[00:00] - To think for yourself and question authority.
[00:04] - Jasne, że tak. W Radiu Na Fali oczywiście. Kwestionować autorytety. Se last kręciłem. Nie wiem, czy nie za głośno, nie wiem, czy nie za cicho. Wszystko powinno być okej. Także witam cię słuchaczu i słuchaczko w Radiu Na Fali. Mam tu jakiś nerwowy dźwięk mojej maszyny. Nie wiem, czy nerwowy. Po prostu wentylator zaczął hałasować.
Zrobiło się gorąco. Myślę, że dzisiaj chyba przeżyjemy z tym dziwnym dźwiękiem w tle. Spróbuję coś z tym zrobić. Może troszeczkę to pomoże. I don't know. Może trochę. Dobra, zatem witam cię jeszcze raz. Już jeszcze raz. Ostatni raz cię witam, słuchaczko tym razem i słuchaczu. Witam cię, człowieku, obecna na czacie w Radiu Na Fali w hiperprzestrzeni.
Ja mam na imię Tomek. Hiperprzestrzeń jest retransmitowana poza oczywiście macierzym Radiem Na Fali w Radiu Paranormalium i oczywiście w Radiu Dreamtime. Pozdrawiam serdecznie słuchaczy pozostałych radiostacji. I co jeszcze chciałem powiedzieć? Dziękuję serdecznie wszystkim mecenasom Radia Na Fali. Wiem, że jeszcze nic nie uzupełniłem, ale mam troszkę taki zabiegany okres. Trochę już się rozładowuję. Tam nie chcę mówić, co zostało zrobione, a co nie, ale coś tam zostało porobione. Zresztą o tym się rozgadowuję gdziekolwiek indziej. A z radiowych spraw też niedługo człowieku, wreszcie poszyuję taki zrzut, wszystkie zaległe audycje.
Także powoli zbliżam się do końca, można tak powiedzieć. Szczęśliwie. Także niedługo się wszystko pojawi. A może po prostu tak czy siak wrzucę tą audycję, bo przede mną chyba taka historia, że będzie to i tak w takim wielkim pakiecie. Także dostaniesz coś na ciepłe letnie wieczory, kiedy się będziesz nudzić. Zaległe hiperprzestrzenie, zaległe „Etykiety zastępcze". Tam zdaje się jeszcze jakieś „Teorie chaosu", „Czasy snu". Taki większy zrzut będzie troszkę tak podcastowo w Radiu Na Fali na parę chwil i bardzo dobrze. Odmiana, troszeczkę coś innego albo coś w tym stylu. Koniec z czasem linearnym.
Przechodzimy do czasów w przestrzeni. Właśnie, bo dzisiejszy temat w przestrzeni i w hiperprzestrzeni to oczywiście chciałem powiedzieć taki przyszłościowy temat troszeczkę, bo o tych katastroficznych historiach wiemy. Ja jeszcze powiem o jednej katastroficznej historii na dzisiaj, bo się dzieje, troszkę dzieje. Ja to ciągle obserwuję, przyglądam się nie tylko ja. Kilku moich znajomych też. Wymieniamy sobie czasami opinie na Skypie, co tu się, panie, dzieje. A dzieje się. Piekielny pierścień dookoła płyty pacyficznej. Pacyfiku. Pacyficznej.
Jest peace. Pacyficzna, pacyfistyczna płyta Pacyfiku. Mam nadzieję, że będzie pokojowa bardzo. Robi zamieszanie, szumi, brumi i się gra, a nie dzieje. Po prostu coraz większe trzęsienia ziemi, żeby tak nie było enigmatycznie. O ile jeszcze tydzień temu, dwa tygodnie temu było dwa, dwa przecinek pięć, jakoś tak dwa przecinek siedem. Taki standardzik. To teraz statystycznie wygląda to tak, że tam jest cztery przecinek pięć, czyli w ciągu tygodnia podskoczyło dwukrotnie. Zobaczymy, co się będzie działo dalej. Szczęśliwie zaczyna się lato.
Szczęśliwie. Także wyrównuje się temperatura w oceanach, co może spowodować, że na moment odwlecze mi tą chwilę raptem do jesieni, kiedy ciepła woda zostanie zastąpiona zimną wodą i z powrotem się zacznie. Tylko że wtedy już nie będzie chyba przebacz. Raczej nie będzie przebacz. W ogóle nie będzie przebacz w tej sytuacji. Ale jest jeszcze w ogóle ciekawsza sprawa, bo oczywiście ziemia zaczęła się trząść w Europie, o czym niewielu ludzi mówi. I w ogóle gazety jakoś tak nie piszą. We Francji się trzęsła, na Słowacji się trzęsła, w Polsce się trzęsła ziemia, w Niemczech się trzęsła ziemia. W kilku miejscach tak się trzęsła. W Rumunii zaczęła się trząść.
Tam niby zawsze się trzęsła, ale jakoś trzęsie się częściej zdecydowanie. I się okazuje, że problemem nie jest to, że właściwie się ziemia trzęsie w Europie, bo właściwie i tak za bardzo się nie będzie trzęsło. Troszeczkę może gdzieś tam troszeczkę, bo Europa jest na takiej mocnej kontynentalnej płycie, takiej granitowej, także nie ma z tym żadnego problemu, wszystko będzie okej. Natomiast jedynym problemem są, bo tak czy siak będzie troszeczkę podrygiwało, bym powiedział, są reaktory jądrowe. I aktualnie wygląda na to, że jest duży, poważny. Właściwie ciężko powiedzieć jak duży i jak poważny. Generalnie, człowieku, zostawiam cię samego i ciebie dziewczyno też samą z tą refleksją. Sama sobie wyciągniesz wnioski, co się dzieje z reaktorem w Belgii. W Belgii jest taki reaktor. Ja to sobie jeszcze otworzę i powiem ci, jak on się nazywa i takie tam detale powiem, żeby nie było, że jestem taki enigmatyczny, bo oczywiście wszystko jest jak najbardziej do sprawdzenia w internecie nawet.
Przede wszystkim w internecie w tym momencie. Jeżeli oczywiście nie słuchasz tego offline, gdzieś jadąc samochodem, no to wtedy to poczekaj sekundę, ja tu już troszeczkę ogarniam. Trochę bardziej niż trochę mniej. Już chyba nawet ogarnąłem. To nawet w gazecie ciekawe rzeczy piszą na ten temat, takiej jak Mail Online w Wielkiej Brytanii. Mianowicie chodzi o to, że jest elektrownia jądrowa, która znajduje się w Belgii. Znajduje się troszkę niżej Brukseli, pomiędzy granicą Holandii, Niemiec a Belgii. Po drugiej stronie jest Francja. Troszeczkę na dole jest Luksemburg, poniżej Brukseli. Taka jedna trzecia Belgii od strony Luksemburga.
No i miejsce nazywa się, ja nie wiem, jak to się poprawnie wymawia, bo to jest jakiś flamański dialekt. Tihange, Hange, Tange. To jest generalnie reaktor jądrowy. Po prostu. No i ten reaktor jądrowy w momencie, kiedy był budowany, miał już mocno popękane podstawy, bo okazało się, że doszło do korupcyjnej historii podczas budowy tego reaktora. Łapówkarstwo, korupcję wszędzie na świecie przy dużych pieniądzach wszystko wygląda mniej więcej podobnie. Znaczy wszystko mówię. Chodzi o obrót finansowy i to, co z tego wynika. Efekt jest taki, że Właściwie nikt nie powinien odpalać tego reaktora od samego początku, bo zaraz po sprawdzeniu, po wybudowaniu go okazało się, że podstawy reaktora są lekko popękane, te betonowe podstawy. Ale stwierdzono, że się zabetonuje, wszystko będzie okej.
I zrobiono taki numer, czyli zamiast zamknąć reaktor i skończyć tą całą historię, okazało się, że... Cóż tu można powiedzieć? Okazało się, że reaktor powoduje, że to zaczyna pękać jeszcze bardziej. Historia z tym jest taka, że właściwie reaktor nigdy nie powinien zostać uruchomiony, ale facet, który odpowiadał za budowę tego reaktora z ramienia firmy, która to budowała, był nadzorcą tego całego projektu. Człowiek, który był zamieszany w te łapówkarskie historie, został zaraz po wybudowaniu tego reaktora szefem komisji rządowej, chyba nawet zdaje się europejskiej. Nie wiem, czy europejskiej, ale na pewno rządowej, belgijskiej do spraw bezpieczeństwa nuklearnego. Także ręka rękę myje. Nic nie wyszło na jaw, poza tym, że oczywiście ludzie w branży widzieli, że ten reaktor jest w stanie koszmarnym. Jakiś czas temu stwierdzono, że właściwie będą go wyłączać. I teoretycznie go tam wyłączają.
Przynajmniej taka jest oficjalna opinia. Troszeczkę go wyłączają, na pewno się starają, ale wyłączenie reaktora nie trwa pięć minut, tylko parę lat zdaje się, albo jeszcze gorzej. Właściwie o tyle, o ile jest nowy, to jeszcze pewnie można coś próbować robić. Chociaż taki reaktor jest, mówiąc szczerze, nieprzewidywalny, bo pewnego razu, parę lat temu w pewnym miasteczku na Ukrainie, Czarnobyl, wydarzyła się podobna historia. Panowie ćwiczyli tylko tryby bezpieczeństwa i przez przypadek wyłączyli reaktor. Tak go włączyli z powrotem, że wszystko zmiótło dookoła. Troszeczkę chmura przyleciała nad Polskę. Aktualnie wygląda bardzo podobnie z reaktorem w Belgii, że reaktor jest cały popękany i te dodatkowe trzęsienia ziemi spowodowały, że on jeszcze sobie tak chrup, chrup jeszcze bardziej. Jest troszkę problem z tym, co zrobić. Wszystkim mieszkańcom Belgii oraz Holandii rząd wysyła w kopertach tabletki jodu i szykuje się na taką sytuację.
Oficjalnie rząd Holandii wydał takie oświadczenie, że to na wypadek, gdyby na przykład woda morska, jakaś duża fala zalała jakąś instalację nuklearną na wybrzeżu. Reszta krajów, tak jak Belgia i tak jak pozostałe, czyli Francja, Anglia i podejrzewam Polska, montują taki numer, żeby powiedzieć ludziom, że to terroryści będą atakowali i żeby się przyzwyczaić, bo terroryści mają w planie teraz zniszczyć wszystkie nuklearne instalacje w Europie, bo po prostu mają taki nuklearny pomysł na nuklearny atak na całą Europę. Jest to dosyć zabawne, bo właściwie do reaktora nie da się za bardzo podejść tak normalnie, nawet do jego ściany. Wszystko jest mocno radioaktywne przede wszystkim. To jest jedna rzecz. Druga rzecz to to, że tam się po prostu nie da wejść, bo trzeba przejść przez tak specjalne bramki bezpieczeństwa i tak dalej. Tam się w ogóle raczej nie wchodzi. To są tego typu miejsca. Taka jedna ściana to jest tak dwa metry betonu. Gdyby tak zebrać tego wszystkiego razem, tak może wyjdzie jak z 15 metrów betonu.
Jak sobie pomyśleć, że taki koleżka z plecakiem ładunków wybuchowych chciałby wysadzić ścianę od reaktora albo wzruszyć go w jakikolwiek sposób, to jest raczej niemożliwe, bo reaktor jest tak konstruowany, że ma dodatkowe wzmocnienia na wypadek właśnie eksplozji od wewnątrz, od zewnątrz, bo tam jest ciągle eksplozja. Taka jest prawda. Chodzący nuklearny reaktor to jest po prostu kontrolowana wielka eksplozja. Tak jakby ktoś wrzucał co chwilę setki ładunków jakiegoś synteksu do jednej komory i wysadzał w powietrze i produkował z tego coś tam. Taki ładunek synteksu malutki, który jest niczym takie wiosenne dmuchnięcie, to raczej może tylko osmalić ścianę troszeczkę i rozmazać tego człowieka, który z tym plecakiem podbiegł pod tą ścianę. Taka ciężarówka za bardzo ładunków wybuchowych by tutaj nie pomogła. Ale robi się taką atmosferę, że to terroryści i tak dalej. Ja zawsze w takich sytuacjach może nie tyle, że biegnę w spisek, ale mam takie podejście: śmierdzi to troszeczkę tym, jakoby dżentelmeni chcieli uniknąć kompletnie odpowiedzialności za swoje czyny i kiedy coś pieprknie, to oczywiście wszystkiemu winni są terroryści. Oni wtedy w helikopter i tam, gdzie nie ma skażonej ziemi albo coś takiego. Uciekajmy!
Kolega ostatnio był zniesmaczony, bo kolega był zorientowany w kręgach wojskowych i kolega... Wcale się nie dziwię. Może nie tyle byłem zniesmaczony, ile właściwie stwierdziłem, że niedaleko jabłko od jabłoni, gdyż kolega dostał taki news, że wypłynęły dokumenty i zobaczył te dokumenty, kawałek zdaje się, na temat, co się stanie, gdy na przykład w kraju takim jak Polska wybuchnie wojna, w stanie w ogóle wydarzyć jakiś konflikt, cokolwiek. Po prostu coś się wydarzy, coś, co będzie musiało zaobserwować dowództwo armii. Pierwszy punkt tego, co dowództwo armii robi w trakcie, kiedy się dzieje jakiś atak, to ucieka z Polski. To jest ewakuacja przewidziana. Właśnie na tym polega cała procedura, że oni się ewakuują, a ty sobie radź sam. Jak troszkę zniesmaczony. Wcale się nie dziwię. Inna sprawa, że wyciekły dokumenty, co robi polski rząd.
Ale to każdy rząd ma takie procedury, że w przypadku, gdzie coś się dzieje w kraju, którego jest zarządcą, natychmiast daje nogę. Gdyby tak porównać do jakichś średniowiecznych bajek, gdzie taki król z mieczem na baszcie ginął ostatni. Nie, żartuję sobie. Nie wiem, czy tak było. Z reguły polscy królowie wyjeżdżali niektórzy ponoć w skrzynkach, przemycani przez granicę. Jakoś tak bywało ponoć. I don't know. Nie jestem znawcą historii Polski, taka jest prawda. Także nie łap mnie człowieku za słowo ani z tych rzeczy, ale takie historie obiły mi się o uszy. Dzisiaj troszkę o przyszłości, bo reaktor reaktorem, różne historie się wydarzą.
Myślę, że jakoś to przeżyjemy. Jest pewna szansa na przetrwanie. Anyway, zostawiamy straszenie się nawzajem i co się może dziać w przyszłości? Myślę, że przyszłość jest dosyć ciekawa. Właściwie nawet takie akcje powodują troszeczkę pobudkę w głowie. Bo w jaki sposób nazwać zachowanie belgijskiego rządu, Europejskiej Komisji do spraw Atomistyki? Jak nazwać zachowanie tych ludzi? To troszeczkę dziecinne, bo w końcu i tak wyjdzie na jaw, że przecież reaktor nie może walnąć w ten sposób. Przecież to jest śmiech na sali, bo i tak będzie widać, że walnął od wewnątrz, bo jak reaktor strzela to od wewnątrz. To jest dosyć specyficzne.
Wiadomo, że nie ma osmalonej ściany z zewnątrz i dziury. Ale wiadomo, w Pentagonie sztuczka się udała. World Trade Center do tej pory wielu na świecie mówi, że bardzo kontrowersyjnie. I don't know. Czasami człowiek się zastanawia, czy w dzisiejszych czasach inteligencja nie stała się czymś bardzo kontrowersyjnym. Taka zwyczajna inteligencja. Mam nadzieję, że nie. Właśnie, bo jeszcze katastroficznie troszeczkę pojadę, bo w sumie jest to związane z przyszłością. Bo co nas czeka? Aktualnie zaczyna się już troszkę głośniej mówić o pewnych rzeczach, nawet tak śmiało głośniej bym powiedział.
O czym ja w ogóle mówię w tym momencie? Po angielsku tytuł artykułu brzmi: „Watch the big one on San Andreas fault would feel like”. No właśnie. Wygląda na to, że uskok San Andreas bardzo niebezpiecznie się przesuwa. To jest taki uskok związany właśnie z tą płytą dookoła Pacyfiku. Wiesz, „Ring of Fire”, „Love is sweet” i generalnie wygląda na to, że ta love, która jest sweet, spowoduje, że troszkę się przesunie Kalifornia. Generalnie już nawet w oficjalnych gazetach nikt nie ucieka od tematu. Są zdjęcia i tak dalej, są wszystkie te rzeczy. Ja tu może wkleję na czata. Zobaczysz sobie, człowieku, jak to wygląda, jeżeli jesteś na czacie Radia Na Fali.
Dosyć, że tak powiem, solidnie wygląda, bym powiedział. Wkleiłem zatem, troszkę się postraszę. No właśnie. Ale co dalej, człowieku, kiedy ziemia drży pod stopami? Pewnego dnia przestanie drżeć i drżeć. Zrobi się troszkę inaczej. Myślę, że tak czy siak naturalnie zmierzamy w tym normalnym kierunku, bo żyjemy w czasach — ja tu nieustannie to powtarzam i powtórzę jeszcze raz, a co? Sra świna na to — tak zwanej katastrofy, którą nazywamy cywilizacją. Niektórzy mówią, że kontrolowanej katastrofy. Ja z tą kontrolą tej katastrofy tak bardzo dyskusyjnie bym podchodził.
Nie wiem, co i kto kontroluje. Jako że mieszkam sobie w Londynie, na południu Londynu, ostatnio były wybory. Nie poszedłem na wybory. Absolutnie, zapomnij człowieku, nie uczestniczę w tej farsie. Wybory były na mera tego miasta, zdaje się. Ja nawet tego nie śledzę. Ale rozmawiałem tutaj z sąsiadem, jednym i drugim, jednoo-człowieku. Pogadaliśmy sobie, dowiedziałem się troszkę, bo wypytałem się trochę o historię. W każdym razie mniejsza o to, o te całe polityczne zamieszanie. W każdym razie jeden z kandydatów, koleżka, który jest takim multimiliarderem, nie pomnę jego nazwiska, już mniejsza o duperele, i tak nie jest tego wart.
Gdzie to było? W Grecji czy gdzieś tak. W Aleksandrii. Koleś, który spalił Bibliotekę Aleksandryjską. Notabene wyznawca bardzo dziwnej ortodoksyjnej sekty zwanej chrześcijanami, żeby było zabawniej. Oczywiście ten dżentelmen został skazany na coś takiego, na takie potępienie, że jego imienia nie zapisano nigdzie, że jego imię było wymazane z kart historii. W ogóle nie ma takiego imienia. Wymazuję imię tego dżentelmena jako polityka. Kiedy dowiedział się z telewizora, śledząc, jak przebiega sukces kampanii wyborczej, kto wygra, a on myślał, że wygra. Okazało się, że przegrał z kretesem.
Jego sąsiad, który mieszka, jak to się mówi, flat-flat z tym koleżką, szybko doniósł do takiej gazety, takiego brukowca oczywiście, bo w Anglii jest masa brukowców z cyklu: tej pani spadły majtki, a tamtej się sukienka obsunęła. A tamten był pijany i się, że tak powiem, pobrudził. Różne takie historie. Wiadomo, Anglia, wszystkie takie brukowe historie. Żałosna historia z jednej strony, ale z drugiej strony te bruki sięgnęły polityki albo polityka sięgnęła bruku. Jedno i to samo w sumie. Ktoś tam podpatrzył. Koleś sprzedał historię. Okazało się, że facet dostał ataku szału. Rzucił złotą sztabką w telewizor, roztrzaskując telewizor.
W ogóle roztrzaskał skrzypce Stradivariusa. Dostał ataku szału i zdemolował po prostu swój apartament. Ekskluzywny apartament, który był specjalnie tak wyposażony, bo on tam przyjmował wszystkich dziennikarzy. To był jego taki wyborczy apartament. Wyprosił wszystkich i zrobił taką rockandrollową demolkę. Jimi Hendrix na scenie. Przepraszam bardzo. W każdym razie historia taka dosyć zabawna. Jak to się fajnie zakręca, że chłopaki sobie nie dają rady. Nie wiem, jak dziewczyny, bo na razie nie słyszałem żadnej historii o takiej dziewczynie, żeby zdemolowała sobie apartament.
Ale też w gruncie rzeczy nie śledzę newsów z polityki, tak że nawet nie wiem, czy coś się takiego mogło wydarzyć, czy się w ogóle dzieje. Czy są jakieś dziewczyny w świecie polityki? Co to jest w ogóle świat polityki? Myślę, że przyszłość jest właśnie związana z tym, że świat polityki odparuje. Absolutnie. Bo przecież widać, jaką dysfunkcję to reprezentuje sobą. Oczywiście, jak na ironię, te wszystkie katastroficzne historie mają tu, myślę, dosyć kluczowy charakter. Bo te trzęsienia ziemi mają pewien aspekt, który oczywiście można powiedzieć, jest głęboko dyskutowalny. Jest to historia naukowa, ale nie wszyscy się z tym zgadzają. Jest masa kontrowersji.
Świat nauki nie wie, jak do tego podejść. Ludzie światli łapią się za głowy i wyrywają sobie włosy. Mianowicie pewien rodzaj Ja też może nie przestanę kombinować. Nie pewien rodzaj. Jaki rodzaj? Co ja mówię, koleżanko i kolego. Chodzi o kompleksowy, metodologiczny, wyjaśnialny model unifikacji, któremu wszyscy podlegamy. Tadam! Naukowo zabrzmiało, czyli teoria wszystkiego, można powiedzieć. Tadam!
Jeszcze lepiej zabrzmiało. To już dotarło. Teoria wszystkiego wyjaśnia wszystko kompleksowo, fraktalnie. Nie, nie kwantowo. Zapomnij o kwantowych historiach. Jest na bazie między innymi atomistyki i wielu innych nauk, bo właściwie co tu dużo mówić, jako że jest to kompleksowa historia, to wszelkie rzeczy, które do tej pory się zgadzały, a były gdzieś tam z boku i czasami oddzielone od siebie o setki lat, być może o miliony, być może o tysiące. Ty sobie osądź sama dziewczyno i ty chłopaku. W każdym razie ta koncepcja, nawet nie koncepcja, to potwierdzalne coś spowodowało, że to wszystko się skleiło i się klei i to całkiem dobrze się klei. Ja nie wiem, czy ja dzisiaj jestem na siłach wyjaśniać ci tą całą kompleksową historię z tym całym bigosem, ale tak po kolei wyjaśniam sobie troszkę po kawałeczku tutaj mówię, powiedzmy pomiędzy wierszami, a najwięcej jeżeli czujesz, o czym mówię pomiędzy wierszami, to doskonale wiesz, co chodzi. A właściwie nawet nie mówię pomiędzy wierszami.
Mówię dosyć wprost i to nawet jest łatwiejsze do zrozumienia, o czym ja właściwie tutaj mówię. Ta kompleksowa teoria jest związana właśnie z siłą, plazmą. Ale się silę troszeczkę na to. Z plazmą, grawitacyjno-magnetyczną historią i w ogóle do tego się jeszcze klei kawał alchemii. Taki poważny kawał alchemii. Bo to jest ta alchemia, która w rzeczywistości stanowi podstawy nauki zwanej chemią. Ja nie mówię o takiej alchemii czary-mary, wiesz, jednorożec z tęczowymi skrzydłami, różowy, który kopytkiem stuka i krzesa iskierki. Nie mówię o tej alchemii. Nie, nic z tych rzeczy. Mówię o poważnych pracach naukowych, bo kilka rzeczy tu się wydarzyło takich, że to się w głowie nie mieści.
Ja ciągle nawiązuję do tej, można powiedzieć, praskiej szkoły alchemicznej, hermetycznej, bo była taka wiedza w Europie. Była taka wiedza i ślady tej wiedzy są. Kiedyś wspominałem, ale dzisiaj też muszę wspomnieć o tym, bo ciągle mi to chodzi po głowie. Nie jestem przygotowany merytorycznie. W sensie nie wymienię wszystkich nazwisk. Ja się przygotowuję z tym troszeczkę. W sumie nie przygotowuję, ale jak zwykle nie pamiętam wszystkich nazwisk i dat i mogę się pomylić. Nazwiska to może jeszcze pamiętam, ale daty, człowieku, to sięga 500 lat do tyłu, jak nie dawniej. W każdym razie są ślady o tym, że była pewna ciekawa wiedza, o czym tu nie raz, nie dwa mówiłem. Jeżeli słuchasz „Hiperprzestrzeni”, doskonale wiesz, o czym w ogóle mówię.
No i ta pradawna wiedza, tak zwana hermetyczna, o której legendy mówią, że pochodzi z Aleksandrii, ze starych miejsc. To w ogóle zawsze zależy, gdzie pojedziesz. Jest jeden wspólny mianownik. Jest to stara wiedza i pochodzi z najstarszego znanego danej cywilizacji miejsca. Jeżeli jest to w Chinach, to pochodzi z czasów, zanim Chiny były jeszcze w ogóle cesarskie, bo tam jeszcze jest predynastyczny czas. Jest takie miejsce w Korei Północnej i Południowej też prawdopodobnie, ale do Południowej nie ma wjazdu, a do Północnej jest. I tam jest kilka takich rzeczy, które po prostu powodują, że człowiek się za głowę łapie. Są dziwne urządzenia, które przypominają jako żywo reaktory. Oczywiście jak zwykle można powiedzieć, że mówię o reaktorach Keshe. To też, ale nie tylko o tym, bo ta teoria, ten koncept ma też swoje oparcie w fizyce i właściwie dotyczy każdego rodzaju reaktora, bo bynajmniej nie chodzi o reaktory tylko i wyłącznie jednego typu.
W tym przypadku, tak jak wspomniałem Keshe. Chodzi w ogóle o typ urządzenia, o metodologię, o to, co to jest. To jest na zasadzie laski. Laska jest po prostu laska do podpierania. No właśnie, dżentelmenie. I laska jest po prostu laska. Może być rzeźbiona, nierzeźbiona, może być drewniana, może być jakakolwiek inna, może być dla niewidomego, ale jest to laska. I tu jest dokładnie taka sama historia. Jest pewien odgórny koncept, można powiedzieć, który trzyma wszystko kupie i do wszystkiego pasuje, między innymi do tego. I częścią tego konceptu jest właśnie konstrukcja reaktora, każdego reaktora.
Jest wiele reaktorów. Można powiedzieć, że zwykła cewka, którą masz w starym radiu albo gdzieś w komputerze, gdzieś na elementach służących do jego zasilania, w telefonie komórkowym, w wielu miejscach. Po prostu kawałek drutu skręconego dookoła. Sprężynka, po prostu cewka. To jest już pierwszy reaktor poniekąd. No i to nie jest nic takiego kosmicznego i wiadomo, że tam zachodzi reakcja, bo właściwie o co chodzi w słowie reaktor? To jest nic innego jak słowo reakcja. Niektórzy, były takie koncepcje i byli tacy, można powiedzieć, naturalistyczno-filozoficzno-technokratyczni dżentelmeni, którzy nazywali człowieka reaktorem. Że człowiek to taki reaktor energii. Można powiedzieć, że w sumie na dobrą sprawę poniekąd może środek reaktora.
Ja bym to właśnie w ten sposób nazwał, że człowiek jest bardziej środkiem reaktora, w którym się manifestuje. Przynajmniej ja mam takie poczucie na temat swojego organizmu, tego, czym jestem. Właściwie jestem czymś, co się manifestuje spoza dookoła. No nie wiem jak ty. Być może dla ciebie jest to zbyt karkołomny wniosek. Dla mnie w sam raz. No ja myślę. W każdym razie jest to taki odgórny koncept. Słońce jest, można powiedzieć, reaktorem. Ziemia jest reaktorem, bo przecież też na planecie Ziemia coś rośnie, coś żyje.
Jak wbijasz łopatę, to dochodzisz do jakiejś skały. Tam już też coś żyje. Oczywiście jakieś bakterie, robaczki, coś tam jest, ale generalnie raczej troszkę mniej biega na czterech nogach i mije trawę niż na powierzchni ziemi. Są pewne elementy, które lepiej się adaptują do warunków życiowych, tudzież życie się do nich lepiej adaptuje oraz pewne sytuacje, w których życie, które my przynajmniej znamy, bo chodzi o naszą perspektywę. Nie będę tutaj przecież opowiadał z perspektywy żyjątka, które sobie żyje w oceanie na głębokości tysiąca metrów, bo nikt z nas takim żyjątkiem nie jest. Chyba że słuchają nas delfiny. Pozdrawiam delfiny. Z naszej perspektywy jest to bardzo znana od tysięcy lat rzecz. Bardzo ciekawe przedmioty ceramiczne, które są wykopywane w miejscach, gdzie są takie starożytne kultury. Ja zawsze się zastanawiam, jak to niesamowicie zostało zrobione.
Chodzę czasami do British Museum. To jest troszkę z jednej strony radość, z drugiej strony przekleństwo sytuacji, kiedy mieszkasz w mieście, które nazywa się Londyn albo mieszkasz w Paryżu, albo mieszkasz w Berlinie, albo mieszkasz w Brukseli, albo mieszkasz w Rzymie, w Barcelonie, gdziekolwiek, w każdym dużym mieście, na przykład w Europie, które ma status turystyczny taki, że fajnie jest cię odwiedzić, fajnie jest pozwiedzać. Przy czym jest to bardzo miła rzecz oczywiście. Z tej okazji, że przyjaciele czasami wpadają w odwiedziny, co jest bardzo miłe, to z tej okazji, że jest to duże miasto, łatwo jest tu dotrzeć, bo szlak komunikacyjny jest stosunkowo utarty, przetarty i nie ma z tym problemu, to z moimi przyjaciółmi czasami wybieram się na szlajkę po muzeach. Zresztą czasami robię też to samodzielnie. Takie mam zrywy, jak mam taką okazję, że wracam sobie gdzieś przez centrum miasta, jest trochę czas jest południe, nigdzie mi się już nie śpieszy, to oczywiście po drodze odwiedzę sobie jakieś fajne miejsce. Można sobie tam wpaść na kawkę. W niektórych miejscach są całkiem fajne kawki, bym powiedział. Bardzo smaczne. Ciastka i takie historie to bym raczej tam nie wierzył, bo to wszystko odpalane z takich kuchenek mikrofalowych.
Ale kawka jeszcze tam daje radę. Można się troszkę poturlać po tych korytarzach. Czasami jest dużo turystów i jest to troszeczkę uciążliwe, ale czasami na przykład wieczorem, kiedy jest troszeczkę pusto, jest całkiem miło, jest troszkę spokojniej. Można zobaczyć szczególnie w działach archeologicznych, cywilizacyjnych, kulturowych takie bardzo ciekawe ceramiczne historie. Mówię historie, bo ciężko nazwać to albo wazonem, albo kubkiem, albo jakimkolwiek urządzeniem, które nadawałoby się do czegoś. Są to z reguły pojemniki składające się z dwóch elementów. Można powiedzieć jakby garnek wpuszczony w garnek, takie podwójne. Jest taka kolekcja narzędzi alchemicznych. Kurczę, mam tu gdzieś książkę o narzędziach alchemicznych. Właśnie, ale dałem ciała, powinienem ją w ogóle wziąć, bo to jest w ogóle ciekawa historia.
Chyba zaraz gdzieś tutaj poszukam i wytrzasnę i zaraz tam rzucę okiem, jak to wygląda, bo w narzędziach alchemicznych są, proszę państwa, takie historie. I to nie jest wcale żaden dowcip. Tam każde, może nie tyle narzędzie, ile zbiorniczek, chociaż nawet nie wiem, jak to nazwać. No tak, narzędzie, dobra. Szklane karafki i tak dalej. Wszystko ma swoją specjalną nazwę. Jeden się nazywa bocian, bo na przykład przenosi coś czy destyluje jakoś tak. Wszystko ma swoje. Ja nie jestem takim ekspertem od alchemii, w każdym razie. Mam książki na ten temat, tak że teoretycznie zawsze mogę nauczyć się na pamięć i zostać tym ekspertem.
Ale mam książkę, to jak potrzebuję, to przeczytam. Tak że zaraz sobie sięgnę i przeczytam, tak żeby nie udawać, że wszystko wiem. Tam z tego, co pamiętam, są takie dziwne konotacje, że na przykład to się wiąże z tym, to się wiąże z tamtym. Radio na fali, hiperprzestrzeń, człowieku. Hiperprzestrzeń, jak gdyby nigdy nic. Ja tu sobie popijam herbatę i się zastanawiam troszeczkę. Mam książeczkę na temat alchemicznej kuchni. Mmm, dobra herbata. Jest to bardzo ciekawa publikacja. Właściwie co tu dużo mówić, jeżeli człowiekowi przyjdzie się przyjrzeć alchemii, to co widzisz, człowieku?
Co widzisz? Ja tak rozdziałami, tytułami, bo to jest w ogóle doskonała ilustracja historii. Nie będę całej książki przecież tłumaczył z angielskiego teraz na polski teraz online. „Na żywca”. The Secret Art, czyli tajemna szkoła produkcji złota. Istoty z innego wymiaru, czyli kontakt właściwie z samym początkiem, można powiedzieć. Ogień i metal. Pryncypia życia. Siarka i rtęć. Właśnie merkury to chodzi o planetę oczywiście, ale wiadomo, że ta planeta reprezentuje metal.
No właśnie, chemical wedding. Kurde, człowieku, tego jest naprawdę masa. Mogę tak przeglądać do rana w sumie, bo jest oczywiście o Hermesie Wspaniałym, o robieniu, o proporcjach, o tworzeniu, o elementach na przykład. W ogóle cała historia związana o stworzeniu jest niczym innym jak właściwie wizualnym zapisem, jak mniej więcej powinien wyglądać dobrze skonstruowany reaktor. Jeżeli się przyjrzysz nawet na reaktory jądrowe, to właściwie zobaczysz coś bardzo podobnego. To nie jest coś, co odbiega od standardów nauki. Wręcz odwrotnie. Właściwie taka rzeczywista alchemia, my nazywamy alchemią, dawniej to się nazywało troszkę inaczej, podejrzewam. Dawniej się nazywało w ogóle nauka o człowieku czy nauka człowieka, czy jakoś tak. Później część z tego zrobiono religię, bo to jest dosyć potężna wiedza.
Okazuje się, że właściwie dosyć prostymi środkami na przestrzeni wieków było zawsze kilku dżentelmenów, którzy posiadali bardzo ciekawą wiedzę, taką wręcz, że legendy mówią o tym, że produkowali złoto. Jak jest z tymi legendami? No właśnie, jak jest z tymi legendami o produkcji złota? Bo to też jest, myślę, warte poruszenia. Z tymi legendami jest tak, że Jest kilka zapisów historycznych. Nie powiem ci w tym momencie gdzie, co i jak. Sprawdź sobie. Jeżeli się mylę, to mi napisz, że się mylę, jeżeli masz taką potrzebę. Trafiłem na kilka zapisów o kilku alchemikach, którym się udało przeżyć tak zwaną próbę produkcji złota. Kiedyś o tym wspominałem.
To było dosyć mocne zadanie, bo jeżeli chciałeś uprawiać tą robotę i wbijałeś się na wysokie szczeble kariery, to były troszkę wysokie wymagania. Musiałeś umieć wyleczyć na przykład jakiegoś władcę, musiałeś naprawdę coś zrobić, żeby ten koleś w ogóle dał ci tą robotę. I to nie było wcale łatwe, bo w tamtych czasach kolesie wymyślali cuda. Różne rzeczy się działy, ale niektórzy z tych kolesi zrobili cuda. Jeden z takich cudów, który został wymyślony na zasadzie: jeżeli to zrobisz, to naprawdę znasz magię, znasz istotę tworzenia wszystkiego. Historia z kamieniem filozoficznym, słynna. Jest taki kamień, nazywa się filozoficzny. Jest to kamień przemiany. Tak jest nazywany między innymi. Nikt nie wie, jak wygląda.
Popularnie mówi się kamień filozoficzny. Polega to na tym, że jeżeli go masz, to możesz zamienić wszystko w cokolwiek chcesz. Zmieniasz naturę rzeczy, wszystkiego: przedmiotów, materii, ducha. To jest coś, co powoduje, że transformuje cały świat dookoła ciebie. Coś w tym stylu. Taka umiejętność. Właściwie nikt nie wie, czym jest kamień filozoficzny do tej pory. Jest oczywiście masa legend na ten temat, że to jest rzeczywisty kamyk, który trzeba gdzieś tam włożyć, że kamień filozoficzny to z kolei trzy kamyki. Inna mówi, że to Arka Przymierza i tak dalej. Kamień filozoficzny w alchemicznych legendach, czyli z tego, co można się domyślać, symbol przemiany.
Nie wiem, czy koniecznie kamień. Właśnie jest ciekawie, bo w dzisiejszych czasach, kiedy się rozglądam po technologii, to jest strasznie dużo analogii, które są bardzo dosłowne. To wcale nie jest taka przypadkowa zbieranina alegorii na jakiś dowolny temat. Spontaniczny, chemiczny temat, że ktoś wziął kawałek szkła, coś wrzucił, podgrzał, wyleciało w powietrze, zapisał. Mamy ojca reakcji termonuklearnej. Nie do końca w ten sposób, ale ciąg wydarzeń i przede wszystkim znajomość technologii, bo to jest dosyć mocna historia alchemii. Znajomość technologii. Bo jak na ironię i to wcale nie jest dowcip, nie to, że był takim mega ekspertem, chociaż w sumie nawet mam papier z tego, że się znam na takich historiach. Tak się złożyło. Anyway, z pieczątką z buraka prawdopodobnie i z ziemniaka.
Niektóre technologie obróbki metali polegają na tym samym co wszystkie pradawne rzemieślnicze szkoły. I często niektóre z tych bardzo zaawansowanych technologii, tak zwanych, używanych do dzisiaj, możesz odtworzyć. Nie musisz robić tego w laboratorium. To się robi w laboratorium, bo to się robi na skalę przemysłową aktualnie. Ja tu nie będę mówił co i jak. Zostawię tajemnicę poliszynela. A co? Jeszcze wyprodukujesz mi tutaj tonę złota, człowieku. Nie powiem ci. I wracając do tematu.
Są takie technologie, które jesteś w stanie zrobić dosłownie w lesie, jeżeli wiesz, na czym polega historia. Ale nie polega to tylko i wyłącznie na znajomości materiałów, tylko na rozumieniu tego, co robisz. To jest taki fenomen, że bardzo trudno jest zrobić to na zasadzie przepisu jako takiego, ponieważ właściwie jest to taki, można powiedzieć, latający przepis. Nie ma stałej reguły. Ona zależy od czynników, które występują dookoła i właściwie zawsze się dopasowuje indywidualnie do danych warunków i tworzy się w taki sposób, że część tego procesu właściwie jest niczym innym jak adaptacją do istniejących dookoła warunków, dzięki czemu można kontrolować ten proces i tworzyć czasami bardzo zaskakujące rzeczy. I dosć polega na tym, że tą technologię znało bardzo wielu ludzi i jest to część bardzo kompleksowej wiedzy. Jest to ta wiedza, która też jest wykorzystywana do budowy reaktorów jądrowych. Wcale nie żarty. I tu jest cała historia związana z ową koncepcją unifikacji. Bo jeżeli jest coś, co jest unifikacją, to w tym momencie tak zwana podróż do przeszłości, cokolwiek.
Coś, co nazywamy właściwie wiedzą o czasie i przestrzeni, bo chyba do tego się to sprowadza. Informacją o czasie i przestrzeni nagle staje się właśnie tym czymś, dzięki czemu poznajemy nasz aktualny pattern. A wiemy, że przyszłość jest patternem teraźniejszości tego naszego świata, tak że właściwie bez problemu możemy sięgnąć do przyszłości. Było kilku takich dżentelmenów oczywiście, bardzo znani. Myślę, że na pewno o tym słyszałaś ty też. Taki dżentelmen Nostradamus. Masa ludzi i ich przepowiednie. Edgar Cayce, który mówi, że Amerykę pochłonie woda, zaleje, wybuchnie. „Ring of Fire”. Anyway, ja troszkę tak szydzę, katastroficznie troszkę, ale próbuję rozpuścić tą katastrofę troszkę w tych szyderstwach.
W każdym razie jeden z takich dżentelmenów to między innymi Leonardo da Vinci, o czym niewielu wie, bo często się mówi, że Leonardo był geniuszem. Jasna sprawa, ale przyjrzyjmy się bacznie geniuszowi Leonarda da Vinci na przykład w jego malarstwie. Ciekawe obrazy malowane na przykład tylko trzema barwnikami. A paleta jest naprawdę bogata i ciekawa. Tylko trzy barwniki i specyficzne podkłady. Podkłady, które powodują, że właściwie zatrzymują Światło rentgena, fale rentgena, kiedy się prześwietla obrazki, kiedy się robi w odpowiednim spektrum zdjęcie takiego obrazu Leonarda da Vinciego. Nie wiem, czy wszystkich, ale kilka obrazków ma to w sobie, że robisz zdjęcie i jest czarne. Nie przechodzi na drugą stronę, nie widzisz nic. Fenomen. Specjalny podkład.
I te obrazki mają bardzo ciekawe kolory. Zrobione z bardzo minimalistycznej ilości pigmentów. Normalnie ludzie, którzy kopiują amatorsko, można powiedzieć, bo zawodowcy to wiedzą, o co chodzi, ale tacy normalni kopiści zawsze używają, tak samo jak drukarka komputerowa w sumie, chociaż drukarka ma trzy kolory. Nie, teraz więcej mają drukarki. Tacy kopiści używają pełnej palety kolorów, czyli iluś tam farbek. A taki oryginał Leonarda da Vinci używał praktycznie, można powiedzieć, w cudzysłowie trzech tubek i całą tą historię robił w sposób niesamowity. I wszystko się zgadza idealnie. I się okazuje, że właściwie pigmenty, z których wytwarzał swoje wszystkie farby, bo to był taki dżentelmen, który robił wszystko samodzielnie, wszystkie pigmenty, cały warsztat, wszystkie narzędzia. À propos dopasowywanie indywidualne, prawda? Pattern czasu i przestrzeni.
Ja tak nawiązuję i już niektórzy się domyślają. Chodzi mi o to, że taka jest przyszłość, właśnie bardzo indywidualna, bo o tym jest dzisiejsza rozmowa. I tak mówię na podstawie tego konceptu unifikacji. I właśnie zawartość tych pigmentów zdradza jego nieprzeciętną wiedzę. Wiadomo, że był katarem, czyli pochodził z tak zwanych heretyków, których wyrżnięto w Europie i niektórych ocalono. Niektórzy posiadali taką wiedzę, że wszyscy na kolanach klękali, nawet królowie. Tam nie było problemu z tym, żeby zostawić tego dżentelmena. On tam czasami musiał jakieś bronie powymyślać, królowi podesłać, że niby się martwi o jego królestwo. Z reguły było tak zaprojektowane, żadnego króla nie było stać na wybudowanie takiej maszyny. Także wszystko było okej, ale geniusz był.
Nie można było zaprzeczyć, że maszyna jest trafna, celna i doskonale zmontowana i król powinien z niej skorzystać. Także krzywdy zrobić człowiekowi nie można było. Zapłacić trzeba było za robotę, bo maszyna jak najbardziej działa. Wszystkie modele działały, a to, że nie było kasy na produkcję, to już nie jego sprawa. Szczęśliwie były to czasy, kiedy można było za pomocą bardzo cwanej sztuczki związanej z budżetem na produkcję takiego urządzenia uwalić produkcję takiego urządzenia, jeżeli ktokolwiek miał problemy z tym, że koniecznie chciał komuś spuścić łomot i potrzebował do tego maszyny, można było tą maszynę tak zaprojektować. Dzisiaj się bardziej projektuje maszyny tak, żeby użytkownik dostał łomot, czyli żeby maszyna wysiadła szybciej niż właściwie może tak tydzień po gwarancji. O, dokładnie, żeby nie było opcji, że zbyt długo używa urządzenia. Tak już się uczy ludzi nawet na studiach aktualnie, jak projektować procesory, żeby wytrzymywały określoną ilość czasu. Później dokładnie ten sam okres czasu widnieje w umowie gwarancyjnej. Jakoś tak się porobiło, ale chyba wszyscy o tym doskonale wiemy.
Wracając do Leonarda, te trzy barwniki to nic innego jak właściwie reaktory. Tadam! Zagadka odkryta. Są to bardzo dziwne, można powiedzieć tak w cudzysłowie dziwne, jeżeli się człowiek na tym nie zna. Bardzo ciekawe mieszanki barwników roślinnych, olei roślinnych, minerałów, ale naprawdę bardzo intrygujące. Są tam kawałki metali. I to takie właśnie robione podczas różnych stanów oksydacji, kiedy to właściwie jest taki metal, który ma swoje unikatowe właściwości. Różne takie dziwne historie. Widać, że człowiek znał się naprawdę nielicho na tym. Co właściwie oznacza ta wiedza?
W skrócie oznacza i to wiemy z zapisków historycznych, że byli tacy dżentelmeni, którzy potrafili stworzyć, że ogród ożył. Ogrodnicy tacy cwani, którzy też znali się na ziołach i potrafili leczyć. Gdzieś tam w Holandii kilku takich dżentelmenów. Oni z reguły podróżowali. To też nie było tak, że zawsze siedzieli w jednym miejscu. W Anglii kilku takich było. Gdzieś ta wiedza przemykała i widać ślady i kawałki tej wiedzy i u Leonarda da Vinci, i u wielu innych ludzi. To jest ta historia związana między innymi z teleskopem, że ludzie wiedzieli troszkę, jak sobie poradzić z tymi instrumentami i jak się okazało, teraz mamy normalne teleskopy. To też właściwie wzięło się z alchemicznej wiedzy i to mocno z alchemicznej wiedzy, bo chodziło o studiowanie wpływów właśnie tych oddziaływań, które są zaklęte w takie dziwne metafory. Chodzi o materiały, nic więcej, tylko materiały.
Bo wszystkie te alchemiczne oznaczenia typu planety i różne znaki zodiaku odnoszą się do konkretnych materiałów i proporcji tych materiałów, ponieważ te proporcje to są proporcje na przykład na niebie, które występują. To jest taka tajemnica troszkę alchemii i tym się odlicza skalę. Różne takie historie. Nie używa się do tego takich normalnych miarek. To jest troszkę inny kalendarz. Używa się kalendarza księżycowego. No właśnie, a co oznacza kalendarz księżycowy i też inne, że tak powiem, planety? Normalnie to nie jest kalendarz, według którego w dzisiejszych czasach ktokolwiek żyje albo zbyt wielu ludzi zna ten kalendarz. Kilku gnostyków myślę, że doskonale się orientuje. Taka bardzo wąska elita w tym kalendarzu, bo też nie jest to takie popularne.
Troszeczkę ludzi studiujących prace Rudolfa Steinera zna się na rzeczy, bo to taki dżentelmen, który 200 lat temu wziął się za bary, ale od takiej strony naukowej, taki troszkę można powiedzieć przed Teslą, tylko że naturalista, może taki bardziej Viktor Schauberger troszeczkę, tylko że bez wirów, ale też z osiągnięciami bardzo ciekawymi. W ogóle konstrukcje niesamowite tego człowieka też bardzo ciekawe urządzenia swoją drogą. Ale wracając do klubu, dlaczego wspominam o tym dżentelmenie? Bo on też posiadał bardzo ciekawą wiedzę i ludzie, którzy z nim współpracowali, niejako ponieśli spuściznę tej wiedzy. I tam się pojawiła pani Lili Kaliskó, która robiła niesamowite eksperymenty. Właśnie o niej czasami wspominam, ale właściwie nigdy nie powiedziałem, co ona właściwie robiła, poza tym, że była to pani Krysta ... lograf, minerolog. Zajmowała się minerałami i krystalografią. Ale z tego wybrnąłem. I ta lady robiła bardzo ciekawe badania, dokładnie w stylu Goethego, bo oparli się o prace Goethego na temat kolorów.
A Goethe miał troszeczkę wiedzy. Zdobył ją w Rzymie. To jest ciekawostka. Studiował tam przez 20 lat. Osiem lat, zdaje się, w Niemczech, ale musiał uciekać. Powody ucieczki są różne. W rzeczywistości w kronikach została zapisana historia, można powiedzieć, polityczno-romantyczna. Uciekł przed małżeństwem, zdaje się, też między innymi. Jakoś tak jednej nocy wyjechał do Rzymu, coś w tym stylu. Jakaś taka krzywa, dziwna historia.
Zrobiłem audycję o Goethe, także proszę cofnąć się do archiwum Radia Nafali. Ja tu nie będę w tym momencie opowiadał życiorysu Goethego. Tam gdzieś jest cała historia, bo naprawdę jest intrygująca. Intrygujący dżentelmen. W każdym razie w Rzymie dorwał troszeczkę informacji, które wcześniej zdobył gdzieś w Niemczech. Nic dziwnego, bo co tu dużo mówić, szefostwo jezuitów świeżo powstałego oddziału zbrojnego sekty watykańskiej właśnie miało zaplecze w zakonnikach z Niemiec, w pewnych pismach, które znajdowano w bibliotekach Skandynawii, w troszkę innej części Europy niż ta rzymska część Europy. Ci kolesie posiadali bardzo ciekawą wiedzę. Część pewnie spuścizny wylądowała w owej sekcie w Watykanie. W każdym razie trochę tam tego krążyło. Została taka legenda.
To jest legenda, która do dzisiaj mnie intryguje. O tajemniczej książce. Książce, na którą polował cały Watykan i właściwie wszyscy królowie i wszyscy, którzy się zajmowali tematem, czyli propagandą, wiedzą, władzą, kontrolą tego wszystkiego. Tak jak troszeczkę dzisiaj powiedziałby miłośnik teorii spiskowych: „Rothschildowie i Rockefellerowie świata”. Coś w tym stylu ówczesnego. I są zapiski poszukiwania tej księgi. To nie jest taki dowcip. Jest taki film na podstawie książki Umberto Eco. Książka jest naprawdę bardzo fajna. Nazywa się „Imię róży”.
O takiej księdze. Tylko że tam chodzi o coś innego. Tam chodziło o dzieła, zdaje się, nie wiem, czy nie Platona, czy jakiegoś greckiego filozofa, że niby nie można się śmiać i tak dalej, i tak dalej, że to zostało schowane, żeby nikt się nie śmiał, żeby każdy się umartwiał nad Jezusem i tak dalej, i tak dalej. I kiedy wyszły manuskrypty mówiące o tym, że śmiech to zdrowie i że to jest takie radosne, okazało się, że trzeba zniszczyć te manuskrypty, a okazało się, że są bardzo stare i że tam jest zapisany jeszcze kawałek wiedzy. I intryga wokół tego, że ktoś próbuje zniszczyć te stare manuskrypty i nie dopuścić do odszyfrowania, co tam jest zapisane, żeby nie zagroziło oficjalnie panującej wersji Biblii. Ale ci zrobiłem spoiler filmu i książki. Shit. Trudno, to już nie ma frajdy. Ale mniej więcej na tym polega ta historia. Wiesz, ja nie jestem od opowiadania filmów, tylko od historii.
To jest na podstawie tych greckich opowieści. Natomiast jest jeszcze jedna książka, na którą polowano i o tym mówię. Bardzo cicha historia. Niewielu ludzi o tym wie. Sam się dowiedziałem przez zupełny przypadek. Jest zapis historyczny o tym, że heretycy mieli swoją księgę. Można powiedzieć coś w rodzaju swojej w cudzysłowie Biblii. Zapisywali to jezuici w swoich kronikach, że jest coś takiego i że nie jest to zbyt popularna księga. W sensie nie jest to zbyt dostępna księga, że jest bardzo chroniona. Jest to taka księga, która jest takim zapisem wszelkiej, można powiedzieć w tym przypadku, co tu dużo mówić, unifikacji.
Jest to koncept unifikacji występujący tutaj dookoła, opisany cały od początku do końca. I że ten koncept unifikacji jest tak potężny, że jest to księga, która potrafi z każdego zrobić praktycznie alchemika. Alchemicy to wiedzieli. Niektórzy mówili, że to jest właśnie kamień filozoficzny, że to jest ta księga. Właściwie nikt do końca nie wie. Mamy tylko takie metaforyczne zapisy z kilku źródeł, z kilku takich dziwnych sekt, łącznie z masonami, uwaga, że jest taki dokument, że jest coś w rodzaju księgi, która posiada wszystkie te tajemnicze informacje. Oczywiście są to opowieści Tristosa, Hesmegiztosa. Zawsze muszę to poplątać. Hermesa dokładnie. Te tłumaczenia, które tam wyszły jakieś 200 lat temu i powoli się okazało, że znaleziono 100 lat temu pozostały kawałek, w latach 50.
kolejny kawałek i to przetłumaczono, bo gdzieś tam w kilku klasztorach ocalały. To jest w ogóle ciekawa księga. To też było coś, na co polowano nieprzeciętnie. Było kilka takich ksiąg. I jest w ogóle z tym dziwna historia związana z odkrywaniem grobów w Aleksandrii, bo tam już jest pustynia, ale już pustynia się zmieniła w miejsce dla dewelopera. I jak się okazało, że deweloper wbił łopaty, to jak to zwykle w Egipcie zawsze coś tam jest pod ziemią. Zaczęto kopać. Okazał się stary cmentarz. Trumny z jakiegoś około tysięcznego roku poprzedniej ery. I w trumnie razem z dżentelmenem manuskrypty.
I się okazuje gnostyckie manuskrypty. Świadczy to tylko tyle, że było to tak ryzykowne, że jak koleś zmarł i znaleziono przy nim manuskrypty, to w cichości chowano kolesia z manuskryptami. I faktycznie są takie zapisy historyczne mówiące o zasadach prawnych, które były wtedy w Aleksandrii, które wprowadził król i sekta, która tam się znajdowała, która miała swojego biskupa. No, dokładnie kojarzę tą sektę. Zanim jeszcze wylądowali w Watykanie. No i się okazuje, że Oni jeszcze nie wiedzieli, jacy oni są. Była taka sekta, która gnoiła gnostyków konkretnie i to w taki radosny sposób, że właściwie cała starożytna wiedza była niszczona. Oni wyznawali kult jakiegoś jednego boga. Właśnie na początku było coś w rodzaju takiej religii, która do tej pory istnieje. Zaratustra, zaratustrianizm.
Dokładnie coś na tej podstawie. I oni byli tacy fiknięci na tym punkcie, ale za to byli bardzo agresywni. Chodziło o władzę, wojsko. Takie czasy. Czasami tak bywa. Zresztą gdzie my żyjemy? O czym ja w ogóle mówię, prawda? O czym w ogóle rozmawiamy? Jakby nie było Strefy Gazy czy co? No właśnie.
Zawsze jest jakiś cwaniak i kilku cwaniaków razem z nim się sklei i robią jakieś takie dziwne, krzywe historie. W każdym razie zrobiono taką krzywą historię, że jeżeli złapano cię z takim papierem, to generalnie palono cię z tym papierkiem albo krzyżowano cię z tym papierkiem, bo krzyżowanie nie było takie wcale egzotyczne i tylko w jednym miejscu dookoła basenu Morza Śródziemnego. Krzyżowanie było dosyć popularne w tamtych czasach. Takie dosyć zjawiskowe, widowiskowe się wydawało niektórym. Są zapiski historyczne. Są ślady, dokumenty. Nie mówi się o tym z angielskiego „often”, czyli nagminnie, namiętnie i popularnie, ponieważ to jest takie troszeczkę, że każdy chciałby o tym zapomnieć, bo takie troszkę zamieszanie. Nie wiadomo kto do końca był królem. Rzymianie robili swoje i każdy robił swoje. Te kroniki nie do końca.
Rzymskie kroniki to w ogóle takie bajkopisarstwo, że właściwie nie wiadomo, o co chodzi. Przepisywane przez czterech kolesi. Każdy pisał swoją własną wersję, a później jeszcze dwóch innych przepisało od tyłu i podpisało się w troszkę inny sposób. I właściwie nikt nie wie, kto co. Każdy robił swoje własne błędy. Tak że to jest tak przemielone czasami, że głowa boli i głowa mała. I się okazuje, że są jednak takie kroniki, od których troszkę mniej głowa boli, gdzie tam troszkę zapisano tych rzeczy. I była taka księga, była taka wiedza. Nie wiadomo, bo ja mówię o księdze w tym momencie, ale są ślady takiej kompleksowej wiedzy, że to nie jedna osoba ani jedna książka, tylko w ogóle było troszkę manuskryptów na ten temat. I ta gnostycka historia jest związana ze starożytną wiedzą.
Nie to, żebym był gnostykiem jakoś specjalnie albo coś w tym stylu. Nic z tych rzeczy. Ani tutaj namawiał cię na stanie gnostyczką, dziewczyno, ani ciebie, chłopaku. Nie, zapomnij. Po prostu jest taka historia, że wygląda na to, że gnostycy w jakiś tam sposób zapisują sobie to w metaforyczną jakąś tam postać, później przechodząc, ewoluując w cudzysłowie. To są katarzy, bo to jest dokładnie to samo. To jest ta wiedza, która uciekła od Watykanu, uciekła gdzieś tam z Jerozolimy, gdzieś tam z Egiptu, z Aleksandrii i sobie przeszli na drugą stronę przez Gibraltar. Cholera wie. Przepłynęli łódkami do wybrzeży Francji. Tam są w ogóle bardzo ciekawe wykopaliska archeologiczne, o których można się dowiedzieć we Francji.
A wykopaliska są bardzo egipskie. Zresztą legenda o powstaniu Paryża. O, właśnie. To jest ciekawa historia. O tym kiedyś muszę jeszcze raz opowiedzieć, bo to jest naprawdę mocna sprawa z tym Paryżem. Ale to jest kult solarny. To ja się przygotuję i pewnego dnia opowiem. Nie obiecuję, ale będę miał w pamięci. Tymczasem są znajdowane takie rzeczy. Bo ja tak troszkę do sedna sprawy z tą wiedzą, że ta wiedza kursowała i zawsze gdzieś była i było kilka książąt w Europie, którzy kolekcjonowali potężne biblioteki, zatrudniali alchemików tylko po to, żeby zdobyć tą wiedzę.
Niektórzy z nich oszaleli i to nie jest wcale dowcip. No i zostało kilka takich rzeczy. One później wypłynęły. Wiadomo, że było coś takiego. Zapomniałem wspomnieć. Dziękuję za podpowiedź na czacie. Szmaragdowa Tablica oczywiście też między innymi, ale to takie pojedyncze dokumenty. Wiadomo, akurat Szmaragdowa Tablica funkcjonowała i była obecna. Były dokładnie trzy egzemplarze. Dwa egzemplarze w pewnym momencie miał Watykan, zdaje się, nawet przez moment.
Jakoś tak. Później się pojawił jeszcze jeden egzemplarz, ale to taka znana historia, którą ludzie znali. Znaczy ludzie znali. Było może w Europie dosłownie pięciu ludzi, którzy wiedzieli o istnieniu w ogóle tej publikacji i to tylko dopuszczeni przez jezuitów, w ogóle wtajemniczeni. Zresztą jezuici powstali, zostali założeni przez faceta, który generalnie przytargał tą książkę do Watykanu w sumie. Na tym polega ten numer. Ale to już był zapis, to już było tłumaczenie, może w ten sposób. To był ślad tej oryginalnej książki. To nie jest ta oryginalna książka, jak się okazuje. I ciągle były poszukiwania prowadzone tej tajemniczej książki.
Ślad trafia gdzieś tam do Anglii. Właściwie nie tyle do Anglii, bo ciężko powiedzieć gdzie. Oczywiście każdy kraj się lubi przyznać do tego. Niemcy, że to u nich. Czesi, że to u nich w Pradze. Anglicy, że to u nich w Londynie. Francuzi, że to u nich. Każdy lubi się przyznać do tego, że to tam, że to u mnie, tutaj. Tu ten dżentelmen nocował i tu mogę przenocować pana. Oczywiście za podwójną cenę, ale musi pan jeszcze dopłacić trzy razy tyle, ponieważ ten dżentelmen jest bardzo znany.
Coś w tym stylu. Ale w każdym razie byli kolesie, którzy podróżowali po całej Europie. Między innymi jeden z nich to John Deere. Kiedyś o nim wspominałem. Taki dżentelmen, który był nadwornym alchemikiem i królewskiej mości Wielkiej Brytanii. God, no go away the Queen. I właśnie ten dżentelmen miał coś takiego jak takie tajemnicze lusterko. Ja ostatnio rozmawiałem ze znajomym. Sobie przypomnieliśmy właśnie o tym lusterku w ogóle. Rozmowa zeszła na temat alchemiczny.
I on mówił, że w tym lusterku widzi przyszłość i w ogóle co się dzieje w przyszłości. Widzi niesamowite rzeczy. Lusterko jest ciekawe, oksydowany na czarno metal. Ta-da-da-dam. Ta-da-di-dam. Tropy prowadzą do reaktora. Dlatego tak sobie nucę reakcyjną muzykę. Jako że tropy prowadzą do reaktora, wiadomo, że Deere wysławił się i zesławił tym, że przeżył próbę produkcji złota. Zamknięto go w celi i przeżył. Ponoć zrobił.
Ale też była historia z tym, że raz mu się nie udało i za karę został pozbawiony ucha. Dlatego nosił czapkę z jednej strony, coś w tym stylu. Ale pierwsza próba mu się udała. Później nie był w stanie tego powtórzyć, więc już nie próbował. Ale tak czy siak jego sława była potężna. Samo to, że się odważył tej próby i za to, że nawet ona nie wyszła. Czy jakoś tak. Legend około jest dużo. Ciężko te wszystkie legendy sprawdzić, bo był to dżentelmen, który funkcjonował pomiędzy Londynem, gdzie powstała część tych legend, funkcjonował pomiędzy Monachium i tak zwanymi wzburzonymi księstwami w Niemczech, które wystąpiły przeciwko Watykanowi i dostały cios w plecy od sąsiada z Polski, bo akurat oni byli heretykami, nie chcieli do Watykanu się zapisać. Więc Watykan wysłał armię z jednej, drugiej, trzeciej i na koniec końców z czwartej strony.
Taka historia. Książęta niemieccy, heretycy polegli i biblioteka trafiła do króla Szwecji. Ta biblioteka później, dzięki córce króla Szwecji, pewnej bardzo intrygującej osobie, trafiła razem z nią do Watykanu. Ale to jedna część historii. Wiadomo, że była jeszcze druga sprawa. Była wiedza alchemiczna, która przetrwała u rzemieślników, bo historia z książkami to jest historia pod tytułem: kogo było stać na to, żeby trzymać w tajemnicy taką książkę. Bo to nie chodzi o to, że książkę, tylko że taką książkę, za tą książkę, w ogóle za jakikolwiek manuskrypt generalnie szło się na stos od razu. I tu naprawdę trzeba było mieć mocną pozycję w ogóle na świecie, żeby Watykan nie wysłał ci armii do domu i cię spalił łącznie z twoją biblioteką, bo to były bardzo niebezpieczne dzieła, które mogły grozić dotknięciu Kościoła katolickiego, który tworzył jedną z największych armii w Europie, która właściwie polegała tylko i wyłącznie na tym, że tym kolesiom obiecywano zbawienie. I mógł być problem, że gdyby się armia zbuntowała i się okazało, że jest coś zupełnie innego i przyszedł nowy cudotwórca, pomachał czymś tam, zrobił sobie takie lusterko jak John Deere, pokazał wszystkim, że w tym lusterku widać przyszłość, to papież straciłby posłuch, bo ludzie by się przestraszyli, że taki człowiek ściągnie na nich zarazę szybciej niż papież. Ludzie byli być może troszkę logiczniejsi wtedy.
I don't know. Takie czasy. Nie nam sądzić, nam tylko spojrzeć na to z boku. W każdym razie był taki koleś i był jeszcze ktoś o nazwisku i imieniu Nostradamus, który też wykonał taką próbę i też mu wyszło złoto. I tam było jeszcze zdaje się paru takich dżentelmenów, którzy zrobili. Przy czym ciekawa historia. Większość z nich zniknęła. Kiedy zrobili złoto, wiadomo, że się podjęli i jest o tym gdzieś tam w paru kronikach w Europie, że było kilku, którzy się podjęli, przeżyli próbę. W nagrodę dostali posadę alchemika, ale właściwie nigdy nie pracowali na dworach. Właściwie wynosili się z dworów, znikali z życia publicznego i tam jak coś się działo, to król zawsze miał medykamenty, leki i tak dalej.
Ale w ogóle zostawiono ich w spokoju. To było coś w rodzaju zapłaty, że dawano im wszystko, cokolwiek chcieli i oni sobie tam znikali. Niektórzy z nich robili się sławni, przepowiadali przyszłość, niektórzy dworowali, niektórzy natomiast właśnie znikali. Jako że tych ludzi było prawdopodobnie na palcach jednej ręki policzyć w całej Europie na przestrzeni tych 500 lat, zdaje się, czy może troszkę więcej, to kilka śladów po nich zostało, bo to takie zjawiskowe było dosyć, że dżentelmen wchodził do komnaty i musiał wyjść ze złotem, a sprawdzano wszystko bardzo gruntownie. Wtedy nie było takich zwyczajów, że ktoś się krępował sprawdzić wszystko w takim człowieku. Wszystko sprawdzano. Koleś wnosił tylko produkty potrzebne do zrobienia złota, które deklarował. I wychodził po jakimś czasie z celi zamkniętej, pilnowanej i musiał wynieść złoto. I cała alchemiczna kuchnia właściwie jakżeby o czym innym. Jest dokładnie o produkcji złota.
Jest kilka przepisów, które ocalały do dzisiejszych czasów. To są takie bardzo, można powiedzieć, metaforyczne przepisy o tym, jak wyprodukować na przykład kamień filozoficzny, który spowoduje, że będziesz mogła i ty też, człowieku, robić sobie metamorfozę na przykład jakiegoś metalu w złoto. Takie prawdziwe złoto. Zostaniesz bogata, kupisz sobie dużego fiata czy jakoś tak. Albo jeszcze lepiej, albo jeszcze wyżej. Sky is the limit. Są takie zapiski oczywiście. Jest wspomnienie o kilku alchemikach, zdaje się dwóch, gdzieś tam. Taka legenda oczywiście, ale to jest naprawdę legenda. Powaga.
Te legendy pochodzą gdzieś z granic Szwajcarii, granic Austrii, w Alpach, że było dwóch kolesi, jeden po drugim. Jeden był uczniem drugiego, którzy posiadali taką wielką pracownię alchemiczną gdzieś tam w górach. Słuchaj, traktuj to jako bajkę, bo to nie jest w ogóle sprawdzona historia w żaden sposób. To teraz taka bajka dla wszystkich miłośników alchemii. Ja taką bajkę słyszałem. Brzmi ciekawie, cokolwiek by nie mówić. I koleżka miał wiedzę, bo to jest tak, że alchemik zawsze kształci swojego następcę. Jest troszkę taka hierarchiczna ponoć historia. Nie wiem, jak jest u gnostyków, bo tam jest też podobna tradycja, że tam jest taka wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie i generalnie zawsze ktoś powinien znaleźć kogoś, komu przekaże całą taką kompleksową wiedzę o unifikacji wszystkiego. Ale mniejsza o to.
Ci dżentelmeni mieli i produkowali złoto dla jakiegoś króla na zamówienie, za jakieś koszmarne pieniądze, za swój status taki, że byli nie do ruszenia, ale nikt o nich nie wiedział. Byli w tajemnicy i wykonywali różne sztuczki magiczne i pracowali właśnie na takie potrzeby. Jest taka opowieść. Czy jest prawdą? Nie mam bladego pojęcia. Ciężko to sprawdzić, ale każda legenda ponoć ma w sobie ziarenko prawdy, czyli coś w tym musi być. Bo przecież jak to tak? Patrząc na przykład dzieła owego Leonarda da Vinci, można zauważyć, że jest tam kilka trików, których u Michała Anioła nie ma. Michał Anioł ponoć miał taką wiedzę, ale się okazuje, że nie za bardzo. Był rzemieślnikiem bardziej.
Lubił sobie konkretnie namalować. Oczywiście ładne malowanie i tak dalej. Jeżeli ktoś lubi takie sprawy. Ja nie jestem specjalnie miłośnikiem barokowych historii, ale mniejsza o to. Leonardo w swoich pracach hodował potężną wiedzę alchemiczną. I teraz, kiedy się już porobiło analizy jego obrazów, bo oczywiście są to przedmioty potężnego zainteresowania praktycznie wszystkich placówek badawczych, które z lubością lubią badać swoje najnowsze urządzenia do detekcji wszystkiego na takich spektakularnych akcjach, jak na przykład współpraca z muzeum jakichś korporacji przy sprawdzaniu nowego spektrografu i tak dalej. Bardzo dobrze, to akurat mi się podoba. Jeżeli jest jakaś dobra rola tego całego shitu, to dokładnie to jest to. I bardzo dobrze. W każdym razie okazuje się, że skład chemiczny jest tak nietypowy, że co tu dużo mówić, można powiedzieć, że robiony dookoła, ale po tylu latach okazało się, że wszystko działa idealnie.
I tu wrócę do tej panny o imieniu i nazwisku Livi Kaliski, która była współpracownicą Rudolfa Steinera i Rudolfa Hauske. Też taki koleś, który współpracował z Rudolfem Steinerem. On wymyślił coś takiego, co się nazywa biokultura, permakultura i tak dalej. To były podstawy tego wszystkiego, takie naukowe. Nie wiem, czy z tego się korzysta w Polsce, ale generalnie to taki pierwszy koleś prawie 200 lat temu stworzył podwaliny pod biodynamikę. Dokładnie tak to się oficjalnie nazywa biodynamiczna uprawa roślin. Ta pani zajęła się eksperymentami z kryształami i erozją, można powiedzieć w cudzysłowie, tych kryształów, kiedy zmieniają formę, więc rozpuszczała różne substancje, które mają takie krystaliczne struktury, specjalne mieszanki kwasów, w których rozpuszczała różne minerały, siarki i tak dalej, i metale. Robiła takie specjalne w cudzysłowie, jeżeli ktoś jest miłośnikiem technologii Keshe, to skojarzy to z czymś takim, co tam się nazywa solutions. Dokładnie. Robiła takie substancje i poddawała obserwacji, ustawiając w specjalnych takich tulejach.
Wszystko było skierowane na konkretne gwiazdy i rejestrowała coś na zasadzie rejestrowania obrazu na kliszy, na błonie fotograficznej. Jest taki sport dla miłośników fotografii, który się nazywa pinhole camera, czyli kamera z igły z otworem wielkości takiej szpilki. Coś takiego. Szpilkowa kamera, nie wiem, jak to przetłumaczyć na polski. Pinhole camera. Tam się wkłada kliszę. To się strasznie długo naświetla. To jest w pudełku, zakleja się taśmą klejącą na czarno. Taka prosta konstrukcja i się to gdzieś zostawia przyklejone do ściany na pół roku. I na kliszy filmowej się rejestruje na przykład cały ruch Słońca po niebie.
Takie dosyć zabawne, fajne eksperymenty z fotografii. Bo tej kamery nie można zamknąć i nie można zamknąć przysłony. A przysłona jest tak malutka, że wpuszcza strasznie malutko światła. Tam się robi taką kropeczkę szpileczką i to jest cały czas rejestrowany obraz. Zapisuje się cały na przykład rok ruchu Słońca na niebie. Bardzo ciekawe zdjęcia. Dokładnie w ten sam sposób ta pani wykonywała swoje eksperymenty, że zapisywała ruchy konkretnych planet, bo to było ustawiane dokładnie na konkretne planety. Sprawdzała interakcje związane z, to się nazywa latencja planet, czyli odległości, w których się znajdują pomiędzy sobą w odległości od Słońca. Chodzi o wszystkie tak zwane ruchy orbitalne, ponieważ te wszystkie ruchy orbitalne są dosyć konkretne. To nie jest przypadkowa historia.
Jest tam ustalony porządek. Jeżeli sobie połączysz wszystkie te miejsca, gdzie planety przechodzą przez siebie, powstaje ci coś na kształt takiego dużego, potężnego heksagonalnego kryształu. Prawie jak trójwymiarowe zdjęcie kryształu wody. Dokładnie można tak to określić. Wygląda tak samo w sumie. I to jest bardzo ciekawa historia, że robiąc te zdjęcia zauważyła, że właściwie materiały są w nieustanej interakcji z tymi polami. To było mocne potwierdzenie naukowe, bo to były naukowe eksperymenty w laboratorium. Taka poważna pani z fiolkami, wszystko badane na nowoczesnym sprzęcie laboratoryjnym. Lata 50. poprzedniego stulecia, już po śmierci Rudolfa Steinera, już po śmierci, zdaje się Rudolfa Hauske.
Ona dalej robiła te doświadczenia i zrobiła te wszystkie eksperymenty. Wszystko jest naukowo opisane. I się okazuje, że te materiały mają swoje struktury. I teraz wracając do Leonarda da Vinci, się okazuje, że ten sam numer i Leonardo był cwany, bo malował obrazki, które właściwie, co tu dużo mówić, mają swoją radiację. To jest troszeczkę tak, że używając tych substancji tworzymy reaktory. Jego obrazki fajnie się zachowują, fajnie odbijają światło. Dla nas jako widza, jeżeli staniesz razem ze mną przy tym obrazku, to jest nic specjalnego. Fajna historia. W sensie na kopii za bardzo nawet nie widać. Jeżeli jest jakaś fotokopia, to tego cudu za bardzo nie widać.
Fajne kolory, zjawiskowe to jest, ale jakby to powiedzieć? Coś tu mi się... Okej. Przepraszam bardzo, jak zwykle sobie gałki przekręcam. Ach! Troszeczkę mi zaczyszczało w słuchaweczkach. Musiałem sobie dokręcić gałkę. Ta zjawiskowość rzuca się w oczy, kiedy widzisz oryginał. Trochę inaczej to wygląda niż wszystkie inne obrazki. Jest kilku malarzy w historii, którzy znali te sztuczki i stosowali je nagminnie.
Między innymi Turner. Też ciekawostka, też sobie sam robił pigmenty. Kilka takich alchemicznych historii. To jest gdzieś tam wspomnienie nie raz, nie dwa, że malarstwo ma bardzo wiele wspólnego z alchemią. Teraz z reguły jest taka podpucha, bo jak facet używa takich farb z tubki i mówi, że malarstwo to jest taka współczesna alchemia sztuki, to trochę śmierdzi myszką, można powiedzieć. Absolutnie brakiem zrozumienia istoty sprawy. Wracaj synu do klasy, wracaj na lekcje. Nie, żartuję sobie. Siadaj wał. Przepraszam bardzo, ja tu jeszcze poprawiam sobie gałki, bo coś mi się troszeczkę w jednym kanale obniżył dźwięk, ale to u mnie w słuchawkach, u ciebie powinno być wszystko okej.
Już chyba wszystko poprawiłem. Wszystko działa. Ekstra. Sorry za te techniczne fręty. Wracając do Leonarda i jego obrazka, bo to jest istota sprawy. Leonardo stworzył coś w rodzaju reaktorów, które dosyć dobrze oddziałują ze sobą. To wiedzą doskonale zielarze, którzy komponują różne kompozycje z tych ziół, które leczą. Czyż to nie jest dokładnie to samo? To jest dokładnie to samo, na czym bazuje medycyna. Do dzisiaj właściwie zredukowana troszkę do oficjalna nauka, tak mówi pseudoscience, czyli do homeopatii, która jest bardzo cenną rzeczą.
Ja kiedyś byłem bardzo specyficznie nastawiony do homeopatii, ale ja kiedyś też nie wierzyłem w takie rzeczy, mówiąc szczerze, kiedy byłem młody. Także swoją drogą. Anyway, historia jest taka, że zjawisko występuje. Jest taka zabawna historia, że nawet badania statystyczne prowadzone na przykład przez takie stowarzyszenie o nazwie NHS, które znajduje się w Anglii, czyli National Health Service, czyli Serwis Zdrowia Narodu, można powiedzieć po polsku. Ministerstwo Zdrowia Wielkiej Brytanii, które sprawuje opiekę nad służbą zdrowia, ma swoje statystyki i w statystykach wychodzi, że właściwie 56% ludzi ze wszystkich chorych... Wszystkich chorych podzielono na dwie grupy. Tę grupę, która leczy się oficjalnie i tę grupę, która używa tak zwanych terapii wspomagających leczenie. Tak to oficjalnie, żeby nie było kryj, się nazywa. Chodzi o tak zwane egzotyczne technologie, jak to nazywają lekarze, czyli homeopatię. Wszystkie te rzeczy, na które oficjalna medycyna reaguje alergią, wysypką oraz czasami zawałem serca, a na pewno sporą i mocną dawką negacji, cokolwiek by to nie było.
Okazuje się, że 56% pacjentów leczonych tymi egzotycznymi metodami jednak szybciej wraca do zdrowia niż oficjalnymi. Dlatego też oficjalnie stwierdzono, że okej, jeżeli jest coś takiego, to po prostu to działa, to nie będziemy z tym walczyć, skoro to robi ludzi zdrowszymi. Także to jest oficjalny powód, dla którego rząd angielski tam nie idzie w ogień, tylko tam oficjalnie stwierdzili, że nawet bardzo chętnie, żeby była współpraca pomiędzy lekarzami a takimi terapeutami i tak dalej. Bo się okazuje, że większy procent ludzi od nich wychodzi zdrowych niż od lekarzy. Czyli kawałek tej wiedzy gdzieś tam został, oczywiście może bez świadomości tego wszystkiego, ale to też nie jest nic znikąd, nie jest nic wymyślone od wczoraj, bo przecież zawsze jakaś tam baba, która leczyła ziołami i się znała na czymś, gdzieś tam była, prawda? Gdzieś tam robiła jakieś rzeczy. Nie wszystkie spłonęły na stosach. Otóż to. Nostradamus był takim ciekawym kolesiem. Naprawdę mocno się zawija o rośliny i o coś, co możemy nazwać stan umysłu.
I tu wyprawy do przeszłości, bo Nostradamus był takim koleżką. We wspomnieniach po nim, wspomnieniach może ambitnie powiedziane. Też legendy w sumie nie wiadomo w jakim stopniu, jak dużo, jak mało, kto wie, jak to było. Zostały takie zapiski, że... Co ja chciałem powiedzieć w jakiś inteligentny sposób o nim? Że robił sobie sesje. Właśnie, robił sobie sesje. Jest taka ciekawa historia. Właśnie mi się to kojarzy z takim polskim artystą. Gombrowicz się nazywał.
Nie, Witkacy, przepraszam. Z Witkacym, bo Gombrowicz to coś innego. Z Witkacym, który robił sobie takie seanse z pejotlem, substancjami psychoaktywnymi i bywał w różnych miejscach. Nie wiem, czy to spisywał. Ponoć tak, ponoć nie. Malował z tego rysunki i generalnie portrety malował i robił sobie takie podróże, ale nie wiem, jak bywał daleko i gdzie bywał. Mniejsza o to. To co chcę wspomnieć, to ten Nostradamus, który jak się okazuje robił sobie prawdopodobnie sesyjki z różnymi substancjami medycznymi, które mają bardzo mocne działanie i się wybierał na różne podróże. Na pewno John Deere, bo w fajce po Johnnie Deerze, oczywiście rzeczy po nim zostały. Wiadomo, królestwo, tu nie było inwazji wroga, wszystko pakowano do skrzynki, leżało i czekało.
Teraz jest w muzeum. W końcu jak już leży w muzeum, to kiedyś ktoś sprawdził, co tam się znajduje w tej fajce. Okazało się, że i w fajce niby Shakespeare'a i w fajce praktycznie wszystkich tych kolesi znajduje się nic innego jak cannabis oraz jakieś inne zioła. Są takie mocne ślady, że to w ogóle historia niesamowita, że gdzieś ktoś podróżował do innych wymiarów za pomocą substancji psychoaktywnych, opuszczając ten wymiar, że ci ludzie posiadali bardzo ciekawą wiedzę. Niewielu ich było. Bardzo hermetyczna historia. Zresztą do tej pory to się nazywa właściwie nauki hermetyczne, prawda? Nazywa się od Hermesa, ale Hermes stał się synonimem. Słowo hermetyczne stało się synonimem czegoś zamkniętego, czegoś izolowanego, czegoś limitowanego, że nie każdy może mieć tą wiedzę. Zresztą gdzieś tam ktoś tam buchnął kawałek tej wiedzy i porobił sobie jakieś stowarzyszenia tajne.
Na początku podejrzewam, bo to zawsze tak się zaczyna. Tak powstały wszystkie takie lokalne sekty typu Watykan i na przykład tacy, no nie wiem Masoni i wiele innych rzeczy. Jezuici. Przecież to wszystko to jest dokładnie gdzieś tam ktoś kawałek historii wziął. A że jeżeli ktoś wie jak stosować i ma gdzieś kawałek tej układanki i potrafi to zastosować jako działającą technologię, tak jak tych kilku dżentelmenów, którzy produkowali złoto oraz dla przykładu Leonardo da Vinci, kiedy malował swoje obrazki, bo on to bez problemu stosował te metody i te obrazki do dzisiaj doskonale wyglądają i właśnie mają taką trójwymiarowość w sobie, która jest niesamowita. Chodzi o odbijanie światła i że ten obraz żyje właściwie swoim takim ciekawym życiem. I to jest związane między innymi z eksperymentami właśnie Lili Kaliszo, że zaobserwowała właśnie cykle i to oddziaływania tych wszystkich rzeczy i to takie mocne oddziaływania, że właściwie gdyby stosować to jako taki interfe-- gdyby wiedzieć, jak wejść w tą moc, może w ten sposób, to można stosować ją jako interfejs, który steruje wszystkim i produkcja czegokolwiek, robienie czegokolwiek. Lewitacja, która jest z kolei takim mitem panującym na Dalekim Wschodzie, nie jest wtedy żadnym problemem. U nas to są opowieści alchemiczne, tam są opowieści o lewitacji i o substancji przedłużającej życie aż w nieśmiertelność, prawda? Podobna historia.
W Ameryce Południowej i Północnej są to z kolei mity, które są związane z nieustannym połączeniem z kosmosem, z bogami. Tadam! Okej, historie może brzmią troszeczkę odmiennie, ale jeżeli tak spojrzymy na sedno tych historii, to właściwie ta sama sprawa. No jest coś takiego, co tu dużo mówić. No znowu ocieramy się o tą historię z unifikacją i tu tyle rzeczy wyskakuje. Bo tak, cała tak zwana złota geometria. Dlaczego się właśnie nazywa złota? Te złoto to też jest takie warunkowe, bo to też jest taka ciekawa symbolika związana ze słońcem, a słońce jest związane z cyklami. I to jest właśnie na przykład historia kultu solarnego i tego, jak właściwie-- bo my mówimy kult solarny, ale to dawniej w Egipcie jeszcze nazywało się religią człowieka, znaczy religią. No właśnie nie było słowa religia w Egipcie.
To jest w ogóle ciekawa historia, że nikomu do tej pory nie udało się znaleźć odnośnika w egipskich pismach, przynajmniej tych, które się udało odkodować, przynajmniej tych z Aleksandrii, bo tam troszeczkę już mniej więcej ten alfabet był taki, że ktoś go już umie odczytać w dzisiejszych czasach paru ludzi na świecie i trochę tłumaczeń jest. I jest odczytany mniej więcej taki alfabet z tego ostatniego, właściwie z czasów ostatniego królestwa w Egipcie. I też mniej więcej można sobie jako kronikę poczytać. No ale ten staro, staroegipski, te pierwsze hieroglify, jak już nieraz wspominałem, są w ogóle do tej pory tajemnicą i zagadką. Niemniej w tych młodszych są te zapisy, czyli możemy się domyślać, że coś tam jeszcze parkuje, jakaś taka historia. I też nie ma słowa religia, za to nazywa się to dom człowieka. Otóż to. Taka historia. Czyli zamiast kościół mówiono dom. No to przetrwało, bo teraz się mówi dom Boży w niektórych miejscach i to w wielu religiach, bo to też ja wcale tutaj nie nawiązuję tylko i wyłącznie do sekty z Watykanu.
To w ogóle w bardzo wielu miejscach mówi się, że to jest jakiś dom Boży, a dawniej w Egipcie nazywało się dom człowieka. I też ciekawa historia, że przecież ta główna świątynia tak zwanego niby Ozyrysa jest wybudowana na planie ciała człowieka. Wszystkie proporcje, wszystkie podziały właściwie. No niesamowita historia. No okej, można mówić, że jest to metaforyczna historia i że przez pewien przypadek udało się komuś przenieść tam miliony granitowych bloków i po prostu wybudować coś takiego. Szczególnie jeszcze ciącie w taki sposób, że są odbiciem lustrzanym samych siebie. Och, ach, tam, drobiazg. Z poniedziałku na wtorek, proszę pana, z przerwą na lunch i tylko po cztery godziny dziennie. Robimy to z palcem w nosie. Bułka z masłem.
Nie no jasne, że nie. No ale ktoś to zrobił i to jest jedna jakby taka wizualna analogia. I jedyny problem z tą wizualną analogią jest taki, że nikomu się nie chce tego zaakceptować, bo jak to zaakceptować? Bo jest to zbyt proste. Mówiąc szczerze jest to taki prostacki numer. No bo tak, tu są poważni naukowcy, którzy tam... No wiesz, jak to poważni naukowcy, mają tytuły, mają teorie. I tu nagle wyskakuje sprawa związana z tym, że jest coś takiego prostego, kompleksowego i to zamiata po prostu wszystkim. Tak po prostu zamiata sobie, bo nagle wyskakuje i mówi coś, co jesteś w stanie zrozumieć w ciągu pięciu sekund i nie potrzebujesz do tego całej koncepcji, takiej teorii naukowej, wyjaśnienia wszystkiego. Nie potrzebujesz studiować trzysta lat.
No i to jest taki troszkę policzek w twarz dla każdego, kto tam się bardzo mocno przejął tą swoją rolą przez te ileś tam lat. No i taki solidny cios czasami dla niektórych, po którym się wręcz pozbierać nie mogą, no bo to jest zbyt prostackie. No jak można zrobić tak, żeby takie coś walnęło i po prostu... No i co z tymi wszystkimi książkami, teoriami? Bo do tego jest jeszcze masa teorii, bo oczywiście wykorzystujemy materiałoznawstwo, masę rzeczy dookoła, tylko że wszystko jest traktowano od strony chemicznej. Ale najlepszy numer, o czym właśnie chcę wspomnieć, bo to ciągle jest związane z tą historią, bo dlatego mówię o Nostradamusie, bo ten dżentelmen podróżował do przyszłości, widział pewne rzeczy, widział z reguły katastrofy i tak dalej. Tych wizji przyszłości jest parę. Tam jest wiele koncepcji, że właściwie możesz podróżować właściwie po różnych przestrzeniach i zależy, gdzie pójdziesz, tam widzisz konsekwencje tej przestrzeni, na ile masz na to wpływ, na ile nie masz, gdzie bywasz, a gdzie nie bywasz. To też jest generalnie domeną taką spekulacji, można powiedzieć mocno. Oczywiście można powiedzieć okej, wiem, że to była przyszłość i tak dalej, ale to bardziej w takim indywidualnym wymiarze, że to była twoja wizja i ty się z tym czujesz, że to była przyszłość i to jest wtedy okej.
Ja wtedy wierzę, że to była przyszłość, ale to jest twoja przyszłość. A czy moja będzie taka sama? Kto wie. Ja myślę, że to jest dokładnie na tej zasadzie. Czasami niektórym kolesiom udaje się wejrzeć troszeczkę dalej i zobaczyć pewien pattern i ten pattern, czyli ta właściwa przyszłość poniekąd, czyli jakby możliwość opisania potencjalnie pewnych sytuacji, które się dzieją dookoła nas. Bo co tu dużo mówić. Okej, można się, że tak powiem, śmiać z Nostradamusa, ale jest- Jest troszeczkę zbieżności w cyklach, w opisywaniu sytuacji. Ja nie mówię, że Nostradamus przewidział naszą erę i tak dalej, ale Indianie Hopi na przykład. Jest w wielu miejscach. To jest taka znajomość patternu, że wpierw coś jest na górze, później jest na dole, później wraca.
I świadomość tego, jak ten pattern energetycznie może przebiegać. Bo właściwie wszystkie te emocje, którym podlegamy jako tak zwane society i społeczeństwo, to nic innego jak odpowiedniej gęstości ładunek energii plazmowej, coś w tym stylu. Jeżeli coś takiego się dzieje, to możesz to opisać na różne sposoby. Wiadomo, że taka cienka energia to wojna i opisujesz to jako katastrofy. Wiadomo, że nasze organy reprezentują konkretne aspekty energii rośliny. Możesz to opisywać metaforycznie, budując opowieści o tym, że komuś wyrwano nerkę na przykład, albo wątrobę komuś wyrwano. Orzeł wylądował i wyrwał wątrobę i zjadł nerkę. To może też coś oznaczać. To wcale nie jest takie głupie. Indianie w Ameryce Południowej, w Mezamerce, Ameryce, czyli cały ten Jukatan, mieli takie bardzo dosłowne podejście do tego i jak na ironię głupkami nie byli, poza tym, że byli nieprzeciętnymi barbarzyńcami.
Ale to już inna historia. Wiedza o tym była i to nie taka wiedza, że na jednym kontynencie, tylko wszędzie. Była ponoć książka w Europie, w drugiej części. Niektórzy lubią to nazywać cała Słowiańszczyzna. Nie wiadomo. Wiadomo, że była to jednolita kultura pod jednym względem. Być może. Oczywiście jest to spekulacja, ale myślę, że taka spekulacja dosyć słaba, bo zostało troszkę śladów archeologicznych i zapisy w kronikach, że tam gdzieś przetrwała jakaś informacja o unifikacji, o tym, że jest taki pattern na świecie, z którego świat jest skonstruowany i że jest to dosyć prosta wiedza, że to nie jest nic skomplikowanego. Jeżeli wiesz, jak się tym posługiwać, to możesz robić niesamowite rzeczy. I cały dowcip polegał na tym, że byli kogoś, którzy tej wiedzy nie można powiedzieć, że nie mieli, bo mieli, ale nie chcieli się tą wiedzą dzielić z tymi, którzy rzucali tą wiedzę, bo właściwie każdy o niej wiedział.
Można powiedzieć, że nie każdy, bo też nie jest to wiedza taka przyswojona przez każdego. Część z nas zwyczajnie nie chce przyswajać takiej wiedzy. Woli skorzystać z części, odrobiny i wcale nie chce brnąć tak konkretnie w temat. A to czasami są takie konkretne tematy i to jest okej. Wiadomo, że jakaś część populacji tą wiedzę ma, jakaś część populacji nie ma. I to też ułatwia troszkę zadanie takiej grupie, która nie lubi tych, którzy mają wiedzę albo nie lubi konkurencji, bo wtedy na przykład rozliczając się złotem, jest ryzyko, że kolesie, którzy mieszkają za rzeką produkują tego złota pięć ton i jest awaria, bo nasze traci na wartości i jakąkolwiek wojnę byśmy chcieli zrobić, to nagle ktoś nas wykupuje albo coś w tym stylu. Dosłownie takie zwyczajne podejście o rywalizację mogło się komuś włączyć, jeżeli nie miał takiej technologii. Zresztą jeżeli ktoś strzeże technologii, która jest bardzo mocno związana też z medycznymi aspektami naszego ciała, w ogóle z życiem takim na co dzień, bo to jest taka praktyczna. Bo to, o czym mówię, to w ogóle jest wiedza, która nie jest taka laboratoryjna, nie jest taka alchemiczna, tak jak wspomniałem na początku z książek, tylko to jest coś, co w bardzo wielu zawodach na świecie jest używane do dzisiaj i jest to część stopnia wtajemniczenia rzemieślnika. Wcale nie żartuję.
Są takie zawody, znam takie zawody, które polegają na tym, że na przykład dopiero po 10 latach dostajesz swój taki tytuł mistrzowski. Czasami po pięciu się uda szybko. Wpierw musisz mieć poprzednie tytuły, czyli być uczniem, czeladnikiem i wszystko to tak konkretnie. Czasami jest tak, nie wszędzie oczywiście, ale są takie zawody, że 30 lat czekasz na to, żeby zostać dopuszczonym do pewnych tajemnic zawodowych, do robienia pewnych bardzo ciekawych rzeczy, które, żeby było zabawniej, przeczą wszelkim prawom fizyki. Sam widziałem kilka takich rzeczy na swoje oczy. Niekoniecznie akurat od specjalistów, z którymi spędziłem najwięcej czasu w swoim życiu, ale kilka takich rzeczy na swoje oczy zobaczyłem. Takich dosyć ciekawych, intrygujących, które bardzo ciężko wyjaśnić. I to są sprawy związane z rzemiosłem i to widzi praktycznie każdy człowiek, który się tym zajmuje zawodowo na pewnym etapie swojego wtajemniczenia rzemieślniczego. Na pewno to funkcjonuje w bardzo wielu zawodach. Ja o tym wiem.
Przy szlifowaniu diamentów. Ja nie jestem szlifierzem diamentów, nigdy nie byłem, ale w tym zawodzie występuje coś takiego. To jest w ogóle ciekawa historia. Żeby ciąć kamienie, żeby widzieć, jak to się wszystko układa, żeby to się wszystko ogarniało. To jest ciekawa rzecz i też ciekawe narzędzia są do cięcia diamentów, bo wszystkim się wydaje, że to jakieś piły ciężkie ze stali, jakieś twarde materiały, tam nie wiadomo co się dzieje, jakaś rzeźnia. Oni mają takie miedziane tarcze i tam się tworzy takie ciekawe pole pomiędzy wirującą miedzianą tarczą a diamentem, jak się tak odpowiednio ustawi. W ogóle jest to takie na wyczucie. Są kolesie, którym po prostu strzelają im diamenty w rękach, jak źle pomyślą. Ciekawa rzecz. Rozmawiałem nie raz z kilkoma szlifierzami diamentów.
W tym jednym takim kozackim, bym powiedział, dżentelmen właśnie od diamentów. W ogóle samo szlifowanie diamentów jest kozackim sportem. Tam rocznie chyba może 20 ludzi, może pięciu jest dopuszczanych do tego. Więcej jest w zawodzie oczywiście, tu nie chcę skręcać i kombinować i tam ściemniać. Więcej ludzi wchodzi do zawodu, ale w Europie, w takich centrach diamentów bardzo mała, limitowana ilość jest tych uczniów dopuszczanych w ogóle do tych wszystkich tajemnic. To jest wszystko tak dosyć mocno pilnowane, bo są takie dziwne technologie. Bo to nie jest tylko to, że się tnie diamenty, tylko pracując w ekstremalnym otoczeniu, bo to jest ekstremalne otoczenie, jeżeli chodzi. Ma się najtwardszy materiał na świecie i trzeba coś z nim zrobić, to trzeba, że tak powiem, przekopać się przez całą chemię, całą fizykę tego materiału. I to tak praktycznie, bo to nie jest tak, że się napisze książkę o teoretycznych podstawach fizyki ... kwantowej.
Nic z tych rzeczy. To naprawdę nie pomaga. Równanie splątane tutaj naprawdę niewiele załatwia. To po prostu trzeba zrobić, to musi dziać, bo to jest klient, który na to czeka i jest to dosyć brutalna historia od tej strony. I się okazuje, że panowie robiąc to, spotykają wiele ciekawych zjawisk i to w każdym zawodzie, w każdej technologii, która jest laboratoryjna. W sensie, że coś się konkretnego robi. To nie jest tak, że podejście analityczne, taka prawdziwa nauka jest do dupy. Prawdziwa nauka to właściwie alchemia i do tej pory właściwie, poza tym, że może niekoniecznie wrzuca się te same substancje w laboratoriach, ale do dzisiaj takie laboratorium to dalej pracownia alchemiczna, tylko że już troszkę w kitlach i bardzo limitowana, jeżeli chodzi o dopuszczalną możliwość eksperymentów, o szerokość pola eksperymentowania, bo limitowane materiały, limitowane pieniądze na badania. To nie ma nic wspólnego z tym, co się działo za czasów alchemii, gdzie koleś miał taką wolność, że to się w głowie nie mieści. Kolesie mieli swoje własne indywidualne programy badawcze, w które zaangażowywali kilku królów.
To nie było tak, że to był jeden król czasami. To było tak, że koleś robił swój research, taki alchemik i na przykład czterech baronów, dwóch księciuniów, jeden król. Dosyłali mu pieniądze i partycypowali w badaniach. Czasami go odwiedzali, dostawali od niego informacje. To była potężna sprawa. I wiadomo, że nie było to spisane na kamyku, jak to się mówi i nie było spisane też w głowie. Wiadomo, że część z tego było spisane w manuskryptach i że była książka i że była mocna konkurencja i że ta konkurencja była związana z troszeczkę inną kulturą, może niezbyt dużą, ale posiadającą ciekawą spuściznę intelektualno-naukową, praktyczną. Właśnie o operowaniu tymi dziwnymi mocami, że nie młotek, ale on robił „buf”, klasyczny dym z baniaczka, rozpylał parę dookoła i ta para zmieniała kondycję powietrza dookoła. Nie wiem, co on rozpylał. Może jakieś gazy rozpylał, I don't know.
Kto wie, może plazma? Cholera wie. Hiperprzestrzeń Radio Namfali. I ja. Możesz zadzwonić, radionamfali.com na Skypie. A ja wracam do historyjki z tymi dżentelmenami i z tą tajemniczą książką. Tajemniczą książką, której wszyscy szukali, czyli właściwie z tą wiedzą. Wiadomo, że ponoć gdzieś tam ktoś na nią trafił. Wiadomo, że istniała. Wiadomo, że były ponoć dwa egzemplarze tej książki, dwie publikacje.
I tu jest ciekawa rzecz, która mówi coś takiego, że owa tajemnicza książka nigdy nie została znaleziona. A druga legenda mówi o tym, że została znaleziona i to dwa egzemplarze w końcu przez jezuitów. Jeden został zniszczony i zostawiono tylko jedną oryginalną wersję, bo były dwie, ale drugą zniszczono. I nikt tego nigdy nie kopiował, nie przepisywał ani nic z tych rzeczy. No właśnie, została tylko pierwsza kopia. Ja tu zamieszałem troszkę, się przejrzałem, bo dzwoni Skype, także już odbieram. Halo, halo, witam serdecznie.
[01:28:41] - Haya! Captain Morgan, jamaica rum.
[01:28:46] - Witam serdecznie.
[01:28:48] - No cześć, panie Tomku. Jak tam zdrówko?
[01:28:52] - Dzisiaj doskonale. Jak u pana, proszę pana?
[01:28:56] - Bardzo dobrze. Dzisiaj tak krótko, mam nadzieję przynajmniej. Takie zamierzenie moje.
[01:29:03] - I tak się zagonię.
[01:29:05] - I tak mnie zgonisz, okej. Słuchaj, czy są jakiekolwiek dokumenty... Może nie tak dosłownie, ale jakieś artefakty albo coś takiego związane z alchemikami, którzy mieliby to robić w tych wcześniejszych czasach?
[01:29:24] - Jest. Są książki, możesz kupić.
[01:29:28] - Znaczy poza legendami, wiesz.
[01:29:29] - Są. Powiem ci, że nawet sam się przymierzałem do kupienia jednej z takich książek w oryginale. To był osiemnastowieczny przedruk, 1738 rok, jakoś tak. Te przedruki możesz kupić. To nie jest tak, że one kosztują fortunę. Ja wiem, że to brzmi tak: kupujesz książkę, która ma 300 lat. Tak, kupuję, jasne. Jeżeli jest taka możliwość. W Anglii jest to możliwe. To nie kosztuje czasami fortuny.
Okej, nie jest naprawdę tanie.
[01:29:56] - W jakichś antykwariatach pewnie.
[01:29:58] - Onlinowo. To wszystko możesz kupić online. Wszystko jest dostępne, także nie ma z tym problemu. Tu jest potężny rynek antykwaryczny, jeżeli chodzi o wszystkie te dzieła. Tu nie było wojny, wszystko po angielsku, także masa małych oficyn robiła przedruki i w XVII wieku, XVIII wieku i na początku XIX była jazda, żeby robić przedruki alchemicznych rzeczy. I oni wykopywali te manuskrypty i były przedruki. Trafiłem na jedną z ciekawych rzeczy. Niestety to akurat dzieło kosztowało 33 tysiące funtów, także nie było to tanie.
[01:30:29] - No to trochę to rzeczywiście.
[01:30:30] - Ale jest do kupienia. To jest naprawdę do sprawdzenia, bo to są książki, w których są opisy tych alchemików, bo to jest na podstawie ich dzieł.
[01:30:38] - A to są jakieś fotokopie tych manuskryptów?
[01:30:41] - Nie, to antykwariusz ma w sejfie, człowieku. To jest troszeczkę inaczej. Jak sobie kupisz, możesz trzymać jak chcesz. Możesz zrobić przedruki, w sensie kopie, ale rzadko kiedy. Naukowi działa tak. Nie to na tak.
[01:30:56] - O czym ty mówisz. Te 33 tysiące funtów to co to jest? To jest jakiś taki starodruk?
[01:31:03] - Tak, 1738 rok zdaje się.
[01:31:06] - Aha.
[01:31:07] - Rozumiesz. Nie no, w świetnym stanie, wszystko jest okej. Nadaje się do czytania. Normalnie książka sprawna, gotowa. Cała publikacja, taka właśnie podstawa alchemii. Taki fajny bryk wszystkiego przez całość. Pisany przez kolesia, który był jednym z tych, że tak powiem, dziedziców owej wiedzy w tamtych czasach. To był uczeń jednego z takich alchemików i z takiej szkoły angielskiej, alchemicznej i w ogóle europejskiej, czyli od szalonego księcia Karola i tak dalej. Drugiego okazało się księcia niemieckiego, który się bił z nawykanem.
[01:31:42] - A powiedz mi, czy z tego wynika, jaką oni metodą dysponowali? Albo jeśli nie wiadomo, to czy ty się domyślasz? Nie sądzę.
[01:31:58] - Proszę pana.
[01:32:00] - Tak jak-
[01:32:01] - Księga jasno pokazuje.
[01:32:02] - Cewki raczej nie skręcali.
[01:32:06] - Księga jasno pokazuje, że wiedzieli, jak budować reaktor. Księga jest o reaktorze. Przynajmniej tak wygląda. Okej, księgi do tej pory nikt nie rozszyfrował. Zaraz powiem, co to za księga, bo ona jest aktualnie dostępna i to jest w ogóle zabawna historia z tą księgą, jak została znaleziona i co się z nią stało. Historia polega na tym, że wszystko zostało zapisane w oryginalnym języku, w którym ta wiedza była przekazywana, zupełnie innym, w zupełnie innej pisowni. To jest w ogóle zupełnie coś innego, coś, czego nikt do dzisiaj nie rozszyfrował. To jest jedna rzecz. I tą księgę znaleziono. I tą księgę, jak się okazało zaraz po tym, jak znaleziono, okazało się, że właściwie wcale nie jest niebezpieczna.
Jest bardzo groźna dla kogoś, kto może wiedzieć, o co chodzi, bo nie wiedziano, jak dużo ludzi zna ten język. To też zagadkowa historia. Więc księgę schowano, ale i tak nie stanowiła zagrożenia, ponieważ nikt nie miał bladego pojęcia, co to za księga i o czym ona jest. A wyglądała tak dziwnie i tak bez sensu, że właściwie schowano ją w wiadrze. Dosłownie.
[01:33:07] - Tak sobie myślę, próbuję sobie taki obraz przywołać takiego alchemika, jak ty mówiłeś, którego wpuszczają gdzieś tam, sprawdzają go, co wnosi. Bierze jakieś tam swoje zabawki.
[01:33:21] - Oficjalnie nie ma dokumentów na to, żeby którykolwiek z wielkich alchemików w Europie, nawet John Deere ani Nostradamus, żeby w ogóle wiedzieli o tej księdze. Żaden z nich nie wiedział. Ona się pojawiła wiele później, po nich. Ale wiemy, że ta księga, którą my mamy teraz, to jest kopia oryginału. Ale robił to ktoś, kto potrafił posługiwać się tym samym językiem. To jest ostatnia kopia z oryginału, bo oryginał zaginął. Ale wiadomo, że kopia.
[01:33:47] - Tak, ale mówię praktycznie. To już nieważne, czy to ten jeden, czy ten drugi, których wymieniłeś z nazwy, tylko ogólnie którykolwiek, który rzeczywiście potrafił zrobić z jakiegoś metalu, przekształcić ten metal w złoto, że bierze zabawki, przychodzi do jakiegoś króla na dwór, zabiera swoje zabawki, zabiera jakieś materiały, które mu są potrzebne. Ma to popakowane w jakimś worku czy w czymkolwiek.
[01:34:14] - Zapraszam na wycieczkę do czeskiej Pragi serdecznie. Tam przecież jest nawet chatka tych alchemików i przecież legendy o tym, który to alchemik na królewskim dworze w Pradze osiągnął taką sztuczkę.
[01:34:28] - No dobra. I są jakieś znaki?
[01:34:34] - Kilku wyszło. I jeszcze zabawnie opisane, bo nie jest to opisane na zasadzie tak, jak my się spodziewamy, że ktoś opowie nam historię, że podjął się i tak dalej, i że mamy taką kompleksową historię o kolesiu, który podjął się, zrobił i jak zrobił. Nie. Dowcip polega na tym, że są zapisy o tych alchemikach i są tylko zapisy o tym, że wypuszczono ich z celi i w tym momencie znikają w ogóle z kart. Rozumiesz? Wyparowują. To jest takie nielogiczne. Trochę jak ci śmiejący, którzy byli w Strefie 51. Wyparowali zabrani przez FBI. Było kilku.
Na przestrzeni paruset lat było paru.
[01:35:16] - Ale ile im czasu zajęło? Tym, którym się załóżmy udało.
[01:35:21] - Ja nie znam wszystkich przypadków, tak że ciężko mi tutaj cokolwiek powiedzieć, ale słyszałem o tym, że na przykład trzy miesiące albo cztery. Rozumiesz? Jakoś tak. Nie mam pojęcia, ale to gdzieś tam w tych niektórych kronikach jest opisane. Ja tutaj nie zbierałem akurat takiego materiału dowodowego do tej audycji dzisiaj, ja tak troszkę opowiadam swobodnie tą historię i jeżeli ktoś z nas, ty dziewczyno i ty chłopaku, chcesz to przeszukać, to zapraszam serdecznie, żebyś sobie zrobił research, bo myślę, że historia jest ciekawa. Jest kilka wątków, które cię zaskoczą, a w ogóle historia jako taka metafora troszkę naszej cywilizacji jest ciekawa myślę z tą książką i w ogóle z tą wiedzą całą, jak ona tam znikała.
[01:35:59] - Tak się zastanawiam, czy można to traktować jako coś, co jest duża szansa, że rzeczywiście miało miejsce, czy raczej mimo wszystko jako-
[01:36:10] - Ty się wyłączam. Słuchaj, to ja zostawiam ciebie i twoje wątpliwości na boku. Musisz sam sobie z nimi poradzić. I ja znikam dalej do historii. Okej? Dobra.
[01:36:19] - No dobra, powiedz mi jeszcze jedną rzecz, bo tak trochę też w temacie tej audycji, ale już niezwiązanej z samymi alchemikami. Czy twoim zdaniem przyszłość jest zdeterminowana? Tak nawiązując na przykład do tego Nostradamusa. Czy jest to zupełnie sprawa otwarta?
[01:36:40] - Posłuchaj do końca, się dowiesz, człowieku. Tyle.
[01:36:44] - Czyli jeszcze nie powiedziałeś?
[01:36:45] - Oczywiście. Zaraz się dowiesz. Sam będziesz sobie wyciągał wnioski, jak ty, bo to, co ja, to w ogóle nie jest istotna sprawa. To i tak się dowiesz. A ty słuchaj sobie, co ja mówię. To powiedziałem parę razy dzisiaj. Tak że proszę nastroszyć uszy i nie słuchać pomiędzy słowami, bo już parę razy powiedziałem o tym. Dobra, rozłączam się, człowieku i wracam do opowiadania. To powiem jeszcze raz głośniej. Narka.
[01:37:08] - Hej, cześć.
[01:37:10] - Dobra, to był słuchacz. A ja myślę, że po tym telefonie jeszcze odrobina muzyczki, żeby się zrobiło troszkę relaksacyjnie. I ja wracam i opowiem ci dalej o tej książce. Co z książką? To może tak. To może zanim muzyczka, to lecę z historią, bo to szkoda czasu, a już powoli do końca zmierzamy w hiperprzestrzeni. Książka okazała się po prostu ilustrowaną historią napisaną egzotycznym językiem. I pewnie niektórzy się spodziewają, że jest to nic innego jak manuskrypt Wojnycza. Prawdopodobnie, bo oczywiście tutaj nikt nie powie, czy to na pewno była ta księga. Ale wygląda na to, że to była taka ciekawa księga, która zniknęła i się pojawiła dopiero później gdzieś tam w jednym zakonie, gdzieś tam schowana.
Legendy o jej odnalezieniu też są dosyć intrygujące, bo oczywiście jak zwykle i w tym momencie mamy do czynienia z legendami, bo jednolitych dowodów na to nie ma. To też było takie dzieło hermetyczne, które było przekazywane w takich bibliotekach, które należały do królów kolekcjonujących owe dzieła. I właśnie te dwory słynęły z tego. To jest powodem właściwie największej konsternacji, bo dwory, na których ta książka się znajdowała, słynęły z tego, że bywali tam owi wielcy alchemicy i to z pokolenia na pokolenie. Ja nie mówię o jakiejś akcydensowej pojedynczej akcji, tylko były to miejsca, gdzie ówczesna nauka zwana alchemią naprawdę dosyć mocno funkcjonowała. Jest to książka, która jest napisana dziwnym językiem i opisuje coś, co wygląda jak struktury roślinne. Wygląda to niesamowicie. Polecam sobie zobaczyć, jeżeli masz gdzieś okazję. Ja zawsze żałowałem, że nikt, kurczę blade, nie wydał papierowej wersji do dzisiejszych czasów tego manuskryptu. On sobie zaparkował w Uniwersytecie Yale w Stanach Zjednoczonych, w bibliotece tego uniwersytetu i właściwie pozostał największą zagadką do dzisiejszych czasów.
Nikt nie jest w stanie rozszyfrować pisma, a wiemy kilka spraw na temat tego manuskryptu: że nie ma ani jednego błędu, ponieważ nie ma ani jednego wymazania. Dawniej, jeżeli człowiek, który pisał skrypt, skryba popełnił błąd, delikatnie nożykiem mocno zaostrzonym, tak jakbyśmy zrobili to dzisiaj żyletką, wymazywał ten błąd i poprawiał piórem. Sprawdzono stronę po stronie. Nie znaleziono ani jednego błędu w tej całej powieści. To są duże arkusze. Cena arkusza wtedy była potężna. To nie było coś naprawdę taniego. Zresztą kiedyś chyba opowiadałem o manuskrypcie Wojnicza. Chyba w poprzednich „Hiperprzestrzeniach” jest odcinek na ten temat. Może nie będę tutaj spoilerował sam siebie.
W każdym razie jest to ciekawa rzecz, która jest bardzo zaskakująca i właściwie wiemy tylko tyle, że pochodzi ze średniowiecza, tak zwanego średniowiecza. Nic więcej na ten temat za bardzo nie wiadomo. Tajemniczy. Kto wie, skąd się to wzięło? Facet, który próbował to odszyfrować, zwariował i zbankrutował, a rękopis znaleziono u jezuitów w 1912 roku w willi. Nawet na Wikipedii jest opisane. Mondragore we Frascati. Znaleziono go w wiadrze. Tego akurat tutaj nie ma. Dlatego jest troszkę zniszczony, ponieważ do wiaderka kapała woda i to stało sobie gdzieś w przedsionku, gdzieś z innymi manuskryptami.
To zupełny przypadek, że ktoś to wyciągnął z tego wiaderka. A ja tu mam telefon. Halo, halo! Witam Patryku.
[01:40:32] - Halo? Chwileczkę.
[01:40:36] - Słychać ci idealnie, także człowieku, słychać ci idealnie. Mów, w czym dzwonisz.
[01:40:40] - Dobra. Halo?
[01:40:43] - Halo, halo! Słyszę cię, człowieku. Jak zdrówko? I w ogóle słuchawki przede wszystkim. I wyłącz radio. Rozmawiamy tylko przez Skype'a.
[01:40:52] - Już włączyłem. Już co? Już nie ma tych trolli, co ostatnio?
[01:40:59] - Ja tu troszkę inną historię opowiadam. Mów w czym dzwonisz, człowieku.
[01:41:04] - Nie no, jeszcze nie wiem tak konkretnie.
[01:41:07] - Słuchaj mnie, to ja cię ścinam z anteną, bo ja tu kończę swoją historię z książką. Jeżeli nie wiesz, w czym dzwonisz.
[01:41:11] - A jeszcze no.
[01:41:13] - Dobra, na razie. Dzięki za telefon. Zapraszam na wieczorową porę z telefonami na takowe tematy.
[01:41:19] - Skandal! To jest skandal.
[01:41:20] - Dokładnie, to jest skandal. Trzymaj się człowieku.
[01:41:22] - Dobra. Hej.
[01:41:26] - Dokładnie. Otóż to. Także wracamy do historii końca tych niezapomnianych historii, bo nie ma oficjalnej identyfikacji na tą księgę, o której cały czas mówię. Wiadomo, że była to księga heretyków. Wiadomo, że o tej księdze mieli pojęcie tak zwani gnostycy żyjący we Francji, których w 1200 roku wybito co do nogi. Anyway, sprawa o tej książce ciągnie się przez stulecia i właściwie wiemy tylko tyle, że gdzieś tam padła informacja, że znaleziono tą księgę. Dwa egzemplarze. Jeden zniszczono i że zrobiono kopię drugi. I właśnie to jest niewiadoma historia. Czy kopię zrobił ktoś, kto znał język?
Być może tak było i być może właśnie jest to manuskrypt Wojnicza. Nie chcę tutaj wymyślać na siłę faktów do nieistniejącej historii i tworzyć nową legendę, bo właściwie cokolwiek bym teraz nie powiedział, byłoby dosłownie nową legendą. To akurat zostawiam na boku, ale zbieżność jest taka dosyć ciekawa, ponieważ jest to alchemiczne dzieło, w sumie mówiące o bardzo ciekawych rzeczach. Zobacz sobie ilustracje, człowieku. Ja nie wiem, co tu w ogóle na ten temat powiedzieć, bo ilustracje mówią same za siebie. Są cykle gwiezdne, cykle roślin, dziwne kolory. Bo na czym polega numer? O ile rośliny na przykład się zgadzają kształtami, to nie zgadzają się kolorami z oryginalnymi roślinami. I to jest takie troszeczkę zabawne, bo pół książki jest trafione, a pół jest nietrafione i wszystko wygląda bardzo egzotycznie. Na tyle egzotycznie i na tyle fascynująco, że zainspirowało takiego dżentelmena, który zrobił taki dowcip z tego i generalnie zaprojektował taki kodeks Serpentinus.
Kurczę blade, to jest tak zwana ilustrowana encyklopedia wyimaginowanego świata. To jest dosyć ciekawa rzecz, która powstała z inspiracji tym manuskryptem Wojnicza, ponieważ tam się nic nie zgadza. Nie tyle nic, bo właśnie połowa roślin się zgadza. Może mniej niż połowa, ale wygląda to egzotycznie, jakby ktoś zmiksował wszystkie rośliny ze sobą, czasami takiego mutanta troszkę porysował, bo liście się zgadzają, ale korzenie już należą do innej rośliny. Kolory na przykład się nie zgadzają kompletnie. Gdzieś coś się zgadza, ale coś się nie zgadza. I to tak wszystko robione świadomie. Nie wygląda to absolutnie na żaden błąd. Duże rozkładane arkusze, rozpisane dziwne cykle dziwnym językiem. Szaleństwo.
Wygląda troszkę jak reaktory. Budowa zwyczajnie reaktora, bo jest mocno o gwiazdach, mocno o niebie. Są jakieś nie wiadomo co. Dzieje się. Nie wiem właśnie, czy to nie jest historia reaktora, bo jak w dzisiejszych czasach sobie oglądam te wszystkie sprawy związane czasami z reaktorami, tak jak ci wspomniałem o tym belgijskim reaktorze i tak dalej. Tak sobie poczytywałem o rosyjskich reaktorach. Nazywa się tokamak. Taki na przykład reaktor ma bardzo ciekawą konstrukcję. Wygląda jak taki donut. Właściwie to wygląda jak dokładnie, bo to jest cewka Keshe'go.
To jest dokładnie to samo. Właśnie taki reaktor. Jeżeli rozumiesz, o co mi chodzi. Stoi osiemdziesiąt parę kilometrów pod Moskwą. Jest taki specjalny instytut tajemniczy, badawczy, w którym są takie dziwne urządzenia. Taka dziwna cewka Tesli stoi, która wygląda jak krzyżyk. Otóż to. Taka bardzo ciekawa historia. Są takie urządzenia i jeżeli się przyglądasz na te rysunki, na te rośliny, to właściwie co tu dużo mówić. Troszeczkę jakbyś człowieku obserwował konstrukcję urządzenia, konstrukcję pola.
Wiesz, jakieś takie techniczne historie, jeżeli się przyjrzeć od tej strony. I zabawne jest to, że jest to właśnie wszystko związane z widzeniem przyszłości, bo u Nostradamusa też była ponoć podobna historia. On podczas swoich szaleństw, że tak powiem w cudzysłowiu, robił niesamowitą ilość szkiców, rysunków i tak dalej. Wiemy o tym z jakichś tam zapisków, które ocalały od jego, że tak powiem, potomnych. Znaczy potomków, co ja mówię. Był jakiś koleś, który mu pomagał i tam zostały zapiski po tym dżentelmenie. I też dookoła Nostradamusa było troszeczkę ludzi, którzy też zapisywali kilka drobiazgów na temat jego funkcjonowania. Na przykład jak żył na dworze, bo się wprowadzał na dwór i lokalny kronikarz tam zapisywał parę słów o Nostradamusie. Tam takie rzeczy się działy i gdzieś tam to wyciekło, zostało i tak już się utrwaliło. Nie wiemy oczywiście też dalej, czy jest to prawda, czy też gdzieś konfabulacja się pojawiła w tym całym tekście.
Kto wie? Właściwie tak długo, jak nas tam nie było, tak długo myślę, że fajnie jest troszkę takiego dystansu mieć do tej sprawy. You know I mean. Dobry dystans nie jest zły. W każdym razie taka historia o tym, że ludzie dużo rysowali, dużo szkicowali takich rzeczy, pojawia się też nieustannie. Zresztą to jest główny powód, dla którego gdzieś tam w legendach na przykład snuje się taki pomysł, że tak naprawdę to Nostradamus zrobił manuskrypt „Wojny”. Co w rzeczywistości nie miał z tym nic wspólnego. Tam zrobiono badania, się okazało, że facet w ogóle był w zupełnie innym miejscu, a książka powstała w troszkę innym czasie i jest to inna sprawa. Ale dzisiaj powoli jest kilku w ogóle takich kolesi, którzy są wykształconymi naukowcami, co dużo mówi, to konkretnie jakimiś fizykami i tak dalej. I tam oni czasami tak dla dowcipu troszkę podnoszą ten temat, ale tak dowcipu nie dowcipu, ale metodą analiz pokazują, że są pewne zależności w kilku rysunkach, na przykład pomiędzy konstrukcjami reaktora, w którym zachodzą konkretne reakcje a czymkolwiek tam innym.
Jest kilka takich głównych rysunków na tym manuskrypcie, które wyglądają bardzo fascynująco. Wyglądają jak obiekt jakiejś manifestującej się energii. Jest troszkę biologów, którzy twierdzą, że jedną z takich bardzo fascynujących rzeczy w tym manuskrypcie jest to, że wygląda to jak komórki oglądane pod mikroskopem i właściwie, żeby było zabawniej, te komórki się idealnie zgadzają. Znaczy idealnie. Oczywiście zawsze możemy się spierać, ale biolog mówi, że idealnie się zgadzają, że on też tak by je narysował. I to jest naprawdę taki rysunek organicznej formy. I tak wygląda ta organiczna struktura w kilku miejscach. W kilku wygląda trochę inaczej. Właściwie połowa zdaje się być prawdą. Druga połowa jest jakimś innym światem, jakimś obrazem czegoś, o czym nie mamy bladego pojęcia.
I też są rośliny, które znaleziono, żeby było zabawniej poza Europą. A księga, przynajmniej ta kopia powstała wtedy, kiedy oficjalnie Ameryka jeszcze nie była odkryta przez Kolumba. Także jest tu dookoła tego masę spraw. I ten tajemniczy język, który przypomina głagolicę albo coś w tym stylu, bo jest to prawdopodobnie, takie są spekulacje oczywiście, bo tam kilku ludzi nad tym siedziało, ale jest to język. Nie chodzi o jakąś słowiańszczyznę ani nic z tych rzeczy. Bez przesady, młody człowieku, bez przesady dziewczyno. To nie chodzi o takie historie, bo ten język nie jest dokładnie... Wygląda na to, że jest to język, którego używano na przykład w Bułgarii, bo znaleziono tam kilka artefaktów, które zawierają takie samo pismo. Podobny troszeczkę do sanskrytu, podobny do głagolicy. Podejrzewam, że jeżeli ktoś jeszcze gdzieś żyje na świecie, który w rzeczywistości zna głagolicę, być może jest w stanie odczytać ten tekst, bo jest to, jak niektórzy, a nawet amerykańscy badacze mówią tekst zgłoskowy prawdopodobnie.
I tam kilku ludzi próbowało odszyfrować. Okazało się, że gdzieś tam coś podobnego istnieje bardzo w arabskim alfabecie, w ogóle w różnych takich dziwnych głagolicowych dialektach można powiedzieć, bo tam gdzieś tam zostały. Szczególnie ta rosyjska odmiana, bo to jest jedyne co wiemy i mniej więcej jedyne co wiemy. Tak oficjalnie zbadane, bo Rosjanie, że tak powiem, zadbali o ten kawałek swojej własnej historii. Także można tu się troszeczkę wesprzeć tym tematem od tej strony. No i się okazuje, że jest taka księga. Jest taka księga, w której jest bardzo dużo rysunków reaktora. I co dalej z tym wszystkim? Księga gdzieś zniknęła i teraz jest z powrotem. I kilku ludzi z takiej bardzo poważnej, że tak powiem, dla niektórych dziedziny naukowej w postaci z dyplomem, że jest fizykiem albo matematykiem, albo chemikiem, albo biologiem opowiada, że ta księga jest w kilku miejscach dokładnie tym, czym widzi na przykład pod mikroskopem, czym coś tam jest i tak dalej.
Tu się jeszcze kłania historia mapy Piri Reisa, czyli tej mapy z lądem południowej Ameryki, który się doskonale zgadza, ale z obrysem sprzed tam 10, 20 tysięcy lat. Co jest też egzotyczne dla niektórych. No właśnie, czyli jest jakaś wiedza i do tej wiedzy są jeszcze bardzo ciekawe rzeczy, na których występuje właściwie i to jest najzabawniejsze w tym wszystkim strasznie podobne pismo, ale to naprawdę bardzo podobne. I są to takie tablety, które znajdują się w Illinois. W Stanach Zjednoczonych. Ciekawa rzecz. Niektórzy twierdzą, że troszeczkę w Azji gdzieś są podobne manuskrypty. Nie wiem, nie widziałem. Nie wiem, na ile jest to legenda, na ile nie, ale w każdym razie jest to ciekawe. Żeby było zabawniej, ślady tego, co się znajduje w manuskrypcie Wojnicza, widać w kilku innych manuskryptach.
I to wcale nie jest żart. Szczególnie jeżeli chodzi o opis cykli. Wygląda na to, jakby ktoś z tej książki kiedyś, dawno temu skopiował może kilka kartek. Później te kilka kartek uległo rozproszeniu, bo wiemy doskonale, że stare manuskrypty sprzedawano na kartki, a nie na księgi. Jeżeli zakonowi brakowało pieniędzy, to wyrywało się kilka kartek z jednego, jedną kartkę z drugiego. Na zasadzie, że jak jedna kartka zniknie, to manuskrypt nie straci na wartości. Jedna kartka tekstu niewiele zniszczy. I tak sprzedawano te manuskrypty, także ciężko było później je skolekcjonować. Właściwie cała zabawa w kolekcjonerstwo starodruków obrosła w legendę do tego stopnia, że nawet powstał sensacyjny film z Johnem Deepem na ten temat. W ogóle takie historie czy poszukiwanie książek, Indiana Jones, tajemnicza wiedza pobudza wyobraźnię mocno.
Nie wiem, jak teraz, ale kiedyś była to dosyć pobudzająca wyobraźnię praca, bo też odwiedzało się takie dosyć egzotyczne miejsca. Do takiego momentu w XIX wieku nawet kupowało się manuskrypty na strony. Właściwie nawet parę lat temu można było wykonać taki numer. Oczywiście jeszcze do tego jest pismo Rapanui. To też jest dosyć istotne. Proszę o tym nie zapominać. Też takie nieodgadnione, ale ono wygląda troszeczkę inaczej, chociaż na dobrą sprawę pewne elementy są strasznie pokrewne. Tutaj można się pochylić troszeczkę dłużej i przyjrzeć się temu tematowi, skąd się bierze to pokrewieństwo elementów w tych wszystkich starożytnych rzeczach. Skąd to? Czym to właściwie jest?
Bo ja sobie tak spekuluję, że jest to oczywiście informacją na punkcie reaktora. To jest moja własna opinia i według mnie, przynajmniej jak na razie, to jest dokładnie reaktor. To jest opis tej resztki informacji, która została o tym, jak zbudowany jest cały świat, o tym, na czym polega zasada unifikacji wszystkich pól i na tyle jest mądrze opowiedziany i dziarsko opowiedziany, że kiedy zrozumiesz, o co chodzi, nagle zaczynasz właściwie funkcjonować w tych polach świadomie. Czyli możesz sobie zrobić zimę, lato, zrobić sobie sztabkę złota, jak chcesz, cokolwiek sobie zrobić, podróżować pomiędzy wymiarami. Taka bardzo ciekawa rzecz. Podróżować na tyle pomiędzy wymiarami, że możesz poruszać się do tyłu i do przodu. I teraz jest pytanie, czy to przypadkiem nie jest ta starożytna wiedza, której się tak bały wszystkie monoteistyczne religie? Bo książka, o której mowa, to nie była książka, na którą polował tylko Watykan, ale też kraje muzułmańskie. Wielu ludzi. Ślady o takiej książce, która była przeznaczona do zniszczenia, są.
Legenda mówi, że nigdy nie znaleziono, ale zapiski, wspomnienia kilku ludzi, a dokładnie jezuitów, mówią o tym, że coś takiego wylądowało w Bibliotece Watykańskiej i że były tylko dwie księgi, została zrobiona kopia i tamte zdaje się zostały zniszczone. Jakaś taka historia. Być może to było tak, że zamówiono drugą kopię i wtedy zniszczono zarówno kopię i oryginał, bo też wydarzały się takie sytuacje i była to słaba historia. Ledwo co facet, który wymyślił teleskop, wyszedł z życiem z tej całej opowieści, bo jak się okazało, kiedy skonstruował teleskop, zamówiono u niego drugi teleskop i wtedy prawie że chciano się go pozbyć. I tylko dlatego, że teleskop się zepsuł, facet ocalił swoją skórę, bo się okazało, że padł blady strach na to, że nie będzie można kontrolować tej wiedzy i heretycy, ci, którzy są po drugiej stronie Europy, z powrotem przejmą kontrolę nad Europą. Po prostu nauczą ludzi o tych wszystkich zjawiskach, jak to funkcjonuje. I wtedy Watykan straci swoją dominację. To było ciekawe. Ponoć może być ta książka. Nie wiem na 100%, ale mam takie przeczucie, proszę ja, koleżanki, proszę ja, kolegi, że to jest właśnie manuskrypt Wojnicza.
I tak sobie siedzę ostatnimi czasy i oglądam ten manuskrypt Wojnicza i nawet trafiłem na jakieś ciapki przepowiedni. Czy to Edgara Cayce, czy to Nostradamusa. Tak przypadek. Siedząc i dumiąc o swojej sprawie, sobie włączyłem i posłuchałem, bo tak na słuchawkach. I bardzo ciekawe historie. Jest taki pattern, który się powtarza bardzo ciekawy i myślę, że właśnie ta wiedza jest dokładnie niczym innym jak... Bo czym jest taka unifikacja całej wiedzy? Jest niczym innym jak znajomością tego, jak posługiwać się czasem i przestrzenią. Możesz to nazwać na wiele sposobów. Możesz to nazwać zjawisko plazmowe.
Możesz to nazwać prana. Możesz to nazwać praistota. Możesz to nazwać praprzestrzeń. Możesz to nazwać pramoc. To jest coś, co stwarza warunki, a jednocześnie stwarza materię. Czy cokolwiek jest w ogóle, powstaje gdziekolwiek w kosmosie, w jakichkolwiek warunkach, wszędzie. Anyway, przynajmniej w tym momencie, w którym my się znajdujemy i któremu my podlegamy. I to jest nasze własne, naturalne środowisko. I to jest być może kluczyk do tego wszystkiego, ta tajemnicza księga. Kto wie?
I don't know. To jest ciekawe. Być może to jest właśnie książka z przyszłości. Się zobaczy. No nic, zostawiam cię, człowieku, z tą wiedzą. Się zobaczy. Może się okaże, że to po prostu głupie, natrętne dzieło. Żartuję. Się zobaczy. Także zostawiam cię z tym pytaniem w głowie, dziewczyno i chłopaku.
Ja sam się tutaj troszkę pozastanawiam i się troszkę pobawię tą książką, bo ja teraz akurat jestem taki techniczny troszeczkę. W życiorysie buduję sobie różne urządzenia i tak sobie posprawdzam, bo tu jest kilka ciekawych pomysłów. Aż miło spojrzeć. Takie bardzo alchemiczne. I w tej alchemii takie zagadki i takie doskonałe historie. A jak jeszcze sobie ostatnio obejrzałem zdjęcia pani Lilli Kalisko z zachowań minerałów podczas latencji Księżyca, podczas różnych zaćmień słonecznych, różnych zaćmień Księżyca, na które polowała specjalnie, żeby wykonać próbki, jak się będą naświetlały te wszystkie minerały, te wszystkie kwasy, roztwory, jakie tam są reakcje. Bo wiadomo, że chodzi o niby cienką z naszego fizycznego punktu widzenia falę elektromagnetyczną. Ale jak się okazuje, im mniejsza ta fala, tym większy impakt wydziela w rzeczywistość. Taki fraktal. Poruszasz jedną rzecz i wszystko się zaczyna trząść.
To tak, jak wyciągnąć cały piasek z betonu. Nagle spowodować, że on znika. Tylko piasek poruszyć, każde ziarenko piasku o jeden milimetr. W tym momencie cały beton się rozsypuje na pył. To jest taka wiedza, tak mi się wydaje. Tak to działa. Może. I don't know. Może dla ciebie. Ja to się zastanawiam, jak to sprawdzić, bo wygląda, że tak.
Może się znajdzie jeszcze jedna księga. Może nie było wcale tak, że to była jedna. Są tacy, którzy twierdzą, że tych ksiąg było troszeczkę więcej. To też gdzieś ślad tej informacji zostaje. Cóż, poczekamy, zobaczymy. Zatem zostawiam cię z tą jakże bajkową historią, nieprzeciętną historią i milionem pytań w głowie, co jest prawdą, a co prawdą nie jest? Kto to wie? A może to wszystko to ściema? Who knows? Się okaże.
Zatem dzięki za wysłuchanie „Hiperprzestrzeni” człowieku. Dzięki ci słuchaczu Radia Paranormalium i Radia Dreamtime. Zapraszam na kolejną „Hiperprzestrzeń”. Zapraszam też do moich kolegów zacnych, do księcia Edwarda, Etykiety Zastępczej i do Michała. Zapraszam do siebie. Zapraszam w czwartek na takie techniczne opowieści, między innymi o reaktorach. W sumie głównie o reaktorze. Anyway, o takim reaktorze, który dokładnie wygląda tak samo, jak się tak przyglądam. Ciekawe techniczne skojarzenia i w ogóle nie tylko. Także człowieku, do usłyszenia następnym razem.
Zapraszam jeszcze do Michała do Teorii Chaosu i rzuć okiem niebawem na dniach na profil Radia Nafali na Facebooku, bo zaczynam wrzucanie zaległych audycji. Także jeszcze raz dziękuję szalenie, proszę pani i proszę pana za cierpliwość w oczekiwaniu na zaległości w Radiu Nafali. Szczególnie pozdrawiam mecenasów Radia Nafali. Piszę na nowo. Dzięki za cierpliwość. To troszkę prace mnie zatrzymały. Ale już jest z górki. Także wpadnijcie tam za parę chwil na ten profil albo na stronę Radia Nafali i zapraszam do podcastów. A ja tymczasem znikam. Do usłyszenia następnym razem.
Słuchaliście „Hiperprzestrzeni” w radionafali.com.