[00:00] - To think for yourself and question authority Radionafali.com. Hiperprzestrzeń. Ja mam na imię Tomek. Sobotni wieczór w Radiu Nafali, retransmitowany oczywiście w Radiu Paranormalium. Także cześć człowieku, witam serdecznie. Pozdrawiam wszystkich mecenasów radia. Wreszcie dostałem namiary z polskiego konta, także jutro będę mógł spokojnie się tym zająć i normalnie ci, człowieku, podziękować za wsparcie okazane radiu. Także dzięki, dzięki jeszcze raz, a jutro się pojawi troszkę więcej tych podziękowań. Tak normalnie, jak zwykle, jak powinno być. Za te wszystkie zaległe wyczekiwania.
Także dzięki jeszcze raz za wspieranie. Teraz już wszystko działa w miarę szybko, w miarę rychło. Także teraz te problemy zostały już zażegnane. Zatem z góry wielkie dzięki za wspieranie radia. Pisano o człowieku. Pozdrawiam serdecznie słuchaczy offline, którzy na pewno czekają w tym momencie na wszystkie zaległości. He, he, to mogę sobie ich pozdrawiać, nie? Jasna sprawa. Nie no, pozdrawiam cię, człowieku słuchający oczywiście tego offline. Jak najbardziej cię pozdrawiam.
Bardzo serdecznie cię pozdrawiam. Bez dwóch zdań. Oczywiście, tak jak należy. I oprócz tego, że cię pozdrawiam, mam nadzieję, że szybko, już niedługo uda mi się zrzucić wszelkie zaległości, które gdzieś tam zaparkowały w Radiu Nafali. Znaczy nie w Radiu Nafali zaparkowały, generalnie u mnie na twardym dysku. Zresztą chyba jak tego słuchasz, to już wszystkie zaległości są za tobą i tyle. A właśnie, to bardziej się tyczy ciebie, człowieku, będący tutaj duszą i ciałem w tą sobotę, że tak czekasz z wytęsknieniem na zaległe odcinki „Hiperprzestrzeni” tudzież „Syntezy”, wyrywając sobie włosy z szaleństwa z głowy. Nie bój się człowieku, za chwilę to się wszystko pojawi. Wszystko to powrzucam. Już jestem, że tak powiem, w trakcie obrabiania, montowania tego wszystkiego.
Miałem troszeczkę rzeczy na głowie. Wiesz jak to jest w życiu, no nie? No! Co jeszcze chciałem powiedzieć? Bo dzisiaj kończę. Nie wiem, czy kończę, czy zaczynam. Gdzieś miałem tą notatkę. Miałem tą kartkę papieru. Miałem. Rozglądam się teraz panicznie dookoła i szukam tej kartki papieru.
Zrobiłem sobie notatkę. Mam przed sobą. Tak, tak to jest. Pan Hilary, na głowie okulary. Przepraszam bardzo. Właśnie, bo dzisiaj sobie będę kontynuował, bo nie ma księcia, nie ma tu żadnego gościa. Jestem sam, jeden przy mikrofonie. Wreszcie spokojna „Hiperprzestrzeń”. To oczywiście możesz już spokojnie zadzwonić. Nie, jeszcze nie, jeszcze nie podpiąłem mikrofonu.
Radionafali.com taki jest namiar na Skype. Ja tu jak zwykle w ramach akcji przypominamy o słuchowiskach radiowych, czyli na przykład takich jeziorach. Ja tu imituję wszystkie te dźwięki. Pan reżyser dźwięku siedzi i robi te wszystkie stukania, pukania. To jest taki... Nie, żartuję sobie. To wszystko się dzieje naprawdę. Naprawdę i na żywo, słuchaczko i słuchaczku. Ja tu jeszcze podpinam sobie mikrofon, żeby jakby ktoś chciał zadzwonić, to mógł do tego lasu zadzwonić. To co ja miałem powiedzieć, kiedy wszystko podłączyłem?
Kiedy wszystko podłączyłem, miałem powiedzieć, jaki wątek będę dzisiaj kontynuował. Dzisiaj wrócę do bardzo starych odcinków „Hiperprzestrzeni” i wątku, który kiedyś tam poruszyłem w kilku momentach, ale nie wiem, czy wyczerpująco, czy też nie. Dzisiaj wrócę do tego wątku, bo jest to oczywiście ciąg dalszy katastroficznych opowieści. Koniec historii. Katastrofa. Ostatnio ktoś powrzucał na necie, gdzieś ktoś w Ameryce, kto to wie, gdzieś w dalekim świecie, dodatkowe, takie zagubione taśmy różnych refleksji Terrence'a McKenna, którego ja oczywiście bardzo lubię. Może nie zgadzam się ze wszystkim. Jest masa rzeczy, z którymi się absolutnie nie zgadzam, jeżeli chodzi o Terrence'a McKenna. Tak już mam, ale to każdy ma, z niektórymi się zgadza, z niektórymi się nie zgadza. I bardzo dobrze, i niech tak zostanie.
No więc okazało się, że są nowe taśmy, nowe nagrania — tak to można określić — w których można usłyszeć troszkę więcej refleksji Terrence'a na tematy otaczającego nas świata, wszystkich tych spraw, które gdzieś tam łaziły po głowie. No i z tej okazji... Ja tu jeszcze sobie poprawiam nagrywanie, żeby mi przypadkiem gdzieś tam nie wyskoczyło, że jest za cicho, za głośno. Jeszcze sobie podkręcę troszeczkę, żebyś mnie lepiej słyszał, żebyś mnie lepiej widział, żebyś... No właśnie. Chyba już jest okej. Mam nadzieję, że jest absolutnie okej. Przepraszam, to troszeczkę takie techniczne dywagacje muszę przeprowadzać jeszcze, gdyż mam troszeczkę takie pionierskie ustawienia tego sprzętu całego i tak obsesyjnie, no może nie obsesyjnie, ale staram się w miarę zadbać o jakość tego, co trafia do twojego ucha. Szczególnie wtedy, kiedy sobie to odtwarzasz później. Także myślę, że już jest okej.
Nie będzie specjalnie głośniej. Także podkręć sobie u siebie w głośnikach, podkręć sobie u siebie w słuchawkach. Ja tu po prostu nie mogę więcej podkręcić, bo zaczynam trzeszczeć niczym stara szafa. Dobra, to lecę dalej z tą opowieścią, bo kiedyś wspominałem o tych wszystkich historiach, kiedyś tam, dawno temu, o takich legendach. Dawno, dawno temu w „Hiperprzestrzeni” o dwóch słońcach, o układzie spinowym. O kometach nie wiem, czy mówiłem. Gdzieś tam kiedyś wspominałem, ale nie opowiadałem i chcę wrócić do takiej legendy, która stoi — tak mi się wydaje, jest to jedna z tych cwaniackich historii — która stanęła u podstaw jakiegoś takiego dziwnego mitu o dualizmie. A oryginalna legenda jest o dwóch braciach, dwóch siostrach, dwóch tych samych zestawach, dwóch drzewach można powiedzieć. Cokolwiek, ale podwójnie. I jest tu generalnie jeszcze historia z katastroficznym zegarem gwiezdnym, który gdzieś tam się pojawia na świecie.
To są nasze dywagacje. Co to jest? Jest to kupa kamieni po prostu, która jest idealnie wypoziomowana, wymuskana, ustawiona z precyzmem na te bardzo precyzyjne miejsca gdzieś tam na niebie i to z taką znajomością astronomii, że to się w głowie nie mieści. Ja oczywiście jak zwykle lubię wrócić do tych starych kamieni. Dzisiaj sobie troszeczkę wrócę. I do takich historii, które są znajdowane na pustyni, która jest pomiędzy Chinami a Mongolią. Takie dziwne mumie. Jest taki słynny dokument BBC o tych mumiach, bo się okazuje, że tam są mumie, ale mumie generalnie chodzą w ciuszkach w szkocką kratę. Znaczy nie chodzą, bo to są mumie, ale chodziły w ciuszkach w szkocką kratę. Mają takie ubrania.
Mają tak specjalnie tkany materiał, bo specjalni naukowcy zrobili analizę materiału, jak były tkane te rzeczy i się okazało, że szkocka i irlandzka krata i tkane też z owczej wełny. Wygląda na to, że właściwie ludzie, których powinniście spodziewać się gdzieś w okolicy Anglii i Irlandii, Celtowie, właściwie znajdują się na granicy Chin i Mongolii. Jest kilka w ogóle ciekawych historii dookoła tego wszystkiego. I w ogóle jest taki ciekawy obraz świata, który się z tego wszystkiego wyłania. Oczywiście on ma pewien lekki katastroficzny posmak, ale co tam, mam nadzieję, człowieku, że się nie boisz. Dziewczyno, też się nie bój, nie będzie strasznie, tylko odrobinę. Radionafali.com. I właśnie, bo Radio Na Fali jest retransmitowane w Radiu Paranormalium oraz w Radiu Dream Time. Pozdrawiam serdecznie. Peace and love.
Wszystko już chyba powiedziałem na sam początek. Właśnie jeszcze przy okazji pozdrawiam wszystkich użytkowników archiwum Radia Na Fali. Jeżeli ktoś jeszcze nie jest użytkownikiem Radia Na Fali, to jeżeli chce się czuć pozdrowiony, powinien w pewnym momencie, kiedy się nudzi, odwiedzić te archiwa Radia Na Fali. Tam jest troszkę rzeczy. Ja dzisiaj troszkę będę nawiązywał właśnie między innymi do tych starych, gdzieś tam zasiniałych audycji „Hiperprzestrzeń”, bo tam się pojawił temat dwóch słońc. Nie wiem, czy on dalej jest, bo kilka odcinków na przestrzeni historii dziejów, zawieruch, wojen, pożóg i katastrof wyparowało z archiwum, ale troszeczkę tego jeszcze zostało. Także powrócę może od samego początku w ogóle. Powrócę gdzie? Ja wracam. Właśnie tak, wracamy.
Wracamy do starych czasów. Wracamy do pradawnej wiedzy. W cudzysłowie oczywiście albo dosłownie. Nie wiem, człowieku, czy słyszałeś o tym, że jest więcej słońc albo więcej ziem. Można mówić dwa słońca niż na przykład jedno. I że jest na przykład druga Ziemia, a nie tylko jedna Ziemia. I teraz sobie wyobraź, że dawno, dawno temu były takie bardzo ciekawe legendy. Sam początek Bizancjum, kiedy jeszcze nie było katolickie, to troszeczkę inne miejsce i trochę inna wiara. Jest tam oczywiście słynna bogini Isab, ale właściwie nikt nie wie, kim była ta bogini. Właściwie pozostały tylko i wyłącznie reprezentacje, kilka rzeźb, kilka rozkradzionych w British Museum, kilka ukradzionych w Berlińskim Muzeum, troszeczkę ukradzionych w Paryżu, troszeczkę w Ameryce, troszeczkę na miejscu tam zostało, może nie za wiele.
Resztę przejechały amerykańskie czołgi albo jakoś tak. No ale wiadomo, że była taka istota. Jest ona często kojarzona z kultem zaratustrian. To ci kolesie, którzy kręcili się dookoła ognia. Ależ strasznie nieelegancko powiedziałem. No ale to właściwie taka jest prawda. Chciałoby się powiedzieć coś więcej, ale historia taka niby oficjalna polega na tym, że jeden z kolegów odkrył święty ogień gdzieś na jakiejś górze, który nie chciał zagasnąć i stwierdził, że to jest znak od Boga. No i się okazało, że wszyscy inni muszą płacić za to, że to jest znak od Boga, a on teraz rozmawia z Bogiem, który jest wiecznym, niegasnącym ogniem. I oczywiście ma swoje zasady oczywiście do tego wszystkiego, bo nie można tak zwyczajnie, bez zasad. Także to jest zaratustianizm i to jeszcze jest taka w miarę świeża sprawa.
To takie już początki formowania się armii w Armii Mazur. Można powiedzieć, to już tak zaczęło się dziwnie robić na świecie. Era żelaza. Już ten miecz był ważniejszy troszkę od ludzkiego rozumu. Takie dziwne czasy prawdopodobnie się wtedy zaczęły. No ale jeszcze przed tym były inne czasy i w tych innych czasach zostały takie ślady, ślady legend. Oczywiście zawsze można mówić, że jest to historia naciągana do pewnego stopnia. Tak lub nie. Można się spierać, bo jak zwykle już mówimy o czasach, z których oczywiście zostały jakieś tam zapisy, technicznie mówiąc językowe, ale właściwie nikt technicznie nie jest w stanie odczytać tego pisma. Także taki słodki, że tak powiem, joke historii.
Słodki dowcip, który nam zostawiła. Ale zostały rzeźby. No i na niektórych z tych rzeźb jest takie w ogóle ciekawe przedstawienie dwóch braci, że słońce nie jest jedno, tylko że są dwa słońca, że jest troszkę więcej niż mniej, że są dwie ziemie, że są podróże pomiędzy jednymi a drugimi planetami. Słynna historia pewnych tabliczek, które pojawiły się w internecie, a pochodzą od Klausa Donny. Wszystko pojawiło się za pomocą oczywiście Nasira Harameina na jednym z jego show, takich prezentacji, gdzie zostało to pokazane i takie bardzo ciekawe rzeźby na tych kamykach. Latające spodki, kosmici, piramidy, w ogóle science fiction i to takie science fiction, że się w głowie nie mieści. Nie chcę tutaj opowiadać takich konkretów, bo też właściwie nic poza tymi obrazkami. Tak samo jak ty. Nie wiem. No po prostu są takie obrazki.
Okej, mam swoje spekulacje, które będę dzisiaj troszkę nadciągał w tym kierunku i się, że tak powiem, uzewnętrzniał. Nikt z nas nie wie do końca, co to jest. Wiadomo, że nie jest to z tej ziemi, bo to widać. Idiotą nikt z nas nie jest i każdy z nas dokładnie widzi, że są pokazane planety, są pokazane pojazdy z innych planet, dodatkowe istoty i są pokazane dwa słońca. Są ciekawe historie na ten temat. Ale wracając do Bizancjum, tam cała ta historia zaczyna się od dwóch słońc. Tam była taka, nie wiem, czy to był kult, czy cokolwiek. Ślad starodawny prowadzi do opowieści o mieście, w którym wierzono w dwóch braci: słońce i jego brata. Że słońce miało brata, rozumiesz człowieku? I że to jest reprezentacja tego, jak działa cały kosmos.
I na podstawie tego później, kiedy w Bizancjum pojawili się katole, dalej były to dwie osoby i tą drugą osobą akurat w tym przypadku była żona cesarza. Ale dalej były dwie. I dalej zasada tych dwóch postaci, dwóch słońc, królestwa czy cesarstwa została teoretycznie, politycznie, niby, przynajmniej tak jest u kronikarzy zachowana. Nie wiem, ile z tego jest naciąganej prawdy, ile z tego jest rzeczywistości. Nie wiadomo, dla kogo pracowali ci kronikarze. Kto to wie. Wiemy natomiast, że stare rzeźby przedstawiają jak nic coś, co możemy nazwać dwoma słońcami. I cała ta historia przede wszystkim z kultem słońca. To się w ogóle dzieje. Do tego jest bardzo świeże, może na tą cywilizację, bo sięgające 30, 20 lat stwierdzenie.
Ono oczywiście zostało potwierdzone kilka razy. Można nawet stwierdzić, że Nikola Tesla o tym mówił. O takim ruchu spinowym. Kilku ludzi mówiło na ten temat. Co znaczy ruch spinowy? To znaczy mniej więcej tyle, że są dwa obiekty, które poruszają się po elipsach. Im bliżej są siebie, tym bardziej przyspieszają. Kiedy się oddalają od siebie, zwalniają. Tak jak dwa magnesy puszczone na sznurkach obracające się dookoła siebie. Jak są blisko, to się przyklejają i przyspieszają, a w drugą stronę się odpychają.
Cały koncept mówi o tym, że jest pewna siła. Nie wiadomo, jak to nazwać. Naukowcy różnie to nazywają. Generalnie chodzi o maszyny, które robią „bib” i te maszyny, które robią tajemnicze „bib”, pokazują pewną anomalię, która objawia się częstym „bib” w pewnym polu kosmosu i wtedy jest „bib”. Ta anomalia to jest coś takiego, że jest coś, czego nie widzimy, jakiś obiekt kosmiczny jak nic. Obiekt kosmiczny wpływa na cały układ. To jest jedna z tych niewidocznych sił, którą widać tylko po oddziaływaniach na innych planetach. I że jest taka luka w naszym Układzie Słonecznym w jakiś dziwny sposób skonstruowana, że coś może tam być. Jest taki koncept. Akurat tak się składa, że to jest po drugiej stronie Słońca i ciężko tam zajrzeć nawet teleskopem, nawet jakimkolwiek sprzętem, ponieważ Słońce emituje tak radosne promyki, że po prostu zakłóca wszystko.
Niektórzy nazywają to czarnym słońcem. Widzę na czacie. Pozdrawiam wszystkich obecnych na czacie serdecznie. Zauważyli i przypomnieli sobie ten odcinek „Czarne Słońce”. Dokładnie tak się chyba nazywa ten odcinek „Hiperprzestrzeni”, „Czarne Słońce”. W każdym razie zapis o tym, że kilku naukowców wpadło na taki dziarski pomysł jest. Nazwali to układem spinowym. Okazuje się, że wiele obiektów w naszej galaktyce jest poddana procesowi jak ruch spinowy. Jest taka ciekawa historia, że na przykład wszystkie komety, które lecą do Ziemi, ten deszcz leonidów, cokolwiek to jest, kosmiczne historie, lecą dokładnie z tego samego kierunku, co pokazuje jasno i wyraźnie, że jesteśmy w ruchu i według tego kierunku teoretycznie można sobie wyliczyć gdzieś tam, jak szybko leci ten statek kosmiczny względem innych statków kosmicznych, innych planet. Nikt do końca nie wie.
Wiadomo, że jest taki ruch spinowy. Wiadomo, że prawdopodobnie, bo wiele na to wskazuje, jest to obiekt, który ma sygnaturę albo Ziemi, albo Słońca, albo mamy do czynienia dokładnie z tą samą galaktyką. I tu jest cały numer w tej koncepcji, który mi się najbardziej podoba, bo w pewnym momencie, o ile na początku były takie nieśmiałe próby, może druga Ziemia po drugiej stronie Słońca albo coś. Tu się okazało, że właściwie mowa jest chyba bardziej o takiej galaktyce, która przechodzi przez naszą ekliptykę. Ekliptykę naszej galaktyki oczywiście. I że to jest taka, można powiedzieć, bliźniacza historia, że my spotykamy coś, co jest lustrzanym odbiciem tej samej energii, z której jest zbudowane wszystko w tej części kosmosu i ten cały statek kosmiczny, na którym właśnie podróżujemy. Może tak być. To jest ciekawa koncepcja. Została potwierdzona poprzez obserwacje astronomiczne i kilka innych rzeczy. Można tu godzinami opowiadać.
Jest kilka historii na ten temat, takich naprawdę poważnych. Sporo ludzi aktualnie się zajmuje badaniem takich teorii. Zresztą NASA używa między innymi takich trajektorii do wyliczania potencjalnych miejsc, gdzie może przywalić na przykład jakiś meteor albo coś. Przynajmniej nawet na ich zdjęciach to widać, że robiły sobie takie ekliptyczne historie i mówią, że to jest obiekt, który wraca do nas po obrocie tysięcy lat gdzieś tam i czasami przelatuje obok Ziemi. Takie cykliczne historie. Ale te cykliczne historie mówią jasno i wyraźnie, bo to jest logika cyklicznej historii, że to nie jest coś, co się dzieje tak nie wiadomo skąd, tylko cykliczna historia, to znaczy, że jest pewien proces, jest pewien ruch, który się nie zmienia i ten ruch to jest dokładnie ta historia. Tak sobie myślę, bo jedno stanowi drugie. I właśnie ten ruch spinowy to jest dokładnie to samo, co się wydarza z atomami. Kiedy są blisko siebie — przyspieszają, kiedy oddalają się od siebie — zwalniają. To tak jak dwa magnesy, które się przyciągają, kiedy są blisko ten ruch jest dosyć dynamiczny i kiedy są daleko, ten ruch jest dosyć powolny.
I ta ponoć historia się dzieje z całym naszym kosmosem. To jest w ogóle cała ta sprawa związana z czymś, co w hinduizmie, nie tylko w ogóle w Indiach, bo to nie jest tylko zawężone do hinduizmu. To jest ta opowieść o cyklach, którym podlega cała ta nasza planeta. Złotym cyklu, srebrnym cyklu, brązowym cyklu, żelaznym cyklu i z powrotem do góry, do złotego cyklu. Złotego wieku. Złotego wieku człowieka. Człowieku! RadioNaFali.com, „Hiperprzestrzeń”. Tak. I ja tu sobie siedzę i się zastanawiam troszkę nad tym wszystkim.
Właśnie wracam do tej całej opowieści, bo tu jeszcze mam książki ze sobą. Mam wiele rzeczy dookoła tego szalonego tematu. Tematu katastroficznego. Ale wróćmy może troszkę do tych legend, bo to jest w ogóle ciekawa sprawa, że te legendy o dwóch braciach to jest coś, co się nagminnie powtarza praktycznie wszędzie, na każdym kontynencie. W ogóle często mity stworzenia są oparte właśnie o ten moment, że było coś jedno, później się rozdwoiło, jedno gdzieś w jedną stronę, a drugie w drugą stronę. I na podstawie dokładnie tego, że się rozeszły dwa kierunki w wielu miejscach, tak mi się wydaje, powstał koncept dualizmu, który przez niektórych trenowany jest do dzisiaj. Wynika to, tak mi się wydaje, z troszeczkę złego zrozumienia owej legendy. Bo jeżeli połączyć to wszystko powoli w jedną wielką całość, a to jeszcze nie koniec, czyli z tym układem spinowym, któremu podlega nasza galaktyka, który jest dosyć wyraźny, widoczny, charakterystyczny. Jeszcze się okazuje, że są rzeczy, o których jeszcze nie wiemy, a niedługo być może się dowiemy, bo na razie widać tylko ich oddziaływanie, aczkolwiek nie wiadomo, jak się o nich dowiemy. To jest też ciekawa sprawa, ale o tym to może też mi się zdąży dzisiaj powiedzieć.
Właśnie, bo legendy o dwóch braciach są sklejone z reguły z tymi najstraszniejszymi budynkami. Jest taki numer z Aztekami i Majami, tymi rzeźnikami w Ameryce Południowej, że oni, o czym doskonale wiedzą wszyscy znawcy tematu, o czym się nie mówi zbyt często. Z reguły uznaje się ich za rdzennych mieszkańców, którzy odpowiadają za te wszystkie piramidy i tak dalej, i tak dalej, że to jest niby ich historia. Chociaż w rzeczywistości, o czym, tak jak wspomniałem, prawdziwi badacze tematu doskonale wiedzą, ci dżentelmeni właściwie przyszli z lasu, z dżungli i znaleźli stare, porzucone miasta. Następnie pod pretekstem tego, żeby oddawać kult starym bogom, ustanowili swoje, że tak powiem, rzezińskie rytuały, bo właściwie niewiele robili i się okazało, że pod pretekstem oddawania kultu bogom można sklepać kogoś innego i zabrać mu to, co można mu zabrać. Inna sprawa, że zwariowali nieprzeciętnie na punkcie zabijania się nawzajem. To było pełne szaleństwo, ale nawet oni twierdzili, że wszystkie te budynki oni zastali gdzieś tam dawno, dawno temu w dżungli i tam po prostu sobie przyszli. I że to są wybudowane przez bogów miasta i że oni nigdy tam nic nie budowali. Oni ustawili kilka tam steli z takiego miękkiego wapienia, z kilku takich, że tak powiem, miękkich skał, gdzie sobie, że tak powiem, kontynuowali część swojego zapisu, bo jak na ironię nagle takie dzikusy, które dorwały się do miasta, nagle posiadały taką bardzo ciekawą wiedzę, jak sobie robić zapisy, jak sobie robić matematykę, obserwacje astronomiczne. Tak że była jakaś biblioteka informacji, z której oni sobie skorzystali gdzieś tam u zarania dziejów, zanim zwariowali.
Przynajmniej na to wygląda. Przynajmniej tak mówią stare hiszpańskie kroniki pisane przez jezuitów, którzy dotarli tam z pierwszymi rzeźnikami. Zresztą to to samo. Jedno i to samo. Jezuita, a nie rzeźnik. Przecież to jest jedno i to samo. Ta sama praca. Zawsze tak było. I z tej okazji wiemy właśnie o czymś takim jak legendzie stworzenia, która gdzieś tam ocalała. Dokładnie chyba oficjalnie przetrwało tamtych pięć ksiąg z całej Ameryki Środkowej i Południowej, z Mezoameryki, tak można powiedzieć, tych kodeksów.
Drezdeński kodeks i jeszcze jakieś tam cztery inne. Przy czym właściwie ciężko nazwać to przetrwaniem, bo mówimy o pojedynczych kartkach często. Się okazało, że kazano to spalić, wszystko doszczętnie spalić. I tam była cała ta informacja, na którą się owi szaleńcy powoływali po to, żeby móc wyznawać swojego boga. Tak że jak na ironię, pomimo że zwariowali, to przez swoje szaleństwo bardzo precyzyjnie zapisali wszelką informację matematyczną, taką werbalną, którą mogli przekazać w werbalny, nauczalny sposób. Całą arytmetykę, kosmologię, wszystkie tego typu sprawy. No i stąd się brał między innymi ich kalendarz. To nie pochodziło od nich absolutnie. No i jak się okazuje, nawet oni posiadali taką wiedzę. No i właśnie nawet Hiszpanie to zauważyli, że to troszeczkę dziwne jest.
No ale niestety zniszczono praktycznie prawie wszystko, ale prawie nie oznacza, że wszystko. No więc zostało troszeczkę budynków i zostały takie bardzo ciekawe budynki. Nie pamiętam w tym momencie, nie mam żadnego zdjęcia ani żadnej nazwy pod ręką. Znajduje się to gdzieś w Meksyku, na Jukatanie. Takie miejsce, gdzie stoją takie pilary kamienne. Nie wiem, z jakiego jest to kamienia, czy twardego, czy miękkiego. Ciężko mi to powiedzieć. Rzecz jest diabelnie stara i o wiele starsza niż wszelkie kultury, które jawimy jako Majów, Azteków albo coś w tym stylu. Wszystkie te, które zastali Hiszpanie na miejscu. Nie, to nie ma z tym nic absolutnie wspólnego.
Coś bardzo starego, ale mi się nie mówi i nawet nie czuje. I te bardzo stare kamienie zawierają kalendarz. Właściwie kalendarz, zawierają numerki. Wiedza o numerkach przetrwała dzięki tym szaleńcom, którzy później to zmanipulowali swoją szaloną, krwawą religią odcinania sobie wszystkich możliwych kończyn i wycinania sobie serca. Ale matematyka została. Zresztą w Rzymie też matematyki trochę zostało. Niewiele, bo niewiele, ale pomimo tego rzeźnictwa i szaleństwa trochę zostało. I ta matematyka wskazuje na bardzo zaawansowane cykle gwiezdne. I mówimy o cyklach, które właściwie możemy określać w naszym czasie jako 26 000 lat, 12 000 lat. Takie bardzo konkretne, bardzo precyzyjne kalendarze gwiezdne, które pokazują wszelkie skrzyżowania się potężnych, dużych cykli.
Właściwie nikt do dzisiaj oficjalnie nie jest w stanie stwierdzić, gdzie i w jaki sposób zapisano sens podawania takich cykli, bo właściwie to jest to coś, co istnieje też w wielu innych miejscach na świecie. Też piramidy w Egipcie. Domyśliłeś się doskonale, słuchaczu i słuchaczko. Ty też się domyśliłaś doskonale, że w Azji wszystkie te tajemnicze budynki też. Stonehenge to dawno temu, bo Stonehenge przebudowano już tyle razy. Tam te kamienie mają podmurówkę z betonu zrobioną w latach 50., bo postanowiono to poustawiać tak, żeby turyści mieli łatwiejszy dostęp chyba . Na nowo. Ale tam już przestawiali kamienie od jakichś 100 lat, także niewiele zostało z oryginału. Także Stonehenge to jest taka troszeczkę wizualizacja brytyjskich archeologów, można powiedzieć. Natomiast jest troszkę takich budynków w Azji, jest teraz troszeczkę tych nowych budynków znajdowanych.
Jest jeden taki, o którym mówiłem, poza oczywiście Göbekli Tepe, tej słynnej historii, o której też wspominałem. Jest cała historia w Azji, w Rosji, gdzieś na Syberii. Potężne kamienie. Naprawdę widziałem zdjęcia, nie pamiętam żadnej nazwy, ale wyglądają dokładnie tak jak wszystkie rzeczy gdzieś w Cuzco albo coś takiego. Takie pozlepiane ze sobą potężne kamienie, tylko że troszkę większe niż w Cuzco, rozmiarami przypominające te głazy z Baalbek. A to są takie potężne, gigantyczne, granitowe głazy, które leżą gdzieś na środku nie wiadomo czego, w środku pola i nikt nie wie, kto to w ogóle zrobił. Bo samo wykopanie tego, właściwie nikt tego do tej pory nie podniósł, bo jest to zbyt ciężkie, żeby to podnieść. Nawet nie ma sensu wykopywać ziemi, bo w sumie po co? I tak tego nikt nie podniesie. I tak sobie leżą dwa takie.
Do pewnego czasu, chyba dwa lata temu, bo oficjalnie leżał jeden, odkryto drugi, który się okazał jeszcze większy od tamtego. To troszeczkę tak, jak z tymi głowami Maui na Wyspach Wielkanocnych, gdzie wszyscy myśleli, że są to takie popiersia zakopane w ziemi, a tu się okazało, że to nie są popiersia, bo tego popiersia jest jeszcze dwa razy tyle pod ziemią niż nad ziemią do tej pory wystawało. Także okazuje się, że jest tego troszeczkę więcej. I sama warstwa geologiczna tutaj bardzo wiele podpowiada, że bardzo dużo czasu musiało minąć i że na pewno nie ma to nic wspólnego z żadnymi kulturami typu Majowie, Aztekowie. Skądkolwiek by oni nie pochodzili, jakiekolwiek tradycje by nie przechowały się w ich kulturze, czy matematyczne, czy jakiejkolwiek innej wiedzy, tak czy siak nie oni byli budowniczymi piramid. I stoi takie miejsce gdzieś tam w tym Yukatanie. Taki potężny plac. Na tym placu cały z jakichś granitowych chyba płyt, takich solidnych. Nieźle to wygląda na zdjęciach. Nigdy tam nie byłem, ale na zdjęciach wygląda naprawdę imponująco.
I stoją takie cokoły, które są odpowiednio ustawione na niebo i są takie odpowiednie miejsca. Jeżeli staniesz w takim konkretnym miejscu, to od razu widzisz całą galaktykę, to, co widać z Ziemi w takim układzie geometrycznym i widzisz, czy na przykład planety pasują do końca jednego cokołu, do końca drugiego symetrycznie, czy nie. Widać, że jest to centralnie taki gwiezdny kalendarz. Zresztą z tym gwiezdnym kalendarzem są nieustanne numery. To jest ta słynna historia, o której mówi Michael Tellinger od lat. To jest coś, co zauważył jego kumpel, kiedy leciał już chyba po raz setny albo tysięczny, wracając do domu z pracy, bo był pilotem i miał firmę, która wynajmowała awionetki. Tudzież sam się wynajmował do takich lotów opryskowych, opryskując pola jakimiś nawozami gdzieś tam na południu Afryki. I znalazł, przelatując na skróty, gdzieś tam go burze przegnały, taki płaskowyż, na którym jest masę takich zaokrąglonych kształtów z góry widocznych tylko i wyłącznie. Takie okręgi od pięciu do siedmiu metrów, koncentryczne jeden w drugim, czasami trzy razem ze sobą, połączone ze sobą takimi małymi dróżkami. Wyglądają jak takie zabawne, śmieszne rysunki.
Jakby ktoś rysował kółko w kółku, łączył sobie kreskami ze sobą, połączone na potężne odległości na takiej potężnej sawannie. I tam jest taki uskok, bo kończy się jedna skała, zaczyna się druga, która opada i zamienia się w potężną jakąś tam lokalną afrykańską sawannę. A na górze tego uskoku znajduje się coś w rodzaju prawdziwego, właściwie nie coś w rodzaju, tylko takie prawdziwe Stonehenge, tylko że w Afryce. Taki prawdziwy kalendarz gwiezdny, którego nikt... Teraz już ruszył. Który wskazuje też idealnie na bardzo specyficzne cykle na niebie, które dokładnie powtarzają się z tym wszystkim, o czym jest mowa właśnie w Ameryce Południowej. Ja tak się czepiam ciągle tego jak pijany płota, ale to naprawdę istotna sprawa moim zdaniem, bo to pokazuje pewną kompleksową wiedzę astronomiczną, która za tym stoi i to warto sobie przypominać. Przynajmniej ja lubię sobie przypominać. Nie wiem, to może wyraz mojego troszkę, jakieś takiej obawy, że skretynieję albo coś. I don't know Ale to istotna sprawa, bo tam jest masa wiedzy, tak mi się wydaje, bo to jest początek chyba tej całej informacji, która teoretycznie powinna do nas dotrzeć w tej cywilizacji, a w ogóle nie dotarła.
My tu w ogóle mamy jakieś religie, jakieś wojny, jakieś zabawy takie słabo, że tak powiem, gastryczne, słabo strawne. A tu w ogóle taka gruba sprawa, że w ogóle są dwa słońca, że mogą być dwie ziemie. I w ogóle numer mówi o tym, że to nie jest tak, że to jest układ widoczny, to jest w ogóle coś, co się pojawia. To jest takie zjawisko, które można powiedzieć napada nas jak sytuacja, która wyskakuje zza rogu. To nie jest coś, co widzimy gdzieś daleko na horyzoncie. Dlatego właśnie posługiwanie się tymi kalendarzami gwiezdnymi, żeby móc to sobie określić, bo nie jest to nic, co można wypatrzyć z daleka. I często w tych opowieściach, legendach o dwóch braciach jest, tak mi się wydaje, jeżeli się przyjrzysz tej całej sprawie, to zauważysz, jak raptowny jest tam rozwój wydarzeń, jak drapieżne są to legendy. Cała ta indiańska legenda, zdaje się aztecka, gdzie tam wchodzą do jaskini, żeby tam wyzwolić duszę taty od potężnych potworów, które chciały ich zjeść. I tam w ogóle opowieść jak z Christiana Andersena, że małe dzieci wrzuciły Babę Jagę do pieca i ją zjadły, jeszcze zanim zdążyła się dopiec do końca. Po prostu jejku!
Straszne. Chodzi o taki dualizm, że zawsze jest to pokazywane jako dwóch takich, że tak powiem, przeciwstawnych urwisów. Historia z Indii bardzo może dobrze niektórym tu znana podejrzewam, która mówi o tym, że też właściwie dwóch braci, że tam takie braterskie w ogóle zaszły. Było bardzo blisko i nagle ciach, rach, ciach. Jest wojna na vimany. Latają, zrzucają ładunki prawdopodobnie termonuklearne. Zielone szkło jest wszędzie. Jest takie szkło, które tutaj mam. To nie jest moje. Dostałem, żebym potrzymał, zobaczył co to w ogóle jest i się przyjrzał sprawie.
Wiecie o co chodzi. Zostawiono mi, żebym potrzymał, ale muszę oddać. Jest to taki kamyk przywieziony z Indii. Nie pamiętam jak on się nazywa. Ma jakoś obsidian. Nie, to chyba nie jest to. Nieważne. Powiem ci, jak kamyk wygląda. Kamyk jest przeźroczysty, jest jak szkło, ale jest jak czarno-zielone szkło. I kamyk jest z wulkanicznego pyłu w środku.
I kolesie w Indiach, którzy są takimi joginami albo jakoś tak trenują jakieś takie wytrwałe historie patrzenia się w słońce, odżywiania praną. Korzystają z takich kamyków i przykładają je sobie to miejsce, które się nazywa trzecim okiem. Ja sobie nie przykładałem. Znaczy próbowałem parę razy sobie przyłożyć, ale akurat to nie jest chyba moja historia. Ja to i tak mam wystarczająco opowieści takie, że huhu dla siebie, że już nic nie muszę przykładać do swojego czoła swoją drogą. Ale ciekawa historia, że jest taki kamyk i ten kamyk to jest szkło, które ma zatopiony kawałek skały wulkanicznej. No i tu jest pytanie, skąd to się wzięło? Jedna odpowiedź jest taka, że z wulkanu, a druga rzecz, że szkło ma taką dosyć specyficzną temperaturę topienia, w ogóle powstaje w takich dziwnych warunkach. I to szkło w tym kamyku ma odrobinę takiej właśnie drobnej radiacji, która nie powinna pochodzić teoretycznie z wulkanu, bo jak z wulkanu, to właśnie bez radiacji. Jest wszędzie na pustyni i to na Saharze, takiej właśnie przy piramidach, na tej konkretnej pustyni takie zielone szkło znajdowane.
W grobowcach faraonów jest znajdowane to zielone szkło. I to zielone szkło, poza tym, że to jest stopiony kwarc i słania się wszędzie po całej długości pustyni, to jest jeszcze lekko radioaktywne. Jak to wygląda? Wygląda to trochę tak, jakby ktoś walnął takimi potężnymi ładunkami, nie wiem, plazmowymi, termonuklearno-plazmowymi albo cholera wie co, walnął na potężnej rozpiętości nad pustynią i dokładnie w tym miejscu tak usmażył piasek, który jest kwarcem. Bo piasek to jest polimer kwarcu, tego samego kwarcu, który jest taki błyszczący jak rośnie i tak dalej. Dokładnie ten sam polimer kwarcu. I piasek w tym momencie zaczyna być taki przeźroczysty, zaczyna się topić i dodatkowo jeszcze zaczyna się lekko napromieniowywać. I to jest właśnie to zielone szkło. Jest kilka zagadek w historii cywilizacji, że człowiek się drapie po głowie. Jest kilka jezior, które mają takie dna, że wygląda jakby ktoś tam centralnie zrzucił jakiś ładunek termonuklearny, bo to nie jest normalne.
Tak samo jak ta słynna sprawa z kraterami na Księżycu, które centralnie wyglądają jak po przyładowaniu jakiejś bombki. Jakoś tak mi się wydaje. Jest kilka teorii na ten temat. Oczywiście zawsze można się spierać, bo oczywiście nikt z nas nie ma żadnego dowodu, poza tym, że okej, mamy troszeczkę zielonego szkła, mamy troszeczkę bardziej ciemnego zielonego z Indii szkła i jest kilka różnych załamań w gruncie, które bynajmniej nie są naturalne, które ciężko inaczej wyjaśnić. Ale to są ciągle kwestie dla niektórych sporne. Sporne, bym powiedział. No właśnie, a czy może nie jest tak, że historia wygląda zupełnie inaczej? Ja to tak myślę, że może być tak, że to jest ta zapomniana część historii. Właśnie cała ta sprawa z dwoma słońcami, z dwoma braćmi. Czarne słońce, druga planeta Ziemia, coś w układzie paro.
Bo właściwie wszystko, co tu funkcjonuje, pierwsze co robi, to funkcjonuje w takim układzie na dwa. Jest jedno i się dzieli. Tak funkcjonuje komórka. Wszędzie widzimy tak zwaną synergię, współpracę ze sobą dwóch ośrodków. Tata, mama i jest dziecko. To jest taki standard. Oczywiście od tej strony wydaje nam się takie naturalne, bo to przecież tak jesteśmy skonstruowani, ale właściwie wszystko jest w kosmosie tak skonstruowane. Jeszcze dochodzi do tego ta tajemnicza geometria, która nie wynika z żadnych boskich, niesamowitych przekazów, tylko wynika z informacji, która została po nie wiadomo kim dawno na planecie Ziemia na temat rzeczywistej astronomii cyklów, kiedy się mijają planety, jaki tworzą kształt na niebie. Bo to jest cała ta historia alchemiczna, że cały kosmos jest jednym wielkim kryształem. I ja bym się nawet z tym zgadzał.
Dlatego niektóre kryształy oddziałują na niektórych z nas w taki, a nie inny sposób, że się na przykład czujemy lepiej albo gorzej. Niektórzy ludzie mają takie historie z minerałami, jak biorą do ręki. Nie wszyscy, bo nie jest to oczywiście masowe, ale zdarza się. Ale czym jest kosmos? Kosmos jest dokładnie tym samym kryształem i to oddziałuje na nas non stop. Także te zapisy o tych wszystkich prawdziwych horoskopach, o tych przesunięciach gwiazd i tak dalej, ja od jakiegoś czasu już troszkę bardziej sensownie traktuję, bo za tym stoi bardzo ciekawa matematyka schowana gdzieś w dżungli, w tych starych budynkach, w Indiach, w starych, dziwnych resztkach, które zostały po kodeksach indiańskich. Tego jezuitom nie udało się spalić. Był taki jeden koleś, który to uratował i jemu to wszystko zawdzięczamy. Ale on miał uratować tylko jeden, reszta miała ulec spaleniu. Ale ponoć, takie słuchy chodzą, tak słyszałem i to było jakieś półtorej roku temu, w Stanach Zjednoczonych, gdzieś w prywatnej kolekcji w Nowym Jorku pojawiło się kilka kartek i pojawiła się informacja, że ktoś ma jakiś ekstra zaginiony kodeks i parę kopii, takich fotokopii z kilku stron tego kodeksu wyciekło.
Ja widziałem chyba tylko trzy. Wygląda okej. Wygląda dziwnie, ale każdy z kodeksów wygląda dziwnie, bo historia z tymi kodeksami jest też swoją drogą dosyć egzotyczna i nie do końca było to dzieło tylko i wyłącznie Indian, jak na ironię. Przy niektórych wypadkach było to dzieło Indian, którzy siedzieli i pisali to po dyktando jezuitów tam na miejscu. Poważnie. Ale to już w ogóle historia na osobną opowieść. Ja to zostawię sobie gdzieś na te wszystkie południowe nastroje, te południowe historie dzisiaj zostawiam. Dzisiaj jest bardziej katastroficznie. Wracając do tych katastroficznych zegarów z kamienia i tego zegaru w Afryce, o którym chyba nawet wspominałem ostatnio, rozmawiając z księciem Edwardem, że aktualnie muzeum narodowe gdzieś tam za Ibi, tam, gdzie znajduje się ten kamienny krąg, ten, który został odkryty parę lat temu. Ten niesamowity, ten, który przetrwał ponoć, bo tak wskazuje ułożenie gwiazd, żeby się zgadzało z tymi wszystkimi ustawieniami kamyków, cofając do tyłu jakieś 36 000 lat.
To dosyć sporo jak na cykl. Lokalne muzeum, właściwie to lokalni historycy, postanowili wziąć, właściwie Ministerstwo Kultury, zabrać ten największy kamyk ze środka, który ustawiał pozycję całego kosmosu do muzeum pod pretekstem, że na miejscu uszkodzi go erozja. A więc usunięto elementarny element, kluczowy, bym powiedział, działającego zegara po to, żeby przestawić go do muzeum. Jest teraz podobna historia. Nie wiem, czy się żaliłem już wcześniej z Göbekli Tepe w Turcji. Żalił się też Graham Hancock, że obudowują to wszystko teraz dachem z góry i teraz jak się przychodzi na przykład wieczorem, to nie widać gwiazd i nie widać, jak to wszystko elegancko ze sobą śmiga. A ponoć widok jest nieziemski, że człowiek stoi, widzi te kamienne budynki na dole, patrzy się, patrzy na gwiazdy i dosłownie widać, jak to jest dokładnie tak samo zbudowane. Do czego piję tutaj? Bo ja tak cały czas zawijam, że widać te jakieś 2000 lat i cykle 20 000 lat. Macham książką, machuję notatkami.
Ale chodzi oczywiście o to, że w tym momencie mamy dokładnie ten sam punkt. Nagle te wszystkie gwiazdki, które mamy na niebie, zaczynają się zgadzać z tym, co jest na tych kamiennych budyneczkach. Hehe. Taki czas! Czy jest siła w nas? Oczywiście, że jest siła w nas, a ja tu się czuję dosłownie jak Colombo albo jak Sherlock Holmes. Właśnie przed chwilą dostałem bardzo ciekawe... Pozdrawiam serdecznie, Konradzie. Konrad właśnie teraz słucha i w ogóle pozdrawiam serdecznie Edmonton, okolice Calgary. Właśnie dostałem zdjęcia, bardzo fajne zdjęcia rzeczy, które tam są znajdowane wszędzie, jak się okazuje.
Tutaj są zdjęcia z kamienin zrobione przed chwilą telefonem komórkowym. I najlepszy numer jest taki, że tam są kawałki takiego zatopionego szkła z kamieniami i kośćmi. Tak jakby nagle coś grzmotnęło i to tak grzmotnęło, że chyba grzmotnęło nieźle. Tam jest historia z tym, że właśnie w tamtym miejscu coś przywaliło i to konkretnie. Są dwie hipotezy. Jedna mówi, że ruszył lodowiec i to tak konkretnie ruszył, że wyrwało Wielki Kanion Kolorado, że poszedł przez całe Stany i dlatego jest taka piękna, malownicza autostrada teraz z takimi widokami malowniczymi. Jeżeli się jedzie from West Coast to East Coast, czy jakoś tak, to jest właśnie to dziwne coś, ten Kanion Kolorado. Tam ściekała ta woda, która wywaliła dawniej z lodu, który znajdował się tysiące mil stamtąd, gdzieś, gdzie była przysłowiowa Grenlandia. I że coś tam, takie wielkie jezioro lodowcowe, które powstało, się przetopiło, przerwało, coś się zatrzęsło. To jest pierwsza hipoteza i generalnie są ślady czegoś takiego, że był taki pływ wody, bo wyrwało tam pół kontynentu i z korzeniami wyrwało.
Ale też są bardzo dziwne ślady. Jest tak zwany mój ulubiony electrofossilizing. Jak to brzmi? Electrofossilizing, czyli takie elektryczne skamieliny, można powiedzieć. Coś, co skamieniało pod wpływem prądu elektrycznego, dużych ładunków elektrostatycznych. I są takie całe lasy gdzieś w okolicach Kalifornii, zdaje się Nowego Meksyku. Takie potężne lasy, potężne paprocie, które tam sterczą do pięciu metrów, że jak kolesie kopią w ziemi, bo tam są kopalnie srebra czy coś, to czasami trafiają na takie pokłady i po prostu stoi dosłownie węgiel drzewny w pionie, że jak wykopują, to wykopują cały taki węgiel drzewny w postaci i formie wręcz takiej paproci, która rosła nie wiadomo kiedy. Właściwie nie wiadomo, jak to datować, bo w sumie jest to i stare, i młode. Tu oczywiście kreacjoniści mają swoje używanie, bo oni twierdzą, że to jest potwierdzenie tego, że Bóg stworzył świat w ciągu siedmiu dni. Nie, w to bym nie wierzył.
Raczej bym nie wierzył. Jest to zapis pewnego stanu energetycznego, który naprawdę mocno trzasnął. I tu jest historia w ogóle związana z tym ruchem spinowym. Właściwie ciekawa rzecz o tych dwóch braciach jest taka, że jeden jest niewidoczny, a drugi jest widoczny albo dla odmiany i oni się widują tylko przez jakiś czas. I tu można się śmiać oczywiście. Ja się czuję już prawie jak inspektor Clouseau à propos tej katastrofy, tego wszystkiego. Proszę spojrzeć na lata Sfinksa, proszę państwa. Tam kilku geologów się zajęło tematem. Kilku się konkretnie zajęło i to kilku nawet profesorów geologii. No i się okazało, że Sfinks jest diabelnie stary i że jak dla dowcipu jeszcze te świątynie obok są wykute dokładnie z tego piaskowca, z którego został wykuty.
Bo to jest coś wykute w skale. Ktoś po prostu usunął nadmiar takiego płaskowyżu skalnego, granitowego i z tego nadmiaru wybudował sobie jeszcze coś. Przy czym oczywiście ilość tego materiału, która jest zużyta na zewnątrz, świątynia Abidos między innymi, jest troszeczkę za mała jak na pojemność tego, co ubyło przy budowaniu Sfinksa. Ale tu znowu się okazuje, że są historie z podziemiami, które są pod spodem. I też inna sprawa, że Kair w ogóle powstał dzięki piramidom. Przecież gdyby tam nie było można sobie urwać kawałka cegły i nikt za to po pysku nie wystrzelał, to przecież nie byłoby Kairu. Tam pół miasta jest zbudowane z tych piramid, wszystkie lokalne kościoły przecież. Standardowy numer. A co się wydarzyło w Hiszpanii? Co się wydarzyło w Cusco, w wielu innych miejscach w Peru, w Meksyku?
Co się wydarzyło też w słowiańskiej Polsce? Gdzie stoją kościoły? Na dawnych kręgach kamiennych bardzo często. Właśnie jest takie jedno miejsce w Polsce. To jest w ogóle fenomen. Ja dałem ciała kompletnie, bo zapomniałem sobie sprawdzić miejsca, ale człowieku, poszukaj, zrób sobie research. Ja i tak nie mieszkam w Polsce. Bywam tam tak rzadko, że nie wiem, czy kiedykolwiek będzie mi dane to zobaczyć na moje własne oczy, ale poszukaj, bo są takie kościoły w Polsce, które mają wmontowane w ściany takie głowy, takie kamienne, rzeźbione głowy. Przy czym oczywiście widać, że erozja tych kamyków, które są wyrzeźbione w kształcie głów, jest tak potworna, że te kamyki są xxx razy starsze od tych kamyków obok, z których zbudowana jest cała reszta kościółka. A to są takie stare kościoły jeszcze takie z okresu romańskiego, gotyckiego, takie początki stawiania nowej rzeźnickiej władzy w nowym kraju i czynienia sobie poddanych.
I w ramach czynienia sobie poddanych na pierwszy, że tak powiem, rzut poszła stara wiara i stara wiedza. I się okazuje, że gdzieś te posągi, które znajdowały się w Polsce, nie tylko w Polsce, bo też na Ukrainie, na Białorusi, troszeczkę na Litwie, gdzieś tam w Rosji, zapewne trochę jest w Bułgarii, jest tego trochę w Europie. To jest ta cała historia o Słowianach, że to wcale nie było takie nie wiadomo co. W końcu są monety, także wiemy, że nie było nie wiadomo co. Tylko że oczywiście nikt tego oficjalnie nie potwierdza, ale to już kwestia tego, czy ktokolwiek z nas potrzebuje oficjalne potwierdzenie, bo ja niespecjalnie. Ale wracając do tej historii, jest tam ślad działania takich, można powiedzieć, tajemniczych mocy właśnie u tych Słowian, tych kalendarzy. Znaczy ja tak mówię, tych dziwnych, tajemniczych mocy. Chodzi o tą informację, bo jest takie miejsce, Puma Punku się nazywa, w Ameryce Południowej się znajduje. Właściwie nikt nie wie, jak wyglądało. Ciekawe miejsce, potężny płaskowyż.
Też tam nigdy nie byłem, ale opowiem ci, człowieku, jak to wygląda na zdjęciach. Możesz sobie zobaczyć w Google Earth. Jest masa zdjęć na ten temat w Google. Tak, u tego szpiega wujka Google'a. Generalnie wygląda to tak, że jest potężny płaskowyż i porozrzucane w pył, po prostu w drobny mak, jakby ktoś pieprzył, ale tak centralnie w coś, co było idealną konstrukcją, gdzie kamienie są dopasowane wręcz z laserową precyzją. Kolesie jeżdżą z całego świata, przyjeżdżają ekipy kamieniarzy ze Stanów. Sam widziałem takie ich prywatne filmy nagrywane kamerą wideo. Oni brali cały sprzęt ze sobą do pomiaru konstrukcji budowlanych, laserowe dalmierze, czujniki. Oni się wbijali z tym, robili badania. Japończycy to samo.
Te kamienie są po prostu wręcz nieludzko precyzyjne, doskonale obrobione. Nikt nie wie jak. Obrobienie tego jasne, że jest możliwe. Tylko że zajęłoby pewnie kolejne 500 lat gdyby każdy z mieszkańców tej planety dokładnie w tej chwili zamienił się w kamieniarza oraz każde dziecko oraz każdy starzec. I tak przez kolejne 40 pokoleń wszyscy na świecie nagle zaczęli rzeźbić w kamieniu, to być może udałoby nam się dojść do połowy tego, co tam zostało zrobione w jednym miejscu. I jest masa tych porozrzucanych kamyków dookoła. Po prostu tona. I jest taka budowla, która częściowo ocalała. Okazało się, że można zobaczyć, jak to wyglądało. To jest mur, z którego wystają co jakiś czas większe kamienie, które są zakończone ludzkimi głowami albo głowami pokazującymi różne istoty.
Nie wiadomo co, bo właściwie jest to kompletnie zmyte przez erozję i te kamyki wyglądają na ultrastare, jakby ktoś gdzieś odnalazł stare kamienie i w ramach odświeżenia całej historii X tysięcy lat temu odbudował mur jeszcze raz, podstawił te kamienie do tego muru tak, żeby nie zniknęły stamtąd, żeby zostały jako ślad, jako informacja. Nie znam kontekstu absolutnie tej informacji. Mogę się tylko i wyłącznie domyślać. Dokładnie ta sama historia, może egzotycznie brzmi, wydarzyła się w Polsce. Dokładnie ta sama. W kilku kościołach na Pomorzu i nie tylko można znaleźć w podmurówkach. To w legendach o kościołach są, że tam wmurowano głowę diabła w narożniku albo coś takiego. Nagle znajduje się dokładnie ta sama historia. Także jeżeli ktoś się zastanawia coś jeszcze, to powiem coś jeszcze. Słuchaj dziewczyno, słuchaj chłopaku, już ci mówię.
Właśnie dorwałem, o czym z księciem rozmawiałem w zeszłym tygodniu, ale pochwalę się jeszcze raz, bo to mogę sobie powtórzyć jeszcze raz. Badania DNA Indian. Nie wszystkich oczywiście, ale głównych szczepów żyjących w dorzeczu Amazonki. Okazuje się, drogi Słowianinie genetyczny z haplogrupą R1a, że to są nasi wręcz bracia bliźniacy. To może stąd teraz taka popularność ayahuaski w Polsce. Bardzo mi się to podoba. Może skończy się tak, że kiedy wszystko już będzie kompletnie legalne, to z kolei z Polski grzyby będą wędrowały do Amazonii. Całkowicie ciekawa wymiana kulturalna i to taka na prawdziwym poziomie powiedziałbym. Radionafali.com, hiperprzestrzeń oczywiście. Ja moje, Tomek.
Jak chcesz zadzwonić to oczywiście radionafali.com na Skypie, możesz śmiało dzwonić. A przed chwilą garnek na gaz, a gaz na maksa i niekończący się boogie Johnny Hookera. Endless boogie. Endless boogie tak przez 11 minut. Endless. Damn endless boogie. Właśnie radionafali.com, człowieku, hiperprzestrzeń. Ja mam dzisiaj tą całą katastroficzną historię, bo ja kontynuuję tą całą historię. Mam dużo refleksji na ten temat. Różnych ciekawych, kolorowych, być może trywialnych i banalnych, niemniej pozwolisz, że wyrzucę z siebie do końca.
A jeżeli masz jakieś refleksje, cokolwiek w tym temacie, to dzwoń. Ja dziękuję jeszcze raz Konradowi. Właśnie podesłał mi zdjęcia, które obejrzałem teraz w przerwie. Zdjęcia z kamieni w ogóle, bo tam gdzieś na północy w Kanadzie wszędzie generalnie można znaleźć kawałek tego dziwnego szkła z kawałkami dinozaurów razem do kupy. Niezła historia. Właśnie oglądam zdjęcie dużego listka odbitego w kawałku skały. Wygląda ślicznie. Naprawdę ślicznie. Pięknie. I to po prostu sobie żyło całkiem nie tak dawno temu.
To zależy, z jakiej perspektywy oczywiście spojrzymy na czas. Czym w ogóle jest czas? Ale to może nie dzisiaj. Wróćmy do konkretów, bo jest cała ta historia oczywiście z tą naszą grupą. Jak wspomniałem o Indianach, o tym, że my to bracia jesteśmy genetycznie. Oprócz tego jesteśmy genetycznie nie bracia, ale bardziej młodsi bracia Aborygenów. I się okazuje, że nie jest chyba całkiem tak, jak mówią oficjalne koncepcje na temat rozchodzenia się ludzi po świecie, gdzie oni podróżowali, że ludzie się zaczęli tam, przeszli tam, tamci się zamienili w tamtych. Ta grupa się cofnęła, później wróciła. Okazuje się, że sprawa wygląda zupełnie inaczej. Nigdy się nie chcę podnosić zbyt głośno tego, bo to wywala wiele teorii i zarówno tych, które można posądzić o to, że są mainstreamowym bullshitem, i zarówno tych, które można posądzić o to, że są jakimś nawiedzonym bełkotem na temat wyższości jednej rasy nad drugą.
Bo i takie się zdarzają stale niemało. Każdy pretekst jest dobry dla nazisty w cudzysłowiu. Otóż to. Wracając do tych dziwnych ruchów, mamy ciekawą historię z pustyni, która się znajduje na granicy pomiędzy Mongolią a Chinami. Dosyć ekstremalne miejsce. Tam jest jakiś poligon wojskowy, były nuklearny i radziecki, i chiński. Takie dosyć dyskusyjne miejsce. Granica przebiega przez pustynię. Jest dziwna, dosyć egzotyczna, a pustynia jest wysiana mumiami i pozostałościami po starożytnej cywilizacji, która datowana tymi wszystkimi współczesnymi metodami, oszczędzę ci wymienia C300, 400, 800, 900. Generalnie udało się w miarę zdatować po szczątkach organicznych ciuchów, które doskonale zachowały się między innymi w tym klimacie po włosach, ponieważ wszelkie postacie, które pochowano, zmumifikowały się.
Postaci są na przykład rudowłose, noszą szkockie ubiory tkane na szkocki i irlandzki sposób, na celtycki sposób. Z wełny, która pochodzi dokładnie z takiego gatunku owiec, który i tam był. Oczywiście możemy mówić Celtowie. Gdyby się tak zawrzeć w jedną stronę, można stwierdzić, że Słowianie to też Celtowie, bo w sumie ten design jest bardzo podobny. Może sploty czasami są inne, ale wszystko jest dokładnie to samo. Też taki naturalistyczny tryb życia, można powiedzieć. I się okazuje, że są ślady. Oprócz tego mamy ten kawałek tej samej grupy genetycznej, która mieszka gdzieś w Himalajach. Tej samej, którą mają wszyscy ci, którzy mieszkają gdzieś na Ukrainie, w Polsce i tak dalej, oryginalnie od dawna. Dokładnie to samo co Indianie i tak dalej.
Jest taki wspólny krąg genetyczny w kilku miejscach na świecie. Zabawna historia, bo to są tak egzotyczne i ekstremalne miejsca, że ciężko uwierzyć, że ci ludzie są ze sobą skoligaceni. Że my, bo ja też należę do grupy tych ludzi, jesteśmy ze sobą wszyscy skoligaceni. Albo na przykład ja z tobą właśnie w ten sposób. Indianie z Amazonii to nasi bracia. Aborygeni to nasi bracia. Ludzie, którzy mieszkają gdzieś w Pakistanie, w Nepalu, w Himalajach to nasi bracia, ci, którzy mieszkają w Indiach to nasi bracia. Jest kilku takich egzemplarzy. Gdzieś na Syberii, pośrodku Syberii, ci szamani, którzy tam zostali, resztki oryginalnych ludów to też nasi bracia starsi. Niby nic, ale to wcale nie jest tak, że jesteśmy samotni, jedyni, wyjątkowi i unikatowi.
Należymy do całkiem niezłej rodziny i to widać w potwierdzeniu, w badaniu tego starego kawałka DNA, właściwie RNA, tak to się nazywa. Widać coś takiego. To jest znajdowane właśnie na pustyni pomiędzy Chinami a Mongolią. Bardzo ciekawa historia. Chińczycy nie za bardzo lubią te znaleziska, ponieważ wygląda na to, jakby ta kultura przyniosła całą cywilizację do Chin. Co im nie odpowiada, bo tam jest ciągle ta opowieść o tym, że Chiny są mocarstwem globalnym. Tam dokładnie tak samo jak w Ameryce albo w każdym innym możliwym kraju mówi się, że lokalny kraj jest największym krajem na świecie. Tylko że w Chinach jeszcze to przechodzi, bo faktycznie mały nie jest. Tam to chyba działa mocniej. W każdym razie nie lubią za bardzo tej opowieści, bo ona wypacza troszkę bieg takiej historii, że to wszyscy Chińczycy sobie tylko i wyłącznie sami zawdzięczają cały ten rozwój cywilizacyjny.
Bo tu się okazuje, że właściwie cała agrokultura, narzędzia do agrokultury używane w całych Chinach pochodzą dokładnie od tej kultury. To wygląda tak, jakby kolesie przynieśli ze sobą całą cywilizację. Tak obeszli po prostu Himalaje i takie ruchy się działy w okolicach 8000, 6000 lat przed narodzeniem ponoć takiego kogoś, jak to się nazywał Chrystus. Taki jest oficjalny pomysł na datowanie tego wszystkiego. Jest kilka mumii nawet wystawionych w lokalnych muzeach, bo to muzeum lokalne współpracuje z Uniwersytetem Cambridge, jak się okazuje, z wydziałem archeologii. Także jest wspólna wymiana i oni tam wysyłają studentów, którzy badają te stare mumie, ponieważ te mumie mają właśnie wszystkie te historie celtyckie z goła, czyli celtycką biżuterię, celtyckie tkaniny, design. Także tutaj dżentelmeni przyjeżdżają właśnie stąd i sobie czasami badają takie mumie. Nie mówi się o tym głośno. Znakomita część pustyni jest ewidentnie zamknięta dla jakichkolwiek wykopalisk archeologicznych, ponieważ jest to teren strategiczny, wojskowy, militarny, cholera wie co. Gdzieś coś niebezpiecznego i nie można wpuszczać cywili.
Nie można się dowiedzieć, jaka była historia świata. Inna sprawa, że historia świata, szczególnie w Chinach, bazująca na kimś, kto jest rudy i biały z innego końca świata, troszeczkę przeczy takiemu kultowi rasy panów, który jest w wielu krajach wdrażany każdemu od maleńkości, że jesteś po prostu zwycięstwo, jesteś panem świata. Szaleństwo, prawda? Wykopaliska mówią jednoznacznie, że były jakieś potężne migracje. Są ślady tych migracji. To są ślady tych wszystkich kultur. W Indiach to świetnie widać. Wielu ludzi zauważa na wykopaliskach w Indiach i podczas robienia zdjęć, podczas robienia badań i podczas pobytu. Też tam nie byłem, ale zdjęcia i w ogóle badania archeologiczne pokazują taką znamienitą sprawę, że o ile właściwie Indie może nie wyglądają jak coś takiego ultra starego, coś nieprzeciętnie starego, coś, co pamięta prapradzieje, ale w rzeczywistości na to wygląda, że tak jest. Bo jeżeli się ścina pierwszy poziom tych świątyń, to się tam dokopuje tysiąc lat wcześniej.
I ciągle jest ten problem, że po wbiciu łopaty zawsze jest do czego się dokopać. I się okazuje, że właściwie znamienita część tych najstarszych centrów sakralnych, tak zwanych w Indiach, to właściwie nic innego jak stare kalendarze gwiezdne. Dużo tego jest wszystkiego. Jest sporo takich budynków w Azji. W ogóle w Azji jest masa ciekawych wykopalisk archeologicznych. Ja na przykład utkwiłem przy wykopaliskach z Mongolii, gdzie są takie ciekawe, potężne dolmeny i takie postacie, które wyglądają może nie do końca tak samo jak te na Wyspach Wielkanocnych, ale coś w tym stylu. Takie potężne głowy wystające z długimi nosami i oczami patrzące przed siebie. Świetnie to wygląda i to są bardzo intrygujące rzeźby. I stoją takie potężne duże kadzie granitowe gdzieś na jakimś płaskowyżu, gdzie wszyscy się zastanawiają, skąd, do jasnej cholery, ktoś wziął tam takie kadzie granitowe, które ważą tony. One są idealnie zrobione i one sobie tam po prostu stoją.
To troszeczkę tak, jakby ktoś postawił potężny magazyn kamiennych dzbanków. Przy czym te dzbanki mają w okolicach od metra do półtorej metra wysokości. Także nie są to takie małe dzbanki, bo one też mają średnicę w okolicach półtorej metra z granitu. I właściwie nikt nie wie, o co chodzi. Jest masa w ogóle ciekawych zagadek. Na przykład nie pamiętam już dokładnie, w którym miejscu. Chyba gdzieś w Nepalu się to znajduje. Jest wyrzeźbiony... Czy w Japonii. Mniejsza o to, nie będę teraz kombinował i zastanawiał się, w którym miejscu, ale samo zjawisko jest intrygujące.
Jest taki strumyk górski, tak jak normalnie w pięknych, malowniczych górach. Jeżeli człowieku, byłeś kiedyś w Karkonoszach, dziewczyno, byłaś kiedyś w Karkonoszach? Kurde Jasna sprawa. Jest kilka pięknych, malowniczych strumyków w górach, gdzie strumień przepływa po dużym kamieniu i się dokładnie zalewa, płynie po kolejnym dużym kamieniu, tak że potężne głazy wytyczają koryto takiego przejrzystego strumyka. I tam numer polega na tym, że ktoś w tym strumyku wykuł na tych kamieniach bardzo sprytne wzorki, takie vortexy, wszystkie skrętki w lewo, takie ślimaczki. I to jest na szerokości metra. Takie paski są wykute na tych kamykach i wygląda to tak, jakby te zawijasy miały coś robić z wodą. Nie wiem, ją dezynfekować, w cudzysłowie oczywiście, mają ją po prostu uzdatniać. To jest coś na zasadzie takiego biorezonansu robionego kształtem za pomocą małych vortexów w kamieniu, ale nikt nie wie, do czego to służyło, bo wygląda trochę jak pozostałości po generatorach wodnych i to dosyć konkretnie. Widziałem jeden taki patent opublikowany chyba w zeszłym roku, gdzie dosłownie występowała taka sama zasada i się śmialiśmy ze znajomym, że proszę bardzo, starożytni już o tym wiedzieli.
Ktoś skonstruował taki generator wodny odbierający jakąś ilość energii, montowany w ten sposób w takim staku na strumyku albo na jakiejś rzece, albo na łódce. Ciekawa rzecz, ale to było zabawne, bo to centralnie wyglądało jak kawałek jakiejś konstrukcji urządzenia. Tak że wiadomo, że to nic z kultów religijnych i nie było żadnych religijnych podań dookoła tych miejsc i w ogóle niewiele było wiadomo na ten temat. Rybacy tylko mówili, że są tam stare znaki po praojcach. Jakoś tak. Jak to zwykle w takich opowieściach, że gdzieś tam to dawno temu, miliony, tysiące lat, wieki, wieki i wieki, i zakręcone veki. Tysiące lat. To z kosmosu wylądowali przodkowie, przyszli i to zostawili po sobie. Tyle na ten temat wiemy. Koniec rozmowy.
I tak to wyglądało. Nikt za bardzo nic na ten temat nie wiedział, dopóki coś tam się nie zatrzęsło i się nie obniżył poziom wody w tym strumyku i nie zaczęło być widać pięknych rzeźbień na tych kamykach. Po prostu niesamowitych. Widziałem zdjęcia tego. To się udało komuś sfotografować, bo to dosłownie akcja, która trwała raptem parę chwil zaraz po tym trzęsieniu ziemi. I to wygląda naprawdę majestatycznie. Ktoś w potężnych, granitowych, twardych jak jasna cholera skałach wyrzeźbił tak piękne wzory i to takie bardzo techniczne. Są ozdobne elementy, ale widać, co jest ozdobne, a co jest na przykład czymś, gdzie się chyba coś wkładało, montowało, bo widać centralnie wygląda jak uchwyt. Jest masa takich miejsc gdzieś w Azji, jak się człowiek porozgląda. Teraz coraz głośniej się mówi o neolitycznych strukturach w Japonii dookoła Tokio i nie tylko dookoła Tokio.
Ponoć cała Japonia jest tym usłana. Od zawsze było o tym cicho, bo też jest to cichy naród swoją drogą i dosyć hermetyczny. Ale okazuje się, że i z tego hermetycznego kraju troszkę informacji dociera. I widziałem już zdjęcia kilku takich miejsc, które centralnie wyglądają jak kosmiczna sprawa. Ktoś miał kosmiczną technologię, robił takie rzeczy z tym kamieniem, z jego kształtem, że to się w głowie nie mieści. Jest troszeczkę tego. À propos wrócę jeszcze do tych wzorków, które były w tym strumyku górskim, że jak woda się obniżyła, to nagle było idealnie widać te wzorki. W Indiach jeszcze jest kilka takich miejsc, gdzie są wyrzeźbione takie rzeczy. To nie jest jedyne miejsce. W Ameryce Południowej są też tego typu konstrukcje.
Właściwie to też nie jest tak, że to jest wyjątkowa konstrukcja, ta, o której mówię, że nagle mnie oświeciło, że wow, ta jedna na świecie. Sprawdziłem, jest tego troszeczkę, ale ta była ciekawa pod jednym względem. Trafiłem w British Museum na bardzo ciekawe talerze, które ja od początku twierdzę, że to elementy konstrukcyjne jakichś urządzeń, które są wyrzeźbione dokładnie w ten sam sposób, te same vortexy. I one są takie fajne, elegancko z jadeitu, który naprawdę łatwy w obróbce nie jest. I wszystko to jest, proszę słuchaczko i słuchaczu, wyrzeźbione z taką precyzją, że to się w głowie nie mieści. Jest taka kolekcja. Jeżeli będziesz kiedyś w Londynie, to sobie odwiedź British Museum. Jest absolutnie za darmo. Wybierz sobie taką godzinę 11.00. Pomimo że muzeum mówi, że tam jest od 10.00, to i tak te główne sale otwierają od 11.00, a o te główne sale chodzi.
Tak że nie nabieraj się na folder. Bądź tam gdzieś tak o 11.00, jeżeli lubisz to jakaś kawka po drodze, bo to zajmie troszkę czasu i przygotuj się na pięć godzin tak spokojnie. Możesz sobie kanapki zrobić własne z własnego chleba. To jest dobry pomysł. Jest kilka fajnych miejsc, gdzie można usiąść i sobie kanapkę wcisnąć z własnego chleba. Bardzo fajnie smakuje w otoczeniu mumii, w otoczeniu starych kamieni, których się nakradziono po prostu wszędzie na świecie, gdzie tylko stąpnęła noga brytyjskiego imperium. Kradli wszędzie i wszystko, co im wpadło w ręce. Tacy byli odkrywcy. W British Museum jest troszeczkę tego. I tam znajduje się na pierwszym piętrze stoisko z kulturą Azji.
Tam, gdzie są buddy, chińskie rzeczy. Idź po prostu prosto. Wchodzisz główną bramą, idziesz cały czas schody, idziesz prosto schody, omijasz cokół, idziesz prosto schody. Nie schodzisz na dół ani w bok. Idziesz prosto i stajesz, bo dalej już nie ma prosto. I jesteś w Azji. Dokładnie. W British Museum jest mapka na początku, jest nawet w języku polskim, tak że nie ma problemu. I tam są te kamyki. Bardzo fajna rzecz.
Ja sobie próbowałem nawet zdjęcia tych kamyków. Ciężko się robi zdjęcia, bo tam jest specjalne szkło, które ma filtry polaryzacyjne pozakładane na wypadek, gdybym chciał młotkiem roztrzaskać i niczym w „Mission: Impossible” buchnąć im te talerzyki. Jeżeli ktoś z nas kojarzy taką opowieść o okrągłych kamieniach z Dropa. Dropa Stone tak to się nazywa. Kamienie Dropa, znalezione w Chinach legendarne kamyki. Nikt właściwie nie widział tego od lat. Krążą takie bardzo słabej jakości zdjęcia po internecie, które są zdaje się z jakiejś książki, ale nie wiadomo, czy są to na pewniaka robione zdjęcia, czy to ktoś sobie wymyślił. Są czarno-białe zdjęcia, które ponoć są autentyczne. Chodzi o tajemnicze kamienie, które znaleziono kiedyś w Chinach, gdzieś w okolicy tej pustyni od tych dziwnych mumii, które mają rude włosy. Znaleziono tam okrągłe kamienie ponoć z bardzo wytrzymałego materiału.
Kwarc, coś takiego, jakiś granit. I don't know. Ciężko to powiedzieć, bo legend około tego jest więcej niż prawdy. Także bardzo łatwo tutaj powielać jakieś urban legends. Zostawiamy urban legend. W każdym razie wyglądało to troszeczkę jak płyty winylowe, jak płyty CD, tylko że duże, bo wyglądało na jakieś może 30, 50 centymetrów średnicy. Nie pamiętam. Zresztą w internecie chyba są jakieś informacje na ten temat. Troszeczkę te kamyki, które sobie leżą z jadeitu nawiązują do tego okrągłego kształtu, aczkolwiek nie wiadomo, co to było. Są takie elementy, które podejrzewam, że gdybym dostał to do ręki i możliwość pobawienia się tym, to miałbym niezłą frajdę, bo z tego, co widać pasują do siebie jak klocki Lego.
Ale nikt tego oczywiście razem sobą w muzeum nie poskłada, bo z tego jadeitu jest porobionych kilka innych elementów. Trafiłem na przykład na taką płytkę. I to nie jest jedna płytka. To jest ciekawa sprawa, że z jednej strony płytki jest jakiś znaczek, który oznacza konkretną rzecz i ona wygląda troszeczkę jak biżuteria, a z drugiej płytki jest zawsze coś, co wygląda jak instrukcja techniczna i część płytki jest jak kluczyk do czegoś, jak zatrzask, jak kawałek czegoś użytecznego. Bardzo ciężko to zakwalifikować do jakiegokolwiek elementu biżuterii. I to jest największy problem z tymi zabytkami, które gdzieś tam są znajdowane, że teoretycznie można je wrzucić do muzeum, do szafki z napisem „biżuteria” i potwierdzić, że taka biżuteria sprzed tysięcy lat. Ale właściwie nikt nie wie, jak można nosić taką blaszkę, bo to nie ma żadnego sensu. Natomiast obok stoi rurka, która ma dokładnie wycięcia w ten sposób zrobione z boku i widać, że tą blaszkę można śmiało włożyć w to wycięcie, bo aż się prosi. Może dlatego zakładają tam te specjalne szyby. Także jak będziesz tam z aparatem, to ciężko się robi zdjęcia.
Strasznie trzeba pod kątem ustawiać ten aparat, bo ta szyba robi taki bardzo niefajny efekt na zdjęciach. Cwaniaki. Ale jest kilka miejsc, gdzie można fajnie to sfotografować. To jest British Museum. Także jest troszeczkę takich rzeźb, małych drobiazgów z jadeitu. Wygląda jak elementy małych unitów energetycznych. I jest kilka innych opowieści na ten temat. Dużo w Azji takich spraw i dużo z Korei jeszcze takich dziwnych przedmiotów. Właściwie nie wiem, czy Korei, bo to ciężko nazwać Koreą jako taka, bo to było grubo zanim zaczęła się jakakolwiek Korea. Pojawiły się ślady takiej dziwnej kultury, która operowała w bardzo wysokiej jakości w kamieniu.
I to jest ciekawa rzecz. Jeszcze wrócę do indyjskiej kultury, bo w Korei ponoć częściowo coś w tym stylu. Takoś mi się powiedziało zabawnie. Ponoć część tej tradycji przetrwała do dziś, pomimo że w rzeczywistości aktualni mieszkańcy nie mają nic wspólnego z tymi, którzy to robili. Przynajmniej technologicznie. To była jakaś w ogóle osobna kultura, która się tam pojawiła, zakwitła, zostawiła po sobie nie wiadomo co i wszystko działa. My też to znamy z wersji europejskiej, tylko nie mówimy o tym głośno, bo jest to faux pas wobec kultury i oficjalnej ściemy historycznej, którą się nam sprzedaje. A historia tyczy się, moja droga słuchaczko i drogi słuchaczu, nie innego miasta jak Rzymu. Okazuje się, że Rzym właściwie nie był nigdy żadną rzymską ostoją. To miasto i cała ta kultura było niczym więcej jak zrabowanym dobrodziejstwem z innych kultur, a dokładnie to z Etrusków, których nikt nie zna aktualnie, ponieważ ciężko cokolwiek wywnioskować, gdyż Rzymianie wprowadzili tak potężną cenzurę na tą kulturę, że wytłuczono wszystkich co do nogi.
Zresztą ślad pewnego króla został sportretowany w ewangelickich opowieściach sekty Jezusowej. Właśnie Tarquina, króla Etrusków. Ale to w ogóle historia na osobną opowieść. To też zostawię, bo to też taka fascynująca historia z zaszłości, przyszłości Europy, z kultury romańskiej można powiedzieć. Ale kultury romańskie to kultury po prostu zbirów i bandziorów, które przyszły, roztrzaskały cywilizację, która miała chyba większe skrupuły, żeby się trzaskać po pyskach i mniej broni i amunicji. Efektem czego przejęli ich właściwie miasta i miejsca, bo tamci byli otwarci. Jak Rzymianie wkraczali, to już nie było po co tam wracać. Jakoś tak. Inna sprawa, że przed Etruskami też tam była jeszcze inna kultura. W ogóle to jest taka ciekawa historia, że jak człowiek się przygląda na to wszystko, to ja przynajmniej nie wiem jak ty, ale mam takie wrażenie, że to jest zaprzeczenie rozwoju cywilizacyjnego, że my właściwie ulegamy Ulegamy zgłupieniu albo tracimy wszystkie umiejętności z czasem, a nie je zyskujemy.
Dobra, nie będę kombinował, bo szukałem tego słowa gdzieś w głowie. Zapomniałem. To ja może jakąś muzyczkę puszczę, bo mam tu troszeczkę dźwięków na ten piękny sobotni wieczór w Radiu Na Fali retransmitowany w Radiu Paranormalium i w Radiu Dream Time. A ja mam na imię Tomek i możesz tu zadzwonić, człowieku. Możesz zadzwonić tak zwyczajnie do Radia Na Fali, radionafali.com na Skypie. Tak to się nazywa. I jak zadzwonisz, to ja tu jestem na żywca w ten sobotni wieczór i tyle. A ty słuchacz oczywiście hiperprzestrzeni w radiu.nafali.com, człowieku, i ja powoli zmierzam do końca dzisiejszego odcinka. Ty możesz zadzwonić, jeżeli chcesz się tu jeszcze pojawić na żywca ze swoją refleksją na ten temat. A ja wracam do tej opowieści właśnie, bo tu oczywiście dalej mamy bardzo ciekawe wątki, bo oprócz tej tajemniczej cywilizacji, którą znajdujemy w wielu miejscach, ta cywilizacja jest znajdowana w bardzo wielu miejscach.
Ja swego czasu się przyglądałem taką sprawę, która pochodzi z Ameryki Południowej, na samym wybrzeżu Peru. Jest takie jedno miasto. Zawsze zapominam, jak się nazywa. To może oszczędzę. Mniejsza o to. Można sobie to spokojnie znaleźć, jeżeli kogoś wertowanie w rocznikach archeologicznych interesuje. Nie jest takie potężne miasto jak na tamte okolice i znaleziono tam wykopaliska tuż za miastem. Ktoś podczas budowania autostrady, bo tam jest jeszcze taka Autostrada Panamerykańska, zauważył, że troszeczkę coś wystaje z tej pustyni, którą się mija po drodze, jak się jedzie wzdłuż wybrzeża. I jak zaczęto kopać w mieście, to po paru latach się okazało, że właściwie dokopano się do następnego miasta i wzdłuż tej całej doliny jest takie stare miasto, które jest wielkości jak parę tych nowych. Ktoś to kiedyś policzył.
Ja nawet to sprawdziłem swego czasu, bo to był taki grzmotliwy news jeszcze jakieś siedem lat temu czy sześć lat temu. Nie pamiętam za nic, jak się nazywało to miejsce. Można znaleźć na Google Earth. Ale mniejsza o to. Powierzchnia tego miasta właściwie wygląda tak jak dwa razy Londyn. Oczywiście wykopaliska archeologiczne odpalono na miejscu. Troszeczkę to trwało. Okazało się, że coś tam wykopano. Największy numer polega na tym, że ani śladów broni, ani śladów żadnej agresji, ani śladów murów obronnych, żadnych takich spraw, które mówiłyby nam o tym, że ktoś kogoś dożynał, atakował, musiał się bronić. Był element zagrożenia.
Miasto niebezpieczne miejsce. Człowieku, uważaj na zakręcie. Światła. Samochód. Stój, człowieku, bo cię okradną! Żadnych takich. Nic z tych rzeczy. Natomiast oczywiście jest ta historia z kulturą Moche. Jest taka dziwna kultura, którą tam znaleziono i widać, jak coś się dziwnego dzieje, jak nagle kultura znika. Dziwna kultura, która zostawiła po sobie bardzo dziwne maski, bardzo dziwne informacje właściwie nie do odszyfrowania.
To jest jedna z tych najbardziej dla mnie prywatnie fascynujących kultur. Właśnie kultura Moche. Tak to się popularnie nazywa, ale właściwie nie wiadomo, czy jest to kultura, czy jest to tylko i wyłącznie pewien specyficzny moment w historii Ameryki Południowej, bo to, co tam się działo, jest bardzo podobne do kilku innych miejsc na świecie. I to jest taki, można powiedzieć, ostatni pik cywilizacyjny. Bo ta historia z tym, że cywilizacja upada, rośnie jest tak związana oczywiście z kosmosem, to na 100% ja to ciągle postuluję. Postuluję, człowieku, patrz się w gwiazdy albo nie, albo jakoś tak i zobaczysz, co tam znajdziesz. W każdym razie starożytni patrzyli się w gwiazdy i ciągle jest mowa o tych dwóch braciach, o tych dwóch słońcach. I to jeszcze w takich, jak wspominałem, mitach pochodzących z czasów początku Babilonu, że oni nawet tam musieli ściemniać, że są dwie osoby na tronie. Tam nie można było usiąść w pojedynkę. Często gdzieś tam stare królestwa zachowały taką tradycję, że głowy koronowane muszą być dwie.
Musi być król i królowa. Dwa słońca. I w ogóle ten zapis o słońcu jest dosyć intrygujący, bo on się pojawia jeszcze w Egipcie i z Egiptu się troszkę przemycił przez Watykan i masonerię z Watykanu do Paryża i tam jest nazywany czarnym słońcem. Jest nawet loża masońska, która się nazywa Czarne Słońce, zdaje się, czy coś w tym stylu. Jest jakaś taka historia mroczna z tym związana, że oni też posiadają tę informację. W każdym razie ja tak powiedziałem sobie „informację”. Nie jest to sprawdzona informacja. Wiemy tylko tyle, że cała galaktyka funkcjonuje w tym ruchu spinalnym. Wiemy jeszcze jedną ciekawą rzecz: że są obiekty, które pojawiają się nagle w naszym Układzie Słonecznym znikąd. I wiemy też, że dosyć trudno jest wystrzelić jakąkolwiek satelitę, jakikolwiek obiekt poza ten pas Van Allena, który jest dookoła Ziemi.
To nie jest takie łatwe. Wiemy, że jest coś, co trzyma pewną część mocy przy Ziemi i to zakrzywia pewną interakcję, pewne widzenie tego, co jest w kosmosie. Chociażby ta zabawna sprawa, że z kosmosu kilku gwiazd nie widać, a kilka widać. I to jest ta różnica. Z Ziemi widać troszeczkę inaczej te historie na niebie. Na pustyni widać piękną Drogę Mleczną, taką od horyzontu do horyzontu. A w kosmosie śladu Drogi Mlecznej nigdzie nie ma. Nie ma słońca. Czarne słońce. Ale może być tak, że przez moment Będzie to widoczne dla nas, bo cała ta historia z ekliptyką to też jest zabawna sprawa.
Ja tak troszkę kluczę dookoła po kwadracie, ale poczekaj, niech ja to zbiorę w głowie. Chodzi dokładnie o to, że to nie jest tylko związane z fizycznością. To jest związane z czymś, z jakimś przekraczaniem wymiarów, bo w tych legendach to jest coś, co generalnie — już chciałem powiedzieć — niepokoi mnie, spać nie daje, ale aż tak nie jest. Jest to taki języczek uwagi. To są ichnie spostrzeżenia lokalnych mieszkańców, którzy przechowali owe legendy na temat wielowymiarowości świata, na temat jego konstrukcji. Mnie strasznie intryguje, bo wygląda na to, że właściwie nawet jeżeli coś takiego zmierza w naszym kierunku, to my i tak w tym momencie tego nie widzimy i nie jesteśmy w stanie tego zobaczyć. Dopiero wtedy, kiedy ten obiekt, który grawitacyjnie zrówna się i magnetycznie z naszym polem, dopiero wtedy będzie widoczny. Jak na razie jego pole jest równe nam, bo jest to układ binarny. Jest to dokładnie ten sam układ energetyczny i nasz dystans to jest zawsze balans tej energii z jednej i z drugiej strony. Dlatego układ jest niewidoczny, bo my po prostu wykonujemy taki manewr i on też z takiej prędkości i z takim rezonansem, można powiedzieć, że znika.
To jest troszeczkę jak wytumianie czegoś. Dokładnie mamy ten sam rezonans i interferencje powodują, że pomimo że jesteśmy, widzimy anomalie, widzimy, że coś się dzieje dookoła, to nie widzimy siebie nawzajem. Dopiero w tym ostatnim momencie, kiedy jesteśmy już na jouberetem, dopiero wtedy się widzimy i wtedy jest wow, wielkie zaskoczenie i być może to jest ten numer. Jest coś bardzo zabawnego w tych wszystkich starych opowieściach, które krążą u Indian. Właściwie nie wiadomo, czy to opowieści, bo chciałem już powiedzieć w Egipcie, ale w Egipcie mamy te stare płaskorzeźby, naprawdę cholernie stare i co zrobić z nimi? Bo właściwie odczytany jest tylko ten nowoczesny egipski, ten jeszcze z czasów Kleopatry, może trochę wcześniej. Jeszcze jesteśmy w stanie odczytać Księgę Umarłych, ale nie jesteśmy w stanie odczytać rzeczywistych, tych tajemniczych pierwszych hieroglifów, które są tak geeky i tak techniczne, że wyglądają jak instrukcja do obsługi maszyny i w ogóle połowa urządzeń tam wygląda jak kawałki roztrzaskanych jakichś maszyn. Tak mi wygląda to w Egipcie. To, co jest w British Museum tak samo wygląda jak kawałki roztrzaskanych maszyn. Poza oczywiście rzeźbami.
Rzeźby to tylko taki element, że tak powiem, dekoracyjny na maszynach, żeby działały albo żeby rezonowały. Ciekawe są takie postumenty, które generalnie najczęściej oglądamy jako — przynajmniej w oficjalnych podpisach — że to jest reprezentacja jakiegoś tam boga, Tutanchamona albo kogoś tam, albo Ra, albo nie wiadomo co. Egzotyczne rzeczy, różne podpisy. Pomnik to jest taki postument siedzącej na takim wąskim krzesełku postaci, dużej raczej postury, takie dwa metry. Jakby wstała, to może miałaby trzy i pół metra. Jakoś tak. A może naszej postury. Czasami z głową lwa kobiecej postaci. I siedzi sobie taka postać, czasami ze słońcem pomiędzy uszami albo rogami. Różnie to wygląda.
I z przodu wygląda jak rzeźba. Oczywiście opisana jest oficjalnie jako przedmiot rytualny, oddawanie czci bogom i tak dalej. A najlepszy numer jest taki, że jak obejdziesz tą rzeźbę, to zauważasz, że nie jest to rzeźba, tylko jest to stella. Jest to bardzo kompleksowo zrobiona stella, która właściwie ma — ja tak z angielskiego powiem — sockety, ma gniazdka i widać dosłownie, że są miejsca, gdzie się ją wkładało w coś, bo jest tak specjalnie zaprojektowana. Tam z tyłu są specjalne gniazda, po prostu wejścia. Tam się ją wsuwało w coś. Nie wiem. Taka jest moja hipoteza. Można się kłócić, można się zastanawiać. Można też, że tak powiem, spróbować się dowiedzieć, co to jest.
Mi wygląda na kawałki urządzenia. Jest wiele takich elementów. Widać, że zostały zdewastowane w pewnym momencie i właściwie do nas nie dotrwało zbyt wiele legend o tym momencie dewastacji, jakby ten moment nam umknął. Wiemy, że była starożytna kultura. Wiemy, że właśnie tu jest taka rzecz, którą chcę poruszyć i nie wiem, czy znowu zostawię na kolejny odcinek bardziej katastroficzny jeszcze bardziej niż ten. Ja tu straszną katastrofę chyba robię ostatnio w hiperprzestrzeniach. Właśnie, bo tam jeszcze jest taka rzecz, że my w ogóle spotykamy onych albo oni spotykają nas, albo my spotykamy siebie, albo jakoś tak, że cała ta historia, która się dzieje teraz z Ziemią, trzęsienia ziemi, to, że czas przyspiesza, że nagle dzieją się takie odkrycia w dziedzinie chociażby pozyskiwania energii. Wszystko, cała ta rewolucja po prostu potężna, która się wydarzyła, tak zwany koniec historii. Nie ma już ekonomii. Wszystkie zabawy zwane ekonomią stały się farsą.
Cywilizacja już doskonale wie, że doszła do momentu, że nie ma nawet czystej wody, żeby się napić w oceanach. Co najwyżej gdzieś wysoko w górach u źródełka, jeżeli jeszcze nie pada tam radioaktywny deszcz po próbach nuklearnych, które zostały robione w latach 50. i 60. w naszej stratosferze i jonosferze i w pasie Van Allena. Doszliśmy do ściany. Koniec historii i się okazuje, że być może właśnie, bo na to wskazują te zapiski. To jest w ogóle najbardziej ciekawsza rzecz, przynajmniej aktualnie dla mnie, że one wskazują na to, że czas kompresji naszej cywilizacji, cokolwiek byśmy nie robili, czy budujemy reaktor jądrowy, czy budujemy maszynę do produkcji wolnej energii, cokolwiek to jest, to następuje po prostu kompresja wszystkich spraw i budujemy tylko więcej. Czyli nagle jest po prostu taki skok w nadprzestrzeń, można powiedzieć. I to jest nasze spięcie z kosmosem, bo nie jest to nasz indywidualny skok w kosmos nie wiadomo gdzie. To nie jest coś takiego, że nagle wow, wszyscy stwierdziliśmy: „Okej, dobra, znudziło nam się tak jak jest.
Okej, panie i panowie, zmieniamy ten cały cyrk i urządzamy na nowo. Proszę zostawić na stoliku nową zastawę”. Nic z tych rzeczy. To jest w ogóle taka kompresja, która powoduje wystrzelenie podniesionego korka i w ogóle I my jesteśmy spięci z tą zmianą, bo właściwie obserwując cywilizację, jakakolwiek by nie była, cokolwiek by to nie było, tak jak wspomniałem, czy to nie są reaktory jądrowe, cokolwiek, jest to kompresja. Kompresja, przyłożenie wszystkiego tak centralnie do ściany, że już mocniej przypieprzyć nie można. Właśnie. I my jesteśmy, jak się okazuje, chyba częścią tej kompresji. I najlepszy numer jest taki, że opowieścią, która temu towarzyszy, jest kolejna opowieść: przyjście Onych. Oni! Oni, mają przyjść oni.
Ale o tym chyba opowiem w następnej hiperprzestrzeni, jak będę. Nawet się nie wiem, dlaczego tutaj się rozpędzam z tym, ale to też jest ciekawa rzecz. I z tą katastrofą ja tu się zastanawiam, że to było jakieś pole plazmowe, coś się stało, bo to w ogóle nie była katastrofa. Może było trochę katastrofy naturalnej, że ziemia się zatrzęsła, ale główna katastrofa to powinny być troszeczkę inne moce, mi się wydaje. Plazmowe moce jakieś, takie hece. I jest kilka hipotez na ten temat. To jest ten skamieniały las, który skamieniał pod wpływem wielkiego rozładowania statycznego. Ja sobie wyobraziłem to troszeczkę tak, jakby skamieniała na przykład Puszcza Białowieska. Taki piorun musi grzmotnąć. Taki piorun konkretnie grzmotnąć.
Na przykład wpierw musi bagno, jakaś woda, jakieś tsunami zalać Puszczę Białowieską, całą Puszczę Białowieską tak, żeby tam było błoto z solą, bo to jest bardzo istotne. Z solą morską, bo ona propaguje prąd elektryczny. To zjawisko plazmowe właśnie w wodzie. Tak że to jest tam niezbędne. To jest ten warunek, ekwaditor, czyli warunek, który musi być spełniony. W tym momencie musi walnąć piorun wielkości Borów Tucholskich. Dokładnie. W jednym momencie w cały ten las. Kiedy ta woda troszkę opadnie, bo musi jeszcze chwilę opaść, żeby tam zostało błoto. I w tym momencie ten las zamienia się w skamieniały elektrycznie las pod wpływem wielkiego wyładowania albo rozładowania elektrostatycznego, jak to się oficjalnie mówi, czyli uderzenia plazmy.
I teraz jak to zrobić, żeby taki potężny las, potężne sekwoje. Ja widziałem zdjęcia z tych wykopalisk w Nowym Meksyku. Są gigantyczne. Kolesie jak zaczęli kopać, bo to jakieś kopalnie srebra i złota. Takie preteksty, żeby oczywiście zrobić coś, zabrać od mamy natury wszystko i nie dać nic w zamian. Jeszcze wszystko popsuć, zepsuć, zatruć wodę. No i przez przypadek dokopali się do tych sekwoi i one są po prostu potężne. To nie był taki zagajnik za domem, tylko mówimy o lesie, który jest wielkości na przykład Polski. Przynajmniej był w oryginale. I część tego lasu, właściwie nie wiadomo jak duża, bo wiadomo, że wykopaliska nie są robione na całym terenie, bo teren obejmuje część Meksyku i Stanów Zjednoczonych.
Ale w wielu miejscach, gdzie ta warstwa się wypłukała do tego poziomu, widać te wszystkie electrofossilizing drzewa, te sekwoje potężne. No to co? To piorun tak w jedno drzewko po drugim po kolei strzelał? To mi się nie za bardzo chce wierzyć. Z drugiej strony uwierzyć w jedną wielką błyskawicę, która miałaby rozmiar Europy, to też tak nie za bardzo chce mi się wierzyć. Ale są historie z plazmą zmiany kondycji w ogóle na przestrzeni jakiegoś drobnego, w skali planet oczywiście mikroklimatu, czyli takiego placka na globusie, na którym się znajduje las, który ma swój własny mikroklimat. To jest pewien koncept i to jest pewna myśl, dokładny kierunek, w którym ta myśl zmierza. A tymczasem włączę jakąś muzyczkę. A tymczasem to właściwie już skończę hiperprzestrzeń i zostawię cię tu, człowieku, z tymi refleksjami. Ja sobie do nich wrócę w przyszłym tygodniu.
Może ktoś się odważy i zadzwoni, i na przykład powie, jaką on ma hipotezę na ten temat, bo ja tak zbieram kilka hipotez do kupy, a za tydzień być może jeszcze nawet powiem, skąd pochodzą te hipotezy, bo tam jeszcze jest kilka innych ciekawych pomysłów i w ogóle bardzo ciekawych eksperymentów i badań naukowych związanych z wykopaliskami i sprawdzaniem w ogóle, czym ta ziemia jest i co się tu w ogóle dzieje, człowieku. Dokładnie. Ale to za tydzień. Ja tu się troszkę muszę rozkręcić z powrotem po tych wakacjach nad drutami. Dalej oczywiście trwają. Pozdrawiam wszystkich skręcających druty w technologii Keshe. Peace and love i zapraszam w ogóle przede wszystkim do syntezy w czwartek na 22:30 polskiego czasu. Wiem, że są zaległości w zrzucaniu hiperprzestrzeni i syntezy, ale szczęśliwie udało się ogarnąć wszystkie rzeczy. Udało się powysyłać wszystkie rzeczy, które były na składzie do wysłania. Tak że wow.
Udało się porobić masę spraw, ogarnąć tutaj wszystkie historie, które były mocno rozedrgane, poukładać na kupę. I teraz audycje będą już regularnie się pojawiały jako podcasty. Tak że człowieku, temat jest ogarnięty, a ja dziękuję serdecznie za cierpliwość i wytrzymałość, proszę państwa. Proszę ciebie, koleżanko i proszę ciebie, kolego za wysłuchanie tej hiperprzestrzeni. Mam nadzieję, że słuchało się miło. Zapraszam na kolejny odcinek, gdzie będę dalej drążył katastrofę. Jak to słowo może mi przechodzić przez gardło? Przecież tak nie może być. Tak nie może być. Ale tak czy siak wracam do katastrofy za tydzień prawdopodobnie.
Z katastroficznym pozdrowieniem z hiperprzestrzeni pozdrawiam wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium i Radia Dreamtime. I ciebie mecenasko i mecenasi Radia Na Fali, a szczególnie ty wpłacający na polskie konto, którego ci jeszcze nie wymieniłem i nie wypisałem, ale już mam i dosłownie jak tylko znajdę chwilę, żeby wreszcie usiąść i wziąć się do roboty nad radiem, to od razu wrzucam i ci dziękuję serdecznie. Tak że dzięki wielkie. Peace and love, człowieku. Dzięki za w ogóle samo słuchanie, niezależnie od wspierania, niewspierania. To naprawdę nie jest aż tak istotne, chociaż się przydaje, bo dzięki temu działa. I zapraszam na wieczorową porę. Zapraszam do moich pozostałych kolegów, czyli do księcia Edwarda w środę. Właśnie mam zaległy odcinek etykiety księcia. Też muszę się z tym ogarnąć.
Kurczę, ale się zaległości porobiły straszne. Pozdrawiam księcia serdecznie i pozdrawiam ciebie, słuchaczko i słuchaczu słuchający tego offline, jak już jest po wszystkim. I ty sobie teraz słuchasz i szydzisz: „Ha, ha, ha, że był taki zator”. A ty już masz wszystko w swoim urządzonku i możesz sobie posłuchać spokojnie, jadąc gdzieś przez tą planetę albo może nawet latając gdzieś pomiędzy wymiarami. Kto wie, człowieku, kto wie? Piękną katastrofę mamy w tym roku. Piękną. Tak że w tym katastroficznym nastroju żegnam cię i do usłyszenia w czwartek w syntezie, jeżeli chcesz wpaść. I oczywiście zapraszam do kolejnej hiperprzestrzeni w Radiu Na Fali. Peace and love.
Słuchałeś Radia Na Fali. Kropka. Com.