-
[01:21:59] - Koronkowe rękawiczki.
[01:22:01] - Tak, ale on ich później zaraz rozstrzeliwał, tych, co mu się nie podobało. Średnia chyba. Żeby o tym Wolfie Messingu za dużo nie opowiadać, powiem jeszcze jedną historię, dosyć ciekawą, a wszystkich zainteresowanych odeślę między innymi na portal Infra. Tam jest bardzo ciekawy artykuł o Wolfie Messingu zatytułowany właśnie „Wolf Messing, polski jasnowidz Stalina”. Tam sporo tych historii, które opowiedziałem, między innymi ta, że kiedyś jeden z pretendentów do tytułu mistrza szachowego grał bodajże z czeskim mistrzem. On się Pachman bodajże nazywał. Chyba tak się to wymawia. I Pachman wspominał, że właściwie był wygrany. Tam było kilka partii i właściwie zaczynał zawsze z pozycji dobrej. I co zaczynał, to mu się to wszystko rozjeżdżało.
Zaczynał grać i właściwie zaczynał mieć wątpliwości. Nie wiedział, jak to wszystko poskładać i w rezultacie partia po partii przerżnął. Tym jego konkurentem do tytułu był Igor Bondarevsky. Wiele lat później, bo w latach 70. XX wieku, Pachman dowiedział się, że za jego niepowodzenia w walce o tytuł mistrzowski odpowiada właśnie Messing, który siedział sobie wśród publiczności i tak tam promieniował.
[01:23:39] - Rozpraszał go.
[01:23:41] - Rozpraszał go, ale w sposób niewidoczny dla innych, co też jest pewną sztuką. A więc w przypadku Messinga, tak jak to Waldek powiedział, o ile w przypadku Hansena, bohatera książki, o której dzisiaj mówimy, to była hoksaplerka, to w przypadku Messinga dużo wskazuje na to, że ten facet jakieś zdolności niezwykłe miał.
[01:24:07] - Zupełnie tak jak ja. Wiesz, ja wygrywałem w większości z najlepszymi szachistami. Wiesz dlaczego?
[01:24:13] - Bo nie umiałeś grać w szachy.
[01:24:14] - Nie, umiałem i to dobrze. Ale ja nie grałem umysłem, ale psychologią. Wiesz, co ja robiłem, Marku?
[01:24:23] - Myślałem, że powiesz, że sercem grałeś.
[01:24:25] - Nie, Marku. Wiesz, co ja robiłem? To był taki spektakl. Siadałem sobie, zapalałem papierosa, bo wtedy się jeszcze, że tak powiem, publicznie można było wypadało wręcz zapalić fajkę albo papierosa, popykać i tak dalej.
[01:24:39] - To ty paliłeś kiedyś fajkę?
[01:24:41] - Oczywiście, nie.
[01:24:41] - Do dziś jeszcze fajki. Tak, ale on pali papierosy teraz.
[01:24:45] - Paliłem normalną.
[01:24:46] - Pali normalną fajkę. Byłeś jak Sherlock Holmes.
[01:24:49] - Tak. Ale słuchaj, wiesz, co robiłem? Robiłem taki spektakl po prostu.
[01:24:55] - Światło i dźwięk.
[01:24:57] - Prawie. Otóż Piłem kawę, rozmawiałem zwykle z gospodynią. Różne rzeczy wyprawiałem w trakcie tej partii szachów z najlepszymi szachistami. Próbowałem doprowadzić do sytuacji, w której on mnie zacznie lekceważyć, więc wykonywałem również na szachownicy jakieś dziwne posunięcia, przy których facet paskał śmiechem albo się krzywił z politowaniem. Po kilkunastu, kilkudziesięciu czasami ruchach miałem partię wygraną. Zawsze wygrywałem w momencie, kiedy przeciwnik mnie zaczynał lekceważyć, gdyż ja ani na moment nie rozpraszałem i pilnie nie śledziłem jego ruchów. Nie wiedziałem, co się na szachownicy dzieje. Natomiast wysyłanie tej zasłony dymnej albo manipulowanie, że tak powiem, manipulowanie jego umysłowością, czyli wciśnięcie mu do głowy, że ten gracz jest-
[01:26:11] - Wiktorze, odsłaniasz swoją drugą twarz, czyli demonicznego, podstępnego-
[01:26:19] - To był dowcip
[01:26:20] - ... gracza szachowego.
[01:26:22] - To był zwykły dowcipasz, a nie żaden demon.
[01:26:27] - Jak ty musiałeś niszczyć takich zadufanych w sobie ludzi? Naprawdę jesteś bez serca.
[01:26:33] - Nie niszczyłem. Mam świadków na to, że mówiłem zwykle najlepszym szachistom, łącznie z mistrzami świata, bo grałem z nimi. Mówiłem, że ja przegrywam tylko pierwszą partię i nigdy więcej żadnej drugiej. Z bardzo prostego powodu. Na pierwszej się można było nauczyć psychologii przeciwnika, nie umiejętności. Umiejętność gry w szachy miałem przeciętnie dobrą. Widzisz, tak jak mówisz o tych tak zwanych hochstaplerkach czy tego, co robił Messing, czy każdy inny-
[01:27:10] - Messing nie, Hanussen robił hochstaplerkę.
[01:27:12] - Czy Hanussen. Po prostu wiele rzeczy dotyka zwykłej, normalnej ludzkiej psychologii albo rozumienia pewnych zasad, którymi się ludzie kierują i wykorzystywania ich dla własnego dobra.
[01:27:33] - Widzisz, Wiktorze-
[01:27:34] - Dla własnego dobra.
[01:27:36] - Tak, ale chodzi o coś takiego, że właściwie opisałeś przed chwilą coś, co w pewnym skomasowaniu robił Hanussen, tylko korzystał z tych samych mniej więcej metod. Też sobie dobrze rozpracowywał, trudno mówić przeciwnika w tym wypadku, bo on nie grał w szachy. Rozpracowywał sobie potencjalną ofiarę czy tego człowieka, którego chciał rozpracować. Tymi metodami, tak jak je nazwałeś psychologicznymi i jakoś tam osaczał. Metoda jak każda inna.
[01:28:15] - Właśnie tak mówisz. Metoda dobra jak każda inna. Ale to się odnosi do polityki, do czegoś. Przecież my sami tak postępujemy w życiu. Jak widzisz jakąś zgrabną laskę w kawiarni, to zaczynasz snuć taktykę tego i tak dalej. Jak postąpisz wspaniale, jak rozegrasz tą partię świetnie, to jest twoja albo twojej.
[01:28:40] - Coś ci przeczytam, Wiktorze. Mac napisał: „To nie szachy, to hochstaplerka była”. I wszystko na ten temat. Cóż jeszcze? Powiedzmy w takim razie, jeśli mówimy już o Hanussenie, to warto byłoby nakreślić, coś powiedzieć jeszcze o tej postaci sympatycznego. Proszę, zaczyna Waldek. Powiedz coś sympatycznego o nim.
[01:29:10] - Mówimy o Hanussenie?
[01:29:12] - O Hanussenie.
[01:29:14] - Sympatyczny. Ja nie wiem. Sympatycznie na pewno było tym, którzy się razem z nim bawili. Nie wiem, czy później, bo różne rzeczy potem wychodziły, natomiast mogło być sympatycznie.
[01:29:27] - Byłem prawie tak podstępny jak Wiktor przed chwilą, bo ja specjalnie zadałem to pytanie, bo ja, mówiąc szczerze, nic sympatycznego o Hanussenie powiedzieć nie mogę. Menda był, to była menda, która świetnie grała na siebie. To był facet, który miał plan. W tym planie kilku rzeczy nie przewidział i co sprawiło, że-
[01:29:49] - Ale przewidział dwie kluczowe rzeczy. Te dwie kluczowe rzeczy, które w zasadzie zwróciły na niego bardzo mocno uwagę i doprowadziły do tego, że otoczenie Hitlera bardzo mocno go wykorzystało. Bo to nie było działanie w jedną stronę. Hanussen został też bardzo mocno przez to otoczenie wykorzystany. Przewidział dwie rzeczy i on te rzeczy głośno powiedział. Powiedział właśnie, że Hitler zostanie kanclerzem. A druga rzecz, przewidział, chociaż nie powiedział tego wprost, ale opowiedział to w taki bardziej zawoalowany sposób, że widzi płonący — nie powiedział, że płonący Rajch, tylko widzi wielki ogień.
[01:30:39] - Pytanie, czy on to tak naprawdę przewidział, czy-
[01:30:43] - Czy nie maczał w tym palców, bo-
[01:30:44] - Czy nie miał informacji na ten temat.
[01:30:46] - W historii padają takie tezy, że on najprawdopodobniej miał z tym coś do czynienia i że dlatego tak pewnie o tym mówił. Troszeczkę to zagmatwał, nie powiedział wprost.
[01:31:04] - Ale że miał w tym dużo do czynienia.
[01:31:07] - Wiecie co? Ja mam jeszcze taką uwagę, że-
[01:31:10] - Trochę jak Nostradamus mówi.
[01:31:11] - Tak, ale jak się mówi o takich postaciach, które są bohaterami książek, które omawiamy, to rozważanie nad tym, czy ta postać była sympatyczna czy niesympatyczna, wszystko zależy od autora książki, który ją tak czy inaczej przedstawia. Zwróćcie uwagę na przykład jak Waldemar Łysiak opisywał napoleońską epokę. We Francji był tak bardzo zachwycony tą epoką i bohaterami głównej sceny, że tam każdy bandyta, każdy galernik, każda szumowina paryska jest światła i wspaniała i tak dalej. Tam nie ma złych postaci zupełnie. Wszyscy są geniuszami, geniuszami polityki, dyplomacji, wojny, policji, wszystkiego zupełnie. Każdy jest geniuszem. Bo Waldemar Łysiak tak bardzo kocha tamtą epokę. Tutaj Posadas być może nie ma takiego miłosnego stosunku do tej epoki, a przynajmniej do mentalisty Hitlera, żeby jego tak bardzo upiększać. Ja mówię, prawda historii o tym człowieku nie jest na pewno zagrzebana tylko w tej książce.
[01:32:40] - Na pewno nie. To jest w końcu do pewnego stopnia fikcja literacka.
[01:32:44] - Poetyka, tak.
[01:32:45] - Ja teraz trochę poczytam, bo na czacie jest pytanie od Kaktusa80. Pytanie do mnie: skoro Messing, w domyśle, mógł omotać pracownika banku, to czemu nie omotał Stalina? Powiem szczerze, to nie jest pytanie do mnie, pomimo że skierowane jest do mnie. Pojęcia nie mam, czemu tego nie zrobił. Być może-
[01:33:09] - Może omotał właśnie.
[01:33:11] - Może go omotał, może był też demoniczny. A być może rację ma Matt, że to był zwyczajny agent KGB, któremu zbudowali legendę, żeby go osadzić na Zachodzie. Nie wiem. Może i tak. Różne zdania na temat Messinga i jego wyczynów się pojawiały. Można i tak to tłumaczyć. Natomiast Szyderca-
[01:33:41] - Jeśli mogę wejść w słowo.
[01:33:42] - Tak.
[01:33:42] - To jest bardzo ciekawa rzecz, ponieważ bardzo silna agentura, jeżeli chodzi o te wszystkie działania szpiegowskie, była właśnie w Berlinie.
[01:33:52] - Tak! To było miasto szpiegów.
[01:33:56] - Tak jak w czasie II wojny światowej Ankara. Ankara była takim miejscem. Czy Istambuł też. Chodzi o miasto w Turcji. Natomiast, tak dla śmiechu oczywiście, Berlin był takim miejscem, w którym ścierały się te wszystkie polityczne rzeczy, również z tymi działaniami agenturalnymi. Także bardzo ciekawa informacja, która być może ma jakieś takie właśnie-
[01:34:32] - A przynajmniej o tym niewiele wiemy, a to musiało być. Z tego prawdopodobnie wiele informacji jest dalej zaksięgowanych przez Anglików w tajnych dokumentach.
[01:34:43] - Anglicy mają wszystko zaksięgowane.
[01:34:45] - Tak. I 500 lat nie wolno tego używać będzie, ale kiedyś się do tego dobiorą.
[01:34:52] - Tu jeden z czytelników, jeden ze słuchaczy, Szyderca. Właściwie do ciebie zapis: „Żwiku może dużo mówić o omotaniu, nawet o plazmie, która potrafi omotać statek kosmiczny”. Weź to jakoś skomentuj teraz.
[01:35:13] - Nie no, może.
[01:35:15] - Mówimy o plazmie, to znaczy o takich telewizorach plazmowych?
[01:35:18] - Nie, to o zupełnie innej plazmie.
[01:35:21] - Wiktor. Dobrze, zostawmy korespondencję z naszymi słuchaczami. Ja powiem tak, bo my w ogóle dotykamy dzisiaj, chcąc nie chcąc takiego tematu, który właściwie-
[01:35:37] - Dokładnie, dotykamy pewnego zjawiska, które jest piekielnie ważne.
[01:35:41] - Tak!
[01:35:41] - I powtarzalne.
[01:35:43] - A co więcej, doskonale nadaje się do radia, w którym mamy przyjemność prowadzić tę audycję. Radio jest Paranormalium. My zaczęliśmy mówić o jasnowidzach, o ludziach, którzy przewidują przyszłość. A czy ten Hanussen cokolwiek przewidywał, to jak sami tu wszyscy teraz we trójkę kręcimy dłonią, że może niekoniecznie. Czy Messing to robił? Jak widać, było przed chwilą, jak cytowałem, zdania są podzielone. W każdym razie jego historia jest, przynajmniej jak się ją czyta, może być fascynująca. Czy jest prawdziwa, to jest zupełnie inna sprawa. Ale tak jak powiedział Wiktor, w ogóle stwierdziliśmy wspólnie, że jest to ciekawe zjawisko. Jasnowidze właściwie pojawiają się w całej historii świata, ale bardzo często pojawiają się wtedy, kiedy się dzieje coś takiego na granicy.
Mówiliśmy o Berlinie, Wiktor mówił o tym Sankt Petersburgu, o takich miejscach, węzłach historii. Ja mam wrażenie, że w tej chwili, zobaczcie, o czym się mówi. W tej chwili również często mówi się o tym, że wisi nad nami wojna, a jasnowidzów i wszelkich przepowiedni jest tyle w internecie. Ja wiem, że internet ułatwia w ogóle jasnowidzenie, ale jest tyle różnych odniesień do działań jasnowidczych, do różnych przepowiedni. Tu się cytuje jednego, drugiego, trzeciego, piątego. Tu Jackowski, tu Baba Wanga, tu jeszcze ktoś inny. Zobaczcie, jest w tej chwili moda na tego rodzaju aktywność.
[01:37:24] - Końca świata to zajebaniają zupełnie jak w rosyjskiej ruletce.
[01:37:30] - Nie, to już kiedyś mówiliśmy, że koniec świata to jest takie ruchome święto, które nigdy nie wiadomo, kiedy kolejna data zostanie ogłoszona. Natomiast nie tylko o końcu świata ci jasnowidze mówią. Wielu jasnowidzów z różnych części świata mówi o tym, jaka to Polska będzie wielka już niedługo, jak podbijemy, przynajmniej moralnie, resztę świata, jak się będą na nas wzorować. To w tej chwili są w internecie takie przodujące wizje, o których się mocno dyskutuje, na których robią karierę różnego rodzaju kanały YouTube. Zresztą słusznie, bo omawiają je w sposób taki zajmujący, interesujący, podając sporo faktów. Z tym że mówienie o faktach w przypadku przepowiedni już samo w sobie jest pewnym nadużyciem. W każdym razie podając sporo informacji.
[01:38:34] - Ja zrozumiałem przed sekundą, co powiedziałeś. Ten wiz na temat, że Polska może podbić świat. Ja mam nawet patent z przedostatniego pomysłu na opowiadanie, bo ja mnożę prawie codziennie parę opowiadań i tak dalej, ale wymyśliłem sobie coś takiego. I teraz zrozumiałem, że ten mój pomysł może służyć do podboju świata przez Polskę.
[01:39:00] - Ja się ciebie boję. Jesteś naprawdę demoniczny.
[01:39:01] - Otóż ja sobie wymyśliłem, że w Polsce ktoś wpada na genialną ideę, że najbardziej nieuchwytna i najbardziej dynamiczna jest nie koncentracja. Koncentrację można zniszczyć, ale dekoncentracja, rozproszenie. Małe jest piękne, więc po prostu my rezygnujemy z granic w ogóle z terytorium i tak dalej. Rozpraszamy się. Wtedy dopiero stajemy się wielkim narodem. Zwróćcie uwagę tak samo jak naród żydowski. Naród żydowski był wielkim narodem wtedy, kiedy żył w rozproszeniu.
[01:39:36] - Idziemy w diasporę.
[01:39:37] - Sprezentowanie im tego Izraela to jest końcem ich legendy na świecie, bo oni już w tym momencie mają dokąd wracać i właściwie nie mają po co podbijać świata, nie? Natomiast my rezygnujemy z Polski, idziemy w świat. I zwróć uwagę, że gdzie są w tej chwili prawdziwi Polacy na przykład. Na emigracji. Tam są ludzie. W Kazachstanie mieszkają, na Białorusi, w Ameryce. To są ludzie, którzy czytają polskie książki, którzy wierzą w Polskę, umieją wzywać Maryję.
[01:40:12] - Ale to chyba taka emigracja bardziej z przymusu.
[01:40:16] - Tak, ale ona jest bardziej patriotyczna od tych obywateli, którzy siedzą tutaj na dupie w tej kupie polskiej, nie? Więc należy z tego zrezygnować i rozejść się po świecie. Czyli będziemy wędrować przez świat i podbijać świat po prostu jacyś Mesjasze.
[01:40:35] - Nie wiem, jakoś tak mi jest ciężko przyjąć ten punkt widzenia. Ja powiem o innej rzeczy. Powiem o tym, że to nie tylko jasnowidze przepowiadają wielką karierę, jaką zrobi Polska, bo mamy przecież politologów, ludzi zajmujących się tym, co się na świecie stanie w przyszłości, między innymi George'a Friedmana, który również mówi o tym, że Polska to będzie kraj, na którym będą się wzorować inni. To będzie kraj, który da przykład tego, jak powinien wyglądać rozwój w XXI wieku. Wszystkich zainteresowanych oczywiście odsyłam do książki George'a Friedmana, bo tam właściwie można poznać szczegóły. Dzisiaj się nie podejmuję tego, żeby ją omawiać. Natomiast warto spojrzeć na to, o czym pisze George Friedman, bo tu dochodzimy do takiego momentu. Wiktor się ucieszy bardzo, bo kiedyś sobie taką dyskusję małą mieliśmy na taki właśnie temat. Ile jasnowidzenia jest w przepowiedniach jasnowidzów, a ile jest takiej realnej oceny sytuacji? Bo to, co robi George Friedman, który nie jest okrzyknięty jasnowidzem, jest politologiem, jest człowiekiem, który się myślą w ogóle polityczną zajmuje, to też jakieś takie jasnowidcze konotacje może mieć.
Tymczasem on to robi, trudno mówić o twardych faktach, ale robi to na pewnych przesłankach, które śledzi i jemu akurat wychodzi, że Polska będzie wielka. Kilku ludzi mu zresztą wtóruje. Są niestety również tacy, którzy wieszczą to, że Polska będzie państwem upadłym, jakimś takim, które się rozleci albo rozpuknie bez potrzeby emigracji, o której wspominasz, tylko po prostu jedni sobie wezmą trochę, drudzy trochę i znowu będziemy mieli bardzo sprzyjające partypatryotyzmowi zabory. To jest też jedna z wizji, o której często można w tej chwili usłyszeć. Zapadło milczenie.
[01:42:52] - Nie, ja sobie przypominam. Tak, faktycznie, już zaczynamy tam handlować w tej Brukseli tą Polską.
[01:42:58] - Dobra, kończymy ten temat. Ja proponuję w takim razie zgłosić się do Marka i posłuchać kolejnej części książki „Mentalista Hitlera”. Marku, prosimy.
[01:43:13] - Na miejsce spotkania wyznaczono hotel Kaiserhof. Na ostatnim piętrze znajdowała się kwatera główna nazistów. Hanussen bardziej niż zwykle zadbał o przyszykowanie się do spotkania. Wiedział, że Hitler nienawidzi tytoniu, więc sokiem z cytryny zmyłNikotynowy nalot z palców wskazującego i środkowego. Poświęcił również sporo czasu na szczotkowanie zębów i płukanie gardła. Uczesał schludnie gęstą czarną grzywę i przegładził krzaczaste brwi. Ani kropli wody kolońskiej, tylko zapach dobrego niemieckiego mydła. Poprosił Djina o skromny, szary garnitur z wąskimi klapami. Dobrał do niego koszulę i czarny krawat bez spinki. Porządnie wyczyszczone czarne buty, ale nieprzesadnie nowe.
Z satysfakcją przejrzał się w lustrze. Idealnie. Właśnie o taki wizerunek mu chodziło. Czuł tremę, co niemal nigdy mu się nie zdarzało. Chętnie pociągnąłby z piersiówki schowanej w kieszeni, ale Hitler też był abstynentem. Co to za mężczyzna, który nie pije, nie pali i najwyraźniej nie ugania się za spódniczkami? Heldorf, odpowiedzialny za zaaranżowanie rozmowy, przyszedł go odebrać. Wbrew oczekiwaniom Hanusena hrabia nie udzielił mu żadnej rady, żadnej przestrogi. Mentalista próbował nawiązać niesowiązującą pogawędkę, żeby się nieco rozluźnić, ale hrabia niemal całą drogę spędził w milczeniu, niczym pielgrzym zbliżający się do katedry. Kiedy dotarli do hotelu, ramiona wystrzeliły w obowiązkowym salucie powitalnym.
Poddali się pierwszej kontroli bezpieczeństwa w westybulu recepcji, po czym wjechali na górę. Gdy otworzyły się drzwi windy, drogę zagrodziła im ściana czarnych mundurów. To SS, pretorianie Hitlera. Rozstąpili się dopiero, kiedy rozpoznali hrabiego. Hanusen czuł się malutki przy tych blond olbrzymach, twardych jak pień sekwoi, którzy zaprowadzili go do niewielkiego pokoju. Heldorf odszedł, a mentalista usiadł w fotelu. Już mu zapowiedziano, że prawdopodobnie będzie musiał poczekać. Dobrze. Dzięki temu zdąży uporządkować myśli. Po wielu tygodniach niepewności wreszcie tego ranka otrzymał zaproszenie do Hitlera.
Najwyraźniej zwykle tak właśnie działał. Impulsywnie. Od czego miał zacząć rozmowę? Tak naprawdę wiele ich łączyło. Przyszli na świat w tym samym kraju i w tym samym roku. Obaj byli zodiakalnymi bykami. Obaj służyli na wojnie w stopniu kaprala i odnieśli rany. Co więcej, z tego, co wiedział, Hitler, tak jak on, spędził przed wojną kilka lat w Wiedniu, kiedy Hanusen zwał się jeszcze Steno i pracował w cyrku jako połykacz mieczy. Z całkiem sporą dozą prawdopodobieństwa można było założyć, że wpadli na siebie kiedyś w tramwaju czy kawiarni. Dwa z tysięcy wędrujących wówczas po Wiedniu.
Nie. Miał przeczucie, że takie sentymentalne paralelizmy nie zainteresują tego wielkiego człowieka. Lepiej liczyć na spontaniczną inspirację. Minuty płynęły powoli. Hanusen uważnie przyglądał się swoim dłoniom. To ta część ciała sprawiała mu największą satysfakcję. Długie, szczupłe, z ledwie zarysowanymi kłykciami oraz niemal idealnie owalnymi paznokciami. Wiele zawdzięczał tym dłoniom. Niemal tyle, co swojej niezawodnej pamięci. Ponownie zerknął na zegarek.
Czekanie się przeciągało. Pomyślał o klientach czekających na konsultacje, którzy godzinami wysiadywali pod jego gabinetem, choć on często nawet nie znajdował się za jego drzwiami, a w łóżku z jakąś dziewczyną, która nie mogła się oprzeć sile nieznanego. Do salki wszedł jeden z esesmanów i z uśmiechem podał mu gazetę "Die Hanusen Zeitung" — jego własne czasopismo. Bez większego entuzjazmu przekartkował wydanie, które jako redaktor naczelny znał przecież na pamięć. Zatrzymał się przy reklamie kremów erotycznych. Zdjęcie, na którym prezentował flakon, było intrygujące. Dobrze oddawało aurę tajemnicy spowijającą produkt zdolny otworzyć wrota przyjemności, nawet jeśli w rzeczywistości zawierał on tylko glicerynę i kilka innych banalnych składników. Przydałby się jednak jeszcze bardziej sugestywnie zmysłowy obraz, może na przykład kobiety leżącej u stóp mężczyzny. Odłożył gazetę i znów zaczął przyglądać się dłoniom. Na nowo dopadła go trema.
Jeśli zmuszenie do czekania stanowiło celową strategię, to musiał przyznać, że skuteczną. Wreszcie kolejny ogromny blondyn z SS otworzył drzwi i zaprosił go dalej. Ciężkie czarne buty dudniły o parkiet, a Hanusen szedł za nim i wyobrażał sobie, że zmierza w kierunku sceny, przed którą czeka już na niego publiczność. Sceptyczna, ale i zaciekawiona. Nic nowego. Myśl ta pomogła mu odzyskać pewność i panowanie nad sobą. Niezależnie od wszystkiego to w końcu kolejny występ, jeden z wielu w jego życiu. Zasłony były zaciągnięte i w salonie apartamentu panował półmrok, rozświetlany jedynie kilkoma słabymi lampkami. Nie zdążył usiąść. Otworzyły się przesuwne drzwi i do pokoju wielkimi krokami wszedł Adolf Hitler, a za nim sekretarz Rudolf Hess.
Führer odesłał go skinieniem głowy. Zaskoczony Hess zerknął na mentalistę spod zmarszczonych brwi, ale posłusznie wyszedł, zamykając za sobą drzwi. „Nawet lepiej” — pomyślał Hanusen. „Proszę wybaczyć spóźnienie, ale właśnie przemawiałem, a niedługo czeka mnie kolejne wystąpienie. Musiałem się odświeżyć. Niestety mam taką możliwość wyłącznie w Berlinie i to tylko kiedy jestem akurat w pobliżu hotelu. Sam pan wie, jak to jest z kampaniami wyborczymi” — powiedział Hitler bez uśmiechu i wyciągnął ku niemu dłoń. W dotyku okazała się miękka i wilgotna. Wyglądał bardzo pospolicie. Przetłuszczona grzywka, szerokie biodra, zwyczajny, nieco zadarty nos.
Jego głos brzmiał delikatniej, przyjemniej niż w serwisach radiowych, ale całą uwagę skupiały na sobie te stalowoniebieskie oczy, zimne jak lód. Trudno było oderwać od nich wzrok. Dominowały nad resztą twarzy. Lśniły jak u osoby pozbawionej jakichkolwiek wątpliwości. Hanussen zamierzał odpowiedzieć, że jego również męczą występy, a podczas każdego traci jakieś trzy, cztery kilogramy. Ale zaraz dotarło do niego, że stoi przed kimś, przy kim lepiej zapomnieć o zwykłych szarlatańskich sztuczkach. Człowiekiem nawykłym do budzenia posłuchu. Hitler mówił dalej o kampanii wyborczej, podróżach samolotem i samochodem do kolejnych miast po to tylko, żeby wygłosić mowę i natychmiast udać się w dalszą drogę, bo gdzie indziej czekały już inne tłumy oczekujące od niego odpowiedzi na pytania. Nagle przerwał wywód i przyjrzał mu się uważnie. Mentalista zmusił się, żeby wytrzymać to spojrzenie.
„Muszę panu coś wyjaśnić” — powiedział Führer, odgarniając grzywkę z czoła. — „Nie wierzę w jasnowidztwo ani astrologię. Sam jestem panem swojego losu. Wyznaczam sobie cele i je realizuję. Sukces zależy tylko ode mnie, od mojego głębokiego przekonania, że Niemcy mnie potrzebują. To triumf woli nad zabobonem i materializmem. Wyjątkowo odrażająca wydaje mi się idea, jakoby dwie osoby urodzone tego samego dnia miało czekać to samo przeznaczenie. Miałoby to znaczyć, że ja i na przykład jakiś Żyd czy Murzyn mielibyśmy być równi, bo kierują nami te same gwiazdy?” Hanussen próbował wytłumaczyć, że również inne szczegóły mają znaczący wpływ na osobisty horoskop, na przykład miejsce, godzina czy wpływ ascendentów rodziców. Ale Hitler mu przerwał. „Ogólnie rzecz biorąc, horoskopy, którym tak ufają Anglicy, to oszustwo.
Jednocześnie uważam jednak, że nie należy zupełnie ich lekceważyć. Jeden z moich wspólników bez mojej wiedzy przekazał karteczkę z datą i miejscem mojego urodzenia do niejakiej Frau Ebertin. Podobno gwiazdy w waszych kręgach. Nie podał mojego nazwiska, ale na podstawie dostarczonych danych ta kobieta oznajmiła, że chodzi o człowieka czynu urodzonego, by poświęcić się za Niemcy, który wkrótce dozna porażki, ale z kolejnych bitew wyjdzie zwycięsko i w końcu zatriumfuje. Niewykluczone więc, że pewne osoby w określonych okolicznościach mogą dostarczyć interesujących informacji”. Przez chwilę mentalista miał wrażenie, że spotkanie okaże się kurtuazyjną wizytą, długim monologiem, do jakich ten człowiek zdawał się mieć skłonność, ale dostrzegł pęknięcie w jego zbroi. Spokojnym, pewnym siebie tonem wyjaśnił, że to normalne, by człowiek taki jak on zajmował się wyłącznie sprawami praktycznymi, kwestiami politycznymi. Ale nie należy zapominać, że sztuka jasnowidzenia jest stara jak świat, a stosowane przez niego metody wypracowali przed tysiącami lat pierwsi Aryjczycy w Indiach. Usiedli i Hanussen poprosił Hitlera o wyciągnięcie prawej dłoni. Była długa i wąska, choć o zaskakująco krótkim palcu wskazującym, niewiele dłuższym od małego palca.
Zdradzało to tendencję do ukrywania się za wykreowaną personą oraz problemów z wyrażaniem prawdziwych uczuć i myśli. Ale jasnowidz powstrzymał się przed komentarzem i zamiast tego oświadczył, że to cecha osób zdecydowanych, niebojących się ryzyka. Zmyślił też, że to znak człowieka obdarzonego naturalnym autorytetem, który nie potrzebuje narzucać innym swojego zdania. Potem przeszedł do analizy palca środkowego, lekko skrzywionego i nieprzeciętnie długiego, co świadczyło o znacznych zdolnościach analitycznych, wielkiej pewności siebie, przywiązywaniu dużej wagi do porządku oraz problemach z żołądkiem. Przy tej ostatniej uwadze Hanussen poczuł, że trafił w dziesiątkę. Dolna warga rozmówcy drgnęła niemal niezauważalnie i Hitler przyłożył wolną rękę do brzucha. Następnie mentalista zajął się lewą dłonią. Wzgórek Merkurego znamionował myśliciela, a na wzgórku Saturna wyraźnie rysowała się pętla, symbol władzy. Linia życia urywała się nagle, ale sporo jeszcze brakowało. Linia serca sugerowała, mniej więcej wyszło to już w horoskopie przygotowanym do gazety, więc postanowił dorzucić wystąpienie poważnych trudności pod koniec roku, ale zaraz potem miały się one rozwiązać.
Wskazywała na to linia przeznaczenia, silnie zaznaczona, przecinając dłoń z góry na dół. Symbol sukcesu. Hitler nieznacznym gestem wyraził aprobatę. „A teraz zróbmy coś, co może się panu wydać dziwne, ale proszę postępować zgodnie z instrukcjami”. Hanussen ustawił krzesło na środku salonu, stanął za oparciem i poprosił gospodarza, żeby usiadł. Nadszedł decydujący moment. Jeśli Hitler bez pytania wypełni polecenie, to znaczy, że udało się złamać hierarchię. Nieświadomie ustawi się w pozycji uległej. Polityk zawahał się na chwilę i rozejrzał wokół. Na szczęście w pokoju nie było nikogo poza nimi.
W końcu, mamrocząc pod nosem, usiadł na wskazanym miejscu. Między dłoniami Hanussena znajdowała się głowa jednego z najpotężniejszych ludzi w Niemczech. Zaczął masować skronie Hitlera, którego szyja stopniowo się rozluźniała. Przeniósł ręce na czoło, a potem zajął się resztą czaszki. Włosy, jak zauważył już wcześniej, były bardzo proste i nieco przetłuszczone. Zamknął oczy i zaczął badać dotykiem powierzchnię czaszki, wszystkie wgłębienia i wypukłości. Frenologia nie należała do jego specjalności, ale próbował się skoncentrować i coś poczuć. Jak już mu się to nieraz zdarzało, zdało mu się, że docierają do niego obrazy i uczucia. Samotność, uraza, perfekcjonizm, ambicja, determinacja. „Wyczuwam w panu osobliwą, może nawet niepowtarzalną mieszankę” oznajmił mentalista, starając się nie przeszarżować.
„Jest pan samotnikiem, który ceni sobie towarzystwo tłumów, artystą uwielbiającym czyny, przywódcą gustującym w sztuce, filozofem działającym na bazie instynktu. Posiada pan” — wymyślił to dokładnie w tej chwili — „znak wilka”. Leciuteńkie poruszenie ramion klienta powiedziało Hanussenowi, że intuicja go nie zawiodła. Znowu trafił. Z jakiegoś powodu Hitler zidentyfikował się z tym zwierzęciem. „Zaskoczył mnie pan” odwrócił się i spojrzał mu w oczy. Mentalista odniósł wrażenie, że to najwyższa pochwała z ust tego człowieka i wykorzystał chwilę jego słabości, żeby podkreślić potrzebę odróżnienia szarlatanów od autentycznych mentalistów, uregulowania dyscyplin paranormalnych, umożliwienia kształcenia osobom, które mogą przydać się Niemcom. W końcu ujawnił swój wielki projekt: stworzenie Uniwersytetu Okultyzmu, instytucji unikatowej w skali świata, na której czele mógłby stanąć on, Hanussen, ale której działalność byłaby zawsze nierozerwalnie związana z przyszłym rządem narodowych socjalistów. Hitler słuchał słów jasnowidza w milczeniu, patrząc w stronę okna, aż nagle zerwał się na równe nogi jak na sprężynie. Widocznie tak zwykł kończyć spotkania.
Hanussen podziękował za możliwość poznania go i napomknął, że przy następnej okazji będzie gotów udzielić pewnych porad, które mogą okazać się przydatne podczas mityngów. Oczy Hitlera zmieniły wyraz. „Kiedy uda się panu sprawić, żeby 50 tysięcy osób siedziało jak na szpilkach, tak jak ja to robię, będzie pan mógł udzielać mi rad”. Hanussen uświadomił sobie swój błąd i próbował się wycofać. „Miałem na myśli analizę i ocenę innych osób. Czasem drgnięcie jednego mięśnia może zdradzić więcej niż tysiąc słów. Chociaż podejrzewam, że ktoś tak spostrzegawczy jak pan na pewno już o tym wie”. Hitler uśmiechnął się nieznacznie i wyciągnął dłoń na pożegnanie. Hanussen przytrzymał ją przez chwilę. „Są panu pisane wielkie rzeczy, mój Führerze.
Przyszłość Niemiec zależy od tej dłoni, którą właśnie trzymam”. Już mieli się pożegnać, kiedy mentalista rzucił jeszcze: „Wie pan, mamy wiele wspólnego. Obaj wychowaliśmy się w Austrii. W młodości mieszkaliśmy w Wiedniu. Zaczynaliśmy od samego dołu i dotarliśmy na szczyt. Obydwaj mamy też, każdy na swój sposób, moc przepowiadania przyszłości”. Twarz Hitlera przypominała kamienną maskę, ale Hanussen ciągnął: „Trafnie przewidział pan wszystko, co dzieje się teraz w Niemczech. Kryzys gospodarczy, bezrobocie, biedę, korupcję, rozkład republiki, rosnące powodzenie komunizmu, odrodzenie ducha narodowego”. Niebieskie oczy spojrzały w czarne jak węgiel. „Ma pan trochę racji.
Wielu śmieje się z moich przepowiedni, ale zapewniam pana, że wkrótce nie będzie im do śmiechu”. Potem niespokojnym gestem szarpnął wąs. „To była bardzo ciekawa rozmowa. Niewykluczone, że jeszcze się kiedyś spotkamy”. Nie czekając na odpowiedź, wykonał w tył zwrot i wyszedł z pokoju.
[01:59:34] - Dziękujemy. Cóż, Pawełku, tobie oddaję głos.
[01:59:39] - Wysłuchaliśmy bardzo ciekawego fragmentu, na który szczerze mówiąc, czytając tą książkę, bardzo czekałem. Na to spotkanie, kiedy mentalista spotka się bezpośrednio z Hitlerem. Tu bym chciał dorzucić kilku takich słów, które może, mam nadzieję, nie zdyskredytują tej książki, ale to spotkanie odbyło się faktycznie. Hanussen dostał się do Hitlera, udało mu się z nim spotkać. Jak wyglądała rozmowa? Tego niestety nie wiemy. Być może Hanussen gdzieś komuś coś tam powiedział. Gdzieś może ktoś tam coś zapisał, ale ponieważ przy tej rozmowie, przy tej całej maskaradzie, która się odbyła, którą teraz wysłuchaliśmy, bo tak to po prostu odczuwam, tak to czuję. Uważam, że czy tak było naprawdę? Trudno powiedzieć.
Natomiast jest w tym dużo takiej właśnie pokazanej historii Hanussena. Człowieka, który potrafi się w jakiś sposób znaleźć w sytuacji nawet z tak potężną osobą, którą był Hitler, która była otoczona takim niesamowitym mitem i potrafił rozmawiać z Hitlerem, potrafił w jakiś sposób go zainteresować. Tutaj właśnie widzę, że jeden z naszych słuchaczy napisał, że Eric Jan Hanussen był tak zwanym łazidóbkiem.
[02:01:21] - Coś w tym było. Jak się słucha tego fragmentu, to rzeczywiście.
[02:01:24] - Nie tylko słuchacz, ale i techniczny tak uznał.
[02:01:29] - Ale tu trzeba przyznać, że jak się słucha tego fragmentu, to człowiek ma wrażenie, że on lawiruje. Patrzy na Hitlera, patrzy na jego reakcje i stara się do nich dostosować. Stara się tak wkleić w tę sytuację, żeby dobrze wyszło.
[02:01:46] - A ja mam trochę inne skojarzenie, może bliskie, ale nie traktowałbym tego, żeby wyłazić dupkiem. Bo na czym polega prawdziwa sztuka?
[02:01:58] - Rzemiosła?
[02:01:59] - Nie. Rzemiosła można się nauczyć każdego: pisania, śpiewania, tańczenia, jeżdżenia na łyżwach, baletu i tak dalej. Rzemiosła można się nauczyć, natomiast sztuka polega na balansowaniu na cienkiej linii bez perfekcyjnych umiejętności panowania nad sytuacją. On to zrobił! Przynajmniej Gervase Posadas, autor tej książki, według mnie bardzo sensownie oddaje tę scenę, gdyż zetknięcie się tego jasnowidza czy innego ze Stalinem to zawsze było balansowanie na linie. Każda rozmowa z Napoleonem każdego polityka była balansowaniem na linie.
[02:02:48] - Może być ostatnią.
[02:02:49] - Może być ostatnią, dokładnie. W każdej chwili. Żeby wygrać taką sytuację dla siebie, czasami dla swojego kraju, to trzeba być w pewnym sensie genialnym artystą. Jak by to powiedzieć? Gdyby on nie był jednak wielkim artystą, dzisiaj by nie pisano o nim książek.
[02:03:18] - Ja powiem tak jeszcze, coś chciałbym przeczytać z okładki książki. „Mistrzowski styl narracji Gervase'a Posadasa pozwala czytelnikowi zanurzyć się w atmosferze dekadenckiego Berlina tamtych lat i odczuć grozę rodzącego się nazizmu, a także maluje niezwykły portret fascynującej postaci, która zza kulis pociągała za sznurki hitlerowskiej machiny i przewidziała jej dojście do władzy”. To wszystko prawda, ten styl Posadasa i tak dalej, ale warto w takim wypadku wspomnieć, ja sobie zawsze cenię pracę, którą wykonuje tłumacz, że książkę i styl narracji znakomicie oddała pani Agata Ostrowska. Chylę czoła, bo to się dobrze czyta i dlatego pozwoliłem sobie wtrącić z tą tłumaczką.
[02:04:15] - Nie wypada się nie zgodzić. Naprawdę książkę się bardzo fajnie czyta. Jest świetnie poprowadzona narracja, jest świetnie przedstawione tło historyczne, kulturalne tło Berlina, to co się działo. Myślę, że tutaj naprawdę należy-
[02:04:35] - Tak, autorkę należy pochwalić jeszcze zgodnie z całą zasadą, że tak powiem, prawie: Bogu co boskie, Cezarowi co cezarowskie, a kobiecie wszystko.
[02:04:48] - A kobiecie tłumaczowi to już absolutnie wszystko. Dobrze, to tyle. Ale przyznacie, że to się naprawdę dzięki tłumaczce dobrze-
[02:04:58] - Na pewno bardzo dobrze.
[02:04:59] - Można było to przełożyć tak sobie, a jest świetnie.
[02:05:04] - Marek, ja mam à propos tłumaczy troszeczkę inne zdanie. Tłumacz robi genialną robotę wtedy, kiedy jego nie ma, kiedy jego się nie zauważa.
[02:05:15] - Ale się go nie zauważa tutaj.
[02:05:17] - Tak, w tej książce się nie zauważa, nie widać żadnych takich rzeczy, które by rozpraszały uwagę od wątku, od narracji, od słowa.
[02:05:29] - Ja coś powiem jeszcze, ja już to chyba mówiłem. Cytowałem Krzysztofa Sokołowskiego, tłumacza między innymi Kinga, że kiedy spotkał się z Kingiem, to King mu powiedział: „Wiesz, to już jest właściwie częściowo twoja książka”. I tak z tłumaczami jest, że dobry tłumacz, to będzie truizm, ale z przeciętnej książki, ja wcale nie twierdzę, że Posadas napisał przeciętną książkę, ale dobry tłumacz z przeciętnej książki zrobi arcydzieło. To co zrobi z bardzo dobrej książki? Tyle pod rozwagę.
[02:06:07] - Tak samo jak dobry pisarz z byle bzdetu, z byle jakiej opowieści potrafi zrobić genialną hochstaplerkę, czyli genialną powieść.
[02:06:19] - Dobra.
[02:06:20] - Ja jeszcze tutaj dodam. Na początku mówiliśmy, że książka jest dobra, to jest niezaprzeczalne, ale jakiegoś tam wyżymbu w literaturze może nie osiągnęła. Pewnie nie jest książką, która zapadnie na dłuższy czas w naszej pamięci. Jest jakimś tam krótkim zapisem.
[02:06:46] - Jej zadaniem chyba nie było to, żeby być genialną literacką książką, ale żeby dać pewne świadectwo tamtego czasu, dołożyć.
[02:06:56] - Autor na pewno chciał się oderwać od literatury gastronomicznej.
[02:07:00] - To z pewnością. Ale wrócę jeszcze do jednej rzeczy, że być może książka ta, jeżeli trafi na dobrego scenarzystę jakiegoś-
[02:07:08] - To tak.
[02:07:09] - Myślę, że może być z tego też naprawdę niezły film.
[02:07:14] - Ja chciałbym was teraz namówić, już to się zaczynało kleić w naszej rozmowie, ale chciałbym, żebyśmy postawili kropkę nad i. Kiedy rozmawialiśmy o tych jasnowidzach, kiedy mówiliśmy o tym, czy oni właśnie bardziej jasno widzą, czy oni bardziej analizują sytuację. To jest ulubiony temat Wiktora. Już nie raz przegadaliśmy na ten temat sporo czasu. Dobrze, Wiktorze, powiedz, co sądzisz na ten temat.
[02:07:45] - Skoro są jasnowidze, to znaczy, że większość to są ciemnowidze.
[02:07:49] - Dobrze, to zabawa słowami. A teraz do rzeczy.
[02:07:54] - To znaczy po prostu to, że ludzie się między sobą różnią i na pewno to, czego jedni nie potrafią, to być może potrafią inni. Tak jak w literaturze, tak jak w sztuce są ludzie, którzy potrafią oraz ci, którzy nie potrafią. Tak samo być może nie tyle w przepowiadaniu, czy w postrzeganiu, czy w rozumieniu przyszłości, są ludzie, którzy ten obraz przyszłości albo przeszłości, bo tak ciężko się mówi, kiedy się mówi o widzeniu przyszłości, ale bardzo łatwo wyjaśnić to na przykładzie widzenia przeszłości. Mamy materiały archeologiczne, mnóstwo, wszystko zebrane, złożone w muzeach, zapisane. I co? I przychodzi dopiero genialny archeolog, który nagle wyciąga wnioski z danych takie, na które nikt nie wpadł przez wiele lat. Tak jak dzisiaj się nagle okazuje, że nasze tysiącletnie bredzenie o tym, jak powstała Polska, jest jednym wielkim bredzeniem, bo nagle się okazuje, że pojawili się młodzi archeolodzy, którzy zupełnie inaczej odczytali mapę świata tego naszego polskiego, czyli odczytali przeszłość po prostu. Tak samo przyszłość można odczytać już dzisiaj, bo ona w pewnym sensie jest już zakotwiczona. Ona się tutaj rodzi, rodzi się w dniu dzisiejszym. Skoro się rodzi tutaj, to znaczy, że tam już jest, a po owocach poznacie ich.
[02:09:55] - Czyli ty właściwie reprezentujesz, jeżeli cię dobrze rozumiem, takie stanowisko, że nie ma jasnowidzów. Są tylko ludzie, którzy potrafią przerzucić to, co wiedzą o teraźniejszości, rzutować w przyszłość i przewidzieć, co się z tego wszystkiego porobi.
[02:10:11] - Nie.
[02:10:12] - Tak cię zrozumiałem.
[02:10:14] - Tak. Są przede wszystkim tacy ludzie, ale można mieć dowody na to, co ja mówię. Natomiast o jasnowidztwie jako takim zupełnie w czystej tego słowa formie, to oczywiście to jest ogromna dyskusja. Ja jestem nim.
[02:10:35] - Ty jesteś jasnowidzem?
[02:10:36] - Tak.
[02:10:36] - To ci już jeden z naszych słuchaczy napisał, że zapewne jesteś jasnowidzem. Ale wiesz co? Ja nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak pływamy po temacie. Bo ja zadaję proste pytanie: jak jest twoim zdaniem, są jasnowidze?
[02:10:50] - Są.
[02:10:53] - Dobrze. Ale czy to są jasnowidze? Skąd oni czerpią? Jak to się dzieje? Bo bardzo często pojawia się taki pogląd, że jasnowidz to jest takie stwierdzenie, że jest gdzieś tamta strona. Czy ona jest dobra, czy zła, czy to jest Bóg, czy szatan, ale ktoś tam gdzieś nam szepcze, jak będą wyglądać przyszłe wieki, przyszłe lata i tak dalej. Można tak na to patrzeć, ale ja spotkałem też ludzi, którzy mówili: „Nie. Jasnowidzenie wcale nie oznacza, że jest tamta strona, że coś się dziwnego dzieje, ponadnaturalnego”. Jasnowidzenie w tej najczystszej formie, czyli rzeczywiście spoglądamy w przyszłość i widzimy pewne rzeczy, to jest zjawisko jak najbardziej fizyczne i da się go wyjaśnić w sposób fizyczny. To ja cię pytam w takim razie, zaraz sam się wypowiem, co ty na ten temat sądzisz?
Jak to jest z tym jasnowidzeniem?
[02:11:55] - Z całą pewnością, skoro naszą rzeczywistość opisuje tak zwana czasoprzestrzeń, w której jednym z składników już w samej nazwie jest czas, również przestrzeń i materia. Czas dotyczy tak samo nas, jak i przyszłości, czyli przyszłość może żyje w innym czasie, ale to jest ten sam czas, który już dzisiaj trwa, tylko że na innym etapie ewolucji, tak samo jak ewolucja przestrzeni czy materii po prostu. Skoro ten czas przyszłości istnieje, to przepraszam bardzo, to jest kwestia tylko tego, czy mamy oczy, zmysły, które potrafią dotknąć tej przyszłości, tego czasu przyszłego. A co to są zmysły? Zmysły, po prostu się posługują zwłókł. To jest percepcja, percepcja zwykła, fizyczna percepcja zjawisk fizycznych po prostu.
[02:13:06] - Ja jestem, że tak powiem, historykiem takim bardzo przyziemnym. W związku z tym może aż daleko nie będę wybiegał w tym temacie. Natomiast zwrócę się z powrotem do książki, jeszcze oprę się tutaj na kilku rzeczach z książki. Czy Hanussen był jasnowidzem? Według mnie nie.
[02:13:29] - Nie.
[02:13:29] - On nie był jasnowidzem. On był mentalistą, człowiekiem, który odczytywał. Zresztą po tym ostatnim fragmencie to bardzo wyraźnie widać. Autor tutaj próbuje właśnie jego metodę pokazać właśnie tutaj na tym potężnym człowieku, z którym spotkał się Hanussen.
[02:13:52] - Na pewno nie był jasnowidzem, bo nie przewidział wszystkiego do końca. Nie przewidział swojej historii, nie przewidział historii Hitlera. Przede wszystkim nie przewidział tych wszystkich cierpień, tego wszystkiego, co się będzie działo. Już nie mówię z narodem niemieckim, który faktycznie potem mnóstwo musiał odcierpieć za te wszystkie rzeczy, które się zdarzyły, ponieważ postawili na takiego, a nie innego konia. Ale to, co się generalnie działo w całej Europie, co generalnie na całym świecie się odcisnęło. Nie był jasnowidzem, natomiast sam chyba wierzył w to, że są takie osoby, które widzą coś z przyszłości. On gdzieś tam próbował wydobyć z siebie pewne obrazy, próbował je w jakiś sposób interpretować, ale chyba nie do końca mu to wychodziło. Natomiast opierał się na osobach, które uważał, że mają taki dar. Tak jak mówiłem już chyba wcześniej na początku audycji, że miał taką kobietę, która ponoć miała dar, który pozwalał na przepowiadanie przyszłości i on to wykorzystywał. On tej kobiety nigdy nie przedstawiał.
Ona gdzieś tam była zawsze w tle. Ona gdzieś tam była zawsze zawoalowana, żeby nie daj Bóg nie pokazywać jej, że to są jej wizje. On to brał na siebie, przedstawiał jako swoje. Łączył historyczne przesłanki, wszystko to, co się działo wokół. Potrafił w bardzo szybki sposób reagować, wyciągać wnioski. I być może cały jego geniusz polegał na tym, że on szybciej niż przeciętny człowiek potrafił wyciągać wnioski. Już w samym spotkaniu, to, co było przed chwileczką w tym krótkim tekście. On właśnie w rozmowie z Hitlerem, nie wiem, czy państwo zauważyliście, próbował coś powiedzieć, ale patrzył na reakcję osoby, z którą miał kontakt i w momencie, kiedy widział, że coś się dzieje, natychmiast się z tego wycofywał i starał się właśnie tutaj uprawiać to tak zwane właźnictwo.
[02:16:16] - Nie właźnictwo, tylko szermierkę po prostu.
[02:16:20] - Pięknie to ująłeś. Proszę, dwie strony medalu.
[02:16:25] - Słuchaj, ja jeszcze może tak, żeby wrócić do tego tematu dokładnie jasnowidzów, bo jak zadawałeś pytanie, czy jasnowidztwo dotyczy tylko przyszłości, czy również naszej teraźniejszości. Otóż miałem styczność tutaj w Bydgoszczy. Teraz mieszkał chyba w Grudziądzu. Ja nie pamiętam jego nazwiska zupełnie. Przez 20 czy 30 lat współpracował z milicją. Jasnowidz mieszkający tutaj w tej okolicy. Jak współpracował z milicją, a ja byłem tego świadkiem po prostu. Otóż on wskazywał na przykład, kiedy przez 10 lat nie można było znaleźć jakiegoś denata. Milicja zgłaszała się do tego człowieka, do niego do domu, który w ogóle nigdy nie miał zielonego pojęcia o niczym. Nigdy się nie zetknął z tym człowiekiem.
Przynosiła mu zdjęcie tego człowieka i prosiła, czy mógłby wskazać to miejsce. Macie pojęcie, z jaką celnością ten człowiek wskazywał te miejsca? To było coś nieprawdopodobnego. Mnie ta historia dotknęła osobiście. Otóż kiedyś po wizycie ode mnie z domu wyjechał taki młody pisarz i poeta warszawski. Wyjechał do Warszawy i nigdy do Warszawy nie dojechał. Rodzice przyjechali do mnie do Bydgoszczy, pytając gdzie, co tego. Ja mówię: „Odprowadziłem go na dworzec. Nie ma nic nie wiadomo”. Szukano go dwa lata.
W końcu stwierdzono, że prawdopodobnie były jakieś zamieszki na Dworcu Centralnym w Warszawie. To jeszcze nie był taki dworzec jak dzisiaj. To znaczy już był centralny, ale że tak powiem-
[02:18:20] - Wyglądał inaczej.
[02:18:21] - A przynajmniej zasiedlony był przez tych ludzi, którzy tam bardzo dziwili. A ten człowiek był bardzo taki miękki, bardzo sympatyczny, bardzo spolegliwy. Bardzo łatwo go można było uwieść, że tak powiem, w sposób dosyć brutalny. I on zniknął. Rodzice zrozpaczeni i milicja. W końcu udano się do tego człowieka z Grudziądza czy coś takiego. Rodzice przywieźli mu zdjęcie tego chłopaka. Ten jasnowidz przyglądał się temu bardzo króciutko. Następnie poprosił o mapę i wskazał miejsce pod Włocławkiem, na brzegu Wisły, gdzie w mule jego zwłoki są zakopane. Milicja pojechała tam natychmiast i znaleźli te zwłoki.
Nie ma takiej możliwości. Nie ma w ogóle żadnego, żeby on ze zdjęcia odczytał wyraz twarzy, gdzie ten człowiek, jak mentaliści, że tak powiem, pragnie być pochowany. Ta ewentualność nie istniała. To było ewidentne jasnowidzenie. Ale jaką drogą, kanałami szła myśl tego człowieka?
[02:19:39] - To prawda. Znaczy ja tu tak podprowadzam, a o 35 wyręczył mnie i przeczytam to, co napisał, bo mniej więcej do tego prowadzę. Panowie prowadzący. Na myśl mi przyszło od razu przepowiednie Jackowskiego. Raz mu wyszło przepowiedzieć kryzys, a później jako przepowiednie zaczął wygłaszać swoje osobiste analizy na temat teraźniejszości. Zgoda na chwileczkę.
[02:20:08] - Ale wiedzmy też o tym, że Jackowski to był taki typ, który ma sporo sukcesów w odnajdywaniu głównie niestety zwłok, ale rzeczywiście szło mu to naprawdę nieźle. I tak jak napisał O35. On ma zresztą ten sławny spór z policją w tej chwili, kiedy on na szczęście zbierał różne potwierdzenia, że odnajdował, bo w pewnym momencie policja oświadczyła, że oni w ogóle nie korzystają, oni w ogóle wszystko sami wiedzą i on im w ogóle nie pomagał. Na szczęście on miał na to kwity, papiery i był w stanie się wykazać. I rzeczywiście dokładnie do tego prowadziłem, o czym O35 napisał, że Jackowski w pewnym momencie rzeczywiście przepowiedział kryzys. Rzeczywiście ni stąd, ni zowąd powiedział, że będzie jesienią, we wrześniu. I rzeczywiście było. Od tego czasu, kiedy dosyć uważnie słucham tego, co on w internecie publikuje. I rzeczywiście, tak jak O35 stwierdził, w większości to są takie analizy geopolityczne. Takie analizy może nie zawsze geopolityczne, dotyczące polityki europejsko-azjatyckiej, tego rodzaju.
To są jakieś takie przepowiednie bazujące na tym, że mamy różne lęki, boimy się wojny, boimy się jakichś nieszczęść, które mogą nadejść i zburzyć nasze spokojne życie. I on rzeczywiście dobrze się w to wpisuje. Dobrze trafia. I to, myślę, jest pewien mechanizm, którym bardzo wielu jasnowidzów się posługuje. Zresztą powiem tak: Jackowski jest na tyle dobrym analitykiem, nazwijmy to, polityki również, że sporo tych analiz czy sporo tych wniosków, które wyciąga, rzeczywiście mają szansę się potwierdzić. Ale rzeczywiście jest tak, że coraz częściej mam wrażenie, że słucham jakiegoś politologa albo człowieka, który analizuje na bieżąco sytuację i mówi nam, co się stanie, powiedzmy w przeciągu pół roku, roku. Z przepowiedniami to chyba ma coraz mniej wspólnego. Ale może to też jest rodzaj przepowiedni. Może po prostu to jest kwestia definicyjna, że my się spodziewamy, że po prostu on tak spojrzy w głąb siebie i powie: będzie to albo tamto. Jackowski przyjął metodę analizy.
To chyba też dobrze.
[02:22:48] - Ja mam takie słowo: nie analizę, ale macanie rzeczywistości. Po prostu trzeba to robić, żeby cokolwiek zrozumieć. Trzeba próbować dotykać. Nie zawsze się uda. Ale tym niemniej złóż rączki do kieszeni i nic nie rób, to po prostu nic nie zrobisz.
[02:23:08] - Ja powiem tylko jeszcze taką rzecz, że te wszystkie sprawy związane z analizą, przecież tymi samymi metodami posługują się politolodzy, czy też ludzie w ogóle związani z polityką. Uświadommy sobie, że Kissinger, który też publikuje książki, to jest człowiek, który też posługuje się mniej więcej taką samą metodą, jaką posługuje się Jackowski. Może ma więcej danych, nawet na pewno ma więcej danych, ale to chyba jest też kwestia pewnej intuicji, bo wszyscy pamiętają naszego rodaka, którego nazwisko jak na złość wyleciało mi z głowy. Zmarł niedawno. Brzeziński.
[02:23:54] - Zbigniew Brzeziński.
[02:23:56] - Tak. Zbigniew Brzeziński. Wszyscy się śmiali z niego, że on ma też dużo danych, ale większość jego prognoz nie sprawdza się. To znaczy on jak już coś napisze, to wiadomo, że tak nie będzie. To też jest jasnowidz. Był przedmiotem kpin, to prawda, ale taką metodę przyjmuje bardzo wielu ludzi, którzy analizują politykę. Dzisiaj na przykład są tego rodzaju analizy nieco złowróżbne, ale dające do myślenia, kiedy mówi się o tym, pytanie, czy powinniśmy bać się wojny, która wybuchnie? Ludzie generalnie w tej chwili czują coś w powietrzu, że coś się kroi, coś jest niedobrze. Być może to jest takie pozycjonowanie swoich lęków. Być może to jest właśnie odczytywanie gdzieś w rzeczywistości swoich lęków, ale z drugiej strony analizy polityczne mówią o tym, że sytuacja jest niespecjalnie wesoła.
Być może dlatego Stany Zjednoczone gdzieś tutaj wprowadzają do Polski swoich żołnierzy, wykonują różne takie ruchy, które mnie nie pozwalają być optymistą. Dlaczego? Dlaczego wykonują te ruchy? Otóż mówi się w niektórych analizach. Ja nie twierdzę, że to jest na 100% i że to, co przytaczam, to jest na pewno wizja przyszłości, ale mówi się o tym, że Rosja to jest taki kraj. Warto wiedzieć, że to jest 144 miliony luda, ale luda takiego trochę już zdegenerowanego. Tam pijaństwo, średnia życia i tak dalej jest niedługa. Życie jest niedługie, a pijaństwo jest wielkie. To tak, żeby skonkretyzować. Mają przywódcę na miarę światową.
On się może oczywiście nie podobać albo podobać. Mówiliśmy w ostatniej audycji o Putinie, ale on ma jakąś wizję. Tylko niebezpieczeństwo tej wizji polega na tym, że on doskonale sobie zdaje sprawę, że czas, warunki polityczne i warunki ekonomiczne działają na niekorzyść Rosji. W tej chwili Rosja jest jeszcze słabym, ale supermocarstwem dysponującym bronią atomową, i pieniędzmi. Pieniądze z ropy powoli się kończą. W każdym razie z surowców. Surowce przestały być już takie ważne. Stany Zjednoczone namieszały, jeśli chodzi o ropę, rynek gazu bardzo mocno. Putin wie, że niedługo zamknie mu się okienko transferowe, a właściwie okienko działania. Jeszcze 10 lat, może 15 i Rosja nie będzie w stanie utrzymywać takiej pozycji, jaką ma w tej chwili.
Mówi się o tym, że jedyną drogą jest ucieczka do przodu, czyli wywołanie wojny, konfliktu, bo to zawsze konsoliduje społeczeństwo. Ja oczywiście nie mówię swojej wizji, tylko przytaczam pewne głosy, które się wśród politologów pojawiają, że być może właśnie dlatego, że to okienko wojenne czy transferowe się zamknie za niedługo, powiedzmy za 10 lat, to Putin musi wywołać jakiś poważny konflikt teraz albo nie wywoła go już nigdy. On albo jego następca, bo Rosja utraci zdolność bycia graczem.
[02:27:26] - Nie jestem taki pewien.
[02:27:27] - Ja też nie jestem pewien.
[02:27:29] - Mówisz, że ropa się skończy, to się skończy.
[02:27:31] - Ropa się nie skończy.
[02:27:33] - Tak.
[02:27:33] - Jest nowy gracz z ropą.
[02:27:34] - Tak, ale niech sobie będzie. Wszystko jest ważne, czym się handluje i na co jest zapotrzebowanie. Otóż my jako Słowianie, kiedyś zaopatrywaliśmy cały Bliski Wschód i praktycznie całą Europę w niewolników. Od tego chyba prawdopodobnie nasza nazwa pochodzi. Naprawdę takie były podwaliny. Piastowie handlowali niewolnikami z całą Europą i wysyłali swoje własne dzieci na lewo i prawo. Zaopatrywali tych arabskich kacyków. Europa starzejąca i Ameryka potrzebuje części zamiennych. Handel żywym towarem, może już nieżywym, ale w częściach żywym, to też jest handel, też jest biznes.
[02:28:29] - Tak, Wiktorze. Oczywiście, można i taką wersję dopuścić. Słyszałem również taką wersję, że Putin ma do wyboru: albo wywoła taki konflikt, albo na przykład sprzeda część Mandżurii Chinom i przez najbliższe 50 lat, przez dwa pokolenia Rosja będzie z tego żyła.
[02:28:45] - Ja bym bardziej podejrzewał Stany Zjednoczone, że mają kłopoty na swoim terenie, w swojej konstrukcji wewnętrznej i muszą obudzić ewentualnego przeciwnika zewnętrznego, bo ten misiu już troszeczkę przysnął, po to, żeby swoją sytuację wewnętrzną uratować.
[02:29:13] - Bardzo dobrze, że tak mówisz. Ja chciałem pokazać i udało się na szczęście, że ciężko jest być jasnowidzem w tej chwili, bo analiza tych danych spływa tyle odnośnie Rosji, Chin, Dalekiego i Bliskiego Wschodu, sytuacji światowej, Ameryki Południowej, że dzisiaj, żeby pokusić się o pewną wizję dotyczącą przyszłości, trzeba naprawdę analizować rzeczywistość jak komputer i to taki o niezłej wydajności. Więc może jednak wróćmy do koncepcji, że wizja przyszłości to nie jest tylko analiza. To jest umiejętność spojrzenia w przyszłość.
[02:30:05] - Dotknięcia.
[02:30:06] - Dotknięcia, tak jak powiedziałeś. Dotknięcia tego, co będzie w przyszłości. Czy namacania tego, co będzie w przyszłości. Czy to się dzieje za sprawą fizyki kwantowej, czy to się dzieje za sprawą tak zwanej drugiej strony, nie mnie to oceniać, tylko warto na to zwrócić uwagę, jak to tak naprawdę jest. Jeszcze o jednej rzeczy powiem. Mówiliśmy dużo dzisiaj o Hitlerze, o Berlinie, o mentaliście Hitlera. To ja powiem o juryście Hitlera. To był człowiek znający prawo doskonale, wszelkie międzynarodowe, analizujący sytuację prawną. Ten pan nazywał się Carl Schmitt, przez dwa T na końcu. Carl Schmitt napisał kilka bardzo ważnych analiz.
Zainteresowanych odsyłam znowu do Wikipedii. Ja powiem tylko o jednej analizie, tylko jeszcze zanim powiem, to opowiem trochę o losach pana Schmitta. Schmitt żył długo. Żył od roku 1888 do roku 1985. Czyli sobie pożył trochę. Był błyskotliwym analitykiem, był prawnikiem i analitykiem prawa, tylko miał tego pecha, że postawił w 30. latach również na Hitlera. Postawił i trzymał się tego do końca. Za chwilę powiem o jego poglądach i to stanie się bardziej jasne. On uważał po prostu, że z Hitlerem mu po drodze.
Skończyło się tak, że jak skończyła się wojna, to został aresztowany. Przesiedział bodajże rok w więzieniu. Później go wypuścili, ale z wilczym biletem. Nie miał prawa wykładania w Niemczech. Już mu nie bardzo szło na niwie naukowej, ale umysłem giętkim pozostał. Pozwalano mu wykładać w innych krajach, z czego zresztą korzystał. Umysł miał giętki, jak już powiedziałem. Ale ciekawa jest jego analiza napisana właśnie w latach bodajże 30., a może to jeszcze były 20., tego nie pamiętam. Ta książka się nazywała „Teoria partyzanta”. O czym mówi ta książka?
Ta książka mówi rzecz, która się wydaje dzisiaj, przynajmniej niektórym, dosyć oczywista, że w polityce nie ma przyjaciół. W polityce są tylko wrogowie. Nawet państw neutralnych nie ma. Są tylko wrogowie. Zdarzają się sojusznicy, ale sposób doboru sojuszników jest specyficzny. Na ogół jest tak, że wszyscy sąsiedzi to są wrogowie. To są jego słowa, nic ode mnie. Że wszyscy sąsiedzi to są wrogowie. Tak się na ogół układa. Zatem sojuszników trzeba szukać dalej i najczęściej według takiej oto zasady: wróg mojego wroga jest moim przyjacielem.
I przy słowie przyjaciel ogromny cudzysłów. Nie ma przyjaciół, są tylko interesy i na jakiś czas ktoś stanie się naszym przyjacielem, pokonamy wspólnego wroga, to ten nasz były przyjaciel staje się właśnie byłym przyjacielem. On już staje się naszym wrogiem, a jeśli stanie się naszym sąsiadem, to już na pewno. To specyficzne spojrzenie na politykę, na stosunki międzynarodowe pokazuje, że to też jest jakiś rodzaj przewidywania przyszłości. A w dodatku on uzasadniał taki stan rzeczy, takie spojrzenie na politykę w ten sposób, że nie ma przyjaźni również między narodami. To nie jest tak, że my się lubimy z jednym narodem, a z drugim się nie lubimy. Nie ma czegoś takiego jak przyjaźń.
[02:34:05] - Nie, bywa, jeśli nie graniczymy.
[02:34:08] - Bywa sympatia. To tak, jak my sympatyzujemy może ze Stanami.
[02:34:14] - Z Węgrami, bo nie mamy granicy wspólnej.
[02:34:17] - Sympatia bywa, ale najczęściej to jest tak, że nie ma takich stałych przyjaźni. To jest raczej interes i jak się interes kończy, to się czasami przyjaźń kończy. Rzeczywiście przykład Węgrów jest charakterystyczny, bo my mamy to szczęście, że od dawna nie graniczymy.
[02:34:39] - Jak żeśmy graniczyli tak to Rakoczy spustoszył pół Polski przecież.
[02:34:43] - Nie, ale wiesz...
[02:34:46] - Ale uciekł i mieszkał .
[02:34:50] - Powiem tak, że ta koncepcja Carla Schmitta myślę, że mocno działa na postrzeganie rzeczywistości przez różnych ludzi.
[02:35:02] - Tak jak było państwo Osi na przykład. Były Niemcy i Japonia. To stanowiło całą siłę przecież. Jak najdalej, aż na drugim krańcu świata.
[02:35:13] - Zauważmy, czyniąc pewne paralele, gdzie my mamy naszego głównego sojusznika w tej chwili? A mówi się też: a z kim jesteśmy skłóceni? W tej chwili właściwie już to widać bardzo wyraźnie. Rosja? Nie. Niemcy? Nie. Czesi? Na razie nic nie znaleźliśmy, ale też różne rzeczy pamiętamy. Ukraina dalej.
Musimy sobie zdać sprawę, że to nie jest takie irracjonalne i że w świetle tej myśli, ja nie mówię, że tak jest, ale w świetle tej myśli, to my nawet powinniśmy kombinować w ten sposób. To stoi w dużej opozycji. Podobno budujemy zjednoczoną Europę, podobno to czy tamto. Ale zobaczcie, przecież nagle dowiadujemy się, że Niemcy mają swoje interesy, a my powinniśmy pilnować swojego nosa, a nie interesów na przykład. I nagle okazuje się, że ta nasza przyjaźń, te nasze zapewnienia o tym, jak my się bardzo lubimy, to wszystko funta kłaków warte. A zatem warto pamiętać o tym, że poza mentalistą Hitlera, o którym dzisiaj dużo mówiliśmy, był jeszcze jurysta Hitlera. Nazywał się Carl Schmitt i napisał „Teorię partyzanta”. Ta książka jest dostępna na polskim rynku, a co jeszcze bardziej mnie rozśmieszyło, z tego, co pamiętam, została wydana przez Krytykę Polityczną, czyli to miejsce na mapie politycznej czy takiej publicystycznej, które raczej kojarzone jest z lewicą i to taką mocną lewicą, a nie z myślą narodowego socjalizmu.
[02:36:54] - Ale prawdopodobnie oni chcieli wydać książkę o jurystę Kaczyńskiego.
[02:36:59] - Nie, to nie tak było. Po prostu dzisiaj się dużo mówi o tym, cokolwiek to oznacza, że Carl Schmitt pisał to, co pisał, a dzisiaj jest odczytywany na nowo, w nowy sposób przez nowe środowiska. Ja się bardzo boję takich nowych odczytań, bo to zawsze śmierdzi, mówiąc szczerze. Nie wiadomo, co to nam przyniesie. Cóż, mów.
[02:37:27] - Postraszyliście tą wojną, że cieszę się, że jesteśmy po lewej stronie Wisły.
[02:37:35] - Że granica będzie tutaj.
[02:37:36] - Tak, na Wiśle. Nareszcie nas coś oddzieli od Torunia .
[02:37:42] - A druga rzecz?
[02:37:45] - Kiedyś rozmawialiśmy właśnie w takim większym towarzystwie. Ktoś właśnie powiedział, że będzie wojna. No i padło najważniejsze stwierdzenie: kupić porządne buty.
[02:37:57] - To ja powiem tak, ponieważ ja wiem, z kim ty rozmawiałeś, nie będziemy wymieniać, bo to osoba publiczna, ale powiem tak, ja miałem okazję w ciągu ostatniego tygodnia słuchać tej osoby kilka razy i tej osobie zadano pytanie wprost: czy mamy się bać? I powiem ci, że jest konsekwentna. Ona twierdzi, ta osoba, że tak, że mamy się czego bać i nawet powinniśmy się bać. A buty to przede wszystkim należy kupić. Naprawdę. O butach nie powtarzał, ale z tego, co mówił, wynika, że te buty jak najbardziej są konieczne. Wiktorze proszę, bo się wyrywałeś.
[02:38:33] - Jeśli będziemy kończyć mniej więcej rozważania na temat jasnowidza, to chciałbym dać absolutny dowód na potwierdzenie istnienia jasnowidztwa. Otóż ten jasnowidz, o którym wspomniałem, że współpracował z milicją, współpracował również z archeologami. Któregoś dnia przyszedłem akurat po jakimś zwiadzie powierzchniowym do konserwatora zabytków w Bydgoszczy. Złożyłem te wszystkie precjoza na biurku, które znalazłem na polach. Tam pracowały same dziewczyny. Złożyłem i wyszedłem. Przyszedłem tam po trzech dniach i zauważyłem, że jakoś dziwnie na mnie wszyscy patrzą. Te wszystkie dziewczyny jakoś dziwnie podejrzliwie na mnie patrzyły. Mówię: „Co jest?” „A nic, nic. Wiesz, jakżeś wtedy tutaj był, to był ten jasnowidz, który z nami współpracuje”.
No ja mówię: „No, ale co to ma wspólnego ze mną i czemu tak na mnie dziwnie patrzycie?” No i wtedy się dowiedziałem, co on powiedział. Otóż one opowiadały tak: „Wszedłem, położyłem na biurku ten i wyszedłem. Powiedziałem cześć i wyleciałem, bo coś tam miałem sprawę”. Na co one patrzą, a ten jasnowidz stoi blady jak ściana i pyta: „Słuchajcie, kto to był?” „A to Wiktor, to tamtego z nami jako archeologami współpracuje”. A ten wizjoner i dziwny człowiek powiedział: „To był najlepszy człowiek, jakiego w życiu spotkałem”. Wtedy uwierzyłem absolutnie w jasnowidzów.
[02:40:20] - Wiesz co, jak się sam nie pochwalisz, to cię na pewno nikt nie pochwali. W związku z tym dzisiejsze zadanie zostało wykonane.
[02:40:28] - Mentalista.
[02:40:28] - Mentalista. Absolutny mentalista. Proponuję jeszcze sięgnąć do książki Posadasa, czyli Marku, prosimy o jeszcze jeden fragment.
[02:40:41] - „Zamiast się z czasem kurczyć, moja obsesja na punkcie Baronowej tylko puchła. Chociaż nie wiem, czy to najtrafniej dobrana metafora. Czułem się jak głodne dziecko sterczące każdego ranka przed witryną, w której na ruszcie piecze się wspaniały kurczak. Złocisty, chrupiący, spływający pysznym sokiem, a chłopiec dałby sobie rękę uciąć, żeby móc zamoczyć w nim choć piętkę chleba. W jej obecności traciłem zmysły, a nieliczne słowa, jakimi mnie raczyła, były gorsze niż obojętność. Przypominały mi o moim miejscu, roli beznadziejnego wielbiciela. Świetnie zdawała sobie sprawę z tego, co do niej czuję. Nie nadużywała mojej władzy, nie bawiła się ze mną, ale od czasu do czasu bardzo rzadko nieoczekiwane spojrzenie potrafiło pozbawić mnie snu na całą noc. Próbowałem pocieszać się myślą, że chodzi o perwersyjny urok zakazanego owocu, że to tylko seks. Niezaspokojony kaprys, ale leżąc w łóżku w pensjonacie, raz po raz wracałem do obrazów z naszej jedynej spędzonej wspólnie nocy.
Dziecinna próba wywołania zazdrości przy pomocy Lahany nie tylko spełzła na niczym, ale wręcz odniosła skutek przeciwny do zamierzonego. Zawsze, gdy widziała nas razem, przeklęta Baronowa zaczynała z nią flirtować. Doprowadzała mnie do białej gorączki. Całowała ją w kącik ust, bawiła się dekoltem jej sukienki, gładziła ją po udach. Kiedy wracaliśmy do mieszkania Lahany, wyżywałem się na jej ciele. Posiadałem ją brutalnie, niemal z nienawiścią. Z początku chyba nawet jej się to podobało, ale wkrótce podniecenie ustąpiło miejsca nieustannym awanturom, na które nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Jeśli podejrzewała, że pragnąłem jej tylko jako drogi dostępu do Baronowej, to czemu po prostu mnie nie rzuciła? W końcu nie miałem innego wyjścia i sam to skończyłem. Przez telefon, jak tchórz.
Obrzuciła mnie wszelkimi możliwymi epitetami, ale jej wrzaski nie brzmiały zbyt przekonująco. Chyba już od dłuższego czasu zdawała sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, a przynajmniej wolę tak myśleć dla spokoju sumienia. Potrzebowałem oddechu, oddalenia się od nich obu, ale nie miałem ani pieniędzy, ani pomysłu, dokąd pojechać. Jak z nieba spadła mi więc propozycja Erika, żebym towarzyszył mu jako rzecznik prasowy w podróży do Kopenhagi, gdzie miał umówione występy. Parę dni z dala od Berlina pozwoli mi nabrać dystansu i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Przed wyjazdem postanowiłem jednak wyjaśnić kilka spraw. „Powiedz mi, mówisz po duńsku?” Spojrzał na mnie tak, jakbym zapytał, czy zna suahili. „To nie takie dziwne pytanie. Twój pseudonim artystyczny to Erik Jan Hanussen. Duńskie imiona i nazwisko.
Dziennikarze pewnie się tym zainteresują. To naturalne”. Mentalista jak zwykle wybuchnął śmiechem. „Nie łam sobie głowy, będziemy improwizować”. W tej chwili powinienem był pewnie przemyśleć całą sprawę, ale wiedziałem, że wynagrodzenie zaoferowane przez Erika pozwoli mi na pokrycie kilkumiesięcznych wydatków. Hanussen postanowił przybyć do Kopenhagi z pompą. Zacumował swój ostentacyjny jacht Ursel IV w porcie i zarezerwował siedem pokojów oraz apartament królewski w hotelu Dagmar, jednym z najlepszych w mieście, gdzie oprócz nas zakwaterował się również Dina i czterech hinduskich służących, którzy nadawali kolorytu naszej świcie. Publiczność przyjęła go bardzo ciepło. Bilety na spektakle popołudniowe i wieczorne w Pałacu Koncertowym wyprzedały się na całe dwa tygodnie. Jak to jednak często bywa w przypadku krajów sąsiadujących ze sobą, ale bardzo różnych pod względem rozmiarów i znaczenia na arenie międzynarodowej, o ile Niemcy postrzegali Danię jako coś w rodzaju małej kolonii, która przez dziwny kaprys historii znalazła się poza granicami ich państwa, o tyle Duńczycy z jednej strony mieli do Niemiec dość nieufny stosunek, ale z drugiej potajemnie je podziwiali.
Mimo kryzysu gospodarczego, który dotknął również Danię, panowała tu znacznie stabilniejsza sytuacja polityczna, a socjaldemokratyczny rząd podejrzliwie odnosił się do wszystkiego, co choć pachniało nazizmem, a mentalista zaczynał cuchnąć. Dlatego też prasa zareagowała dość chłodno. Choć udało mi się doprowadzić do opublikowania kilku tekstów wychwalających występy Hanussena jako najważniejsze wydarzenie rozrywkowe roku, pozostałe gazety skupiały się na jego kontrowersyjnych związkach z Hitlerem. „Mogą mnie w dupę pocałować. I tak tylko napędzają mi więcej widzów” — odpowiedział, kiedy zwróciłem mu na to uwagę. Był zajęty prywatnymi konsultacjami, praktycznie bardziej opłacalnymi niż występy. Moja praca polegała głównie na odbieraniu telefonów od osób zainteresowanych tego typu usługami. Dzwonimy od rana do wieczora, więc musiałem pomagać Dinowi w ustalaniu harmonogramu. Również i te konsultacje trafiły jednak pod lupę mediów. Co innego pokaz sztuczek magicznych, kiedy wiadomo, że coś podejrzanego jest na rzeczy, a co innego nadużywanie zaufania naiwnych, którzy powierzają swoje problemy szarlatanowi, licząc na pomoc.
Co gorsza, jeden z największych stołecznych dzienników opublikował artykuł podpisany przez sędziego Hellwiga, zapiekłego wroga Hanussena, który bezskutecznie próbował go skazać w procesie przed kilku laty. Twierdził on, że mentalista to zwykły oszust. Nie ma mocy uzdrowicielskich, nie potrafi czytać przeszłości, ani tym bardziej przewidywać przyszłości i nigdy nie rozwiązał żadnej sprawy kryminalnej. „Pierwszy z brzegu policjant z choć odrobiną rozumu ma lepszą intuicję niż Hanussen" — zawyrokował sędzia. „A nawet nie próbowałem się przespać z jego żoną” — stwierdził Hanussen ze śmiechem, kiedy przeczytał artykuł. — „Niestety jest tak stara i brzydka, że szkoda zachodu”. W dużym mieście, takim jak Berlin, podobny artykuł przemknąłby niezauważony, ale w Kopenhadze wywołał wielkie poruszenie. Temat Hanussena zdominował rozmowy przy kawie i zmobilizował inne media, które zaczęły drukować całe kolumny poświęcone ciemnym sprawkom mentalisty w Europie Środkowej w latach 20. Przekonałem go, że musimy przeprowadzić kontratak, przedstawić naszą wersję wydarzeń. Dzięki kontaktom załatwionym przez Shamara udało mi się umówić wywiad w Politiken, najważniejszej gazecie w Kopenhadze.
Przed przybyciem dziennikarza palnąłem Erikowi kazanie, żeby trzymał się z dala od kwestii politycznych, ale on zbył mnie uśmiechem pełnym wyższości. „Słuchaj, ty jeszcze robiłeś w pieluchy, kiedy ja już musiałem się handryczyć z tymi szumowinami” — oznajmił, zapominając chyba, że i ja należę do tego grona. — „Nie martw się, wszystko się jakoś ułoży. Zawsze tak jest”. Podejrzewam, że przywykł do znajdowania się w centrum polemiki i sprawiało mu to nawet przyjemność, ale ja nie miałem nerwów ze stali. Nie mogłem się opędzić od wizji nadciągającej katastrofy. Mentalista zaprezentował się jak paw przed groźnym dziennikarzem o twardej szyi i okrągłych okularach w drucianej oprawce. Poczęstował go whisky, opowiedział kilka nieprzesadnie pikantnych dowcipów, a cały wywiad zaczął od przechwalania się swoim autorytetem, który zyskał dzięki wyrokowi z Litomierzyc, oficjalnie potwierdzającemu autentyczność jego mocy. W ostatnim wydaniu Wielkiej Encyklopedii Meyera, niemieckiego odpowiednika Britannici, znalazł się nawet jego biogram. Już pociłem się ze strachu na myśl o kontrataku dziennikarza, który na pewno zauważy, że w wyroku stanowiącym podstawę reputacji Hanussena stwierdzono jedynie niemożliwość dowiedzenia nieprawdziwości jego mocy.
Ale jak się okazało, interesowały go inne rzeczy. Jasnowidz kontynuował opowieść o swoich wyczynach, ale kiedy zawyżył do 5 milionów liczbę członków Towarzystwa Hanussena — w rzeczywistości było to 200 000 nieszczęsnych prenumeratorów wydawanych przez niego gazet, którzy dostawali rabaty na jego produkty i inne podobne bzdury — reporter wtrącił się i skierował rozmowę na inne tory. „Jak pan myśli, ile z tych osób głosuje na Hitlera? Sądzi pan, że wywiera na nich jakiś wpływ za pośrednictwem nazistowskiej propagandy publikowanej w pańskich mediach?” Ignorując moje rozpaczliwe sygnały, żeby nie dał się złapać na przynętę, Hanussen powtórzył, że jako profesjonalista w dziedzinie okultyzmu pozostaje apolityczny, ale jako człowiek interesu uważa, że komuniści nieznośnie się panoszą w społeczeństwie niemieckim. Następnie wymienił wszystkie przymioty Hitlera i przypomniał, że gwiazdy wskazują na niego jako następnego przywódcę kraju. Postąpił dokładnie wbrew moim prośbom i zaleceniom. Zna pan osobiście pana Hitlera? Tego pytania najbardziej się obawiałem, a mentalista odpowiedział z wszystko mówiącym uśmiechem. Nie mam zwyczaju opowiadać o prywatnych spotkaniach. W rzeczywistości opowiadał wszystkim, którzy chcieli słuchać swoją wersję rozmowy w hotelu Kaiserhof.
Jak to Hitler potraktował go bardzo przyjacielsko i pokornie poprosił o radę. Śmiał nawet rzucić Hochstowi, którego traktował zawsze z pewną pogardą, na jaką nie pozwalał sobie w stosunku do Heldorfa, że jego szef przypominał raczej bezrobotnego krawca niż cesarza. Blizna przy ustach rozciągnęła się ukazując kły. Mogę jednak zapewnić, że Hitler jest porządnym człowiekiem, który pragnie jedynie dobra Niemiec. Jako zwieńczenie wywiadu dziennikarz zapytał żartobliwie, czy Erik każe swoim zwolennikom witać się zwrotem Heil Hanussen. Na razie nie, ale wszystko jest możliwe — odparł mentalista, śmiejąc się do rozpuku. Pierwsza strona następnego wydania Politiken nie mogła więc wyglądać inaczej. Hanussen, mroczny cień Hitlera. Główny bohater był jednak tak zajęty zarabianiem pieniędzy, że kiedy przyniosłem mu gazetę, nawet nie rzucił na nią okiem. Wcisnął mi parę banknotów stukoronowych i kazał wziąć sobie jedną z dyskretnych dam do towarzystwa przesiadujących w hotelowym barze, żebym się nieco rozluźnił, bo sprawiałem wrażenie bardzo spiętego.
A jeśli znajdziesz jakąś naprawdę ładną, przyślij ją do mojego pokoju. Już co najmniej od paru dni nie próbowałem ludzkiego mięsa — oznajmił, wymownie poruszając krzaczastymi brwiami. Mnie jednak nie w głowie były dziewczyny. Miałem zszargane nerwy. Musiałem się przewietrzyć, więc wyszedłem z pokoju i przespacerowałem się nad jeden z kanałów. Siedziałem w Kopenhadze już od ładnych paru dni, a praktycznie nie widziałem jeszcze miasta, nawet słynnego pomnika Małej Syrenki. Zwiedzanie zostaw na inną okazję, jak przyjedziesz tu z dziewczyną. Teraz mamy pracować, zarabiać pieniądze. Trzeba przyznać, że Erik brał sobie własne słowa do serca. Tryskał niewyczerpaną energią.
Nie przewidywał nawet minuty na odpoczynek. W trakcie spaceru wciąż powtarzałem w głowie jedno pytanie: co ja tutaj robię? Owszem, nieźle zarabiałem, ale miałem być przecież dziennikarzem, nie cyrkowcem. Jeśli potrzebowałem dodatkowych dochodów, powinienem poszukać bardziej szlachetnego zajęcia. Tak jak moi znajomi z Berlina. Tłumaczyć, współpracować z hiszpańskimi instytucjami handlowymi, redagować przewodniki turystyczne. Ale szczerze mówiąc, nie widziałem się w roli tłumacza niemieckich klasyków ani organizatora targów, a już samo pisanie kroniki przychodziło mi z trudem. Wszedłem do jakiejś szemranej speluny koło portu i strzeliłem sobie parę piw, a potem kilka kolejek. Później z powrotem przerzuciłem się na piwo. Siedzący obok marynarz popchnął mnie i zrzucił mój kufel.
Wdaliśmy się w awanturę, chociaż żaden nie rozumiał języka drugiego. Walnął mnie z pięści, więc odpowiedziałem tym samym. Wywiązała się bójka. Znudziło nam się bicie, więc pogodziliśmy się i piliśmy razem jeszcze przez kilka godzin. Wychodząc z baru czułem się już dużo lepiej. Czemu traktowałem wszystko tak poważnie? Przejmowałem się, że nie jestem wybitny na żadnym polu. I co z tego? Miałem 26 lat. Najlepiej było cieszyć się życiem i nie martwić tak bardzo o przyszłość.
Jeśli powinienem się czegoś nauczyć od Erika, to jego umiejętności śmiania się ze wszystkiego, życia chwilą i lekceważenia tego, co będzie później. Gdzieś ty, do cholery, polazł, debilu? Powitał mnie, chwytając za klapy i pchając na ścianę. Kiedy wróciłem do hotelowego apartamentu, Hanussen kipiał z wściekłości. Podłoga była usłana okruchami szkła i kawałkami roztrzaskanych przedmiotów. Jak zdołałem zrozumieć z jego wrzasków, pod moją nieobecność odwiedziła go dwójka reporterów z brukowca Extra Bladet, podając się za klientów zainteresowanych prywatną konsultacją. Gino nie połapał się w oszustwie i sprzedał im tę samą śpiewkę co wszystkim. Proszę pamiętać, że nie możemy dać żadnej gwarancji. Czasem występują interferencje mentalne, które są poza naszą kontrolą — zapowiedział. Ale moce mistrza zostały zweryfikowane przez najwybitniejszych niemieckich naukowców.
Zapytany o stawki, Gino przedstawił cały cennik. Zwykła konsultacja kosztuje 150 koron. Jeśli chodzi o poszukiwanie zaginionej osoby albo cennego przedmiotu — 250. Za doradztwo giełdowe należy się 500 koron, a w przypadku poważnych operacji handlowych — 1000. Jakby tego było mało, dziennikarze zobaczyli, jak Gino przeliczał gruby plik pieniędzy z poprzednich wizyt. Dwa bezużyteczne śmiecie! Powinienem kazać was wychłostać! — wrzeszczał Hanussen na całe gardło. Gdybym nie był pijany, chyba bym się posrał ze strachu. Nigdy jeszcze nie widziałem go w takim stanie.
Czerwonego jak burak, z wytrzeszczonymi oczami, wściekle wymachującego rękami. Nie dość, że naśluł na nas gliny, to jeszcze inspektorów z fiskusa. Jeśli jest na świecie coś gorszego od policji, to właśnie poborcy podatkowi. Złapał mnie za ramię i zaciągnął do drzwi. Więc teraz, zasrany Hiszpanie, leć w podskokach do tej gazety i zrób wszystko, żeby nie opublikowali artykułu. Nie obchodzi mnie, czy będziesz musiał ich przekupić, zabić, czy spalić całą redakcję — wrzasnął, wypychając mnie z apartamentu. Przez chwilę stałem jak sparaliżowany na środku korytarza, nie mając pojęcia, co robić. Wydało mi się oczywiste, że wizytą w redakcji nic nie zdziałam. Mogłem wręcz pogorszyć sytuację, gdybym próbował przekupić reporterów. Byłem zresztą wykończony po awanturze.
Miałem podartą marynarkę i zaczynała mnie boleć głowa od mieszanki piwa i Jokovity. Bez dłuższego namysłu poszedłem do swojego pokoju i walnąłem się na łóżko.
[02:56:30] - Pobudka, pierdolony toreadorze.
[02:56:33] - Łomotanie w drzwi odbijało mi się echem w głowie. Spojrzałem na zegarek. Było po 23.00. Hanussen skończył już pewnie występ. Otworzyłem drzwi, próbując sklecić jakąś sensowną wymówkę. Wiedziałem, że nic nie zrobisz. Erik stał na progu ze zmarszczonym czołem i wbijał we mnie obezwładniające spojrzenie. Na chwilę jego wzrok przybił mnie do ściany jak komara. Potem jasnowidz poklepał mnie po ramieniu. „Dobrze zrobiłeś.
Nigdy nie należy wypełniać głupich rozkazów. Włóż coś na siebie. Pójdziemy się napić.” Tej nocy odwiedziliśmy wszystkie restauracje, bary, kabarety i burdele w Kopenhadze. Kiedy opuszczaliśmy ostatni lokal, Ekstra Bladet leżał już na ulicach. Karykatura zajmująca część pierwszej strony przedstawiała Hanussena, który z zawiązanymi oczami próbuje odgadnąć zawartość dwóch kopert. „Myślę, że pierwsza jest od policji, a druga zapewne od urzędu skarbowego” — głosił podpis pod rysunkiem. Erik się uśmiechnął. „Nie podejrzewałem Duńczyków o poczucie humoru” — stwierdził i wyrzucił gazetę do kosza. Kiedy przed południem obudziłem się na kanapie w salonie apartamentu Hanussena, policja już tam była, na czele z nadinspektorem — mężczyzną wysokim, przeraźliwie chudym, siwiejącym i bardzo poważnym. Erik przyjął go nienagannie wystrojony w smoking na popołudniowy spektakl, świeżo wykąpany i z miną niewiniątka.
Odpowiedział na kilka pytań, a potem poprosił o chwilę na osobności z nadinspektorem. Ja tymczasem postanowiłem trochę się ogarnąć przed spotkaniem z prasą, która zasypiała nas prośbami o wywiad, ale mogę się domyślić, że sięgnął po swoje zwykłe sztuczki, żeby zrobić wrażenie na policjancie. Na koniec mentalista zaprosił wszystkich na występ w Pałacu Koncertowym. Musiał być naprawdę niezły, bo po przedstawieniu nadinspektor podszedł do niego i osobiście pogratulował. Gdy jedliśmy tego wieczoru kolację w hotelowej restauracji, Hanussen sprawiał wrażenie zadowolonego. „Widzisz, że wszystko zawsze dobrze się kończy. Na razie powstrzymaliśmy pierwszy atak, a jutro o wszystkim dowiedzą się twoi koledzy dziennikarze.” Co ty knujesz? Nie szalej za bardzo. Wciąż stąpamy po cienkim lodzie — ostrzegłem, ale wiedziałem, że na nic się zdadzą moje dobre rady. On zawsze robił to, na co miał ochotę.
Nawet w najbardziej delirycznych snach nie mógłbym wymyślić, co zaplanował. Następnego ranka wszystkie największe kopenhadzkie gazety opublikowały wielkie na całą stronę ogłoszenie opłacone przez mentalistę. Zdjęcie, na którym rozmawia z szefem policji, a pod spodem olbrzymi podpis. Nadinspektor oznajmia: Hanussen nie może być oszustem.
[02:59:35] - Dzięki Marku. No i cóż, jak panowie skomentują ten fragment? Nastała cisza.
[02:59:44] - Przede wszystkim tutaj mamy trochę historii i romansowej, i pokazującej też Hanussena jako biznesmena i przede wszystkim hedonistę. Tak się zastanawiam jeszcze nad jedną rzeczą. Cały czas mi to przychodziło do głowy, czytając książkę. Co by było, gdyby Hanussen przeżył wojnę? Czy stanąłby w Norymberdze na procesie i byłby jednym z oskarżonych?
[03:00:17] - Jakby był ministrem od tego ministerstwa okultyzmu to zapewne.
[03:00:26] - To pewnie też by wpłynęło na decyzje aliantów, ale myślę też, że między innymi padła informacja o tym, że on miał swoją gazetę i bardzo mocno w tej gazecie wspierał nazizm i że tak powiem, dość mocno przyczynił się do tego, że być może nawet ci czytelnicy głosowali na Hitlera, ale też był wielkim propagatorem Hitlera, tak że kto wie, czy wykorzystanie machiny nazistowskiej Hanussena nie pociągnęłoby do tego, że po zakończeniu wojny Hanussen stanąłby w Norymberdze jako oskarżony.
[03:01:18] - Nie wiem. Ja po tym fragmencie mam jedną taką myśl, którą się podzielę. Jeśli ktoś miał wątpliwości jeszcze po naszej rozmowie, kim był Hanussen, to tu widać, że on z tą drugą stroną, z przewidywaniem przyszłości i z tym, co ja nazywam czary-mary, miał bardzo niewiele wspólnego. To był rasowy biznesmen, który czuł, że tu trzeba zapłacić, tam trzeba posmarować.
[03:01:48] - I hedonista.
[03:01:50] - I jakoś ten wóz jedzie.
[03:01:53] - Liczyło się tu i teraz.
[03:01:54] - Liczyło się i on sobie doskonale w takich warunkach radzi.
[03:01:59] - Są tacy, wiesz, na olimpiadzie i mistrzostwach świata występują tacy skoczkowie, którzy najwyżej skaczą
[03:02:09] - Oni tam przelatują nad poprzeczką, ale żeby tam skoczyć, to używają tyczki, zwykłej tyczki, elastycznej, dynamicznej i tak dalej. Po prostu nie może człowiek fruwać w powietrzu, nawet jeśli jest geniuszem. Do tego jest potrzebna tyczka.
[03:02:26] - Ale mówiliśmy dzisiaj, że są tacy, co fruwają, że podobno coś widzą. Nie da się tego wykluczyć. Powiem tak: Wiktor powiedział do mnie, żebym tego nie mówił, ale nie mogę tego nie powiedzieć. Byłem dzisiaj świadkiem niesamowitej sceny. Nie wiem, czy ktokolwiek z państwa widział człowieka jedzącego pączka za pomocą noża i widelca. Ktoś zapyta, jak się to ma do tematu dzisiejszej audycji. Odpowiem najszczerzej jak potrafię: nijak się ma, ale nie mogę. Po prostu wyobraźcie sobie to państwo: Wiktor jedzący pączka nożem i widelcem. Wiktor ma do tego swoją teorię.
[03:03:06] - Jak ktoś jest zarośnięty jak mandryl siwą brodą i wąsami, no to po prostu nie da rady zjeść pączka. Jeszcze jak byłem w czasach studenckich w klubie, nas było 30, 40 osób, to był największy dowcip w klubie, kiedy przychodził Tłusty Czwartek i wszyscy mnie częstowali pączkami, płacząc ze śmiechu, gdyż moje wielkie wąsy po prostu uniemożliwiają jedzenie pączków, które uwielbiam.
[03:03:37] - Prawda jest taka, że pan po prostu stosuje nieszablonowe metody spożywania pokarmów pączkowatych.
[03:03:46] - Tak jest. Nożowe, nie szablowate. Jakbym miał szablę, to bym szablonowe używał.
[03:03:51] - Ja widzę. Jakbyś najpierw kroił szablą, później nadziewał tego pączka i go konsumował.
[03:03:58] - Ale jak się ucinamy, to tutaj nasz przyjaciel i rozmówca powiedział, że ten fragment miał taki inny wyraz, między innymi romansowy. To ja zrozumiałem, dlaczego ludzie tak lubią czytać romanse. Bo to jest odwiedzenie wszystkich burdeli w Kopenhadze.
[03:04:18] - Tak, to rzeczywiście romansowe.
[03:04:21] - To też, ale bardziej mi chodziło o tą pierwszą część, kiedy ktoś ma swoje romanse.
[03:04:28] - Tak, a ja powiem jeszcze, nawiążę do historii Wiktora. Coś jest z tymi ciastkami, bo opowiadał mi kiedyś mój ojciec, że w czasach studenckich miał ze swoim kolegą taką kawiarnię, do której chadzali rozmawiać o literaturze. Niech się to tak nazywa. I raz trafili na człowieka, który siedział przy sąsiednim stoliku, miał bardzo długi nos i wywinięty podbródek. I wcinał jakieś ciacho. Obaj panowie, mój ojciec i jego kolega, bawili się przy tym świetnie. Oczywiście nie ostentacyjnie, żeby człowieka nie spłoszyć, ale później zaczęli uprawiać rodzaj pewnego sportu. I ile razy szli do tej kawiarni i akurat trafiali na tego pana, to kelnerce polecali, fundowali ciasteczko specjalnie dla pana. Pan grzecznie się odkłaniał, dziękował, po czym wsuwał to ciasteczko, a oni się w dalszym ciągu świetnie bawili, bo widok był niesamowity.
[03:05:39] - Jak księżyc w nowiu styka się końcami.
[03:05:42] - Znaczy nie, w takim sierpzie.
[03:05:44] - W sierpzie.
[03:05:47] - I znowu ktoś może zapytać, jaki to ma związek z tematem dzisiejszej audycji? Znowu odpowiem, że żaden.
[03:05:56] - Nie, ma. Gerwazy Posadas zaczął od książek kulinarnych.
[03:06:03] - Dobrze, to już jest taki finał dorabiany na siłę, ale niech będzie. Jakoś się skleiło, chociaż nawet nie przypuszczałem. Cóż, zawsze jest ten moment, kiedy nawet najlepszą audycję należy skończyć. I to jest chyba ten moment. Jeszcze raz serdecznie polecamy książkę Gerwazego Posadasa.
[03:06:26] - Tak, naprawdę warto ją przeczytać. Warto też jeszcze, tak jak wspomniałem, sięgnąć troszeczkę do „Dziesiątej muzy” i obejrzeć sobie kilka filmów z tego okresu, żeby zrobić sobie taki podkład, który pokoloryzuje, że tak powiem, te stronice książkowe.
[03:06:46] - Tak jest. A zatem czytajcie „Mentalistę Hitlera”.
[03:06:52] - Zapraszamy. Bardzo dobra książka, świetnie się czyta. Ja się nie mogłem oderwać. Myślę, że tutaj jeszcze trzeba byłoby podziękować wydawnictwu Rebis za to, że udostępnił nam te książki.
[03:07:07] - Tak, to prawda.
[03:07:08] - Warto byłoby pomyśleć też może o przekazaniu jednej książki dla naszych słuchaczy.
[03:07:15] - Pomyślimy w następnej audycji. Przygotujemy może jakąś niespodziankę, tak jak kiedyś to już robiliśmy z książkami. Zapraszamy do następnej audycji. Postaramy się wtedy, nie mam słowa, rozdać to może nie, ale zrobić tak, żeby książka trafiła do naszych słuchaczy. Nie wiem jeszcze ile egzemplarzy.
[03:07:41] - I czytaczy.
[03:07:42] - I czytaczy, tak.
[03:07:43] - Na forum Bibliotekarium czy też na naszej stronie.
[03:07:47] - Zorganizujemy w każdym razie coś takiego. A następna audycja za dwa tygodnie będzie poświęcona książce Jędrzeja Majki. Tytuł książki: „W poszukiwaniu Arki Przymierza. Etiopia”. Książka album, książka pisząca o tajemnicach, o Aksum, gdzie być może jest przechowywana Arka. Ale o całej tej historii sięgającej korzeniami Biblii. Ale też o kraju niezwykłym, Etiopii, gdzie parzy się najlepszą kawę, gdzie ma swoje źródła Nil Błękitny, o ile dobrze pamiętam, gdzie w ogóle jest dużo niesamowitych rzeczy, takich jak klasztory na wyspach, jak wykute w monolitach kościoły i tak dalej. Będziemy o tym mówić, bo książka Pawła Majki jest o tyle niesamowita, że mówi o rzeczach niesamowitych, czyli o Arce Przymierza i jej historii, a być może częściowo współczesności, ale też ozdobiona jest zdjęciami autora. I te zdjęcia są niesamowite. Co prawda radio to nie jest najlepsze medium, żeby opowiadać o zdjęciach, ale to jest może dodatkowa zachęta, żeby po tę książkę sięgnąć.
Zdjęcia są naprawdę wizyjne prawie. Szczególnie kiedy trafiamy na kartach książki do tych miejsc, które są owiane tajemnicą, owiane historią biblijną. Warto sobie zdać z tego sprawę. Etiopia to jest jeden z tych krajów, o których często nie myślimy w taki sposób, a przecież krajów, w którym chrześcijaństwo jest czymś bardzo ważnym. I to jest religia, której bardzo często nie kojarzymy z tamtym regionem świata. A tak właśnie jest, że tam spotykamy kościoły niezwykłe. O tych kościołach również powiemy.
[03:09:55] - Warto jeszcze w tę książkę zajrzeć również dlatego, że my nie mamy dzisiaj pełnej świadomości nad świadomością świata. Otóż my, mieszkając na tym zadupiu europejskim, tu w Polsce, między Rosją i Niemcami wiemy, kto to byli wielcy ludzie jak Napoleon, Piotr I czy Aleksander Wielki, Hitler również. Ale według Amerykanów jednym z największych wodzów w historii naszej cywilizacji był cesarz Hajle Sellasie. To był taki przywódca Etiopii. I on w tej grze w cywilizacji występuje na równi z Juliuszem Cezarem, Napoleonem i Aleksandrem Wielkim. Powodzenia Amerykanie w poznawaniu historii.
[03:10:50] - Tak, ale niemniej cesarz, którego wymieniłeś, taką ważną osobą był. Tym bardziej że trafił także na karty kilku reportaży.
[03:11:02] - Był ważny, bo to był jedyny cesarz, który odwiedził Biały Dom, miał spotkanie z Senatem. Drugi cesarz, ale jeszcze nieogłoszony, to był Wałęsa.
[03:11:13] - Okej, w każdym razie zapraszamy.
[03:11:15] - A będzie Indie?
[03:11:18] - Indii nie będzie tym razem.
[03:11:20] - Czyli poszukiwacze zaginionej arki.
[03:11:22] - Nie ma poszukiwaczy. Arka ta sama, ale nie ta sama historia, ale myślę, że równie fascynująca. Zapraszamy zatem za dwa tygodnie. To będzie ciekawy wieczór. Natomiast za tydzień, tak jak już to się stało pewną tradycją, kolejny odcinek ABW, tym razem piąty. Kolejne niezłe opowiadania, kolejne powroty, bo znowu trafią, nie wiem, to się mówi teraz nie na łamy, tylko na anteny. Na antenę trafią autorzy, których nasi słuchacze już znają. Ale będą też nowości, opowiadania ciekawe, utrzymane w nieco bardziej poważnym, przynajmniej część z tych opowiadań, stylu. Znaczy nastroju. Powiem, że jest tam opowiadanie, które odłożyłem wstrząśnięty.
Tak czysto po ludzku opowiada historię, która właściwie może wycisnąć łezkę z oku, ale też jest mocna, jest wstrząsająca. To tyle tytułem zachęty. Jeszcze raz dziękujemy. Z Bydgoszczy żegnają państwa Wiktor Żwikiewicz.
[03:12:45] - Waldemar Milsztajn.
[03:12:47] - I Marek Żelkowski.
[03:12:48] - Do usłyszenia.
[03:12:49] - Do usłyszenia. Dobranoc.
[03:12:51] - Audycję, jak zawsze w studiu od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios". Zakończymy na antenie Radia Paranormalium taką niespodzianką muzyczną, która z jednej strony nawiązuje niestety do jednego z dokonań Adolfa Hitlera, a z drugiej strony zaskoczy na pewno fanów Budki Suflera i Urszuli. Zaskoczy tym bardziej, że Urszula w tym utworze śpiewa po niemiecku. A zaskoczenie tym większe, że jest to nagranie z 15. Festiwalu Piosenki Politycznej w NRD z ‘85 roku. Utwór zatytułowany „Auschwitz '45”. Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień w kolejnym ABW. Tym razem z taśmy oczywiście. I oczywiście już za dwa tygodnie w kolejnym „Bibliotekarium” na żywo.
[03:13:52] - [muzyka z utworu „Auschwitz '45” w wykonaniu Urszuli Sipińskiej]