[00:26] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek audycji dedykowanej głównie molom książkowym, ale nie tylko. Audycji zatytułowanej Bibliotekarium. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". A dzisiaj po drugiej stronie hangouta są z nami jak zawsze gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Witajcie panowie.
[00:49] - Dobry wieczór.
[00:50] - Dobry wieczór.
[00:51] - Punktem wyjścia do dyskusji w dzisiejszym odcinku Bibliotekarium będzie książka, która sporo namieszała na rynku wydawniczym, a która ukazała się w zeszłym roku, a mianowicie „Przedmurze”, czyli antologia opowiadań Marka Oramusa, Pawła Mańki i wielu innych autorów. Są to opowiadania, które wracają do tradycji socjologicznej fantastyki. Świętowała ona swoje triumfy w latach 80., kiedy to pisano utwory ku pokrzepieniu serc, ale okazuje się, że i dziś fantastyka socjologiczna trzyma się mocno, a powstały tom okazał się prawdziwym hitem. Twórcą tej antologii jest Wojciech Sadeńko. Wiele z tych opowiadań wiąże się z problematyką poprzedniego odcinka Bibliotekarium. Mianowicie problemy z rozróżnieniem, co jest wojną, a co pokojem. Opowiadania z tej antologii to lektury budzące niepokój, który objawia się w takiej formie, że gdzieś to siedzi i wspina się po człowieku jak taki śliski wąż mówiący: „A co, jeśli autor miał jednak rację?”. Bo mamy początek XXI wieku. Ciepło, spokojnie, wygodnie. Europa.
Żyjemy sobie w dobrobycie, luzik i w ogóle. A tu może się okazać, że to wszystko jest tylko ułudą, która bardzo szybko przemija. Audycję dzisiejszą oczywiście realizujemy w całości na żywo. Będzie można dzwonić po godzinie 21:00. Nasze numery telefonów to 32 746 00 08, 32 746 00 08. Numer komórkowy 53 624 193, 53 624 193. Skype radio.paranormalium.pl. Można oczywiście również pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02, 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na całodobowej transmisji na YouTube. Można nas także znaleźć na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata.
A jeżeli ktoś woli, to może nam również przesyłać pytania, komentarze lub jakieś swoje spostrzeżenia na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Halo, halo Bydgoszcz.
[03:02] - No to jesteśmy. Tak się trochę boję, jak ten dzisiejszy odcinek wypadnie, bo ja się spodziewam, mówiąc szczerze, jakiejś małej rzeźni tutaj na antenie.
[03:13] - Nie, po prostu burza wisi nad nami.
[03:15] - Tak, burza wisi nad nami. Tak świadomie miałem nie mówić dzisiaj o pogodzie, bo jak ostatnio powiedziałem o pogodzie, to burze i wicher zmiotły niemal jedną czwartą Polski, zahaczając również o Bydgoszcz, więc mieliśmy problemy z powrotem do domu.
[03:31] - To też było słychać dosyć głośno w pewnym momencie na antenie, jak gruchło, jak walnęło.
[03:37] - No to prawda, było tutaj nieciekawie. Jak wychodziliśmy, to portier w naszym biurowcu mówił, żebyśmy się zastanowili, czy chcemy jednak wyjść, bo może by jednak nie. W każdym bądź razie dzisiaj też jakaś burza i dosłownie wisi w powietrzu, bo takie gęste chmury nad nami, ale zdaje się, że burza wisi również taka intelektualna pomiędzy nami.
[04:05] - Ja jeszcze à propos zwyczai. Mówię, że mam taką drobną anegdotkę, taką niezwiązaną z tematem naszym i tak dalej. Otóż przy moim domu, czego nikt w Bydgoszczy prawie nie wie, nie zdaje sobie sprawy, rosną trzy nieprawdopodobnie piękne stare dęby, takie około tysiąca lat. One są rachityczne, poskręcane, ogromne i tak dalej. Ostatnio przeszły dwie takie potworne burze przez Bydgoszcz, gdzie połowę parków, w którym rosną te dęby, położyło na ziemi, powyrywało drzewa z korzeniami w ogóle. No tragedia tam jest.
[04:46] - No rzeźnia.
[04:47] - Rzeźnia po prostu, nie? Po każdej takiej burzy, i po pierwszej, i po drugiej wybiegłem z rozpaczą właściwie, żeby sprawdzić, co z tymi dębami, bo akurat one są po drugiej stronie domu, w którym mieszkam, więc muszę wybiec tam na dwór. No i co się okazało? W tym parku się robi coraz jaśniej, bo już właściwie niewiele drzew stoi o własnych siłach. Natomiast te dęby rachityczne, poskręcane, ogromniaste stoją tak, jakby w ogóle ich te burze w ogóle nie dotyczyły. Tam się chyba parę liści zerwało, no i troszkę żołędzi się osypało. To jest bardzo piękny obrazek drzew, które są totalnie odporne na tę burzę, a też dlatego żyją po tysiąc lat. Mam nadzieję, że coś z tej literatury, którą dzisiaj będziemy omawiać, przeżyje choćby kawałeczek tego, co te dęby.
[05:48] - Zobaczymy, na ile odporna okaże się audycja na burzę, która wisi w powietrzu. Żeby zrobić wstęp albo takie entrée do tego wszystkiego, to opowiem pewną historię. Kiedy dzisiaj przed południem zadzwoniłem do Wiktora, żeby się umówić na małą wycieczkę do radia, a Usłyszałem mniej więcej coś takiego: „Słuchaj, a czy ty jesteś pewien? Bo ja tak się źle czuję, jakoś taki chory jestem. Może byłoby nawet lepiej, żebym zachorował” — mówi Wiktor. Na co czujnie zapytałem, czy coś go boli, czy może jakiś atak kolki nerkowej, który był w swoim czasie utrącił Wiktora z jednej audycji. „Nie, żadnej kolki nie ma. Nic mnie specjalnie nie boli, ale lepiej by było, żeby mnie w dzisiejszej audycji nie było”. Drążę temat dlaczego. Bo jeszcze jak rozmawialiśmy tydzień temu o antologii „Przedmurze”, to Wiktor był zachwycony lekkością pióra autorów, o których będziemy dzisiaj rozmawiać.
Tymczasem dzisiaj Wiktor był jak chmura gradowa. Mówi: „Nie, to w ogóle się nie daje. W ogóle to mam tyle uwag i to krytycznych, że lepiej, żeby mnie nie było”. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że jednak nic tak nie wzbogaca dyskusji, jak mała awantura czy też burza. No i Wiktor jest. Natomiast rzeczywiście dzisiaj na antenie może być gorąco, bo jak sobie chwilę porozmawialiśmy, to mam czasami wrażenie, że czytaliśmy dwie różne antologie, dwa zestawy różnych autorów, a w każdym razie zupełnie inaczej to odczytywaliśmy. To może nawet lepiej, bo będzie o czym dyskutować. Przestaniemy się wreszcie ze sobą zgadzać. I tu właściwie chyba mało jest punktów stycznych.
[07:55] - Ja od razu z góry przepraszam za pewną powściągliwość, którą będę próbował zachować w czasie tej audycji, gdyż ja się będę musiał bez przerwy, proszę mnie zrozumieć, gryźć w język. Po prostu ja nie mogę powiedzieć tego, co mam do powiedzenia. Bo na przykład nie wypada, bo Marek prosi: „Błagam, tylko tego nie mów”. Więc ja będę musiał się tak kontrolować, że nie wiem, czy ja cokolwiek jeszcze powiem, ale będę próbował.
[08:26] - Powiesz, nie wytrzymasz. Natomiast zanim zaczniemy o tej antologii, to powiem jedno: antologia jest, tak jak Marek, nasz gospodarz mówił, antologia fantastyki naukowej zwanej socjologiczną, która szuka odbicia, można znaleźć w niej odbicie naszych czasów. To jest taka fantastyka często bliskiego zasięgu, która gdzieś tam jest niejako za progiem i w związku z tym ona budzi emocje. Zdecydowanie budzi emocje. W Wiktorze też budzi emocje. O tyle się fajnie zbiegło, że od wczoraj w Lublinie ruszył konwent największy w Polsce Polcon. Konwent fantastyki, gdzie pisarze odgrywają znaczącą rolę. Tych pisarzy tam zgromadzonych jest naprawdę wielu. My, nie będąc w Lublinie, w ten sposób uczcimy Polcon, że o antologii „Przedmurze” opowiemy, przedyskutujemy tę antologię. Już samo to, że antologia się ukazała, to jest moim zdaniem duże osiągnięcie Wojtka Sedeńki z wydawnictwa Solaris, które tę książkę wydało.
Ponieważ polski rynek fantastyki naukowej, o czym zresztą Wojtek Sedeńko, już nie pamiętam, czy w przedmowie, czy też w posłowiu mówi o tym, polski rynek fantastyki w tej chwili przeżywa coś takiego, co miało miejsce na Zachodzie, czyli właściwie nikogo opowiadania w formie książkowej nie interesują. Wszyscy piszą powieści, cykle powieściowe, mega cykle powieściowe. Wszystkich gonią terminy, wszystkich gonią podpisane umowy. A opowiadania to jest jakieś takie coś, co czasami trafia do Nowej Fantastyki, czasami do jakiegoś innego periodyku zajmującego się określonym typem literatury. Ale właściwie to jest rzecz poboczna. Wydawnictwa właściwie nie wydają, bardzo mało wydają zbiorów opowiadań, czy to pojedynczych autorów, czy też antologii tego rodzaju, jaką skomponował Wojtek Sedeńko. A Wojtek Sedeńko to jest osoba, która ma doskonałe predyspozycje, żeby antologie komponować, ponieważ on już na początku lat 90. dał się poznać jako świetny selekcjoner i świetny organizator tego rodzaju przedsięwzięć. To on wymyślił i sfinalizował „Wizje alternatywne”. Znakomity zbiór opowiadań, który później bodajże jeszcze w kolejnych odsłonach się pojawił, bodajże sześć łącznie.
To za jego sprawą wyszedł też inny zbiór, inna antologia, która nosiła tytuł „Czarna msza”. Już nie mówiąc o tym, że skomponował wspólnie z resztą zespołu taką antologię jak „Rakietowe szlaki”, w której ty, Wiktorze, miałeś również swoje miejsce. Tych tomów „Rakietowych szlaków” również było dosyć sporo i znalazły się tam opowiadania z historii amerykańskiej i nie tylko amerykańskiej, w ogóle światowej science fiction. A ponieważ Polska jest częścią tego świata, więc również Wiktor, ale nie tylko Wiktor w tej antologii zagościli. To tyle tytułem przedstawienia osoby, która winna jest temu, że antologia „Przedmurze” powstała. Ja bardzo mu dziękuję za tę winę, bo ja jestem z tej antologii, w przeciwieństwie do Wiktora, bardzo zadowolony. Miałem dużą przyjemność, kiedy czytałem te poszczególne opowiadania i uważam, że to jest kawał dobrej roboty. Co więcej, mam nadzieję, że to jest tylko początek pewnego przedsięwzięcia, które Wojtek Sedeńko będzie dalej dosyć konsekwentnie realizował i że przed nami jeszcze kolejne tomy. Nie wiem, czy to będą kolejne „Przedmurza”, może to będzie zupełnie inna tematyka, ale ja jestem gotowy po każdy następny tom sięgnąć.
[13:10] - Powiedziałeś, że miałeś przyjemność, tak?
[13:13] - Mhm.
[13:14] - Widzisz, gdybym ja powiedział, że miałem nieprzyjemność, to byłby komplement. Ja nie miałem nic. Zaczniemy może od tego, co powiedziałeś przed chwilą à propos upadku.
[13:33] - I niestety w tym momencie urwało nam się chwilowo połączenie z internetem. Na szczęście jednak w miarę szybko udało nam się je odzyskać i mogliśmy powrócić do rozmowy. Niestety coś urwało nagle połączenie z internetem w najmniej odpowiednim momencie. Nic nie zapowiadało tragedii, że tak powiem, na łączach, ale niestety jakiś chochlik chyba zadziałał. To chyba po wrzuceniu książki o służbach specjalnych na naszego YouTube'a radiowego. Służby coś zaczęły grzebać.
[14:04] - A ucięło— znaczy tragedia zdarzyła się, rozumiem, w trakcie przemowy Wiktora czy jeszcze wcześniej?
[14:11] - Tak.
[14:13] - Wiktorze, w takim razie przemawiaj i miejmy nadzieję, że tym razem się nie powtórzy.
[14:17] - Ale powtórzy się z całą pewnością, gdyż to opatrzność pilnuje, żebym nie powiedział tego, co mam do powiedzenia po prostu. Ja to wiedziałem od razu. Opatrzność jest pewną cenzurą, która dba o ten... No dobrze, ale żeby pominąć wszystkie rzeczy śliskie, to chciałem powiedzieć coś może na temat różnicy pisania powieści oraz krótkich shortów, krótkich opowiadań. To jest zupełnie, absolutnie inna bajka, inna dziedzina życia, inna umiejętność oddychania, bycia człowiekiem, kotem albo psem. To jest w ogóle coś innego, to nie ma ze sobą nic wspólnego. Powieść można pisać, można się gimnastykować, można gdzieś jedno ujęcie zdążyć strzelić to zdjęcie i to zdjęcie będzie rejestrowało ten moment. I taki jest mniej więcej short. Takie jest krótkie opowiadanie. Tych mistrzów krótkiego pisania było wielu, przede wszystkim za oceanem.
Niestety nie w Europie. W Europie ludzie lubią się ślimaczyć. Natomiast w Ameryce pisano krótkie opowiadania i robiono je rewelacyjnie. Otóż ostatnio taki tłumacz i przyjaciel, Krzysztof Sokołowski, zabrał mnie do Warszawy na święta. No i tam w nocy kazał mi spać, ale że ja w nocy nie śpię, więc grzebałem nocami po jego półkach z książkami i tam wyczaiłem taki zbiór opowiadań. Ich było wiele, wiele tomów wydawnictwa Solaris, czyli tego, o której książce dzisiaj mówimy. To wydawnictwo Solaris dokonało ogromnej inwestycji i wydało kilka tomów opowiadań pod wspólnym tytułem „Złoty wiek amerykańskiej SF”. To są wszystko shorty, wszystko krótkie opowiadania. Dzisiaj mówimy o polskiej fantastyce. Proszę państwa, ja was zapraszam do przeczytania tamtego wspaniałego zbioru amerykańskich opowiadań sprzed prawie stu lat.
[16:51] - Wiktor, ty wiesz co? Ty jesteś jednak zaciekły człowiek. Po prostu nie masz racji. Tam to są perełki. To, że mamy gdzieś perełki, wcale jeszcze nie oznacza, że jak otworzymy książkę pod tytułem „Przedmurze”, to także pereł nie znajdziemy. Kto wie, może nawet czarne, czyli te bardziej cenne.
[17:18] - Przed otwarciem, to okładka mi się bardzo podoba. Świetna jest w ogóle. To bardzo dobry pomysł. Bardzo fajnie, chociaż niespecjalnie do zawartości się odnosi, bo okładka jest świetna.
[17:31] - No dobrze, jest świetna, a za okładką są moim zdaniem świetne opowiadania i ja będę starał się to udowodnić. Rozumiem, że będziesz udowadniał tezę przeciwną, więc wcześniej czy później to ci gwarantuję, że się tutaj pokłócimy. Nie wiem tylko, czy będziemy się wyzywać parlamentarnie czy nieparlamentarnie. To się jeszcze zobaczy.
[17:49] - Dobrze, ja może jeszcze tak przed samym zanim do tego, bo czy to jest przypadkowa zbieżność imion i nazwisk? Bo ja tam znalazłem— jak byłem młody, to się zaczytywałem namiętnie taką powieścią „Senni zwycięzcy” oraz „Droga do Meori”. Czy to jest przypadkowa zbieżność tego nazwiska, Marek Oramus?
[18:14] - Oczywiście, że nie. Bo ta antologia, zresztą to Wojtek Sedeńko pisze— ty oczywiście nie czytasz wstępów ani zakończeń, bo po co? Oczywiście to należy do mnie, żeby czytać wstępy i zakończenia. Bo ta antologia łączy młodych i starych. Właściwie starych to jest takie faux pas. Doświadczonych autorów i tych mniej doświadczonych.
[18:39] - Ale zaraz, czy to jest ten sam autor?
[18:41] - Oczywiście, że tak.
[18:41] - To niemożliwe, panie Marku. Niemożliwe. Gdyby to było możliwe, to ja bym musiał zwątpić na przykład w dobroczynność wpływu piwa na umysł człowieka. To musi być zupełnie Na pewno nawet nie rodzina.
[18:56] - Nie zgadzam się z tobą. Jak przejdziemy do szczegółów, to sobie pogadamy o tym opowiadaniu, bo to jest opowiadanie, o którym porozmawiać trzeba. Szczególnie, że dotyka bardzo bieżących problemów. Ono oczywiście mówi o przyszłości, ale odwołuje się do tych lęków i do tego, czego się naprawdę boimy. Czy nieprawda?
[19:30] - Nie.
[19:30] - Nieprawda. Oczywiście. Dobrze. To dlaczego to jest nieprawda?
[19:37] - Ale to jak będziemy przy tekstach kolejnych. Ogólnie dla mnie ten zbiór jest taką wspaniałą klamrą. Zaczyna się od opowiadania zaraz jakiego autora?
[19:52] - Od opowiadania „Wejście w Cheban”.
[19:57] - I kończy się na wspaniałym opowiadaniu Cezarego Zbieszkowskiego.
[20:02] - Nieprawda. Ty usiłujesz być złośliwy. Kończy się opowiadaniem Marka Oramusa.
[20:09] - Nie. Zaczyna się opowiadaniem tym, kończy się na Zbieszkowskim, a potem to się kończy Oramus już tylko.
[20:18] - Dobra, nie zgadzam się absolutnie, ale przejdziemy do tego. Dobrze. Przyjmijmy zatem zasadę chronologiczną. Nie, chronologiczną nie, głupoty dzisiaj opowiadam jakieś koszmarne, bo ty mnie tak źle nastrajasz. Przejdźmy do takiej kolejności, w jakiej ułożone są opowiadania w tomie. Pierwsze opowiadanie to jest opowiadanie Zbigniewa Wojnarowskiego „Wejście w Cheban”. Dla mnie to jest opowiadanie, które w ogóle zaczyna się genialnie. To jest po prostu opowiadanie, w którym przez długi czas autor prowadzi nas w takim kierunku, że nie możemy się spodziewać tego, co nas spotyka na końcu. Wydaje nam się, że obserwujemy niecodzienną metodę prowadzenia śledztwa. Ja cały czas podkreślam, że oczywiście nie będę zdradzał narracji tego, co się dzieje w opowiadaniu.
Bardziej będę rysował problematykę. A zatem spotykamy się z taką sytuacją, gdzie policja ma możliwość prowadzenia śledztwa w taki sposób, że jest w stanie wnikać w umysły osób zamordowanych i w ten sposób odkrywać morderców. Mniej więcej oddałem treść tego opowiadania. I to, co dzieje się dalej, to już jest totalna jazda bez trzymanki. Bo najpierw autor prowadzi nas w taką stronę, że nam się wydaje, że ten pomysł się będzie rozwijać. I on się rzeczywiście rozwija. Jeden z bohaterów dochodzi do tego, o co chodzi w tym świecie. My jeszcze oczywiście tego nie wiemy i tym bardziej tego nie zdradzimy. Przekonuje w taki specyficzny sposób drugiego z bohaterów, że ten świat jest inaczej skonstruowany. A później autor robi wielkie cięcie i dowiadujemy się, o co tak naprawdę chodzi.
Z twojego punktu widzenia to jest bardzo dobre opowiadanie, bo na pewno realizuje tę zasadę, o której ty tak marzysz, czyli pomysłu błyskotliwego, rozegranego idealnie w czasie i przestrzeni. Czego ty chcesz? Co ci się nie podoba w tym opowiadaniu? Bo mnie się to opowiadanie bardzo podoba.
[22:59] - Ja mam drobne wątpliwości. Z góry powiem tak, że to opowiadanie podzielone jest na trzy części. Pierwsza, druga, trzecia. Otóż uważam, że z całego zbioru część pierwsza tego opowiadania jest jednym z najwspanialszych kawałków science fiction, jakie w życiu czytałem. Od strony literackiej dynamiki i pewnej intrygi, która się dzieje. Jest wspaniale napisana. Jest to majstersztyk, według mnie również warsztatowy. Po prostu człowiek przemyślał właściwie każde słowo. Tam jest płynność, melodia właśnie w słowach. To jest bardzo dynamiczne.
Tam nie ma żadnego zawracania głowy poezją i takimi tam dyrdymałami. To jest nowoczesna, wspaniała literatura. Ta pierwsza część. Zupełnie, pod żadnym względem nie rozumiem, po cholerę autor napisał drugą i trzecią część. Tego nie wiem albo nie rozumiem, czemu ktoś tego nie odradził. Być może powinien z kimś porozmawiać, z kolegami, z przyjaciółmi przynajmniej, żeby tego nie robić, gdyż ta pierwsza część zawiera wiele wieloznaczności. To może być tak, to może być inaczej. Tam możliwości. Daje punkt wyjścia dla wielu rozwiązań, z czego na końcu, w części drugiej autor wybiera jedno i to jest takie właściwie płaskie i drętwe.
[24:46] - Wejdę ci w słowo. W ogóle mówienie o trzech częściach to jest tak pro forma, bo trzecia część składa się tak naprawdę z trzech linijek. Nie przesadzajmy. Natomiast część druga. Ja uważam, że ta część druga, która wyjaśnia mechanikę tego świata W ogóle wyjaśnia, co się tak naprawdę działo w tym świecie. Myśmy myśleli, że zupełnie coś innego, a tymczasem autor nam pokazuje, że można na to spojrzeć w ten sposób. Tobie się to nie podoba, bo to jednowymiarowe, a ja uważam, że zawsze ludzie czytając ciekawą historię chcieli dostać wyjaśnienie tej historii.
[25:23] - Tak. To wyjaśnienie jest na poziomie wyjaśnienia takiego, że Roman strasznie wzdycha do Julii. W końcu i tak dalej. I w końcu jest ten koniec wspaniały, wielka miłość kwitnie i tak dalej. A następnie dostajemy wyjaśnienie patologiczne. Otóż hormony, feromony i tak dalej, zadziałały w ten sposób, że właściwie był to dobór naturalny, w którym kobieta poszukiwała właściwego dawcy genów. Oczywiście potem się do tego Roma rozczarowuje, bo potrzebuje bardziej tego, który wychowa jej dzieci i zapewni jej byt, więc szuka kogoś, kto daje więcej pieniędzy aniżeli miłości. I tu mamy wyjaśnienie. Za takie wyjaśnienia dziękuję bardzo. Ja wolę pozostać przy tej pierwszej wersji Roma i Julii, romantycznej.
A à propos takich wyjaśnień to sobie poczytam książki popularnonaukowe albo naukowe i tak dalej i znajdę wyjaśnienie.
[26:29] - Dobrze. Konstatacja może być taka: dla ludzi, którzy chcą pozostać w pewnej niewiedzy, ale w pewnym czarze tego świata, jest przeznaczona część pierwsza. Ale to jest troszeczkę tak, jakby oglądać część filmu „Matrix” do momentu, kiedy głównemu bohaterowi wysłannicy z zewnątrz tłumaczą, jak funkcjonuje jego świat. I zostalibyśmy z tym przekonaniem, że ten świat jest dziwny, tam się dzieją dziwne rzeczy. Mogą człowiekowi zarosnąć usta na przykład albo jakieś inne dziwne rzeczy. To jest taki świat na poły magiczny, bo tak można by „Matrixa” odczytywać. Dopiero wtedy, kiedy bohaterowi „Matrixa” zostaje wyjaśnione, jak ten świat działa i skąd on się wziął, to wtedy nagle dostajemy pewnej dodatkowej perspektywy, jak to jest. I uważam, że dlatego właśnie opowiadanie Zbigniewa Wojnarowskiego się broni.
[27:38] - Słusznie wspomniałeś film „Matrix”. Proponuję przypomnieć sobie albo zajrzeć do tego filmu. Film jest wspaniały. Leci sobie, po czym nagle zaczyna jakiś Jołob gadać i gada temu facetowi dyrdymały zupełne i tak dalej. Gada przez prawie pół godziny, opowiadając coś, co powinno być fabułą, akcją, treścią, dynamiką. A on robi wykład naukowy, który w ogóle z nauką nie ma wiele wspólnego i to akurat jest najsłabszy moment tego filmu.
[28:13] - Ale dzięki temu po pierwsze rozumiemy, o co chodzi.
[28:18] - Ja i bez tego rozumiałem.
[28:20] - A po drugie, to będzie złośliwe, można było nakręcić jeszcze dwie części.
[28:25] - No tak.
[28:26] - No tak, ale nie, tak tu nie jest w tym opowiadaniu. To jest opowiadanie, którego pierwsza i druga część mimo wszystko ze sobą współdziałają. To znaczy ja to opowiadanie lubię za obie części, nie tylko za pierwszą.
[28:46] - Nie, ta druga część osobno, gdyby to było opowiadanie czysto science fiction, takie hardkorowe, to osobno z lekkim wstępem, krótkim, w miarę takim dziwnym wcześniej byłoby dobre. Natomiast waga tego pierwszego fragmentu, jego ogrom, bo to jest dosyć duży tekst, to jest prawie minipowieść i tak dalej.
[29:10] - No nie przesadzaj.
[29:12] - Tam się bardzo dużo dzieje.
[29:15] - Dzieje się sporo. To prawda.
[29:16] - A potem to jest spuentowane drobną rzeczą, bez której by się ta cała historia mogła spokojnie obejść, bo tam historia jest w tej pierwszej części własna, a nie ta zakończeniowa.
[29:29] - Ale przecież jeden z głównych bohaterów — no dobra, nieważne — odkrywa przez przypadek, mniej czy większy, mechanikę tego świata. I jak ma przekazać drugiemu bohaterowi, jak ma opowiedzieć o swoich podejrzeniach? Tylko tak. Ponieważ on mu nie opowiada, a ten drugi dokonuje pewnego eksperymentu, to my jako czytelnicy musimy się jednak dowiedzieć, jak to działa.
[30:02] - Nie musimy.
[30:03] - No dobrze i tu-
[30:04] - Możemy sobie to wyobrazić, gdyż dane, które autor dał nam i danych jest tak dużo, że można sobie wyobrazić parę ewentualności i wystarczy. Czyli rzecz zostaje albo otwarta, albo zamknięta. Ty wolisz zamkniętą, ja wolę otwartą.
[30:22] - A jesteś niekonsekwentny, bo powoływałeś się wcześniej na opowiadania amerykańskie, te ze złotej ery science fiction, które zawsze były spuentowane, zamknięte od początku do końca. Tam nie było miejsca na poezję, o której ty mówisz.
[30:39] - No tak.
[30:39] - Czy na wieloznaczność. A jednak je lubisz. A jednak mówisz, że to była złota era science fiction i że w ogóle to były fajne opowiadania. I dlatego ja uważam, że to opowiadanie się wpisuje w tego rodzaju schemat.
[30:53] - Nie, ale i tak uważam, że to jest absolutna perełka w tym zbiorze.
[30:59] - Myślę, że takich perełek się jeszcze kilka znajdzie. Dobra, to mamy odfajkowane pierwsze opowiadanie. Ja bardzo polecam. Wiktor chyba niekoniecznie, a w każdym razie częściowo. Tak, przyznajesz?
[31:10] - Które? To opowiadanie? To opowiadanie obydwoma rękami, nogami i uszami.
[31:15] - Jesteśmy zgodni. Bardzo dobrze. To jedziemy z drugim opowiadaniem. Mamy opowiadanie „Slam”. Autorem jest Wojciech Szida, autor utytułowany, przede wszystkim autor bardzo znany. To jest opowiadanie bardzo poetyckie. Ja byłem pod wrażeniem, aczkolwiek mało w nim akcji, przyznasz. Mało. Zresztą nie jest długie, w związku z tym nie należy się obawiać, że człowiek utknie w tej poezji. Wręcz przeciwnie.
To jest opowiadanie, które mnie uświadomiło, że po przeczytaniu tego opowiadania wiem lepiej, dlaczego Europa chyba przegrywa wojnę cywilizacji, jaka obecnie ma miejsce.
[32:17] - Tam to jest. Rzeczywiście jest to fajnie napisane. Tylko znowuż ta poetyka. Ja, w przeciwieństwie do ciebie, jestem niby wielkim zwolennikiem poetyki, barwności, kolorytu i tak dalej, strasznych słownictw.
[32:43] - Przed chwilą to powiedziałeś.
[32:44] - Tak. Mam też bez przerwy doświadczenie z różnymi przyjaciółmi poetami, którzy przynoszą do mnie wiersze po to, żebym przed wydaniem ostatni raz okiem rzucił, zrecenzował, zredagował i tak dalej. Otóż ta poetyka, która w wierszach jest do przełknięcia, w prozie jest dla mnie irytująca. Czyli takie zniewieściałe, że tak powiem, rozczulanie się nad obłoczkami, nad dmuchawcami, nad jakimiś pięknymi kwiatkami i tym światem.
[33:30] - My chyba czytaliśmy różne opowiadania.
[33:33] - Pewnie, że tak. Ale jest tam dużo takiego nad poetyką w ogóle, nad człowiekiem, nad poetą, który jest taką wrażliwą osobą. Ojej Boże, normalnie gdzie tam poeci są wrażliwi? Mógłbym o poetach wiele opowiadać. Wrażliwości w nich tyle, co mają w wierszach, a w życiu doczesnym to niewiele zwykle.
[33:57] - Nie jest to winą autora, że napisał poetyckie opowiadanie. Nie skupiajmy się na autorze, tylko na jego dziele.
[34:08] - Wiem, ale wiesz, jest coś takiego, że na przykład w dużym stopniu były zawsze trochę irytujące opowiadania Raya Bradbury'ego, którego ja bardzo uwielbiałem, ale z drugiej strony gdyby on tak nie marudził z tą poetyką i z tą nostalgią, i z tymi wszystkimi rzeczami, byłyby te opowiadania o klasę lepsze.
[34:30] - A ja się z tobą nie zgadzam. Należę do miłośników Raya Bradbury'ego, tego nudzenia, smędzenia w „Kronikach marsjańskich”, tej nostalgii, tego, że gdzieś tam daleko i tak dalej. Ale poza tym powiem ci tak: jak ty stawiasz poprzeczkę tak wysoko autorom tego zbioru-
[34:50] - No pewnie.
[34:51] - że im wskazujesz Raya Bradbury'ego.
[34:53] - No pewnie, że tak.
[34:54] - To ja cię przepraszam. To znaczy, że właściwie już na wstępie możemy dalej przestać gadać w ogóle. To znaczy, że tak naprawdę mocno ich nobilitujesz. Ty byś chciał, żeby wszyscy autorzy mieli światowy odbiór.
[35:12] - Nie światowy odbiór, ale żeby przynajmniej nauczyli się czegoś od Janusza Zajdla, od Wnuka-Lipińskiego, od tych ludzi, którzy kiedyś pisali polską literaturę socjologiczną. A to, co jest w tej chwili pisane przez tych młodych ludzi, przepraszam, ja chyba nie rozumiem, co to znaczy słowo socjologia, bo to z socjologią nie ma nic wspólnego.
[35:38] - Ale jak nie ma? Co ty opowiadasz? Przecież o czym jest opowiadanie Szidy? O tym, z czym Europa się mierzy obecnie.
[35:52] - Tak. Obserwacja pewnych zjawisk nie jest tożsama z diagnozą jakąkolwiek naukową, w tym wypadku socjologiczną. Patrzę, w jaki sposób większość zdecydowana polskich autorów patrzy na tych z półksiężyca, że tak powiem, którzy tutaj na Ziemi próbują swoje miejsce wywalczyć. To jest dziecinne. To w ogóle jest brak zrozumienia procesów socjologicznych, procesów tych, które zachodzą na Ziemi.
[36:32] - Ale przecież opowiadanie należące do fantastyki socjologicznej wcale nie musi socjologizować. Ono ma uświadomić czytelnikowi pewne procesy, pewne zjawiska i opowiadanie Szidy to uświadamia. Ono pokazuje, dlaczego islam jest tą siłą, która obecnie jest w ekspansji i dlaczego Europa przegrywa i dlaczego się zwija.
[37:01] - Ale do tego wystarczy opowiadanie obyczajowe. Do tego nie potrzeba zaprzątać science fiction żadnej, chyba że się chce coś powiedzieć więcej, niż to zdziała opowiadanie obyczajowe.
[37:17] - Ale przecież w tym opowiadaniu mniej jest science fiction, więcej jest Pewnej baśniowości, wręcz fantasy. Tu już pojechałem, przepraszam, fantasy może niekoniecznie, ale jest to przecież takie poetyckie. To są obrazy, którymi pracuje Szida. Dla mnie super opowiadanie. Tylko jedną rzecz ci przyznam. To drugie opowiadanie, czyli opowiadanie „Slam” Wojciecha Szidy to jest opowiadanie zupełnie inne w nastroju. O ile pierwsze to była w większości przygodówka, o tyle to jest może dla oddechu. Nie wiem, jakimi kryteriami kierował się redaktor, który dobierał opowiadania, czyli Wojtek Sedeńko, ale to jest opowiadanie z zupełnie innej bajki. Poezja i to taka myślę, że całkiem niezła, bo te obrazy zostają w pamięci.
[38:22] - Jest takie powiedzonko: co jest proza? To się czyta dynamicznie, fajnie i tak dalej. To jest taka akcja. A jak coś jest nudne, to się mówi, że to jest poezja.
[38:36] - Jesteś okrutny i niesprawiedliwy w dodatku. Co więcej, ja powiem tak: gdyby to opowiadanie miało długość pierwszego opowiadania, o którym rozmawiamy, to byłoby nieznośne. Ja bym dostał chyba białej gorączki. Ale jest krótkie, pracuje obrazem.
[38:55] - Tak, to się zgadza.
[38:55] - Pracuje obrazem i te obrazy zostają w pamięci. Ja do teraz mam obrazy. Nie będę mówił o tych obrazach, bo zdradzę treść, ale myślę, że każdy, kto przeczyta to opowiadanie, a w każdym razie większość, zostaną z nimi te obrazy. Te obrazy, powiedzmy tyle: śpiewaków śpiewających swoją pieśń.
[39:19] - Straszne, infantylne.
[39:21] - Dobra, okej. Ty dzisiaj jesteś nastawiony na „nie”. Ja jestem zdecydowanie nastawiony na „tak”, bo ja w ogóle jestem człowiekiem chyba naiwnym i chyba takim, którym łatwo jest narzucić swoje zdanie, a w każdym razie swoją wizję. Ja czytam prozę po to, żeby autor mnie zabrał w swój świat.
[39:50] - Ja też to robię.
[39:51] - Tak, ale mnie tak wiele nie trzeba jak tobie. Ale to nie jest zarzut albo to nie jest przyznanie się do słabości. Wręcz przeciwnie. Ja czekam, żeby autor pchnął mnie w kierunku świata, który opisał i ja jestem mu za to wdzięczny. Ja staram się nie szukać dziury w całym. Być może to wynika z tego, że jak idę na film do kina, nawet niech on będzie głupi i wychodzę z kina, mówię: „Uroczo straciłem półtorej albo dwie godziny. To była kaszanka kompletna.” Ale wtedy, kiedy siedzę w kinie, to ja daję reżyserowi, autorowi scenariusza, aktorom kartę blanche. Oni mają swój czas i mają mnie uwieść. Mają pokazać pewną historię, pewien świat. I ja się przez te półtorej, dwie godziny daję uwieść.
I podobnie jest z opowiadaniami. Co więcej, ja staram się nie szukać mimo wszystko dziury w całym, bo wiem, że nie ma tworów, nie ma dzieł idealnych.
[41:04] - No.
[41:04] - Ale są całkiem niezłe i moim zdaniem ta antologia jest naprawdę całkiem niezła i obojętnie czy Wiktor będzie wybrzydzał, to powiem tak: zdradzę jeszcze coś. Pamiętasz, jak tydzień temu rozmawialiśmy na temat tej antologii, kiedy jeszcze miałeś ją nieprzemyślaną i nieprzeczytaną po raz drugi? To co powiedziałeś mi?
[41:25] - Byłem zachwycony.
[41:26] - Tak? I co jeszcze powiedziałeś?
[41:28] - Bo to jest pierwsze wrażenie.
[41:30] - Ale co jeszcze powiedziałeś? Że oni piszą tak— już powiedz ty, bo będę się produkował.
[41:37] - Ale naprawdę odnosi się to tylko do kilku tekstów.
[41:42] - Okej, ale nie wymieniajmy.
[41:43] - Przede wszystkim do Wojnarowskiego, z tego pierwszego opowiadania. Po prostu ja bym marzył, żeby umieć tak pisać, jak ten facet napisał tę pierwszą część opowiadania, którego w całości krytykuję. Ja bym w życiu czegoś takiego nie napisał, a chciałbym rękami i nogami, bo tekst jest naprawdę wspaniały.
[42:06] - Samo pisanie nogami jest dosyć poetycką wizją.
[42:10] - Tak. W każdym razie można przełknąć te teksty. No ale niestety zawsze „ale”.
[42:21] - Zawsze „ale”. Dobra, jedźmy dalej. Autor utytułowany, piszący od dawna. Zresztą kilka niezłych książek zaliczył w swoim czasie, wyszło spod jego pióra. Mirosław P. Jabłoński, opowiadanie „Jestem Eileen”. I to jest opowiadanie, o którym wypowiadałeś się właściwie pozytywnie, ale na końcu było „ale”. Więc oddaję ci głos, żeby nie było, że ja zawsze na początku się produkuję.
[42:58] - To znaczy tak samo, jak do większości tych opowiadań. Po prostu za długie. To nie jest nowelistyka. Nowelistyka powinna, tak jak mówiłem, mieć obraz, skoncentrować obraz, obudzić w nas jakieś skojarzenie, obudzić emocje i tak dalej, i zostawić. Dużo lepsza by była chyba z tego powieść niż opowiadanie. Zresztą z większości by były lepsze powieści. Niż opowiadanko. Ale może być. To nie jest złe.
[43:41] - Co więcej, powiem tak, że to jest pierwsze w tym tomie opowiadanie, które jest takie hard science fiction. Mamy olbrzymi statek kosmiczny podróżujący przez wszechświat, wracający właściwie na Ziemię. Powiem tak: o ile w pierwszym opowiadaniu pewien element hard science fiction się pojawia w pewnym momencie, to tutaj jest od początku. Z gwiazd wraca wyprawa i pojawiają się problemy. I to jest opowiadanie. Poczułem się, kiedy je czytałem, tak jakbym rzeczywiście wrócił do złotych lat science fiction, gdzie królowała nauka, królowały gwiazdoloty, kosmoloty, gdzie były starcia cywilizacji. No tu akurat starcia cywilizacji, w każdym razie były jakieś roboty, sztuczne inteligencje i tak dalej. Powiem tak: dla ludzi, którzy takie klimaty lubią, to jest opowiadanie, które z czystym sercem można polecić. I właściwie niewiele, przynajmniej ja nie znajduję zbyt wielu takich momentów, żeby się przyczepić do czegokolwiek. Co więcej, nawet puenta jest.
Patrz jaka jest. Znowu, to jest to, co lubisz, to co tygrysy lubią najbardziej. Nawet puenta jest taka, że zostaje w pamięci. Taka jak z twojego ulubionego okresu science fiction, tego amerykańskiego, gdzie każde opowiadanie było świetnie skomponowane, świetnie spuentowane, gdzie to się po prostu łączyło.
[45:28] - Może być.
[45:31] - No powiedz, że ci się podobało.
[45:33] - Może być.
[45:34] - No dobrze. Na nie wycisnę nic więcej. No dobra, to teraz mamy autora, który się nazywa Paweł Ciećwierz. Opowiadanie nosi tytuł „Do żywego” i tu się wypowiesz znowu jako pierwszy, ponieważ autor jest jednym z twoich ulubionych współczesnych autorów, o czym świadczyć może to, że w swoim czasie bez mrugnięcia okiem zakupiłeś dwie jego książki. Co więcej, w miarę szybko je przeczytałeś.
[46:08] - Rzeczywiście, ten facet mi pasuje, że tak powiem. To jest znaczy obok wielu autorów, bo wielu autorów bardzo lubię, natomiast tego gościa polubiłem od samego początku. Jego teksty. Zresztą jak rozmawiałem z nim kiedyś podczas jego spotkania w Nidzicy, to walnął takim tekstem, że tak naprawdę on pisze takie horrorki toczące się w przez niego wymyślonym świecie. No i pisze takie coś. Natomiast mi w rozmowie powiedział, że tak naprawdę to jego pasjonowała zawsze hard science fiction i chciał taką pisać, tylko że mu nie wyszło.
[47:02] - Tym razem też nie napisał. To nie jest horror. Ja nie wiem, jak to nazwać.
[47:11] - On pisze takie niesamowite opowieści. Przypominam sobie, jak mi tłumaczył, dlaczego przestał pisać taką twardą fantastykę. Otóż pisał, publikował to w internecie czy gdzieś tam i tak dalej. Natomiast przyjaciele, koledzy różnie zwracali mu uwagę. „No kochany, ale chmury się w ten sposób nie zachowują, a poza tym jak wiatr wieje z tej strony, to tak być nie może”. I on bardzo szybko zorientował się, że nie za bardzo w zwykłej technice, dynamice przyrody i tak dalej, że się w tym dobrze nie czuje. Skoro nie, a chce pisać, to po prostu postanowił wymyślić swój świat, w którym ustanowił własne reguły, własne zasady działania. Stworzył ten świat i w nim umiejscawia wszystkie kolejne swoje utwory w tym świecie. Zrobił taki unik, ale przynajmniej dzięki temu trzyma się bezwzględnie logiki swojego własnego świata i chwała mu za to. Pisze fajnie.
[48:33] - Bardzo dobrze pisze moim zdaniem. Paweł Ciećwierz głównie znany jest z tych opowiadań, które gdzieś o nekromancję zahaczają.
[48:45] - Nie tylko.
[48:45] - No pojawia się taki. W każdym razie jeden z bohaterów jego opowiadań to jest taki nekromanta, ale taki interesowny w sumie. Bo jak na przykład ożywia babcię, to po to, żeby babcia podpisała ostatnią wolę, a później może sobie dalej odpłynąć. To bardzo praktyczne jest. To, co opowiedziałem w tej chwili, to nie jest treść opowiadania ze zbioru opowiadań „Przedmurze”, tylko zupełnie z innego zbioru autorskiego. Natomiast opowiada Paweł Ciećwierz historię mrożącą krew w żyłach.
[49:22] - Jak komu. Mnie nie.
[49:24] - Tak. Wiem, że tobie nie mrozi. Co więcej, ja powiem tak: myślałem, kiedy czytałem to opowiadanie że to jest wydumana rzecz. Od ciebie dowiedziałem się, za chwilę o tym powiesz, że to nie tylko niewydumane, ale jak najbardziej realistyczne, że tak się mogło zdarzyć i tak dalej, że nawet z czymś takim się zetknąłem. Po czym dosłownie wczoraj usłyszałem historię o trzech zwyrodnialcach, którzy porwali dziewczynę i przez ileś tam dni ją gwałcili i bili. I ona tego nie przeżyła. W związku z tym opowiadanie Pawła Ciećwierza staje się mniej fantastyczne, a bardziej to jest opowiadanie grozy.
[50:21] - Ja nie wiem, czy Ciećwierz sobie sprawę, pisząc, że właściwie realizuje w sposób literacki kilka albo wiele odsłon rzeczywistych zdarzeń, które miały miejsce. Nie zdradzając, o czym jest opowiadanie, można się będzie nieźle domyślić. Otóż przed prawie 30 laty, tutaj w okolicy Bydgoszczy było takie zdarzenie, gdzie trzech autostopowiczów zatrzymało samochód. Zabrało się z dziewczyną, która postanowiła ich gdzieś podwieźć. Podwiozła ich kawałek. Chłopcy zatrzymali samochód, wyciągnęli ją do jakiegoś rowu i gwałcili, katowali. Dziewczyna jakoś to przeżyła. Wydawało się, że ją tam zakatują i zostawią w lesie, więc spróbowała się ratować. Zagrała va bank. Zagrała dziwkę.
Zaproponowała im ciąg dalszy imprezy. Ma niezłe wino i wódeczkę w chacie i tak dalej. Może możemy pojechać do niej. Pojechali. Ta dziewczyna była praktykującym lekarzem weterynarii. Miała swój warsztat w domu pod wsią bydgoską. Do wódki czy do wina dołączyła coś, co usypia barany czy owce. Chłopcy się zrzynęli i pospali. Następnie dziewczyna wyjęła skalpele i cały warsztacik i chłopców genialnie oczyściła z tego, co im męskość czyni. Następnie to wszystko bardzo pięknie zabandażowała.
Chłopcy obudzili się, ale to już nie byli chłopcy. Ja pamiętam, jak dowiedzieliśmy się o tym zdarzeniu przed górą naprawdę 30 laty, to myśmy wszyscy wyli z radości. Jezu, co za wspaniała dziewczyna! Tak tylko, że ta dziewczyna miała sprawę w sądzie. Była oskarżona o czyn, że tak powiem, pozbawienia zdrowia i kaleczenia. Kogo? Bandytów. Ciećwierz mniej więcej podobną historię opisał bardzo sprytnie, bardzo zgrabnie, ale ja mam też ogromne zastrzeżenia do tej historii. Powiem to bardzo prosto. Otóż Ciećwierz jest bardzo inteligentnym, oczytanym facetem i między nimi do tego opowiadania walnął dosyć duże motto z Williama Blake'a.
Jak się używa motta, to trzeba mieć szacunek trochę do autora. Użył Williama Blake'a, a potem leciał z swoim tekstem. W ogóle właściwie nie odnosił się do tego motta, nawet do jego klimatu, do jego pewnej perfekcji, że tak powiem. Napisał opowiadanie trochę podejrzewam, jak na jego możliwości to dużo za słabe po prostu. Natomiast chyba dlatego, że było to opowiadanie napisane trochę na kolanie. Ja nie wiem, czy je kiedykolwiek poprawiał, a należałoby poprawić. Należałoby przemyśleć jeszcze raz rytm zdań, płynność zdań. To jest opowiadanie bardzo krótkie, bardzo dynamiczne i tak dalej. A takie coś musi być etiudą, po prostu tak jak etiuda teatralna. Aktor, który robi etiudę, musi ją przetrenować, przetestować dziesiątki razy czasami po to, żeby ona po prostu, kiedy ją przedstawi w teatrze, żeby była błyskotliwa.
A większość tych opowiadań z tego zbioru jest taka jak opowiadanie Ciećwierza: nieprzemyślana do końca, niepoprawiona, niezredagowana. Jest po prostu taką kroniką bardzo często świetnych pomysłów, które nie są zrealizowane. To by było à propos Ciećwierza. Nie rozpaczam z tego powodu, że to opowiadanie nie jest do końca dobre. I tak jest dobre, ale tak sobie.
[54:58] - A ja się z tobą zgadzam co do tego, że to jest niezłe opowiadanie, ale nie zgadzam się co do twoich zarzutów, że wszystkie te opowiadania powinny być przemyślane, przerobione, przeredagowane. Nie, ja tak wcale nie uważam. Oczywiście ostateczny sąd wyrobi sobie każdy, kto po ten tom sięgnie i bardzo polecam. Myślę, że ty też. Po to, żeby te sądy nasze zderzyły się z sądami innych czytelników. W każdym razie ja nie odniosłem takiego wrażenia, że to jest antologia przygotowana na kolanie. Wręcz przeciwnie, ja uważam, że Wojtek Sedeńko zrobił kawał dobrej roboty.
[55:41] - O antologii, że jest na kolanie, to ja nie powiedziałem. Natomiast do roboty autorów to ja mam duże zastrzeżenia.
[55:48] - Dobra. Powiem tak: następne opowiadanie, a właściwie nie opowiadanie, tylko wiersz. Taki wiersz-opowiadanie to jest dzieło Macieja Parowskiego. Nazywa się „W celi z Breivikiem”. Ale ponieważ my się totalnie pokłócimy o ten kawałek, to proponuję, żebyśmy zrobili mały przeskok, przeskoczyli do opowiadania Pawła Majki „Zagubieni chłopcy” i zanim o nim cokolwiek powiemy, to myślę, że oddamy głos Markowi Ivelliosowi, żeby nam to opowiadanie chociaż w kawałeczku zaprezentował. Marku, prosimy.
[56:34] - Paweł Majka, „Zagubieni chłopcy”. Rozdział pierwszy. Stalowosrebrna kula stróżobota zadrżała, gdy jej receptory wykryły, iż Irka stała bez ruchu nieco dłużej, niż wynosiła średnia charakterystyczna dla ludzi w jej wieku. Policjant podtoczył się do kobiety z drugiego końca ulicy, sczytał kody z plakietek, którymi był poobwieszany jej kombinezon, po czym stwierdziwszy, że ma do czynienia z obywatelką w pełni praw, zapytał miłym męskim głosem, czy nie potrzebuje pomocy. Nie potrzebowała. Zatrzymała się, bo zadarła głowę, gdy cień cudzej osobowości padł na jej zewnętrzne systemy myślowe. Dostrzegła w nich beztroskiego rozpłodowcę unoszącego się nad miastem w przejrzystym bąblu z pancernego szkła podwieszonego pod motolotnią. Otaczał go błękit wyładowań energetycznych pola ochronnego, najpewniej zapewnianego przez systemy rządowe. Rozpłodowcy mogli być durni jak to szczeniaki, którym wolno prawie wszystko. To władza brała na siebie dbanie o ich bezpieczeństwo.
Zapatrzyła się na tego dzieciaka i pozwoliła sobie zamarzyć, że mogłaby być taka jak on: płodna, młoda i pełna wiary w przyszłość. Gdy dopadł ją stróżobot, potrzebowała dłuższej chwili, by na powrót uwierzyć, że dobrze jej, jak jest. Powtórzyła w myślach litanię pokory i pozwoliła przepłynąć jej na zewnątrz. „Jestem tylko okruchem, ale okruch ma znaczenie. Wszystko, co mam, to ja i moje miejsce w wielkim tańcu okruchów. Mam swoje miejsce na świecie i to w nim jestem sobą. Poprzez nie moje życie ma sens i wszystko, co w nim jest, jest dobre, bo jestem w nim ja. Znajdę radość w sobie. Odrzucę zgryzotę niezaspokojonych pragnień. To, co dane, przynosi spokój i szczęście.
Poszukiwania czegoś więcej zawsze prowadzą na manowce. Nie muszę być kimś więcej, bo szczęście daje mi bycie sobą”. Niewiele to pomogło, ale przynajmniej uspokoiło stróżobota. Ponaglił ją jednak. Zatrzymywanie się na zbyt długo zakłócało dynamikę ulicznych wpływów. Przyciągało uwagę nieobów zawsze szukających okazji, by nawiązać kontakt z jakimś nietypowym obywatelem. Na przykład niech obywatelka spojrzy na tę ekipę remontową. Zbili się w gromadkę na drugim piętrze rusztowań. Nic jeszcze nie mówią, nawet nie myślą na zewnętrznych, ale patrzą i wewnątrz, w mózgach niepodłączonych bezpośrednio do sieci już się zastanawiają, co samotna obywatelka robi na ulicy, czemu się zatrzymała, na co patrzy. Nieobi nie są oczywiście groźni, obywatelko, ale po co mają obywatelce zawracać głowę?
Uprzejme upomnienia władzy popłynęły przez zewnętrza Irki. Wszystkie te systemy, które podłączała do mózgu, by odciążyć go od danych nieistotnych dla osobowości. Wiedzą o stanie konta, terminach spłat rachunków i kredytów, adresach znajomych, wieściami ze świata, komunikatorami zewnętrznymi, a nawet codzienną dawką horoskopów. Mogła pozwalać płynąć przez nie sygnałom, którymi chciała się dzielić, ubarwiać je echami pragnień i marzeń generujących jej profil osobowościowy dostępny dla każdego, kto chciałby na nią spojrzeć jak rozpłodowiec na niebie albo stróżobot. Ale już nie nieoby zamknięci we własnych systemach. „A co jeśli bycie sobą oznacza dla mnie wieczne niezaspokojenie? — westchnęła na wewnętrznym. — Jeśli właśnie niepokój stanowi o mnie?” Odrzuciła głupie myśli. Przyspieszyła kroku. Ech, żeby być już w domu.
Może ma rację Rafał. Wychodzenie na zewnątrz to nadmierny wysiłek i strata czasu oraz ryzyko. Rafał nie opuszczał mieszkania, odkąd je wynajęli. Przez pięć lat ograniczał cały pokój świat do siedemdziesięciu metrów kwadratowych, trzech pokojów, kuchni, łazienki i przedpokoju. Nie wychodził nawet na klatkę schodową i domagał się, by zasłaniali okna żaluzjami, odkąd przeczytał gdzieś, że tamci wynaleźli sposób, by rojami przezroczystych nanitów oblepiać szyby i tak filtrować światło słoneczne, aby tworzyło kody, które sczytywane oczami trafiały bezpośrednio do mózgu wewnętrznego, zmieniając zainfekowanych nimi w niewolników. Ponieważ w grupie nikt prócz niego w to nie wierzył, Rafał chodził po domu w goglach mających go chronić. Bywało, że przypatrywał się współmieszkańcom podejrzliwie, niepewny, czy nie zostali już zainfekowani. Namawiał ich na jak najczęstsze skany zewnętrza i wewnętrza, nie bacząc na to, że wystawiali w ten sposób swoje myśli na żer rządowych szpiegów. „To przynajmniej nasi szpiedzy — powtarzał. — Nasz rząd”.
W przeciwieństwie do niego Irka lubiła spacery. Cieszyła się za każdym razem, kiedy znajdowała czas i powód, by wyjść na miasto, zobaczyć, jak się zmieniło, gdy nie patrzyła. Była ciekawa innych ludzi, tak obywateli, jak i nie-obów. O ile Piotr wierzył we wszystko, co znalazł w sieci, ona pragnęła postrzegać świat własnymi oczami. Lubiła prawdziwą żywność z targów ekologicznych. Nie syntetyki, którymi zajadał się Rafał, ale uprawiane w szklarniach warzywa, a czasem nawet mięso pochodzące od zwierząt, a nie z genetycznych hodowli klonujących na zawołanie komórki przyszłych befsztyków, szynek bądź steków. Napakowane odpowiednią biomasą drukarki potrafiły wyprodukować dowolnie zaprogramowane, bezpieczne danie. Jednak Irka uważała, że jego smakowi zawsze czegoś brakowało. „Jesteś okrutna” — szydził z niej Rafał. „Uczestniczysz w procesie zabijania”.
Czasem ją to bolało, bo miał rację, ale nie potrafiła oprzeć się pokusie. Dziś też niosła w plecaku obok zapakowanych szczelnie ziemniaków, marchewek, cebul, buraków i pietruszki 20 deką prawdziwej szynki, nieco wołowiny i garść suszonych grzybów. Wydała na te skarby zaoszczędzone nadwyżki swoje, Karola i Tymona. Przez trzy miesiące kupowali wyłącznie najtańsze potrawy, godzinami przeglądając sieci w poszukiwaniu przecen w sklepach spożywczych. Ale było warto, nawet jeśli Rafał nie da im spokoju przez kilka dni, wyliczając, ile mogliby za to kupić materiałów w Świecie Cudów. „Czasami trzeba też trochę pożyć” — ofuknął go Tymon podczas ostatniej sprzeczki na ten temat. Rafał oczywiście uznał, że do zakupów ponad stan zmuszają ich jakieś reklamowe wirusy, które wpuścili do swoich wnętrz i zarządził dodatkowe skany.
[01:03:47] - Tyle jeśli chodzi o początek opowiadania Pawła Majki. To jeszcze nie było widać po tym wstępie, ale to jest opowiadanie, które wychodzi z bardzo prostego pomysłu, który jest już właściwie w zasięgu naszych rąk. Otóż kto będzie utrzymywał staruszków, którzy odkładali przez całe życie na swoje emerytury, ale te pieniądze staraniami różnych kolejnych rządów zostały gdzieś przejedzone, przetracone i właściwie nie ma z czego tych staruszków utrzymywać. W związku z tym albo można ich poddać eutanazji, albo trzeba im kazać jakoś na siebie zarabiać. Skoro nie mogą wykonywać ciężkiej pracy fizycznej, to może mogą się w jakiś inny sposób przydać społeczeństwu. A ponieważ społeczeństwo nieco nam dziecinnieje, bo właściwie w tej chwili wszystkie grupy wiekowe grają w gry komputerowe, obsługują smartfony, właściwie tylko tym się zajmują. Wystarczy pojawić się w jakiejkolwiek kolejce i zobaczyć, jak to wygląda. Kiedyś w kolejce na przykład do lekarza siedzieli ludzie i czytali książki. Dzisiaj właściwie wszyscy pukają w swoje smartfony, ale to nie jest tematem tego opowiadania. Tak jak powiedziałem, Paweł Majka zajmuje się tym problemem.
Kto będzie tych staruszków czy w ogóle tych emerytów utrzymywał? I on w swoim opowiadaniu znalazł znakomite rozwiązanie. Ja wiem, że jak ja tak opowiadam, robię wstęp, to się nie zapowiada się opowiadanie. Piękny zbieg, ale w każdym razie nie zapowiada się nic fantastycznego. Natomiast to, czym zajmują się staruszkowie w tym świecie, to jest absolutny kosmos. Tobie zresztą to powinno być bliskie jako namiętnemu graczowi, który większość doby spędza przy grach komputerowych.
[01:06:07] - Wiem, ale myśmy mieli dość niedawno audycję chyba o Orwelu.
[01:06:15] - W ogóle mieliśmy o Huxleya, ale o Orwelu też wspominaliśmy.
[01:06:19] - Otóż nasz lektor, że tak powiem, czytał wspaniałe teksty z Huxleya. Porównaj to z tekstami tych opowiadań, które dzisiaj są czytane, czy ewentualnie które można przeczytać w tej książce. Minęło ile lat od tamtego czasu. On napisał coś, co powalało wtedy z nóg. Było niesamowite, było rzeczą wyskakującą daleko w przyszłość, a komentującą rzeczywistość. A dzisiaj właściwie tak, jakby nie minęło 100 lat od Huxleya, ludzie bredzą to samo, co on mówił, w sposób dużo gorszy od niego. Nie z tą klasą i tak dalej. Problemami się zajmują takimi samymi, jak on się zajmował. Powiesz dlatego, bo stało się to bliskie. Wtedy już to było bliskie, wtedy było to wiadomo.
Właśnie Huxley i Orwell to byli geniusze. Ja szukam cały czas geniuszów, również wśród naszych twórców, wśród tych, którzy piszą dzisiaj opowiadania.
[01:07:37] - Ja powiem tak: nie chcę szafować słowami, dlatego powiem tak: Paweł Majka to jest przede wszystkim niesłychanie sympatyczny autor, z którym znakomicie się rozmawia. Ale to są moje prywatne wrażenia. Natomiast Paweł Majka jest też człowiekiem niezwykle oczytanym i inteligentnym. I ja uważam, że jakiś błąd popełniasz, bo co tu ma Huxley? Co tu ma Orwell? Oni coś opowiadali o swoich czasach, a Paweł Majka opowiada inteligentną, fajną historię.
[01:08:10] - To, co powiedziałeś, to się nadaje na sortara, na półtorej strony.
[01:08:18] - Nieprawda. Zobacz, jaka pod koniec opowiadania zrobiona jest przewrotka. My przez większość opowiadania dochodzimy do czegoś i już pod koniec wiemy, że ci staruszkowie zarabiają w ten sposób, że — tu niewiele zdradzę, bo puenty oczywiście nie powiem — ci staruszkowie zarabiają na życie. Ci akurat, te egzemplarze, o których czytamy, zarabiają w ten sposób, ponieważ nie chcą się zrzec swoich praw obywatelskich i chcą żyć pełnią życia nawet w starości, to zarabiają w ten sposób, że wchodzą w światy wirtualne, komputerowe i tam tworzą nowe bronie. Oni tam mają swoją cytadelę, swoją twierdzę i w niej, w tej twierdzy wykuwają nowe bronie, które później sprzedają w wirtualnym świecie i w ten sposób zarabiają na swoje życie. Powiedz mi, ta historia jest współczesna. Ona dotyka niemal ciebie, niemal tego, co ty robisz. Gdzie Huxley, gdzie Orwell mieli szansę o tym napisać? Oni pisali o zagrożeniach totalnych, o zagrożeniach takich, które człowieka wgniatają w ziemię. Paweł Majka napisał historię, która mówi o problemie codziennym, że po prostu nie będzie kasy, żeby utrzymywać staruszków.
Dostaną pięć pięćdziesiąt i będą się musieli przez miesiąc za to utrzymać.
[01:09:41] - Ja dowiązałem tylko do tego obrazka z tego tekstu akurat, który był czytany, tej indoktrynacji społecznej.
[01:09:53] - Co więcej, Ivellios przesłał nam taki fragment, że Kaktus80 napisał, że ten fragment, który był czytany, przypomniał sytuację na lotnisku w Stanach Zjednoczonych, gdzie zatrzymał się tylko na chwilę i zaraz podszedł do niego agent policji i zaczęło się przesłuchanie. To coś takiego. Tu mieliśmy bardzo podobną rzecz, więc przede wszystkim Paweł Majka jest świetnym obserwatorem. A poza tym naprawdę dla mnie ta historia, którą opisał, przede wszystkim, kiedy Paweł Majka zabiera się za opisywanie światów wewnątrz gier, takich magicznych, trochę fantasy, bo to są światy takie, w których obowiązują czary, obowiązują różne dziwne bronie, które oni pracowicie wytwarzają, to jest plastyczne. Widać, że to jest autor, który nie tylko taką grę widział, ale też doskonale zna pewne mechaniki tych gier. Wie, o czym pisze i to jest przekonujące. Co więcej, ta historia, którą ułożył, jest przekonująca. Ktoś by powiedział: „No tak, o czym panowie w ogóle gadacie? Przecież to są jakieś kocopały zupełne. Autorzy wymyślają sobie jakieś niestworzone historie, a wy się tym zachwycacie.” No właśnie nie.
To jest historia, która być może jak my ją w tej chwili opowiadamy, wymieniamy się swoimi spostrzeżeniami, to ona może wyglądać banalnie, ale jak się wejdzie w świat opowiadania Pawła Majki, to on mnie przekonał. To jest jedna z dróg rozwoju, którą może podążyć nasze społeczeństwo.
[01:11:42] - No widzisz, ciebie to przekonało, a mnie raczej ty właśnie przekonujesz, tłumacząc, co autor miał na myśli i do czego zmierzał, bo same opowiadania dokładnie mnie nie przekonują w przeciwieństwie do ciebie. Po prostu nie mam tego wrażenia, o którym ty mówisz, poczucia tej wiarygodności. Ty mówisz: „Tak, tam jest pokazany problem, z czego będą żyli ci tego.” A ja czytając te opowiadania, to właściwie tylko widzę problem, z czego żyją współcześni polscy prozaicy. Jak najwięcej stron napsaskać, żeby mieć z czego żyć.
[01:12:28] - Nieprawda, bo przede wszystkim ja jeszcze oczywiście tego zrobić nie mogę i nie zrobię, bo nie opowiedziałem, jakiej przewrotki dokonuje na końcu autor, bo to jest po prostu dla mnie, nie chcę nadużywać, majstersztyk, ale to jest nieźle pomyślane. Bo tak jak powiedziałem, my jedziemy z tym opowiadaniem, jedziemy i nam się wydaje, że my już wszystko wiemy, że całą intrygę już poznaliśmy. Po czym się okazuje, że zostaliśmy zrobieni w konia. To znowu ten mechanizm.
[01:13:02] - Nie zgadzam się z tobą zupełnie. Do mechanizmu się zgadzam. Natomiast jeżeli ja czytam 10 stron, po czym następuje przewrotka, to świetnie. Jeśli czytam 30 stron i następuje przewrotka, to świetnie, ale jeśli przeczytam 50 stron i następuje przewrotka, to to jest zawracanie głowy i robienie z czytelnika idioty.
[01:13:26] - Nie, bo ja uważam, że dzięki temu, że Paweł Majka to rozpisał na tylu stronach, nie wiem, czy na 50, nie trzymajmy się tej liczby, ale to, że on dosyć szczegółowo ten świat przedstawił, to, jak oni żyją w tych zamkniętych mieszkaniach, do których się nikt dostać nie może, to, jak oni zarabiają te pieniądze.
[01:13:51] - Świetny obrazek.
[01:13:51] - Tak, ale to, że on to zrobił To decyduje o tym, że ten świat wydaje się realny. Bo jakby napisał na dwóch stronach: „Był taki świat i sobie tam myśleli, że tak się będą utrzymywać, a później ktoś ich przekręcił i to im nie wyszło”, ja bym nie był przekonany. Powiedziałbym: „To jest fajny szkic na opowiadanie”. Ale to Paweł Majka zrobił z tego szkicu opowiadanie, któremu ja wierzę. Wierzę, bo ten szkielet, o którym ty mówisz, tego krótkiego shorta, on przyoblekł nie tylko w ciało i mięśnie, ale też dał odpowiednie ubranie. Także moim zdaniem tekst Pawła Majki to jest jeden z lepszych tekstów, które w tym zbiorku są.
[01:14:45] - Pewnie, że jeden z lepszych, gdyż niewiele tam jest lepszych.
[01:14:52] - Dobra, wiesz co? Powiem teraz tak: musimy to zrobić. Wróćmy w takim razie do opowiadania, wiersza, o które śmiertelnie się pokłócimy. Nie wiem, jakie tutaj będą epitety padały albo jakie argumenty. Miejmy nadzieję, że nie będą argumenty siły. A więc wróćmy do wiersza, opowiadania. Autor Maciej Parowski, a więc osoba znana, utytułowana. Człowiek, który przez lata był redaktorem w „Nowej Fantastyce”. Był przez chwilę też naczelnym. Był człowiekiem, który właściwie stworzył kilka pokoleń polskich fantastów.
Był redaktorem, jak to się mówi, wszystkich fantastów. Może nie pisał wtedy dużo. Nie wszyscy to lubili, ale teraz, kiedy skończył swoje redaktorowanie, oddał się prozie i sporo książek powstało. Zarówno takich fabularnych, między innymi „Burza”, ale także takich książek wspominkowych, które opisują to, jak fandom się kształtował, jak pewne zjawiska zachodziły w tym fandomie. Ale wróćmy do wiersza, opowiadania, historii „W celi z Breivikiem”. Powiedzmy najpierw o tle. Maciej Parowski przeczytał o tym, że Breivik, czyli znany morderca, człowiek, o którym – tu wypowiadam swoje zdanie – uważam, że rząd norweski nie powinien się z nim cackać, tylko powinien mu łeb ukręcić za to, co zrobił. Breivik zarzucił, że czuje się samotny, bo nie ma towarzystwa, bo jest sam w celi i oskarżył o nieludzkie traktowanie rząd norweski. Co więcej, wygrał proces z rządem norweskim z tego właśnie oskarżenia. Wiersz, historia Macieja Parowskiego stąd się wzięły, że po prostu nie wytrzymał głupoty tej sytuacji, gdzie morderca, człowiek-zwierzę, który bez wahania zabijał ludzi, co więcej dzieci na wyspie Utoya, mordował ich z zimną krwią.
I taki człowiek, który w Stanach Zjednoczonych pewno poślizgnąłby się w celi na mydle albo coś by mu się stało takiego, żeby z tej celi już nie wyszedł. Tutaj jest traktowany z pełnymi honorami, skazany na 21 lat więzienia, bo na więcej nie można w Norwegii nikogo skazać, bo to byłoby nieludzkie. Jeszcze w momencie, kiedy jest sam, dysponuje grami komputerowymi, jakimś PlayStation albo czymś innym, to się skarży, że jest samotny i wygrywa taki proces. Dla mnie to jest kompletne wariactwo i o tym Maciej Parowski napisał historię. Ty to widzisz inaczej. To jak to widzisz?
[01:18:14] - Tak, ja widzę wspaniałe zwycięstwo Breivika.
[01:18:19] - Dlaczego? Nie rozumiem.
[01:18:20] - On zwyciężył przecież. On dokonał straszliwego czynu, po czym wygrywa z rządem norweskim. Żyje sobie jak nabat i tak dalej, a w Polsce nawet wiersze o nim piszą. Wspaniały triumf jego uczynków. W tej chwili to już tylko młodzi ludzie w Norwegii i w całej Europie mogą marzyć, jak przeskoczyć Breivika, zamordować jeszcze więcej, zrobić jeszcze lepszy spektakl. A może nie tylko w Polsce będą pisali wiersze? Może Maciej Parowski napisze jeszcze operę i operetkę o Breiviku? Nie tylko o wspólnej celi z Breivikiem, ale o wspólnej żonie z Breivikiem. Będzie wzruszające zupełnie. Może napisze komiks z Breivikiem.
Przecież to wspaniała postać. To jest rzecz, do której się można odwoływać po prostu.
[01:19:28] - Ale oddzielmy dwie rzeczy. Bo też żeś się przypiął do tego, że napisał wiersz-
[01:19:33] - O Breiviku.
[01:19:34] - Że wiersz to coś takiego wzniosłego. Ale przecież wiersz może być także potępieniem. I moim zdaniem ten wiersz to jest wiersz o tym, że mamy do czynienia z bydlęciem, które domaga się swoich praw.
[01:19:46] - Tak, ale my się nie rozumiemy. Ciężko nam się zrozumieć, gdyż chyba, Marku, nie rozumiesz, o co mi chodzi.
[01:19:54] - No to przechodźmy.
[01:19:55] - Chodzi mi o pewną zasadę. Zasadę, której Która przestała obowiązywać, a powinna obowiązywać. Ja ci powiem co, ty też tak myślisz, ale nie do końca. Co na przykład z takim Breivikiem zrobiłby Sienkiewiczowski Kmicic?
[01:20:20] - Już to zrobił, tylko nie z Breivikiem.
[01:20:22] - Poczekaj. Kazałby Tatarom włóczyć go po ziemi tak długo, aż całe mięso odlazłoby od kości. Potem te kości rozrzucić w stepie, żeby resztkę psy zjadły. I przede wszystkim ten człowiek nie miałby prawa do grobu nawet.
[01:20:42] - Co z panu Wołodyjowskim zrobiono, z Azją? To zrobiono, co zrobiono.
[01:20:51] - Tak rzecz wygląda. Pielęgnowanie etosu człowieka, który jest bydlęciem, odwoływanie się do niego. Jest taka stara zasada: z chrześcijaństwa „Nie wymieniaj imienia Boga nadaremno”. Ale również kiedyś nie posługiwano się słowem szatan ani diabeł. Dlaczego? Nie wywołuj diabła, nie nazywaj, nie używaj jego imienia. Parowski spokojnie używa imienia bydlęcia tworząc z niego symbol, współdziałając z tymi, którzy pozwalają mu żyć, którzy pozwalają mu wygrywać z prawem. Parowski przenosi go na pole kultury.
[01:21:45] - A ja to widzę inaczej. Parowski używając jego nazwiska pokazuje upadek Europy, jej bezradność. Pokazuje, jak się to wszystko zmieniło, że kiedyś wdziano by tego faceta na pal albo włóczono końmi, a dzisiaj przyznaje mu się PlayStation i towarzysza do celi. Moim zdaniem o to chodzi. Ty postulujesz coś takiego, żeby o nim nastąpiła zmowa milczenia, żeby w ogóle nie wymieniać jego nazwiska.
[01:22:19] - Nie zmowa milczenia, ale po prostu jest prawo, jest historia i jest nauka, która rozważa pewne rzeczy. Natomiast artysta, który pisze nagle wiersze o Breiviku to jest dla mnie zgroza.
[01:22:33] - Ale co żeś ty się przyczepił, że to wiersz? Przecież on go nie gloryfikuje w tym wierszu.
[01:22:38] - Nie musi.
[01:22:38] - Wręcz przeciwnie. On pokazuje, jakie to bydlę w gruncie rzeczy jest.
[01:22:43] - Nie musi. Ale oswaja nas z symbolem, którym jest Breivik.
[01:22:51] - Tak, ale czego symbolem jest Breivik? Bydlęcenia i to takiego bezczelnego bydlęcenia.
[01:22:57] - Ja ci mówię, jaka będzie konsekwencja dalsza tego, co zrobił Parowski.
[01:23:02] - Jaka będzie?
[01:23:03] - Otóż jest wiele pomysłów, jak Breivika wprowadzić dalej do naszej rzeczywistości. Parowski wprowadził go do wiersza, a ja mam parę projektów. Przedstawię ci jeden z takich projektów. Bardzo dobry, proszę ciebie. Dosyć niedawno jacyś idioci w Brukseli wpadli na genialny pomysł, żeby stemplować paczki od papierosów flakami ludzkimi, po to, żeby zrażać ewentualnych ochotników do palenia papierosów. Czyli dano oficjalnie przyzwolenie na posługiwanie się rzeczami nieetycznymi, nieestetycznymi do tego, żeby czynić dobro. Do tego samego może służyć Breivik jeszcze lepiej. Zwróć, Marku, jakie piękne hasło na paczkach papierosów: „Palenie zabija jak broń palna” i na tym zdjęcie Breivika. Bach, bach, bach! Odstrzelono biodra dziewczynki.
Bach, bach, bach! I odstrzelono skroń chłopczyka. Przecież to obrzydza palenie. Ludzie się będą bali palić. Świetny sposób, żeby z Breivika zrobić narzędzie dobra. Pomoże medycynie uchronić zdrowie wielu tysięcy ludzi, proszę ciebie.
[01:24:40] - Ja nie wiem, czemu sprowadzasz wszystko do absurdu.
[01:24:43] - To nie absurd. Słuchaj, ktoś tego słucha. Zobaczysz, że się znajdzie ochotnik. Świetny pomysł i Parowski o tym doskonale wie.
[01:24:55] - A ja uważam, że Parowski zrobił dobrą robotę, bo jeszcze tylko uświadomił ludziom, jakie to bydlę jest w gruncie rzeczy, jak bezczelne. Przecież ludzie już sporo o Breiviku wiedzieli. Ile razy szły wiadomości w dziennikach, że Breivik ma kolejne żądania, upiorne dosyć, to tyle razy ludzie byli oburzeni. A Maciej Parowski po prostu opisał to. Przecież to, czego się Breivik domaga, to powiem krótko, dla mnie ten facet powinien siedzieć w ciemnej celi o chlebie i wodzie. Jeśli w ogóle, bo z tym wdzianiem na pal to też był niezły pomysł. I co więcej, mnie się wydaje, że wśród oczywiście tych niecywilizowanych, bo ci cywilizowani to oczywiście w ramki by go oprawili, ale Maciej Parowski też należy do tych ludzi, którzy tak naprawdę mają nadzieję, że w pewnym momencie Breivik idąc na spacer albo wracając ze spaceru, potknie się na schodach i tak nieszczęśliwie uderzy, że nie przeżyje tego.
[01:26:11] - Mareczku, ale ja ci powiem. Jest reakcja łańcuchowa. Maciek Parowski napisał wiersz, a ja napiszę opowiadanie też o Breiviku i ty napiszesz też opowiadanie i wszyscy zaczniemy pisać opowiadania o Breiviku, bardzo negatywne.
[01:26:29] - Zaczniecie pisać opowiadania i go wreszcie któryś z was uśmierci. Tak. To ja jeszcze gwoli porządku zacytuję kilka głosów. O trzydzieści pięć, nasz stały korespondent pisze w ten sposób i tu punkt dla ciebie: „Dokładnie zgadzam się z panem Wiktorem. Jest to droga do uczłowieczenia Breivika, którego trudno nazwać zwierzęciem. Jest to prosta droga do wpisania go do kultury masowej.
[01:27:01] - Widzisz, on napisał to, co ja chciałem powiedzieć.
[01:27:03] - Człowieka, który powinien być zapomniany.
[01:27:05] - Tak.
[01:27:06] - No tak, ale ja zadam pytanie. Zaraz przeczytam jeszcze jeden fragment, ale zadam pytanie, czy we współczesnym świecie da się tego rodzaju zapomnienie osiągnąć? A zatem czy przypadkowo Maciej Parowski robiąc to, co robi, nie kanalizuje tego? Czyli tak: nie da się zapomnieć, ale też zanim pojawi się idiota, który będzie wychwalał Breivika, to zjawił się człowiek, który po prostu pokazuje, jakim bezczelnym typem jest Breivik i że zamiast mózgu w tej głowie jest jakaś sałatka warzywna. I moim zdaniem Maciej Parowski to osiąga, a nie to, o czym panowie mówicie, czyli że go w jakiś sposób uczłowiecza.
[01:27:48] - Marku, mogę ci zaręczyć, że już niedługo w Europie pojawi się spektakl teatralny o wspólnej celi z Breivikiem.
[01:27:59] - No dobra, to czytam dalej. Czytam dalej. „Śmieci ludzkie” – to Ivellios napisał – „Śmieci ludzkie powinno się eliminować, a nie wsadzać do kicia o standardzie pięciogwiazdkowego hotelu”. I w pełni się z tym zgadzam i myślę, że Maciej Parowski też się z tym zgadza. Absolutnie.
[01:28:20] - Ja też wiem, że się z tym zgadza.
[01:28:23] - Dalej O trzydzieści pięć wymienia tutaj Che Guevarę: „Też był bezczelnym bydlęciem, a noszenie go na koszulkach jest cacy”. No to prawda. Rzeczywiście tak. I tutaj punkt dla panów, że rzeczywiście, jeśli to się zrobi, tylko przepraszam, ale z drugiej strony nikt nie napisał, to w pewnym momencie CIA zaczęło pokazywać, jakim gnojem w gruncie rzeczy był Che Guevara i jakim bandytą i mordercą i człowiekiem, który czerpał przyjemność z tego, że mordował przeciwników politycznych. Naprawdę jestem rozdarty. Ja nie podejrzewam Macieja o złe intencje. Co więcej, ja wiem, że jakiś cel osiągnął.
[01:29:09] - Poczekaj, ja też go nie podejrzewam o złe intencje. Absolutnie. Ja uważam, że popełnił po prostu drobną niezręczność. Ktoś powinien mu powiedzieć: „Napisz ten wiersz. Wiersz jest świetny, natomiast nie używaj w tytule jego imienia”.
[01:29:24] - No dobrze.
[01:29:24] - Tylko to.
[01:29:25] - Jeszcze O trzydzieści pięć dodaje: „Na pewno go nie kanalizuje” – mówimy o tej postaci – „Nie da się tego zrobić w kulturze masowej. Na pewno tym wierszem nie osiąga tego”. Nie wiem. Proponuję go jednak przeczytać. Pewno do porozumienia nie dojdziemy. Ja powiem tak: to może nawet lepiej, bo warto się zderzyć z tym. Niestety albo stety dla mnie, stety dla was niestety ten wiersz powstał. On już zaistniał. Może warto go przeczytać, żeby zobaczyć, o co w nim tak naprawdę chodzi. Może nie mam racji.
Ja nie upieram się. Rzeczywiście dla mnie to też był pewien dysonans, ale czy nie jest rolą pisarza prowokowanie tego rodzaju dyskusji? Bo zobacz, my od 15 minut rozmawiamy o wierszu, który nie jest wcale taki długi, o pewnym problemie, który dzięki temu albo przez ten wiersz zaistniał. Jak traktować tego rodzaju postacie? Co więcej, każdy z nas się zdeklarował, że ten facet powinien się potknąć na schodach. To jest moja wersja. Twoja o wdzianiu go na pal. To się chyba nie da zrobić w Norwegii, ale spadnięcie ze schodów jest bardziej prawdopodobne. Nie wiem. Pewno nie dojdziemy do porozumienia.
Nikt z nas zdaje się-
[01:30:48] - Jest taka chyba we współczesnym świecie tendencja gloryfikowania bydląt i zła w przeciwieństwie do dobra. Zwróćcie uwagę, że w starożytności jednak opisywano „Odyseję”, „Iliadę”. Były to eposy związane jednak z pewnymi heroesami o pozytywnym wydźwięku. Zwróć uwagę, kto jest bohaterem narodowym Stanów Zjednoczonych. Józef Bem kiedyś był, Kościuszko, Lafayette może, Lincoln.
[01:31:32] - Pułaski.
[01:31:32] - Pułaski, tak.
[01:31:33] - O tym nie wiem nic.
[01:31:34] - Tak. Jeszcze czasami jakiś film odgrzeje Lincolna i Waszyngtona. Nie. Bohaterem Stanów Zjednoczonych jest Al Capone.
[01:31:45] - No tak, ale Wiktor.
[01:31:47] - To jest bohater narodowy.
[01:31:48] - No dobrze, ale-
[01:31:49] - Takie samo bydlę jak Breivik.
[01:31:52] - Dobrze, ale powiem tak: bo my w tej chwili będziemy rwać włosy z głowy. Ja już nie bardzo mam co rwać w ogóle, ale będziemy rwać te włosy z głowy nad tym, jaka jest współczesna kultura. A kto jest bohaterem kultury masowej? Takie postacie jak Hannibal Lecter. Człowiek, który jest kanibalem, a autor doprowadził do tego, że część ludzi nawet uznała go za całkiem sympatyczną postać. Skąd się wzięła taka popularność kryminałów czy w ogóle powieści o seryjnych mordercach, którzy na łamach powieści wyczyniają dzikie rzeczy, takie, które kiedyś w ogóle ludziom do głowy nie przychodziły?
[01:32:37] - Wzięło się to z przyzwolenia na to, że mogą tak postępować. W świecie islamu jest to nie do pomyślenia.
[01:32:49] - Oczywiście, że tak.
[01:32:50] - Chciałbyś tak?
[01:32:52] - Zgoda. Tylko ty z jednej strony, okej, ja jestem gotowy przystać na taki obraz świata, o jakim mówisz. Znaczy, że są pewne tabu, ale żyjemy w świecie, w którym tych owych tabu nie ma. Najbardziej chętnie czytane powieści, na przykład Kawy, dotyczące seryjnych zabójców, są o rzeczach strasznych. Takich książek o seryjnych zabójcach, którzy mają dzikie pomysły, zupełnie dzikie. Przypomnijmy sobie „Milczenie owiec”. Przypomnijmy sobie „Czerwonego smoka”. Wymieniam jednego autora, zostańmy przy nim. Ci seryjni mordercy to są po prostu absolutni psychopaci. I to są bohaterzy negatywni, ale jednak tych powieści.
[01:33:44] - To są świetne powieści, tak samo jak świetny jest wiersz Parowskiego i my się zaczynamy fascynować tymi powieściami, fascynować wierszem i w ten sposób powolutku akceptujemy ich i to wszystko, co z sobą niosą.
[01:34:05] - Zgoda. Mnie jest ciężko bronić przed tym, bo ja właściwie jestem jedną nogą po twojej stronie. Niemniej nie uważam, że Maciej Parowski dokonał jakiegoś faux pas.
[01:34:18] - Poczekaj. Akurat rozmawialiśmy przed audycją na ten temat i dałem przykład, dlaczego popełnił faux pas. Dlaczego Wojtek Sedeńko, dobierając tytuł książki, wybiera tytuły różnych opowiadań z tego tomu? Dlaczego nie użył tytułu wiersza? Bo byłoby to faux pas, bo byłoby to nonsensowne, bo byłoby to wręcz debilne użycie tego. A z drugiej strony dlaczego nie? Świetny tytuł. Ludzie by kupowali, bo śmierdzi sensacją.
[01:34:57] - Zgoda. Ciężko jest mi się bronić, bo po pierwsze uważam, że z Breivikiem powinno się zrobić coś takiego, jak już wcześniej mówiliśmy, jeden z wariantów wybrać. Natomiast waham się jednak. Uważam, że nie zrobił nic złego Maciej Parowski. Wręcz przeciwnie dał materiał do przemyślenia. Myślę, że po lekturze tego wiersza człowiek, ja przynajmniej, wzmocniłem swoją niechęć, to tak łagodnie powiedziane, do Breivika, ale coś przeczytam.
[01:35:29] - Ja nie musiałem, bo jeszcze wzmocniłem swoją niechęć do Parowskiego, której nigdy nie miałem, bo uważałem go zawsze za przyjaciela i uważam do dzisiaj. Ale ten wiersz wzbudził we mnie wściekłość. Skoczę mu do oczu przy okazji pierwszego spotkania.
[01:35:43] - To sobie panowie załatwicie na osobności. Ja tylko kilka cytatów z Arka Kocika, parę komentarzy, które zapisał. „Marku, daleko Breivikowi do »Milczenia owiec«”. To jest do twórczości. „I zostanie bohaterem, nawet negatywnym, ale bohaterem. Nie potknąć się na schodach powinien, tylko skazany powinien zostać na śmierć w obliczu prawa i nieuchronności wykonania”. Zgoda, ale co zrobić, jak Norwegia jest taka, jaka jest? Może go jakieś komando powinno porwać do krajów mniej cywilizowanych albo coś takiego. W każdym razie ta kara powinna zostać nieuchronnie wykonana. Dalej, o 35: „Nie mogę zrozumieć też gloryfikowania w Rosji Stalina.
Człowiek, który wymordował około 60 milionów obywateli swego kraju, jest teraz bohaterem narodowym Rosji”.
[01:36:55] - A Amerykanie noszą go na koszulkach i hipisi nosili tak samo jak Che Guevarę.
[01:37:02] - Ivellios, to działa na tej samej zasadzie co gloryfikowanie śmiecia Bandery i takiego samego śmiecia Suchewycza, nie wiem, jak się to wymawia, na Ukrainie. Czy gloryfikowanie prawdopodobnie największego śmiecia w historii ludzkości Mao Tse Tunga w Chinach. Coś jest rzeczywiście bardzo podobne zjawisko. Właśnie przeskoczyło mi. W Chinach, i uciekło. Teraz Tymitu, cytat: „Moim zdaniem wymazywanie jakiegokolwiek elementu z historii jest błędem. Po pierwsze jest to niemożliwe, po drugie przez nieudaną próbę wymazania tego kiedyś powróci z zwielokrotnioną siłą. Powstaną teorie spiskowe, że to było wymazanie, bo to czy tamto”. I to też jest argument. Przyznam, że nie uwzględniłem go.
Ale rzeczywiście owoc zakazany niektórym przynajmniej smakuje najlepiej.
[01:38:09] - Ja nie mam zastrzeżeń do tego, do wiedzy czy do świata, do nauki, czy do archiwów. Natomiast Przenoszenie go przez artystów do popkultury, które to robi Parowski właśnie razem z wieloma innymi ludźmi. Przenoszenie go do popkultury z punktu widzenia artysty właśnie nie powinno czegoś takiego być.
[01:38:40] - I kolejny świetny komentarz z czata. Zobaczcie na filmy. Kiedyś bohaterami byli stróże prawa lub ochraniający ludzi. Dziś są złodzieje, bandyci i mafiozi. Zgadza się. Taka jest rzeczywiście popkultura. To, co mówiłem o zbrodniarzach, o seryjnych zabójcach, to mniej więcej wpisuje się w coś takiego. I Ivellios, tu kolejny cytat: „Po prostu śmieci ludzkie zdobyły władzę, wytworzyły wokół siebie śmieciowy kult śmieciowej jednostki. Kult był podtrzymywany przy życiu wystarczająco długo, żeby duża część społeczeństwa takiego śmiecia uznała za bohatera.” Coś w tym jest.
[01:39:18] - Zwróć uwagę ze współczesnych filmów, kto jest jeszcze pozytywnym bohaterem? Już prawie nigdzie prawo. Jeszcze czasami w amerykańskim czy europejskim filmie jakiś ojciec, któremu zgwałcono albo porwano córkę, na własną rękę wymierza sprawiedliwość. I to są ostatni samotni bohaterowie pozytywni.
[01:39:40] - Wiesz co? Nie rozstrzygniemy tego problemu. Rzeczywiście wzbudziłeś pewne wątpliwości moje. Ja sobie jeszcze raz to przeczytam. W ogóle warto ten wiersz przeczytać. Obojętnie jakie mamy zdanie. Może nawet po przemyśleniu wejdę na tę ścieżkę, że rzeczywiście pewne zakazy powinny obowiązywać, chociaż ten głos o tym, że jeżeli coś jest zakazane, to później urasta do rangi mitu, też jest pewnym ostrzeżeniem.
[01:40:08] - Nie zakazywać, ale przemilczeć. A słowo jak na razie należy do ludzi sztuki.
[01:40:15] - Dobra, bo nie skończymy dziś.
[01:40:19] - Przemilczanie pewnych faktów właśnie na Ukrainie między innymi się uskutecznia, żeby wybielić tych bohaterów.
[01:40:30] - A później się dowiemy za kilkadziesiąt lat, że ten Breivik to w ogóle przemilczany bohater, bo jeszcze on sobie przecież dorobił ideologię do tego wszystkiego i tak dalej. Zamknijmy tę dyskusję.
[01:40:44] - Mam teorię spiskową. Ja wiem, dlaczego go podtrzymują przy życiu. Jako straszaka na Arabów.
[01:40:51] - Coś w tym jest.
[01:40:53] - Zobaczcie, jakiego mamy boysa. Mamy takich więcej być może. Niech się wam nie wydaje, że tak będzie gładko.
[01:41:03] - Dobra, nie wiem, jak to podsumować, ale podsumowanie byłoby okrutne. Ale dobry moment, żeby przejść do opowiadania Krzysztofa Kochańskiego, też autora wielce zasłużonego dla fantastyki. „Pluton egzekucyjny.”
[01:41:16] - O, właśnie.
[01:41:17] - I to jest twoje ulubione opowiadanie. Może nie ulubione, ale jedno z tych, które potraktowałeś, podobało ci się.
[01:41:26] - Zobacz, jaki paradoks zupełnie. Od Breivika przechodzimy do tego.
[01:41:31] - „Pluton egzekucyjny” jest jak najbardziej na miejscu. Jest najlepszym komentarzem do Breivika. Więc przejdźmy do opowiadania Krzysztofa Kochańskiego „Pluton egzekucyjny.”
[01:41:42] - To jest bardzo dobre opowiadanko i podobało mi się bardzo. Przede wszystkim dlatego, że jest strasznie klasycznie napisane, bez żadnych tam udziwnień. Jest sprytnie zrobione.
[01:41:58] - Ale mi to przypomina właśnie te twoje ukochane opowiadania amerykańskiej science fiction. Liczy się pomysł. On jest bardzo prosto zrealizowany. Przecież niektóre fragmenty tam wygłaszane przez tych małych żołnierzy, po prostu człowiek ma świadomość, że to opowiadanie za chwilę się rozleci, ale się nie rozlatuje. Bo autor potrafił to zagrać tak, że opowiadanie „Pluton egzekucyjny” jest taką, jak to nazwać? Perełką to jest nadużycie, bo to wszystko pewno można nazwać perełką, ale jest takim klejnocikiem, bo ono jest właśnie napisane w tym stylu świetnego pomysłu, niezłej realizacji. I właściwie od początku ono w pewnym momencie jest absurdalne, bo się człowiekowi nagle zaczyna wydawać, że to jest kompletne i od czapy opowiadanie, że to jest w ogóle jakaś bzdura kompletna. I tak brniemy w to opowiadanie.
[01:43:01] - I nagle otwieramy oczy.
[01:43:02] - I nagle otwieramy oczy. Kurczę, niezłe. To było po prostu niezłe.
[01:43:06] - Zobacz jeszcze, jaki paradoks i bon mot, nie? Polecamy panu, państwu gorąco „Pluton egzekucyjny.”
[01:43:16] - Tak, polecamy państwu „Pluton egzekucyjny” zdecydowanie. I myślę, że co? Ponieważ nie mamy się o co kłócić przy tym opowiadaniu, to tylko powiemy tyle, że je polecamy. I to naprawdę jest taka perełeczka. Już zostańmy przy tej perle, bo nic innego chyba nie wymyślę. Jak dzisiaj w późna pora, to człowiekowi słabe te porównania wychodzą. Więc zostańmy. To jest naprawdę fajne opowiadanie. Kolejne opowiadanie z tego zbioru to jest historia Michała Protasiuka „Anatomia pęknięcia.” I tu powiem tak: znowu się dzieje, żeby było fajniej w Skandynawii. Znowu to nawiązuje do Breivika.
W Skandynawii. I powiem ci tak, to jest jedno z tych opowiadań, którym nie byłem zachwycony. Żebyśmy dobrze zdefiniowali, o czym mówimy. To jest opowiadanie, jak każde zresztą w tym zbiorze, moim zdaniem fajnie napisane, z fajną intrygą. Ja podążałem za nim, ale o ile właśnie jest fajnie napisane, przez większość czasu nieźle się to czyta i ja wierzę autorowi w tę historię. To jednak pod koniec trochę mnie rozczarowało. Nie wiem, jak ty się na to zapatrujesz. Nie przeżyłem jakiegoś załamania, ale to rozwiązanie, ta puenta wydała mi się zbyt prosta.
[01:44:46] - Ja mam taką refleksję, która bardzo będzie pasowała również do następnego opowiadania, które w tym zbiorku jest, czyli do Piotrka Goćka „Jak utopiliśmy Hana Solo”. Otóż pisarze to są w pewnym sensie nie tylko artyści, ale również przynajmniej dobrzy konstruktorzy. A konstruktorzy konstruując jakąkolwiek rzecz, bardzo dbają o pewną optymalizację tej konstrukcji. To jest jedna z podstawowych zasad konstruowania czegokolwiek. Na przykład taki rusznikarz, kiedy majstruje jakąś giwerę do strzelania, jeśli robi bardzo mało kalibrową broń, to wierzcie mi, ta broń może się zmieścić w dłoni pod jednym wskazującym palcem. To może być coś tak malutkiego i piekielnie groźne. Nikt takiej malutkiej, małokalibrowej rzeczy nie będzie konstruował na kształt bazooki, żeby przykładać do ramienia, bo przede wszystkim tam nie ma odrzutu żadnego, nie ma niczego, więc po cholerę robisz bazookę, skoro można to ukryć pod wskazującym palcem? Otóż konstruktor, w tym wypadku rusznikarz, wie, jaki wymiar powinna mieć konstrukcja zależnie od kalibru. I teraz ja od samego początku mówię: pisarz tak samo mając pewien pomysł, czyli mieć poczucie kalibru tego pomysłu, do tego dopasować właściwy wymiar tego, co tworzy. Czyli jeśli mam pomysł na dowcip, to robię shorta.
Jeśli mam pomysł na jakiś obrazek fajny i jakąś fajną puentę, robię troszeczkę dłuższego shorta. A jeśli mam problem filozoficzny, socjologiczny, wtedy piszę powieść. Dopiero wtedy piszę powieść, a nie: mam pomysł na dowcip, a robię powieść. Rozmazuję to i ciągną się flaki. Czasami z tego wyjdzie całkiem dobra powieść. Ja nie mówię. Otóż trzeba mieć poczucie, że tak powiem, symetrii.
[01:47:26] - A sprowadzając tę krótką twoją przemowę do opowiadania „Anatomia podjęcia”
[01:47:31] - To dokładnie dotyczy tego samego co Goćka. Świetne rzeczy, fajnie pisane, fajnie prowadzone. Za długie.
[01:47:42] - I tu chyba się z tobą zgadzam, bo w ogóle my tego nie powiedzieliśmy, ale to jest moim zdaniem, jeśli chodzi o warsztat pisarski, znakomita. Co do innych rzeczy będziemy mieli pewno odmienne zdanie, ale jeśli chodzi o warsztat pisarski, to jest znakomita antologia. Ci wszyscy ludzie naprawdę potrafią pisać i naprawdę wiedzą, po co piszą i jak pisać. To, co mówisz, czasami nie panują nad rozbuchanym temperamentem i chęcią mnożenia znaków. To się zdarza.
[01:48:19] - Marku, to jest, pardon, twoje zdanie.
[01:48:21] - Okej, to jest moje zdanie.
[01:48:24] - Chciałem ci przypomnieć moje pytanie do ciebie przed audycją. Marku, czy wiesz, jaka jest różnica między literaturą a nie literaturą?
[01:48:32] - No i co ci odpowiedziałem?
[01:48:35] - Że literatura to jest jednak pewna synteza, a nie bredzenie kierdziołka na stołku.
[01:48:41] - Ale żeby tę syntezę osiągnąć, czasami trzeba pójść jednak w szeroką historię. Szeroko zarysowaną.
[01:48:50] - W tym zbiorze są również bredzenia.
[01:48:52] - Dobra.
[01:48:52] - Dojdziemy.
[01:48:54] - Podsumowując, opowiadanie Michała Protasiuka we mnie przynajmniej wzbudziło niedosyt. Świetnie, nieźle.
[01:49:03] - Bardzo dobrze napisane.
[01:49:04] - Bardzo dobrze napisane. Tu niepotrzebnie skreślić, ale we mnie wzbudziło niedosyt. Dużo zapowiada, sporo daje, ale chciałoby się więcej. Być może to jest na plus akurat, bo być może autor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. To opowiadanie to takie średnie opowiadanie. I doszliśmy do opowiadania „Jak utopiliśmy Hana Solo” Piotra Goćka. Nie wiem, jak to odmienić. W każdym razie osoby znanej, dziennikarza, człowieka medialnego. Myślę, że zanim o tym opowiadaniu powiemy, co o nim sądzimy, to oddamy głos Markowi Ivelliosowi z kolejnym fragmentem. A zatem Marku, prosimy o fragment opowiadania Piotra Goćka.
[01:49:57] - Piotr Gociek „Jak utopiliśmy Hana Solo”. „Wszystko przez dziadka i jego listę. Od tego się zaczęło. Dziadek, jego poszukiwania na Wkontakcie, jego lekki obłęd na punkcie hasła »wojna to sprawa osobista«, jego skrupulatny spis celów zrealizowanych, jak nazywał ustrzelonych frajerów. Dziadek w cywilu był podobno wyróżniającym się pracownikiem korpo i wszystko przekładał sobie na cele, możliwe drogi realizacji, a nawet synergię.Potem został snajperem, w dodatku bardzo skutecznym. I to właśnie ta jego skuteczność, połączona z listą Dziadka, jak okrzyknięto ją w necie, ściągnęła nam na łeb BZW. Powołane dwa lata temu Biuro Zabezpieczania Wizerunku objawiło się w postaci wyjątkowo wścibskiej i odpychająco pięknej pani kapitan, za którą jak pies łaził mniejszy od niej o połowę wymoczek o wyglądzie i manierach koszarowego pierdnięcia. Był to wymoczek w stopniu podporucznika. Specjalista. Nikt nie wiedział od czego.
Wielu takich się kręciło w okolicy. Na przykład teraz. Stał obok pani kapitan Wysockiej i głównie cuchnął. Potem. I czym jeszcze? A gnojkiem cuchnął. Zwykłym gnojkiem. Tymczasem Wysocka mówiła: „Paragrafu siódmego, jedenastego oraz paragrafu dwudziestego trzeciego, punkt trzeci, z uzupełnieniami według ustawy specjalnej o stanie gotowości” i tak dalej. Z czego wynikało, że Dziadek, znaczy kapral Henryk Dziadkiewicz, jest zawieszony. Nie wolno mu strzelać, gadać, kopać rowów, kręcić palcem w bucie i w ogóle niczego bez uprzedniego zezwolenia BZW, znaczy kapitan Wysockiej.
A ona naprawdę się do tego nie garnęła. Zaś stan ten, taki to a taki, trwać miał aż do chwili, kiedy sprawa Dziadka nie zostanie wyjaśniona w Bydgoszczy, gdzie działała przy Cybercentrcomie specjalna komisja do spraw propagandy. I tak to dalej szło, a podporucznik Gnojek stojący obok pani kapitan uśmiechał się bezczelnie. Uśmiechał się, jakby, kamać, był lepszy od Dziadka o sto tysięcy razy. A to przecież Dziadek miał na liście trzynastu ustrzelonych frajerów. To Dziadek miał w łbie masę ciekawych rzeczy, o których jeszcze ciekawiej opowiadał. I znał odpowiedzi na wszystkie związane z wojną pytania. Więc to do Dziadka, mimo jego niewątpliwego świra, mieliśmy zaufanie, a do gnojka podporucznika i jemu podobnych po stokroć nie. „Amerykanie to by Dziadka docenili” – słychać było w naszym oddziale. Czy może to dziwić?
Dla większości chłopaków był supergwiazdą, jak Lewandowski albo Milik. Symbolem tego, że niemożliwe jest możliwe, że na przykład może nie jesteśmy skazani na to, że jak przyjdzie ruski niedźwiedź i usiądzie na nas swoją najeżoną rakietami dupą, zostaniemy zgnieceni w trymiga. Wiara w Dziadka była zrozumiała i szerzyła się jak pożar w stepie. Podobnie było z wiarą w pomocną dłoń od Amerykanów, w ich lotniskowce, śmigłowce, drony, pociski samosterujące oraz jakieś nieznane dotąd światu, ale super skuteczne dynksy. To w końcu Amerykanie, nieprawdaż? Muszą mieć coś w zanadrzu. Nic więc dziwnego, że obydwa te kulty łączyły się w jeden, który określić można było w prosty sposób. Głęboka wiara, że tylko cud może nas uratować. A Pan Bóg działa drogami krętymi i tajemniczymi. Mógł więc działać i poprzez Dziadka.
Po coś nam go zesłał. W telewizjach i w necie też było sporo o Amerykanach. Tyle że nie o nadciągających dywizjach, nie o możliwościach tarczy antyrakietowej i nie o nowej polityce, której oczekiwano w związku z kolejną pełzającą rosyjską inwazją. Politycy, krawaciarze i odziani w maski z filmu „V jak Vendetta” zadymiarze kłócili się o transatlantyckie partnerstwo na rzecz wolnego handlu i ochrony inwestycji, czyli jakieś nowe wcielenie kiedyś zarzuconych traktatów TTIP, ACTA i CETA. Nowe partnerstwo weszło w życie kilka tygodni temu, co na Przesmyku budziło znikome zainteresowanie. Główną inwestycją, o której ochronę drżeliśmy, były najbliższe lata własnego życia. „Mocarstwa nie mają sojuszników. Mocarstwa mają interesy” – powtarzał Dziadek. „A Rosjanie?” – pytałem. „Rosjanie nie mają innego wyjścia” – odpowiadał.
W sumie to na mnie powinni mówić Dziadek. Jestem w oddziale najstarszy, a Dziadkowi dopiero co stuknęła czterdziestka. Ale z ksywkami jak z chorobą weneryczną: nie wybierasz. Sama cię znajdzie. Dziadek, mimo wieku lekko półśredniego, miał na głowie włosy bielutkie jak broda świętego Mikołaja. Musiał więc zostać Dziadkiem. Ja kiedyś uczyłem w liceum, więc musiałem zostać Ben Frank. No i jako jedyny mam w szafce obok pryczy trzy książki. Same ulubione. Gdybym miał pięć, chłopcy ochrzcili by mnie pewnie profesorem.
Ale najczęściej mówili na mnie Jaca. Dziadka zaś nie zesłał nam Pan Bóg, tylko dowództwo mieszające w oddziałach tak, by świeży narybek mógł ocierać się o weteranów. Taka była koncepcja. Chcieli nam dać coś prawdziwego, bo my sami z prawdziwym wojskiem nie mieliśmy za wiele wspólnego. Kiedy kapitan Wysocka kończyła swoją krótką przemowę, coś tam pierdolnęło jeszcze za linią lasu. Może minę albo dron. Może nasz, a może nie nasz. W każdym razie huknęło i w niebo wzbił się cienki dym. Witek Cichosz, mój druh serdeczny, jak tylko padła komenda: „Spocznij, rozejść się”, pogalopował do centrum rekreacyjnego sprawdzić, czy z prywatnego sprzętu nie da się zhakować jakiegoś latającego złomu, żeby mieć podgląd na miejsce eksplozji. A reszta kompanii rozeszła się do namiotów, bo zmierzchało już i nie było nic innego do roboty.
Ćwiczeń ani odpraw już na dziś nie przewidziano, więc można było przykleić się do tabletów i smartfonów. Nasz dowódca natychmiast gdzieś się zapodział. Znaczy poszedł na AST, czyli aktualizację sytuacji taktycznej, co i tak było bez sensu, bo sytuacja zmieniała się nieustannie i nie dało się jej nigdy odpowiednio zaktualizować. Przez chwilę rozważałem, czy nie powlec się za Cichoszem do centrum rekreacyjnego. Ale jakoś mi się nie chciało. Centrum rekreacyjne też było namiotem, tylko oznaczonym tabliczką z odpowiednią nazwą. W środku zamiast łóżek stało kilka stołów z konsolami do gry, monitorami i laptopami o powyłamywanych wierzchach i jeden stary Kettler do wiosłowania, w którym zamiast oryginalnego drążka był drewniany kij od szczotki z końcówkami owiniętymi czarną taśmą izolacyjną. Z jakiejś unijnej dyrektywy wynikało, że każdy pluton powinien mieć do dyspozycji niewielkie centrum rekreacyjne, żeby się wiara mniej stresowała i miała gdzie rozluźnić w czasie wolnym. Na mnie ten wynalazek działał odwrotnie. Bardziej mnie stresowało to, że banda ćwoków podśmiewa się z moich męczarni na trenażerze, niż stresowałby brak centrum rekreacyjnego.
Rekreację zawsze potrafiłem sobie zapewnić we własnym zakresie i tej właśnie postanowiłem się oddawać w sposób, jaki lubiłem najbardziej. Nasz pluton nie miał już tego dnia dodatkowych zajęć. Do kolacji zostało trochę czasu. Usiadłem na aluminiowym krzesełku z oparciem i patrzyłem na bezimienne jezioro, które według miejscowych łączyło się z Jeziorem Szlamy. Dzień był pogodny i niemal bezwietrzny. Przymknąłem oczy, splotłem dłonie na brzuchu i próbowałem układać sobie w głowie rozmaite plugawe zdania, którymi zwykłem zdobywać sobie odrobinę szacunku w oddziale, w którym nie dość, że byłem najstarszy wiekiem, to jeszcze najniższy stopniem. Pięćdziesiąt pięć lat. Idealny wiek dla szeregowego. „Zaciągnij się” — mówili. „Zobaczysz kawałek świata”.
Tylko że ja się nie zaciągałem.
[01:58:39] - Piękny fragment, bo opowiadanie „Jak utopiliśmy Hana Solo” to jest opowiadanie o przesmyku suwalskim, przesławnym, czyli tym odcinku granicy pomiędzy Białorusią a Obwodem Kaliningradzkim, który łączy nas z Litwą jakieś siedemdziesiąt kilometrów około. I w tym miejscu ma miejsce. Pora późna, 22:00, więc już jestem usprawiedliwiony. W każdym razie tam pojawia się kryzys polityczno-wojenny, bo mamy do czynienia z wojną hybrydową. To pojęcie, w jakiś sposób autor definiuje. Ono się stało modne jakiś czas temu i pokazuje, jak to może być, jak to może wyglądać. Taka wojna, nie wojna. Ta wojna wkracza na te wschodnie rubieże NATO, bo to miejsce jest takie. I ta wojna, nie wojna. Nie ma tam frontu, ale ludzie giną i to całkiem poważnie.
Następuje destabilizacja życia. NATO i USA. Żeby nie zdradzać puenty, bo to myślę nie jest naszym celem, nie będziemy opowiadać, czym się zajmuje NATO, czym się zajmuje USA, jaka była historia wspomnianego w tym fragmencie dziadka. Bo to jest historia przewrotna wbrew pozorom. Pewna zmiana ról następuje. Nie wiem, co więcej powiedzieć, żeby nic nie powiedzieć, żeby nie zdradzić puenty. Ale mnie się to opowiadanie podobało. Ty pewno powiesz znowu, że jest za długie. To już powiedziałeś zresztą, że jest za długie.
[02:00:34] - Znaczy się, zdziwię.
[02:00:34] - Tak? To zadziwiaj.
[02:00:37] - Zdziwię cię. Tak. Z jednej strony uważam, że jest za długie, ale z drugiej strony uważam, że jest za krótkie. Albo to powinien być sort dowcipny, taki jak Piotr Gociek potrafi pisać, bo to jest — zresztą po tym fragmencie widać — bardzo wesoły człowiek, bardzo sympatyczny.
[02:00:56] - Oczywiście.
[02:00:57] - Potrafiący operować dowcipem i humorem w ogóle. Natomiast albo to sort, albo napisać powieść, w której ten motyw dziadka i w ogóle całej tej rzeczy rozbudowany, podbudowany różnymi obyczajowymi zdarzeniami i strategią pewną, to powieść mogła być dużo lepsza od tego opowiadania. Według mnie powinno być to akurat chyba jednak dużo dłuższe i lepiej, żeby Gociek napisał powieść na ten temat.
[02:01:31] - Powiem ci, że to jest niezły pomysł. Rzeczywiście w tym opowiadaniu jest potencjał.
[02:01:38] - Tak.
[02:01:39] - Jest potencjał i pomysłu, i języka, bo tak jak powiedziałeś, autor swobodnie operuje. To jest proza, która się sama czyta. To było słychać, że on zupełnie swobodnie operuje językiem, ale to u pisarza rzecz normalna. Natomiast jest to lekka proza, lekka językowo.
[02:02:01] - I taka powinna być proza w powieści, żeby naprawdę te czterysta stron spokojnie, lekko przeczytać i być zaskoczony, zdziwiony, usatysfakcjonowany i przeżyć różne dziwne zdarzenia w środku między innymi.
[02:02:18] - Dobra, to jak już się pochwaliliśmy i tak się rozpływaliśmy w zachwytach, to przejdźmy dalej. Cóż, jeszcze możemy przez pięć minut popiać z zachwytu nad opowiadaniem, ale w gruncie rzeczy chyba nie ma po co. To jest jedno z tych opowiadań, które zarówno ja, jak i ty możesz polecić. Chociaż ty z tą uwagą, o której powiedziałeś, że za długie albo za krótkie. Ja z takim przekonaniem, że jak ktoś ma kłopoty z wyobrażeniem sobie, jak mogłaby wojna hybrydowa wyglądać w Polsce To warto po to opowiadanie sięgnąć, bo się nagle okaże, że to jest jak najbardziej realna perspektywa.
[02:02:58] - Tylko pamiętajcie, że ja polecam, ale ja cały czas również polecam ten zbiór amerykańskich opowiadań sortu z okresu złotej ery amerykańskiego opowiadania.
[02:03:13] - Notabene wydanej przez to samo wydawnictwo Solaris, oczywiście, które jest niezawodne, jeśli chodzi o wydawanie dobrej prozy. Ja jeszcze właściwie nie kupiłem w tym wydawnictwie żadnej książki, której bym nie doczytał do końca. To chyba dobre.
[02:03:33] - Niedługo będziesz miał okazję, bo chyba szykują wydanie „Delirium w TARDIS".
[02:03:40] - Nie tylko je szykują, tylko ono już jest. Myślę, że w tej chwili gdzieś tam na Polconie w Lublinie ludzie wykupują właśnie nakład wypuszczony przez Wojtka Sydenkę. Rzeczywiście „Delirium w TARDIS" ze znakomitą okładką.
[02:03:58] - To jest właśnie książka nie do czytania już dzisiaj.
[02:04:02] - Dlatego postanowiłeś przerobić ją na komiks. Dobra, o tej historii kiedy indziej, jak to Wiktor „Delirium w TARDIS" przerabiał na komiks.
[02:04:17] - A my tymczasem mamy słuchacza na antenie. Witamy panie Grzegorzu. Halo, halo, czy się słyszymy?
[02:04:25] - Witam. Słychać mnie?
[02:04:27] - Słychać bardzo dobrze.
[02:04:30] - Witam ponownie. Grzesiek z Wielkiej Brytanii. Ja dzwonię i wcinam się tak teraz, bo jakiś czas temu rozmawialiście o Breiviku i zabiliście mi takiego ćwieka, że nie mogę sobie dać z tym rady. No i musiałem zadzwonić.
[02:04:53] - Bardzo nas to cieszy, że pan zadzwonił.
[02:04:58] - Dzięki. Padły takie argumenty, że Breivik powinien się poślizgnąć na mydle albo powinno się go wbić na pal. Powiem szczerze, że w sumie też mam takie odczucie, że takiego śmiecia to powinno z nim sobie zrobić to, co powinno. Tylko że w tym momencie, kiedy to zostało powiedziane, mi się przypomniała taka scena z „Czterech pancernych i psa". Początek lat 80. to wiadomo, leciało co kilka miesięcy. Ja tam miałem wtedy nie wiem, z pięć lat czy z osiem, jakoś tak. I tam pamiętam, była taka scena jak Gustlik dorwał tam jakichś Fryców i wziął siekierę i zaczął ich tam ciągnąć do jakiejś komórki, żeby zrobić z nimi porządek. Na to Janek z „Czterech pancernych" go zatrzymał. A Gustlik taki oburzony mówi: „No ale co?
No zobacz, co oni zrobili". No właśnie to, co Janek powiedział, to właśnie to, co zrobili. I my nie możemy być tacy sami. I to jest właśnie, o czym chciałem powiedzieć, że takim właśnie dziadom i chamom trzeba pokazać, że my jesteśmy właśnie cywilizowani, że my stanowimy prawo i my się do tego prawa stosujemy, nawet jeśli to prawo ma dotyczyć takich chamów i dziadów właśnie jak Breivik. Bo jeśli nie, to wykluczylibyśmy z tego prawa właśnie tego Breivika i zastosowali coś innego, to po co w ogóle to prawo stosować? To byśmy byli nie w porządku sami do siebie w tym momencie. Także właśnie myślę, o to chodzi, że nie możemy być tacy sami jak on. Mimo wszystko musimy być wyżej i musimy się stosować do tego prawa, które sami stanowimy. Wcześniej pan Marek powiedział, że kiedyś to było wbijanie na pal i tak dalej. No tak, to prawda.
Kiedyś było obdzieranie ze skóry, kiedyś było polowanie, kiedyś było łamanie kołem, palenie na stosie i tak dalej. Myślę, że chyba nie tędy droga, kurczę.
[02:07:48] - Wie pan, bardziej tego używałem jako pewnego przykładu. Oczywiście nikt z nas, myślę, ani Wiktor, ani ja nie proponujemy takich rozwiązań. Natomiast myślę, że ten wiersz Parowskiego oraz ta nasza dyskusja, która się wywiązała, ona w gruncie rzeczy pokazuje, że owszem, powinniśmy stosować się do prawa, które sami stanowimy, ale w gruncie rzeczy pokazuje też jeszcze jedną ciekawą historię. Otóż jak stajemy się bezradni, kreując pewne prawa, które nie przewidują albo nie uwzględniają tego, że wśród nas mogą się pojawić takie jednostki jak Breivik albo nawet jeszcze gorsze. Wydaje mi się, że Europa w pewnym momencie zapomniała o tym, że człowiek to nie zawsze brzmi dumnie i czasami wśród nas pojawiają się jednostki, które mogą nam jako społeczeństwu zagrażać. I myśmy nie znaleźli sposobu Żeby sobie z tym problemem poradzić. I w gruncie rzeczy cały problem, o którym dyskutujemy, o którym pan wspomina, bo przyznaję, rzeczywiście to jest problem, który pan porusza. Cały czas stajemy przed takim problemem, że jesteśmy bezradni, bo z jednej strony mamy prawo, które zakazuje temu śmieciowi cokolwiek zrobić, bo jesteśmy lepsi, bo mamy swoje standardy, a z drugiej strony takie jednostki nauczyły się śmiać nam w twarz z tego. On doskonale wie, że nic mu nie zrobimy. I w gruncie rzeczy jest też taki pogląd głoszony przez niektórych ludzi zajmujących się prawem, że jedynie kara śmierci jest w stanie odstraszyć niektóre jednostki.
Nie potrafię zająć stanowiska w tym sporze, bo nie czuję się kompetentny. Nie wiem, jak jest. Natomiast czasami mam też takie wrażenie, że dzisiaj zabicie kogoś waży mniej. Waży mniej, bo taki przeciętny zabójca, nawet okrutny zabójca wie, że nic mu nie zrobią i że to, co jest dla niego najcenniejsze, czyli jego życie, nie jest zagrożone, bo nikt mu nic nie zrobi. Dlaczego to mówię? Nawet pana telefon też mi to uświadomił jeszcze bardziej, że my jako kultura europejska jesteśmy absolutnie bezradni wobec takich jednostek jak Breivik. Wiktor, proszę, mów.
[02:10:33] - Niech pan będzie. Ja bym panu bardzo podziękował za głos, ale mam do pana uwagę, ale powiedziałbym ją, kiedy niech się pan rozłączy, bo po co ma pan tracić trochę szmalu, że tak powiem, na kontakt z nami. Tak?
[02:10:53] - Szmalu nie tracę, bo dzwonię przez Skype'a, także mam za free. Ale tu się zgadzam, że jeszcze tutaj pewne rzeczy są kulawe.
[02:11:06] - A ja mam taką uwagę drobną. Wie pan co? Bo jak pan powiedział o czterech palcach i psie, to mi się przypomniał inny przykład, skoro wiekowo jesteśmy mniej więcej podobni, chociaż ja dużo starszy, ale przynajmniej pewne książki żeśmy też tak samo czytali. Otóż ja dam panu przykład z literatury jak najbardziej lekkiej i przyjemnej. I bardzo prostackiej, że tak powiem. Książka „Winnetou” Karola Maya. Otóż jak wygląda tam historia? Old Shatterhand jest właśnie takim szlachetnym Europejczykiem, który nie zabija. Nie zabija od samego początku. Już nie pamiętam, jak się nazywa ten bandyta, którego przez wszystkie trzy tomy gania.
On go wypuszcza, dorywa go znowu i wypuszcza. A ten człowiek po kolei zabija, pali wioski, zabija Indian, zabija wszystkich po kolei, rabuje. Gwał... gwałci akurat jeszcze nie, bo to nie była literatura dla dzieci. To była raczej literatura dla dzieci. I tak dalej. I tak mijają trzy tomy książki, po czym na samym końcu w „Skarbie Srebrnego Jeziora” coś takiego było. Po czym zabija narzeczoną Old Shatterhanda, czyli tą moczy siostrę Winnetou oraz zabija jej ojca, czyli przyszłego teścia. Czyli przez trzy tomy ja dostałem kurnicy właściwie. Boże mój, kto jest odpowiedzialny za śmierć tych ludzi?
Tamten bandyta? Nie. Old Shatterhand. Dlatego gdyż go puszczał wolno. Po prostu. I to jest właśnie ten paradoks, że tak, my powinniśmy być cywilizowani, powinniśmy prawo mieć, powinniśmy go przestrzegać, ale z drugiej strony dajemy wolną rękę temu człowiekowi, tak jak to Old Shatterhand dał wolną rękę bandycie i Karol May dzięki temu napisał trzy tomy książki, w której jeden facet morduje wszystkich po kolei. Aż do końca.
[02:13:24] - Tu się z panem zgadzam całkowicie, również. Ja na to mam taką tylko jedną receptę. Mam nadzieję, że kiedyś do tego wreszcie ktoś dojdzie i to zostanie zrealizowane, bo w świetle tego, o czym się mówi w Radiu Paranormalium, to wydaje mi się, że kara śmierci byłaby błogosławieństwem i wręcz nagrodą dla takiego. Co się powinno zrobić? Powinno się go osadzić w więzieniu do końca życia. Niech robi jakąś pożyteczną robotę dla społeczeństwa pod nadzorem do końca swoich dni i rozmyśla nad tym, co zrobił. I tyle. Takie jest moje zdanie.
[02:14:06] - Tak. Taki człowiek powinien być zgodnie z prawem, poza prawem. Poza prawem dotyczącym normalnych obywateli. On ma prawo do życia.
[02:14:18] - Żadnych konsol do gry.
[02:14:20] - Ani żadnych konsol do gry, towarzystwa i tak dalej, i innych tam pierdółek.
[02:14:25] - No i powinno mu się też przypominać codziennie po kilka razy, żeby wreszcie ruszyło go to sumienie, za co on tak naprawdę siedzi w tym więzieniu.
[02:14:34] - To się zgadza.
[02:14:37] - To prawda.
[02:14:40] - Natomiast jeśli tylko jeszcze mogę minutkę zabrać, bo chciałem się odnieść do tego. Panowie tutaj mówili, że kiedyś właśnie się siedziało w poczekalni czy w pociągu, czy gdzieś się czytało te książki czy gazety.
[02:14:56] - A teraz każdy siedzi w tym smartfonie. Kiedyś też o tym myślałem, że co to się teraz dzieje? Ludzie nie czytają, siedzą w tych smartfonach i tak dalej. Pomyślałem o tym trochę dłużej i doszedłem do wniosku, że dlaczego ludzie siedzą w tych smartfonach? Co oni tam robią? Czytają przecież. Zmienił się tylko nośnik. Kiedyś się czytało na papierze, a teraz się czyta na smartfonie. Faktycznie czytają, czasem są to jakieś bzdury i krótkie wiadomości i tak dalej, ale głównie na smartfonie się czyta. Czy to artykuły czy czytam wiadomości, jest to czytanie w każdym razie.
[02:15:42] - Wie pan co? Ja czytam akurat takie dane w tej chwili z Czech, Węgier i tak dalej. Otóż tam i również w Polsce zaczyna być, że tak powiem, troszeczkę przez gówniarzy modne czytanie. Ja to obserwuję. Nie jeżdżę samochodem, tylko chodzę pieszo. Otóż zauważyłem, że kilkakrotnie w ostatnim czasie stoi sobie chłopak, gówniarz zupełnie, 14–15 lat, na przystanku autobusowym i niestety zamiast smartfona czyta książkę.
[02:16:15] - To stety.
[02:16:17] - Dziewczyna jedzie autobusem, czyta książkę. Nie wiem, czy to jest optymistyczne, bo można się bez tej książki według mnie obejść.
[02:16:30] - Czerpię z tego nadzieję.
[02:16:31] - Nie można smartfona używać, ale książka ma pewien urok.
[02:16:36] - To prawda.
[02:16:37] - To prawda, ale proszę, jak będziecie mieli kiedyś możliwość, to proszę zajrzeć do metra w Londynie, bo tam jak się siądzie do metra, to praktycznie w każdym wagonie jest ktoś, kto czyta.
[02:16:53] - A to prawda, wie pan, to jest nawet w tej chwili dosyć popularne również w Warszawie, jak się jedzie. Byłem zdziwiony, kiedy jechałem, to bardzo wiele osób czyta. Więc to jest pewien trend. Natomiast to, co się dzieje w kolejkach do lekarza, w niektórych, tak to ujmijmy, niestety ma pan rację. Czytają rzeczywiście, ale głównie krótkie wiadomości tekstowe, czyli wymieniają się SMS-ami albo rżną w jakieś gry. Kiedyś sobie zrobiłem tego rodzaju badanie nieformalne i po prostu mniej lub bardziej bezczelnie zaglądałem ludziom krótko w ich ekraniki i w większości to nie było jednak czytanie. Chociaż zdarzają się rzeczywiście ludzie, którzy mają czytniki e-booków i rzeczywiście czytają. To rzeczywiście jest jakiś trend. Nie wiem, na ile głęboki i na ile nośny, ale rzeczywiście coś się dzieje w tej sferze czytania, co jakimś optymizmem mnie w gruncie rzeczy napawa.
[02:17:52] - Przede wszystkim to, że my się dziwimy, to znaczy, że był okres, kiedy było źle.
[02:17:57] - Że było gorzej.
[02:17:58] - Że było gorzej. W tej chwili, skoro się dziwimy, to znaczy, że jest lepiej.
[02:18:02] - To prawda.
[02:18:03] - Tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie się odmeldować i przekazuję telefon.
[02:18:10] - Dziękuję.
[02:18:11] - Polecamy się na przyszłość.
[02:18:13] - Dobranoc.
[02:18:16] - Wróćmy. Dobrze, zostawmy w takim razie „Utopienie” Hana Solo. Następne opowiadanie to Eugeniusz Demski. Znowu autor zasłużony, obstrzelany, znakomicie piszący. Napisał opowiadanie pod znamiennym tytułem: „Człowiek z Brukselki”. Rzeczywiście sam tytuł mówi o wszystkim. A jeśli dodam, że śledząc współczesne wiadomości na temat polskich polityków, dowiadując się, jak oni ze sobą rozmawiają, chociażby te kelnerskie taśmy dużo rolę odegrają, ale nie tylko taśmy. W ogóle jak oni siebie traktują, jak traktują ludzi, to właściwie mamy opowiadanie, przynajmniej tło opowiadania Eugeniusza Demskiego. Mamy do czynienia z takim europolitykiem, Polakiem, który sobie pracuje w Brukseli. Nie będę samego trzonu opowiadania zdradzał, bo to oczywiste.
Natomiast powiem tak, że chyba w przyszłości, przynajmniej według Eugeniusza Demskiego, politycy zmienią się niewiele i tak samo będą aroganccy, tak samo będą podstępni, butni, nieczyści, mający w pogardzie swoich wyborców i wszystkie złe cechy. Nie wiem, pewno bym długo jeszcze musiał wymieniać wszystkie złe cechy, jakie przypisujemy politykom, w tym opowiadaniu się znalazły. Główny bohater to jest człowiek wyzbyty nie moralności, czegokolwiek. To jest człowiek absolutnie nastawiony na cel. Jego pragmatyzm przeraża, a jego cele są bardzo proste. On jest w stanie obiecać każdemu wszystko. Jest w stanie zawrzeć pakt z każdym. I tak obserwujemy, jesteśmy przeniesieni troszeczkę do przodu. To oczywiście nie jest cała treść tego opowiadania, ale myślę, że opowiadanie znowu bardzo zgrabne. Wiktor macha palcem, więc będzie coś innego.
[02:20:43] - À propos tego opowiadanka, może tak trochę z boku tego, co żeś mówił w tej chwili. Otóż wiele razy słyszę twierdzenia, że politycy współcześni to w ogóle ludzie pozbawieni kultury, etyki, czegokolwiek takiego. I ludzie są bardzo oburzeni. Ja ich rozumiem i próbuję im wytłumaczyć, że się mylą, bo paradoks polega zupełnie na innym spojrzeniu na rzeczywistość. Pamiętajcie, od kultury to jesteśmy my. Pisarze, artyści, piosenkarze, czytelnicy. To my jesteśmy od kultury, a nie politycy. Politycy są od polityki, a polityka zawsze była brudna, chamska, świńska i tak dalej. Nie żądajmy od polityków kultury ani żadnej etyki.
[02:21:43] - Tu się z tobą zgodzę. Tego brudu, braku kultury i głupoty. Nie, głupoty nie. Takiego cwaniactwa ordynarnego. Intensywność zawarta w tym opowiadaniu mnie zmęczyła.
[02:22:03] - Jeśli oni będą świnie, a my anioły, to średnia, przeciętna cywilizacji wyjdzie całkiem dobra, nie?
[02:22:11] - Zgadzam się w pełni. Ja powiem tak: jeśli przyszłość ma wyglądać w ten sposób-
[02:22:17] - Jak człowiek z Brukselki.
[02:22:18] - Jak człowiek z Brukselki, to czarno to widzę. W takim razie kultura i wszystko inne polityków jest na równi pochyłej.
[02:22:32] - Ale zwróć uwagę, jak sobie przypomnisz człowieka z Brukselki. Ja wam przypomnę inną postać literacką szybciutko z prawie lektury książkowej „Zemsty” Fredry. Był tam taki Papkin, taki człowiek z Brukselki tamtych czasów.
[02:22:50] - Jeszcze inna postać przychodzi na myśl: Nikodem Dyzma.
[02:22:57] - Dokładnie tak.
[02:22:58] - Człowiek świetnie przedstawiony w filmie zresztą przez Wilhelmi'ego. Z jednej strony niby taki luzak, ale drapieżny. To był człowiek, który po trupach szedł do celu. Tu mamy do czynienia z takim Dyzmą, tylko z przyszłości. Chociaż nazwisko niby nie takie dyzmoskie. To nazwisko ma takie jak najbardziej prawie szlacheckie. Nie wiem. W każdym razie postać obrzydliwa, ale przez to opowiadanie całkiem fajne. Dobra, przejdźmy dalej. Tu mamy fragment większej całości.
O tym Wojtek Sadeńko wspomina. Grzegorz Janusz „Złego początki”. To jest historia o tym, jak to podsumować? Potrafiłbyś może?
[02:23:51] - Nie potrafię.
[02:23:52] - Wyobraźmy sobie, że człowiek, przynajmniej w tym fragmencie, który został nam udostępniony, znika. Jeden z bohaterów się na przykład wiesza, ale w ogóle ludzie jakby gdzieś zniknęli. I ten zwierzęcy świat, który sobie funkcjonuje, został opisany przez autora. Zastanawiam się, czy jestem odpowiednio enigmatyczny. Chyba tak. To nie jest fajna historia?
[02:24:23] - Nie wiem. To jest fragment powieści, a powieść to trzeba się rozczytać i tak dalej.
[02:24:30] - Ale to, co przeczytałeś, podobało się?
[02:24:33] - Też mi trochę...
[02:24:36] - Powiedz.
[02:24:37] - Brakowało mi w tym tego, co na przykład Gociek potrafił. Pewnej swady pisarskiej, takiej lekkości, przechodzenia, przeskakiwania ze zdania do zdania, z fabuły do fabuły i tak dalej. To jest coś takiego, co się czyta i czyta, i właściwie nie wiesz, dokąd jedziesz.
[02:25:01] - Ale zaraz. Pamiętasz ten początkowy fragment, kiedy to jednak stwórca tym zwierzętom dał, które zostały na świecie, bo człowiek zniknął. W tym miejscu przynajmniej, które jest opisywane, zniknął. A zwierzęta dostały pewien dar, pewną świadomość, samoświadomość. To zmienia zupełnie reguły gry i ten świat przedstawiony bez człowieka, za to ze zwierzętami troszkę innymi niż te, które znamy, przynajmniej wewnętrznie innymi. To jest dziwne. To jest opowiadanie, które mnie niepokoiło.
[02:25:41] - O tym, co ty mówisz w tej chwili, to po prostu ten niepokój może świadczyć o tym, że autor ma patent na rozegranie tego, czyli ma pomysł. I w tym momencie ja będę z chęcią czekał na powieść.
[02:26:02] - Czekamy. W każdym razie kawałek fajnej prozy. Aczkolwiek trudno się tak do końca o niej wypowiedzieć, ale warto przeczytać. Dalej mamy opowiadanie Jacka Soboty. Autora, który w 80. latach publikował, którego opowiadania można było przeczytać. W jakiś sposób jednak zaangażowany w rzeczywistość po drugiej stronie. Pamiętam takie dosyć mocne jego opowiadania, które nie sympatyzowały z tamtejszym ustrojem. Tu mamy opowiadanie pod znamiennym tytułem „Korekta” i samo opowiadanie mówi pewną prawdę o tym, jak można pewne rzeczy wymazywać. To jest nawiązanie zresztą do Orwella, gdzie pewne rzeczy z dnia na dzień, z godziny na godzinę istniały i przestawały istnieć.
I tu mamy bardzo podobną sytuację. Pokazanie tego, że taka być może przyszłość nas czeka, że to, co Orwell sobie wymyślił bardzo dawno temu, może wcale nie jest takie odległe, że dzisiaj też mamy do czynienia z takimi sytuacjami, kiedy pewne rzeczy się pojawiają, chociaż ich nigdy nie było, a pewne rzeczy znikają, chociaż były i pamiętamy o tym, że były i nagle ich nie ma. I to jest fajne w tym opowiadaniu. To, co jest moim zdaniem niefajne, to jest zaangażowanie. Takie odniosłem wrażenie. Być może się mylę, ale takie zaangażowanie w bieżącą politykę to moim zdaniem zawsze szkodzi literaturze, bo takie bezpośrednie komentowanie niejako na bieżąco tego, co się dzieje, takie bezpośrednie odwoływanie się do pewnych zjawisk zaciemnia to, co jest ważniejsze w opowiadaniu, czyli pewne przesłanie uniwersalne.
[02:28:08] - Nie wiem, czy pewne rzeczy aktualne dzisiaj za 20 lat mogą być w ogóle nieczytelne, bo właściwie nie wiadomo, do kogo pijesz i co robisz. Czyli ta aktualność jest bardzo rzeczą publicystyczną, felietonową, a nie literacką wartością. Ta aktualność taka z dnia na dzień. Dlatego właśnie ja się czepiam, że spojrzenie na rzeczywistość polityczną aktualną bywa omylne. Spojrzenie na aktualną scenę demograficzną. Kwestia Afryki i Europy, islamu i chrześcijaństwa. Chrześcijaństwa to już prawie nie ma. Te sytuacje są omylne. To są chwilowe zdarzenia. Należy to wszystko uwzględniać, ale w elastyczny sposób.
Zatrzymanie się na czymś tu i teraz po pierwsze amputuje wizjonerstwo, bo w ogóle to nie przenosi w przyszłość niczego, w ogóle nie pozostawia żadnej ewentualności, nie daje nic do myślenia, tylko komentuje stan dzisiejszy. A komentarz do dnia dzisiejszego to jest tak, jakby komentarz, oglądanie pogody na dzisiaj. Dzisiaj obejrzałem, a jutro co? Mam sobie oglądać tą samą pogodę, co była wczoraj pokazana w telewizji? Bez sensu przecież. I to samo dotyczy komentarzy, a szczególnie literatury bieżącej. Zbyt bieżąca.
[02:30:02] - To, co powiedziałem. Te fragmenty zbyt bieżące przesłaniają to, co jest uniwersalne w tym opowiadaniu. Jest tam wątek, o którym już wspomniałem, ten uniwersalny, tego znikania albo pojawiania się pewnych rzeczy. Ja się boję niestety, że to jest coś takiego, co nas może czekać. To już właściwie czasami się pojawia, że pewne rzeczy są przemilczane. Pewne rzeczy są z kolei rozdymane. Powiedzenie z igły widły dzisiaj jest jak najbardziej w mediach przynajmniej trendy. Dzisiaj naprawdę z byle jakiej informacji można zrobić newsa na pierwszą stronę. A potencjalnego newsa na pierwszą stronę można w ogóle nie zauważyć. Tak pracują media.
[02:30:53] - Cała nasza cywilizacja na tym polega. Kiedyś mieliśmy zwykłą kukurydzę, teraz można ją nadmuchać i mamy popcorn.
[02:31:00] - Nie, popcorn wymyślono już jakiś czas temu.
[02:31:04] - Wiem.
[02:31:04] - Ale w gruncie rzeczy ja bym-
[02:31:07] - Wszystko jest nadmuchiwane.
[02:31:09] - Ja bym temu popcornowi jednak darował wszystko. Przejdźmy do kolejnego opowiadania. Zostały nam już tylko dwa opowiadania.
[02:31:17] - Nie, został nam ostatni.
[02:31:20] - No dobrze. Ten wątek rozwiniemy, ale zanim przejdziemy do opowiadania Cezarego Zbierzchowskiego „Dobre miasto”, to znowu oddajmy głos Markowi Ivelliosowi. Prosimy o fragment opowiadania.
[02:31:39] - Cezary Zbierzchowski, „Dobre miasto”. Dzień pierwszy. Wybudzili mnie i poczułem, jak gwałtownie wypełnia się pustka. Udało się, John. Jak się miewasz? Wybudzili mnie zupełnie, jakbym dotąd spał i otworzył oczy. A przecież jeszcze chwilę temu nie istniałem. Owinięty syntetycznym łnem, plątający w drgawkach maszynerii. Nie piłem krwi matki. Czuły ultrasonograf nie słuchał bicia mojego serca.
Syntetyczny człowiek, równie żywy jak woda z kapiącego kranu. Inteligentny jak owad. A jednak byłem chcianym dzieckiem. Na moje przyjście oczekiwało wielu ludzi zgromadzonych wokół stołu. Czuję ból i trzaskający mróz w lędźwiach — powiedziałem, siadając nieskrabnie. Dajcie mi coś, w co mógłbym się odziać. Och, John, mówi się raczej ubrać. Słowo odziać jest dość przestarzałe — zauważyła lingwistka. To nieistotne, Kelly — uciszył ją generał z krzaczastymi brwiami. Dziękuję — przytaknął skwapliwie, łapiąc kobietę za srebrny łańcuszek na szyi.
Szybki jest — odezwał się z satysfakcją doktor Salt. Tylko jego nazwisko wdrukowali mi do pamięci. Puść ją, John. Nie rób krzywdy naszej koleżance. Dajcie mi jakieś ubranie Uwolniłem przerażoną kobietę. I zgaście te cholerne światła, bo jeszcze chwila i postradam wzrok. Postradam wzrok. Zasrane anachronizmy. Przegasili lampy i złote półcienie wlazły na szpitalne ściany. Kilku ludzi opuściło salę, a doktor Salt i generał usiedli na krzesłach.
Pielęgniarka przyniosła wyprasowane rzeczy oraz kubek z niebieskim napojem, który okazał się wstrętny. Ubierałem się przy nich i nie czułem wstydu, tylko gorycz w ustach. Długo trząsłem się z zimna, pomimo ubrań, które mi ofiarowali. Jeansy, koszula w kratę, idiotyczny sweter zapinany z przodu na guziki, kowbojskie buty. Podszedłem do lustra, by obejrzeć swoją twarz. Odbijała się w ciemnym zwierciadle. Bladość i kilkudniowy zarost sugerowały chorobę. Kilkudniowy zarost u jednodniowego człowieka i pamięć sięgająca trzech miesięcy wstecz, gdy pojawił się portal w Dobrym Mieście. „Ci cholerni naukowcy nie dają mi żadnej pewności” – powiedział smętnie generał. – „Nie jestem pewien, co zostało predefiniowane w twojej głowie, więc w kilku zdaniach przybliżę ci sytuację.” „Jakiego zoomu pan użyje?” – zapytałem cicho.
„On żartuje. To doskonały prognostyk” – ucieszył się doktor Salt. „Doskonały” – pokiwał głową generał. – „Ale teraz, doktorze, proszę nie wchodzić mi w słowo. Nie lubię stosunków przerywanych.” Opowiadał o tym, co i tak wiedziałem. O sądnej nocy, kiedy wybuch w Instytucie Josepha Capgrasa najpierw zatopił Dobre Miasto w ciemności, by chwilę później otworzyć portal nad zrujnowanym budynkiem. Ogromny bąbel płonął od środka i syczał jak wąż. Policja błyskawicznie ustawiła barierki i okleiła okolicę żółtą taśmą. Pojawiły się helikoptery. Dziennikarze poczuli znajomy i miły nozdrzom smród sensacji.
A potem z ognistej kuli zaczęli wypadać ludzie. Niektórzy częściowo zwęgleni, inni obgryzieni do kości, ale większość żyła i biegła przed siebie z głośnym wyciem. Aż trzy kanały nadawały transmisję na żywo. Uciekinierzy błagali o pomoc wszystkimi językami świata. Mówili, że pochodzą z piekła, a tam właśnie trwa wojna pomiędzy zastępami zwaśnionych demonów. Mary Engels, burmistrz Dobrego Miasta, postanowiła udzielić im azylu. Opróżniono naprędce szkołę podstawową, potem pobliski dom kultury i niewielki budynek straży pożarnej. Okolice Placu Ewolucji przeznaczono na tymczasowy obóz dla uchodźców, ale gdy uciekinierów zaczęło przybywać, służby miejskie zorganizowały relokację. Przewożono ich z centrum z Dystryktu Trzeciego, gdzie nastąpił wybuch, do Dystryktu Dwunastego na obrzeżach metropolii. Ratusz umieścił uchodźców w dzielnicy odrapanych czynszowych bloków z wielkiej płyty.
Tutejsi mieszkańcy wylegli na ulice i obrzucili policjantów kamieniami. Płonęły sklepy i samochody. Cztery osoby zginęły w zamieszkach, a kilkadziesiąt zostało rannych. Rozpoczęły się aresztowania. „Zdajesz sobie sprawę, że to był dopiero początek problemów?” – zapytał stary dowódca, wbijając we mnie wzrok. „Tak, wiem. W ciągu trzech tygodni sytuacja wymknęła się spod kontroli. Mary Engels otoczyła miasto kurtyną i wprowadziła godzinę policyjną. Neuroinżynierowie dobrze się spisali.” „Wszystko pamiętasz.” – generał wstał i ujął w dłoń wojskową czapkę, która leżała na szafce. – „Na mnie już czas.
Odpocznij teraz trochę. Przygotuj się do drogi. Pułkownik Mayer i doktor Salt wyjaśnią ci resztę.” „Resztę też mi wdrukowali, panie generale.” „Nie przeceniaj swojej pamięci i zawsze weryfikuj wiedzę” – powiedział na pożegnanie zupełnie niepotrzebnie. Nie przeceniałem pamięci. Pamięć jest interpretacją faktów, a nie ich wiernym zapisem. Stworzono mnie jednak do działania i słuchanie kolejny raz wdrukowanych informacji wywoływało napięcie. Co jakiś czas wracał też dojmujący chłód. Doktor Salt prowadził mnie korytarzem w asyście czterech żołnierzy. Przeszliśmy podziemiami do innej części budynku, potem schodami w górę na drugie piętro, pustym holem i znowu w dół na parter. Denerwowało mnie to krążenie, ale patrzyłem z ciekawością na matowe, mleczne okna.
Nigdy nie widziałem słońca. Salt uchylił drzwi do niewielkiego pokoju, w którym siedział pułkownik Mayer. Miał na sobie dresy i bluzę z kapturem. Jego młoda twarz kłóciła się z siwizną na skroniach, a łagodny błękit oczu zastopował lekarza już w progu. „Poradzimy sobie” – powiedział pułkownik. – „Dziękuję, doktorze.” „Oczywiście, oczywiście. Będę w pobliżu.” Zostaliśmy sami. Spojrzałem łakomie na zaciągnięte płócienne zasłony. „Myślisz, że jesteś na to gotów, John?” „Tak sądzę.” „Więc wyjrzyj na zewnątrz i siadaj. Mamy parę spraw do omówienia.” Uchyliłem materiał i zobaczyłem plac otoczony budynkami.
Niebo zakrywały chmury ciężkie jak góry śmieci. Nie znalazłem niczego, co byłoby warto oglądać, ale i tak chciałem opuścić tę norę. Pamiętałem, że to wojskowy szpital i że niedawno przyszła jesień. Usiadłem naprzeciw Mayera. „Paskudny widok?” — zapytał. „Raczej tak. Nie możemy przedłużać tej rozmowy. Rządowi i armii zależy, żebyś jak najszybciej dotarł do miasta i wykonał misję. Wysłaliśmy tam kilku agentów, a potem dwa plutony zmotoryzowanej piechoty. Wrócił tylko jeden kapral, który zwariował od pola magnetycznego kurtyny.” „A reszta?” „Nic o nich nie wiemy.
Kurtyna otacza szczelnie cały teren niczym mur długi na kilkadziesiąt kilometrów. Nic się przez nią nie przeciśnie bez pozwolenia pani burmistrz. Negocjowaliśmy z nią, kiedy raczyła zadzwonić, ale bez większych sukcesów. Nie podała żadnych informacji o losie żołnierzy. Od pewnego czasu z wewnątrz nie docierają sygnały radiowe ani informacje od mieszkańców, a nad miastem unosi się gęsty opar odbijający wszystko jak lustro.” Pułkownik mówił spokojnie, ale jego policzki drżały z tamowanej wściekłości. „Na czym polega moja misja?” „Plan minimum to znaleźć naszych ludzi i zorientować się w sytuacji. Jeśli ci się uda, możesz zabić tę sukę, Mary Engels. Możesz też spróbować podejść do portalu i uszkodzić go. Potem dostaniesz szczegółową instrukcję. Większość masz wdrukowaną w pamięć.
Chciałbym, żebyś nie dał się złapać. Wrócił tutaj i opowiedział nam o wszystkim, co widziałeś.” „Rozumiem.” „Podejmiesz się tego?” „W tym celu zostałem wybudzony, panie pułkowniku. Jeśli chodzi o strach czy rozterki moralne, nie musi się pan martwić.” „Doskonale.” Mayer uścisnął mi rękę. Miał na dłoniach skórzane rękawiczki. „Jesteś naszym planem A. Mamy jeszcze plan B, który zakłada zbombardowanie portalu, ale nie chcemy mnożyć strat w ludności cywilnej. Dobre Miasto liczy prawie milion mieszkańców i cholera wie ilu uchodźców. Zabijemy mnóstwo ludzi. Możesz to powtórzyć pani burmistrz, zanim skręcisz jej kark.” „Myśli pan, że mnie tam wpuszczą?” „Wpuszczają wielu cywilów, ale nikogo nie wypuszczają. Masz zresztą ciało i tożsamość człowieka, który jest zameldowany w dystrykcie 10.
John Grass zginął trzy miesiące temu w wypadku samochodowym w Ramie. W samą porę, że się tak wyrażę. A teraz przejdźmy do technicznej strony zagadnienia.” Rozmowa z pułkownikiem trwała około dwóch godzin. Zjedliśmy razem śniadanie i wypaliliśmy kilka papierosów. Nie wiedziałem, że potrafię palić. Nie znałem też pewnych faktów, o których wspominał Mayer. Kiedy skończyliśmy, byłem skłonny przyznać, że moje istnienie ma sens i chciałem jechać jak najszybciej do Dobrego Miasta.
[02:42:01] - Tak. Opowiadanie jedno z tych, które się pamięta, później długo się pamięta. Natomiast chwilę o autorze. Pamiętasz, kiedy pisaliśmy recenzję dla miesięcznika „Science Fiction, Fantasy i Horror”? Trafił nam do rąk zbiór opowiadań tego autora zatytułowany „Requiem dla lalek”. To były opowiadania, które pamiętasz, jak byliśmy podekscytowani tą twórczością, jak po prostu co opowiadanie to właściwie było przeżycie.
[02:42:40] - Oczywiście, że tak. Zresztą chyba daliśmy dowód tego, że nam się to podobało, bo potem napisaliśmy wspólnie tak zwaną inspirkę, czyli takie opowiadanko, które inspirowane było jednym z opowiadań jego i uważam tą inspirkę za absolutne arcydzieło dzięki Zbyszkowskiemu.
[02:43:04] - Dzięki, oczywiście. Ja powiem ci tak: ja czekałem z pewnym napięciem co do stanmiemy od autora. Tym bardziej że jest to najdłuższe chyba opowiadanie w tym zbiorze i ja nie byłem zawiedziony. Tu z tego fragmentu, który poznaliśmy, jeszcze nie wynika, ale tak naprawdę autor zmierzył się z tym problemem, który znamy. To są nasze realia dzisiaj. Uchodźcy. Tu też mamy do czynienia z uchodźcami. On to nieźle zakamuflował. To nie jest tak oczywiste jak w tym poprzednim opowiadaniu, o którym mówiliśmy. Ta rzeczywistość nasza to jest opowiadanie, które dotyka tych elementów uchodźców, wzajemnych relacji, wzajemnych pretensji, ale też stosunku władz.
Na przykład pani burmistrz tego miasta zamkniętego. Ona zachowuje się rzeczywiście tak, jak się zachowują niektórzy politycy w Europie, czyli wbrew oczywistym faktom mówi: „Tak, tak, przyjmujmy jeszcze więcej uchodźców”. I ja powiem tak: można by podejrzewać, że sami sobie zaprzeczamy, bo to, co też w jakiś sposób dotyka bieżącej polityki w poprzednim opowiadaniu krytykowaliśmy, a tutaj mówimy: „Nie, że fajne jest”, bo moim zdaniem jakość wykonania jest inna.
[02:44:31] - Nie tylko jakość wykonania, ale w ogóle Zbyszkowski wykonał takie salto. To nie jest wprost. Nic nie jest wprost takie jak to jest w tych innych opowiadaniach o współczesnej Europie czy współczesnym świecie. Tam Zbyszkowski wykonał taką parabolkę, taki przewrót, który ktoś, kto będzie to czytał, to się bardzo zdziwi, że od tej takiej prostej historii, która zaczyna się na przykład pojawiać na początku tego opowiadania, tego czytał- Co czytał Ivellios, to się bardzo zmienia, a puenta jest w ogóle-
[02:45:17] - Mocna.
[02:45:20] - Po prostu zupełnie czym innym. Z tym, że-
[02:45:23] - Ale i bohater się zmienia.
[02:45:26] - Tam się wszystko zmienia. To jest majstersztyk konstrukcyjny, akurat jeśli chodzi tutaj o konstrukcję. Ja mówiłem o konstruowaniu pewnych rzeczy. To opowiadanie jest bardzo dobrze skonstruowane, ale tu ja znowuż mam zastrzeżenia, bo o ile do konstrukcji nie dam złego słowa powiedzieć na to opowiadanko, natomiast wiecie co? Ostatnio miałem rozmowę z przyjacielem, lekarzem, bardzo dobrym fachowcem, z którym siedzieliśmy sobie w knajpie, popiliśmy winko i coś zeszło na to. Zapytałem go, kim jest jego żona, bo nie znałem. On mówi: „Też lekarzem, niestety.” Od słowa do słowa on mówi do mnie: „Wiesz, Wiktor, ostatnio rozmawiałem z żoną na temat medycyny i zaczęliśmy się zastanawiać, co jest najważniejsze w zawodzie lekarskim.” Ja mówię: „Co?” Mówi to jeden z najlepszych fachowców, których znam.
[02:46:35] - Czy to ten, który ci wkręcał w serce stenty?
[02:46:38] - Tak. Więc on mówi: „Wiesz, co jest chyba najważniejsze? Empatia.” Ja mówię: „Musiałeś przeżyć prawie 40 lat, żeby dojść do tego wniosku.” On mówi: „Chyba tak.” Nie wyszkolenie, nie wiedza, nie nauka, nie umiejętność, nie sprawność i tak dalej, tylko coś tak abstrakcyjnego jak empatia. Co to jest empatia? W zawodzie lekarza to jest wpływ, jaki masz na pacjenta. W wypadku pisarza empatią jest to, jaki masz wpływ na czytelnika od strony emocjonalnej, nie tylko intelektualnej, nie tylko rozumu i tak dalej. Otóż ja do tego opowiadania, prawie takiej minipowieści, mam zastrzeżenia od strony tej. Hollender. Zbierzchowski właściwie pisze zero-jedynkowo, tak jakby nadawał morsem. To jest pozbawione empatii.
Ja wiem, Marku.
[02:47:53] - Mów! Bo ja tu już kiwam ci.
[02:47:55] - Ja wiem, że masz zastrzeżenia do tego, ale to powinno być tak, że jednak zaczynasz odbierać ten cały tekst również kiszkami, nerwami.
[02:48:12] - Wiktor, nie wytrzymam i muszę ci przerwać. Jakżeby inaczej? Narracja jest pierwszoosobowa, czyli świat poznajemy oczyma bohatera, który podąża pewną drogą, dostaje się do tego miasta. To, kim jest bohater, to, czego się dowiadujemy w trakcie opowiadania, jego konstrukcja psychiczna, cielesna, umysłowa sprawia, że właściwie najlepszą recenzję dałeś. Ten świat jest taki, jak powiedziałeś, zero-jedynkowy, bo bohater jest taki. O tym, dlaczego tak jest, dowiadujemy się w pewnym momencie, ale gdzieś pod koniec opowiadania. Ale gdyby on, czyli autor, ale też główny bohater zaczął opisywać świat tak, jak ty sobie tego życzysz, czyli z empatią i szerzej, to nie byłby ten bohater. Ten bohater musi zero-jedynkowo.
[02:49:25] - Poczekaj. Nie. Ja nie żądam od Zbierzchowskiego egzaltacji i wzniosłych, poetyckich uniesień i tak dalej. Natomiast chodzi mi o bardzo śliską rzecz. Otóż w pierwszej osobie, tak jak autor pisywał również Hemingway, pisywał również Raymond Chandler i tak dalej. To byli mistrzowie gatunku lekkiej prozy. Zbierzchowski ma wszystkie predyspozycje, żeby zachować taką lekkość pióra, ale jednak trochę trzeba tu popracować nad płynnością słów.
[02:50:13] - Ale bohaterowie Hemingwaya czy innych autorów nie są tacy jak bohater Zbierzchowskiego. On jest specyficzny. On musi być zero-jedynkowy. Genialnie to określiłeś. On taki musi być. My widzimy świat jego oczyma, czyli nie ma miejsca na te wszystkie rzeczy, których sobie życzysz. Wręcz przeciwnie. To jest człowiek, który został, z tego fragmentu, który był odczytany, wynika, między innymi po to do tego miasta, żeby zlikwidować panią burmistrz. Czego ty wymagasz po takim człowieku? Żeby poezję pisał?
[02:50:55] - Poczekaj. Dokładnie takie same postacie przedstawiał Hemingway.
[02:51:02] - Nie.
[02:51:03] - Poczekaj.
[02:51:04] - Nie.
[02:51:04] - Przedstawiał żołnierza, który, że tak powiem, ma iść. To nie cywila, nie kogoś, kto się wzrusza, ani poetę, tylko żołnierza, który ma wykonać rozkaz, wykonać misję i tak dalej. Ale robił to jednak Zbierzchowskiego postać również jest człowiekiem, nawet jeśli została wyprodukowana, jeśli została zaprogramowana i tak dalej. Jest człowiekiem, gdyż jednak myśli, podejmuje pewne decyzje.
[02:51:33] - Ja cię bardzo przepraszam. Znowu nie zdradzimy nic z opowiadania. Ale powiem ci: a pamiętasz, jak postąpił ze swoją koleżanką?
[02:51:43] - Pamiętam.
[02:51:44] - Na początku postąpił w jeden sposób, później postąpił zupełnie inaczej. Ja w pewnym momencie miałem wrażenie, że to jest cyborg, że to jest facet, który nie ma żadnych uczuć, żadnych, najmniejszych. I tak się zachowywał. Pamiętasz relacje z różnych jego małych misji w tym mieście? To były chłodne relacje, tak jakby raport pisał. I moim zdaniem świetnie to do poetyki opowiadania pasuje. Ja jestem jak najbardziej za. Dla mnie Cezary Zbierzchowski po raz kolejny sprawdził się. To jest opowiadanie, które lubię, bo ja chyba wszystkie lubię z tego tomu opowiadań.
[02:52:25] - Te opowiadania podziwiam, ale wrócę do tego, co mówiłem tobie prywatnie, że to wcale nie jest literackie arcydzieło z jednego powodu. To jest świetny, kapitalny zupełnie scenariusz do filmu. Jeśli ktoś się nie złapie i nie nakręci tego filmu, to jest grzech po prostu, jeśli jakiś reżyser tego materiału nie weźmie na warsztat. Ale zwróć uwagę, to jest to, co ja mówię: materiał. To jest materiał na film. Jeśli postrzegamy go jako film, jeśli czytamy i wyobrażamy sobie, co się dzieje, to to jest kapitalna opowieść i kapitalny film można z tego zrobić, ale żeby był z tego film, co jest potrzebne? Artysta w osobie reżysera.
[02:53:17] - Dzisiaj powtórzę. Znaczy nie dzisiaj. Teraz powtórzę najczęściej dzisiaj powtarzany zwrot: absolutnie się z tobą nie zgadzam. No ale dobrze. W każdym razie jedno nas łączy w ocenie tego opowiadania. Warto po niego sięgnąć. A jeśli chodzi o szczegóły, to się różnimy.
[02:53:39] - Po przeczytaniu jestem w pełni zadowolony, bo będę pamiętał całe życie to opowiadanie.
[02:53:47] - I to jest najlepsza rekomendacja. Godzina już późna, a nam został jeszcze jeden tekst z tej antologii, a mianowicie tekst Marka Oramusa, czyli człowieka z tego starszego pokolenia, bo antologia „Przedmurze”, tak jak już chyba wspominałem, łączy pisarzy młodego pokolenia i pisarzy pokolenia starszego. Moim zdaniem całkiem nieźle ich łączy. No i mamy opowiadanie przedstawiciela starszego pokolenia Marka Oramusa, znanego właśnie ze wspomnianych przez ciebie wcześniej „Sennych zwycięzców”, książki kultowej w swoim czasie, tej socjologicznej jak najbardziej, tego nurtu zajdlowskiego. A teraz mamy inną odsłonę Marka Oramusa — opowiadanie „Przedmurze”. No i cóż, może zacznijmy tradycyjnie od tekstu, który przeczyta Marek Sęk „Ivellios”. Prosimy, Marku.
[02:54:43] - Marek Oramus „Przedmurze”. Nie było żadnego spektakularnego wydarzenia, które by pozwoliło określić datę rozpoczęcia inwazji. Jak to możliwe, że nikt nie dostrzegł nadlatujących z kosmosu statków ani nie świadczył ich lądowaniu? A jednak jakimś cudem obcy znaleźli się na Ziemi i to od razu w wielkiej liczbie. Najsampierw pojawili się w miastach, a potem nigdzie indziej. Także widziało się ich po kilku na poboczach dróg, w pobliżu skrzyżowań i w innych miejscach, gdzie poznikali ludzie. Byli humanoidami wzrostu dorosłego człowieka, ale trafiali się i mniejsi. Jedni byli wysocy i chudzi, drudzy mali i pękaci, a najmniejsi, których było najwięcej, okazali się dziećmi, o czym wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy. Wszyscy mieli zakryte oblicza, tak że spoglądali na świat spoza zasłon. Tłumaczyliśmy sobie, że to ich skafandry mające chronić przed toksyczną ziemską atmosferą.
Z biegiem czasu niektórzy zrzucili hełmy i ukazali twarze. Dość odrażające, ale z grubsza podobne do ludzkich. Uwolnili również od skafandrów dzieci, a w pełnych zbrojach pozostawili tylko swoje kobiety, jak je nazwaliśmy, bo to one wydawały na świat potomstwo. Nie używam słowa „rodziły”, bo nikt nie wiedział, jak to przebiegało, choć nieraz robiły to publicznie, nie przejmując się niczyją obecnością. Kucały na ziemi, rozpościerały wokół siebie płachty materiału, który je spowijał, tworząc rodzaj jednoosobowego namiotu, po czym kiwając się to w przód, to w tył i na boki, produkowały pakunek o długości mniej więcej pół metra. Zawsze otaczała je przy tym obstawa dwóch albo trzech dorosłych plus dzieciarnia. Jeden z typów odbierał pakunek, zaglądał do środka i oddawał jak zbędny przedmiot, a matka chowała go z powrotem pomiędzy płachty materiału. Kiwała się jeszcze przez pewien czas. W końcu likwidowała namiot i wraz z grupką odchodziła do swoich spraw. Odbywało się to przy całkowitym milczeniu z ich strony.
Zostawała w tym miejscu mokra plama i woń jakby nafty, ale pomieszanej z jakąś spalenizną. Trudno to określić. Cały ten proceder miał według ludzkich miar coś niestosownego w swojej ostentacji, nawet gdy odbywał się pośrodku tłumu. Ludzie ewakuowali się stamtąd jak najszybciej, jakby nie chcieli mieć z tym nic wspólnego. Tak więc inwazji nie było, pomimo że była. Pamięć o początkowych zdarzeniach zatarła się. Nikt już nie wie, czy to się śniło, czy ktoś opowiedział bajkę. Może gdyby od razu doszło do wojny i przelewu krwi, ludziom kojarzyłaby się wyraźna granica. To było wtedy i wtedy. A tak jedna rzeczywistość przeszła płynnie w następną.
Co z tego, że tak drastycznie odmienną? Członkowie Okręgowego Koła Miłośników Literatury Papierowej przy Miejskim Domu Kultury zeszli się na cotygodniowym zebraniu. Nikt z nich nie liczył mniej niż 60 wiosen. „Skąd to wytrzasnęliście?” odezwał się Józek Rembiełło, obszukując kieszenie bezrękawnika. „Nie widział kto mojego pozytywum? Mózg mi słabo chodzi, jak nie…” „Mózg ci słabo chodzi od zwapnień i złogów” przerwał mu Ancyg. Nikt nie wiedział, jak ma na imię. „Trzeba wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy. Najpierw by trzeba przyjąć, że w ogóle miałeś mózg, a nie jechałeś na odruchach” wyzłośliwiał się Zenek Krajc. „Przyszło stamtąd, co zwykle.
Złapali to w ulotkach dla wojska. Ktoś to doczepił po tamtej stronie. Oryginał był po francusku”. „Jasne.” Rembiełło nie przestawał się oklepywać w nadziei, że znajdzie ulubiony specyfik. „Musieli to uznać za ważne, skoro od razu przetłumaczyli. Ile tego jest?” „No, jest trochę. Kilkanaście tysięcy.” „Znaków?” „Nie. Hektarów.” Rembiełło kiwnął głową. „Myślicie, że warto to traktować poważnie? Ilu mamy żołnierzy władających francuskim?
Moim zdaniem to fałszywka” orzekła Gaździna, czyli Janka Dobosz, którą im wtryniła centrala. Zgodzili się na nią, bo była pracowita. Zawsze wszystko miała przeczytane, a czasami przemyślane. „Mało prawdopodobne, żeby ktoś to podpiął niezależnie. Przecież nie ci, którzy wysyłają te namiętne wezwania: porzucajcie swoją wiarę, przechodźcie pod sztandar proroka.” „Ja bym tego nie wykluczał” odezwał się z kąta Engelbert Grajek ze Śląska. „Co dzień idzie stamtąd tyle juchy. Może wcale nie angażują do tego ludzi.” „I ktoś chytrze z boku podpiąłby to jako załącznik? Dzikie Wino, choć dziewczyno już chyba napił się tej swojej malinówki czy innej wiśniówki. Po co? Jakie głęboko dupne treści są tu zawarte?
Ja ich w każdym razie nie widzę. Poza tym automatyczny cenzor Kara Mustafy zaraz by wykrył i skasował taki materiał.” „Niekoniecznie. Cenzor nastawiony jest na słowa kluczowe. Jak ich nie widzi, uznaje tekst za neutralny i puszcza. Wtedy łapią go nasze serwery i blokują jak leci. Potem wyselekcjonowane perełki trafiają do nas” przeciągnął się Ancyg. „Poszedłby który po piwo. Noga mnie tak napier—” urwał i spojrzał w stronę Gaździny. „A co tam, panie, na froncie?” zainteresował się Krajc. „Ktoś coś wie?” „Nie masz radia?” zapytał Ancyg.
„Mam, ale nie słucham. Indoktrynacja maluczkich mnie nie pociąga.” Przez moment panowało milczenie. „Strzelały EM-ki. Kilka razy” powiedział z niechęcią Rembiełło. EM-ki, czyli działa elektromagnetyczne albo railguny Polska kupiła od Amerykanów. Tylko dwa z powodu wysokiej ceny, ale na 500 czy 700 kilometrów frontu na razie to wystarczało. Strzelały rzadko, ale skutecznie, rozbijając obiekty i uzbrojenie Kara Mustafy na odległość do 400 kilometrów. Mając dzięki czasowi wykupionemu na satelitach US Army dobre rozpoznanie, można było trzymać Mustafę w szachu. Muslimy szarpali się początkowo, usiłując podtoczyć to czy tamto, ale w końcu dali spokój i ograniczyli się do konwencjonalnej artylerii, która ostrzeliwała głównie byłe tereny niemieckie. Te, które nie weszły w skład kalifatu.
Rembiełło widział na filmie działa EM w akcji. Kawały furkoczącego żelastwa nadlatywały znikąd, rozwalając w drobiazgi czołgi, haubice, pociągi czy całe okręty. Nie było przed nimi ratunku. „Dlaczego muslimy nie mają własnych EM?” debatował Ancyg. „Jasne, Ameryka im nie sprzeda, ale mogli chyba coś zmontować własnym sumptem. Czego im brakuje? Prądu? Stali?” „Pomyślunku” rzekł Rembiełło. „Historycznie odwykli od tego, że coś robią sami. Wszystko kupowali za ropę, a tu nagle embargo.” „Wyrzutnię może by nawet potrafili zestroić” powiedział Grajek.
„Mają jednak problemy z łóżem.” „Z czym?” „Tak się nazywają szyny, po których rozpędza się pocisk. Siły i prędkości są tak wielkie, że co parę salw trzeba je wymieniać.” „No to co?” zdziwił się Ancyg. „Wymienia się i po krzyku. Takie wymienianie zmniejsza szybkostrzelność. Jak automat kieruje ostrzałem, to czasem potrzebuje paru pocisków, żeby coś zdziałać. Szyny nie mogą zawieść w takim momencie. Muslimy nie mają materiałów. Też są objęte embarkiem. No i potrzebni są ludzie, którzy się na tym znają.” „Ludzi można kupić.” „Pewnie, że można, ale podczas wojny sprawa robi się gardłowa. Co z tego, że masz pieniądze, skoro ścigają cię za zdradę albo i zbrodnie wojenne?” „Nie mogą przecisnąć swoich Francuzów albo Niemców?” zastanowił się Dzikie Wino.
„Ja bym tak zrobił.” „Na całym obszarze Francji, Niemiec i północnych Włoch nie znajdzie się tylu fachowców, żeby złożyć z nich ekipę? Nie chce mi się w to wierzyć.” Jak jest, tak jest. Coś im wyraźnie przeszkadza. Córy najwyraźniej nie idą w parze z inwencją konstruktorską — podsumował Grajek. — Wiadomo, skąd strzelano? — Chyba spod Gorzowa. Emki zmieniają pozycje, ale nie za bardzo mogą się oddalić od elektrowni. Są jak pies na sznurku. W środku miasta też nie mogą się kamuflować, bo byle nalot, którego nie udałoby się powstrzymać, skazywałby tysiące ludzi na zagładę. Już i tak ludziska narzekają.
Co chcesz. Wojna.
[03:03:53] - Przejdźmy do meritum. Żeby nie było, że ja zawsze chwalę na początku, to teraz oddam głos Wiktorowi. Wiktorze, Marek Oramus to jest twój kumpel.
[03:04:08] - Przyjaciel z dawnych lat.
[03:04:11] - Słucham cię.
[03:04:12] - Ale co ty mnie słuchasz? Wszyscy słyszeli. Tak można jechać następne dziesięć stron i następne dziesięć, bredząc od rzeczy normalnie o Rembielle i innych tam kciukach, że tak powiem, przedstawiając Arabki, które kuśnięte rodzą dzieci na ziemi i tak dalej.
[03:04:35] - Ale właśnie nie!
[03:04:36] - Bardzo smaczne, bardzo piękny obrazek. Udowadniając, że oni wszystko kupią za ropę, bo zawsze kupowali za ropę, a własnego pomyślunku nie mają. Robią z nich durni zupełnie bez przerwy. I tak Oramus leci przez cały czas. Całe opowiadanie jest na równej równi pochyłej, w której Polacy to durnie, Arabi to durnie. Zresztą ja od samego początku uważałem, że Oramus miał jeden patent. Świetny patent na tytuł. „Podwórze” to jest naprawdę kapitalny pomysł. Zwróćcie uwagę, jak wygląda sytuacja. Tak jak w tym, tylko że bez tego polotu.
Jak w „Sami swoi”, w takim filmie, kiedyś było. W jednym miejscu mieszka Rembieło z kumplami, w jakiejś wsi, nie wiadomo gdzie. Mieszka sobie ten Rembieło. Dalej jest podwórze, a za podwórzem mieszka Mustafa, który ma jakąś kurę. I ta kura prawdopodobnie zafajdała chrześcijańskie podwórze, że tak powiem i trzeba zrobić porządek. Ten Rembieło robi porządek z polską armią dalej, bo to się w opowiadaniu posuwa dalej. Oczywiście tamci bez pomyślunku tworzą jakiegoś Lewiatana. Rembieło jako wielki. I tak leci, słuchajcie, strona po stronie, równiutko, bez żadnych emocji, bez żadnego polotu po prostu leci opowiadanie o podwórzu, które trzeba zamieść i pozbyć się tych całych Arabów z chrześcijańskiej Europy i tego podwórza.
[03:06:30] - Ja tylko wspomnę, że jednak nie podwórze, a przedmurze. Wiesz co, po pierwsze mnie się to opowiadanie, znowu jedna z najczęściej powtarzanych dzisiaj fraz, podoba z kilku względów. Po pierwsze to są jakby dwa opowiadania, bo w opowiadaniu jest jeszcze opowiadanie. To, co ty mówisz o tych Arabkach, to nie jest o Arabkach, o tym rodzeniu. Znaczy jest i nie jest.
[03:06:59] - Sprytnie, bo jakby napisał to wprost, to by go ukamienowali. A tak spokojnie może brzdąć.
[03:07:08] - To jest zabieg specjalny, który moim zdaniem służy temu, żeby pokazać, jak się rodzą pewne mity, jak działa na przykład masowa kultura, jakieś odwołania. Przecież on tym się posługuje, przecież oni odczytują, że to są aluzje do, jak oni mówią, muslimów. Ale tak naprawdę jest pokazane opowiadanie w opowiadaniu i to już jest punkt dla autora.
[03:07:38] - Wiecie, co mi teraz przyszło do głowy? Co mi się nasunęło na myśl? Taki wynalazek nie arabski, ale japoński do załatwiania potrzeb fizjologicznych w publicznym miejscu. Rozkłada się namiot, wchodzi się do tego namiotu, zrzuca się balast, wychodzi się z tego namiotu, zawija się w worek i się wyrzuca.
[03:08:03] - Chociażby. Wracając jeszcze do Oramusa. To, co ty uważasz za wadę, że on tak jednostajnie jedzie. Moim zdaniem ja lubię taki sposób narracji. Zobacz, tu się pojawiają elementy humorystyczne.
[03:08:23] - Gdzie?
[03:08:24] - Dobrze, ty ich nie widzisz. Ja nawet w tym fragmencie, który tu był przytoczony, widziałem. To, że on nie śmieje się „ha, ha!”
[03:08:35] - Nie ma się śmiać.
[03:08:36] - Nie.
[03:08:37] - Tylko mieć poczucie humoru.
[03:08:39] - Jest tutaj, są elementy. Dobra, są moim zdaniem elementy.
[03:08:42] - Oramus nie ma śladu poczucia humoru.
[03:08:44] - Dobrze, ale opowiadanie ma ślad poczucia humoru, bo autor nie musi mieć tego, co ma jego opowiadanie. Ja uważam, że tam są elementy tego, o czym ty mówisz, czyli poczucia humoru. Naprawdę. I ten zabieg opowiadania w opowiadaniu.
[03:09:00] - O ile kura Mustafy, że tak powiem, świadczy o poczuciu humoru. To tak, rzeczywiście tam jest kura Mustafy.
[03:09:09] - Poza tym znowu jest przedstawiona sytuacja nietypowa, kiedy Polska jest przedmurzem, tylko że tym razem nie od wschodu czy południowego wschodu, a od zachodu bronimy cywilizacji. To się oczywiście nie wszystkim musi podobać. Może się nie podobać również tobie. To jest jednak pewna historia. Czemu odmawiasz autorowi, że opowiedział pewną historię? To, że opowiedział ją tym samym tonem ciągle leci. A dlaczego nie, właściwie? Patrz, jak oni rozmawiają ze sobą.
[03:09:49] - Poczekaj. Albo rozmawiają inteligentnie, albo jak idioci, albo jak kabareciarze, ale jakoś rozmawiają. A tam w ogóle nie ma żadnej rozmowy. Tam nie ma dialogów w ogóle. Nie ma pytań, odpowiedzi, nie ma w ogóle niczego. Przeczytałem to opowiadanie dwa czy trzy razy i w ogóle nie rozumiem, gdzie tam jest dialog. Tam są odzywki ludzi, ktoś się wypowiada, tekst, ktoś inny wypowiada inny tekst.
[03:10:20] - Ale to jest znowu na plus tego opowiadania. A jak ludzie ze sobą w tej chwili rozmawiają? Ludzie się nie słuchają dzisiaj. Ludzie mówią własne teksty i oczekują, że wszyscy inni będą ich podziwiać. Trochę oddał też tego.
[03:10:35] - Tak. Akurat polot Oramusa obserwowałem na spotkaniu ostatnim z Oramusem, kiedy przez półtorej godziny musiałem wysłuchiwać opowieści o kolesiach z Warszawy, z kim wypili wino, co w redakcji się działo, fantastyki i tak dalej. Jakby kogokolwiek we współczesnym świecie interesowało, co 30 lat temu, tego dnia i tego robiła redakcja fantastyki, że tak powiem.
[03:11:09] - Ja być może jestem nietypowym dinozaurem, jakimś w ogóle wykopaliskiem, ale mnie akurat to interesowało, mnie się to podobało. To były historie obyczajowe ze świata, którego już dzisiaj nie ma. I z tego względu wydało mi się to ciekawe.
[03:11:23] - Raczej mało obyczajowe, ale może być.
[03:11:27] - Takie były czasy.
[03:11:30] - Ja akurat w tym czasie uczestniczyłem w tych zdarzeniach, to słuchając Oramusa ziewałem z nudów, bo ja bym chciał coś usłyszeć o współczesności, o współczesnym świecie, dowiedzieć się od niego czegoś, co on sądzi. Dowiedziałem się dopiero, jak przeczytałem to opowiadanie. Na ręce mi opadły.
[03:11:50] - Dostałeś pewną diagnozę, tak jak autor. Nie wtryniaj autorowi czegoś innego, niż on sądzi. On pokazał tobie, mnie i wszystkim czytelnikom obraz, który widzi. To wcale nie oznacza, że to jest obraz krystaliczny, czy też obraz, który jest jedyny właściwy, ale to jest autorska wizja pewnej rzeczywistości.
[03:12:17] - Ona jest tak prymitywna, że się w głowie nie mieści. On pokazuje te arabskie dziewczynki, które się wysadzają w powietrze. Wręcz cytuję, to jest prawie cytat z opowiadania: „Jak idiotki po prostu. One sobie wybuchają.”
[03:12:34] - Ale czy tak nie wygląda nasza rzeczywistość?
[03:12:38] - Tak to nie wygląda, niestety.
[03:12:40] - Nie? Zobacz, jak wygląda to oczyma nas, Europejczyków. Ona rzeczywiście wchodzi w tłum i sobie wybucha. Dlaczego ty się każesz autorowi wczuwać w to, jakie ona ma rozterki, przeżycia, ewentualnie jak przygotowuje się na spotkanie ze swoim Bogiem?
[03:12:59] - Nie każę się wczuwać, natomiast podobno to miała być literatura tak zwana socjologiczna, czyli ta, która analizuje zależności społeczeństw, systemy i tak dalej. Oramus bardzo pięknie to przeanalizował. Zależność chrześcijaństwa od islamu, sprowadzając to do dziewczynek, które się wysadzają w powietrze.
[03:13:24] - Nie. On to sprowadził do tego, że ten konflikt jest na śmierć i życie i że nie bierze się jeńców. Ja to mówię w przenośni. Nie odwołuję się do treści opowiadania, tylko do tego, że to jest starcie na poważnie i że to jest chyba jedyne poważne starcie, jedyny poważny taki konflikt, że nie bez przyczyny mówi się o wojnie cywilizacji.
[03:13:48] - Ale ja też mówię o wojnie, natomiast nie uważam tego, co uważa Oramus, że to jest po prostu na śmierć i życie. To nie na tym polega. To jest bardzo śliska sprawa, bardzo gęsta i to może być rozwiązywane na wiele różnych sposobów, ale zależy od przyjęcia pewnych postaw wobec czegoś, ale to jest długa rozmowa.
[03:14:13] - Myślę, że i tak z tego, co powiedzieliśmy, z tego fragmentu każdy wyciągnie sobie własne wnioski. To taki truizm, który pewno należało powiedzieć, ale ja uważam, że to opowiadanie, jak wiele w tym tomie „Przedmurze” jest intrygujące. Ja nie wiem, czy ono jest dobre. Ja nie wiem, czy ono jest z polotem napisane, ale jest intrygujące. Ono zostawia znowu ślad, pewien ślad, który z człowiekiem zostaje. I ja nie wiem, czy to jest ślad literacki. Ja wiem, że to jest ślad pewnego problemu, który jest i który my przeżywamy na co dzień. On się zbliża do nas tak niepostrzeżenie. On się jak najbardziej postrzeżenie zbliża i on jest z nami, a Marek Oramus po prostu puścił reflektor w przyszłość.
[03:15:14] - W jaką przyszłość?
[03:15:16] - Niedaleką.
[03:15:17] - W żadną przyszłość.
[03:15:19] - Nie wiem.
[03:15:19] - On normalnie mówi o czymś, o czym, że tak powiem, politycy czy stratedzy europejscy rozmawiali może z 30 lat temu. Świadomość mieli. Ma tyle świadomości co człowiek prehistoryczny. À propos tego konfliktu. On widzi ten konflikt po prostu na poziomie Renbiuły i Kara Mustafy, którzy strzelają sobie nawzajem przez podwórze.
[03:15:45] - Ale tak widzą go ludzie. Ty byś chciał, żeby było opowiadanie napisane z perspektywy sztabu albo ludzi od planowania jakiejś kampanii? Nie. On to pisze z pozycji obserwatorów bardzo prostych, właśnie tego Rembiały czy kogoś tam jeszcze. To moim zdaniem jest prawdziwe. Dobrze, Wiktorze, bo zbliżamy się do rekordu. Myślę, że i tak dokonaliśmy rozbioru całkiem fajnego tomu pod tytułem „Przedmurze”. To jest antologia, która mnie się bardzo podobała. Tobie podobała się średnio, a nawet w pewnych momentach mniej niż średnio. Niemniej jednak jedno chyba musisz powiedzieć: ona jest intrygująca zarówno pod względem literackim, zwracasz uwagę i na jej braki, więc jest intrygująca, jak i pod względem pewnych myśli, które przekazuje.
Ja wiem, że ty jesteś z niej niezadowolony.
[03:16:52] - Tak, ale jedna rzecz: im mniej cenię jednych, tym bardziej cenię drugich.
[03:17:01] - I tym optymistycznym akcentem skończmy tę część audycji, która dotyczy antologii wydanej przez wydawnictwo Solaris, a skomponowanej przez Wojtka Sedeńkę. Antologii zatytułowanej „Przedmurze”. Ja ją polecam bardzo gorąco. Wiktor poleca ją średnio.
[03:17:25] - Nie, ja cały czas polecam złoty wiek amerykańskich opowiadań.
[03:17:30] - Nie!
[03:17:31] - Też wydawnictwo Solaris.
[03:17:32] - Też wydawnictwo Solaris, ale niemniej jednak już z tego, co mówiłeś, wynika, że przynajmniej niektóre opowiadania przypadły ci częściowo — nie wiem, jak się bardziej jeszcze asekurować — w każdym razie w jakimś tam stopniu nie cierpisz z powodu tego, że przeczytałeś. Teraz jeszcze stałe punkty programu, czyli stałym punktem programu było to, że wspominaliśmy o naszej dodatkowej audycji, czyli warsztatach Bibliotekarium. Ale dzisiaj, żeby było ciekawiej, nie wspomnimy o nich, ponieważ najbliższa audycja trochę będzie poświęcona temu tematowi, ale będziemy w tej audycji mieli również gościa. Gość jest wydawcą i to dosyć sporym, liczącym się na rynku dzisiaj, który wydaje fantastykę, fantasy, trochę kryminału. Ale kiedy zaczynał swoją pracę, to wszyscy pukali się w głowę: „Po co ci to, chłopie, potrzebne? Po co? Tyle osób się potknęło, tylu osobom się nie udało”. A ten człowiek, którego będziemy gościć za dwa tygodnie, mówił krótko: „Bo ja lubię fantastykę. Ja ją po prostu lubię. Lubię też inne gatunki i ja chcę to wydawać.
Uważam, że warto realizować swoje pasje”. I wtedy wszyscy pukali się w czoło. Dzisiaj to jest poważny gracz na rynku książki. Książki takiej, o której mówiliśmy wcześniej, czyli fantastycznonaukowej. Warto powiedzieć o tym, że stworzył wydawnictwo, które — tak jak mówiłem na początku — wszyscy pukali się w głowę, a od pewnego momentu żuchwy opadły, bo nagle to było wydawnictwo, które zaczęło zdobywać nagrody. Autorzy, którzy wydawali w tym wydawnictwie, zaczęli zdobywać nagrody. Zaczęło się głośno mówić o tym wydawnictwie. I właściciel wydawnictwa i samo wydawnictwo wydaje autorów, którzy naprawdę liczą się na rynku książki, autorów, którzy publikują ciekawe powieści. Będziemy mieli okazję z fragmentami tych powieści zapoznać się na antenie. Tu będzie zadanie Ivelliosa, żeby te fragmenty przybliżyć.
A zatem będziemy mieli ciekawego gościa, który powie o ciekawych meandrach rynku książki, ale też opowiemy wspólnie o projekcie, o którym od pewnego czasu wspominamy, czyli o tych warsztatach i o możliwości stworzenia antologii dźwiękowej, bo okazuje się, że również te wydania dźwiękowe później wspólnie z Wiktorem będzie okazja skomponować takie the best, czyli najlepsze z najlepszych. I jest również szansa, że te opowiadania, które zostaną zaprezentowane na antenie, ujrzą światło również w postaci książki. To może tyle, jeśli chodzi—
[03:20:55] - Ja jeszcze mogę zachęcić tylko do uczestnictwa w rozmowie z wydawcą, bo z autorami to my mamy kontakt na co dzień. Możemy sobie kupić książkę i poczytać. Ale co wydawca na ten temat myśli i jakimi drogami dochodzi do tego, żeby w ogóle przeżyć na rynku i wydoić tych autorów sensownej twórczości.
[03:21:23] - Sensownej twórczości.
[03:21:24] - To po prostu jest pewna sztuka.
[03:21:26] - Ale więcej, bo to jest jeden z tych wydawców, który ma poczucie misji. Ja bardzo szanuję go za to, że to nie jest proste sprzedawanie książek albo proste sprzedawanie historii. To jest próba — jedna z nielicznych na polskim rynku — pracy z autorem, pokazywania mu, że coś można poprawić, że warto nad tekstem pracować. To jest to, co jest tobie bliskie, że tekst bardzo rzadko powstaje gotowy, że warto go przedyskutować z kimś.
[03:21:59] - Jak to? Czytaliśmy ten zbiór. Wszystkie prawie powstają gotowe od razu.
[03:22:06] - Nieprawda. Sam wiesz, że tak nie było. A wracając do naszego gościa, myślę, że to będzie ciekawe spotkanie, bo porozmawiamy o literaturze. To jest człowiek, który ma bardzo ciekawe przemyślenia odnośnie literatury. Co więcej, siedzi w centrum wydarzeń i w związku z tym bardzo dużo na temat współczesnej literatury wydawanej w Polsce wie. To będzie też okazja, żeby zadzwonić do nas, żeby porozmawiać, czy to z nami. Ale nas to już państwo znacie, więc nie ma z kim rozmawiać. To już nudne. Natomiast nasz gość jest postacią jak najbardziej ciekawą i do tej następnej audycji zapraszamy. Szczególnie że fragmenty prozy, które zaprezentujemy, też będą ciekawe i raczej niekoniecznie znane.
W związku z tym kończymy dzisiejszą audycję. Bardzo dziękujemy i przepraszamy, że zajęliśmy aż tyle czasu, ale myślę, że antologia „Przedmurze” warta była tego. Dziękujemy i zapraszamy za dwa tygodnie. 8 września spotykacie się państwo z nami i z naszym na razie tajemniczym gościem, ale zaręczam, że warto. Dziękujemy bardzo. Dobranoc.
[03:23:23] - Czołem.
[03:23:24] - A mówili te słowa do państwa gospodarze audycji „Bibliotekarium” oraz redaktorzy serwisu o tej samej nazwie bibliotekarium.pl Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dzięki jeszcze raz panowie.
[03:23:37] - Jeszcze raz dziękujemy.
[03:23:38] - Dzięki.
[03:23:40] - A audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium – paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za dwa tygodnie.
[03:24:04] - „Odkoło dziś już patrząc ostatni raz pośród cierpiących starych drzew. Chcę czuć twą dłoń, lecz ona tkana z chmur wilgotne wargi skrywa toń. Ostatni zachód słońca w niemocy śmierci trwam. Nicością jesteś ty i będę ja. Przeklinam los upadły, choć pragnę czulić cię, bo szczęście ozysk schowane w twoim śnie. Wśród traw twój szept i moje imię w nim to nadal my z pożółkłych zdjęć. Chcę iść przez las z twym cieniem spleść mój cień. Gwiazdy wytyczą nowy szlak. Ostatni zachód słońca w niemocy śmierci trwam. Nicością jesteś ty i będę ja.
Przeklinam los upadły, choć pragnę czulić cię, bo szczęście ozysk schowane w twoim śnie. Ostatni zachód słońca w niemocy śmierci trwam. Nicością jesteś ty i będę ja. Przeklinam los upadły, choć pragnę czulić cię, bo szczęście ozysk schowane w twoim śnie. To mrok wyrywa mi podłoń, a tracę cię. A mrok maluje czernią twoją twarz. Pod bladą żucią powiek nie ma mnie. Tu w zimnym piachu ciało me. I mrok wyrywa mi podłoń, znów tracę cię. Znów mrok maluje czernią twoją twarz.
Pod bladą żucią powiek nie ma mnie. Zanikam dziś ostatni raz”.