[00:00] - Paralaxa. Spojrzenie Chrisa Miekiny. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, na którą bardzo wielu z was czekało. Audycji, której gospodarzem jest nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy Chris Miekina. Witaj, Chrisie.
[00:19] - Cześć, witajcie wszyscy. Dobry wieczór.
[00:21] - A którą jak zawsze obsługuje od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios", czyli ja. Rozpoczynamy kolejny odcinek rozmów na Atlantydzie, czyli Paralaxa na żywo. Zanim przejdziemy do pierwszego z tematów, którym dzisiaj będzie Antarktyda, kraina zimna, o której zawsze gorąco się dyskutuje. Tak gorąco, że aż się zaczęła topić. Znowu. Podam kontakty do Radia Paranormalium. Nasz numer telefonu to 32 746 00 08. 32 746 00 08. Komórkowy 530 624 193. 530 624 193.
Oczywiście SMS-y również odbieramy. Skype: radio.paranormalium.pl. Można także pisać do nas na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy też na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także znaleźć na Facebooku na koncie Radia Paranormalium oraz w grupach Radia Paranormalium i Czytelników Ciemnego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam wysyłać pytania, komentarze i oczywiście relacje z obserwacji UFO i spotkań z nieznanym na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc rozpocznijmy od tego gorącego tematu, jakim jest zimna, choć topiąca się od tego gorąca Antarktyda. Chrisie?
[01:47] - Nie do końca jest pewne, czy ona się tak bardzo topi, bo z drugiej strony jest sporo informacji naukowych, że lodu tam przyrasta, że gdzieś jeden kawałek lodu się odłamuje, ale gdzie indziej jego grubość znacznie wzrasta. Także ciągle nie rozumiemy za bardzo, jaka tam fizyka wchodzi w grę, o co chodzi z tym klimatem. Jest mnóstwo zamieszania, ale tego zamieszania z Antarktydą mamy pełno właściwie w całej historii. I to dzisiejsze nasze spotkanie na Atlantydzie, a właściwie na Antarktydzie, może się okaże, że to jest to samo miejsce. Dzisiaj właśnie w takich okolicznościach przyrody, bo wokół tej Antarktydy narosła cała masa mitologii i ta mitologia stała się takim wręcz chlebem powszednim. Każdy, kto myśli o Antarktydzie, natychmiast myśli o admirałe Byrdzie i myśli o latających spodkach i oczywiście o nazistowskich ewentualnie bazach gdzieś tam w lodach Antarktydy. Taka panuje opinia i to rozpala oczywiście umysły, bo siłą rzeczy pobudza wyobraźnię. Myślę, że istotne jest, żeby w jakiś sposób móc ułożyć te wszystkie fakty i legendy obok siebie, aby móc jeszcze raz tak na chłodno, chłodnym okiem dokonać obserwacji tego, co wydarzyło się na tym kontynencie, co na ten temat wiemy i ewentualnie spróbować odrzucić te wszystkie narosłe legendy, które tak naprawdę robią dużo złego całej tej historii, bo tworzą taki rodzaj dezinformacji. Niestety mity dlatego się nazywają mitami i dlatego myśli się o nich, że są czymś stworzonym, wymyślonym, są fantazjami swoich twórców. Myślę, że dzieje się tak dlatego, że zapładniając one wyobraźnię, stają się kanwą do jakiejś opowieści, historii science fiction raczej, gdzie tej fiction jest maksymalnie dużo i to zaciemnia obraz, dlatego że pewne elementy zaczynają nagle pasować.
Historia robi się strasznie kolorowa i strasznie atrakcyjna i przez to ta najważniejsza rzecz, ta istota tego problemu gdzieś za nią się chowa. I żyjemy właśnie wśród historii właściwie, które w zasadzie na końcu nie mają żadnego sensu. Ja po raz pierwszy z historiami na temat Antarktydy, z opowieściami na temat Antarktydy spotkałem się prawdopodobnie tak jak większość z naszych słuchaczy dzisiaj i większość tych, którzy interesują się tym tematem. Zaczęło się to wszystko od wyprawy bardzo tajemniczej, bardzo interesującej amerykańskiego admirała Byrda. Miała ona miejsce na początku 1947 roku i była to dziwaczna wyprawa, dlatego że ona w niczym nie przypominała wyprawy naukowej. Ta wyprawa to było kilka okrętów wojennych, w tym jeden z nich był lekkim lotniskowcem i było kilka niszczycieli, statki transportowe i zaopatrzeniowe, na pokładzie których był cały pułk piechoty morskiej. 4000 ludzi. Także z pewnością nie jedzie się badać pingwinów na Antarktydę czy ewentualnie zmian klimatycznych mając 4000 wyszkolonych do walki żołnierzy. Jedzie się po coś w jakimś celu, że tam coś jest i to coś trzeba zdobyć, bo jest w czyichś rękach. Także wyprawa bardzo tajemnicza.
Wyprawę zamierzono w czasie na około osiem miesięcy i tak jak powiedziałem, wyekwipowano tą całą ekspedycję w taki sposób, aby mogła przetrwać w lodach Antarktydy tak długo. Tymczasem okazało się, że już po kilku tygodniach, w zasadzie po sześciu tygodniach admirał Byrd zarządził odwrót z nieznanych do dziś powodów. Wyprawa Byrda wróciła do Stanów jeszcze tego samego roku i w trakcie tego powrotu Byrd udzielił wywiadu dziennikarzowi chilijskiej gazety El Mercurio, opowiadając o różnych celach i założeniach tej wyprawy. I wówczas powiedział bardzo znaczące zdanie. I to zdanie jest jednym z najważniejszych w historii, które zapładniło szereg opowieści na temat Antarktydy. Powiedział mianowicie, że Stany Zjednoczone muszą się przygotować do tego, żeby walczyć z nieprzyjacielskimi myśliwcami, które poruszają się pomiędzy biegunami z niezwykłą prędkością. I to wszystko, co admirał powiedział. Nie wyjaśnił w żaden sposób, co miał na myśli.O co w tym wszystkim chodziło? Nie postawił też swojego zdania w żadnym konkretnym kontekście, w którym można byłoby to zrozumieć. Kiedy wyobrazimy sobie pojazdy lotnicze, które poruszają się z tak olbrzymią prędkością pomiędzy biegunami, przychodzą na myśl vimany i inne różne latające spodki z jakiejś nieznanej nam pozaziemskiej cywilizacji.
I od tego się wszystko zaczęło. Dopisano całą resztę tej legendy, że stoczono walkę z latającymi spodkami z tego względu, że okręty, które wróciły z tej ekspedycji, wróciły nieco pokiereszowane. Wielu ludzi na pokładzie było rannych i nie wiadomo było, co tak naprawdę się tam wydarzyło. Ludzie ci nie mogli opowiadać swojej historii. Także sam admirał Byrd, ponieważ natychmiast obłożono wszystko klauzulą tajności. Dziennik pokładowy został natychmiast przejęty z okrętu i również został utajniony. Co ciekawe, cała historia tej wyprawy nadal taką klauzulę posiada, mimo tylu lat, bo mamy przecież już 70 lat od tamtych wydarzeń. Równa rocznica. To jest dobry moment, żeby o tym opowiedzieć. Po 70 latach ciągle nie wiadomo, co tak naprawdę wydarzyło się wówczas, na początku, pomiędzy styczniem a lutym 1947 roku, gdzieś w lodach Antarktydy.
Admirał Byrd wybrał swój punkt, do którego płynęła ta cała ekspedycja, nieprzypadkowo. Popłynął w miejsce, które w jakiś sposób pokrywało się z miejscem, do którego dopłynęła inna ekspedycja. Ekspedycja ta dopłynęła pod koniec 1938 roku i trwała aż do roku 1939. Była to ekspedycja nazistów. Była to ekspedycja niemiecka, która również, jak na tamte czasy, była niezwykle dobrze wyposażona i również w jej skład wchodziło wiele okrętów, a także wielu ludzi, którzy wyposażeni byli między innymi i w samoloty, i w najrozmaitszy sprzęt badawczy. I co ciekawe, myślę, że to jest najbardziej intrygujące w tej niemieckiej wyprawie, że patronami, organizatorami tej całej ekspedycji antarktycznej było dwóch bardzo interesujących ludzi. Pierwszym z nich był Rudolf Hess, który wówczas nosił tytuł Reichsleitera, czyli był szefem całej partii nazistowskiej i można powiedzieć, że był zastępcą Hitlera. Takim wiceführerem był, małym Hitlerem, więc był osobą niezwykle wpływową. Natomiast drugą osobą, która patronowała tej ekspedycji, był nie kto inny jak sam Hermann Göring, twórca Luftwaffe, twórca Gestapo i człowiek, który praktycznie był jedną z podstaw całego tego nazistowskiego systemu, który przejął władzę w Niemczech i doprowadził do wyniesienia Hitlera do władzy. Ta para, która patronowała całej tej historii, całej tej wyprawie, jest bardzo dziwna, dlatego że Hess z Bormannem bardzo się nie lubili i to jest bardzo delikatnie powiedziane.
Właściwie darzyli się ogromną niechęcią i obrzydzeniem wręcz. Rudolf Hess był człowiekiem, którego dziś nazwalibyśmy okultystą. Był niezwykle podatny i otwarty na wszystkie tego typu ezoteryczne teorie, które wówczas były niezwykle popularne w Niemczech. I dziś można nawet powiedzieć, to taka dygresja w zasadzie, że cały ten nurt nazistowski, całe te korzenie, na których nazizm wyrósł, tak naprawdę są to korzenie ezoteryczne i mające swoje źródła gdzieś w głębokim okultyzmie sięgającym w bardzo, bardzo odległą przeszłość, być może nawet w przeszłość prehistoryczną. Natomiast Göring był technokratą. Był człowiekiem, który wierzył w śrubki i nakrętki, wierzył w technologię i wierzył w twardą i brutalną siłę. I tych dwóch ludzi właśnie patronowało niemieckiej ekspedycji. Do dziś znów, podobnie jak w przypadku admirała Byrda, nie bardzo wiemy, co się tam wydarzyło. Jedyne fakty, jakie są znane z ekspedycji niemieckiej na Antarktydę, jest to, że Niemcy fizycznie przyłączyli część Ziemi Królowej Maudy do Rzeszy, co wywołało mnóstwo protestów, głównie ze strony Norwegii, i stworzyło niebezpieczny precedens, bo nagle kontynent, do którego nikt nie rościł sobie żadnych pretensji, nikt nie chciał go przejąć sobie na własność, nagle Niemcy wyznaczyli tam na nim jakąś swoją granicę, obrzucili ten teren niemieckimi chorągiewkami. Ale nie to było głównym celem tych lotów, z których zrzucano właśnie te nazistowskie chorągiewki, które miały wyznaczyć granice niemieckich wpływów na Antarktydzie.
Niemieckie samoloty, które latały nad Antarktydą, dokonywały serii zdjęć. Wykonały setki, jak nie tysiące zdjęć, z których dziś nie znamy ani jednego tak naprawdę. Jest szereg zdjęć, które pokazują Niemców gdzieś na jakichś zimnych terenach. Natomiast nie ma stuprocentowej pewności, że są to zdjęcia z Antarktydy i są to zdjęcia z tej wyprawy, dlatego że źródła tych zdjęć są bardzo, bardzo niepewne. Właściwie jedyne zdjęcia, których źródło możemy w jakiś sposób ustalić, są z niemieckiej kroniki Deutsche Wochenschau.Była to niemiecka kronika filmowa podobna do tej, którą robiono w Polsce, do Polskiej Kroniki Filmowej, która co tydzień opowiadała interesujące historie z życia swojego kraju. I w tej kronice filmowej pokazano kilka zdjęć z Antarktydy. Pokazano statek Schwabenland, który był centralnym punktem tej wyprawy i opowiedziano o tym, że Niemcy prowadzą tam badania naukowe i Rzesza Niemiecka wspaniale się rozwija. Deutsche Wochenschau to była tuba propagandowa niemieckiego imperializmu, można tak powiedzieć. Każdy z tych odcinków był osobiście oglądany i aprobowany przez Goebbelsa, a następnie aprobowany przez samego Hitlera. Także wybór materiałów był w jakiś sposób ściśle kontrolowany.
Nie mogło tam się pojawić nic konkretnego czy przypadkowego, co umknęłoby uwadze cenzorów. Dlatego to, co oglądamy w tej kronice, niekoniecznie musi pochodzić nawet z Antarktydy. Jedyny widomy znak tego, że Niemcy rzeczywiście tam byli, to był medal, który wybito z okazji powrotu tej wyprawy. Ten medal dostał każdy z jej uczestników. I właściwie na tym koniec. Przestaną o tym w ogóle rozmawiać. I do dziś nie mamy żadnej dokumentacji z tej wyprawy, żadnych zdjęć i właściwie żadnych wniosków, po co ona była i czego ona dotyczyła. To oczywiście stało się zalążkiem tej gigantycznej legendy, która ma się świetnie do dziś i jest podsycana nowymi wydarzeniami, nowymi historiami, o których dzisiaj będziemy także rozmawiać, że Niemcy w którymś momencie wymyślili sobie, że stworzą tam sobie bardzo poważną bazę. Będą tam realizować swój zaawansowany program technologiczny, który być może dotyczy nawet latających spodków, a także wykorzystanie energii punktu zerowego. I z tego względu Amerykanie usiłowali ją przejąć.
Być może Niemcy mieli jakieś kontakty z cywilizacją pozaziemską. Nastąpiła jakaś nieznana dzisiaj bitwa powietrzna i brzmi to niezwykle atrakcyjnie, zwłaszcza w świetle tego, co w którymś momencie, w czasie trwania jeszcze II wojny światowej, powiedział admirał Dönitz. Admirał Dönitz był jedną z największych grubych ryb III Rzeszy. Był w czasie wojny dowódcą flotylli okrętów podwodnych, a okręty podwodne były linią zaopatrzeniową gdzieś w Ameryce Południowej i być może właśnie na Antarktydzie. Powiedział on wówczas, że III Rzesza jest na najlepszej drodze, ażeby stworzyć dla Hitlera twierdzę, która będzie absolutnie nie do zdobycia. Dziś w tej legendzie Antarktydy funkcjonuje jeszcze taki dodatek, że miała to być twierdza przykryta lodami, ale kiedy spróbować znaleźć jakieś dokumenty z tamtych czasów na temat tej wypowiedzi Dönitza, we wszystkich znalezionych źródłach nie ma mowy o lodach. Jest tylko mowa o twierdzy, która jest nie do zdobycia. I stąd znów niedługo nie jest zbyt daleko do tego, aby wodze fantazji troszeczkę puściły i stworzyć legendę o tym, że Niemcy rzeczywiście zbudowali gdzieś jakąś twierdzę pod lodami Antarktydy, że odkryli być może jakieś kanały, ujścia rzek, ciepłe źródła, które stworzyły sieć korytarzy pod lodami, które pozwoliły na prowadzenie normalnego i spokojnego życia gdzieś w miejscu, które wydawałoby się do życia się nie nadaje. Panuje tam wieczny mróz. 98% Antarktydy jest pokryte lodem.
Klimat jest okropny. Lato polarne, gdzie panuje polarny dzień przez mniej więcej pół roku, praktycznie jest ciągle mroźne. Nie można tam prowadzić żadnych upraw, nie ma tam też żadnych znacznych źródeł energii, więc bardzo trudno jest utrzymać cokolwiek, a już szczególnie jakąś potężną bazę wojskową, gdzie byłyby rozwijane te tajne technologie w takim miejscu. Wydaje się to być niemożliwe. Jeśli popatrzeć na to z punktu widzenia zdrowego rozsądku, to gdyby rzeczywiście, istotnie, myślę, że to jest najpoważniejszy dowód na to, że taka baza nigdy nie mogła tam istnieć, jest to, że gdyby Niemcy rzeczywiście posiadali taką technologię i posiadali taką bazę, to myślę, że wojna nie skończyłaby się tak, jak się ona właśnie skończyła. Że posiadając tego typu technologię, po prostu byliby w stanie tą wojnę wygrać. Tak się przecież nie stało. Czyli być może rzeczywiście coś tam było. Na to się jestem w stanie zgodzić, że być może była tam przystań dla okrętów podwodnych, że być może była tam jakaś niewielka stocznia remontowa, może jakiś punkt meteorologiczny, ale prawdopodobnie nic więcej. Natomiast to, że zainteresowali się tym Amerykanie, oznacza coś innego.
Oznacza, że być może Niemcy coś rzeczywiście na tej Antarktydzie znaleźli i dlatego wysłano amerykańską ekspedycję, ażeby to sprawdziła. Ciekawe jest to, że kontakty admirała Byrda z Niemcami, czasami po stronie przeciwnej, a czasami po tej samej stronie, były dość częste i dość interesująco to wygląda, kiedy popatrzymy właśnie na Antarktydę z perspektywy teorii konspiracji. Bo Byrd doskonale znał niemieckich polarników. Znał ich osobiście.A nawet kiedy Niemcy organizowali tą swoją wielką wyprawę w 1938 roku na Antarktydę, został zaproszony do Niemiec w celu, żeby udzielił im jakichś porad i informacji, w jaki sposób przetrwać w tym trudnym klimacie. I Byrd skorzystał z tego zaproszenia. I to jest niesamowite, że przyjechał na zaproszenie najwyższych dygnitarzy Trzeciej Rzeszy, Rudolfa Hessa, i opowiadał o tym, jak przetrwać w lodach polarnych. Niemcy kusili go nawet, żeby objął dowództwo tej wyprawy. I admirał Byrd wahał się nawet nieco, czy czasami tego nie zrobić. Doszedł do wniosku, że to być może źle będzie służyło jego dalszej karierze. Być może dostałby reprymendę od swoich przełożonych i z tego zaproszenia nigdy nie skorzystał.
Natomiast był kimś, kto udzielił Niemcom wszelkich informacji na ten temat. Także te związki są bardzo silne admirała Byrda z Niemcami. Związki przede wszystkim emocjonalne. Sam Rudolf Hess jest sam w sobie interesującą postacią z tego względu, że mając i grupując w swoich rękach taką olbrzymią władzę i taką olbrzymią potęgę, będąc właściwie fizycznym następcą Hitlera, nagle w bodajże 1941 roku wpadł na pomysł, żeby wsiąść w Messerschmitta 110. Poleciał nim nad Szkocję, Messerschmitta rozbił, sam wylądował na spadochronie i od tamtej pory można powiedzieć, że słuch o nim zaginął w tym sensie, że już nikt nigdy nie usłyszał żadnego zdania Rudolfa Hessa. Podobno miał tam polecieć, żeby prowadzić z Anglikami rozmowy pokojowe, ale jest to bardzo dziwny sposób na rozpoczęcie tego typu rozmów. Także nie wiemy, w jaki sposób on poleciał. Jest to postać na tyle ciekawa, że być może za jakiś czas zrobię na jego temat Paralaks. Zmarł w więzieniu w Spandau w Niemczech. Teoretycznie też także, bo nie wiadomo, czy to on, czy to jego dubler, jaka historia jest z nim związana i jaką tajemnicę kryje w sobie Hess.
I być może tajemnica ta związana jest właśnie z tym, co Niemcy odkryli na Antarktydzie. I ta cała historia troszeczkę przycichła, troszeczkę zmęczyła się brakiem nowych informacji aż do zeszłego roku. W zeszłym roku temat Antarktydy bardzo intensywnie zaczął być eksploatowany przez najrozmaitsze media z tego powodu, że zaczęli pojawiać się, odwiedzać ten kontynent bardzo dziwaczni goście. Dziwaczni pod każdym względem. I może umknęłoby to jakoś uwadze, być może nie miałoby to takiego wielkiego znaczenia, gdyby nagle na przykład na Antarktydzie nie pojawił się patriarcha Moskwy, Kiriłł. Wśród tych wszystkich najdziwaczniejszych, najróżniejszych postaci, jakie wybrały się w odwiedziny na Antarktydę, Kiriłł III, patriarcha Moskwy, jest postacią rzeczywiście, która kompletnie do tej układanki nie pasuje. Kiriłł był w tym czasie na spotkaniu z papieżem Franciszkiem w Hawanie, co samo w sobie jest w zasadzie olbrzymią sensacją, ponieważ patriarcha Moskwy i katolicki papież w historii chyba nie spotkali się nigdy. Więc było to naprawdę historyczne spotkanie, które miało olbrzymie znaczenie. Na tym spotkaniu omówiono kwestie chrześcijan, którzy byli i są nadal mordowani na Bliskim Wschodzie, głównie przez najrozmaitsze grupy terrorystyczne, tych wszystkich fanatycznych muzułmanów. I po spotkaniu, które w pewnym momencie było spotkaniem w cztery oczy, nagle Kiriłł wsiadł w samolot i poleciał na Antarktydę.
Rosjanie powiedzieli, że poleciał, bo był akurat w pobliżu. Jak popatrzymy, gdzie jest Kuba i gdzie Antarktyda, to to pobliże nie jest aż takie bliskie, jakby się wydawało. I celem wizyty Kiriłła na Antarktydzie było poświęcenie kaplicy, którą Rosjanie zbudowali w swojej stacji i trzeba ją było w jakiś sposób konsekrować. Ale do konsekracji kaplicy nie jest potrzebna osoba rangi patriarchy. To jest tak, jakby na przykład kaplicę w Radawie przyjechał poświęcić sam papież Franciszek. To jest taka skala tego typu przedsięwzięcia. Taką konsekracji mógł dokonać pierwszy lepszy biskup, który byłby na tyle w dobrej formie fizycznej, że mógłby odbyć tak długi i uciążliwy lot na ten lodowaty kontynent i tego poświęcenia dokonać. Kiriłł pobył kilka dni na Antarktydzie, zrobił sobie kilka świetnych zdjęć z pingwinami, które obiegły cały świat. I jak się okazało wkrótce wcale nie była to jedyna z dziwnych osób, jakie przybyły na Antarktydę. Krótko po nim na Antarktydę przybył John Kerry.
John Kerry był wówczas szefem dyplomacji amerykańskiej. Był sekretarzem stanu, także był jedną z najważniejszych osób w państwie. I kiedy objeżdżał świat, miał akurat podróż po całym świecie, spotykając się z najrozmaitszymi dygnitarzami różnych krajów, nieoczekiwanie zboczył z trasy i wylądował na Antarktydzie. Jest to następna okropnie dziwna historia. Dlaczego tej rangi amerykański dyplomata miałby nagle osobiście pojawiać się na Antarktydzie? Było to niezwykle zaskakujące. Sam Kerry wytłumaczył to tym, że on jest osobiście zainteresowany globalnym ociepleniem, zmianami klimatycznymi i chciałby to zobaczyć na własne oczy. Tymczasem człowiek o jego pozycji politycznej, gdyby chciał tego typu informacje, wystarczyłby jeden krótki telefon do swojego własnego sekretarza i błyskawicznie dostałby dane, analizy i wszystko, co jest potrzebne do tego, ażeby móc te zmiany klimatyczne na Antarktydzie zrozumieć. On jednakWybrał się tam osobiście i jest to olbrzymia zagadka, bo w tym czasie trwały amerykańskie wybory. Kerry był oczywiście uwikłany w te wybory, wspierając jedną ze stron, wspierając Hillary Clinton.
I nagle, zamiast zostać ze swoim wodzem i walczyć do ostatniego o to, żeby Clinton została prezydentem, nagle wymyślił sobie wycieczkę na Antarktydę. Jest to coś niezwykle dziwnego. Co to oznacza? Czy to oznacza, że znaleziono na Antarktydzie coś ważnego, że miało to aż dyplomatyczne konsekwencje? Można oczywiście spekulować, czy znaleziono na przykład żywego ET, który nagle otworzył swoje piękne oczy i powiedział, że chce rozmawiać z przywódcami, dlatego wysłano Kerry'ego. Oczywiście jest to tylko absolutnie hipoteza niczym niepoparta i nie chcę jej tutaj w żaden sposób forsować, że spotkano się z jakimś ET na Antarktydzie, ale gdyby rzeczywiście to miało miejsce, to osobą, którą wysłano by ze Stanów, byłby właśnie John Kerry. Dlatego tak zastanawiająca jest jego obecność na Antarktydzie. Zwłaszcza że wcześniej był tam Kir. Jak się okazało wkrótce, nie był to ostatni dziwny gość. Następnym gościem na Antarktydzie, być może najdziwaczniejszym z nich wszystkich, był nie kto inny, tylko drugi człowiek na Księżycu, astronauta Buzz Aldrin.
Buzz Aldrin przyleciał tam podobno prywatnie. Kiedy leciał z Afryki Południowej w stronę Nowej Zelandii, a później Antarktydy, wysłał taki tweet, który brzmiał mniej więcej w ten sposób: „Getting ready to go to the launch pad”. W zasadzie można to przetłumaczyć, że ponieważ on jest astronautą, napisał, że jest gotów do drogi na wyrzutnię. I można to zrozumieć w kontekście żargonu astronautów, że dla niego lotnisko to jest tak samo jak wyrzutnia tych rakiet, którymi leciał w przestrzeń kosmiczną, którą leciał na Księżyc i dlatego tak to nazwał. Ale zastanawia wybór jego słów, taki właśnie dziwny i nietypowy, że nazwał to właśnie wyrzutnią. I nagle ni stąd, ni zowąd wpadł na pomysł, człowiek, który ma 89 lat, jest już w mocno podeszłym wieku, nie najlepszego zdrowia, żeby nagle pojawić się właśnie na Antarktydzie. Co chciał na tej Antarktydzie zobaczyć? Nie bardzo wiemy, co chciał zobaczyć. Jego te wszystkie tweety, jakie w tamtym czasie wstawiał na internet, zniknęły, zostały wycofane. Podobno jeden z nich, i tego nie zarejestrowano, był taki, że rzekomo Buzz Aldrin miał tam stanąć twarzą w twarz z czystym złem.
Miał coś zobaczyć, co go przerażono. I nie wiadomo, na ile w tym jest oczywiście prawdy, ale faktem jest to, że nagle Buzz Aldrin na Antarktydzie poczuł się bardzo źle. Poczuł się na tyle źle, że musiano go ewakuować wojskowymi samolotami do Nowej Zelandii i wyekspediować do Stanów. Kiedy wrócił do Stanów, nie opowiedział ani o swojej chorobie, ani o celu swojej wizyty na Antarktydzie i co tam zobaczył. Po prostu kamień w wodę. Jest to też następna dziwna historia, która siłą rzeczy każe spekulować, bo nikt nie robi tak niezwykłej podróży, zwłaszcza w wieku Aldrina, po to, aby o niej kompletnie milczeć, później milczeć i nie dać żadnego wyjaśnienia. Po co Aldrin pojawił się na Antarktydzie? I tu jest już spekulacja. Czy znaleziono tam coś, co właśnie chciano pokazać astronaucie? Czy znaleziono tam coś, co ma coś wspólnego z przestrzenią kosmiczną?
Może coś, co Aldrin widział na Księżycu i potrzebny był ktoś, kto był świadkiem czegoś i może to porównać, patrząc na to własnymi oczami. Czy ma to jakiś związek ze sobą? Być może są to jakieś ruiny czegoś, co gdzieś dawno istniało na Antarktydzie, a teraz jest gdzieś zagniecione tymi tonami olbrzymimi lodów, do czego dokopano się przypadkiem i wszyscy starają się zrozumieć, z czym mają do czynienia. Tak że nie wiemy, co się wydarzyło z Aldrinem, ale sam fakt, że jego osoba jest wśród tych dziwacznych gości na Antarktydzie. I teraz może taka krótka wyliczanka, bo ten zestaw jest, spójrzmy na ludzi zainteresowanych Antarktydą na przestrzeni tych 70 lat. Mamy twardogłowych nazistów, z czego jeden jest z okultystycznymi zapędami. Mamy fascynata Antarktydy i admirała amerykańskiej floty, admirała Byrda. Mamy patriarchę Kiryła, mamy astronautę. I to jest, jak się okazuje, nie koniec. Okazuje się, że Antarktydę odwiedzają także arystokraci, koronowane głowy.
Okazuje się, że Antarktydę odwiedzał sam król hiszpański Juan Carlos, ale także był tam w 2013 roku książę Harry, który być może będzie następcą tronu Anglii. W każdym bądź razie jego bliskie pokrewieństwo z rodziną królewską każe widzieć w nim jednego z tych ludzi, którzy mają coś na świecie do powiedzenia, którzy reprezentują nie tylko rodzaj jakiejś władzy, ale także pewną historyczną linię krwi i wpływów z tym związanych, które gdzieś oplatają swoimi mackami Ziemię i dzielą je nie na granice i państwa, a właśnie na te strefy, co i kto do kogo należy. I właśnieTe arystokratyczne głowy i stare arystokratyczne rody zastanawiają, że nagle one również wizytują Antarktydę i dodaje to jeszcze tych octanów do tych wysokooktanowych spekulacji na temat tego, co znaleziono na Antarktydzie, co takiego tam się wydarzyło. Tutaj trzeba przypomnieć jeszcze o przemówieniu czy o konferencji prasowej, jaką kiedyś, w czasie swoich rządów dał prezydent Clinton. Mówił on o tym, że na Antarktydzie znaleziono meteoryt. Meteoryt miał pochodzić z Marsa i kiedy go rozłupano, okazało się, że w jego wnętrzu znaleziono skamieliny mikrobów, co jest potwierdzeniem, że życie nie jest czymś tylko ekskluzywnym i specyficznym dla Ziemi, że życie istnieje także gdzie indziej, gdzieś w przestrzeni kosmicznej, gdzieś na innych planetach. Mimo tak olbrzymiego znaczenia, jakie powinna mieć ta wypowiedź, jakoś ją zagłuszono, ale faktem jest, że jest to pośrednio kolejna osoba, która była Antarktydą niezwykle zainteresowana. I podczas wojskowej operacji Deep Freeze Clinton osobiście nadzorował ją właśnie z Christchurch w Nowej Zelandii, gdzie znajduje się amerykańska baza wojskowa i skąd ta operacja, która ciągle pozostaje olbrzymią tajemnicą, była przeprowadzana. Także mamy tajemnicę na tajemnicy i na tajemnicy. Jedyne na temat tego, że coś bardzo istotnego działo się podczas operacji Deep Freeze, jest to, że w tym czasie amerykańskie samoloty z tej bazy wojskowej w Christchurch w Nowej Zelandii, te olbrzymie transportowce startowały w tempie co 15 minut jeden.
Leciały w stronę Antarktydy. Samoloty startowały 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. I działo się tak przez dwa lata. Pokazuje to operację na olbrzymią, gigantyczną skalę, że olbrzymie ilości materiału zdłożono na Antarktydę. Być może także coś z niej przywożono. Tego nie wiemy, ale przez dwa lata samoloty latające w takim tempie tylko w jedno miejsce wskazują, że coś jest absolutnie niezwykłego na rzeczy. I osoba Clintona w tym czasie tam i jego opowieść o meteorycie znalezionym na Antarktydzie wskazuje właśnie na coś absolutnie niezwykłego. Tajemnica Antarktydy nie ogranicza się tylko do wydarzeń z XX wieku. Antarktyda jest najpóźniej odkrytym kontynentem, ale jak wiemy z historii, te odkrycia są w zasadzie tak naprawdę bardzo symboliczne. Wiemy na przykład, ile jest problemów z uznaniem, kto tak naprawdę odkrył Amerykę, że odkrycie Kolumba było czymś wyłącznie symbolicznym, co funkcjonuje dziś jako realne odkrycie.
Ale wiemy, że mnóstwo innych ludzi, kultur odwiedzało Amerykę z różnych stron, przez Atlantyk, przez Pacyfik, także ona odkrywana była wielokrotnie i w zasadzie nie powinno być w tym żadnej sensacyjnej informacji, że oto się gdzieś nagle pojawi nowy kontynent. I w takim klasycznym sensie odkrywania Antarktyda była tym kontynentem ostatnim. Dowiedziano się o nim dopiero gdzieś w XVIII, XIX wieku, że coś takiego istnieje. Co z kolei powoduje, że kiedy stajemy twarzą w twarz z takimi informacjami jak te, które są narysowane na słynnej mapie Piri Reisa. Jestem przekonany, że wszyscy nasi słuchacze słyszeli o mapie Piri Reisa, ale króciutko przypomnę, że turecki admirał, który żył w XVI wieku, miał mapę, na której zaznaczona była nie tylko Ameryka Południowa, co jeszcze można przyjąć, chociaż z wielkim trudem, dlatego, że pokazane są tam dzisiejsze wybrzeża na przykład Argentyny i Chile, i jest to zarys dość dokładny. Także od czasów Kolumba i odkrycia Ameryki minęło zaledwie 100 lat i oto mamy do czynienia z dość dobrze zrobioną mapą. To zaskakuje, ale można to jeszcze przyjąć do wiadomości. Natomiast to, co na niej jeszcze widać, to zarys brzegów Antarktydy. Jest to zaznaczony kontynent w czasach, kiedy o Antarktydzie naprawdę nikt nie miał pojęcia, że istnieje. Nikt tam nie dotarł, nikt nie wiedział, że istnieje olbrzymi lodowaty kontynent gdzieś na południu naszego globu.
Tymczasem u Piri Reisa jest ta mapa. Początkowo tą mapę zdyskredytowano jako rodzaj fantazji. Bo ta linia brzegowa, która została tam wyrysowana na tej mapie, nie bardzo pokrywała się z linią brzegową Antarktydy. Ale wszystko trwało do pewnego momentu, bo oto dokonano zdjęć satelitarnych Antarktydy, które pokazały, jak ten kontynent wygląda bez lodu, bo przecież pokryty jest on lodem, w związku z czym jego kształt jest tym lodem zdeformowany. Mamy olbrzymie obszary lodu szelfowego, które są niczym innym jak zamarzniętym morzem, ale ponieważ jest to kilkaset metrów lodu, wygląda to wręcz i działa jak ląd. Mogą nawet na tym lądować ciężkie samoloty. Można na tym budować nawet bazy, podobnie jak na przykład Brytyjczycy. Kiedy sfotografowano kontynent właśnie z powietrza, prześwietlając lód, żeby dojrzeć, jak wygląda on naprawdę, okazało się, ku zdumieniu wielu kartografów, geografów i innych ludzi związanych z nauką, budową kontynentów, że kontury Antarktydy wyrysowane na mapie Piri Reisa pokrywają się z konturami Antarktydy tak, jak wygląda ona pod lodami. Jest to jedna z największych zagadek.Jakie istnieją na naszej planecie. Bo jak to się stało, że turecki admirał wszedł w posiadanie takiej mapy?
I w jaki sposób ktoś mógł taką mapę wyrysować i poznać prawdziwy zarys Antarktydy? Żeby tego dokonać, ten ktoś musiał mieć umiejętność poruszania się na dużej wysokości, na dodatek zrobić to w czasach, kiedy lodów na Antarktydzie nie było. To buduje olbrzymią tajemnicę tego, co tak naprawdę reprezentuje ten kontynent, czym jest, jaka jest jego historia. I ta historia nieoczekiwanie łączy się, zostając w jednym miejscu, z Antarktydy przechodzimy na Atlantydę, bo łączy się to właśnie z legendą Atlantydy. I to z tą legendą, którą opisał Platon w swoich dialogach. Nawet jeżeli spojrzymy na to z zdroworozsądkowego punktu widzenia, jaki był koniec Atlantydy? Atlantyda została zatopiona w oceanie. Przykryły ją olbrzymie głębiny morskie, przykryła ją woda. A lód czym jest? Jest stanem skupienia wody.
Więc nieoczekiwanie wszystko się zgadza. Zgadza się, że jest to kontynent ciągle przykryty wodą, bo jest zamarznięty. Także nawet to, że Platon uznawał, że Atlantyda leżała na Atlantyku, na dzisiejszym Oceanie Atlantyckim, ale gdzieś mamy też takie legendy, że po drugiej stronie, na Pacyfiku był inny tajemniczy ląd zwany Lemurią. Antarktyda idealnie wpasowuje się w oba te mity, mówię o Antarktydzie, że Antarktyda doskonale wpasowuje się w mit tak Atlantydy, jak i Lemurii. Dlatego, że jeżeli popatrzymy na nią z takiego punktu widzenia, to dotyka swoimi brzegami jednego i drugiego oceanu. Także okazuje się, że ma to jakiś sens. Na dodatek to, o czym pisze Platon. Pisze o tym, że Atlantyda była miejscem czy była kulturą, która żyła na bardzo wysokim poziomie technologicznym, co znów podpowiada nam, że jeżeli byłaby to rzeczywiście Antarktyda i ta cywilizacja przykryta byłaby ciężkimi antarktycznymi lodami, to w takim razie to zainteresowanie technologiczne ludzi, którzy odwiedzali Antarktydę, ma jakiś sens. Jeżeli ktoś coś odkrył w lodach Antarktydy i być może były to jakieś ruiny czy pozostałości po jakiejś cywilizacji, być może właśnie była to wysoko rozwinięta technologicznie cywilizacja, ta mityczna cywilizacja Atlantydy. Nieoczekiwanie mit odżywa.
I tutaj, kiedy popatrzeć na to, w jaki sposób pisał o tym Platon i w jaki sposób się to traktuje, to myślę, że opowieść Platona nie powinno się traktować jako mit. Nie powinno się traktować jako opowieść, która jest historią fantastyczną z tego względu, że Platon jako człowiek, który używał bardzo precyzyjnego języka, był filozofem, powiedziałby, że opowiada o pewnej alegorii. Gdy tymczasem w swojej opowieści podaje on źródła. Mówi o tym, że jego wujek Solon opowiedział mu o tym, czego się dowiedział na temat Atlantydy i że jego kuzyn był nikim innym jak kapłanem wśród Egipcjan, dlatego, że ta opowieść przyszła od egipskich kapłanów, została przekazana przez egipskich kapłanów i jeżeli została przekazana komuś z obcej kultury, to ten ktoś musiał zostać na takiego kapłana wyświęcony, musiał być jednym z nich. I stąd przyszła ta historia. Także jest to konkretna informacja. I teraz ten link, ta ścieżka egipska znów zaczyna bardzo dobrze pasować do całego tego mitu Atlantydy. Z tego względu, że skąd Egipcjanie wiedzieliby na temat Atlantydy? Być może wiedzieliby stąd, że właśnie Egipt to ta niezwykła i tajemnicza cywilizacja. Zaczęła się od tego, że pojawili się tam właśnie uchodźcy z tego zatopionego kontynentu.
Bo samo powstanie Egiptu, samo powstanie tych wysoko rozwiniętych starożytnych cywilizacji, których korzenie giną gdzieś w prehistorii, które pojawiają się nagle, są odpalane jak samochód przez kluczyk, są przekręcone i nagle mają wszystko. Nagle ludzie, którzy najpierw sobie ganiali za antylopami, żyli w jaskiniach, byli prymitywni, nie za bardzo znali rolnictwo, nieoczekiwanie budują piramidy. Jest to coś absolutnie niezwykłego. Mamy z tym olbrzymi kłopot. Widzimy i rozmawiamy o tych piramidach bardzo często i w zasadzie są wśród nas i dlatego wiemy, że są niezwykłe. Ale jeśli popatrzeć na to z tej perspektywy, jak to się stało, że znienacka, nie wiadomo, wręcz wprost z piasku pustyni wyskakują tego typu budowle, których znaczenia do dziś nie do końca rozumiemy. Ale być może rozumienie ich jest możliwe, kiedy popatrzymy na to właśnie z perspektywy Atlantydy. I w historii mamy kilka podjętych prób takiego zrozumienia.Myślę, że te historie trafiły na niezbyt dobre czasy. Dlatego, że mowa tutaj o Towarzystwie Teozoficznym Heleny Blawatsky, mowa tutaj o Edgarze Cayce, o książce O'Donnella, który opisywał Atlantydę. I wszystko to było uwikłane w takiej ezoteryce, że zostało to wszystko bardzo szybko w jakiś sposób ośmieszone.
I dziś są to zakątki wiedzy, które rzadko są przez kogokolwiek odwiedzane i są uważane najczęściej za jakiś rodzaj fantasmagorii ludzi, którzy sami nie byli zbyt stabilni umysłowo i opowiadali jakieś dziwaczne historie. Tymczasem można spróbować jeszcze jednego podejścia właśnie przez to, o czym oni pisali i połączyć to na przykład z innymi opowieściami. Mam tu na myśli Edgara Cayce'a. Edgar Cayce, jak wiadomo, był tym tak zwanym śpiącym prorokiem. Był człowiekiem, który sięgał w przyszłość, przeszłość bardzo głęboko w swoich wizjach i opisywał istnienie takiego miejsca jak Atlantyda. I co ciekawe, zauważył on i opowiedział o jednym szczególnie ważnym elemencie, którym był tak zwany ognisty kryształ. Ognisty kryształ miał być źródłem wszelkiej energii dla Atlantów. Miał być napędem dla tej całej cywilizacji, ale także miał być rodzajem broni, która była nie do zatrzymania przez wszystkich tych, którzy z Atlantami wojowali. A wiemy od Platona, że Atlanci byli narodem bardzo wojowniczym. I jeżeli weźmiemy to wszystko w jedną całość, kiedy pomyślimy o Antarktydzie i Atlantydzie, teraz używam tego wręcz zamiennie, bo coraz bardziej czuję się przekonany, że być może jest w tym głęboki sens, to nieoczekiwanie dochodzimy do wniosku, że ta wyprawa niemiecka, od której zacząłem dzisiejszą opowieść, miała niezwykle konkretny cel.
Dlatego, że tutaj znów wrócimy do tej takiej lekko ezoterycznej otoczki, na bazie której powstawał nazizm, cały ten ruch, który wyniósł do władzy Hitlera i jak wiemy, została tam powołana do życia organizacja, która nazywała się Ahnenerbe Dienst i była to organizacja, która grupowała w sobie ludzi. Byli to w większości badacze najstarszych, a bardzo często ludzie, którzy badali kultury prehistoryczne, szukali artefaktów. Wysyłane były ekspedycje SS. Było to wszystko pod auspicjami SS. Wysyłane były do Egiptu, skąd jest ten film o Bradzie Picie. W jaki sposób to mniej więcej wyglądało? Oglądamy dziś filmy, które są komiksami, jak filmy o Indianie Jonesie, który ciągle gdzieś spotyka tych nazistów poszukujących uporczywie najrozmaitszych artefaktów, które chcą przerobić na broń, chcą wykorzystać ich potęgę do tego, aby móc taki rodzaj broni stworzyć. I w momencie, kiedy mamy największy ze wszystkich mitów, mit Atlantydy i historię o tym, że Atlantyda posiadała gigantyczny kryształ, który stwarzał promień przebijający i pokonujący wszystko, promień, który być może był w stanie strącić z przestrzeni kosmicznej planetę, to na pewno wzbudziło to u Niemców gigantyczne zainteresowanie. I dziwne by było, że poszukiwali po świecie najrozmaitszych tych legend. Byli, tak jak mówiłem, w Tybecie, byli pod piramidami, szukali Katarów i albigensów i tego, co ewentualnie oni ukrywali u siebie na południu Francji, tych innych technologii.
Także byli wszędzie i byli mocno tym zainteresowani. I nie ma chyba w tym nic dziwnego, że mit Atlantydy był dla nich właściwie mitem pierwszorzędnym. I z tego względu wszystko zaczyna składać się w jedną całość. Ekspedycja niemiecka była niczym innym jak ekspedycją, która poszukiwała mitycznej Atlantydy. I być może znaleziono coś. Coś na tyle niezwykłego, że zaniepokoiło to Amerykanów i sprawiło, że nagle Antarktyda stała się najbardziej tajemniczym kontynentem na świecie. Zawsze była w jakiś sposób tajemnicza, ale była otwarta. Dziś na Atlantydę nie można ot tak sobie pojechać na wycieczkę. Można to zrobić jedynie w sposób zorganizowany. Nie ma tam co prawda wyznaczonych granic, ale są silne strefy wpływu.
Jest to jedyne dziś miejsce na świecie, gdzie można ukryć coś. Można ukryć olbrzymią instalację, którą nikt nie będzie w stanie podglądać. O ile na przykład, jeżeli ustawimy tajne laboratorium gdzieś w Radawie czy gdzieś w jakimś innym miejscu, czy w Strefie 51, satelity strony przeciwnej ewentualnie mogą mieć to na oku przez 24 godziny na dobę ze względu na ich lot. Natomiast żeby obserwować coś w takim tempie na Antarktydzie, trzeba mieć zespół satelit, które będą poruszać się biegunowo i będą w stanie dokonać takiej obserwacji. I z tego, co wiem, dziś nikt nie ma takiego systemu satelit, które byłyby w stanie tego dokonać. Są satelity, które poruszają się biegunowo, natomiast cały ten kontynent nie jest przez cały czas pokryty właśnie tą siatką, tą obserwacją z tych satelit, w związku z czym są bardzo długie ilości czasu, ażeby móc dokonywać czegoś, a nawet wystrzeliwać stamtąd jak z kosmodromu, jak z wyrzutni, o której wspominał Buzz Aldrin, coś w przestrzeń kosmiczną i świat nie będzie miał o tym pojęcia. Gdziekolwiek indziej, czy z Bajkonuru, czy z Kalifornii. Jeżeli wystartuje jakaś rakieta, wszyscy o tym wiedzą.Obserwują to i spekulują. Z Antarktydy można robić to codziennie i nikt o tym nie będzie wiedział. Dlatego jest to tak niezwykły i niesamowity kontynent, i niezwykle tajemnicze miejsce, które nagle, nieoczekiwanie ściśle łączy się z mitem Atlantydy.
Atlantydy, która być może jest o wiele bliższa naszej kulturze, niż nam się wydaje. Nie jest to tylko wymyślona opowieść Platona. Tutaj wchodzimy w sferę, gdzie dochodzimy do sposobu analizowania najrozmaitszych mitów. Myślę, że niemieccy historycy, niemieccy archeolodzy wpadli na ten pomysł już dawno, że wszystkie mity, z którymi mamy do czynienia, mają wiele poziomów. Tak samo jak Biblię możemy odczytywać dosłownie, możemy odczytywać ezoterycznie. Możemy odnaleźć tam też fragmenty najrozmaitszej wiedzy. Wszystko zależy od tego, jaki sposób czytania przyjmiemy, jakiej wiedzy będziemy szukać i jaki klucz użyjemy do tego, ażeby ten szyfr odcyfrować. W przypadku opisu Atlantydy przez Platona, niemieccy fizycy, którzy pracowali między innymi nad teorią kwantową fizyki kwantowej, odkryli nagle, że jego opis, opis, jak wyglądała Atlantyda, jest niczym innym jak opisem fali stojącej protonu. Co samo w sobie jest niezwykłe. Fala stojąca to jest jeden krok od tego, żeby dotrzeć do energii punktu zerowego, czyli dotrzeć do energii o niezwykłej sile, energii praktycznie niezniszczalnej, dającej możliwość poruszania się właściwie wszędzie we wszechświecie.
Oczywiście energii, która ma olbrzymie zastosowanie militarne. Kiedy nadal myślimy na przykład o tym mitycznym krysztale, który posiadali Atlanci i myślimy o nim w sferze wyłącznie mitu, w sferze tylko wymyślonej historii sprzedanej nam przez Casey'ego, to zupełnie niedawno opisano doświadczenie fizyczne, w którym użyto diament i zrobiono eksperyment z laserem. Kilka wiązek laseru wysłanych w stronę diamentu spowodowało, że gdzieś w tym diamencie, który jest kryształem, nastąpiło połączenie tych strumieni laserowych i efektem tego był jeden potężny strumień lasera. Na dodatek diament, jego konstrukcja, jego kryształ sprawiał, że rozwiązany został problem tworzenia się wysokiej temperatury. System budowy tego kryształu pozwalał na to, że ciepło jest w jakiś sposób odprowadzane i można przekazywać wiązkę energii w sposób niezakłócony. Na końcu tego artykułu: tego typu odkrycie może mieć także znaczenie militarne. Oczywiście, że może mieć znaczenie. Nic innego jak opis mikroskali tego, w jaki sposób ewentualnie działał ten rzekomo wymyślony kryształ Atlantów. Kiedy popatrzymy na piramidy, czym one tak naprawdę są? Przecież to są modele kryształu.
Nawet ich ściany są lekko wklęśnięte w taki sam sposób, w jakim jest zbudowany kryształ kwarcu. Także ktoś kiedyś, bardzo dawno temu, dziś ciągle nie wiemy kto, szukamy, kto to zrobił, kto miał taką wiedzę, zbudował gdzieś w Gizie olbrzymie modele kryształu. Nie zbudował tego dla własnej przyjemności, tylko miało to określony cel. Dlatego jestem zwolennikiem tej opinii i tej teorii, która mówi o tym, że piramidy były maszynami, do czegoś one służyły i być może były to maszyny wojenne. Być może służyły, były jakąś częścią wojny kosmicznej. W tym sensie pojawia się nagle wojna kosmiczna, o której wspominałem wiele lat temu na Atlantydzie. Pisałem całą serię artykułów na ten temat. Była ona intrygująca, a jednocześnie nie jest łatwo ją zaakceptować, dlatego, że mówi ona o tym, że nie tylko nie jesteśmy sami w przestrzeni kosmicznej, ale historia przestrzeni kosmicznej jest bogata. Najrozmaitsze konflikty, gdzie różne rasy kosmiczne prowadzą ze sobą różne wojny, używają wyrafinowanej technologii, używają zabójczych broni, które potrafią nawet zniszczyć całe planety. W tym kontekście, kiedy jeszcze raz dokonamy ewaluacji tych wszystkich najstarszych mitów, a zwłaszcza tych, które są zapisane na sumeryjskich glinianych tabliczkach i przeanalizujemy, tu wracamy powoli znów do wątku Annunaków, jakim zakończyłem poprzednią audycję.
Jeżeli przeanalizujemy to raz jeszcze, okaże się, że być może u źródeł wszystkiego stoi właśnie ta gigantyczna kosmiczna wojna, która gdzieś się odbywała. Na dodatek dziś mamy szereg dowodów, które to potwierdzają. Zanim do tego dojdę, jeżeli istniałby taki rodzaj broni jak ten ognisty kryształ, o którym mówiłem. Oczywiście wśród Niemców, wśród nazistów jest to coś, co absolutnie ich pochłania. Oni oczywiście chcą bardzo coś takiego mieć i posiadać. Jeżeli szukali czegoś i wiedzieli konkretnie, gdzie tego szukać na Antarktydzie, bo wszystko wskazuje na to, że miejsce, które sobie wybrali, nie było miejscem przypadkowym. Oni wiedzieli dokładnieDokąd płynął i dokładnie gdzie i jak tego szukać. Oznacza to, że nie tylko mieli do dyspozycji opowieść Platona, że mieli jeszcze jakieś inne źródła. Źródła, których my dzisiaj nie znamy. Ale te konkretne informacje skądś musiały zostać wydobyte.
Moim podejrzeniem jest to, że to niemieckie zainteresowanie sumeryjską kulturą, które trwa do dziś, zainteresowanie kulturą tamtego rejonu nie jest absolutnie przypadkowe, że ludzie ci od kilkudziesięciu lat, a może już nawet ponad 100 lat szukają, kolekcjonują i tłumaczą te tabliczki. Wynika z nich nie tylko inny obraz historii świata i wszechświata, ale wynikają z tego także informacje technologiczne o technologiach, które nie śniły się nawet filozofom. Spójrzmy na jedną z nich, którym jest epos Ninurty, najnudniejszy ze wszystkich eposów sumeryjskich, jakie kiedykolwiek do tej pory znaleziono i przetłumaczono. Dlatego najnudniejszy, że epos Ninurty jest listą najrozmaitszych broni, z których jedna jest straszniejsza od drugiej. Są opisane tam rodzaje broni, których nie można zniszczyć żadną inną bronią. Można je co najwyżej ukryć i na przykład można to ukryć gdzie? Dlaczego nie na Antarktydzie? I dlaczego tacy podjarani tą całą informacją naziści nie mieliby jej tam szukać? Kim był Ninurta? Ninurta był synem Enlila, brata Enkiego.
Także nieoczekiwanie znów zaplątujemy się w historię Annunaków, którzy nieustannie pojawiają się gdzieś u naszego zarania, u naszego powstania i opowiadają nam to, co się wydarzyło i w kosmosie i na Ziemi. Wiele rzeczy w jakiś sposób nieoczekiwanie współgra ze sobą. Bo jeżeli Annunaki opisują swoją wojnę kosmiczną i my nagle porównamy to do badań, które do tej pory przeprowadzono na Marsie, okazuje się, że rzeczywiście do jakiejś wojny kosmicznej musiało dojść. Bo skoro okazało się, że na przykład na Marsie znaleziono olbrzymie ilości izotopu ksenonu 129, to dziś wiemy, że taki izotop pojawia się tylko w jednej sytuacji. W sytuacji, kiedy eksploduje bomba nuklearna.
[57:33] - Ten temat będziemy już chyba kontynuować w następnym odcinku „Paralaksy” już za tydzień. Przepraszam, że tak wszedłem, ale właśnie kończy nam się czas antonowy. Także, Krisie, będzie jeszcze dużo do opowiadania. Ja proponuję, żeby temat Antarktydy, bachnąłem chyba, Atlantydę powiedziałem, żeby temat Antarktydy kontynuować w kolejnej „Paralaksie”. Szczególnie że pojawiła się w trakcie audycji cała masa pytań, szczególnie od jednego słuchacza, odnoszących się właśnie do Antarktydy. Także dzisiejszą „Paralaksę” już niestety musimy powolutku kończyć. Już za chwilę na antenie Radia Paranormalium kolejna debata niekontrolowana, a naszym gospodarzem jak zawsze był dzisiaj nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy Chris Miekina, autor audycji „Paralaksa” oraz serwisu Nowa Atlantyda. Dzięki jeszcze raz, Krisie.
[58:32] - Ja również dziękuję i mam nadzieję na wyrozumiałość i cierpliwość w tym, co opowiadam, dlatego że mnie samego tak ekscytuje ta układanka, te puzzle, które nagle zaczynają się łączyć w rozmaity sposób ze sobą, tworząc jedną spójną, olbrzymią historię, na którą rzeczywiście godzina nie wystarczy. Cieszę się, że będziemy kontynuować temat Antarktydy za tydzień. Temat ciągle jest pełen różnych ciekawych informacji. Dziękuję bardzo.
[59:01] - Dzięki Krisie. To była „Paralaksa”, rozmowy na Atlantydzie oczywiście o Antarktydzie. Zapraszamy oczywiście już za tydzień na kolejny odcinek z Chrisem Miekina. Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia.
[59:23] - Archiwum Radia Paranormalium. Pełne archiwum audycji najbardziej paranormalnego radia w polskim internecie. Dziesiątki gigabajtów wciągających paranormalnych mp3 czekają na ciebie. Słuchaj zawsze i wszędzie o każdej porze dnia i nocy. Dziel się nagraniami ze swoimi znajomymi i pokaż im prawdę, o której boją się nawet pomyśleć. Archiwum audycji Radia Paranormalium www.paranormalium.pl. Koniecznie również sprawdź naszą oficjalną aplikację na Androida i Windows Phone.