[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego właśnie lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej oto polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu „Chata Mistyka”. Namaste. Hari om. Pozdrawiam wszystkich serdecznie na samym wstępie. Obyście mi zdrowi byli, drodzy goście „Chaty Mistyka”.
Pozdrawiam wszystkich stałych bywalców „Chaty Mistyka”. Pozdrawiam nowych gości. Bardzo cieszy mnie fakt, że udało ci się odnaleźć ścieżkę w gęstym lesie i dotarłeś tutaj do owej chatki. Ja mam na imię Bart i zaczynamy kolejny program „Chaty Mistyka”. Kolejną opowieść. Jestem z powrotem w Indiach, moi drodzy. Po krótkotrwałym, dwutygodniowym pobycie w Nepalu, który jest przepiękny, wylądowałem znowu w Indiach i znowu jestem w górach. Jakoś ciągną mnie te Himalaje, więc już trzeci raz podczas mojej podróży oglądam ten majestatyczny łańcuch górski z zupełnie innej, nowej perspektywy tym razem. Otóż jestem w mieście, które nazywa się Rishikesh. Miejsce, które urosło do miana miejsca kultowego.
Miejsce, które przepełnione jest duchowością, energią, przewspaniałym słońcem również. Rishikesh położony jest nad Gangesem, nad rzeką Ganges. Tym razem dużo wyżej niż Varanasi. Wcześniej byłem nad Gangesem w miejscowości, która nazywa się Varanasi, gdzie rzeka w wodzie Ganges jest niewątpliwie dosyć brudna, powiedziałbym nawet nieprzychylna dla organizmu ludzkiego. Tutaj natomiast ta sama rzeka dużo, dużo wyżej o pięknym błękitnym kolorze. Woda w rzece jest czysta. To jest jeszcze dosyć daleko od źródeł Gangesu. Prawdopodobnie jakieś 250, może nawet więcej kilometrów od tego miejsca, w którym się znajduję. W górę rzeki znajdują się źródła Gangesu, głęboko w Himalajach. No i siedzę sobie w lesie dlatego, że lubię.
Ostatnio mam dużo szczęścia. Jestem otoczony lasem, więc mogę sobie robić krótkie wypady do dżungli. No i właśnie siedzę tutaj w dżungli otoczony zielenią. Oddycham świeżym, czystym powietrzem, słucham odgłosów ptaków i innej zwierzyny, która tutaj przemieszcza się pomiędzy krzakami. Czasem są to małpy, czasem są to po prostu dzikie krowy. Rishikesh. Mnóstwo zieleni, mnóstwo lasów. Oczywiście przepiękne góry, dużo otwartej przestrzeni. To jest to, co tutaj mnie urzeka. Dlatego, że Varanasi było miejscem, które było bardzo zatłoczone, gdzie było mnóstwo hałasu, mnóstwo brudu również.
Więc tutaj jest dużo czyściej, dużo milej, dużo bardziej sympatycznie można spędzić czas. Woda w rzece jest czysta. Udało mi się nawet przekąpać w świętej rzece Ganges. Nurt rzeki jest tutaj dosyć bystry, więc nie ma mowy o jakimkolwiek pływaniu, dlatego, że nurt może cię łatwo porwać, aczkolwiek można się po prostu zamoczyć w bardzo zimnej wodzie Gangesu. No i tym samym, tak jak wierzą Hindusi, oczyścić wszystkie swoje winy i wszystkie swoje grzechy. Rishikesh jest miastem, które rozpościera się po dwóch stronach rzeki. Po jednej stronie jest takie dosyć zwykłe hinduskie miasteczko, natomiast po drugiej stronie rzeki, gdzie przechodzi się na tą drugą stronę wiszącym mostem, taką kładką nad rzeką, dosyć długą, dlatego, że rzeka w tym miejscu jest bardzo szeroka, znajduje się miejsce bardzo szczególne. W tym miejscu, po drugiej stronie rzeki znajduje się mnóstwo ashramów oraz miejsc duchowych praktyk. Znajdują się tu również szkoły jogi, wszelkiego rodzaju centra medytacji no i parę fajnych, bardzo piaszczystych plaż przy rzece, gdzie można sobie odpocząć. No i oczywiście dookoła przepiękne wzgórza porośnięte dżunglą.
Po tej stronie rzeki znajduje się również market, czyli takie targowisko, gdzie można nabyć różne ciekawe przedmioty lub odzież. Taką typowo hinduską odzież, hipisiarską często. Znajduje się tu również parę restauracji. Jest parę sklepów oraz księgarni z literaturą świadomościową, czyli taką, która opisuje techniki jogi, techniki medytacji oraz techniki masażu. W mieście znajduje się mnóstwo krów, tak jak to w Indiach się zdarza. Krowy chodzą sobie swobodnie po ulicy, nie są trzymane w zagrodach. Krowy uznawane są za zwierzęta święte, dosyć szczególne. No więc tutaj w Rishikesh również znajduje się dosyć spora populacja krów. One są dosyć szczególne, dlatego, że są bardzo małe. Wyglądają jak miniaturki krów.
Dorosłe zwierzęta wyglądają jak źrebaczki. Krowy sobie tutaj radośnie hasają po uliczkach Rishikesh, odżywiając się, jak to tradycyjnie w Indiach bywa, wszelkiego rodzaju śmieciami. Żują wszelkiego rodzaju stare gazety, torby plastikowe, co generalnie popadnie, to, co uda im się znaleźć w kubłach. To wszystko skąpane w promieniach himalajskiego słońca. Jest naprawdę super słonecznie. W ciągu dnia jest dosyć gorąco. Noce są dosyć chłodne, ale dzień skąpany jest przepięknym słońcem. Nade mną rozpościera się przepiękne, błękitne, bezchmurne niebo. Pogoda jest doprawdy znakomita w ciągu dnia przynajmniej. I oczywiście przepiękne, spektakularne zachody słońca.
Jednym zdaniem mnóstwo energii. Można tutaj naprawdę nasiąknąć praną niczym gąbka w kąpieli. Miejsce zorganizowane jest tak, aby ugościć nie tylko lokalnych pielgrzymów, ale w dużej mierze obcokrajowców, którzy to dosyć licznie przybywają tutaj w to bardzo magiczne miejsce, aby uraczyć się widokami, zaczerpnąć energii życia, która krąży tutaj w swej zwielokrotnionej formie, oraz po to, aby przebyć różnego rodzaju praktyki duchowe oraz pobrać nauki u zgromadzonych tu mistrzów jogi, medytacji. Są tutaj również szkolenia technik pranayam, czyli wykorzystywania energii życia. Są kursy kriji jogi, są kursy reiki, kursy masażu, chociażby masaż tajski. Oprócz tego w Rishikesh jest organizowany co roku Międzynarodowy Dzień Jogi, czyli po angielsku International Yoga Day. Z tego powodu przyjeżdża tutaj mnóstwo ludzi. Pojawiają się też różni zacni mędrcy. Między innymi przyjeżdża tutaj przynajmniej raz w roku Mooji, znany mistrz duchowy, który organizuje tutaj swoje satsangi. Satsang oznacza zgromadzenie poszukiwaczy prawdy.
Tak można to przetłumaczyć. Mooji jest znakomitym mistrzem, który wywodzi się z Londynu oryginalnie. Ma korzenie karaibskie, więc wygląda jak taki rastaman z Brixton. Długie dredy, przesympatyczny wyraz twarzy. Polecam wszystkiego rodzaju materiały związane z wykładami Mooji w internecie. Rishikesh stał się również bardzo popularnym miejscem z powodu pewnej hipisialskiej historii, która to sprawiła, że to miejsce stało się niemal kultowe w owej hipisialskiej erze. Otóż w 1968 roku pojawił się tu słynny zespół The Beatles. W tamtych czasach miejsce było dużo mniej uczęszczane. Miasto było dużo mniejsze. Historia mówi, że chłopaki wylądowali tutaj swoim helikopterem na jednej z plaż przy rzece.
Pojawili się z całym swoim orszakiem, z dziewczynami, z ekipą, z całą obsługą, z telewizją, z dziennikarzami, więc wydarzenie było bardzo niecodzienne dla lokalnej ludności. Zatrzymali się w aśramie, którego twórcą był Maharishi Mahesh Yogi. Maharishi Mahesh Yogi uczył techniki medytacji, którą to sam opracował i nadał jej nazwę transcendentalna medytacja. Jednym z powierników tej wiedzy, jednym z praktykantów tej techniki jest między innymi znany i wybitny reżyser filmowy David Lynch, autor między innymi słynnego serialu „Twin Peaks”. Chłopaki dołączyli do grupy około 60 osób w aśramie i rozpoczęli praktyki medytacyjne. Ale co się okazało? Po paru dniach Ringo Starr i jego żona stwierdzili, że to właściwie nie jest dla nich, więc opuścili miejsce. Paul McCartney został około miesiąca, natomiast John Lennon i Mr. Harris zostali parę dni dłużej. Ale właściwie tyle odnośnie pobytu Beatlesów w tym miejscu.
Ashram, w którym przebywał zespół The Beatles, urósł do rangi kultowego miejsca, gdzie od lat 70. przybywa tutaj mnóstwo ludzi. Ashram został nazwany ashramem The Beatles. Pomimo tego, że chłopaki spędzili tutaj tylko parę tygodni właściwie, to historia nadal jest kontynuowana. W tej chwili miejsce jest opustoszałe. Nie odbywają się tam żadne wydarzenia. Właściwie są to ruiny budynków, które powoli przejmuje dżungla. Miejsce zaczyna być dosyć gęsto porośnięte lasem i przejmują go tutaj dzikie zwierzęta. Ale samo miejsce Rishikesh nadal trwa. Od końca lat 60.
urosło do miary jednego z ważniejszych punktów na mapie pielgrzymów w Indiach. Z tego również powodu przebywa tutaj wielu wyśmienitych joginów oraz bardzo szczególna grupa dewotów zwanych sadhu. Dzisiaj właśnie o nich w „Chacie mistyka”. Sadhu dosłownie oznacza pogodny lub łagodny. To jest bardzo szczególny rodzaj jogina, który dąży do osiągnięcia tak zwanego mukti, gdzie każdy aspekt życia nakierowany jest na osiągnięcie wyzwolenia. Sadhu na tle bogactwa kulturowego i duchowego Indii, który jest potężnym krajem o mnogości wyznań i całej plejadzie praktyk duchowych, wyróżnia się nie tylko wyglądem Ci panowie zwykle posiadają bardzo doraźne brody i długie włosy zaplątane w dredloki. Odziani są bardzo skromnie. Zwykle sadhu odziani są w bardzo prostą szatę o kolorze pomarańczowym, kremowym. Ale również charakterystyczne usposobienie sadhu jest tym elementem, który przysporzył im swego rodzaju sławy w Indiach. Tutaj, w Indiach, wśród podążających drogą duchową można również wyróżnić tak zwanych świętych.
Tak się ich nazywa. To jest osoba uznana za świętą, nie tak jak my to znamy przez Watykan, czyli zatwierdzona, oficjalnie uznana za świętą osobę przez państwo Watykan, ale jest to raczej określenie, które wypływa od środowiska, czyli bezpośrednio od społeczeństwa. Więc jest to swojego rodzaju status społeczny. I tutaj chciałem chwilę opowiedzieć o tym, jaka różnica jest pomiędzy świętym joginem a sadhu. Święty to jest istota, która osiągnęła pewien pułap duchowej uciechy, rozwinęła się duchowo, jest dobrym człowiekiem, posiada pewien stopień wtajemniczenia, emanuje dobrą energią, ale nie jest na tyle zaawansowaną osobą, aby stać się guru, czyli duchowym przewodnikiem. Taki święty osiągnął pewien stan energetyczny i czasem może się z tobą podzielić, dając ci błogosławieństwo, przekazując tym samym tobie porcję energii, ale więcej ci właściwie nie pomoże. Można by powiedzieć, że takowy hinduski święty ma dosyć ograniczony zakres możliwości. Z drugiej strony jogini to jest zupełnie inny rodzaj, bardziej zaawansowany. Są dużo bardziej rozwinięci w swojej technice, w swojej technologii. Prawdziwi jogini, którzy zgłębili tajniki jogi, znają się na całym aspekcie technicznym zagadnienia.
Operują bardzo płynnie energiami. Wiedzą, jak energia się manifestuje. Praktykowanie jogi to jedna sprawa, a co innego bycie prawdziwym joginem. Są cztery typy jogi, gdzie każdy jest techniką. Techniką mającą umożliwić wyzwolenie człowieka od limitacji. Te cztery typy to karma, bhakti, kriya i jnana. Karma yoga. Jeżeli potrafisz wykonać każdą swoją aktywność z pasją, jeżeli potrafisz bezinteresownie służyć innym, w ten sposób z radością jesteś w stanie pracować nad swoją karmą. Jesteś w stanie wypracowywać karmiczny dług. Bhakti yoga jest wtedy, kiedy próbujesz osiągnąć cel, wykorzystując swoją sferę emocjonalną.
To jest droga swego rodzaju poddania i dewocji. I ostatnim typem jogi jest tak zwana jnana yoga. Jnana pisze się przez G N A N A. Gnana yoga. Wymawia się „dżnana” yoga. To jest droga intelektu. Czyli w skrócie: wiem to, co wiem. To, czego nie wiem, jest mi nieznane. Prawdziwi jogini to nie tylko ci, co się wyginają i rozciągają i przyjmują asany, czyli pozy ciała, ale również ci, którzy dokonali duchowej ewolucji poprzez jedną lub parę owych metod. Zwykle rzadko zdarza się, aby ktoś podążał wszystkimi czterema drogami jogi jednocześnie, dlatego, że jest to zadanie bardzo trudne.
Bycie joginem oznacza, że znasz zawiłości życia, wiesz, jak sobie z nim radzić. Potrafisz wznieść się ponad jakości, ponad swoje upodobania. Czyli coś lubię czy nie lubię, coś mi się podoba czy nie podoba. To są ci, którzy obcują ze Stwórcą, którzy mają momenty pojednania z totalnością, wykonując swoje praktyki. Czy to oznacza, że są oświeceni? Niekoniecznie. Jogini są bardzo blisko Boga. Często pozostają w stanie unii z jednością przez dłuższe okresy czasu, ale nie dokonują momentu tak zwanego przejścia. Rzekomo osiągając stan totalnego oświecenia, bardzo ciężko jest pozostać w ciele ludzkim. Zresztą widzę tutaj analogię do szamanizmu w pewien sposób, dlatego, że szaman jest to również osoba, która wykorzystując inne techniki i inne metody, podąża do granicy życia ze śmiercią.
Także balansuje na krawędzi życia i śmierci po to, aby doznać oczyszczenia i po to, aby przynieść informacje z powrotem. Czyli zbliża się bardzo mocno do momentu przejścia, aczkolwiek pozostaje w ciele po to, aby po szamańskiej sesji powrócić do świata realności. Jeżeli jogini praktykują swoje techniki, to często zdarza się tak, że w stanach osiągnięcia totalnego uprzytomnienia zamieniasz się w inny rodzaj energii i często opuszczasz ciało, pozostawiając tym samym dualny świat materialny. Oprócz joginów i świętych w Indiach często zdarzają się inni ludzie, którzy obcują z energiami, których to zwie się jasnowidzami lub tymi, którzy widzą. Jasnowidz to niekoniecznie osoba, która jest osobą uduchowioną. To jest ktoś, kto ma po prostu wizję. Ktoś, kto jest w stanie dostrzegać to, czego nie widzą inni. Ktoś, kto posiada wyższy poziom percepcji. To zalicza się raczej do okultyzmu niż do systemu jogi. W tej samej grupie można by znaleźć astrologów, wróży i przepowiadaczy przyszłości.
Tych jest w Indiach również bardzo wielu. Ja sam spotkałem paru z nich podczas moich podróży. Czasem ich przepowiednie wypływają z nich bardzo spontanicznie, jak gdyby w sposób niekontrolowany. Po prostu podchodzą do ciebie i zaczynają czytać twoją przeszłość lub twoją przyszłość. Nie oczekują za to żadnych pieniędzy. Czasem mają po prostu taki przebłysk twojej przeszłości, czasem twojej przyszłości. I czasem ci o tym opowiedzą. Ale powracając do naszych sadhu. Tutaj w Rishikesh jest ich wielu. Nazywa się ich Baba.
Tak jak wcześniej opowiadałem, Baba to jest taka nazwa na status właściwie społeczny, na status duchowy kogoś, kto dokonuje praktyk duchowych, kogoś, kto wybrał drogę ascezy. Sadhu odrzucili wszelkie więzy materialne, często rodzinne również. Nie posiadają praktycznie nic poza bardzo skromnymi szatami i jakimś małym tobołkiem z jakimś naczyniem, w którym to mogą zjeść posiłek. Żyją właściwie na ulicach miasta. Szczególnie ci starsi, bo tutaj w miastach jest łatwiej im przetrwać i zjeść posiłek. Tutaj kultura w Indiach jest taka, że ludzie zdają sobie sprawę z tego, że istnieje taka kasta, taka grupa społeczna owych właśnie sadhu, którzy to odrzucili wszelkiego rodzaju dobra i powiązania materialne. I ludzie po prostu o dobrych sercach bardzo czynnie im pomagają. Służą im na przykład przynosząc przynajmniej raz dziennie takiemu sadhu posiłek lub często podarowując im jakieś małe kwoty pieniężne, jakąś odzież czy wszelkiego innego rodzaju rzeczy, które są potrzebne człowiekowi do przetrwania. Więc ci starsi przebywają w miastach, natomiast młodsi sadhu, młodsi jogini rozproszeni są dookoła, w pobliskich górach, w pobliskich jaskiniach, w bardzo szczególnych miejscach praktyk. Po paru dniach mojego pobytu w Rishikesh udało mi się zapoznać paru z tych sadhu.
Są to naprawdę bardzo mili ludzie i bardzo otwarci panowie, zwykle pozdrawiający radośnie przechodniów. Twarze po paru dniach wydają się znajome. Niektórzy mówią po angielsku całkiem nieźle, ale ogólnie są to dżentelmeni, którzy są bardzo pokorni. Czasem zapytają cię o drobne, czasem zapytają cię o to, żeby kupić im herbatę w pobliskim sklepie z herbatą. Tutaj znamienitym w Indiach jest fakt, że jest mnóstwo takich małych straganów, gdzie można zakupić herbatę i parę drobiazgów. Ale często jest też tak, że to właśnie oni, ci sadhu dzielą się z tobą tym, co mają. A że mają niewiele, to niewiele się mogą podzielić, ale zawsze się dzielą. Czasem sadhu kupił mi herbatę, czasem wyciągnął czalis, czyli taką prostą fajkę, w której to pali się święte ziele śiwy. Bo praktyką wielu baba jest obcowanie z śiwą. Śiwa z sanskrytu oznacza niebyt, stan nieegzystencji jak gdyby.
I poprzez palenie gandzi lub haszyszu właśnie ci mędrcy doznają stanów, w których to zbliżają się do Boga, gdzie odrzucają wszelkiego rodzaju piętna fizyczności, wszelkiego rodzaju powikłania i powiązania, które wiążą się z obcowaniem w społeczeństwie. Ale o co w tym wszystkim chodzi? Ci panowie przede wszystkim starają się wyzbyć swojego ego. Ego to jest trochę takie piętno, które każdy z nas nosi. To jest nasze wrażenie o nas samych, natomiast nie nasz właściwy ogląd naszej istoty, naszego człowieczeństwa. Więc często wypracowujemy sobie różnego rodzaju paterny, różnego rodzaju wzory w życiu. Wydaje nam się, że mamy jakieś funkcje. Spodziewamy się czegoś od innych. Chcemy być szanowani i chcemy być uznawani z szacunkiem podług naszych tytułów naukowych lub innych osiągnięć w naszej karierze życiowej. Ale nie jest to właściwie sedno naszego istnienia, naszej egzystencji.
Nie jest to opis naszego właściwego ja. Więc sadhu próbują pozbyć się wszelakich zależności i powikłań, które to implikuje nasz charakter w pewien sposób. Więc zamiast budować swój wizerunek, starają się zobaczyć charakter Stwórcy. Więc poniekąd poniżając się, są to bardzo pokorni ludzie, żyjąc na ulicach jako bezdomni i żebrząc, porzucają jakoby wszelkie ambicje. Z tym żebraniem jest to również kwestia dosyć interesująca. W świecie zachodnim wydaje się, że jeżeli ktoś siedzi na ulicy i wyciąga rękę po pomoc, to jest leniem i zwykle się uważa, że to darmozjad. Właściwie dlaczego nie pójdzie, nie zarobi pieniędzy i tak dalej. Tutaj natomiast praktyka duchowa sadhu określana jest mianem biksza. Dokonując bikszy sadhu daje tobie możliwość oferowania, dlatego że to jest właśnie jedna z praktyk. Ofiarowanie siebie.
Nie tylko ofiarowanie pieniędzy czy przedmiotów materialnych, ale ogólnie ofiara dla kogoś innego, dla drugiego człowieka jest praktyką, która umożliwia ci zbliżenie się do totalności i podążanie ścieżką duchową. Więc taki sadhu żebrząc na ulicy— właściwie można odwrócić znaczenie tutaj tego aktu. On żebrze po to Aby dać możliwość ofiarowania tobie. To nie do końca jest zawsze tak, że on potrzebuje czegoś dlatego, że oni potrzebują naprawdę niewiele. Potrzebują właściwie tylko zjeść posiłek i okryć się wieczorem, kiedy to śpią na ulicy. Ale w ciągu dnia oferują tobie również możliwość wzniesienia się na określony poziom duchowy. Więc sadhu stają się bardzo malutcy, porzucając wszelkie swoje ambicje, aby podziwiać to, co najpotężniejsze, czyli Stwórcę, czyli stworzenie, czyli obcowanie z totalnością. Sadhu utrzymuje swój charakter, to swoje ego w bardzo minimalnej formie i pracuje ciągle nad sobą, aby stać się bardziej podatnym na zachodzące w nim procesy duchowe. Ja zatrzymałem się w Rishikesh w takim miejscu, które nazywane jest ashramem, aczkolwiek nie do końca jest to ashram. Jest to guesthouse, czyli taki hotelik, można by powiedzieć, który zaprojektowany jest w szczególności dla obcokrajowców, którzy przyjeżdżają tutaj licznie do miasta Rishikesh.
Wszystko zorganizowane jest tak, aby umożliwić tym ludziom praktyki duchowe. Jest tutaj, w tym owym ashramie mnóstwo sesji jogi, trzy sesje jogi dziennie właściwie. Można uczestniczyć w nich wszystkich. Można uczestniczyć tylko w jednej z nich. Bardzo wcześnie rano od szóstej do siódmej godziny jest też sesja medytacji, która prowadzona jest przez bardzo dostojnego jegomościa, który to już jest na bardzo wysokim pułapie duchowym i to widać. Ogólnie jeżeli popatrzysz w oczy takiego sadhu, to jest tam pewien błysk. Pomimo tego, że większość z tych jegomościów to są zacni panowie, którzy mają już swoje lata na karku. Istnieje w ich spojrzeniu pewnego rodzaju energia życia. Także zwykle owi sadhu to są bardzo pogodni ludzie. Pomimo tego, że żyją w tak srogich warunkach, to odnaleźli właśnie szczęście w tym obcowaniu z codziennością, w tym obcowaniu z życiem, ale pod zupełnie innym kątem.
Tuż niedaleko miejsca, w którym to właśnie zatrzymałem się, znajduje się mały sklepik z herbatą. Jest to miejsce spotkań nie tylko dla turystów i lokalnych sadhu, gdzie można porozmawiać sobie z owymi czcigodnymi jegomościami, powymieniać informacje i dowiedzieć się, nauczyć wiele od nich. Ale jest to również miejsce, gdzie pojawiają się pewnego rodzaju stali bywalcy. Parę dni temu, kiedy siedziałem sobie przed owym sklepikiem, popijając herbatę i racząc się himalajskim słońcem, podszedł do mnie dosyć krępy, niski jegomość o szerokim uśmiechu. Przedstawił się łamanym angielskim i zaprosił mnie na krótką wyprawę do pobliskiego wodospadu. Wyglądał jak typowy baba, aczkolwiek jego ubiór trochę różnił się od ogólnego tutaj stroju sadhu. Pan, którego wszyscy tutaj właściwie znają dlatego, że przebywa w Rishikesh już od ponad trzydziestu lat. W Rishikesh lub w okolicy dlatego, że podróżuje. Tu warto wspomnieć również o tym, że prawdziwy sadhu jest typem podróżnika. Oprócz tego, że odrzucił wszelkiego rodzaju wygody i dobra materialne, to on również stara się nie przywiązywać za bardzo ani do ludzi, ani do przedmiotów, ani do miejsca.
Więc prawdziwy sadhu jest to wędrowny mnich. Taki, który przebywa w jednym miejscu tylko parę dni. Po to, aby właśnie nie przywiązać się do żadnego miejsca. Po to, aby kontynuować swoją duchową sadhanę, swój proces udoskonalania się na drodze duchowej. Także Baba Mohan Ji, dlatego, że tak ma na imię. Baba Mohan Ji również jest typem, który dosyć sporo podróżuje, aczkolwiek często wraca do miejscowości Rishikesh. Jest to starszy pan. Okazało się, że ma już siedemdziesiąt siedem lat, czego kompletnie po nim nie widać. Jest niski, dosyć krępy, z zaokrąglonym brzuszkiem. Zawsze z potężnym, szerokim uśmiechem, z pomarańczowym turbanem, który zawinięty jest wokół jego głowy.
No i zaprosił mnie ten pan na pokazanie mi okolicy. Okazało się, że jest również babą, który jeździ motorem. Dlatego tutaj okoliczni ludzie, ci, którzy go znają, nazywają go baba na motorze. Motor jest to prawdopodobnie jedyna rzecz, którą tak naprawdę posiada. Opowiedział mi, że dostał owy motor od pewnego oficera policji. No dlatego, że wiek już ma czcigodny i musi się przemieszczać po prostu używając maszyny. Aczkolwiek jego energia życia, jego sprawność naprawdę mnie zachwyciły. Zaimponował mi swoim wigorem, swoją sprawnością fizyczną i swoją kondycją. Zaprzyjaźniliśmy się właściwie od pierwszego momentu. No i Mohan Ji pokazał mi tutaj parę miejsc w okolicach Rishikesh.
Wyjeżdżaliśmy przez ostatnie trzy, cztery dni codziennie na jakąś wyprawę. Mohan Ji mówi, że ma już swoje lata i właściwie w swoich praktykach przeszedł już trochę na emeryturę. Podśmiechując się opowiada mi właśnie taką historię. Dlatego poprosił mnie, żebym był kierowcą, więc ja prowadziłem motor. On siedział za mną na fotelu pasażera, z szerokim uśmiechem pozdrawiając wszystkich przechodniów i znajomych, a okazało się, że ma ich tutaj naprawdę sporo. No i jeździliśmy sobie razem tym motorem. Odwiedziliśmy parę przepięknych wodospadów w górach. Zabrał mnie pewnego dnia do małego ashramu w górach, gdzie znajdują się ci młodsi sadhu o długich, długich lokach, które to zawinięte są wokół głowy na czubku głowy. Ciała tych panów pokryte są popiołami z ogniska, ale jest to bardzo szczególny rodzaj popiołu nazywany vibhuti. Popiół, który jest w pewien sposób naenergetyzowany.
Jest to również coś, co tych skąpo odzianych panów trzyma poniekąd w formie. To znaczy utrzymuje ich ciała w odpowiedniej temperaturze w nocy, kiedy jest bardzo zimno i również w ciągu dnia chroni przed słońcem. Więc ciała sadhu często pokryte są popiołem. Także wizyta w tym małym aśramie w górach naprawdę była przewspaniała. Zjedliśmy tam posiłek, porozmawialiśmy chwilę z tymi ludźmi, którzy tam operują, którzy na co dzień tam siedzą. Oni bardzo często, praktycznie dziennie opuszczają aśram po to, żeby udać się do dżungli, po to, żeby udać się na spacer w góry. Czasami odwiedzają innych sadhu, którzy to siedzą w jaskiniach wysoko w górach. Takich sadhu również udało mi się odwiedzić z moim lokalnym przewodnikiem. Odwiedziliśmy razem dwie takie jaskinie, gdzie żyją młodzi jogini. Jedna z nich była dosyć niedaleko tutaj od Rishikesh.
Dojechaliśmy tam praktycznie całą drogę motorem. Jaskinia przepiękna, położona bardzo widowiskowo przy modrym strumieniu, przy górskiej rzece o dosyć sporych rozmiarach. Miejsce przepełnione energią. Posiedziałem sobie trochę w środku tej jaskini sam ze sobą, gdzie było kompletnie ciemno, gdzie nie dochodziły mnie żadne dźwięki z zewnątrz. Zamknąłem oczy i byłem w pustce. Byłem po prostu sam ze sobą w przestrzeni, bez przestrzeni. Jest to zjawisko, które następuje momentalnie, kiedy znajdujesz się w takim miejscu. Dlatego, że tam dokonywanych było tyle praktyk duchowych, tam krąży tyle energii, że to miejsce bardzo pomaga ci w pewien sposób jako urządzenie energetyczne, tak bym to określił. Jako taka komora energetyczna umożliwia ci obcowanie ze Stwórcą. Druga jaskinia, którą odwiedziliśmy, nazywana jest jaskinią Ganesza.
Opowieść o Ganeszu jest dosyć ciekawa w mitologii hinduskiej. Otóż Ganesh był rzekomo synem Lorda Shivy i jego żony Parvati. To znaczy nie był bezpośrednio synem Shivy. I ta historia jest dosyć ciekawa. Otóż okazuje się, że Shiva w swoich długich podróżach i wypadach czasami nie przybywał do domu, do swojej żony przez parę lat. Jego żona Parvati czuła się dosyć samotnie, więc w pewien sposób wyczarowała sobie syna bez udziału swojego męża. To znaczy zamanifestowała małego chłopca, który to pojawił się na tym świecie w formie ludzkiej. Natomiast kiedy Shiva po długotrwałym wypadzie powrócił do domu, nie mając kompletnie pojęcia o tym, że Parvati właśnie utworzyła w pewien sposób chłopca, nie wiedząc, kim on był, a zastając go we własnym domu, wyciągnął miecz i obciął mu głowę. Tego dnia Shiva po prostu był w takim humorze. Jak opowiadałem wcześniej, Lord Shiva jest to postać nieprzewidywalna.
Postać, która jest bardzo nietuzinkowa, której nie można określić właściwie w żaden sposób. Jest to kwintesencja zaprzeczeń, a tym samym bytu i niebytu w jednej formie, więc jest to proces kwantowy. Właściwie bycie w dwóch miejscach w tym samym czasie lub bycie i niebycie w tym samym czasie. To już są kwestie, którymi zajmują się obecnie fizycy kwantowi, więc taką charakterystykę między innymi ma Lord Shiva. Zresztą Shiva jest to cała mnogość symboli. Jest to bardzo głęboka symbolika, którą jeżeli jesteśmy w stanie czytać w odpowiedni sposób, staje się dosyć istotną podwaliną naszej wiedzy o duchowości. No więc Shiva wyciągnął miecz i pozbawił chłopca głowy. Parvati była trochę, powiedziałbym, zszokowana. Oczywiście skończyło się lamentem. No więc Shiva, by udobruchać swoją żonę, ożywił chłopca ponownie.
Kiedy Shiva zamanifestował się dawno, dawno temu w wysokich partiach Himalajów, nie przybył tutaj na tą planetę sam. Mówi się o tym, że otoczony był istotami. Były to istoty, które nie miały właściwie określonej formy. To znaczy one przypominały w pewien sposób istoty ludzkie, ale nie miały kończyn, ale posiadały takie bezformne odnóża, które to poniekąd wyglądały jak macki. Trochę wyglądały może jak węże, a może jak trąba słonia. Te istoty nazywane są ganami. Więc Shiva, kiedy przybył na planetę Ziemia, kiedy zamanifestował się tutaj w swojej formie ludzkiej, ale poniekąd nadludzkiej, przybył z całym orszakiem owych istot, których to nie można było zaklasyfikować ani w królestwie ludzi, ani w królestwie zwierząt. Więc były to istoty, które istniały poniekąd na krawędzi naszego realnego świata. Były zanurzone częściowo w niebycie, z którego to przybyli, a poniekąd w pewien sposób ich forma umożliwiała im egzystencję i funkcjonowanie tutaj na planecie Ziemia. Więc kiedy Shiva pozbawił owego młodzieńca jego głowy, oczywiście żona Parvati zaczęła lamentować.
No i aby ją udobruchać, Shiva zamienił głowę oryginalną chłopca głową jednego ze swoich gan. A ponieważ w tradycji ludzkiej i według naszego rozumowania, według naszej percepcji, kiedy jest nam trudno coś określić, nazwać, próbujemy to zastąpić czymś, co już znamy. Więc w tym przypadku artyści, malarze, rzeźbiarze przez wiele tysięcy lat utworzyli wizerunek Ganesza, bo tak nazywał się chłopiec o dziwnym kształcie głowy. Zamienili jego wizerunek na wizerunek człowieka o głowie słonia. Dlatego, że właśnie ta trąba przypomina w pewien sposób te bezkształtne odnóża, którymi to charakteryzowali się Ganowie czy też Gany. Więc od tej pory powstał bardzo znamienity twór nazwany Ganeszem, który w religii hinduistycznej stał się bogiem, który jest czczony i dla którego buduje się mnóstwo świątyń. I właśnie w jednej z takich świątyń, położonej magicznie, malowniczo, wysoko w górach, udało mi się być. Pewnego dnia wcześnie rano wsiedliśmy na motor ja i Baba Mohan Ji i udaliśmy się w wyższe partie górskie, gdzie musieliśmy po pewnym czasie porzucić motor, dlatego, że droga już nie była przystosowana do pojazdów motorowych. Ruszyliśmy w górę piechotą. Mój przyjaciel Baba, pan, który już ma swoje lata, okazał niesamowitą sprawność fizyczną.
Posapując i postękując parł do góry, zatrzymując się co parę minut, aby złapać oddech. Po jakiejś godzinie takiego marszu, może nawet troszeczkę dłużej niż godzina, dotarliśmy do bardzo szczególnego miejsca. Jaskinia zupełnie na uboczu, do której prowadziła wąska, dosyć gęsta, porośnięta roślinnością ścieżka. Okazało się, że siedzi tam młody jogin i medytuje. Tuż przed wyjściem w góry zakupiliśmy trochę prowiantu, także z radością zaoferowaliśmy te produkty żywnościowe dla jogina. Zanieśliśmy mu mleko, trochę chleba, zapałki oraz zapalniczki i parę innych drobnostek. Okazuje się, że w owej jaskini znajduje się właśnie świątynia Ganesza. Wszystko jest przepięknie urządzone. Mój przewodnik spędził w owej jaskini dwadzieścia lat temu dosyć sporo czasu, dlatego miejsce i okolice są mu bardzo znajome. Ale ciekawostka.
W tej samej jaskini przez dwanaście lat przebywała pewna pani, która pochodzi z Niemiec. Pani, która postanowiła usunąć się ze środowiska, ze społeczeństwa i odbywać swoje praktyki duchowe wysoko w górach. Rzekomo siedziała tam dwanaście lat, a że była artystką rzeźbiarką, to miejsce przyozdobione jest niesamowitymi płaskorzeźbami, które to wystają spośród ścian owej jaskini. Jaskinia bardzo przytulna, urządzona w przepiękny sposób, gdzie znajduje się duże palenisko, gdzie znajduje się Śiwa Lingam, czyli pewna energetyczna forma, o której to opowiadałem już wcześniej. Swego rodzaju urządzenie energetyczne nazwijmy to. Znajduje się tam również posłanie i parę półeczek i różnorakiego rodzaju artystyczne twory, które owa pani tam stworzyła. Po dwunastu latach niestety straż leśna wygnała ową lokatorkę z tego miejsca. Ale niedawno, parę miesięcy temu, mój przewodnik Baba Mohan Ji pokazał to miejsce temu młodemu joginowi, który to ponownie przejął pieczę nad tą lokalizacją i który siedzi już tam od paru miesięcy. Jest takim dosyć ekstremalnym typem jogina. Jest sadhu, który nazywa się nagim sadhu, dlatego, że jest to również taki gatunek już ekstremalny sadhu.
Ten, który wyrzekł się nawet swojego ubioru. Więc z podziwem oglądałem fakt, że okryty jest jedynie takim kocem właściwie przewieszonym przez ramię. Tak jak wspomniałem, ci sadhu nie noszą żadnego ubioru, które ma na sobie szwy. Powodem tego jest sprawa energetyczna. Energia zawsze rozpowszechnia się na wszelkiego rodzaju krawędziach, na ostrych punktach. Również ubiór nasz, w przeciwieństwie do naszego ciała, które jest dosyć obłe w kształtach, może powodować pewnego rodzaju zanieczyszczenia manifestowania się energii. Owy sadhu jest tak zwanym nagim sadhu, więc ciało jego pokryte jest wyłącznie popiołem tak zwanym vibhuti. Wieczorem i na noc okrywa się kocem. Jest to sprawa imponująca, dlatego, że noce w Rishikesh obecnie są dosyć zimne. Jest to początek zimy.
Mnie w moim hoteliku często bywa zimno, pomimo tego, że leżę na łóżku pod paroma okryciami. A taki pan sadhu, który jest w stanie kontrolować swoje energie życia do tego stopnia, że jest w stanie kontrolować temperaturę swojego organizmu, nie ma kompletnie problemu z chłodem i mrozem podczas nocy. To jest prawdziwa, rzetelna, głęboka praktyka, którą dokonuje ten jogin. Siedzi sam ze sobą i właściwie z totalnością, z całym stworzeniem. Większość dnia spędza medytując. Oprócz tego prowadzi różnego rodzaju praktyki dewocjonalne, tak bym to określił. To nie jest dewocja religijna, taka jaką znamy w katolicyzmie. Tutaj bardziej chodzi o to, żeby zbliżyć się właśnie ze Stwórcą, żeby dokonać unii z owym Śiwą, czyli z niebytem, czyli z totalnością. Jego wiek określiłbym może na dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat. Ciężko mi powiedzieć, dlatego, że również ma długą brodę i bardzo długie dredlocki, które zawinięte są na czubku głowy.
I co? I siedzi tam. Nie ma właściwie żadnych wizytatorów, dlatego że tak jak wspomniałem, jaskinia jest na uboczu i właściwie nie znajduje się na żadnej z map turystycznych. Właściwie nie spodziewa się niczego, nie spodziewa się żadnych odwiedzin. Nie wiem, jak radzi sobie z jedzeniem. Podejrzewam, że nie je codziennie. My przynieśliśmy mu trochę sprawunków, ale on właściwie polega tylko i wyłącznie na tych ludziach, którzy właśnie dobrym uczynkiem, dobrym gestem zaniosą mu coś tam na górę. A nie jest to zadanie łatwe, dlatego że jest to spacer dosyć stromą, dziką ścieżką w lesie. No i chłopak ten nie schodzi w ogóle na dół do miasta. Radzi sobie z tym wszystkim.
Mój przewodnik Mohanji wyjechał do innej miejscowości, do stanu Punjab, w którym to ja przebywałem wcześniej. Także pożegnaliśmy się. Wsiadł na swój rozklekotany, dosyć podstarzały motor i z impetem odjechał w siną dal. Natomiast ja parę dni później odwiedziłem owego jogina ponownie. Tym razem zabrałem ze sobą przyjaciela, znajomego, którego poznałem tutaj w Rishikesh. No i ponownie zanieśliśmy owemu joginowi trochę sprawunków. Tym razem również mieliśmy ze sobą charas, czyli lokalny gatunek haszyszu, z czego owy jogin był bardzo zadowolony. Spędziliśmy trochę czasu przy owej jaskini, wypiliśmy herbatę no i zostawiliśmy jogina w jego spokoju, w jego ciszy. Zostawiliśmy go z jego praktykami. Mam zamiar odwiedzić go ponownie, zanim wyjadę tutaj z tego miejsca.
Aczkolwiek jest to rzecz fascynująca dla mnie. Posunięcie się do tego stopnia, aby porzucić wszelkiego rodzaju ambicje, aby znaleźć się w górach sam ze sobą, bez żadnej gwarancji, że zjesz dzisiaj posiłek, bez żadnych przedmiotów materialnych, bez żadnych rozrywek, bez żadnych gadżetów elektronicznych, bez internetu, telefonii komórkowej i żadnego kontaktu z ludźmi. Bycie kompletnie na uboczu i poświęcenie całego swojego czasu na praktykę duchową. I to jest moim zdaniem wspaniałe, aczkolwiek nie każdy z nas jest w stanie podążać tą drogą duchową aż do takiego ekstremalnego miejsca. Większość z nas powiązana jest w różnego rodzaju historie rodzinne, środowiskowe. Kariera zawodowa i wszelkiego rodzaju inne powikłania, które to w pewien sposób uniemożliwiają nam praktyki duchowe. No ale moim zdaniem istotne jest to, aby w pewien sposób odnaleźć balans. To znaczy, żeby nie kurczowo trzymać się tego tak powszechnego nurtu codzienności, którym to żyjemy w obecnych czasach. Tylko żeby zdawać sobie sprawę z tego, że jesteśmy istotami, które są świadome, że jesteśmy istotami, które są w stanie obcować z boskością, ze Stwórcą, z totalnością. No i na drodze ewolucji powinniśmy wykorzystywać ten fakt i jak gdyby udoskonalać się po to, aby przybliżać się coraz bardziej do tego aspektu boskości.
Więc odmawianie sobie często rzeczy, przyjemności i rozrywek może być również formą udoskonalania duchowego. Ale przede wszystkim, jeżeli nie możemy pozwolić sobie na siedzenie w górach, w jaskiniach latami, to ważne jest to, żeby uświadomić sobie, że są możliwości, aby dokonywać tej duchowej sadhany na co dzień, praktykując może nie tak ekstremalne formy, jakie prezentują tutaj owi sadhu, ale przede wszystkim przestawić się na ofiarowywanie dla innych. To jest właśnie karma-joga. Jeżeli jesteś w stanie zaoferować się dla innych, nie myśląc o tym, co ja z tego będę miał. Powszechnym stał się tego typu tok rozumowania w naszej dzisiejszej kulturze, w naszej gonitwie za rozwojem cywilizacji, że zawsze zastanawiamy się nad tym: a co ja z tego będę miał? I to jest błąd. Trzeba kompletnie zmienić swoje podejście, swój sposób rozumowania po to, aby zacząć oferować siebie innym. Metodą na pogłębianie swojej świadomości, na pogłębianie swojej duchowości jest nie tylko praca z samym sobą pod kątem odpracowywania swojego karmicznego długu i pracy nad własnym ego i nad własnym widzimisię, nad tym, co lubię, a nie lubię, ale również forma ofiarowywania samego siebie dla innych. Więc tutaj pojawia się motyw tak zwanego wolontariatu. Jeżeli jesteś w stanie oferować coś od siebie, oferować swoją pracę dla innych, nie oczekując w zamian nic, w sposób bezinteresowny ofiarować swój czas, swoje środki finansowe, jeżeli możesz sobie na to pozwolić, swoją energię lub może swoją wiedzę w jakiś sposób dla innych, nie oczekując nic w zamian, to jest to również wybitna metoda na pogłębianie swojego procesu duchowego.
No i o to w tym wszystkim chodzi. Do tego bardzo gorąco wszystkich zachęcam, aby zmienić tok rozumowania. Nie zastanawiać się nad tym, co ja z tego będę miał, jeżeli zrobię to i to dla tego człowieka. Bądź po prostu dobrym człowiekiem. Pomagaj swoim nie tyle bliźnim, nie tylko swojej rodzinie, ale całemu swojemu otoczeniu na tyle, na ile uważasz, że masz możliwości. Pomóż swojemu sąsiadowi. Pomóż pani w sklepie. Pomóż staruszkowi siedzącemu na ławce w parku. Przykładów można by tutaj mnożyć tysiące. Ty sam będziesz wiedział, kiedy to dokonujesz duchowej sadhany.
Kiedy czasami robisz coś wbrew swoim upodobaniom, kiedy robisz coś na przekór swojemu lenistwu, kiedy oferujesz siebie dla innego człowieka, to jest również bardzo potężna technika pogłębiania duchowości. Nie każdy z nas ma w sobie na tyle ikry, aby wybrać tą ekstremalną drogę, którą podążają sadhu. Ale nie jest to droga jedyna. Rób to na tyle, na ile uważasz za słuszne, ale rób to. Nie pytaj się: „A co ja z tego będę miał?”. Zrób coś dla kogoś innego. Połącz się w pewnego rodzaju akcie z inną istotą ludzką. Stwórz energię wokół tego czynu. Podnieś wibracje owej energii, owego czynu, owego obcowania z inną istotą do tego miejsca, gdzie poczujesz, że robisz dobrze, gdzie poczujesz, że robisz właściwie. Zacznij pomału.
Przyzwyczaj się do tego, że nie masz żadnych oczekiwań od nikogo innego. Jeżeli nie masz żadnych oczekiwań od nikogo innego, to właściwie jesteś już w pół drogi, dlatego, że nigdy się nie zawiedziesz. Skoro nie oczekujesz czegokolwiek od drugiej osoby, nie możesz się zawieść. Dlatego, że to, co robi druga osoba, to jest jej interes, a to, co robisz ty, to jest tylko i wyłącznie to, co wypływa z wnętrza ciebie. To jest to, co jedyne i prawdziwe, co mieszka w tobie, ale czasami musisz to odkryć i uzewnętrznić. I to dzisiaj na tyle na temat sadhu, joginów i świętych oraz wróży w Indiach. Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie. Mam nadzieję, że słucha wam się przyjemnie moich audycji. Jeżeli macie jakiegokolwiek rodzaju sugestie lub komentarze, to proszę zostawiać je pod audycją w archiwum albo w archiwum Radia Paranormalium, albo w archiwum YouTube. Zachęcam do szperania, zachęcam do podążania drogą świadomości.
Zachęcam również do dialogu. Pozostań w pokoju, drogi gościu Chaty Mistyka. Bądź uważny, bądź wyczulony, bądź zbalansowany. Poczuj energię wszechświata. Połącz się z totalnością. Namaste. Hari Om i Pranam. Do usłyszenia. Chata Mistyka.