[01:02] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, którą wielu słuchaczy w komentarzach nazywa najlepszym, co mogło spotkać polską ufologię w ostatnich latach. Przy mikrofonie Marek Sęk „Ivellios”. A dzisiaj po drugiej stronie Skype'a w 54. już debacie ufologicznej online są z nami: współprowadzący nasze debaty Piotr Cielebiaś z „Nieznanego Świata”. Witaj, Piotrze.
[01:29] - Dobry wieczór wszystkim.
[01:30] - Pisarz i publicysta Marek Żelkowski, również współpracujący z „Nieznanym Światem”. Witaj, Marku.
[01:36] - Dobry wieczór.
[01:36] - Również współpracujący z „Nieznanym Światem” publicysta Przemysław Nowakowski. Dobry wieczór, panie Przemku.
[01:43] - Dobry wieczór, witam państwa.
[01:44] - Oraz nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy. Dzisiaj atomowo-wojno-bogolog Chris Mikina. Witaj, Chrisie.
[01:52] - Dobry wieczór, witam atomowo.
[01:54] - Zanim przejdziemy do właściwego tematu naszej audycji, którym będą dzisiaj atomowe wojny bogów, podam już na początku, jak zawsze kontakty do Radia Paranormalium, bowiem 54. debata ufologiczna online, tak jak prawie zawsze, realizowana jest w całości na żywo. Można do nas dzwonić na nasz numer telefonu 32 746 00 08. Skype: radio.paranormalium.pl. Można również pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czacie Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl. Zbieramy również pytania i komentarze z czata, który towarzyszy naszej transmisji na YouTube. Jeżeli ktoś woli, to może nas znaleźć na Facebooku na kontach Radia Paranormalium i portalu Infra albo też na grupach tematycznych Radia Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”, bądź wysyłać nam pytania drogą e-mailową na adres radio@paranormalium.pl. Pamiętajcie państwo też tak słowem wstępu, że debaty ufologiczne to nie jest audycja, wbrew temu, co niektórzy piszą, stworzona przez domorosłych ekspertów, ale osoby, które zajmują się zjawiskami z pogranicza albo piszą o nich od wielu lat i zajmują się tym tematem zawodowo. Obcy kolonizatorzy, którzy zjawili się na Ziemi przed tysiącami lat, toczyli między sobą wojny, po których ślad zachował się w starożytnych mitach i eposach.
Tak twierdzi jedna z najpopularniejszych teorii wchodząca w skład paleoastronautyki. Dziś przyjrzymy się kilku poszlakom i potencjalnym dowodom na epicką atomową wojnę bogów, jaka tysiące lat temu miała przetoczyć się przez trzecią planetę od Słońca. Panowie, atomowa wojna bogów to bardzo chwytliwy, ale nieuporządkowany temat. Co możecie powiedzieć o tym wątku teorii o starożytnych astronautach? Kim mieli być bogowie toczący epickie wojny opisane między innymi w „Mahabharacie”? A może wcale nie byli to przybysze z nieba, tylko pracywilizacja, która wskutek wojen jądrowych zatarła po sobie wszelkie ślady? Tradycyjnie pierwszemu oddajmy głos Piotrowi Cielebiasiowi. Piotrze?
[04:12] - Dziękuję. Rzeczywiście atomowa wojna bogów to temat tyle ciekawy, co bardzo chaotyczny. Bo tak naprawdę, o ile w programach typu „Starożytni kosmici” regularnie przywołuje się wątki takie choćby jak Mohendżo-Daro, to tak naprawdę mało kto jest w stanie włożyć tę teorię w jakieś szersze ramy. Ja może tym, którzy nie wiedzą, o co chodzi, wyjaśnię w kilku słowach, na czym polega właśnie ta teoria o atomowej wojnie bogów. Mówi ona, że zarówno ślady materialne, jak chociażby te znalezione w Mohendżo-Daro, jak i wskazówki zawarte w mitach hinduskich, mezopotamskich sugerują, że przed tysiącleciami przez Ziemię przetoczyła się wojna jądrowa toczona przez bliżej nieznaną grupę, bliżej nieznanych osobników, którzy upamiętnili się w naszych wierzeniach jako bogowie. Kim oni mogli być? Niektóre z mitów dają nam wskazówki odnośnie pochodzenia tych istot. Natomiast niektóre ze źródeł pokazują już ten konflikt w zupełnie innym formacie. Mnie o atomowej wojnie bogów mówić jest szczególnie trudno, dlatego że jestem historykiem i troszeczkę zgłębiałem ten temat i muszę powiedzieć, że napotykam na tym polu na bardzo duże przeszkody. Trudno mi powiedzieć jednoznacznie, że ta wojna była lub jej nie było.
Natomiast wiele wskazuje na to, że w pewnych miejscach na świecie coś się wydarzyło. Osobą, która starała się tę hipotezę wpisać w jakiś szerszy scenariusz był Zecharia Sitchin, dobrze wam znany, który jak pamiętacie, stworzył teorię, stworzył tę całą sagę w zasadzie o Anunnaki, przybyszach z obcej planety, kolonizatorach Ziemi, panach Ziemi, twórcach człowieka. I to Sitchin właśnie poprzez opisywanie tutaj konfliktów między Annunakami starał się jakoś tę atomową wojnę bogów, powiedzmyDopasować do naszej historii, bo tak naprawdę to panowie się chyba zgodzicie, że ten wątek zasadniczo nie pasuje do żadnej z teorii. Dlaczego ta wojna miałaby się przetoczyć? Dlaczego są ślady użycia takiej broni? A nie ma cywilizacji, która by mogła tego dokonać. Stąd pytanie, czy to była cywilizacja tutejsza, ziemska, czy raczej doszło do bardzo dziwnego incydentu, kiedy na Ziemi interweniowała jakaś zewnętrzna obca siła, doprowadzając do tego, że niektóre budowle zostały zniszczone w sposób właśnie taki. Sięgniemy pamięcią do Biblii, do opisu zniszczenia Sodomy i Gomory. On przecież podawany jest jako jeden z głównych argumentów za upamiętnieniem atomowej wojny bogów w naszej wierze. Niektórzy idą jeszcze krok dalej.
Mówią, że trzeba to rozpatrywać troszkę z innego punktu widzenia, że atomowa wojna bogów to tak naprawdę element szerszego planu. Planu związanego z tym, o czym również wspomina Biblia, o czym wspomina bardzo wiele mitów na całym świecie. A chodzi tutaj o plan, nie użyję tutaj sławnej „populacji”, ale plan odnowy populacji Ziemi co jakiś czas. Znany nam dobrze mit o Noem mówi przecież, że Bóg zdenerwował się na niecnych ludzi, dlatego zesłał potop na oczyszczenie ziemi. Ten sam wątek pojawia się w mitach o Manu, w micie hinduskim o królu Manu, w mitach mezopotamskich, z których powstał mit o Noem i tak dalej. Dlatego też dzisiaj będziemy rozmawiać na bardzo trudne mimo wszystko tematy, bo obok wątków zawartych między innymi w „Mahabharacie”, obok wątków zawartych w Biblii trudno przejść obojętnie. Tym bardziej że istnieją przecież namacalne formy, namacalne dowody, poszlaki może raczej sugerujące, że coś takiego jak atomowy konflikt, może na nie planetarną, ale na mniejszą skalę mógł się przetoczyć światu. Chociażby słynne zeszklone forty, o których jeszcze będziemy mówić. Dlatego tak to wygląda z mojej perspektywy. Tak wygląda to krótkie wprowadzenie.
Nie ma wątpliwości, że archeolodzy, egiptolodzy i wszyscy ci, którzy zajmują się badaniem tajemnic dawnych cywilizacji, nie znają pełnej rozciągłości naszej historii. To, co dzieje się w ostatnich latach na tym polu, pokazuje nam, że nasza cywilizacja może być dużo starsza. Ma znacznie dłuższy rodowód. Natomiast badania pokazują, że nie ma tam się czego doszukiwać, jakichś śladów bardzo zaawansowanych cywilizacji, które byłyby w stanie doprowadzić właśnie do takiej wojny. Bo wiele osób uważa, żywi taki pogląd, że na Ziemi przed naszą cywilizacją istniała jakaś cywilizacja równie zaawansowana, która mogła zginąć w wyniku wojny jądrowej. Nie pozostał po niej żaden ślad. Moim zdaniem ta teoria nie ma zbyt dużych podstaw i doszukiwanie się atomowej wojny bogów, moim zdaniem na Ziemi również chyba nie przyniesie skutku. Taką mam koncepcję, ale to tylko moje zdanie. Przemku, co sądzisz o samej teorii atomowej wojny bogów? Czy jest w tym jakieś ziarno prawdy?
[10:00] - Cieszę się, że mówię po tobie, Piotrze, bo wreszcie mogę się z tobą nie zgodzić. Generalnie tak jak zazwyczaj jesteś osobą mocno wierzącą w ingerencję przybyszów z zewnątrz, tak tym razem jesteś sceptyczny co do tego, czy rzeczywiście mogli oni doprowadzić do jakichś konfliktów atomowych na Ziemi w przeszłości. A ja z kolei przekornie powiem, że tak jak jestem sceptyczny co do tego, że przybysze z innych cywilizacji nas odwiedzają, tak głęboko bliska mi jest hipoteza, że do jakichś nadzwyczajnych wydarzeń przy użyciu technologii stworzonej przez człowieka mogło w starożytności dojść.Mówiłeś o tym, że trudno wskazać cywilizację, która byłaby w stanie wytworzyć taką technologię. A przecież zapominamy w tym momencie o tych cywilizacjach, które są, chociaż w mitologiach i legendach, ale jednak badane od setek lat. O tych cywilizacjach, które miały ulec zniszczeniu dawno temu. Jest w Ameryce Południowej takie miasto Tiahuanaco, o którym niektórzy naukowcy mówią, że być może ma nawet 17 000 lat i pamięta czasy zupełnie innej geografii kontynentalnej, zupełnie innego układu sił na naszym globie. Tak na dobrą sprawę może być tak, że my nie mamy żadnych dowodów i historycznie nie jesteśmy w stanie sprawdzić, jaka cywilizacja mogła dysponować ogromnie zaawansowaną technologią, jeżeli ta cywilizacja uległa zagładzie. Wracając do meritum, czyli do samych wojen atomowych. Wspomniałeś, że mowa o tym jest w Mahabaracie, że mowa o tym jest w Biblii. To może połączmy pewne wątki.
Sodoma i Gomora, czyli biblijny motyw wiążący się ze śmiercią żony Lota, wiążący się z emigracją Abrahama z Ur do Kanaanu. Według biblistów ma miejsce około 2000 roku p.n.e., czyli dokładnie w tym samym czasie, kiedy wspomniany przez ciebie Sitchin mówił o złym wietrze z Ur, który zniszczył niemal całkowicie tajemniczą cywilizację Sumeru. To miał być rok około 2045 p.n.e. Według badaczy, którzy dokładnie się przyjrzeli temu problemowi, rzeczywiście w tym czasie doszło do gwałtownej zmiany klimatu w Ur. Sodoma i Gomora leżą bardzo niedaleko Ur. To jest bardzo podobna szerokość geograficzna. Natomiast bardzo dziwne, że mogło dojść do głębokiej zmiany klimatu w wyniku działania wulkanicznego. Taka jest najbardziej popularna teoria. Tyle że tam nie ma w okolicy żadnego wulkanu, a opis tego, co się wydarzyło w Sodomie i Gomorze, to jest opis bardzo podobny do tego, co możemy czytać dzisiaj u historyków na temat Hiroszimy i Nagasaki. Spójrzmy może na inne mitologie.
Mitologia hetycka, „Pieśń o Ulikumim” mówi o potężnej kamiennej postaci, która wyrosła z morza, zwiększając swe rozmiary w taki sposób, że sięgała głową gwiazd, wywołując panikę miejscowych i powodując pewnego rodzaju kataklizm nawet nie tylko na skalę ziemską, ale i na skalę okołoziemską. Kolejny cytat: Edda, czyli staroskandynawski mit. Taki cytacik: „ Skały kruszą się, niebo pęka, szaleją dymy i ogień. Płomieni żar wysoko strzela pod niebo”. Oczywiście ten najsłynniejszy cytat, który jest, czyli z Mahabaraty, o tej strzale, która niesie ze sobą całą siłę wszechświata, oślepiającej kolumnie dymu, płomieni jasnych jak 10 000 słońc. Oczywiście też będziemy o tym wspominać. To jest kolejny klasyczny dowód, ale nawet możemy szukać dalej. U Józefa Flawiusza słyszymy o piorunach i pociskach, które spadały na Sodomę i Gomorę, czyli już nie w samym biblijnym źródle. To są motywy, które oczywiście mogą wiązać się z jakimś gigantycznym wybuchem wulkanu, który mogą wiązać się z wielkim kataklizmem typu meteoryt, który się nagle u nas pojawia. Natomiast zadziwiające jest to, że niemal wszystkie one dotyczą bardzo podobnego okresu czasu, czyli datowanego około 4000 lat wstecz, około plus minus 300 lat.
Dotyczą bardzo różnych topografii, dość od siebie oddalonych, bo jeżeli mówimy o tych zeszklonych fortach, to one są właściwie na każdym kontynencie. Te starożytne zeszklone forty, które mogą sugerować, że coś się wydarzyło. Oczywiście to jest bardzo działająca na wyobraźnię hipoteza, że ludzkość dysponowała kiedyś taką wspaniałą technologią, że mogła sama siebie zniszczyć i zniszczyła. Bo to jest i fajna legenda ku przestrodze w naszych dzisiejszych czasach. To jest piękna historia sugerująca, że tak naprawdę nasz gatunek rozwinął się już dużo wcześniej, że nie było żadnego brakującego ogniwa, tylko po prostu cywilizacje, które gdzieś przepadły w otchłani dziejów. Jeżeli głębiej się temu przyjrzymy, to naprawdę są to tezy trudne do jednoznacznej weryfikacji, trudne do obalenia. Może właśnie dlatego, że jest ta piękna wyobraźnia, która tutaj wariuje, kiedy o tym mówimy, że do tego mogło dojść. Może to powoduje, że stajemy się trochę nieobiektywni w tych naszych kalkulacjach. Natomiast wydaje mi się, że zbyt wiele jest bardzo dosadnych cytatów istniejących w bardzo różnych mitologiach sugerujących, że coś z kosmosu nas spotkało, co bardzo przypomina opisy z Hiroszimy i Nagasaki. Bardzo w jakiś sposób.
Ten sławetny cytat Oppenheimera, który stwierdził po zapytaniu go, czy eksplozja w Alamo była pierwszą w historii, powiedział: „Na pewno pierwszą w tym stuleciu”. Dobrze wiemy, że Oppenheimer był miłośnikiem starohinduskiej literatury, więc też pewnie coś było na rzeczy. Być może sam podzielał ten pogląd, że atomowe wojny bogów to nie jest tylko mit. Być może jest w tym ziarno prawdy. Dzięki.
[15:34] - To może teraz Chris Miekina. Chrisie?
[15:36] - Ja się ustawię po przeciwnej stronie, czyli po tej samej stronie co Piotr. Dlatego, że uważam, że dzisiejszy temat jest w jakiś sposób bardzo niebezpiecznie atrakcyjny. Dlatego, że powołując się na takie obrazy jak Hiroszima i Nagasaki, znajdujemy coś podobnego, być może w opisach z przeszłości i staramy się znaleźć relacje pomiędzy jednym i drugim, jednocześnie sugerując, że coś takiego jak taka straszliwa broń, jak broń atomowa została użyta dawno temu w przeszłości. Spójrzmy może na mniej spektakularne przypadki tego typu pareidolií chyba. Bo na przykład w świątyni Hathor odkryto taki relief, który przedstawia ludzi trzymających żarówki, prawda? Od razu nagle jest oczywiście takie skojarzenie, że ci starożytni Egipcjanie posiadali prąd elektryczny.Zwróćmy uwagę, że jeszcze 100, 200 lat temu taka interpretacja nie byłaby możliwa, bo nie było prądu elektrycznego, nie było żarówki, nie było bomby atomowej. Dlatego takie porównanie nie było możliwe. Wraz z rozwojem technologii takiej, jakie mamy, od razu rzucamy się w stronę takiej interpretacji. Na ścianie starożytnej egipskiej świątyni w Abydos znajduje się szereg rozmaitych hieroglifów. Jeden z nich przypomina do złudzenia helikopter.
Od razu to wywołało serię interpretacji, że widocznie starożytni Egipcjanie mieli do czynienia z helikopterami. Ktoś u nich helikopterami latał, więc jednego takiego przedstawili na obrazku tylko dlatego, że jest podobny. W Kolumbii znaleziono słynne zabawki, które przedstawiały według wielu interpretatorów odrzutowce, między innymi Giorgio Tsoukalos nosi jedną taką kopię w swojej klapie. Od razu na tej podstawie stworzono tego typu teorie, zupełnie ignorując fakt, że mogły one przedstawiać chociażby owady. Takich przypadków mamy więcej. Następny, który mi się w tej chwili nasuwa, to chociażby Takha-ka-ry, maleńka drewniana rzeźba, która miałaby rzekomo przedstawiać szybowiec i wskazywać, że Egipcjanie szybowali sobie w powietrzu. Dalej hełmofony, w cudzysłowie oczywiście, hełmofony na głowach azteckich wojowników od razu zostały zinterpretowane jako hełmofony kosmiczne, bo w jakiś sposób przypominają hełmofony kosmonautów czy astronautów, czy choćby płetwonurków. Ale to jest mniej atrakcyjne, więc się wszyscy skłaniają ku kosmonautom i astronautom. W ten sposób eksploduje cała ta dziedzina interpretacji tego, co wydarzyło się w naszej przeszłości, zwana historią starożytnych astronautów i starożytnej wizytacji Ziemi przez kosmitów. Myślę, że przez taką nadinterpretację dochodzimy do bardzo niebezpiecznego momentu w określaniu tego, co wydarzyło się w przeszłości.
Dlatego niekoniecznie zgadzam się z takim huraoptymizmem, żeby sądzić, że w przeszłości wydarzyły się jakieś straszliwe wydarzenia. Wydarzyły się oczywiście, dlatego że przecież wyginęły dinozaury, nastąpił szereg potężnych kataklizmów, które kompletnie zmiotły życie na Ziemi, ale póki co, ponieważ nie mamy ani wiedzy na ten temat, ani broni na ten temat, nie ma teorii na temat tego, że na przykład była jakaś wojna o jeszcze potężniejsze bronie, która została użyta w tamtym dawnym czasie. Coś strasznie szumi, skrzeczy. Chyba vimana przeleciała nad głową. Wracając do tematu, jestem wobec niego bardzo ostrożny. Tak jak jest on atrakcyjny, tak jak łatwo się do niego rzucić z głową, tak można stracić głowę i stracić rozsądek w interpretacji tego, co widzimy w starożytnych pismach czy w starożytnych legendach. Oczywiście możemy odczytywać w ten sposób te wszystkie starożytne legendy i wszystkie te starożytne systemy wierzeń, ale nie zapominajmy, że przecież bogowie są ponadnaturalni i można im przypisać wszelkie możliwe właściwości. Dlatego każdy z nich miał potężną przewagę nad człowiekiem. Dysponował bronią, która dla niego była nieosiągalna. Mógł szybować w przestrzeni kosmicznej, mógł zmieniać wymiary, w których przebywał, ale to niekoniecznie oznacza, że przybył on z kosmosu, istniał naprawdę i rzeczywiście dokonał czegoś na Ziemi.
Do końca nie odrzucam faktu, że być może doszło na naszej planecie do jakiejś eksplozji nuklearnej. Być może ktoś zrobił to celowo. Rzeczywiście taką broń wypróbował na naszej planecie, ale niekoniecznie większość tych przypadków będzie mi się z użyciem takiej broni nuklearnej kojarzyła, choć tylko z tego względu, że akurat my na tym etapie naszego rozwoju mamy coś takiego do dyspozycji i wiemy mniej więcej, jaki efekt można osiągnąć, używając taką niszczycielską broń. Dziękuję.
[20:27] - I jeszcze Marek Żelkowski. Marku?
[20:29] - Tak naprawdę trudno mi jest zająć stanowisko, bo z jednej strony jest tak, że temat niezwykle ekscytuje moją wyobraźnię. Lubię science fiction i to gdzieś bardzo blisko zahacza. Te atomowe wojny bogów zahaczają o fantastykę naukową, ale kiedy popatrzy się na temat chłodno, to bardzo wiele rzeczy się nie zgadza. Postarałem się zestawić różnego rodzaju daty i tak jak Przemek wcześniej mówił o tym, że te daty mniej więcej się zgadzają, to oczywiście tak jest, tylko wtedy, kiedy się przyjmie jeden rodzaj interpretacji. Natomiast słyszałem również, spotkałem się z takim twierdzeniem, że zniszczenie Sodomy i Gomory miało miejsce ponad 3000 lat p.n.e. Jak było naprawdę? Chodzi o to, że dzisiaj jesteśmy tak odlegli od tamtych czasów, że wydaje nam się czasami, że przesunięcie czegoś o 500 lat w jedną stronę czy w drugą właściwie nie ma znaczenia. Z naszej perspektywy ma niewielkie znaczenie. Natomiast jeśli układamy zwartą historię, jakąś fabułę, to powinna następować zgodność. Tej zgodności nie zawsze widzę.
Pojedyncze historie, czyli jeśli rozpatrujemy dany krąg kulturowy, to rzeczywiście wszystko fajnie wygląda. Rzeczywiście wyobrażamy sobie wojnę czy to na obecnym Bliskim Wschodzie, czy w Indiach, czy jeszcze w innych regionach Ziemi. Natomiast jeśli staramy się to zestawić w jeden konflikt, to czasami się rozjeżdża. Wydaje mi się także, że z kolei wiara w to, że tych wojen atomowych w przeciągu dziejów było aż kilka, to jużTrochę to przekracza granice mojej wyobraźni. Poza tym mam takie niejasne wrażenie, że po starożytnych wojnach atomowych bogów pozostały zniszczone miasta, zniszczone budowle. Pozostało Mohendżo-Daro ze szkieletami na ulicach. Pozostały wielkie ruiny, które chcą niektórzy widzieć na Bliskim Wschodzie, pozostałości po miastach, które tam wówczas były. Ale zobaczmy, że nie pozostały tak naprawdę żadne artefakty świadczące o tym, że gdzieś tam kiedyś obcy ciskali, miotali jakąś broń. Nie mamy żadnych lądowisk. Oczywiście zaraz ktoś krzyknie w tej chwili: „Jak to nie mamy?
Mamy!” Jeśli chcemy naprawdę uwierzyć w tę wojnę atomową, myślę, że powinniśmy na całej Ziemi szukać takich elementów. Jeśli już idziemy tym tropem, że wyobrażamy sobie, w jaki sposób ona na przykład mogłaby przebiegać dzisiaj, to szukajmy elementów na świecie, które świadczą o zniszczeniu, ale również o całej infrastrukturze, która z tym zniszczeniem się wiąże. I to moim zdaniem byłby lepszy ślad niż dopatrywanie się uderzenia jądrowego w jakichś jednych, drugich, trzecich ruinach. Równie dobrym tropem, aczkolwiek trudniejszym, byłoby właśnie, tak jak powiedziałem, szukanie tej infrastruktury stricte wojennej. I to na razie chyba tyle.
[24:07] - Właśnie, Marku, bo my tutaj cały czas mówimy o wizji, którą tak naprawdę odziedziczyliśmy po kilku pisarzach, ale nie wiemy, jak to mogło przebiegać z drugiej strony. Cały czas mówimy, że atomowa wojna bogów, czyli istot, które tutaj były i były w jakiś sposób bardziej rozwinięte od nas, mogła przebiegać w ten czy w tamten sposób, że oni musieli bić się między sobą albo strzelali do nas. Ale spróbujmy zrekonstruować to w oparciu o to, co mamy. Bo ja nie mówię, że ja wierzę w tą hipotezę. Natomiast rekonstruując to na podstawie takiej związanej z tym, co otrzymujemy chociażby z analizy poematów hinduskich, to widzimy, że jest grupa ludzi, jednocześnie grupa bóstw, którzy toczą ze sobą walkę. Są dwie skomplikowane grupy. Przekładając to na jakieś bardziej zrozumiałe dla nas terminy, to musielibyśmy założyć, że na Ziemi pojawiła się cywilizacja, która miała ze sobą do wyrównania jakiś rachunki, nie mając lepszego pola do tej walki, wybrała sobie Ziemię i tutaj zaczęli się bić. Może bili się po prostu o to, kto nad Ziemią roztoczy opiekę lub kontrolę. Może bili się z powodu jakiegoś konfliktu, który wybuchł w ich łonie podczas podróży przez kosmos. Także ta wojna, która się tutaj toczyła, nie musiała być również taką przygotowaną, ustaloną potyczką czy też raczej kampanią ze strategami i z osobami, które miały określony koncept tego konfliktu.
Może to było coś zupełnie innego. Tutaj nieprzypadkowo napomniałem o tym na samym początku, że łączy się to z tymi historiami o masowym odnawianiu rodzaju ludzkiego, że pojawiały się różne fale na Ziemi, różne pokolenia, które były niszczone potem przez bogów, gdyż w ten czy inny sposób odstawały od ich koncepcji tego, jak człowiek powinien wyglądać. Wydaje się to wszystko bardzo zawiłe. Natomiast chciałbym was zapytać, jak wy sobie tak osobiście układacie scenariusz tej wojny? Kto by miał w niej walczyć w ogóle? Bo my cały czas rzeczywiście poruszamy się tutaj po bardzo nieokreślonym gruncie. Nie odpowiedzieliśmy w zasadzie na pytanie, kto by się z kim bił. Czy byliby to ludzie, czy byliby to nie ludzie? Ale załóżmy może przede wszystkim, że te ślady, które istnieją, wskazują na taki konflikt, że taki konflikt się pojawił. Uznajmy to na chwilę i zapytajmy, kto mógłby na nim skorzystać i jaki byłby to- gdyby po prostu wpadli tutaj na chwilę kosmici z jakiegoś drugiego końca galaktyki i zaczęli strzelać do ludzi.
Wydaje się to troszkę głupie. Jeżeli podejdziemy do tego od strony teorii spiskowych, to możemy uznać, że Ziemia jest pod nadzorem jakiejś inteligencji, która rzeczywiście stosuje takąTaką inżynierię społeczną na ogromną skalę. Czyli ona założyła tutaj cywilizację, ona tę cywilizację na pewnym stopniu rozwoju też niszczyła. Niszczyła swoje projekty, które stworzyła. I może stąd wzięły się te pogłoski o wielkich wojnach bogów i potopie. Ale jak mogło to wyglądać waszym zdaniem? Jak wy sobie to wizualizujecie, Marku?
[27:51] - Ja sobie, mówiąc szczerze, średnio to wizualizuję, ponieważ o bardzo ważnej rzeczy powiedział Chris, że dzisiaj, ponieważ kilkadziesiąt lat temu doszło do pierwszych bojowych wybuchów nuklearnych, a później mieliśmy jeszcze całą serię wybuchów ćwiczebnych, to dzisiaj pod tę wojnę starożytną podkładamy eksplozje nuklearne i to nam wszystko bardzo pasuje i całkiem nieźle wygląda. Ale równie dobrze już dzisiaj zaczyna się mówić o różnego rodzaju broniach związanych ze zmianą klimatu, z wywoływaniem trzęsień ziemi i tym podobnymi ingerencjami. Mam wątpliwość, czy za jakiś czas nie zacznie się mówić o tym, że na przykład potop to było również wykorzystanie bojowe jakiegoś rodzaju broni. Tylko ona się w naszych umysłach, albo właściwie nie tyle w naszych, co w umysłach naukowców pracujących na potrzeby wojska, musi nieco bardziej skonkretyzować. A może już się skonkretyzowała, tylko musi zostać ujawniona. Ale wróćmy do tego scenariusza atomowej wojny. Mówiąc szczerze, my chyba wszyscy dzisiaj podczas tej rozmowy jesteśmy w takiej konfuzji, bo właściwie nie wiadomo, co powiedzieć, kto z kim walczył. Może walczyli obcy między sobą, może mieli jakieś sprzeczne interesy tu na Ziemi, ale może ta druga teoria, może jakaś prastara cywilizacja ludzka walczyła z jakimś odłamem, innowiercami na przykład w swoim łonie. Ale równie dobrze, to już oczywiście nie jest mój pomysł, tylko pomysł scenarzystów, możemy sobie wyobrazić, że za kilkaset lat ktoś skonstruuje machinę czasu i nasi potomkowie cofną się gdzieś daleko w głębinę czasu i tam zorganizują małą, prywatną albo może całkiem nieprywatną wojenkę. Powtarzam, wyobraźnia scenarzystów i pisarzy jest właściwie nieograniczona i właściwie dzisiaj jesteśmy skazani na snucie tego rodzaju scenariuszy, co, mówiąc szczerze, nie wiem, czy nas w jakieś miejsce doprowadzi, bo w tej chwili właściwie zaczniemy rozważać różnego rodzaju scenariusze właśnie o takim charakterze science fiction.
Co komu w duszy gra, to zaprezentuje. Ale tak naprawdę myślę, że w całej rozmowie, jeśli już będziemy konkretyzować jakieś scenariusze, wypadałoby, czy warto byłoby, żeby ta rozmowa do czegoś nas sprowadziła, pokazać pewien kontekst. W jakim kontekście, waham się powiedzieć politycznym, bo o tamtej polityce właściwie ciężko nam mówić, w jakim kontekście organizacyjnym owe konflikty się odbywały? I ja na to pytanie, mówiąc szczerze, w taki odpowiedzialny sposób chyba nie odpowiem. Dziękuję.
[31:02] - Dziękujemy. Tak, atomowa wojna bogów. Temat trudny, bo w pamięci starożytnych, w mitach, w różnego rodzaju źródłach zachowały się wspomnienia o katastrofalnych wydarzeniach. Ale pojawia się też pytanie, czy te wydarzenia katastrofalne brane za wojnę albo przez nas interpretowane za efekt wojny, chociażby zniszczenie Sodomy i Gomory, czy one musiały być tak naprawdę związane z jakimś konfliktem? A może była to jakaś forma naturalnego kataklizmu, którego do końca jeszcze nie rozumiemy i który jest dość rzadki, bo zwróćmy chociaż uwagę na to, co mówił doktor Schock, który jest zdania, że tak naprawdę wiele katastrof w odległej przyszłości związanych było z niszczycielskim działaniem Słońca. I on twierdzi wprost, że ogromne kule plazmy, które spadały na Ziemię, mogą odpowiadać chociażby za słynne zeszklone forty. Czyli ta hipoteza o atomowych wojnach bogów w jego opinii byłaby kataklizmem naturalnym, który był bardzo widowiskowy, szokujący wręcz, ale który został po prostu źle rozpoznany. Ale do tego jeszcze przejdziemy. Chrisie, jak ty sobie wyobrażałbyś taką atomową wojnę bogów? Kto w końcu miałby tam z kim walczyć?
Czy przychylasz się do hipotezy Sicina, który mówił, że byli to jacyś pozaziemscy osadnicy, którzy przybyli na Ziemię, siedzieli tu tak długo, że stworzyli człowieka, a w końcu się o niego pobili.
[32:35] - Ja bym spojrzał na to wszystko w dużo szerszej skali, gdzie być może Ziemia byłaby i to, co się na niej wydarzyło, byłoby na samym końcu. A przyjrzyjmy się temu, co wydarzyło się w przestrzeni kosmicznej, a zwłaszcza w naszym Układzie Słonecznym. Jest taki wątek, który również jest dość popularny w myśleniu o ewentualnym istnieniu jakiejś obcej cywilizacji. Mam tu na myśli wątek wojen kosmicznych i wiele elementów, i są to elementy, które zostały stworzone przez często bardzo prominentnych naukowców. Wiele elementów wskazuje, że być może dawno, dawno temu, zaczyna się prawie ta moja wypowiedź jak początek „Gwiezdnych wojen”, ale to właśnie o „Gwiezdnych wojnach” mówię. Rzeczywiście miała miejsce wojna w przestrzeni kosmicznej i rzeczywiście w jakiś sposób dotknęła ona nasz Układ Słoneczny. Mnóstwo rzeczy na to wskazuje. Jest teoria brakującej planety, jest teoria ekstraplanety, planety X, planety Y, która rzekomo jest częścią naszego Układu Słonecznego. Co ciekawe, dziewiąta planeta zaczyna być czymś jak najbardziej realnym. Jest kwestia najrozmaitszych komet, które przebiegały i podążały przez nasz Układ Słoneczny, niosąc ze sobą pożogę i zniszczenie.
I to wszystko w jakiś sposób kumuluje się na Ziemi, ponieważ Ziemia, będąc częścią tego najważniejszego dla niej układu, Układu Słonecznego, nie pozostała temu obojętna. Co jakiś czas coś ją na tej Ziemi dotykało. Także zakładając, że istnieje jakaś inteligencja pozaziemska, zakładając, że ma ona bardzo dobrze rozwiniętą technologię, można też założyć, że ma kogoś, kto jest jej przeciwnikiem i w jakiś sposób go zwalcza. I wówczas gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą i dotyka to od czasu do czasu Ziemię. Ziemia i ziemianie są troszeczkę zdezorientowani, o co w tym wszystkim chodzi. Tworzą najrozmaitsze mitologie. Każda niemalże z tych mitologii mówi za każdym razem o jakimś zniszczeniu, o jakiejś tragedii, o jakimś zagrożeniu bądź o ciężkiej karze, która spotka ludzkość, jeżeli zrobi coś, co nie będzie po myśli tych właśnie władców z kosmosu, tych bogów, którzy rezydują gdzieś tam na nieboskłonie, czasami rezydują wewnątrz Ziemi. Człowiek przy nich jest maleńki i bezradny. I dlatego właśnie ja, patrząc na taką wojnę kosmiczną, widzę ją jako coś w bardzo szerokim kontekście, gdzie ewentualnie od czasu do czasu coś zaczyna się rozgrywać na Ziemi. Joseph Farrell pierwszą książkę, a właściwie pierwsze trzy książki, jakie napisał, dotyczyły właśnie piramidy w Gizie.I on w ostatniej z nich uznał, że piramida w Gizie była bronią kosmiczną.
Nazwał ją wręcz Giza, Gwiazda Śmierci, że potrafiła ona w jakiś sposób skumulować energię kosmiczną, odpalić ją i być groźnym elementem w tej wojnie kosmicznej. My dziś nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy rzeczywiście tak jest, bo z piramidą w Gizie związane są same zagadki, ale sam fakt, że jest absolutnie najzwyklejszą budowlą na naszej planecie, kompletnie niepasującą do miejsca, w którym stoi, w ogóle kompletnie niepasującą do czegokolwiek, co znamy z historii, jeśli chodzi przede wszystkim o jakość wykonania, skalę wykonania, inżynierię i samą myśl techniczną, jaka została prowadzona do jej zbudowania. Kto wie, być może właśnie te wszystkie elementy, te wszystkie miejsca, które my nazywamy megalitami niepasującymi do naszej historii, są właśnie po tych kosmicznych wojnach, że jakaś tam cywilizacja zostawiła czy swoją latarnię morską, czy jakąś zdalnie sterowaną, mówiąc dzisiejszym językiem, wyrzutnię czegoś, co miałoby odstraszyć przeciwnika. Bo jak wiemy od Sitchina, do którego wrócimy dziś nie raz, co jakiś czas pojawia się na Ziemi ktoś, kto coś z tej ziemi potrzebuje. Sitchin czytając gliniane tabliczki Sumerów odkrył, że Sumerowie mieli bardzo ożywione kontakty z kosmiczną rasą Annunaki, która przybyła na Ziemię po złoto, czyli coś bardzo od nas potrzebowała. Jeżeli ona tego potrzebowała, być może potrzebował tego także ktoś inny. W związku z czym taka kosmiczna rasa jak Annunaki potrzebowali odpowiedniej broni, siły i energii po to, by móc obronić swoją pozycję w razie czego, gdyby ktoś inny chciał uniemożliwić wydobycie tego złota bądź zabrać to złoto, bo komuś innemu, innej cywilizacji kosmicznej byłoby ono również potrzebne. Także ja patrzę na to właśnie z tej bardzo szerokiej perspektywy, która bardziej przypomina film „Gwiezdne wojny” i zawarte tam kolorowe historie niż realia. Ponieważ nie mamy żadnych konkretów, których możemy się dotknąć. Natomiast mamy różne elementy, które są niepokojące, które są wprost sugestią, że wydarzyło się coś absolutnie niezwykłego, coś, co nie pasuje kompletnie ani do czasów, ani do miejsca i że być może jest jakaś zewnętrzna ingerencja z tym wszystkim związana.
Ale tak jak powiedziałem na samym początku, podchodzę do tego ostrożnie i nie wpadam w zbyt wielki hurraoptymizm. Dziękuję.
[37:55] - I może to samo pytanie skierujmy do pana Przemka Nowakowskiego. Panie Przemku, prosimy.
[38:01] - Trochę czasu upłynęło, od kiedy ostatnio mówiłem, więc spróbuję sobie poskładać to wszystko, co moi przedmówcy mówili, żeby się w jakiś sposób odnieść do niektórych rzeczy, które mnie zaciekawiły lub ewentualnie coś miałbym do dodania. À propos tej Sodomy i Gomory, która Marku, mówiłeś w 3000 przed naszą erą miejsce. Większość biblistów jest zgodna co do tego, że wędrówka Abrahama do Kanaanu była między 2000 a 1800 rokiem przed naszą erą. Sodoma i Gomora, żona Lota, który był siostrzeńcem Abrahama, to jakoś się zazębia. Czyli te teorie musiały być mniej więcej w tym samym czasie. Co do dowodów tzw. twardych. Nie byłem w Mohenjo-daro. Nie wypowiem się na temat tego, że wiem na 100%, ale spotkałem się z wieloma teoriami, że ci, którzy tam byli, badali promieniowanie licznikiem Geigera. Osiągali wyniki bardzo zbliżone do tego, co jest w Hiroszimie, mimo że Mohenjo-daro zniknęło z map świata 3700 lat temu, a katastrofa w Hiroszimie była 70 lat temu.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że naukowcy znaleźli różne wyjaśnienia tej tezy, niekoniecznie związane z wojnami atomowymi. Bo to jest tak, jak powiedziałem wcześniej, bardzo możliwe, że mamy do czynienia z przekolorowanymi opisami wydarzeń atmosferycznych lub zjawisk jakichś kataklizmów kosmicznych, a nie konkretnych konfliktów. O konkretnych konfliktach jedynymi dowodami, jakie mamy, są mitologie, mity. Mity, które są niezaprzeczalnie stare, mają powiedzmy kilka tysięcy lat dla uproszczenia i właściwie jedyny dowód, chociaż to będzie miękki dowód, jaki moglibyśmy mieć w tej całej sprawie, to jest taki: czy starożytni mogli sobie wymyślić te wszystkie rzeczy? Czy oni już tworzyli wtedy rzeczywiście zaawansowaną fantastykę? Czy mieli tak niewiarygodną wyobraźnię, jak choćby skonstruowanie wyobraźni tych słynnych viman, o których już dzisiaj tutaj mowa była, czy też tak naprawdę było to coś, co mogło istnieć? Czy te opisy, które mamy, tych wszystkich wydarzeń, również tych, o których Chris wspominał teraz u Farrella, związanych z wojnami na skalę międzyplanetarną i zniszczenie planety Tiamat. Czy to znowu są jakieś wyobrażenia, czy nie? Bo wiąże się z tym kolejne pytanie: jak powstały wszystkie mitologie? Skąd ci bogowie?
Skąd ich potężna moc? Czy to rzeczywiście było jakieś uogólnienie potężnych praw przyrody? Czy rzeczywiście jakieś historie, które te dawne ludy, dawne cywilizacje gdzieś od kogoś usłyszały, a te historie musiały mieć jakieś źródło i źródło o kimś, kto był potężniejszy niż zwykli ludzie.Wreszcie kolejny argument, który tutaj padał. Argument na temat wojen atomowych. Tak naprawdę my mamy taki tytuł „Wojny atomowe”, ale to wcale nie musiały być po pierwsze wojny, a po drugie wcale nie musiały być atomowe. Dlatego, że w starożytnych tekstach często spotykamy się z pojęciem kryształów, z teoriami, które wskazywałyby na fale skalarne. We wspomnianych książkach Farrella jest mowa o tym, że Ninurta, jeden z bogów starosumeryjskich, dokonuje takiej inwentaryzacji kryształów po pokonaniu swojego wroga w wielkiej międzyplanetarnej bitwie. I te kryształy wskazywałyby na nieprawdopodobne możliwości technologiczne. One oczywiście były składowane w Wielkiej Piramidzie w Gizie i pokazywałyby, jak niezwykła technologia mogłaby w tamtych czasach istnieć. Oczywiście to są tylko hipotezy, jak zwykle barwne, piękne, w które wielu ludzi chciałby wierzyć.
Natomiast pytanie zasadnicze jest takie: czy starożytni mogli to sobie wymyślić? Czy oni byli w stanie w tych różnych częściach świata to wymyślić? Mamy konkretny przykład Sitchina czy współczesnych autorów, którzy w jakiś sposób pokazują miejsca, w których miało dojść do wojen atomowych, ale na przykład Mahabharata nie konkretyzuje, że to się działo na terenie Indii. To mogło być w każdym dowolnym innym miejscu, a może chodziło o zupełnie inny konflikt, jeżeli to w ogóle był konflikt. A może to po prostu była demonstracja siły jednej cywilizacji nad drugą? Takich teorii było mnóstwo. Jedna z teorii o Atlantydzie jest przecież taka, że ona nie została zatopiona w wyniku wybuchu wulkanu czy trzęsienia ziemi, tylko ze względu na użycie broni atomowej. A właściwie nie broni atomowej, tylko zaawansowanej broni opartej na kryształach. Ponownie. Czym te magiczne kryształy miały być?
Trudno powiedzieć. Natomiast kryształy magiczne pojawiają się w bardzo wielu cywilizacjach. Nawet w naszej słowiańskiej był magiczny kryształ o potężnej mocy ukryty na wyspie Bujan. Więc takich tez i hipotez było mnóstwo. Kto z kim miał walczyć? Przechodzę już do meritum. Odpowiadam na pytanie Piotra, który zaczął tę rundę. Kto z kim miał walczyć? O tym też mówi poemat Enuma elisz sumeryjski. Być może była to rzeczywiście walka osób, które walczyły o panowanie nad Ziemią.
W Enuma elisz jest taka teoria, że walczył Enki z Enlilem, czyli dwaj synowie boga Anu. To się wiąże oczywiście z Sitchinem, z Annunaki. Jest to oczywiście tylko i wyłącznie mitologia. Natomiast bardzo barwne przykłady w tym poemacie możemy przeczytać sugerujące, że rzeczywiście wyobraźnia ówczesnych ludzi była na dość wysokim poziomie. Taki cytat może jeden z wielu: „Umieścił przed sobą błyskawicę, palącym płomieniem wypełnił swe ciało, rozpostarł sieć, by otoczyć wewnętrzne części Tiamat. Cztery wiatry rozpostarł tak, że nic jej mocy nie mogło uciec”. Być może malowniczy opis i wyobraźnia autorów poematu Enuma elisz, a może rzeczywiście jakaś legenda ustna, która przetrwała sprzed wielu lat, sugerująca, że do czegoś takiego mogło dojść. Może to były rzeczywiście wojny jakichś potężniejszych niż ludzie postaci, a może po prostu dawnych cywilizacji, które na Ziemi istniały, a ślad po nich nie pozostał. Bo wyobraźmy sobie taką sytuację, że dzisiaj dochodzi do jakiejś globalnej katastrofy. To nawet nie musi być wojna atomowa.
Wystarczy, że odcięto by nam prąd na dłuższy czas. Chyba dwa dni temu był dość potężny atak na internet w Stanach Zjednoczonych, na te najpotężniejsze wszystkie portale. Niektórzy sugerują, że to może być początek wielkiej wojny hakerów, którzy chcą zniszczyć internet. Niektórzy twierdzą, że zniszczenie internetu może wiązać się z ogromnymi problemami w dostawach prądu. Idziemy dalej. Co by to dało dla naszej cywilizacji, jeżeli przez pół roku nie mielibyśmy prądu? Prawdopodobnie zaczęlibyśmy się cofać w rozwoju w sposób absolutnie niemożliwy do odkręcenia w cudzysłowie. I być może za kilkadziesiąt lat kolejne cywilizacje, które by powstały, byłyby cywilizacjami z czasów kamienia łupanego, a o nas powstałyby legendy jako o tych wielkich bogach, czyli tych, którzy dysponowali niewiarygodną technologią. Może to już się kiedyś powtórzyło. To bardzo kusząca hipoteza.
I macie panowie rację, że tu nie mamy żadnych twardych dowodów. Natomiast dla mnie takim argumentem na rzecz tego jest to, że ta wyobraźnia naprawdę musiałaby być szalona, żeby takie teksty stworzyć. Bo tylko na tekstach się opieramy tak de facto. Dziękuję bardzo.
[44:51] - Słuchacie państwo kolejnej, 54. debaty ufologicznej online. Z tego, co widzę, chce coś jeszcze dodać Marek Szelkowski. Oddajemy ci głos, Marku.
[45:03] - Ja nawiązując do Przemka chciałbym powiedzieć, że ja nie uważam, że ludzkość aż tak bardzo się zmieniła od czasów starożytnych i że jakoś specjalnie od tamtych czasów rozwinęła nam się wyobraźnia. Patrząc na to, co dzisiaj jest tworzone w mass mediach i w kulturze masowej, to ta wyobraźnia, tak jak Przemek ją nazwał, jest szalona. Dzisiaj właściwie nie ma tematu, który nie byłby obrócony na wszystkie strony, pod każdym kątem i w rozmaity sposób. Dlatego ja wcale nie jestem przekonany, że ludzie, którzy żyli kilka tysięcy lat temu, byli aż tak upośledzeni i nie mieli bogatej wyobraźni. Wręcz przeciwnie, uważam, że pod tym względem jako ludzie, jako rasa zmieniliśmy się bardzo niewiele. Zawsze myślę, że tak było, że lubiliśmy konfabulować, lubiliśmy różnego rodzaju barwne opowieści i stądDuże przekonanie we mnie, że to w bardzo wielu momentach mogły być jednak owoce bogatej wyobraźni. Gdyby, posługując się przykładem Przemka, te pokolenia przyszłe, które będą nas traktowały jak bogów, ponieważ cywilizacja cofnie się w rozwoju, dostały do rąk powieści science fiction z naszych czasów, to przyszli dyskutanci, którzy dyskutowaliby o atomowych wojnach, ale toczonych w naszych czasach, mieliby spory orzech do zgryzienia. To jest jeden aspekt. Natomiast warto jeszcze powiedzieć o tym, że w jak wielkiej mgle się poruszamy, świadczy to, że z jednej strony mówimy o radioaktywnych śladach Mohenjo-daro, z drugiej odwołujemy się do tego, że być może to była zupełnie inna broń i zupełnie na innych zasadach oparta. Czyli tak naprawdę stąpamy po omacku.
Nie wiemy, co się stało, kiedy się stało. I wreszcie sprawa biblistyki. Owszem, bibliści jedno, a naukowcy drugie. Ja, mówiąc tak dosyć pobieżnie o tych 3000 latach, nie wspomniałem o teorii, która została ukuta przez naukowców bodajże z Wielkiej Brytanii, nie pamiętam w tej chwili dokładnie, którzy doszli do wniosku, podając datę dzienną, a mianowicie 29 czerwca 3123 roku p.n.e., że wtedy to właśnie w Sodomę i Gomorę uderzyła asteroida chyba nad ranem i że to była tak naprawdę przyczyna zniszczenia obu miast. Ja, broń Boże, nie twierdzę, że tak było. Biorąc pod uwagę pewną rzetelność, jaką wykazują się bibliści, raczej im należałoby ufać, a nie tego rodzaju teorii. Natomiast przytaczam to dlatego, żeby pokazać po raz kolejny, w jakiej mgle się dzisiaj poruszamy. Ten temat, który dzisiaj poruszamy, jaką mgłą jest owiany i właściwie poruszamy się po tym temacie. Właściwie to sami zamieniamy się w takich przynajmniej scenarzystów science fiction. Dziękuję.
[48:48] - W Radiu Paranormalium słuchacie państwo kolejnej, 54. już debaty ufologicznej online. Dziś dyskutujemy o atomowych wojnach bogów. Przypomnę tylko kontakty do Radia Paranormalium. Można do nas dzwonić i pisać. Nasz numer telefonu to 32 746 00 08. Skype: radio.paranormalium.pl. Można również pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy również na czacie Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl. Można także pisać na czacie, który towarzyszy naszej transmisji na YouTube.
A jeżeli ktoś woli, to może również znaleźć nas na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu Infra, na grupach Radia Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”, bądź też wysyłać nam pytania i komentarze drogą mailową na adres radio@paranormalium.pl. Panowie, najbardziej znany wątek dotyczący atomowej wojny bogów znaleźć można w mitologii i tekstach hinduskich. Chodzi między innymi o wzmianki na temat Vimana, aparatów latających wspominanych między innymi w „Mahabharacie” i „Ramajanie”. Czym były i czy waszym zdaniem starożytni Hindusi opisywali realne zdarzenia, czy raczej tworzyli pierwsze science fiction? Może tym razem pierwszemu oddajmy głos panu Przemkowi Nowakowskiemu. Prosimy.
[50:15] - Właściwie poniekąd już mówiłem na ten temat, że być może, jeżeli rzeczywiście tak jest, jak wspominał Marek, że wyobraźnia tych starożytnych była taka znakomicie rozwinięta, może to rzeczywiście była jakaś forma fantastyki, science fiction. Natomiast ja osobiście byłbym troszeczkę dalej od tej tezy, dlatego, że jednak te teksty były bardzo oszczędne. Marku, masz 100% rację. Gdyby do naszych książek science fiction dopadli potomni po tym, jak cywilizacja nasza by upadła, to tak, tych kosmitów na Ziemi, tych wojen, tych w ogóle opcji byłyby miliony. Natomiast starożytni raczej byli dość oszczędni w tych tekstach. Jeżeli teksty powstawały, to one powstawały tylko o bogach raczej albo z udziałem bogów. Natomiast raczej nie powstawały teksty bez sił ponadprzyrodzonych, takich klasycznych. Chyba pierwsza klasyczna powieść to w ogóle 1010 rok, czysto fabularna, więc trudno mi powiedzieć, żeby to była jakaś ich wyobraźnia i fantastyka. Mnie się wydaje, że oni w to wierzyli. Tyle tylko, że to były spisywane teorie na podstawie bardzo wielu pokoleń przekazywanych ustnie historii, co może powodować, że były jakieś aberracje, dokolorowania.
Być może konflikt był na kamienie i proce, a na końcu okazało się, że spadały potężne bronie atomowe. Nie wiem. Natomiast ja jednak mimo wszystko jestem bliżej tego, że ci starożytni byli dość oszczędni w tych tekstach i te teksty są dla nas rzeczywiście zastanawiające pod wieloma względami.
[51:51] - Co ciekawe, Marku, ta data, którą przytoczyłeś, ten rok 3123, bardzo blisko jest tej daty, według której po Popol Vuh doszło do wielkiego kataklizmu u Majów i zaczął się trzynasty baktun. Ten sam trzynasty baktun, który potem był u nas w 2012, bo u nich to był chyba rok 3114. Nasunęła mi się sugestia, że znowu jest jakieś podobieństwo dat, a 11 czy 20 lat różnicy to już nie jest 500 lat. Więc może też coś jest na rzeczy. Ja nigdy nie twierdziłem, że nie. Tak samo jak nie jestem wielkim miłośnikiem wiary czy przekonania, że bibliści się nie mylą. Możliwe, że się mylą. Możliwe, że wszystkie te daty są bardzo mocno naciągane. Możliwe, że mówimy w ogóle o wydarzeniach, które działy się bardzo dawno temu. Wspominany tu dzisiaj Farrell twierdził, że w historii były dwa wielkie konflikty z użyciem ogromnych, niesamowitych technologii.
Jeden był 65 milionów lat temu i to on był efektem wyginięcia dinozaurów, a drugi był trzy miliony lat temu. On posługuje się jeszcze innymi, zupełnie nieprawdopodobnymi chronologiami, takimi, od których już naprawdę włosy stają dęba. Prawdopodobnie wszystkie te nasze domniemania, hipotezy są mylne. Natomiast to stąpanie po omacku też ma swój cel, mianowicie taki, że w jakiś sposób staramy się odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: czy nasza cywilizacja jest szczytem możliwości tego, co się kiedykolwiek na Ziemi wydarzyło, czy nie? Wojny atomowe poniekąd są odpowiedzią na to pytanie. Jeżeli zdołalibyśmy mieć dowód na to, że te jakiekolwiek wojny, może nawet nie atomowe, ale z użyciem rozwiniętych technologii miały miejsce, to prawdopodobnie nie jesteśmy tym szczytem cywilizacji, tylko być może jednym z kilku. Tu znowu były teorie, że trudno w to uwierzyć, a moim zdaniem wcale nie tak trudno w to uwierzyć. Właściwie hipotez na temat tego, po co tu jesteśmy, czym jest nasz świat, jest tak wiele, że wszystkie najbardziej nawet szalone, niewiarygodne są możliwe. Reasumując, raz jeszcze podkreślę: nie uważam, żeby „Mahabharata” to było science fiction. Takie jest moje zdanie.
Dziękuję bardzo.
[53:52] - Piotrze?
[53:53] - Jeżeli chodzi o vimany, czyli aparaty latające, które miały możliwości bojowe, to w każdej książce poświęconej paleastronautyce przeczytacie państwo, że jak najbardziej pojawiały się one w wielu źródłach. Ja natomiast zadałem sobie taki trud, żeby odszukać kilka tych wzmianek. Oczywiście musicie wiedzieć i pewnie wielu z was zdaje sobie sprawę, że hinduizm to jest coś, czego Europejczyk raczej nie jest w stanie ogarnąć umysłem. I podobnie jest z literaturą hinduistyczną, dlatego że jest mnóstwo źródeł. Te źródła są często niedostępne w języku angielskim jeszcze. Dlatego często w temacie viman trzeba się opierać na tym, co mówią hinduscy eksperci. Takim był między innymi profesor Kanjilal. Ale te wzmianki o vimanach pojawiają się w bardzo wielu źródłach z bardzo różnych okresów czasu. Zarówno ze starożytności, jak i z tych całkiem współczesnych. „Mahabharata” oraz „Ramajana”, czyli dwa wielkie eposy hinduskie, spisane też zasadniczo do końca nie wiadomo kiedy i przez kogo, zawierają bardzo skąpe opisy viman.
One są tam wspomniane, że ktoś tam podróżował, latał, ale raczej byli to bogowie i że te vimany istniały, natomiast nie ma tam wielu konkretów. Vimany pojawiają się też w innych tekstach, dużo mniej znanych jak „Yuji Kalpataru” i tak dalej, jak „Vamsha” między innymi. Ale tak najbardziej znaną księgą, która zawiera opis viman, jest „Vymanika Śastra”. Ona nie tylko wymienia rodzaje viman, ale również opisuje ich budowę. I dowiadujemy się między innymi, że były to takie stożkowate formy latające najczęściej, chociaż zależało to oczywiście od typu. Tych typów było kilka. Vimany miały niezwykłe możliwości bojowe. Przede wszystkim dlatego, że potrafiły stosować triki, których nie znają nawet w Strefie 51. Potrafiły stawać się niewidzialne, potrafiły tworzyć wokół siebie chmury, potrafiły paraliżować przeciwnika jakimiś okropnymi rodzajami broni i tak dalej. Oczywiście „Vymanika Śastra” nie kończy na tym opisów viman.
Podaje między innymi trasę lotów powietrznych, podaje nawet ponoć dietę dla pilotów i tak dalej. I kiedy przeczytamy o tych cudach w książkach Dänikena czy innych pisarzy, czy Nostovica, to odkryjemy, że przecież to jest niemożliwe, by starożytni Hindusi tak doskonale znali temat aeronautyki, że by sobie to po prostu wymyślili. Czyli musieli to gdzieś zobaczyć, żeby to potem opisać. Fakt. Cały problem polega na tym, że o ile wiele źródeł na temat viman rzeczywiście pochodzi sprzed kilkuset lat albo i są starsze, pochodzące jeszcze ze starożytności, to „Vymanika Śastra”, którą tak się podnieca Däniken i inni, niestety jest dziełem zupełnie współczesnym, powstałym prawdopodobnie gdzieś w latach 20. Objawionym nie do końca wiadomo, jakimi metodami. I tutaj zachodzi takie pytanie dość proste. Co ciekawe, „Vymanika Śastra” najpierw się pojawiła w języku angielskim, dopiero potem została przetłumaczona na sanskryt. Pojawia się pytanie, czy osoba, która tworzyła „Vymanika Śastra” nie była czasami mistykem, ale była mistykem, który już znał możliwości, znał to, że mogą istnieć samoloty, wiedział, do czego są zdolne i przy użyciu dużej dozy wyobraźni był w stanie rozwinąć tak bardzo ten temat. Ale podkreślam, nie przeczy to temu, że vimany opisane są.
Opisane są między innymi w „Ramajanie” jako pojazdy, które poruszają się z ogromną prędkością. Opisywane są jako latające rydwany. Natomiast bardzo trudno znaleźć wzmianki o tym, że te vimany miały posiadać jakieś bardzo skonkretyzowane właściwości, tak jak wspomina „Vymanika Śastra”. Oczywiście vimany były użyte w słynnym konflikcie opisanym w „Mahabharacie”. Ale co jeszcze warto podkreślić i nad czym się wiele osób zastanawia, to samo pochodzenie tej koncepcji. Bo do dzisiaj w języku hindi słowo vimana oznacza samolot. To jest słowo, które się nie zmieniło chyba przez kilka tysięcy lat. To jest dziwne.I pozostaje pytanie, czy i w jakim stopniu starożytni dysponowali takim pojęciem? Oczywiście wyobraźnia nie jest tutaj uwarunkowana rozwojem społecznym. Tylko czy posiadali potrzebę tworzenia science fiction, tego, co byśmy nazwali dzisiaj science fiction?
Wydaje mi się, że to, jak kształtowała się historia literatury fantastycznej, pokazuje, że tak naprawdę nie ma przeszkód, by twierdzić, że te vimany mogły być wymysłem. Ale przecież nie możemy tego udowodnić. Nie możemy zaprzeczyć temu, że ten koncept mógł powstać w zupełnie innych okolicznościach. Mogło to pojawić się dlatego, że Hindusi gdzieś kiedyś zaobserwowali vimany prawdziwe i dopiero potem ta idea przesiąknęła do ich wizji. To jest bardzo skomplikowane, ale jeżeli ktoś rzeczywiście posiadał kiedyś taką technologię, to oni odpowiadają wprost: to byli bogowie lub półbogowie. Zwykłe osoby do vimany nie miały wstępu. Idąc dalej tropem atomowych wojen bogów, musimy zapytać, kto mógł te wojny toczyć. I czy Oppenheimer miał rację, pytając, czy na pewno w czasie II wojny światowej doszło do pierwszego użycia takiej broni. Oczywiście pojawiają się różnego rodzaju legendy, bo musimy przecież przypomnieć też chińską legendę o pewnym mędrcu, który miał żyć na pustyni Gobi i który pewnego dnia miał się wysadzić w powietrze, budując ogromną bombę. Swego czasu, w latach 90.
chyba, kręciła się w różnego rodzaju wydawnictwach, publikacjach taka teoria, że jeden z tych chińskich mędrców miał skonstruować taką bombę. I rzeczywiście dochodzimy do punktu, gdzie musimy zacząć pytać i postawić sobie podstawowy problem, gdzie szukać dowodów na tę atomową wojnę bogów. Bo z jednej strony mamy wszelkie wzmianki w literaturze, a z drugiej mamy też coś, co może być jej namacalnym śladem. Bo ja nie zaprzeczam, że takie znaleziska mogły istnieć. Jeżeli przyjrzymy się archeologii, zobaczymy, jak bardzo po macoszemu niektóre sprawy traktowano. Ale czy to naprawdę nam mówi, że nie stały za tym jakieś inne czynniki? Nad tym sobie możemy zastanowić. Chris, jak to było twoim zdaniem z tymi vimanami i ich potencjalnym udziałem w atomowej wojnie?
[01:01:00] - To skomplikowany temat właśnie dlatego, że ta „Vaimnika Shastra” praktycznie narzuca całkowicie swoją narrację na temat tych pojazdów. Okazuje się, że wpływ tego dokumentu, jeśli tak to można nazwać, jest olbrzymi i zawładnął niemalże umysłami wszystkich, którzy rozmawiają o vimanach. Książka została wydana gdzieś w połowie lat 40., jeszcze przed końcem II wojny światowej i na dodatek ma na swojej okładce autora, który nazywa się Pandit Subraya Sastri. On to miał napisać. Zmarł w 1941 roku. Miała to być wiedza objawiona i bardzo szybko potraktowano ją niestety jako pewnik. I myślę, że winni też są tutaj sami Hindusi, ich instytucje naukowe. Na przykład Międzynarodowa Akademia Sanskrytu w miejscowości Mysore w Indiach w 1952 roku na liście swoich ksiąg umieściła dokumenty, w których opisane są rozmaite vimany i między nimi jako przykład podano vimanę, która przypomina helikopter, która ma dwa pokłady, która zabiera na pokład 500 osób i która z dużą prędkością przenosi się na Ziemi, potrafi niszczyć różne rzeczy, różne przedmioty. W tym czasie między innymi zainteresował się tym instytut naukowy w miejscowości Bangalore. Poprosił o ten dokument, o schemat tej vimany.
I okazało się, że nawet nie trzeba sprawdzać tego w tunelach aerodynamicznych, żeby się przekonać, że coś takiego nie jest w stanie w ogóle wznieść się w powietrze, że nie ma takiej możliwości, żeby był to w ogóle pojazd latający. Było to coś, co przypominało opowieści z XIX wieku na temat najrozmaitszych statków kosmicznych. I najlepiej te vimany w ten sposób opisane nadawałyby się do ilustrowania opowieści Jules'a Verne'a, bo to były takie, można to nazwać słowem, którego dziś używamy, takie przedmioty typu steampunk, czyli mnóstwo śrubek, nakrętek, wirniczków, cekawek, turbin i różnych innych zabawek, które do czegoś miały służyć. Ale w rzeczywistości jest to tylko i wyłącznie fantazja. I ta fantazja na temat viman trwa mocno do dziś. Między innymi taki człowiek, który jest uznawany i dość popularny w kręgu alternatywnego patrzenia na naszą przeszłość, który się nazywa David Childress Hatcher. Człowiek, który napisał mnóstwo książek na ten temat, spopularyzował alternatywne patrzenie na świat. On napisał dwa lata temu książkę na temat viman, którą sobie natychmiast kupiłem w dniu, w którym została wydana. Przeczytałem ją z wypiekami na twarzy i okazało się, że właściwie jest to zangielszczenie tego, co jest napisane w „Vaimnika Shastra”, czyli powtórzenie tego samego, można powiedzieć, w jakiś sposób nonsensu, bo najwyraźniej nie na tym to wszystko polegało. Zacząłem się zagłębiać w ten temat, ponieważ sama idea viman jest czymś niezwykłym i czymś niesamowitym.
Zacząłem sięgać do autorów, którzy pisali o vimanach znacznie wcześniej niż zrobił to ten, który napisał „Vaimanikę Shastrę”. I okazuje się, że takich autorów wcale nie musimy szukać w kręgu pisarzy indyjskich. Kimś takim, kto mówił o vimanach, była Helena Blavatsky i jej partner, pułkownik Henry Olcott.Którzy zdaje się w 1878 roku wyjechali do Indii, przebywali tam wiele lat i rozbudowywali tę całą swoją ezoteryczną filozofię. W jakiś sposób wpłynęli na rozwój buddyzmu, między innymi w Cejlonie. Byli osobami niezwykle wpływowymi i właściwie to oni spopularyzowali te wszystkie hinduskie, indyjskie filozofie na kontynencie europejskim, kiedy powrócili tym razem do Nowego Jorku po tej długiej indyjskiej podróży. Kiedy czytamy ich teksty i kiedy jest wzmianka o vimana, nie ma tam opisów technicznych, nie ma tam żadnej technologii, nie ma tam kabin, nie ma tam wyrzutni skrzydeł, bulajów i innych tego typu historii. Vimana jest pewnym wręcz można powiedzieć stanem ducha, w którym można się przenosić z miejsca na miejsce, wręcz teleportować, gdzie miejsce, które cię przenosi nie ma praktycznie znaczenia, jaki ma kształt. Dlatego może to być powóz, dywan, fotel. Każde dowolne miejsce może stać się nagle vimaną. Myślę, że na vimanę musimy patrzeć zupełnie w innym sensie, jako na zupełnie inny rodzaj technologii niż ta, którą my mamy dzisiaj do dyspozycji.
Także nie będzie to fizyczny pojazd latający. Być może nie będzie to także stan ducha. Być może będzie to maszyna, której działania jeszcze nie znamy. Tak jak nie znamy do końca działania piramid czy kamiennych kręgów. Wiemy, że w jakiś sposób generują one energię, oscylują ją, wpływają na nią, ale nie wiemy, do czego to użyć, jak z tego skorzystać. Tu Przemek opowiadał o najrozmaitszych kryształach z przeszłości, które miały do czegoś służyć. Nie mamy pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Być może w ten sam sposób powinniśmy popatrzeć na vimanę i niekoniecznie przypisywać jej cechy myśliwca F-16 i uzbrajać je w rakiety. Zdolna była ona do przenoszenia ludzi, którzy w niej się poruszali, czasami olbrzymie ilości ludzi. I to sugeruje, że przecież nie mogła być z gumy, że mogło tam wejść parę tysięcy ludzi czy kilkaset osób i jednocześnie nie miała problemów z lądowaniem, a jednocześnie mogła ich wszystkich na wielu pokładach zabrać w dowolne miejsce na kuli ziemskiej.
Stąd przyszedł mi ten pomysł, że być może raczej trzeba popatrzeć na to jako na sposób teleportowania kogoś w inne miejsce, a jednocześnie w tej przestrzeni, w której następowała ta teleportacja, mogło dojść do spotkań z innymi, na przykład z przeciwnikami, którzy widząc innego teleportera atakowali go i dochodziło do niezwykłej bitwy z użyciem straszliwej i niezwykłej broni. W ogóle „Mahabharata” i „Ramajana” sprawiają dużo problemów ze względu na swoje tłumaczenie. Tych tłumaczeń mamy niezbyt wiele i bardzo często w tych tłumaczeniach dochodzi do najrozmaitszych przekłamań. Ja również byłem zafascynowany atomową wojną opisaną w „Mahabharacie”. Wszystko było wręcz oczywiste, aż do momentu, kiedy okazało się, a czytałem najrozmaitsze książki, między innymi Charlesa Berlitza, który właściwie jest takim klasykiem i następne historie, między innymi „Poranek magików” Jacques'a Bergiera i Louis Pauwelsa, którzy również opisywali historię z „Mahabharaty” jako atomową bitwę, atomową wojnę, która trwała przez 18 dni i doprowadziła do strasznej hekatomby, do milionów wręcz ofiar przy użyciu tej właśnie broni, aż do momentu, kiedy tu i ówdzie zaczęły pojawiać się tłumaczenia prostujące niektóre podejścia do „Mahabharaty”. Na przykład mamy w jednym z opisów tej bitwy historię, gdzie po jakichś straszliwych zmaganiach wojennych, kiedy zaczyna opadać kurz bitewny, wojownicy idą do rzeki obmywając swoje zbroje i sprzęt. Zostało to zinterpretowane, że obmywają się z tego pyłu radioaktywnego, oczyszczają się w jakiś sposób. Tyle że w Indiach to oczyszczanie się i obmywanie się jest czymś absolutnie naturalnym, naturalnym gestem religijnym. Niemalże każda rzeka w Indiach jest święta, gdzie się dokonuje rytualnej ablucji, gdzie się rytualnie obmywa. Także dokonywali oni w tym sensie aktu religijnego, a nie oczyszczania się z pyłu radioaktywnego.
Z kolei w innym zdaniu jest tam opisane, że powypadały im włosy i paznokcie. Oczywiście zostało to uznane, że jest to wynik właśnie silnego promieniowania radioaktywnego, więc to wszystko im powypadało. Tyle że znów ktoś zauważył, że jeśli przyjrzeć się dobrze linijkom tego tekstu zapisanego w sanskrycie, zapomina się o jednym ważnym słowie. O słowie „szczury”. Okazuje się, że to szczury powyjadały włosy i paznokcie tych zabitych wojowników, a nie promieniowanie radioaktywne. I z tego typu problemami mamy do czynienia w całej rozciągłości „Mahabharaty”. I dlatego właśnie stąd ta moja ostrożność, chóra optymizmu, jeśli się popatrzy na tego typu teksty jako opis ewentualnej wojny atomowej czy jakiejś wojny z użyciem niezwykłej broni w czasach starożytnych, dlatego że mamy do czynienia z czymś, co niekoniecznie jesteśmy w stanie dzisiaj zrozumieć ze względu na to, że tłumacze nie są osobami, jak się okazuje, obiektywnymi. Tłumaczą to, wierząc w coś bardzo mocno. A ponieważ mamy olbrzymią modę na tych starożytnych astronautów, wystarczy popatrzeć na ilość sezonów, jakie mamy w tym quasi dokumentalnym serialu o nich, bo właściwie w tym serialu to wszystko będzie się im kojarzyło z tymi starożytnymi astronautami. Dlatego przestałem to oglądać.
Zaczęło mnie to bardzo irytować, bo jest to już za dużo, za wiele. Jest to naciąganie, jest to po prostu zarabianie pieniędzy i uważam, że cały ten serial jest to jedna wielka dezinformacja. Także uważam i doradzam wszystkim tym, którzy się potrafią oprzeć, żeby po prostu rzucili to w kąt, bo to jest funta kłaków już niewarte. Kiedy trafi się na taki właśnie podatny grunt, wówczas wszystko to zaczyna żyć swoim własnym życiem, ale to życie jest po prostu pewną interpretacją, która jest absolutnym zafałszowaniem tekstu. I tak mniej więcej patrzę na ten problem viman i „Mahabharaty” i ewentualnej wojny. Czy do niej doszło naprawdę?Znów naukowcy hinduscy, badacze, bo tak jak są badacze Biblii, tak są badacze wielkich eposów indyjskich. Oni nawet ustalili datę, że to wszystko się wydarzyło 13 listopada 3143 roku przed naszą erą. Są inni, którzy uważają, że to było 6000 lat przed naszą erą. Tam jest dość duża i poważna rozgrywka pomiędzy badaczami eposów w celu ustalenia tej daty. Wiele wskazuje, że rzeczywiście doszło do takiej wojny naprawdę.
Tyle że ciągle nie wiemy, na czym ona miałaby polegać. Była to straszliwa masakra i myślę, że najgorszą rzeczą było być tam zwykłym żołnierzem, bo żyło się dosłownie sekundę i było się jedynie mięsem armatnim. Bo te wielkie armie, które tam zgromadzono i ustawiono naprzeciwko siebie, tak naprawdę nie miały żadnego znaczenia. Dlatego, że długa lista najrozmaitszych systemów wojennych, jakie wykorzystano w tej wielkiej bitwie pod Kurukshetrą. Nawet pojedyncza broń była w stanie zniszczyć jedną i drugą stronę doszczętnie i dostatecznie. Także właściwie to wojsko było niekoniecznie do czegokolwiek innego potrzebne. Chyba że znów źle odczytujemy całą tę historię, której należy się przyjrzeć jeszcze z innego punktu widzenia. Dziękuję.
[01:12:33] - Dziękujemy. Przemek niestety musi uciekać od nas, a chciałby nam jeszcze przez chwilę opowiedzieć o swojej najnowszej książce, którą napisał razem z Wojtkiem Kudzińskim.
[01:12:43] - Tak, ja tradycyjnie będę znikać wpół do dziewiątej. Natomiast à propos tej książki dwa słowa może rzeczywiście. Z racji tego, że jednym z tematów, który poruszam w tej książce, są właśnie ślady atomowych wojen. Ślady, bo my tu cały czas mówimy o śladach i to o tych śladach takich bardzo wątłych. Ja jestem zapewne troszeczkę wyżej w tej hierarchii wiary w atomowe wojny niż moi rozmówcy dzisiaj, chociaż też jestem sceptyczny w wielu kwestiach. Natomiast jeden z rozdziałów naszej książki „Śladem nowoczesnego mitu” — tytuł odnosi się bezpośrednio do słynnej książki, jednej z ostatnich książek Junga o zjawisku UFO. Jeden z działów naszej książki to tajemnice prahistorii. W tych tajemnicach prahistorii między innymi o miastach starszych niż czas, między innymi o cywilizacjach, które być może kiedyś mogły istnieć. A skoro mamy dowody, jakieś nawet wątłe, ale dowody na istnienie cywilizacji zaawansowanych przed laty, to czemuż by nie mogli dysponować technologią zdolną niszczyć całe miasta, tak jak niszczy je nasza broń atomowa? Wielokrotnie mówiliśmy o analogiach.
Te analogie mogły być bardzo luźne. Tak na dobrą sprawę oczywiście nasza broń atomowa pojawiła się w 1945 roku, w Zarysie w 1938. Ale tak na dobrą sprawę o broni masowej zagłady można było sobie wcześniej wyobrazić, jak ona mogła wyglądać. To nie musiała być broń atomowa w żadnym wypadku. Kto wie, czy broń atomowa jest szczytem tego, co my jako ludzkość wymyślimy. W tej książce głównie odwołujemy się do współczesnych mitów, z których jednym są tajemnice prahistorii, innym są teorie spiskowe, historia alternatywna, a jeszcze innym są modne w XXI wieku historie o zbliżającym się końcu świata. Więc o tych wszystkich mitach staraliśmy się tutaj pisać w sposób dość obiektywny, czyli trochę odbrązawiając je, nie zawsze twierdząc, że jest w tym jakiekolwiek ziarno prawdy. Staraliśmy się odsiać tę prawdę od fałszu. Oczywiście wychodzimy z założenia, że wiele z tych mitów może być prawdziwych i dlatego zachęcam do lektury, żeby każdy czytelnik sam mógł się przekonać, jak jest w rzeczywistości. Książka „Śladem nowoczesnego mitu” jest do kupienia oczywiście w księgarni Galeria Nieznany Świat, ale jeżeli ktoś chce kupować przez kontakt z autorem, czyli ze mną, to również zapraszam na stronę na bloga przemeknowakowski.wordpress.com, gdzie również można się ze mną skontaktować mailowo i taką książeczkę spokojnie wyślę.
Także to jest najświeższa nasza rzecz. Zapraszamy do zakupu. A ja państwu bardzo serdecznie dziękuję za dyskusję. Do usłyszenia. Dziękuję bardzo.
[01:15:30] - Dziękujemy Przemku. Przypominam, że książka „Śladem nowoczesnego mitu”, w której Przemek Nowakowski i Wojtek Kudliński wspominają między innymi o atomowych wojnach starożytności, dostępna jest na nieznany.pl, czyli na stronie księgarni Nieznanego Świata. Dziękujemy jeszcze raz Przemkowi. Chris, poruszyłeś tutaj ważny temat, bo nasze następne pytanie odnosiło się właśnie do „Mahabharaty” jako źródła do opisanych tam różnego rodzaju broni, między innymi słynnej agnei, broni o jasności tysięcy słońc i tak dalej. Rzeczywiście, „Mahabharata” jako dzieło jest ciężkie. Sama jego ekranizacja zajęła ogromną ilość czasu, z tego, co pamiętam. Ja kiedyś próbowałem czytać zarówno „Mahabharatę”, jak i „Ramajanę”. Jest to nużące i nudne tak naprawdę. „Odyseja”, która niektórym osobom może wydać się nudna, jest przy tym po prostu filmem sensacyjnym. „Ramajana” w zasadzie składa się z opisów jakichś uroczystości, gdzie co chwila ktoś składa, z tego, co pamiętam, ofiary.
Można po prostu oszaleć. A poza tym to wszystko jest pisane jeszcze językiem, który próbuje naśladować tamten styl. Oczywiście nie czytałem tego w oryginale, czytałem to w tłumaczeniach. I to tyle. Sama magia Indii sprawiła, że wiele osób zaczęło dopatrywać się tam śladów tych atomowych wojen bogów. Ale to i tak jest mimo wszystko nęcące, bo trudno sobie wyobrazić, by nagle takie koncepcje jak użycie broni, które stały się znane dopiero w wieku XX, znane były Hindusom już dwa tysiące lat temu. Marku, co sądzisz o vimanach i tych broniach użytych w „Mahabaharacie”? Czy one nas naprowadzają na ślad atomowej wojny bogów? Bo tak naprawdę jeszcze tutaj dodam tyle: „Mahabharata” nie opowiada wcale o jakimś boskim konflikcie. Tam występują bogowie w takim samym stopniu, jak występują w eposach Homera, wspierają walczących.
Natomiast sama bitwa na polu Kurukṣetra koło Delhi toczyła się między dwoma klanami skonfliktowanymi ze sobą. I tak naprawdę nie była to wojnaCóż, ani boska, ani przede wszystkim atomowa. Ślad tych atomowych wojen jest poniekąd wplątany w całą historię i nie jest wbrew temu, co wiele osób myśli, trzonem tych zdarzeń. Ale przejdźmy teraz do tego, co sądzi na ten temat Marek Żelkowski. Czy autorzy „Mahabharaty”, bo prawdopodobnie było ich wielu, byli twoimi kolegami po fachu, czyli pisarzami science fiction?
[01:18:23] - Mam głębokie przekonanie, że byli. „Mahabharata” znakomicie nadaje się do kucia różnego rodzaju cytatów. Do tego nadaje się najlepiej i świetnie to wychodzi. Można w podniosłym stylu wypowiedzieć bardzo wiele groźnych, a czasami wręcz głębokich myśli. I to brzmi bardzo podniośle, bo taka jest „Mahabharata”. Też jej w całości nie czytałem. Próbowałem ją czytać i podobnie jak Piotra doprowadziło mnie to do wielkiego ziewu. Chociaż właściwie powinienem przeczytać, ale jakoś nie byłem w stanie. Rozmawialiśmy wcześniej o tym, czy ludzie ze starożytności mieli równie bogatą wyobraźnię jak my, nasi współcześni, czy też im ta wyobraźnia szwankowała. Moim zdaniem nie ma żadnych podstaw, żeby twierdzić, że szwankowała.
Jeśli odwołamy się, że wówczas nie było takiej prawdziwej literatury jak obecnie, czyli nie było powieści, bo powieść jest właściwie konwencją, która powstała bardzo późno. Tak jak hinduskie filmy z Bollywood są dla większości świata mało zrozumiałe, tak konwencje są różne. Film hinduski niekoniecznie podbija świat. Być może w Indiach produkcje hollywoodzkie są także niezrozumiałe. To jest różnica kultur. Natomiast my rozmawiamy nie o konwencji, w tym wypadku literackiej, tylko o wyobraźni. A wyobraźnia to jest zupełnie inna sfera. Można ją przekuć na różnego rodzaju dzieła. Żeby to sobie unaocznić, zwróćmy się do takiej nauki jak antropologia kulturowa, która w Europie, nie wiadomo właściwie dlaczego, nazywana jest etnologią. Otóż albo musimy uwierzyć, że nawet maleńkie plemiona zagubione gdzieś w dżunglach Ameryki Południowej czy Dalekiego Wschodu, każde z tych maleńkich plemion miało kiedyś kontakt z czymś nieznanym, z sacrum albo z nieznanymi istotami pochodzenia nie wiadomo skąd, albo też uwierzymy, że tak naprawdę immanentną cechą człowieka jest wyobraźnia i że czasami zjawiska bardzo proste, które mają podstawę bardzo realną, budzą taką grozę, takie zafascynowanie, że przekuwane są z biegiem czasu na mity, na legendy.
Tutaj nawet sami badacze mitów nie są zgodni co do tego, czym tak naprawdę jest mit. Jedni skłonni są, tak jak na przykład Frazer uważać, że w każdym micie istnieje ziarno prawdy. Ziarno, które związane jest z prawdziwymi wydarzeniami, które są często przekształcone na modłę mitologiczną, ale jednak to jądro jest prawdziwe. Inni uważają, że mity to tak naprawdę właśnie opowieści fantastyczne. I powtarzam: albo uwierzymy, że małe plemię gdzieś w Amazonii albo gdzieś na Dalekim Wschodzie, odcięte od świata albo świeżo odkrywane. Do dzisiaj odkrywane są plemiona, które nigdy nie miały kontaktu z cywilizacją, więc wszystkie te plemiona kiedyś były odwiedzone przez istoty z kosmosu albo z innych wymiarów. Albo uwierzymy, że człowiek naprawdę potrafi kreować różnego rodzaju światy, różnego rodzaju wyobrażenia. Bo tych plemion, tych wierzeń na całym świecie, to nie jest żadna przesada, są tysiące, dziesiątki tysięcy. A zatem ja stawiam jednak na wyobraźnię ludzką, obojętnie jak ona jest później skodyfikowana. Czy jest to zapisane w postaci takiej, jak robimy to współcześnie, czyli powieści, czy też w jakiejkolwiek innej postaci.
Wyobraźnia ludzka zawsze była czymś nieokiełznanym, czymś, co wymykało się racjonalności. Zawsze zresztą walczyła z racjonalnością. Zawsze byli ludzie niesłychanie racjonalni, którzy uważali, że trzeba wszystko zważyć, zmierzyć i tacy, którzy uważali, że należy puścić wodze fantazji. Myślę, że takie dzieła jak „Mahabharata” czy „Ramajana” to są właśnie owoce tych drugich. Tych ludzi, którzy fantazję stawiali ponad wszystko. To nie znaczy, że dzieła, o których mówię, są kompletnie wymyślone albo kompletnie zmyślone. To oznacza tylko tyle, że opowiadają o dawnych wydarzeniach niekoniecznie w taki sposób, jak one w rzeczywistości zachodziły. Tak jak Piotr powiedział, być może były to zupełnie zwykłe, codzienne jak na tamte czasy wydarzenia, którym nadano rangę niezwykłą, specjalną, boską. Przecież nawet dzisiaj mówiąc o jakichś bohaterach, o ludziach niezwykłych, o ludziach, którzy w jakiś sposób się wsławili, jesteśmy skłonni do przesady. Często mówimy o nich wręcz jak o takich współczesnych bogach, herosach, że są wspaniali, niezwykli.
Być może to jest właśnie ten mechanizm, z którym mamy do czynienia.Dlatego uważam, odpowiadając wprost na pytanie Piotra, że większość tego, co znajdujemy w Ramajanie, Mahabharacie, to są dzieła moich kolegów po piórze, którzy starali się w jakiś sposób pokazać niezwykłość tego świata albo w każdym razie to, co jest w nim piękne, ale niestety wymyślone. Takie odnoszę wrażenie, że takim mechanizmem się tu posługiwano. Aczkolwiek nie byłbym sobą, gdybym nie zaznaczył tego, że nie można na 100% wykluczyć, że rzeczywiście jest to ślad czegoś, co się wydarzyło. Ale czy mieliśmy do czynienia z atomowymi wojnami bogów, czy też ta broń tam używana była zupełnie innego rodzaju, tego myślę, że dzisiaj nie jesteśmy w stanie dociec. Dlatego takie proste rozpatrywanie na przykład faktu, że w Mohenjo-daro te szkielety, te mury są w jakiś sposób napromieniowane, że ten licznik Geigera pracuje tam w sposób niezwykle intensywny, może nie niezwykle, ale intensywny. To jest sprowadzanie tego wszystkiego do naszych czasów. Otóż mamy bombę atomową i tej bomby się boimy. W związku z tym odwołujemy się do tej bomby i mówimy, że tam właśnie wybuchła bomba atomowa. Nie jestem przekonany, czy istoty, które pokonują międzygwiezdną pustkę, posługiwałyby się taką bronią. Myślę, że sposobów na zabicie przeciwnika jest znacznie więcej i znacznie bardziej wyrafinowanych, szczególnie dla istot, które przemierzają pustkę kosmosu, przemierzają miliardy kilometrów.
Właściwie nie kilometrów, złych jednostek użyłem. Lata świetlne przemierzają. W tym wypadku moglibyśmy zacząć rozważać teorię o prastarej cywilizacji, która się rozwinęła i być może jakieś rachunki wyrównywała w tamtych czasach. Nie wiem. Trudno mi jest zająć jednoznaczne stanowisko. Ja w każdym razie stawiam na fantazję. Dziękuję bardzo.
[01:26:48] - Dziękujemy. Dodajmy tylko, że w Mahabharacie występują opisy broni. Nie jest to tylko Agneja, o której nie raz mówiliśmy. Agneja to była broń, która miała możliwość palenia przeciwnika. Wspomniane są ciała słoni poparzone, spalone, leżące na pobojowisku. To wszystko, te bronie, nie tylko Agneja, ale też wiele innych mitycznych broni, które są tam wspomniane, rozgrywały się na tym polu bitewnym między dwoma walczącymi ze sobą klanami. Dlatego ważne jest też zrozumienie kontekstu Mahabharaty i dostrzeżenie, że jest ona tak naprawdę eposem, który ma bardzo konkretną konstrukcję i utrzymany jest w konkretnym schemacie. Musimy zadać sobie pytanie: jeżeli jest tam ślad na atomowe wojny bogów, to na pewno nie jest to relacja źródłowa, nie jest to relacja bezpośrednia. Mogliśmy dzisiaj przyjść do tego programu, prawda, Chris? Mogliśmy przyjść do programu, usiąść jak w „Starożytnych kosmitach”, jak ta cała grupa tamtejszych „ekspertów” w cudzysłowie i zacząć mówić tak: „Są dowody, że znaleziono to a to, że są takie wzmianki” i tak dalej.
Utwierdzalibyśmy tylko mit, mówilibyśmy nieprawdę. Natomiast my roztrząsamy tutaj pewne kwestie i roztrząsając te kwestie natrafiamy na coś takiego, że niestety Mahabharata nie jest dobrym materiałem źródłowym do oceny. Jeżeli wzmianki o wojnie bogów tam są, to na pewno oparte są o coś jeszcze starszego. Niestety korzenie tego czegoś starszego nikną w mrokach dziejów. Gdzie starożytni Hindusi mogli podpatrzeć działanie takiej broni? Czy w ogóle miałoby to sens? Kto miałby walczyć? Tutaj jedyną alternatywę chciał przedstawić Sitchin, który jak powiedziałem wcześniej, wszystko starał się połączyć w jedną zwięzłą koncepcję, o której zaraz powiemy. Mam jeszcze pytanie do Chrisa, który sam się wyrwał do odpowiedzi, ale widzę, że chcesz coś jeszcze powiedzieć, Marek. Marku, oddaję ci jeszcze głos odnośnie Mahabharaty i tego, czy tam rzeczywiście można trafić na ślady tej starożytnej atomówki.
[01:29:13] - Akurat nie tego, tylko właśnie przeczytałem na czacie. Artemius pisze i to właściwie w punkt jest, przynajmniej dla mnie, wstrzelone, że bardzo często w naszych debatach rozmawialiśmy o tym, że UFO to wcale niekoniecznie są przybysze z innych planet, z innych światów. W każdym razie nie wędrowcy kosmiczni. A skoro tak, to myślę, że i na ten problem, który dzisiaj rozpatrujemy, warto spojrzeć również przez ten pryzmat, który bardzo często pojawiał się w naszych rozmowach. I to tyle. Myślę, spoglądając na czat, ta uwaga wydała mi się dosłownie w punkt. Dziękuję.
[01:29:59] - Istnieje jeszcze przecież taka koncepcja, która mówi, że tak jak wielcy jasnowidze, chociażby Nostradamus, chociażby jasnowidz z Kremnej Terabit przewidywaliPojawienie się bomby jądrowej. Tak samo mogli robić dawni jasnowidze i to stamtąd pochodziły te inspiracje. Rozumieją państwo, o co mi chodzi? Nostradamus pisał w jednej ze swoich centurii o półczłowieku ubranym w maskę, który będzie latał. Z tym, czy będzie latał to nie wiem, ale o tym, że będą wojny w niebiosach i człowiek podobny do świni ubrany w maskę to zapamiętałem. Niektórzy widzą w tym odniesienie do kombinezonu lotniczego i do maski, którą noszą piloci. O wojnie w powietrzu nie wspomnę. Midar Karabi z kolei też pisał o różnych rodzajach broni i bardzo wsłuchiwał się w to, co mówiła „Mahabharata” i mówił, że dojdzie do takiego samego spustoszenia. I tutaj pojawia się taki wniosek, że te wizje wszelkie dotyczące straszliwej broni wzięły się właśnie stąd, że swego rodzaju wieszcze, osoby dysponujące wglądem w przyszłość, mogły coś takiego zobaczyć. Oczywiście jest to teoria bardzo śliska, ale wszystko ciekawe.
Jesteśmy wszakże w debatach mitologicznych. Za górami, za borami, za dolinami pobili się kosmici atomówkami, Chris. Ale mam do ciebie jeszcze jedno pytanie, bo już powiedzieliśmy o starożytnych kosmitach. Serial ten jest lubiany przez bardzo wiele osób, ale ja kiedyś naraziłem się na grupie Nieznanego Świata, pisząc bardzo gorzkie słowa na ten temat. Jesteś w Ameryce. Chyba tam są nowe już odcinki, których jeszcze u nas nie ma. Jakbyś podsumował to, czym stał się ten serial w trzech słowach. I jeszcze chciałeś zabrać głos na temat „Mahabharaty”, z tego, co wiem.
[01:31:59] - Starożytni astronauci ciągle lecą, ciągle mają sporą publiczność. Odkrywa w cudzysłowie to mnóstwo nowych ludzi. Dlatego seria jest kontynuowana. Natomiast jeśli przyjrzymy się pierwszym odcinkom i zobaczymy ekspertów, jacy występują w tym serialu, dziś oni właściwie są zawstydzeni swoim udziałem w tym serialu. Zorientowali się, że jest to, generalnie rzecz biorąc, sposób na zarabianie sporych pieniędzy przez twórców tej serii quasi dokumentalnej. I praktycznie sprowadza się to do tego, że za każdym razem i wszędzie, i w każdym przypadku trzeba zobaczyć gdzieś kosmitów. Na początku traktowali to jako przełom, że wreszcie powstało coś, co będzie w sposób otwarty mówić o ewentualnych kontaktach z obcą cywilizacją. Gdy później okazało się, że właściwie każdy element może być naciągnięty do granic możliwości. Dlatego dziś większość ludzi, którzy są szanowani w tym środowisku alternatywnego patrzenia na naszą historię, już więcej w tym nie wystąpi i odżegnuje się od tego serialu i nie uważa go za zbyt dobre źródło. Tak jak powiedziałem, patrzą na to trochę z zawstydzeniem, na swój udział w pierwszych odcinkach, kiedy jeszcze nie zorientowali się, o co w tym wszystkim chodzi.
Natomiast ja chciałem jeszcze parę słów powiedzieć, skomentować właściwie to wszystko, o czym opowiadał Marek, że on stawia na fantazję i że ludzkość ma skłonności do konfabulacji i do wymyślania, i do powiększania. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Z wieloma wykrzyknikami. Nie, ależ nie! Zwłaszcza w takich przypadkach jak „Mahabharata”, „Ramajana”, jak Biblia, jak „Popol Vuh”. Nie zgadzam się absolutnie, że ktoś sobie siedział i sobie wymyślał rzeczy. To są przecież święte księgi, na dodatek napisane świętym językiem. Więc cały problem polega na tym, że my czytając je, raz, że mamy bardzo złe tłumaczenie, dwa, w ogóle tego nie rozumiemy. Jest to przełożone na język plebejski, chachłacki, którym są większość języków, jakimi posługuje się świat, czy niemalże wszystkie języki, jakimi posługuje się świat w swoim życiu codziennym. I nie ma to żadnego odniesienia do tego, o czym są te księgi.
Żadnego. Zauważmy na przykład w dawnym, żeby to umieścić geograficznie, Izraelu kapłani porozumiewali się, mówili językiem hebrajskim. To był język święty. Natomiast cała reszta mówiła po aramejsku i we wszystkich innych możliwych językach. Język hebrajski był zarezerwowany właśnie jako język religijny, jako język święty. Podobnie w Kościele katolickim taką funkcję pełniła łacina. Wszyscy inni mówili w najrozmaitszych językach świata chrześcijańskiego. Natomiast msza była po łacinie, święte księgi były po łacinie, liturgia cała była po łacinie i ewentualne dyskusje czy rozmowy na najwyższym politycznym szczeblu również były prowadzonePo łacinie ze względu na to, aby to, co zostało powiedziane, nie zostało w zły sposób zinterpretowane przez słuchających. Dlatego nie uważam, że księgi te zostały stworzone jako wytwór ludzkiej wyobraźni i fantazji. Księgi te są zapisem czegoś, zapisem wiedzy, próbą utrwalenia czegoś.
Każda z tych ksiąg, każda z tych opowieści ma specyficzny kod, który przykładając do niej, odkrywa pewną historię, pewną prawdę czy prawo, które rządzi ludzkością czy wszechświatem, czy odpowiada na bardzo trudne i niebezpieczne pytania, jakie dzisiaj mamy. Dlatego nie sądzę, aby patrzeć na to wszystko jako na wesołe historyjki o różnych przygodach, jakie odbywali wojownicy w zamierzchłych czasach. Jest to absolutne nadużycie. Są to dwie różne sfery, tak jak mówię. Jedna jest właśnie ta sfera święta, świętych języków jak sanskryt, hebrajski, łacina. Latopisy chociażby pisane w języku słowiańskim, które zaginęły. Język ten stał się w końcu hakłackim. Nie wiemy, co on znaczy albo z trudem się domyślamy, co znaczy najprostsze rzeczy. Dam taki przykład. Już kiedyś go dawałem, ale myślę, że tu jest akurat dobry.
Spójrzmy na angielskie słowo Sunday, które oznacza dzień słońca, prawda? A spójrzmy na polskie słowo niedziela, dzisiejszy dzień. Myślę, że nie będzie zbyt wiele osób, które nas słucha, które rozumieją, co właściwie to słowo znaczy, co ono przekazuje, jakie jest znaczenie tego słowa, skąd ono się w ogóle wzięło. To mam na myśli, mówiąc język święty, gdzie nie tylko ważne jest znaczenie tego, co zostało zapisane, ale całe zdanie tworzy pewną formułę, bardzo często matematyczną. Ja ostatnio czytam coraz więcej o Kabale i jestem zdumiony tą nauką. Nauka jest niezwykle stara, sięga wiele tysięcy lat w przeszłość. Sięga na długo, zanim w ogóle powstało żydostwo, które później przypisało sobie i przejęło praktycznie dla siebie tą naukę. Była to nauka, która rozwijała się jeszcze w starożytnym Sumerze u samego jego początku. I ona właśnie w niezwykły sposób znajduje połączenia pomiędzy słowami i liczbami. Jak wiemy, słowo ma ogromną moc.
Słowo właściwie użyte, użyte we właściwym kodzie. Przecież cały świat powstał dzięki słowu, prawda? Czytamy w Biblii. Więc to mam na myśli. Dlatego nie widzę powodów, ażeby traktować to jako fantazję, jako wyobraźnię. Później być może ci fajni bardowie sobie jeździli po wioskach i opowiadali historie, ale to ciągle pozostaje w sferze języka plebejskiego. Są to wesołe historie, natomiast nie można używać ich w tym samym miejscu i w ten sam sposób, jak się traktuje właśnie te księgi, które leżą u podstaw całej naszej ludzkiej cywilizacji. Dziękuję.
[01:37:50] - Marek Żelkowski chciał coś dodać. Marku?
[01:37:54] - Ja myślę, że jakieś nieporozumienie nastąpiło. To znaczy te wesołe historie, o których mówił Chris. Nie przypominam sobie, żebym użył tego w takim kontekście. Natomiast chciałbym powiedzieć, że ja wcale nawet nie powiedziałem, że zapisy świętych ksiąg jakiejkolwiek cywilizacji to jest taka fantazja radosna. To jest prawdopodobnie i tak się to dzisiaj o tym mówi, to jest zapis wiedzy, którą bardzo często inni, niektórzy naukowcy określają jako tak zwaną wiedzę fałszywą. Bo wiedza ma to do siebie, że wcale nie jest powiedziane, że zawsze wiedza, którą mają ludzie, jest odpowiednikiem czegoś, co dzieje się naprawdę, czegoś, co ich otacza i czegoś, co miało miejsce naprawdę. Odwołując się nawet do eposów hinduskich, warto sobie uświadomić, że Ramajana i Mahabharata są o tyle źródłami dosyć problematycznymi, że prawdopodobnie zanim zostały spisane, były przez dobrych kilka stuleci powtarzane podobnie jak greckie eposy, z którymi mamy do czynienia. To były zapisy pamięciowe, powtarzane przez, nie wiem, czy to dobre słowo w tamtej kulturze bardów. No więc użyjmy słowa w każdym razie przez ludzi, którzy je zapamiętywali, powtarzali. A powtarzanie ma to do siebie, że w przeciągu stuleci może doprowadzić do różnego rodzaju przekształceń.
Więc ja wcale nie twierdzę, że święte księgi są zapisem wiedzy albo jakiejś radosnej twórczości. Wręcz przeciwnie. Jako człowiek, który religiami i religioznawstwem zajmuje się nie tylko z wykształcenia, ale także z pewnego zainteresowania, twierdzę, że święte księgi wcale nie muszą być zapisem wiedzy prawdziwej. I to jest, myślę, istota, którą należy sobie uświadomić, że zapisy świętych ksiąg mogą pokazywać wiedzę pozorną, wiedzę, którą chciano by mieć albo której pożądano, a nie zawsze tę, która do tych ludzi nadeszła, która została im przekazana. Warto uświadomić sobie również, że jeśli porównać święte księgi z całego świataTo one będą pomiędzy sobą, przynajmniej w niektórych momentach, sprzeczne. A zatem albo przyjmiemy, że wszystko, co w świętych księgach jest prawdą, to, co tam jest napisane, albo uznamy, że może jednak niekoniecznie. Święte księgi niosą ze sobą mądrość i tego nie zamierzam kwestionować. Święte księgi niosą ze sobą prastarą mądrość, która powstawała w bardzo wielu kulturach. I chyba jestem ostatnią i ostatnim człowiekiem, który twierdziłby, że jest to jakaś radosna twórczość, która ma na celu spłaszczenie całej tej wiedzy. Wręcz przeciwnie.
Na pewno nie są to jakieś wesołe opowieści, wesołe historie. Warto wziąć pod uwagę, że jeśli nawet jest to święta księga danej kultury, to jeszcze wcale nie oznacza, że jest to księga prawdziwa. I to tyle. Dziękuję.
[01:41:46] - Chris chciał coś dodać. Chrisie?
[01:41:47] - Tak, oczywiście. Jeśli nie jest prawdziwa, to po co ją tworzyć? To znaczy, że podstawą takiego myślenia jest to, że ci prymitywni, biedni ludzie próbowali sobie jakoś wyjaśnić świat. Wreszcie, jak coś sobie wymyślili, to zapisali to w księdze. Nie byli pewni jak i po co, ale żeby to w jakiś sposób utrwalić, żeby nadać religii funkcję tego, co my widzimy dziś, żeby w jakiś sposób kontrolować swoje społeczeństwo. Gdyby chcieli kontrolować społeczeństwo w taki sposób, mogliby użyć czegoś o wiele prostszego niż rzeczy, które wymykają się często interpretacji. Wracając na chwilę do tego, co wspomniałeś o opowieściach, które były przekazywane ustnie i o tym, że mogły zostać zmienione w trakcie upływu czasu. Nic bardziej mylnego. Z tego względu, że jednym z największych przełomów, jaki nastąpił w całej ludzkiej kulturze, całej ludzkiej cywilizacji na tej planecie, jest moment, kiedy nagle rezygnuje się z tradycji oralnej na rzecz zapisu, na rzecz księgi. Kiedy nie jest to wcale prosta decyzja, jaka następuje.
Bo jeśli ktoś był kimś, kto przekazywał oralnie wiedzę z pokolenia na pokolenie, to nie oznacza, że mógł coś pomylić. Ludzie, którzy przenosili ten rodzaj wiedzy oralnie, byli ludźmi szkolonymi do tego celu. Były całe zastępy ludzi, którzy ściśle powtarzali to w pewien określony sposób, który przez to nadawał temu, co mówią, określone znaczenie. Był to sposób utrzymania ciągłości wiedzy, niezależnie od tego, co się wydarzy na ziemi. Księgę można spalić, kamień można zetrzeć na proch. Natomiast jeżeli coś utkwi w ludzkiej głowie, zostanie ono na wieki. Dlatego dochodzimy do momentu, kiedy jest przełom, kiedy powstaje decyzja, czy nadal będziemy się kierować tradycją oralną, czy zapiszemy to wszystko w księgach. Co się dzieje? Powstają księgi, ale powstaje grupa ludzi, kapłanów, która jako jedyna ma ekskluzywną władzę na to, aby je interpretować, aby móc właściwie wyłożyć i przełożyć słowo Boże. Dlatego powstają święte języki.
Święte języki, które nie są używane w sposób powszedni. Te wszystkie wesołe historie, o jakich mówiłem, są napisane w całej reszcie języków. Niektóre są smutne historie. Jeśli już chodzi o tę wesołość, tak bardzo chodzi. Mówię o tym, że wszystko dookoła jest literaturą. Literaturą z pewnością nie są księgi, które dotyczą religii. Nie są na pewno „Mahabharata” i „Ramajana”, jest „Biblia” i parę innych. Dlatego, że zostały napisane i stworzone w zupełnie innym celu. Właśnie w tym celu, który rozpoczął się wraz z wprowadzeniem starożytnej tradycji oralnej, bo inaczej nie dało się tego przekazać. Do tego dochodzi jeszcze jeden sposób przekazu.
Sposób przekazu, który jest zawarty w najrozmaitszych budowlach, które ze względu na to, że zostały stworzone tak, aby oparły się zębom czasu, mogły przetrwać do dziś. I w nich znów gdzieś jest zamknięta matematyczna formuła, która wyjaśnia nasz świat. Dlatego wielu naukowców tak bardzo intensywnie interesuje się starożytnymi tekstami. Dlatego Niemcy wymyślili całą instytucję Ahnenerbe, która sprawiała, że naukowcy wędrowali po Bliskim Wschodzie i po Tybecie, szukając tego typu tekstów. Dlatego, że doceniali fakt, że zawarta jest w nich być może absolutnie niezwykła wiedza, która w czymś im może dopomóc w odkryciu tych tajemnic świata, których szukają, które dadzą im olbrzymią przewagę. I mamy do czynienia z tym do dziś, kiedy widzimy, że rozgrywa się wojna na Bliskim Wschodzie, kiedy upada Saddam Hussein. Jedną z pierwszych rzeczy, jaka się dzieje w Bagdadzie, jest wielka kradzież na wielką skalę w bagdadzkim muzeum, gdzie giną przede wszystkim gliniane tabliczki, na których dziś nie wiemy, co jest napisane. Do tego dochodzi sam fakt, że jest bardzo niewielu specjalistów, którzy rozumieją stary język, jakim posługiwali się ludzie w Sumerze na przykład. I są w stanie odróżnić, gdzie jest język plebejski, a gdzie jest język święty, gdzie jest rachunek za sprzedaż zboża, a gdzie jest jakiś zapis astronomiczny, które też się znajdują tu i ówdzie. Tych tabliczek są tysiące, są ciągle nieodczytane i coś na nich jest zapisane.
I teraz, jak się okazuje, w tych wszystkich miejscach archeologicznie aktywnych, jak w Ninive, w Babilonie, zaczyna stacjonować amerykańska armia i kontrolować wręcz pod pretekstem osłony archeologów prace, jakie tam się wykonuje. Jakby nie mogły one poczekać do końca wojny, do tego, aż się wszystko wyjaśni, zabezpieczyć i zostawić to. Nie, tylko trzeba pod gradem kul, ewentualnych bomb dalej kontynuować i czegoś szukać. Mamy do czynienia z tym właściwie wszędzie. Widać to wyraźnie w popularnej kulturze, kiedy wiele filmów, na podstawie książek Browna mówi o tym, że istnieją dokumenty takie czy inne, które są rozwiązaniem czy kluczem do jakiejś zagadki. Tak samo jak trzeba znaleźć klucz do tekstu tak zwanego świętego, o którym mówiłem, aby zrozumieć jego sens i znaleźć odpowiedź na jakieś pytanie. Natomiast cała reszta są to opowieści, dlatego mogą być wesołe i mogą być smutne. To jest zupełnie inna sfera. Dlatego właśnie „Mahabharatę” i „Ramajanę” trudno jest czytać właśnie w taki sposób, jak czyta się powieści. Dziękuję.
[01:47:20] - I raz jeszcze prosimy o zabranie głosu Marka Żelkowskiego. Marku?
[01:47:25] - Ja chciałem tylko powiedzieć, że na całym świecie funkcjonuje, zgrubnie licząc, kilkadziesiąt świętych ksiąg.Jeśli byśmy przyjęli, że wszystkie z nich głoszą prawdę i są przekazem. Przekazem są na pewno za każdym razem. Natomiast jeśli są odbiciem rzeczywistości, pewnej rzeczywistości, to jest problem, bo bardzo wiele z nich, tak jak już mówiłem wcześniej, stoi w sprzeczności wobec siebie. Co nie zmienia faktu, że to są święte księgi i dla danej kultury mają podstawowe wręcz znaczenie.
[01:48:04] - Ale jest to tylko założenie, prawda? Założenie, bo przecież jesteś w stanie odnaleźć czy odczytać, czy wskazać, gdzie jest błąd w tej księdze.
[01:48:12] - Nie, nie jestem w stanie.
[01:48:14] - A kapłan, który ją używa wie, ale nie rozgłasza tego, bo nie jest to jego rolą.
[01:48:19] - Tak, ale to już wchodzimy w gdybanie.
[01:48:22] - Ty też gdybasz mówiąc-
[01:48:24] - Nie. Ważna jest sprawa taka-
[01:48:26] - Że mogą być prawdziwe czy fałszywe. To nie jest gdybanie? To co to jest?
[01:48:30] - Nie. To jest elementarna sprawa. Jeżeli mamy kilkadziesiąt świętych tekstów i część z nich pozostaje w sprzeczności do siebie, to przynajmniej część-
[01:48:38] - Ale w sprzeczności jakiej? Bo ja nie rozumiem. Tą sprzeczność widać jedynie w opowieści, czyli na tym najbardziej podstawowym, prymitywnym etapie. Każdy stopień wyżej. Ja mówię o tym, że każda święta księga stworzona została po to, aby zawrzeć pewien rodzaj wiedzy albo pewne ukryte przesłanie, które jest do odkrycia na najwyższym stopniu dla tych, którzy mają najwyższy stopień wtajemniczenia w to wszystko. To nie jest tajemnica dla każdego.
[01:49:07] - Ale nawet wiedza zawarta w świętych księgach nie zawsze pokrywa się w każdym przypadku i w każdym punkcie geograficznym. Ta wiedza, która jest przekazywana przez pokolenia, wcale nie jest tożsama i nie pokrywa się w każdym punkcie geograficznym. Nie jest identyczna. Warto to uwzględnić. Jeśli się zakłada za każdym razem, że święta księga musi być przekazem prawdziwym. Inaczej. To jest kwestia języka, bo ja zakładam, że jest przekazem prawdziwym, ale tak jak powiedziałem o wiedzy prawdziwej i fałszywej, tak warto sobie to uświadomić, że wiedza prawdziwa i fałszywa wcale nie oznacza wiedzy sfałszowanej. Wiedza fałszywa to jest wiedza, która dotyczy zjawisk, które nie zawsze istnieją. To tak, jakbyśmy zadali pytanie filozoficzne: czy zło to jest tylko brak dobra, czy może istnieje obiektywnie? Czy istnieje dobro i zło, czy istnieje dobro i brak tego dobra, czyli zło?
Czy też może zło istnieje jako byt osobny? I tak dalej. Tego rodzaju pytania pojawiają się w różnego rodzaju świętych księgach i warto brać to pod uwagę. Poza tym warto także wziąć pod uwagę jedną prostą sprawę. Chris, wspomniałeś o tym, że przekazy oralne miały to do siebie, że one były powtarzane dokładnie i byli ludzie specjalnie szkoleni. To jest prawda. Ja tego nie zamierzam kwestionować.
[01:50:41] - Przetrwała „Odyseja” na przykład.
[01:50:44] - Tak, ale warto wziąć pod uwagę, że dzięki średniowiecznym klasztorom przetrwały nie tylko dzieła chrześcijańskie, ale także dzieła starożytnych filozofów. W klasztorach wczesnośredniowiecznej Europy mnisi przepisywali daną księgę przez całe życie jedną i tę samą księgę, w związku z czym po jakimś czasie uczyli się jej wręcz na pamięć. Ale dochodziło do takich sytuacji, że wystarczyło opuścić jeden wyraz, dwa wyrazy. Nie przez złą wolę, nie przez złe intencje, tylko po prostu na zasadzie takiej, że już to kiedyś pisałem i zapomniałem uzupełnić jednego, dwóch zdań. Może tylko wyrazów. Nie wiem. Takie rzeczy miały miejsce, bo wystarczy porównać te rękopisy ze sobą i czasami okazuje się, że tam były po prostu błędy. Skoro były błędy w przepisywaniu, równie dobrze mogły trafić w opowiadanie.
[01:51:48] - Jeśli był to człowiek specjalnie przygotowany do tego, to jest to coś innego niż idzie mnich do roboty na osiem godzin i przepisuje i mu się nudzi.
[01:51:57] - Mnich był przygotowany, bo miał poczucie misji. We wczesnośredniowiecznych klasztorach Europy oni nie robili tego dlatego, że musieli przez osiem godzin pracować. Pracowali notabene znacznie dłużej.
[01:52:12] - To było kolokwialnie powiedziawszy.
[01:52:14] - Jasne, ale mieli poczucie świętej misji, bo na przykład proszę wziąć pod uwagę, że Arystoteles, starożytny filozof, który był również przepisywany w tych średniowiecznych klasztorach, ponieważ Arystoteles w pewnym momencie trafił do kanonu chrześcijańskiego. Po prostu. Jeden ze świętych ojców, doktorów Kościoła przerobił Arystotelesa na modłę chrześcijańską.
[01:52:46] - Święty Tomasz jest to w większości Arystoteles.
[01:52:49] - Tak.
[01:52:50] - Święty Augustyn.
[01:52:51] - Nie. Właśnie o to chodzi, że nie.
[01:52:53] - Upraszczając.
[01:52:55] - Właśnie. Upraszczając, bo to, co zrobił z Arystotelesem święty Tomasz, to było właśnie zrobienie z niego chrześcijańskiego filozofa. Tymczasem Arystoteles nie był chrześcijańskim filozofem i trzeba było się bardzo nagimnastykować. To wielki ukłon w stronę świętego Tomasza, że był w stanie to zrobić. A dlaczego był w stanie to zrobić? A to jest bardzo proste. Otóż kiedy działał Chrystus pozostała tylko jedna szkoła filozoficzna, a mianowicie szkoła platońska. I od początku chrześcijaństwo było związane ze szkołą platońską. Ale Arystoteles przetrwał ze swoimi dziełami i w miarę upływu wieków, powiedzmy gdzieś koło piątego, szóstego wieku, ktoś doszedł w końcu do wniosku, że to nie może tak być, żeby było chrześcijaństwo oparte na Platonie i nagle Arystoteles, który jest bardzo popularny. I stąd misja Tomasza, żeby tego Arystotelesa jakoś zrobić na modłę chrześcijańską.
I już nawet to, o czym w tej chwili mówimy, świadczy o tym, że zarówno językiem mówionym, jak i pisanym, bo to jest właśnie bardzo ważne, można manipulować. I przecież to, co zrobił Tomasz z Arystotelesem, nie było, przepraszam za określenie, ale taką chamówą, czyli takim czystym, chamskim przerobieniem Arystotelesa. Nie. Tomasz zrobił to niezwykle subtelnie. Zrobił to tak, że właściwie dzisiaj, kiedy mówi się o tym, że Arystoteles czy jest związany z chrześcijaństwem, czy nie, to bardzo wiele osób ma kłopoty, czy rzeczywiście tak jest, czy nie jest. Ja prowadzę tylko do jednej rzeczy: wróćmy do tych mnichów na chwilę. Ci mnisi to byli ludzie również świetnie przygotowani. Oni przepisywali te księgi, tak jak powiedziałem, czasami jeden przepisywał jedną i tę samą księgę przez całe życie. To znaczy powielał, kończył i zaczynał następny raz. I następny, i następny.
I nie wiem, ile mu się udało w ciągu życia przepisać daną księgę. 30 razy? Może 40? Nie wiem. Nie mam pojęcia.Natomiast powtarzał, w pewnym momencie też ją by już znał na pamięć. Ale uczenie się na pamięć ma to do siebie, że powoduje właśnie nie w tym momencie, kiedy przepisujemy słowo w słowo, ale w tym momencie, kiedy znamy jakiś tekst, wtedy pojawiają się błędy. Tu odwołuję się do takiej teorii czysto psychologicznej. Kiedy ludzki mózg płata nam figle? Właśnie wtedy, kiedy jesteśmy czegoś bardzo pewni, kiedy wiemy o czymś, że znamy to świetnie. Wtedy się pojawiają błędy.
I to tyle. Ja mam głębokie-
[01:55:38] - Wynika to z tego, że jesteśmy od paru tysięcy lat opanowani pismem, że żyjemy w tym pismie i wydaje nam się, że wszystko inne nie może być doskonalsze niż jest to pismo. Za jakiś czas uświadomimy sobie, że znacznie lepszy od pisma jest jakiś zapis cyfrowy tego wszystkiego, że jest super konkretny, nie do zmiany i że to on będzie najlepszym zawarciem naszych myśli aż do momentu, kiedy potem się okaże, że wkradnie się wirus i tak dalej. I z tej dzisiejszej pozycji w taki sposób patrzymy na to, co się działo w czasach, kiedy ta cała historia oralna była przekazywana właśnie w sposób ustny. Masło maślane trochę.
[01:56:18] - Patrząc z perspektywy słuchacza Radia Paranormalium, panowie chyba troszeczkę uciekliście od tematu wojny bogów.
[01:56:24] - Bo nie dowierzamy jej tylko dlatego, że patrzymy, bo się mnich mógł pomylić, mimo że by się poświęcił temu i on całe życie na to pracował. I się pomylił, bo wykonywał pewną mechaniczną robotę. Natomiast wówczas, kiedy ta cała oralna tradycja była najważniejszą tradycją, była to sprawa życia i śmierci, także ten ktoś nie mógł się pomylić czy o czymś zapomnieć, czy coś przeoczyć. My po prostu nie doceniamy, ponieważ nie została żadna książka przez nikogo napisana. Ponieważ język, mimo że był znany pisany, nie był absolutnie doceniany. Uznawano za coś, co może nieść ze sobą pomyłki. Nie dlatego oni przekazywali to sobie ustnie, że byli debilami i byli na niższym poziomie rozwoju tylko dlatego, że nie uważali, że taki język jest w stanie przekazać wiedzę, którą tylko można przekazać ustnie. Dlatego jest to rzeczywiście bardzo długa i skomplikowana historia i tylko z naszej perspektywy możemy mówić o wyższości księgi. Natomiast jeśli popatrzeć na to i próbować zrozumieć powody tamtych ludzi, dlaczego utrzymywali tradycję oralną, te powody są tak samo silne i zupełnie inaczej nasza kultura by wyglądała, gdyby pismo jednak nie weszło do użytku.
[01:57:34] - Ale Krisie, wystarczy przeczytać „Dialogi” platońskie, czyli chociażby „Fedona”. Tam jednym z bohaterów jest właśnie pieśniarz, który przekazuje pieśni ludowi, który głosi pieśni, które zostały stworzone przez innych ludzi. I on ma motywację bardzo merkantylną. On te pieśni przekazuje dlatego, żeby zarobić, żeby ludzie byli zadowoleni. I chodzi po prostu o to, że ja wcale nie kwestionuję tego, że ci pieśniarze czy ludzie, którzy przekazywali tradycję ustną, robili to w złej wierze. Ja po prostu wiedząc o tym, jak zbudowany jest ludzki mózg i w jaki sposób działa, w jaki sposób bywa często mylony albo wodzony na manowce wiem, że to jest miejsce, które zarówno w tradycji pisanej, jak i oralnej jest miejscem błędu. Po prostu błędu. A błąd ciągnie się później przez stulecia.
[01:58:39] - My ciągle powtarzamy ten sam błąd. Dajesz mi przykład jakiegoś śpiewaka, który nie ma nic wspólnego ze sferą świętą. Ty ciągle mówisz, że jedni i drudzy to ta sama banda, że każdy z nich się może pomylić, bo oni na tym zarabiają, opowiadają historie. Widzisz tego barda pewnie z fujarką i z kozią skórą, który opowiada jakieś historie i mu pieniążki się wrzuca. Widzisz tego dziada, który snuje te wszystkie opowieści.
[01:59:03] - Proszę ciebie, w Grecji pitagorejczycy to, co głosili, uznawali za świętość. W związku z tym mówienie o tym, że on był wielkim dziadem-
[01:59:14] - A czy Platona był pitagorejczykiem? I sobie zarabiał kasę?
[01:59:19] - Nie był pitagorejczykiem, ale nie był dziadem w skórze.
[01:59:24] - Ale nie był pitagorejczykiem, więc on sobie zarabiał kasę na opowieściach, tak jak dziś się zarabia kasę na opowieściach na przykład w Hollywood czy na opowieściach książkowych. To jest zupełnie inna sfera niż ktoś, kto przenosi tradycje z całego świata. Wiedzę, która-
[01:59:39] - O czym innym mówi Fedon.
[01:59:40] - A o czym innym mówią panowie na antenie, bo chyba troszeczkę jednak zeszliśmy z tematu, z atomowej wojny bogów. Może z powrotem na właściwe tory tematyczne audycję sprowadzi Piotr Cielebiaś. Piotrze?
[01:59:55] - Ja chciałem się odnieść tutaj do kilku komentarzy, które się pojawiły na czacie. Tylko one mi zniknęły i zapomniałem, o czym były. Mniej więcej chodziło o to, że jeden z panów mówił, iż bogowie, którzy przybyli na Ziemię i którzy byli nauczycielami z kosmosu. O tym wielokrotnie mówiliśmy, między innymi o Apkalu sumeryjskich i akadyjskich, którzy mieli nauczać ludzkość. Mówiliśmy o tych innych nauczycielach, mówiliśmy o tych towarzyszach Semjazy, którzy mieli osiąść w czasach Jereda w Ziemi Świętej i tak dalej. I tutaj jeden z panów sugerował, że te istoty, które dysponowały tak wielkim potencjałem, mogły również posiadać zdolność do tworzenia broni jądrowej. Ale wydaje mi się, że troszeczkę to się nie... Atomowa wojna bogów ogólnie się nie klei jako tako, bo z kim oni by mieli walczyć w sumie? To mnie najbardziej dziwi. Drugi komentarz mówił o innych konfliktach, które były w przeszłości, które zostały upamiętnione w mitach.
Jeżeli sięgniemy do mitówTutaj europejskich przede wszystkim, które biorą się zapewne z jednej wspólnej praindoeuropejskiej spuścizny. Zobaczymy, że ta wojna zawsze gdzieś pobrzmiewa, choćby w mitologii greckiej, skandynawskiej. Mamy też pewne wątki w mitologii egipskiej. Pojawia się pytanie związane z wojną, która toczyła się tutaj, zanim pojawił się człowiek. Antropolodzy sugerują z kolei, że może być to walka praindoeuropejczyków z innymi ludami o dominację. Niektórzy sięgają nawet dalej, do Neandertalczyków. Także nie ma gdzie złapać tej atomowej. Nie ma po prostu kogo złapać za rękę. Natomiast przechodzimy do pytania czwartego, dość ważnego. Na samym początku mówiłem, że istnieją potencjalne ślady wojen bogów.
Tym najczęściej wspominanym jest Mohendżo-Daro, miasto kultury Doliny Indusu, cywilizacji Doliny Indusu, oddalone w sumie nie tak bardzo od pola kulu kshetra, na którym rozegrała się bitwa opisana w Mahabharacie. I co się wydarzyło w tym Mohendżo-Daro? Mohendżo-Daro znaczy kopiec umarłych. Natomiast oryginalna nazwa tego miasta to Rokhramah. Odnosiła się ona najprawdopodobniej do koguta. Niektórzy sugerują, że w Rokhramie organizowano walki kogutów i dlatego to miasto miało koguta w swojej nazwie. Czy to był powód, żeby niszczyć je bombą atomową? Nie wiemy. Natomiast okazuje się, że w niektórych źródłach pojawiają się takie wzmianki, że archeolodzy, którzy kopali w Mohendżo-Daro, odkryli tam leżące na ulicach ciała. Osoby te obejmowały się, tak jakby chciały się przed czymś uchronić.
Co dalej? Oprócz tego bardzo często w literaturze parastronautycznej mówi się, iż znaleziono tam ślady promieniowania. Zadałem sobie jakiś długi czas temu trud, żeby poszukać oryginalnych źródeł, które mówią o tym, gdzie, kto w zasadzie dokonał tych eksploracji, tych badań. Trafiłem na ślad jedynie, że była to jakaś radziecka grupa. Rzekomo te informacje pochodzą od Rosjan z lat 60. Prawdopodobnie z tego, co pamiętam. Nie byłem w stanie dotrzeć do konkretnych informacji mówiących o śladach promieniowania w Mohendżo-Daro ani o tym, że znaleziono szkielety. Natomiast nie mogę wykluczyć na 100%, że ta informacja jest fałszywa. Wydaje mi się to bardzo interesujące. Choćby sam fakt jest interesujący, że miasto zostało opustoszałe, mimo że cywilizacja Doliny Indusu była dość prężna.
To wszystko działo się jakieś 5000 lat temu na obszarze w dzisiejszym Pakistanie i w Indiach, na pograniczu nad Indusem. Kwitła tam wspaniała kultura z dość dużymi miastami, w których stosowano bardzo nowatorskie metody. Chociażby wspomnijmy tutaj kanalizację, która była jednym z wynalazków cywilizacji Doliny Indusu. Ale czy walki kogutów, wymyślenie kanalizacji i to wszystko inne jest powodem, by niszczyć to miasto za pomocą bomby jądrowej? Kto mógłby tego dokonać? Dlaczego w Mohendżo-Daro, Harappie i w innych miastach Doliny Indusu nie znaleziono jednak dowodów na to, by doszło tam do jakiejś tragicznej wojny, tragicznej w skutkach wojny, by miały tam miejsce jakieś niesamowite wydarzenia? Mimo wszystko wiele osób jest przekonanych, że Mohendżo-Daro zostało zmiecione z powierzchni ziemi właśnie wskutek takiego wybuchu. I tutaj pytanie się pojawia: kto mógł tego dokonać? Jeżeli to prawda, kto mógłby tego dokonać? Pojawiła się taka hipoteza, że Mohendżo-Daro zostało napromieniowane, ale już później wskutek prób jądrowych.
Bo trzeba jeszcze dodać jedno, że to miasto nie jest w całości odkopane. Jest tylko odkopane po części i że to był opad radioaktywny, ale już z prób jądrowych późniejszych w latach po II wojnie światowej. Natomiast do tej pory nie udało mi się jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o to, czy rzeczywiście doszło tam do jakiejś hekatomby, że rzeczywiście znaleziono te ciała tak jak w Pompejach. Tylko że wiadomo, co w Pompejach było przyczyną. Panowie, czy waszym zdaniem Mohendżo-Daro mogło być świadkiem atomowej wojny i czy rzeczywiście podzieliło los Sodomy i Gomory? Chrisie?
[02:05:38] - Ja nie uważam. Mohendżo-Daro i Harappa to takie sztandarowe modele wojny atomowej w starożytności, bo uważa się, że tam musiało się coś wydarzyć, skoro znaleziono szkielety rozrzucone po całym mieście, tak jak to było na przykład w Pompejach, które musiały w takim razie, skoro umierały na ulicach, umrzeć w wyniku jakiegoś napromieniowania nuklearnego czy coś takiego. Do tego dochodzą niejasne badania radioaktywności w tym rejonie. Niby potwierdza to fakt w jakiś sposób, że do dziś rodzą tam się dzieci z różnymi deformacjami, które wynikają właśnie między innymi z choroby popromiennej. Także to jakby podpiera tą teorię o tym, że Mohendżo-Daro i Harappa zostały zniszczone przez bomby atomowe. Tyle że tak naprawdę nie ma tam żadnych śladów nie tylko bomby, ale w ogóle jakichkolwiek walk. Te miasta nie miały murów obronnych, nie używały najprawdopodobniej żadnych sił zbrojnych, nie walczyły z żadnymi swoimi sąsiadami. Nie znaleziono tam nawet grotu pojedynczej strzały ani czegoś, co by wskazywało, że miasto było fortyfikowane w tamtych czasach. Także bardzo dziwna historia. Dlaczego miałaby je zniszczyć bomba?
Kiedy przyjrzało się bliżej temu problemowi, okazało się, żeKwestia na przykład odnalezienia tych ciał rozrzuconych po ulicy wynika właściwie z pewnej iluzji. Iluzji, która polega na tym, że w rozwoju miasta można zaznaczyć takie trzy etapy. Miasto to ta cała kultura istniała przez tysiące lat. Istniała dłużej niż cała nasza cywilizacja od początku naszej ery, w związku z czym rozwijało się. Pewne rzeczy się udoskonalały, miasto się rozrastało i dlatego budowało się na swoich własnych ruinach. Na tym, co stare, budowano nowe. I teraz, kiedy archeolodzy głównie w latach 30. i 40. odkopywali Mohenjo-daro, znajdowali te kręgosłupy, te szkielety ludzi, którzy często trzymali się na przykład za ręce. Znajdowali je nie tyle na ulicach, co ulice starego miasta były właśnie pod spodem.
Była to zupełnie inna era rozwoju miasta. Taka iluzja powstawała, jakby oni leżeli na ulicy. A ta ulica została zbudowana 1,5 tysiąca lat wcześniej, na przykład. I później została zasypana, ponieważ miasto ciągle było w jakiś sposób udoskonalane. Podobnie kwestia jest z skażeniem. Wyjaśnia się w momencie, kiedy rozejrzeć się dookoła, to okaże się, że tak naprawdę nikt takich konkretnych pomiarów nie dokonał. Ty wspominałeś o Rosjanach. Ja też tego szukałem i znalazłem takiego faceta, który się nazywa Taylor, który miał zmierzyć radioaktywność tych szkieletów i tego miejsca. Tyle że tego Taylora nigdzie nie można znaleźć, on nigdzie po prostu nie istnieje. Także właściwie można założyć, że został po prostu wymyślony na użytek takiej teorii.
Teraz po co byłaby taka teoria? Właśnie, kiedy rozejrzeć się po okolicy, okaże się, że z tym miejscem Pakistanu, gdzie leży Harappa i Mohenjo-daro jest granica Rajasthanu, jedna z części Indii. I tam w Rajasthanie jest Rajasthan Atomic Station, tak się nazywa. I wiele wskazuje na to, że doszło tam do awarii, bo tam był realizowany program nuklearny Indii. Oczywiście program nuklearny był ściśle tajny, dlatego że do dziś wiemy, jak wiele kłopotów ma kraj, który buduje sobie bombę atomową, a reszta świata się na to nie zgadza. Widać, co się dzieje z Koreą Północną. Widać, co się dzieje, kiedy mówi się o Izraelu, który oficjalnie ciągle mówi, że nie ma żadnej bomby atomowej. Podobnie inne kraje, zwłaszcza te, które już posiadają broń atomową, nie chcą dopuścić, aby posiadał je ktokolwiek inny i mogłoby to doprowadzić do nieobliczalnych konsekwencji. Na tym etapie w Indiach było podobnie. Robiono te wszystkie doświadczenia w sposób tajny.
Doszło do awarii, doszło do skażenia. I właściwie Mohenjo-daro i jego mroczna historia, że ewentualnie miasto mogło zostać ofiarą jakiegoś kataklizmu nuklearnego w dalekiej przeszłości było bardzo na rękę, bo odciągało uwagę od tego, co działo się naprawdę. Także kto wie, czy nawet nie wywożono w te bardzo bezludne miejsca popiołów czy materiału radioaktywnego z tej stacji atomowej w Rajasthanie po to, żeby pousuwać ślady, a jednocześnie stworzyć historię, która tak naprawdę jest ślepym zaułkiem. I tak na to patrzę. Także myślę, że jeden z tych największych dowodów na rzekome istnienie wojen atomowych w odległej historii ludzkości jest tak naprawdę wymyślony dziś i nigdy nie miał miejsca w przeszłości. Dziękuję.
[02:10:30] - Marku?
[02:10:32] - Tu przynajmniej się zgadzamy z Chrisem. To znaczy ja również uważam, że Mohenjo-daro jest mocno przereklamowane. Dlaczego? Z tych względów, o których wspomniał Chris. Poza tym wydaje mi się, że ja specjalnie zabawiłem się w swoim czasie w przejrzenie tego, co na temat Mohenjo-daro jest pisane w internecie. I powiem, że tylu sprzeczności i tylu dziwnych informacji, to naprawdę trzeba się postarać, żeby ulepić, skręcić, ukulać. Natomiast Mohenjo-daro, trzeba przyznać, ta historia jest historią, która bardzo mocno działa na wyobraźnię. Człowiek współczesny, któremu się tego rodzaju historię opowie, historię, która ma różnego rodzaju konotacje gdzieś sięgające współczesności, a jednocześnie gdzieś sięgające w przeszłość, to bardzo mocno pobudza wyobraźnię. I myślę, że z tego względu te historie o miastach Mohenjo-daro, Harappa zyskały taką popularność, ponieważ one niezwykle mocno pobudzają ludzką wyobraźnię. I cały czas się trzymam tej swojej tezy, która mówi o tym, że ludzka wyobraźnia lubi być pobudzana i lubi wędrować w najrozmaitsze zakątki.
W tym przypadku właśnie Mohenjo-daro i okolice to jest taka historia, która z jednej strony, tak jak powiedziałem, zakotwiczona jest we współczesności, w drugiej sięga w przeszłość i to automatycznie niejako predestynuje ją do tego, żeby się tą historią zainteresować. Ale przy okazji tego miasta, czyli Mohenjo-daro, zadałem sobie pytanie. Zresztą sygnalizowałem je już na początku naszej audycji. Jeżeli mieliśmy do czynienia z atomową wojną bogów, jeżeli to nie była sytuacja tego rodzaju, że oni sobie nadlecieli w naszą atmosferę, postrzelali sobie trochę i odlecieli. Tylko była to jakaś cywilizacja, która dłuższy czas bawiła na Ziemi i dopiero w pewnym momencie doszło do konfliktu. Jeśli to był konflikt atomowy, to naturalnym wydawałoby się, że ci opiekunowie ludzi w jakiś sposób zabezpieczyliby ludzi przed skutkami potencjalnego, a w końcu rzeczywistego konfliktu.Z czym zatem mamy do czynienia? Co się dzieje we współczesnym świecie? Otóż jak ziemia długa i szeroka buduje się różnego rodzaju podziemne miasta, różnego rodzaju podziemne twierdze, podziemne miejsca przetrwania. Robią to Rosjanie, robią to Amerykanie, robią to Skandynawowie. Właściwie nie wiem, kto nie robi tego tak na dobrą sprawę.
Robią to wreszcie ludzie w swoich prywatnych ogródkach, budując sobie malutkie schroniki atomowe. Należałoby zatem zainteresować się, takie jest moje zdanie, czy w tamtych czasach, które odpowiadają tym mitycznym wojnom bogów, tym wojnom, którymi się obecnie zajmujemy, czy w tamtych czasach powstawały jakieś podziemne miasta, podziemne schrony, miejsca, które gwarantowały ludziom przeżycie? Tak postawiony problem jest o tyle ciekawy, że tego rodzaju miasta, tego rodzaju podziemne schrony pojawiają się, i to w różnych miejscach świata. Od Turcji, gdzie przynajmniej dwa tego rodzaju miejsca są znane, po właściwie chyba nie ma kontynentu, na którym jakieś podziemne schrony by się nie znajdowały. Pytanie brzmi inaczej: czy znowu nie padamy ofiarami takiego prostego mechanizmu przeniesienia, że ponieważ obecnie buduje się schrony, to wówczas również musiano budować te schrony? Powtarzam, to jest moje przeniesienie. Ja je wcześniej sam przytoczyłem. Ale czy pójście tą drogą nie jest pójściem na manowce? Czy szukanie tych podziemnych miast, podziemnych schronów jest dobrym czy złym tropem? I to jest może ta część dyskusji, którą warto byłoby podążyć, którą warto byłoby zainicjować.
Czy rzeczywiście w tamtych czasach odpowiadających tym wojnom bogów, które się podobno toczyły, powstawały tego rodzaju miejsca schronienia? I to tyle na razie. Dziękuję.
[02:15:51] - Słuchacie państwo kolejnej, 54. już „Debaty Ufologicznej Online” w Radiu Paranormalium. Zanim przejdziemy do kolejnego pytania, pozwolę sobie przypomnieć, że audycja jest realizowana w całości na żywo. Można do nas dzwonić na nasz numer telefonu 32 746 00 08. Skype: radio.paranormalium.pl. Można również pisać na Gadu-Gadu 36 08 80 02. Jesteśmy również na czacie Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl. Odbieramy także pytania i komentarze z czata, który towarzyszy naszej transmisji na YouTube. Można nas również znaleźć na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu Infra, w grupach tematycznych Radia Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”. A jeżeli ktoś woli, to może nam wysyłać pytania drogą e-mailową na adres radio@paranormalium.pl.
Kolejne pytanie z naszej ściśle tajnej listy pytań brzmi następująco: osobą, która starała się wyjaśnić przyczyny atomowej wojny bogów, był nikt inny jak Zecharia Sitchin, który twierdził, że była ona skutkiem konfliktu między Anunnaki. Czy jego wersja tej teorii was przekonuje? Może tym razem pierwszego zapytajmy o to Marka Żelkowskiego. Marku?
[02:17:17] - Bardzo fajna historia, bardzo mi się podoba, w ogóle cała opowieść stworzona przez Sitchina bardzo mi się podoba. Bardzo ekscytuje moją wyobraźnię. Pewno dlatego, że Sitchin jest niesłychanie konkretny. Odwołuje się do wiedzy, a nie tylko i wyłącznie do fantazji. Z tego względu chociażby są to historie, których chce się słuchać, które chce się rozważać. Jeśli chodzi o lektury Sitchina i jego książek, zbyt mało ich przeczytałem, żeby autorytatywnie zabierać głos. Ta historia, o której wspomnieliśmy, jest interesująca. Sitchin odwołuje się do eposu, który się nazywa „Erra” i pochodzi z VIII albo z IX wieku przed naszą erą.Który mówi o tym, że na Ziemię spadły różnego rodzaju plagi, które były efektem użycia potężnej broni, wojny pomiędzy klanami bogów Annunaki. Opierając się na różnego rodzaju wierzeniach czy przekazach, pismach, Sitchin doszedł do wniosku, że te istoty, które opisuje, nie tylko były pozaziemską rasą, ale właśnie tu, na Ziemi miał miejsce konflikt pomiędzy nimi. Co więcej, miało miejsce coś takiego jak niszczenie sobie nawzajem pewnych środków trwałych, czyli na przykład kosmodromu, który Sitchin opisuje.
Czyli tak naprawdę mamy do czynienia z sytuacją dosyć podobną do czasów współczesnych, kiedy wojna nie jest tylko i wyłącznie szałem zniszczenia, ale też prowadzona jest według pewnego planu, przynajmniej do czasu. Do czasu, kiedy się da ją kontrolować, to prowadzona jest według pewnego planu. I tutaj mamy do czynienia z namiastką tego planu, czyli planowym wyniszczaniem siły materialnej przeciwnika. To mogłoby świadczyć o tym, że coś było na rzeczy. Ale ja nie potrafię patrzeć na historie przytaczane przez Zecharia Sitchina inaczej niż jako na niezłą opowieść. To znaczy, nie jestem w stanie zweryfikować tego. Zresztą zastanawiam się, czy ktokolwiek jest w stanie to zweryfikować. W każdym razie Zecharia Sitchin opisuje to, co opisuje niezwykle obrazowo. Opisując to, że miejscem starcia w starożytności była południowo wschodnia część półwyspu Synaj. On tam się wręcz dopatrzył geologicznej blizny, która jest widoczna na mapach satelitarnych.
A zatem znowu kolejny, dosyć mocny argument. Tu oczywiście pojawiają się również historie o czarnych kamieniach noszących ślady działania ekstremalnie wysokich temperatur. To kolejna taka przesłanka. A zatem ta historia, o której mówi Sitchin jest spójna. Jakbym dzisiaj zastanawiał się nad scenariuszem powieści science fiction, to byłby to znakomity scenariusz. I to tyle. Dziękuję bardzo.
[02:21:35] - Krysie?
[02:21:37] - Sitchin oczywiście zapłodnił wyobraźnię milionów ludzi swoją interpretacją różnych opowieści sumeryjskich, które do tej pory były nudne, wyglądały na wymyślone. On spróbował stworzyć z tego jedną całość. Scenariusz, który opisywał najstarszą naszą historię, znałem dział o przybyszach z kosmosu, o Nibiru, o rajskim ogrodzie, o Adamie na tabliczkach. Okazuje się później, że znalazły swoje również w innych pismach, w tym także w Starym Testamencie, prawdopodobnie wskazując na ich pochodzenie. Podobnie jak zapiski o potopie, czyli co wydarzyło się rzeczywiście, naprawdę. Sitchin pokusił się o to, aby wszystko to umieścić w pewnych określonych ramach czasowych. Uznał on, że 12 500 lat temu doszło do momentu, kiedy Nibiru, czyli planeta, na której przybyli Annunaki, zbliżyła się do Ziemi, była przyczyną straszliwych kataklizmów na Ziemi. Kiedy popatrzymy, co wydarzyło się w przeszłości, 12 500 lat temu, mamy tą całą historię, którą omawialiśmy w przypadku ostatniej książki Hancocka „Magicy bogów”, kiedy to rzeczywiście olbrzymie kataklizmy doprowadziły do stopnienia lodowca, stworzenia czegoś takiego jak potop i zupełnej zmiany wyglądu lądów na naszej planecie. Według niego, znalazł także na tych tabliczkach glinianych opowieść o tym, że Annunaki powrócili 7 500 lat temu po to, żeby pomóc ludzkiej cywilizacji podnieść się po tym straszliwym kataklizmie. I rzeczywiście, popatrzymy w historię.
Pojawia się nagle Sumer, który pojawia się niemalże jak diabeł z pudełka. Pojawia się cywilizacja, która ma prawa, która ma technologię, która jest świetnie zorganizowana. Nie ma tej ewolucji, która by doprowadziła powolnie i mozolnie do tego, aby taki twór państwowy potężny mógł powstać od razu, niemalże z dnia na dzień. Oczywiście nie powstało to z dnia na dzień, ale nawet w ramach historycznych, patrząc na Sumer jako fenomen w naszej historii, jest to coś absolutnie niezwykłego, co wymyka się racjonalnemu zrozumieniu tego, co się właśnie wydarzyło. I nagle mamy historię z upadkiem Sumeru. Z kolei to można skojarzyć, o czym opowiadał wcześniej Przemek Nowakowski, o tym, jak wiatr znad Morza Śródziemnego, zwany „wiatrem zła”, pojawił się właśnie nad terenami Środkowego Wschodu. I ten wiatr zła był morderczy i przyczynił się do zniszczenia całej cywilizacji. Co oznacza, że być może, jeśli uznać, że rzeczywiście kiedykolwiek doszło do jakiejś wojny nuklearnej na Ziemi i przejawem tego jest to, co się w Sodomie i Gomorze, to akurat idealnie pasowałoby to, wpisywałoby się to w ten obrazek, że ten opad radioaktywny iI wiatry spowodowały, że cywilizacja sumeryjska nagle zamarła, stała się słaba i z wielkiej potęgi runęła praktycznie w nicość. Wszystko właśnie próbuje połączyć ze sobą Sitchin. Ponieważ według niego Annunaki przybyli tutaj po złoto.
Znów zostawia nam to pewne ślady, w jaki sposób podejść do tego, czy to zinterpretować wyłącznie jako fantazję Sumerów, fantazję samego Sitchina, czy rzeczywiście mogłoby to wszystko istnieć naprawdę? I nawet z tej perspektywy. Wydarzyło się to już właściwie po śmierci Sitchina. W ostatnich dwóch latach jego życia pojawił się Michael Tellinger, który do dziś opowiada historię o tym, że Enki wraz z Annunaki przeniósł się do południowej Afryki, która byłaby naturalnym miejscem, gdzie Enki powinien szukać złota, bo jest tam złota więcej niż gdziekolwiek indziej na świecie. I o tym, że na olbrzymich obszarach południowej Afryki, kiedy popatrzy się na zdjęcia lotnicze, można znaleźć bardzo dziwne kręgi, które nie wiadomo, w jakim celu powstały, a które być może wskazują na jakąś działalność. Tellinger interpretuje to jako właśnie maszyny, które pomagały w wydobywaniu tego złota. Na dodatek doszło do tego, że w kopalniach złota w południowej Afryce, które czasami sięgają kilka kilometrów w głąb ziemi, od czasu do czasu znajdowane są korytarze. Świetnie wykonane korytarze, wykonane jakąś nieznaną technologią, gdzie znajdują się jakieś dziwne kamienne... Tellinger mówi, że są to narzędzia, ale nie wiadomo, do czego to służyło i jest to wszystko po prostu skrzętnie wywożone. Same korytarze są używane przez właścicieli kopalni właśnie do poszukiwania następnych żył złota.
Także to pokazuje i to już nie był pomysł Sitchina, a potwierdzenie tylko tej jego teorii, tego, co wyczytał na tych tabliczkach, że może tu rzeczywiście jest jakiś sens i być może wcale nie należy go traktować jako kogoś, kto popuszcza sobie wodze fantazji i tworzył czystą, zwykłą literaturę. Był on bardzo dziwnym człowiekiem. Jego życie jest tak interesujące, a jednocześnie bardzo tajemnicze. Nie bardzo wiemy, co się w jego życiu działo. Wiemy, że spędził czas na Bliskim Wschodzie. Wiemy też, że był świetnym znawcą języka, który używano do zapisu na tych tabliczkach. Był to prawdopodobnie język akadyjski, który był w tamtych czasach najpopularniejszy i najczęściej używany. Wielu ludzi ma z tym problem, uważają, że jego interpretacja czy tłumaczenie jest właściwie nadinterpretacją i że tutaj właśnie Sitchin popuścił wodze fantazji. Tyle że z tym językiem starożytnych Sumerów jest tak, że tak naprawdę dziś nie ma kogoś, kto by w 100% mógłby być autorytetem w tej dziedzinie i móc powiedzieć, że dane słowo oznacza to bądź oznacza zupełnie coś innego, bądź zespół słów, który tworzy zdanie, może dać jeszcze jakikolwiek inny wniosek. Bardzo trudno nam jest wejść w skórę i w buty ludzi, którzy żyli 7500 lat temu i którzy tworzyli te wszystkie zapiski.
Dam tutaj taki przykład i być może to jest jeden z takich pozytywnych aspektów, że Sitchin zaistniał w sferze interpretacji pisma klinowego i tej całej historii o Annunakach. Mianowicie na tych tabliczkach znajduje się opowieść o Sodomie i Gomorze. Znajduje się opowieść o Locie i jego żonie, która zamieniła się w słup soli. Wielu fachowców w temacie wylało mnóstwo atramentu i spędziło mnóstwo czasu nad tym, próbując znaleźć rozwiązanie, jak to się stało, że ktoś mógł pod wpływem takiego wybuchu atomowego zamienić się w słup soli. Tu coś jest nie tak. I nagle wszedł w to wszystko Sitchin, który podał swoją własną interpretację tego zapisu. Słowo „sól” w języku akadyjskim jest „nimur” i Sitchin uznał, że my go źle interpretujemy, nazywając go „sól”. „Nimur” oznacza proces odparowywania. Bo w jaki sposób uzyskiwano wówczas sól? Nie kopano jej, odparowywano słoną wodę po to, żeby uzyskać sól.
I dlatego było to odparowywanie. Taka odparówka, jakby takiego neologizmu użyć, a nie słowo „sól”, którego my dziś używamy. Czyli w tym sensie wszystko by się zgadzało. Po prostu żona Lota odparowała pod wpływem takiej właśnie eksplozji i zostałby po niej tylko i wyłącznie ślad, zarys, tak jak mamy to w przypadku tego, co zostaje po próbach nuklearnych, jakie zrobiono w Nowym Meksyku, że przedmioty odparowywały, zostawiając na kamieniu odbity delikatnie swój zarys. Być może to się właśnie wydarzyło żonie Lota, a jednocześnie to pokazuje, jak pomysłowym człowiekiem był Sitchin, jak wielka była jego wyobraźnia i to, że jest tak straszliwie atakowany i uważany za fantastę. Uważam, że jest to nie do końca sprawiedliwe, dlatego że tak jak powiedziałem wcześniej, fachowców od tego języka mamy bardzo niewielu. Najwięcej jest ich w Niemczech. Tworzą niemalże taki zamknięty krąg, bo rozmawiają między sobą. Takim jednym z największych, najwybitniejszych fachowców od tego języka był niejaki Delitzsch, Niemiec, który już nie żyje, którego tłumaczenia sumeryjskich tabliczek posłużyły do stworzenia całej szkoły niemieckiej rozumienia tego języka i rozumienia tej kultury, którą wykorzystywał Hitler i naziści do tego, aby zdobyć i zinterpretować te teksty w poszukiwaniu niezwykłych wynalazków z przeszłości, którymi dysponowali bogowie, dysponowali Annunaki. Także być może coś w tym właśnie jest i to pokazuje, na wiele sposobów możemy patrzeć i interpretować kulturę dawnych Sumerów i także na tym tle, dlaczego nie powinniśmy ignorować Sitchina i całej jego bardzo spójnej, bardzo kolorowej i ciekawej opowieści uznawać jednak mimo wszystko.Za coś, czego warto się trzymać, ponieważ on w zasadzie jako jedyny połączył to wszystko w jedną spójną, konkretną całość.
I tak patrzę na jego wpływ na naszą kulturę i na to, co wydarzyło się w przeszłości. Dziękuję.
[02:31:06] - Oprócz opisów vimann i pogłosek o radioaktywności w Mohendżo-Daro istnieją także inne ślady po domniemanej prawojnie. Chodzi o tak zwane zeszklone forty czy pustynne szkło. Do tego dochodzi również relacja o zniszczeniu Sodomy i Gomory. Czy te całkiem sugestywne przesłanki przekonują was do teorii o konflikcie bogów? Może tym razem pierwszemu oddajmy głos Chrisowi. Chrisie?
[02:31:33] - Sodoma i Gomora to takie sztandarowe miasta, które miały być zniszczone przez nuklearną eksplozję. Zwłaszcza, że jest to wszystko bardzo szczegółowo opisane w Starym Testamencie. Cała ta historia, począwszy od wojny dziewięciu królów, gdzie pokonano pewnego despotycznego króla o imieniu Kedorlaomer. Wówczas w grę wszedł nagle ni stąd, ni zowąd Jahwe, który w Starym Testamencie jest przecież tym jedynym najważniejszym Bogiem. Ale jednocześnie to, co zauważył Sitchin, to takie nawiązanie do poprzedniego pytania. Sitchin uważał, że Jahwe jest jednym z Annunaki, że ciągle ta historia ma pewną konsekwencję i pewien dalszy sens. Wracając do tej całej historii Sodomy i Gomory. Jahwe nie podobało się to, że ludzie w obu tych miastach, a także w paru innych, bo to w zasadzie był związek pięciu miast: Sodomy, Gomory, Zoar, Zeboim i Admah. Te miasta wygrały w tej całej wojnie, celebrowały swoje zwycięstwo. Tam wykazał się niejaki Abram, który zniszczył tego króla, odebrał wszystkie jego łupy, odebrał jeńców.
I na dodatek, kiedy zapytano go, co sobie życzy za to, że tego dokonał, on powiedział, że zrobił to na użytek publiczny, społeczny. Nie chce za to żadnej nagrody, chce tylko zwrot kosztów. To, co zjedli jego ludzie i to, co zużyli podczas walki. I żeby nikt więcej nie powiedział, że Abram wzbogacił się dzięki temu, że wygrał tam jakąś wojnę, bo on w stanie się wzbogacić o własnych siłach. Zapanowała tam olbrzymia radość. Ponieważ obyczaje były tam bardzo luźne, ludzie ciesząc się, najbardziej lubili oddawać się różnym lubieżnym uciechom. Właśnie powstał problem, bo Jahwe się to bardzo nie podobało. Wysłał najpierw trzech wysłanników do Abrahama, żeby o tym z nim porozmawiać. Abraham próbował trochę pertraktować z Jahwe, mówiąc, że jakby znalazł 50 osób, które będą prawego charakteru, to żeby oszczędził miasto, a Jahwe mu powiedział z drwiną, że niech znajdzie 10, to on oszczędzi. Okazało się, że tak naprawdę oprócz Lota, który był kuzynem Abrahama, nie znalazł się tam nikt.
Wysłano dwóch wysłańców do Lota w białych ubraniach. Co ciekawe, to jest taka odwrotność zjawiska men in black, to byli men in white. Wszędzie w Starym Testamencie pojawiają się men in white. Być może jest to to samo zjawisko i myślę, że warto się temu w ten sposób przyjrzeć. Bardzo przystojni, elegancko ubrani faceci. Idąc do tej Sodomy niestety zostali zauważeni i spodobali się bardzo tym wszystkim lubieżnym mieszkańcom tego miasta. Chcieli się zabawić troszeczkę też z nimi, co ich strasznie zdenerwowało i powiedzieli, że to jest koniec pertraktacji. Niech Lot zabiera całą swoją rodzinę i niech się ukryje gdzieś w górach, bo Jahwe chce z tym wszystkim skończyć i zrobi to wtedy, kiedy Lot będzie już bezpieczny. Lot rzeczywiście wraz z żoną i z dwiema córkami wyszedł z miasta. Jeszcze po drodze wytargował, żeby oszczędzić jedno miasto, miasto Zoar.
Wówczas wydarzyło się to, co znamy z Biblii. Sodoma i Gomora i dwa inne miasta zostały kompletnie zniszczone, spalone. Żona Lota, która miała się nie odwracać, odwróciła się i zamieniła się w słup soli, co już przy wcześniejszym przykładzie Sitchina mówiłem o tym, że być może oznacza to odparowanie, co również oznaczać może to, że odwracając się nie oznacza, że odwróciła się, spojrzała i nagle zniknęła, odparowała czy zamieniła się w słup soli. To słowo pokazuje skomplikowaną interpretację języka starożytnych. Mogło to oznaczać, że odwróciła się, czyli odwróciła swój kierunek swojej drogi i zaczęła wracać w stronę miasta. I zanim do niego doszła, została odparowana w tym olbrzymim, silnym wybuchu. Tu mamy tą całą historię, co Bóg, co Jahwe użył do tego, żeby zniszczyć te miasta. Wcześniej również mówiłem o tej chmurze nuklearnego radioaktywnego pyłu i dymu, który później spadł na Sumer i doprowadził tam do wielu nieszczęść. Powstało sporo różnych pomysłów na to, co tam się mogło wydarzyć. Jeżeli na przykład założymy, że niekoniecznie była to broń atomowa.
Mnie na przykład spodobało się to, że znów wracając do tych tabliczek z pismem klinowym, jest taka historia, która wydarzyła się w 2008 roku i odnalazł taką tabliczkę Austin Henry Layard, który był podsekretarzem stanu w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Był też archeologiem hobbystą, co pokazuje, że nie wysyłano tam ludzi przypadkowych, wolny swój czas spędzał w Niniwie. Znalazł tabliczkę, gdzie był opis nieba, który mniej więcej oszacowano, że ten opis dotyczy czasów mniej więcej 3500 lat przed naszą erą. W tym opisie sumeryjskim niebaJest tam taka wskazówka, która mówi o tym, że pojawiło się jakieś ciało niebieskie, niezidentyfikowane i groźne ciało niebieskie. Jego droga została opisana. I wówczas Layard spotkał się z astronomami. Sprawdzono, czy coś takiego rzeczywiście było i okazało się, że było, że był to jakiś meteoryt sporych rozmiarów, planetoida. Dziś ocenia się, że mogła mieć około kilometra średnicy, która przywaliła w ziemię, ale przywaliła w bardzo dziwny sposób, bo lecąc pod bardzo ostrym kątem w stronę Ziemi, najpierw zawadziła o Alpy, dzisiejsze Alpy austriackie w miejscowości Küffel. Tam eksplodowała. I te ślady tej eksplozji do dziś są w Alpach, ponieważ wybuchła zawadzając, wybuchła właściwie w powietrzu, nie zostawiła krateru.
Natomiast coś ciekawego wydarzyło się z tym hitem i z tym żarem, jaki powstaje przy tego typu eksplozji. Ten żar został przez jakiś moment wysłany do górnych warstw atmosfery, następnie zatoczył łuk nad Morzem Śródziemnym i ze skondensowaną siłą uderzył właśnie w miejsce, gdzie była Sodoma i Gomora. I to wyjaśniałoby na przykład, że do tragedii w Sodomie i Gomorze mogło dojść pod wpływem czegoś, co dzieje się naturalnie w przestrzeni kosmicznej. Że był to wypadek, ale był to wypadek, który po prostu wydarzył się ze względu na to, że w taki sposób rozbił się meteoryt, a nie dlatego, że znalazł się ktoś, kto użył bomby atomowej do rozwalenia Sodomy i Gomory. Także tak na to patrzę. I skojarzenie Sodomy i Gomory i bomby atomowej jest takie w sumie naturalne, bo z jednej strony mamy Sodomę i Gomorę, a z drugiej strony mamy Hiroszimę i Nagasaki. Także oba te pary tych miast zniszczonych przez jakąś broń, w przypadku japońskich miast wiemy, co to zniszczyło, w jakiś sposób koreluje ze sobą i w jakiś sposób podpowiada, że być może Sodoma i Gomora również zostały atomowo zniszczone. Co ciekawe, w latach 50. w tym właśnie rejonie Sodomy i Gomory odkryto pokłady szkła. Szkła, które powstaje pod wpływem wybuchu nuklearnego.
Takie samo szkło powstało w Nowym Meksyku, w Alamogordo, gdzie był prób jądrowy, kiedy najpierw stopił się, a potem zagotował się piasek i powstało dość czyste, zielonkawego koloru szkło. I to szkło, jakie znaleziono właśnie w okolicach Morza Martwego, które dziś pokrywa większość tych miast. Właściwie wszystkie te miasta, które zostały zniszczone przez ewentualną atomówkę ze starożytności. To szkło ma grubość około półtora centymetra i około stu metrów powierzchni sobą aż zajmuje. Także to pokazuje, że eksplozja była czy temperatura była niezwykle wysoka i czystość tego szkła również mówi o tym, nam podpowiada, że musiało stworzyć to coś znacznie silniejszego niż na przykład jakieś naturalne zjawisko, na przykład wybuch wulkanu, który również podwyższa temperaturę, że mogło to być właśnie ciało niebieskie bądź stworzona przez człowieka bomba atomowa. Także bardzo ciekawa historia z Sodomą i Gomorą. Dziękuję.
[02:40:27] - Piotrze?
[02:40:28] - Panowie tutaj rozmawiają żwawo i wesoło. Ja się trochę przysłuchuję. Co chciałbym dodać do tych kwestii? Dla mnie Sitchin, co pewnie pamiętacie, może nie jest moim ulubionym autorem, ale cenię go za to, że starał się to wszystko jakoś powiązać, bo jak mówimy od początku, teoria o wojnie bogów się po prostu nie klei. Sitchin starał się ją włożyć w jakieś takie bardziej racjonalne ramy, by ją można było zrozumieć. W zasadzie odgrywała ona u niego kluczową rolę, gdyż stwierdził, że Annunaki pobili się swego czasu, a w zasadzie cały czas toczyli ze sobą konflikt. Po tym, jak osiedlili na ziemi, zaczęli toczyć ze sobą wojny i walczyć o wpływy. No i ostatecznie doszło do wielu starć tak naprawdę, które zniszczyły ich porty kosmiczne na ziemi i unicestwiły znaczną część z nich. Ale czy teoria Sitchina w ogóle jest wiarygodna? Sitchin w późniejszym okresie bardzo to wszystko naciągał.
To przypominało trochę modę na sukces, te jego ostatnie książki. Do tego stopnia, że jak mówiłem pewnie nie raz, on już pod koniec życia wydał taki przewodnik. To się nazywał leksykon po jego teorii, bo on się chyba sam już w niej pogubił. I tak to wyglądało. Ale mimo wszystko ja bym pochylił się tutaj nad kilkoma sprawami, które są szczególnie interesujące, a mianowicie o relacji o zniszczeniu Sodomy i Gomory, o złym wietrze z Ur. Nie negowałbym, nie wyrzucałbym jeszcze do kosza kwestii Mohendżo-Daro. No i przede wszystkim zeszklone forty. O czym nam mówią te zeszklone forty? To są prymitywne fortyfikacje. Prymitywne.
To warto podkreślić. Zeszklone forty to budowle megalityczne. I co ciekawe, one nie pochodzą wszystkie z jednego okresu. OneZwykle znajdują się na obszarze od Wysp Brytyjskich przez zachodnią Europę. Gdzieniegdzie znajduje się je na Węgrzech, a także dalej na południe. Zeszklone forty charakteryzują się tym, że są po pierwsze zdemolowane i zniszczone, ale noszą ślady działania wysokich temperatur. I teraz zastanówmy się, jak wysokie musiałyby być temperatury, by być w stanie stopić kamień. Musiałyby to być temperatury bardzo wysokie lub ekstremalnie wysokie. Tak naprawdę nie ma wyjaśnienia tej zagadki. Archeolodzy twierdzą, że zeszklone forty były po prostu palone.
Ale to trochę głupia metoda — palić kamień, prawda? Że ci, którzy zdobywali te malutkie fortece, obkładali je następnie drewnem i zapalali to i to płonęło na stosie. W jakim celu chcieli stopić i spalić kamień? Tego nie wiem. Jest to możliwe, ale czy to jest prawdopodobne i czy doprowadziłoby to do zeszklenia tego kamienia? Nie przekonuje mnie to na 100%. Mamy rzeczywiście sporą zagadkę. Wspomniany doktor Schoch, o którym mówiłem na początku, zaoferował nieco inne wyjaśnienie, twierdząc, że zeszklone forty są śladem po uderzeniach rozgrzanych kul plazmy, którymi strzelało w kierunku Ziemi Słońce. Działo się to kilkakrotnie w okresach, które przyczyniły się między innymi do upadku GPTP, do upadku cywilizacji na Rapa Nui. Ale on właśnie widział przyczynę takiej formy zniszczeń na zeszklonych fortach w działalności Słońca.
Ta hipoteza Schocha. Schoch jest naukowcem, jest człowiekiem bardzo poważnym. Jest sceptykiem w wielu przypadkach, między innymi w sprawie słynnego Yonaguni. To on, jak może wielu z was kojarzy, wysnuł teorię, iż erozja wodna na Sfinksie wskazuje, że liczy on sobie co najmniej dwa razy tyle lat, ile przypisują mu egiptolodzy. Co jeszcze warto wspomnieć o Schochu? Że jest geologiem przede wszystkim i posiada pewną wiedzę na temat tego między innymi, co mogło spowodować zniszczenie zeszklonych fortów. I on wysnuł hipotezę o wielkiej słonecznej burzy. Mnie do końca nie przekonuje, bo to tak, jakby Słońce bombardowało Ziemię jakimiś wielkimi kulami, pociskami, które posiadając ogromną temperaturę byłyby w stanie topić kamień. Czy takie coś się zdarzało w przeszłości? Nie mam pojęcia.
Wiemy, że Słońce może być nadaktywne i może powodować różnego rodzaju zakłócenia na Ziemi, tym groźniejsze, im bardziej zaawansowana cywilizacja. Ale czy ono jest w stanie ostrzeliwać nas kulami plazmy? Nie mam pojęcia. To pytanie chyba do ekspertów. Miejmy nadzieję, że coś takiego się nie powtórzy. W każdym razie doszliśmy dzisiaj do bardzo dla wielu rozczarowujących wniosków, że o ile atomowe wojny bogów mogły być i istnieć, to ślady po nich są. Ślady jako tako są, ale tak naprawdę nie tworzą żadnego spójnego wzorca, bo nie da się powiedzieć, że to Sitchin miał rację i rzeczywiście obcy się pobili o wpływy na Ziemi. Nie da się powiedzieć, czy jakaś cywilizacja, która nami steruje i która nami rządzi lub stara się nas wychowywać, że ona dopuszcza się okresowo jakiejś destrukcji. Nie da się też powiedzieć, że to była jakaś inna forma, już czysto ziemska takiej wojny, czyli wojny zrodzonej przez jakąś fantastyczną cywilizację, która stworzyła sobie broń atomową kilka tysięcy lat temu. Mimo wszystko pewne tajemnice pozostają, ale nie będziemy też czu kalosami, użyję takiego porównania do starożytnych kosmitów i nie będziemy naginać faktów do tego, że wszystko się fajnie mówi, wszystko się fajnie układa.
Natomiast trzeba zwracać też uwagę na fakty, bo jeżeli nie będziemy na nie zwracać uwagi, to w ogóle nie będzie ten temat nigdy brany pod dyskusję. Co mnie interesuje jeszcze, to fakt, że teoria o starożytnych wojnach wpisuje się w taką dłuższą dyskusję o tym, o czym mówił Przemek, czyli o przedmiotach, które przypominają nieco poziomem i swoimi albo inaczej, że wytwory wykonane przy pomocy tych technologii mogą przypominać to, co mamy dzisiaj. A mówiąc najprościej, chodzi o te przedmioty, dzięki którym między innymi cięto kamień w Egipcie, dzięki którym między innymi wiercono te słynne otwory w kamieniach, nadawano im taki, a nie inny kształt. Zapewne wiecie
[02:47:38] - Wiecie, o czym mówię. Chodzi też o wszystkie hipotezy, jak na przykład światło z Dendery. Chodzi o domniemane technologie zapalania kryształem i tak dalej. Rzeczywiście taka zaawansowana technologia w starożytności od długiego czasu pozostaje tematem, może nie tabu, ale czymś ciekawym, na co jest troszeczkę więcej dowodów niż na atomową wojnę bogów. Niemniej jednak dzisiejszy temat niestety po raz kolejny pokazuje, że autorzy z dziedziny parastronautyki, starożytnych kosmitów nie zawsze byli fair wobec czytelnika. Bo tak jak u Danikena zawsze się liczyło przede wszystkim, żeby ubić jak najwięcej piany i sprzedać jak najwięcej książek. A fakty traktowano bardzo swobodnie. To mi się nigdy nie podobało w tej dziedzinie, dlatego że to sprawiało, że historycy nie traktowali jej poważnie, mimo że pewne ciekawe elementy na jej ścieżce można znaleźć. To jest moje zdanie. Co tam jeszcze mamy, Marku, do opowiedzenia?
[02:48:50] - Pewno już niewiele. Myślę, że mnie pozostałoby w tej chwili już bicie piany. Mam mniej więcej podobne zdanie na temat sposobu podawania faktów. Powiem tylko, że tak jak Chris mówił o problemach z interpretacją, to właśnie o tym wspominałem, że czasami bardzo ciężko jest doszukać się jednoznacznej interpretacji danego tekstu. Że można go interpretować w taki albo w inny sposób. Albo żonę Lota zamieniono w słup soli, albo odparowano. I stąd tak naprawdę, moim zdaniem, biorą się różnego rodzaju błędy, które trwają później setkami lat, jeśli nie tysiącami i są powielane albo nawet namnażane. I stąd się biorą niektóre dziwne opowieści. A wracając do zeszklonych fortów, ja powiem tak: mnie to skłoniło na przykład do dopuszczenia wodzy fantazji i bicia trochę piany, o czym Piotr powiedział. Zacząłem szukać, już zresztą o tym wspominałem, tych podziemnych miast.
Sporo opowieści z Ameryki Północnej Indian, którzy mówią, że wyszli z podziemi. Sporo informacji z Ameryki Południowej, gdzie różnego rodzaju kompleksy podziemne się znajdują. Chociażby w Ekwadorze, chociażby na Jukatanie różnego rodzaju podziemne miejsca. Wspomnę, zresztą tu w Radiu Paranormalium o tym była całkiem niedawno mowa, o tej metalowej bibliotece. Wszystko można do wszystkiego dopasować. Metalowa biblioteka. Jaki byłby sens jej istnienia? Chociażby taki, że w obliczu zagłady zobaczmy, co robią Skandynawowie. Zresztą nie tylko Skandynawowie. Budują banki nasion, budują banki genów, buduje się różnego rodzaju banki, w których przechowuje się ludzką wiedzę.
W związku z tym analogia do metalowej biblioteki wydaje się oczywista. Ale mówię, posługując się taką metodą, jaką przed chwilą zaprezentowałem, można właściwie ukuć każdą teorię. To znaczy jedno z drugim zawsze da się połączyć mniej lub bardziej ściśle, mniej lub bardziej dokładnie i w ten sposób można płynąć, czy też bić pianę, tak jak powiedział Piotr, bardzo długo. Może moglibyśmy w tej chwili przejść od Sodomy i Gomory właśnie do analizowania podziemnych kompleksów, podziemnych przetrwalników, w których miała przetrwać cywilizacja. I tak poruszalibyśmy się gdzieś od Turcji, gdzie mamy takie miasta jak chociażby Derinkuyu czy jeszcze jedno, którego nazwy w tej chwili nie pamiętam. Kayamakul? Chyba tak. Nieważne. W każdym razie to Turcja. Ale powtarzam Ameryka Północna, Ameryka Południowa, Skandynawia.
Oczywiście uchwyciłem się tych podziemnych budowli, bo mnie wojna atomowa najbardziej kojarzy się z różnego rodzaju schronami, różnego rodzaju jamami i różnego rodzaju obiektami podziemnymi, gdzie tak naprawdę można się schronić. Ale sam, mówiąc to w tej chwili, mam wrażenie, że płynę, i to tak dosyć mocno. Dlatego myślę, że nie będę przedłużał i oddam głos. Dziękuję.
[02:52:41] - To w takim razie przechodzimy do ostatniego z naszej ściśle tajnej listy pytań. A brzmi ono następująco: jedna z teorii tłumacząca katastrofę tunguską z 1908 roku mówi, że tak naprawdę była to eksplozja pozostałości z atomowej wojny bogów. Kolejna sensacyjna historia mówi, że słynny Czarny Rycerz, czyli domniemany obcy satelita krążący po orbicie, również jest pozostałością z tych czasów. Jak podchodzicie do takich rewelacji? Czy na Ziemi rzeczywiście mogły zachować się bronie użyte przez bogów do walki? Może tym razem pierwszego zapytajmy o tę kwestię Piotra Cielebiasia. Piotrze?
[02:53:24] - Tak. Jakiś czas temu rzuciła mi się w oczy na Facebooku taka informacja z takich łżeprofili typu, tu przemilczę, żeby mnie nikt potem nie ciągał po sądach, że amerykańskie wojsko znalazło chyba w Afganistanie vimany. Oczywiście news, jak wiadomo, totalna bzdura, ale bardzo szybko się rozchodził.Zastanawiałem się wtedy, czy w ogóle kiedykolwiek w historii pojawiły się takie rewelacje o tym, że taką bombę starożytną znaleziono. I okazuje się, że nie. Oprócz tego, że podobne hipotezy utrzymywały się odnośnie słynnego obiektu tunguskiego. To jest w ogóle sprawa bardzo ciekawa. Ona jest godna osobnej audycji. Pamiętamy, że w 1908 roku taki obiekt spadł w rejonie góry Stoikowic nad Podkamienną Tunguską, pośrodku kompletnej pustki. Nikt tego z bliska w zasadzie nie widział oprócz kilku miejscowych. Tak naprawdę było dwóch braci, którzy byli najbliżej i przeżyli.
Nazywali się Czuczańc i Czerkaren i spali w swoim namiocie, kiedy mówi ten jeden: „Jak pierdykło, jaki się zrobił ognisty wiatr”. Wszystko im potargało, ale przeżyli. Nie widzieli natomiast tego diabła w locie. Widziało go za to wiele innych osób, tylko z daleka. Niektórzy porównywali go po prostu do kuli, inni mówili, że wyglądał bardziej jak kometa lub nawet miotła. Pojawiły się takie skojarzenia. Pasażerowie pociągu na stacji Filimonowa na Syberii tamtego dnia, 40 czerwca, ten obiekt widzieli i on został nazwany meteorytem filimonowskim, chociaż przez kolejnych prawie 20 lat nie szukano go. Dopiero ekspedycja Leonida Kulika znalazła te powalone drzewa. Ten obszar był wielkości mniej więcej dwóch polskich powiatów. To był zupełnie zdewastowany obszar.
Można by mówić wiele o tym, jak to wszystko wyglądało, bo obiekt tunguski najprawdopodobniej wybuchł gdzieś nad bagnem i co ciekawe, w hipocentrum wybuchu znajdowały się stojące drzewa. Wszystkie były powalone, a tych kilka było stojących. Nie wiadomo zupełnie dlaczego. Co więcej, jak mówiłem, Leonid Kulik trafił tam dopiero 20 lat później, ale oni mimo wszystko byli w stanie znaleźć bardzo ciekawe ślady działania ognia na tych drzewach. Drzewa były opalone, czyli to coś miało na tyle energii, by powalić te potężne syberyjskie lasy, ale z drugiej strony wyemitowało energię, która jedynie osmaliła konary. Co jeszcze możemy powiedzieć o naturze wybuchu tunguskiego? Najdziwniejsze było to, że tam nie znaleziono nigdy nawet fragmentu najmniejszego tego obiektu. Chociaż można natrafić na różne źródła, które mówią, że taki obiekt znaleziono, bo badania tunguskie mają to do siebie, że Rosjanie to miejsce przeczesali dokładnie. Jeżeli ktoś zna ten temat, to wie, że oni tam znają praktycznie każdy fragmencik ziemi i większość została przeczesana tak naprawdę, a Kulik dodatkowo przesądował bagno. W bagnie nie było nic.
Nie było nawet malutkiego kawałka. Są hipotezy włoskich badaczy, którzy nie wiem, czy w ogóle tam byli, że pozostałością po obiekcie tunguskim jest takie jeziorko Czeko. Ale Kulik je sprawdzał i nie tylko doszedł do wniosku, że nie jest pozostałością. Przepraszam. Co w ogóle nie ma wspólnego nic z tą całą sprawą. Włoscy naukowcy często też mówią, że ten obiekt może gdzieś tam leżeć na przykład. I co ciekawe, Kulik, bo tych ekspedycji było mnóstwo. Kulik tam jeździł do II wojny światowej, on potem zginął w II wojnie, ale potem podjęto szereg ekspedycji zawsze pod kierownictwem uczonych, tylko czasami były to wyprawy finansowane z ich własnych pieniędzy. Spędzali tam całe miesiące. Odkryto bardzo ciekawe rzeczy, widoczne nawet 50, 70 lat po katastrofie.
A dokończę jeszcze ten wątek z Kulikiem. Okazało się, że Kulik znalazł na górze Stoikowic wielki kamień i on myślał swego czasu, że to jest pozostałość. Potem okazało się, że nie, że to był kamień, który tam zawędrował w sposób naturalny. Nazwali to chyba jelenim kamieniem nawet. Przez długi czas uznawano, że to kawałek meteorytu tunguskiego, ale im częściej tam jeździli uczeni rosyjscy i radzieccy, to mniej wiedzieli, bo okazało się, że na przykład obiekt tunguski musiał lecieć dość nisko nad ziemią i kładł drzewa lecąc, ten impet powalał drzewa i okazało się, że drzewa są położone w bardzo charakterystyczny sposób tuż pod nim. Były dwa takie obszary, co ciekawe, i wskazywało to na to, że te obiekty tam były dwa, że przeleciały, prawie się mijając i prawdopodobnie obiekt tunguski nie tyle spadł, co poleciał dalej, natomiast drugi mógł tam eksplodować. No i to wzbudziło już ogromne zainteresowanie, chociaż to są mało znane hipotezy. Niemniej jednak do eksplozji doszło. Była potężna, zrobiła wiadomo co, dokonała jakichś zniszczeń, natomiast śladów obiektu jak nie było, tak nie ma. Sugerowano, że na przykład obiekt tunguski mógł być lodowym jądrem komety.
To się bardzo długo utrzymywała taka hipoteza i po prostu to, co wybuchło, to, co eksplodowało, to wsiąkło w ziemię. Ale z drugiej strony przecież powinny tam zostać znalezione jakieś fragmenty tego materiału kosmicznego w postaci choćby pyłu kosmicznego. No ale ten i tak spada na ziemię. Natomiast tamNie znaleziono jakichś wielkich ilości. Nie znaleziono tam śladów metali ziem rzadkich, takich, które by przekraczały wartości. Nie znaleziono tam w sumie nic dziwnego. Stąd pytanie, co tam się właściwie stało? Tutaj o hipotezie Kazancewa opowie nam na pewno Marek, ale ja spotkałem się z taką hipotezą, o której pisał swego czasu Robert Leśniakiewicz. I ona mówiła, że obiekt tunguski w tym ujęciu mógł być pozostałością po tej wojnie starożytnej, która krążyła nad Ziemią, ale w końcu zepsuła się, spadła i wybuchła właśnie tam. Nie da się tego zweryfikować w żaden sposób, że to akurat było to.
Ale trzeba dodać jeszcze jedną ciekawą rzecz. Zdaniem niektórych obiekt tunguski orbitował Ziemię, zbliżając się do niej. Mógł to robić na kilka dni przed upadkiem, krążąc wokół Ziemi i mogąc spaść byle gdzie. Na kilka godzin bodajże przed upadkiem bardzo dziwny obiekt uznany za UFO widziany był w Polsce. Relacja o tym pojawiła się w książce Bronisława Rzepeckiego. Co ciekawe, prawdopodobnie krążąc wokół Ziemi, ten obiekt roztapiał się, ewentualnie uwalniał jakieś oddziaływanie, które sprawiało, że atmosfera została podświetlona. Znacie pewnie państwo zjawisko białych nocy. Słyszeliście o tym po wybuchu tunguskim, kiedy w niektórych rejonach Europy nawet do trzeciej w nocy można było czytać gazetę. Ono ustąpiło bardzo krótko. Jeżeli mówimy o tej hipotezie, czym mógł być obiekt tunguski, to oczywiście nie należy pomijać konwencjonalnych hipotez, które mówią, że to był na przykład lodowy jądro komety, albo że to był meteoryt kamienny, który jakoś się zintegrował w dziwny sposób.
W każdym razie ta ilość niewiadomych, czyli podwójny obiekt, brak materiału i tak dalej, doprowadziła do bardzo różnych hipotez. Jedną z nich była hipoteza Kazancewa, o której mam nadzieję teraz opowie nam Marek Żelkowski.
[03:01:35] - Powiem tak, wracając do tych różnych teorii. Tych teorii jest przynajmniej kilkadziesiąt dotyczących meteorytu tunguskiego. Jedne z nich mówią, że to była mini czarna dziura, inne mówią, że to był meteoryt, który leciał po stycznej, w związku z czym tylko przemknął przez atmosferę Ziemi i odleciał sobie dalej. I tak dalej. Były wreszcie teorie, które mówiły, że był to obcy statek kosmiczny, który tutaj przyleciał. Zresztą ta teoria wykorzystana bardzo dobrze w fantastyce naukowej, w tym i przez mistrza Lema, który powieść „Astronauci” od tego właśnie zaczyna, że jakiś obiekt pojawia się w atmosferze ziemskiej i mamy do czynienia z katastrofą tunguską. Jakie były dalsze wydarzenia, to odsyłam do powieści. Natomiast ta teoria o tym, że oczywiście mógł być to obcy statek kosmiczny, który uległ jakiejś awarii, a właściwie katastrofie, była bardzo popularna. Za miejsce, z którego przyleciał ten statek kosmiczny wskazywano różne ciała. Kazancew w pewnym momencie mówił o tym, że był to bodajże, o ile pamiętam, Mars, ale też pojawiała się Wenus, bo akurat Lem o tym napisał.
To były jakieś takie planety blisko nas leżące. Natomiast bardzo często mówiono, dlaczego ograniczać się tylko do planet naszego Układu Słonecznego. Równie dobrze mógł być to statek kosmiczny, który przybył z głębszych czeluści kosmosu. Tak naprawdę znowu doszliśmy do pytania, w którym możemy gdybać właściwie bardzo długo. Chociażby z racji tego, że tych teorii jest, tak jak powiedziałem, z tego, co kiedyś liczyłem, na pewno doliczyłem powyżej 20 różnych. Na pewno jestem badaczem niedoskonałym, właściwie poszukiwaczem niedoskonałym i tych teorii jest znacznie więcej, nieco bardziej może zaawansowanych i subtelnych niż w tej chwili wymieniamy, ale w gruncie rzeczy sprowadza się to do czegoś takiego, że coś pierdyknęło i stało się to, co się stało. Czy to był statek kosmiczny, czy to był meteoryt? Dzisiaj właściwie skazani jesteśmy na gdybanie, które właśnie w tej chwili uprawiamy. Powiem krótko, ustalenie tego, czy coś, co w 1908 roku uderzyło w ten rejon ówczesnej Rosji, pochodziło z Marsa, z Wenus czy może z jakiejś innej planety, jest naprawdę karkołomnym zadaniem. Podobnie zresztą jak to, co jest zawarte w dalszej części pytania, czy być może był to jakiś obiekt, któryPochodził z czasów, kiedy odbywały się atomowe wojny bogów, o których dzisiaj rozmawiamy.
Być może to był satelita, który gdzieś tam sobie czuwał, czyhał w przestworzach i być może uległ w końcu awarii po tych tysiącach lat i uderzył w ziemię. Być może źle rozpoznał, być może jakiś program źle zadziałał i w ziemię uderzył. Pole do rozważań mamy ogromne. Tym bardziej że w latach 60. pojawił się wspomniany już Czarny Rycerz. Satelita, domniemany satelita, który pochodził gdzieś z odległych czasów. Na pewno nie był wytworzony przez naszą cywilizację. I tutaj znowu bardzo wielu badaczy mówi o tym, że to, że nie był wytworzony przez naszą cywilizację, to bardzo byśmy chcieli w to wierzyć. Ale albo to był jakiś fragment czegoś, co odpadło z jakiegoś statku kosmicznego, ale co bardziej prawdopodobne, mógł to być satelita nawet wówczas, w tych latach 60., który wystrzelony był zupełnie nieoficjalnie, bo taka jest natura satelitów szpiegowskich, że one w ogóle są wystrzeliwane, były i są wystrzeliwane w sposób nieoficjalny. A to, że o części z tych satelitów wie strona podglądana, to jest, powiedzmy, sztuka tej cichej wojny, która się toczy pomiędzy poszczególnymi mocarstwami.
W każdym razie wracając do pytania, to obojętnie, czy przyjmiemy, że to był Czarny Rycerz, czy to był statek z Marsa, Wenus, czy z jakiegokolwiek innego miejsca, to właściwie znowu dochodzimy do sytuacji, w której możemy sobie powiedzieć, że bardzo fajna historia, niezwykle pobudzająca wyobraźnię. Na tyle pobudzająca wyobraźnię, że Lem i kilku innych autorów na podstawie tego wydarzenia rozwinęło równie ciekawą historię. Natomiast rozpatrywanie tego w kategoriach takich, czy wydarzenie z 1908 roku ma jakieś powiązania z wydarzeniami, o których dzisiaj mówiliśmy, które działy się tysiące lat przed Chrystusem, moim zdaniem jest to dosyć karkołomne i naciągane. Dziękuję bardzo.
[03:07:55] - Tak, Marku, ale zwróćmy uwagę na to, że gdyby incydent tunguski, już niezależnie od tego, czym był, gdyby się powtórzył nagle, albo inaczej, gdyby się nie powtórzył, tylko gdyby ten obiekt nieco zboczył z kursu i wybuchł na przykład nad Piotrogrodem albo wybuchł nad Londynem, albo Nowym Jorkiem, albo którymś z bardziej ludnych miast tamtego rejonu. Wspominałem, że obszar powalonych drzew to były jakieś dwa polskie powiaty między innymi. To był obszar totalnych zniszczeń. Nie wiemy, co by się stało na przykład, gdyby tam stały domy, bo w Tungusce, jak wiadomo, powalone zostały drzewa. Nie wiadomo, czy zostały zabite jakieś zwierzęta, bo 20 lat potem już niewiele z tego zostało, jak to badał Kulik. Natomiast gdyby się to zdarzyło nad dużym miastem, skutki mogłyby być opłakane tak naprawdę. I trzeba mieć na uwadze to, że cokolwiek to było, to się wydarzyło i mogło być zdarzeniem naturalnym albo nie. Ale jeżeli się zdarzyło raz, to może się zdarzyć kolejny raz albo już zdarzyło się w przeszłości. W późniejszych czasach, o czym wielu pewnie nie wie, doszło do dwóch incydentów, które były nieco podobne do tunguskiego, tylko na dużo mniejszą skalę. Pierwszy to był incydent witiński w 2002 roku, kiedy rzeczywiście spora połać lasu na Syberii została powalona przez wybuch obiektu kosmicznego zupełnie naturalnego.
Drugi to był incydent w Brazylii. Niestety nie pamiętam teraz nazwy tej miejscowości, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że na przykład w ten sam sposób mogła zostać zniszczona Sodoma i Gomora, że w ten sam sposób mogły zostać zniszczone, przynajmniej wiemy o jednym chińskim mieście, które zostało zniszczone przez deszcz meteorytów i zginęło wtedy rzekomo według chińskich kronik setki ludzi. Jeżeli coś takiego się działo, to nie tylko powodowało rozwój legend, ale też w pamięci ówczesnych ludzi występowało jako kara z nieba. Kolejne pokolenia mogły już o tym mówić jako o prawdziwej wojnie, jako o bombie, która, jak to my dzisiaj uważamy, spadła z nieba i nie wiadomo, do kogo należała. Także paradoksalnie zdarzenie tunguskie, już mówię, niezależnie od tego, co je spowodowało, a je spowodowało, może być najmocniejszą kartą całej dzisiejszej dyskusji, bo nie było to nic normalnego. Nie było to też w 100% nic naturalnego, bo gdyby to było z jednej strony zdarzenie takie arcynaturalne... powiedziałbym, powszechne, to byśmy widzieli takich zdarzeń więcej. Natomiast w tym przypadku to było coś, co się dzieje raz na bardzo długie lata. Co prawda zdarzają się incydenty podobne, ale tylko podobne, nie w tak dużej skali. Interesujące jest to, że nikt do tej pory nie udzielił odpowiedzi na pytanie, co się tam naprawdę stało.
Tych teorii rzeczywiście było dużo i tak jak w przypadku piramid, tak jak w przypadku innych zdarzeń, wielu uczonych chciało zamknąć ten rozdział, bo tak naprawdę niewiele już się da zrobić. Można przeanalizować rdzenie, które pobrała ekipa geologów Kulika. Można przeanalizować zdjęcia lotnicze, które tam wykonywano. Ale co to da? Nic więcej się nie dowiemy tak naprawdę. To jest zaskakujące, że ta karta historii, jaką jest wybuch tunguski, jest wciąż otwarta i jest intrygująca. Między innymi intrygujące jest to, o co pyta wielu: dlaczego to się stało akurat tam, a miało szansę się stać w zasadzie wszędzie. Tutaj pojawiło się rzeczywiście wiele różnego rodzaju teorii spiskowych, że na przykład to Tesla był odpowiedzialny za coś takiego. Ale to może Chris nam o tym powie, że lokalizacja tego wybuchu też nie była w 100% przypadkowa. Zwolennicy teorii, że to był jakiś obiekt, sugerują, że on został umyślnie tam rozbity.
Pamiętamy przecież te wszystkie hipotezy związane z syberyjską doliną śmierci, o których mówił Walery Uwarow. I tam chyba była w 10% prawda. Nie sądzę, żeby to było realne, to, o czym on pisał. On sugerował, że ta słynna instalacja w Dolinie Śmierci na Syberii była elementem obronnym przed takimi obiektami z kosmosu pozostawionymi tutaj przez jakąś zaawansowaną rasę w starożytności. Ta instalacja się raz na jakiś czas uruchamia, kiedy widzi taki obiekt i ona po prostu zestrzeliła tunguskiego intruza i te towarzyszące mu obiekty, o których mówili badacze i niektórzy świadkowie. Bo niektórzy świadkowie rzeczywiście widzieli obiekt tunguski nadlatujący z dwóch stron: od wschodu i od południa naraz. To sugeruje, że w tym kryje się jakaś grubsza legenda. Ale widzę, że Marek chce coś jeszcze powiedzieć.
[03:12:55] - Chciałem pokazać, jakim mechanizmem posługuje się ludzka fantazja. Równie dobrze możemy ukłuć historię, że ten strażnik chroniący nas przed obiektem, który nadlatuje z kosmosu, chronił na przykład takie miasto twierdzę pochodzącą sprzed wielu tysięcy lat jak Arkaim. To nie jest żadna moja teoria, ale sposób, w jaki składa się niektóre historie, właśnie tak wygląda. Kojarzymy, że jest ta twierdza Arkaim, jest jakieś miejsce, w które uderza meteoryt. Mniej więcej geograficznie się to wszystko zgadza. Później jeszcze w podobnej okolicy przywalił ten meteoryt czelabiński. W związku z tym też się zgadza. Być może ktoś kiedyś zaplanował ostrzał tej pradawnej metropolii i w związku z tym tak to się dzieje. Ta teoria jest tak bzdurna, że już nie chcę jej w tej chwili ciągnąć. Natomiast pokazuje, że właściwie tak jest w przypadku tego meteorytu tunguskiego.
Ta ilość teorii, która powstaje, jest właściwie nieograniczona i równie dobrze możemy w tej chwili na antenie ukłuć sobie jakąś jeszcze następną. To, co przez cały czas lansuję dzisiaj, że ludzka fantazja jest naprawdę nieograniczona, a jeśli da się jej dobre paliwo, a myślę, że atomowe wojny bogów to jest dobre paliwo dla ludzkiej wyobraźni, dla kojarzenia różnych faktów, czasami bardzo od siebie oddalonych zarówno w przestrzeni, jak i czasie. To jest może dosyć ważne. To jest takie paliwo, które po pierwsze roznieca tę ludzką fantazję i właściwie bardzo wiele rzeczy można skojarzyć. To między innymi, że być może jesteśmy chronieni przez jakieś obiekty, które nie dopuszczają do zniszczenia Ziemi. Równie dobrze cały czas się mówi o tym, że ten niedawny czelabiński incydent również wygląda na taki incydent, w którym jakaś siła zestrzeliła czy w każdym razie rozstrzelała ten obiekt, który leciał w kierunku Ziemi. Rozstrzelała w ten sposób, że był on już, kiedy dotarł do Ziemi, mniej groźny niż na początku. Równie dobrze można przyjąć taką teorię. A zatem wówczas ta historia o tym strażniku wiszącym gdzieś nad naszymi głowami nabierałaby cech niezwykle prawdopodobnych.
[03:15:45] - Krzysiek.
[03:15:46] - W zasadzie to już teraz tylko podsumuję, bo panowie przede mną tak szczegółowo Tunguskę omówili, że nie ma gdzie tutaj się wcisnąć z nowatorską interpretacją. O historii z Teslą chyba słyszeli wszyscy, bo jest to historia przede wszystkim barwna, niczym nieuzasadniona, która mówi o tym, że Tesla, który wykonywał swoje doświadczenia z elektrycznością w stanie Kolorado, po prostu zużył całą elektryczność tego stanu. Spalił wszystkie bezpieczniki, jakie tam były, zapanowała ciemność i dokonał jakiegoś doświadczenia, które być może działo się w tym samym momencie, kiedy doszło do eksplozji meteoru tunguskiego.Być może właśnie jest to efekt jego doświadczenia. Jak wiemy, Tesla miał bardzo dziwaczne pomysły, a szczególnie interesujące sposoby przesyłania energii na odległość. Być może była to skondensowana wiązka energii znad Kolorado, która eksplodowała właśnie nad Rosją. Miejsce wybrał takie, żeby nikogo tym samym nie skrzywdzić, a jednocześnie dokonać doświadczenia. Jak wiemy, Tesla miał parę różnych innych takich pomysłów, mówiąc o różnych broniach kosmicznych. Taką znaną jego bronią kosmiczną były promienie śmierci, którymi chciał otoczyć całe Stany Zjednoczone i dzięki temu wszystko, co znalazłoby się w odległości 250 mil od tego kraju, zostałoby spalone na popiół. Niby jest to tylko teoria, nigdy do tego nie doszło, ale był taki człowiek, inżynier, nazywał się Longoria, który stworzył takie promienie śmierci. Dokonał nawet pokazu, jak one działają.
Tymi promieniami śmierci zatłukł królika, ptaka, gołębia, psa i kota. Skończyło się to tak, że zabrali mu te jego zabawki i słuch po nim zaginął, po tych promieniach śmierci. Wracając do meteorytu tunguskiego, mnie się on z jedną rzeczą kojarzy. Bardzo dobrze mi się kojarzy. Kojarzy mi się mianowicie z tą olbrzymią, gigantyczną katastrofą, jaka miała miejsce 12 500 lat temu, która przyczyniła się do stopienia lodowca. Kiedy próbować rozłożyć na części pierwsze, co się wydarzyło w czasie, kiedy eksplodował ten meteor czy meteoryt tunguski, bo jeśli nie spadł, to ciągle jest meteorem, i jaki ślad zostawił na Ziemi. Niektórzy mówią o tym odcisku, który zostawił po sobie, które stworzyło to ogromne ciśnienie, skondensowane ciśnienie, które powstało po tym wybuchu. Tego typu ślady można zobaczyć między innymi od Karoliny aż po Kanadę, po przekątnej Stanów Zjednoczonych, który pokazuje drogę, którą szła rozpadająca się być może kometa i jej fragmenty eksplodowały na niezbyt dużej wysokości nad ziemią, nie zostawiając kraterów, a zostawiając wgniecenia. Z tego modelu teoretycznego wygląda, że eksplozje były potworne, że na wysokości jezior takie eksplozje tworzyły temperaturę 1000 stopni Celsjusza na powierzchni Ziemi, co oznacza, że niszczyły i zabijały wszystko pod spodem. Tworzyły to olbrzymie ciśnienie i z tego powodu mamy na przykład wiele skał wokół wielkich amerykańskich jezior, które mają ślady zeszklenia, że są potraktowane przez bardzo wysoką temperaturę.
Wynikało to z eksplozji tej komety, którą równie dobrze, gdybyśmy byli w programie „Ancient Aliens”, byśmy mogli uznać jako dowód na bombardowanie atomowe przez obcych, ponieważ radioaktywność i podobne ślady zostałyby, gdybyśmy użyli do tego bomb atomowych i eksplodowali je gdzieś na jakiejś wysokości nad ziemią. Nie tworzyłyby one kraterów, a tworzyły tego typu niecki. W taki sposób patrzę na tą katastrofę tunguską. Co do Czarnego Rycerza, wielkiej legendy kosmicznej, to ona z kolei wpisuje mi się w obraz starożytnej wojny kosmicznej, o której już mówiłem. Co oznacza, że po tej wojnie pozostały ciągle najrozmaitsze statki kosmiczne bądź bazy kosmiczne, które już dawno są nieczynne, które są wrakami, a jednak ciągle wędrują po przestrzeni kosmicznej, dryfują i czasami zaplątują się czy na orbitę okołoziemską, czy na orbitę marsjańską. Stąd parę lat temu wielką popularnością cieszył się temat o tym, że Phobos wcale nie jest naturalnym księżycem Marsa, a jest raczej starożytną bazą kosmiczną, dawno już nieużywaną. Ale prześwietlenie jego przez Mars Express wykazało, że księżyc ma dużo pustych przestrzeni w środku i na dodatek coś z niego wycieka, co pokazuje, że nie jest do końca konstrukcją, nie jest tworem naturalnym. Podobnie rzecz miałaby się i z Czarnym Rycerzem i wieloma innymi obiektami, które zaplątują się gdzieś w okolice Ziemi, które być może są pozostałością po takiej wojnie kosmicznej, być może także i atomowej wojnie kosmicznej. Historia z Czarnym Rycerzem jest taka, że pojawiał się on cyklicznie, a ostatnie jego zdjęcia pochodzą z wahadłowca i po tym się słuch zagina.
[03:21:11] - Przepraszam bardzo, Krisie, z którego wahadłowca? Bo ucięło ci nazwę.
[03:21:16] - Z wahadłowca Endeavour. Wahadłowiec ten zbudowany był w specyficzny sposób. Nieco różnił się konstrukcyjnie od innych, od całej reszty. Był chyba największym ze wszystkich wahadłowców i między innymi powód tego był taki, że, to już jest wyłącznie teoria, nie jest w jakiś sposób udokumentowana niczym konkretnym, a jedynie przypuszczeniami, że Czarny Rycerz został przejęty, że dokładnie stworzono go na wymiar, jaki ma ten Czarny Rycerz i został on przejęty przez wahadłowiec i sprowadzony bezpiecznie na Ziemię jako fragment jakiejś obcej technologii. Może tyle o tym wahadłowcu. Dziękuję.
[03:21:57] - Kończy się powolutku 54. debata ufologiczna online. Dziś dyskutujemy o wojnach bogów. Na koniec takie pytanie: skoro doszło do atomowych wojen bogów, powinny pozostać po tym jakieś ślady w postaci miejsc silnie napromieniowanych lub składowisk odpadów. Czy takie miejsca w ogóle znaleziono? Może w tym temacie pierwszy niech się wypowie Chris Miekina. Krisie?
[03:22:22] - Myślę, że to jest najbardziej konkretne pytanie, bo my ciągle podważamy, przypuszczamy, krytykujemy, boimy się tego tematu. To jest dobre pytanie. Czy rzeczywiście są ślady, które by udowodniły, że coś takiego istnieje, że coś takiego mogło mieć miejsce w ogóle w historii? Według mnieWłaściwie można się o to pokusić. Jeśli chodzi o Ziemię, te ślady nie są aż tak do końca bezpośrednie, ale ich pośredniość daje duże prawdopodobieństwo, że być może do czegoś takiego doszło. I zamiast opowieści, legend, historii, które zostały wymyślone przez ludzi mających bogatą fantazję i wyobraźnię, możemy zwrócić się ku twardej nauce, na przykład takiej jak geologia. Na przykład 380 kilometrów od Bombaju znajduje się krater. Nazywa się Lonar, ma średnicę dwóch kilometrów i jego data wykazała, że powstał on w bardzo ważny sposób. Coś uderzyło w to miejsce z niezwykłą siłą, siłą niewyobrażalnie potężną, dlatego że jest to jedyny krater na Ziemi, jaki został stworzony w bazalcie. Bazalt, jak wiemy, należy do jednych z najtwardszych skał, a tutaj coś przerżnęło w ten bazalt i stworzyło sporą nieckę.
Później krater został wypełniony wodą. Głębokość tego jeziora ma 150 metrów, także całkiem głębokie jezioro. Zbadano bardzo dokładnie, żeby spróbować odnaleźć jakieś szczątki, bo oczywiście nauka uznała, że jest to meteoryt. Nie znaleziono żadnych szczątków meteorytu, za to znaleziono coś, co się nazywa maskelinit. Już znalazłem tą notatkę. Maskelinit jest to rodzaj szkła, który powstaje właśnie pod wpływem szczególnie silnego uderzenia. Gdyby chcieć to porównać, to dziś przy środkach, jakie wojsko ma do dyspozycji, byłoby to użycie broni do stworzonej penetracji bunkrów przeciwatomowych, czyli potworna eksplozja tworząca olbrzymie ciśnienie. Został stworzony właśnie na dnie ten maskelinit, który zdradza, że coś uderzyło z siłą znacznie większą niż mogą to stworzyć siły natury i na dodatek w bazalcie. Jedyna taka rzecz w swoim rodzaju. Oczywiście są wokół tego legendy.
Legendy mówią o demonie Lonasura. Demon Lonasura żył tam i strasznie tamtych ludzi maltretował dookoła. Ponieważ to jest w Indiach, więc Wisznu się tym zainteresował, bo to jego jurysdykcja dookoła. Wisznu właśnie miał zrobić ten krater, schować się w nim i dopaść tego Lonasura i go zarżnąć. Krew z tego demona zamieniła się w wodę i wypełniła krater. Tak mówi legenda. Ale patrząc na geologiczną historię tego miejsca, tym razem niekoniecznie używając jakichkolwiek opowieści czy legend, można rzeczywiście dopasować to do jakiejś wojny, która miała miejsce na naszej planecie, bo nie ma nic, co można byłoby porównać do takiego krateru w tak twardym bazalcie. Może jedynie innym takim miejscem byłby krater Winslowa w Arizonie. Tam też znaleziono szkło na jego dnie. Nie znaleziono za bardzo fragmentów meteorytu, który miałby wyżłobić tą wielką dziurę w ziemi.
Ten krater nie jest wypełniony wodą. Jest bardzo efektowny jako taka wielka dziura w ziemi. Dookoła jest pustynia. Ten krater Winslowa jest używany między innymi jako taki poligon dla łazików marsjańskich i księżycowych, które poruszają się po jego ścianach i tam się je udoskonala dzięki temu. Ale na dnie tego krateru, bo tam szukano oczywiście skarbów, różnych innych rzeczy, znowu znaleziono ślady dziwnego szkła. I to było szkło, które się nazywa stishowit i koesy. I to są właśnie szkła, które są bardzo podobne do eksplozji, które zostają po eksplozjach nuklearnych. Na dodatek cała okolica obfituje w uran, co używając fantazji może sugeruje, że właśnie w tym miejscu rzeczywiście był jakiś podziemny bunkier kogoś, kto miał do dyspozycji taką broń atomową. Ktoś go wykrył, wymierzył, zostawił po sobie taką dziurę w ziemi i rozwalił to wszystko, co było tam w środku. Ale to są fantazje.
Myślę, że ten krater Lonar w Indiach o wiele bardziej wskazuje na jakąś nuklearną historię niż cokolwiek innego. Natomiast stuprocentowe dowody na to, że doszło do wojny nuklearnej poza naszą planetą w ciągu ostatnich lat wydają się być oczywiste. W 2014 roku John Brandenburg, fizyk plazmowy, człowiek o olbrzymiej wiedzy naukowej i bardzo szanowany w świecie naukowym, między innymi analizował skład powietrza, jakie znajduje się na Marsie i ku swojemu zdumieniu odnalazł tam bardzo dużą ilość dwóch interesujących izotopów, dwóch gazów, ksenonu i kryptonu. Gazy te, izotopy te, szczególnie te izotopy, które tam odnalazł właśnie w dużej ilości, powstają tylko w jednym przypadku. W momencie, kiedy dochodzi do eksplozji pocisku atomowego. Jeśli na przykład następuje praca reaktora atomowego, nigdy nie powstanie tego typu izotop. On powstanie tylko i wyłącznie wtedy, kiedy wybuchnie po prostu bomba wodorowa. Zgłosił ten fakt do Pentagonu i nawet sam zaproponował, że jeżeli Pentagon chce uznać to za wiadomość ściśle tajną, to on zachowa to jako wiadomość ściśle tajną i nie ogłosi światu. Natomiast w Pentagonie mu powiedzieli: „A, Johnny, sobie opublikuj to w jakimś czasopiśmie naukowym”. I on to opublikował.
I z tego właśnie wiemy, że aby taki izotop mógł powstać, jakaś istota rozumna, czyli cywilizacja, ktoś inny niż Ziemianie musiał tam przywlec olbrzymią bombę wodorową i ją eksplodować. Czyli jest to fakt. Czyli właściwie możemy powiedzieć, że jest to praktycznie pośredni dowód na istnienie życia pozaziemskiego. Ja już wspominałem o tym poprzednio. Jakoś to nikogo za bardzo nie rusza. Pewnie dlatego, że w żadnych popularnych programach o tym nie mówią, ale jest to rzecz absolutnie fascynująca. Żeby tutaj podziałać trochę na wyobraźnię, Brandenburg obliczył, że zrzucono dwie takie bomby wodorowe właśnie na Marsa, kompletnie niszcząc jego cywilizację.... że bomby wodorowe były tak olbrzymie, że gdyby ten cały ładunek wybuchowy umieścić w jednym pocisku, to miałby on wielkość Empire State Building. Także możemy sobie wyobrazić potęgę czegoś takiego, co spadło na Marsa i eksplodowało, produkując takie ilości tych izotopów, tych unikalnych gazów ksenonu i kryptonu. I zastanawiał się, dlaczego tak się stało.
Doszedł do wniosku, że miała to być pokazówka dla wszystkich okolicznych ewentualnych cywilizacji. Co ci, którzy to zrobili, potrafią zrobić z kimś, kto nie za bardzo realizuje ich planów, bądź nie zgadza się z nimi, bądź nie chce im dać tego, czego oni oczekują. Brandenburg doszedł do wniosku, że cywilizacja jaka istniała na Marsie, a nie ma on wątpliwości, że istniała, nie była cywilizacją zbyt zaawansowaną. Uznał, że była podobna nieco do naszej, a funkcjonowała na poziomie, powiedzmy, cywilizacji Majów. Zajął się teraz analizą różnych fotografii, jakie nadchodzą z Marsa i był tam w stanie odkryć miejsca, które przypominają na przykład piramidy schodkowe Majów bądź inne tego typu budowle. Między innymi jednym z punktów, w który miała uderzyć taka bomba, była Cydonia, miejsce, gdzie znajduje się słynna twarz, i także kilkanaście kilometrów dalej olbrzymia piramida. Być może sam czubek tylko piramidy, bo reszta zasypana jest pyłem. A wracając do historii z twarzą, jej cała idea została ośmieszona, że to jest tylko takie przywidzenie, taka pareidolia. Trzeba tutaj dodać okoliczności, w jakich to się stało. Rzeczywiście zrobiono zdjęcie tej twarzy, ale zrobiono tylko jedno zdjęcie i zrobiono je z bardzo ostrego kąta, że jest to nieporównywalne do zdjęć, które zrobił Viking onegdaj, wiele lat temu.
Zrobiono to przy zachodzie słońca nad Marsem, kiedy cienie powstały w taki sposób, że stworzyły zupełnie nieprzypominające niczego wzniesienie. Poza tym zostały zrobione pod bardzo ostrym kątem, zupełnie innym kątem, że zaciera to kompletnie rysy tego tworu. Natomiast dzięki temu zdjęciu można było stworzyć trójwymiarowy model twarzy na Marsie, bardzo dokładny i wystarczy jeden rzut oka, żeby zobaczyć, że twarz jest jak najbardziej aktualna i że jest tworem jak najbardziej sztucznym, że ktoś musiał tego dokonać. Dziękuję.
[03:31:31] - Marku.
[03:31:32] - Tak jak powiedział Chris, tych miejsc na Ziemi, które można by podejrzewać o to, że stały się miejscem uderzeń jądrowych, jest jak na lekarstwo. Właśnie Chris je wymienił. Natomiast warto też wziąć pod uwagę, że przy całej okrutności broni jądrowej dużo zależy od tego, w jaki sposób była użyta, czy to były eksplozje naziemne, czy też na przykład powietrzne. Wówczas rozchodzenie się, roznoszenie się tych efektów eksplozji byłoby różne. W każdym razie twardych dowodów na to, że w jakichś punktach Ziemi następowały eksplozje jądrowe w dawnych czasach właściwie nie ma. Są miejsca o podwyższonej radioaktywności, ale to jest troszeczkę tak, jak z tym Mohenjo-daro. Dzisiaj badacze kłócą się, czy ta promieniotwórczość odkryta w Mohenjo-daro to jest promieniotwórczość, która powstała w wyniku eksplozji jądrowej nad czy w Mohenjo-daro, czy też może są to skutki całkiem współczesnych prób przeprowadzanych przez któreś z państw, czy to przez Pakistan, czy przez Indie. Różnie może być. W każdym razie, jeśli szukamy twardych dowodów w postaci miejsc o podwyższonej radioaktywności, to będzie problem. Proszę zwrócić uwagę, że w 1945 roku eksplodowały dwie bomby jądrowe nad japońskimi miastami, a jednak dzisiaj żyje się tam zupełnie normalnie.
To nie są martwe strefy, w których się nie toczy życie. Na pewno podwyższona promieniotwórczość w tamtych rejonach oczywiście jest. Natomiast zastanawiam się, tu by się musiał wypowiedzieć w tej sprawie człowiek, który się tym tematem zajmuje, ale na ile po tysiącach lat ta promieniotwórczość tak znacząco różniłaby się od promieniowania w okolicy tej niedotkniętej eksplozją, że byłoby to w sposób szybki, łatwy, wykrywalne. Jeśli nawet tak jest, że byłoby po tysiącach lat mimo wszystko bardzo wyraźne, to jakoś tych miejsc nie odnajdujemy. I to jest według mnie bardzo poważna przesłanka, że na Ziemi atomowe wojny bogów, podkreślam atomowe, chyba się jednak nie odbywały. Natomiast rzeczą ciekawą i godną rozważenia pozostaje to, czy w ogóle wojny bogów się nie odbywały na Ziemi, bo być może wcale nie chodzi o broń jądrową. Może używano zupełnie innych sił, zupełnie innych środków bojowych. Wspominał o nich między innymi Przemek, ale pole do wyobraźni jest ogromne. Może zupełnie inne siły, zupełnie inna broń była używana w atomowych wojnach bogów na Ziemi. I to tyle.
Dziękuję bardzo.
[03:35:12] - Tutaj już w zasadzie nic nie można więcej dodać. Przypomniały mi się tylko słowa Paula Davisa, znanego fizyka
[03:35:19] - Znanego też z licznych kontrowersyjnych wypowiedzi, który twierdził wręcz wprost, że śladów obcych trzeba szukać na naszej planecie i najlepiej w postaci miejsc, które mogły być dla nich miejscami składowania odpadów radioaktywnych. Uran na przykład ma to do siebie, że okres jego połowicznego rozpadu jest bardzo długi i tak naprawdę powinny być to miejsca bardzo łatwe do zlokalizowania, szczególnie w przypadku takich miejsc jak rzekome obszary, gdzie toczyła się atomowa wojna bogów. To wszystko jest hipoteza i dlatego musimy powiedzieć, że po pierwsze nie wiemy, czy atomowa wojna bogów wyglądała tak, jak sobie to wiele osób wyobraża, czy było to po prostu jakiś jeden niesprecyzowany incydent o nie wiadomo jakim pochodzeniu, który dał początek legendzie. Nie wiemy też, czy było to zdarzenie naturalne, czy nie. Przytaczam wszystko to, co już mówiliśmy wcześniej o takich incydentach, jak chociażby tunguska i tak dalej. Oczywiście przychodzi na myśl słynny naturalny reaktor w Oklo, który przez wiele lat był czymś takim, na co zwolennicy teorii o paleoastronautach patrzyli z nadzieją. Potem okazało się, że jednak Oklo to wytwór natury. Także niestety nadzieje zostały pogrzebane. Brak miejsc takich jednoznacznie potwierdzających tą dänikenowską wersję wojny bogów czy sitchinowską wersję wojny bogów skłania nas do dwóch wniosków. Albo jej nie było, albo te poszlaki wskazują na zdarzenie o zupełnie innym charakterze.
Jakim? Chociażby takim jak wybuch tunguski, chociażby takim jak hipoteza doktora Schocka o słonecznym bombardowaniu. Tak to wygląda.
[03:37:07] - I na tym chyba możemy zakończyć 54. już debatę ufologiczną online. Może jeszcze parę słów podsumowania na koniec. Piotrze?
[03:37:18] - Myślę, że to, co powiedzieliśmy w naszych ostatnich wypowiedziach, w tym ostatnim pytaniu było najlepszym podsumowaniem tego całego tematu. Nie wiemy, czy do atomowej wojny bogów doszło. Nie możemy być tego pewni. Wiele wskazuje na to, że jest to teoria fantastyczna, natomiast nie da się wykluczyć, że za niektórymi zdarzeniami, jak chociażby wspomnianymi tutaj przez nas przypadkami, takimi jak zniszczenie Sodomy i Gomory, jak anomalne i wciąż niewyjaśnione znaleziska w Mohendżo-daro, kwestie szklanych portów, za to może odpowiadać inna tajemnica. Nie wiemy, czy związana z przybyszami spoza Ziemi. Tak to wygląda. Za tydzień UFO przeszłości, czyli najciekawsze przykłady obecności obiektów UFO w znanej nam obecnie formie w minionych wiekach. Będzie to audycja pełna emocji. Będzie nowy gość. Poruszymy najciekawsze przypadki.
Odniesiemy się też do bitwy na niebie, która nieco może przypominała atomową wojnę bogów, która rozegrała się w kilku miejscach w średniowieczu. Ale o tym już za tydzień.
[03:38:31] - I to by było na tyle, jeżeli chodzi o temat kolejnej debaty ufologicznej online, 55. już. Dwie piątki staną obok siebie. Gdy się dzieje coś na niebie, to dwie piątki stają obok siebie, można powiedzieć rymując. A w dzisiejszej debacie 54. poświęconej atomowym wojnom bogów udział wzięli: nieobecny już na Skypie Przemysław Nowakowski, publicysta i współpracownik „Nieznanego Świata”, współprowadzący nasze debaty Piotr Cielebiaś, również z „Nieznanego Świata”. Dzięki wielkie, Piotrze.
[03:39:06] - Ja również dziękuję i dobranoc wszystkim.
[03:39:08] - Pisarz, publicysta, również niestanoświatowiec Marek Żelkowski. Dzięki jeszcze raz, Marku.
[03:39:15] - Dziękuję bardzo. Dobranoc wszystkim.
[03:39:16] - Oraz nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy Chris Miekina. Dziękujemy jeszcze raz, Chrisie.
[03:39:22] - Ja również dziękuję. Dobranoc.
[03:39:24] - A debatę od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium — paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Byłeś świadkiem zagadkowego zjawiska? Jeśli tak, poinformuj nas o tym już dziś. Czekamy na relacje współczesne oraz z lat ubiegłych. Nasze kontakty to numer Gadu-Gadu 36 08 80 02. 36 08 80 02. Numer telefonu 32 746 00 08. 32 746 00 08.
E-mail radio@paranormalium.pl. radio@paranormalium.pl oraz Skype radio.paranormalium.pl. Czekamy na twoją relację. Na życzenie świadka zapewniamy pełną anonimowość.