[00:36] - Witamy bardzo serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, szczególnie moli książkowych, ale nie tylko. Zapraszamy na kolejny odcinek audycji Bibliotekarium na żywo. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Dzisiaj po drugiej stronie Hangouts są gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz gość specjalny. Witajcie panowie.
[01:05] - Witaj.
[01:05] - Dobry wieczór.
[01:07] - Panowie zaraz naszego gościa przedstawią. Dziś gościem jest poważny gracz na rynku książki fantastyczno-naukowej, który w dodatku stworzył wydawnictwo, które od pewnego momentu zaczęło zdobywać nagrody i zaczęło się o nim głośno mówić. Ale zanim panowie przedstawią naszego dzisiejszego gościa i zanim w ogóle przejdziemy do dyskusji w dzisiejszym Bibliotekarium, jak zawsze podam na początku kontakty do Radia Paranormalium, bowiem audycję realizujemy oczywiście na żywo. Po godzinie 21:00, może trochę później, otworzymy naszą linię telefoniczną dla słuchaczy, ale telefony do Radia Paranormalium warto już chyba zapisać sobie już teraz. Nasz numer stacjonarny: 32 746 00 08. Komórkowy: 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. Można także pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także znaleźć na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium oczywiście, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata.
A jeżeli ktoś woli, to może nam również wysyłać pytania, komentarze i różne inne ciekawe wiadomości na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Halo, halo, Bydgoszcz.
[02:51] - Jeszcze raz dobry wieczór i jeszcze raz witam wszystkich naszych słuchaczy. Powiem szczerze, że jak Marek przedstawiał naszego gościa tak bardzo ogólnie, to gość się zaczął rozglądać i właściwie miał zamiar znaleźć osobę, którą przedstawiałeś, Marku. Natomiast to chyba nadmiar skromności, bo fakt jest faktem, że nasz gość, tu od razu przedstawię, pan Marcin Dobkowski, założyciel wydawnictwa Genius Creations. To człowiek, który, tak jak mówiłem przy poprzedniej audycji, jak zaczął zakładać to wydawnictwo, to spora część ludzi pukała się w głowę i mówiła: „A po co ci to? Po co ci to, człowieku? Same kłopoty”, a w dodatku kto poważny zakłada dzisiaj wydawnictwo? Dzisiaj się zakłada jakiś biznes, który przynosi pieniądze szybko, łatwo i bezboleśnie.
[03:45] - Pocieszę tylko, że ja słyszałem to samo, gdy zakładałem Radio Paranormalium.
[03:50] - Właśnie. Więc była spora część ludzi, która pukała się po prostu w głowę i mówiła, że takich biznesów to się teraz nie zakłada. Niemniej nasz gość był konsekwentny i rzeczywiście to wydawnictwo, może rzeczywiście brzmi tak patetycznie, że jest poważnym graczem. Dzisiaj o książkach tego wydawnictwa mówi się coraz częściej. W dodatku też nie było przesady w tym stwierdzeniu o nagrodach, bo tych nagród kilka przynajmniej autorzy wydanych książek jednak zdobyli. Do kilku byli nominowani. A zatem wydawnictwo w jakiejś tam prowincjonalnej Bydgoszczy nagle okazało się naprawdę poważnym graczem na rynku. Ale myślę, że byłoby grzecznie, gdybyśmy naszego gościa dopuścili jednak do głosu poza tym skromnym „dzień dobry”. Może na początek takie pytanie na rozgrzewkę: na co to panu było to rozkręcanie wydawnictwa?
[04:59] - Tutaj padło takie stwierdzenie, że są lepsze biznesy. Właściwie mam lepsze biznesy i mi się wydawało, że wydawnictwo to jest właśnie ten biznes, który połączy to, co lubię robić i będzie jednocześnie czymś, na czym się znam. Bo jeżeli na czymś się znam, to na prowadzeniu teoretycznie różnego rodzaju firm. I nie będę ukrywać, decyzja zapadła w momencie, kiedy mój ojciec ciężko zachorował i staraliśmy się z bratem wymyślić coś takiego, co moglibyśmy wspólnie robić, bo fantastyką to zaraził mnie dziadek i ojciec. Więc w tej sytuacji po prostu uznaliśmy, że to będzie dobry pomysł. Takie coś, co możemy wspólnie robić. I tak wystartowaliśmy z wydawnictwem. Nieszczęśliwie dokładnie w dniu premiery pierwszej książki „Pokój Światów” mój ojciec zmarł. I zastanawialiśmy się, szczerze mówiąc, długo z bratem, czy chcemy to kontynuować, czy to ma jeszcze dla nas sens. I doszliśmy do wniosku, że tak.
Że właściwie to nie była taka rzecz, którą potrafilibyśmy odłożyć i że ojciec pewnie też by chciał, żebyśmy dalej to robili, był wielkim fanem fantastyki. I tak zostało. Zaczęliśmy po prostu z takiego projektu, który na początku nie był stricte Długofalowy czy biznesowy. Postanowiliśmy, że będziemy starali się zrobić z tego takie wydawnictwo, które będzie poważnym graczem. Mamy nadzieję, że kiedyś będziemy.
[06:25] - Jako człowiek opętany chronologią muszę zadać to pytanie: te wydarzenia miały miejsce kiedy? Ile lat ma wydawnictwo?
[06:36] - To zależy, jak mierzyć wiek.
[06:39] - Podajmy różne warianty w takim razie.
[06:42] - W grudniu 2012 roku postanowiliśmy, że to zrobimy. Mój przyjaciel Bartek Czarnecki, który współtworzy z nami to wydawnictwo, ma takiego maila, gdzie piszę do niego: „Bartek, chyba jednak ten pomysł z wydawnictwem będziemy realizować. Czy znasz jakichś dobrych polskich pisarzy, których do tej pory nie wydano, nie mieli szczęścia?” I on wskazał właśnie Pawła Majkę. Ja z Pawłem Majką spotkałem się na Polconie w 2013 roku. Uzgodniliśmy, że wydamy jego książkę. Książka była wydana dokładnie na Pyrkon 2014. Miała premierę na Pyrkonie.
[07:23] - I w dodatku tak się szczęśliwie złożyło, że ta pierwsza książka wydana przez wydawnictwo to, nie wiem, jak to określić, taki strzał w dziesiątkę. Co z tą książką?
[07:35] - Powiedzieć, że mieliśmy szczęście z Pawłem, to mało powiedzieć. Paweł jest według mnie jednym z ciekawszych obecnie piszących pisarzy, bardziej kreatywnych. Za swój debiut „Pokój światów” otrzymał Nagrodę Żuławskiego, a rok później za właściwie swój debiut, bo „Niebiańskie pastwiska” napisał cztery lata wcześniej niż „Pokój światów”, otrzymał drugą Nagrodę Żuławskiego. Był nominowany za „Pokój światów” i za „Pastwiska” do Nagrody Zajdla. Co tu dużo mówić, lepszego debiutu chyba nie mogliśmy sobie wymarzyć.
[08:12] - Wiktorze, teraz tobie oddaję głos. O co zapytasz naszego gościa?
[08:18] - To jest takie coś, że dla mnie przynajmniej, jak przyglądałem się wydawcom, to jest, tak samo jak pisanie książki, fajna zabawa. Mi się zawsze dobrze pisało, dopóki to było fajną zabawą. I tak mam wrażenie, że wydawanie książek, znajdowanie ciekawych rodzynków, ciekawych rzeczy i tak dalej, to jest po prostu świetna zabawa poza biznesem. I dopóki ta zabawa rajcuje i bawi właściciela czy redaktora takiego wydawnictwa, to musi iść do przodu. Z grubej berety strzelę, ale zawsze w historii, jak ludzie sztuki tam sobie działali, to zawsze była sprawa mecenatu. Wydawca jest w pewnym sensie mecenasem takiego pisarza. Czym byli mecenasi? Boże mój, dzisiaj sobie nie można wyobrazić szkoły malarskiej bez na przykład Borgiów, którzy tam może sobie podrzynali gardła, a raczej truli się nawzajem w tych Włoszech, ale również straszliwie wspomagali artystów. W Polsce robili to samo, może poza truciem, Czartoryscy czy Potoccy, którzy w potężny sposób wspomagali kulturę. Podbijali jej, dawali możność zaistnienia w kulturze w ogóle, w społeczeństwie określonym ludziom.
I to jest coś strasznie fajnego. Tylko trzeba mieć do tego powołanie. Ma pan?
[10:25] - Ja nie wiem, czy mam powołanie. Trudno powiedzieć. Natomiast zgadzam się. Ten moment, kiedy otwiera się nowy plik, przesłany tekst, to jest ten moment, kiedy za każdym razem zastanawiamy się, co zobaczymy. To jest szukanie skarbów. To jest tak naprawdę poszukiwanie złota. A trafia się czasami taki samorodek jak Paweł Majka. Trafiliśmy wielu autorów. Przecież autorzy, których my wydajemy, to jest wynik wyboru z już ponad paru tysięcy nadesłanych tekstów. Te teksty są oceniane nie tylko przeze mnie, przez grupę redaktorów wewnętrznych.
Jest jakiś tam system filtrowania, ale nie ukrywajmy, za każdym razem to jest to niesamowite oczekiwanie, co zobaczymy, zagłębianie się w ten tekst. I na koniec czasami jest, że jedni się zachwycają, a inni mówią, że to nie jest to. Jest ta weryfikacja tego zachwytu. Czasami tekst odkładamy, bo właściwie nie jesteśmy pewni. To jest naprawdę jedna z fajniejszych rzeczy, jakie można robić, jeżeli się nie potrafi samemu kreować. A ja niestety, wbrew nazwie wydawnictwa, nie jestem kreatywny. W tym zespole kreatywny miał być mój brat. Ja miałem być ten genialny. A nazwa jest w ogóle jeszcze starsza, bo pochodzi z naszej pierwszej firmy, którą założyliśmy chyba w 2003 roku, o ile dobrze pamiętam. Więc tak, zgoda.
To jest tak najbliżej kreacji, jak osoba, która nie kreuje, może być. Może pomóc temu, który posiada zdolność, artyście. Bo pisarz jest artystą. Powinien być artystą. Wiadomo, że też się czasami skłania w stronę rzemiosła, ale nadal jest artystą. Natomiast co do tego mecenatu, niestety to nie jest tak, że wydawca może być mecenasem, dlatego że nie byłby w stanie tak naprawdę. Natomiast sądzę, że to, o czym pan mówi, po części my wszyscy jesteśmy mecenasami. Tak naprawdę kupując książkę, ja zawsze mówię, że mam ścianę wstydu. To są książki, które kupiłem, a nie przeczytałem.
[12:25] - Ale zawsze sobie myślę, że jeżeli kupię książkę, to w jakiś sposób wspomagam wydawcę, autora i jest to w jakiś sposób moje głosowanie. Jestem takim mini mecenasem, kupując książkę, płytę z muzyką, nawet jeżeli jej nie czytam czy nie słucham. I szkoda, że czytelnictwo spada i mamy tak mało mecenasów.
[12:44] - Strasznie, że akurat tak mi przyszło, bo dzisiaj z Markiem byliśmy po drodze w księgarni i ja mam w tej chwili straszne wyrzuty sumienia, Marku, że ja nie kupiłem książki Philipa Dicka. Nie dla tej książki, ale dla ilustracji, które były w tej książce. Należało wspomóc to wydawnictwo, ale chyba wrócę do tej księgarni.
[13:08] - Ja powiem, że znam wydawnictwo, o którym mowa, i akurat to wydawnictwo naprawdę nie wymaga wspomagania, aczkolwiek książka była zacna i ilustracje były jeszcze bardziej zacne. Ja jednak mam pytanie, takie nawiązujące do początku naszej rozmowy, bo tak łatwo przemknęliśmy nad początkiem wydawnictwa, że ono się pojawiło, było i tak dalej. Mnie natomiast interesuje, jak to się rodzi w głowie, że człowiek chce mieć wydawnictwo.
[13:42] - Ja od bardzo dawna miałem takie dosyć dziwne marzenia, bo chciałem mieć antykwariat. Chciałem mieć wydawnictwo i zamek.
[13:55] - Ten zamek mnie intryguje.
[13:56] - Mnie też, ale to jest trzeci na liście, więc jeszcze trochę potrwa. I powiem szczerze, że o ile w przypadku pierwszych dwóch moja żona jest bardzo wyrozumiała, bo wiem, że zamek może stanowić pewien problem. Gdzieś tam na początku, jak byłem nastolatkiem, a jestem z Bydgoszczy, to zawsze po zajęciach, po lekcjach w drugim liceum schodziłem na dół na Stary Rynek do antykwariatu. Ten antykwariat miał taki klimat, że ja myślałem sobie, że jeżeli coś chciałbym w życiu robić, to mieć taki antykwariat. Koleje życia potoczyły się trochę inaczej, więc później, kiedy była taka możliwość, otworzyliśmy księgarnię z żoną, bo uznaliśmy, że książka to jest coś wspaniałego. Czytamy. Mieć kontakt z książką. Ja myślałem tak sobie: nawet jak to nie wypali, może będę miał dostęp do wszystkich tych wspaniałych książek, będę je miał u siebie i nie będę musiał kupować, nie będę musiał się tłumaczyć z zakupu takiej ilości książek. Okazało się, że to poszło dobrze. Kiedy, tak jak wspomniałem, mój ojciec zachorował i szukaliśmy tego, pomyśleliśmy, co możemy zrobić takiego.
Ponieważ czytaliśmy książki, lubiliśmy fantastykę, mieliśmy księgarnię, czyli mieliśmy kanał dystrybucji. Zawsze był taki niedosyt, bo mój ojciec uwielbiał SF, nie lubił fantasy. No i był taki niedosyt. To postanowiliśmy: dobrze, to jeżeli nie ma na rynku tego, co byśmy chcieli czytać, to może powinniśmy coś zrobić, żeby wydawać takie książki. I w ten sposób, tak? Ale to tak brzmi łatwo. Ja pamiętam, że właśnie z moim przyjacielem Bartkiem to chyba dwa, trzy lata rozmawialiśmy, że fajnie byłoby, że to może. Ale jak to zrobić? Jak taki numer ISBN dostać? Co tu trzeba porobić?
Jak każda rzecz, której się nie robi, której się nie zna, to się wydaje strasznie trudna. W tej chwili wiele rzeczy, które jeszcze dwa, trzy lata temu wydawały nam się skomplikowane, trudne, przychodzą nam z łatwością. To jest kwestia nauki, poznania.
[15:51] - A ja mam jeszcze jedną interpretację motywacji. Przecież to jest proste. W tym szeregu trzech rzeczy na końcu był zamek. Ja teraz rozumiem, po co jest wydawnictwo. Po to, żeby był zamek.
[16:07] - Pytanie tylko, czy będziesz tam-- czy należało się chronić przed niezadowolonymi. Czy może będą potrzebne jakieś lochy, a może wieża? Nie wiem. To było takie moje marzenie. Mam nadzieję cichą, że jak mi się udało te dwa, to i trzecia. Zamek koniecznie taki w starym stylu. Żaden pałacyk. Zamek.
[16:29] - Ja będę jednak drążył temat, bo powiem tak: montowanie wydawnictwa to chyba nie jest bezpieczny sport, bo czas, kiedy powstawało pana wydawnictwo, to był też czas, kiedy kilku graczy, tak ich określmy, żeby nie używać nazw, potknęło się na rynku. Coś im nie wyszło. Kilka wydawnictw się po prostu zapadło. Jakiś kolaps nastąpił albo coś podobnego. Kilka wydawnictw ni stąd, ni zowąd zniknęło, chociaż do końca twierdziło, że jest świetnie. Ja powiem tak: to oczywiście o niczym nie świadczy, ale to może być taki element, który może trochę straszyć potencjalnego wydawcę. Nie bał się pan?
[17:16] - Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jakoś tak buńczucznie, ale po pierwsze ja nie patrzyłem na konkurencję. To była decyzja, tak jak mówię, bardziej wynikająca z sytuacji rodzinnej. Podejrzewam, że nawet gdybym wiedział o tym, że jest źle na rynku wydawniczym, czy wiedział tak jak teraz, jak źle jest na rynku wydawniczym, to pewnie nadal bym podjął tą decyzję, nadal byśmy wydawali książki. Po drugie, tak naprawdę, o czym wspomniałem wcześniej, gdybym prowadził tylko wydawnictwo, to pewnie bym go już nie prowadził. Pojedynczo samo wydawnictwo prawdopodobnie by nie przetrwało, nie byłoby się w stanie sfinansować i rozwijać. Ponieważ wydawnictwo jest tylko pewną częścią tego, co razem z żoną prowadzimy, różnego rodzaju firm w różnych, naprawdę bardzo różnych zdywersyfikowanych obszarach. Zabrzmi to znowu dziwnie, ale nas stać było na to, żeby przez długi okres finansować wydawnictwo bez oczekiwania. To nie był popularny skok na kasę. To była przemyślana inwestycja, która ma się zwrócić w bardzo długim okresie czasu i gdzie dodatkowo traktowaliśmy te emocjonalne zyski typu zdobycie nagrody, nominacja. Zawsze jak przyjdzie książka z drukarni, ja ją wyciągam z kartonu, wącham, przyznaję uczciwie.
Wącham ją, cieszę, stawiam na półce. Stoi.
[18:33] - Przedmiot radości. My nie jesteśmy takim typowym wydawcą. Jak ktoś mówi: czy ja jestem wydawcą? Ja właściwie nie czuję się wydawcą. Ja wydaję książki i wydaję pieniądze na wydawanie książek. Tak naprawdę, żeby być wydawcą, to pewnie muszę jeszcze zdobyć z pięć lat doświadczenia, nauczyć się wiele więcej i mieć jeszcze odrobinę szczęścia. Do tego prowadziłem. Te pytania mniej więcej do tego prowadziły. Zostańmy przy określeniu sport. Sport, bawienie czy też zabawa w wydawanie, specjalnie tak to ujmuję, wbrew pozorom to nie jest zabawa i to nie jest sport.
To nie jest skok na kasę. To musi być przemyślane od początku do końca. To musi być jakiś element drogi. Jest w tym coś z fantasy i to takiego bardzo grubego, że idziemy, idziemy, idziemy, w końcu dojdziemy, ale najpierw po drodze jest trochę przeszkód. Mniej więcej chyba tak wygląda. Z tego wnioskuję, co usłyszeliśmy.
[19:36] - W podejmowaniu takich decyzji potrzebny jest jednak charakter i trzeba mieć kręgosłup. To jest coś takiego jak z pisarzem, jak z każdym artystą. Jeśli podejmuję decyzję, że będę to robił, to to robię, nawet jeśli spotykają mnie niepowodzenia, to ja je mam w nosie. Po prostu ja je będę robił, bo to jest albo pasja, albo wiara w to, że się uda. Czasami się komuś nie uda, ale wycofywanie się przy pierwszej czy drugiej porażce to jest najgorsza rzecz, jaką może zrobić każdy człowiek w jakimkolwiek biznesie w ogóle. Chociaż w biznesie pieniądz jest gorący. Ale życie nie jest giełdą nieustającą. Przecież to na giełdzie trzeba tak błyskawicznie wszystko wymieniać, a w normalnej produkcji jednak. A książka jest produktem przecież.
[20:38] - Ja mam teraz pytanie do pana jako wydawcy. Jest sobie wydawnictwo Genius Creations i to wydawnictwo dokonuje pewnej selekcji. Proszę najpierw potwierdzić, czy moja obserwacja jest słuszna. Czy to nie jest w tej chwili tak, że więcej jest na rynku fantasy niż takiej twardej science fiction?
[21:01] - To nie jest nawet kwestia, że jest na rynku.
[21:06] - Wycofuje się. Więcej jest w ofercie autorów.
[21:10] - Teoretycznie może tak: jeżeli byśmy przyjęli taką definicję SF, nawet nie szukali twardego SF, bo to jest jeszcze bardziej specyficzny gatunek. Ostatnio sprawdziłem, przekroczyliśmy cztery i pół tysiąca propozycji wydawniczych. Tyle nadesłano do nas tekstów. Nie wiem, czy bym znalazł chociażby 50 spełniających takie czyste SF. Są obecnie bardzo popularne military SF, space opera, które tak naprawdę to jest literatura przygodowa w sztafażu, w scenerii. To nie do końca jest SF. Prawdziwego SF praktycznie prawie nie ma. Dodatkowo na te, powiedzmy umownie, załóżmy, że było to 50 tekstów, zdecydowaliśmy się na wydanie bodaj jednego do tej pory. Dlatego że reszta w momencie, kiedy pojawia się to science, to jest także oczekiwanie, że autor posiada wiedzę i potrafi ten element odpowiednio ubrać. Często to są ponownie utwory powiązaną się tylko konwencją, nie będące w istocie czystym, dobrze napisanym SF.
[22:18] - Czyli podsumowując tę część naszej rozmowy, fantasy rządzi w tej chwili.
[22:25] - Z jakiegoś powodu wszyscy piszą fantasy. Ponieważ tego fantasy jest tak wiele na rynku i właściwie tylko ono jest mocno obecne, prawdopodobnie czytelnik czyta. Wiem, że wielu autorów, których bardzo lubię i cenię, których spotykamy na konwentach, nawet jeżeli pisze SF, na przykład jest to SF wydawane przez Fabrykę Słów, czyli duże wydawnictwo, zdaje sobie sprawę, że prawdopodobnie gdyby napisali dla tego wydawnictwa fantasy, sprzedaż byłaby większa. To jest gdzieś takie niedopowiedziane, że fantasy sprzedaje się lepiej. Young adult, literatura młodzieżowa sprzedaje się jeszcze lepiej.
[23:10] - Proszę, proszę wytoć.
[23:12] - Ja sobie tak na własny, prywatny użytek dzisiaj w nocy kombinowałem nad tym, czym właściwie się różni fantasy od fantastyki naukowej. Oczywiście definicje akademickie mogą być bardzo wnikliwe albo mniej wnikliwe, ale jest jedna rzecz, która wyróżnia: odbiór czytelnika. Otóż jest cała rzesza ludzi, którzy po prostu w sposób naturalny rozumieją fantastykę naukową jako gatunek oraz są tacy, którzy nigdy tego gatunku nie zaakceptują, bo nie pasuje im to do mózgu. Dlaczego fantasy rządzi? Fantasy może czytać każdy. Właściwie każdy. Może i lubić albo nie lubić, natomiast czytać i zrozumieć może absolutnie każdy człowiek. Natomiast do fantastyki naukowej trzeba mieć jakieś, ja nie wiem, na czym to polega, predyspozycje, jakieś kosteczności w umyśle, jakiejś racjonalności, racjonalnego widzenia rzeczywistości. To jest coś, że potem się mówi, że ten Zajdel jednak pisał fantastykę naukową. Lem pisał fantastykę naukową.
Ci pisarze pisali fantastykę naukową.
[24:40] - A czym to się różni? Nauka, jakaś racjonalność, jakaś logika. A fantasy jest wspaniałą baśnią współczesną, wspaniałą bajką, którą sobie każdy może wziąć na kolanie i przeczytać.
[24:58] - Fantasy jest rozwinięciem bajki, baśni, mitu, legendy. Każdy z nas jako dziecko miał styk z bajkami, baśniami, legendami, więc fantasy jest powrotem do korzeni. Natomiast literatura SF trochę z innego miejsca wychodzi i nie każdy być może dobrze się z nią czuje. Wiem, że dla przykładu weźmy Asimova „Stalowe skinie”. Niektórzy mówią, że to jest świetny kryminał, a niektórzy widzą tam SF. Ci, którzy nie lubią SF, najczęściej mówią, że to jest fajny kryminał, osadzony trochę w innych realiach. Więc wydaje mi się, że to też zależy. Większość osób, które się zapiera, mówi, że nie czyta SF. Gdyby byli w stanie, nie wiedząc, że to jest SF, przeczytać jedną z dobrych, starych książek klasyków, być może by to zaakceptowali. To jest troszeczkę tak.
Ja na przykład zawsze mówię, że ja nie oglądam melodramatów. Może popełniam błąd, ale jak coś jest opisane jako melodramat, to ja podnoszę ręce i mówię, że tego filmu nie oglądam. Być może tak jest z wieloma osobami. Jest jakiś poziom uprzedzenia do SF.
[26:04] - Ostatnio mój przyjaciel w Toruniu strasznie chwalił jakiś tekst mój stary, który przeczytał i że mu się straszliwie podobał. Tylko do mnie ma pretensje: „Ale po co tam były te serwomotory?” On tego nie mógł przełknąć. Mówi: „To mi psuje całe opowiadanie, bo by było wspaniałe, tylko te serwomotory”. Ja w ogóle nawet nie pamiętałem, że tam użyłem takiego słowa, bo to było słowo nieważne. Było atrybutem pewnego kolorytu, pewnego świata, a jemu to przeszkadza.
[26:40] - A nie uwzględnił tego, że serwomotory to tak brzmi potężnie. Chciałem zadać takie pytanie statystyczne: ile książek dotąd wydało pana wydawnictwo? Tak około.
[26:56] - 28 na dzisiaj jest, z tego, co pamiętam, wydrukowanych i wydanych.
[27:05] - I pan mówi, że nie jest pan poważnym graczem na rynku? Przepraszam, ale to już jest poważny dorobek.
[27:10] - Powiem tak: mierzyć ilością wydanych książek, to jest dużo znacznie bardziej poważnych wydawnictw. Ciekawe wydawnictwa, które ja uważam za poważne i ważne, wydają troszeczkę mniej książek pewnie niż my, dlatego że one już znalazły swoją drogę. My cały czas szukamy. Dzisiaj będziemy też mówili o komiksie, który wydajemy. Chcemy zobaczyć, jak to jest wydać komiks. A wydajemy kryminał. Wydaliśmy książkę obyczajową w istocie. Rozglądamy się. My szukamy swojego miejsca. Świetna zabawa.
[27:44] - Dokładnie.
[27:45] - Ale na podbudowie tej zabawy chciałem zadać pytanie dotyczące autorów, bo dochodzimy do tego, co jest najbardziej krwiste w całej tej historii o wydawnictwie. Miał pan okazję, już pan nawet wymieniał, że tych autorów zgłasza się do pana wielu. Iluś tam się przez sito przeciska. I właśnie o tych autorów chciałbym zapytać. Czy już pan doszedł do tego, że autorów na pewne typy można podzielić? A jeśli tak, to na jakie ewentualnie? Czy ma pan jakieś prywatne szufladkowanie tychże autorów? To tak zwane trudne pytanie było.
[28:30] - To jest bardzo trudne pytanie, dlatego że po pierwsze wydawca kocha wszystkie swoje dzieci równo i wszystkich autorów swoich książek.
[28:39] - Ale ja nie proszę o wartościowanie, czy jedni są lepsi, drudzy gorsi, tylko bardziej o typy.
[28:44] - Ja się tylko śmieję. Na pewno autorzy bardzo się różnią. Wszyscy się różnimy. To jest na przykład styl pracy. To jest jedna z rzeczy. Druga na przykład nastawienie. Można powiedzieć wedle nastawienia do własnego dzieła. Są autorzy, którzy na przykład bardzo ciężko znoszą redakcję tekstu. To jest bardzo częste. Tekst napisany wydaje się tekstem gotowym, a jednak tak nie jest.
Wśród wszystkich autorów, z którymi współpracowałem, tylko dwóch albo trzech naprawdę cieszyło się w momencie, kiedy redaktor, a później także nasi redaktorzy wewnętrzni, nazwijmy ich tak, czyli beta czytelnicy, wnosili dużo uwag, bo uznawali, że służy to poprawieniu ich dzieła. Więc można powiedzieć, że są tacy, którzy są niechętni redakcji, tacy, którzy chętni bardzo. Są autorzy, którzy piszą bardzo intuicyjnie. Jest wielu autorów, którzy mają tak zwane lekkie pióro. Świetnie piszą. Natomiast ten świat przedstawiony jest przez to uproszczony. Są autorzy, którzy zaczynają odwrotnie. Bardzo gruntownie budują świat i później obudowują go warstwą fabuły. Wpierw jest ten świat. Mam wrażenie, chociaż nie widziałem całego procesu twórczego, Paweł Majka jest takim kreatorem światów.
U niego praktycznie i w „Pokoju światów”, i w „Pastwiskach” tak naprawdę to, co przyciąga, to jest ta niesamowita konstrukcja, ten zupełnie inny świat. Więc autorzy są naprawdę bardzo różni. Ja sądzę, że każdego autora już poznałem na tyle, z którymi współpracujemy, że jestem w stanie o nim powiedzieć bardzo dużo. Jestem w stanie przewidzieć także, w jaki sposób współpracować, bo wydawca też musi często godzić, łagodzić. Na przykład często jest tak, że Marta Kładź-Kocot, nasza autorka, ale zarazem osoba, która jest u nas korektorem. My nazywamy ją tak zwaną superkorektą, bo Marta zawsze na tym ostatnim etapie jeszcze zawsze czuje potrzebę wniesienia paru uwag redakcyjnych.
[30:49] - Powiedzmy od razu, że pani Marta jest też osobą, która się zawodowo zajmuje literaturą na płaszczyźnie teoretycznej. Także warto takich ludzi w procesie redakcyjnym słuchać. Takie mam przynajmniej wrażenie.
[31:07] - Dlatego ja bardzo cenię wkład Marty, ale dla niektórych autorów na ostatniej prostej, na korekcie ta informacja, że coś jeszcze można dodać. „Może się zatrzymajmy, może jeszcze coś poprawmy”, bywa trudna do przyjęcia. Także wydawca w pewnym momencie zaczyna być także mediatorem. Łagodzić, zmieniać. Czasami wymaga to także tego, żeby przejrzeć komentarze redakcyjne czy komentarze korekty, zanim wyśle się autorowi. Odpowiednio je łagodząc. Ale nie sądzę, żeby ta praca różniła się od jakiejkolwiek innej pracy w zespole. Każdy członek zespołu ma swoją rolę, ma swój charakter, a wydawca musi to jakoś tak ułożyć, żeby to grało, a na końcu książka wychodziła w istocie najlepsza jaka może być.
[31:58] - Jak woli anegdoty, opowiem o jednej sprawie dotyczącej redakcji. Miałem w swoim czasie takie doświadczenie, że dostałem panią redaktor przy okazji jednej ze swoich książek sensacyjnych. Kiedy zacząłem czytać to, co zredagowała, miałem głębokie przekonanie, że dostałem osobę tak wnikliwą, tak szczegółowo podchodzącą do tego, co napisałem, że ona mi nie daruje żadnego kiksu. Rzeczywiście wyszukiwała rzeczy, które jeżyły mi resztki włosów na głowie i w pewnym momencie, mniej więcej w jednej trzeciej książki doszedłem do głębokiego, ale obsesyjnego przekonania, że ona mi tę książkę uwali, że gdzieś na końcu znajdę uwagę, że to wszystko jest bez sensu i wątki się nie splatają, a wręcz rozplatają i wszystko jest bez sensu. Im bliżej byłem końca, łykając kolejne uwagi, ewentualnie się z nimi zgadzając albo nie zgadzając, to różnie bywa. Dobry redaktor też uwzględnia, że autor może mieć swoje zdanie. Im bliżej byłem końca, tym byłem bardziej przekonany, że ona mi tę książkę uwaliła. Nie to, że chciała ją uwalić, tylko dlatego, że znalazła elementarną sprzeczność w niej. A ponieważ książka opierała się na pewnej dosyć misternej konstrukcji, w związku z tym byłem przekonany, że ona tę konstrukcję rozwali na końcu. Jakież było moje zdziwienie, gdy doszedłem do epilogu i książka się nie rozwaliła.
Co więcej, po tylu różnych przytykach i uwagach, i przebudowywaniu tej książki na końcu dostałem całkiem miły liścik. Był zamieszczony w tej redakcji. Dostałem całkiem miły liścik, że się całkiem nieźle czytało i że książka jest okej. Warto sobie to uświadomić, że autor też jest tylko człowiekiem i na przykład mu się pojawiają, tak jak mnie, ewidentne obsesje, bo ja naprawdę byłem przekonany, że ta książka jest do odstrzelenia kompletnie, że pani znajdzie tam elementarną sprzeczność. To taka śmiesznostka, ale autorzy bywają jednak ludźmi.
[34:07] - Ja pamiętam z własnych doświadczeń. Byłem śmiertelnie kiedyś rozczarowany, gdy jakieś wydawnictwo wzięło moją powieść, po czym wydrukowało. To był koniec. Ja im dałem maszynopis, a oni go wzięli i wydrukowali. Byłem tak wściekły. Byłem tak rozczarowany, bo miałem zupełnie inne doświadczenie. Uznałem, i słusznie wtedy, że ktoś, kto tak traktuje to, co ja napisałem, mnie niepoważnie traktuje. Bo ja przecież nie mogę nie popełniać błędów. Te błędy są ewidentne, tylko ja je dostrzegę za 20 lat. A redaktor powinien to zauważyć natychmiast, dać mi do poprawki.
Dla mnie jak nie ma uwag, to nie jest wydawca, to nie jest redaktor. To nie jest jego biznes. W ogóle się nie powinien tym zajmować, skoro nie ma uwag.
[35:11] - Myślę, że jeżeli słuchają nas teraz autorzy albo potencjalni autorzy, to warto sobie wziąć do serca to, co powiedział Wiktor, a wcześniej nasz gość. Bo tak naprawdę ja sobie nie wyobrażam również żadnej książki bez przejścia procesu redakcji. Powiedzmy sobie szczerze. Autor to jest tylko człowiek, wbrew pozorom. Niektórzy mogą sądzić co prawda, że jest to nadczłowiek. Niemniej jednak to tak jest, że autor na ogół popełnia błędy i tak naprawdę nie wiem, jakie jest panów zdanie, ale jestem głęboko przekonany, że nie ma książki bez dobrego redaktora.
[35:56] - Co prawda chyba byli w historii pisarze, którzy pisali coś takiego jak „Finnegans Wake”, ale ja jako człowiek nieanglojęzyczny, nigdy nie czytałem tego w oryginale, a w polskim tłumaczeniu czytam raczej nie to, co autor napisał, tylko to, co tłumacz przetłumaczył. A że mieliśmy szczęście do genialnych tłumaczy, więc może i te książki są genialne, ale chciałbym wersję oryginalną poczytać.
[36:28] - Na potwierdzenie tego, co mówisz, przypomnę tylko uwagę, o której mówił Krzysztof Sokołowski, że kiedy rozmawiał ze Stephenem Kingiem na temat tłumaczeń na język polski, Stephen King mu powiedział krótko: „Wie pan, to jest właściwie po części już pana książka, bo to pan ją przetłumaczył. Oczywiście ona ze mnie płynie, ale po części to już jest pana książka”. Tak z tłumaczeniami chyba bywa.
[36:57] - Tłumaczenie jest jak żona. Albo piękna, albo wierna. To chyba właśnie Krzysztof Sokołowski niedawno mówił. Podzielił się tą uwagą. Trudno mi powiedzieć. Natomiast niewątpliwie redakcja, korekta, udział osób trzecich, czyli nazwijmy to redaktorów wewnętrznych. U nas nazywamy ich krótko betami, czyli czytelnicy, których zadaniem jest czytanie i dzielenie się swoimi uwagami. To są recenzje wewnętrzne. Mają pomóc autorowi, a my wydajemy głównie debiutantów. To też trzeba wziąć pod uwagę, żeby ten debiut się udał.
Często jest pytanie o termin. Czasami przesuwamy termin z wielu powodów, dlatego że uważamy, że debiutuje się tylko raz. Jeżeli autor chciałby pójść na skróty i według nas debiutować za wcześnie, chce za szybko, wolimy powiedzieć, wolimy to nawet wstrzymać. Chociaż czasami z tego powodu rodzą się pewnego tarcia. Uważamy, że nie ma nic gorszego niż sknocić, mówiąc debiut obiecującemu autorowi tylko dlatego, że pójdziemy na skróty. Więc wolimy pracować. Trochę inaczej być może jest, kiedy są to autorzy doświadczeni. Sądzę, że wtedy oni sami, jak pan Wiktor wspominał, sami nie oczekują. Oni poczuliby się źle, gdyby wydawca powiedział sobie: „No dobra, zaoszczędzę na redakcji, na korekcie. Pan jest wielki, pan jest wspaniały.
Wydamy pana tak, jak pan przesłał”.
[38:26] - Chociaż żeby jeszcze wprowadzić w to wszystko element zabawny, to powiem, że ostatnio dosyć się rozprzestrzenia u nas w kraju zjawisko kilkukrotnych debiutów. Tak, nie śmiej się, Wiktor. Tak jest, że w tej chwili trafiają się już tacy autorzy, którzy zapewniają w którejś kolejnej wydanej przez siebie książce, że to jest właśnie ich debiut. Jak to się robi? Nie wiem. Niemniej takie zjawisko występuje.
[38:57] - Wiesz, jest takie powiedzenie: każda miłość jest pierwsza.
[39:01] - Tak. Widocznie gdzieś się kręcimy koło takich klimatów. Ja myślę, że na razie już uwolnimy naszych słuchaczy od naszego gadania. Marku, sądzę, że w tej chwili jest czas na pierwszy z tekstów wydanych. Powiem tylko tak: teksty, których dzisiaj słuchamy, to są teksty książek, które w najbliższym czasie ukażą się w wydawnictwie Genius Creations, które będą miały swoją premierę pod koniec września. Marku, prosimy o pierwszy z tych tekstów.
[39:44] - Magdalena Kubasiewicz „Wiedźma jego królewskiej mości”. Sklep nosił szumną nazwę „Artefakty”, choć oferował głównie przedmioty obłożone prościutkimi zaklęciami. Żaden szanujący się czarodziej nie byłby nimi zainteresowany, ale tacy stanowili znikomy procent populacji. Właścicielowi nie brakowało więc klientów. Dzieciaki wydawały długo ciułane kieszonkowe na magiczne zabawki. Mężczyźni kupowali na walentynki zaklęte róże. Kobiety chętnie sięgały po zaczarowaną biżuterię albo lusterka pozwalające sprawdzić, jak wyglądałoby się w danej fryzurze czy makijażu. Zaś magicy amatorzy zostawiali tu fortunę. Prawdziwych artefaktów nie znajdowało się w takich sklepach, ale zarówno prowadzącemu sklep Mikołajowi Kordeckiemu, jak i jego klientom to nie przeszkadzało. Kordecki dbał o odpowiedni asortyment reklamy i klimat.
Starannie zaplanował wystrój, rzucał tajemnicze półsłówka i nawet przygarnął ogromnego czarnego kocura lubiącego wygrzewać się na parapecie. Interesował się wszelkimi magicznymi przedmiotami i chociaż te, które sprzedawał, tak naprawdę niewiele mogły, był specjalistą od artefaktów. Większość stałych gości nigdy nie uwierzyłaby w to, że Mikołaj nie jest czarodziejem. A nie był. Tak jak nie był nim jego ojciec. Można by ich określić jako magów z bardzo ograniczonym talentem umożliwiającym wyczuwanie magii. W wyczuwaniu magii Mikołaj był bardzo dobry. Potrafił nawet rozpoznać czarodziejów, czarownice i magiczne istoty oraz ocenić ich zdolności, czego nie umiałaby zrobić większość magicznych. Ale tym wolał się za bardzo nie chwalić. Kobieta, która weszła do sklepu w deszczowe piątkowe popołudnie, była bez wątpienia czarownicą.
Takie przychodziły tu rzadko i dlatego Mikołaj znad okularów tak naprawdę nie miał wady wzroku. Był to element jego starannie kreowanego wizerunku. Śledził, jak przemierza cały sklep, oglądając kryształowe kule, magiczne lusterka i świecące kwiaty. Ostatnia czarownica odwiedziła Artefakty przed rokiem i wyśmiała asortyment Mikołaja. Nie przejął się tym specjalnie. Tacy zawsze mieli się za lepszych od innych, choć swoją niezwykłość zawdzięczali jedynie kaprysowi losu, który obdarował ich magiczną mocą. Czarownice zawsze wydawały mu się nieco niestabilne emocjonalnie, co prawdopodobnie było związane ze specyficzną magią, jaką władały. „I jak długo to działa?” — spytała czarownica, stukając palcem w różę emanującą błękitnym blaskiem. Mikołaja swędziały opuszki palców. Miał ochotę kichnąć i zrobiło mu się jakoś mdło.
Miał lekką alergię na magię czarownic, a magia tej konkretnej szczególnie się mu nie podobała. „Gwarancja jest na dwa lata” — odparł uprzejmie. Kobieta wyglądała na jakieś dwadzieścia parę lat i pewnie była studentką na Uniwersytecie Warszawskim. Jedną z tych, które przyjeżdżają z głębokiej prowincji i próbują coś udowadniać. Nie nosiła kurtki, tylko znoszoną bluzę, chociaż zbliżał się już grudzień. Wiatr rozczochrał jej czarne włosy ścięte na wysokości brody. Była blada i używała chyba jakiejś mocnej szminki.
[43:19] - Gdyby nie magiczna aura, uznałby ją za jedną z tych emo dziewcząt zafascynowanych wampiryzmem. Choć każdy rozsądny człowiek wiedział, że prawdziwy, cuchnący rozkładem krwiopijca i przystojny wampir z filmów niewiele ze sobą mają wspólnego. „Czyli jakieś dwa lata i dwa miesiące” – podsumowała. Wyprostowała się i zwróciła na Mikołaja spojrzenie fioletowych oczu. „Rozmawiam z właścicielem?” „We własnej osobie” – przyznał Mikołaj. – Przepraszam, chyba ma pani coś na szyi. Kobieta odruchowo podniosła rękę. Blade palce przesunęły się po skórze. Coś ciemnego, co początkowo wziął za robaka, znikło, nim zdążyła tego sięgnąć. I gdy to zobaczył, poczuł, że robi mu się jeszcze bardziej niedobrze.
Rozejrzał się po sklepie z ulgą, odnotowując, że nie był w środku sam. Jakaś kobieta oglądała magiczne lusterka, a jeden ze stałych klientów przeglądał przedmioty z wystawy. „Brudne?” – spytała, opuszczając dłoń. – Czy towar na półkach to cały pana asortyment? „Przepraszam, coś mi się wydawało. Czasem pojawiają się edycje limitowane” – odparł, zastanawiając się, czy czarownica nie jest jedną z osób nadzorujących magiczne biznesy. Może znowu złożono na niego jakiś donos i doszukiwali się towarów spod lady. Loża Magii rozerwałaby go na strzępy, gdyby wyszło na jaw, że sprzedawał prawdziwe artefakty bez licencji. – Zazwyczaj z biżuterii, ale obecnie nie mam niczego takiego. Szuka pani czegoś konkretnego?
„Już znalazłam. Starałam się ustalić historię tego przedmiotu. Swego czasu przeszedł przez pańskie ręce”. Wyciągnęła z kieszeni spranych dżinsów kartkę. Wahał się, zanim ją przyjął, bo znowu wydało mu się, że coś pełza po skórze kobiety, tym razem na nadgarstku. A gdy rozłożył wręczony mu papier i zobaczył rysunek marnej jakości, jednak bez wątpienia przedstawiający przedmiot, który rzeczywiście doskonale pamiętał, natychmiast pożałował, że w ogóle zaczął z czarownicą rozmawiać. „Przykro mi, ale nie mogę pani pomóc” – oznajmił zdecydowanie, przekazując jej kartkę. Coś przesunęło się po policzku kobiety i teraz był już pewien. To nie żadne złudzenia, ale ona tego czegoś nie widzi albo nie chce zobaczyć. Przylgnęły do niej okruchy obcej, mało przyjemnej magii.
Niezaabsorbowane, niezłączone na dobre z aurą, ale istniejące i bardzo mroczne. „Proszę sobie darować” – rzuciła ze zniecierpliwieniem. – Kalina, dawna pierwsza czarodziejka, albo kupiła od pana ten sztylet, albo przyniosła go tutaj z jakichś powodów. „Jak mówiłem, nie mogę pani pomóc” – powtórzył cierpliwie Mikołaj. – Proszę o opuszczenie mojego sklepu. Inaczej będę musiał wezwać policję. Złość kobiety sama w sobie nie wywarłaby na nim żadnego wrażenia. Swego czasu zapłacił krocie pewnemu dyplomowanemu specjaliście od czarów ochronnych, aby rzucił kilka na sklep. Oprócz standardowego pakietu obejmującego zaklęcia antywłamaniowe, wykupił także te chroniące przed nadmierną wilgocią, kradzieżą, nieprzepuszczające na zaplecze bez jego zgody oraz obronne. Kosztowało to majątek, ale było warto.
Raz próbowano go okraść i włamywaczy spotkała przykra niespodzianka. Gorzej, że gdy czarownica się zdenerwowała, znów coś ciemnego przesunęło się po jej brwi i szyi, a on omal nie zwymiotował na własne buty. Przypominało mu to trochę pająki, chociaż ten kształt pewnie nadawał im jego umysł. „Pan pozwoli, że się przedstawię”. Sądząc po tonie, nawet gdyby nie pozwolił, zostałby zignorowany. „Nazywam się Sara Sokolska. Jestem nadworną czarownicą Jego Królewskiej Mości i obawiam się, że jeśli chodzi o sprawy magii, to żadna policja nie może mnie znikąd wyrzucić”. Cudownie. Mikołaj przymknął oczy, odliczając w myślach do 10. Kichnął, gdy doszedł do siedmiu.
Magiczna alergia, mroczna moc, którą przywlekła Sokolska i w dodatku fakt, że rzeczywiście nie bardzo mógł wiedźmę wyrzucić. To wszystko zaczęło go przerastać. W pewnym sensie to była kontrola, chociaż niestety niesprowadzająca się tylko do tego, czy nie sprzedaje jakichś podejrzanych artefaktów spod lady. „Zapraszam na zaplecze” – powiedział i nawet we własnych uszach zabrzmiał jakoś słabo. Nie przez stanowisko Sokolskiej. Raczej z powodu czarnych pająków, które się po niej przemieszczały. Znikły teraz. Już ich nie wyczuwał ani nie widział. Wiedział jednak, że gdzieś tam są. Zaplecze, w przeciwieństwie do samego sklepu, nie było przesadnie zagracone.
Trzymał tu czasami cenniejsze przedmioty robione na zamówienie, ale poza tym umeblowanie składało się ze stolika, czajnika elektrycznego, fotela, szafki, w której trzymał coś do przegryzienia i dwóch krzeseł. Wskazał jedno z nich, czekając, aż Sokolska usiądzie, ale oparła się tylko o stół. Też nie usiadł. Gdyby siedział, górowałaby nad nim, w pewien sposób zyskując przewagę. Mikołaj bardzo chciałby, żeby po prostu zniknęła. Niegdyś ponoć istniał artefakt, który mógł spełniać takie życzenia, ale to było w dawnych czasach i mogło być wyłącznie bajką. Kolejną alegorią. Czekał na pytania. Te jednak nie padały. Sokolska milczała, tylko się mu przypatrując, a on, choć zazwyczaj brzydził się przemocą, miał wielką ochotę jej uderzyć.
„Nie sprzedałem tego sztyletu Kalinie” Stwierdził w końcu sucho, podpierając się o ścianę, by nie stać przed kobietą na baczność niby jakiś uczniak. Mój dziadek był specjalistą od artefaktów i zdaje się, że jednym z jej nauczycieli. Ojca adoptował, więc nie odziedziczyliśmy jego mocy, ale zostawił nam sporo opracowań. Kilka lat temu szukała informacji. Krótko przed swoim zniknięciem. Nie brzmiało to jak pytanie. Mikołaj jednak skinął głową. Niewiele mogłem jej powiedzieć. Nie jestem moim dziadkiem — mruknął. Przypatrywał się szyi czarownicy, ale pająki już się nie pojawiły.
Sztylet prawdopodobnie wykuto specjalnie po to, aby mógł zabić jakąś konkretną istotę. Przynajmniej kilka wieków temu. I nie wiem, co to było. Zwykle broń tego typu ulega zniszczeniu po wypełnieniu zadania, więc albo był wyjątkowy, albo nigdy go w ten sposób nie użyto. Jak pani pewnie wie, można nasączyć go własną magią, wykorzystać jako swego rodzaju przekaźnik. Może zabić niemal każdą istotę i zapewne świetnie sprawdzi się podczas wielu rytuałów. To potężny przedmiot. Obecnie rzadko się takie spotyka, choć jeśli wierzyć zapiskom, w przeszłości było ich więcej. Być może karmi się krwią i mocą, zyskując dodatkową siłę, bo magia w nim... Mikołaj urwał i wzruszył ramionami.
Magia sztyletu była niezbyt przyjemna. Potężna, trudna do określenia, jakby zmienna. Sara odchyliła głowę, przez chwilę zapatrzywszy się w sufit. Pająk spacerował po jej wargach i Kordecki wzdrygnął się mimowolnie. Czarownica chyba oczekiwała czegoś więcej, bo westchnęła z pewną rezygnacją, połykając przy tym strzęp ciemnej energii. Żadnych informacji o jego historii, skąd go wytrzasnęła? Przykro mi. Wspomniała tylko, że weszła w jego posiadanie kilka miesięcy wcześniej. Świetnie — mruknęła sarkastycznie Sokolska. Z kieszeni wyjęła zapalniczkę i wyciągnęła ją w jego stronę.
Dopiero po chwili zrozumiał, o co chodzi. Przedmiot emanował dość silną aurą, na którą nie od razu zwrócił uwagę, bo pozostawała częściowo zagłuszona przez moc Sary. Mikołaj unikał skupiania się na magii kobiety, ale i tak mógł powiedzieć, że jest silniejsza i jednocześnie bardziej niespokojna niż u większości czarownic. Co możesz powiedzieć o tym? Nigdy nie widziałem czegoś takiego — przyznał, tym razem szczerze zafascynowany, przeciągając palcami po znakach wyrysowanych na powierzchni zapalniczki. Nie może być bardzo stara, ale chyba tworzy własną magię. Nie przypomina niczego, o czym czytałem. Silna, bardzo jasna aura. Zgaduję, że wytwarza magiczny ogień i światło. Ameryka, Kolumbię — oznajmiła Sara.
Została zignorowana, podobnie jak fakt, że zaczęła zwracać się do niego na ty. Zapewne znacznie silniejsze niż w przypadku standardowej magii, ale to wciąż coś, co, jeśli się nie mylę, ma służyć nie do ataku, a oczyszczenia i ochrony. Skąd ją pani wzięła? Z szuflady — odparła, odbierając mu zapalniczkę. Gwałtownie cofnął rękę, pełen obaw, że pająk, który zwinął się na jej palcach, postanowi przeskoczyć na jego dłonie. Zwalczył w sobie irracjonalną chęć wyrwania kobiecie przedmiotu. Coś przepełnionego tak dobrą magią nie powinno znajdować się w rękach Sokolskiej. Wydawało się, że nawet zapalniczka nie zdołała jej ochronić. A może wręcz przeciwnie — już ją ochroniła i dlatego obce elementy aury postrzegał jako pająki. Nie coś nierozerwalnie połączonego z czarownicą.
Na litość boską, kogo trzyma przy sobie ich władca? Coś jeszcze? Nie. To wszystko. Sara skrzywiła się nieznacznie, schowała zapalniczkę i ruszyła do wyjścia. Pierwsza po Lanni, zdaniem Mikołaja, najwyraźniej wplątała się w coś wyjątkowo paskudnego.
[53:44] - Dziękujemy Marku. No i Wiktor się wyrywa do zadania pytania.
[53:49] - Może zanim pytania to refleksje, bo uważnie słuchałem całego tego tekstu, tropiąc w nim różne dziwne ślady i powoli zaczynam rozumieć, dlaczego w dawnych czasach to babcie opowiadały bajki dzieciom, a nie dziadkowie. Dziadkowie nie mają do tego predyspozycji. Chyba również. Jak ja sobie wyobrażam siebie albo ciebie, Marku, piszącego ten sam tekst, fragment tego zdarzenia opisującego to dziesięć razy byśmy przeskoczyli dalej. A kobieta tego nie robi. Kobieta zauważa w tej sytuacji jakiś czajnik elektryczny, zauważa mnóstwo rzeczy, na które my byśmy nie zwrócili w ogóle uwagi. Po prostu, bo my szukamy właściwie, żeby coś uprościć i znaleźć adres, a ona opowiada bajkę. To się toczy, dzieje powoli. Jest to o wiele bardziej literackie po prostu od naszych tam. Akurat w tym gatunku literatury kobiety chyba się zdecydowanie lepiej sprawdzają.
[55:03] - W każdym razie wracamy do naszego ulubionego cyklu dyskusji o różnicach pomiędzy literaturą kobiecą a męską i o tym, jak bardzo się to wszystko różni między sobą. Ja pozostaję przy swoim zdaniu, że to chyba jednak nie do końca przebiega tak płciowo. No ale Ale właśnie nasz gość jednak się opowiedział po stronie Wiktora. Dobrze, poddaję się. Przewaga jest po panów stronie. Ale Wiktorze, a teraz pytanie.
[55:34] - Pytanie. Pytań to jest mnóstwo, tylko zadać to właściwe to, co jest najtrudniejsze. Natomiast nie wiem, czy pan sobie zdaje sprawę, że bycie wydawcą to jest wielka, dziwna rzecz. Otóż taka dziwnie magiczna, bo w dzisiejszym przemyśle, że tak powiem, można traktować to tak, jak brzmi to w tej fabryce słów.
[56:08] - Wiktor, ja ci pomogę. Ty chcesz powiedzieć, że jest to wyjątkowo jednak niewdzięczna rola.
[56:15] - Niewdzięczna i tak. Ale faktycznie może pytanie takie: bo pan zdaje sobie sprawę, że właściwie nikt nie pamięta żadnych wydawców, żadnych książek. Z edycją książek to właściwie możemy każdy wymienić tylko jedno nazwisko Gutenberga, że wymyślił te czcionki po prostu, a nic poza tym.
[56:47] - A i tak mu zaraz dodam, że wcześniej zrobili to Chińczycy.
[56:50] - Chińczycy. A jakby nie było, ktoś kiedyś wydał książkę na przykład Kopernikowi. Bez tego kogoś tej książki by nigdy nie było. On sam sobie tego nie wydziergał po prostu. I ta służebność tej cywilizacji. Bo w sumie od czasu, kiedy parę tysięcy już lat, jeszcze przed Sumerami, kiedy powstało pismo klinowe, kiedy nauczono się rejestrować słowa, symbole i tak dalej, to rzesza tych ludzi, którzy uczestniczyli w tym procederze upamiętniania słów. Przecież to byli architekci. Po co te piramidy zostały zbudowane? Tylko po to, żeby tam ktoś namalował parę hieroglifów tak naprawdę. Po co zbudowana została Kaplica Sykstyńska tak naprawdę?
Po to, żeby jasne, jakiś Michał Anioł miał tam gdzie na czym namalować na ścianie.
[57:52] - Zaiste ciekawa koncepcja. Ciekawa.
[57:55] - Przekazywanie słów, obrazów i tak dalej to jest najważniejsza rzecz, ale i też niewdzięczna, bo po prostu trzeba pamiętać: o mnie zapomną. Ważne jest, co jest ważne, żeby pamiętali to słowo po prostu. To jest taka fajna-
[58:16] - No tak, ale to było pytanie z tezą. Czy w istocie tak jest, że wydawca podejrzewa, że jednak o nim zapomną, a o jego autorach nie?
[58:28] - To jest nieważne, jeśli cieszy się z tej książki, tak jak powiedział tutaj ten pan akurat, to ja biję brawo. Jeśli się cieszy z książki. Bo to jest coś takiego, że zażartowaliśmy przed audycją, że w sumie to taka fajna też fucha. Nie muszę pisać książki, a potem stawię ją na półkę i mówię: moja. Tak, bo to jest moja książka wydawcy. Jeśli traktuje to słowo i swoje posłannictwo w sposób jakiś taki trochę magiczny, trochę empatyczny po prostu. Jeśli istnieje empatia do tego przedmiotu, który się wyprodukowało po prostu.
[59:12] - Proponuję dopuścić do głosu naszego gościa. Może zanim go zagadamy kompletnie.
[59:17] - Podsumuję. To znaczy, ja się zgadzam w pełni. To znaczy, że o wydawcach się zapomina. Ale jestem introwertykiem, który marzy o zamku za górami, za lasami, żeby się w nim zaszyć, więc jakoś specjalnie parcia na szkło nie mam. W związku z tym mi to odpowiada. To był jeden właśnie z tych plusów. Możliwość uczestniczenia w czymś wyjątkowym przy jednoczesnym niewystawianiu się, nie firmowaniu tego nazwiskiem. Moją ulubioną postacią, jedną z ulubionych postaci historycznych jest kardynał Richelieu. Typowa szara eminencja. Nie trzeba stać na świeczniku.
Wystarczy ta świadomość, że uczestniczyło się w czymś wyjątkowym.
[59:53] - I pociągało za sznurki.
[59:56] - Tutaj z tym pociąganiem za sznurki bywa różnie, ale na pewno jest to zawsze uczestniczenie w czymś wyjątkowym i ta świadomość naprawdę wystarczy.
[01:00:04] - Jaka to musi być wspaniała radocha, jak się wypromuje nagle jakiegoś pisarza, o którym nikt nie słyszał albo ledwo debiutował i nagle. Przecież tu się prawie ręka Pańska wymieszała w jego życiorys, w jego los Bogiem a prawdą. No i z drugiej strony, jak się komuś odmówi, to też można żałować. Być może zawsze jest ryzyko. No ale na tym polega jazda na łyżwach albo na rowerze. Ślisko, ale mknie my przed siebie.
[01:00:40] - No tak, ale ja chciałem jeszcze zapytać, bo kiedy bierzemy książkę do ręki w księgarni, gdzie tam sobie ją bierzemy, to człowiek nie zdaje sobie sprawy, że w gruncie rzeczy poza procesem wydawniczym jest jeszcze proces. Zastanawiam się, jak to tak ładnie określić. Proces sprzedaży książki, proces dystrybucji tej książki. I tak, ponieważ poza anteną rozmawialiśmy troszeczkę z naszym gościem, to wiem, że ten proces dystrybucji to jest dopiero ta wisienka na torcie, ale taka negatywna wisienka, że w gruncie rzeczy dzisiaj wydać książkę, w sensie zrobić redakcję, zrobić korektę, wydrukować ją wreszcie w drukarni, to To jest naprawdę dopiero początek, bo gdzieś tam jest cały proces jej rozprowadzenia i doprowadzenia do tego, żeby książka trafiła do czytelnika. Tu oddaję panu głos, bo to zdaje się będzie historia dosyć mroczna, jeśli chodzi o dystrybucję książki w Polsce.
[01:01:45] - Dystrybucja książki w Polsce, jeżeli przez dystrybucję rozumiemy dystrybucję kanałami hurtowymi przez sieci, na pewno nie jest łatwa i wiele wydawnictw, o których wspominaliśmy wcześniej, które nie wytrzymały na rynku czy nie utrzymały się, miały problem nie ze znalezieniem czy wydaniem dobrej książki, tylko z jej dystrybucją. Sprzedaż książki przez te kanały wiąże się przede wszystkim z tym, że wydawca kredytuje całą sieć sprzedaży na minimum dziewięć miesięcy. Wiąże się to z tym, że musi dostarczyć towar, za który w naprawdę dobrym układzie zostanie wynagrodzony zapłatą po dziewięciu miesiącach. Obecnie Matras, który prawdopodobnie będzie w upadłości, zostawi wielu wydawców z olbrzymimi stratami. Tak naprawdę nawet nie ma pewności, że za dostarczony i sprzedany towar otrzyma się zapłatę. Dodatkowo dochodzą jeszcze wymagania dużych graczy, takich jak Empik, które są bardzo trudne do spełnienia dla małego wydawcy. Jest to proces uprzedniego informowania o planie wydawniczym, gdzie pojawiają się bardzo drobiazgowe pytania. Większość pytań to pytania o promocję. Tak naprawdę dopytywanie, czy będzie promocja w Empiku. Czy będziemy chcieli zapłacić za stoły, gazetki, za inne formy reklamy, które dodajmy dla małego wydawcy, a my jesteśmy małym wydawcą, nawet jeżeli jesteśmy poważni albo czasami śmiertelnie poważni, to jednak jesteśmy mali.
Są to kwoty, których w prostym rachunku ekonomicznym nie jesteśmy w stanie zapłacić, bo nawet gdyby nasza książka, patrząc na obecną miarę sukcesu, osiągnęła ten sukces, to ten sukces mógłby nas zabić. Załóżmy, że książka dobrze się sprzedaje. Przyjmiemy takie założenie, że jest to bestseller, że Empik oczekuje dostarczenia 30 000 egzemplarzy. To jest prawie niemożliwe.
[01:03:44] - Dzisiaj to chyba rzadko się trafiają nakłady.
[01:03:47] - Patrzę na najnowszą książkę Remigiusza Mroza, która jest w Empiku wystawiona w trzech miejscach. Zajmuje trzy półki. Jest ustawiona frontem, bokiem i w różny sposób. Ja starałem się policzyć na szybko, jak duże zatowarowanie to musiało być i nie wiem, czy to było 30, ale na pewno było to przynajmniej kilka, jak nie kilkanaście tysięcy egzemplarzy.
[01:04:08] - Ale książki Remigiusza Mroza są ostatnimi czasy zupełnie poza wszelkimi możliwościami opisu.
[01:04:16] - Tak, ja się zgadzam z tym. Tylko że gdyby Remigiusz chciał wydać książkę u nas, to ja podejrzewam, że wiedząc – mam tutaj na myśli kryminał, bo w gruncie rzeczy najlepiej sprzedają się jednak jego kryminały – musiałbym się zastanowić, czy przy takim modelu dystrybucji, jaki jest w tej chwili w układzie Empik, hurtownie, mnie stać na wydanie tej książki. Mogłoby się okazać, że mnie, krótko mówiąc, nie stać na skredytowanie na rok na przykład w tych sieci na 200-300 tysięcy na tytule. Oczywiście w przypadku Remigiusza jest to prawie pewny strzał. Bądźmy szczerzy, to jest inwestycja z pewnym zwrotem. Natomiast w przypadku na przykład debiutanta, gdyby było takie duże zapotrzebowanie, wydawca nie jest w stanie skredytować rynku. Tutaj zaczyna się ta niesympatyczna część bycia wydawcą, kiedy zaczyna się liczenie pieniędzy i liczenie możliwości. Tak naprawdę, gdyby nie nasze dodatkowe, moje i mojej żony działalności, prawdopodobnie wydawnictwo nie byłoby w stanie się rozwijać. My długi czas, nawet jeszcze teraz można powiedzieć, kredytujemy. Kredytujemy sobie tą działalność.
W tej chwili mamy pięć premier 30 września. Pada wielokrotnie pytanie, dlaczego wydajemy w taki dosyć dziwny sposób, wydajemy paczkami. Dlatego że nie zagłębiając się w szczegóły, jest to po prostu od strony finansowania produkcji, a później dystrybucji i obsługi logistycznej całego procesu dla nas wygodniejsze. W momencie, kiedy robimy to łącznie, ponosimy niższe koszty i mamy lepsze warunki. Nasza płynność finansowa się poprawia, aczkolwiek zapewne lepiej byłoby z punktu z kolei sprzedażowego i marketingowego rozłożyć to bardziej w czasie. W tym roku nam to się nie uda. W przyszłym roku już mamy zamiar. Będziemy już prawdopodobnie na tyle mieli możliwości, żeby na przykład te premiery rozłożyć bardziej równomiernie.
[01:06:22] - Podsumowując w formie pytania oczywiście, wydawca zdaje się nie tylko powinien umieć czytać, ale też dobrze liczyć. Z tego, co usłyszałem przed chwilą.
[01:06:35] - Jeżeli odmagicznimy wydawanie książek i spojrzymy na to realistycznie, to jest biznes jak każdy inny. Albo się dobrze liczy, ma plan, ma środki na wydawanie albo prędzej czy później, nieważne, jak dobre książki się ma, rzeczywistość upomni się o swoje. Prawdopodobnie większość wydawnictw, bo tutaj mówimy o naprawdę wydawnictwach wartościowych. Ars Machina, Runa. Świetne wydawnictwa, świetne książki. Na jakimś etapie napotykały problem i nie wiem, nie mam pewności, ale sądzę, że były to problemy właśnie z utrzymaniem płynności finansowej na tym rynku, który nie jest przyjazny wydawcy.
[01:07:16] - A ja nie byłbym sobą, gdybym nie dopowiedział, że książka Remigiusza Mroza w wydawnictwie Genius Creations również wyszła.
[01:07:25] - Tak.
[01:07:26] - Przypomnijmy tytuł.
[01:07:27] - „Chór zapomnianych głosów”. Jedna póki co SF-ka Remigiusza.
[01:07:34] - Borym, już Mróz. Stara się nie pisać monokulturowo, czyli stara się dotykać różnych gatunków. To był też przypadek science fiction wydany w pana wydawnictwie. Mam pytanie kolejne, związane z procesem wydawniczym, które zawsze mnie nurtowało. Jak się jest po tej drugiej stronie, to się najwyżej słyszy „nie”. Ale chciałbym zapytać wydawcę, czy łatwo się mówi autorom „nie, tej książki nie wydamy”?
[01:08:14] - Powiedzenie „nie” autorowi to jest chyba najtrudniejsza rzecz. Dlatego, że powiedzieć „tak” jest bardzo łatwo. „Tak” otwiera nowe możliwości. Wszyscy są szczęśliwi, zaczyna się nowy etap twórczej pracy. Powiedzieć „nie” to tak naprawdę odebrać komuś jego marzenie. Nawet osoba o małej empatii, a zakładałem zawsze, że jestem mało empatyczny, miał olbrzymi problem odmawiać. Zwłaszcza jeżeli pojawiały się propozycje osób młodych, które piszą często z tak zwanej potrzeby serca. Widać, że tam jest wiele zapału, entuzjazmu. Ale warsztat. 15-, 16-, 17-latkowie nie mają warsztatu.
Nie mają nawet przy obecnej edukacji skąd go tak naprawdę wziąć. Piszą takim bardzo blogowym, bardzo swobodnym stylem. Ciężko odmówić, ciężko wytłumaczyć i nie zrazić, bo to nie chodzi o to, żeby powiedzieć „nie, bo nie”, tylko to uzasadnić. To jest właśnie ten moment, kiedy wydawanie już nie jest takie sympatyczne. W związku z tym nie ukrywam, w pewnym etapie, z racji trochę pragmatycznej i ze względu na ilość tekstów, które otrzymywaliśmy, ale także z takiego, powiedzmy szczerze, pewnego rodzaju tchórzostwa, uznaliśmy, że przejdziemy na system przedstawienia tego w postaci punktowej. To wywołało pewne oburzenie, zamieszanie, że to jest może nie fair, ale uznaliśmy, że to jest najlepsze rozwiązanie. Czyli możemy dać w miarę dokładną ocenę, zimną, pokazującą ewentualnie jak ten tekst – ktoś może sobie popatrzeć, jakiego tekstu także w porównaniu do innych uzyskiwał punkty. Jeżeli ktoś zapyta wtedy nas, to staramy się także to uzasadnić, wytłumaczyć. Tu nie ma problemu, ale od półtora roku już każdej osobie nie uzasadniamy tak bardzo dokładnie odmowy.
[01:10:17] - Mam pytanie, które zawsze mnie nurtowało. Jak to się dzieje? Rozmawiamy z wydawcą, więc może moja wiedza zostanie zaspokojona czy uzyskam odpowiedź na moje pytanie. Jak to się dzieje, że czasami pisarz chodzi od wydawnictwa do wydawnictwa i słyszy 30, 40 razy „nie”. A zdarza się jakieś wydawnictwo małe, duże albo jakieś tam wydawnictwo, które mówi „tak” i zarabia na tym krocie, chociaż wcześniej 30 razy autor usłyszał „nie”. Takich przypadków można by wymieniać sporo. Zostańmy przy pewnej anonimowości. Natomiast jak to się pana zdaniem dzieje?
[01:11:04] - Na końcu zawsze ktoś podejmuje decyzję. W przypadku naszego wydawnictwa teoretycznie tą decyzję podejmuję ja. Nie ma co ukrywać, zadecyduje gust. My wydajemy fantastykę, dlatego, że zapewne gdybyśmy nawet postanowili wydawać literaturę kobiecą albo romans, albo nawet kryminały, ja nie byłbym w stanie rozpoznać być może. Mój gust może być inny. Często nie jest to, że tekst jest zły. Trafia do złego wydawcy czy nieodpowiedniego wydawcy – złe określenie – nieodpowiedniego wydawcy w nieodpowiednim czasie. Ja bazę tekstów, które oznaczyliśmy sobie jako „może”. To znaczy to były takie teksty, co do których autorów informowaliśmy, że tekst naszym zdaniem jest okej, ale powiedzmy, że z powodów stricte leżących po naszej stronie: czas, możliwości, możliwość sfinansowania, podobny tytuł w ofercie w tej chwili. Chcemy się wstrzymać z decyzją.
I zauważyłem coś takiego, że wiele z tych tekstów, gdyby wpłynęły dzisiaj, zostałoby przyjętych, ale kilka zdecydowanie nie. Dlatego, że już się zmieniła moja perspektywa. Już trochę inaczej patrzę na teksty niż na przykład rok temu. Czego się na przykład nauczyliśmy? Że nie można bazować na tym, że tekst jest dobry, ale się go poprawi w redakcji. Redakcja jest ostatnim szlifem dla tekstu. Redaktor nie uczy autora pisać. A my często patrząc na, nazwijmy to, obiecującego debiutanta, myśleliśmy: damy dobrego redaktora, ten redaktor pomoże. Później dochodziło do takich sytuacji, że redaktor mówił: „chwila panowie, ale ja nie jestem od nauki. Ja pracuję na tekście, a nie pracuję na umiejętnościach autora”.
Mieliśmy z tego powodu kilka takich całkiem niesympatycznych. Więc ja już wiem na przykład, że te teksty, które wydawały mi się obiecujące, powinienem sobie zanotować: obiecujący autor, ale za ten tekst dziękuję. A tego nie robiłem. To jest kwestia zdobywania doświadczenia. Pewnie te teksty w innej sytuacji, w innym wydawcę, może u innego redaktora prowadzącego są wydawane. To jest kwestia szczęścia. Pewnie ci, którzy odrzucili Rowling do dzisiaj
[01:13:32] - Żałują.
[01:13:33] - Zarzucają, że tak powiem, paliczek na plecy i się samobiczują. Wiem, że-
[01:13:38] - Z Prusakiem było podobnie.
[01:13:39] - Dokładnie. King też nie odniósł od razu sukcesu, a przecież niespodziewanie to chyba autor, który sprzedał łącznie najwięcej tytułów z obecnie żyjących. Największą liczbę egzemplarzy. Mamy chyba po prostu jak we wszystkim albo szczęście, albo brak szczęścia.
[01:13:57] - Ja powiem od razu, że to pytanie zadałem trochę ku pokrzepieniu serc, że to nie jest tak zawsze, że jeżeli autor słyszy „nie” w jednym wydawnictwie, to może zacząć pisać nowy tytuł, bo stary się już do niczego nie nadaje. Ważne było to, co pan podkreślił, że czasami ta wrażliwość autora i wrażliwość redaktora, właściciela po prostu się rozmijają i to nie zawsze oznacza, że tekst jest do wyrzucenia. Milczysz, Wiktorze, patrzysz tak posępnie. O czym myślisz?
[01:14:28] - Zawsze anegdotycznie myślę, bo jak słyszę o tym „nie”, to ja widzę ten obrazek. Jeśli kobieta mówi „nie” i drugi raz „nie” i trzeci raz „nie” i czwarty raz „nie”. Spokojnie, bądź cierpliwy, człowieku. Pisz dalej.
[01:14:51] - A już myślałem, że usłyszę jakiś szowinistyczny kawałek. Udało się tym razem.
[01:14:57] - Ja też przygotowałem się z „nie zawsze znaczy nie” i trzymajmy się tego, bo naprawdę nie znaczy nie.
[01:15:04] - Także Wiktorze, wybrnąłeś jakoś, ale drżałem z niepokoju. Kolejne pytanie. Chciałbym zapytać między innymi o to, czy zawsze się pan zdaje- inaczej, jak wyglądają dyskusje, jeżeli jest tekst, który się panu podoba, czy spotykał się pan, czy te dyskusje, o których wspomniałem, są burzliwe nad wyborem? Czy zdarzyło się tak, że wybrał pan jakiś tekst, a później pozostali czytający, czyli ci beta czytacze, odwiedli pana od pomysłu?
[01:15:49] - Tutaj jest troszeczkę odwrócona kolejność, dlatego że przy tej ilości propozycji ja nie byłbym w stanie tego czytać. Więc u nas to, może w uproszczeniu powiem, tak wygląda. Pojawia się tekst. Nauczyliśmy się tego. Teraz tekst jest już dokładnie opisany. Przynależność gatunkowa jest oczywista, bo kiedyś mieliśmy, kiedy autorzy nie zaznaczali tego był problem. Na podstawie tego wybierane są trzy bety, czyli trzech recenzentów wewnętrznych. Oni oceniają ten tekst tak bardzo teleturniejowo. Tak, może nie. Czyli dają ocenę trzy, jeden, zero, licząc punktowo.
Wracają do nas, do mnie te teksty. Więc jeżeli tekst uzyskał zero punktów, jeden punkt, to jeżeli trzech teoretycznie docelowych czytelników nie widzi w tym tekście nic, to na ogół to kończy. Ocena jest niska. Dziękujemy. Ten tekst prawdopodobnie nie wydamy. Chyba że — i tutaj jest taki moment — pojawiają się dziwne opinie bet, które sugerują na przykład, że źle dobraliśmy recenzentów albo recenzenci piszą na przykład, że wadą książki jest dokładne opisanie starożytnego Rzymu. Aha, fajnie, to damy kolejnym trzem, bo to akurat może być wartościowe. Nikt nie jest nieomylny, ani my, ani bety, ani ja, więc w pewien sposób czasami tekst trafia do ponownej oceny. Wtedy mam sześć ocen. Jeżeli teksty uzyskują ocenę, powiedzmy przynajmniej mają te dwa razy tak.
Czyli dwóch recenzentów uważa, że tekst jest wartościowy. Wtedy staram się, czytam ja albo czyta Bartek Czarnecki, albo czyta mój brat i zastanawiamy się, na ile to nam pasuje. Jeżeli w tym momencie tekst nadal wydaje się, to siadamy i dyskutujemy sobie. Już wtedy myślimy pod kątem nie czy tekst jest fajny, tylko czy my chcemy w niego zainwestować. Bo bądźmy szczerzy, każde wydanie to jest inwestycja minimum nastu, jak nie dziesięciu tysięcy. I dodatkowo czy to nie jest tak, że nam się to podoba. My często wydajemy książki, to widać, które nam się podobają, ale też musimy w pewnym momencie zapytać się, czy innym się spodobają. I ta weryfikacja bywała taka, że po decyzji, że wydajemy, trafia znowu tekst do trzech innych bet. My to nazywamy super betami. To są osoby, które do tej pory mniej więcej ich opinie pokrywały się z tym, jak my widzieliśmy książki.
Czyli taki miernik zgodności. I bywało tak, że nie panowie, ale o czym wy mówicie? I na przykład w paru miejscach cofnęliśmy decyzję. Dlaczego? Panowie, ale to jest kalka. Ta książka nazywa się i tak, i tak. Bardzo zgrabna wariacja na ten temat. Nie czyta się wszystko. Ryzyko plagiatu, ryzyko podobieństwa. Zdarzało nam się wycofywać.
Znaczy autor jeszcze o tym nie wiedział, ale my byliśmy już na tak. Ale procedura nas zawracała. Te procedury cały czas rozbudowujemy. Dlaczego? Dlatego, że wbrew pozorom ja się obawiałem na zasadzie, żeby to się nie przekształciło, że ja będę wydawał właśnie tylko to, co mi się podoba, bo to by było takie, szczerze mówiąc, to już byłoby dziwne. Aż taki bogaty nie jestem, żeby sobie zrobić wydawnictwo, które będzie- inaczej, takim mecenasem kultury to ja nie mogę być jak Borgiowie. I w tym momencie po prostu my cały czas słuchamy. Dodatkowo jest jeszcze tak i nie ukrywam, i to jest pewnego rodzaju frajda. Część autorów, którzy u nas wydawali, dołączyli do grupy oceniającej. To znaczy my uznając, których wydaliśmy, że mają pewnego rodzaju warsztat, umiejętności.
Pytamy ich: co sądzicie? Stąd często i to nie jest chyba nic dziwnego na okładkach naszych książek Nasi autorzy polecają dany tekst. Najczęściej uczestniczyli w procesie wyłonienia tego czy skierowania do druku tego tekstu.
[01:19:52] - Ja tutaj zauważyłem strasznie ciekawą rzecz, którą chyba należy rozwijać w ogóle, bo to jest chyba dobry kierunek. Zacznę z daleka być może, ale ostatnio przeuważyłem parę gier komputerowych, całkiem niewielkich firm, a że zawsze bezwzględnie sprawdzam listę płac, czyli kto to zrobił, kto wykonał. Wielu tych ludzi, programistów na świecie znam osobiście nawet, więc po prostu sprawdzam, kto tam jeszcze funkcjonuje na tym rynku, kto tam coś robi, kto się pojawia nowy. Wiem, jakie są przepływy koncepcji i tak dalej tych rzeczy. Otóż widzę małą, całkiem niewielką firmę, która wydaje wyśmienity program. Sprawdzam listę płac i oczom nie wierzę. Robiło to na przykład dwa tysiące grafików. To jest niemożliwe. Robiło. Społecznościowi, czyli ludzie, do których się wydawca, ta akurat mała firma zwraca o wspomaganie, wspomożenie, że tak powiem.
Otóż ci młodzi ludzie zwykle dla idei i tak dalej wpadają na pomysły, radzą, ulepszają i tak dalej. Za co? Za sprawę właściwie honorową, że potem są umieszczeni na tym cenzegach. Otóż mi się w tym całym pomyśle waszego wydawnictwa spodobali ci beta testerzy. Przecież w tej chwili, przy tym internetowym mechanizmie całym można naprawdę prawie zacząć wykorzystywać, prawie taki minimarket czytelniczy stworzyć, właściwie sięgając do— jeśli już wrzucimy, znajdziemy chętnych, którzy po prostu sobie z chęcią przeczytają tą książkę. Niech ich przeczyta dziesięciu. Po prostu zwróci wam z uwagami i tak dalej. Przecież to jest skarb w ogóle takie uwagi. Ktoś to potem musi dalej, tak jak to robicie i tak dalej. Natomiast mi się podoba to odniesienie do tej większej ilości testerów, beta testerów.
To jest bardzo fajny pomysł.
[01:22:29] - Ja o tym wspomnę, ja zawsze podkreślam, bo nasze bety są anonimowe.
[01:22:34] - No.
[01:22:35] - I chcemy, żeby tak zostało, bo nie dlatego, że tutaj są jakieś wielkie pieniądze, korupcja i tak dalej, ale w pewien sposób wiem, że mogłoby to prowadzić do niezręcznych sytuacji. Tak?
[01:22:44] - Tak.
[01:22:44] - Czy ktoś tekst nie czytał, jak wiemy, jak jest. Więc w tym momencie z nami współpracuje około stu pięciu w tej chwili bet. Część z nich to są znajomi, przyjaciele, z którymi wspólnie graliśmy w RPG, których gust był niepodważalny. Później doszli osoby, które sporo kupowały fantastyki w naszej księgarni. I ja tak nieśmiało zapytałem: panowie lubicie, widzę, że kupujecie, czy panie dobre książki. I to się rozrasta w tej chwili. Ja zdaję sobie sprawę, że oczywiście gust bywa różny. Niektóre książki mogą być lepiej lub gorzej ocenione, ale ja zdaję sobie sprawę, że ponownie gdyby to zorganizować stricte biznesowo, jak taki wydawca jak Genius Creations miałby zapłacić za przeczytanie i ocenienie czterech tysięcy propozycji przez trzy lata, zakładając, że każdy tekst miałby być nieprzeczytany przez jedną, a minimum dwie, trzy osoby. To jest niemożliwe. My zakładając, że wydajemy polskich, bo założenie było takie: my wydajemy polskich debiutantów.
Nie wydajemy literatury zagranicznej, a zaczęliśmy i staramy się wydawać debiutantów. Wyjątkiem są sytuacje, kiedy wydajemy naszego debiutanta, jego kolejną książkę. W pewien sposób trzymamy się tego pomysłu, więc wiadomym było, że potrzebujemy jakiegoś mechanizmu oceniania. I to był jedyny, na który wpadliśmy. Właśnie zaprzęgnięcie tych ludzi, nazwijmy to, kiedyś mówiłem o ludzi dobrej woli, pracy społecznej. Nieważne. Wiem, że dla bet, gdzie nikt nie wie, oczywiście każda z bet dostaje wszystkie książki wydawnictwa w prezencie. To jest jakiś rodzaj naszej gratyfikacji i tak dalej, ale największa radocha dla bet zawsze jest, jak dostaną książkę, którą oni polecili. Oni się czują współtwórcami. Nawet myśleliśmy, żeby jakoś w copyrights ich umieścić i tak dalej, ale większość tych osób, ponieważ tam są sędziowie, psychiatrzy, taksówkarze, różni ludzie.
Większość z nich okazuje się: „ale nie, ja nie chcę, wiesz gdzie mi do książki. Ja tutaj tylko uwagi”. A często te uwagi są decydujące. Ponieważ bety bywają różne. To jest takie właśnie chyba w „Pamiętnikach rzemieślnika”, King śmiał, że napisał całkiem fajną książkę. Jego kolega myśliwy przeczytał tą książkę i kolega myśliwy mu wytłumaczył, że w ogóle to nie ma sensu, bo nie ten sezon, na to się nie poluje, z tego się nie strzela, nie ten pies i tak dalej. Bety wnoszą też wiedzę ekspercką, której na przykład często brakuje. Nie jestem prawnikiem, jak czytam niektóre kryminały polskie, nie wymieniając nazw, to się zastanawiam, czy aby to jest na pewno te same realia. Bo na przykład widzę taką polo Amerykę, to znaczy przeniesienie tego, co widzimy w amerykańskich filmach na grunt polski.
[01:25:28] - Czyli fantastyka, rzeczywistość alternatywna po prostu.
[01:25:31] - Tak, tylko że jak dobrze te alternatywne rzeczywistości się sprzedają. Ale w pewien sposób tego nie kupiłoby— też nie mamy pieniędzy, żeby to kupić. Więc bardzo się cieszymy, że jest tak liczna grupa ludzi, którzy nas wspierają.
[01:25:49] - Wspomniał pan przed chwilą o tym, że wydajecie głównie debiutantów, ale czasami zdarza się, że wydajecie kolejne książki swoich debiutantów. Za chwilę będziemy słuchać fragmentu książki Marty Krajewskiej „Zaszyj oczy wilkom”. To jest drugi tom jej cyklu inspirowanego mitologią słowiańską. Może coś na temat tej książki. Tyle, ile można oczywiście, bo na pewno nie będziemy jej opowiadać ani zdradzać głównych wątków.
[01:26:24] - Może tylko powiem tak: „Idź i czekaj wilków”-
[01:26:27] - „Idź i czekaj mrozu”.
[01:26:29] - „Idź i czekaj mrozu” – przepraszam – było tytułem, który mnie absolutnie zaskoczył, bo był to tytuł, który właśnie należał do gatunku literatury fantastycznej pisanej przez kobietę. To czuć. One są znacznie wolniejsze, bardziej koncentrują się na emocjach. Opisy są bogatsze. Taka niespieszna. Byłem za granicą. Zadzwoniłem do Marty Krajewskiej, bo to był tekst, który już był blisko granicy odpowiedzi i powiedziałem, że jestem za granicą, że jak tylko przyjadę, podpisujemy umowę. Byłem bardzo zaskoczony, że debiutantka napisała tak świetną książkę. To, co mogę powiedzieć o „Zaszyj oczy wilkom” – jest jeszcze lepiej.
[01:27:10] - Tytuł jest zbijający z nóg. Świetny w ogóle.
[01:27:16] - My się tutaj troszeczkę pozachwycamy poza anteną. Marku, prosimy zatem o fragment książki Marty Krajewskiej „Zaszyj oczy wilkom”.
[01:27:23] - Marta Krajewska „Zaszyj oczy wilkom”. Rozdział pierwszy. Wilcze święta. W tamten pierwszy po powrocie DaWerna poranek opiekunka i wilkar obudzili się w ciepłym posłaniu, wtuleni w siebie rozkosznie. Świeży śnieg spowijał dolinę w Górach Północy, iskrząc się w promieniach słońca, którego tarcza wytaczała się wolno zza szczytów. Zalewała pomarańczowym blaskiem skute lodem brzegi jeziora, zasypane dróżki i przytłoczone czapami śniegu chaty. Na tle wszechobecnej bieli domostwa tuliły się do siebie niczym stadko puchowatych owiec po brzuch brodzących w zaspach. Gdyby nie ulatujący przez dziury w strzechach dym, można by pomyśleć, że wioska zamarzła, zapadła w zimowy sen. Jednak wewnątrz chat życie roztętniło się na długo przed późnym zimowym świtem. Przygotowania do Szczodrych Godów trwały od kilku dni, ale teraz naprawdę ruszyły z kopyta, bo nie było już czasu, żeby odłożyć niechcianą robotę na jutro.
Jeśli przez kolejnych kilka dzionków chciało się wypoczywać do góry brzuchem, trzeba było najpierw solidnie popracować. Gospodynie szykowały smakowitości na wieczorną ucztę. Mężczyźni pomagali dzieciarni przyozdabiać chaty, przy okazji pozwalając sobie na żarty, uszczypliwości i śmiech. W kąt izby wstawiali pierwszy ścięty tego roku na polu snopek zboża. Na wiosnę z ziaren tego właśnie snopka zaczną siew, oddając matce Mokoszy, co jej należne i domykając wieczny krąg życia. U powały podwieszono świerkowe podłaźniczki oraz pająki powiązane zmyślnie ze słomek i suszonych kwiatów. Ściany przyozdobiono zrobionymi w podobny sposób łańcuchami. Na co dzień odymione, ciemne wnętrza chat wypełniły się teraz ozdobami, kolorami i odświętnym nastrojem. Jak to zwykle bywa w niejednym domostwie natłok pracy skończył się wzajemnym warczeniem na siebie, a nawet kłótnią, ale to wszystko odchodziło w niepamięć tak szybko, jak się pojawiało. Powiadano, że jakie Szczodre Gody, taki cały rok.
A kto by tam chciał do przyszłej zimy burczeć na męża, ganić dzieciaki i złorzeczyć na pałętającego się pod nogami kota. Venda miała już gotowe ofiarne kołacze i mieszanki ziół. Zadbała też o wilcze skóry do wieczornego obrzędu. Bardzo lubiła Szczodre Gody, jednak tego roku nie czuła spokoju, jakim zawsze ją napawały. Zamyślona wieszała nad oknem słomianego pająka. Wilkar obserwował dziewczynę w milczeniu, skubiąc stojący w kącie snopek. „Przestań się martwić” – nie wytrzymał w końcu. Venda ostrożnie zeszła ze stolika, na który musiała się wspiąć, by zawiesić ozdobę. „A tak sobie myślę o Godach i smutno mi się zrobiło”. „Myślałem, że to wesołe święta”.
„Tak, zawsze takie były. Ale jak sobie pomyślę, co robiłam w poprzednie Szczodre Gody, to jakoś trudno mi się śmiać. Obrzędom przewodził opiekun i wydawało mi się, że będzie tak zawsze. I Mir też żył. Razem przystrajaliśmy gospodę na wieczorną ucztę. Miałam pusto w głowie, a wydawało mi się, że mam ciężkie życie. Rozumiesz?” „Werne, możesz przestać niszczyć moje ziarno?” Spojrzała znacząco na jego dłonie międlące kłos. Uśmiechnął się rozbrajająco. Otrzepał ręce nad snopkiem, jakby to miało sprawić, że ziarno na powrót przywrze do kłosów i odruchowo odsunął się o krok. „Kępa zboża w kącie chaty” – mruknął.
„Wy to macie zwyczaje”. „To jest ważne. Ziarno łączy jeden rok z drugim. Świadczy o ciągłości świata. Mokosz czuwa, żebyśmy dostawali od ziemi plon, na jaki zasługujemy, a my w zamian szanujemy ją i czcimy”. „My tam nic nie sialiśmy i jakoś żyliśmy” – bąknął. Nie była w nastroju na dłuższe tłumaczenia. „Dobrze, ale chyba też okazywaliście szacunek bogom, prawda?” – zapytała tylko od niechcenia. „Uszanuj, proszę, że ja oddaję cześć moim. Od tego tu jestem”.
DaWern zbliżył się powoli i przytulił ją mocno. „Musisz być w bardzo złym nastroju, skoro nawet nie chce ci się gderać” – mruknął w jej włosy. Odetchnęła ciężko. „W czasie Dziadów było mi trudno, ale byłam tak skupiona na znalezieniu sposobu, żebyś wrócił, że miałam czym zająć myśli. Teraz czuję tak wielką stratę. W święta bardziej niż zwykle brakuje tych, którzy nigdy nie wrócą. Nie wiem nawet, gdzie są. Opiekun przyjął naszych bogów, ale leży na Cmentarzu Wyklętych, więc nie wiem, dokąd poszedł jego duch. A Ymir? Zabrali go wodni bogowie.
Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek ich spotkam, nawet jeśli sama trafię do Nawii.” Mężczyzna nie wypuszczał jej z objęć. Milczał, słuchając i poważniejąc z każdym zdaniem. Kiedyś tęsknił równie mocno, całymi miesiącami i latami. Nie tylko za utraconą rodziną, ale za całą rasą. W przeciwieństwie do zielarki wiedział doskonale, gdzie są jego pobratymcy. Jeszcze niedawno był tam z nimi, choć z tego miejsca zapamiętał jedynie chłód i wyrywające serce z piersi pragnienie powrotu. „Posłuchaj mnie” – westchnął, gdy Venda zamilkła na dłuższą chwilę. – „Nie wszystko w tym roku było złe. Jesteś teraz silniejsza, mądrzejsza, rozsądniejsza. Zrobiłaś dużo dobrego i twoi bliscy, gdziekolwiek są, byliby z ciebie bardzo dumni.
Ale nie sądzę, żeby podobało im się takie biadolenie i chlipanie po kątach. Więc zbieraj się do kupy, bo masz te jakieś tam Gody do odprawienia i zdaje się wilki do przegonienia. Czy tak?” Venda pociągnęła nosem. „Nie chlipię po kątach” – burknęła. „Racja, bo w kącie stoi ten snopek.” Zaśmiali się krótko, choć żart nie był może najlepszy. Powoli rozluźnili uścisk i dziewczyna poprawiła rozczochrane włosy. „Poza tym” – dorzucił jeszcze wilkar – „dzięki temu wszystkiemu, co się wydarzyło tego roku, masz teraz mnie.” Wiedziała, że miał rację. Ich związek nie miałby szans zaistnieć bez wszystkich tych złych rzeczy, a i użalanie się nad sobą nie pomagało. Była opiekunką i najsłuszniejszym, co mogła zrobić, było wypełnianie swoich obowiązków i czczenie pamięci tych, którzy odeszli. Wrócili do sprzątania i zdobienia izby.
Nim się spostrzegli, nadeszła pora, gdy Venda musiała zejść do wsi i rozpocząć obrzędy. „Mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, kiedy będziemy razem wychodzić do ludzi” – powiedziała, narzucając ciepły, czerwony płaszcz. DaWern ściągnął koszulę przez głowę, szykując się do przemiany. „Może” – odparł wymijająco. – „Na razie idź do swoich. Ja muszę pójść w las oddać cześć moim bogom.” „Powiesz mi kiedyś, co robisz?” Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło na pożegnanie. „Może” – powtórzył. – „Może kiedyś to ty pójdziesz ze mną. Na razie jestem ostatni, więc służę Wielkiemu Wilkowi jako wyznawca i jako kapłan. Mam obowiązki.
Tak jak ty.” Venda nic nie odpowiedziała. Nie mogła powstrzymać myśli, że jeśli DaWern zacząłby czcić jej bogów, Pan Lasu musiałby w końcu odejść tam, dokąd odchodzą umierający bogowie. Każdy z nich żyje tylko dotąd, dokąd trwa o nim pamięć. Po najkrótszym dniu roku noc zapadła tak szybko, że gdy rozpoczęto rytuał na cmentarzu, od dawna panowały ciemności. Wśród kurhanów płonęły ogniska, budząc do życia cienie, z których każdy mógł się okazać duchem kogoś bliskiego, chcącym ogrzać się w cieple płomieni. Ludzi przybywało, a Venda stała mniej więcej pośrodku ziemi zmarłych i czekała. Wielkie ognisko przyjemnie grzało jej plecy, tak że nawet zrzuciła z ramion płaszcz, zostając w grubej wełnianej sukience. Lubiła ten moment każdego rytuału, dlatego uśmiechała się leciutko do siebie, czując, że znajduje się wreszcie na swoim miejscu. „Witajcie nam, Dziadowie” – rozpoczęła modlitwę, gdy nadszedł czas. – „Przychodźcie ku nam.
Zapraszamy na ucztę. Ogrzejcie się na chwilę, posmakujcie piwa i jadła. Nacieszcie oczy widokiem waszych potomnych. Chcemy z wami świętować Szczodre Gody, bo jesteście i zawsze będziecie nam bliscy. Pamiętamy o was, wspominamy i czcimy. Przychodźcie, prosimy do nas.” Upiła z kubka piwa, po czym chlusnęła resztą w płomienie, dzieląc się z duchami. Ogień zasyczał. Żarczyńi odwinęła z pięknie haftowanej ściereczki kołacz. Ugryzła kęs, a resztę cisnęła w ślad za piwem. Ludzie przy kurhanach swoich bliskich robili to samo.
Dzielili się jedzeniem ze sobą nawzajem i poprzez płomienie ognisk posyłali strawę i napitek duszom. Niektórzy mówili do swoich zmarłych, wypatrywali znaków ich obecności. Inni śmiali się głośno, przysiadając u podnóży kopczyków. Spotkanie ze zmarłymi należało do radosnych wydarzeń. Jeśli tylko zadbało się wcześniej o godne przyjęcie duchów i nie drażniło się ich, przybywały w dobrych nastrojach i, jak wierzono, przychylnie spoglądały na swych potomków. Patrząc na biesiadujących, Venda znów poczuła się samotna. Nie miała na tym cmentarzu nikogo bliskiego i nie miała z kim porozmawiać na kurhanach. Wszyscy jej bliscy zmarli tragicznie i choć mogła zakładać, że ich dusze również odwiedzą dziś świat żyjących, mimo wszystko myśl o ponownym spotkaniu Opiekuna czy Ymira napawała ją przerażeniem. Obaj przyszli do niej po śmierci i miała nadzieję, że już nigdy nie będzie musiała przeżywać tego ponownie. Gdy poucztowano z duchami, przeniesiono świętowanie do gospody, zapraszając przodków, by w miarę chęci towarzyszyli żywym i wraz z nimi przywitali nowy dzień, wreszcie dłuższy od poprzedniego.
Światło pokonuje dziś ciemność i daje nam nadzieję na lepsze jutro. Opiekunka wygłosiła toast, wznosząc kubek z miodem pod powałę karczmy. Znów przetrwamy zimę, jak setki przed nią. Oby mrozy nie skuły morza. Oby ci, których nie chcemy wymieniać na tej uczcie z imienia, pozostali za sinymi wodami. Oby Weles chronił nas przed nimi. Oby Rod opiekował się nami, bo wszyscy jesteśmy jego dziećmi powołanymi do życia z kamienia. Obyśmy szczęśliwie doczekali kolejnych Szczodrych Godów. Wychyliła kubek i wszyscy wypili wraz z nią. Jednak mimo pełnych nadziei słów okrzyki radości szybko przebrzmiały.
[01:39:11] - Dziękujemy Marku. Nie ma nic lepszego jak tak zwane rozmowy poza anteną. Kilku rzeczy ciekawych się od naszego gościa dowiedzieliśmy, ale jeszcze zanim do tego przejdziemy, przeczytam jedną uwagę naszego stałego korespondenta. O35 pisze tak: „Do pisania to nie tyle trzeba mieć cierpliwość, co być bardzo systematycznym”. Tu Wiktorze do ciebie pytanie jako do pisarza. Co masz na ten temat do powiedzenia?
[01:39:43] - Tak, bardzo systematyczny. Wszystkie rzeczy, które napisałem, napisałem na kolanie w ostatnich sekundach terminu, czyli zupełnie wtedy, kiedy już gardłowa była sprawa i musiałem oddać i tak dalej. I wiem, że wtedy były to dobre teksty. Natomiast wtedy, kiedy próbowałem pisać systematycznie, to robiłem knoty, po prostu nie dostarcza. Ja jestem niesystematyczny.
[01:40:12] - No tak, to właśnie było źle ulokowane pytanie. Tak, biję się w pierś. Żeby nie było słychać na antenie, to później. W każdym razie tak. Ale coś jest w tym, o czym pisze O35, że dzisiaj autorzy, przynajmniej tacy wydający systematycznie, chociażby wspomniany Remigiusz Mróz. On jest niezwykle systematyczny w tym, co robi. Przynajmniej tak o tym opowiada. Ta ilość znaków dziennie, ta ilość kilometrów, którą przebiega dziennie, to jest wszystko uregulowane i niezwykle systematyczne.
[01:40:47] - Ja uwielbiam taką pracę. Nic. Drugi dzień nic. Trzeci dzień nic i tydzień nic i czasami miesiąc nic, a potem w ciągu jednego dnia nagle wszystko wiem.
[01:41:03] - No tak, to mi się przypomina ta opowieść.
[01:41:04] - To jest olśniowo takie myślenie.
[01:41:06] - To mi się przypomina opowieść z serialu „Czterdziestolatek”, gdzie ci górale siedzieli i pili przez tydzień, a potem ciach, ciach, zabrali się do roboty i w dwa dni postawili altankę na działce. Mniej więcej tak to wygląda. Niemniej jednak powiedziałem o tych rozmowach kuluarowych czy też pozamikrofonowych. Zapytajmy naszego gościa, dlaczego w swoim czasie z powodu Marty Krajewskiej i jej twórczości właściwie, tego, co napisała, zarwał noc i właściwie doszedł do wniosku o czwartej rano, że chyba już jednak dobry nie do końca tej książki.
[01:41:53] - Dobrze, że sprostowano, bo nie chciałbym, żeby moja żona usłyszała, że nie mogłem spać całą noc.
[01:41:58] - No właśnie, jak tak mówiłem, to czułem, że się pogrążam i tak szukałem sposobu-
[01:42:03] - Raczej mnie pogrążał.
[01:42:05] - Tak. Szukałem sposobu, żeby jakoś tak wybrnąć. Jakoś się udało.
[01:42:13] - To prawda. Wziąłem kilka tekstów pozytywnie ocenionych ze sobą na wakacje i zaczynałem czytać „Idź i czekaj” Marzy bardzo późno. Już było krótko po północy i na początku książka, która wydawała się należeć do gatunku raczej literatury stricte kobiecej. Bardzo spokojna narracja, dużo opisów, opisów strojów kobiet, całej kultury materialnej doliny i tak dalej. Pomyślałem sobie: no nie, to raczej nie jest książka dla mnie. To nie była decyzja wydawnictwa. Stwierdziłem, że chyba źle wybrałem lekturę na noc, a o czwartej nad ranem, jak nadal ją czytałem, stwierdziłem, że jeżeli książka tak mnie oczarowała, to jest taki powolny, rzucony czar. Ona mnie właściwie nie zachwyciła na początku pierwszym zdaniem, nie olśniła, nie rzuciła na kolana, ale powolutku wciągała mnie. Więc o czwartej rano już byłem święcie przekonany, że to wydamy. Pierwsze, co zrobiłem, jak tylko była taka możliwość, to poinformowałem Martę Krajewską, że jesteśmy bardzo zainteresowani wydaniem tego i wszystkich jej książek.
[01:43:23] - No i właśnie na czacie Radia Paranormalium niedawno pojawił się taki komentarz: „Czy to Marta Krajewska napisała te pierdoły?”
[01:43:33] - No i jak to skomentować?
[01:43:35] - To są właśnie takie pierwsze słowa z tej książki. To, co zaprezentowaliśmy. No tak, to co czytałeś Marku przed chwilą. Ja powiem tak: ja myślę, że za najlepszy komentarz, znowu usłyszałem dzisiaj poza anteną, poza mikrofonem, bo o tym również rozmawialiśmy. Jest takie zjawisko wśród czytelników, odbiorców książek bardzo niepokojące, które w tej chwili ma miejsce. To znaczy kiedyś autor był osobą szanowaną. Wierzyliśmy mu na słowo, że ma nam do przekazania coś fajnego, coś, co nas zainteresuje. Do książek podchodziło się z szacunkiem. Dzisiaj autor jest traktowany... Ma sytuację bardzo niekomfortową.
Może coś na ten temat. Myślę, że nasz wydawca sporo ma obserwacji na ten temat.
[01:44:34] - Teoretycznie z krytyką tego typu nie powinno się wchodzić w polemikę. Marta Krajewska jest autorką tego fragmentu, więc wiedząc to, pytanie, czy ona to napisała? Nie, Marta póki co z ghostwriterów nie korzysta. Z tego, co wiem.
[01:44:51] - Ja przeproszę, jeszcze przerwę. Powiem tak: tego rodzaju recenzje, jaką usłyszeliśmy przed chwilą, to jest, mówiąc szczerze, sposób, jak zrobić autorowi przykrość, jak mu zrobić krzywdę. Bo jeżeli sobie wyobrazimy sytuację, że autorka włożyła w to serce, trochę swojej duszy, poza tym jest to autorka, która potrafi pisać, to właściwie dzisiaj możemy wziąć dowolne dzieło i powiedzieć: „A to są takie pierdoły”. Możemy wziąć dowolne dzieło z historii literatury i powiedzieć, że to są pierdoły i kto nam coś zrobi?
[01:45:26] - Jako nieustający niezwolennik demokracji oraz równouprawnienia chcę powiedzieć, że kiedyś było na świecie bardzo prosto ustawione pewne relacje. Otóż byli ludzie mądrzy, którzy pisali książki, następnie byli bardzo mądrzy ludzie, którzy potrafili czytać książki, a potem była cała reszta. A dzisiaj są mądrzy ludzie, którzy potrafią pisać książki-
[01:46:01] - Wiktorze, nie kończ. To już wystarczy za komentarz, bo jak się rozwiniesz... Wróćmy jednak do tego, o czym mówił nasz gość.
[01:46:12] - Krytyka, jeżeli nazwiemy to krytyką.
[01:46:16] - Trudno to nazwać krytyką.
[01:46:19] - Pojawia się cały czas problem tego, jak się mówi o hejcie w internecie i tak dalej. Kiedyś myślałem, że warto z takimi osobami, które wygłaszają tego typu opinie, rozmawiać, że jest jakieś pole do rozmowy. Najgorzej, że ile razy próbowałem, to okazuje się, że jednak tego pola nie ma, bo za tego typu krytyką nie stoi właściwie nic. Tu nie ma argumentów, tu nie ma rozmowy, to jest po prostu pogląd. Jeżeli dana osoba uważa, że to są pierdoły, to ja szanuję jej, jego prawo do tego, żeby uznawać to za pierdoły i tyle. Pytanie jest tylko, co podzielenie się tak błyskotliwą opinią daje. Przykrość autorowi.
[01:47:04] - Przede wszystkim tak.
[01:47:07] - Chwilę przekonania autorowi recenzji, że jest wyjątkowo błyskotliwy i że miał coś do powiedzenia. Jeżeli ktoś czegoś takiego potrzebuje w swoim życiu, to proszę bardzo. Tak jak mówię zawsze, jeżeli ktoś może sobie w ten sposób poprawić humor, to może niech to robi, tylko jest to po prostu przykre. Po pierwsze dla autora i po drugie dla danej osoby.
[01:47:30] - Ja powiem jeszcze tak: poza tym jest to sprzeczne z elementarną logiką. Skoro wydawca wydaje drugi tom opowieści z doliny, którą opisuje Marta Krajewska. Skoro w ślad za tymi dwoma pierwszymi tomami dorosłymi idzie jeszcze opowieść, o której będzie za chwileczkę. Opowieść kierowana do dzieci, dziejąca się w tym samym świecie, to jaki wydawca ryzykuje albo w ogóle podejmuje wydawanie książki, która się nie opłaca? Znaczy się, że ta książka znalazła czytelników. Znalazła tylu czytelników, że opłaca się ten następny tom wydać. Oczywiście, tak jak nasz gość powiedział, szanujemy prawo do wszelkiej krytyki. Natomiast ja się zastanawiam, czy każdym rodzajem krytyki należy się dzielić ze światem. Ja myślę, że sobie można czasami darować.
[01:48:29] - Ja na swój użytek kiedyś wytłumaczyłem sam sobie, czym jest używanie przekleństw, brzydkich wyrazów, albo takiego plucia, które w internecie występuje bardzo często. Wiecie co to jest? Przecież każdy psychiatra, psycholog doskonale to zdefiniuje. To jest po prostu zwykły ekshibicjonizm. To jest to samo, co wystawianie kawałka pośladka na widok publiczny. Ja zaklinam, ja przeklinam, ja używam słów i tak dalej. Po co? Uff, ale im dałem. Pokazałem im po prostu. To jest zwykły ekshibicjonizm, to jest choroba.
Trudno dyskutować z ludźmi chorymi. Chorzy się powinni leczyć po prostu.
[01:49:24] - Myślę, że jak zwykle podsumowałeś to wszystko najlepiej. Ja jeszcze tylko dodam: O35 uzupełnił tę myśl, którą cytowałem wcześniej, że jednak jeżeli ktoś chce żyć z pisania, chce być takim autorem, który utrzymuje się z pisania, to rzeczywiście systematyczności mu troszeczkę trzeba. Nie sposób się nie zgodzić. Okej. Już wspomniałem o tym, że mówiliśmy o Marcie Krajewskiej, mówiliśmy o tych dwóch książkach dorosłych. I mamy też książkę, która jest niejako trochę obok, ale dzieje się w tym samym świecie. Może coś na ten temat.
[01:50:02] - Marta rok temu zaproponowała, że napisze książkę z uniwersum „Wilczej doliny”, czyli w tym samym świecie osadzoną, ale adresowaną dla młodzieży. Mieliśmy co prawda problem, czy to jest właściwie książka dla dzieci, a może dla młodzieży. Jest dla czytelnika młodszego. Zależnie od dojrzałości Dzieci naszych pociech. Pewnie będzie to grupa między dziewiątym a trzynastym rokiem życia, co jest niebywałym plusem. Ta książka, tak jak dwie książki dla dorosłych Marty, bazuje na mitologii, świecie słowian. Marta świetnie pokazuje nam coś, co jest pewną wariacją oczywiście na temat życia naszych przodków i jest to na tyle atrakcyjne także dla osób, które chciałyby dzieciom pokazać bajkę, mądrą historię. Bo jest to historia o chłopcu, któremu rodzi się młodsza siostra i oczywiście czuje zazdrość. Każdy, kto jest starszym bratem, siostrą pamięta, jakim szokiem było, kiedy pojawiło się młodsze rodzeństwo w domu. Jest to świetnie opowiedziana historia w scenerii innej niż to, co jest popularne.
Dlatego, że większość bajek obecnie dla dzieci wiadomo, że to jest Disney, to są wzorce anglosaskie. Tutaj mamy opowieść typowo słowiańską. Jest to napisane tym samym językiem, który został tak ładnie skrytykowany, czyli bardzo nieśpiesznie, fajnie zbudowana historia. Myślałem, że to będzie książka, która w pewien sposób dla dorosłego nie będzie atrakcyjna. Miałem przyjemność przeczytać wersję już po druku próbnym, a ona jest dosyć bogato ilustrowana. Jest tam ponad 30 ilustracji. Jako dorosły czytelnik świetnie się przez dwie i pół godziny bawiłem przy tej książce.
[01:51:59] - Ja pozwolę sobie jeszcze zacytować jednego z naszych chatowiczów. Otóż Szyderca pisze w ten sposób: „Czy pisanie mojego odczucia danego autora to powód do jechania po mnie? Czy mam pisać, że coś jest cacy, jak coś dla mnie jest be? Czy słyszał ktoś o czymś takim jak gust? Wątpię”. A zatem ja powiem tak: Szyderco, my się nie rozumiemy na elementarnym poziomie. To znaczy nikt nie odmawia ci prawa do tego, żeby ci się dana książka, dany utwór podobał lub nie podobał. Rzeczywiście o gustach się nie dyskutuje i możesz mieć dowolny gust. Ja myślę, że rzecz jest w formie. Ja mówię prosto.
Pewne książki po prostu mi się nie podobają, nie lubię ich, ale to jeszcze wcale nie oznacza, że pada jakaś inwektywa. To chyba nie ma sensu. I rzecz nie w twoich gustach, ale w sposobie wyrażania tych gustów. I to tylko o to tak mniej więcej nam tu wszystkim chodziło. A teraz w takim razie myślę, Marku, że to jest dobry czas, żebyśmy posłuchali fragmentu tej książki, nazwijmy ją młodzieżową Marty Krajewskiej, która dzieje się w tym samym uniwersum, co wcześniej cytowana książka „Zaszyj oczy wilkom”.
[01:53:29] - Marta Krajewska.
[01:53:33] - Tak, to może jeszcze pozwolmy się wypowiedzieć panu Wiktorowi.
[01:53:37] - To, że się wypowiedz.
[01:53:39] - Wyrwałem się. Chciałem powiedzieć, że jako człowiek dziecinniejący, to na pewno będzie mi się podobało.
[01:53:47] - Okej, i teraz Marku, oddajemy ci głos.
[01:53:50] - Marta Krajewska „Noc między tam i tu”. Rozdział pierwszy. Prawie tu, ale trochę jeszcze tam. Trudno się nie uśmiechać, kiedy rozpiera cię dziecięca radość, ale wszyscy oczekują, że zachowasz się dorośle i z godnością. Rodzice zaprosili na ucztę całą wioskę, żeby świętować postrzyżyny syna, czyli jego wejście w dorosłość. Chłopak stał pośród kręgu rodziny i sąsiadów, ubrany w bielutką koszulę i spodnie uszyte przez matkę specjalnie na ten dzień. Wiedział, że zebrani patrzą tylko na niego i że w jego życiu dokonuje się właśnie coś ważnego. Jednak z trudem powstrzymywał radość, która usilnie próbowała wyrwać się z jego serca na zewnątrz. Im bardziej się starał, tym gorzej mu szło. Darzbor, ojciec chłopca chwycił w jedną dłoń kosmyk jasnych włosów syna, drugą uniósł nożyce.
„O wielkie rodzanice” — rozpoczął modlitwę do boginek przeznaczenia. „Dziękujemy wam za los, jaki wyznaczyłyście temu chłopcu oraz za opiekę, jaką go do tej pory otaczałyście. Dziś to dziecko staje się mężczyzną, a że miły jest całej naszej gromadzie, tedy imię jego będzie brzmieć Bratmił. Oby jego życie było długie i szczęśliwe”. To mówiąc, ściął włosy syna i wrzucił je w rozpalony na podwórzu święty ogień. Ludzie krzyknęli radośnie: „Niech nam żyje Bratmił!” Wtedy już chłopiec nie mógł się nie uśmiechnąć. Rozpierające go duma i szczęście wydostały się na świat szczerym, krótkim śmiechem. Opanował się zaraz, ale nie potrafił zachować kamiennej twarzy. Wiódł wzrokiem po zebranych, a ojciec wciąż obcinał mu włosy, rzucając w ognisko. Między jednym a drugim cięciem Bratmir zadarł lekko głowę, zerkając w górę na twarz rodzica i zobaczył, że on też uśmiecha się pod wąsem.
Naprzeciwko stały kobiety, a tuż przy drzwiach drewnianej chaty matka, ocierając łzy wzruszenia rąbkiem zapaski. Jej brzuch był duży i okrągły, bo już niedługo na świat miał przyjść pierwszy brat lub siostra Bratmiła. W większości rodzin dzieci rodziły się dość szybko po sobie. Tymczasem Darzbor i Rena, nie wiedząc czemu, długo czekali na drugiego potomka. Chaberka, opiekunka doliny, stała z tajemniczym wyrazem twarzy, opierając się o ścianę chaty. To był najpiękniejszy dzień w życiu Bratmiła. Wreszcie stał się mężczyzną. W kilka dni później doszedł do opornego wniosku, że bycie mężczyzną nie jest aż tak niesamowite, jak sobie wielokrotnie wyobrażał. Niosło ze sobą nowe obowiązki, zabierając czas na zabawę. Wioska leżała w górach nad rozległym, pięknym jeziorem, do którego wpadały wody dwóch rwących strumieni.
Osadę stanowiło kilkanaście drewnianych chat otoczonych wyplatany z wikliny płotami. Strzechy, gdzieniegdzie pokryte mchem i trawą, opadały prawie do ziemi. Przez otwory w dachach dym z otwartych palenisk ulatywał lekko ku niebu i szczytom gór. W przydomowych ogródkach rosły zioła i kwiaty, a pomiędzy chatami wałęsały się kury, kaczki i świnie. Na każdy posiłek trzeba sobie było zapracować czy to w polu jak mężczyźni, czy w chacie i obejściu jak kobiety. Nawet dzieci pracowały na miarę swoich możliwości, zbierając jagody, maliny, wypasając krowy i pomagając w opiece nad młodszym rodzeństwem. Bratmił był szczęśliwy, bo miał wyrozumiałą rodzinę, której członkowie odnosili się do siebie z szacunkiem. Co nie znaczyło, że matce nie zdarzało się zdzielić go szmatą przez plecy, gdy próbował unikać obowiązków. Ojciec chłopca był wikliniarzem. Niemal codziennie odrywał syna od zabawy, a Bratmił posłusznie szedł pomagać mu w pracy.
Uczył się tysiąca pożytecznych rzeczy, często padając z nóg i tęsknie spoglądając na przebiegających obok rozbawionych przyjaciół. Zazdrościł im wtedy, ale role często się odwracały, bo kilkoro rówieśników też już pobierało nauki. Często więc to oni rzucali tęskne spojrzenia, gdy Bratmił z pozostałymi bawili się w gonionego albo sprawdzali, kto najszybciej przebiegnie z jednego końca wsi na drugi. Tym razem młody wikliniarz siedział z ojcem na drewnianej krzywej ławce w cieniu gruszy, mozoląc się nad kolejnym zadaniem. Tymczasem Niemój i Gniewko, synowie mieszkającego nieopodal kowala, czaili się tuż za płotem, przekonani, że Bratmił i Darzbor ich nie widzą. To była jedna z ulubionych zabaw chłopców: podglądanie dorosłych z ukrycia. Większość mieszkańców doliny nie dokonywała w ciągu dnia czynów godnych podpatrywania, ale sam nastrój tajemnicy i poczucie niewidzialności sprawiały dzieciakom radość. „Miłek, mocniej” nakazał Darzbor. „Skup się”. Wyplatali wierszę, pułapkę na ryby.
Na wiklinowej obręczy należało osadzić długie gałązki, po czym związać je wszystkie razem. Całość usztywniały kolejne obręcze wplatane co pewien odstęp. Miłek nieźle sobie radził z samym poleceniem, ale zakończenia jeszcze mu nie wychodziły. Wiklinowe witki nie dawały się zaciągnąć tak mocno jak sznurek. Były giętkie i próbowały się prostować, nawet gdy mocno wcisnął koniec pod poprzednie sploty. „Jeśli porządnie nie złapiesz tu na końcu, wszystko się rozplecie i ryby pouciekają” mówił ojciec, dociskając wiklinę w pułapce robionej przez syna. „Wiem” mruknął chłopak. „Staram się przecież. Tylko nie mam takich mocnych rąk jak ty”. Mężczyzna uśmiechnął się pod wąsem.
„Będziesz miał. Praca dodaje siły. Męczy, ale dodaje siły. Zobaczysz. A teraz ganiaj do dzieciarni, bo najwidoczniej już tęskni za tobą”. Darzbor usilnie próbował nie patrzeć w stronę płotu, gdzie kryli się dwaj bracia. „Zaniosę wierszę nad jezioro. Jakby matka pytała, powiedz, że zajdę jeszcze do Gniewoja po bobrze sadło”. To mówiąc, otrzepał lniane spodnie i koszulę, zabrał pułapki i poszedł. Miłek z przyjemnością masował obolałe palce, patrząc w ślad za nim.
Aha, zza gęstego wiklinowego płotu wyskoczyli dwaj chłopcy. „A my tu cały czas byliśmy, tralala” chełpił się większy i tęższy Gniewko. „No wiem przecież” parsknął Bratmił. „Trudno was było nie zobaczyć”. „Jasne, że niby widziałeś nas cały czas?” zaperzył się rumiany, młodszy Niemój. „Bo mi się zdaje, że patrzyłeś w witki i piszczałeś pod nosem, nie? Nie umiem, tatku, nie mam siły. Jak nasz ojczulek każe Gniewkowi pompować miechem, to Gniewko nie płacze, że nie ma siły”. Miłek parsknął lekceważąco. „Pewnie.
Zaraz się okaże, że to on ojca uczy, nie?” Niemój postrzyżyny miał jeszcze przed sobą i nie pobierał póki co żadnych nauk, ale był zapatrzony w starszego brata jak sroka w gnat, czym ciągle go peszył. „Uczyć to może nie uczy” zaperzył się, „ale przynajmniej nie piszczy przy robocie jak mała dziewczynka. Powiedz mu, brat”. „A tam” bąknął tylko Gniewko, rzucając pospieszne spojrzenie Bratmiłowi. „Czasem to ręce tak palą z bólu, że prawie bym piszczał, ale tatko taki srogi, że już wolę, żeby bolało, niż żeby się złościł. Jak cię postrzygą Niemój, to sam zobaczysz”. Młodszy chłopiec zmarkotniał, choć próbował nadrabiać miną. „Też bym już chciał się uczyć” bąknął. „Jak dorosnę, będę robił takie cudeńka, że ludziom oczy na wierzch powyłażą”. „Pewnie, że będziesz”.
Gniewko poczochrał długie, jasne włosy brata. „No ale zanim im powyłażą, to ty się najpierw namachasz przy miechu” westchnął Bratmir. „Będziesz sprzątał kuźnię, usługiwał ojcu i robił same durne, nieciekawe rzeczy, jak wyplatanie pułapek na ryby”. „Wyplatanie pułapek? W kuźni?” zdziwił się Niemój. Na widok jego miny starsi chłopcy wybuchli śmiechem. Rechotali niczym żaby pod wieczór, gdy nagle od strony chaty dobiegło ich wołanie. „Bratmił, chodź tu, synku”. Jedno spojrzenie na zmienioną bólem twarz matki wystarczyło, żeby chłopak w mgnieniu oka znalazł się na progu. „Biegnij po babkę Marozową” poleciła kobieta, siląc się na spokój.
„Powiedz, że boli co trzy kołysanki”. „Dobrze, matuś” wydukał Miłek. „Gdzie ojciec?” Poszedł pułapki zanieść i powiedział, że wstąpi do- Dobrze — przerwała mu. — Jeśli go spotkasz, to powiedz, że się zaczęło. Ale najpierw biegnij po babkę. Chłopak ruszył pędem przez podwórko, aż synowie kowala prawie rozdziawili gęby ze zdziwienia. Dziecko się rodzi — rzucił im Miłek. — Muszę biec. I pognał, po drodze tłumiąc rosnący w sercu strach o pozostawioną w chacie matkę. Marozowa przywitała już na świecie niejednego mieszkańca doliny.
Mądrym, spokojnym wzrokiem patrzyła chłopcu w oczy, gdy przekazywał wiadomość. Leć po ojca, dziecko — poleciła. Idę. Normalnie Bratmił oburzyłby się, gdyby ktoś jeszcze nazwał go dzieckiem, ale mówiąc szczerze, wcale nie czuł się w tej chwili dorosły. Był mały i przestraszony. Niczym wicher przeleciał przez wieś, popędził nad jezioro w tataraki, gdzie odnalazł ojca. Darzbor zakładał wraz z sąsiadem pułapki, które wyplatali z Miłkiem cały dzień. Wydawało się, że gdy tylko ujrzał syna nadbiegającego w takim pośpiechu i z takimi wielkimi oczami, już wiedział. Tego wieczoru Bratmił i jego ojciec siedzieli ramię w ramię na progu chaty, a tuż przed nimi palił się ogień, broniąc dostępu wszelkim złym duchom. Porody bywały trudne.
Kobiety i dzieci umierały. Ojciec milczał jak zaklęty, dorzucając raz po raz drwa do ognia. Chłopiec wiedział, że bardzo się martwi. Wreszcie późno w nocy Marozowa wyszła do nich wykończona, ale uśmiechnięta. W chacie wikliniarzy przyszła na świat dziewczynka i cała trójka wyszła ją przywitać. Tymczasem z ciemności za płotem obserwowały ich czarne, puste jak dwie studnie oczy. Potworzyca wiedziała, co oznacza ognisko na progu chaty. Pragnęła ślicznego, różowego, ludzkiego dziecka dla siebie i czuła, że tu je znajdzie. Ogień przerażał i bronił wstępu, ale wiedziała, że nie będzie płonął zawsze. Postanowiła poczekać.
[02:05:13] - Dziękujemy Marku. Cóż, poznaliśmy przynajmniej nieco uniwersum, które stworzyła Marta Krajewska. Ono, tak jak mówiliśmy przed tym fragmentem, może się podobać, może się nie podobać.
[02:05:30] - Nie.
[02:05:31] - Tak?
[02:05:32] - Nie może się nie podobać.
[02:05:33] - Dobrze, to jest twoje zdanie, też je szanuję. Podobnie jak to zdanie, które cytowaliśmy. Rzecz naprawdę w formie, a nie w guście. Ale zostawmy tę sprawę. Rzeczywiście nawet najlepszym zdarzają się kiksy i pewno z takim kiksem mieliśmy do czynienia. Nie ma co rzeczy roztrząsać. Zapytam naszego gościa o rzecz ciekawą, bo wydawnictwo Genius Creations zabrało się nie tylko za książki, ale w najbliższym czasie wydawnictwo z takim doświadczeniem jednak debiutuje. A z czym debiutuje, to nasz gość nam zaraz powie.
[02:06:18] - Rozumiem, że mówimy o naszym pierwszym komiksie, czyli „Liber Horrorum”. Dlaczego wydajemy komiks? Bartek Czarnecki jest jednym ze współzałożycieli wydawnictwa. Jest z nami od początku. Bartek jest komiksiarzem. Zawsze marzyło mu się wydawanie komiksów. Jak okrzepiliśmy już na tym rynku wydawniczym i potrafimy wydawać książki, zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie powinniśmy wydać komiksu. Czy możemy wydać komiks? Czy potrafimy? Rok temu pojechaliśmy na targi do Łodzi i popadliśmy w depresję.
Okazało się, że w Polsce nie warto, nie można. W ogóle była masa „nie”. Stwierdziliśmy, że okej, dajemy sobie rok i za rok pojedziemy do Łodzi z komiksem. Pokażemy, że da się, że można. Zaczęliśmy szukać jakiegoś fajnego komiksu do wydania i okazało się, że praktycznie jest to bardzo trudne, dlatego że jak sobie wcześniej powiedzieliśmy, przygotowanie, zwłaszcza rysownik, potrzebuje bardzo dużo czasu. To jest olbrzymia praca narysowanie komiksu, ale gdzieś tam okazało się, że jeden z naszych redaktorów, Michał Cetnarowski, w tym roku zdobył z Łukaszem Orbitowskim Zajdla za opowiadanie, napisał scenariusz komiksu, a inny z kolei znany nam rysownik, Marcin Kułakowski, głównie znany z fantastyki, chciałby to narysować. Już zrobili pierwsze przymiarki, były szkice koncepcyjne. Jeżeli nasza chęć wydawania połączyła się z ich chęcią wydania, to postanowiliśmy wspólnie to zrobić. I to jest kolejny taki projekt, który pokazuje, że jeżeli znajdzie się grupa osób, które mają wspólny cel, są zdeterminowane i chcą coś zrobić, to oczywiście rynek komiksu może być słaby. Średnia sprzedaż komiksu to jest 500 sztuk.
I znowu, gdybyśmy dokonali tej analizy biznesowej, to nie jest najlepszy pomysł. Bądźmy szczerzy. Z drugiej strony to jest właśnie dlatego, że to nie jest najlepszy pomysł, jest to rzecz, którą warto zrobić. Często dostajemy takie oferty typu agencja marketingowa lub inna za 10, 15 tysięcy zbada rynek i powie nam, czy warto. Bądźmy szczerzy, ja wolę zrobić rozpoznanie bojem. Te pieniądze wystarczą prawie na sfinalizowanie całego projektu. Żadnej gwarancji z tej analizy nie miałbym. Więc wydamy komiks. Wierzymy, że jest dobry. Zobaczymy, jak rynek go przyjmie i być może będzie to oznaczało, że w najbliższej przyszłości pojawią się także inne komiksy.
A może być, że to będzie próba, która doprowadzi do wniosku, że jednak znamy się na książkach, na komiksach niekoniecznie i nie będziemy więcej. To jest taka z naszej strony szczera i uczciwa próba wydania dobrego polskiego komiksu. Takiego, który ma treść, ma dobrą kreskę. Nie przypomina wielu komiksów, które ostatnio miałem w rynku polskim, gdzie, jak to jeden z krytyków napisał: „Strumień świadomości autora wylewa się szeroką rzeką. Tylko nie za bardzo wiadomo, o co chodzi”. Bo bywają takie komiksy. Ten komiks to jest przede wszystkim dobra opowieść i ciekawa treść, która jest narysowana w sposób taki, jaki ja lubię w komiksie, czyli skadrowany. Plansze są tak zaprojektowane, że nawet jeśli nie było dymków wypełnionych treścią, to mi się te grafiki podobały. Mamy nadzieję, że duet Michał i Marcin stworzyli coś fajnego i że reszcie czytelników też się spodoba.
[02:09:53] - Skorzystajmy z okazji i przypomnijmy jeszcze raz tytuł i autorów.
[02:09:58] - „Libar Horrorum. Księga pierwsza”, czyli „Księga grozy”. Michał Cetnarowski za scenariusz odpowiada, a Marcin Kułakowski jest autorem rysunków.
[02:10:09] - Przejdźmy teraz do książki, która także we fragmencie będzie dzisiaj odczytana, a mianowicie książki, która chyba nie do końca mieści się w gatunku, który jest preferowany przez wydawnictwo, bo to jest kryminał, który w dodatku dzieje się w Polsce. Był przez długi czas taki pogląd, że w Polsce nic się nie może dziać, żadna książka. To się może dziać wszędzie, byle nie w Polsce. Niemniej ten kryminał dzieje się w centrum Polski, w Łodzi. Co pana podkusiło, że to jest kryminał i że w dodatku w Polsce?
[02:10:54] - Padłem ofiarą wymuszenia rozbójniczego. Agnieszka Sudomir, która jest autorką „Fazera”, bo to jest obecny tytuł. Wcześniej ten kryminał miał trochę inny tytuł. Napisała książkę SF, co jest, jak już wspomnieliśmy, rzadkością. Książka w tej chwili ma już tytuł „Szablon”. Kiedyś nazywała się chyba „Skok HIXA”, o ile dobrze pamiętam. Zaproponowałem Agnieszce wydanie oczywiście książki SF. Agnieszka tak umiejętnie poprowadziła tę rozmowę, że właściwie jakoś tak wyszło, że wydamy obie książki, dlatego że jej zależało na tym. A kryminał jest dobry. To nie jest to, że ten kryminał jest zły, tylko tak jak wcześniej wspomniałem, ja się nie czuję ekspertem.
Zupełnie nowe bety się pojawiły. Sprawdziliśmy dosyć dokładnie konkurencję, czyli jak wyglądają obecnie kryminały osadzone w Polsce i stwierdziliśmy, że to jest fajny tekst. Co więcej, na tyle była determinacja i w nas, i w Agnieszce, że okazało się, że skończyliśmy wcześniej pracę nad kryminałem niż nad SF. „Szablon” pojawi się w przyszłym roku na wiosnę, a kryminał 30 września. Też jesteśmy ciekawi, jak nam to wyjdzie.
[02:12:16] - Nie mogę nie zapytać też o tę drugą książkę. O książkę, która się nazywa „Szablon”. Jakie to jest SF? Tyle, ile możemy powiedzieć oczywiście.
[02:12:27] - Wydaje mi się, że to jest SF, które cały czas znajduje się w takiej sferze bliskiego zasięgu. Mówi o problemach, co nas definiuje jako człowieka, w którym momencie w pogoni za nieśmiertelnością utracimy człowieczeństwo. Co nas definiuje? To, co robimy, czy nasza pamięć być może. Ale teraz ponownie zdradzę sekret. Ponieważ znam zawsze wersję tekstu przyjętego, a te teksty w redakcji często bardzo się zmieniają i to nie jest tylko tytuł. Więc zawsze ja mam taki problem, że już parę razy mówiłem o tekstach. Tak było w przypadku „Idź i czekaj na rozwój”, że w oryginalnej wersji, którą ja czytałem, pewien bohater ginie bardzo niesympatyczną śmiercią. Ja to sobie zapamiętałem, bo to było całkiem ciekawe, że on zginął. A później okazało się, że w wersji po redakcji, jak czytałem, wyszedł cało z opresji, żyw i zdrów.
Więc trudno mi powiedzieć, dlatego że prace redakcyjne cały czas trwają nad tytułem, w którą stronę pójdzie. „Szablon” jest o tyleż nietypowy, że jak mówiliśmy o tych różnicach, Agnieszka napisała coś, co być może pan Wiktor oceni, że to nie jest pisane przez kobietę. To jest taka SF-ka z wyjątkiem nielicznych kobiet, głównie w literaturze anglojęzycznej SF raczej jest domeną mężczyzn. Tutaj po prostu według mnie Agnieszce wyszła naprawdę fajna SF-ka. Nie jest to hard SF. Agnieszka pisze, jak widać, w dwóch gatunkach, a jest to bardzo zgrabnie skonstruowana opowieść, też z wątkiem kryminalnym.
[02:14:21] - Zwróćcie uwagę, że wbrew pozorom ona nie pisze w dwóch gatunkach, ale ja mam takie wrażenie, że kryminał jest dużo bliższy science fiction niż fantasy. Dlaczego? Bo i w kryminale, i w science fiction musi być zagadka i rozwiązanie, a w fantasy już nie. W fantasy może być piękna opowieść, może być historia. Natomiast i w kryminale, i w science fiction musi być zagadka i rozwiązanie.
[02:14:52] - Tak, bo w fantasy się może pojawić zawsze jakiś rodzaj magii, który rozwiązuje wszystko. Wiem, trywializuję, ale coś takiego się może zdarzyć. Chciałem zapytać jeszcze o jedną rzecz, o którą sobie z Wiktorem przed naszą audycją mówiliśmy, ale chcieliśmy zapytać, czy nie kusi to pana jako wydawcę. Otóż wiele wydawnictw zamawia książki u autorów.
[02:15:20] - Czy to jeszcze nie jest ten etap? Albo może to nie jest ten rodzaj działalności, jaki chciałby pan prowadzić, ale czy to nie wydaje się panu również takim działaniem kreacyjnym, że ja, wydawca kreuję w pewien sposób to, co wydaję.
[02:15:36] - To oznaczałoby, że ja czuję się bardziej kompetentny od autora. To znaczy, że ja mam dobry pomysł, ale jestem zbyt mało zdolny, żeby go sam zrealizować, to wynajmę kogoś. To taki trochę ghostwriting. Raz przyszło mi coś takiego do głowy, przyznam uczciwie, ale zupełnie żartem. Zapłaciłbym Martinowi, żeby dokończył tą swoją sagę, zanim jeszcze będę miał ochotę ją przeczytać. Ale nie mam ani takich pieniędzy, ani pewnie by to nie zrobiło na nim wrażenia. Natomiast sądzę, że raczej jeżeli mówimy o czymś takim, to mogłoby to pójść w taką stronę, że ufając autorom, a sądzę, że części autorów mógłbym zaufać. Zresztą prawie każdy autor, którego wydamy, ma taką informację. Cokolwiek napiszesz, ja to wydam. To jest mój kredyt zaufania, a chciałbym móc kiedyś ten kredyt zaufania poprzez na zasadzie: słuchaj, to jeszcze dorzucę do tego zaliczkę 15 tysięcy, bo tak się świetnie wydaje, że dzięki temu przyspieszę ten proces, bo będę mógł pomóc autorowi w takim procesie kreacji, dając możliwość skoncentrowania się na pisaniu.
Niestety w tej chwili aż tak dobrze nie jest, żebyśmy mogli takie zaliczki dawać, więc raczej myślałbym o czymś takim. Natomiast zamawianie tekstu typu kolejne „Metro”, kolejny „Stalker” czy coś w tym stylu. Szczerze? Nie. Gdzieś to po prostu zabija. Mowa była tutaj o formule. Ja bym wolał być manufakturą czy firmą rzemieślniczą niż fabryką, jeżeli chodzi o literaturę. Kiedyś miałem przyjemność zarządzać małym lokalnym browarem i widziałem różnicę, jaka jest między czymś, co jest naturalne, co powstaje w procesach niemal rękodzielniczych kontra na przykład duże browary. Nie mówię nawet o produkcie, bo produkty niekoniecznie muszą się różnić, ale cała mentalność, proces są inne. Tak samo będziemy chcieli pewnie cały czas w wydawnictwie.
To my wydajemy to, co autorzy nam pokażą. W drugą stronę to raczej nie.
[02:17:46] - Tak dla anegdoty, to ja kiedyś jechałem po Szkocji i zatrzymywałem się. Kierowca nie mógł, a ja kazałem mu zatrzymywać się w każdym pubie, w każdej wiosce, w każdym miasteczku. I szedłem, pytałem o lokalne piwo. Dostawałem to piwo i to piwo było absolutnie niepowtarzalne i w ogóle niemożliwe do wykonania w procesie technologicznym jakimkolwiek większym. Po prostu, bo ono jest możliwe tylko do zrobienia tam, w tym mieście, o tej porze, przy użyciu tych beczek, tego drewna i tego słodu i tej tradycji, która tam jest po prostu. I na tym był niesamowity urok. Nikt nigdy w Australii nie wypije tego szkockiego piwa, bo ono nie dotrze do Australii ani do Europy również. Ale tam na miejscu to jest ogromny urok po prostu.
[02:18:41] - Osoba musi być lepsza do piwa niż piwo do osoby.
[02:18:45] - A ja z kolei powiem coś takiego, że słuchając naszego gościa, kiwam głową, bo prezentuje on takie chyba w tej chwili nie do końca modne podejście wydawcy. I wizja tych kontaktów z autorem jest po prostu taka, że mnie oczarowała. Powiem krótko, bo mam gdzieś z tyłu głowy taką historię, którą usłyszałem całkiem niedawno. Jak może to wyglądać inaczej, tego rodzaju kontakty z autorami. Tu, w Genius Creations jest sprawa stawiana uczciwie. Mówimy tak, mówimy nie. Są czytający, są te bety. Ten cały proces, który w czasie dzisiejszej audycji mieliśmy okazję prześledzić, jest po prostu uczciwy. A teraz coś z innej beczki. Otóż pewien mój znajomy wysłał do pewnego wydawnictwa, zmilczę jego nazwę, bo chyba nie ma co robić wstydu na całą Polskę.
Do pewnego wydawnictwa wysłał swoją książkę. Był z niej bardzo dumny. Jak każdy autor jest zawsze dumny ze swojej książki. Wysłał tę książkę, ale tak się jakoś złożyło, w sumie dla całej historii fajnie, natomiast dla niego chyba to była zwykła pomyłka. Dwa miesiące później do tego samego wydawnictwa wysłał tę samą książkę. Tak mu się ręka omsknęła. I gdzieś po trzech miesiącach dostał pierwszą odpowiedź. Wydawnictwo pisało, że oczywiście oni są całym sercem z autorem i że to jest w ogóle bardzo fajne, ale to nie są ich klimaty. Autor zdziwił się, bo napisał książkę niejako prawie pod to wydawnictwo. Ale nie są klimaty, to nie są.
Dostał życzenia powodzenia u innych wydawców. W porządku, ok. Ale za dwa miesiące przyszła odpowiedź na tę drugą wysyłkę. Jakżeż inna. Brzmiała ona w ten sposób, że z zainteresowaniem przeczytano tę książkę i po drobiazgowej analizie są skłonni ją wydać. Ale jest tam trochę dłużyzn, trochę fragmentów do przerobienia, trochę tam czegoś jeszcze. Nie czytałem tego listu, więc nie wiem. W każdym razie są tam jakieś rzeczy do dyskusji. I czy autor by się zdecydował. Autor napisał, że takie odchudzenie, czy też taka redakcja zawsze dobrze robi książce.
Ale czy wydawca zechciałby zasugerować chociażby obszary, w których ma się poruszać? Na co wydawca mu odpowiedział, że to już pozostawia do jego decyzji. Ja powiem tak: już pomijam fakt, że ta książka raz nadawała się, a raz się nie nadawała, bo to już zaczyna zakrawać na to, że wydawnictwo źle się bawi. To jest pierwszy element. Ten autor tak naprawdę mógł poprawiać tę książkę przez najbliższe 10 lat, bo nigdy nie wiadomo, czego wydawca sobie życzy. Jeżeli dochodzimy do takiego etapu i widzę tutaj wydawnictwo, które pan reprezentuje, sprawa jest stawiana uczciwie. Skoro już decydujemy się, że książka jest ciekawa i decydujemy się pracować z autorem, to rozmawiamy o pewnej materii pisarskiej, o pewnych konkretach, a nie mówimy: „Proszę coś poprawić, a jak się nam spodoba, to wydamy”. Myślę, że to jest podejście co najmniej nieuczciwe. Co więcej, dlaczego przytaczam tę historię? Ona mi się wydaje z jednej strony dowodem na to, że wydawnictwa czasami sobie – szukam dobrego słowa – pogrywają z autorami.
Nie wiem, dlaczego to robią. Być może pan zna odpowiedź, to za chwilę zapytamy. Ale niektóre wydawnictwa sobie pogrywają z autorami i to, myślę, jest po prostu nieuczciwe. Bo autor, obojętnie czy napisał dobrą, czy złą książkę, to oczywiście rzecz do dyskusji zawsze. Natomiast myślę, że uczciwość wobec autora to jest ta podstawa, która mi w gruncie rzeczy w pana wydawnictwie imponuje. Ale zadaję to pytanie, które zadałem wcześniej: jak to jest z tymi wydawcami? Pan ma lepsze rozeznanie, jeśli chodzi o to, jak to wygląda.
[02:23:10] - Odwołam się do tego, że ja wydawcą się nie czuję. Natomiast powiem tak: dziękuję za komplementy, ale nigdy nie jest tak różowo. Nie będziemy tutaj wymieniali nazwisk, ale na przykład jedna z autorek, którą cenię i lubię, ma uzasadnione lub nie pretensje, bo uważa, że kiedyś nie odpowiedzieliśmy na jej ofertę. Ja wiem, że odpowiadałem. Trudno czasami przewidzieć, co się dzieje. Technologia bywa zawodna, e-mail wpadnie do spamu i tak dalej. A przy tej ilości tekstów, jakie my mamy, zakładam, że duży wydawca ma ich jeszcze więcej. Gdzieś jest też miejsce na błąd. Tam są także ludzie. Ludzie, którzy obsługują.
Może ten sam tekst trafił do dwóch różnych recenzentów. Każdy z nich, jeden odpowiedział. Jeżeli jest inaczej struktura, jeden decydent powiedział, że nie, a drugi powiedział, że tak. I to były dwie różne osoby. Chociaż mówimy jeden wydawca. Ja zawsze wierzę w coś takiego, chociaż to nie jest popularne ostatnio. W razie wątpliwości warto zapytać, warto się dowiedzieć. Po drugiej stronie też jest człowiek. Może miał słabszy dzień, może się wydarzył. Nie chcę być matką Teresą.
Nie mam do tego zapędów. Raczej jestem raptusem. Łatwiej się radzi, niż to robi. Natomiast zdaję sobie sprawę, jak często jest to trywialna kwestia, jakiś błąd ludzki. Pamiętam, że kiedyś odpisałem dwóm autorom. Autor w ogóle napisał, że tak, fajnie, ale on nie rozumie, co ja do niego piszę. Okazało się, że przypadkowo wtedy jeszcze nie mieliśmy rejestru, były dwa teksty o bardzo podobnej nazwie. Tam był bodaj taniec i tańce. Dalej szło już tak samo. I popełniłem błąd.
Można powiedzieć autor właściwie, który napisał dobry tekst, dostał dosyć krytyczne uwagi, które w ogóle były z czapy. Dobrze, że zapytał. Okej, dobra. Nie ten tekst. Pomyłka, moja wina. Ale to się zdarza. Gorzej w momencie, kiedy stwierdzamy, że jest to celowe. Ja nie wiem, jaki cel miałbym. Jeżeli tekst jest dobry, to chcemy go wydać, bo ostatecznie nawet na tym trudnym rynku dobry tekst to jest zarobek dla wydawnictwa. Niepewny, późny i tak dalej, ale zarobek jest.
Więc wydanie dobrego tekstu leży w interesie wydawców. Z tym że bardzo często spotykamy się z takim przeświadczeniem, że jak czytam na forach, że są zmowy wydawców, żeby nie dopuszczać zdolnych debiutantów i tak dalej. Sądzę, że to nie do końca prawda. Patrząc zupełnie poważnie po sobie, jeżeli mi się trafi dobry tekst, ja nie pytam debiutanta. Na przykład Remigiusz Morawski, kiedy się u nas wydawał, ja nie miałem w ogóle świadomości, że Remigiusz coś wcześniej wydał. My oceniliśmy tekst. To tekst nas zainteresował, bo to tekst wydajemy. Autor jest ważny. Później ta relacja z autorem jest coraz mocniejsza. Mówimy o naszych autorach.
Natomiast na początku jest tekst, na początku było słowo i o tym rozmawiamy. Natomiast błędy się zdarzają. Moja rada w ogóle dla wszystkich, którzy piszą: jeżeli wydawca nie odpowiada, przypomnijmy się. Jeżeli jest jakiś zator komunikacyjny. Nie będę ukrywać, część naszych bet mieszkała na terenie dotkniętym przez ten huragan. Od miesiąca ci ludzie nie mają niektórzy prądu i internetu. Teraz wszystkie książki, które są u nich. Ja wiem, że będziemy się spóźniali z odpowiedzią o miesiąc i tak dalej. Tam, gdzie mieliśmy możliwość, bo te rejestry nasze przy tej ilości tekstów to nie jest tak zautomatyzowane. Dostaliśmy informację: „Słuchajcie, będzie później”, ale też trzeba wziąć pod uwagę zdarzenia losowe.
Często jest tak, że książka opóźnia się z wydaniem, bo na przykład na ostatnim etapie tak się też zdarzało. Mieliśmy już tekst złożony, gotowy do wydania, prawie do drukarni. Beta wróciła z długiego urlopu i wychwyciła błąd, że od połowy książki wyzwalamy niewolników, co jest wzruszające, tylko że w pierwszej połowie oni nie są niewolnikami. Okazuje się, że w ramach prac redakcyjnych autor, redaktor, korekta i inne bety przegapiły prosty fakt, że ze względu na uwiarygodnianie tego świata, gdzie niewolnictwo nie pasowało, wycięto niewolnictwo. Ale ten wielki, wzruszający moment, jak patron już wyzwalający swoją niewolnicę został, bo to był ten punkt kulminacyjny. I on został. Co zrobić w tej sytuacji? Musieliśmy wstrzymać druk książki, znowu zgłosić w Empiku, gdzie jest pewien proces, trzeba z wyprzedzeniem to zgłosić. Wszystko się odwlekło. Można winić wiele osób, można się samobiczować, po prostu się zdarza.
Jeżeli ktoś odmawia sobie lub innym prawa do błędu, to przykro, ale zawsze będzie znajdował się w sytuacji, w której będzie zły na kogoś.
[02:27:55] - Będzie prześladowany, będzie się czuć prześladowany.
[02:27:58] - Bo na pewno to jest wymierzone, bo ten wydawca na pewno jemu źle życzy.
[02:28:05] - Myślę, że warto sobie zapamiętać to, co mówił nasz gość, bo rzeczywiście młodzi autorzy mają tendencję do snucia spiskowych teorii, jak to są niszczeni i jak to mogą być niszczeni przez wydawców. Warto o tym pamiętać. Myślę, że zanim przejdziemy do ostatniej części audycji, w której będziemy mówić o warsztatach literackich i które, to mogę już chyba powiedzieć, będziemy o nich mówić wspólnie i będziemy też realizować później wspólnie z wydawnictwem Genius Creations. To może najpierw posłuchajmy wspomnianej już Fazy Rem. Marku, oddajemy ci głos.
[02:28:54] - Agnieszka Sudomir "Miasto obiecane". Faza Rem. „Szlag by to!” Słowa postawnego mężczyzny odbiły się echem po pustej ulicy. Śliskie, jeszcze oblepione nocną mgłą łódzkie chodniki nie sprzyjały pośpiechowi. Komisarz Igor Blattner potknął się i ledwie łapiąc równowagę, przejechał ramieniem po brudnej fasadzie kamienicy. Na rękawie skórzanej, mocno wysłużonej kurtki widniało solidne otarcie. „Wyglądam jak fleja” – pomyślał. – „Totalna fleja”. Faktycznie, dziś na pierwszy rzut oka nie różnił się specjalnie od okolicznych mieszkańców, którym zdarzało się potykać na brudnych chodnikach Wschodniej o 4:30 nad ranem. Tylko równowagą komisarza nie zachwiewała wódka, a zwyczajne zmęczenie.
Właściwie nadzwyczajnie. Od dobrych 20 godzin był na nogach. Krótki prysznic w robocie nie wystarczył, by doprowadzić się do ładu. Na luksus zmiany ubrania Blattner czasu nie znalazł. Nawet gdyby miał kiedy odpocząć, niewiele by to dało. Na palcach jednej ręki mógł policzyć godziny, które w ciągu ostatnich nocy zdołał uczciwie przespać. Słuchał muzyki, oglądał telewizję, szperał w internecie, a resztę wlokących się w nieskończoność minut przewracał się z boku na bok w przepoconej pościeli, wciąż na nowo układając poduszkę, aż ta w końcu zaczynała przypominać kamień. Zdarzały się także długie sekundy zawieszenia między snem a jawą. Organizm się wyłączał, co jednak nie przynosiło wytchnienia. Przez nocne koszmary Blattner budził się bardziej wyczerpany, niż gdyby nie spał w ogóle.
Czasem po prostu bał się zamknąć oczy. Pod zaciśniętymi powiekami widział drobną postać. Ładnie ubrana, sześcioletnia dziewczynka wpatrywała się w niego oskarżycielskim wzrokiem. W wyobraźni komisarza sukienka była nieskazitelnie czysta. W rzeczywistości koloru sukienki mógł się jedynie domyślać z nielicznych, wolnych od krwi skrawków. Chwilę później ostatnie pomarańczowe kwiatki zalała czerwień. Nienawidził tych snów. Kiedy się budził, przez kilkanaście długich sekund wierzył, że dziewczynka żyje. Potem przypomniał sobie imię. Basia.
Basia. Basia. Sylaby wbijały się w mózg niczym pneumatyczny młot. Na koniec zjawa zmieniała się w prawdę. I znów musiał oglądać maleńkie, bose, bezradnie rozrzucone na asfalcie stopy. Dlatego tak bardzo nie lubił małej ze snu. Okłamywała go i sprawiała ból. Minęło prawie osiem miesięcy, a on wciąż na nowo przeżywał jej śmierć. Tamtego upalnego sierpniowego ranka nie mógł zrobić nic więcej. Sam wiedział najlepiej.
W zderzeniu z szaleństwem, z desperacją psychopaty żaden człowiek nie ma szans. Kiedy Blattner wyskoczył na ten cholerny dach, dostrzegł jedynie eleganckie, ciemnobrązowe buty. Buty księgowego, przyjaciela rodziny ofiary. Sekundę później dziewczynka i jej oprawca lecieli w dół. Niewiele pamiętał z tego, w jaki sposób znalazł się z powrotem przed blokiem. Winda się zacięła. Albo zbyt długo nie chciała przyjechać. Albo tak mu się tylko zdawało. Jedenaście pięter po schodach pokonał, jakby ktoś zagiął czasoprzestrzeń. Był na dachu, a chwilę potem klęczał na rozpalonej czarnej powierzchni przy maleńkiej, nienaturalnie wykrzywionej dziecięcej nóżce.
Nie potrafił sobie wybaczyć, że nie uratował Basi, ale nie mógł też odżałować, że pozwolił gnojowi uciec w śmierć. Podczas zawieszonych między snem a jawą chwil w głowie komisarza roiły się najwymyślniejsze spośród tortur. Bezlitośnie, na tysiąc sposobów zadawał psycholowi okrutny ból. Uśmiercał drania, wskrzeszał i znów się nad nim znęcał, aż wreszcie gwałtownie się budził. Zalany potem, nieprzytomny z niewyspania i przerażony. Przerażony sobą. Przecież był policjantem, stróżem prawa, normalnym człowiekiem. A jednak w nocnych majakach nie różnił się od psychopaty. Igor Blattner głęboko wierzył w sprawiedliwość. Wierzył w uczciwość.
Prawo. W komendzie złośliwi nazywali go czasem panną niewydymką. Wiedział o tym. Był nieugięty. Nie pozwalał sobie na żaden relatywizm. Od lat nikt nawet nie próbował go korumpować. Dla komisarza świat miał prostą konstrukcję. Popełniasz zbrodnię, idziesz siedzieć. Wyśtępek nie zasługiwał na wybaczenie. Zasługiwał wyłącznie na sprawiedliwą karę.
Właśnie dlatego kilka lat temu Blattner wyszedł z domu i nigdy tam nie wrócił. Rozumiał, dlaczego Eliza go zdradziła. Nie był dla niej ani wsparciem, ani kochankiem. W pogoni za złymi stracił z oczu własną żonę, ale uważał, że tylko odpowiednia kara wyrównuje siły w przyrodzie. Najpierw sprawiedliwość, potem rozmowa. Wyszedł więc w ciemną noc z jednym plecakiem, nie zważając na błagania Elizy. Do rozmowy nigdy nie doszło. Spotkali się dopiero podczas sprawy rozwodowej. Na sądowym korytarzu nazwała go skończonym dupkiem, który udaje świętoszka. Nie był hipokrytą.
Wtedy naprawdę wierzył, że postąpił słusznie. Jednak Eliza miała prawo do rozgoryczenia. Zwykle przegrywała z jego pracą. Pamiętał sporo takich momentów, jak wtedy, kiedy jej brat się rozbił na motorze albo kiedy usłyszała wyrok, że nie będzie mogła mieć dzieci. Nie opuścił posterunku, żeby wspierać żonę. Zawsze musiała radzić sobie sama. On miał inne, ważniejsze sprawy. To także mu wykrzyczała. Może i był zakutym łbem, ale nie potrafił się zmienić nawet wtedy, kiedy widział w jej wściekłych oczach ciepłą iskierkę nadziei, że człowiek, z którym spędziła kilkanaście lat, uczyni jakiś ruch, drobny gest, by ją powstrzymać od wejścia na sądową salę. Nie zrobił nic.
Jego małżeństwo się skończyło i sam był autorem tej porażki. Wstyd przyznać, że obok żalu poczuł ulgę. Tak naprawdę rola męża zawsze go uwierała. Z rozwodem skończył się też inny, trudny dla niego temat. Mimo wielu wad nie był potworem. Rozumiał, że Eliza pragnie mieć dziecko. Widział cierpienie żony i było mu jej szczerze żal. Tak zwyczajnie, po ludzku. Coraz częściej wspominała o adopcji. W którymś momencie zgodził się na wizytę w ośrodku.
Czuł się jednak emocjonalnie szantażowany, postawiony pod ścianą. Myśl o byciu ojcem go przerażała. Zdawał sobie sprawę, że litość nie jest dobrym doradcą w takich sprawach. Z drugiej strony wiedział, jak bardzo rozczaruje Elizę. Dlatego wciąż odwlekał ostateczną decyzję. Przechodząc obok kolejnej kamienicy, Blattner dostrzegł, że w mijanym mieszkaniu nadal trwa impreza. Przez brudne okna widać było dwóch młodych mężczyzn. Jeden z nich właśnie nalewał do szklanek wódkę. Na środku pokoju, ledwie trzymając się na nogach, tańczyła sporo od nich starsza kobieta. Mają zdrowie — pomyślał i zapiął suwak kurtki pod samą szyję.
Znał szaleństwo świata. Wiedział, że gdyby miał kiedyś dziecko, obojętnie własne czy adoptowane, nie mógłby spokojnie zasnąć. Za bardzo by się o nie bał. Co prawda teraz też nie mógł spać. Z początku udawał przed sobą, że przez tamtą akcję na dachu wieżowca. To by miało sens. Trauma może dotknąć każdego. W głębi duszy jednak dobrze wiedział, że nie śpi z powodu pokiereszowanego sumienia. Nie miał pojęcia, że sumienie może aż tak dokuczać. Kiedyś gdzieś wyczytał, że boli tylko do czasu.
Tylko za pierwszym, drugim razem. Potem się znieczula. Najwyraźniej nie w jego przypadku. A może ciosy w splot słoneczny przyzwoitości były zbyt silne? Pierwszy: Basia, dziewczynka w pomarańczowej sukience. Czy mógł coś jeszcze zrobić? Co? Do cholery, co? Nie miał pojęcia, ale ciągle o tym myślał. Drugi: Eliza.
Nie potraktował jej sprawiedliwie. Zaspokoił żądzę zemsty. Pojął to jak na siebie dość szybko, jednak zbyt późno, by cokolwiek naprawić. Wreszcie cios trzeci, najbardziej niezrozumiały. Ada, żona Krzysztofa, najlepszego kumpla z liceum. Potem było jeszcze zabawniej. Musieli często współpracować. Aż dziw bierze, że ta eteryczna, drobna blondynka o twarzy dziecka i niewinnym zielonym spojrzeniu wybrała medycynę sądową. Najgorsze barachło. On sam, choć niejedno przeżył, czasem z trudem znosił widok, jaki przedstawiały sobą ofiary wypadków czy morderstw.
Za to Ada bez mrugnięcia okiem kroiła zmasakrowane zwłoki. Nigdy nie zauważył u niej choćby śladu zaszokowania czy obrzydzenia. Wyłącznie chłodny profesjonalizm. Przez wiele lat podświadomie unikał jak ognia jakiegokolwiek sam na sam. Przecież miał żonę, którą kochał. Pieprzenie! Lubił Elizę. Bardzo, ale to za Adą skoczyłby w ogień. Jednak był przyzwoity. Na tyle, żeby ignorować własne pragnienia.
Jak więc do tego doszło, że on, nieugięty, bezkompromisowy zwolennik słusznej kary od paru miesięcy oszukiwał swojego najlepszego kumpla, kradnąc mu kobietę? Sam do końca nie wiedział. Nie rozumiał. Za dużo alkoholu. Słabszy moment. Ada z Krzysztofem mieli kłopoty i stało się. Raz. Miało się nie powtórzyć, ale się powtórzyło. I tak od pół roku. Było jasne, że szybko coś z tym trzeba zrobić, inaczej wyrzuty sumienia go zabiją.
Wiedział, że przyjdzie mu słono zapłacić za marzenia i że tak naprawdę niewiele ma do zaoferowania kobiecie. Krzysztof go znienawidzi. Znajomi nie okrzykną ich parą roku. No i cały ten burdel na komendzie. Ktoś w końcu coś zwęszy. Chłopaki będą gadać, a w męskim świecie żony kumpli są nietykalne. Mimo to za wszelką cenę pragnął zatrzymać Adę przy sobie. Coraz mocniej wierzył, że wszystko jakoś się poukłada. Oczywiście gdzieś tam w tyle głowy brzęczała natrętna myśl, że to dziecinnie naiwne, ale miał już serdecznie dość asekuranctwa. Tak, chciał być naiwny, głupi, nieostrożny.
Ten jeden raz.
[02:40:32] - Dziękujemy Marku za kolejny fragment. No i cóż panowie, teraz zrobimy prywatę. Od jakiegoś czasu mówiliśmy już z Wiktorem o naszym nowym projekcie, o warsztatach. Roboczo się to nazywa Bibliotekarium Warsztaty Literackie. Może trochę na wyrost. W każdym razie idea była taka, że sporo pism różnego rodzaju obecnie w Polsce wychodzi. Mało nakładowych, wielko nakładowych. Nawet te wielko nakładowe, ten nakład wielki jest tylko z nazwy. Doszliśmy do wniosku, że warto byłoby otworzyć kolejny kanał z możliwością publikacji. A ponieważ wychodzimy z założenia, że nie zaczyna się pisania od pisania grubaśnej powieści, tylko raczej od form mniejszych i na tych mniejszych formach, krótszych formach człowiek się właściwie uczy warsztatu.
I bardzo rzadko zdarza się, że ktoś jest w wieku lat 13, 17, nawet 18 gotowym, skończonym pisarzem, który umie już wszystko i właściwie tylko siadać i pisać kolejne grubaśne dzieło. Doszliśmy z Wiktorem do wniosku, że warto by coś w rodzaju warsztatów takich na antenie urządzić. I tak to sobie wykombinowaliśmy, że będziemy czekali na teksty naszych słuchaczy. Te teksty notabene zaczynają już powoli spływać. I mówiąc szczerze, dzisiaj Wiktora zaskoczyłem, bo dałem mu do poczytania i był autentycznie ucieszony tym, co do nas dotarło. To dobrze chyba prognozuje. W każdym razie czekamy na teksty wszystkich naszych słuchaczy, ale może też znajomych naszych słuchaczy i znajomych znajomych naszych słuchaczy. Będziemy je oceniać na antenie, ale bardzo przyjaźnie. Co to oznacza przyjaźnie? To znaczy tekstów, o których nie będziemy się chcieli wypowiadać albo nie przypadną nam do gustu idąc śladem dzisiejszej krótkiej dyskusji, po prostu nie będziemy oceniać.
Natomiast teksty dobrze rokujące, teksty, które są gdzieś na granicy drukowalności będziemy omawiać i podpowiadać, jak można je poprawić oraz przy okazji będziemy też publikować. Tu zadanie dla naszego nieocenionego Marka, który pracowicie czyta nam na antenie poszczególne dzieła literackie, więc będą te teksty w formie takich małych audiobooków. Może audiobooków to jeszcze przesada. W każdym razie będą odczytywane, a raz na jakiś czas zaplanowaliśmy sobie, że to wstępnie będzie raz na kwartał. Będziemy sklejać sobie z tych gotowych, przeczytanych tekstów takiego dłuższego audiobooka na przykład do przesłuchania gdzieś w drodze z pracy do domu jako MP3 chociażby. Tak to sobie wymyśliliśmy i wtedy skontaktowaliśmy się z naszym dzisiejszym gościem, który zaproponował nam dodatkowy bonus. Oddajmy głos gościowi.
[02:43:52] - Z tego, co pamiętam, ja zaoferowałem coś, co wydaje się naturalne. W momencie, jeżeli w ramach warsztatów pojawią się teksty wartościowe, które uznacie za godne wydania, to z naszej strony mamy już na sumieniu jedną antologię. Druga jest w tej chwili w przygotowaniu, były to antologie pokonkursowe. Możemy jak najbardziej wydać trzecią antologię powarsztatową, w której te najciekawsze teksty się znajdą. Co do formuły, trzeba będzie ją wypracować. Autorzy otrzymają oczywiście wynagrodzenie w tym momencie podpisując umowę wydawniczą. Czy jest to jakiś dodatkowy bonus i zachęta? Wydaje mi się, że tak. Natomiast z naszej strony jest tylko jeden warunek, jaki chcielibyśmy postawić. Chcielibyśmy, żeby to były teksty debiutantów.
To znaczy, żebyśmy pracowali z tymi, którzy tak naprawdę jak najbardziej tej pomocy potrzebują, bo to jest ta bariera, o której wcześniej mówiłem. Wiele osób chce pisać, bardzo wiele osób chce pisać. Jeszcze więcej czuje chyba takie niespełnione marzenie o zostaniu pisarzem. Nawet nie próbuje, żeby to po prostu dało szansę im na stworzenie tekstów, które będzie można opublikować.
[02:45:07] - I dlatego tak bardzo wspólnie z Wiktorem zachęcam do tego, żeby udział w warsztatach wziąć, ponieważ wspólnie możemy stworzyć coś, co będzie ważne. Dlaczego mówię wspólnie? Bo wbrew pozorom to nie jest tak, że z takiego kontaktu z młodymi autorami to tylko młody autor coś zyskuje. I to jest właściwie myśl zaczerpnięta od Wiktora. Wbrew pozorom każde zetknięcie się z tekstem nawet niedoskonałym, nawet takim, który jeszcze nie przekroczył bariery drukowalności czy też rozpowszechniania Zostawia jakiś ślad w czytelniku, nawet w czytelniku, który ileś tam tekstów w życiu przeczytał. Bo chyba przyznasz Wiktorze, te dzisiejsze teksty, które dałem ci do poczytania, to nie było może mistrzostwo świata, ale to były teksty, które dobrze rokują.
[02:46:09] - Ja wiem, że tak wyrywkowo żeś mi to wrzucił. Rzuciłem okiem, przeczytałem krótkie, dowcipne shorty i tak dalej. Oczywiście ja się nie spodziewałem, że od razu odczytam jakiegoś Lnoska, Kutegawę czy innego wielkiego pisarza. Natomiast ja chcę wyczuć jedną rzecz. Ten tekst jest do kitu. Ten tekst jest może nie taki, ale ja muszę złapać, że to skrzydło ma siłę nośną, że ten facet ma jakąś pasję.
[02:46:47] - Albo kobieta.
[02:46:49] - No dobrze. Ten gość, ta gościni ma siłę nośną i z tego coś może być. Może jeszcze ten tekst nie jest taki, żebym ja padł na kolana, że tak powiem. Natomiast ten gość ma żyłkę. Jeśli popracuje nad sobą, to będzie fruwał. To jest ewidentne. A to się wyczuwa po pierwszych tekstach. Z tych tekstów, które dałeś mi do przeczytania, one są sympatyczne przede wszystkim. A to jest najważniejsza rzecz. Jest poczucie humoru, jest jakiś dystans wobec tego całego.
Nie ma tam nadęcia, nie ma napuszonego celebrowania wielkiej literatury. Jest pewien luz, taki młodociany. Bardzo mi się podobają.
[02:47:40] - To ja jeszcze odpowiem na pytanie, które się pojawiło na czacie. Brzmi to pytanie tak: pisać na jakieś konkretne tematy? Powiem w ten sposób, że wymyśliliśmy sobie z Wiktorem, że będziemy preferować oczywiście fantastykę, fantasy, sensację, kryminał. I ktoś mi zarzucił, bodajże na Twitterze, że szkoda, że ograniczamy gatunkowo. No więc dobrze. Do warsztatów na pewno będziemy przyjmować wszelką prozę. Natomiast z pewną preferencją tych wymienionych wcześniej gatunków. Natomiast powiem tak, że naprawdę dobra proza, jeśli naprawdę będzie dobra, to obroni się sama. To nie jest tak, że my zamykamy, zatrzaskujemy drogę, zatrzaskujemy bramę przed jakimś dobrze rokującym pisarzem. Mamy swoje preferencje, tak jak każdy.
Mamy swoje ulubione gatunki i pewno się tego nie pozbędziemy. Natomiast zachęcamy naszych słuchaczy, zachęcamy znajomych naszych słuchaczy i tak dalej. Już nie będę tego ciągnął. Do przesyłania tekstów wszelkich. Ograniczenie, tak jak powiedziałem wcześniej w poprzednich audycjach, jest jedno. Te teksty nie powinny mieć więcej niż 10 tysięcy znaków brutto. Brutto to znaczy razem ze spacjami, bo w końcu jeśli chce się mieć spacje, to też trzeba uderzyć w jakiś klawisz. W związku z tym te 10 tysięcy plus minus ileś tam znaków. Oczywiście, jeżeli ktoś napisze 10,5 tysiąca, to też się nic nie stanie. Natomiast jak już zacznie ciągnąć w kierunku 11, to niechętnie.
[02:49:24] - Może będzie teraz pisać bez spacji.
[02:49:27] - Tak, jak będą pisać bez spacji, to my będziemy czytać bez spacji i takie będą tego efekty. Natomiast myślę, że jeśli chodzi o warsztaty, to myślę, że ta perspektywa, którą zarysował nasz gość, czyli możliwość znalezienia się w orbicie zainteresowań wydawnictwa. Poważnego wydawnictwa. Chociaż nasz gość się tutaj wzbrania, że nie jest liczącym się graczem i tak dalej, to my pozostaniemy przy swoim zdaniu. W każdym razie możliwość wejścia w orbitę takiego liczącego się wydawnictwa myślę, że dla początkującego autora chyba jest ważna. Ważne jest też to, że wydawnictwo naszego gościa, Genius Creations, nie publikuje tak naprawdę zbiorów opowiadań. To są takie rzeczy, które się zdarzają, ale to są plony konkursów. Natomiast generalnie nie publikuje zbiorów opowiadań, a od czegoś trzeba przecież zacząć. Naprawdę, proszę mi wierzyć, moja wiara i moje przekonanie o ludzkim talencie jest ogromne. Ale naprawdę coraz trudniej mi jest uwierzyć, że debiutant 18-letni napisze powieść na 600 tysięcy znaków i ona będzie nadawała się od razu do druku.
Tak się może oczywiście zdarzyć. Ja nie wykluczam żadnej możliwości. Niemniej jednak gros przypadków będzie takich, że może jednak zacząć od krótszych form.
[02:51:08] - Tym bardziej że z krótką formą bardzo łatwo załatwić pewne problemy. Na przykład w jednej z nowel, którą żeś mi dał dzisiaj do przeczytania, miałem na pierwszy rzut oka natychmiast uwagę do autora. Świetna historyjka, ale ja bym mu zaproponował, oczywiście on może się tego nie posłuchać i i tak będzie historia do zaakceptowania. Natomiast ja bym mu zaproponował, żeby napisał ją w pierwszej osobie. To jest tylko półtorej strony tekstu, czy stroniczka niecała. Ale wystarczy, że napisze ją w pierwszej osobie i według mnie ta historia nabierze takiego tempa, taka perspektywa się zmienia, bo nie staje się to obserwacją zewnętrzną, ale nagle jest wewnątrz. To ja robię. Również ja jako czytelnik. To moja historia. I w tym momencie nagle to nabiera tempu, a pracy przy tym jest minimum, bo historia jest bardzo fajna, prosta i czytelna.
[02:52:13] - Przypomnę ci drugie opowiadanie, w którym właściwie warto byłoby zmienić szyk ostatniego zdania.
[02:52:20] - Tak, tylko.
[02:52:21] - I zupełnie coś pojawia się. Pojawia się jakaś nowa jakość.
[02:52:25] - Przy powieści to trzeba mnóstwo rzeczy czasami pomanipulować. A tu wystarczy szyk zdania zmienić i nagle masz błyskotliwy list. W takim sorcie krótkim.
[02:52:37] - Podsumowując, zapraszamy wszystkich do uczestnictwa w warsztatach Bibliotekarium, do przesyłania nam tekstów. Na pewno, tak jak powiedziałem na początku, zostaną potraktowane przyjaźnie. Będziemy przyjaznymi recenzentami, to znaczy nikomu krzywdy na antenie nie zrobimy. Jeżeli będziemy mieli jakieś poważne uwagi, na pewno znajdzie to odbicie w jakiejś korespondencji mailowej pomiędzy nami a autorem. Natomiast nikt tu nie będzie piętnowany, to już z całą pewnością. A myślę, że perspektywa tego, że opowiadanie może się stać elementem audiobooka. Tak naprawdę to my zamierzamy z Wiktorem wydawać coś w rodzaju kwartalnika, tylko dźwiękowego. Takiej formy jeszcze, w każdym razie nie jest popularna. Może tak to określmy, bo mówić dzisiaj, że czegoś jeszcze nie było, to jest duże ryzyko. Więc w każdym razie nie jest to forma popularna.
Jakaś nowa. Powiem ze swojego doświadczenia. Słuchanie własnych tekstów czytanych przez lektora czy też odgrywanego przez aktorów to jest zawsze niezapomniane przeżycie. Ja do dzisiaj pamiętam swój pierwszy raz, kiedy słuchałem swojego słuchowiska, to ja właściwie nie mogłem się uspokoić. To znaczy przeżywałem bardzo mocno. Niby znałem to od pierwszej wielkiej litery do ostatniej kropki, ale było to niezapomniane przeżycie i każdemu życzę. No cóż, zbliża się godzina 23. Myślę, że czas najwyższy, żebyśmy dzisiejszą audycję powoli kończyli. Bardzo dziękujemy naszemu gościowi. Myślę, że te meandry, które nam opisał, życia wydawcy były ciekawe, a przy okazji mieliśmy okazję poznać ciekawych autorów, ciekawe autorki.
To myślę i to powiem od razu. Te fragmenty, których dzisiaj słuchaliśmy, one się jeszcze w szerokim rozpowszechnieniu nie znalazły. 30 września pojawią się książki i dopiero wtedy będzie można po całość sięgnąć. Więc jakiś rodzaj przedpremiery. Jeszcze raz bardzo dziękujemy.
[02:55:15] - Dziękuję za zaproszenie.
[02:55:17] - Dziękujemy za wsparcie naszej inicjatywy związanej z warsztatami literackimi. To zawsze jest dodatkowa, przynajmniej dla nas, wartość. No i cóż, jeszcze jeden obowiązek, który na mnie spoczywa, czyli zapowiedzenie tematu następnej audycji. I powiem tak. Po raz pierwszy wpływ na wybór tematu miał nasz słuchacz, który w jednym z wpisów pod kanałem YouTube, na którym się audycje nasze znajdują, znalazła się taka uwaga, że on oczywiście nie śmie nic sugerować takim starym wyjadaczom. Ujął to trochę delikatniej, że takim starym wyjadaczom nie chce nic sugerować, ale ciekawa byłaby audycja o prozie Waldemara Łysiaka. I doszliśmy do wniosku, że Waldemar Łysiak kilka ciekawych książek w swoim dorobku ma.
[02:56:15] - Doszedłeś do wniosku. Ja krzyknąłem z zachwytem na ten pomysł.
[02:56:20] - Dobrze. A jest autorem Waldemar Łysiak, który dzisiaj po części jest właściwie zapomniany. Jego największe książki gdzieś tam się już troszeczkę pokryły kurzem. On oczywiście jest cały czas publikującym publicystą. No dobrze, publikującym felietonistą i gdzieś tam się jego teksty pojawiają, ale takie książki jak „Flet z mandragory” czy „Empirowy pasjans” to jest dzisiaj proza dla wybranych. A jeśli przypomnę, że na podstawie jego prozy w latach 80. zrealizowano Teatr Telewizji pod tytułem „Selekcja”, o którym później bardzo długo dyskutowano i wszyscy mówili: „Ty, widziałeś to? To było niesamowite!” To myślę, że warto o tym autorze troszeczkę porozmawiać. Może nie zawsze z zachwytem.
[02:57:19] - Ja zawsze.
[02:57:20] - Dobrze, ty zawsze. Ja może trochę mniej na kolanach, a myślę, że punktem wyjścia do tej dyskusji, takim bardzo luźnym, będzie właśnie wymieniona wcześniej przeze mnie książka „Empirowy pasjans”. I od tego pewno zaczniemy. A teraz jeszcze raz dziękujemy naszym słuchaczom za wysłuchanie. Dziękujemy naszemu gościowi i cóż, do usłyszenia za dwa tygodnie.
[02:57:48] - A mówili te słowa do państwa Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz gość specjalny. Dzięki jeszcze raz panowie.
[02:57:56] - A ja może jeszcze raz gościa przedstawię. To powiedzmy moja i tylko moja wina. Naszym gościem był założyciel wydawnictwa Genius Creations, pan Marcin Dobkowski.
[02:58:11] - Dziękujemy jeszcze raz, panie Marcinie. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Tak jak mówił Marek Żelkowski przed chwilą, ponownie usłyszymy się za dwa tygodnie w kolejnym odcinku „Bibliotekarium”. A dzisiejszy odcinek pozwolicie państwo, że zakończymy utworem muzycznym nawiązującym po części do słowiańskiej tematyki, która dzisiaj była bardzo obecna w naszych powieściach prezentowanych na antenie. Będzie to mianowicie utwór kompozytora zza wschodniej granicy, z Ukrainy Olesya Kabanova. Utwór zatytułowany „Spotkanie”, mocno inspirowany właśnie tematyką słowiańską. Takie połączenie wątków słowiańskich, elementów ambientowych, world music, muzyki również elektronicznej i różnych innych ciekawych stylów. Tak więc taki będzie dzisiaj koniec muzyczny „Bibliotekarium” Radio Paranormalium. Paranormalny głos w twoim domu. Dobronoc i do usłyszenia.