[00:01] - Paralaxa. Spojrzenie Chrisa Miekiny. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek niezwykłej audycji na żywo, na którą czeka wytrwale wielu poszukiwaczy prawdy. Prawdziwych Poszukiwaczy przez duże pogrubione, podkreślone i kolorkiem napisane P. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". A dzisiaj po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami oczywiście nasz główny Poszukiwacz Prawdy, największy Poszukiwacz wśród Poszukiwaczy w Radiu Paranormalium o godzinie 18:00, czyli Chris Miekina. Witaj, Chrisie.
[00:41] - Witam, dobry wieczór i Ivelliosie, zacząłeś tak, że już mnie wystawiasz na ostrzał i robisz to już od paru dobrych lat. Widzę, że coraz bardziej intensywnie. Czasami ta taktyka przynosi efekt, bo co jakiś czas ktoś do mnie strzela z biodra, jak ostatnio zauważyłem, rzucając mi różne epitety. A to, że jestem jakimś ezoterykiem, a to, że coś ma mnie tak w głowie, bo nie biorę danych naukowych pod uwagę i tak dalej. A to, że nawet piszę o białych niedźwiedziach. Też niedobrze. Zaczyna być coraz więcej problemów różnych. Czasami są to problemy bardzo brzydkie, bo nawet już mi się zaczyna zdarzać, że dostaję groźby. Na razie się nimi nie przejmuję. Zobaczymy co będzie dalej.
A ty mnie wystawiasz na ostrzał. Ja chciałem ci podziękować za to, że pod moją nieobecność dbałeś o to, żeby Paralaksa istniała, żeby nie zapadła się gdzieś na wielkiej przestrzeni, nie zatonęła na wielkiej przestrzeni eteru. Dzięki wielkie.
[01:41] - Byłoby Radio Paranormalium bez Paralaksy.
[01:45] - Istniało bez i będzie istnieć bez. Ja jestem tylko jak ta kometa Halleya, przelecę i pojawię się na jakiś czas i być może w którymś momencie trzeba będzie zniknąć. Ja sam nie do końca jestem w stanie opanować nad moim charakterem. Kiedy wpadam w smutek, nic mnie nie cieszy, nic mnie nie bawi i wtedy zapadam w sen zimowy na jakiś czas. Czasami dłużej, czasami krócej. Później przychodzi czas na wynurzenie. Wtedy Atlantyda, Nowa Atlantyda pojawia się intensywniej, ma nowe pomysły. Z czasem znów przychodzi zmęczenie, które wywołane jest wieloma elementami. Często też tym, że niestety praca, różne obowiązki, miliony różnych drobnych życiowych problemów. I czasami mnie to tak drażni mocno, że aż nie chce się być w ogóle w tym wszystkim dookoła.
Ale to zupełnie inna historia. Tak naprawdę nie jest tak źle i cieszę się bardzo, że Paralaksa trwa nadal i że trwała właśnie, kiedy mnie nie było. Dzięki za to, że czytałeś moje artykuły i tym samym popularyzowałeś nie tylko Paralaksę, ale mojego małego, skromnego bloga, którego prowadzę już od wielu lat. I mimo że kiedyś były tam tysiące artykułów, dzisiaj jest ich znacznie mniej. Właśnie z tej przyczyny, o której mówiłem. Blog się zapadł, stracił wszystko i trzeba go było odbudowywać od nowa. Ale odbudowywanie jest czasami bardzo pasjonującą sprawą. Zwłaszcza że chyba każdy z nas w jakiś sposób dojrzewa do wielu spraw. Dochodzi do tego także wiele nowych informacji i dziś wiele tych wszystkich elementów najrozmaitszych tajemnic, o których tutaj rozmawiamy, dziś patrzę na nie zupełnie inaczej, niż robiłem to na przykład pięć, sześć, dziesięć lat temu, kiedy miałem wiele naiwnego entuzjazmu. Dziś mam troszkę więcej krytycyzmu, ale także więcej informacji do dyspozycji, więcej książek przeczytanych, więcej rozmów z ludźmi i więcej dyskusji, także w debatach ufologicznych, które dają dużo do myślenia.
Myślę, że nie jest niespodzianką, że debata jest lubiana dlatego, że przedstawia najrozmaitsze problemy w różny sposób, pod rozmaitym kątem. Jest to zawsze fascynujące i tworzy coś nowego. Także jeszcze raz wszystkim dziękuję. Przepraszam też za te kłopoty z datą. Zastanawiam się, jak do tego doszło, że tak pomyliłem daty masakrycznie, że pomyliłem je przez dwa razy pod rząd, że najpierw wstawiłem ją w przyszłość, potem wstawiłem datę w przeszłość. Ale do trzech razy sztuka. Dziś mamy datę właściwą. Dziś Paralaksa leci na żywo i dzisiejszy temat to będzie temat zatopionych miast w jeziorze Titicaca. Jest to temat, który co jakiś czas przewija się głównie przez bloga Nowa Atlantyda, gdzie nawet wstawiłem taką rubrykę z zamówieniami. Jest to rubryka, gdzie wszyscy czytelnicy mogą wstawić swój temat, którym są zainteresowani i akurat zależy im na tym, czy chcieliby, żebym się na ten temat wypowiedział.
Nie znaczy to, że mam większą wiedzę, czy łatwiej mi jest to znaleźć, ale cieszę się, że są wśród was ludzie, którzy lubią moją opinię i chcą wysłuchać, co mam do powiedzenia na ten temat. Także to miejsce z zamówieniami jest właśnie na takie tematy i temat zatopionych miast w jeziorze Titicaca jest jednym w zasadzie z najstarszych i zabierałem się do niego dość długo i tak naprawdę pracuję nad nim od dobrego półtora roku. Można powiedzieć w tej chwili, bo informacji jest bardzo mało. W zasadzie tak naprawdę zbierałem je po kropelce, po odrobince, żeby stworzyć jakąś jedną w miarę logiczną całość tego, co jest związane z zatopionymi miastami w jeziorze Titicaca. Mówię w liczbie mnogiej. To się wydaje już samo w sobie troszeczkę takie sensacyjne, że nie chodzi tu wcale tylko o jedno miasto, że jest ich być może znacznie więcej i historia miejsca, gdzie dziś znajduje się jezioro Titicaca jest niezwykle fascynująca. Historia tak geologiczna, jak i historia ludzi, którzy tam zamieszkiwali. Być może jest to właśnie część tegoCzego szuka Graham Hancock? Część tej zaginionej cywilizacji, która kiedyś była także w Ameryce Południowej, tworzyła coś i zniknęła na przestrzeni historii, głównie ze względu na to, co wydarzyło się z naszym klimatem, co wydarzyło się geologicznie na Ziemi i ewentualnie ostatni element, który jest najbardziej niszczącym elementem na całej naszej planecie, to różne wydarzenia kosmiczne, które zsyłają na nas najróżniejsze nieszczęścia, takie jak meteoryty, komety i różne inne historie, łącznie z rozbłyskami słonecznymi i paroma innymi elementami, które te wszystkie starożytne cywilizacje bardzo źle zniosły, zniknęły z powierzchni naszej historii i dziś nazywa się je przedpotopowymi, megalitycznymi, prehistorycznymi, dlatego że właśnie w historii się nie zmieściły, że są po nich ślady, ale nie wiemy, jak do tego podejść. Nie wiemy nawet, jak stworzyć jakieś konkretne datowanie tego, co budowano wiele tysięcy lat temu.
Także nie wiemy, jak wiele tysięcy lat temu możemy patrzeć w przeszłość. Wiemy jednak, że ta przeszłość sięgała dużo dalej niż sięga to nasza obecna akademicka historia i takie miejsca jak Göbekli Tepe, gdzie wreszcie mamy pełną datę, pełen zestaw danych naukowych, na których możemy się oprzeć. Możemy z całą pewnością powiedzieć, że mówienie o historii ludzkiej, która istniała 10, 12 tysięcy lat temu, wcale nie jest żadnym szaleństwem, wcale nie jest jakąś fantazją. Że być może jeżeli w Göbekli Tepe zbudowano tak wyrafinowaną kulturę, mogli ludzie budować coś takiego także indziej. Wróćmy do zatopionych miast w jeziorze Titicaca. Ciągle jestem rozkojarzony. Będę się tutaj mocno podpierał moimi notatkami, dlatego, że temat jest świeży. Być może audycja będzie krótsza niż godzinę. Zobaczymy, jak dużo to pójdzie, bo do ostatniej chwili składałem te różne elementy w jedną całość. Także wybaczcie mi, proszę różne potknięcia, które wydarzą się po drodze.
Mam nadzieję, że jednak z całego efektu będziecie zadowoleni. Okazuje się, że w całą historię uwikłane jest parę znanych nazwisk i najbardziej zaskakującym wnioskiem, jaki wyciągnąłem z tego mojego zbieractwa, niektórzy zbierają grzyby, ja zbieram różne informacje. Te najbardziej zaskakujące informacje, jakie udało mi się zebrać i złożyć w jedną całość, to jest to, że w czasach, kiedy mamy internet, kiedy wydaje się, że przepływ informacji jest nie do powstrzymania, mnóstwo różnych historii, które wydarzyły się wokół jeziora Titicaca i to wydarzyły się w XX wieku, jakoś umknęło uwadze. Umknęło uwadze masa zdjęć, a także filmy, podwodne filmy z tego, co znaleziono w wodach jeziora. Jest to zdumiewające i niezwykłe, że te rzeczy, które nie mają ani znaczenia militarnego, ani jakiegoś znaczenia w sensie odnalezienia nowych źródeł czy złóż minerałów, na których można zrobić majątek, udało się utrzymać w tajemnicy tak długo i tak naprawdę ciągle są utrzymywane w tajemnicy. I dziś spróbujemy rąbek tej tajemnicy troszeczkę odkryć i zobaczyć, co rzeczywiście kryje się w odmętach jeziora Titicaca. Nad jeziorem byłem cztery lata temu po obu jego stronach, po stronie peruwiańskiej i boliwijskiej. Strona boliwijska jest znacznie ciekawsza, dlatego że to właśnie tam znajduje się Wyspa Słońca i Wyspa Księżyca, które są źródłem kultury Inków. Tam właśnie Inkowie zaczęli tworzyć swoją kulturę, budować się do momentu, kiedy stworzyli olbrzymie imperium, które w końcu padło pod ciosami konkwistadorów, a także w bezpośrednim sąsiedztwie jeziora znajdują się dwa miejsca. Niezwykłe miejsca, jedno z nich nazywane jest Tiwanaku, gdzie dziś prowadzi się zakrojone na szeroką skalę badania archeologiczne, ponieważ na tej równinie zwanej Altiplano odkryto szereg budowli, piramid, tajemniczych konstrukcji, z którymi nie wiadomo za bardzo co zrobić i jak je złożyć w jedną całość.
Historycy akademiccy spróbowali to jakoś połączyć w jedną całość i dziś jest to oficjalne historyczne miejsce, o którym mówi się, że było tworzone przez lud Uru, który żył wiele tysięcy lat temu właśnie na Altiplano. Ale tuż obok znajduje się inne, bardzo legendarne miejsce, które nazywa się Puma Punku. Wydaje się jednak, że oba miejsca są bezpośrednio połączone ze sobą. Oddzielenie Puma Punku od Tiwanaku wynika z tego, że właśnie w tym miejscu, gdzie znajduje się Puma Punku, odnaleziono wszystkie te głazy, wszystkie te elementy budowlane, elementy konstrukcyjne, które wykonane są tak niezwykle precyzyjnie, że nie sposób wytłumaczyć je za pomocą logicznego myślenia i wskazania technologii, jaka została wykorzystana do tego, ażeby stworzyć tego typu bloki budowlane. Dlatego Puma Punku, mimo że prowadzi się tam ciągle różne wykopaliska, jest na boku. Nie jest przez akademików reklamowana, ale ciągle tam coś się dzieje. Każdego roku odkrywa się coś nowego i mimo że większość tej całej budowli została potwornie zniszczona przez jakiś nieznany kataklizm, o którym zapewne dziś jeszcze będzie mowa, każdego roku wyłania się nowy element, który pokazuje, że mamy do czynienia z czymś absolutnie niezwykłym i stoimy na progu olbrzymiego odkrycia, czym i kim byli ludzie, którzy żyli wiele tysięcy lat temu i stworzyli coś absolutnie niezwykłego. Coś, co być może w najlepszej formie, niezakłóconej formie ukrywa nadal przed nami jezioro Titicaca. Lud Uru, któryZamieszkiwał boliwijskie Altiplano dłużej niż inni jego mieszkańcy. Utrzymuje tradycję, że w głębinach jeziora Titicaca zatopione są ruiny złotego miasta.
Przez lata historia ta była odrzucana jako romantyczna legenda lub fantazje różnych niedouczonych ludzi. Tymczasem tradycja Uru jest traktowana jako typowy przykład utraconej wielkiej cywilizacji, której odkrycie przekracza nasze możliwości. Ma ona wręcz uniwersalne znaczenie, gdy porównać ją do podobnych historii z wielu kultur na całym świecie, czego na przykład w naszej kulturze symbolem jest oczywiście Atlantyda Platona. Czy historia ta może mieć jednak w sobie ziarno prawdy? Czy rzeczywiście na dnie tego świętego andyjskiego jeziora mogą znajdować się ruiny murów wyłożonych złotem? Takie twierdzenie wydaje się być zwykłym marzycielstwem. Jednak nie można zignorować interesujących poszlak, które rzucają światło w ciemne wody prehistorycznego jeziora Titicaca. Ślady te nie są do końca oczywiste i często ukryte są w zawiłościach legend i ludowych opowieści utkanych w andyjską tradycję. Mimo to są wyraźne. Wyłożone złotem świątynie i pałace są nie tylko przedmiotem legend.
Kronikarz z czasów Inków i z czasów konkwistadorów, pół-Inka, pół-Hiszpan Garcilaso de la Vega pisał, że tuż przed przybyciem Hiszpanów do Cuzco wielka Świątynia Słońca Qorikancha posiadała krużganki, których ściany były wyłożone złotem. W wielu fragmentach swoich pism Garcilaso pisał, że Świątynia Słońca na Wyspie Słońca rywalizuje z Qorikanchą splendorem i ilością złotych i srebrnych ornamentów. Jego odniesienie do Wyspy Słońca zabiera nas nad jezioro Titicaca, tam, gdzie powstała właśnie legenda ludu Uru. Nie powinniśmy jednak patrzeć na legendy Uru o złotym mieście jak na krainę bukolicznej sielanki. Ludzie ci prowadzili swój skromny żywot na bardzo niegościnnym Altiplano przez tysiące lat i mogli tego dokonać tylko poprzez uważną obserwację natury. Francuska badaczka Simone Waisbard spędziła wiele lat, zbierając informacje na temat jeziora Titicaca. Wspomina ona opowieść jednego z rybaków Uru, który miał zobaczyć całe miasto wystające z wód jeziora podczas wielkiej suszy, która sprawiła, że poziom wody spadł aż o cztery metry. Rybak nie miał wątpliwości, że miasto należało do kogoś zwanego w legendach oczywiście Wielkim Zapaną. Zapana miał odebrać wyspę na jeziorze władcy znanemu jako Mallku de Chikuto. Opowieść tą potwierdza inny kronikarz hiszpański Pedro Cieza de León, który pisał, że krajowcy opowiedzieli mu o władcy zwanym Zapana, mającym pod swoim panowaniem wiele miast zalanych obecnie przez wody jeziora.
Kiedy jeden z pionierów współczesnej archeologii, Amerykanin Ephraim George Squier, odwiedził północną część jeziora Titicaca w 1877 roku, odnalazł jakieś ruiny w płytkich wodach nieopodal półwyspu Pilustani. Z trudem rozpoznał kamienną budowlę porośniętą gęstą trzciną i innymi wodnymi roślinami. Dostrzegł on jednak kształt murów lub tamy biegnący z jednej części półwyspu do drugiej. Squier doszedł do wniosku, że konstrukcja musiała kiedyś wystawać nad poziom wody, jednak trzęsienie ziemi spowodowało obsunięcie się tej części lądu. Co ciekawe, jego rozumowanie pokrywało się z lokalną tradycją, która opowiada o władcach z Hatun Colla, którzy opuścili swój pałac po tym, jak został on zalany wodą po wielkim trzęsieniu ziemi. Lokalni rybacy z plemienia Aymara opowiadają, że ruiny te są dobrze widoczne, gdy wody jeziora osiągają swój najniższy poziom. Opowieści o zagubionych miastach, świątyniach i innych megalitycznych budowlach nie ograniczają się tylko do porośniętych trzciną wybrzeży jeziora Titicaca. W 1930 roku sam komendant peruwiańskiej marynarki wojennej Antonio Rodriguez Ravich zanotował istnienie podwodnych megalitycznych ruin niedaleko wyspy Kispinika w północnej części jeziora. Odkrycie to potwierdził akademik dr Espinoza Sorano, który w przezroczystych wodach jeziora miał widzieć na własne oczy Świątynię Słońca i Księżyca zbudowane z monolitycznych głazów, co uznał za osiągnięcie przedinkaskich architektów należących do zaginionej cywilizacji. Jednak pogłoski o złocie sprawiły, że na początku XX wieku nad jezioro zaczęły przybywać zagraniczne grupy badawcze w poszukiwaniu skarbów i zatopionego miasta.
Jedną z legend, która wzbudziła najwięcej emocji, była ta o potężnym, złotym, przypominającym węża łańcuchu na dnie jeziora. Te historie były przyczyną zorganizowania wyprawy prowadzonej przez amerykańskiego zawodowego płetwonurka Williama Mardoffa. Wyprawa ta miała miejsce w 1956 roku. Mardoff nie był pierwszym, który musiał zmierzyć się z unikalnym wyzwaniem, jakie niesie ze sobą nurkowanie w jeziorze Titicaca. W latach 30. nurkowały tam wcześniej wyprawy hiszpańskie i brytyjskie, które jednak nie odnalazły skarbów. Jezioro Titicaca nie jest idealnym miejscem do nurkowania i tworzy wiele poważnych problemów dla płetwonurków, no i dla słabszych fizycznie kobiet, które próbują zapędzać się w wody jeziora. Płetwonurek, zanim rozpocznie swoją podwodną eksplorację, musi sprostać niewielkiej ilości tlenu, jaka znajduje się w powietrzu nad jeziorem, co sprawia, że nawet niewielki wysiłek fizyczny jest wyczerpujący. Do tego dochodzi ostry, mroźny wiatr pojawiający się nagleI w ułamku sekundy wywołujący nieregularne, dzikie i lodowate fale. Takie szkwały zazwyczaj niosą ze sobą gwałtowne opady deszczu, a nawet gradu.
Będąc już pod wodą, płetwonurek musi sprostać ekstremalnie zimnej wodzie dostarczanej do jeziora przez górskie strumienie i rzeki wypływające z okolicznych gór, zwanych tu Cordillera. Na tej ogromnej wysokości światło słoneczne penetruje dużą głębokość jeziora, co stymuluje bujnie rozwijającą się tu roślinność, w szczególności trzciny zwane tortora i algi. Wodna roślinność pokrywa sobą każdą powierzchnię, do której może się zaczepić, włączając w to oczywiście archeologiczne pozostałości. Na koniec trzeba sprostać pokrywającemu wszystko mułowi, który miejscami osiąga grubość 40 metrów i pokrywa w całości dno jeziora. W tak ekstremalnych warunkach nikogo nie zdziwiło to, że Mardorf nie odnalazł ogromnego złotego łańcucha ani nawet skromnej figurki składanej w ofierze bóstwom. Po mniej więcej 25 sesjach nurkowania Mardorf zrezygnował. Jedyne, co było efektem jego wysiłku, to kilka ceramicznych odłamków naczyń. Niektórzy uważają, że jego brak szczęścia jest wynikiem braku respektu dla bóstw jeziora i temu, że nie złożył im ofiary przed pierwszym nurkowaniem. Mardorf musiał czekać aż dwa tygodnie, zanim udało mu się przekonać jednego z lokalnych rybaków, aby pomógł mu w jego ekspedycji. Nurkując w pojedynkę, powinien być wdzięczny za wszelkie informacje, które mogłyby pomóc jego wyprawie.
Zanim opuścił Boliwię, Mardorf wziął udział w obiedzie wydanym na jego cześć w La Paz. Nie wiadomo, czy na skutek wypitego na bankiecie alkoholu, czy też nie, Mardorf nieoczekiwanie wygłosił mowę na temat kamiennego miasta, jakie napotkał podczas jednego ze swoich nurkowań. Powiedział, że znajduje się ono na głębokości około 30 metrów na dnie jeziora, niedaleko ujścia rzeki Ascona. Było to niedaleko niewielkiej wysepki, którą lokalni mieszkańcy uważali za nawiedzoną. Mardorf opowiadał o zrujnowanym mieście, o jego pokrytych mułem murach i algach przepływających przez otwory okienne. Niektórzy goście przy stoliku, zwłaszcza ci, którzy znali lokalne tradycje i legendy, wyrażali nieśmiałe wątpliwości, uznając, że Mardorf opowiada znaną legendę o zaginionym mieście Chupata. Miasto było opisane w lokalnych kronikach i rzeczywiście miało się znajdować w pobliżu miejsca, gdzie nurkował Amerykanin. Niezależnie od tego, czy opowieść Mardorfa była prawdziwa, czy nie, wiara w istnienie podwodnych ruin miasta zatopionego w jeziorze Titicaca stała się coraz bardziej popularna wśród Boliwijczyków, mimo że nie znaleziono tak naprawdę niczego, co potwierdzałoby istnienie takiej inżynieryjnej struktury. Dekadę później inna ekspedycja podwodna ogłosiła, że widziała na dnie jeziora pozostałości budynków niedaleko wyspy Similacue. Było to na tak zwanym Małym Jeziorze, niedaleko miejsca zwanego Winiajmarka, które leży na południe od półwyspu Yunguyo.
Sukces tych pierwszych podwodnych eksploracji był utrudniony przez bardzo ambiwalentne, oględnie mówiąc, podejście do wypraw ludu Aymara, który zamieszkuje te tereny. Indianie byli wstrzemięźliwi w pomocy płetwonurkom w obawie narażania się duchom jeziora. Jednocześnie rybacy Aymara posiadali doskonałą wiedzę na temat jeziora, a zwłaszcza zatopionych w nim ruin, które od czasu do czasu wynurzały się na powierzchnię wody. Dla nich miejsca te były nie tylko zbiorem kamiennych budowli, ale zamieszkiwały je dziwaczne bóstwa pływające wśród zatopionych megalitycznych ruin. Ich opowieści i historie zazwyczaj jednak były odrzucane przez podwodnych odkrywców. Tymczasem jeziorem Titicaca i zagubionym miastem, podwodnym miastem zainteresował się argentyński płetwonurek Ramón Aboyeneda i wyciągnął on lekcję z przygody Mardorfa w poszukiwaniu zaginionego miasta i zainspirowany jego doświadczeniem zorganizował własną wyprawę. Uzyskał on wsparcie finansowe od gazety z Buenos Aires, a także od rządu Boliwii i wyruszył do Copacabany w towarzystwie dwóch innych płetwonurków. Grupa Aboyenedy rozpoczęła nurkowanie dokładnie w tym samym miejscu, które uznali za to, o którym mówił Mardorf, opowiadając o zatopionym mieście. Nic jednak nie znaleźli. W końcu Aboyeneda po rozmowie z tubylcem, który opowiedział o tym, jak w dzieciństwie widział wynurzone ruiny po drugiej stronie jeziora, uznał, że trzeba nurkować gdzie indziej.
Zmiana okazała się bardzo owocna. Trzej nurkowie wynurzyli się z wody, krzycząc radośnie w geście triumfu. Na głębokości zaledwie ośmiu metrów pod powierzchnią jeziora zobaczyli ogromnych rozmiarów bloki skalne ustawione na sobie i tworzące mur przypominający zygzak. Odkryli ścianę, której kamienie były regularnie przycięte i jak to nazwali, były w stylu Inków. Niektórzy z nich podejrzewali, że są one znacznie starsze. Opis megalitycznej budowli w wodach jeziora Titicaca, jego kamiennego muru w kształcie zygzaka jest szczególnie interesujący, bo przypomina swoim wyglądem poligonalne megalityczne struktury, jakie można znaleźć w różnych częściach Cuzco i w tak zwanej fortecy Sacsayhuamán, która góruje nad miastem. Trzeba tu zwrócić uwagę, że poligonalna architektura megalityczna jest zupełnie inna od tej, która tworzy Tiwanaku i Pumapunku. W tych miejscach bloki megalityczne są zazwyczaj prostokątne i łączone inaczej niż gigantyczne kamienie tworzące Sacsayhuamán.Niemalże wszyscy akademiccy archeolodzy uważają, że poligonalne megalityczne struktury stworzyli Inkowie, ale inni, którzy zbadali je w sposób detaliczny, uważają, że tak nie jest. Peruwiański ojciec i syn Alfredo i Jesus Gamarra przeprowadzili szeroko zakrojone badania andyjskich struktur megalitycznych. Z Jesusem Gamarrą spotkałem się podczas zwiedzania Sacsayhuamán.
Uznali oni, że budowlę stworzono przy wykorzystaniu znacznie bardziej starożytnej technologii niż ta, jaką stosowali Inkowie. Uważają oni, że masywne poligonalne struktury zostały wzniesione w bardzo odległej przeszłości, w czasach, które Alfredo Gamarra nazywa Uran Pacha. Jeśli Gamarowie mają rację, to odkrycie poligonalnych megalitycznych budowli z odległej przeszłości, zatopione w wodach jeziora Titicaca, może mieć ogromne znaczenie. Skrzętnie prowadzone przez Gamarrów przez wiele lat badania południowoamerykańskich megalitów sugerują istnienie zaawansowanej kultury w Andach w czasach plejstocenu, która miałaby istnieć jeszcze przed wydarzeniami sprzed epoki młodszego dryasu. Kataklizm, który stworzył olbrzymich rozmiarów potop, zniszczył tą cywilizację, przewalając wody Pacyfiku przez Altiplano. Ogromne i połączone ze sobą trójwymiarowe puzzle tworzące zygzakowate ściany murów potwierdziły później także inne wyprawy. Tymczasem w następnych dniach płetwonurkowie Awajänede znaleźli wybrukowaną drogę biegnącą równolegle do wybrzeża jeziora. Droga biegła w odległości zaledwie kilkuset metrów od obecnego brzegu. Odkryto także cały kompleks budowli, który wyraźnie nie należał do znanego stylu architektonicznego, jaki można znaleźć w Peru i Boliwii. Kompleks zawierał 30 linii murów ustawionych równolegle do siebie.
Oddzielone były od siebie odległością pięciu metrów i miały wysokość człowieka. Na końcu równoległe mury połączone były kamienną podstawą o gładkiej powierzchni, która miała około jednego kilometra długości i przypominała półksiężyc, gdy spojrzeć na nią z wysoka. Podstawa została utworzona z kamiennych bloków o kształcie sześcianu. Każda ściana takiego sześcianu miała około 70 centymetrów długości. Fotografie, a także filmy dostarczają dowodów nie do odrzucenia, które potwierdzają istnienie tej konstrukcji. Kompleks ten dostarcza więcej pytań niż odpowiedzi. Jaka była funkcja budowli? Czy był to port w czasach, kiedy poziom jeziora był znacznie niższy niż dziś? Jeśli tak, to w jaki sposób 30 równoległych ścian dostarczało schronienia przed potężnymi sztormami, jakie znane są na wybrzeżu jeziora? Jest niezwykle interesujące, że żadna z tych informacji nie dotarła do publicznej świadomości.
Zwłaszcza że żyjemy w czasach, w których informacje rozprzestrzeniają się bardzo szybko. Jest niezwykłe, że żaden film czy fotografia na ten temat nie została zamieszczona w internecie, co samo w sobie jest faktem zdumiewającym. Problem w tym, że praca grupy Awajänedy nie jest brana pod uwagę przez żadną współczesną podwodną ekspedycję. Nie ma żadnych śladów, że ktoś zaprzeczył odkryciom Awajänedy, ale człowiek, który był w swoim czasie najsławniejszym badaczem podwodnego świata, z pewnością widział ten film. Co więcej, film i fotografia Awajänedy zainspirowały go do zorganizowania własnej wyprawy nad jezioro Titicaca. Nawet dla trzech płetwonurków jezioro Titicaca niesie ze sobą wiele ograniczeń. Stało się to oczywiste, gdy Awajäneda spotkał się z słynnym Jacques'em Cousteau. Francuz był zdecydowany odkryć więcej na temat głębokości jeziora i zwołał potężną grupę 17 osób, w skład której wchodzili nurkowie, podwodni operatorzy kamer, biolodzy i nawet podwodny archeolog nazywający się Frédéric Dumas. Ponad wszystko Cousteau chciał zbadać dno jeziora. Jezioro jest bardzo głębokie i do wielu partii dna płetwonurek nie jest w stanie dotrzeć.
Dlatego Cousteau zabrał ze sobą dwie morskie pchły. Były to miniaturowe podwodne batyskafy i każdy z nich zabierał na swój pokład jedną osobę i mógł zejść na głębokość 500 metrów. Tu dla przypomnienia jezioro w swoim najgłębszym miejscu ma 280 metrów, czyli jest bardzo głębokie. Człowiek maksymalnie może zejść w miękkim akwalungu do około 30 metrów bez przeszkód, by wrócić na powierzchnię i nie doznać żadnego uszczerbku na zdrowiu. Dlatego batyskafy były konieczne, żeby zbadać głębsze pokłady jeziora, zbadać dno jeziora na większej głębokości. Mimo przeprowadzonych na szeroką skalę badań głębokości i płycizn jeziora Titicaca przez Cousteau, badania te nie przyniosły spodziewanych efektów. Morskie pchły mogły nurkować na dużą głębokość, ale miały własne problemy w wodach jeziora, dlatego, że zostały zaprojektowane do wód morskich. Kiedy zanurzały się w jeziorze, wymagały dodatkowych zbiorników wypornościowych doczepianych na zewnątrz. Największym problemem dla ekspedycji Cousteau było jezioro samo w sobie. Na płyciznach nurkowie musieli pokonać tropikalny las i trzciny tortora.
Na głębinach mieli do czynienia z mułem pokrytym nieprzebytym lasem alg. Mimo że wody jeziora Titicaca są zazwyczaj przezroczyste, każde zakłócenie błota pokrywającego dno wysyłało fontanny mułu i uwalniało algi dokładnie w polu widzenia pilota batyskafu, sprawiając, że ich wysiłek szedł na marne.Mimo to ekspedycja Cousteau przyniosła fascynujące odkrycia. W czasie, gdy Frédéric Dumas badał linię brzegową jeziora, natrafił na grupę megalitów wystających nad powierzchnię jeziora i pokrytych trzcinami tortora. Uznał, że te potężne głazy są częścią budowli i zauważył, że wiele z nich tworzy ściany lub groble, które prowadzą w stronę centrum jeziora. Kiedy Dumas ostrożnie przedzierał się przez trzcinę wzdłuż ruin grobli, natrafił na ogromny blok szarego andezytu. Gdy przyjrzał mu się bliżej, zauważył płaskorzeźbę przedstawiającą wielkiego zakapturzonego węża o wybałuszonych oczach wychodzącego z powierzchni kamienia. Mimo że zniszczona przez czas, wiatr i wodę płaskorzeźba bez wątpienia przypominała węża okularnika, czyli kobrę, który żyje dziś praktycznie wyłącznie na Półwyspie Indyjskim, Dumas uznał, że odnalezienie na wybrzeżu jeziora Titicaca wizerunku takiej kobry jest czymś po prostu nie do pomyślenia i z pewnością nie może być częścią starożytnej kultury. Dumas stracił zainteresowanie tematem. Jest to zdumiewające, jeśli zdać sobie sprawę, jak wielkie znaczenie ma takie znalezisko. Kobra nie tylko nie żyje w Ameryce Południowej, ale warunki w Altiplano byłyby dla niej w dzisiejszych czasach niezmiernie trudne.
Francuskie wycieczki w miniaturowych łodziach podwodnych przyniosły jednak bardzo interesujące rezultaty. Na południowym końcu jeziora Titicaca, w Viñaymarca znaleziono więcej połączonych ze sobą megalitów. Cousteau dokonał nawet formalnego porównania do poligonalnej architektury z Sacsayhuamán. Podobnie w regionie Ore, także w Viñaymarca, grupa Cousteau odkryła wielkie ruiny doskonale połączonych ze sobą głazów. Struktura ta wyglądała na fundamenty jakiegoś budynku, prawdopodobnie świątyni. Tak uważał przynajmniej archeolog Dumas. Wszystko, co znajduje się i jest niewytłumaczone, archeolodzy najczęściej nazywają świątynią. Znaleziska te, mimo że prawdopodobnie nie do końca zrozumiane w czasach ekspedycji Cousteau, mogą mieć ogromne znaczenie, jeśli chodzi o wiek ruin stworzonych z poligonalnych kamieni. Viñaymarca jest znacznie płytsze niż główna część jeziora Titicaca, co oznacza, że w czasie ekstremalnej suszy czasami kompletnie wysycha. Ostatnie badania zmian klimatycznych podjęte przez boliwijskiego badacza środowiska naturalnego Edwina Kon-de Villarreal, w czasie których przestudiował wiele pomiarów andyjskiego paleoklimatu, doprowadziły go do niezwykle interesujących wniosków.
Odkrył on, że pomiędzy 10 500 a 8000 rokiem p.n.e., w czasach mniej więcej równoległych do młodszego dryasu, Viñaymarca nie było wcale jeziorem. Czyżby megalityczne konstrukcje odkryte przez Cousteau stworzono podczas ostatniego wielkiego zamarzania epoki lodowcowej, kiedy małe jezioro było suche? Cousteau był niezmiernie sfrustrowany technicznymi ograniczeniami swojego sprzętu zaprojektowanego w latach 60. Ale kolejne podwodne ekspedycje prowadzone przez boliwijskiego archeologa, pisarza i filmowca Hugo Bero Roho w 1979 roku nie miały już tych ograniczeń. Boliwijczyk sfilmował swoje podwodne badania i stworzył z nich film dokumentalny pod tytułem „El Lago Sagrado”, czyli Święte Jezioro. Bero Roho odkrył wiele cyklopicznych w swoich rozmiarach murów, które większości umknęły uwadze Cousteau w centralnej części jeziora. Artykuł z gazety wydanej w La Paz 4 grudnia 1980 roku, który zapowiadał emisję tego filmu, tak opisał znaczenie tego odkrycia. I tutaj zacytuję: „Znaleziono monumentalne kamienne bloki, które wyglądają na w połowie zawalone ściany świątyń, brukowane drogi, które giną w głębokich grotach i szlaki penetrujące głębiny jeziora”. Koniec cytatu. Jeśli ten opis jest precyzyjny, to nie była to tylko jedna odizolowana świątynia, ale rozległy, zatopiony kompleks architektoniczny.
Jest ogromnie zastanawiające, że rezultaty podwodnych badań Bero Roho nie są dziś szeroko znane i dyskutowane. Po raz kolejny w czasach Internetu można oczekiwać, że jego film byłby łatwo dostępny, ale z jakichś powodów nie jest. W Boliwii jedna osoba decyduje o tym, jak się postrzega prekolumbijską przeszłość. Jest to Carlos Ponce Sanguines. Jego pozycja jest porównywalna do tej, z jaką z czasów Mubaraka pełnił w Egipcie Zahi Hawass. Sanguines jest w większości odpowiedzialny za to, jak dziś postrzega się starożytne boliwijskie Andy. Na przykład dzisiejsze stanowisko archeologiczne w Tiwanaku jest w większości osobistym tworem Ponce Sanguinesa. We wczesnych latach swojej kariery jedną z jego pasji była podwodna archeologia. Jego badania wokół jeziora Titicaca skupiały się w większości wokół trzcinowiska przy wyspie Koa, gdzie przeprowadzał serię ekspedycji w latach 1975-1991. Przez cały czas był on gorącym zwolennikiem datowania megalitów za pomocą metody radiowęglowej.
Wraz z początkiem nowego milenium podwodne ekspedycje do jeziora Titicaca przyjęły interesujący, jeśli nie kontrowersyjny obrót. Ekspedycja naukowa nazwana Atahualpa 2000 nurkowała w jeziorze Titicaca w okolicach Wyspy Słońca. Grupa odnalazła pod wodą rolnicze tarasy, ścianę oporową, szlak o długości 700 metrów, przy którego boku stało prawdopodobnie jakieś centrum ceremonialne. Wszystko to na głębokości 50 metrów.Jeden z członków grupy, podwodny archeolog, kobieta, Brazylijka o imieniu doktor Soraya Ayoub uznała, że poziom jeziora musiał być znacznie niższy w starożytności. I rzeczywiście rezultaty były zachęcające na tyle, że rozpoczęto planowanie następnej ekspedycji z wykorzystaniem robotów, które pozwoliłyby zbadać dno na głębokości 250 metrów. Boliwijski archeolog dołączony do grupy Atahualpa 2000, Eduardo Pareja, który już wcześniej badał rafę niedaleko wyspy Koła razem z Ponce Sanguinesem podkreślił w mediach, że ruiny znalezione przez ekspedycję ocenia się na 2000 rok przed naszą erą w swojej najwcześniejszej fazie. Carlos Ponce Sanguines w bardzo ostrych słowach skrytykował znaleziska Atahualpa 2000. Mimo że nie był geologiem, wyraził opinię, że wokół Wyspy Słońca znajduje się wiele kamieni posiadających kąt prosty, które powstały w sposób naturalny. Powiedział prasie, że kamienie te mogą być z łatwością pomylone z częścią murów i że one same z pewnością nie są ani murem, ani częścią innej konstrukcji. Nawoływał do bardziej naukowego podejścia w badaniach.
Inni, jak andyjski historyk Teresa Quisbert uznała znalezisko za ogromnie ważne i potwierdzające prace Boero-Rojo. W roku 2002 organizacja, która była siłą napędową Atahualpa 2000, Akakor Geographical Exploring, zorganizowała następną wyprawę w celu zbadania dna jeziora pod nazwą Titicaca 2002. Ekspedycja odnalazła wiele obrobionych kamieni ustawionych jeden na drugim. Według opublikowanego wówczas raportu, który ukazał się w BBC, jeden z członków ekspedycji, Gustavo Villavicencio, zanegował istnienie zatopionej cytadeli, o której mówiły lokalne legendy. Wydaje się to dziwne, ale artykuł z BBC nie wyjaśnił, w jaki sposób Villavicencio zbudował taką opinię. Odkrycie ułożonych na sobie głazów nie powstrzymało jednak artykułów prasowych na temat zatopionego miasta. Kiedy Akakor Geographical Exploring rozpoczął swoją trzecią ekspedycję w 2004 roku, w wielu artykułach z tego czasu spekulowano na temat odnalezienia zatopionego miasta zwanego Kulanako. Ekspedycja Akakor 2004 była przedsięwzięciem, które otrzymało wsparcie boliwijskiej marynarki wojennej, a także boliwijskiego Narodowego Instytutu Archeologicznego. Według raportu prasowego z 2004 roku za pomocą podwodnych robotów sfotografowano interesujące obiekty na głębokości 80 metrów. Roboty nie tylko wytrzymywały ciśnienie, ale także niską temperaturę wody.
Roboty były znacznie mniejsze niż morskie pły Cousteau i nie tylko nie tak łatwo mąciły wodę na pokrytym mułem dnie jeziora, ale były łatwiejsze w manewrowaniu. Jedno bardzo interesujące znalezisko wywołało wiele prasowych emocji. Była to zatopiona wyspa zwana La Isla Villa Cota, którą prasa określiła jako Morze Krwi. Miało to być miejsce, gdzie dokonywano wielu ofiar z ludzi. Nie wyjaśniono jednak, w jaki sposób członkowie ekspedycji doszli do takiego wniosku, zwłaszcza że nie podano informacji o odnalezieniu ludzkich szczątków. Robot sfilmował także dużych rozmiarów złotą statuę. Była ona niezwykle duża i ciężka, dlatego pozostała tam, gdzie ją odkryto, a miejsce znaleziska okryto tajemnicą. Informacja o tym, że nie wydobyto posągu jest bardzo interesująca. Trzeba pamiętać, że boliwijska marynarka wojenna była partnerem projektu i musiała posiadać ciężki dźwig potrzebny do wydobycia posągu. To wyjaśnienie jednak traci na swoim znaczeniu w porównaniu z najbardziej ekscytującym odkryciem Akakor 2004.
Włoscy i brazylijscy członkowie grupy dali wywiad dla włoskiej telewizji, gdzie pokazali część nakręconych przez siebie podwodnych materiałów filmowych. W części wywiadu, w której opowiadali o odkryciu, jakiego dokonano w najgłębszej części jeziora, na filmie można było zobaczyć kamienną ścianę, która wyglądała tak, jakby była pokryta złotem. Nic takiego nie opisano w boliwijskiej prasie lub gdziekolwiek indziej niż powiedziano w wywiadzie dla włoskiej telewizji. Co jest szczególnie ważne, w wywiadzie tym powiedziano także, że niektóre znaleziska Akakor 2004 ocenia się na co najmniej 5000 lat. Interesujące jest także to, że boliwijskie raporty prasowe z tamtych czasów podają dwie sprzeczne ze sobą informacje na temat znalezisk Akakora. Z jednej strony cytuje się Eduardo Pareja, który był rzecznikiem boliwijskiego Ministerstwa Kultury. Pareja w sposób bardzo ostry podkreślał, że znaleziska są relatywnie młode. Według niego złoty posąg stał w świątyni, której ruiny wciąż znajdują się na Wyspie Słońca. W ogóle nie wspomniał o murze wyłożonym złotem. Ten sam artykuł informował także o tym, że znaleziono dowody na istnienie ludzkiej cywilizacji mieszkającej tu pomiędzy piątym a dziesiątym tysiącleciem przed naszą erą, których pozostałości odkryto na głębokości 110 metrów.
W artykule napisano także, że niektórzy członkowie grupy Akakor uważają, że Wyspa Słońca była kiedyś w przeszłości półwyspem. Uważają także, że wybrzeże jeziora Titicaca w tamtych czasach w sposób radykalny różniło się od tego, co mamy dzisiaj. Przyczyną jest trzęsienie ziemi. Można sobie zadać pytanie, dlaczego w tym samym artykule zamieszczono sprzeczne ze sobą informacje?Dlaczego zagraniczni członkowie grupy AKakor zinterpretowali znalezioną ewidencję w inny sposób niż Eduardo Pareja? Grupa AKakor stworzyła wnioski, z którymi większość akademickich archeologów nie mogła się czuć komfortowo. Mówili oni o możliwości zaistnienia poważnych fluktuacji poziomu wody w jeziorze, sugerując, że wielokrotnie dotknięte było ono trzęsieniami ziemi i powodzią. Innymi słowy, zasugerowali oni, że nie tylko pozostałości, jakie znaleźli, były starsze niż to uznaje konwencjonalna archeologia, ale także, że Altiplano było w przeszłości miejscem poważnej katastrofy. Było to podwójne zagrożenie konwencjonalnego i w miarę nowego datowania cywilizacji w Andach. O ile metoda radiowęglowa może być bardzo skuteczna, posiada ona jednak określone ograniczenia. Głównym powodem tego jest to, że metoda datowania radiowęglowego jest efektywna tylko w sytuacji, gdy mamy do dyspozycji długi okres stabilności środowiska naturalnego.
Jest ona najlepsza w miejscach, gdzie nie ma trzęsień ziemi ani powodzi, które zakłócają i mieszają ze sobą osady lub przenoszą geologiczną stratę. Takie idealne warunki nie panowały, jeśli wierzyć scenariuszowi, jaki napisali niektórzy członkowie grupy AKakor w rejonie jeziora Titicaca. Mówiąc krótko, zagrażało to nie tylko współczesnemu datowaniu andyjskich cywilizacji, ale także poddawało w wątpliwość metodologię datowania w całym andyjskim kontekście. Aż trudno uwierzyć, że temat prawdziwego datowania cywilizacji andyjskich może stać się przedmiotem teorii konspiracji, celowego ukrywania i złego interpretowania danych. Z Muzeum Podwodnej Archeologii na Wyspie Słońca zniknęły posągi znalezione w wodach jeziora Titicaca przez AKakor 2004. Zniknęły ceramiczne koniki morskie, które wyglądały jak żywe i ilustrowały dawne połączenie jeziora z Pacyfikiem. Zniknęły także powiększenia zdjęć zrobionych jeszcze przez Boero Rojo w swoim filmie „Święte jezioro”, gdzie pokazano nurków płynących wzdłuż potężnej, zbudowanej ludzką ręką ściany. Zamiast tego jest wielka tablica z oficjalną linią czasową, kilkoma okazami lokalnej fauny i strojami, jakie kiedyś nosili Inkowie. W 2013 roku miał miejsce belgijsko-boliwijski projekt badań podwodnych w jeziorze Titicaca pod nazwą Winaq Marka. Wydobyto kilka interesujących artefaktów, wśród nich statuetki kotów i niewielkie figurki zwierząt ze złota, które składano w ofierze.
Także i ta ekspedycja niosła za sobą wiele kontrowersji. Odkryto także płaskorzeźbę, która przypominała sumeryjskich bogów Annunaków. Wiedziałem, że kiedyś do nich tam też dotrzemy. Wszystkie linki w internecie na ten temat jednak zniknęły. Winaq Marka w języku Aymara oznacza „wieczne miasto”. Czy zatem tajemnica wiecznego miasta na dnie jeziora Titicaca na zawsze pozostanie tajemnicą? Czas z pewnością odpowie nam na to pytanie. Być może kiedyś dowiemy się o tym, czy istniała tam na dnie jeziora jakaś cywilizacja w czasach, kiedy było ono w większości suche i wyglądało zupełnie inaczej, a być może miało nawet połączenie z oceanem. I kto wie, jeśli przyjrzeć się uważniej tym wszystkim liniom murów, które tworzą kolejne łuki równolegle stojące do siebie, czyż nie przypomina to Atlantydy opisywanej przez Platona? Temat jest fascynujący.
Bardzo trudno jest dotrzeć do szczegółów. Jak widać z opisu linki w internecie znikają. Do filmów można jedynie dotrzeć w taki sposób, że trzeba pojechać w miejsce w Boliwii, odnaleźć ludzi, zaprzyjaźnić się z nimi i dostać możliwość obejrzenia takiego filmu i porozmawiać o tym, co rzeczywiście dzieje się i rozgrywa w wodach jeziora Titicaca. Temat jest rozpoczęty. Myślę, że informacji z czasem przybędzie i przyjdzie czas i pora, żeby je uzupełnić. Tym samym wszystkim serdecznie dziękuję za uwagę, za cierpliwość. Zapraszam na następną, za chwilę debatę, debatę ufologiczną poświęconą Roswell. Bardzo kontrowersyjny temat. Zaproszono mnie również do debaty, więc odświeżę się chwilkę i zaraz do was wracam. Dziękuję raz jeszcze.
[47:00] - To był nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy, Chris Miekina. Dziękujemy jeszcze raz, Chrisie, za ten kolejny odcinek „Paranaxy”. A w następnej „Paralexie” usłyszymy się oczywiście już za tydzień. Audycję od strony technicznej, jak zawsze obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium — paranormalny głos w twoim domu. Do usłyszenia w kolejnych audycjach na naszej antenie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl