[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego właśnie lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej oto polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu Chata Mistyka. I tym oto wybuchem petardy, tudzież korsarza w dziedzińcu domu, w którym tu się znajduję, rozpoczniemy dzisiejszą Chatę Mistyka. Witam wszystkich bardzo serdecznie. Pozdrawiam wszystkich gorąco na wstępie. Tradycyjnie mam nadzieję, że zdrowymi jesteście i że dobrze się macie, dobrzy ludzie.
U mnie wszystko okej. Podróż w Indiach nadal trwa. Ostatnia audycja nagrywana była w Pendżabie. Audycja, którą zatytułowałem Kraina Brodaczy, gdzie opisywałem kult pewnego jogina, który jest bardzo powszechny w tym obszarze. Oprócz tego zapoznaliśmy się trochę z religią, która jest bardzo powszechna na świecie, aczkolwiek czasami w naszych rejonach, w rejonach wschodniej Europy, mało rozpoznawalna. Ta religia nazywana jest sikhizmem. Opowiadałem trochę o tym, czym zajmują się wyznawcy sikhizmu i w jaki sposób kultywują swoją tradycję, która jest notabene bardzo młoda. Jest to taki model religii, na którym można zaobserwować w bardzo krótkim okresie czasu różnego rodzaju przykładne formy, w jaki to sposób ewoluuje ludzka myśl oraz kontrola mas, tudzież zagubienie się i poplątanie prawdziwej percepcji na temat świata, na temat stworzenia, na temat naszego miejsca, na temat tego, w jaki sposób my jako ludzie funkcjonujemy tutaj, na tej planecie. Minęło już parę tygodni, odkąd opuściłem Pendżab, krainę, którą charakteryzuje wspaniała, aczkolwiek dosyć ciężka na żołądek kuchnia. Ludzie w Pendżabie głównie odżywiają się tak zwanymi chapati, które są bardzo smacznymi plackami, które wykonuje się, smaży się z mąki wymieszanej z wodą.
Jest to główne źródło pożywienia, więc ta potrawa serwowana była mi przez bardzo uczynnych, gościnnych ludzi dosłownie na śniadanie, lunch i kolację. Ciężko było odmówić, aczkolwiek nie było innych wyborów. Ale wszystko udało się. Odkąd opuściłem Pendżab, byłem po drodze również w stolicy Indii, w Delhi. Potężna metropolia. To już nie pierwszy raz, kiedy przemierzam kilometrowe połacie miasta Delhi. Delhi jest dosyć specyficznym doświadczeniem. Jest to potężna metropolia. Jest koszmarnie głośno. Indie są przeludnione, ale oczywiście w takich miejscach jak stolica, w takich wielkich, potężnych metropoliach to można zauważyć na każdym kroku, co staje się troszeczkę uciążliwe.
Czasami staje się to niebezpieczne, dlatego, że ruch uliczny w Indiach, szczególnie w dużych miastach, nie kieruje się żadnymi zasadami użytkowania dróg publicznych w taki sposób, w jaki my rozpoznajemy to chociażby w Europie. Jest to, powiedziałbym, bardzo naturalna forma bioniczna. Ale w Delhi spędziłem tylko parę dni. Powróćmy do wątku i do mojego miejsca. Dlaczego w tle słychać odgłosy wybuchających korsarzy? Dlatego, że jestem w bardzo niebywałym miejscu, w bardzo starym, pradawnym mieście, bardzo czczonym i bardzo uczęszczanym przez Hindusów. Miasto Kashi. Kashi, inaczej Varanasi. Te dwie nazwy miasta funkcjonują równorzędnie. Delhi opuściłem już parę tygodni temu.
Wsiadłem w lokalny pociąg, który zawiózł mnie w bardziej wschodnią część Indii, właśnie do Varanasi. Podróż pociągiem trwała 13 godzin, ponieważ nie było możliwości zakupu innego miejsca niż tak zwany przedział generalny, gdzie nie ma zabukowanych numerów miejscówek, tylko tam, gdzie jest miejsce, tam się jest. Nie że się siedzi tam, gdzie jest miejsce, tylko tam, gdzie jest miejsce, dosłownie tam się jest. Dlatego że, kochani, z tych 13 godzin podróży spędziłem niecałe 10 godzin, stojąc na jednej nodze naprzemiennie. Pociąg był tak zapchany ludzkością, że nie było miejsca, by postawić drugą nogę. Dopiero kiedy po drugiej głównej stacji, kiedy pociąg zatrzymał się po 10 godzinach, część z pasażerów wysiadła, wtedy udało znaleźć mi się kawałek podłogi, na której mogłem już kontynuować resztę podróży w ekskluzywnych wygodach, mając do własnej dyspozycji, łącznie z moim bagażem, może jakieś pół metra kwadratowego. Więc naprawdę był to pewien wypas. Po prostu pewien luksus. Jestem w Varanasi, w Kashi, w świętym mieście, które jest bardzo istotne na mapie Indii. Jest niesamowity upał.
W Delhi było już gorąco. Kiedy wyjechałem początkowo z Himalajów, gdzie klimat był całkiem chłodny, powiedziałbym, zjechałem troszeczkę niżej do Pendżabu. Gdzie było bardzo fajnie, nie za gorąco, nie za zimno. Przejeżdżając przez Delhi można było poczuć temperaturę podwyższającą się. Tutaj jestem już bardziej na wschód kontynentu, więc jestem w głębi lądu. Jest niesamowite nasycenie powietrza wodą. Jest kompletny upał. Jest it's tacky, jak to mawiają Anglicy. It's tacky mate. Każdy ruch wykonywany powoduje pocenie się, ale powoli się do tego wszystkiego przyzwyczajam.
Dzisiaj atmosfera jest szczególnie gorąca, dlatego, że świętujemy dzisiaj Diwali, moi drodzy. Dlatego odgłosy fajerwerków i korsarzy wybuchające radośnie w dziedzińcu budynku, w którym jestem. Młodzież przygotowuje się na festiwal, który rozpocznie się wieczorem. Jest to festiwal światła. Jest to festiwal nadziei. Jest to festiwal uprzytomnienia i w jakiś sposób klaryfikacji naszej istoty i naszej funkcji oraz moment uprzytomnienia, powiedziałbym. O tym jeszcze opowiem za chwilę. Na początku o samym Varanasi, dlatego, że jest to bardzo stare miasto. Jest to święte miasto. Powiedziałbym miasto slumsów właściwie dlatego, że w moich różnorakich podróżach nie da się tutaj zauważyć tego brudu, który panuje wszechobecnie w tym bardzo uczęszczanym miejscu w Indiach.
Miejsce jest bardzo uczęszczane z paru powodów, ale dlatego może ciężko jest to miejsce utrzymać w schludnym stanie. Dlatego, że Indie generalnie są przepełnione ludźmi, ale w takich miastach bardzo tradycyjnych kulturowo widać, że tutaj służby miejskie sobie nie radzą za bardzo. Zresztą czystość na ulicach w Indiach nie jest zbytnią domeną Indii. Niestety ten kraj ma dużo jeszcze do nadrobienia w kwestii traktowania śmieci, odpadów plastikowych i przerobu, recyklingu tak zwanego. Dlatego, że tutaj takie tematy są kompletnie nieznane, są obce ludziom i nie są ludzie świadomi tego, że zanieczyszczają bardzo własne środowisko. Zachowują się tak, jakby byli ostatnim pokoleniem, które żyje w tym kraju, na tej planecie. A przeludnienie jest tutaj takie, że pojawia się coraz więcej ludzi. I to jest troszeczkę zatrważające, że obecne pokolenie nie zdaje sobie sprawy z tego, że po nich przyjdzie jeszcze mnóstwo ludzi, którym to przyjdzie użytkować ten kawałek ziemi, ten kawałek dziedzictwa kulturowego. Ale dzisiaj nie o recyklingu, dzisiaj o Varanasi i o pewnych bardzo specyficznych joginach, którzy tutaj w Varanasi przebywają. Ale do tego sobie dojdziemy kroczek po kroczku.
Varanasi jako święte miasto jest miastem, w którym znajduje się mnóstwo hinduistycznych świątyń. Miasto usytuowane jest w północno-wschodnich Indiach, w głębi lądu, nad świętą rzeką Ganges. Rzeka, która ma potężną tradycję kulturową i duchową. Rzeka traktowana przez wyznawców hinduistycznych jako rzeka świętą. Wypływa z Himalajów, z górnych partii Himalajów, gdzie zwykło się mówić o tym, że urzędują tam bogowie, że stamtąd pochodzą wszelkiego rodzaju moce i dlatego tam wyrusza cała rzesza wyznawców wiary hinduistycznej, aby czcić swoich bożków. Dlatego, że jest to mnogość różnych bożków, bogów i wyznań. Opowiadałem w poprzednim odcinku trochę o kulcie Baba Balak Nath, który bardzo powszechny jest w Pendżabie, ale również udają się tam ludzie, którzy eksplorują swoje wnętrze i którzy dochodzą do takiego miejsca w swojej egzystencji, kiedy to zaczynają być bardzo podatni na bardzo subtelne energie, które przejawiają się tutaj, w świecie naszym fizycznym, ale których nie zawsze jesteśmy w stanie zauważyć. I ci ludzie, owi jogini, którzy pracują z energiami, bardzo często udają się właśnie w Himalaje, wysokie partie gór, gdzie przechodzą długie okresy medytacji i praktyk, które to związane są z tym, że podłączają się do tego źródła energetycznego, że stają się odbiornikami pewnego rodzaju transmisji, która to pochodzi z kosmosu. To znaczy są już na takim etapie owi jogini, owi brodacze z długimi, zakurzonymi dredami, owi mnisi, że są w stanie tak dostroić swoje wewnętrzne jestestwo, które zbudowane jest na wzór całego kosmosu, jest niczym innym jak cząstką, jak odzwierciedleniem uniwersalnego porządku i schematu. Więc są w stanie, dostrajając swoje wnętrze, zespoić się również, połączyć ze stworzeniem, z kosmosem.
Tak zwani sadhu, czyli wędrowni mnisi, którzy w bardzo ascetyczny sposób żyją i pozbawili się wszelakich powiązań z przedmiotami materialnymi i również poradzili sobie świetnie, kontrolując własne emocje, własne widzimisię, własne dylematy czy też lęki. Oni również pojawiają się często w mieście, w którym obecnie przebywam, w świętym mieście Varanasi, aby przebyć tutaj również bardzo specyficzne praktyki duchowe. A miejsce jest bardzo szczególne. Sama rzeka Ganges. Wierzenia są takie, że woda w Gangesie ma właściwości bardzo energetyczne. Wypływa z wyższych partii Himalajów, tam, gdzie rzekomo znajduje się śliwa bogów i świętych. To wszystko jest w pobliżu góry Kailash, o której to wspominałem w opowieści o Adiyogim, którą gorąco polecam. To wszystko jest też niedaleko pewnego magicznego jeziora Manasarovar. Które rzekomo jest potężnym vortexem, który jest taką dziurą pomiędzy światami. Ale cóż, rzeka Ganges bardzo dużą rzeką jest, obszerną i przepływa przez wiele miejsc.
Higiena owej rzeki pozostawia wiele do życzenia. Jest to rzeka bardzo brudna, przynajmniej w oczach turystów, obcokrajowców. Szczególnie w tym rejonie, w rejonie Varanasi, gdzie przewija się tyle ludzi. Varanasi jest to również miejsce, w którym bardzo często i nagminnie dokonuje się kremacji zwłok. To jest bardzo tradycyjne miejsce do spalania ciał, gdzie przywozi się nawet martwe ciała z różnych odległości po to, aby je skremować tutaj. Także te tereny, w których dokonuje się kremacji zwłok. Dlatego, że w kulturze indyjskiej częściej kremuje się zwłoki raczej niż je chowa się w ziemi. Te tereny, w których dokonuje się kremacji zwłok, znajdują się wzdłuż rzeki na takich specjalnych podwyższeniach, na miejscach. Dlatego, że tu warto wspomnieć, że owe obrządki spalania ludzkich zwłok są publiczne i tutaj w Varanasi właściwie są bardzo częstym widokiem. Są do tego wyznaczone specjalne miejsca wzdłuż rzeki Ganges i to jest właściwie zjawisko, które trwa tutaj nieustannie.
Praktycznie 24 na dobę są spalane zwłoki w Varanasi dlatego, że przybywają one nie tylko z miasta, ale z różnych zakątków Indii. W celu spalania zwłok tworzy się potężne kopce, które opalane są drewnem i które to publicznie wystawione są po prostu na pewnego rodzaju spektakl. Dlatego, że wokół ceremonii spalania zwłok gromadzi się mnóstwo ludzi. I to nie są tylko członkowie rodziny zmarłego, ale to są różni ludzie, powiedziałbym nieprzypadkowi, dlatego że ci ludzie pojawiają się tam w trakcie tego procesu spalania zwłok w bardzo określonym celu. O co w tym wszystkim chodzi? To nie są opowieści, skrypty i to nie ma być opowieść z cyklu horror, chata, mistyka, tylko wręcz odwrotnie. Moment uprzytomnienia sobie, jak bardzo błahym jest nasz organizm, nasze ciało w naszej funkcji i w naszym jestestwie tutaj na planecie. Pogodzenie się z faktem, że każdy z nas przychodzi tutaj na tą planetę i z tej planety odchodzi, czyli umiera, jest bardzo dużym krokiem do uprzytomnienia sobie, o co w tym wszystkim chodzi. Dlatego, że wtedy pozbawiamy się lęku przed śmiercią, pozbawiamy się jakiegoś takiego panicznego strachu o zapewnienie sobie dóbr materialnych. Oprócz tego jest pewien fenomen, który wykorzystywany jest tutaj przez uczestników owych kremacyjnych obrządków, procesów.
Okazuje się, że po tak zwanym wyjściu z ciała, czyli kiedy umieramy, kiedy pozostawiamy już za sobą naszą materialną kotwicę, która tutaj nas ściąga do tego grawitacyjnego świata, w którym to przyszło nam funkcjonować podczas życia, kiedy w końcu nasza energia zostaje uwolniona i automatycznie zaczyna przeistaczać się w ogół, w jedność. Dlatego, że energia zawsze dąży do wyrównania potencjałów, tak jak dobrze wiemy. To jest taki moment, że ta energia jeszcze dosyć mocno zakorzeniona jest w tym materialnym świecie, w tym świecie substancji. Znowu wybuch petardy tuż za moimi plecami. Ale jest taki moment, kiedy ta energia dosyć mocno jeszcze tkwi w tej naszej materialnej formie, w tej ramie naszego istnienia, którą to nadało mu nasze ciało. Więc pomimo tego, że jak gdyby większość duszy ulatnia się i zaczyna proces przeistaczania, proces transferu, który prawdopodobnie nie trwa zbyt długo, to jest jeszcze pewna porcja energii życia, tak zwanej prany, która pozostaje w ciele. W tym martwym z pozoru ciele, ale tam nadal tkwi po prostu określonego rodzaju wibracja, która to jeszcze nie opuściła ciała. Taka wibracja jest szczególnie silna poprzez parę pierwszych godzin po śmierci człowieka. Ciało posiada wtedy mnóstwo tego pędu życia. Pomimo tego, że dla obserwatora wydaje się człowiek martwy i dosyć sztywny.
Sztywniak się z niego zrobił. Tam jest jeszcze bardzo dużo prany, czyli energii życia, która tym wszystkim tutaj steruje, która napędza nasze ciałka. Jest nawet taki ewenement, że zarost na przykład na twarzy mężczyzny będzie w stanie jeszcze rosnąć przez parę pierwszych dni, nawet do tygodnia. Mówi się o tygodniu po śmierci, tak zwanej śmierci klinicznej. Można takiego delikwenta sztywniaka ogolić i na przykład okazuje się, że po pięciu dniach gość ma taki, może nie pięcio, ale przynajmniej trzydniowy zarost. Więc ta energia nadal napędza nasze komórki. Ona nadal po prostu tam się przemieszcza. I w momencie spalania takiego ciała martwego poniekąd, a poniekąd jeszcze troszeczkę nasyconego energią życia, ta energia zaczyna się bardzo raptownie uwalniać do otoczenia. Tutaj właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Także będąc w pobliżu takiego spalającego się ciała, jesteśmy w stanie rzekomo według joginów pozyskać w pewien sposób energię życia.
Zachodzi pewnego rodzaju interakcja pomiędzy naszym własnym organizmem, pomiędzy naszą własną praną, która nadal połączona jest z górą, że tak powiem, z jednością ze wszechświatem. To właśnie wtedy możemy jako takie wampiry energetyczne poniekąd naładować się trochę tą energią, która została już odłączona, która w tym momencie się resetuje do cyklu z powrotem. I to właśnie wykorzystywane jest przy okazji kremacji zwłok. Zwykle rytuał jest taki, że zwłoki moczy się tudzież kąpie w rzece Ganges, która sobie przepływa nieopodal. I te zwłoki później dopiero są palone na stosie. Później resztki i tak zwane prochy rozsypuje się do rzeki. Prochy jeszcze wykorzystywane są przez pewną kastę joginów, o których za chwilę powiem, którzy to po prostu wcierają te prochy we własną skórę, pokrywają całe swoje ciała prochem zmarłych. Jest to tak zwane vibhuti. Ja mówiłem trochę o vibhuti na samym początku naszych spotkań w Chacie Mistyka. Vibhuti jest to bardzo naenergetyzowana substancja, która właściwie istnieje pomiędzy dwoma rzeczywistościami, pomiędzy dwoma wymiarami.
Jest jak gdyby jedną nogą w świecie realu, w świecie fizycznym, w świecie materialnym, a drugą stopą stoi poniekąd w świecie energetycznym, w świecie fenomenów. Więc nacieranie ciała takim prochem, kiedy pochodzi właśnie ze spalonych zwłok, ma w sobie pewnego rodzaju walory energetyczne, które to wykorzystywane są przez pewnych mnichów. Ale są też tacy, których nie stać na kremację ciał swoich bliskich. I te ciała zwykle po prostu wrzucane są do rzeki. A obok tego wszystkiego radośnie kąpią się ludzie w rzece Ganges, dlatego, że rzeka uznawana jest za świętą. Hindusi święcie wierzą w to, że wykąpanie się w owej świętej rzece ma rzekomo zmyć wszystkie grzechy, które popełnili w tym życiu. Czyli sprawa jest bardzo błaha. Wystarczy właściwie przyjechać do Varanasi raz w życiu, wykąpać się w syfie w rzece Ganges i ta rzeka zmyje wszelkiego rodzaju z nas winy i grzechy. I mamy czyste sumienie. Więc przynajmniej raz w życiu większość Hindusów wykonuje pielgrzymkę do Varanasi.
Dlatego jest tutaj również mnóstwo świątyń. Okazuje się, że miasto Varanasi jest bardzo, bardzo starym miastem i budynki, które tutaj zostały postawione, nie zostały postawione przypadkowo. Są bardzo skrupulatnie i szczegółowo zaplanowane odnośnie swojej lokalizacji, proporcji, materiału, z jakiego są wykonane. Mówi się o tym, że miasto Varanasi istnieje tutaj od zawsze. Praktycznie jest to najstarsze miasto w historii tej kultury tutaj na planecie. Wielu ludzi uznaje kulturę indyjską za najstarszą na tej planecie. Mówi się o tym, że inne kultury, a później też religie, które wywodzą się bezpośrednio stąd, że to właśnie stąd zaczerpnięto pierwotne pomysły tudzież dorobek naukowy, tudzież formuły matematyczne. Faktem jest to, że chociażby liczba zero pochodzi z Indii. Jest to indyjski wynalazek matematyków wedyjskich, dlatego, że koncept zera, czyli nicości, był wcześniej w Europie nieznany i w innych częściach świata. A tutaj właśnie przez obcowanie z naturą stworzenia i ze wszechświatem pewni pradawni mędrcy doszli do wniosku takiego, że istnieje pewnego rodzaju pustka.
Właśnie nazwali to śunią, a śunia w matematyce przedstawiona jest jako zero, czyli jest to stan niebytu, ale stan, który jest bardzo istotny. To nie jest stan, który można pominąć i zlekceważyć. A więc zero pochodzi również z Indii, różnego rodzaju inne technologie oraz praktyki medyczne nawet, czy różnego rodzaju praktyki energetyczne pochodzą również z Indii. Varanasi jest rzekomo najstarszym miastem, które to zostało ustanowione przez samego Lorda Shivę na długo przed powstaniem Egiptu i Rzymu. Ale moi drodzy, Varanasi jest to również bardzo specyficzny architektoniczny instrument. Dlatego, że całe miasto jest wielkim, potężnym urządzeniem. Okazuje się, że pradawni mędrcy i władcy zrozumieli istotę balansu we wszechświecie i istotę propagacji się energii. Po prostu zrozumieli, jak ważnym jest to, żebyśmy byli dostrojeni do wszechświata i żebyśmy po prostu współistnieli z nim. Miasto zostało zaprojektowane według bardzo ścisłych zależności geometrycznych i astronomicznych. Miasto zbudowane jest na planie takiej siatki energetycznej.
Siatka jest elipsoidalna, nie kwadratowa. Więc Kashi, czy też Varanasi to jest tak zwana yantra. Yantra dosłownie z sanskrytu oznacza urządzenie albo maszynę. Maszynę, czyli po prostu coś, co ma za zadanie działać, czyli coś, co ma działać w jakiś określony sposób. Okej, więc całe miasto tutaj jest potężnym urządzeniem energetycznym, które robi po prostu taki wielki download z kosmosu. Po prostu budynki, tak zwane świątynie, które w historii dziejów zostały zamienione po prostu w jakieś tutaj miejsca kultu i uczęszczane przez wyznawców religii, mnogości różnego rodzaju wyznawców różnych bożków. Tak naprawdę te wszystkie świątynie to są urządzenia energetyczne. Cała ta historia pochodzi na długo, długo dawniej niż moment, w którym pojawiły się na świecie różnego rodzaju religie i wierzenia. Więc z sanskrytu yantra oznacza urządzenie albo po prostu maszynę. Więc całe miasto jest potężnym urządzeniem energetycznym.
I ta maszynka tutaj zbudowana jest kompatybilnie z centrami energetycznymi, które mamy w sobie jako ludzie, czyli z tak zwanymi czakrami. To, w jaki sposób tutaj zbudowano budynki, te wszystkie proporcje, dystans pomiędzy budynkami, cała siatka, plan, na której postawione zostały te budowle, a jest ich tutaj setki wybudowanych w ten sposób. I cały ten plan cechuje liczba pięć. Dlatego, że liczba pięć to jest liczba Shivy. Czyli właśnie tutaj ta symbolika pojawia się. Siwa to jest reprezentacja wielu fenomenów. Hindusi traktują go jako boga, ale to niekoniecznie w ten sposób trzeba na to wszystko patrzeć. Siwa jest reprezentacją wielu różnych symboli. Jednym z nich jest liczba pięć, dlatego że pięć elementów. Rozmawialiśmy sobie kiedyś o pięciu elementach, o zależności elementów, z których jesteśmy stworzeni jako materia, jako jestestwo.
Także tutaj ta liczba pięć również dominuje w architekturze Kasi, Varanasi. Jest to miejsce z tysiącami lat tradycji i tutaj przez to miejsce przewinęło się tysiące naukowców, tysiące mnichów, praktykantów duchowych, różnych wybitnych postaci. Budynki są bardzo stare, uliczki są bardzo wąskie. I rzeka Ganges oczywiście nieopodal. Tu właśnie taka ciekawostka. Pomimo tego, że pozornie ta rzeka Ganges taka jest brudna i taka nieprzyjazna dla ludzi, to mnóstwo ludzi bierze tą ową świętą kąpiel w Gangesie. Ciekawostka jest taka, że woda w Gangesie nie powoduje rzekomo żadnych chorób. Ludzie kąpią się w tym syfie całym i nawet tą wodę piją niektórzy. Nie ma żadnych przypadków zakaźnych. I co tutaj się okazuje?
Była robiona ekspertyza naukowa i naukowcy stwierdzili, że w rzece Ganges po prostu nie ma bakterii. I tutaj jest wielki znak zapytania pojawił się. Wypłynęła z tego jakaś teoria taka, że w rzece Ganges znajduje się bardzo specyficzny wirus, tak zwany bakteriofag, który to skutecznie ubija wszelakiego rodzaju bakterie w wodzie i z tego powodu rzeka po prostu jest biologicznie czysta i zdatna teoretycznie nawet do spożywania wody z owej. Także przypadków zachorowań tutaj na choroby zakaźne po kąpieli w rzece Ganges nie ma. Wodę z Gangesu rzekomo można przechowywać w pojemniku przez wiele miesięcy i się nie psuje tak jak zwyczajna woda. Ale bardzo trudno w to wszystko uwierzyć, dlatego że przy takiej masie ludzi tutaj, która przewija się uliczkami w Varanasi i przy braku podstawowych zasad higieny, ciężko uwierzyć, że tutaj w ogóle jeszcze jestem żywy po tych paru tygodniach. Moi drodzy, zarudnienie w Varanasi to nie wszystko, bo tutaj jeszcze na ulicach znajdują się zwierzęta. Oprócz tego, że tak jak wspomniałem znajdują się wredne małpy, z którymi trzeba być ostrożnym, to ulice Varanasi uczęszczane są bardzo przez bezdomne psy. Właściwie takie hordy psów, które właściwie nie uczęszczają, tylko leżą leniwie pośrodku tych alejek, nie przejmują się kompletnie przechodniami, ani nawet nadjeżdżającymi motorami. Także częstym przypadkiem jest słyszeć skowyt psa, na którego to właśnie najechał motor, tudzież nastąpił bawół.
Dlatego, że drugim najbardziej popularnym gatunkiem zwierząt w Varanasi są krowy. Takie bawoły, potężne zwierzęta, które skutecznie blokują te wąskie uliczki w bardzo częstych przypadkach. Zwierzęta, które odżywiają się śmieciami. Jest to obrzydliwe, co te święte krowy tak zwane tutaj jedzą. One najczęściej odżywiają się jakimiś plastikowymi torbami i zgniłymi jakimiś resztkami jedzenia. Także ulice uczęszczane są przez zwierzęta, psy, małpy, krowy. Krowy oczywiście robią kupy gdzie popadnie, także chodzenie uliczkami w Varanasi to jest taka umiejętność nawigowania pomiędzy gnijącymi resztkami jedzenia, tudzież zdechłym szczurem lub kupą krowią. To jest potężny syf i nie muszę chyba wspominać tutaj, jakie to fetory i zapachy produkuje takie miejsce. Więc umiejętność poruszania się tutaj w uliczkach, w ciemnych uliczkach w Varanasi jest po prostu sztuką. Nauczenie się tej sztuki zajęło mi pierwszych parę dni.
Ale w całym tym tyglu kulturowym, w całej tej mnogości turystów i wyznawców różnego rodzaju bożków i hinduistycznych bredni, jest również bardzo specyficzna grupa mnichów. Bardzo kontrowersyjna grupa mnichów, która nie do końca rozumiana i uznawana jest przez całą rzeszę reszty narodu. Są to tak zwani Aghori. Aghori jest to bardzo ekstremalna forma sadhu. Sadhu to jest wędrujący mnich. Sadhu to są asceci, którzy pozbawili się wszelkiego rodzaju przynależności. Aghori to już jest taka ekstremalna sekta sadhu, czyli wędrownych mnichów, którzy nie posiadają dosłownie nic. Hindusi ich ogólnie się boją. Boją się, może ich trochę nie rozumieją. To są jogini, którzy swoją sadhanę, czyli praktyki duchowe, które mają na celu umożliwić wyzwolenie, pociągnęli tą sadhanę swoją troszeczkę do ekstremów, powiedziałbym.
Taki sadhu nie ma ze sobą nic. Pozbył się wszelkich dóbr materialnych, nie jest związany z żadnymi przedmiotami. Porzucił nie tylko rodzinę, ale wszelkie kontakty społeczne. Aghori to jest taki skrajny przypadek tego sadhu. Są to wyznawcy lorda Shivy, dla Hindusów Boga, a dla joginów adiyogi, czyli pierwszy jogin. Czyli ten jogin, który przedstawił światu tajniki istnienia i zapoznał ludzi z technikami, które umożliwiają nam osiągnięcie dobrego życia, tak zwanego dobrego życia, czyli również wyzwolenie się z iluzji świata, z tak zwanej mayi, z dualności. Sam Shiva uznawany jest za istotę, która zamanifestowała się początkowo w wysokich partiach gór w Himalajach. Używam tutaj słowa istota nie bez powodu, dlatego, że owa istota, ten człowiek miał cechy ludzkie, ale nie do końca był człowiekiem. Nie jawił się do końca jako człowiek. Shiva był w pewien sposób przepełniony nadludzkimi mocami, dlatego, że znał całą tajemnicę stworzenia.
Całą tajemnicę istnienia, więc potrafił wykorzystywać różnego rodzaju fenomeny natury. Shiva prawdopodobnie nie miał rodziców, ale po prostu zdecydował się pojawić. Mówi się o tym, że po prostu zamanifestował się w formie mężczyzny w dosyć niebywałej formie, dlatego, że mówi się o tym, że miał trzy metry wzrostu. Mówi się o tym, że miał niebieską karnację skóry, tudzież siną. No i był takim chłopem drągalem generalnie. Ale poza tym Shiva jest również bardzo głęboką symboliką. Shi-wa oznacza ten, który nie jest lub ten, czym nie jest. Jest to forma niebytu, można by powiedzieć. Shiva jest formą niebytu. Niebyt, który istnieje i przyjmuje ludzką formę.
Ja wiem, że to trochę nie ma sensu. To jest takiego rodzaju paradoks, dlatego, że jak niebyt ma istnieć? Ale właśnie to jest Shiva. Shiva jest przepełniony przeciwnościami. On jest pełen różnego rodzaju kontrowersji, które często wykraczają poza naszą ludzką logikę. Dlatego ta symbolika jest tutaj tak istotna. Właściwie cały wizerunek Shivy to jest po prostu plejada różnego rodzaju symboli, które należy umieć czytać we właściwy sposób. Shiva jest pełen przeciwności, które często wykraczają poza naszą logikę. Jest twórcą, ale również niszczy. Może być piękny i dystyngowany albo na przykład obleśny i odrażający.
Shiva wiecznie jest na granicy stanów życia i śmierci. Jest takim surferem na linii pomiędzy życiem i śmiercią. Może być tu, może być tu. Może być w dwóch miejscach jednocześnie. Może nie być w żadnym miejscu. No i Shiva właśnie tutaj zawsze sobie dealuje z tym aspektem śmierci, dlatego, że śmierć jest wypełnieniem również całości. Samo życie i istnienie nie mogą stanowić ogółu. Musi być ten element przejścia, ten element śmierci. Musi być obecny ten drugi aspekt. To cierpienie, ten mrok, ten niebyt.
Po to, abyśmy mogli docenić i zauważyć, jak gdyby fakt, że jesteśmy, że istniejemy, że żyjemy, że kochamy. No i tylko w takim ogólnym ujęciu jesteśmy w stanie właściwie pojąć stworzenie i tym samym wyzwolić się z pułapki iluzji. No i chłopaki aghori doskonale zdają sobie z tego sprawę. No i praktykują techniki, które dla innych wydawać się mogą trochę szokujące, ba, nawet powiedziałbym odrażające tudzież straszne, dlatego, że czasami to wygląda po prostu jak sceny z horroru. No, są to różnego rodzaju zabiegi, powiedziałbym nieestetyczne tudzież niemile widziane na salonach, no ale po prostu może są to techniki, które przez resztę społeczności i przez resztę nas są niezrozumiałe do końca. Tych prawdziwych aghori jest w Varanasi niewielu tak naprawdę. Nazywa się ich szczepem. Jest to może grupa około trzydziestu do pięćdziesięciu osób, w zależności od pory roku. Aghori też przebywają w różnych innych częściach Indii. No, jest ich tak niewielu, dlatego, że jest to ścieżka potężnej dedykacji, jak gdyby.
Kiedy wybieramy takiego rodzaju rozwój duchowy. Ścieżka determinacji. No i dlatego tych aghori nie jest zbyt wielu chyba. Te praktyki, które wykonują owi jogini nie są łatwe. Tak jak mówiłem, taki aghori, podobnie jak reszta sadhu, po prostu nie ma nic ze sobą. Oni nawet często decydują się na porzucenie ubrań, więc chodzą po ulicach kompletnie nadzy. Ciało pokrywają wyłącznie prochami z tych właśnie palenisk, gdzie spala się ludzkie zwłoki. No ale sama inicjacja do kręgu aghori jest dosyć skrupulatna, powiedziałbym. Na samym początku polega na tym, że aghori musi znaleźć czaszkę. Tutaj akurat w Varanasi znalezienie ludzkiej czaszki na ulicy nie jest aż takim problemem.
Tak jak wspomniałem, mnóstwo po prostu półrozkładających się ciał wala się po ulicy i pływa w rzece. Także wystarczy znaleźć sobie po prostu taką ludzką czaszkę. No i od tej pory ta czaszka jest twoim jedynym naczyniem, z którego to pijesz i też jesz wszystkie swoje potrawy. Ale również wspomina się o tym, że podczas procesu inicjacji do bycia wtajniczonym w moc aghori tacy nowicjusze muszą spędzić długie, długie godziny, medytując na zwłokach, czyli bezpośrednio siedząc po prostu na zwłokach ludzkich. Mówi się o dosyć również ohydnych praktykach, takich jak... Wspomina się również o tym, że aghori piją często własny mocz i spożywają fekalia. Jeżeli popatrzymy na to zjawisko z odpowiedniego dystansu i z odpowiednim zrozumieniem, to dojdziemy do wniosku, że jest to próba już kompletnego zatarcia po prostu wszelkiego rodzaju tabu i wszelkiego rodzaju problemów, tudzież widzimisię przez praktykantów owych aghori. Dlatego, że zjadanie własnych odchodów to jest ekstremum. Właściwie nie wiem, ile innych ohydnych rzeczy, które można zrobić w tym życiu, można by wyliczyć po takim akcie. Jest to przełamanie kompletnie granic własnego ego.
Wspomniane są również praktyki kanibalizmu. Właśnie tak moi drodzy. To są owi kanibale, którzy zamieszkują wybrzeże rzeki Ganges w mieście Varanasi. Mówi się o tym, że aghori w swoich ekstremalnych praktykach również zjadają ludzkie ciała. Skrawki zgniłego ludzkiego mięsa, które to walały się po ulicy w Varanasi. Mięso spożywa się surowe lub lekko opalone nad ogniem, więc jest to typowa kanibalistyczna historia. Nigdy bym nie powiedział, dlatego, że dobrze ludziom z oczu patrzy. Zresztą są to jogini, którzy palą mnóstwo haszyszu. Palą haszysz w tak zwanych chillum, czyli w takich prostych fajkach. Oprócz tego rzekomo wykorzystują silny alkohol w swoich praktykach.
Coś na wzór rumu, takiego bimbru chyba właściwie. Aczkolwiek ja nie widziałem nigdy aghori, którzy upijają się publicznie na ulicach w Varanasi. Jest to informacja, która krąży w internecie, z którą spotkałem się wcześniej w filmie dokumentalnym zrobionym przez parę Amerykanów. Ja tutaj nie widzę takich przypadków, żeby tu aghori upijał się litrami rumu na ulicy. Nie widziałem tutaj takich przypadków, ale być może tak jest. Jak sami widzicie, drodzy słuchacze, wokół aghori, wokół całej tej sekty panuje dosyć sporo kontrowersji, dlatego, że aghori robią właściwie wszystko to, co w kanonach kultury uznawane jest jako niewłaściwe. Robią to nie po to, żeby być tylko rebeliantami i wyrzutkami społeczeństwa, ale robią to w określonym celu. Robią to po to, aby wyzwolić się kompletnie z jakiegokolwiek uwarunkowania fizyczności i umysłu, żeby przełamać wszelkiego rodzaju bariery. Pomimo tych wszystkich wizerunków z horroru, to są bardzo mili ludzie. Powiedziałbym nawet bardzo zbalansowani, bardzo pozytywnie nastawieni do życia, dlatego, że oni bardzo mocno doceniają życie.
Oni są w stanie żyć pełnią życia. To są ludzie, którzy są bardzo szczęśliwi tak naprawdę. Ludzie, którzy wyzbyli się lęków, jakichkolwiek problemów, stresów. Ludzie, którzy niepowiązani są z niczym. Oni nic nie posiadają, więc nie mają żadnych odpowiedzialności. Są kompletnie wolni. Także nie mówię tutaj, że drogą do wyzwolenia jest kanibalizm, dlatego, że to nie tak. Proszę nie wyciągać fałszywych wniosków z informacji. Dzisiaj natomiast, moi drodzy, jest bardzo radosny, hucznie obchodzony tutaj w Varanasi dzień i wieczór, który nazywa się Diwali. Dzisiaj po mojej porannej praktyce jogi wyszedłem na ulicę, aby zaopatrzyć się w przetwory spożywcze.
Miałem na celu również pójść sobie do stołówki, do której chodzę, która jest nieopodal pewnej świątyni. Także dzisiaj Diwali, festiwal światełek i światła i światłości. Dlatego w Varanasi dzisiaj jest jeszcze więcej ludzi niż to zwykle. Ku mojemu zaskoczeniu, kiedy wyszedłem rano na ulicę, zobaczyłem dużo mniej śmieci na ulicach. Dlatego, że od wczesnego ranka rozpoczęły się świąteczne porządki. Diwali jest bardzo istotnym świętem, festiwalem tutaj w tradycji w Indiach. Tradycją również jest to, że zamiata się ulice i myje się ulice. Dlatego część z tego syfu została zmyta dzisiaj rano, ale nie sądzę, aby to długo potrwało. Dlatego, że bawoły nadal tutaj penetrują i pałaszują wszelkiego rodzaju zakamarki uliczne. Bawoły są nietykalne dosłownie.
Nikt ich nie dotyka. Są uznawane za zwierzęta święte i dziko chodzą sobie wszędzie lub też leżą w poprzek wąskie uliczki, blokując skutecznie drogę przechodniom. Ale dzisiaj jest festiwal. Nie ma się co przejmować. Wszyscy radośnie sprzątali dzisiaj ulice i przygotowywali słodycze. Bardzo specyficzne miękkie słodycze, które tutaj w tej części Indii są popularne. Te indyjskie słodycze to jest coś, co ja bardzo lubię. To są takie miękkie słodycze, różnego rodzaju kształty, kolory, nasączone takim słodkim syropem. Nie mogę tego chyba porównać do niczego, co znam z Polski. Jak ktoś wie, jak wygląda turecka baklawa, to chyba to jest najbliższe.
Także dzisiaj od rana słychać wszędzie wybuchające fajerwerki i tak zwane firecrackers, które są częścią pewnej tradycji. Oprócz tego, że je się tutaj dzisiaj mnóstwo słodyczy, to właśnie od rana słychać tak zwane fajerwerki, które tutaj odpala się podług pewnej starodawnej tradycji. Historia opowiada, że pewien król hinduski, król Rama, który po 14 latach swojej misji wracał w końcu do swojego królestwa, do Indii, jego ludzie zapalali mu świeczki i palili mu różnego rodzaju lampiony, błyskotki po to, aby wskazać mu drogę z powrotem do domu. Także tak witany był król Rama i to święto obchodzi się od tego czasu rzekomo. Diwali to przede wszystkim festiwal światła. Światła w sensie klarowności, światła w sensie widzenia. Często o tej porze roku czasem czujemy się troszeczkę zagubieni, może trochę zmęczeni. To, moi drodzy, jest naturalne w naszym cyklu rocznym, dlatego, że właśnie skończyło się lato, idzie zima, zmienia się po prostu cykl planetarny w pewien sposób. I czasami najzwyczajniej w świecie brakuje nam pary. Starożytni Hindusi, aby troszeczkę podnieść nas na duchu, postanowili wydawać co roku ten oto festiwal światła Diwali.
Jest on po to, aby każdy z nas poczuł przez chwilę, że żyje. Skoro na co dzień nie jesteśmy w stanie czuć tego, skoro jesteśmy w jakiś sposób zdołowani, zgnojeni, tudzież zmęczeni, to właśnie te fajerwerki są po to, aby nas w jakiś sposób obudzić czy też pobudzić do działania. A co chodzi o światło, samo światło. Bardziej tutaj chodzi o nasze wewnętrzne światło, powiedziałbym, które należy w jakiś sposób pielęgnować i rozwijać na co dzień. Jest to przypomnienie na temat tego, co nas w życiu powinno motywować i co nas powinno przez życie prowadzić. Owo właśnie światło. To światło, które rozprasza mrok, czyli można by powiedzieć niewiedzę, czyli w jakiś sposób ignorancję, po prostu mrok ignorancji, który jest w stanie rozproszyć światło. To światło, które sprawia, że widzimy tą ścieżkę, tą właściwą ścieżkę, drodzy słuchacze. I możemy tą ścieżką sobie po prostu podążać. Możemy sobie kontynuować tą naszą historię.
Tak więc tutaj obchodzi się bardzo hucznie festiwal Diwali, festiwal światła w Indiach. Czas, który spędzany jest z rodzinami, gdzie odpala się mnóstwo lampionów, świeczek, różnego rodzaju kadzidełek. Także ja tutaj z tego miejsca również wam, drodzy słuchacze, życzę radosnego Diwali. Trzymajcie się ścieżki, moi drodzy. Zabrzmiała trąba. Porzućmy całą negatywność. Zostawmy za sobą wszelkiego rodzaju lęki, jakieś paranoje, jakieś poczucie zagubienia. Dlatego, że każdy z nas doskonale wie, co ma robić i co powinien robić, a wie dokładnie, czego nie powinien udawać, że robi. I aby pozostać na ścieżce mamy różnego rodzaju pomoce. Mamy różnego rodzaju technologie, do których bardzo gorąco zachęcam do używania owych technologii.
Zawsze powtarzam: technologia, czyli coś, co działa. Więc naszą ufność powierzmy technologii i w pewien sposób nauce. Nie nauce akademickiej, ale takiej nauce, która wypływa z nas, z naszego wnętrza. A nie zaplątujmy się w jakieś systemy wierzeń, w jakieś bzdurne podążanie za bogami, za obietnicą nieba i piekła i za jakimś lękiem, który kreowany jest, za jakimś lękiem istnienia. Zostawmy to wszystko w tyle. I cóż mogę dodać? Moi kochani, poszerzajmy po prostu świadomość. Żyjmy życia świadome i bądźmy uważni. Rozglądajmy się dookoła i rozglądajmy się do wewnątrz. Także ja tymczasem się żegnam.
Wychodzę na ulicę, aby poczuć atmosferę świąteczną dzisiejszego wieczoru i pobujać się z lokalnymi chłopakami kanibalami. Pozdrawiam wszystkich. Obyście zdrowi byli. Szczęśliwego Diwali. Pokój, miłość i światło, moi drodzy. Namaste.
[47:13] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego właśnie lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej oto polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk.
[47:56] - Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu Chata Mistyka.