[00:00] - Paralaxa. Spojrzenie Chrisa Miekiny. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, na którą każdego tygodnia, każdej niedzieli czeka wielu słuchaczy. Wielbiciele poszukiwań prawdy szeroko rozumianej. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a dzisiaj po drugiej stronie połączenia internetowego jest oczywiście z nami gospodarz audycji Paralaxa, rozmowy z Chrisem Miekina. Chris Miekina. Witaj, Chrisie.
[00:33] - Dobry wieczór, witam wszystkich. Jesteśmy dzisiaj w przestrzeni dziwnej czasowej, bo się nagle czas pomiędzy nami skurczył. Do tej pory było to sześć godzin, nagle zrobiło się z tego pięć. Taki magiczny moment. Tych magicznych momentów, kiedy mieszka się po przeciwnych stronach kuli ziemskiej, jest czasami więcej i czasami, kiedy pomyśleć o nich, skłaniają tak naprawdę do przemyślenia, co się stało, gdy się rozmawia na przykład z Markiem przez Skype czy przez jakieś inne medium i mija na przykład w Polsce północ, a ja ciągle jestem wczorajszym dniem. To tak jakby mówić z zaświatów, z przeszłości. Przesunięcia czasowe mają taki wymiar. I to właśnie dziś mamy w szczególnym nasileniu. Na dodatek jest to czas Halloween, Dziadów czy jak kto woli. Pełno duchów dookoła nas, najrozmaitszych demonów.
Różne rzeczy się dzieją, krążą różne emocje dobre i złe. Dlatego trzeba uważać, uchylać się. Dlatego dziś witam bardzo serdecznie i w doskonałym nastroju, z dobrymi intencjami. Chociaż dzisiejsza audycja nie będzie taka, jaka być powinna, na jaką oczekujecie. Miała być oczywiście poświęcona drugiej części Konspiracji Weneckiej i to jest dobry temat. To jest temat absolutnie wart zakończenia. Wart, bo dzieje się tam bardzo dużo, ciągle ma wpływ na nas samych i już mówię powody dlaczego ja zdecydowałem, taka samowolka, żeby jednak ten temat zmienić. Dlatego, że ten Halloween, o którym wspomniałem, że krąży gdzieś wokół nas, jest jednocześnie, przynajmniej w moim środowisku, takim momentem, gdzie ostatecznie kończy się sezon żeglarski. Ostatecznie widać, że coś się zmieniło w pogodzie, że już nie jest ciepło, że idzie zima, że będzie mrocznie, będzie smutno i trzeba jakoś doczekać do następnego sezonu. Więc zawsze w Halloween spotykamy się na takim zakończeniu sezonu i troszeczkę fajnej, przyjemnej zabawie, spotkaniu.
I nie mogłem odmówić sobie uczestnictwa w takim spotkaniu. Zwłaszcza że zazwyczaj dochodzi tam do pewnego magicznego momentu. Na Halloween wypada się od czasu do czasu jakoś przebrać, przynajmniej udawać kogoś innego. W moim przypadku jest to trochę inaczej, bo ja wchodzę na taką imprezę halloweenową kompletnie nieprzebrany. To znaczy przebrany za samego siebie. Natomiast wychodzę, patrzę w lustro i widzę, że mnóstwo rzeczy się zmieniło, że jestem kompletnie przebrany, że jestem w ogóle zombie. No i dzisiaj z takiej pozycji mówię. Wróciłem dzisiaj o piątej nad ranem, także mam zaledwie parę godzin snu przed sobą. Także mówienie dalej o Konspiracji Weneckiej byłoby absolutnym szaleństwem i samobójstwem z mojej strony, ale obiecuję, że ten temat dokończę w taki czy inny sposób, nawet jeśli miałby to być ekstra Paralaxa. Omówimy tutaj warunki z Markiem, w jaki sposób można by to było zrobić, żeby nie przeciągać tego tematu w nieskończoność.
Dlatego, że czas troszeczkę gra na jego niekorzyść, bo coraz dalej jest od tej pierwszej części i myślę, że można zrobić to na dwa sposoby. Raz albo opisać, dwa zrobić specjalną audycję, która byłaby ekstra w ramówce i zostałaby dołożona do następnej Paralaxy, która będzie na temat, nie wiem jaki. Plebiscyty mi się bardzo podobają. Bardzo mi się podoba udział państwa w tych plebiscytach. Wtedy wiem, że jest to w jakiś sposób ważne. Wszyscy się świetnie bawimy. Prawdopodobnie ja bawię się najlepiej, bo wiem, że zależy państwu na tych tematach różnych. Chcielibyście usłyszeć moją opinię na ten temat, a ja z przyjemnością dzielę się tymi informacjami, które udało mi się gdzieś zdobyć, wyczytać, usłyszeć od kogoś. Niesamowita historia i bardzo się z niej cieszę. Dzięki temu właśnie ten kontakt jest podtrzymywany.
Jest on bardzo żywiołowy, co sprawia, że coraz lepiej, coraz bardziej i mocniej czuję się, że jestem wśród was w zasadzie jak w rodzinie. Dostałem w ostatnim czasie całą masę e-maili, różnych SMS-ów, jakichś informacji z Messengera i wiele innych historii, które w większości, w 95–97% nawet są bardzo pozytywne, bardzo podtrzymujące na duchu, co jest dla mnie ważne, bo wiecie, że charakter mam troszkę kapryśny. Depresja wkrada się od czasu do czasu i kiedy robi to znienacka, nie sposób jej czasami powstrzymać i wszystko się wali. Dziś to nie jest depresja, to, że zmieniłem temat. Żadna depresja, mimo że za oknem jest ponuro, smutno i rzeczywiście halloweenowo i można widzieć tu i tam zmoknięte duchy. Bardzo ładnie mi się wtopił ten krajobraz z moją bardzo bladą twarzą i troszeczkę wzrokiem po wczorajszych historiach, wczorajszo-dzisiejszych historiach, kiedy rozstawaliśmy się z jednym sezonem, witając następny sezon. I dziś właśnie nie mam tego depresyjnego charakteru czy nastroju, ale z pewnością nie jestem w najdoskonalszej formie, ażeby mówić jakieś skomplikowane i koronkowe historie. Koronkowe historie w przypadku Wenecji mają sens. Właśnie sobie uświadomiłem w środku tygodniaTo taki mały wtręt do Wenecji, żeby już na dziś zakończyć, że Jarosław Iwaszkiewicz napisał serię opowiadań „Koronki weneckie”. W mojej opinii, skromnej oczywiście, być może kompletnie nieważnej, jest to chyba najpiękniejsze dzieło, jakiekolwiek Iwaszkiewicz stworzył.
Posługiwanie się językiem polskim w jego wykonaniu w tych opowiadaniach jest tak doskonałe, że ma się wrażenie, że czytając prozę czyta się poezję, ponieważ emocjonalność tych historii, które opowiada, jest absolutnie mistrzowska i rzuca na kolana. Mnie przynajmniej. Czytam Iwaszkiewicza z ogromną przyjemnością w tych opowiadaniach, ze znacznie mniejszą w innych. Tutaj dał popis prawdziwego, absolutnie niezwykłego talentu tego człowieka. Okazuje się, że w człowieku tkwią gdzieś te pokłady wrażliwości i przychodzi taki moment, że one się wydobywają. I jeżeli taki człowiek ma szczęście, jest w stanie je wyeksponować i dać coś z siebie, pokazać, przekazać informację w taki sposób, że zostaje na wieki. „Koronki weneckie” jeszcze raz bardzo polecam. Warte są tego czasu spędzonego nad tymi opowiadaniami. Ale kończę już tą nieszczęsną Wenecję. Już nie będę was nią drażnił.
Wracam do dzisiejszej halloweenowej, niespodziankowej trochę audycji.
[07:19] - Jeżeli chodzi o niespodzianki, to coś tutaj się porobiło z tabletem. Słyszę się dwa razy, ale już taki okropny pogłos się zrobił. Jeżeli chodzi o niespodzianki, to właśnie teraz, drodzy państwo, otwieramy z Chrisem linię telefoniczną. Można dzwonić gdzieś tak do godziny 18.30, bo wtedy będziemy linię zamykać. Ale można teraz już zadzwonić. Nasze numery telefonów to 32 746 00 08, komórkowy 530 624 193, Skype radio.paranormalium.pl. Oczywiście czekamy również na komentarze tekstowe Gadu-Gadu 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na transmisji na YouTube. Można nas także znaleźć na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Nowej Atlantydy, na grupie Radia Paranormalium. Można także wysyłać nam pytania i komentarze na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl.
Tak więc zachęcamy do dzwonienia i pisania.
[08:38] - Super, wspaniale, żeby ta audycja była troszeczkę bardziej interaktywna. Ktoś dobrze to zauważył. Napisał mi, że monologi nigdy nie są tak dobre, jak kiedy jest żywa dyskusja, są emocje, jest jakiś dialog, jest wymiana myśli. Fakt, to ma sens. Monolog może rzeczywiście być nudnawy, tak jak nudnawe jest niedzielne kazanie, a ja z pewnością takiego kazania nie chciałbym prawić. A tak w ogóle dzięki tym waszym intensywnym kontaktom ze słuchaczami dowiedziałem się paru rzeczy. Na przykład dowiedziałem się, że „Paralaksa” była programem, który istniał w polskiej telewizji w latach 70. Kolega Michał, pozdrowienia dla kolegi Michała, pasjonata lotnictwa. Niesamowita wiedza o polskiej historii lotniczej, bardzo bogatej, którą on stara się odświeżyć. Buduje modele, interesuje się miejscami historycznymi, o które dba i się nimi opiekuje.
Od czasu do czasu wymieniamy myśli. I on przysłał mi skecz Stanisława Tyma. Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi, ale doszedłem do wniosku, że może pomyślał, że to będzie taki żart i wpadnę w lepszy nastrój. Tym był wspaniałym aktorem, wspaniałym człowiekiem, niezapomnianym prawdopodobnie, niesamowitą ikoną polskiego kina. Zawsze jest zabawny i słucham tego skeczu Tyma, w którym on opowiada o pewnej pani prezenterce z lat 70., która była niezwykłej urody, wspaniałego uroku osobistego, o cudownej, bujnej, anielskiej lub jak powiedział Tym, nie tyle anielskiej, ale o urodzie jak stado aniołów i pięknych blond włosach. Do tych wszystkich zalet trzeba było niestety dołożyć tą łyżkę dziegciu. I to była jedna, jak się okazało, niezbyt mała wada, ponieważ pani czytając listę swoją dialogową i zapowiedzi bardzo często się myliła, a w zasadzie myliła się za każdym razem wszystko przekręcając. I rzeczywiście w wykonaniu Tyma było to niesamowicie zabawne. Uśmiałem się do łez aż do ostatniego momentu, kiedy nagle padło słowo paralaksa i okazało się, że ta pani usiłowała zapowiedzieć audycję pod tytułem „Paralaksa”, co jest urzekające, przynajmniej w moim przypadku, bo ta audycja tak właśnie się przecież nazywa. To jest nasza audycja „Paralaksa”.
Ta pani wystartowała do zapowiedzi, mówiąc pararaxa. Potem z tego się wyrobiła.
[11:13] - Sku. Para. Porerara. Ja też to kiedyś oglądałem.
[11:21] - I to była polaraxa i dopiero na końcu z tego wyszło Paralaksa. Także było to absolutnie urzekające. Dziękuję koledze Michałowi. Było to bardzo miłe z jego strony wygrzebać taką uroczą staroć, taki wspaniały bibelot. Zachowałem ten skecz sobie oczywiście i będę co jakiś czas do niego wracał, żeby poprawić sobie nastrój. Zachęcam państwa, bo jest czego posłuchać. Natomiast teraz chciałbym troszeczkę przejść do może niezbyt przyjemnych rzeczy, które zaczęły się już tydzień temu. Nie mówiłem o tym w „Paralaksie”, bo siłą rzeczy tego typu historie powinny zaczynać się od miejsca, którego to dotyczy, a dotyczy to debat ufologicznych, w których brałem udział przez cztery lataJuż nie biorę udziału. Wycofałem się z debat. Ogłosiłem to w zeszłym tygodniu na koniec audycji „Debaty Ufologiczne”.
Oczywiście to wywołało szereg opinii na temat mojej decyzji. Niektóre były pozytywne, niektóre były negatywne. Okazało się, że mój udział wcale nie był taki obojętny. To też taka troszeczkę niespodzianka, bo ja osobiście nigdy nie myślę o tym, co robię tutaj w Radiu Paranormalium, kiedy rozmawiam z państwem, kiedy opowiadam te wszystkie historie. Jakoś nigdy nie myślę o tym w sensie medium, że czasami dbam o to, żeby może się jakąś gwiazdą stać, gadającą głową czy czymś takim. W ogóle mnie takie rzeczy nie interesują i nawet w zasadzie nie tracę czasu na tego typu rozmyślania. Okazało się, że jednak te cztery lata czegoś tam dokonały. Stałem się przez ten czas częścią tych debat. I rzeczywiście sam sobie zdałem sprawę, że w zasadzie ta decyzja musiała pociągnąć za sobą jakieś różne opinie. W większości, tak jak powiedziałem, pozytywne.
Dziękuję ogromnie i dziękuję bardzo serdecznie za mnóstwo ciepłych słów wsparcia, jakie dostałem od państwa. Jest to niezwykle cenne i wszystkie te opinie sobie za każdym razem skwapliwie kopiuję i też sobie trzymam na osobnej stronie po to, żeby móc sobie je poczytać w momencie, kiedy rzeczywiście mi się ten nastrój rozsypie, żeby wiedzieć, że nie jestem sam, że jesteście tutaj ze mną, że słuchacie tego, co mam do powiedzenia. Myślę, że dziś wypada mi moje powody odejścia z debat ufologicznych również powiedzieć tutaj państwu, moim słuchaczom mojej audycji „Paralaxa”, żeby w zasadzie rozwikłać raz na zawsze, mam nadzieję, wszystkie te niedopowiedzenia związane z tą audycją. Audycja jest niezwykle cenna i jest niezwykle istotna. Jest rzeczywiście w jakiś sposób jedyna w swoim rodzaju w polskim krajobrazie ufologicznym, paranormalnym, jakkolwiek by to znał, w kwestii mówienia o rzeczach w sposób alternatywny, a nie akademicki czy jakiś sztampowy, czy jeszcze jakiś inny, czy odlotowy, po prostu szalony, jak to ma miejsce na wielu facebookowych stronach czy także stronach internetowych. Audycja ta rzeczywiście porządkuje wiele spraw i zdaję sobie sprawę, że jest to ważna rzecz i warto, ażeby kontynuowała swoje istnienie jak najdłużej. Natomiast to, co mnie troszeczkę zaskoczyło i co w zasadzie nie wiem, czy państwo nie zauważyli, czy przeoczyli, to jest fakt, że w zasadzie te audycje, które trwają czasami wiele godzin i dotyczą często bardzo szczegółowej wiedzy, a więc przygotowanie do nich zabiera trochę czasu, energii, poszukiwań, budowania opinii. Mam wrażenie, że nie zauważyli państwo, że w tym szacownym towarzystwie, do którego mnie zaproszono i które sobie bardzo cenię i myślę, że tak pozostanie, ja jestem tak naprawdę kompletnym amatorem. Panowie Piotr, pan Marek Żelkowski pracują dla Nieznanego Świata. Cała audycja w zasadzie reklamuje Nieznany Świat, co oznacza, że ci panowie robią to zawodowo.
Cały dzień mogą spędzać na tym, ażeby rozmyślać na tematy paranormalne, rozmyślać na tematy ufologiczne, szukać materiałów, bo to jest ich praca. Jest ich także pasją oczywiście, ale także i pracą. W związku z tym nie muszą się rozdwajać. Natomiast taki człowiek jak ja spędza 10, czasami 12 godzin w pracy, spędza po godzinie przed pracą i godzinę po pracy w uroczym korku, we wspaniałym towarzystwie ludzi jadących pasami autostrady obok mnie i tak samo ziewający i umierający z nudów, żeby dotrzeć jakoś do domu. I jeszcze po tym wszystkim ja muszę znaleźć ten czas, żeby po prostu nie zrobić z siebie jakiegoś dupka czy kogoś innego śmiesznego, wesołego, tylko móc być częścią w jakiś sposób wartościową całej audycji, móc do niej coś dodać, móc stworzyć swoją własną opinię. I tak to trwało przez te wszystkie lata, ale mam nadzieję, że w tym momencie zdajecie sobie państwo sprawę, że moje uczestnictwo wymagało znacznie więcej energii i czasu i intensywności, i w zasadzie na dłuższą metę z logicznego punktu widzenia trwać nie mogło, dlatego że każdy materiał w którymś momencie ulega zmęczeniu i dlatego musiałem podjąć jakąś decyzję. Musiałem ją podjąć także dlatego, że ja w zasadzie nigdy nie ustaję w tworzeniu jakiejś nowej wizji tego, co chciałbym odnaleźć, co chciałbym w życiu robić. Chciałbym spróbować wielu rzeczy, podobnie jak wielu z państwa. Jestem tego pewien. Chciałbym się w nich sprawdzić.
Czas ucieka. Ja nie jestem nastolatkiem. W zasadzie, jak śpiewa następny artysta kabaretowy, mam już z górki, chociaż nie karmię wiewiórki. Gdybym się chciał zdecydować na te nowe projekty, to wówczas okazałoby się, że 24 godziny jednej doby to jest stanowczo za mało. A oprócz tego wszystkiego, bo te cztery lata pokazały, że jest to fizycznie możliwe do zrobienia, to, co powiedziałem, wrócić z tej obrzydliwej roboty i zająć się tymi wspaniałymi historiami na temat latających spodków, na temat spotkań z nieznanym, na temat różnych historii, które nie weszły do akademickich podręczników. Da się to wszystko zrobić, ale oczywiście nie da się wówczas ani sobie pożeglować, co jeszcze można sobie odpuścić. Koledzy co prawda z trudem to wybaczają, ale można to sobie jeszcze odpuścić. Ale też nie za bardzo można się wybrać z nimi na piwo. Trzeba w zasadzieZnaleźć jeszcze ten moment, żeby naprawić w domu zepsuty kran, zepsutą spłuczkę, żeby pojechać kupić jakąś rurę, którą trzeba wymienić, czy światełka na choinkę i inne tego typu rzeczy. Jeszcze jest czas, żeby zachorować, żeby wyleczyć kaca na przykład, cokolwiek innego.
I to właśnie stoi w konflikcie, w działaniu, w którym realizowała się debata ufologiczna. I siłą rzeczy to w jakiś sposób narastało. No i niestety musiałem podjąć decyzję, która satysfakcjonowałaby mnie najbardziej. To znaczy pozwoliła mi na ewentualną realizację nowych projektów. Ja już parę tych projektów zapowiedziałem, że bardzo chciałbym robić YouTube i te YouTube nie powstaną jutro ani pojutrze, ani prawdopodobnie za tydzień. Coś tam będę sobie próbował poskładać, być może publikować, jeżeli coś się wreszcie uda i coś się fajnego nakręci i wszystko będzie działać tak, jak trzeba. Jest to dla mnie nowe, gigantyczne wyzwanie, ale jest wyzwaniem fascynującym. Bardzo chciałbym to robić i wiem, że to z kolei zabierze już całą resztę czasu. A żyjąc w rodzinie też prawdopodobnie większość z państwa to wie. Się żyje jak w naczyniach połączonych.
Jak się zabierze tego czasu masę dla siebie, to gdzieś w tym naczyniu połączonym po drugiej stronie tego wszystkiego ubywa, a w zasadzie stamtąd już to wszystko znika. I co zostaje? Okazuje się, że zostaje to, że ktoś podnosi po drugiej stronie to naczynie i wali nim prosto w głowę, mówiąc: „Opanuj się, człowieku, spędź jakiś czas z rodziną, bo nie jesteś sam”. Dlatego tych powodów jest, jak widzicie wiele. Mam nadzieję, że wszyscy ci, którzy szczególnie patrzyli na moją decyzję w sposób złowrogi, teraz po wyjaśnieniu, po pokazaniu, że jestem tylko amatorem, jestem hobbystą, nie robię tego zawodowo, nie zarabiam na tym pieniędzy, nie żyję z tego, wydaję masę pieniędzy na książki, na różne materiały, bo mi to sprawia przyjemność, ale to jest moja decyzja. Natomiast z drugiej strony nie dostaję nic. W moim przypadku moja energia nie przekłada się na materię, dlatego po prostu jest, jak jest i ta decyzja w końcu musiała zostać podjęta. No i została. Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.
I kiedy tak zawisłem w takim troszeczkę niebycie, kiedy nagle zrezygnowałem z debat, a te nowe Paralaxy tak naprawdę jeszcze nie są w takiej formie, jakiej ja bym sobie życzył. Jestem bardzo wymagający wobec samego siebie i w zasadzie za każdym razem jestem niezadowolony, bo wściekam się, że popełniam głupie błędy, że gdzieś się jąkam, że gdzieś się mylę, że przekręcam czasami słowa, które w myśli mi brzmią inaczej, wypowiadam inaczej, ale starość nie radość. Żaden człowiek nie jest perfekcyjny, a już ja szczególnie ostatni człowiek, który byłby perfekcyjny. Kiedy tak zawisłem pomiędzy jednym a drugim miejscem, czekając na to, co przyniesie ewentualnie mi los, licząc na to, że ześle mi jakiś znak, jakiś sygnał. To jest takie irracjonalne uczucie. Czekamy na coś, żeby coś potwierdziło, że ta decyzja, którą podjęliśmy, czy ja podjąłem w tym momencie, jest właściwa i nawet w zasadzie nie potrafiłem sobie wyobrazić, co to mogłoby i czy musiałoby być, żebym potraktował to właśnie jako znak. Nie tyle jestem zabobonny, ale wierzę absolutnie, że żyjemy w świecie wielowymiarowym, gdzie te wymiary co jakiś czas przecierają się nawzajem, nakładają się na siebie. I przez to, że nasza świadomość jest tak, a nie inaczej skonstruowana, a jest to temat na gigantyczną rozmowę gdzieś w przyszłości, to okazuje się, że właśnie często mamy dostęp do tego innego świata, który jest poza naszymi trzema wymiarami, gdzieś poza czasem i te informacje do nas docierają. I wtedy to jest ten sygnał. Dla niektórych jest to palec Boży, mam nadzieję, że nie środkowy.
Dla innych jest to zupełnie coś innego. Na przykład uśmiech pięknej dziewczyny, pięknej jak stado aniołów. Dla mnie w zasadzie sam nie wiedziałem, czego chcę i czego oczekuję. Zazwyczaj takie sytuacje, te znaki pojawiają się wtedy, kiedy ich się najmniej oczekuje i kiedy w zasadzie przestałem o tym myśleć i dałem sobie z tym spokój, zobaczyłem interesującą informację, że gdzieś w górach Nowego Jorku, w lasach, w miejscu zwanym COSI, co oznacza Chapel of Sacred Mirrors, czyli Kaplica Świętych Luster. Jest to willa bardzo interesującego artysty Alexa Graya, który maluje cudowne, psychodeliczne obrazy, które prześwietlają duszę na wylot. Są absolutnie niepokojące. Byłem w tym miejscu wiele razy, przy wielu okazjach, kiedy były tam prowadzone jakieś interesujące prelekcje i tam właśnie ogłoszono, że w piątek, który właśnie minął, będzie prelekcja na temat amerykańskich megalitów, co mnie szczególnie interesuje, bo żyję w tym kraju, który ma bardzo krótką historię. Jest to 200 parę lat historii. Tyle, co nic w porównaniu z naszą polską historią. Ale okazuje się, że podobnie jak w Ameryce Południowej, tak i tutaj, na tym północnoamerykańskim kontynencie istnieją ślady, że coś tutaj istniało, że coś tutaj było, że funkcjonowała wyrafinowana cywilizacja, która potrafiła obrabiać potężne i bardzo twarde kamienie i potrafiła ustawiać je doskonale zorientowane astronomicznie, co oznacza, że musiała to być wyrafinowana kultura o wielkiej wiedzy.
Oczywiście nie ma mowy o tej kulturze w podręcznikach.Ponieważ zburzyłoby to kompletnie mit kontynentu Ameryki, że to Indianie na koniach, hafacze, pokrzykując i rzucając tam hafami. Oni byli pierwsi, jedyni i tak należy na Amerykę patrzeć. I oni są właścicielami tego kontynentu. Tymczasem te megality, których od New Jersey aż po Maine jest około 300. Myślałem, że to jest tylko 300. Ta liczba to jest wszystko, co odnaleziono. Okazuje się, że ta liczba 300 to są megality, które są już zarejestrowane w rejestrze zabytków bardziej przyrody niż historycznych, ale są chronione prawnie. Natomiast wszystkich megalitów są tysiące. Lasy wręcz roją się od nich i trzeba mieć dobre oko, żeby je odkryć. Ja sam wielokrotnie przechadzałem się obok takich megalitów, nawet nie zdając sobie sprawy.
Oczywiście niektóre z nich nie da się ominąć. W tym ostatnim artykule, gdzie zapowiadałem, że wybieram się na tę prelekcję i że z pewnością opowiem o tym, co tam usłyszę, pokazałem zdjęcie kamienia, który waży 72 tony. Nazywa się Tripod Rock, czyli Kamień na trzech nóżkach, bo ten 72-tonowy olbrzymi kamień jest idealnie zbalansowany i postawiony na trzech znacznie mniejszych kamieniach, gdzie te mniejsze kamienie dotykają tego ciężkiego olbrzyma samymi swoimi końcówkami, że ma się wrażenie, że ten kamień jest na żyroskopach. Kiedy popatrzycie na ten kamień na zdjęciu, do czego serdecznie zachęcam, zobaczycie, że ma się wrażenie, że dwie trzecie tego kamienia jest poza punktem ciężkości tego kamienia i że wydaje się, że on za chwilę spadnie, przewróci się z tych kamieni. Mimo to stoi od tysięcy lat. Nikt nie wie, jak długo takie coś stoi. Dlatego miałem olbrzymie oczekiwania co do tego spotkania, co do tej prelekcji. I mimo że to był piątkowy wieczór, wsiadłem w samochód. 200 kilometrów drogi, może nawet i ponad. Na dodatek piątek, więc wszyscy gonią na weekend, a ci, którzy już dogonili ten weekend, to teraz i tak wyjadą na drogę, bo będą jechali kupić sobie piwo, będą jechali na imprezę, będą się przemieszczać cały czas tak, że samochodów będzie przynajmniej 20, 30% więcej niż w każdy inny dzień.
Więc te 200 kilometrów pokonywałem mozolnie i długo, i ciężko przez trzy i pół godziny. I szczęśliwie dojechałem. Byłem bardzo zadowolony. Udało się, już była ciemna noc. Spóźniłem się zaledwie 10 minut na całą tę historię i zanim się rozpoczęła, wszedłem na salę i skamieniałem. W jednym z rzędów wśród widzów, których nie było wcale tak wiele, było może 25, może 30 osób, co nie dziwi, bo miejsce jest odludne. Miejsce jest w lesie, jedzie się wąskimi drogami, taką wstęgą szos, którą co jakiś czas przecinają jakieś jelenie, sarny spłoszone, niektóre niezupełnie do końca trzeźwe. Trzeba bardzo uważać, nie można pędzić. Droga jest kręta, można łatwo z niej wypaść, a ponieważ dookoła teren jest niezbyt równy, gołoborza, więc zjechanie z takiej drogi to jest masakra dla samochodu, jak nie dla człowieka. I skamieniałem, bo w jednym z rzędów siedział sobie nie kto inny, tylko Graham Hancock.
Jak wiecie państwo z moich wszystkich opowieści i historii, Graham Hancock jest jednym z najważniejszych ludzi w moim życiu. Chwaliłem się wielokrotnie, że uczestniczyłem w jego podróży do Peru i Boliwii, gdzie ramię w ramię oglądaliśmy tamtejsze megality, gdzie jeden z rozdziałów jego książki „Magicy bogów” jest poświęcony właśnie tej wyprawie. Dzięki temu udało mi się nawiązać z nim świetny kontakt. Korespondujemy ze sobą i za każdym razem, kiedy mam tylko okazję spotkania się z nim, to szukam jego towarzystwa, szukam jego zdania, jego rady.
[28:25] - Oj, chyba zgubiliśmy połączenie z Chrisem. Chrisie, czy się słyszymy?
[28:31] - Tajemnica, która czasami zaskakuje, jest w jakiś sposób do zaakceptowania, że nie jest on kimś, kto zdobywa swoją pozycję i potem ją kurczowo broni. Jest w stanie absolutnie odrzucić wszystkie podpórki, na których oparł swoją teorię po to, żeby rzucić się prosto głową do przodu w nową. Jak wiecie państwo, mówiłem o tym na Atlantydzie. Był w trakcie pisania nowej książki. Pisze ją cały czas i będzie to książka poświęcona właśnie nieznanej amerykańskiej historii, więc zainteresowanie u mnie jest nawet dziesięciokrotnie większe niż w przypadku poprzedniej, ponieważ żyję w tym kraju i bardzo chciałbym wiedzieć, co nim się wydarzyło. I wiem, że Graham jest doskonałym człowiekiem, aby to zrobić. I właśnie Hancock podczas podróży przez Nowy Meksyk dostał pierwszego poważnego ataku epilepsji. Pojechał do Anglii, gdzie epilepsja się powtórzyła. Doszło do jakiegoś wylewu krwi do mózgu. Był przez jakiś czas w komie.
Ja przetłumaczyłem jego list, kiedy doszedł do siebie, kiedy oddał swoje prawo jazdy i miał kłopoty z utrzymaniem równowagi, kiedy był bardzo słaby i wydawało się, że to już jest koniec wielkiego Grahama Hancocka, że potrzebuje w tej chwili lat, żeby dojść do siebie. I nie będzie to łatwe, o ile w ogóle będzie to możliwe. On sam też nie jest człowiekiem już najmłodszym. Ma dużo chorób rozmaitych za sobą i jest człowiekiem delikatnego zdrowia, więc wydawało się, że to już jest koniec. Napisał list o swojej podróży, który brzmiał, jakby to była jego ostatnia podróż, a właściwie przedostatnia, gdzie napisał, że doszedłem oto właśnie do wrót śmierci. I na szczęście tych wrót nie pokonał, nie przekroczył, nie skusił się, żeby przejść na drugą stronę. Wrócił do domu i wydawało się, że będzieJuż w tym domu siedział przez długi czas. Ale Graham nie jest takim człowiekiem i powinienem wiedzieć, że nie usiedzi w tym domu. I nagle okazało się, że kiedy wszedłem do budynku tej willi Alexa Graha, gdzie odbywała się prelekcja, że jest tam właśnie on. Siedzi w rzędzie, słucha o megalitach i jest to ostatni człowiek, którego tam oczekuję.
Powinien być w Anglii, a jest gdzieś na jakimś amerykańskim zadupiu w lesie i siedzi tam. Także skamieniałem i pomyślałem sobie: „To jest ten mój znak, którego oczekiwałem. To jest znak, że moja decyzja przyszła we właściwym momencie i czas zająć się troszeczkę sobą. Nie wspierać innych historii magazynów. One dadzą sobie radę. One są potężne i mają doskonałych ludzi, doskonały skład w swoich szeregach”. Tu taka mała dygresja. Tak sobie myślę, przecież w tym nieznanym świecie jest tyle nazwisk. Logika podpowiada, że te nazwiska, ci ludzie, którzy piszą tam te artykuły, powinni ustawiać się w kolejce i prosić się, merdając ogonkiem, żeby móc uczestniczyć w debatach, móc powiedzieć swoje zdanie, móc zareklamować swoją osobę, swoją książkę, swoją wiedzę, swoje umiejętności kojarzenia faktów. Wydawałoby się, że jest to logiczne.
Trochę tego nie rozumiem, ale nie muszę rozumieć wszystkiego, więc nie zagłębiam się w ten temat. Dlatego uważam, że Nieznany Świat i debaty dadzą sobie doskonale radę. Mają doskonałe zaplecze, mają świetnego szefa. Piotr jest doskonałym szefem. Olbrzymia wiedza, mam olbrzymi do niego szacunek i nigdy nie powiem na niego złego słowa, jeżeli ktoś by oczekiwał. Ma on swoją koncepcję, ale ja mam prawo również mieć tą swoją i obecność Grahama była dla mnie znakiem, że chyba wszystko miało tak właśnie być. Tak miało wyglądać, że to uzasadniało dla mnie wystarczająco moją decyzję. Przesiedzieliśmy na tym spotkaniu wspólnie razem, słuchając bardzo uważnie. Po spotkaniu miałem z nim długą rozmowę. Ciągle widać, że nie jest w pełni sił.
Jest bardzo kruchy. Kiedy przywitaliśmy się tym tradycyjnym polsko-angielskim misiem, czuć było, że jest słaby, że musi bardzo uważać na siebie, że być może ta podróż jest trochę przedwczesna, że robi to za szybko i za intensywnie, ale ta pasja nie pozwala mu zatrzymać się w miejscu i że będzie to robił. Kiedy poczułem tą pasję, to, że to jest sama energia, że zdrowie, ciało nie jest ważne, że wszystko nie jest ważne. Ważne jest to, żeby odpowiedzieć sobie na te wszystkie dręczące pytania. Było to na tyle zaraźliwe, że wiem, że tak właśnie trzeba postępować, że jest on najlepszym, najznakomitszym przykładem. Tu znowu mała dygresja, ale już bardziej na temat. Zaczęliśmy rozmawiać, ponieważ na tym wykładzie o megalitach człowiek, który go prowadził, opowiadał o tym, że wiele z nich w tych amerykańskich lasach wygląda jak wystające głowy kamiennych węży, które gdzieś wiją się pod powierzchnią ziemi. I go to zdumiało. Ten człowiek powiedział, że nie za bardzo rozumie związku. Szukał tego związku i w pewnym sensie znalazł, widząc pewną orientację astronomiczną z konstelacją Draco.
I że właśnie być może wąż ma tutaj jakieś znaczenie, ale nie wyciągnął niczego dramatycznego, jakiegoś wniosku, który by to wyjaśniał. A przecież ja sam na Atlantydzie pisałem jeden z ostatnich artykułów o tych właśnie kamiennych wężach w Amazonii, w Peru. Zacząłem opowiadać o tym Grahamowi. Okazało się, wyobraźcie sobie państwo, że Graham o tym nie wiedział. Kompletnie nie miał pojęcia o istnieniu tego typu wykopalisk w Monte Grande i w innych miejscach, o których jest mój artykuł na Nowej Atlantydzie. Był absolutnie ogromnie zainteresowany. Oczywiście powiedziałem mu, że wy państwo jesteście do przodu, bo już o tym wszystkim wiecie. Powiedziałem mu także, że od was wszystkich dostał mnóstwo dobrych myśli i dobrych życzeń. I on odpowiedział, że doskonale to czuje. Wie o tym, bo ta siła przyszła z tego właśnie, że czuje to wsparcie, którym ludzie go darzą, tą sympatię, którą potrzebuje.
I w czasie tej rozmowy natychmiast kazał mi sobie ten artykuł, który napisałem dla państwa, przetłumaczyć na zrozumiały dla niego język i natychmiast mu to wysłać. Prowadzimy od paru dni ożywioną korespondencję. Jest absolutnie napalony na to, żeby połączyć obie te historie. Te węże, które zaczynają pełzać w amerykańskich lasach, megalityczne kamienne węże i węże, które są gdzieś w Amazonii. Co pokazuje, jak bardzo uniwersalna być może była ta pierwsza kultura, ta zaginiona cywilizacja, której szukamy. Jest to coś niezwykłego i bardzo się cieszę, że Graham nie tylko wraca do zdrowia, do sił, że nie tylko podąża za nowymi informacjami i materiałami do swojej nowej książki, ale także i to, że ta nasza znajomość weszła w swój nowy etap. Prawdopodobnie nasz kontakt będzie o wiele bardziej przez to intensywny, o czym będę oczywiście państwu opowiadał na bieżąco, co się dzieje. Miejsce nazywało się Wappinger Falls. Jeśli kiedyś będziecie w Stanach, mam nadzieję, dacie mi znać. Ja sam wówczas zobowiązuję się być waszym przewodnikiem do tego miejsca.
Tak w ogóle planuję tam spędzić Wigilię. Dla tych z państwa, którzy jesteście chrześcijanami, nie mam nic do chrześcijaństwa. Ja niespecjalnie jestem za dobrym chrześcijaninem, mimo że żyję według wartości chrześcijańskich i mi to wcale nie przeszkadza.I ich nie ganię. Sama religia nie jest niczym złym, o czym już kiedyś mówiłem. Jedyny problem mam z oligarchią religijną czy z samą instytucją religijną, która tworzy strukturę, której decyzji nie mogę zaakceptować z wielu względów, o których często mówię. Natomiast tam to będzie coś nowego. Dlatego jest taki plan, żeby tam właśnie spędzić Wigilię i stamtąd zrobić także tego YouTube'a, którego zapowiadam, że kiedyś będę zamieszczał z takich właśnie miejsc, gdzie niektóre historie nie będą wcale suchymi historiami, będą historiami emocjonalnymi. I taka Wigilia w Kozm, miejscu, na którym okazuje się jest wiele megalitów, jest miejscem bardzo silnym, jeśli chodzi o pole elektromagnetyczne i wiadomo, że coś się tam dzieje z człowiekiem, z jego myśleniem. Nie jest przypadkiem, że to właśnie miejsce Alex Bray wybrał sobie na swoją willę. Także będzie to być może dla was interesujące.
Z listów, które od państwa dostaję, dostałem także jeden od pani Jolanty z Niemiec. Bardzo pani Jolancie dziękuję. Pani Jolanta napisała mi, że bardzo lubi słuchać i debat ufologicznych, jak i Paralaksy i napisała, że jest to dla niej idealna audycja, kiedy pierze, sprząta, prasuje. Jestem absolutnie zachwycony czymś takim, dlatego że oznacza, że dla pani Jolanty ma to bardzo wielkie praktyczne znaczenie i do czegoś się przydają te wszystkie opowieści. Pani Jolanto, serdecznie pozdrawiam. Pani Jolanta także zasugerowała mi, żebym od czasu do czasu spróbował opowiedzieć państwu jakąś mrożącą krew w żyłach historię. I może dziś jest wystarczający czas na to, żeby państwu taką historię opowiedzieć. Jest Halloween, jest czas duchów. Może w takim razie spróbujmy się na chwilę postraszyć i zanurzyć w świat duchów, bo taką historię akurat mam. Historia, którą bardzo chciałem państwu opowiedzieć i tutaj umówiłem się z Ivelliosem, bo wyjawiłem mu nowy plan na dzisiejszą Paralaksę tuż przed programem, że mam nadzieję, że znajdzie jakiś mrożący krew w żyłach podkład muzyczny.
Ta historia zaczyna się od tego, że poznałem ją w ogóle w barze. Ludzie opowiadają sobie różne rzeczy w barach. Są zazwyczaj o wiele bardziej szczerzy, otwarci. Czasami także o wiele bardziej fantazjują, ale chyba bar jest tego typu instytucją, miejscem, gdzie fajnie jest tego typu poglądy wymienić, zgodzić się bądź nie zgodzić. Bar jest zawsze gwarny i odbywa się tam wiele dyskusji. Ta historia, która jest w pewnym sensie niezwykła, zaczyna się właśnie w barze, gdzie pewien młody człowiek o imieniu Brent żartował, że któregoś dnia, kiedy na przykład spotka się z czymś takim nieznanym, czymś, co można nazwać duchem, kupiorem, diabłem, demonem i gdy spotka taką postać, to jeżeli ta postać na przykład zaproponuje, żeby Brent oddał mu swoją duszę, on jako człowiek niewierzący, kompletnie niereligijny, natychmiast się na to zgodzi. Powiedział, że cała religia to jest jedno wielkie kłamstwo, a swoją duszę sprzedałby nawet za pięć centów. Taki był Brent. Wrócił tego dnia do domu, przespał noc, kiedy obudził się na drugi dzień, a miał ciężką dyskusję w barze i musiał odpocząć i otworzył oczy. Okazało się, że przy stole naprzeciwko kanapy, na której spał, siedzi mężczyzna.
Mężczyzna zobaczył, że Brent otworzył oczy, pochylił się na krześle i bez słowa położył na stoliku pięciocentówkę. Wpatrywał się wtedy w Brenta intensywnie. Mężczyzna był piękny. Brent całe życie kochał kobiety, ale nigdy nie widział równie pięknego mężczyzny. Nie ma nic złego w tym, żeby być gejem albo kimś innym, ale łódź Brenta nie zbaczała ze swojego heteroseksualnego kursu. A ten mężczyzna, który siedział przy stole i wpatrywał się w śpiącego Brenta czy już przebudzonego Brenta, był kompletnie bez skazy. Jego policzki były wyrzeźbione jak przez Michała Anioła. Jego broda przypominała marmurowych greckich bogów. Coś jednak niepokojącego było w jego oczach. Kiedy Brent przyjrzał się mu bliżej, zauważył, że czegoś w tych oczach brakowało.
Trudno to wytłumaczyć, ale oczy nie miały w sobie życia. Były martwe. Nie potrafił określić ich koloru. Były bardzo ciemne, jakby należały do kogoś, kto stoi przed wrotami śmierci. Nie odbijały nawet światła. Były martwe jak oczy celebrytów podczas rozdawania Oscarów. Przy mankietach eleganckiej koszuli błyszczały się bardzo drogie spinki. Jarzyły się blaskiem w ciemnym pomieszczeniu. Mężczyzna uśmiechał się przyjaźnie i wyraźnie był w dobrym, zrelaksowanym nastroju, ale w tym samym czasie siał grozę i Brent czuł silne dreszcze wzdłuż całego kręgosłupa. Patrząc w jego oczyBrent miał wrażenie, że jest gazelą, która patrzy w oczy głodnego lwa.
„Weź monetę, Brent. W końcu należy do ciebie” – powiedział mężczyzna miękko, ale stanowczo. Brent nie wiedział, co powiedzieć. Nie chciał przecież tej monety. To, co wiedział na pewno, to że z pewnością nie weźmie od mężczyzny tej monety. Brent chciał już mu odpowiedzieć, ale mężczyzna wstał nagle z krzesła i położył bez słowa monetę na szafce. Odwrócił się i zaczął iść w kierunku drzwi. Stanął przed nimi i przez chwilę milczał. Nagle bez odwracania się powiedział cicho i dobitnie: „Brent, jeśli jej nie weźmiesz, to będzie to dla ciebie bardzo, ale to bardzo niedobre. I nie tylko dla ciebie”.
Każda komórka w ciele Brenta stanęła po tych słowach na baczność, gotowa poderwać go na nogi i popchnąć w kierunku mężczyzny z żądaniem wyjaśnień. Strach jednak wziął górę i Brent na bezdechu czekał, aż mężczyzna zamknie za sobą drzwi. Brent w końcu wstał z kanapy, ale jego niespokojne myśli wciąż trzymały go w napięciu. Usiadł do komputera i zaczął zawzięcie googlować, szukając jakiegoś clou, jakiejś odpowiedzi, która podsunęłaby mu wyjaśnienie sytuacji, jaka miała miejsce w jego mieszkaniu. Szukał bez skutku. Postanowił zadzwonić do swojego przyjaciela Stevena w nadziei, że ten mu pomoże. Wcisnął numer w telefonie i Steven odebrał niemalże natychmiast. „Hej” – usłyszał w słuchawce. – „Jesteś chyba telepatą. Właśnie do ciebie jadę.
Muszę ci coś powiedzieć, co się stało ostatniej nocy. Ta brunetka była...”. Telefon nagle zgubił połączenie. „Masz kiepskie połączenie, Steven” – powiedział do telefonu Brent. Steven jednak już nie odpowiedział. Brent czekał jeszcze przez chwilę, licząc, że przyjaciel oddzwoni, ale telefon milczał jak grób. Postanowił zadzwonić ponownie. Wciąż bez skutku. Brent pomyślał, że Steven jest już zapewne gdzieś blisko i ignoruje jego dzwonki. Patrzył na drzwi i czekał.
Czekał i nikt się nie pojawił. Gdzieś z daleka dobiegł ostry dźwięk syreny ambulansu. Brent poczuł ciarki na plecach. Kiedy syrena ucichła, do rzeczywistości przywrócił go ostry dźwięk dzwonka telefonu. Machinalnie odebrał. Dzwoniła matka Stevena, Pam. Pam była dla Brenta jak druga matka. Przez całą podstawówkę woziła Brenta i Stevena do szkoły, a w weekendy zabierała do kina, do parku na mecze. I kiedy tylko odebrał od niej telefon, wiedział, że coś się stało. Pam łkała.
Brent nagle poczuł, że wie, co się stało. „Gdzie i jak Pam?” – zapytał. Jego głos załamał się nagle, a oczy nabrzmiały łzami. „To był wypadek, Brent. Próbują go wydobyć z wraku właśnie teraz. Czy jechał zobaczyć się z tobą? Był zaledwie milę od twojego mieszkania”. Brent ledwie ją rozumiał, bo łkała do telefonu, a za oknem znów dało się słyszeć dźwięk syren. „Jadę do ciebie, Pam” – krzyknął Brent w słuchawkę i wyłączył telefon. Przez chwilę patrzył na telefon, nie mogąc uwierzyć w rozwój wydarzeń, jakich był świadkiem.
Po chwili ocknął się z tego odrętwienia. Znalazł kurtkę i klucze do samochodu i ruszył w stronę drzwi. Kiedy już nachwycił się za klamkę, drzwi otworzyły się z rozmachem. „Jak się masz stary?” W drzwiach stał Steven. „Steven, ty żyjesz?” – wyjąkał zaskoczony Brent, nie wiedząc, co powiedzieć. „Jak widzisz wariacie. Pewnie, że żyję. Co się z tobą dzieje? Płaczesz? Zaczął ci się okres czy coś w tym rodzaju?” Brent jeszcze raz otworzył telefon, sprawdzając ostatnie telefony, które odebrał.
Na liście nie było telefonu od Pam. Był tylko telefon do Stevena. „Myślałem...”. Brent pogubił się kompletnie, nie wiedząc, co powiedzieć. „Czy widziałeś jakąś policję albo ambulans?” – zapytał nieskładnie, zastanawiając się nad tym, co się w ogóle dzieje. Steven zaczął przyglądać mu się uważnie i Brent wiedział, że sposób, w jaki się zachowuje, wygląda, jakby miał jakiś problem z psychiką. „Tak, był ambulans” – Steven zdecydował się odpowiedzieć na pytanie przyjaciela. – „Minął mnie z ogromną prędkością i popędził w twoją stronę. Coś się stało? Chcesz o tym pogadać?” Brent rzeczywiście chciał mu opowiedzieć, co przydarzyło mu się w ciągu ostatniej godziny.
Chciał opowiedzieć o dziwnej wizycie, o pięciosątówce i nie był jednak pewien, czy mówić o telefonie od jego matki, o wypadku, o ambulansie. Gdyby mu o tym wszystkim opowiedział, jego przyjaciel rzeczywiście mógłby myśleć o tym, żeby może go zabrać do jakiegoś lekarza psychiatry, który mógłby jakoś pomóc Brentowi w jego załamaniu psychicznym. „Steven, przyjacielu, ja wiem, że to, co chcę ci opowiedzieć, zabrzmi, jakby coś się stało z moim mózgiem, ale proszę, nie bierz mnie za wariata. Wysłuchaj, co mam do powiedzenia”. Brent opowiedział mu wszystko z detalami, łącznie z rozmową, jaką miał w barze o religii i duszy, a skończył na telefonie od Pam i wypadku. Steven słuchał w milczeniu i patrzył na przyjaciela uważnie i z wymalowanym na twarzy zdumieniem. Kiedy Brent skończył, zapadła długa i ciężka cisza. Wreszcie Steven prychnął. Poruszył się na krześle i z poważną miną powiedział: „PrzyjacieluMusimy razem cię uratować. Cała ta historia brzmi poważnie i potrzebujesz fachowej pomocy.
Tam ja wciąż należymy do mojej lokalnej parafii. Brent spojrzał na przyjaciela stanowczo. Chodź ze mną do kościoła. Brent po raz ostatni był w kościele, kiedy był jeszcze chłopcem. Był typowym amerykańskim bezbożnikiem i nie czuł od lat żadnej religijnej potrzeby zaglądania do kościoła. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Po raz pierwszy w swoim życiu pomyślał, że może Steven ma rację. Może znajdzie w kościele ratunek. Okazało się jednak, że jego nadzieje są płonne. Tak samo, jak szybko weszli do kościoła, tak samo szybko z niego wyszli.
Wsiedli do samochodu i Steven widząc troskę na twarzy przyjaciela, postanowił go jakoś rozbawić i zaczął opowiadać swoją własną historię o apetycznej brunetce, jaką spotkał dzień wcześniej. Była piękną kobietą o wspaniałym poczuciu humoru i dekolcie, gdy nagle pickup, którym jechali, zaczął gwałtownie hamować. Przez ulicę przebiegł pies. A może sarna? A może coś jeszcze innego? Steven zrobił gwałtowny manewr kierownicą i auto wpadło w niekontrolowany poślizg, uderzając w tablicę z drogowskazem. Uderzenie było tak silne, że pędzący z dużą prędkością samochód wzniósł się w powietrze, wylatując z ulicy jak z procy. Z łoskotem wylądował na poboczu, a roztrzaskany siłą uderzenia samochód koziołkował jeszcze kilka razy, rozsypując wokół siebie deszcz odrywających się od auta elementów i kawałków rozbitych szyb. Brent stracił przytomność. Kiedy otworzył oczy, pierwsze co zobaczył, to światło i w tej samej chwili poczuł przeszywający do szpiku kości ból.
Krzyknął. Pochyliła się nad nim pielęgniarka, poprawiając mu kroplówkę. Brent potoczył niepewnym wzrokiem po pokoju. Był w nim jeszcze lekarz i jego rodzice. Dzięki Bogu — krzyknęła jego matka, widząc, że otworzył oczy. Brent, czy mnie słyszysz? To ja, twoja matka. Jesteśmy tu przy tobie, synu. Ojciec i ja. Brent poczuł ulgę, ale nie trwało to więcej niż 10 sekund.
Doktor stojący do tej pory w milczeniu zdjął swoją maskę chirurgiczną. Był to ten sam mężczyzna, który był u niego w domu i przyniósł mu pięciocentówkę. Uśmiechał się do niego złym, wykrzywionym uśmiechem. Brent chciał krzyknąć i powiedzieć wszystkim, kim jest mężczyzna w lekarskim kitlu. Chciał zerwać się z łóżka i uciekać, ale doktor sprawnym ruchem wbił mu w ramię strzykawkę i Brent ponownie stracił świadomość. Zasnął. W jego głowie powoli zaczął wyświetlać się sen. I był to dziwny sen. Był razem ze Stevenem w kościele. Kościół był pełen ludzi, którzy razem z odwróconym do nich pastorem patrzyli na wielki obraz ukrzyżowanego Jezusa.
Z ran Jezusa na obrazie płynęła krew i była to prawdziwa krew. Nagle, jak na komendę, wszyscy w kościele odwrócili się i zaczęli patrzeć na Brenta. Wszyscy oprócz pastora, który stojąc tyłem do całego zgromadzenia, wciąż wpatrywał się w obraz. Brent poczuł ściskający go za gardło paniczny strach. Chciał uciekać, ale jego nogi odmówiły mu posłuszeństwa i nie mógł się ruszyć z miejsca. Tymczasem ludzie w kościele wciąż na niego patrzyli. Milczeli, ale ich usta zaczęły się otwierać szerzej i szerzej. I nie był to uśmiech, ale krzyk. Taki jak ten z obrazu Muncha. I tak samo jak na obrazie był to niemy krzyk.
Ludzie patrzyli na Brenta z nienawiścią, z otwartymi szeroko w niemym krzyku ustami. Wciąż będąc we śnie, Brent zamknął oczy, szukając jakiejś modlitwy. Przypomniał sobie jakoś i zaczął ją w myślach powtarzać. Nagle kamienne milczenie kościoła zamieniło się w głośny szept. Zebrani w kościele ludzie szeptali. Brent otworzył oczy i zobaczył pastora, który pędził w jego kierunku. Miało się wrażenie, że nie dotyka stopami ziemi, a frunie w kierunku Brenta. Brent instynktownie wpił się w ramię Stevena. Ten odwrócił głowę w jego stronę, ale oczy Stevena ziały pustką. Pochylił się nad Brentem i szepnął mu dysząco do ucha: Bóg już nie może ci pomóc.
Brent obudził się w tej chwili i zobaczył nad sobą twarz przerażonej matki. Krzyczał przez sen. Matka starała się go uspokoić. Powiedziała mu, że ma złamany obojczyk, dwa złamane żebra i prawą rękę, która wymagała chirurgicznej rekonstrukcji. Matka miała zafrasowaną minę, łzy płynęły jej po policzkach. Co się stało, mamo? — zapytał Brent. Przecież żyję. Wyzdrowieję. Tak — szepnęła, krztusząc się łzami.
Wyzdrowiejesz, synu. Ale muszę ci to powiedzieć. Steven nie żyje. Cięli samochód na kawałki, żeby wydobyć jego zmasakrowane ciało. Już nie żył, kiedy wydostali go na zewnątrz. Bardzo mi przykro, synu. Brent poczuł targające nim dreszcze zimna. Co się, do diabła, stało? Poczuł nagle, że to wszystko jego wina. Powinien wiedzieć.
Powinien wiedzieć, że nie ma żartów ze złem. Do szpitalnego pokoju wszedł jego ojciec. Uśmiechał się, widząc, że Brent jest przytomny. Cześć, synu. Jak to dobrze, żeś się obudziłeś. Jest mi bardzo przykro z powodu Stevena. Jego matka jest tutaj. Chce z tobą rozmawiać. Powiedziała, że chce cię o coś zapytać. Nie martw się.
Doktor powiedział, że jedyne poważne złamania, jakie masz, to dłoń, którą chirurgicznie już zrekonstruował. To bardzo sympatyczny człowiek, Brent.Ten doktor bardzo martwi się o ciebie. Tato, tato! Gwałtownie przerwał mu Brent. Proszę, nie daj mu się do mnie zbliżać. To zły człowiek. Spokojnie synu, spokojnie. Głos ojca był łagodny. Przecież nawet go nie znasz. Spróbuj odpocząć.
Podali ci naprawdę poważne środki przeciwbólowe. Odpocznij teraz. Będziemy z matką cały czas przy tobie. Brent nie mógł oskarżać ojca za to, że myślał w ten sposób. Do pokoju weszła Pam, matka Stevena. Pam poprosiła rodziców Brenta, żeby na chwilę opuścili szpitalny pokój, bo chciała porozmawiać z Brentem w cztery oczy. Podeszła do jego łóżka. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Była pogrążona w głębokim smutku. Tak mi przykro Pam – wyszeptał Brent.
Nie miał w sobie na tyle odwagi, żeby powiedzieć jej, że to, co się stało, jest wszystko z jego powodu. To nie twoja wina – powiedziała Pam, jakby czytając w jego myślach. Ale chciałam cię o coś zapytać. Czy Steven brał narkotyki? Nie! – wykrzyknął gwałtownie Brent. Steven nie brał żadnych narkotyków. Dlaczego pytasz? Jej twarz przybrała dziwny wyraz. Pam szukała w głowie myśli.
Szukała właściwych słów. Kiedy cięli ten samochód, Brent, żeby wyciągnąć ciało Stevena – zamilkła na chwilę. W ciszy dało się wyczuć jej wahanie. – Jego usta i krtań były wypełnione pięciocentówkami. Dlaczego? Dlaczego to zrobił? Czy coś wiesz na ten temat? Serce Brenta na chwilę się zatrzymało. Tchórzostwo wzięło górę i Brent z trudem panował nad wyrazem swojej twarzy, próbując nadać jej wyraz zaskoczenia po usłyszeniu takiej wiadomości. Nie wiem – wyłamrotał.
Nie wiem – powtórzył. Nic nie wiem na ten temat Pam. Pam przytuliła go mocno i delikatnie i wyszła z pokoju. Zanim zamknęły się za nią drzwi, do pokoju wszedł chirurg. Diabeł, demon, kimkolwiek był. Podszedł do łóżka Brenta. Jego martwe oczy patrzyły na niego drapieżnie. Pochylił się do ucha Brenta i Brent usłyszał syczący, ale wyraźny głos: Bóg już ci nie pomoże. Dobranoc państwu. Szczęśliwego Halloween, Dziadów, cokolwiek obchodzicie.
Dziękuję jeszcze raz bardzo, że byliście ze mną. Do usłyszenia w następnym tygodniu. Muszę obmyśleć, co zrobić z Konspiracją Wenecką. Mam nadzieję, że mi w tym pomożecie. I jeszcze raz serdecznie dziękuję wszystkim, którzy tutaj przychodzą, ażeby spotkać się ze mną i podyskutować o wszystkich możliwych tajemnicach świata, bez ograniczeń i bez żadnych zastrzeżeń. Jeszcze raz serdecznie państwu dziękuję. Dobranoc. Mówił Chris Miekina.
[57:56] - Audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia już za tydzień w kolejnym odcinku Paralaksy na żywo. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl