[00:01] - Paralaxę. Rozmowy na Atlantydzie z Chrisem Miekina. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie. Dziś w Radiu Paranormalium zapraszamy na kolejny odcinek audycji Paralaxę. Rozmowy na Atlantydzie z Chrisem Miekina. Oczywiście na żywo i oczywiście nasz poszukiwacz prawdy jest już obecny po drugiej stronie połączenia internetowego. Dobry wieczór, Chrisie.
[00:26] - Dobry wieczór. Obecny ciałem, duch jeszcze schodzi po schodach. Widzę go właśnie nadciąga w moją stronę. Jak nastąpi połączenie może będziemy razem gotowi, ale nigdy nie wiadomo. Różne rzeczy się dzieją w tym magicznym, późnojesiennym czasie. Dzisiaj audycja ma dotyczyć voodoo, więc duchy, demony, lua i inne stworzenia. Będzie od nich gęsto. Ja widzę sam to lekkie rozdwojenie, także za efekt nie gwarantuję absolutnie. Witam wszystkich bardzo serdecznie. To jest absolutna gwarancja.
[00:57] - Ale zanim duch dojedzie, że tak powiem, do Chrisa, to podam kontakty do Radia Paranormalium. W ogóle ktoś tydzień temu narzekał, że audycja byłaby ciekawsza, gdyby ktoś zadzwonił. Jest możliwość zadzwonienia. Nikt z tego jakoś nie skorzystał. Potem były oczywiście narzekania, że dlaczego nikt nie zadzwonił. Także zapraszamy, wręcz prosimy o dzwonienie. Otwieramy już teraz linię telefoniczną. Nasze numery telefonów to 32 746 008, 32 746 008. Komórkowy 530 624 193, 530 624 193. Przepraszam, oczywiście zapomniałem podłączyć smartfona do naszego radia.
Już powoli podłączam. Może troszkę trzeszczeć, ale to znak, że wszystko gra i buczy. Skype radio.paranormalium.pl. Można oczywiście do nas pisać także na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02, 36 08 80 02. Jesteśmy również na czacie Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także znaleźć na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i Nowej Atlantydy, na grupie Radia Paranormalium. Oczywiście jeżeli ktoś woli, to może nam także wysłać pytania i komentarze na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Halo, halo Chrisie, oddaję ci głos.
[02:36] - Dziękuję.
[02:37] - Duch już dotarł?
[02:39] - Nie, ale jest już bardzo blisko. Także w którymś momencie nastąpi to połączenie. Także na razie jadę samotnie, zobaczymy jak ten duch we mnie wstąpi i stanę się o wiele bardziej uduchowiony. Może to, co mówię, będzie w jakiś sposób ciekawsze.
[02:54] - Wstąpi duch twój.
[02:58] - Sytuacja jest spirytualna. W końcu jest niedziela. Także jest to tradycyjne słowo na niedzielę z ambony Paralaxy. Jak wiecie ostatnio żyję troszeczkę w takim lekkim może nie rozdwojeniu jaźni, ale pomiędzy dwiema pięknymi, uroczymi kobietami. Jedna jest wam już dobrze znana, nazywa się Parallaxa, a druga jest zupełnie nowa, niesamowicie urocza, ale jednocześnie dzika i trudna do okiełznania i nazywa się Polaraxa. Między tymi dwiema kobietami utknąłem, wyczyniając te różne radiowe historie, dokonując rozmaitych eksperymentów wizualno-głosowych, a w zasadzie bardziej głosowych niż wizualnych. Ścieram się z materią. Tutaj dzięki za wszystkie rady, za wszystkie mesycze, listy, które od was dostaję. Są te wszystkie bardzo cenne, ale jednak na końcu zostaję tylko ja i ten mikrofon i ewentualnie wsparcie tej mojej uduchowionej części, która jeszcze ciągle do mnie nie dotarła. Także samotnie z mojej cielesnej pogłoki do was tutaj przemawiam.
Dziękuję również za wszystkie te komentarze dotyczące poprzednich audycji. W poprzedniej Paralaksie udało się, chyba cudem, dokończyć tę historię wenecką, bo zaczęła już się troszeczkę wyślizgiwać z rąk. I w zasadzie w pewnym momencie straciłem nawet taką nadzieję, że w tej historii jest coś, co może was w jakiś sposób zainteresować. Ja czasami wpadam w taki rodzaj euforycznego entuzjazmu i ta jakaś historia, na którą natrafię tak mnie ponosi, że wydaje mi się, że będziecie zachwyceni, gdy ją usłyszycie, a później przychodzą wątpliwości. One zawsze przychodzą później, zawsze przychodzą w najmniej spodziewanym momencie i trzeba się jakoś z nimi zmierzyć. Miałem te rzeczywiście wątpliwości co do Wenecji. Okazało się jednak, że zupełnie niepotrzebnie. Temat wam się spodobał i cieszę się bardzo, bo rzeczywiście jest w jakiś sposób unikalny. Dlatego, że przede wszystkim w temacie tym mówi się o konspiracji, ale w sensie takim, że przestaje to być konspiracja, gdzie pokazuje się winnego palcem, że nie pokazuje się na przykład Sorosa, brzydkich Niemców, nazistów, Rosjan, jakiejś innej określonej grupy. Mamy tutaj do czynienia z absolutnie płynną i niebezpieczną substancją, która od czasu do czasu przyjmuje nazwę.
Jest to nazwa umowna. Mogłaby się zupełnie inaczej nazywać. Przez wieki nazywała się Wenecja. Dojrzewała do tej wielkości monstrum, którym jest dzisiaj. Dzisiaj Wenecja jest tylko pięknym, uroczym zakątkiem, gdzie można się wybrać z narzeczoną, żeby przekazać jej pierścionek z diamentem. Albo można też poprzechadzać się po Placu Świętego Marka i Welliosa, żeby nakarmić gołębie i po prostu pobyć w wspaniałym, unikalnym miejscu. Ale jest to miejsce architektoniczne. Jest to starówka taka jak wiele innych. I nie czuje się tej grozy, bo Wenecja, to znikające i przepoczwarzające się monstrumZmienia swoje kształty, zmienia ludzi i funkcjonuje, doskonaląc swój arsenał wpływów, jaki ma na świat, co mam nadzieję w jakiś sposób udało mi się pokazać. I obserwując wasze komentarze widzę, że wzbudziło to troszeczkę zainteresowania, dlatego, że macie swoje własne wizje i pomysły i cieszę się z tego bardzo.
Zajrzałem na komentarze na stronie Radia Paranormalium. Za każdym razem, tak się wam przyznam, bo jesteśmy w sumie w małym towarzystwie tylko Marek, ja i wy wszyscy tutaj razem ze mną. Za każdym razem zaglądam tam z lekką obawą, bo oj, dużo tam jest emocji i czasami trzeba ostrożnie otwierać te komentarze, bo taką emocją można dostać na odlew, na dzień dobry, żeby sobie za dużo nie myśleć. I tam wśród rozmaitych komentarzy, bardzo interesujących i ciekawych, za wszystkie dziękuję, są dwa, które doceniam szczególnie. Jeden napisany przez kolegę Robba, który zauważył właśnie te wszystkie elementy w polskiej historii, gdzie nagle Wenecjanie pojawili się tak, żeby było ich ledwo co widać. Zostawili po sobie bardzo mało śladów, ale zostawili po sobie olbrzymie konsekwencje historyczne dla naszego kraju. Także znalazł wątek Wenecji i Polski bardzo silny, bardzo mocno związany. Natomiast drugi komentarz jest kolegi Kunde, który z kolei poszedł w przeciwną stronę, gdzie on wskazuje, jest troszeczkę niezadowolony, że ominąłem tę historię, skąd ci Wenecjanie tak naprawdę przybyli, że są to Fenicjanie, Kartagińczycy. Tak, ale to byłaby trzecia część całej opowieści. Natomiast tym głównym celem całej tej historii było wskazanie, że powstaje fenomen pod nazwą Wenecja i w pełnej, rozwiniętej formie zaczyna ekspansję na znany w tym czasie świat.
Na tym właśnie polega ten fenomen wenecki. To, jak się budował, jest to osobna historia. Być może jest to dobry pomysł, żeby stworzyć cały program na temat tego, kim byli Fenicjanie, kim byli Kartagińczycy, na czym polegał ten fenomen takiego, trudno mi to nawet nazwać państwem, bo o ile Kartagina zgromadziła jakieś terytorium, też za mocno nie była do niego przywiązana. Tworzyła ekspansję głównie morską, głównie handlową, a najbardziej niepokojącym elementem tego, co działo się wokół Kartaginy jest to, że ich system religijny był bardzo mroczny i opierał się na wierze w bardzo okrutnego boga, który wymagał ofiar z ludzi. I to jest straszne. To są właśnie te wątki, te elementy, które gdzieś pokazują się od czasu do czasu w Starym Testamencie, bo Fenicjanie i Kartagińczycy to narody semickie, które wyrosły z tego samego pnia kulturowego. I kiedy mamy tą historię, kiedy Abraham chce złożyć Jahwe w ofierze swojego syna Izaaka, jest to niezwykle ważna historia, ponieważ dotyka czegoś bardzo istotnego i pokazuje właśnie ten trend w tym ruchu religijnym, z którego później biorąc judaizm w takiej formie, w jakiej znamy go dziś, że gdzieś tam, w którymś momencie, w krajach takich jak Fenicja, później Kartagina, w potęgach wówczas światowych, w pewnym momencie urosły one do rangi potęg. Ten system religijny, czyli sposób pojmowania i patrzenia na świat i reagowania na wszystkie te zjawiska, w których się żyje polegał między innymi na tym, że aby przebłagać w jakiś sposób ten absolut, trzeba było mu złożyć ludzką ofiarę i to nie w sensie symbolicznym. I o tym się bardzo mało mówi. Kartagina w zasadzie jest czymś, co wzbudza raczej nawet sympatię, ponieważ walczy z tym rzymskim imperializmem.
I w zasadzie też historycy nie za bardzo się zastanawiają, nie za dużo czasu spędzają na tym, ażeby wytłumaczyć, jak to się stało, że z taką zaciekłością Cesarstwo Rzymskie stoczyło te swoje trzy wojny z Kartaginą, co skończyło się kompletnym zniszczeniem Kartaginy. I ta nienawiść do Kartagińczyków była tak silna i tak zdeterminowana, że w końcu, kiedy udało się zdobyć ostatnie ich terytoria, to miejsce, w którym kiedyś stała Kartagina, zasypano solą, żeby tam nic już więcej nigdy w życiu nie urosło i nikt więcej nigdy nic nie zbudował, żeby po prostu wyrwać tego raka z korzeniami, jakby przeczuwając, że ten rak gdzieś może mieć swoje przerzuty i odrodzić się na nowo. I tutaj kolega Kunde ma absolutnie rację mówiąc, że te korzenie gdzieś tam w tej Kartaginie leżą, ponieważ ten rak najpierw przeniósł się w sposób niewidzialny do Rzymu, gdzie powoli dojrzewał, a następnie dokonał tego przerzutu na Wenecję. I od tego zaczyna się właśnie nowożytna nasza historia z nową formą tego shapeshiftera, tego monstrum, którym staje się Wenecja, który ciągle dobrze sobie radzi, ciągle żyje, tylko ma zupełnie już inne nazwy. Wenecja jako punkt geograficzny ciągle istnieje, ale już ma tylko ograniczony związek z tym, czym jest dzisiaj naprawdę i skąd, z jakich centrów na razie obecnie funkcjonuje, działa i wpływa na nasze losy praktycznie każdego dnia. Także cieszę się bardzo, że państwo zwracacie na takie rzeczy uwagi, że istnieje właśnie taki jakiś proces przemyślenia, sprawdzania tego, co mówię. No i nawiązuje się ta dyskusja, którą sobie ogromnie cenię. Jest to najfajniejsza rzecz, jaka się rozgrywa właśnie w tych wszystkich radiowych historiach i w tych moich radiowych przygodach, które osiągają właśnie na obecnym etapie pewien pułap, który nie wiem, jeśli z niego spadnę i połamię sobie kości, to zakończę tą całą mojąKarierę, w cudzysłowie, radiową. Albo może uda się coś z tego rzeczywiście zrobić. Jest to bardzo energochłonne, ale jednocześnie daje masę satysfakcji.
Eksperymentowanie. Ja z takimi eksperymentami nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Próbowałem coś pięć lat temu tylko z tego powodu, że nabyłem program, który filmował mój ekran komputerowy i wydawało mi się, że być może interesujące będzie sobie błądzić po tym ekranie, odbywać podróże wirtualne po internecie, filmować to, co oglądam i o tym opowiadać. Szybko to zarzuciłem, gdzieś jakoś nie wzbudziło to niczyjego, ani też mojego zainteresowania. I dziś jest ten powrót właśnie z bliźniaczką niemalże Paralaxy, Polaraxy. Udało mi się do tej pory kilka ich zrobić. Dają, tak jak powiedziałem, dużo satysfakcji. Są także o siebie trochę zazdrosne. I to jest także problem, bo od jednej trzeba zabrać, żeby oddać drugiej. Nie można się rozdzielić na dwie części.
Już duch mój powoli do mnie dotarł. Także już siedzimy w tej chwili we dwóch. Ja i mój duch, jakby powiedział poeta z epoki romantyzmu i możemy już zacząć nasz główny temat. Ten główny temat w zasadzie wytworzył się w sposób, powiedziałbym troszeczkę przypadkowy, bo on zaczął się już od naszych rozmów tutaj, właśnie w audycji, dużo wcześniej, kiedy pojawił się nagle temat Haiti, pojawił się temat polskiej ekspedycji wysłanej tam przez Napoleona, polskiej jednostki wojskowej, która miała tłumić bunt na Haiti. Zaczęły się różne dyskusje. Dostałem kilka listów, linków, gdzie ktoś opisuje te wszystkie historie polskie w Cazales przede wszystkim na Dominikanie. Oczywiście na Haiti. I tak mi przyszło do głowy, że w zasadzie, ponieważ ciągle jeszcze żyjemy w tym czasie duchów, halloweenowym czasie duchów, który u mnie ma czasami przepiękne oblicza, bo ma na przykład oblicze i zapach placka z dyni, a ostatnio takiego klasycznego apple pie. Ostatnio czuję się bardzo mocno rozpieszczany. Moje łasuchostwo jest bardzo mocno rozpieszczane.
Doceniam ten jesienny sezon, bo ten cynamon i kardamon to właśnie są te zapachy tej jesieni. Nawet kiedy okazuje się, że nagle mróz jest na zewnątrz. I właśnie z tego wszystkiego przyszedł pomysł, żeby może porozmawiać o tym Haiti. Nie próbowałem wprowadzić tego w głosowanie, żeby nie tworzyć jakiegoś większego zamieszania, bo pozornie temat wydaje się rzeczywiście taki mocno odległy, bardzo egzotyczny, może nawet taki niszowy, w którym w zasadzie nie ma co szukać, ale jest jednocześnie fascynujący w jakiś sposób. Jest dla mnie fascynujący, szczególnie z tego względu, że mam kontakt z rodowitymi Haitiańczykami. Już wam opowiadałem moją historię o Edim, czyli Eduardo, który jest Haitiańczykiem. Czarną skórę ma ten nasz koleżka, ale być może jest moim bardzo bliskim kuzynem, bo ma on kuzynów, którzy mają prawdopodobnie w sobie polską krew, bo mają zielone oczy i jaśniejsze włosy, jaśniejszy kolor skóry. Także to bardzo interesujące powiązanie, które właśnie dało ten efekt, że poznałem więcej tych Haitiańczyków, poznałem więcej osób stamtąd i zaczęliśmy rozmawiać o tych wszystkich historiach, które dzieją się na Haiti. I muszę wam powiedzieć, że wcale nie jest to łatwe. Dla nich nie tyle jest to rodzaj jakiegoś wstydu mówić o tym, na czym polega kultura Haiti, na czym polega ich system wierzeń, ale jest to coś, co jest kwestią niemalże ich własną i prywatną.
Dlatego człowiek z zewnątrz, żeby o tym się dowiedział, musi być w jakiś sposób darzony zaufaniem, a to zaufanie niełatwo jest zdobyć. Te wszystkie lody bardzo często przełamuje magiczny płyn, który nazywa się barbonkür i jest to lokalny haitiański rum. Rum, który ma magiczne właściwości. Rum, który w zasadzie jest bardzo rzadko sprowadzany do cywilizowanych krajów zachodniej Europy czy Ameryki z bardzo prostej przyczyny. Z takiej przyczyny, że nikt do końca nie jest w stanie powiedzieć, jakie składniki zostały użyte do jego wyprodukowania. Oczywiście wiadomo, trzcina cukrowa najważniejsza rzecz, bo ona daje ten power, daje tą spiritualną w sensie dosłownym moc. Ale jeszcze dochodzą właśnie do tego te wszystkie korzenie, te wszystkie magiczne korzenie i rośliny, które szczególnie udocheniają ten narkotyk i sprawiają, że można pofrunąć dalej niż się myśli, nie zwracając uwagi na wymiary i prędkość światła, którą po prostu te wszystkie latające spodki, które pędzą gdzieś tam prędkością światła, zostawia się za sobą jak jakieś rowery. Tak szybko się potrafi polecieć. A składniki są różne, bo czasami na przykład są to nawet i ludzkie kości, czasami są to kawałki żaby, jakiegoś węża. I oczywiście rośliny.
Właśnie myśląc na ten temat i rozmawiając na ten temat o tych właśnie roślinach, które mają te niezwykłe, dziwne właściwości, okazuje się, że aż 95% roślin, które mają jakieś działalności halucynogenne, wpływają na to, w jaki sposób patrzymy na świat, robią coś z naszą głową. 90% tych roślin rośnie w obu Amerykach, a tylko te 5% rośnie gdzie indziej. Mamy przecież te wszystkie historie słynne o tych wszystkich psychodelikach i z Tybetu, i z innych miejsc, szczególnie z Afryki, ale jest to praktycznie nic w porównaniu z tym, co dzieje się w Ameryce Południowej i Północnej także oczywiście, gdzie jest mnóstwo roślin endemicznych, które takie właściwości mają. I te wszystkie rośliny były już bardzo wcześnie poznane przez najrozmaitsze kultury. A kiedy pojawiały się nowe kultury, bo haitiańska kultura jest nową kulturą, w miarę nową kulturązostały w jakiś sposób absorbowane przez te kultury i wtłaczane w ich własny system wierzeń. To pokazuje, w jaki sposób gładki i bezproblemowy kultury nawzajem się mieszają, uzyskują swoją nową tożsamość nawet w olbrzymiej odległości od swojego źródła. Bo kultura haitańska jest kulturą afrykańskich murzynów. Jest to kultura, którą stworzyli niewolnicy, którzy zostali przywiezieni wbrew ich własnej woli, gdzieś z dalekiej Afryki, z Konga, z Dahomeju, Angoli, z Mozambiku, Madagaskaru nawet. Nigdy nie wrócili do miejsca, z którego ich porwano. Jest to jeden z najwstydliwszych, najokropniejszych momentów naszej ludzkiej kultury, gdzie wykorzystywało się w sposób niezwykle okrutny i czasami bestialski drugiego człowieka dla osiągnięcia swojego własnego zysku.
I ci ludzie potrafili jednak w jakiś sposób się odrodzić. Ta potęga spirytualna, ta potrzeba wiary w jakiś absolut, to przeświadczenie o tym, że nie jesteśmy sami, że nie jesteśmy tylko ciałem, że żyjemy w metafizycznym świecie i mamy dostęp do najrozmaitszych duchów, demonów czasami czy innych tego typu, nie wiem, w naszej religii na przykład aniołów czy innych metafizycznych stworzeń. Nie jesteśmy sami. Odkrywali to nawet ludzie, którzy żyli w tych podłych warunkach, żyjąc, pracując na plantacji i umierając tam po prostu jak muchy. Jest to często bardzo trudne do zrozumienia dla takiego przeciętnego zjadacza chleba, który siedzi sobie tak jak ja teraz w wygodnym fotelu, popija sobie herbatkę imbirową, niewzmacnianą w żaden sposób, na razie żadnym Barbancourt. Bardzo trudno jest to zrozumieć i z tego powodu narasta wiele legend. W przypadku voodoo oczywiście następne słowo, które przychodzi na myśl, jest to słowo zombie i w zasadzie wszystkim kojarzy się to z jakimś rodzajem bardzo niebezpiecznej czarnej magii, z jakimś szaleństwem, wręcz chorobą psychiczną. I wszyscy trzymają się od tego z daleka. Tymczasem okazuje się, że nawet poprzez naszą kulturę w zasadzie jest sposób, w jaki możemy próbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. I takie narzędzia daje antropologia kulturowa.
Jest to dla mnie wśród tych wszystkich nauk, jakie mamy do dyspozycji, oprócz fizyki i matematyki, jedna z najcenniejszych nauk, jakie posiadam w swoim własnym arsenale. Dlatego, że produkuje właśnie narzędzia, które potrafią przełożyć język nieznanej nam kultury na nasz własny język i pozwala nam zrozumieć, czym jest ta kultura, dlaczego zbudowała się w taki, a nie inny sposób. W jaki sposób ten świat, który często przekazywany jest poprzez emocje, poprzez muzykę, jest w stanie dotrzeć do naszej świadomości, kiedy ubierze się go w nasze słowa i w nasze określenia. I antropologia, tworząc te bardzo precyzyjne narzędzia, coś takiego właśnie umożliwia. Ja mam wielką sympatię do antropologii kulturowej. W moim życiu udało mi się na nią trafić bardzo wcześnie. Niektórzy nawet mówią, że aż troszeczkę może za wcześnie. Prawdopodobnie miałem wówczas sześć, może siedem lat i mój kuzyn Zdzichu miał wspaniałą bibliotekę książek, z której ja czerpałem pełnymi garściami. To tam właśnie znalazłem takie książki jak na przykład „Wielkie dni małej floty” Ferdka, co mnie kompletnie zafascynowało i pokazało II wojnę światową w polskim wykonaniu, na dodatek na morzu. Już wtedy mojej pasji.
To było wspaniałe i świetne. Były powieści kapitana Blada, była cała seria książek o kapitanie Ormblerze. Są to rzeczy prawie że nieznane dla dzisiejszej młodzieży. Ja wyrastałem w tej literaturze i któregoś dnia, grzebiąc w tych półkach u mojego kuzyna Zdzicha, znalazłem książkę, która miała kilka tomów i miała niezwykle zagadkowy tytuł. A tytuł brzmiał: „Życie seksualne dzikich”. Moja sześcio- czy siedmioletnia wyobraźnia natychmiast stanęła w lekkim zapłonie. Bo już wówczas, na tamtym etapie, byłem w stanie zauważyć, że między chłopcami i dziewczynkami są jakieś różnice. Są mężowie, żony, są różne inne historie. Więc wydawało mi się, że oto trafiłem na niezwykły skarb takiej tajemnej wiedzy. Na pewno mój ojciec nigdy nie zgodziłby mi się kupić takiej książki.
Na pewno nigdzie nie udałoby mi się jej znaleźć. Zdzichu miał na swojej półce, więc na początku nie przyznałem się Zdzichowi. Zacząłem czytać gdzieś w kąciku, poszukując informacji, kartkując te wszystkie historie. Bronisław Malinowski od razu stał się moim bohaterem. No i wiecie, co znalazłem w tej książce? Nie znalazłem nic. Nie znalazłem nic, co byłem w stanie w jakiś sposób zrozumieć. Triobriandy. Utkwiło to w mojej pamięci chyba już do końca życia. Te wyspy i historia o tym, że nawet Malinowski wyrażał się niezbyt pochlebnie i pozytywnie o urodzie tamtejszych egzotycznych i teoretycznie wspaniałych kobiet.
Bo tutaj, kiedy zacząłem szukać w jakichś innych historiach, jak wyglądają ci ludzie, którzy mieszkają gdzieś na tych pięknych i tropikalnych wyspach, to w tamtych czasach nie było internetu, że sobie można było kliknąć i miało się 30 000 obrazków do dyspozycji. W tamtych czasach trzeba było sobie to wszystko znaleźć. Ja po raz pierwszy znalazłem obrazek, jak wyglądają ludzie w tamtych właśnie rejonach. Znalazłem sobie, przeglądając jakiś album obrazów i tam były obrazy Gauguina, który mieszkał jakiś czas na południowym Pacyfiku i tam malował. I to były moje pierwsze informacje, jak to wszystko wyglądało, więc usiłowałem to sobie złożyć w jedną całość. Nic nie zrozumiałem, ale miałem jeden bardzo ważny wniosek.Przyjdzie czas, pomyślałem sobie, że to wszystko stanie się dla mnie jasne i to wszystko zrozumiem. Przyszedł rzeczywiście taki czas. Zrozumiałem. Nawet kiedyś w przeszłości nabyłem tę książkę Malinowskiego, klasyka niesamowitego. Chociaż uważam, że „Złota gałąź” jest znacznie lepsza, a później „Opowieści mityczne” i „Eliadę” jeszcze lepsze, bo mają ten wydźwięk piękny, literacki, mają to piękne słowo i mają tę melodię.
Tę obcą kulturę się wręcz czuje. Płynie się jak na falach Dunaju tej obcej kultury, wchodzi się w nią i staje się jej częścią. Dlatego mają niezwykłą wartość. Właśnie zrozumiałem, że ten język jest dlatego taki pozornie nieprzystępny, że wymaga pewnego poziomu i pewnego przygotowania po to, ażeby być w stanie przełożyć tą jedną kulturę na drugą. I właśnie czegoś takiego wymaga zrozumienie kultury voodoo i kultury zombie. Czego wymaga zrozumienie religii, jaka jest religią obowiązującą na Haiti? Na Haiti oficjalnie określa się tak, że 90% Haitiańczyków są to rzymscy katolicy, ale 100% tego narodu to jest religia voodoo. W taki sposób występuje podział. Bardzo interesujący. Kiedy spróbujemy pomyśleć na przykład o religiach.
Taki mały eksperyment tutaj na falach radiowych. Pomyślmy sobie, jakie pierwsze religie przyjdą nam na myśl, kiedy chcielibyśmy wyliczyć ich tak z pięć, sześć. Wiadomo, od razu pojawi się chrześcijaństwo, islam, judaizm, buddyzm, hinduizm, szinto, być może jeszcze parę innych religii u innych osób. I kiedy chwileczkę na ten temat pomyślimy, czy już wymieniliśmy wszystkie, zauważcie i w zasadzie nie będę robił tutaj takiego wirtualnego zakładu, ale niemalże z całą pewnością mogę powiedzieć, że żadna z was, żadne z moich dzisiejszych słuchaczy w Paralaksie na pewno nie wpadł na pomysł, żeby wymienić, dodać do tej listy jakąś religię afrykańską, prawda? Myślę, że większość z was i na pewno są tacy, którzy to wymienili. Zdaję sobie sprawę, że słuchają tej audycji czasami ludzie z ponadprzeciętnym poziomem intelektualnym. Nigdy nie pretendowałem do takiego poziomu. Jestem normalnym, zwykłym, prostym człowiekiem, który funkcjonuje na zasadzie takiej granicy normalności absolutnej. Więc w moim poczuciu na mojej liście rzeczywiście taka religia, która pochodziłaby z Afryki, mimo że interesuję się antropologią, jakoś się nie pojawiła. I rzeczywiście zaskoczyło mnie to w sposób ogromny.
Że nagle, kiedy myślimy o Afryce, to myślimy o tych ludziach jako autentycznie dzikusach na zasadzie takiej, że w zasadzie oni są bliżej zwierzaków, którzy żyją instynktem bardziej niż ludzi. Myślę, że jest to straszliwie niesprawiedliwe, bo na południe od Sahary zwłaszcza te wszystkie systemy religijne rozwijały się i rozwijają się nadal w sposób niezwykle dynamiczny. To właśnie tam znajduje się źródło tej religii voodoo. Religii, której źródło właśnie jest Dahomey. Dzisiaj Dahomeyu nie ma, dzisiaj jest Benin. Dahomey nazwali tak Francuzi. Dzisiaj panuje taka opcja, że w ramach dekolonializacji likwiduje się te wszystkie stare nazwy, takie jak Dahomey na przykład albo Górna Volta. Nie ma już Górnej Volty, jest za to Burkina Faso. W sumie też ładnie. Jest ta religia voodoo, jak nazywali ją Afrykanie jeszcze w Afryce i polega ona na tym, że tak samo jak każda inna religia tworzy sposób na życie, tak samo jak każda inna religia staje się wyznacznikiem norm moralnych.
Ale voodoo jest czymś niezwykle unikalnym, czego nie ma żadna inna religia. Mówiąc w skrócie, jak to sobie można wyobrazić? Kiedy zapytać takiego Afrykanina czy nawet Haitiańczyka, dlatego, że bliskość jednej i drugiej religii voodoon i voodoo jest w zasadzie nie do odróżnienia. Jest to dokładne, wręcz afrykańskie przełożenie religii na egzotyczny teren karaibskiej wyspy, gdzie obecnie znajduje się Haiti. Dzieli tą wyspę razem z Dominikaną, która jest zupełnie różna i zaraz będę o tym mówił, na czym polegają te różnice. Ale kiedy zapytać właśnie Haitiańczyka czy jakiegoś człowieka, który mieszka w Afryce i jest zanurzony w tej kulturze voodoo, na czym polega ta różnica, to oni odpowiadają, że na przykład chrześcijanie mają świątynie, do których przychodzą, próbując skontaktować się z Bogiem, próbując znaleźć jakiś z nim język. Natomiast w religii voodoo ludzie wyznający tą religię wpadają w trans. Stają się w jakiś sposób opętani przez tego ducha i oni sami stają się bogami. Stają się jednością. Przez tego ducha, przez to opętanie mają bezpośredni kontakt z Bogiem.
Dlatego nie potrzebują pośredników, nie potrzebują nikogo, nie potrzebują miejsca, ażeby bezpośrednio dotrzeć do absolutu i zjednoczyć się z boskością. Także w sensie spirytualnym było to dla mnie niezwykłe odkrycie. Dostrzec coś takiego, co nie potrzebuje tak naprawdę żadnych artefaktów, żadnych różnych elementów, jakiejś niezwykłej symboliki, świętej geometrii, najrozmaitszych architektonicznych konstrukcji.Po to, ażeby móc poczuć się bliżej absolutu. Generalnie, jeśli popatrzymy na całą naszą ludzką historię, to nieustannie szukamy tego naszego związku z tym absolutem, z tym czymś, co nas stworzyło, z tą wielką siłą metafizyczną, która ma dla nas ogromne znaczenie. Bo jeśli staniemy nagle w pozycji takiej, do jakiej sprowadzili się na przykład ateiści, którzy notabene są osobami wierzącymi, ponieważ wierzą, że nie wierzą w Boga czy coś w tym rodzaju, to zdajemy sobie sprawę nie tylko jak bardzo samotni jesteśmy w tym świecie, ale także w zasadzie najgorsze jest to, że nie ma sensu naszego istnienia. Bo skoro przychodzimy znikąd, właściwie pojawiamy się z nicości i zamieniamy się w nicość i nasze życie trwa tylko kilka lat, to po co to wszystko? Po co budować, tworzyć, tworzyć technologie, latać w kosmos? To jest absolutnie niepotrzebne. Znacznie lepiej byłoby właśnie napędzić sobie takiego trunku barbankur z różnymi fajnymi nasionami w środku. Może niekoniecznie z ludzkimi kośćmi i po prostu gryząc sobie kwiatka stokrotki i patrząc sobie na przelatujące słowiki, rozmyślać sobie o niebieskich migdałach, niż przejmować się tym, jak będzie wyglądał świat i dokąd dążymy.
Tylko fakt, że nasze życie ma głębszy sens, że nasze życie na Ziemi jest tylko częścią większej podróży spirytualnej w tym sensie, że tracąc jeden wymiar, pojawiamy się gdzieś w następnym. Reinkarnujemy się w jakiś sposób gdzie indziej. Ma tylko i wyłącznie znaczenie. I dlatego ta religia jest tak ważna w całej tej ludzkiej historii. Tak bardzo jest istotna, żeby móc stwierdzić, że nie tylko absolut istnieje, ale jednocześnie nawiązać z nim kontakt. Zaskakującym wnioskiem było to, że religia voodoo daje tą najprostszą, najbardziej bezpośrednią drogę wprost do celu. To z tego powodu, kiedy ta rewolucja, jaka wybuchła, właściwie olbrzymi bunt przeciwko kolonialistom na Haiti, jednym z pierwszych efektów tego, co wydarzyło się po zwycięstwie tych byłych niewolników, było to, że po prostu wykopano księży katolickich z całej wyspy i oddano się kultowi voodoo. Myślę, że to jest dobry moment, żeby pokazać to miejsce w historii, gdzie to w zasadzie wszystko się zaczęło. Bo z jednej strony mówię, że źródła są w Afryce. Tutaj nagle coś takiego odradza się na Haiti.
Oczywiście ważnym elementem, o którym tutaj co jakiś czas wspominam, jest to, że ci ludzie z Afryki zostali po prostu skradzeni. Zostali porwani, zamienieni w niewolników i zawiezieni na wyspę Haiti, która wówczas należała do Francji. Była podzielona między Francję a Hiszpanię. Dzisiejsza Dominikana to była hiszpańska kolonia, dzisiejsze Haiti należało do Francji i ta część Haiti była największą perłą w koronie całych zamorskich imperiów na Karaibach. Nikt nie miał, nawet Anglicy na Jamajce, nikt nie miał podobnie produktywnej wyspy, jak mieli Francuzi na Haiti. Była to najbogatsza wyspa całych Karaibów. Było to później, jak się okazało, także jedyne miejsce na świecie, kiedy w historii powiodła się revolta niewolników. Powstanie wybuchło w 1791 roku i jeszcze do tego czasu ta kolonia nie nazywała się Haiti. Nazywała się Saint-Domingue. Produkowała niesamowitą ilość dóbr.
Żeby to sobie wyobrazić, trzeba spojrzeć na mapę, że jest to niewielki punkcik, karaibski punkcik na mapie, gdzie znajduje się Haiti. I w tym miejscu, w kolonii francuskiej Saint-Domingue produkowano na przykład dwie trzecie całej światowej kawy. To jest aż trudne do wyobrażenia. Produkowano tam indygo, skóry krów. 133 miliony ton cukru rocznie było produkowane właśnie na Haiti. I żeby to wszystko wywieźć do Europy, każdego roku średnio przypływało do Haiti 4000 francuskich statków. Także ruch olbrzymi jak na tamte czasy. Wszystkie te statki były pod żaglami, także można sobie wyobrazić te gigantyczne flotylle, które wywoziły tą olbrzymią ilość dóbr właśnie do Francji. I to chyba wówczas staje się dla nas także jasne to, jak to się stało, że Francja szybko doszła do takiej potęgi, że Ludwikowie Burbonowie tak wspaniale radzili sobie finansowo z utrzymaniem swojego królestwa, a jednocześnie wspierali sztukę, budowali wspaniałe rezydencje, zamki, tworzyli kulturę. Wszystko to kosztuje.
Za wszystko to trzeba było zapłacić. I te pieniądze, które przypływały do Francji szerokim strumieniem, pochodziły właśnie także, a może przede wszystkim z kolonii. Dlatego ten kolonializm i ta walka o kolonie, jaka wybuchła wówczas na świecie była nie tylko zaciekła, ale jednocześnie nadawała ton historii. Wszystko oczywiście zaczęło się od Krzysztofa Kolumba i od odkrycia Ameryki, a później już wszystko poszło z siłą wodospadu, jak lawina. Przejmowano i wyrywano sobie nawzajem z rąk różne tereny. Francja wyrwała dla siebie Haiti oraz parę innych wysp dookoła, tak jak na przykład Martynika, Dominika, nawet Gwadelupa. Martynika do dziś w zasadzie nawet nie jest już kolonią francuską, jest częścią Francji, integralną częścią Francji. Odwiedzałem ją jeszcze w tym roku i będę w przyszłym roku, gdzie będę chciał zrobić taką podróżPomiędzy trzema wulkanami, zaczynając od Mont Pelée na Martynice, przez wulkan Sulphur na Saint Lucia, a kończąc na wulkanie, który znajduje się na Saint Vincent i który również nazywa się Sulphur. Ponieważ miałem już pierwszy rekonesans w tym terenie, wydaje mi się, że jest to niezwykle atrakcyjna podróż, kiedy będzie można się skupić na tych wulkanach i na kulturze, która wokół nich się rozwija. Tam również można zobaczyć elementy tej o wiele bardziej nieoficjalnej kultury, która ma w sobie i voodoo, i zielarstwo, i różne inne historie, przygody.
Myślę, że to będzie w jakiś sposób ciekawe. To jest projekt na przyszłość, także nie będę o nim mówił w tej chwili. Martynika jest częścią Francji. Kupuje się tam za euro i jest dystryktem. Jest tam wojsko francuskie i jest to pozostałość po tym wspaniałym imperium karaibskim Francji, którego perłą było Haiti. Żeby te wszystkie dobra w jakiś sposób udało się stworzyć, oczywiście potrzebna była siła robocza i dlatego znów tysiące statków przywoziły niewolników z Afryki, dlatego że śmiertelność tych niewolników była olbrzymia. Oblicza się dziś, że mniej więcej średnio rocznie na Haiti umierało 19 tysięcy ludzi. 19 tysięcy niewolników. Jest to niesamowita liczba. Przeliczcie to sobie na ilość dni.
Straszna liczba. Umierali z wycieńczenia ciężką pracą, umierali przez tortury, ale codziennie dowożono nowych niewolników. W ciągu ostatniej dekady istnienia kolonii francuskiej na Saint-Domingue, czyli Haiti, przywieziono tam 300 tysięcy niewolników, głównie z Angoli, Kongo, Senegalu, Madagaskaru, Mozambiku. Kiedy wybuchła rewolucja, oczywiście pierwszymi jej ofiarami byli wszyscy ci biali plantatorzy. Niezwykle okrutni, niezwykle bogaci, ale w zasadzie trudno jest ich żałować. Wszyscy stracili życie w bardzo okrutny sposób. Cała wyspa Haiti została w jakiś sposób odizolowana. Nagle okazało się, i to było zdumiewające odkrycie, że na Haiti mieszka więcej Afrykanów niż w całej Afryce. Oczywiście ja wiem, to brzmi bardzo kontrowersyjnie. Jak jest w stanie być więcej Afrykanów na Haiti, na niewielkiej wyspie, niż na olbrzymim kontynencie?
Ale trzeba pamiętać, że w XIX wieku, kiedy kolonializm osiągnął swój punkt szczytowy, praktycznie cała Afryka była podzielona pomiędzy potęgi kolonialne i niemalże każda afrykańska kultura była bezwzględnie niszczona przez te potęgi kolonialne w najrozmaitszy sposób. Francja, oczywiście Wielka Brytania, Portugalia i inne kraje. Belgia na przykład. Olbrzymia hekatomba, olbrzymia masakra, jakiej dokonano w Belgii, gdzie król Leopold zabił więcej ludzi niż Adolf Hitler w II wojnie światowej. To jest zdumiewające. Też o tych faktach się nie mówi. Kolonie niemieckie w Namibii, gdzie na miejscowych Buszmenów polowało się jak na zwierzęta i odcinało się im głowy i za taką głowę dostawało się pieniądze w punkcie skupu tego typu głów. Było to coś zupełnie normalnego. Dziś wydaje się to absolutnie nieludzkie i straszliwe. Zresztą chyba z każdego punktu widzenia, w każdym czasie będzie to nieludzkie i nie do przyjęcia, że człowiek był w stanie doprowadzić się do takiego etapu, do takiego niskiego poziomu, żeby móc w ten sposób reagować i traktować innego człowieka jako zwierzynę.
Zresztą parę razy o tym mówiłem wcześniej. Kiedy Kolumb odkrył Amerykę i pojawili się tam hiszpańscy konkwistadorzy, jakiś czas trwało, ponad 100 lat trwało, zanim papież łaskawie uznał, że ludzie, którzy zamieszkują Amerykę Południową, są w ogóle ludźmi. Dopóki to nie zostało oficjalnie powiedziane w buli papieskiej, Hiszpanie traktowali ich jak zwierzęta. Dlatego nikt nie miał żadnych wyrzutów sumienia, że zabijano tych wszystkich biednych ludzi tysiącami. Karmiono ich mięsem psy, zabawiano się w straszliwie okrutny sposób. Spalono na stosie i robiono różne straszne rzeczy. Straszne rzeczy, o których też do tej pory mówi się ze wstydem, dlatego że za tym, co się stało, stoją nazwiska, stoją nazwy państw, stoją kultury, które dziś chlubią się swoją wielkością, swoją wyższością nad innymi kulturami. Dlatego w tym przypadku, przynajmniej w tej historii kolonialnej, my Polacy dzięki temu nie musimy mieć żadnych wyrzutów sumienia. Polska nigdy nie prowadziła polityki kolonialnej, nigdy nie zniewalała innych narodów i przez setki lat była ostoją wolności. Mam nadzieję, że jest w naszym kraju także do dziś i myślę, że ta cecha naszego narodu to poczucie, potrzeba wolności jest czymś niezwykle pięknym i szlachetnym, co warto jest pielęgnować i co stawia nas wśród innych narodów na zupełnie innej pozycji, której nie musimy się w żaden sposób wstydzić i mieć jakichś uprzedzeń, że nasza kultura jest słabsza niż na przykład kultura niemiecka czy angielska, czy jeszcze jakaś inna.
Jeśli popatrzymy, co się za tamtymi kulturami kryje, ile jest krwi i ludzkich nieszczęść, ile okrucieństw i najrozmaitszych świństw, nasza wygląda znacznie lepiej. Jest może prosta, jest może przaśna, nie ma tylu wynalazków i wielkich naukowców i wielkich osiągnięć, ale przynajmniej to umiłowanie wolności, zrozumienieNa czym polega równość i demokracja. Bo zaskakująco jesteśmy też jednym z najwcześniejszych krajów demokratycznych. Oczywiście działało to na pewno na określonym poziomie, gdzie najpierw zdemokratyzowała się szlachta, ale nie chcę już odjeżdżać na tę dyskusję na temat Polski, bo za chwilę pojawią się poprawki różne na internecie do tej mojej wypowiedzi. Idę na skróty, ponieważ chcę jak najszybciej znów wrócić do Haiti. I właśnie te wszystkie potęgi spowodowały zniszczenie kultury w Afryce i przez to kultura na Haiti, murzyńska kultura na Haiti mogła się rozwijać w sposób właściwie nieokiełznany, niekontrolowany przez nikogo, dlatego, że Haiti nagle stało się twierdzą. Twierdzą, jak się później okazało, nie do zdobycia. Próbowały zgładzić to powstanie, odbić tę wyspę różne potęgi. Hiszpanie na przykład przepuścili potężny atak z Dominikany. Atak został po prostu zniszczony wręcz z magiczną siłą.
Próbowali Anglicy. Im się też nie udało. Oczywiście próbowali Francuzi. Francuzi bardzo chcieli odbić z powrotem tą swoją perłę w koronie i między innymi Napoleon wysłał tam swojego brata Leclaire z ogromną flotyllą. Flotylla, jaka popłynęła wówczas na Karaiby, była największą flotyllą, jaka opuściła Francję kiedykolwiek we francuskiej historii. Także tak bardzo ważne było to miejsce. Było Haiti, a także jeszcze inne miejsce, bo Francuzi i ta wizja przyszłości Francji, przyszłej potęgi francuskiej, która miała podobnie jak brytyjska być tak wielka, że nie zachodziło nad nią słońce. Polegała na tym, że Francuzi nie tylko chcieli Haiti z powrotem, ale chcieli także bardzo mocno zapuścić korzenie w Luizjanie, bo nazwa Luizjana w ogóle pochodzi od Ludwika, Louis. I są to kolonie francuskie, które miały być przeciwwagą dla kolonii brytyjskich, z których, tych 13 kolonii brytyjskich, powstało późniejsze państwo amerykańskie. Także mamy tam zamieszanie w historii.
Francuzi docierają do Luizjany, usiłują stworzyć zamieszanie pomiędzy oczywiście Anglikami, ich największymi konkurentami, a budzącą się świadomością niepodległościową Amerykanów, którzy nagle dochodzą do wniosku, że lepiej im się będzie żyło bez buta kolonialnego panów z Anglii. Sami sobie mogą rządzić w tym kraju. Dlatego wspierali tą tak zwaną rewolucję francuską, a olbrzymia część tej floty, łącznie właśnie z Polakami na pokładzie, popłynęła do Haiti tłumić powstanie. I okazało się, że ta gigantyczna siła militarna po prostu rozpadła się w puch. Rozpadła się w puch kosztem olbrzymich ofiar. Jest to dziś też trudno wytłumaczalne z taktycznego punktu widzenia, jak to się stało, że wielotysięczna, zdyscyplinowana i świetnie wyszkolona i wyposażona armia nie dała rady ludziom, którzy praktycznie prowadzili wojnę partyzancką, których było znacznie mniej, którzy kryli się w lasach i w zasadzie mieli wszystko do zyskania i nic do stracenia, bo zyskiwali wolność, niezależność, a w momencie, gdyby przegrali, tracili wszystko, łącznie z życiem na samym początku i to z życiem, które zanim by od nich odeszło i ich opuściło, trwałoby jeszcze jakiś czas szarpane bardzo okrutnymi torturami. Była to straszliwa wojna, straszliwie okrutna, gdzie krew lała się gęsto, gdzie między innymi żniwo tych ofiar zbierały tropikalne choroby. Żółta febra dziesiątkowała tych francuskich i polskich żołnierzy w tym czasie, którzy walczyli z Murzynami. Jest ta niejasna, troszkę romantyczna historia, jak się skończyło to dla Polaków, którzy prawdopodobnie nie wszyscy, ale przynajmniej częściowo przeszli na stronę zbuntowanych afrykańskich niewolników. Jest to zdumiewające samo w sobie, ale też myślę, że dziś nie jest miejsce, aby to omawiać i to, co zostało po tej wojnie, to zostały najrozmaitsze opowieści.
Na przykład opowieści o tym, że przypuszczany był na wojska francuskie atak ludzi, którzy z szaleństwem w oczach, z wymalowanymi w najdziksze mozaiki twarzami, ludzi atakowało frontalnie francuskich żołnierzy. Ci strzelali do nich. Widzieli, jak kule rozerwają ciała tych powstańców, a ci powstańcy, nie zatrzymując się, szli wprost na Francuzów i w okrutny sposób ich zabijali. I tak powstała pierwsza legenda na temat zombie, że to właśnie Francuzi musieli zmierzyć się z armią żywych trupów. Że ludzie, których zabili, wstawali z martwych i walczyli z nimi ponownie. To oczywiście stworzyło niezwykły efekt psychologiczny, a także stało się to właśnie kanwą tej legendy właśnie o zombie, o żywych trupach, które czarownicy, afrykańscy czarownicy z kultury i z religii voodoo byli w stanie przywrócić do życia i wysyłać ich do boju przeciwko Francuzom. Kiedy rewolucja wygrała i to, co zrobiono na początku, to wyrzucono z wyspy wszystkich katolickich księży. Haitiańczycy praktycznie zamknęli się na tej wyspie jak w takiej enklawie. Kiedy okazało się, że nie można ich pokonać militarnie, mimo tych prób, próbowano innego sposobu, doskonale sprawdzonego zwłaszcza przez Wenecjan. Skoro nie da się siłą, zobaczmy, co zrobi pieniądz.
Zaproponowano Haitiańczykom olbrzymie sumy, żeby wprowadzić kapitał zachodni po to, aby móc dalej prowadzić eksport, produkować cukier, produkować inne dobra, jak to było za czasów kolonialnych iNa tym miała najbardziej zarobić haitańska elita, która wygrała to powstanie. Ale zaskakujące było to, że Haitańczycy w ogóle nie byli zainteresowani takimi inwestycjami. I nagle kraj, który był niezmiernie bogaty w swoje dobra, tworzył mnóstwo atrakcyjnych produktów, przestał eksportować cokolwiek. Eksport towaru praktycznie załamał się, ale co jest ciekawe, rozkwitła za to wewnętrzna ekonomia. Myślę, że w jakiś sposób ten paradoks może być dobrym przykładem dla przemyśleń. Niekoniecznie wzorem do naśladowania, ale ciekawym przykładem do przemyślenia, co się dzieje w sytuacji, kiedy nagle kraj rezygnuje z zagranicznych wpływów i zagranicznych inwestycji, z zagranicznych pieniędzy, zagranicznej w cudzysłowie pomocy. Na Haiti to się właśnie wydarzyło, kiedy zaczęła kwitnąć wewnętrzna ekonomia, kiedy podzielono ten cały kraj na mnóstwo niewielkich farm, ogródków wręcz czasami, na których uprawiano różne rzeczy i wymieniano na rynku wewnętrznym. Okazało się, że przez czas, kiedy tego typu polityka rolna trwała na Haiti, ten kraj rozkwitł przede wszystkim kulturowo. Ludziom zaczęło się żyć bardzo dobrze. Byli w stanie sobie zapewnić byt, byli w stanie zarobić jakieś niewielkie pieniądze, które wystarczały na prowadzenie życia i byli w stanie uprawiać i utrzymywać się z tych swoich małych poletek, które produkowały już nie monokultury, tak jak na przykład trzcinę cukrową, ale masę najrozmaitszych upraw.
Tych farm były setki tysięcy i okazało się, że produkowały tak dużo, że co jakiś czas część tych dóbr rzeczywiście udawało się sprzedać i kraj nagle zaczął zarabiać pieniądze. I te pieniądze były w jakimś sensie i nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jak socjalistyczna propaganda, ale ponieważ wszyscy wywodzili się z tego samego pnia, te pieniądze były w jakiś sposób rozdzielane równo. Kiedy powstawały jakieś spore sumy, wyobraźcie sobie następny moment, element historii tego kraju i Haiti, kiedy Haiti udawało się zdobyć jakieś sumy pieniędzy, które były większe od takich, które były potrzebne do tego, ażeby tworzyć, powiedzmy w cudzysłowie, infrastrukturę, bo tam na tym Haiti nie budowano zbyt dużo w tym czasie, nie było to po prostu potrzebne. Wspaniały klimat, nieustanne słońce, więc nie ma potrzeby budowania ocieplonych domów czy wodociągów, czy czegoś innego. Haiti inwestowało te pieniądze w taki sposób, że kiedy płynęły statki z Afryki z niewolnikami, z przeznaczeniem na plantacje bawełny w Stanach Zjednoczonych, Haitańczycy kupowali cały ładunek tych statków. Kupowali tych niewolników, których uwalniano na Haiti i każdy z nich dostawał swój kawałek niewielkiej ziemi, gdzie mógł sadzić swój ogródek. Także przepiękna historia o tym, że ten kraj, który powstał w tak niezwykły sposób, do końca utrzymywał ten swój niezwykły, magiczny czar i to poczucie wolności i poczucie tego, że to, co zrobił, jest warte, ażeby rozprzestrzeniać to po świecie. Także kupowano te statki niewolników, które płynęły do Ameryki i inwestowano na przykład w takich ludzi jak Simón de Bolívar, który walczył o niepodległość państw w Ameryce Południowej. Oczywiście to jest następna kontrowersja, bo jakie państwa, jaka niepodległość? Chodziło o to, że tak jak obudziła się niezależność państwowa ludzi, którzy zamieszkiwali brytyjskie kolonie w Stanach Zjednoczonych, podobny proces wydarzył się w Ameryce Południowej i ludzie mieszkający w Kolumbii, Wenezueli i w innych miejscach poczuli, że nie mają związku żadnego z tymi kolonialnymi potęgami gdzieś w Madrycie czy w Lizbonie i chcą się rządzić sami.
Simón de Bolívar był jednym z nich. Jest on do dziś jednym z największych bohaterów narodowych Ameryki Południowej. Jego sukces między innymi wynikał z tego, że był on finansowany przez właśnie Haiti. Haiti dawało mu pieniądze pod jednym warunkiem. Warunkiem było to, że za każdym razem, gdzie zwycięża rewolucja, gdzie zwycięży ten ruch niepodległościowy w Ameryce Południowej, za każdym razem pierwszą rzeczą, jaką się dokona, to się uwolni niewolników. I dlatego paradoksalnie w pewnym momencie na świecie zostały tylko dwa kraje, których gospodarka funkcjonowała na wykorzystywaniu siły niewolników. Było to USA z jednej strony i Brazylia z drugiej strony. Tam niewolnictwo działało dłużej niż w jakimkolwiek innym kraju. Wszystko zmieniło się oczywiście z czasem. Wiemy, wojna secesyjna, uwolnienie niewolników, zamieszanie rasowe między innymi w Stanach, które trwa do dziś.
Odżywa co jakiś czas w nowej formie. Wszystko zmieniło się na początku wieku. Stany, które okrzepły już po wojnie secesyjnej, coraz mocniej pokazywały swoje znaczenie w świecie, stały się potęgą światową. Oczywiście miały różne swoje globalne interesy i interesiki. Oczywiście te interesiki najrozmaitsze, była kontrola tego świata, który leżał dookoła Ameryki. To właśnie wtedy przyłącza się Hawaje. Pracuje się nad tym, ażeby przyłączyć Alaskę. Tworzy się kontrolę na przykład nad Kanałem Panamskim. Dokonana została inwazja Kuby, Gwatemali, Kolumbii nawet. W 1915 roku amerykańscy marine dokonali inwazji na Haiti.
Oczywiście udało im się już na tym poziomie technicznym w miarę łatwo tego dokonać i okupacjaTrwała aż 20 lat, od 1915 do 1934. Doliczam ten rok nawet nie dlatego, że zaokrąglam, tylko że wówczas, w '34 roku podpisano umowę, że Amerykanie wychodzą z Haiti. Ale zanim do tego doszło, trwało jeszcze przynajmniej rok, zanim ostatni żołnierz amerykański opuścił teren Haiti. Teraz kim byli ci żołnierze amerykańscy, którzy stacjonowali na Haiti? Byli to przede wszystkim ludzie z południa Stanów, dlatego że to właśnie oni byli od pokoleń przystosowani do życia w cieplejszym klimacie. Więc to właśnie jednostki złożone z południowców stacjonowały na Haiti. Były to ciągle czasy segregacji rasowej. Dlatego ten stosunek amerykańskich żołnierzy do Haitiańczyków, w większości czarnych, łatwo sobie wyobrazić. Były to także takie czasy, że ta oprawa medialna i w ogóle rola mediów w świecie urosła do niepomiernych rozmiarów. Ludzie co prawda nie mieli internetu, ale wyglądali go już instynktownie w przyszłości i byli ciekawi tego, co się na świecie dzieje.
I takie miejsca jak Haiti były czymś niezwykle ciekawym, interesującym. Nikt w zasadzie nie wiedział już od paruset lat, jak tam jest w środku, kto tam rządzi, jacy ludzie tam żyją, co oni w ogóle robią. I na tej ciekawości wyrósł taki ruch, który zakończył się stworzeniem sporej ilości najrozmaitszych książek i opowieści. Polegało to na tym, że wielkie domy wydawnicze zamówiły u wszystkich amerykańskich żołnierzy od sierżanta wzwyż. Każdy z takich żołnierzy dostał propozycję napisania książki o Haiti. Oczywiście za tym szły pieniądze, więc ludzie ci pisali, jak umieli. Jak nie umieli, to pomagali koledzy. Jak nie było pomysłów, to trzeba było coś wymyśleć. I powstały wówczas takie dzieła, tu w cudzysłowie oczywiście, bo to wszystko literatura B. Wszystko to jest takie pulp fiction, jak na przykład takie książki jak: „Kuzyni Kanibali”, „Czarny Bagdad”, „Ogień voodoo na Haiti”, „Biały król z La Gonâve”, „Czyści z krainy voodoo”, „Magiczna wyspa”.
Cała seria tego typu książek, które stawały się niezwykle w Stanach popularne. I książki te były pełne opisów, na przykład gdzie gotowano dzieci w celach rytualnych, gdzie pojawiły się lalki nakłuwane igłami, które w jakiś sposób robiły krzywdę innym ludziom, których symbolizowały. Tego typu lalki w ogóle nie funkcjonują w kulturze voodoo. Praktycznie niemalże wcale nie istnieją. One powstały na bazie tej literatury, zostały wymyślone. Oczywiście ta literatura stworzyła zombie. Zombie mieli wychodzić z grobów i atakować ludzi. Tak że ta literatura, podłej klasy raczej, stała się jednocześnie momentalnie taką kanwą do stworzenia serii filmów również klasy B. I też właśnie „Noc żywych trupów”. Pierwsza wersja tego filmu w latach 40., która pod koniec lat 40.
chyba bodajże powstała, właśnie była oparta na opowieściach, które napisali żołnierze amerykańscy stacjonujący na Haiti, co w większości było nie tylko analizą antropologiczną, trudno się tego nawet spodziewać, ale po prostu było zwykłym zmyślaniem po to, żeby zarobić pieniądze. Jednocześnie to wszystko było oparte na najrozmaitszych przesądach, bardzo często rasowych, i oparte na tym, że ci ludzie czuli się obco i w żaden sposób nie potrafili zrozumieć kultury voodoo. Tak że to wszystko spowodowało, że wokół voodoo narosły te wszystkie legendy i mity i to spowodowało, że nie czujemy się wobec tej kultury swobodnie, że uważamy ją za jakiś przejaw czarnej magii, że uważamy tych ludzi za jakichś niepoczytalnych wręcz szaleńców. I też w sumie nie ma się co dziwić, bo nawet kiedy amerykańscy żołnierze wreszcie opuścili Haiti i Haiti mogło się rządzić samo sobie, ciągle na przykład w latach 80. na terenie Haiti było więcej misjonarzy, którzy usiłowali nawrócić tych ludzi na jakiś rodzaj chrześcijaństwa w rozmaitych posmakach i formach niż na przykład lekarzy. Tak że to pokazuje właśnie, jak bardzo ważna była walka z tak zwanym przesądem czy walka z oryginalną afrykańską religią niż próba zrozumienia tych ludzi. Teraz z drugiej strony, jeśli popatrzymy na nas samych i na przykład na religię chrześcijańską, to tych dziwactw również możemy znaleźć bardzo dużo. Bo na przykład uważając tych ludzi za dzikusów, a siebie za wyższych kulturowo, to spójrzmy na chrześcijaństwo, na przykład na relikwie. Czyż to nie jest oddawanie czci jakimś szczątkom tajemniczym? Spójrzmy na to z takiego punktu widzenia.
Czyż to nie jest coś, co jest niezwykle kontrowersyjne, że relikwia staje się czymś niezwykle świętym, ważnym. Ludzie się do tego modlą. Albo na przykład ta metafizyczna przemiana, jaka zachodzi podczas komunii. Nie chcę oczywiście głęboko w to wnikać, ponieważ uważam, że ludzie wierzący mają prawo przeżywać ten cały rytuał, to całe misterium. Ale jeśli popatrzyć na to z boku, z punktu widzenia kogoś, kto nigdy nie miał nic wspólnego z religią chrześcijańską, z pewnością wydawałoby się to dziwne. Stworzyłoby pewien rodzaj przesądu. Stworzyłoby rodzaj takiego nawet patrzenia w endokanibalistyczny sposób na ten rytuał, że jednak do czegoś takiego dziwnego dochodzi. Dlatego właśnie my z takiej samej pozycji patrzymy na Haiti, patrzymy na voodoo i zombie i jesteśmy bardzo szybcy w naszych ocenach. Tak że myślę, że nie jest to absolutnie sprawiedliwe i temu miała być poświęcona nasza audycja, która jak widzę, powoli zmierza do końca, bo czas powoli nas goni. Za chwilę będzie debata ufologiczna oczywiście, ale jeszcze na koniec chciałbymDla wszystkich tych, którzy zainteresowani są tego typu kulturą.
Nie wiem, czy wrócimy w drugiej części do kwestii voodoo. Jeśli będziecie chcieli, to z przyjemnością. Jeżeli nie, przejdziemy do następnych tematów. Ale taką osobą, dla mnie przynajmniej wyznacznikiem już nie jest ten Malinowski, o którym dzisiaj wspominałem. Bronek zresztą. Mała dygresja. Bronisław Malinowski będzie za jakiś czas bohaterem jednej z moich opowieści z tego względu, że Bronisław Malinowski grób znajduje się w Stanach, znajduje się w Connecticut, niedaleko Yale University, gdzie spędził masę czasu i leży sobie w zapomnieniu. I może czas odgrzebać polskich bohaterów, zwłaszcza tak znacznych jak Malinowski, który stworzył całą olbrzymią dyscyplinę naukową. I to stworzył w pojedynkę. To jest niezwykły człowiek, o którym zapomnieliśmy.
Pamiętamy o Maliniaku, o innych Malinowskich, a o Bronku Malinowskim, który przysłużył się tak bardzo światowej kulturze i był jednym z nas, jakoś tak troszeczkę zapomnieliśmy. Może to nie jest zbyt ładne. Już zlokalizowałem alejkę na cmentarzu, gdzie leży Bronisław. Także w jakiś piękny dzień z pewnością wybiorę się tam z kamerą i będzie opowieść na grobie na temat życia seksualnego dzikich i różnych przygód, jakie Bronisław Malinowski przeżywał w tym czasie. W jaki sposób pierwsza wojna światowa, której był ofiarą, spowodowała, że trafił na Trio Brandy, gdzie Anglicy nie wiedzieli, co z nim zrobić. Dlatego w razie czego wysłali go do miejsca, gdzie miał przebywać w niewoli, bo był poddanym Franza Josepha, więc był teoretycznie wrogiem, a nie chciano mu zrobić krzywdy. Dzięki temu powstała ta książka. Ale to dygresja. Natomiast drugą osobą, która jest dla mnie niezwykle cenna, jest kanadyjski badacz Wade Davis, który jest etnobotanikiem, ale przede wszystkim jest antropologiem. Jest niezwykłym człowiekiem.
Jest absolutnie niezwykłym człowiekiem. Myślę, że jest to ktoś, kto doskonale nadaje sens takiej nauce, jaką jest antropologia, ponieważ wnika w taką kulturę. Nie opisuje ją w sposób suchy, ponieważ Wade Davis zawsze, gdy bada jakąś kulturę, stara się być jej częścią. Stara się być jej integralną częścią, nie obawiając się niczego. Doszło nawet do tego, że kiedy któregoś dnia spotkał się z jednym z czarowników voodoo, a czarownika voodoo należy rozumieć jako kapłana w sensie negatywnym. Jest to taki ujemny kapłan. Ma nas nie prowadzić, a może nas zmylić. I zaczął z tym kapłanem rozmawiać na temat różnych historii związanych z tą religią. I powoli następował rodzaj takiej przyjaźni i zaufania pomiędzy dwoma tymi ludźmi. Kapłan któregoś dnia zdumiony tym, w jaki sposób Wade jako biały człowiek rozumie te wszystkie niuanse religii voodoo, bo Wade Davis jest człowiekiem niezwykłym.
Dał mu do napicia się butelkę babankur, gdzie właśnie były ludzkie kości i kawałki jakiegoś nieznanego mięsa. I obserwował go bardzo uważnie. Wade Davis popatrzył na butelkę, przyłożył ją do ust i pociągnął ostry, mocny kawałek. Zdumiało to bardzo tego czarownika, który powiedział: „Jakim białasem ty jesteś? Wytłumacz mi, Wade”. Bo był to pierwszy raz, kiedy okazało się, że nawet dla tych ludzi, których kultura wyrosła w pewnym sensie na tej ich różnicy etnicznej, jaka jest widoczna gołym okiem pomiędzy nimi a resztą świata, zwłaszcza białymi kolonistami, których ślady tego kolonializmu są tam żywe do dziś, no to okazuje się, że nawet ta wielka różnica, która wynika z koloru skóry, jest w stanie być przełamana. I w ten sposób Wade Davis zdobył sobie zaufanie czarowników voodoo na Haiti i mógł prowadzić swoje własne badania, a także mógł zdobyć receptę na to, jak zrobić proszek czy substancję, która jest w stanie każdego przerobić na voodoo. Dlatego że tą trucizną, bo tak to trzeba nazwać, zainteresowała się nauka. Zainteresował się Uniwersytet Harvarda. Planując długie loty kosmiczne, nie mając jeszcze do dyspozycji odpowiedniego silnika, zakłada, że na przykład lot na Marsa będzie trwał wiele miesięcy.
Lot w inne części Układu Słonecznego być może jeszcze dalej. I teraz nie da się, ażeby ten astronauta siedział na tyłku i patrzył się w przestrzeń kosmiczną przez te wszystkie lata i nic nie robił. Więc najlepszym sposobem byłoby zatrzymać jego metabolizm, ale w taki sposób, żeby móc ożywić go, kiedy dotrze już na miejsce. I często to pokazuje się na różnych filmach science fiction. I fajne jest to, że tak naprawdę NASA myśli o czymś takim poważnie i dlatego zainteresowała się tym proszkiem, tą substancją, tym dziwnym płynem tajemniczym, który spowoduje, że człowieka można doprowadzić na skraj śmierci, gdzie cała nasza zachodnia medycyna wskaże, że ten człowiek już nie żyje. A tymczasem okazuje się, że za parę dni ten człowiek wstaje jak gdyby nigdy nic z grobu i może dalej funkcjonować. Dlatego właśnie wysłano Wade'a Davisa, wysłano wielu znanych toksykologów, histiologów i różnych innych naukowców na Haiti w poszukiwaniu recepty na to, jak zrobić ten płyn tworzący zombie. No i właśnie Wade Davis opisał to w swojej książce „Serpent and the Rainbow” i opowiedział niezwykłą historię, w jaki sposób uzyskano tę substancję, jak znaleziono receptę na to, jak stworzyć kogoś zombie.I te wszystkie historie, mam nadzieję, będę mógł ewentualnie opowiedzieć wam następnym razem, jeżeli wciąż macie jeszcze ochotę posłuchać o voodoo i o zombie. I w zasadzie tworząc ten wielki, długi, troszeczkę może nudny wstęp, powinienem przemyśleć dzisiaj tą historię. Albo ta moja druga część, która schodziła po schodach, ta spiritualna, powinna przyjść szybciej.
Szybciej gdzieś powinno nastąpić to połączenie między nami. Może nie rozgadywałbym się na temat historii tak dużo, ale myślę, że w jakiś sposób było to konieczne do tego, żeby ustalić pewne tło, pewien punkt wyjścia do rozmyślań nad tym tematem. Inaczej znów byłoby to zawieszone w próżni i w zasadzie nie wytłumaczyłoby nic. Także dziękuję wszystkim serdecznie za uwagę, za cierpliwość, no i za wytrzymanie tematu voodoo i zombie. Ja już w mojej podwójnej formie duchowej i cielesnej żegnam się z państwem. Serdecznie dziękuję i do następnego razu. Zapraszam na moją stronę. Zapraszam oczywiście do Paralaxy i do jej siostry bliźniaczki Poliraxy, która na razie jeszcze ciągle zmienia fryzury i nie wie, kim chce być. Ale wszystko przed nami. Zabawa jest na razie dobra.
Sympatia, z jaką darzycie moje próby dodaje sił i odwagi. Także będę nadal próbował. Mam kilka nowych przemyśleń i kilka nowych pomysłów, jak dalej poprowadzić tego typu historie. Dziękuję bardzo Markowi, że utrzymuje Paralaxę przy życiu i że możemy prowadzić i dalej kontynuować tę audycję. Dobranoc wszystkim, miłej niedzieli i dobrego poniedziałku, najpiękniejszego dnia tygodnia, jak mawia to Marek Sęk Ivellios. Dziękuję jeszcze raz. Dobranoc.
[01:08:46] - A mówił te słowa do państwa nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy Chris Miekina, autor cyklu „Nowa Atlantyda” oraz audycji „Paralaxa” i wideobloga „Poliraxa”. Dzięki jeszcze raz, Chrisie.
[01:08:59] - Dziękuję bardzo.
[01:09:00] - A audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk Ivellios. Radio Paranormalium — paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie w kolejnej Paralaksie już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl