[00:00] - To think for yourself and question authority. Oficjalnie zaczęła się kolejna hiperprzestrzeń w Radiu Na Fali. Ja tu ustalam mikrofon. Tak znienacka wbiegłem na scenę jak James Brown. Powinien tu być koleś przede mną, który mówi: „Ladies and gentlemen”. No właśnie. Cześć, na imię Antonek. Witam cię serdecznie w tym jakże wiekopomnym momencie twojego życia, gdzie ja tu się ustawiam jeszcze na mikrofonach przez parę chwil, żebyś mnie dobrze słyszał. Mam nadzieję, że mnie dobrze słyszysz. Jeszcze tutaj.
Przepraszam bardzo, to takie moje zabawy troszkę z potencjometrem. Już teraz jest okej, powinno być wszystko idealnie. Słuchaj, przepraszam za trzaski i zamieszanie. Wiesz jak to jest, amatorska stacja radio. Otóż to. Dobra, to witam serdecznie w tej hiperprzestrzeni. Las w tle przy ognisku. Słuchaj, sobotni wieczór. Co ja ci mogę powiedzieć? Oczywiście, mogę cię pozdrowić, droga mecenasko i drogi mecenasie.
Wielkie dzięki za wspieranie radyjka. Jest oczywiście strona radionafali.com. Troszeczkę taka przykurzyła się. Tak bym to określił elegancko. Ale pewnego dnia się odkurzy. Tak czy siak, człowieku, jest strona radionafali.com. Wszystko żyje, wszystko działa. My się wakacjujemy tutaj troszeczkę i książę Edward. Książę Edward ma przede wszystkim pszczoły, a ja też zacząłem ostatnio brać korepetycje u księcia Edwarda z tematyki pszczelarskich historii. Nie to, że mule zakładał, ale mamy pewne wspólne biznesy związane z pszczelarskim światem.
Co powiedzieć? Pozdrawiam w ogóle książę. Pozdrawiam ciebie słuchaczu online. Pozdrawiam cię słuchaczu offline. Pozdrawiam ciebie tam obecna na czacie. Co dzisiaj w hiperprzestrzeni? Dzisiaj się poobijam trochę. Mam tutaj takie przygotowane historie. Zawsze mówię, że mam przygotowane historie i nigdy ich nie wyciągam. To są moje tajne asy w rękawie.
No właśnie, reklamuję sam swoją własną przyszłość tym, że pewnego dnia wyciągnę te asy z rękawa. Nie no, ale spokojnie, opowiem. Na razie dzisiaj sobie poodpoczywam przede wszystkim, bo jestem po tygodniu spraw wonków, kilka rzeczy pozałatwiane. Wiesz jak to w życiu po tygodniu, przy sobocie, po robocie, w środku lasu ognisko płonie w lesie, dźwięk się rozchodzi. Zizu zizu zada. I tak jakoś leci. Ale ja dzisiaj będę kontynuował troszkę te moje piramidalne wątki. Może nie tyle kontynuował, ile wrzucę taki konspek troszeczkę. Konspekt. Co ja w ogóle opowiadam?
Coś opowiadam. Na pewno coś opowiadam. Zawsze coś opowiadam. W każdym razie wrzucę ten wątek. Ten wątek, a ten wątek dzisiaj w ogóle taki bajkowy. Bo ja ostatnio znowu przez przypadek wróciłem. Nie ma przypadków oczywiście. Wcale żaden przypadek. Wspomnienie młodości, kraina dzieciństwa do bajek. Do jednej bajki właściwie, do pewnej czeskiej bajki.
Otóż to. Już chyba jest wszystko słychać. Mam nadzieję. Przepraszam bardzo, tak monitoruję, czy wszystko jest okej, czy wszystko słychać. Tam widzę, że na czacie wszystko jest okej. Jeżeli coś jest nie tak, to proszę dać mi znak. Ale to akurat w tym momencie na pewno słyszysz, że coś jest nie tak i że masz dać mi znak. Anyway, mniejsza o te bajki i tak dalej. Chodzi po prostu o takie zabawne komedie, filmy z dzieciństwa. Trochę sobie tutaj powspominałem ze znajomkiem.
Szczególnie takie czeskie historie. Między innymi ja sobie wspomniałem, nie to, żebym oglądał akurat, ale przypomniał mi się taki film „Adela nie jadła jeszcze kolacji”. Komedia czeska, kostiumowa. Jest taka doskonała komedia. Doskonała jak doskonała. Nie wiem, możesz sobie zobaczyć sam, sprawdź, czy doskonała. W każdym razie jest kolejna taka komedia, która na przykład mówi o podróżowaniu w czasie. Nazywa się „Herbata, którą oparzyłem się w jutro” czy jakoś tak. Kilka takich zabawnych rzeczy, kilka seriali dla dzieciaków takich jak „Adam 84”. Generalnie mniejsza o to.
Cała zabawna kinematografia z czasów dzieciństwa. Puenta jest prosta. Wszystkie te bajkowe historie, łącznie z „Pierścieniem Arabeli”, wszelkie te historie, w których rzeczywistość ulega takiemu zagięciu, że z kapelusza wyciągasz nie tylko królika, ale cokolwiek sobie zechcesz. Właściwie nie musisz mieć kapelusza, żeby cokolwiek wyciągnąć. Właściwie to wszystko jest magią dookoła. Taki magiczny świat, bo taka jest właściwie puenta tego oglądania. Właściwie może nie tyle oglądania, ile wspominania zwyczajnie tych dziecięcych opowieści gdzieś tam oglądanych na ekranach szklanych telewizorów. I czy rzeczywistość nie jest taka troszkę bajkowa? Mi się tak wydaje, że jest. I tak nawracając do tych piramidalnych czasów chcę wrzucić właśnie ten wątek bajkowy, bo oczywiście, o ile dzisiaj na przykład mi mógł się ten wątek skojarzyć z jakąś bajką.
Wiesz, bajkowa historia. Ktoś przekręca pierścionek, a tam pojawiają się nie wiadomo jakie rzeczy. Czary-mary. Ktoś machnął ręką, a tu się coś innego wydarzyło. Ale te wszystkie historie są bardzo zbliżone, bardzo podobne właściwie, jeżeli nie tym samym co opowieści o szamanach gdzieś tam w Amazonii, o szamanach gdzieś tam na Syberii, o historiach z Afryki, Australii, od Aborygenów, od słynnych good fellas, czyli lokalnych szamanów, lokalnych ludzi wiedzących z Indonezji. Masa takich rzeczy się dzieje w Azji. My o tym zwyczajnie nie wiemy, bo w Azji jest takim... Może otworzę mapę po prostu zdecydowanie. Azja. Jest takie miejsce jak Indonezja i do Chiny.
Taki będę, obrazek sobie otworzę, mapę sobie wyświetlę przed oczyma, żeby tak konkretnie powiedzieć. Nie wiem, czy mi się uda wyświetlić dużą mapę Proszę bardzo, nawet mam mapę świata. Teraz sobie nawet rzucam tą mapę, bo jest kilka takich ciekawych miejsc, szczególnie w Azji, gdzie coś, co wydaje się dla nas bajkowe, to są te wyspy pomiędzy Australią a Japonią, a Chinami. Otóż to. I tam się dzieje tyle zabawnych rzeczy. W sensie magicznych z naszej perspektywy, że to się w głowie nie mieści. Słynna historia, chyba znana każdemu. Jeżeli nie znasz, to koniecznie wpadnij na YouTube'a i obejrzyj. To jest kawałek dokumentu zrobionego przez niemiecką telewizję RDF, zdaje się, ale trzeba sprawdzić. Ja w tym momencie nie będę wchodził, nie będę klikał, nie będę tego szukał.
Wiesz, o co chodzi. Wrócisz sobie do domu z tej wyprawy, zdejmiesz słuchawki. Jak będziesz pamiętać, to sobie sprawdzisz w internecie albo sobie teraz odsłuchując offline, albo teraz słuchając online. Wklep jedną rzecz, poszukaj, może znajdziesz. Jest takie wideo, autentyczny reportaż, jak to reporterzy pewnego dnia dowiedzieli się, że gdzieś tam w Malezji, Indochinach jest niesamowity dżentelmen, który robi niesamowite rzeczy. Leczy ludzi przede wszystkim robi fantomowe operacje. Słynne historie z Filipin, fantomowe operacje. Fantomowe, takie bezkrwawe. W sensie ktoś wkłada komuś ręce do środka, wyciąga i nie ma nawet śladu po tym. Jest masa opowieści o oszustwach, o tym, że ktoś otruł kogoś, że miał w ręku jakiś zbiorniczek z płynem, który się zabarwiał odpowiednio i tak dalej.
Różne takie opowieści. Oczywiście jak zwykle jest masa kontrowersji. Właśnie o tym wspomniałem. To jest ta kontrowersja, że to jest kłamstwem i na pewno są cwaniaki, które próbują ściemniać i robić to na zasadzie takiego kłamstwa. Ale oprócz tego ponoć, ja tego nigdy nie widziałem na własne oczy, dlatego mówię właśnie ponoć, są ludzie, którzy potrafią robić takie operacje, że wkładają ci rękę, palce, wyciągają coś ze środka, to się samo zrasta. To trwa 15 minut czy jakoś tak. W ogóle wszyscy są w niezłym transie dookoła. Niemieccy dziennikarze trafili na ślad takiego dżentelmena, który robi między innymi takie rzeczy i ponoć jeszcze zabawniejsze. I postanowili się skonfrontować z tym w praktyce, sprawdzić, czy to nie jest jakaś ściema, żeby to nie było tak jak z sejobabo. Zaraz powiem, jak było z sejobabo.
To jest zabawna historia. Nie wiem, czy kiedyś opowiadałem. Pojechali do tego kraju, odnaleźli tego dżentelmena i faktycznie okazało się, że jest to, można powiedzieć, lokalny uzdrowiciel, człowiek, który leczy lokalnych mieszkańców ze wszystkiego. Taki sąsiad. Wyobraź sobie, że masz takiego sąsiada, do którego cokolwiek się nie stanie, wszyscy walą i on robi jakąś magiczną sztuczkę, pomacha rękami, dotknie cię, coś tam przesunie, każe ci zjeść to, zjeść tamto i zawsze wracasz do zdrowia. W życiu nie byłeś w szpitalu i cała twoja wioska, w której mieszkasz. Mieszkańcy tej wioski. Testowali tego dżentelmena na różne przypadki. Za każdym razem okazywało się, że wszystko jest okej. Dżentelmen naprawdę robi te wszystkie niesamowite rzeczy plus więcej.
I to więcej. Okazało się, że może kontrolować rzeczywistość w sposób wręcz bajkowy. Reporterzy nakręcili taką scenę. Poprosili go, żeby zaprezentował swoje umiejętności. On za bardzo nie chciał, ale oni go przekonali, żeby jednak to zrobił. Oni się pytali, co to jest. On mówi, że to jest bardzo stara szkoła, że jest przekazywana z pokolenia na pokolenie z wybranego dżentelmena na wybranego dżentelmena, który ma po prostu predyspozycje naturalne, żeby wykonywać tą robotę, żeby nie musieć się później sam ze sobą kłócić, spierać, czy naprawdę to, co robię w życiu, jest tym, co powinienem robić i tak dalej. Także wybiera się zawczasu ludzi, którzy nie mają problemu z tym miejscem, w którym znajduje się ich własna głowa, kiedy podejmują jakiekolwiek decyzje na temat swojego własnego życia i tego, że będą pomagali innym ludziom. I ten dżentelmen gdzieś tam w owej szalonej Malezji czy Indonezji. Malezja, Indonezja.
Tego typu miejsca. Przepraszam, że nie pamiętam, że taki jestem roztrzepany, ale wiesz, jest sobotni wieczór w sobocie przy robocie. Sobie damy spokój z takimi drobiazgami. Nie bądźmy pedantami na dodatek nadmiernymi. Wracając do historii. Dżentelmen powiedział, że pokaże im taką troszkę większą, bardziej zaawansowaną sztuczkę. Oni: „Wow, czy mogą to nakręcić?”. On, troszkę go utyskując, się zgodził, że mogą to nakręcić kamerą. Wziął gazetę. Poprosił o jakąkolwiek gazetę.
Podano mu gazetę, zakasał rękawy. Tam jest na wideo pokazane, że ma, zdaje się zawinięte rękawy. Nie ma tam żadnych magicznych sztuczek schowanych, rekwizytów, zapałek ani zapalniczek, nic z tych rzeczy. I pan machając rękami nad gazetą, rozpalił tą gazetę. I to wszystko nagrała kamera. Pan miał niezły ubaw, bo reporterzy po prostu zdębieli. Inaczej to wygląda, kiedy oglądamy to ty i ja gdzieś na ekranie monitora, a inaczej wygląda, kiedy dzieje się to na twoich oczach. To trochę inna bajka, bo dookoła świat w tym momencie się troszeczkę zmienia. Okazuje się, że cała ta historia pod tytułem człowiek nauczył się ciosać krzemienie, żeby ciosać ogień i walczył o ogień, troszeczkę wydaje się zabawna. Bardziej niż zabawna w sumie.
Wydaje się naprawdę mocno kretyńska w sumie. Jeżeli taki dżentelmen gdzieś w jakiejś odosobnionej miejscówce w dżungli, gdzieś w Indonezji, Malezji, Dżakarcie, gdziekolwiek tam jest, potrafi klasięciem dłoni rozpalić gazetę, to cała teoria naukowa, cywilizacyjna idzie się, że tak powiem, walić orzechem. I on to zrobił oczywiście, wszystko zostało nakręcone. Film pojawił się w Europie. Reportaż z tego. Szok dla naukowców. Oczywiście jak zwykle zaprzeczanie. To niemożliwe. To nie mogło się udać. Oczywiście wszystko było kontrolowane przez reporterów i faktycznie to nakręcili.
Jest jeszcze opowieść o innym filmie, gdzie z kolei komuś się udało nakręcić lewitującego dżentelmena, ale nie wiem, tylko słyszałem o tym filmie. To, co mi pokazywano, że to niby jest lewitujący dżentelmen, niestety nie było tym filmem, było jakąś podpuchą. Także nic na ten temat więcej nie wiem. Natomiast tutaj ten dżentelmen faktycznie przed kamerami, tak jak wspomniałem Rozpalił tę gazetę, machając rękami zwyczajnie dookoła niej, co było niesamowite. Następnie ją zgasił w taki sam sposób, zdaje się. Zresztą polecam obejrzeć ten film. Jak gdzieś znajdę linka, to może gdzieś wrzucę. Może ktoś z czatowiczów ma tego linka. W każdym razie okazało się później, że ten man miał z tego powodu bardzo poważne problemy, ponieważ pokazał coś, czego nie powinien był pokazywać normalnym ludziom, a już tym bardziej pozwalać to kręcić kamerą i puszczać w obieg, w cały świat. Bo ta telewizja oczywiście pokazała to w prime time jako taki niesamowity reportaż o człowieku, który robi cuda niesamowite gdzieś tam na końcu świata.
I się okazało, że ten man został wykluczony z tej społeczności. Nie wiem, czy do końca. Takie wieści do mnie doszły. Został może nie tyle wykluczony, ile zawieszony w swoich obowiązkach przez radę starszych. Tych ludzi, którzy posiadają te umiejętności i uczą każde kolejne pokolenie. To przechodzi z pokolenia na pokolenie. I zostało mu odebrane, nie wiem, jak to nazwać, prawo pokazywania się publicznie. Może dalej wykonywać, leczyć ludzi, ale nie może w ogóle robić dookoła siebie żadnego zamieszania. Absolutnie. Musi w ciszy, spokoju i z dala od ludzkich oczu i kamer wykonywać swoje obowiązki gdzieś na jakimś zadupiu, żeby nikt się nie dowiedział o tym, jak potężne umiejętności drzemią w człowieku.
I teraz spójrz na bajki. Te wszystkie bajki. Nie mówię koniecznie o bajce, gdzie nawalony rycerz postanowił zarżnąć smoka, który miał siedem głów. Nie wiem, co ci ludzie pili i z czym oni walczyli, ale są troszkę inne bajki. Są bajki mówiące o niesamowitych możliwościach. Rewelacyjne są bajki w ogóle z Rosji, ponieważ Rosja jako taki kraj, przynajmniej taka jest moja opinia indywidualna, nie musicie się z nią zgadzać, ale tak jakoś wyszło, że ten kraj dosyć słabo ucierpiał na skutek tak zwanej mcdonaldyzacji życia codziennego. Pomimo że ten McDonald gdzieś tam w Rosji na pewno jest, z tego, co słyszałem. Chociaż teraz już chyba, zdaje się, nie ma. Już go wygonili, ale Coca-Colę dalej można kupić. W każdym razie tamte wszystkie oryginalne legendy przetrwały, bo sowiecka rewolucja nie zrobiła aż takiego spustoszenia.
Tipiła się tam religii i z nią walczyła, czy jakoś tak. Tam były jakieś przepychanki. Natomiast jeżeli chodzi o takie ludowe, chłopskie bajki, to dosyć mocno to wspierała, promowała, ponieważ oczywiście chłop swój chłop, ale też z roli taki prawdziwy. Wiadomo, że nie żaden tam biały, nie żaden tam szlachcic, tylko prawdziwy chłop, co to na roli robi. A wiadomo, że ta kultura zachowała potężne ilości legend, bo jest to kawał wielkiego kraju, w którym obowiązuje jeden wielki rosyjski język i w tym wielkim kraju tym wielkim językiem wszystkie te rzeczy są spisywane. Nawet jeżeli istnieją tylko w lokalnych dialektach, to ktoś tam dotarł, zunifikował troszkę ten język. I to gdzieś tam wypłynęło. I tych bajek w Rosji jest co niemiara i one właściwie nie zaginęły. To jest taki fajny przypadek w historii, że taka spuścizna opowieści z morałem przetrwała i przetrwało ich dużo. Bo w Ameryce nie wiem, jak wygląda sprawa z bajkami.
Te bajki teraz zostały zastąpione przez produkcje telewizyjne. Zdaje się chyba tak na ekstremalną skalę. Ostatnio zdarzyło mi się gdzieś tam włączyć kilka razy jakieś nie wiem, czy podcasty, czy jakieś rozmowy, coś w tym stylu. Takie rozmowy w stylu podcastu gdzieś tam, gdzie dwóch, trzech ludzi rozmawia na jakiś konkretny temat. Akurat po polsku. Zdarzyło mi się też po angielsku kilka rzeczy. I jest taki ogólny trend. Nie jest to tylko i wyłącznie polski. Absolutnie. Jest taki ogólny international trend, żeby opierać się w swoich rozważaniach na hollywoodzkich filmach, na scenach z filmu sprzed 20 lat, z filmu sprzed 10 lat, na jakiejś roli, którą grał jakiś aktor.
I właściwie ciężko uznać tą rozmowę czy tego typu rozmowy za jakikolwiek konkret, za jakikolwiek research, jakikolwiek poszukiwania albo jakąś własną śmiałą tezę, bo właściwie wszyscy dyskutują scenariusz napisany przez grupę scenarzystów w Hollywood i to napisany w taki sposób, żeby firmy ubezpieczeniowe zaakceptowały produkcję tego filmu, że nie stracą albo że stracą mniej. Bo to jeszcze się poprawia scenariusz z agentem ubezpieczeniowym, który mówi: „Wiesz co, tego nie bierzemy, bo on się słabo sprzedaje i ja tu mogę mieć problem ze sponsorami i tego ci nie ubezpieczymy. Ale jeżeli zrobisz to w ten sposób i zmienisz scenariusz, będzie happy end, to obniżymy stawkę ubezpieczeniową za film. Rozumiesz pan?” I w tym momencie się troszkę zmienia ta historia. Wiadomo, że już ta bajka nie zostanie opowiedziana w całości. Wiadomo, że trzeba znaleźć finanse, bo wiadomo, że trzeba zminimalizować straty, zanim jakiekolwiek się pojawiły, bo nikt nie wie, czy film zrobi karierę. Także film musi zarobić, zanim zrobi karierę. Więc wszystkie te opowieści od samych początków Hollywood, dosłownie same początki Hollywood, lata 20., już właściwie były najeżone reklamami. Jeszcze w latach 20. może nie do końca, bo Hollywood było troszeczkę innym miejscem opanowanym przez Niemców w latach 20.
i 30., którzy zbiegli z Niemiec, z Republiki Weimarskiej, kiedy Hitler doszedł do władzy. Głównie, jak to się mówi, pojechani artyści, którym tylko szampan i aktoreczki w głowie oczywiście, albo coś w tym stylu. Ale z drugiej strony wylądowała tam masa bardzo zdolnych ludzi, szczególnie scenografów, operatorów, technicznych ludzi od produkcji filmowej, ponieważ Niemcy mieli jedne ponoć z najlepszych studiów filmowych, więc panowie bez problemu znaleźli robotę w Hollywood. I też za tym popłynęło troszeczkę scenarzystów i kilka opowieści. Było kilku ludzi nawet z arystokratycznymi tytułami, takimi jak baron. Jak on się nazywał? To był baronet. Baron niemiecki, który postanowił nakręcić największą epopeję hollywoodzką. Problem polegał na tym, że skręcony materiał zajmował aż sześć godzin, prawie sześć godzin i był bardzo poważny problem, żeby to skrócić, bo kto wytrzyma sześciogodzinny film? Szczególnie gdzie cztery godziny trwają sceny batalistyczne bitwy lotniczej odtworzonej z pierwszej wojny światowej czy jakoś tak.
Kręcone z samolotów i tak dalej. Także były wielkie walki, bo on nie chciał skracać. Mówił, że każdy człowiek musi obejrzeć jego epopeję. On może skrócić do czterech godzin, inaczej traci to sens Także takie rzeczy się działy. Było zabawniej, o wiele zabawniej niż w dzisiejszych czasach. Teraz jest to już wyłącznie biznes i dosyć kuriozalnie to wygląda, kiedy dyskutując jakiś temat z pogranicza, na dzisiejsze potrzeby troszkę bajkowego świata, powoływać się na film. Ja bym wolał powoływać się na bajki, takie klasyczne bajki. Jeżeli nie ma własnych, to poszperać gdzieś po sąsiadach. Może gdzieś tam jakieś bajki ocalały u sąsiadów i zobaczyć, czy przypadkiem nie jest tak, że to my mamy te magiczne właściwości. To kosmiczna historia, proszę pana.
Tak sobie zasaplenie. I w tym kosmosie te kosmiczne historie nabierają troszkę innego znaczenia. Nie ma za bardzo opcji takiej boskiej, bo religia to taki wynalazek, który się pojawił troszkę później, ale jest opowieść o nadprzyrodzonych mocach. Zresztą z tej opowieści skorzystało też Hollywood, tylko że w troszeczkę patologicznym stopniu. Ja tu jednak wolę zdecydowanie rosyjskie bajki od tej strony niż Hollywood. Tak z latami mi minęło. Nie to, żebym był jakimś rusofobem, ale tam jest zachowany jakiś taki pierwotny element rzeczywistej opowieści, że świat jest dobry, wszystko jest okej. Ten biedny, głupi Iwan, który na początku wydawał się głupi, na końcu ratuje królestwo albo coś w tym stylu. W każdym razie dobry chłopak, który ma dobre złote serce, na końcu wygrywa i wszystko jest okej. Takie pozytywne podejście, bo to jest związane z tymi niesamowitymi rzeczami z Azji, tym magicznym aspektem naszego życia.
Tam jest trochę inne podejście do tego. Nikt nie zastanawia się nad tym, czy jest to zgodne z prawami fizyki. Nie ma takiego pomysłu na rzeczywistość. Okej, prawa fizyki są, bo jest świat białego człowieka gdzieś tam w Europie, który sobie coś takiego wymyślił i coś tam robimy, produkujemy jego sprzęt hi-fi, jego technologię, ale mamy tu swoje własne życie. Jak urządzamy domek, to urządzamy to po swojemu, tak jak robiliśmy to tysiąc lat temu. I tam biały może nam skoczyć ze swoimi pomysłami. Co najwyżej weźmiemy to, co nam się podoba od niego i to wszystko. Dosyć autonomiczny naród, ten azjatycki naród. I bardzo dobrze. Mają swoją własną kulturę, swoje własne tradycje i tak dalej.
Bardzo dużo ciekawych rzeczy, bardzo zdrowych, pozytywnych. Takie troszkę bardziej zdrowsze podejście do życia, bardziej od tej emocjonalnej i takiej radosnej strony, że rzeczy powinny płynąć, że powinny się kleić, że nie chodzi o agresję. To nie jest taki dobry pomysł z tym skakaniem sobie do gardeł. W każdym razie z tej okazji tam jest troszeczkę inne podejście. Ludzie też inaczej się zapatrują na swoje własne możliwości i takie rzeczy są możliwe. W Europie też było coś takiego. Nie do końca, no przetrwało. W sumie przetrwało, tylko zamieniło się w coś zupełnie innego. Bo oczywiście nie chcę tutaj wzbudzać kompleksu tego, że mieszkam, przynajmniej ja mieszkam sobie w Anglii. W sumie szacując troszeczkę, niby mówiąc w Europie, słyszałem o jakimś rozłączeniu ostatnio, ale jest to kontynent europejski dalej, tylko że wyspa.
Anyway, mieszkając w tej części świata, mogłoby się wydawać, że czary-mary zniknęły i zaginęły, bo właściwie one zniknęły kompletnie z takiego publicznego forum. O tym się nie opowiada. Nie słyszałem zbyt wielu bajek na co dzień, żeby stanowiły taką kanwę do życia, że ktoś na przykład się opiera i mówi: „Ha, ha, ha. To jak w tej bajce o tym i o tym”. Jeszcze pamiętam z dzieciństwa, czasami dawno, dawno temu bajki były takim punktem zaczepienia troszeczkę podczas rozmowy, jak się z kimś rozmawiało. Znaczy bajki, takie historie, które każdy dobrze znał. Słynny jak Zabłocki na mydle i tak dalej. Słynne powiedzonka, które wynikały właśnie z tych bajek, z tych opowieści, których każdy się nasłuchał w dzieciństwie do oporu. I troszeczkę tego funkcjonowało w języku. Tu już powoli to znika.
Tu już właściwie zostało to kompletnie przejęte przez popkulturę, filmy hollywoodzkie i tak dalej. Zresztą w Polsce i w każdym kraju częściowo zawsze jest przejmowane przez taką bieżącą kulturę. Teksty z ostatniego modnego filmu, które zawsze krążą gdzieś tam po świecie. Dosyć naturalna historia. Ale wracając do tych bajkowych rzeczy, o ile w Niemczech przetrwało jeszcze troszeczkę bajek, tam też jest trochę takich czarodziejskich bajek o niesamowitych zdolnościach, umiejętnościach ludzi. We Francji niewiele spotkałem z tego tematu, także ciężko mi cokolwiek powiedzieć. W Czechach jest sporo takich bajek. W Polsce jest parę, jest trochę, a w Rosji to jest taka potęga, bo oni właściwie zbierali, kradli chyba zewsząd. Trochę jak Imperium Rzymskie. Tylko że Imperium Rzymskie kradło pieniądze, bo sobie wymyśliło, że świat polega na pieniądzach, a Rosjanie chyba zaadaptowali, pościągali wszelkie możliwe bajki z tych wszystkich takich dalekich miejsc, łącznie z Azją.
Przecież to jest potężny kraj. Tam jest masa ludzi z różnymi tradycjami, począwszy z Mongolii, a skończywszy gdzieś tam na moskiewskich i białoruskich, ukraińskich historiach. Także jest dosyć duży przekrój tych opowieści. W każdym razie, o ile tam jeszcze w bajkach, to ja sobie myślę, że jak na ironię to jest taki bardzo ważny element rzeczywistości. To nie jest tylko bajka. To jest coś, co przetrwało do dzisiaj, tylko że w troszeczkę innym wymiarze. W naszym wymiarze może nie do końca na takich zasadach, że jest to używane, praktykowane. Jest gdzieś tam schowane pod dywanem, ale jak coś się dzieje, coś jest potrzebne, to jest kilku kolesi, którzy wyskakują, poklaskają trochę w ręce i zapali się gazeta, bo mają takie umiejętności. Także nikt się za bardzo tym nie martwi. Nikt nie zastanawia się nad takimi rzeczami, czy coś takiego istnieje.
Natomiast w naszej kulturze jest trochę coś innego. My się ciągle zastanawiamy, czy możliwe jest przekroczyć tą niewidzialną granicę, czy jest coś więcej niż tylko to, co mamy dookoła w portfelach. Jest, oczywiście jest. W naszym przypadku szczęśliwie nie jest tak źle, bo w tym tak zwanym cywilizowanym świecie sprawy poszły troszkę innym tokiem. Pojawiła się nauka, pojawiły się całe te zamieszanie uniwersyteckie i nawet pomimo tego, że to było mocno sponsorowane, żeby człowiek się zbyt wiele nie dowiedział na swój własny temat, to nawet tam wyszło kilka ciekawych rzeczy. Jedna z tych bardzo ciekawych rzeczy wyszła bardzo mocno i jak się okazuje, prawdopodobnie jest to bramka do innego wymiaru. Dosłownie w takim czarodziejskim znaczeniu Jeżeli ktoś oglądał czeską bajkę „Pierścień Arabelli”, to jest dokładnie coś w tym stylu, że zakładasz pierścionek, przekręcasz. Make your wish, mówiąc z angielskiego, czyli wypowiedz swoje życzenie. I to się dokładnie dzieje. Jest coś takiego, jest taka możliwość i to wcale nie jest żart.
Jest to jak najbardziej fizyka, fizyka nuklearna. Bajki się troszkę zamieniły w fizykę nuklearną w dzisiejszych czasach. Poważnie. Wracamy do naszej magii. Ale nie tej do zupy, tej, która zmienia smak zupy, tylko tej czarodziejskiej magii, czarów-marów, które były w bajkach i z bajek troszkę zniknęły w Europie. Nie wiem, czy to nie jest jakiś spisek. Spiski i tego typu historie, że ktoś specjalnie usunął te bajki tylko po to, żeby alchemicy mieli łatwiejszą robotę. Bo dokładnie główna część bajek z Europy, która ocalała z ostatnich 500 lat, takich opowieści, które były opowiadane. Nie będę opowiadał tych opowieści, ale możesz sobie ich poszukać na internecie. Jest o alchemikach, o ludziach, którzy siedzieli, robili, wymyślali i coś na końcu transmutowali.
I były z tego różne perypetie. W każdym razie takimi zjawiskami magicznymi zajmowała się nie tylko cała brać alchemiczna, ale kiedy powstała prawdziwa nauka, zajęli się tym naukowcy. Właściwie co tu dużo mówić, pierwsi naukowcy to byli alchemicy i pierwsze problemy naukowe, które próbowano rozwiązać, były to problemy właściwie natury alchemicznej. Zawsze chodziło o to samo — transmutację. Tutaj powołam się na naszą rodzimą rodaczkę Marie Curie-Skłodowską. Czym się zajmowała Marie Curie-Skłodowska? Mówi się dużo na temat odkryć małżeństwa Curie-Skłodowskiej. Zawsze zapomina się dodać jednej rzeczy, że Marie Curie pracowała nad jedną sprawą — nad transmutacją, ponieważ wierzyła w to, że jest to możliwe. Nie przeczytasz tego oficjalnie. Musisz złożyć specjalny wniosek, założyć specjalne rękawiczki i wejść ze specjalnym dżentelmenem do specjalnego pomieszczenia, gdzie są przechowywane manuskrypty owej damy, ponieważ są mocno radioaktywne i jest obawa, że się troszkę napromieniujesz, że tak powiem, czytał w oryginale, dotykał tych materiałów.
Także trzeba specjalne środki ostrożności przedsięwziąć, zanim się weźmie do ręki. Jest tam kilka ciekawych zapisków. Zresztą co tu dużo mówić, Maria Curie była gwiazdą swojego salonu i nie tylko swojego salonu, wielu salonów w Paryżu. Nie wiem, czy o tym nie wspominałem. Gubię się troszkę, opowiadam te historie w radiu. Czasami zapomnę, czy coś mówiłem, czy nie. Ale wracając do Marie Curie. Marie Curie lubiła badać wszystkie te tajemnicze rzeczy, ponieważ ponoć wtedy w Europie było więcej takich dżentelmenów, którzy potrafili robić takie rzeczy jak ci dżentelmeni, którzy teraz pojawili się w Azji i pokazali te dziwne sztuczki związane z odpalaniem gazety za pomocą rąk. Wiesz, o czym mówię. I z tej okazji, że badała takie rzeczy, co dużo mówić, stała się częścią nauki.
Właściwie był to taki pomysł Marii Curie, że kiedy odkryje to tajemnicze promieniowanie, które powoduje, że niektórzy z ludzi, których poznała w swoim życiu, lewitują, unoszą się nad ziemią, to ona też będzie mogła lewitować, unieść cokolwiek będzie chciała unieść i że są niewidoczne moce, które naświetlają klisze fotograficzne i tak dalej. Moce eteru, moce promieniowania eteru i tak dalej. Oczywiście w naszych czasach jest to opowiadane jako taka ścisło-naukowa, matematyczna wiedza oparta o wzory. W rzeczywistości nie było za bardzo żadnych wzorów. Były wzory, ale bardziej kwestia dotkryny. Czego szukamy? Szukamy bajki. Szukamy momentu transmutacji. Szukamy momentu latania na latającym dywanie albo bez dywanu, po prostu unoszenia się w powietrzu. Szukamy tego typu rzeczy.
I żeby było zabawniej, gdzieś ta nauka oficjalna, którą nam zaproponowano w postaci praw newtonowskich, poszła sobie jednym torem, ale to, nad czym pracowała Marie Curie i wielu innych ludzi, bo można tak wymieniać sporo nazwisk z ostatnich 200 lat bardzo poważnych naukowców, którzy są znani przeze mnie i przez ciebie z takich niby bardzo konserwatywnych poglądów. Chociaż w rzeczywistości to jest tylko zmanipulowana historia na ich temat. W rzeczywistości panowie byli troszkę bardziej magikami niż fizykami, jeżeli o to chodzi. Bardziej alchemikami. Panie też. I z tej okazji, że tak to się potoczyło, część tej wiedzy wylądowała gdzieś tam na dalekich obszarach fizyki jądrowej, neutronowej, bo tam się okazało, że mając substancje radioaktywne mamy do czynienia właśnie z owym tajemniczym polem, niewidocznym polem, które przewala wszystkich na drugą stronę. Dzieją się niesamowite rzeczy. Słynna historia z bombą atomową. Rząd amerykański, który zainwestował w to pieniądze. Niemieckie badania prowadzone od lat właściwie 20.
nad materiałami radioaktywnymi i nie tylko niemieckie badania, bo i angielskie badania, próby wybudowania reaktora w Berlinie już w latach 30. i tak dalej. Także ta wiedza była. A co w ogóle jest magicznego w tej wiedzy? Właściwie co jest magicznego? Dosyć prosta konkluzja. Magiczne jest samo podejście, że masz niewidoczne pole, podobne troszeczkę do spraw związanych z magnesami, że masz niewidoczne pole. Masz kawałek czegoś, co robi właściwie to niewidoczne pole i przykładasz jeden kawałek substancji z jednej strony, dwa metry dalej kładziesz drugi kawałek substancji, a pomiędzy nimi powstaje potężna reakcja, zmienia się temperatura, coś się dzieje. Jak włożysz tam kliszę fotograficzną, to się cała prześwietla i tak dalej. Wszystkie te historie.
I teraz wow, okazuje się, że świat jest czymś więcej niż generalnie tylko falą. Bo to była taka główna historia na świecie. Jak sobie wyjaśnić to od strony naukowej? Kim ja jestem? Czym my jesteśmy? Czy jesteśmy falą, czy cząsteczką? Tu się okazało, że jesteśmy promieniowaniem. Do tego nam najbliżej na to wygląda. I Marie Curie wzięła się z tematem za rogi, zbadała, zrobiła niesamowite badania. Tylko że część tych badań została później troszkę tak Zignorowanych można powiedzieć.
Chodziło właśnie o te alchemiczne rzeczy, troszkę inne podejście, takie koncepty, że jeżeli znajdę na przykład substancję, która zmienia coś tam, to będę mógł zmienić coś tam i tak dalej. Wszystkie te alchemiczne transmutacje. Minęło troszkę lat, przygody z reaktorami jądrowymi, z fizyką nuklearną na świecie. Okazało się, że w reaktorach jądrowych powstają różne dziwne substancje. Zaczęto badać tą całą historię o nazwie atom. Wiadomo, że energia atomowa. Okazało się, że atom nie jest sam. Atom ma sąsiada, który się nazywa neutron. Ten neutron też robi bardzo ciekawe rzeczy i właściwie wszystko jest czymś takim jak promieniowanie pomiędzy jednym a drugim, pomiędzy neutronem a protonem. Powstało dużo ciekawych koncepcji.
Taka chyba najważniejsza rzecz, bo ja tu nie będę ci serwował wykładów o protonach i neutronach, bo nie tędy droga. Nie, jest sobotni wieczór, daj spokój człowieku, żadnych takich tam. Co chciałem ci powiedzieć o samej koncepcji głównej, że po prostu jest coś takiego jak promieniowanie i to promieniowanie stwarza właściwie cały świat dookoła, na dobrą sprawę. I że badając to promieniowanie można jakoś dojść do tego momentu, w którym będzie można stworzyć jakieś ciekawe rzeczy. Innego okazało się, że badając to promieniowanie można stworzyć tak potężną eksplozję, wyładowanie termonuklearne, jądrowe, wodorowe, że się w głowie nie mieści. Można za pomocą dosłownie paru gram, może przesadzam, substancji, może kilograma substancji, wysadzić tą całą planetę w powietrze i nie pozostanie po niej nawet ślad w przestrzeni. Jak się okazało, są to tak potężne substancje. Okazało się, że składają się z dosyć specyficznej budowy. Mają coś, co nazwano atomem i coś, co nazwano neutronem, tak jak wspomniałem wcześniej i tego jest różna ilość. Tak się mówi proton, neutron.
W rzeczywistości jak zrobisz zdjęcie takie pod dużym atomowym czy jakoś tak mikroskopem, co tam się w ogóle dzieje pod spodem, jak wygląda ta cząsteczka, to wygląda tak, że po prostu coś świeci, że masz świecącą kulkę w środku i kilka rozbłysków dookoła. To w środku to jest atom, ta iskierka, a to dookoła to są neutrony, czasami elektrony i tak dalej. Taki podział świata, dosyć ciekawy. Właśnie tak to skonstruowano. Co dalej z tym podziałem świata? Okazuje się, że ta energia, która tam powstaje, właściwie jest wszędzie. Że to promieniowanie właściwie dotyczy nas na co dzień, że to w reaktorze jądrowym tylko jest podniesione, bo tam są dobrane takie cząsteczki, które robią taki dym między sobą. Jak złożysz dwie rzeczy do siebie, to troszeczkę tak, jak próbować dogadać się z osobą, z którą za bardzo się nie dogadujesz. Występuje pewne tarcie i z tego tarcia powstaje ciśnienie. Rozumiesz tego typu historie na przykład.
Albo w drugą stronę gadasz z osobą, z którą się dogadujesz i z tej okazji powstaje zupełny brak ciśnienia. I co wtedy? Trzeba się przyjrzeć, czy przypadkiem dookoła nie ma czegoś więcej w ten sposób, bo jeżeli jest więcej czegoś w ten sposób, to znaczy, że to bajkowe podejście może być całkiem trafione, może się udać, może być częścią takiej rzeczywistości, która niekoniecznie robi się bajkowa, jest coś więcej. Tutaj gubię troszkę wątek z tymi nuklearnymi historiami. Wracając do tego atomu i neutronu, okazało się, że każda z tych cząsteczek, z których składa się świat, składa się z konkretnej ilości atomów i neutronów. Bierzesz, sprawdzasz i się okazuje, że inny metal, inne właściwości, inny minerał, inna chemia, inne właściwości. Po prostu wszystko składa się z konkretnej liczby atomów. Zrobiono liczbę nawet tych pierwiastków. Każdy ma konkretną liczbę protonów i neutronów w tym całym zamieszaniu. Oczywiście okazało się, że żywotność tych materiałów zależy od tego, jak dużo mają jednego, jak mało mają drugiego.
Bo te wszystkie ciężkie materiały, które są takie bardzo energetyczne, potrafią zrobić niesamowite zamieszanie, mają bardzo krótką żywotność. Przy okazji tej swojej żywotności krótkiej mają jeszcze bardzo duże wyładowania energetyczne, tak można to nazwać. Dlatego są używane w reaktorach jądrowych. Okazało się, że jest grupa bardzo ciekawych materiałów, takich ultra ciężkich pierwiastków, czyli czegoś, co właściwie ma już tak potężne moce, że nie wiadomo, jak to ugryźć. I wiadomo, że te moce są wręcz nielimitowane. W reaktorach jądrowych zaczęto znajdować na przykład złoto. Zaczęto znajdować miedź, która zmieniała się w zupełnie inny metal. Żelazo, które transmutowało w zupełnie inny metal. Dziwne rzeczy. Reaktory w ogóle zachowują się z reguły bardzo dziwnie.
Nikt do końca nie wie, na jakiej zasadzie to działa. Wiadomo, że otwiera się drzwi do innego wymiaru. Tak to można w takim wielkim, czarodziejskim skrócie opowiedzieć i nikt do końca nie jest w stanie dać tobie ani mig gwarancji na to, co się tam wydarzy, bo reaktor może zastartować albo może nie zastartować. Różnie to wygląda. Różne były historie z tymi urządzeniami. Zresztą chyba doskonale nam znane. Historia z Fukushimą, gdzie okazało się, że jest tam produkowany komponent do broni nuklearnej i nie tylko. Japoński rząd postanowił sobie zarobić troszeczkę kasy i, że tak powiem, podkręcił reaktory w taki sposób, że gruchnęły jak przyszła większa woda. To może zostawię ten temat. Wrócę do naszych bajkowych opowieści.
Zostawię te, że tak powiem, mało bajkowe historie dramatyczne, które dzieją się aktualnie na świecie. Jest sobotni wieczór, tak że troszeczkę relaksu. Relaksu z atomem i neutronem, z protonem i neutronem. Okazało się, że właśnie te takie fajne substancje, które mogłyby mieć taki duży, znaczący wpływ na nasze życie, moglibyśmy mieć energię za darmo, wiele innych rzeczy, istnieją. Jest ich bardzo mało. Ich czas rozpadu jest czasami bardzo krótki i ciężko je utrzymać i tak dalej. Zaczęto badać te wszystkie pierwiastki, te wszystkie super ciężkie. Wyszło na jaw, że jest to coś niesamowitego, że mając Coś takiego w ręku, takie pierwiastki możesz, tak jak powiedziałem, wykonywać sztuczki magiczne z całym światem dookoła. Już nie wspomnę o żadnych napędach kosmicznych, bo to wydaje się wręcz oczywiste. Tylko pytanie, jak się do tego dobrać?
Okazało się, że te pierwiastki superciężkie są bardzo ciężkie do uchwycenia, ponieważ mają bardzo krótką żywotność. Jest coś takiego jak żywotność materiałów radioaktywnych. To jest żywotność izotopów. Tego się używa do określania wieków w archeologii, czyli bada się na przykład konkretne izotopy i wiadomo, że normalnie w czymś, co jest teraz, jest ileś tam izotopów, a jak coś przeleżało w ziemi, to część izotopów się rozpadła i jest ich mniej. Można sobie policzyć, o ile te izotopy znikają w przeciągu 100 lat czy 50 lat i sobie przemnożyć. I nagle wychodzi: mamy obiekt, który ma na przykład 3000 lat, bo na to wskazuje liczba izotopów w tym materiale w stosunku do materiału, który jest produkowany współcześnie, w dzisiejszych czasach. Tak to się bada. Okazało się, że to nie koniec tej bajki, że to nie jest tak, że skończyła się cała historia. Odkryliśmy, że są superciężkie materiały, które robią niesamowite sztuczki magiczne i na tym się wszystko skończyło, bo są one utrzymywane przez tylko pewien czas w specjalnych warunkach, w reaktorach jądrowych albo specjalnych laboratoriach do tego zbudowanych. Nikt tego w domu nie jest w stanie powtórzyć, a dzieją się sztuki naprawdę magiczne, niesamowite.
Pewnego dnia okazało się, że jest magiczna historia. Pojawiły się nawet magiczne numery w tym wszystkim. Okazało się, że powstała bardzo ciekawa teoria. Ciężko jest utrzymać takie warunki w domu, tak jak wspomniałem. Pojawiła się bardzo ciekawa koncepcja, że gdyby się tak przyglądnąć temu, co się dzieje w reaktorach, to wszystko wskazuje na to, że to nie jest koniec tej opowieści. To nie jest tak, że wszystko się kończy w tym miejscu, gdzie do tej pory wszystko znikało. Właściwie okazuje się, że zaczyna się troszeczkę inna rzeczywistość, inny wymiar, inny świat. I pojawiła się koncepcja wyspy stabilności. Tak to się nazywa w fizyce. To jest taki pomysł, że jest takie miejsce, w którym kończą się wszystkie znane nam cząsteczki, które mają konkretną liczbę neutronów, protonów i tak dalej.
Kończy się wszystko, co znamy. Wszystkie atomy, wszystko. Wszystkie pierwiastki, o których wiemy, znikają. To morze dookoła, w którym znikają te wszystkie pierwiastki, które znamy, nazywa się morzem niestabilności w fizyce. Jest taki moment, do którego jesteśmy w stanie zaobserwować jakiś kawałek czegoś. Nie wiem, jak to wyjaśnić, bo to troszeczkę taka kwadratowa sprawa i obawiam się, że mogę się trochę pogubić, żeby to było klarowne, żeby ci nie zamieszać w głowie. Mamy kawałek na przykład stołu drewnianego i do pewnego momentu jest to kawałek drewna. Następuje jakiś taki moment w czasie przestrzeni, gdzie te wszystkie nasze cząsteczki tracą stabilność, izotopy się rozpadają, drewno się rozpada, znika i w ogóle nie było tematu. Nikt nie wie nawet, że coś tam kiedykolwiek było. Taka zwykła historia.
I wszystko sobie pływa na tym morzu niestabilności i tworzy taką wyspę tych wszystkich cząsteczek, z których składa się cała rzeczywistość. I się okazuje, że to nie jest wszystko, że to tylko część tej całej historii, bo gdzieś tam za horyzontem znaleziono cząsteczki, które wykazują istnienie czegoś takiego, co w fizyce nazwano wyspą stabilności na morzu niestabilności. Otóż to. Czyli okazuje się, że gdzieś tam daleko za horyzontem, kiedy już liczba protonów, neutronów jest zupełnie inna, gdzie się zmieniają proporcje pomiędzy jednymi a drugimi, nagle pojawiają się nowe cząsteczki, które mają nieprzeciętnie długą żywotność, są nieprzeciętnie energetyczne i niekoniecznie są radioaktywne, tak jak sprzęt, który badała Marie Curie-Skłodowska. Wyobrażasz to sobie? Taka historia. No właśnie. I to jest coś, co odkryła współczesna nauka. Nazywa się to, tak jak cały czas powtarzam od paru minut, wyspą stabilności. To jest ta bajkowa historia, na temat której nikt na razie jeszcze głośno tam nie mówi, bo oficjalnie jest to oczywiście nazywane teorią, ale wszelkie możliwe badania, które są prowadzone na ten temat w reaktorach jądrowych i w tych wszystkich pracowniach jasno i wyraźnie wskazują na to, że to tak jest.
Wszystko na tych wykresach pokazuje, że troszeczkę dalej za tym horyzontem zaczyna się dziać coś innego. Pojawiają się pierwiastki, o których nie mieliśmy do tej pory pojęcia i zaczynają się dziać rzeczy, o których nie mieliśmy w ogóle do tej pory pojęcia. Bo normalna oficjalna nauka jest, tak jak tutaj cały czas wspominam w tych hiperprzestrzeniach, oparta na prawie termodynamiki, a tam już w ogóle coś jak termodynamika jest bardziej w kategoriach dowcipu, a nie jakiegokolwiek prawa na cokolwiek. Ponieważ mamy do czynienia z tak ciężkimi pierwiastkami, które zamieniają, cokolwiek chcemy, w cokolwiek chcemy. Jeżeli wiemy, jak to zrobić oczywiście. Jeżeli jesteśmy w stanie przetransponować tą energię informacji lub cokolwiek tam jest. I okazuje się, że faktycznie istnieje to naprawdę. Zresztą niektóre kraje mają naukowców, którzy troszeczkę w tym siedzą trochę dłużej i trochę bardziej, i robią konkretne postępy nawet w tej technologii, bo chociażby Rosjanie przyznali się do tego, że produkują złoto właśnie używając, jak to określili, takiej transmutacji. Nie powiedzieli dokładnie, na jakiej zasadzie, w jaki sposób, ale było bardzo dużo mówione o właśnie tak zwanej masie neutronowej, protonach, o tych wszystkich osłonach protonów, neutronów. Jest to coś takiego, co się nazywa magiczne numery.
Otóż to. W tym całym zamieszaniu. Poważnie. Magiczne numery, bo to ciągle jest wszystko na zasadzie magii. Dosłownie. Przekręcasz sobie taki kurek z czymś takim, pojawia się inne pole dookoła, nagle pstrykasz palcami, wypowiadasz głośno swoje życzenie i rzeczy się dzieją jak w bajce, jak czarodzieje, którzy Wiesz, pstrykali palcami, rzeczy się pojawiały. Albo wróżki, albo coś tam. Wszystkie te bajkowe opowieści. Może tutaj, przepraszam cię bardzo, na moment las zniknie. Muszę wykonać pewną operację związaną z tą maszyną i w troszkę takiej ciszy, bez lasu opowiedzieć ci, co dalej z tymi liczbami.
Okazało się, że jest konkretna liczba jednych z tych cząsteczek, znaczy protonów i neutronów. Chodzi o neutrony. Jeżeli one się zgadzają, jest tak zwana liczba osiem magiczna, ona się duplikuje do iluś tam rozmiarów. Już w tym momencie ci nie powiem, bo właśnie sobie wyłączyłem całą ściągę na ekranie. Nigdy nie pamiętam numerów. W każdym razie, jeżeli te liczby wpadają na siebie, wpadają co ileś tam cykli i tam jest później magiczne 16, później jest kolejne zdaje się chyba 48, później jest kolejne. Chodzi o proporcje pomiędzy protonami i neutronami w zjawisku, które nazywamy atomem. Efekt jest taki, że jeżeli przeskoczymy pewne poziomy, czyli odwrócimy całą tą sytuację, to wylądujemy na tak zwanej wyspie stabilności i mamy do dyspozycji jakąś potężną moc, której nikt nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić. Mamy las. Jesteśmy z Fordem w lesie, a to stary las.
Niestety nie uda się tak sprytnie tego wszystkiego włączyć. Dzisiaj jest tak trochę... No właśnie. Widzisz, awaria wydarzyła się na twoich uszach. Dostałem bez swojej ściągi z magiczną wyspą stabilności i tak dalej. Trudno. Zatem lecę z głowy bez żadnych numerów. Sam musisz sobie znaleźć te numery na Wikipedii. Zwiało mnie z czata, także nie przejmuj się, że nie ma mnie na czacie, bo maszyna zastrajkowała centralnie. Nie wiem, co się dzieje, ale jakoś tak maszyna zastrajkowała.
W każdym razie okazuje się, że te substancje są takim, można powiedzieć, Świętym Graalem. I to nie jest tak, że one nie istnieją, że ich nie ma, że są tylko hipotetycznym tworem, tylko że jest prawdopodobnie jakaś metoda na stworzenie tych substancji, bo one gdzieś tu dookoła mieszkają. Właściwie nikt do końca nie wie, jak to zrobić. W oficjalnej nauce na razie stanęło tylko i wyłącznie na tym, że jest po prostu koncept, że mamy taką historię pod tytułem: faktycznie bajki są możliwe. Bo właściwie do tego się to sprowadza. Jeżeli spojrzysz na to od tej strony, bajki są po prostu w tym momencie już możliwe. Nagle się okazuje, że mamy cząsteczki, które możemy modelować sobie w dowolny sposób i posiadają taką, że tak powiem, masę swoją własną, że możesz za pomocą tych cząsteczek zbudować reaktor, który będzie przenosił cię w czasie, przestrzeni, będzie robił cokolwiek będziesz chciał. Jest to pomysł związany na dodatek z konstrukcją człowieka i w ogóle z całym kosmosem, jak się okazuje. Bo wiesz, takie magiczne proporcje, które się pojawiają wszędzie dookoła. Piramida.
Wszyscy mówią, że piramida ma cztery ściany. Nie do końca, bo piramida właściwie ma osiem ścian. Jeżeli spojrzysz sobie na tą magiczną liczbę tak zwanych nucleus, czyli neutronów, to nic innego jak tylko numer osiem. Od razu pierwsza para, która się pojawia i od tej pierwszej pary masz szesnastkę i tak dalej. To jest pierwsze takie wiązanie. Nagle się okazuje, że metoda, żeby dojść do tego miejsca, do tej wyspy stabilności, polega na skakaniu pomiędzy takimi interwałami, że musisz znaleźć taki jeden moment, kiedy ileś tam pierwiastków wpada na siebie, robi takie zamieszanie, że akurat w tym miejscu się włącza bramka. Powstaje takie pole, że powstaje przejście do innego wymiaru. I tak przeskakujesz przez kilka takich slotów. Jest pierwszy ping, później ileś tam neutronów, protonów, dalej jest kolejny pyk i później jest kolejny. Na czym polega ta magia?
Bo ta magia nie jest tylko i wyłącznie magią taką magiczną, łącznie z zupową magią, tylko chodzi o osłonę dookoła czegoś, co nazywamy atomem. Tak to się w nauce nazywa. Jeżeli masz osiem tych neutronów, przynajmniej tak głosi oficjalna teoria, to masz pełną powłokę dookoła cząsteczki. W tym momencie mając jakąkolwiek cząsteczkę, która na przykład ma jakąś troszkę mniejszą ilość neutronów, doładowujesz tam na przykład brakujące neutrony i w tym momencie tworzysz stałą powłokę dookoła tej cząsteczki, dzięki czemu może się ona zamienić w cokolwiek chcesz, w zależności od tego, jakie tam neutrony włożysz albo jakoś tak jakie pole stworzysz dookoła. Troszeczkę bardziej skomplikowana rzecz od strony technicznej. Nie będę tego tutaj wyjaśniał, ale jest to robione w reaktorach. Poważnie. Jest nawet kilka książek na ten temat, na czym to polega. Takich rozważań naukowych fizyków nuklearnych. Właśnie ostatnio ściągnąłem taką książkę.
Niestety jest na maszynie, która nie chce teraz ruszyć. Jakoś tak się wydarzyło, także nawet nic nie powiem ci, jaki jest tytuł tej książki. Praca naukowa z 2008 roku na temat tajemniczych właściwości neutronów. Bo w pewnym momencie okazało się, że właściwie w atomie nieistotny jest na tyle proton, jak się wydawało, tylko istotny jest neutron. I to on właśnie, ta osłona, którą tworzą neutrony, to ona powoduje, że pojawia się zjawisko zwane protonem i w ogóle elektronami i całą tą historią. Jeżeli dojdziesz na tą wyspę stabilności w jakikolwiek sposób właśnie w to miejsce, to wszystkie rzeczy, które tam się pojawiają dają ci możliwość budowania takich osłon, bo te wszystkie numerki dookoła to są osłony. Czyli jeżeli masz osiem, to masz pełną osłonę. Dzięki temu tworzysz pełną taką kulkę dookoła protona i wszystko może się tam wydarzyć. To, co chcesz, żeby się wydarzyło. Kolejna bramka to jest 16 neutronów dookoła protona i te 16 neutronów tworzą kolejną osłonę.
I tak dalej. Jeżeli dasz 17 albo dasz 15, nie będziesz mieć pełnej osłony. To jest ta magiczna liczba Która tworzy osłonę. Tylko ta sekwencja. Troszeczkę jak równanie Fibonacciego. Na tej samej zasadzie, że masz konkretną sekwencję liczbową, która zawsze zamienia się w piękną kulkę, która tworzy taką sferę dookoła tych wszystkich zjawisk i dzięki temu to działa. Operując sobie tą osłoną determinujesz zjawisko, które się wydarzy w samym środku. Czyli jeżeli sobie weźmiesz na przykład ołów, który ma konkretną masę neutronów, dosłownie tak jak w alchemicznej historii. Bierzesz ołów i w jaki sposób to zrobisz? Tego nie wiem, ale wyobraź sobie, że jest kilka metod.
Są nawet opisane, opatentowane. Bierzesz sobie drugi materiał, który ma brakujący na przykład neutron albo brakujące dwa neutrony do pary albo osiem, jakoś tak i uzupełnisz, to nagle się okaże, że suma tych neutronów z jednej substancji i z drugiej jest taka sama jak na przykład złoto. I w tym momencie, jeżeli zaczniesz reakcję, to zamieniasz cały swój ołów w złoto. Ciekawa historia, bo jak się okazuje ta alchemia, czyli ta transmutacja zamiany ołowiu w złoto, nie jest taką teoretyczną historią, która polega na tym, że ktoś sobie wymyślił, że możesz zamienić jedno na drugie. Nie, to się bierze z bardzo konkretnej sprawy zwanej fizyką nuklearną. Kiedyś się brało z alchemii, kiedyś być może alchemicy nie mieli o tym pojęcia, ale teraz, kiedy mamy mikroskopy, mamy urządzenia, mamy mierniki, możemy się przyjrzeć sprawie. Nagle okazuje się, że jak najbardziej jest to serio historia. Nie jest to żadne science fiction, nic z tych rzeczy. Jest to po prostu normalnie fizyka nuklearna i to jest główny powód, dla którego w reaktorach manifestują się różne substancje. Tylko że w reaktorach ta energia jest wyzwalana za pomocą energii radioaktywnej.
To jest ten szybki czas rozpadu cząsteczek. Kiedy one się szybko rozpadają, to tworzą pole radioaktywne. I właśnie na tym polega cały problem, że masz złoto z reaktora, ale złoto jest troszeczkę promieniotwórcze. Dotkniesz się do niego, to puścisz krew z nosa, z oczu i uszu i już jest po tobie. Tak można w skrócie powiedzieć. Natomiast kiedy uda ci się wskoczyć, znaleźć gdzieś na horyzoncie tą wyspę stabilności z tymi cząsteczkami, które mają większe osłony neutronowe, tak można to w skrócie powiedzieć, nagle się okazuje, że problem radioaktywności znika, ponieważ one są stabilne. Czas rozpadu jednego z takich pierwiastków, gdzieś tam czytałem, wynosi trzy i dwa i pół miliona lat, czy jakoś tak przeliczane. Nie wiem, jak to jest możliwe, żeby to przeliczyć w takiej skali, ale ponoć jest to możliwe. Są tam podawane ekstremalnie długie czasy, że to nie jest taki czas rozpadu 0,002 tysięcznej sekundy, jak przy takich ultra ciężkich pierwiastkach, które są dookoła nas na tej wyspie, na tym lądzie stabilności. Tu, gdzie jesteśmy teraz.
Czytałem, to dla mnie jest takie zabawne. Zapisy są takie, że 0,0002 to jest czas stabilności tego pierwiastka superciężkiego. Teraz sobie wyobraź, że gdzieś tam za horyzontem wypływamy łódką, znajdujemy tą wyspę po paru miesiącach pływania i bujania się po tym oceanie i na tej wyspie wszystkie te pierwiastki, te superciężkie, nie dość, że są plastyczne i możemy robić z nimi cokolwiek chcemy, bo możemy łączyć ze sobą w dowolny sposób za pomocą tych mas neutronowych, tak jak możemy łączyć ze sobą atomy, to okazuje się, że jeszcze wszystko jest nieśmiertelne. Co tu dużo mówić. Całkiem nieśmiertelne. Także mamy dostęp do czegoś zupełnie innego. I ta nieśmiertelność oznacza też brak radioaktywności jakikolwiek, ponieważ nie ma tego raptownego rozpadu, który powoduje radioaktywność. W tym momencie możemy sami operować gołymi rękami z tymi materiałami. Wyobrażasz to sobie? To jest jak Święty Graal.
I właściwie, żeby było zabawniej, wygląda na to, że przynajmniej taka jest legenda dookoła tego, że Święty Graal, ten, który istniał, bo ponoć jakiś istniał. Zakładam w tym momencie, że istniał Święty Graal. Także tutaj odwołam się do takiego podejścia do historii, że cała ta historia jest związana z fizyką nuklearną dosyć mocno i jest taki koncept, że to była metoda produkowania czegoś za pomocą ciężkiej wody, bo wiadomo, że można wyprodukować ciężką wodę. W ogóle w kilku miejscach na świecie jest ciężka woda. Się naturalnie pojawia. W Norwegii, gdzieś tam w paru miejscach na świecie. Są opowieści o ciężkiej wodzie, której potrzebowali naziści do tego, żeby wyprodukować reakcję termonuklearną. Bo ciężka woda to jest taka sama woda jak normalna, tylko po zamrożeniu, jak weźmiesz szklankę, to kostka lodu zrobiona z ciężkiej wody opada na dno, a ta z lekkiej wody pływa na powierzchni. To jest ta różnica. Różni się dwoma atomami tlenu.
Nic więcej. Te dwa atomy tlenu robią całą robotę. I w tej wodzie, jak zaczniesz na przykład reakcję termonuklearną, to tą reakcję jesteś w stanie kontrolować. Ona tam po prostu przebiega bez żadnych problemów. Kontrolować to może w cudzysłowiu, ale ta reakcja tam zwyczajnie przebiega, ponieważ ma właściwe środowisko. Tą wyspę, można powiedzieć stabilności ląduje w takim otoczeniu i ta część neutronów, która się znajduje właśnie w owej ciężkiej wodzie i protonów, ta proporcja pomiędzy tymi dwoma substancjami, które tworzą atom, powoduje, że nasze reakcje trafiają dokładnie na ten magiczny punkt przejścia pomiędzy wymiarami. Możesz właśnie w ciężkiej wodzie zrobić konkretną reakcję. Zresztą takie rzeczy się wydarzyły i to takie rewolucyjne. Zimna fuzja została zrobiona na początku właśnie w ciężkiej wodzie, za pomocą używania tych pierwiastków, które mają bardzo szybki czas rozpadu, ale w ciężkiej wodzie jesteś w stanie to zwolnić troszeczkę. I tam używano właśnie takich raczej ciężkich, nie superciężkich, które się od razu rozsypują, ale takich tak zwanych ciężkich materiałów, lekko, minimalnie radioaktywnych, bo i tak wszystko jest radioaktywne.
Jajko jest radioaktywne, drzewo jest radioaktywne. My jesteśmy, tylko kwestia skali radioaktywności. Może nie jesteśmy tak samo radioaktywni jak uran, ponieważ uran po prostu jest tak szybki, że wszystko się rozsypuje dookoła. Tak można to Malowniczo opisać. Natomiast nasza częstotliwość, nasze promieniowanie jest troszeczkę mniejsze. Nic się nie rozsypuje dookoła, wszystko jest okej. To jest nasz rezonans, nasza częstotliwość, nasza wibracja. Mamy specyficzny slot w tej całej przestrzeni, swój własny, w którym się mieścimy i robimy swoją energię dookoła. Dlatego nie jest zdrowo dotykać materiałów silnie radioaktywnych. Niemniej wszystko jest radioaktywne do pewnego stopnia albo więcej, albo mniej.
Nie ma rzeczy nieradioaktywnych na tym świecie. Wszystko ma swoje promieniowanie. Zresztą to była konkluzja Marii Curie-Skłodowskiej, że wszystko promieniuje i ona tą radiację, to promieniowanie, emisję tego pola badała. Tylko że badała emisję pola radioaktywnego. Rad, uran, pluton. Pluton akurat nie, bo to z reaktorów jądrowych jest brany, zdaje się, ale nie jestem takim ekspertem. Także tutaj raczej sprawdź po mnie te wszystkie rzeczy w Wikipedii. Ale wracając do naszej wyspy stabilności się okazuje, że nasze bajki mogą się ziścić, ponieważ w fizyce się jak najbardziej okazało i to nie takiej czysto teoretycznej, tylko takiej z reaktorów jądrowych, z laboratoriów, takiej troszkę sprawdzalnej, bo wiadomo, że mówimy na podstawie materiałów, tak jak cały czas przypominam, które się pojawiają w reaktorach, że są takie rzeczy, że jest taka wyspa stabilności, że są takie odpowiednie warunki, że jak utrzymasz, to nagle ołów zamienia się w złoto. Cokolwiek chcesz. Kawałek mięsa zamieni się w kawałek kości, kawałek kości zamieni się w kawałek mięsa.
Właściwie możesz robić dowolne transmutacje ze wszystkim. Ciekawostka. I teraz powoli w nauce ludzie zaczynają się zastanawiać, jak tu dotrzeć na tą wyspę stabilności. Wiadomo, że chodzi o neutrony i wiadomo, że chodzi o coś, czego właściwie nie do końca jesteśmy w stanie zbadać, bo numer polega na tym, że nasze urządzenia pomiarowe są skonstruowane tylko i wyłącznie na konkretny atom, na konkretną formę istnienia czegoś. Bo właściwie atom jest formą istnienia czegoś w przestrzeni, po prostu materii. Jeżeli coś jest poza naszym standardem technicznym z cyklu urządzenie, które robi bip, widzi coś i robi bip. Ale jeżeli urządzenie tego nie widzi, bo konstruktor, który je projektował, nie potrafi wybudować urządzenia, które widzi pole, to tak jak z polem magnesu. Są czujniki magnetyczne, takie lampki, które się zapalają, takie czujniki razem z elektrycznymi. Pola elektromagnetycznego, dokładnie tak to się nazywa. Są czujniki pola magnetycznego, ale magnesu nie widać.
Ale czujnik mamy, także można sobie zmierzyć. Natomiast co jest z tym promieniowaniem, które pochodzi z tej tak zwanej magicznej wyspy? Jak je można zmierzyć? Właściwie nie ma takiej opcji, bo wszystkie nasze próby mierzenia kończą się na tym morzu niestabilności, nazwanym tak przez naukę. Czyli jest taki moment, do którego nasze urządzenie działa i w pewnym momencie urządzenie ślepnie i cokolwiek by nie było dookoła, i tak tego nie zobaczy. Może stać pośrodku pokoju wypełnionego tysiącem ludzi, a nie zauważy ani jednego człowieka i nie wyda ani jednego bip z siebie, ponieważ skończyły się możliwości poznawcze konstruktora urządzenia, skończyły się możliwości poznawcze urządzenia i nie jesteśmy w stanie tego zbadać. Jedyne co widzimy to długą przerwę i coś tam się na horyzoncie pojawia i wszystko co się tam pojawia wygląda na wyspę stabilności. Wszystkie zdjęcia z reaktorów rozpadu tych cząsteczek, kiedy są stabilne, kiedy nie są stabilne i tak dalej. Ciekawa teoria, która okazuje się niekoniecznie jest teorią. Zaczyna wyglądać coraz bardziej rzeczywiście, bo tak do tej pory wszyscy mówili: „A tam, takie są prawa fizyki”.
Nie ma praw fizyki. Fizyka to jest próba opisania tej radiacji, tego promieniowania, tych pól. Nic więcej. I to taka dosyć nieudolna, bo opiera się na mechanice, a tu się okazuje, że cała mechanika nagle bierze w łeb. Nie ma czegoś takiego jak mechanika, bo ty jesteś w stanie stworzyć takie pole, taką radiację, że ty właściwie robisz wszystko bez mechaniki. To jest to, czym się zajmowała właśnie Marie Curie, badając tego latającego u niej w salonie dżentelmena, który na oczach świadków, bardzo poważnych paryskich naukowców i nie tylko, autorytetów, unosił się metr nad ziemią i nie robił sobie z tego niczego. Po prostu zadowolony unosił się nad ziemią. Oni sprawdzali, czy nie jest podwieszony na linkach, czy nie ma tam żadnych sztuczek. Nic a nic. Się okazało, że dżentelmen potrafi się unieść.
Czyżby przypadkiem owo promieniowanie? Czyżby właśnie to coś, co już nie jest radioaktywne, ma bardzo długi czas rozpadu i to pole zachowuje się już troszeczkę inaczej, bo to pole jest związane z tymi organicznymi rzeczami. Nie przez przypadek ludzie, którzy zajmowali się radiacją jakieś 100 lat temu, zajmowali się w dużej mierze medycyną i żywymi organizmami, ponieważ oryginalnie cała koncepcja była związana z próbą odpowiedzi sobie na pytanie, jak funkcjonuje kosmos, jak funkcjonuje życie, skąd się w ogóle życie bierze. Czy życie przypadkiem nie jest pojawiającą się radiacją? Jesteśmy promieniowaniem, które buduje dookoła siebie całe opakowanie. I że cała ta mechaniczna historia nie jest najlepszym punktem do zaczęcia tej opowieści. Właściwie jest chyba ostatnim, tam, gdzie powinniśmy kończyć, bo clou całej sprawy tkwi zupełnie gdzie indziej. Tkwi w tych niewidocznych mocach, które są zwyczajnie niezbadane. My nawet nie mamy urządzeń, żeby to zbadać, tylko widzimy na urządzeniach, że gdzieś tam dalej, gdzieś coś się zaczyna. I to musiało minąć jakieś 40, 50 lat od tego momentu.
Wcześniej była tylko teoria, że to nie jest tylko tak, że te pierwiastki się kończą, bo chodziło o te przerwy. Ktoś sobie wyliczył. Jest nazwisko tego dżentelmena, że jest T8, jest później T16, jest 48 i tak dalej. Tak sobie lecisz do przodu. Fajna sprawa. I wiadomo, że później jest ta długa przerwa, której nie jest w stanie przeskoczyć żadne urządzenie pomiarowe. Bo wyobraź sobie przerwę rzędu 200, skoro urządzenie pomiarowe dochodzi do 115. A pan wyliczył jasno i wyraźnie, że ta wyspa zaczyna się dopiero, jak przeskoczysz 200, 300. Jakoś tak gdzieś polecisz daleko do przodu. To już żadne urządzenie tego nie widzi.
Nie ma opcji na to, żeby się tam wybrać jak na razie i wrócić z pomiarem. Ale wszystko wskazuje na to, że tak jest, ponieważ teraz dopiero są budowane takie urządzenia, które potrafią wysłać cząsteczkę w taką sytuację, żeby coś spróbować zmierzyć. I okazuje się, że jakbyś miał taki radar, który się obraca i skanował wszystko dookoła siebie o 360 stopni, to w jednym kierunku, w którym wszystkie te pierwiastki wędrują, na radarze gdzieś na horyzoncie pojawia się specyficzny pik, który wygląda jak wyspa stabilności. I żeby było zabawniej, wszystkie pierwiastki, które są dokładnie tutaj w postaci atomów, wszystkie te, które znamy, układają się dokładnie jak igła kompasu w stosunku do tej wyspy stabilności na wszystkich grafach. Oczywiście ten graf jest taki płaski, to jest taki wykres, ale jeżeli weźmiesz to jako sytuację 3D i wyobrazisz sobie, że masz kulę, która się znajduje w środku drugiej kuli, jak rosyjskie babuszki. Jedna kula ma punkt magnetyczny gdzieś na swojej osłonie, to punkt magnetyczny na drugiej osłonie się synchronizuje razem z nim. I to wygląda, jakbyśmy żyli w ogóle w większej ilości wymiarów niż chociażby wyobrażalne trzy, cztery czy jakoś tak. Się okazuje, że właściwie, tak bardzo śmiało oczywiście przyjmując, co najmniej cała ta rzeczywistość jest zduplikowana. Co najmniej ta, jeżeli nie ileś rzeczywistości, które się dzieją aktualnie, jest po prostu wielowymiarowe i właściwie energia, która obsługuje te wszystkie wymiary, jest dokładnie tą samą energią, która przenika przez nie wszystkie. I to, co widzimy, to jest jakby cień oddziaływań siebie nawzajem, że jest troszeczkę inna kraina w tym wszystkim.
A miejsce, w którym my jesteśmy teraz, to jest takie ostatnie miejsce. Tu już są atomy, to już jest taki cień tych oryginalnych substancji. Wyobraź sobie, że na słońcu ktoś wybudował zasłonę i kawałek promieni słonecznych został zasłoniony, akurat nie doleciał w konkretne miejsce. To jest jakbyś ustawiał dwa magnesy względem siebie. Po prostu zawsze się złapią. I tak troszeczkę to wygląda z tą wyspą stabilności, że te pierwiastki leżą dokładnie na tym samym, po marynarsku mówiąc, azymucie, na którym leżą wszystkie atomy, z których jest zbudowany nasz świat. Czyli wszystko teoretycznie ma swój, nie wiem, jak to nazwać, nie wiem, czy kierunek, ale swoje połączenie, bo nie wiemy, czy to jest kierunek, bo to, że na grafie wyglądają jak strzałki albo wykresy, to jest kwestia tego, jak urządzenie, a właściwie konstruktor urządzenia potrafił poradzić z przekazaniem ci informacji. Natomiast jeżeli wyobrazisz to sobie tak, jak powinniśmy, jako formę trójwymiarową, się okazuje, że jeżeli tylko uda nam się przeskoczyć to morze niestabilności, to nawet w tym wymiarze bez problemu lądujemy na tej wyspie stabilności złożonej z tych magicznych pierwiastków. I będąc na tej wyspie możemy robić cokolwiek sobie żywnie chcemy. Musimy tylko wiedzieć, w jaki sposób, jak wygląda ta proporcja, jak duży skok musimy wykonać nad tym morzem niestabilności.
Ciekawostka. To ja może wrócę do lasu. Takiego troszkę rozkrzyczanego lasu, jak za starych czasów. Tu sobie przełączę myszkę w ogóle chyba do komputera jakoś. Zaraz się pojawię, człowieku, tam u ciebie. No właśnie. A może po prostu będę kontynuował tą opowieść, prowadząc słuchowisko radiowe w poszukiwaniu urządzenia zwanego myszką. Okej. Wracając do naszej wyspy stabilności, historia jest jeszcze zabawniejsza. Właściwie okazuje się, że zahacza o coś, co nazywamy nanotechnologię.
Coś, co niektórzy lubią nazywać energią kształtu. Przepraszam za te hałasy, ale musi powstać słuchowisko radiowe. Muszę odszukać zapasową myszkę, która tu się gdzieś pałęta pomiędzy reklamówkami. I chyba się udało. I chyba zadziała. Także zaraz będę z powrotem na czacie radia, zaraz będę z powrotem na Skypie. Chyba się udało. Momencik, ja to odlątuję. To może będę kontynuował tą swoją opowieść oczywiście. No więc się okazało, że struktury organiczne, takie jak choćby skrzydełka owadów, jak choćby niektóre rośliny i tak dalej.
Jeżeli jesteś, że tak powiem, zaprzyjaźniony z pracami, może nie tyle z pracami, ile z informacją o tym, czym się zajmował dżentelmen z Rosji o nazwisku Grabielnikow, to chyba sprawy są dla ciebie jasne. A jeżeli nie wiesz, kim był monsieur Grabielnikow, już ci wyjaśnię. Był to naturalista, biolog. Momencik, już podłączam urządzenia. Okej, już jestem chyba podłączony, także mogę spokojnie wrócić do opowieści wreszcie. Okej, wszystko działa. Czekam, aż zadziała. To sprawdzamy działanie urządzeń peryferyjnych. Mam jakąś sensacyjną historię z sterowaniem tym komputerem. Okej, chyba zadziałało.
Jest! I wszystko działa idealnie. Doskonale. Dobra, to już jestem po stresie, bo lekki stres się pojawił, czy aby wszystko jest okej z tą maszyną. I wracając do pana Grabielnikowa i w ogóle do tych wszystkich rzeczy związanych z owadami, przede wszystkim z owadami, które według wszystkich prawideł aerodynamicznych właściwie, może nie wszystkie, ale w znakomitej większości nie powinny w ogóle latać. I się okazało, że konstrukcja skrzydełek jest czymś, co my nazywamy nanotechnologią, czyli masz konkretny kształt, który jest zduplikowany, można powiedzieć, fraktalnie, bo to inaczej się nie nazywa. Czyli masz dokładnie tą samą historię jak z tymi Neutronami i protonami. Dokładnie ta sama sprawa. Tak jak tam jest skok co osiem, co dziewięć, tego typu rzeczy. Już jest wszystko lepiej, już wszystko jest po staremu.
Przepraszam cię, droga słuchaczko i drogi słuchaczu, za to zamieszanie. Tak jak widzisz, potrafi urządzenie wysiąść podczas nadawania i narobić takiego zamieszania. Dobra, wracam do tych wszystkich interwałów. Tak samo jak są te przerwy, te magiczne bramki, które są co ileś tam magicznych numerów protonów i neutronów. Tak to się oficjalnie w nauce nazywa the magic numbers, czyli magiczne numery. Kiedy się przyjrzysz na te konstrukcje pod mikroskopem atomowym, konstrukcje związane na przykład z woskiem, pszczelim, konstrukcje związane przede wszystkim właśnie z pszczółkami. Ostatnio z księciem na ten temat trochę rozmawiam, staram się wyciągnąć informacje, jak pszczoły funkcjonują, jak to sobie organizują jako żyjątka, bo przecież cuda tam się dzieją. Taki zwierzak targa tak potężną ilość materiału w powietrzu i w ogóle nic sobie nie robi z jego ciężaru. Po sprawdzeniu pod mikroskopem okazuje się, że wszystko jest skonstruowane z nanorurek. Grabennikow, ten rosyjski naukowiec, który to badał pod mikroskopem, odkrył dokładnie to samo.
Odkrył zjawisko lewitacji, które występuje, kiedy zbudujesz konkretny kształt z takich nanomateriałów. Kiedy weźmiesz na przykład plaster miodu, taki plaster wosku z ula i złożysz takie trzy plastry ze sobą w odpowiedniej konfiguracji, to zmieniasz grawitację troszeczkę dookoła tego materiału. Grawitacja się według niego zmieniała właśnie z tego powodu, że są tam nanostruktury, które w jakiś sposób tunelują tą całą historię. Oczywiście była to jego teoria, jego wytłumaczenie. Nie do końca udało się to wszystko opanować. Nie jest to do końca potwierdzone, jest to tylko i wyłącznie hipoteza Grabennikowa, aczkolwiek Messier Grabennikow potrafił zbudować maszynę, która wykorzystywała te właściwości, która latała. Przynajmniej tak głosi legenda. Takich stuprocentowych dowodów nie ma nikt na świecie poza Grabennikowem, którego już z nami nie ma. W każdym razie zostało jedno zdjęcie, które pokazuje unoszącą się maszynę nad ziemią. I oczywiście jego prace.
Kilka takich eksponatów w jego muzeum, które potwierdzają jego wszystkie teorie, bo elementy, które sobie wiszą w powietrzu, w szklanych pojemnikach, a nie są niczym podtrzymywane i tak dalej. Nie wiem, co z tego zostało do dzisiejszych czasów, co zostało z tego muzeum, bo to gdzieś na samym końcu Rosji. Kiedyś w radiu o tym wspominałem. W każdym razie Wiktor Grabennikow zauważył to samo zjawisko. Zostawię tutaj jego wytłumaczenie, bo co naukowiec na świecie to troszeczkę inne wytłumaczenie. Rosyjski naukowiec w Skandynawii, w Szwecji, zdaje się w Sztokholmie na uniwersytecie, na wydziale ceramiki, materiałów ceramicznych i nadprzewodników odkrył podobne zjawisko, że kiedy się zrobi odpowiednią glinę w bardzo prosty sposób, zmiksuje się z kawałkiem miedzi, to ta glina ma troszkę inne właściwości grawitacyjne. Nagle troszkę przestrzeń się załamuje dookoła, dzieją się inne rzeczy. I gdyby tak sobie policzyć, nagle się okazuje, że właściwie ta cała struktura, ta nanostruktura też jest dokładnie niczym innym, jak właściwie takim magic number, takim magicznym numerem, że masz ilość kątów, na przykład taki hexagon, czyli osiem ścian, dajmy na to albo sześć ścian i taki pattern. Taka kostka się powtarza cały czas jedna przy drugiej. Taki nieustanny fraktal, który się nigdy nie kończy i nikt nie jest w stanie go absolutnie zatrzymać.
Wyobrażasz to sobie? I tak jest skonstruowany praktycznie cały zwierzęcy, organiczny świat, łącznie z nami, naszą skórą, naszym organizmem. Właściwie okazuje się, że wszystko działa na takiej magicznej proporcji, że cokolwiek byśmy chcieli, wszystko jest sklejone z tą magiczną proporcją. Oczywiście w naszym wymiarze, w naszym rozmiarze atomów ta magiczna proporcja jest troszeczkę inna, te interakcje trochę inaczej wyglądają. Możemy wymusić pewne interakcje, które niekoniecznie są takie symetryczne, przynajmniej na tym poziomie. Natomiast jeżeli chcemy przeskoczyć już poziom dalej do tej magicznej, stabilnej wyspy, to musimy skakać właśnie po tych rozmiarach. Tylko że mamy już ściągę przed sobą, to ten skok wynosi od ośmiu. Pierwszy magiczny numer, który tworzy tą skorupkę dookoła tego zjawiska i tworzy tą substancję, posiada osiem osłon z elektronów zrobionych. I później tych osłon musi się, żeby ustabilizować protona i neutrona w środku. Musi być osiem elektronów, które wynikają z tego, co się dzieje pomiędzy tymi dwoma głównymi cząsteczkami.
I później kolejny skok jest 144, 120, 126. A taki na przykład pełny sferyczny numer, kolejny sferyczny numer dla nuklei, czyli dla tego całego zjawiska. Jeżeli masz troszeczkę elektronów, masz protona, masz neutrona i żeby to miało taką pełną sferyczną osłonę, wynosi 184. To już takie potężne rozmiary, jeżeli o to chodzi. I oczywiście są postulowane takie specjalne izotopy, które się nazywa flerovium, które ma 298. Unbinium, linium, takie już nazwy, które po prostu ciężko wymówić. Oczywiście połowa z tego, jak nie prawie większość, jest na zasadzie postulowanych cząsteczek, ponieważ nikt do tej pory właściwie nie dotarł na tą wyspę, tak żeby stanąć tam suchą nogą i powiedzieć: „Jestem na wyspie, dotarłem na wyspę stabilności w 100%”. Widać tylko zachowanie pewnych cząsteczek. I teraz powoli nauka, czy chcemy, czy nie, kieruje się w tą stronę, bo po drodze tego wszystkiego jest zjawisko, które się nazywa deutrium. To jest w ogóle ciekawa historia.
Czyli ciężka woda. Się okazuje w ogóle tajemniczą substancją, która Co tu dużo mówić, chyba jest też w nas. Bardzo ciekawe refleksje na temat tego, czym jest ciężka woda, co to w ogóle jest, jak to się zachowuje. Normalnie nazywa się deutrium. Taka substancja. To jest właśnie to, o czym ci mówiłem, że Norwegowie to mieli i Niemcy mieli użyć, ale alianci zbombardowali, zdaje się, ten cały transport ciężkiej wody tak, że wszystko spłynęło. Czy spuścili tą ciężką wodę. Niemcy nie mieli okazji do skończenia reaktora. Nie mieli w czym zacząć swojej reakcji. W każdym razie chodzi o tak zwane podwójne magiczne numery, kiedy liczba protonów dokładnie jest taka sama jak liczba neutronów.
Ale wiadomo, że na tej wyspie stabilności liczba protonów jest mniejsza od liczby neutronów. I to jest kolejny problem dla urządzeń pomiarowych, bo właściwie urządzenia pomiarowe głupieją w tym momencie, bo zmienia się skala. Czyli o ile protonów i neutronów przybywa, proton odpowiada za prędkość rozpadu się całego materiału, poniekąd w cudzysłowie. Natomiast neutron odpowiada za jego moc i nagle prędkość rozpadu tego wszystkiego zmienia się. Maleje, a moc rośnie. Taka progresja i tego nikt nie jest w stanie zbadać, bo wiadomo, że wszystkie urządzenia, które mamy, tak jak wspomniałem, są oparte na tych atomach, z których jest skonstruowany cały świat dookoła, taki poznany przez nas, oficjalnie zaakceptowany. I nikt nie wyskoczył poza to niepoznane morze, żeby dotrzeć do drugiego brzegu, do tej tajemniczej wyspy. Właściwie nie wiadomo, czy to jest wyspa. To jest kolejna rzecz. Nie wiadomo, czy to jest stały ląd, który gdzieś tam jest po drugiej stronie.
Nikt tego nie wie. Nazywane jest to w fizyce właśnie wyspą, tak dla bezpieczeństwa, bo nikt nie jest w stanie sklasyfikować tych wszystkich pierwiastków. Oczywiście są wykresy, które pokazują zachowania, na przykład niektóre pierwiastki dokładnie tam zaczynają świecić w tej części wykresu, a nie powinny. W ogóle ich nie powinno tam być. Tam powinno być puste miejsce i nie wiadomo, co jest dalej, bo to jest tylko pierwsza wyspa. Wiadomo, że te wszystkie magiczne numery się cały czas sumują, cały czas dodają. I że to nie jest tak, że to jest koniec. Odkryliśmy jedną wyspę i na tym się skończył cały archipelag. Nie wiadomo, co jest dalej. Dalej może być ląd.
Dalej może być tysiące wysp. Właściwie każda z tych wysp oznacza nadwymiar, przejście do czegoś, co jest nad wymiarem, nad tym, w czym my funkcjonujemy oryginalnie. Taka ciekawostka. Właściwie to jest tak, kraina Szambali, jak to zwał, ten dodatkowy tajemniczy wymiar. Są takie hipotezy, à propos wracając do bajek, które mówią o tym, że właśnie te tajemnicze miejsca z bajek, te krainy, które gdzieś nagle się pojawiają, gdzie w lesie wchodzisz gdzieś do innej krainy, przechodzisz. Bajka dla dorosłych to bajka o Szambali, że przechodzisz do królestwa Szambali, ale musisz być w odpowiednim stanie emocjonalnym. Właśnie nasz stan emocjonalny. Przecież woda w nas to jest nic innego jak, co tu dużo mówić, owe elektrony ułożone w tej konfiguracji ośmiu. To jest nasza krew. Chcemy czy nie, jesteśmy częścią takiego reaktora i jak się okazuje, sami możemy właściwie wskoczyć w taki slot, taką tajemniczą bramkę i sobie zniknąć z tego wymiaru i pojawić się w zupełnie innym wymiarze.
Możesz to zrobić z informacją. Możesz to zrobić ze wszystkim, przynajmniej w teorii i to takiej już pełnej teorii związanej właśnie z korzystaniem z tego tajemniczego przejścia. Bo wyobraź sobie, że kiedy wskoczysz do tego przejścia, na przykład drugie wyjście jest na wyspie stabilności, ale trzecie wyjście, właściwie nie wiadomo, ile wyjść jest z takiego czegoś, bo znikamy, nurkujemy w tym morzu. To jest trochę tak, jakbyśmy sobie wybudowali łódź podwodną, która daje nam możliwość dopłynięcia na każdą możliwą wyspę stabilności albo ląd po drugiej stronie, jakikolwiek istnieje. Tego oceanu niestabilnych, stabilnych cząsteczek, z których składa się cały kosmos. Bo właściwie każda wyspa oznacza inny wymiar, można powiedzieć inny kosmos albo inny uniwers. Nie wiadomo. W każdym razie na pewno jest to coś więcej. Jest to coś, co jest, można powiedzieć, taką energią tworzenia całego kosmosu. Właściwie do tego się to sprowadza.
Bo jeżeli wszystko operuje mniej więcej na tej samej zasadzie, że tworzy takie wyspy, które tworzą coś w rodzaju takich osłon. My to nazywamy elektronem, protonem i neutronem, a ponoć to jest wszędzie w kosmosie. Tak mówi NASA, że elektrony i te wszystkie substancje są gdzieś tam wszędzie dookoła nas. Zresztą dzięki temu można zrobić te wszystkie tajemnicze zdjęcia tych niby odległych galaktyk albo cokolwiek to jest, tymi wszystkimi teleskopami, bo to wszystko ma swoją radiację, wszystko ma swoje promieniowanie i wszystko jakoś tam świeci i można to świecenie sobie zapisać. I oczywiście dla nas jest to kwestia, że jest to jakaś tam galaktyka gdzieś miliony lat, nie wiadomo gdzie, a być może jest to tylko i wyłącznie takie miejsce, w które wskakujesz. To jest jedna z tych wysp. Widzimy cień takiej wyspy stabilności gdzieś w kosmosie, gdzieś w całym uniwersie. Może tak być. Może cała Droga Mleczna jest taką wyspą stabilności albo taką konglomeracją wysp stabilności, takim archipelagiem potężnym, że każda z tych wysp ma troszkę inne warunki, każda trochę inaczej funkcjonuje. Zasada ogólna jest dokładnie taka sama.
Skaczemy pomiędzy tym samym interwałem, czyli wszyscy stroimy nasze instrumenty dokładnie do tego samego dźwięku podstawowego A. I wiadomo, że każdy sobie gra już swoją melodię. Ty sobie lubisz grać C, ktoś sobie lubi grać D, ktoś lubi sobie grać melodię w E-dur. Cokolwiek chcemy. Się okazuje, że ilość jest kompletnie nieskończona. Natomiast wszyscy stroimy się do A. Jeżeli zagramy sobie te A, to w tym momencie wskakujemy w tą naszą bramkę i możemy zdecydować, czy wyskoczymy w krainie o nazwie D, czy wyskoczymy w krainie o nazwie E-dur, czy wyskoczymy w jakiejkolwiek krainie, gdziekolwiek wyskoczymy. I to jest ta koncepcja związana właśnie z owymi magicznymi numerami. To wszystko taka progresja jest. Progresja.
To się w ogóle kojarzy ze starą matematyką, taką w ogóle sprzed tysięcy lat. Ja stałem się właśnie posiadaczem wczoraj właściwie, jeszcze dzisiaj. Książki, która się nazywa „Serpent in the Sky”. To jest taka, można powiedzieć, kultowa pozycja Johnego Anthony'ego Westa, kolesia, który zajmuje się badaniem Egiptu. I to jest taka mocno naukowa publikacja ze stroną przypisów, odwołań, bo dżentelmen studiuje zagadnienie bardzo poważnie. Architektura, kultura, cywilizacja, wszystkie te rzeczy i wynajduje wszystkie te tajemnicze historie i studiuje to razem z kolegą, z fizykiem nuklearnym. Jest taki fizyk jądrowy, który razem z nim robi część tych badań. Pan zajmuje się dosłownie plazmą, tylko że otrzymywaną w sposób elektrostatyczny w różnych rodzajach gazów. Panowie do spółki się zebrali i konkluzja była taka, że ta tajemnicza starożytna wiedza Egiptu jest bardzo podobna do fizyki nuklearnej, którą właściwie my teraz powoli odkrywamy. Na przykład ta historia pod tytułem, co jest najważniejsze w atomie czy proton, czy neutron.
To siedziało w głowach wielu naukowców przez ostatnie dziesiątki lat. I zawsze było tak, że proton był taki najważniejszy, bo był jeden, a tu się nagle okazuje, że proton nie jest taki najważniejszy. Tak naprawdę neutron to jest źródło energii w atomie. Neutron, a nie proton. I teraz powstaje w ogóle cała nowa historia na ten temat. Jest kilka bardzo ciekawych opracowań, gdzie są już mocne koncepcje wysuwane i to nie koncepcje na papierze, że ktoś sobie wymyślił i spisał i powiedział: „To jest nowa koncepcja i świat ma tak wyglądać”. Tylko to są takie rzeczy przebadane w reaktorach jądrowych. Wiadomo, że zwiększając na przykład liczby neutronowe, nagle zwiększamy stabilność pierwiastków w zupełnie inny sposób. Zmieniają się oddziaływania, nagle jesteśmy w stanie dokonać owej transmutacji. Jeżeli sobie sprawdzimy te wszystkie magiczne numerki typu 8, 184, 114, 120, 126 i sobie na przykład połączymy te wszystkie rzeczy, to okazuje się, że po zaglądnięciu do takiej książki o Egipcie, takiego studium naukowego, gdzie są konkretne kalkulacje matematyczne, znajdujemy dokładnie odwołania do tych liczb w starożytnym Egipcie.
Co tu dużo mówić, te same interwały, te same skoki przy budowie wielu świątyń. Dokładnie to samo jest obserwowane zresztą w CERN-ie. Jak są te wykresy tych znikających cząsteczek, wybuchających cząsteczek, gdzie próbują znaleźć tą najmniejszą cząsteczkę Boga Higgsa czy jak to tam nazywają i ciągle im to znika. To jest właśnie ten numer, że każda cząsteczka znika i tam, gdzie znika, fizyka nazywa to morze niestabilności, że jesteś w stanie utrzymać tylko i wyłącznie tą reakcję przez dosłownie frakcję tysiąca sekundy, części sekundy i tylko tyle jesteś w stanie zrobić, jak masz szczęście zdjęcie tych wszystkich wyładowań i to wszystko. I cząsteczka znika w morzu niestabilności, ale ona ma wtedy potężną moc, potężną energię. Takie zawijasy fajne się robią na zdjęciach. Być może widziałeś. Są takie zdjęcia z CERN-u. Jest ich dosyć sporo, że nie ma z tym żadnego problemu. Nie jest to tajemnica.
Tam wielu ludzi próbuje szukać jakiejś wielkiej tajemnicy naukowej w CERN-ie, ale nie wiem, czy jest jakaś specjalnie wielka tajemnica naukowa. Wiadomo, czego szukają, wiadomo, od której strony chcą się dobrać do tego tematu. Wiadomo, że chcą wejść od strony mechaniki tak zwanej kwantowej, czyli chcą zrobić mechanikę na poziomie jeszcze mniejszym niż atomowym, żeby manewrować polami atomu. Jak się okazuje, manewrowanie polami atomu nie za bardzo jest takim konceptem spójnym, bo trzeba wejść jeszcze głębiej. Właściwie manewruje się polem, który my nazywamy neutronem i dopiero to daje nam możliwość robienia tych dziwnych rzeczy, zmieniania właściwości materiału. Jak się okazuje, możemy zmienić każdy materiał, który jest tu obecny w tym wymiarze, na materiał, który jest z tej wyspy stabilności, bo my nawet nie zauważymy różnicy pomiędzy tym materiałem. To jest jak różnica pomiędzy wodą. To jest dalej ta sama przezroczysta woda. Różnicę widzisz tylko wtedy, kiedy ją zamrozisz na kostki lodu i wrzucisz do normalnej wody. Tylko wtedy widzisz, że te kostki lodu akurat zawsze spadają na dno.
Normalny lód zawsze pływa po powierzchni. Tego nie widać. To nie jest coś, co jest widoczne. Tak samo jak promieniowanie radioaktywne. Przecież jak wchodzisz na teren Fukushimy, to nie wita cię wielki holograficzny plakat pod tytułem: „Jestem chmurą radioaktywnego dymu. Wyskakuj stąd”. Tylko widzisz piękne, przejrzyste powietrze, błękitne niebo. Nawet sobie sprawy nie zdajesz z tego, że dookoła jest potężne promieniowanie. Najwyżej widzisz dziwnie zdeformowane rośliny, ale wiesz, nigdy tu nie byłeś. Może zawsze tu tak rosły.
Także historia zaczyna się układać w takie grube kombinacje. I jeżeli sprawdzisz te ośmiokątne, sześciokątne kształty i tak dalej, wszystkie tajemnicze geometryczne rzeczy, które pochodzą z Egiptu, to się okazuje, że właściwie mamy do czynienia z tym samym. Czy chcemy, czy nie. Czy chcemy, czy nie, to już jest kwestia twoja. Czy ty chcesz, czy nie chcesz. Ja bardziej chcę. Także tutaj stoję na stanowisku, że wracamy do jakiejś starożytnej wiedzy i ta starożytna wiedza ma coś wspólnego z tym, co my nazywamy teraz fizyką nuklearną. To jest coś, co tam zostało gdzieś w starożytnym Egipcie dawno zakopane, zniszczone przed nami, schowane, żebyśmy uwierzyli w jakieś bóstwa, w jakichś bożków, nie wiadomo w co. Bo wiadomo, że jeżeli obsługujesz takie potężne pola i potrafisz robić to na przykład myślami, bo czemu nie? To jesteś w stanie wyświetlić dowolny napis na dowolnym murze siłą woli, tak jak koleś, który jest w stanie siłą woli rozpalić gazetę, gdziekolwiek jest i jakakolwiek gdyby to nie była gazeta.
Otóż to. I pewnie jest jeszcze w stanie ją wysuszyć, jak się zamoczyła gdzieś po drodze i ją rozpalić bez żadnego problemu. To jeżeli takie rzeczy są możliwe, to dlaczego pojawienie się napisu na ścianie będzie niemożliwe? Dlaczego zamiana jednego przedmiotu w drugi nie będzie możliwa? Jasne, że jest możliwa. Przecież to tylko kwestia interakcji i kwestia dorwania się do tych interakcji. Także może się okazać, że ta wyspa stabilności jest związana z troszeczkę innym interfejsem, że to już nie jest tak, że naciskasz guzik, tylko że to jest tak, że musisz pomyśleć i musisz wykonać ten skok w sobie, czyli Ten swój potencjał atomów, elektronów, pH naszej krwi i kilka innych czynników musi być takie, że tak jak u alchemika. Alchemik jest częścią procesu. W ogóle w tym alchemicznym podejściu do sprawy jest kawałek tajemnicy schowany, który się nazywa część procesu. Alchemik jest częścią procesu, a proces trwał od 7 do 14 lat i alchemik się przygotowywał.
Musiał zbudować w sobie stabilne emocje, być stabilnym reaktorem emocjonalnym po to, żeby móc bez problemu dokonać transmutacji. Wyobrażasz to sobie? Jest to zapisane w praktycznie każdym traktacie alchemicznym, że musisz opanować swoje emocje, poskromić swoje żądze i tak dalej. Wręcz dostajesz kodeks moralny, bardzo moralny, że tego nie robimy, to robimy. Nie możemy tego. Trzeba bardzo transparentnie sobą żyć. I trwa to 7 lat, ponieważ w tym momencie wymienia się nasza krew. Zresztą legendy o Świętym Graalu mówią o używaniu ludzkiej krwi do transmutacji, ale krwi alchemika. Poważnie. Jest taka legenda, że tym Świętym Graalem jest między innymi nasza krew po zmieszaniu z czymś.
Tutaj historie są jeszcze bardziej zabawne, bo wracając do piramid, tu już się grzebiąc kompletnie w tych piaskach, do czego jeszcze będę wracał w następnych odcinkach po dzisiejszym zamotanym odcinku, okazuje się, że mamy do czynienia z bardzo ciekawą wiedzą, dokładnie tą samą nuklearną wiedzą na temat budowania tych sfer dookoła neutronów, dookoła nukleia i tak dalej, wszystkich tych protonowo-neutronowych historii w biologii średniowiecznej, alchemicznej. Okazuje się, że niektóre rośliny są tak opisane, że mają połączenie z żelazem, mają połączenie z czymś innym. Każda roślina ma swojego patrona w postaci gwiazdy, w cudzysłowie mówiąc. Nazywa się to sygnatury planet. Każda roślina ma swoją sygnaturę kosmiczną i rośnie wtedy, kiedy są konkretne planety na niebie. W naszych czasach traktujemy to tak: „Okej, po prostu biodynamika. Jasna sprawa”. Ale alchemicy traktowali to całkiem serio i o wiele bardziej poważnie. Traktowali to tak jak fizycy jądrowi. Wiadomo, że każdy z tych świecących obiektów na niebie dzięki temu jest fotografowany, ponieważ wysyła specyficzną radiację, którą jest w stanie złapać teleskop i przetłumaczyć ją na kolor taki i taki, dzięki czemu na ekranie możesz sobie na tapecie ustawić zdjęcie Mgławicy Andromedy, które wygląda szalejąco.
W rzeczywistości to jest promieniowanie, które dociera do Ziemi. Teraz sobie wyobraź, że masz roślinkę, która rośnie tylko wtedy, kiedy dokładnie to promieniowanie jest w zenicie, kiedy trafia dokładnie tam, gdzie ma trafić. I ta roślinka wtedy zaczyna kwitnąć. I to jest jej sygnatura kosmiczna. Tylko wtedy, kiedy jest konkretna kombinacja planet na niebie. Wiedzieli o tym alchemicy, wiedzą o tym doskonali, wyborni zielarze. Oni się znają na tych wszystkich cyklach, kiedy należy zrywać jaką roślinę, bo to nie są czary-mary. Okazuje się, że kiedy zerwiesz roślinę parę godzin później, roślina praktycznie jest o połowę słabsza niż roślina zerwana o konkretnej porze, jeszcze przed świtem albo tuż po, a w południe nie ma w ogóle takich właściwości. Natomiast wieczorem ma już inne właściwości. Są takie rośliny na świecie.
Właściwie każda roślina ma podobną charakterystykę. I te sygnatury kosmiczne tutaj sklejone jako taki reaktor kosmiczny, który cały czas operuje na Ziemi, bo wystarczy tylko stanąć w odpowiednim momencie, w skrzyżowaniu gwiazd na niebie, na odpowiednim kosmicznym skrzyżowaniu, złapać konkretne rośliny. Alchemicy używali roślin. Zrobić wywar z tych roślin, który będzie zawierał te wszystkie cząsteczki. Tu jest ciekawa sprawa związana z tym, co zawierają rośliny, bo rośliny wyciągają wszystkie minerały z gleby i jest grupa roślin, która wyciąga praktycznie wszystko. To jest okej. To nie jest tak, że to niszczy ziemię. Na tym polega ten cały cykl, bo te minerały są wyciągane z głębokich pokładów na płytką powierzchnię, dzięki czemu użyźniają całą ziemię. To część naszego ekosystemu. W układach korzeniowych niektórych roślin jest taki reaktor, że jeżeli zbierzesz te wszystkie rzeczy do kupy i policzysz liczbę atomów tych substancji, które tam są, sprawdzisz, że to jest na przykład substancja ileś tam razy węgiel, bo to jest osiem osłon elektronowych, że coś jest coś tam.
Tu mam kawałek wapna w tej roślinie, kawałek czegoś tam. To plus to tworzy ciekawy skok. I nagle się okazuje, że połączenie niektórych minerałów, niektórych witamin, niektórych substancji organicznych to jest w rzeczywistości połączenie różnych substancji radiacyjnych. I teraz, kiedy się zsumuje i jak dobierzesz niektóre rośliny, akurat te dwie razem albo te trzy razem, albo te cztery razem nagle dadzą ci ten skok, ten magiczny numer, który zaczyna się od ośmiu, a później skacze jakieś setne, trzy setne i tak dalej. Te liczby neutronowe 114, 184 i tak dalej. Dziwne? Wcale nie do końca. Jak się okazuje, w dzisiejszych czasach pozyskuje się masę materiałów, pierwiastków ciężkich i szlachetnych właśnie z takich niskich pokładów, ponieważ systemy korzeniowe roślin zostawiają po sobie w ziemi wszystkie te minerały, szczególnie jeżeli gdzieś są nad morzem, gdzie jeszcze jest słony wiatr od morza, który pozwala na szybszą erozję. Nazywamy erozją, ale to też jest związane z mineralizacją różnych pierwiastków w tej najbardziej płytkiej warstwie gleby. Także się okazuje, że w takiej roślince masz reaktor jądrowy.
Tylko że to nie jest reaktor jądrowy, który działa od początku do końca, tylko musisz ją wziąć, sprawdzić, co to jest, dodać drugą roślinkę i może przypadkiem zostaniesz takim alchemikiem, który wrzuci parę roślinek do kociołka, wrzuci do tego kawałek miedzi, zrobi coś jeszcze, zamiesza Zrobi do tego odpowiednie czary-mary, odpowiednio się sam zestroi w tym kosmicznym procesie. Będzie jak roślinka, która dokładnie na tej kombinacji gwiazd stanie dokładnie twarzą do Wschodu, plecami do Zachodu. Machniesz nad kociołkiem rękami kilka razy i nagle się okazuje, że w kociołku wszystko się zamienia według twojej woli. Czyli jeżeli chcesz zamienić złoto w ołów, to się zamieni złoto w ołów. Jeżeli chcesz zamienić ołów w złoto, się zamieni ołów w złoto. Okazuje się, że te bajki o alchemikach, jak je popularnie nazywamy, którzy dokonywali transmutacji, wcale nie są bajkowe z punktu widzenia najnowszej nauki, oficjalnej, bo to nie jest żadna wyklęta, zakazana nauka ani nic z tych rzeczy. To jest jak najbardziej oficjalne, badane. Jest to gałąź nauki, jedna z tych określanych na chyba najbardziej przyszłościową w najbliższych czasach. Ma największy potencjał, bo tam jest schowana tajemnica Świętego Graala, tajemnica naszej krwi. Nasza krew, tak jak u tego alchemika, jak przejdziemy ten proces i staniemy sobie na tym skrzyżowaniu kosmicznym, to w tym momencie jest kolejnym składnikiem w reaktorze.
Przecież człowiek jest takim reaktorem, cały czas promieniuje. Zdjęcia robione aparatem kirlianowskim i nie tylko. Promieniowanie żywego organizmu, doskonale znane w biologii. Prosta historia. To promieniowanie to jest różnica krwi między nami. Takie proste rzeczy. Ciekawie to wygląda. Zobaczymy, co się będzie działo dalej w tej nauce, bo nawet w tej oficjalnej nauce pojawił się dryf troszeczkę w bok, który próbuje złapać rzeczywistość taka, jaka jest, a niekoniecznie taka, jaką sobie ktoś w teoriach i założeniach wymyślił. Czyli nie jest tak źle. Myślę, że świat idzie w dobrym kierunku od tej strony.
Zobaczymy, co się będzie działo dalej z tą teorią, bo dalej jest to oficjalnie oczywiście nazywane teorią wyspy stabilności. W fizyce nuklearnej tak się nazywa nuklearna wyspa stabilności. Czyli kiedy ciężkie izotopy bliskie magicznych numerów protonów i neutronów odwracają swoje właściwości i stają się cięższymi pierwiastkami niż uran, a jednocześnie stałymi, także nikogo nie zabiją. Dżentelmen, który to wymyślił, nazywał się Klaus Blaum. To on oczekiwał tej wyspy stabilności w tym konkretnym miejscu tak zwanych mas atomowych. Zauważył, że tam jest taki skok. To trochę taki Fibonacci, że zapisał sobie, jak się mnożą króliki. Wiadomo było, że w pewnym momencie, mając na przykład 100 królików, następna partia będzie wynosiła 144. Coś w tym stylu, te sekwencje Fibonacciego. Tu jest dokładnie podobnie, tylko że każdy skok jest coraz dłuższy.
Na to wygląda. Zresztą podejrzewam, że jeżeli uda nam się dokonać pierwszego skoku jako cywilizacji, wskoczymy w ten wymiar, to właściwie jakbyśmy wskoczyli w każdy wymiar, bo w tym momencie już oznacza, że możemy skakać pomiędzy różnymi stanami materiału i materializacji rzeczywistości. Bo to, z czym mamy do czynienia, są dwa punkty, w których materializuje się rzeczywistość i możemy korzystać z tego, jak z plasteliny lepić swoją własną Ziemię. Cokolwiek chcesz, jakąkolwiek formę energii, formę życia, jakiekolwiek warunki do życia, egzystencji, cokolwiek by to nie było, to daje ci dosłownie to, co się dzieje w bajkach. Daje ci możliwość tworzenia świata od zera, od nowa, bycia rzeczywistym Bogiem, panem stworzenia. Ja sobie myślę, że w rzeczywistości to jest właśnie to, o czym tutaj często mówię. To jest clou tej starożytnej wiedzy, która była na świecie jeszcze 6000 lat temu, że to my jesteśmy panami stworzenia, pod warunkiem, że oczywiście mamy wiedzę, jak to robić. Nie na zasadzie, że jesteśmy, bo jesteśmy, tylko jesteś wtedy, kiedy się nauczysz to robić. Jesteśmy tak skonstruowani, że mamy do tego predyspozycje. Jesteśmy nosicielami tej wiedzy.
Natomiast czasami się okazuje, że potrafimy zapomnieć na 6000 lat prawdopodobnie. Przede mną teraz czytanie książki „Serpent in the Sky” Johna Anthony'ego Westa. Książka ma podtytuł „The High Wisdom of Ancient Egypt”. Tak się nazywa. Oficjalnie ta część nauki nazywa się kematology od nazwy oryginalnej Egiptu Kemet. Jak się okazuje, tam te wszystkie numery z protonami, neutronami, atomami się non stop powtarzają w tych budynkach, w tej architekturze. Wszystkie te kombinacje gwiazd, jeszcze te rysunki. To wygląda, jakby ktoś dosłownie postanowił przenieść fizykę nuklearną w nowy wymiar. Myślę, że to się właśnie dzieje na naszych oczach. To wszystko zmienia naprawdę się bardzo mocno, bardzo szybko.
Nawet nasze konserwatywne myślenie o tym, czy był atom, czy nie był, nagle uległo totalnej defragmentacji. Właściwie okazuje się, że świat wygląda zupełnie inaczej, że to jest tak wielowymiarowa historia, że zabawy w myślenie o czymś takim jak prawa termodynamiki w tym momencie zakrawają naprawdę na słaby dowcip. Dobra, to tyle, co chciałem ci dzisiaj opowiedzieć. Droga słuchaczko, drogi słuchaczu, mam nadzieję, że przeżyłeś moją gadaninę dzisiaj i wszystkie problemy techniczne. Nam się w kilku momentach ciężko było skupić na tym, jak ci to wytłumaczyć, bo też jest to troszkę zawiły temat. Łatwo to tłumaczyć, kiedy sobie tam rysujesz na tablicy, ale myślę, że złapałeś, o co chodzi. Ciekawa historia. Sprawdź sobie, jak to wygląda na internecie. Po angielsku się nazywa Island of Stability, po polsku Wyspa Stabilności. Ciekawa rzecz, ciekawa refleksja.
Okazuje się, że my tak naprawdę nie odkrywamy nic nowego. Wracamy, taka jest moja konkluzja, że tak, ale nie jestem pewien na 100%. Ja mogę być pewien, ale ty sobie myśl, co chcesz. Także być może prawdopodobnie wracamy do tej oryginalnej wiedzy i część tej oryginalnej wiedzy jest schowana w fizyce nuklearnej. I to jest ta zagadka, dlaczego ewolucja nauki, ewolucja rozwoju człowieka zakłada przejście przez tak destrukcyjną siłę, która musi się pojawić w postaci bomby atomowej po to, żeby zrozumieć kilka rzeczy, które Nagle powodują, że przestajemy się zabijać, bo odkrywamy Świętego Graala i to w takim ujęciu, że każdy może mieć tego Świętego Graala i każdy jest tym Świętym Graalem właściwie de facto. Dlatego religie tak się boją nauki, bo w tym momencie jest już po wszystkich bóstwach. Ty jesteś bóstwem. I nie ma tak, że będziesz płacił komuś za tak zwane doradztwo, bo on ma kontakt lepszy z jakimś bóstwem innym i on ci będzie mówił, co masz zrobić. Troszeczkę zmienia się układ sił. Na to wygląda.
I chyba to jest coś, o czym bardzo wielu ludzi chciałoby, żebyśmy w ogóle nie wiedzieli, żebyśmy nawet się nie domyślali, że świat może tak wyglądać. Ale jak się okazuje tysiące lat do tyłu wszystkie wykopaliska archeologiczne na świecie mówią coś zupełnie przeciwnego w stosunku do tego, co próbuje się nam dzisiaj opowiedzieć o naszej historii. I wszystkie coraz bardziej przypominają właśnie koncepcję świata opartego na neutrino, na neutronie, a nie na protonie. Taką bardzo naukową koncepcję, która pojawiła się w jak najbardziej istniejących, działających, pracujących reaktorach termonuklearnych aktualnie na świecie. Ciekawa sprawa, gdzie nas to wszystko prowadzi. Bardzo ciekawa. To ja cię zostawiam tutaj samodzielnie z tą refleksją. Baw się dobrze, człowieku, miłego weekendu, miłej niedzieli jeżeli słuchasz tego tu i teraz. Właśnie jeszcze wskoczę na czata Radia Na Fali. Przypominam, że Radio Na Fali ma stronę.
Ja na razie się obijam. Radionafali.com tak to się nazywa. Ale tak, strona jest, wszystko jest. Jest też Facebook, też się obijam troszkę na Facebooku. Książę nadrabia za mnie. W środę zapraszam w ogóle do księcia. Książę tam opowiada właśnie o pszczołach i to jest w ogóle ciekawy temat, bo właściwie w mikroskali pszczoły dokładnie zachowują się prawie jak proton, neutron. Taka sama historia. Ciekawa. Przeskoki w czasie i przestrzeni.
To co, proszę państwa, to ja się zawijam. Życzę jeszcze raz miłej niedzieli i miłego relaksu. Sorry za moje dzisiejsze zmotanie, ale też ciężko mi się opowiada o takich rzeczy jak protony, neutrony w hiperprzestrzeni w sobotni wieczór, ale mam nadzieję, że było ciekawie. Zapraszam za tydzień będzie więcej już zwłok z szafy, bo książka Johnego Anthony'ego Westa, jednego z moim zdaniem największych specjalistów w sprawach starożytnego Egiptu, aktualnie żyjącego. John ma chyba 91 lat aktualnie. Wow! I to jest jego jedna z takich kultowych książek, pozycji naukowych. Także ja sobie wracam do książeczki i sobie poczytam i ciekaw jestem co tu w ogóle znajdę i na pewno coś ci trochę na ten temat opowiem za tydzień, bo ja też mam swoje własne refleksje na temat Egiptu właśnie od tej strony nuklearno-plazmowo-radiacyjnej, bo tak to się nazywa. To są zjawiska plazmowe w reaktorze. Otóż to.
Opowiem o tym za tydzień. A tymczasem się zawijam. Znikam zza mikrofonu. Jutro mam intensywny dzień, także nie ma dzisiaj wieczorowej pory. Ja się po prostu zawijam wyspać. Także człowieku, miłej niedzieli, miłego słuchania księcia Edwarda we środę ja też się pojawię. Mam nadzieję, że książę będzie. Może będzie na żywca. Zobaczymy. Kto wie.
Zapraszam do archiwów Radia. Zapraszam przede wszystkim do czasusnu.com. Zapraszam do Radia Paranormalium, które retransmituje „Hiperprzestrzeń” i właściwie nadaje teraz na sprzęcie Radia Paranormalium. Także pozdrawiam serdecznie Ivelliosę i wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium. A przypominam, że tam są debaty ufologiczne i tam panowie, aczkolwiek czasami się podpierają nieustannie kimś cudzymi pracami, książkami i filmami, co czasami mnie zaskakuje, to jednak mają bardzo ciekawe koncepcje na temat właśnie UFO i wszystkich tych rzeczy. To jest ciekawa sprawa, bo jak się okazuje to też nie jest wcale tak daleko od tego konceptu na przeskakiwaniu pomiędzy wymiarami. Bo być może wyobraź sobie, że te wszystkie UFO, te wszystkie statki to jest technologia, która posiada możliwość konstruowania tych troszeczkę innych pól dookoła tej wyspy stabilności i dzięki tej umiejętności potrafi sobie przeskakiwać pomiędzy wymiarami. Kto wie. Być może niedługo się dowiemy. Ja tymczasem znikam.
Czas się wyspać, odpocząć w końcu przy sobocie, po robocie. Czas i na mój relaks, człowieku. Także dzięki, że tu wpadłeś. No koniec tego porządku. Ciągle coś przestawiam na tym biurku. No właśnie. Dobra, koniec tego słuchowiska. Wracam do tego bajzlu. A my usłyszymy się za tydzień. A ty słuchałeś „Hiperprzestrzeni” w radionafali.com.