[01:00] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek niezwykłej audycji, która otwiera wielu słuchaczom oczy i uszy na różne kwestie związane z ufologią. Rozpoczynamy mianowicie kolejną, czterdziestą drugą czy czterdziestą trzecią nawet numerowaną debatę ufologiczną online. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie Skype'a dzisiaj są z nami: współpracownik „Nieznanego Świata” i współzałożyciel portalu infra.org.pl Piotr Cielebiaś. Witaj Piotrze.
[01:35] - Witam, witam.
[01:37] - Jest z nami także Chris Smekina, nasz niezmordowany, niestrudzony poszukiwacz prawdy zza oceanu. Dobry wieczór, Chrisie.
[01:44] - Oj tam, oj tam. Dobry wieczór.
[01:46] - Jest z nami również badacz, publicysta, tłumacz i podróżnik. Prawdziwy skarb polskiej ufologii, pan Wojciech Bobilewicz. Dobry wieczór, panie Wojciechu.
[01:58] - Dobry wieczór wszystkim.
[01:59] - W trakcie debaty już za chwilę dołączy do nas jeszcze ufolog z Warmii i Mazur, z Warmińsko-Mazurskiej Grupy Ufologicznej, Arkadiusz Kocik. Dzisiaj będziemy dyskutować o bazach UFO. Najpierw jednak tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium, bowiem debata jest realizowana jak zawsze w całości na żywo. Można do nas dzwonić na nasz numer telefonu 32 746 00 08. 32 746 00 08. Skype: radio.paranormalium.pl. Można również do nas pisać na naszego Gadu-Gadu 36 08 80 02. 36 08 80 02. Jesteśmy także na czacie Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl. Można również wysyłać nam pytania przez Facebooka na kontach Radia Paranormalium i portalu Infra.
Jesteśmy też dostępni na grupach Radia Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”, a jeżeli ktoś woli, to może nam wysyłać pytania drogą e-mailową na adres radio@paranormalium.pl. Panowie, dziś porozmawiamy o bardzo kontrowersyjnym temacie, a mianowicie o bazach UFO. Czy waszym zdaniem hipotetycznie obce cywilizacje mogą mieć na Ziemi swoje, powiedzmy, placówki? Czy mieszczą się one pod ziemią, na Księżycu? Może na jakimś innym, bliskim nam obiekcie? A może znajdują się pod wodą? Pierwszy może w tym temacie tradycyjnie niech się wypowie współprowadzący nasze debaty ufologiczne, Piotr Cielebiaś.
[03:36] - Dziękuję. Temat jest rzeczywiście dość kontrowersyjny, ale nie niemożliwy, dlatego, że kiedy się przyjrzymy chociażby temu, jak jest rozmieszczona populacja na Ziemi, to się okaże, że istnieją ogromne białe plamy. I tak naprawdę, kiedy ktoś chciałby się ukryć nawet na lądzie, to miałby ogromne możliwości i miałby mnóstwo miejsc do wyboru. Chodzi między innymi o pasma górskie niedostępne, niezamieszkane w dużej części. Chodzi też o takie miejsca jak chociażby pustynie. Nie mówiąc już o dnach oceanów, które są, jak ktoś kiedyś powiedział, mniej zbadane niż powierzchnia Księżyca. Zatem hipotetycznie, gdyby jacyś obcy chcieli-
[04:30] - Cześć, dobry wieczór jeszcze raz.
[04:32] - Dobry wieczór Arku. Dołączył do nas właśnie teraz Arek Kocik. W tej chwili wypowiada się Piotr Cielebiaś, dlatego tobie, Arku, za chwilę oddamy głos. Piotrze, kontynuuj.
[04:42] - I gdyby obcy chcieli zbudować tutaj jakąś swoją bazę, to myślę, że dysponując ogromnym potencjałem i możliwościami, nie mieliby z tym najmniejszych problemów. Oczywiście jedyne co, to kwestia tego, czy ta baza nie zostałaby znaleziona. W tym celu najlepiej byłoby ją ukryć gdzieś pod oceanem, tak? Dlatego, że nie jest to miejsce, nie jest to obszar, który jest pod stałą kuratelą, pod stałym nadzorem. Są takie miejsca, gdzie nikt by ich po prostu nie widział. Tak więc hipotetycznie wszystko jest możliwe, ale ja pamiętam na przykład takie sugestie z roku 1949, z dokumentu pod tytułem „Ocena sytuacji”, który został sporządzony na prośbę Amerykańskich Sił Powietrznych i miał za zadanie określić pochodzenie zjawiska UFO. I ten dokument był bardzo kontrowersyjny, bo on twierdził, że wbrew temu, co ustalono, on twierdził, że te obiekty UFO, latające talerze w zasadzie wtedy, mogą mieć pochodzenie pozaziemskie i ich bazy mogą mieścić się na Księżycu albo gdzieś w przestrzeni okołoziemskiej. Także to jest drugi obszar, gdzie szukamy potencjalnych baz obcych. Do tej pory oczywiście ich nie znaleziono, natomiast było mnóstwo hipotez i mnóstwo miejsc wskazywanych jako te potencjalne miejsce. Ja osobiście muszę powiedzieć, że mam problem z tym tematem, bo czytałem oW bardzo wielu miejscach.
Natomiast w gruncie rzeczy to były tylko przypuszczenia. Tam zawsze był brak jakiegoś twardego dowodu. Także przynajmniej dla mnie to przypuszczenie, że te bazy potencjalnych obcych tutaj są, jest raczej oparte na dedukcji niż na twardych dowodach. Oczywiście zawsze możemy powiedzieć, że te dowody są ukrywane, że ktoś zlokalizował taką bazę, ona jest owiana tajemnicą i oficjalnie się o tym nie mówi. Natomiast trudno mi powiedzieć, czy są takie miejsca, gdzie widziano, że te obiekty na przykład wylatują czy lądują regularnie. Moim zdaniem nie ma takich relacji, ale nie wyklucza to tego faktu, że jest możliwa taka sytuacja, o której wspomniałeś. Chrisie, co sądzisz o tej koncepcji?
[07:16] - Oczywiście temat jest kontrowersyjny, jak chyba wszystkie tematy, jakie poruszamy. Praktycznie tematy niekontrowersyjne nie mają miejsca w tych debatach. Więc kolejną kontrowersją, którą dzisiaj spróbujemy w jakiś sposób nadgryźć, to oczywiście są te tytułowe bazy, ewentualne bazy przybyszy z innej planety. I tu oczywiście, tak jak wspomniałeś, nie ma praktycznie żadnych konkretnych dowodów, które by wskazywały, że coś takiego istnieje. Ale przecież mamy całe zjawisko UFO, którego doświadczyły miliony ludzi. Można powiedzieć do dziś, w tej chwili. Więc coś dziwnego dzieje się, rozgrywa w przestrzeni nad nami, w przestrzeni kosmicznej. I teraz mamy takie dwa założenia, że to UFO posiada tak wyrafinowaną technologię, że pozwala im ona przemieszczać się przez galaktykę z olbrzymią prędkością, pokazywać się w różnych miejscach wszechświata, Układu Słonecznego i na Ziemi. To byłaby jedna koncepcja. Ta druga właśnie, że może tak wcale nie jest, że może rzeczywiście coś kiedyś gdzieś doleciało tutaj, być może z dużo większymi kłopotami.
I Ziemia zainteresowała tych przybyszy z kosmosu na tyle, że nie tyle postanowili ją zdobyć i się osiedlić, a założyć po prostu bazę. Założyć bazę i sprawdzić to, po co tu przybyli. Sprawdzić, czy to jest rzeczywiście im konieczne, potrzebne do czegoś i tak dalej. Bądź przeprowadzić być może jakieś swoje doświadczenia czy eksperymenty. I dlatego wydaje się logiczne, że takie bazy rzeczywiście powinny istnieć na Ziemi i wokół niej, po to, żeby taka placówka tej obcej cywilizacji mogła tutaj funkcjonować, istnieć, przetrwać, kontynuować to, po co tu przyleciała i jednocześnie przesyłać te dane do miejsca, skąd przyleciała i co jakiś czas komunikować się najrozmaitszą drogą ze swoją główną siedzibą. To, że wnioskujemy, że jakieś bazy muszą istnieć, wynika głównie z obserwacji, bo często, kiedy UFO jest obserwowane, znów są takie dwa scenariusze tego, co się dalej dzieje. Albo to UFO nagle bardzo ostro pikuje do góry i znika gdzieś w przestworzach, albo po prostu wręcz dosłownie zapada się pod ziemię albo pod wodę. Takich wypadków jest sporo, widziało je wielu ludzi. W związku z tym naturalne wydaje się być to, że gdzieś takie bazy muszą być. A ponieważ zakładamy, że przybysze z innej planety, którzy założyli taką bazę u nas, posiadają znacznie lepszą od nas technologię, więc z pewnością bazy są założone w miejscach, które są dla nas wciąż niedostępne.
Tak jak wspomniałeś, znamy już trochę Księżyc, ale nie znamy na przykład dna naszego oceanu. Do Rowu Mariańskiego tak naprawdę wpłynęły w tej chwili zaledwie dwie osoby. Pobyły tam po parę godzin i odpłynęły z powrotem. I praktycznie oprócz ich relacji jako naocznych świadków niewiele wiemy, co się tam dzieje. Do tego dochodzi aktywność obiektów UFO, która bardzo często rozgrywa się w miejscach, gdzie się znajdują podmorskie rowy tektoniczne, które są bardzo głębokie. Przecież taki Rów Mariański spokojnie pomieści w sobie Czomolungmę, która jest najwyższą górą na Ziemi i jeszcze parę innych sporych szczytów. Czyli to wskazuje, jak wielka jest skala takiej struktury geologicznej i jak wiele tak naprawdę można w niej ukryć. Podobne rzeczy dzieją się na przykład wokół tego rowu u wybrzeży Puerto Rico i w paru innych miejscach, między innymi także w pobliżu Wysp Salomona, o których później będziemy mówić. I ja nie mogę się doczekać, kiedy pan Bobilewicz opowie nam swoją historię z pierwszej ręki, jak było na tych bardzo odległych, wręcz kosmicznie odległych wyspach od nas i co się tam rzeczywiście wydarzyło. Do tego dochodzi jeszcze jeden element.
Ten element jest taki: czy ten kontakt został rzeczywiście z taką obcą cywilizacją nawiązany przez oczywiście jakieś najwyższe czynniki państwowe i wojskowe i został przed nami zatajony. Założenie, że taki kontakt mógł istnieć, a jest wiele takich sugestii. Często te sugestie funkcjonują w folklorze ufologicznym, ale tak jak często mówię, w każdym worku z ziarnem znajdzie się jakieś ziarnko. Rzeczywiście, być może jedno ziarnko prawdy. Być może coś w tym jest. I to z kolei sugeruje, że takie bazy wojskowe, bazy przybyszy z obcej planety mogą być połączone z bazami wojskowymi, że taka współpraca została nawiązana, że my posiadamy coś, czego oni chcą, oni posiadają coś, co my chcemy. W tym przypadku wojsko i być może najrozmaitsze czarne projekty. Pewnie chodzi głównie o technologię.I oczywiście broń. Następuje jakaś wymiana, w związku z czym mamy dwa poziomy myślenia o takich bazach. Z jednej strony mamy bazy istot pozaziemskich, które są być może tylko i wyłącznie ich, ale z drugiej strony jest baza na bazie, bo być może bazy wojskowe, często rozlokowane w różnych egzotycznych, bardzo niedostępnych miejscach na Ziemi, są właśnie strażnikami i łącznikami baz przybyszów z kosmosu, którzy być może jakiś czas temu osiedlili się i mają tu swoje własne placówki.
Myślenie na ten temat jest absolutnie szalenie kontrowersyjne. Jest ono oparte tylko i wyłącznie na pewnej spekulacji i braniu na wiarę pewnych przekazów, tak jak na przykład słynnych opowieści Schneidera i paru innych osób, które miały rzekomo bezpośrednio spotkać się z przybyszami z kosmosu gdzieś w podziemnych miejscach, w różnych punktach Ziemi i widzieć, że taka współpraca między przybyszami z kosmosu a Ziemianami, w tym przypadku reprezentantami czarnych projektów i wojska, została nawiązana i w taki sposób te bazy funkcjonują. Dziękuję.
[13:47] - Dziękujemy. Jeszcze chciałem dodać, że w zasadzie obcym, jeżeli mają bazy na Ziemi, chodzi właśnie o to, żeby nie zostać rozpoznanymi, nie zostać zaobserwowanymi. Stąd fakt, że ich obserwujemy tak mało, de facto świadczy o tym, że takie bazy mogą być, bo oni po prostu doskonale się kamuflują. Ale jeszcze zapomniałem dodać o jednej sprawie. Otóż kiedy mówiliśmy o bazach na Księżycu, przypomniała mi się pewna koncepcja znana bardziej z literatury science fiction, ale i z literatury naukowej, często tam się pojawiająca. Gdyby był Marek Żelkowski, na pewno by coś o tym powiedział. Chodzi o tak zwane sondy Bracewella. Jest to koncepcja, która mówi, że obcy wysyłają w świat sondy w ogromnej ilości. To są sondy samoreplikujące. Ta sonda jest na tyle inteligentna, że potrafi stworzyć własną kopię, jeżeli znajdzie tylko dostępne do tego surowce.
Ona tworzy swoją kopię i wysyła następne sondy w następnym kierunku, które robią to samo. To są tak zwane sondy von Neumanna. Natomiast bodajże Bracewell wysunął taką koncepcję, że taka sonda może sobie po prostu czekać i nawiązać kontakt z inną cywilizacją znalezioną gdzieś w kosmosie, jeżeli ta będzie na to gotowa. W zasadzie sondy Bracewella mogą czekać gdzieś w ukryciu, aż dadzą o sobie znać. Była taka koncepcja, na przykład Paul Davis, fizyk, pisał, że taka sonda może się kryć gdzieś po ciemnej stronie Księżyca. Natomiast puśćmy wodze fantazji i zwizualizujmy sobie, że taka sonda rzeczywiście może cały czas produkować swoje kopie gdzieś na Ziemi i wiele z tych obiektów jest na przykład branych za UFO. Taka hipoteza się też pojawiła. W ogóle temat robotycznego, mechanicznego, automatycznego UFO jest bardzo nęcący i mam nadzieję, że kiedyś go podejmiemy w naszych debatach. Ale powróćmy do baz sensu stricto. Arku, co sądzisz o bazach na Ziemi?
Czy mogą rzeczywiście być gdzieś w wysokich Himalajach albo pod dnami oceanów?
[16:17] - Jeżeli UFO i kosmici są z krwi i kości, przylatują tutaj do nas i mają jakieś programy naukowe dotyczące rozwoju Ziemi czy wpływania na ludzkość, to niewątpliwie takie bazy należałoby założyć. Troszeczkę to się kłóci z tym, co mamy z paleoastronautyki, dlatego że na przykład w Ameryce Południowej czy w jakichkolwiek innych mitach jest powiedzenie, że obcy przylecieli, nauczyli nas czegoś, pomogli ludzkości w rozwoju, zabrali się i odlecieli. Więc musieli mieć bazy. Ale to się kłóci z naukowym podejściem nieingerencji w rozwój, czyli taki kamuflaż pełny i obserwowanie rozwijającego się społeczeństwa bez wpływu na nie, żeby po prostu dać szansę rozwoju. Jeżeli chodzi o paleoastronautykę, mamy do czynienia z czymś takim, że oni wpływali. Czy to będzie Olimp, czy to będzie Kaczyni, czy jakiekolwiek inne legendy. Natomiast w tej chwili, to znaczy od lat 50., zaczęto szukać baz i zaczęło się mówić głośno o takich bazach, ale w miejscach, gdzie najczęściej widywano pojawianie się statków UFO. Amerykanie przede wszystkim mówili o bardzo częstych obserwacjach nad Antarktydą i nad Arktyką. Takie dwa punkty, gdzie tam się zlatywało. Być może sugerowali się tym, gdzie mieszka Superman, że też miał bazę w takim niedostępnym miejscu.
I takie właśnie niedostępne miejsca o zagadkowej historii, jak Trójkąt Bermudzki, tak jak Piotr wspominał, czy dno morza, czy niedostępne góry były tak wskazywane. Tutaj należałoby się przyjrzeć w sumie też legendom naszym polskim o Giewoncie, gdzie są śpiący rycerze we wnętrzu góry.I mają się obudzić, kiedy przyjdzie na to pora. Być może jest to wskazówka do tego, że w legendach wielu krajów jest mityczna góra, gdzie jacyś superherosi zastygli i czekają na jakieś wydarzenie. Omawialiśmy swego czasu katastrofę tunguską pod kątem, że być może ten meteoryt został zniszczony przez urządzenia, które znajdują się w Dolinie Śmierci na Syberii. Słynne kotły, które miały być częścią jakiegoś systemu. Być może to jest część bazy, która kiedykolwiek mogła być. Takich miejsc jest bardzo dużo. Najczęściej są to miejsca bardzo odległe i praktycznie niesprawdzalne albo bardzo trudno sprawdzalne. Tutaj mamy akurat bardzo fajnie, że pan Wojciech Bobilewicz był, sprawdził, widział i to, co widział, na pewno nam powie. Dziękuję.
[20:10] - I to jest świetny moment na to, aby panu Wojtkowi przekazać głos. Panie Wojciechu?
[20:16] - Dziękuję bardzo. Z wielkim zainteresowaniem przysłuchuję się temu, o czym tutaj jest mowa. Zanim jeszcze powiem o Wyspach Salomona, dlatego że rzeczywiście wydaje mi się, że jest to swoisty ewenement, jeśli chodzi o pojawianie się obiektów UFO, albowiem zazwyczaj pojawiają się w sposób nieregularny. W zasadzie nie możemy przewidzieć, w którym miejscu i jakim czasie takie obiekty zostaną zaobserwowane. W przypadku Wysp Salomona, a przynajmniej jednego miejsca na Wyspach Salomona, jest to coś zupełnie innego, bo owe obiekty pojawiają się w miarę regularnie. Ale zanim jeszcze o tym opowiem, to chciałbym się ustosunkować do tego, o czym była mowa, czyli o bazach UFO. Przede wszystkim oczywiście musimy uwzględnić, że jak wszyscy wiemy, UFO niekoniecznie musi oznaczać obiekty latające innych cywilizacji. Niewykluczone zatem, że istotnie gdzieś w niedostępnych miejscach znajdują się bazy, ale są to bazy jak najbardziej ziemskie, stworzone przez ludzi, gdzie testowane są w tajnych operacjach najnowsze bronie, technologie, pojazdy i tak dalej, więc to należy też uwzględnić. A jeśli chodzi o samych obcych, to też musimy pamiętać, że zgodnie z tym, co twierdzą badacze tego zagadnienia, obcy dzielą się na przyjaznych nam, a w każdym razie niewrogich i tych, którzy nam źle życzą. I niewykluczone, że i ci, i ci mogą mieć w różnych miejscach naszego globu porozrzucane bazy.
Ci pierwsi, żeby obserwować rozwój tego, co się dzieje na Ziemi albo wręcz w jakiś sposób wpływać na to, żeby pewne negatywne zjawiska na Ziemi nie zaistniały. Na przykład znamy też opowiadania wojskowych o tym, że nad bazami wojskowymi przeleciały takie obiekty i w zasadzie zneutralizowały ładunki jądrowe znajdujące się w silosach, wyrzutniach. Po prostu nie można było tych ładunków odpalić. A z kolei ci złowrodzy, że tak powiem, obcy, ci, którzy nam źle życzą. Nawiązuję do tego, o czym była już mowa, czyli o domniemanym kontakcie obcych z przedstawicielami rządu amerykańskiego. Jeżeli rzeczywiście do takiego kontaktu doszło, jeżeli rzeczywiście taka rzecz miała miejsce, nie wiemy, kogo reprezentowali ci obcy, czy to były teraz życzliwie wobec nas nastawione czy względnie neutralne, czy też właśnie wrogo nastawione. Jeżeli te drugie, to jest bardzo możliwe, że na przykład w zamian za chociażby technologię oni otrzymali od naszego rządu czy rządu amerykańskiego w tym konkretnym przypadku zapewnienie o niekrępowanej współpracy, czy też o różnych eksperymentach, które będą mogli wykonywać, w tym także na ludziach czy na zwierzętach. Niewykluczone, że tacy obcy przebywają w bazach również stworzonych ręką ludzką, w tajnych bazach wojskowych. Przecież są doniesienia o różnych bazach wojskowych posiadających wiele poziomów, gdzie na najniższych poziomach przeprowadza się różnego rodzaju dziwne eksperymenty. I te poziomy mają supertajny kod dostępu, że właściwie nawet niektórym pracownikom wojskowym owych baz nie wolno tam wejść.
Nie wiadomo oczywiście, czy to jest prawda. Wszystko, tak jak też już o tym była mowa, opiera się na pogłoskach, doniesieniach i domysłach. Ale trzeba właśnie o tym pamiętać, że są różne rodzaje tych obcych i są różne rodzaje pojazdów. Nie wszystkie z nich muszą mieć proweniencję pozaziemską. A jeśli chodzi o Wyspy Salomona, rzeczywiście, tak jak wspomniałemTutaj mamy do czynienia ze swojego rodzaju ewenementem, dlatego że przynajmniej w jednym miejscu na terenie Wysp Salomona, mianowicie na największej wyspie tego archipelagu, czyli na wyspie Guadalcanal, słyszy się często o doniesieniach dotyczących dziwnych świateł zachowujących się w bardzo charakterystyczny, specyficzny sposób. Teren Wysp Salomona jest pofałdowany, górzysty. Są to wzniesienia o wysokości od kilkudziesięciu do kilkuset metrów. Najwyższy szczyt bodajże około dwóch tysięcy metrów. Góry te są w większości porośnięte lasem, dżunglą. W związku z tym są to tereny naprawdę bardzo trudno dostępne, miejscami bagienne, o bardzo śliskich, wąskich ścieżkach.
Do tego jeszcze mieszkańcy Wysp Salomona są bardzo terytorialni, mają swoje wydzielone terytoria. Przejście przez takie terytorium wiąże się nieodmiennie z koniecznością uiszczenia swoich opłat, a przede wszystkim ze zgodą wodzów owych wiosek i samych mieszkańców. Dlatego też z tych powodów atmosferycznych, ukształtowania terenu i tak dalej, bardzo trudno jest dostać się w określone miejsce na Wyspach Salomona. Nie jest to takie proste, jak myślą sobie niektórzy, że wystarczy uzbroić się w dobry sprzęt i udać się tam. To jest znacznie trudniejsza i bardziej skomplikowana sprawa. Dlatego ja cały czas oczywiście myślę o tym, zamierzam kiedyś, w przyszłości, kiedy będę miał na to możliwości i czasowe, i finansowe, wrócić w tamte miejsca, ponieważ właśnie w tym jednym obszarze wyspy Guadalcanal dochodzi do regularnych obserwacji światła wyłaniającego się zza jednej z gór czy wzgórzy. Światło to przesuwa się w sposób jednostajny w tym morzu. Nie wiadomo, co się tam dzieje, ale przebywa przez kilka, kilkanaście minut, po czym się z morza wyłania i zawraca, lecąc z powrotem w stronę tej samej góry, gdzie za tą górą znika. Będąc na Wyspach Salomona po raz pierwszy, bo byłem tam dwukrotnie, obserwowałem, nie wiem, czy to były dokładnie te światła, o których opowiadają miejscowi, natomiast obserwowałem bardzo dziwne zjawisko, ponieważ najpierw widziałem zza jednej z gór, wydobywające się z doliny znajdujące się za tą górą dziwne światło, taką poświatę o barwie mniej więcej przypominającej łuk spawalniczy. Jak państwo nas słuchający w tej chwili na pewno mieli okazję oglądać kogoś, kto spawa, to światło, które się wydobywa, te iskry mają mniej więcej taki kolor jak kolor tej poświaty, którą widziałem.
A potem jeszcze widziałem światło, które poruszało się wzdłuż zbocza tej samej góry, ale było ono w takiej odległości od tej góry, że na pewno nie była to latarka. Nie była to żadna osoba, która poruszała latarką czy innym światłem, ponieważ to światło znajdowało się w oddaleniu od zbocza. Obserwowałem tę górę z pewnej odległości, więc trudno mi powiedzieć, czy to było kilkadziesiąt metrów, czy kilkaset metrów, czy kilometr od zbocza góry, ale w każdym razie to światło poruszało się nie przy samym lądzie czy zboczu, tylko w pewnym od niego oddaleniu. I również poruszało się w bardzo specyficzny sposób, czyli raz w górę, raz w dół, raz w lewo, raz w prawo, takimi bardzo dynamicznymi, zrywnymi ruchami, po czym na chwilę zatrzymywało się i potem znowu się poruszało w podobny sposób, aż w końcu wszystko zgasło i ucichło. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć, co to było. Natomiast samolot czy helikopter w ten sposób raczej się nie zachowują. Po prostu nie są w stanie wykonywać tego typu manewrów. Doniesienia o takich światłach, bo tak jak mówię, nie wiem, czy to były akurat dokładnie te światła, są tam bardzo częste. Muszę panom i państwu powiedzieć, że gdzieś tam na YouTubie umieściłem filmik będący właściwie wywiadem z wodzem jednej z wiosek znajdujących się właśnie tam, czyli w zachodniej części wyspy Guadalcanal. Ludzie tam mogą umieszczać komentarze pod tym filmem i znalazło się tam kilka komentarzy miejscowych mieszkańców, którzy potwierdzają, że opowieści o owych światłach są prawdą.
Zdaje się, że nawet jeden z nich opisuje, że sam takie światła widział. Zresztą ja również, będąc później już w innych miejscach Wysp Salomona, na innych wyspach, także od miejscowych mieszkańców dowiadywałem się, że oni także byli świadkami różnego rodzaju dziwnych wydarzeń, dziwnych świateł, dziwnych zjawisk, które my w naszej cywilizacji określilibyśmy mianem UFO, bardzo niezidentyfikowanych obiektów. Jeden z mieszkańców opisał mi nawet dość dokładnie, mam to zresztą nawet nagrane, jak to podczas wesela jego brata nagle nad drzewami przeleciało światło, które gdzieś tam schowało się w jakiejś dolinie i było widziane przez całkiem sporą liczbę naocznych świadków. W związku z tym jestem absolutnie zdania, że na pewno UFO tam ma swoje bazy. Czy to UFO ma pochodzenie pozaziemskie, czy też są to znowu jakieś tajne projekty wojskowe, trudno mi powiedzieć, dlatego że oprócz opowieści o UFO rozumianym przez nas jako obiekty obcych cywilizacji, słyszałem również inne opowieści o zdecydowanie już ziemskich bazach, o ludziach ubranych w bardzo dziwne mundury, którzy na przykład nakazali... mieszkańcom pewnej wioski nie wznosić żadnych konstrukcji, żadnych chat, domów, niczego na pewnym wydzielonym obszarze. Udało mi się tę wioskę odnaleźć. Byłem tam. Mieszkańcy tej wioski potwierdzili, że rzeczywiście takie zdarzenie miało miejsce. Pokazali mi ten obszar.
Był to zwykły obszar porośnięty krzakami i drzewami. Natomiast rzeczywiście miał on w miarę regularny, okrągły kształt. Kto wie, może jest to jakaś pokrywa wyrzutni rakiet. Myślę, że w przypadku Wysp Salomona mamy do czynienia zarówno z zagadkami pochodzenia pozaziemskiego, jak i być może o typowo ziemskiej proweniencji.
[32:16] - Przechodzimy do pytania numer dwa. Brzmi ono następująco: na świecie istnieje kilka legend o bazach UFO. Ta najsłynniejsza historia, właściwie rodzaj współczesnej legendy, to baza Dulce w Nowym Meksyku. Skąd wzięły się pogłoski na jej temat? Czy pogłoski te mają jakieś potwierdzenie w rzeczywistości? Może tym razem pierwszy niech się wypowie w tym temacie Arek Kocik. Arku?
[32:42] - Tutaj najwięcej do powiedzenia pewnie będzie miał Kris z racji tego, że jest to stosunkowo blisko jego i tematy opisane niedostępne dla nas na pewno Kris będzie miał bardziej pod ręką. Oddaję swój głos dla Krisa.
[33:07] - Ja nie chciałbym rozczarować wszystkich, ale generalnie ta historia jest dość powszechnie znana i obrosła legendą. Może nawet większą legendą niż smoki czy węże smocze na Wyspach Salomona, bo rzecz cała rozgrywa się w Nowym Meksyku, w miejscowości Dulce. Miejscowości, w której się nic nie dzieje, gdzie wrony zawracają. Jest to praktycznie pustkowie, nieużytek. Mieszkają tam jedynie Indianie w większości i teoretycznie, podobno według tej legendy, znajduje się tam gdzieś głęboko pod ziemią baza wojskowa. I to nie jest zwykła baza wojskowa. Jest to baza, która działa w ten sposób, że podobno współpracuje z kosmitami. Cała historia zaczęła się w 79 roku, kiedy podobno, bo nie mamy pewności, czy taka baza istnieje w ogóle, ponieważ nie ma jej w spisie baz czy obiektów. Nie można zobaczyć jej bramy i wjechać tam i zobaczyć jakichś instalacji militarnych, ponieważ ciągle jest to pustkowie. Nic się w tym miejscu tak naprawdę nie dzieje.
Ale załóżmy, że gdzieś pod ziemią rzeczywiście coś znajduje się. Znajduje się duża struktura. Struktura na tyle duża, że jest w stanie pomieścić w sobie całkiem średnich rozmiarów miasto. I w 1979 roku, podobno, tak jak powiedziałem, postanowiono tę bazę powiększyć, zbudować do niej jakiś dodatek, bo baza teoretycznie miała powstać jeszcze w latach 40. Tak że już bardzo dawno temu. Właściwie można powiedzieć przed drugą wojną światową w sensie Amerykanów, którzy przystąpili do niej trochę później. Już ona wtedy powstała. Inżynierem, który miał się tym zająć, który miał dowodzić robotnikami, którzy mieli wiercić bardzo głębokie odwierty w ziemi po to, żeby móc zainstalować ładunki wybuchowe, które pozwoliłyby na stworzenie pustych przestrzeni pod spodem po to, żeby móc ten dodatek do tej bazy dobudować. Tymi inżynierami dowodził Phil Schneider, słynna osoba, o której rozmawialiśmy już kiedyś, chyba w zeszłym roku, w debatach. Osoba również kontrowersyjna, ponieważ był to pierwszy i można powiedzieć jedyny człowiek, który na taką skalę ujawnił bądź opowiedział światu o tej bazie Dulce, o tajnej bazie, która znajduje się głęboko pod ziemią.
I w sytuacji, kiedy robiono te odwierty, które tak jak powiedziałem, były bardzo głębokie i dość szerokie, w którymś momencie urządzenia, których używano, nowoczesne urządzenia oparte między innymi na laserze, zaczęły się po prostu psuć, tak jakby uderzyły w coś, w jakiś materiał geologiczny, który był twardszy od tego, niż przewidywano. Nie bardzo wiedziano, o co w tym wszystkim chodzi. Wysłano specjalną sondę w dół, żeby to sprawdziła. Sonda nie wróciła. Więc Schneider z paroma ludźmi postanowił zjechać na dół i według swojej własnej opowieści miał tam spotkać nikogo innego, a całkiem sporych rozmiarów szaraki. Szaracy, podobnie jak on, byli zaskoczeni swoim własnym widokiem. Schneider, wychowany na Dzikim Zachodzie, był szybki, jeśli chodzi o znalezienie swojej własnej broni. Podobno miał zastrzelić dwóch szaraków. Ci jednak odpowiedzieli ogniem i pozabijali masę ludzi. Tak naprawdę zabili wszystkich, którzy zjechali razem z nim.
Była to ekipa około 30 osób. Wywiązała się batalia, trup padał z jednej i z drugiej strony. Schneider sam został postrzelony w klatkę piersiową, postrzelony czymś bardzo dziwnym, jak on później opowiadał. Ci szaraki to chyba rodzaj, nijaki będziemy ich nazywać, było określać ich rodzajem nijakim. Szaraki mieli jakieś urządzenie, które było zamontowane w części kombinezonu, które wysyłało promienie. Te promienie po prostu spaliły część płuc Schneidera. Jakoś się z tego wykaraskał, ale okazało się, że promieniowanie, jakie towarzyszyło użyciu tej broni, było tak silne, że wpadł w bardzo silne problemy zdrowotne, które ciągnęły się później przez lata. Próbował się wyleczyć, aż w końcu w bardzo tajemniczych okolicznościach zakończył swoje życie, o czym rozmawialiśmy. I ta teoria konspiracji, jaka powstała wokółTego mówi o tym, że Schneider powiedział rzeczy, o których mówić nie powinien, że ujawnił światu coś, o czym świat miał nie mieć pojęcia i dlatego spotkała go kara, jaka go spotkała. Tyle że zanim Schneider zakończył swoje życie, zdążył przez wiele lat pojeździć po różnych sympozjach, kongresach, zrobić masę spotkań.
Stał się osobą dość popularną w świecie ufologicznym i świecie sympatyków ufologii. I praktycznie ta historia, ta legenda tajnej bazy Dulce stała się powszechnie znana. Wszyscy o niej wiedzieli. Wszyscy wiedzieli o tym, że dzieje się tam coś dziwnego w tej bazie i ma to związek z pozaziemską cywilizacją, która współpracuje z górnymi partiami rządu, który dowodzi tymi czarnymi projektami, a także armią i tam dokonywane są jakieś najdziwniejsze tajne doświadczenia. Prawdopodobnie chodziło nie tylko o technologię, ale głównie także o eksperymenty genetyczne. Ludzie, którzy pracowali, których podobno miano znaleźć na dole, właśnie w tej nadgryzionej bazie, którą niechcący rozwalili geolodzy, robiąc te odwierty. Bo właśnie stało się to tak, że te olbrzymie laserowe wiertła, które wgryzały się w ziemię, natrafiły na część tej bazy i po prostu odłupały jej jedną ze ścian. I dlatego właśnie nastąpiło to otwarcie. Z tego otworu, w którym to się stało, wydobywał się dym, jakiś dziwaczny zapach. To właśnie zaalarmowało geologów, którzy postanowili zjechać na dół, żeby zobaczyć na własne oczy, co się dzieje, zwłaszcza w sytuacji, kiedy zgubili sondę, która miała to za nich sprawdzić.
To, że ta historia być może ma jakieś sensowne podstawy, świadczy o tym fakt, że w miejscu, gdzie leży Dulce, znaleziono ogromną ilość martwych zwierząt. To były właśnie zwierzęta, które dzisiaj klasycznie oceniamy określeniem, że są to jakieś pozaziemskie okaleczenia. Polegało to na tym, że zwierzętom tym usunięto najrozmaitsze organy. Najczęściej były to organy związane z ich rozrodczością, ale także usuwano w sposób niemalże perfekcyjny, bardziej dokładny niż chirurgiczny krew. I robiono nacięcia na ciałach tych zwierząt w taki sposób, że dzisiejsza technika medyczna praktycznie na tego typu precyzyjne cięcia nie pozwala. Cięcia były prowadzone tak, jakby ten skalpel, którym były te zwierzęta nacinane, był tak prowadzony, jakby doskonale wiedział i znał kształt komórek i ciął ciało w ten sposób, aby ich nie naruszyć, aby nie nastąpiło krwawienia, a następnie odpompował całą krew. Takich wypadków było tam bardzo wiele, bo przez wiele lat uzbierało się ich kilkaset i wiele z nich nie zostało nawet zgłoszonych z tego względu, że miały one miejsce na terenie rezerwatu indiańskiego Indian Jicarillo. Jest to jeden z takich odłamów szczepu Apaczy, którzy zamieszkiwali teren Nowego Meksyku. Do dziś zamieszkują, dzielą się na szereg niewielkich małych plemion. I była to też sytuacja, która w jakiś sposób była podobna do innych tego typu miejsc w okolicy.
Że nie tylko Dulce, ale także inne miejsca, gdzie znajdowały się jakieś indiańskie rezerwaty. Również podobna historia z tymi dziwnymi okaleczeniami bydła się zdarzała. Niewytłumaczalna historia. Schneider zaczął prowadzić swoje własne śledztwo, dochodzenie w tej sprawie i odkrył parę interesujących rzeczy. Między innymi odkrył to, że wodzowie tych plemion, którzy zarządzali rezerwatami, mieli szereg spotkań z przedstawicielami. Tu można postawić wielki znak zapytania, bo nie wiadomo kogo. Przyjechali panowie w ciemnych okularach, w ciemnych garniturach i prowadzili rozmowy z szefami tych rezerwatów, że jakieś tam będą prowadzone prace, że coś będzie się działo pod auspicjami rządu, że jest to tajne, ale oczywiście w zamian Apacze dostaną jakieś pieniądze. Oczywiście wódz dostanie najwięcej pieniędzy. I zdarzyło się to nie tylko w Dulce, ale także w paru innych miejscach w Nowym Meksyku, gdzie takie rezerwaty istnieją. Tak że nie był to przypadek absolutnie odosobniony.
Sama osoba Schneidera jest osobą interesującą, bo nawet mimo że jego wiedza i umiejętności pozwalały na prowadzenie tego typu szeroko zakrojonych prac bardzo wyrafinowanym sprzętem, oczywiście z pewną klauzulą tajności, bo miały to być instalacje wojskowe, w związku z czym ludzie, którzy dla niego pracowali, a i on sam musieli być w jakiś sposób sprawdzeni i mieć ten rodzaj zaufania ze strony ludzi, którzy z kolei zatrudniali do tego typu pracy. Więc historia Schneidera jest tu ciekawa, bo jego ojciec, Otto Schneider, był kapitanem U-Boota i wygląda na to, że nie był to zwykły kapitan U-Boota, że nie był to człowiek, który tylko wędrował gdzieś przez podmorskie przestworza i szukał, co by tu storpedować, jakiś aliancki statek, ale robił coś jeszcze innego. Było to na tyle interesujące, że po II wojnie światowej został on sprowadzony do Stanów w ramach programu Paperclip, słynnego programu, o którym również nie raz rozmawialiśmy. Program ten ciągle bardzo mnie interesuje, ponieważ widzę źródło wielu problemów, które trapią nas dziś, że mają one swój początek na olbrzymią skalę właśnie w tym programie. I właśnie ów Otto Schneider współpracował, mimo że był kapitanem okrętu podwodnego. Nagle okazało się, że pracował w Los Alamos, współpracował przy tworzeniu tych wszystkich nuklearnych bomb.I prowadzeniu doświadczeń, które tam miały miejsce, ale także brał udział w równie tajnym i bardzo mrocznym projekcie Filadelfia. Jego synem był Phil Schneider, inżynier. Dlatego widzimy tutaj pewną ciągłość. Ten inżynier był na tyle zasłużony, jego rodzina była na tyle zasłużona, że należał do tego tajnego klubu, który robi coś, o czym świat nie ma pojęcia i z tego powodu można mu było zaufać. Być może to też wskazuje na to, że przeżył tak długo, zanim nie zakończył przedwcześnie swojego życia i zdążył opowiedzieć tyle o tej bazie.
Mimo że do końca twardych dowodów na istnienie tej bazy nie mamy. Wielu ludzi oczywiście po przeczytaniu tej historii, po zapoznaniu się z nią wybrało się do Dulce, żeby sprawdzić, co się tam dzieje. Napotkali parę jaszczurek, trochę kaktusów i paru smutnych Indian i praktycznie nic więcej. Jeżeli dziś pojechać do Dulce, nie zobaczymy tam praktycznie nic. Rozczarujemy się bardzo. Ja mam nadzieję wybrać się w tym roku, kiedy jest takie spotkanie ufologiczne w Nowym Meksyku. Ono się nazywa Contact in the Desert i przyjeżdża wielu znanych ufologów, ponieważ miejsce jest dość odległe od świata, więc jest bardzo dobra atmosfera, bez tłumów, bez reporterów. Można powiedzieć, że w jakimś sensie rodzinna. Tradycją tych spotkań jest właśnie wyjazd do Dulce i oczywiście pewna dyskusja na ten temat, odświeżanie tematu. Sam jestem bardzo ciekaw, jak to wygląda w oczach współczesnych ufologów, ludzi, którzy zajmują się tym tematem.
Jak to wygląda dziś? Czy istnieją jakieś nie tyle może nowe dowody, bo prawdopodobnie o nie bardzo trudno, ale jakiś nowy sposób myślenia, żeby móc ten temat w jakiś sposób ugryźć, uprawdopodobnić i sprawdzić, czy rzeczywiście on miał miejsce. Ale tak jak powiedziałem, dziś Dulce nie różni się praktycznie nic od okolicznej pustyni i z tego powodu każdy sceptyk powie, że bazy tam nie ma. Nie widać nie tylko instalacji, ale praktycznie mało co przelatuje na niebie. Z pewnością nic, co by wskazywało, że może to być UFO albo jakiś inny podejrzany obiekt. Na przykład w przypadku Strefy 51 mamy do czynienia z tym, że śmigłowce wojskowe ścigają takich badaczy, którzy chcą zobaczyć, co jest tam w środku, sfotografować coś. Jest dużo afer z tym związanych. Wyjeżdża wojsko, są aresztowania, natomiast tam nie dzieje się nic. Można jeździć po całym terenie i nikt niczego nie spotka. Dlatego Dulce jest tym kontrowersyjnym, interesującym miejscem.
Tu jeszcze na chwilkę chciałbym wrócić do Otto Schneidera, ojca Phila Schneidera, dlatego, że myślę, że to jest dobry moment, żeby przynajmniej spróbować umiejscowić go w tej całej historii. Dlaczego on był taki ważny? Swego czasu był on ścigany po wojnie. Był on ścigany w Niemczech, nie wiadomo za co tak naprawdę. Był on ścigany w Niemczech i płacono za wskazanie miejsca, w którym on przebywa, płacono milion dolarów w złocie. Jeśli pomyśleć, zastanowić się, cóż ten człowiek mógł takiego wiedzieć, że był tak bardzo cenny i tak bardzo go poszukiwano. Taka moja teoria, którą sobie skleiłem z tego, co dało się sklecić dookoła, aby móc w jakiś sposób znaleźć dla niego miejsce w tym całym wielkim obrazku podwodnych baz, jest taka, że być może Otto Schneider, wędrując swoim U-Bootem w różne odległe zakątki ziemi, być może trafił na coś, dotarł do czegoś, odnalazł pod wodą coś, co być może było związane z UFO, z taką podwodną bazą. Bo na przykład kolejna z legend na temat baz podwodnych mówi o tym, że wybranie archipelagu Bikini na eksplozję nuklearną, na próbę nuklearną nie było przypadkowe, że znaleziono tam dość sporych rozmiarów bazę kosmitów, podwodną bazę kosmitów. Ci kosmici byli dość agresywni, dlatego użycie bomby atomowej było jedynym sposobem, aby móc się ich pozbyć. Kto wie, być może Schneider, zapuszczając się w zupełnie tropikalne regiony, a dziś wiemy, że U-Booty pływały niemalże we wszystkie zakątki świata, od Arktyki po Antarktydę, a także na wody tropikalne.
Co jakiś czas odnajduje się wraki U-Bootów, które zaginęły bez wieści. Nagle okazuje się, że leżą gdzieś w bardzo egzotycznych zakątkach i nikt nie wie, co tak naprawdę one robiły tam i czego szukały. Być może odnalazł coś takiego i być może z tego powodu był on ekspertem bądź człowiekiem potrzebnym do współpracy w tym programie atomowym, który miał swoją kulminację na Bikini, gdzie dokonano olbrzymiej eksplozji. A od ludzi z Bikini, których ewakuowano przed tym wybuchem, wiadomo było i jest to potwierdzone, że byli przez kogoś prześladowani. Nie byli to ludzie, były to jakieś istoty, podobnie jak te smocze węże na wyspach Salomona, które pojawiały się, wylatywały z wody i co jakiś czas wpadały w konflikt z miejscowymi. Oni się ich bardzo bali, mieli z nimi bardzo nieprzyjemne kontakty. Ta układanka oczywiście w sposób bardzo fantastyczny tutaj składa się w jedną całość. Stąd wiemy o rzekomej bazie w Dulce. Jest to jedna z wielu baz, bo na terenie Stanów mówi się o tym, że jest ich w tej chwili około 130 kilku. Podziemie amerykańskie, strefa podziemna jest podziurawiona jak szwajcarski ser na najrozmaitszych głębokościach.
Kiedy o tym pomyśleć, wręcz przechodzi ludzkie wyobrażenie, jak wielka skala jest tego typu budowli, jak wiele pieniędzy jest na nie potrzebne.Jak niesamowite technologie są konieczne, aby móc budować na tą skalę. I teraz jest pytanie, skąd są te technologie i to, w jaki sposób wskazuje nam tych właśnie przybyszy, tych właśnie obcych, którzy przybyli na Ziemię i być może rzeczywiście znaleźli jakiś wspólny język z obecnymi naszymi władcami po to, by móc przy tych projektach współpracować za obu stron. Dziękuję.
[50:39] - Dziękujemy. Tak, chyba nie ma co tutaj dodawać, bo Chris nam to wszystko ładnie tutaj powiedział. Natomiast ja bym jeszcze dodał pewną kwestię, bo baza w Dulce czy jak inni mówią „Dulcze”, wzięła w zasadzie swoje istnienie od incydentu z doktorem Benewiczem. Doktor Benewicz czy Benewicz to była taka ciekawa postać, bo w zasadzie to był właściciel firmy, która była na kontrakcie z wojskiem. I ten Benewicz był pasjonatem UFO i w pewnym momencie wykrył dziwne sygnały radiowe i jakoś doszedł do wniosku, że trafił na ślady bazy UFO, która się znajduje w tym rejonie. I wtedy Richard Doty, oficer Lotniczego Biura do Spraw Zadań Specjalnych, wkręcał tego Benewicza, mówiąc szczerze i to on w zasadzie stworzył ten mit o bazie Dulce. W każdym razie mnie jeszcze intryguje jedna rzecz w tej kwestii, bo wszyscy mówią: „A to tam jest, to jest Dulce i to na pewno tam jest”. Ale kiedy się przyjrzymy amerykańskiej taktyce postępowania z legendami wokół takich baz, to zobaczymy w tym pewną ciekawą strategię, bo przyjrzyjmy się Strefie 51. Wszyscy twierdzą, że coś jest w Strefie 51. Oczy całej Ameryki, oczywiście tego mainstreamu, oczy całego mainstreamu, tego folkloru ufologicznego są skupione na Strefie 51.
Natomiast tak naprawdę Tonopah, poligon wojskowy, który leży w zasadzie niedaleko jak na pustynne standardy, może być tym prawdziwym miejscem, gdzie trzyma się te technologiczne cuda. Tak samo może być i w tym przypadku, że legenda każe szukać bazy wokół Dulce, a tak naprawdę może być ona w miejscu, w którym jej już nikt szukał nie będzie, dlatego, że wszyscy będą skupieni tam. Także ja nie neguję sprawy podziemnej bazy, ale rzeczywiście historia Schneidera jest dziwna, bo jest to jedna z tych osób, które straciły życie mówiąc o UFO, opowiadając różne sensacyjne rzeczy. Natomiast zawsze mam taki niepokój związany z tym, że w świecie tych setek informatorów większość była prawdopodobnie dezinformatorami i my nigdy nie będziemy wiedzieć, kto mówił prawdę. I chyba jedno z potwierdzeń, które mówi o tej bazie pochodzi od Johna Lehre bodajże. I on twierdził, że spotkał trzy osoby, które mu potwierdziły. Ale czy można mu wierzyć? Nie dałbym sobie też za to uciąć nogi. Ale przejdźmy do innej kwestii. Jest z nami dzisiaj Wojciech Bobilewicz, który poszukiwał baz UFO na Wyspach Salomona.
Chciał sprawdzić legendę o smoczych wężach i bazie tych obiektów, która może się tam znajdować. Panie Wojtku, jakie w zasadzie są wstępne wyniki pana ekspedycji? Czy pokusiłby się pan o taką hipotezę, że tam rzeczywiście pod ziemią może się coś znajdować? Już trochę o tym mówiliśmy, ale czy mógłby pan rozszerzyć nieco ten temat i powiedzieć naszym słuchaczom, czym są owe smocze węże?
[54:23] - Tak, oczywiście. Tak jak wspomniałem wcześniej, to jest kwestia zorganizowania czasu i jak wiadomo środków finansowych. Niestety sam wyjazd nawet na Wyspy Salomona nie jest rzeczą tanią, a jeśli chcieć by zbadać albo przynajmniej spróbować zbadać te zagadnienia, to niestety nie można tam przebywać przez tydzień czy dwa, tylko znacznie dłużej. I to nie tylko dlatego, że trzeba by dotrzeć w różne rejony, ale także ze względu na owe bardzo dziwne relacje z miejscowymi, którzy z jednej strony przekazują różnego rodzaju informacje w sposób pośredni potwierdzające, że coś jest, jak to się mówi, na rzeczy, a z drugiej strony stawiają, że tak powiem, zaporowe warunki dotyczące przebywania w konkretnym miejscu, w takim miejscu, które ewentualnie umożliwiłoby przeprowadzenie dalszych badań. Te zaporowe warunki mogą znowu mieć charakter finansowy, bo pamiętam, jak Marius Boisriant, o którym chyba jeszcze dzisiaj będziemy mówić, napisał w swojej książce, że w pewnym miejscu z rafy koralowej położonej w konkretnej lokalizacji na terenie Wysp Salomona wyłaniają się pewne światła. Ja chciałem się udać na wybrzeże tej wyspy, możliwie jak najbliżej tej rafy koralowej i być może nawet wynająć łódkę i popłynąć w stronę tej rafy koralowej, którą przypuszczam, że udało mi się zidentyfikować na mapie topograficznej. Kiedy chciałem to zrobić, to okazało się, że warunki, jakie stawia miejscowy wódz, warunki finansowe, że tak powiem, są takie, że skutecznie niestety uniemożliwiło mi to dotarcie do tych wskazanych rejonów.Tak więc to są bardzo duże utrudnienia, ale cały czas oczywiście gdzieś tam, że jak to się mówi popularnie z tyłu głowy mam zamiar powrócić i mam nadzieję, że kiedyś mi się to uda. A może jeśli nie mnie, to może ktoś z państwa, ktoś ze słuchaczy będzie miał taką możliwość, taką ewentualność. Ja oczywiście chętnie służę informacjami i wiadomościami. Co się tyczy ustaleń, to tak jak wspominałem, na podstawie swoich własnych doświadczeń, swoich własnych obserwacji, jestem w stanie potwierdzić, oczywiście nie ze stuprocentową pewnością, rzecz jasna, że istotnie gdzieś na terenie co najmniej dwóch wysp archipelagu mogą znajdować się jakieś podziemne tajne bazy albo obcych cywilizacji, albo być może nawet wojskowe, w których przeprowadza się różne tajne eksperymenty.
Mogę to stwierdzić również na podstawie opowieści miejscowych mieszkańców, bo chyba już nawet kiedyś o tym wspominałem, ale mogę to przypomnieć, że w pewnym momencie również nawiązałem znajomość z pewnym człowiekiem z Serbii, który w owym czasie również żywotnie interesował się zagadkami Wysp Salomona i udało mu się znaleźć gdzieś w przestrzeni Internetu stronę internetową będącą swego rodzaju forum dla mieszkańców nawet nie całych Wysp Salomona, tylko jednej z wysp. Można więc sobie jaką popularność ta strona ma na świecie. Znikoma. Ja kiedyś to mierzyłem, to ta popularność wynosiła zero przecinek zero ileś tam procenta. Tyle osób w skali globalnej w ogóle wchodzi na tę stronę. A mówię to dlatego, że czasami ludzie są podejrzewani czy badacze tych zjawisk są podejrzewani albo sami świadkowie są podejrzewani o to, że celowo rozgłaszają tego typu pogłoski, wzniecają sztuczne zainteresowanie zjawiskiem, które nie ma miejsca po to tylko, żeby wywołać tanią sensację albo żeby skłonić ludzi Zachodu do przyjechania na Wyspy Salomona. Oczywiście, wziąwszy pod uwagę popularność tej strony w całej przestrzeni Internetu, jest to ewidentna bzdura, ponieważ ten mój znajomy z Serbii zadał wprost pytanie owym ludziom, którzy na tym forum wymieniali jakieś uwagi, czy byli świadkami jakichś dziwnych zdarzeń, dziwnych świateł, przelotów, jakichś obiektów i tak dalej. Okazało się, że jego pytanie miało dość spory odzew, że wiele osób odpowiadało na jego pytania. Zresztą na mojej stronie internetowej, która w tej chwili już jest taka statyczna i tam już się niewiele w tej chwili dzieje, ale tam również opisuję odpowiedzi, jakie mój kolega, mój znajomy z Serbii otrzymał, gdzie mieszkańcy wprost opisywali obserwacje chociażby dziwnych, niewydających żadnego odgłosu obiektów, które najpierw przemieszczały się w powietrzu po to, żeby potem zanurzyć się w morzu, w oceanie i płynąć pod powierzchnią wody jeszcze przez jakiś czas. Także znowu nie wiadomo, czy są to obiekty stworzone ręką ludzką, czy też nie, ale niewątpliwie mamy do czynienia z jakimiś bardzo dziwnymi zjawiskami, które mogłyby wskazywać, są pośrednimi dowodami na to, że na terenie Wysp Salomona faktycznie raz dochodzi do dziwnych zdarzeń, a dwa mogą się tam znajdować różne tajne bazy.
Czym są owe, jak oni to nazywają, smocze węże albo wężowe smoki? Oczywiście trudno dociec bez jakiejś naocznej obserwacji z dość bliskiej odległości. Natomiast wziąwszy pod uwagę opowieści miejscowych mieszkańców, z których wynika, że gdy niektórzy rybacy, którzy owe światła obserwowali, próbowali włączyć latarkę i poświecić w stronę takich obiektów latarką, wówczas owe obiekty wysyłały w ich stronę dziwny promień światła, który to promień nieco opalał ich łodzie, a także powodował czasami poparzenia, obrażenia ciała samych rybaków. Jeśli wziąć to pod uwagę, jeśli wziąć pod uwagę inne opowieści, zgodnie z którymi przerażeni rybacy czym prędzej dopływali na brzeg, porzucali swoje łódki i biegli w stronę lasu, a światło to podążało za nimi i nawet bawiło się w pewnym sensie z nimi w ciuciubabkę, czyli okrążało ich biegających gdzieś tam za drzewami. Oni się próbowali skryć za drzewami, za krzakami. Biegali wkoło jednego drzewa czy grupy drzew, a to światło leciało za nimi, jakby śledząc ich i też strzelało w nimi tymi promieniami. Jeżeli wziąć to pod uwagę i oczywiście przyjąć na chwilę przynajmniej roboczo, że owe opowieści rybaków są prawdziwe i nie służą właśnie wzniecaniu sztucznej sensacji, to mamy do czynienia niewątpliwie z inteligencją jakąś. Znowu, czy to są ludzie, czy to są obcy, trudno dociec, ale w każdym razie są to pojazdy czy obiekty sterowane niewątpliwie ręką, że tak powiem, inteligentną. Więc jestem jak najbardziej zdania, że faktycznie tam dochodzi do bardzo dziwnych i ciekawych rzeczy, które aż proszą się o dogłębną analizę i zbadanie. A z kolei jeśli weźmiemy pod uwagę to, o czym wcześniej mówiłem, czyli że owe światła pojawiają się z mniejszą czy większą regularnością, ale na pewno w tych samych miejscach, tym bardziej chciałoby się pójść tam głębiej, zapuścić się w tę dżunglę, w te góry.
Tak jak mówię, bardzo trudno dostępne z powodów ukształtowania terenu, z powodów pogodowych i z powodu właśnie owego podejścia miejscowych. Ale jednakNie jest to kompletnie niewykonalne. Jest to zapewne bardzo trudne, ale nie jest całkowicie niewykonalne. Jeśli chodzi o Wyspy Salomona, takim moim głównym celem i marzeniem, które mam nadzieję, że kiedyś uda mi się urzeczywistnić. Ale jest jeszcze jedna kwestia, o której też chciałem powiedzieć. Otóż na innej wyspie, czyli na wyspie o nazwie Makira. Przepraszam, nie Makira, tylko Malaita. Najmocniej przepraszam. Udało mi się spotkać bardzo ciekawego człowieka, który zresztą szkolił w swoim czasie, gdy był młodszy, amerykańskich żołnierzy w sztuce przetrwania w dżungli. Człowiek ten zresztą pokazywał mi swoje certyfikaty na posiadanie różnego rodzaju broni.
Kiedyś rozmawiałem z jego dobrym znajomym, kierowcą taksówki, który przyznał sam, że za młodu ten człowiek potrafił rzucić nożem do celu, stojąc odwrócony plecami do celu i tak dalej. Był to człowiek naprawdę dobrze obeznany z wojskowością, z bronią i tak dalej. Otóż ten człowiek opowiadał mi, że nawet pojechaliśmy razem z tym kierowcą taksówki pewnego razu na małą plażę, naprawdę malutką plażę, która mogła mieć z 15, 20 metrów długości najwyżej. I opowiedział mi ten człowiek, że właśnie tutaj, w tym miejscu regularnie przypływała do niego łódź podwodna. On wychodził na plażę, na wybrzeże, właśnie na tę plażę. Przypływała po niego łódź podwodna, wynurzała się jakimś tam tonem. Zabierali go na pokład tej łodzi podwodnej i on na pokładzie tej łodzi podwodnej przebywał jakiś czas, kilka tygodni czy kilka miesięcy. Powiedział: „Nie mogę ci powiedzieć, co robiłem, ale w każdym razie po upływie tego czasu łódź podwodna z powrotem się wynurzała i wypuszczali mnie z powrotem na tę plażę, skąd wracałem do domu”. W pewnym momencie również zwierzył mi się, kiedy zapytałem się go o ten incydent, o którym wcześniej opowiadałem, czyli o tych ludziach umundurowanych, którzy kazali niczego nie budować na terenie jednej z wiosek. Wówczas powiedział mi, że tak, że znajdują się takie bazy na terenie Wysp Salomona, że jemu zdarzyło się być w takiej bazie i rzeczywiście są tam ludzie, jak najbardziej ludzie, mieszkańcy Ziemi, Ziemianie, ludzie ubrani w mundury o bardzo dziwnych insygniach, bardzo dziwnych znakach.
Ale wśród tych ludzi, wśród tych, powiedzmy, wojskowych są również istoty, które mają dziwne, rozciągnięte i nieco spłaszczone głowy. Nawet narysował mi mniej więcej, jak głowa takich istot wyglądała. Oczywiście wiadomo, nie sprawdzimy nigdy do końca, nie da się sprawdzić, na ile mówił prawdę, czy znowu służyło to jakiejś sensacji albo po prostu chodziło mu o to, że chciał mnie zaprowadzić w jakieś miejsce i wyciągnąć ode mnie pieniądze. Nie twierdzę, że tak nie było. Jeśli chodzi o Wyspy Salomona, to tak do końca nigdy naprawdę nie wiadomo, jak jest, dopóki się czegoś konkretnego i namacalnego nie znajdzie. Ale jeśli założę znowu roboczo, że mówił prawdę, to jeszcze raz potwierdza to fakt, że na terenie Wysp Salomona, tego skądinąd bardzo ciekawego, ale też bardzo tajemniczego kraju, może dochodzić do kontaktów z obcymi i może dochodzić do bardzo ciekawych sytuacji i być może są tam rzeczywiście tajne bazy obcych lub obcych i wojskowych. Dziękuję.
[01:06:44] - Dziękujemy. Panie Wojtku, bo jeszcze jest taka kwestia. Boyé Road, jakkolwiek wymawia się jego nazwisko, to postać dość kontrowersyjna, bo w zasadzie historia zagłośniła istnienie smoczych węży czy wężowych smoków. Pojawiło się kilka kontrowersji związanych z tą postacią. Jak ustosunkowuje się pan do niego, do jego przeszłości i do tego, co mówił? Możemy powiedzieć dzisiaj, że nie kłamał. Natomiast rzeczywiście pojawiły się tam swego rodzaju różne kontrowersje.
[01:07:28] - Tak, istotnie, jest to osoba, można powiedzieć, w pewnym sensie niezrównoważona, ale czy Boyé Road, bo chyba tak z angielska należy wymawiać jego nazwisko, choć jego rodzina jest pochodzenia francuskiego. A więc czy Boyé Road jest, że tak powiem, psychicznie chory, czy też po prostu pewne okoliczności, o których zaraz opowiem, mogły wpłynąć na to jego niezrównoważenie? Trudno w tej chwili dociec. Jedna rzecz nie ulega wątpliwości, że opowiadał w swojej książce i w artykułach, które również można do tej pory znaleźć w internecie o owych wężowych smokach czy smoczych wężach. To poniekąd poprzez moje rozmowy z mieszkańcami Wysp Salomona zostało potwierdzone, ewentualnie moją obserwacją, chociaż tak jak mówię, czy to właśnie były owe osławione smocze węże czy wężowe smoki? Trudno mi w tej chwili powiedzieć, ale niewątpliwie widziałem coś bardzo niezwykłego. Natomiast oprócz opowieści o smoczych wężach czy wężowych smokach Boyé Road opowiada oczywiście również o wielu innych rzeczach, nawiasem mówiąc, niekoniecznie związanych z ufologią, ale równie ciekawych, które poniekąd też w sposób rzecz jasna tylko pośredni udało mi się potwierdzić wśród miejscowych mieszkańców. Wydaje się więc, że jeśli chodzi o samo jądro, że tak powiem, owych informacji, mówi prawdę. Natomiast faktem jest, że jego zachowania są co najmniej dziwaczne. Przypominam sobie, że nawet przez pewien czas byliśmy z Boyé Road- Boy Rayonem, znajomymi na Facebooku, ale już nawet nie pamiętam, o co poszło.
Zdaje się, że ponieważ jednym z moich zainteresowań, oprócz szeroko rozumianego i znanego, są również pojazdy wojskowe, w szczególności jeepy. Zainteresował mnie ten temat. Zapisałem się na jakąś stronę na Facebooku, gdzie jest mowa o jeepach. Oczywiście mam na myśli takie jeepy z czasów II wojny światowej, ale owa strona, zdaje się, również zajmowała się szeroko pojętymi militariami i bronią. I w tym momencie, kiedy Boy Rayon dowiedział się, zauważył, że zapisałem się na tę stronę, zaczął zachowywać się w sposób bardzo dziwny. Zaczął wyzywać mnie, a w końcu, zdaje się, usunął mnie z grona swoich znajomych, mimo że niczego mu nie powiedziałem takiego, co by mogło taką reakcję sprowokować. W żaden sposób negatywny się nie zachowałem, ale to świadczy też trochę o jego niezrównoważeniu, które może mieć źródło trojakie. Takie chodzą przynajmniej pogłoski. Jedno niestety mówi o tym, że Boy Rayon, mówiąc językiem bardzo potocznym, lubił sobie wypić i jego nadmierne umiłowanie alkoholu doprowadziło do uszkodzenia mózgu czy psychiki i wpłynęło na jego dziwne zachowanie. Druga wersja mówi o tym, że Boy Rayon zajmował się całe życie lotnictwem i jedną z rzeczy, którą robił, było również utrzymywanie dobrego stanu technicznego samolotów, co polegało między innymi na tym, że co jakiś czas te samoloty trzeba było odświeżyć, odmalować.
I jedna z wersji mówi o tym, że owe chemikalia zawarte w owych farbach, smarach, klejach, lakierach i tak dalej wpłynęły negatywnie na stan jego zdrowia, na stan jego mózgu i stąd jego dziwaczne zachowanie. Natomiast najbardziej kontrowersyjna, ale też najbardziej ciekawa teoria mówi o tym, że to, w jaki sposób on się teraz zachowuje, to, że czasami mówi coś, co mogłoby wskazywać na to, że jest lekko psychicznie wypaczony czy skrzywiony, jest wynikiem tego, że posiadł zbyt wiele informacji i zbyt wiele tajemnic dotyczących owych smoczych węży czy wężowych smoków. I w swoim czasie zainteresowała się nim armia australijska i amerykańska, przeprowadzając na nim coś w rodzaju prania mózgu. Przesłuchiwali go, maltretowali go psychicznie, prawdopodobnie chcąc wydobyć z niego informacje albo też zastraszyć go, żeby tych informacji nikomu nie ujawniał. I na skutek tych psychologicznych operacji dokonywanych na nim stał się swego rodzaju psychicznym wrakiem człowieka. Która z tych teorii jest bliższa prawdzie? Znowu trudno dociec, nie rozmawiając z Boy Rayonem, nie będąc z nim w cztery oczy sam na sam przez dłuższy czas. Ale oczywiście z punktu widzenia naszych zainteresowań ta trzecia teoria jest najciekawsza na pewno.
[01:12:57] - I przechodzimy do kolejnego pytania, które brzmi następująco. Chociaż tutaj widzę, że Chris chyba chciał też o coś zapytać. Chrisie?
[01:13:08] - Tak, chciałbym zapytać, bo intryguje mnie pewna zbieżność, która miała miejsce w rejonie Wysp Salomona i tej całej historii z wężowymi smokami, ewentualnie i potencjalnie istnieniu bazy, która miałaby się gdzieś w tym rejonie znajdować i być może bazy jakiejś obcej cywilizacji, kogoś spoza Ziemi. Czy widzi pan jakiś związek w tym, że w czasie II wojny światowej odbyła się tam ta słynna bitwa o Guadalcanal? Bitwa była nieprawdopodobnie zażarta, trwała bardzo długo. Była bardzo krwawa, pochłonęła olbrzymią ilość ofiar. Wiele okrętów spoczęło na dnie i walczono tak naprawdę praktycznie o jeden mały skrawek lądu, gdzie można było stworzyć jakieś lotnisko, gdzie można było wystartować i wylądować samolot. I w momencie, kiedy Japończycy ostatecznie przegrali tę bitwę, praktycznie już nigdy więcej nie było walk o Guadalcanal, jakby wszyscy stracili tym zainteresowanie. Moje pytanie brzmi: ponieważ często świadkowie, którzy opisują zjawisko tych świateł, które ukazują się nad morzem, kiedy określają ich miejsce na przykład na mapie, okazuje się, że znajduje się ono tam, gdzie spoczywa wiele wraków okrętów, które właśnie w tym miejscu walczyły. Być może jest to teoria konspiracji, ale czy widzi pan jakiś związek w tym, że odbyła się tam wielka, straszliwa i szalona bitwa tak naprawdę o nic szczególnie wartościowego i ważnego i że być może miało to jakiś związek z tym, kto będzie kontrolował rejon, w którym taka baza się znajduje, po to, by móc kontynuować być może kontakty, które może Japończycy zwęszyli i chcieli przejąć właśnie nad tym kontrolę. Oczywiście tutaj już folguję fantazji, jak tylko można.że Japończycy chcieli to przejąć po to, by móc zdobyć technologie umożliwiające im pokonanie Ameryki i zdobycie prymatu przynajmniej na Pacyfiku, a potem kto wie, co dalej. Z tego względu jeszcze mówię o tym, że podobnie jak Niemcy, Japończycy mieli bardzo wyrafinowaną flotę podwodną, która niekoniecznie nadawała się do takich celów, do których sobie okręty wodne praktycznie wyobrażamy, że one są przystosowane, jak na przykład torpedowanie.
Statki pasażerskie wożą towary, statki towarowe, które wożą zaopatrzenie w różne rejony świata dla rozmaitych armii i tak dalej. Japończycy budowali olbrzymie behemoty, giganty, które miały na swoim pokładzie nawet samoloty, które mogły startować, patrolować rejony. Były na tyle olbrzymie, były to praktycznie największe okręty podwodne, jakie wówczas zbudowano. Może jedynym okrętem, który mi dorównywał, był francuski Surcouf, ale to była pojedyncza sztuka tak naprawdę. Natomiast Japończycy wyprodukowali ich znacznie większą ilość. To nie były okręty, które miały atakować jakieś linie komunikacyjne. To były okręty stworzone zupełnie do czegoś innego. I być może właśnie tak jak powiedziałem, folgując tej fantazji, być może jest to właśnie związane z tym, że gdzieś w tym rejonie znaleziono to dziwne wejście czy kontakt z kimś innym, z kimś obcym naszej ziemi i po to właśnie, żeby móc wykorzystać go do swoich własnych celów. I z tego powodu rozegrała się ta straszliwa bitwa, gdzie po stronie Amerykanów tak samo zażarcie walczyli Australijczycy, jeszcze i Holendrzy. Bitwa trwała bardzo długo, bo zdaje się, że było to na przestrzeni kilku miesięcy, kiedy jedna i druga strona z ogromną zaciekłością atakowała się nawzajem, by kiedy to wszystko się skończyło, nigdy już do Guadalcanal więcej nie wrócić, nie próbować niczego zdobywać czy walczyć w tym samym rejonie.
Wojna trwała potem jeszcze długo, ale to był praktycznie jedyny moment, kiedy Guadalcanal wzięło udział na taką skalę właśnie w tej wojnie i właśnie w miejscu, gdzie pojawiają się te wężowe smoki. Dziękuję.
[01:17:32] - Tak, dziękuję bardzo za to pytanie. Faktycznie miejsce, w którym pojawiają się owe światła, przynajmniej te światła, które ja widziałem, ale świadkowie twierdzą, że to właśnie w tamtych rejonach wyspy Guadalcanal głównie widać owe wężowe smoki czy smocze węże. Owo miejsce faktycznie nie znajduje się bardzo daleko od owej cieśniny zwanej Cieśniną Żelaznego Dna, po angielsku Ironbottom Sound, bo tam właśnie faktycznie jest bardzo dużo wraków amerykańskich i japońskich okrętów wojennych. Tak jak pan wspominał, rzeczywiście tam toczyły się jedne z najcięższych, najtrwalszych bitew II wojny światowej i bitew na Pacyfiku. Czy mogła być to walka o dominację nie tylko nad całym regionem, ale właśnie nad owymi ewentualnymi bazami obcych? Nie wykluczam oczywiście takiego wyjaśnienia, albowiem wziąwszy pod uwagę to, co powiedziałem wcześniej na temat domniemanych baz, w których ponoć ludzie i jacyś obcy współpracują, mogło być tak, że o istnieniu takich baz, takich podziemnych pomieszczeń wiedziano już w czasach II wojny światowej. Niewykluczone, że faktycznie mogło być tak, że i Japończycy, i Amerykanie wiedzieli o tym, że można na tym ugrać więcej niż tylko kontrolę nad całym regionem. Bo nie zapominajmy, że jednym z głównych powodów w ogóle, dla których owe walki w tamtym rejonie się toczyły, jest to, że Wyspy Salomona są położone w takim newralgicznym miejscu. Z jednej strony mamy cały Pacyfik, Oceanię, Melanezję, Mikronezję, Polinezję i oczywiście Australię, z drugiej strony niedaleko też jest do Azji Południowo-Wschodniej. Tak więc opanowanie tych rejonów przez jedną lub drugą stronę miało również niewątpliwie bardzo istotne znaczenie strategiczne i militarne.
Ale bardzo możliwe, tak jak pan wspomniał, że na skalę mniejszą, na skalę mikro, chodziło o opanowanie Wysp Salomona czy wręcz wyspy Guadalcanal w celu nawiązania współpracy, tak to określę, z owymi obcymi istotami. Natomiast jest jeszcze jeden ciekawy wątek tej opowieści, chociaż on nie jest związany ani z tym, o czym dzisiaj mówimy, ani w ogóle z ufologią. Także tutaj tylko wtrącę bardzo krótko, że chodzą również i takie pogłoski, może legendy, a może prawdziwe opowieści. Znowu nie ma sposobu, żeby to sprawdzić. Jakoby żołnierze japońscy po wylądowaniu na wybrzeżach Guadalcanal mieli zetknąć się z jakimiś straszliwymi, wielkimi istotami, które miejscowi nazywają olbrzymami czy gigantami, które ich po prostu atakowały. Nie wiem, czy zjadały ich jako kanibale, czy nie, ale w każdym razie dziesiątkowały armię japońską i stąd może później już w zasadzieDo cięższych, większych walk na tym terenie nie dochodziło. Być może żołnierze japońscy częściowo wycofali się wskutek zwycięstw odnoszonych przez armię amerykańską, ale również częściowo na skutek tego, czego tam doświadczyli. Być może jest nawet i tak, chociaż jest to bardzo wydumana teoria i zdaję sobie z tego sprawę, że owe olbrzymy czy giganci, ponoć zamieszkujący Wyspy Salomona i owe istoty, być może obce istoty, które mają czy miały swoje bazy podziemne, także w jakimś zakresie ze sobą współpracują. Są to rzeczy, których prawdopodobnie już nigdy się w żaden sposób nie dowiemy, bo więcej w tym jest domniemań, dociekań i legendy niż prawdy. Myślę, że jeśli kiedykolwiek miałbym powrócić na Wyspy Salomona albo ktokolwiek inny, to przede wszystkim po to, żeby spróbować zobaczyć, co się tam za tą górą, o której miejscowi mówią, że tam zza tamtej góry owe smocze węże się wyłaniają, co się tam za tą górą tak naprawdę dzieje.
I to jest główny motyw napędowy do tego, żebym tam kiedyś chciał wrócić. Myślę, że już nie sprawdzimy, czego tak naprawdę doświadczyli żołnierze japońscy i amerykańscy. Dziękuję.
[01:22:41] - Chris, jeszcze chciałeś coś dodać?
[01:22:43] - Tak, dwa słowa komentarza, żeby uzasadnić troszeczkę, dlaczego moje teorie sugerują, że być może Japończycy coś wiedzieli na temat obecności istot pozaziemskich i Amerykanie również. I stąd ta zażarta walka. Z tego względu też tak myślę, bo kiedy popatrzymy na przebieg II wojny światowej na Pacyfiku, to praktycznie skupia się na tym, że Japończycy fortyfikują się na jakiejś kompletnie nieważnej wyspie i to z olbrzymimi siłami. Natomiast Amerykanie co robią? Szturmują tą wyspę kosztem straszliwych strat. Zamiast postawić tam dwa okręty podwodne i w pobliżu lotniskowiec i odizolować tą wyspę i poczekać miesiąc czy dwa, kiedy im się zaopatrzenie skończy i mieć to wszystko z głowy i ciągnąć na Japonię, co wskazywałaby strategię. Oni zdecydowali się, że będą jednak te wyspy atakować, tak jak na przykład Iwo Jima. Oczywiście ktoś powie, tak jest zresztą to opisane w książkach historycznych. Wyspy miały znaczenie strategiczne, bo były w ważnych punktach, którymi przepływały okręty i towary. Ale spójrzmy na taką Iwo Jimę.
Ona nawet nie miała portu, żeby cokolwiek tam strategicznie mogło Amerykanom zagrozić. Mimo to oni zdecydowali się kosztem tysięcy ofiar atakować te wyspy, krwawić się, zdobywać je. I co jest charakterystyczne, każda z tych wysp, które zdobywali po drodze do Japonii, była słynna z tego, że była nie tylko skalista, ale posiadała w sobie olbrzymią sieć jaskiń, które później Japończycy powiększali. Tworzyli sieć korytarzy, przejść podziemnych. I być może to wskazuje, a być może właśnie to raczej podpowiadało Amerykanom, że jednak może Japończycy nawiązali z kimś kontakt, że rzeczywiście mają dostęp do czegoś, co obca cywilizacja zbudowała tam. Do jakiejś być może podziemnej, ciągnącej się nawet pod oceanem sieci korytarzy, przejść czy obiektów podziemnych. Prawdziwym powodem takiej decyzji, żeby takim olbrzymim kosztem zdobywać taką wyspę jak Iwo Jima było właśnie to, aby móc naocznie to sprawdzić. Sprawdzić, czy rzeczywiście tam coś znaleźli. Dlatego, że Guadalcanal był być może pierwszym miejscem, kiedy zdali sobie sprawę, że taka możliwość istnieje. I później uparcie wyspa za wyspą zdobywali kolejne garnizony.
I to też dziwaczne, że Japończycy, zamiast bronić swojego wybrzeża, w pewnym momencie zdecydować się jednak na jakąś konkretniejszą obronę w jednej linii, zdecydowali się zgromadzić duże siły na jednej niewielkiej, w sumie nieistotnej wysepce, na której tak naprawdę nic nie było. Nie było co bronić oprócz paru skał. Można ją było otoczyć, zostawić i poczekać tyle, ile trzeba, żeby ci ludzie nie byli tam w stanie przetrwać. Bo przecież oni muszą jeść, muszą mieć jakieś zaopatrzenie, muszą mieć lekarza. Muszą mieć wiele elementów. To były tysiące ludzi, więc taka wyspa zostawiona sama sobie z pewnością straciłaby swoją agresję i siłę bojową w ciągu kilku miesięcy, a czas był po stronie Amerykanów. Mimo to zdecydowali się na taki krwawy atak. I teraz to układa się w taką pewną sekwencję. Te puzzle, które pokazują, że być może tutaj jest gdzieś coś na rzeczy, coś się takiego dzieje. Ostatnim tym elementem jest Okinawa, gdzie do dziś Amerykanie mają swoją silną bazę.
Okinawa z kolei jest w bardzo niewielkiej odległości od tych słynnych podwodnych ruin Yonaguni, które również są kontrowersyjne. Są jakby zbudowane przez gigantów, są ogromnych wielkich rozmiarów i nawet okiem laika można powiedzieć, że musiała je stworzyć jakaś inteligencja, bo widzimy tam synchronizację działań, organizację tych działań i że natura, która działa ślepo, raczej nie stworzyłaby czegoś podobnego. Tak olbrzymiego, interesującego obiektu jak Yonaguni wskazującego, że ktoś był tutaj wcześniej i ktoś to stworzył i zbudował, używając czegoś, czego my nie mamy do dyspozycji dziś. A skoro był kiedyś, to nie znaczy, że już go dziś teraz nie ma. Być może gdzieś jest i istnieje. I stąd właśnie ta moja bardzo fantazyjna hipoteza o tym, że być może wojna na Pacyfiku tak naprawdę miała przebieg taki, a nie inny właśnie
[01:27:31] - Między innymi ze względu na ten kontakt, który Amerykanie chcieli przejąć absolutnie dla siebie. Sprawdzić, co znaleźli Japończycy i w jaki sposób to wygląda. Coś im podpowiedziało, że może coś w tym być i zdecydowali się na tak ogromny wysiłek militarny, aby to za wszelką cenę zdobyć. To kilka słów komentarza. Dziękuję. Teraz drobna przerwa reklamowa. Właśnie ukazał się kolejny numer „Nieznanego Świata”. Piotrze, co w nim możemy ciekawego znaleźć? Tak, ukazał się kolejny, marcowy tym razem numer „Nieznanego Świata”, a w nim jak zwykle mnóstwo ciekawostek. Jest też artykuł ufologiczny.
Jest kolejna część mojego cyklu o implantach i o tajemnicach obcych. Tym razem ze zwróceniem uwagi na tajne plany i na budowę implantów. Jest też mnóstwo innych ciekawych artykułów, między innymi o zakazanej historii, o ciekawostkach historycznych, o radiestezji również i o bardzo ciekawym wynalazku pewnego Europejczyka. Ale to wszystko można zobaczyć na stronie „Nieznanego Świata”: www.nieznanyświat.pl. Koniec reklamy. Marku, przejdźmy może do kolejnego pytania. Przeskoczmy w inny rejon świata, bo najpierw byliśmy w Tulsi, potem byliśmy na Wyspach Salomona, a teraz idziemy jeszcze dalej na zachód z Wysp Salomona i trafiamy do Indii, skąd pochodzą bardzo dziwne doniesienia.
[01:29:15] - Idziemy na zachód i trafiamy na wschód, proszę państwa. Bazę UFO lokalizuje się także na pograniczu indyjsko-chińskim. Parę lat temu pojawiły się w internecie rewelacje, że przełęcz Kongka La jest zamknięta i omijana przez turystów. Potem dowiedzieliśmy się, że indyjskie wojsko widuje tam dziwne obiekty. Co sądzicie o tej sprawie? Może pierwszy niech się wypowie w tym temacie pan Wojciech Bobilewicz. Panie Wojtku?
[01:29:43] - Tak, to jeszcze jedna z tych ciekawych, niezbadanych spraw. Rzeczywiście tak, czytałem o tym, że w tym rejonie pojawiają się dziwne, niezbadane obiekty. I szczerze powiedziawszy, będąc w Indiach za drugim razem, próbowaliśmy się dostać w tamte rejony, ponieważ chciałem jakoś tam dojechać. Tylko problem polega na tym, tak chyba zresztą jest i do tej pory, ale na pewno wtedy tak było, że rejon ów jest regionem kontrolowanym przez Chiny. Oficjalnie jest to terytorium Indii, ale kontrolowane przez Chiny. Między Chinami a Indiami o te tereny toczy się, czy toczyła się nawet wojna. To jest przedmiot nieustannego konfliktu. Nawiasem mówiąc, troszkę mnie to śmieszy, wziąwszy pod uwagę powierzchnię zarówno Chin, jak i Indii, że o tak mały skrawek terenu toczą się takie konflikty i kłótnie, ale być może wynika to właśnie z tego, że na tym obszarze dochodzi do obserwacji dziwnych świateł, dziwnych zjawisk. Ponoć tam znajduje się też święta góra, do której pielgrzymują, pielgrzymi zresztą po obu stronach granicy, mnisi i nie tylko. Ta góra, o ile dobrze pamiętam, nazywa się Kailash i właśnie pod tą górą znajduje się ponoć baza obcych.
Albo może nie obcych. W każdym razie baza, z której wylatują owe dziwne, widywane przez mnichów, pielgrzymów oraz wojskowych światła. Przez długi czas ten teren był rzeczywiście zamknięty. Tak jak wspominałem, próbowałem się tam dostać. Skorzystałem nawet z uprzejmości mojej znajomej z Indii, która jest dziennikarką i ma rozległe kontakty. Udało nam się wyjednać, że tak powiem, spotkanie czy jak kto woli audiencję u generalnego nadinspektora policji na cały ten stan graniczący z ową przełęczą, czyli stan Jammu i Kaszmir. Ale nawet on nie był w stanie nam pomóc, gdyż wprost nam powiedział: „Słuchajcie, tu i tu, w te i w te rejony, tymi i tymi drogami możecie jak najbardziej się przemieszczać. Tu nie ma problemu, ale jeżeli spróbujecie zboczyć z tego szlaku, jeśli spróbujecie iść tędy albo tędy, albo tędy, to albo zginiecie, bo te rejony są zaminowane, albo nawet jeśli nie zginiecie, to zostaniecie aresztowani i odstawieni tutaj albo do Delhi, ponieważ są to właśnie regiony zapalne, rejony konfliktu z Chinami”. To było w roku bodaj 2006 i wtedy faktycznie ciężko było się tam dostać. Natomiast jakiś czas później, dosłownie chyba, nie wiem, dwa, może trzy lata temu, ale chyba raczej dwa, udało mi się znaleźć w jakiejś księgarni podróżniczej książkę o rowerzystach, którzy gdzieś tam podróżowali po różnych stronach świata.
I jedna z tych osób, chyba była nawet rowerzystka, zamieściła w owej książce relację ze swojej podróży rowerem właśnie dokładnie w te rejony, dokładnie w okolice przełęczy Kongka La, gdzie ponoć dochodzi do owych obserwacji. Nawiasem mówiąc, w tak zwanym międzyczasie również Chiny i Indie otwarły granicę, bo wcześniej, żeby dostać się z Chin do Indii lub z Indii do Chin, należało wykonać pewną, że tak powiem, gimnastykę podróżniczą, czyli przemieszczać się albo po prostu przez inne regiony, albo tak jak ja to zrobiłem przez Pakistan. W tej chwili jest już łatwo się dostać przez granicę. W związku z tymJest to swego rodzaju wyzwanie może dla kogoś ze słuchaczy, bo wydaje się, że dostanie się w tamte regiony w tej chwili nie jest już takie trudne. Być może komuś uda się zaobserwować takie światło, pojechać tam, rozbić obóz, bo to nie jest przecież kwestia dnia czy tygodnia, tylko znacznie dłuższego czasu i spróbować poobserwować dzienne i nocne niebo. Generalnie ja też słyszałem i to zarówno będąc w Indiach, jak i będąc w Chinach o tym, że faktycznie tam do obserwacji różnych dziwnych zdarzeń i świateł dochodzi. Dziękuję.
[01:35:01] - Dziękujemy. W ostatnim czasie zrodziła się druga podobna legenda, bo Kongka La istnieje w ufologicznej świecie gdzieś od 2004 roku. Mówi się o tych obserwacjach. Pojawiały się bardzo różne historie o tym, że pielgrzymi obserwowali jakieś dziwne obiekty trójkątne i tak dalej. To była jedna sprawa. To było w Jammu i Kaszmirze. Natomiast chyba dwa lata temu czy trzy pojawiły się identyczne relacje, tylko że już ze strony indyjskiej armii. Żołnierze twierdzili, że to było na terytorium stanu Arunachal Pradesh. To było dość daleko od tego miejsca, najprościej mówiąc, to jest taki skrajnie wschodni stan Indii graniczący z Chinami i tam też w Himalajach miały być obserwowane jakieś kule światła. Pamiętam, że nawet dotarło to do jakiegoś uniwersytetu.
Jakiś astronom twierdził, że to był Saturn, którego obserwowali. Natomiast oni byli pewni, że ten obiekt był widziany w powietrzu. Nie na niebie, tylko w powietrzu i był widziany kilkadziesiąt razy. Tak że tam też coś się działo. Ale powracając jeszcze do tematu baz w wysokich górach, to mnie zawsze zastanawiało, czy w Himalajach aktywność NOLI jest duża. Bo ja na przykład pamiętam tylko jedną historię, taką fajną od Nikołaja Rericha, słynnego malarza, pisarza i podróżnika rosyjskiego, który opisywał, że widział taki obiekt, widział płynącą kulę majestatycznie w Himalajach. To bardzo ciekawe, chyba zawarte w jego książce „Aut i Himalaje”. Ale cóż Arku, jak podchodzisz do tej kwestii domniemanej bazy w Himalajach czy na granicy chińsko-indyjskiej, w Jammu i Kaszmirze?
[01:37:10] - Przez tamtą przełęcz, przez tą dolinę w ogóle przechodziła ta wojna w 1962 roku. Z tego, co pamiętam, jak to zwykle bywa w wysokich górach, z całą pewnością odkryto tam jakieś drogie kamienie, pokłady drogich kamieni, być może, że i złoto i inne. Ale co było dosyć ciekawe, to miejsce nie jest, albo przynajmniej nie było według tego, co można było się doczytać w internecie, nie było bardzo mocno pilnowane przez pograniczników. Podejrzewam, że to się wiąże z tym, że po prostu było łatwo widzieć, a Chińczycy do wszystkich uciekających tamtędy do Indii decydentów po prostu strzelali. Dlatego łatwiej było zrobić takie miejsce, gdzie wiadomo było, że tamtędy będą uciekać i mieć nad tym dosyć dobrą kontrolę. Po prostu zginął w akcji. Ale trzeba wziąć pod uwagę jeszcze inne przyczyny pojawienia się tam świateł, a mianowicie to, że tam w Himalajach, a zwłaszcza w tym miejscu ścierają się, nie tylko w tym, ale ścierają się płyty kontynentalne i stąd naprężenia mogą powodować iskrzenia i wydobywanie się izoelektrycznych wyładowań. Nie ma w jakiś sposób bezpośredniego powiązania do obserwacji opisywanych jako latające trójkąty. Większość świateł, które pojawiają się i które widać gdzieś tam z oddali, mogą mieć tego typu przyczynę. Natomiast jeżeli chodzi o Tybet, Himalaje, to oczywiście są tam jakieś podziemne królestwa, które dopiero gdy się tam jest na miejscu, wytyczy sobie drogę i jest to jakieś przejście, ale to jest bardziej przejście samego siebie i starcie się z samym sobą niż odkrycie jakichś faktycznie nowych królestw czy nowych siedzib.
Ale zawsze w Himalajach i na Tybecie były legendy o ukrytych królestwach. Jest to bardzo związane z tym, że po prostu ludzie przychodząc z doliny do doliny, nagle odkrywali jakieś dobrze prosperujące osiedla i stąd to się wzięło. Trzeba zwrócić jeszcze na to uwagę, żeW Tybecie. Tybet miał zagwarantowaną wolność przez cesarzy Chin na tysiąc lat. Nie potrzebowali żadnego wojska. Tego typu umowy między królestwami rzadko się spotyka, a tu miało miejsce. Być może przyczyną tego było to, że ktoś nad tym sprawował na tyle skuteczną pieczę, że nie pozwalał na walki. Musimy też wspomnieć o dyskach i plemieniu Drapa, które być może nie tyle rozwijało bazę, a było po prostu wioską. Między innymi wioska tych, którzy tam wylądowali w sposób całkiem niechcący, bo podobno doszło wówczas do kraksy aparatu latającego kosmicznego i oni nie mogli się wydostać i założyli tam swoją wioskę. Takich opowieści podejrzewam, że jest bardzo dużo, że tak jak u nas w Polsce każda bardziej śmierdząca górka czy jakieś wioskowe bagienko ma swoją historię, tak pewnie i w Chinach, i w Tybecie każda góra, każde bardziej niedostępne miejsce będzie miało swoją straszną historię.
Dziękuję.
[01:42:07] - Dziękujemy. Kiedy mówiono o magicznych nazwach Kailasz i tak dalej, przypomniała się od razu Agharta czy Szambala, jak nazywają ją niektórzy. Bardzo kontrowersyjna koncepcja. Sama Szambala mogłaby zostać nazwana bazą obcych w jakimś sensie. Przypomnijmy, że jest to mityczne królestwo ludów Azji, ludów zamieszkujących region Himalajów. W ich mitach pojawiają się wątki o ukrytym królestwie bardzo zaawansowanego ludu, którym rządzi król świata. Co ciekawe, ta legenda jest też powszechna wśród innych ludów Azji. Możemy się o tym przekonać, czytając literaturę podróżniczą, szczególnie tą starszą. Przychodzi mi do głowy historia Ossendowskiego, który pisał, że kiedy tylko dał się słyszeć jakiś pomruk podziemny pochodzący z trzeszczących płyt tektonicznych albo przepływającej wody, to bodajże Mongołowie padali na kolana i twierdzili, że to król świata tak właśnie mruczy i wzywa ich do oddania sobie pokłonu. Chris, jak to jest z tymi bazami na przełęczy Konkala i w Himalajach?
Czy twoim zdaniem to wszystko łącznie z Aghartą jakoś się wiąże?
[01:43:38] - Wiąże się to w tym sensie, że Himalaje jako gigantyczny masyw górski są idealnym miejscem do stworzenia tego typu bazy. Są niedostępne. Jest to olbrzymia masa tych gór, w związku z czym pozwala to na stworzenie wielu miast, dziesiątek, może nawet setek podziemnych miast w taki sposób, że nikt za bardzo o nich nie będzie miał pojęcia. Jeśli chodzi o Konkala, to w jakiś sposób także to odpowiada mojej teorii o tym, że niektórzy odnajdują być może takie miejsca, gdzie można spotkać czy znaleźć wejście do takiej podziemnej bazy i nawiązać kontakt. I dlatego walczą o tę dominację. Ten kawałek ziemi, ten kawałek skały wydaje się być dziwnym miejscem, żeby mieć to jako przedmiot tak upartej walki pomiędzy Chinami a Indiami. Jak wiadomo z historii doszło tam do kilku konfliktów zbrojnych. Oczywiście nie były to konflikty na wielką skalę, ale trupy padały z obu stron. Brano jeńców do niewoli i utrzymywany jest tam status quo, gdzie praktycznie granica między tymi obu krajami nie jest wytyczona i trwa to praktycznie do dziś. Nie wiem, jak jest z bezpieczeństwem, żeby móc tam dojechać.
Zwłaszcza że Kaszmir w tej chwili jest praktycznie w ogóle terenem ciężko dostępnym i te północne himalajskie regiony coraz trudniej dostępnym terenem dla podróżnika, turysty, zwiedzającego, ufologa, kogokolwiek. Nie tylko z tego powodu, że kraje się boczą na siebie i może dojść do jakiegoś konfliktu i można wpaść między tryby tego konfliktu, ale eksplodował tam też problem, powiedziałbym, ideologiczny. Z jednej strony mamy wojujący Islam, który nie przebiera w środkach. Można stracić głowę w sensie dosłownym na widok tych różnych miejsc. Z drugiej strony w Himalajach szaleje komunistyczna partyzantka marksistowska, która również nie przebiera w środkach i królestwo Nepalu ma z nią olbrzymie problemy. Tak że wydaje się, że nie jest to aż tak bezpieczny i łatwo dostępny teren, jakby niektóre rzeczy na to wskazywały. Wiąże się to z pewnym określonym ryzykiem, ażeby móc to stwierdzić. Natomiast sam Tybet leżący u podnóża Himalajów to jest jedna wielka, gigantyczna skała. Jest to równina, w miarę równa część ziemi, która jest wyniesiona bardzo wysoko w górę.I również może być podziurawione jak ser szwajcarski. Sam fakt, że jest to miejsce święte dla wielu ludów tego regionu, wskazuje, że jakieś kontakty z pozaziemskimi istotami, jakkolwiek by je nie tłumaczyć, czy były to w sensie spirytualnym, poprzez ducha, czy w jakiś inny jeszcze sposób, podejście do świętości, ilość klasztorów, ilość ludzi, którzy podporządkowana jest temu spirytualnemu życiu w Tybecie, świadczy o tym, że nie jest to miejsce typowe czy normalne, że należy traktować je inaczej, ponieważ jest wciąż bardzo mało zbadane i bardzo trudno dostępne, więc wiemy o nim mało.
Możemy jedynie domniemywać i spekulować. Także wszystko jest tam możliwe. Nad Tybetem również latały vimany. Tybetańczycy przynajmniej mówili na nie podniebne konie, które poruszały się w powietrzu. I to było wiele tysięcy lat temu. Oni również je widzieli, tak samo jak Hindusi, opisując to w swoim „Mahabharacie”. Widzieli tego typu obiekty, także to już świadczy, że coś tam się działo. Ktoś tam był i być może jest ciągle do tej pory. Sami też widzimy po ostatnich różnych działaniach chińskich, że oni sami również mają jakieś dziwne pomysły technologiczne i dziwne, dlatego że niewytłumaczalne, i dziwne doświadczenia, które bardzo trudno jest sobie wytłumaczyć. Co jakiś czas obserwujemy różne podejrzane zdjęcia satelitarne, z których trudno wyciągnąć jakieś sensowne wnioski, co oni tam robią, co próbują i co się tam dzieje.
Wiemy jedynie to, że budują również olbrzymie bazy podziemne i że Tybet, na którym przez tyle czasu tak naprawdę Chinom nie zależało, nagle okazał się być dla nich bardzo ważny. To też świadczy o tym, że zauważyli w nim coś, co do tej pory było skrzętnie omijane bądź nie brane pod uwagę. Tym razem być może poza bogactwami mineralnymi znaleźli coś jeszcze. Dziękuję.
[01:48:42] - Teraz możemy przejść do kolejnego pytania. Pozostajemy cały czas w zasadzie na kontynencie azjatyckim, ale mamy dobrą wiadomość, bo wskoczył nam nowy rekord słuchalności na Radiu Paranormalium, prawda?
[01:48:59] - Możliwe, że jeszcze dzisiaj skoczy jeszcze wyżej. W chwili obecnej nasze liczniki na YouTube i na Radiu Paranormalium pokazują łącznie, że słucha nas co najmniej 258 osób. Mówię co najmniej, bo wiadomo nam, że niektórzy słuchają Radia Paranormalium z całymi rodzinami, ze znajomymi. Tak więc na pewno jest was dużo więcej. Bardzo dziękujemy za to, że z nami jesteście i przechodzimy do kolejnego pytania z naszej ściśle tajnej listy pytań. Tutaj pozwolę sobie nadmienić, że dużo na czacie jest pytań o Antarktydę. Akurat na liście pytań przygotowanej przed debatą mamy wątek antarktydzki. Tak więc poczekajcie spokojnie chwilę i przechodzimy do kolejnego pytania. Bazy obcych to temat rozległy, wiążący się także z domniemanymi pozostałościami po takich placówkach z przeszłości. Pisał o nich między innymi Sitchin, lokalizując bazy Annunaki na Synaju, tą, którą miała zniszczyć wielka wojna.
Inni sugerują, że taką placówką mogła być góra Bańgog, w której wnętrzu znajduje się system rur. Co o tym sądzicie? Może pierwszy niech się wypowie dla odmiany Arek Kocik. Arku?
[01:50:17] - Tak jak już mówiłem na samym początku, we wszystkich kulturach tereny bardziej niedostępne wiązały się z przebywaniem bogów w tych miejscach. W Grecji był to Olimp, na innych kontynentach były to inne miejsca, Marakuazi czy jakiekolwiek inne. I zawsze w tych miejscach, nad tymi miejscami według opisów dawnych kronikarzy opisujących te zdarzenia, jest opis taki, że w tej chwili byśmy podciągnęli to pod bardziej UFO niż rydwany bogów. Jeżeli weźmiemy pod uwagę na przykład, że cała „Mahabharata” i „Ramayana” są opisami nie starć bogów ze sobą, tylko tak jak ludzi z krwi i kości, powiedzmy nie ludzi, ale osobników z krwi i kości. No więc mamy tutaj nie tylko bazy, nie tylko bardzo ludzkie odczucia tych bogów w walce ze sobą, ale też takie szczegóły opisów w miarę techniczne. I tutaj ciężko przejść nad tym do porządku dziennego jako legendy. Takie rzeczy są praktycznie na całym świecie. Tutaj akurat zamyśliłem się nad tą Antarktydą, ale do niej jeszcze wrócimy.
[01:52:23] - Natomiast Sitchin zrobił bardzo wiele dla zobrazowania i dla odczytania w inny sposób pisma klinowego, niż miało to miejsce przed nim. Mianowicie nauczył się tego i tak jak słowa mają wiele znaczeń, on szukał właśnie tych znaczeń, tych słów, znaczeń innych niż powszechnie przyjęte przez archeologów. Doszedł tutaj do bardzo interesujących wniosków i troszeczkę wyprostował historię według mnie. Dlatego, że archeologowie i historycy mówią tylko o legendach, między innymi powstania Ziemi czy Układu Słonecznego w kategoriach mitu. On to bardzo urealnił. Po prostu wystarczy to troszeczkę inaczej przeczytać. Natomiast ślady po tych wojnach, które podejrzewam, obejmowały całą Ziemię. To, co opisują w Mahabharacie, że Rama-Jana gonił statki obcych ponad oceanami i strącił całe miasto demonów, które latało. Uciekając przed nim, zanurzało się w ocean, ponownie pojawiało się. Zestrielił tak, że ono spadło na powierzchnię oceanu, a następnie dymiąc się, zatonęło w inny sposób niż normalnie.
Można się doszukiwać też między innymi, gdyby z boku na to popatrzeć, opisu zatonięcia Atlantydy. Też w sumie w ciągu jednej nocy zatonęło i śladu po niej nie ma. Te ślady wielkiej wojny można też dopatrzeć się we współczesnych doniesieniach o śmieciach kosmicznych. Na początku zdobywania kosmosu przez ludzi spotykano rzeczy w kosmosie latające, które ciężko było zidentyfikować. Do tej pory zresztą tak się dzieje. Tutaj też jest jakiś problem. Sama góra Baigong i wnętrze wypełnione tymi rurami, które są zanurzone w skałach, inaczej się tego nie da powiedzieć, tylko po prostu umocowane w skałach. W sumie nie dokopano się tam podstaw technicznych, dlaczego one tam są. Po prostu wystają rury i to wszystko. To jest jedna z większych zagadek.
Podejrzewam, że Chińczycy są tym bardzo mocno zainteresowani, ale na tym się cała rzecz kończy. Z tego, co wiem, nie zdołano w jakiś sposób umotywować istnienia tamtych rur, powodu, dla którego one tam są i z czym są powiązane, z jakim urządzeniem. To jest jeszcze jedna zagadka do kolekcji, która sugeruje istnienie baz czy miejsc, gdzie bytności obcych na Ziemi. Dziękuję.
[01:56:27] - Mamy kolejny rekord słuchalności. W tej chwili słucha nas co najmniej 266 osób. To znaczy jest podpiętych do słuchania naszego radia oraz na naszym kanale na YouTube łącznie 266 unikalnych IP. Pozdrawiamy wszystkich słuchaczy, w szczególności tych z was, którzy słuchają nas grupowo. Między innymi pana Eugeniusza z Krakowa, który nam tutaj napisał, że słucha nas razem z trzema kolegami z pracy. Bardzo serdecznie dziękujemy za to, że z nami jesteście. Zachęcamy do słuchania Radia Paranormalium nie tylko w niedzielę wieczór, nie tylko w soboty i nie tylko w piątki. To dni, w których nadajemy nowości, ale również w pozostałe dni, a także do czytania naszych artykułów i słuchania audycji z archiwum. I do uczestnictwa w życiu na czacie. A teraz prosimy o wypowiedź Piotra Ćwielebiasia.
Piotrze?
[01:57:28] - Tak. Powracając do tematu tych baz starożytnych astronautów, które mogły istnieć gdzieś na Ziemi, to rzeczywiście temat nierozerwalnie wiąże się z atomową wojną bogów. Ja jestem trochę sceptyczny odnośnie tej atomowej wojny bogów, dlatego że ona podparta jest w zasadzie tylko tymi hinduskimi mitami i zeszklonymi fortami plus tym pustynnym szkłem. Chodzi mi o to, że była to jakaś wojna ogólnoświatowa. Myślę, że jakieś starcie mogło być, dlatego że Sitchin twierdzi, że oni się po prostu pobili między sobą, Anunnaki. Echo tego samego mitu odnajdujemy w innych źródłach, chociażby w słynnej „Księdze Henocha”.Która mówi, że rzeczywiście czuwający się zbuntowali, a potem przybyli inni czuwający, którzy byli wierni Bogu i wkopali im. Poszedł potem potop na ziemię, ziemia się oczyściła i tak dalej. Także ten wątek, że bogowie się bili rzeczywiście jest bardzo popularny, ale wydaje mi się, że jeżeli już miało to miejsce, to na pewnym niewielkim obszarze. Ale powracając do potencjalnych baz starożytnych astronautów. Rzeczywiście temat bardzo ciekawy i kontrowersyjny, bo z jednej strony mamy tą bazę na Synaju, to lądowisko na Synaju, o którym mówił Sitchin, które miało być portem kosmicznym dla Annunaki, które zostało tam podczas jednej z wojen wysadzone.
Mamy górę Baigong. Góra Baigong, czyli rzeczywiście ta słynna struktura z Chin, która ma we wnętrzu skał przebiegające rury. Niektórzy twierdzą, że jest to naturalna formacja geologiczna. Może być różnie moim zdaniem, dlatego że większość informacji na temat góry Baigong to w zasadzie kilka zdjęć w internecie i parę bardzo lapidarnych zdań. Także sprawa wygląda na taką, którą należy się zająć chyba troszeczkę bardziej, przynajmniej opisać ją szczegółowo, a dostęp tam jest troszeczkę utrudniony. Mamy też inne miejsca, o których mówiłeś, Jarku. Mamy jeszcze Dolinę Śmierci na Syberii, która według pewnej koncepcji rosyjskiego badacza Walerego Uwarowa też była czymś w rodzaju takiej pierwotnej bazy, a w zasadzie instalacji, która miała na celu strącanie asteroid czy innych niebezpiecznych obiektów, które zagrażały Ziemi. Jakaś dobroczynna cywilizacja miała nam to pozostawić na orbicie, a to sobie po prostu działało. Uwarow w swoim słynnym artykule, który był wielokrotnie reprodukowany w internecie, także polskim, pisze, że emanacje jakichś pocisków tajemniczych z Doliny Śmierci rozbiły prawdopodobnie obiekt tunguski. Oczywiście to jest jego wersja, ale pojawia się też wiele innych historii, rzekomo z folkloru jakuckiego czy ewenkijskiego, gdzie jest mowa o tym, że rzeczywiście raz na jakiś czas obserwowane były tam tajemnicze wybuchy.
Ale to jest dość kontrowersyjna sprawa, dlatego że te kotły w Dolinie Śmierci mogą być, a mogą nie być. Troszeczkę nam się ta sprawa w ostatnich latach zapętliła. To znaczy fajna była ta wyprawa Ivana Mackerelle, który rzekomo coś znalazł i w międzyczasie popadł w dziwną chorobę. Natomiast jakoś troszkę brakuje innych potwierdzeń moim zdaniem. Poszukiwanie tych kotłów wymagałoby olbrzymiej ilości pieniędzy. Dlatego trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś wybrał się tam i nagle przeczesał cały ten obszar, zakładając przecież, że rzeka Wilu, nad którą te kotły leżą, jest szerokości chyba dwukrotnej szerokości Polski, jeżeli dobrze pamiętam. W każdym razie jest dużo dłuższa od Wisły. I to są takie problemy. Czy te bazy były, czy nie? Ja się zastanawiam nad tym cały czas i myślę, że to jest kwestia, tak jak pan Wojciech mówił, której szybko nie rozwiążemy.
To znaczy, jeżeli ci bogowie przybyli, to rzeczywiście powinni zbudować tutaj jakieś miejsce pobytu. Ale z drugiej strony czy potrzebne im były kosmodromy? Czy nie mogli tego załatwić w inny sposób? Także rzeczywiście jest to trudna kwestia. Co o niej powiesz, Chrisie? Szczególnie o tej górze Baigong.
[02:02:29] - Góra Baigong jest bardzo interesującym obiektem geologicznym, dlatego że gdy się na nią spojrzy, to natychmiast kojarzy się z piramidą, co od razu sugeruje pewne konotacje. Oczywiście na tej podstawie za dużo nie można stwierdzić, ale można stwierdzić coś na podstawie zawartości tej góry. A ta góra ma w sobie trzy solidne jaskinie. Dwie niestety już się zawaliły. Trzecia jest ciągle dostępna. I tam właśnie znaleziono tą ciekawą rzecz. Są to tysiące rurek, które są rurkami żelaznymi. Żelaznymi rurkami, czyli coś dziwnego jak na strukturę geologiczną. Naukowcy zaczęli się nad tym głowić i bardzo trudno im było wymyśleć, w jaki sposób i według jakiego procesu geologicznego mogą powstać tego typu rurki. Wymyślano najrozmaitsze pomysły, nawet takie, że były to korzenie, gdzie zaszedł na ich powierzchni taki proces, który stworzył żelazo, a następnie ta masa organiczna w jakiś sposób wypróchniała od wewnątrz, w związku z czym została rurka.
Myślę, że jest to trudniejsze do uwierzenia niż opowieść o podwodnych czy podziemnych bazach kosmitów, bo nic podobnego na świecie, co by powstało na podobnej zasadzie, do tej pory nie znaleziono. Więc skąd się wzięły te rurki? Zwłaszcza że te rurki, których są setki, jak nie tysiące, są różnej grubości. Niektóre z nich mają nawet 40 centymetrów grubości, także dość solidna grubość tych rurek. Te rurki w bardzo dziwaczny i pokręcony sposób prowadzą do niedalekiego od góry Baigong jeziora Toson. Jezioro to jest słonowodne. I giną w tym jeziorze. I co ciekawe, te rurki nigdy nie zostały niczym zatkane. Kiedy odnaleziono je teraz niedawno i zaczęto je pobierać do zbadania, do sprawdzenia, co się w nich znajduje, okazało się, żeNie wpadła tam nigdy żadna mysz, nie wpadł tam żaden pył, który by to zatkał, liście, woda słona nie zatkała tych rurek. Te rurki ciągle przewodzą to, co ewentualnie miałyby przewodzić, co jest kolejnym niezwykłym absolutnie dziwactwem.
Druga rzecz jest taka, że obok jeziora Toson znajduje się inne, niemalże identyczne. Tyle że ono ma dla odmiany wodę słodką. Także dziwactwo za dziwactwem, którego nie sposób dokładnie wyjaśnić, a ponieważ znajduje się to w Chinach, które są trudno dostępne z wielu względów, więc niewiele osób tam jeździ, żeby to zobaczyć, sfotografować. A nauka jakoś, oprócz Chińczyków samych, którzy próbują stworzyć teorię na ten temat, też nie bardzo pali się z wyjaśnieniem, skąd się to wszystko wzięło. Ciekawe jest to, że ludzie, którzy tam mieszkają od tysiącleci, mają swoje legendy na ten temat i według ich legend kiedyś, w zamierzchłej przeszłości miał tam zacumować wielki statek kosmiczny i potraktował to miejsce jako stację benzynową. Miał zatankować i uzupełnić paliwo. W jaki sposób to zostało zrobione? Tego nie wiemy, ale ciekawostką jest to, że niektóre z tych rurek, nie wszystkie, wykazują na przykład bardzo silną radioaktywność. Natomiast rozłożenie ich w laboratorium na części pierwsze, czyli sprawdzenie, z czego one są tak naprawdę, oczywiście pokazuje najrozmaitsze składniki z tablicy Mendelejewa, ale co najmniej 8% tych składników jest nam kompletnie nieznanych. Nie wiemy, co to jest, z czego to się wzięło, jaka to jest substancja, czy to jest metal, czy to jest coś jeszcze może innego.
Także już to samo narzuca, że pojawiła się jakaś substancja, która nie jest ziemska, bo gdyby była ziemska, coś byśmy na ten temat wiedzieli. I to właśnie sugeruje, że zostało to zbudowane przez kogoś, kto nie ma nic z nami wspólnego. Oszacowano, używając dość kontrowersyjnej metody termoluminescencyjnej, że te rurki mają co najmniej 150 000 lat. Ludzi w tym czasie, 150 000 lat temu nie było w tym miejscu, pojawili się około 30 000 lat temu, więc nie mogą ludzie pamiętać, co tam się działo. Także struktura jest dziwaczna. Struktura oczywiście rozpalana bardzo wyobraźnię i można rzeczywiście spróbować przypisać ją do tego słynnego najazdu Annunaków, który opisał tak barwnie Sitchin i zmienił tym samym myślenie na temat tego, co wydarzyło się dawniej na Ziemi. Teraz my szukamy tych wszystkich baz kosmitów pod ziemią, pod wodą, w różnych miejscach, ale myślę, że większość z nich być może leży na naszych oczach. I mam tu na myśli najrozmaitsze miejsca, które niosą na sobie to, co często nazywamy słowem „megality”. Jest to coś, co zostało zbudowane nie wiadomo przez kogo, w jaki sposób, jaką technologią. Jedyne wiadomo to, że zrobione to zostało bardzo dawno temu i zostało to zrobione w sposób wyrafinowany.
I mamy tego bardzo dużo przykładów. Oczywiście wyobraźnia często idzie na skróty i pokazuje nam takie obrazki jak na przykład latające spodki cumujące na szczytach piramid czy platformy Azteków, gdzie też lądują sobie latające spodki, tego typu rzeczy. Nie wiadomo, jak to tak naprawdę w rzeczywistości wyglądało. Ale jedno możemy powiedzieć na pewno, że technologia, jaką użyto do stworzenia tego typu obiektów, była absolutnie nieziemska, przynajmniej na tamte czasy. Przynajmniej na czasy, kiedy człowiek chyba jeszcze siedział w jaskini albo na palmie, obgryzając sobie ogon. W jaki sposób ułożono kamienie w Sacsayhuamán w Peru, że są do siebie tak idealnie dopasowane? W jaki sposób stworzono budowle, które są zorientowane astronomicznie i jednocześnie położone są w miejscach, które mają silne właściwości elektromagnetyczne, jakby po to, aby móc użyć i pobrać tą energię, na której są zbudowane. Na dodatek, kiedy mówimy o tej wojnie kosmicznej, o której rozmawialiśmy tydzień temu i dziś jeszcze i szukając jej śladów, chociażby takie budowle w Peru na to wskazują. Jest tam takie miejsce, które się nazywa Sillustani, niedaleko jeziora Titicaca i jest ono charakterystyczne i dziwne z tego powodu, że znajdują się tam okrągłe wieże. Wieże zbudowane są w sposób lejkowaty, nie jak dziś być może byśmy budowali, że najszersza część tej wieży jest na samym dole i później ona zwęża się, im wyżej ją budowano, tylko odwrotnie.
Najwęższa część jest na dole i rozszerzała się ku górze. Problem jest taki, że czubki tych wież zostały zniszczone, zburzone. I teraz, kiedy zastanawiano się, w jaki sposób do tego mogło dojść, już poza tym, że nie znaleziono pomysłu, w jaki sposób dopasowano tak idealnie kamienie, z których zostały zbudowane, w jaki sposób stworzono przepiękną strukturę, która była idealnie okrągła i w jaki sposób zbudowano wewnątrz komorę, którą traktowano początkowo jako miejsce pochówku, a później okazało się, że był to taki transporter w inną część być może świadomości świata czy w kompletnie inny wymiar. Okazało się, że coś przeleciało nad tymi wieżami. Czy przeleciało, czy uderzyło bronią, która była czymś w rodzaju broni dźwiękowej, jak byśmy to dziś nazwali. Tak my dzisiaj próbujemy to sobie tłumaczyć, że wywołała ona takie drgania powietrza, że po prostu rozsadziły te wieże u góry, u szczytów. I teraz przykładając to do innych tego typu obiektów, widzimy, żeWiele miejsc, myślę, że mniej uczęszczanych w Peru, wygląda tak, jakby coś tam wybuchło, eksplodowało i porozrzucało te budowle, te struktury tak jak klocki dookoła, w nieładzie. Coś tam się wydarzyło. I to świadczy o tej wojnie, być może właśnie o wojnie Annunaków, o której pisał Sitchin. Mówiąc o nim samym i o konkretnych Annunakach, warto tu jeszcze dodać to, co odkryli afrykańscy górnicy szukający węgla i diamentów w południowej Afryce.
Wkopując się czasami wiele kilometrów w głąb ziemi, ni stąd, ni zowąd natrafiali na korytarze. Na duże, solidne korytarze, które miały zeszklone ściany, tak jakby do ich stworzenia używano czegoś o ogromnej temperaturze, jak na przykład lasera o niezwykłej sile, który dosłownie stopił tę skałę i przerył sobie drogę przez tą twardą gęstość i przez ten opór, jaki mu stawiała. Te korytarze później były wykorzystywane do normalnych prac górniczych. Były tak duże i obszerne, że pozwalały na to, żeby móc budować w nich chodniki i eksploatować to, czego ci górnicy szukali. Także jest to coś niezwykłego, co pokazuje, że coś istniało dużo wcześniej, kierowało tutaj na naszej Ziemi. I o ile jest wielu, którzy uważają, że Sitchin to sobie wszystko nazmyślał, że stworzył nową historię i legendę, to tak naprawdę, jeśli przyjrzymy się początkom naszej ziemskiej kultury, tej, którą my znamy, która zaczęła się jakieś 5000 lat przed naszą erą, to wszystkie te historie zmierzają w stronę Annunaków, w stronę wojny bogów, w stronę obcej wizytacji, w stronę stworzenia baz na Ziemi przez te istoty. I przy okazji stworzenia nas takich, jakimi jesteśmy dzisiaj. Także czy to będzie Gilgamesz, który był Annunakiem, czy to będą greccy bogowie, bo ich wojna z tytanami, Zeusa z tytanami i wojna z Chronosem w jakiś sposób jest odbiciem wojny Annunaków pomiędzy sobą, jaką prowadzili tu właśnie na Ziemi. Szukając innych śladów takiej wojny na Ziemi, tych kosmicznych cywilizacji, jest taka miejscowość u wybrzeży Indii, nazywa się Dwarka. Dwarka tak naprawdę już nie istnieje.
Istnieje miejscowość Dwarka na wybrzeżu Zatoki Arabskiej, czyli na zachodnim wybrzeżu Indii. Istnieje taka miejscowość, ale jej historyczna część istnieje głęboko pod wodą. Zapadła się kompletnie i legenda głosi, że odbyła się tam jakaś walka bogów, niemalże podobna do tej, jaka jest opisana w indyjskich Wedach. Kilka razy nurkowano w te rejony i okazało się, że dno morskie pokryte jest czymś, co przypomina głębokie leje po wielkich eksplozjach, tak jakby były to eksplozje atomowe. Zebrano też sporo różnych artefaktów rozrzuconych po dnie. Znaleziono całe struktury architektoniczne również na dnie. Natomiast problem polega na tym, że rząd indyjski nie jest za bardzo zainteresowany dołożeniem do swojej bardzo bogatej historii tego epizodu i bardzo utrudnia te prace. Także większość badaczy, którzy chcą i próbują coś odnaleźć w tym rejonie, administracyjnie jest zniechęcana do tego, żeby móc to przeprowadzić. Zniechęcono nawet Grahama Hancocka, który jest człowiekiem, który wychował się w Indiach i doskonale zna ten teren. Wie, jak z tymi ludźmi rozmawiać, jak ich przekonać.
Jemu też z dużymi problemami udało się uzyskać zgodę na tego typu badania. Także takich miejsc mamy sporo i w moim pojęciu, jako wieloletni fan Sitchina nigdy nie straciłem do niego sympatii. Myślę, że zrobił coś niezwykle brawurowego. Być może nie było to dzieło doskonałe, ale było to pierwsze dzieło, które pokazało Annunaków i ich wpływ na to, co się wydarzyło na naszej planecie w bardzo szerokim aspekcie. Pokazał to jako swego rodzaju legendę, ale pokazał wiele dróg, które mogą prowadzić do tego, że wiele naszych pytań znajdzie swoje wyjaśnienie. I na koniec, już o tym kiedyś wspominałem. Sam fakt tego, że przyciśnięto Sitchina, pytając go, czy Annunaki są wciąż na Ziemi. Unikał długo tego pytania, aż w końcu przyznał, że tak, że ciągle są na Ziemi. Także być może ten proces cały czas trwa, tylko że nie jest przez nas dostrzegany jako coś niezwykłego, niebywałego. Natomiast rozgrywa się to gdzieś w kuluarach, głęboko pod ziemią, głęboko pod morzem i wysoko na szczytach władzy.
Tego typu kontakty. Stąd mamy tyle najrozmaitszych pogłosek, tyle wskazówek, że coś ciągle się dzieje, że ktoś ciągle czegoś szuka, ryje i z kimś się spotyka, ma jakieś technologie i być może nie wszystko jest ziemskiej natury, ale kosmicznej także. Dziękuję.
[02:16:12] - Dziękujemy. Tutaj mamy od Ivelliosa informację, że padł kolejny rekord. 278 osób nas słucha lub słuchało. Pozdrawiamy wszystkich.
[02:16:21] - 278 unikalnych IP. Powtarzam.
[02:16:25] - Tak. Tutaj niektórzy nas informują na czacie, że słuchają w większych grupach. Bardzo nas to cieszy. Wszystkich serdecznie pozdrawiamy. Panie Wojtku, co dodałby pan do tej historii oW bazach starożytnych kosmitów.
[02:16:47] - Cóż, właściwie moi przedmówcy wszystko powiedzieli, co można było powiedzieć na ten temat. Ja mogę tylko dodać, że też jestem przekonany, że nawet jeśli wszystko, co powiedział Sitchin niekoniecznie było prawdą w 100%, to jednak jego książki, jego dzieła, jego cała praca naukowa stanowiła swoisty przełom i na pewno jakaś część przynajmniej z tego, co Sitchin pisze, może być prawdą, a w najgorszym razie rzuca nowe światło na temat powstania zarówno cywilizacji i człowieka, jak i wszystkich starożytnych kultur i na pewno zmusza do przemyślenia tego, w jaki sposób wszystkie one powstały. Co do góry Baigong mogę tylko dodać tyle, że oczywiście w swoich dociekaniach próbowałem też dostać się i w tamten rejon. I znowu nie wiadomo, czy bardziej temu, że się tam w końcu nie dostałem, przyczyniły się kwestie przyziemne, a konkretnie militarne. Ponieważ należy pamiętać, że góra Baigong położona jest w swego rodzaju odosbnieniu, nie jest położona blisko dużych centrów miejskich, tylko raczej na terenie dość odległym. W związku z tym tam łatwo ukryć również chociażby bazy wojskowe czy też na przykład wyrzutnie rakiet lub podobne instalacje militarne. W związku z tym to mogło być przyczyną, dla której tam się nie dostałem. A drugą przyczyną mogło być i to, że władze chińskie wiedzą na temat góry Baigong więcej niż chcą nam powiedzieć. W każdym razie próbowałem się tam dostać i nawet otrzymałem zezwolenie od miejscowego KGB, Biura Bezpieczeństwa Publicznego. Natomiast powiedziano mi, że pojechać tam będę mógł dopiero wtedy, kiedy uzyskam zezwolenie jednego z biur podróży, które w Chinach zajmuje się organizacją transportu i tak dalej.
Oczywiście cała sprawa rozbiła się o to. Nie uzyskałem pozwolenia. Mało tego, nie chciano mi wytłumaczyć, dlaczego takiego pozwolenia nie dostanę. Oficjalnie powiedziano mi, że teren ten jest niebezpieczny dla podróżowania przez pojedynczego podróżnika, że możliwe byłoby to wyłącznie w przypadku zorganizowania jakiejś większej grupy i zorganizowania wycieczki w tamte rejony. Trochę trudno mi w to uwierzyć. Natomiast mój znajomy, który także interesuje się tymi zagadnieniami, powiedział mi, że raz jeden jedyny jego z kolei znajomemu, pewnemu Niemcowi udało się dostać w tamte rejony, ale to tylko dlatego, że wszystkie siły policyjne czy milicyjne zostały skierowane wówczas do Pekinu czy do Szanghaju, ponieważ wtedy w Chinach odbywały się jakieś ważne uroczystości. Ale dotarcie do tej góry rzeczywiście jest rzeczą dość trudną, żeby nie powiedzieć karkołomną. W związku z czym dokładne sprawdzenie tych doniesień i sprawdzenie tego, jak te rury w rzeczywistości wyglądają, nastręcza wielu problemów, wielu trudności. Ja bym chciał powiedzieć jeszcze o jednej rzeczy, o której może mało kto wie. Wielu słuchaczy naszych może o czymś takim wie.
Otóż udało mi się w swoim czasie nawiązać kontakt ze znanym dość badaczem różnych spraw dziwnych właśnie przede wszystkim na terenie Chin, niemieckim badaczem Hartwigiem Hausdorfem, który opowiedział mi, że na terenie Chin znajduje się wiele bardzo ciekawych i zastanawiających konstrukcji. Zastanawiających z punktu widzenia tego zarówno, do czego one mogły służyć, jak i w jaki sposób zostały zbudowane i kto je skonstruował. Między innymi opowiedział mi o takim miejscu, które nazywa się Harahoto w miejscowości położonej około 400 kilometrów na północny wschód od większego miasta nazywającego się Jiuquan. I tam ponoć znajduje się z kolei głęboki szyb, na dnie którego znaleźć można bardzo ciekawe przedmioty przypominające kształtem sierp. Przedmioty te są wykonane z jakiegoś krystalicznego materiału. Cechą charakterystyczną tych przedmiotów jest to, że jeżeli patrzy się przez nie pod światło, to wewnątrz można zaobserwować różnego rodzaju sceny, różnego rodzaju przedstawienia.... postaci zwierząt, budynków i różnych innych rzeczy. Nie wiadomo dokładnie, czym są te przedmioty, do czego miały służyć, czy stanowią element większej układanki, czy są może pradawnym, nieznanym nam zapisem dziejów. W każdym razie jest to kolejny rejon, do którego bardzo trudno dotrzeć. Tutaj już nie mam żadnych złudzeń, ponieważ sam Hartwig Hausdorf potwierdził, że miejsce to znajduje się niedaleko bazy nuklearnej czy bazy, w której testuje się pociski nuklearne.
W związku z tym dotrzeć w tamto miejsce jest niezwykle trudno, ale wskazuje to na to, że w zamierzchłych czasach mogły istnieć cywilizacje posiadające znacznie większą wiedzę od naszej, przynajmniej w niektórych aspektach. A skąd te cywilizacje czerpały swoją wiedzę? Skąd były w stanie wznosić takie budowle, jak chociażby wspomniane budowle w Ameryce Południowej czy znane wszystkim bez wątpienia piramidy w Egipcie, czy wiele innych konstrukcji rozsiewanych po całym świecie. Zresztą to nie tylko o konstrukcje chodzi, również o pozostawione artefakty, o przedmioty, których zastosowania możemy się tylko domyślać albo wręcz nie znamy go. Chodzi o przedmioty, których skład chemiczny jest dziwny i czasami faktycznie nie do końca poznany. Znajdują się tam pierwiastki czy minerały, które na Ziemi nie istnieją. I tak dalej. To wszystko wskazuje na to, że w zamierzchłych czasach musiało dojść do kontaktu z cywilizacjami prawdopodobnie pochodzącymi z innej planety, znacznie bardziej rozwiniętej technologicznie, która nam tę wiedzę w jakiś sposób przekazała. Stąd być może w wielu regionach notuje się gwałtowny wzrost cywilizacyjny, gwałtowny skok cywilizacyjny od kultury, można by powiedzieć, rolnej, od społeczeństw żyjących na poziomie koczowników i rolników. Nagle pojawiają się, wyrastają jak grzyby po deszczu wielkie miasta, wielkie ośrodki, w których wznosi się budowle wykonane w technologii, której nie jesteśmy do tej pory w stanie rozgryźć, zbadać, sprawdzić, w jaki sposób one zostały wzniesione.
To samo w sobie daje wiele do myślenia. Dlatego wydaje mi się, że przynajmniej niektóre z tez stawianych przez Sitczina i innych podobnych badaczy mogą mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Dziękuję.
[02:25:57] - Dziękuję. Wspomniał pan o Khor Ghort, czyli o tej szybie, o tej tajemniczej dziurze w ziemi, która rzeczywiście jest imponująca. Otóż Hausdorf rzeczywiście był tam w czasach, kiedy możliwe było zobaczenie pewnych rzeczy, a innych nie. Napisał słynną książkę „Satelity bogów”. Ta książka wyszła w Polsce. Nie jest gruba, ale jest fajna, bo jest tam dużo zdjęć. Badał między innymi sprawę słynnej Piramidy Białej i wiele innych. O Khor Ghort zrobiło się dzięki niemu dość głośno. Stąd też potem zaczęto lansować taką hipotezę, że Khor Ghort to jest rozpadlina, zapadlisko wielkie, największe na świecie. Także czasami wobec tych znalezisk kontrowersyjnych, powiedziałbym, z dziedziny zakazanej archeologii czy też antropologii, stosuje się ciekawą taktykę, bo zwykle zauważcie panowie, że do nich jest bardzo trudno dotrzeć z jakichś powodów.
Czasami się nie da ich zakopać w podziemiu, zakopać w podziemiu ich pamięci. Wtedy się już je akceptuje, ale tak naprawdę wiele z nich leży nieruszanych. Mnie strasznie na przykład zaciekawiła ta sprawa znalezienia na dnie Morza Śródziemnego koło Sycylii tego tajemniczego wydrążonego monumentu. No i co? Sprawa przeszła całkowicie bez echa. Nikt się tym nie zainteresował. Ja tylko napisałem o tym chyba w jakimś mainstreamie. Ale porzućmy ten temat, bo to jest co innego. Panowie, bo tutaj nas pytają użytkownicy na czacie o jedną rzecz. Za chwilę przejdziemy do tematu równie bardzo kontrowersyjnego i długiego, ale zanim to zrobimy, poszukajmy takich stanowisk, poszukajmy takich baz w Polsce.
To brzmi dziwnie. Natomiast Arek na początku wspomniał o tej fajnej analogii do śpiących rycerzy. I czy u nas też są takie miejsca, które mogłyby pasować do tematu naszej dyskusji? Arku, jak sądzisz? Mnie przychodzą do głowy dwa miejsca, jeżeli o tym mówimy. Babia Góra i te tajemnicze tunele, które się czasami pojawiły, pojawiają w relacjach, chociaż ja bardzo krytycznie to traktuję. Oraz słynna komnata, czy też Księżycowa Jaskinia, jak niektórzy ją nazywają, która ma się znajdować gdzieś w Tatrach Niżnych albo w Polsce, albo na Słowacji, albo już gdzieś po stronie polskiej prawdopodobnie, bo te lokalizacje są podawane bardzo różnie. Arku, jak oceniasz te hipotezy o podobnych strukturach w Polsce?
[02:28:49] - Powinien być, dlatego że Góry Świętokrzyskie są dosyć starymi górami, więc tam na tyle dużo było czasu, że cokolwiek można było zrobić, ale bardziej bym się sugerował tutaj doniesieniami o zaginięciach. One giną w pomroce naszych dziejów, dlatego że liczne wojny, przesiedlenia ludności w jedną, w drugą stronę skutecznie niszczą wszystkie podania z ust do ust. I tutaj jest problem ciągłości doniesień. Bardzo mało etnografów jeździło i spisywało tego typu rzeczy. Przede wszystkim należałoby wspomnieć o Dolinie Czerwonych Wierchów. Mało kto wie, ale tam co jakiś czas ginęli ludzie. Byli zaginieni. Kilka osób w krótkim czasie zaginęło i się nikt nie pojawił. Nikt nie potrafił ich odnaleźć. Całą legendę o Księżycowej Jaskini z kolei puszczał w obieg w Polsce pan Leśniakiewicz.
Nie jestem pewny, czy to nie jest wymyślona historia i puszczona, czy to przez Słowaków, a tutaj puszczona dalej. Chociaż jako były pogranicznik powinien takie informacje łapać, ale też bardziej krytycznie podchodzić. Ta legenda troszeczkę przypomina historię Bigloppie. Jedna osoba dalej puszcza ją w obieg i zatacza coraz szersze kręgi i w końcu staje się niemalże kanonem ufologii. Wydaje mi się, że niekoniecznie powinno tak być. Na Warmii i Mazurach też są legendy o całych plemionach, które podczas najazdów chrześcijan po prostu znikały w lasach i nie pozostał po nich żaden ślad. Znikali we mgle. Mieliśmy też jako WMGW doniesienie od osoby, która spotkała się parę razy z czymś takim u siebie w domu, że schodziła do piwnicy. W piwnicy jest maksymalnie 16 schodków, a schodziła bardzo długo i nie dotarła do końca jakiegoś płaskiego miejsca. Przestraszona zaczęła wracać z powrotem pod górę.
Zobaczyła, że jest w sumie nie w piwnicy, a w lochu. Uciekła na górę. Gdy zamknęła drzwi i ponownie otworzyła, już tego nie było. Było normalne wejście do piwnicy, normalne naście schodków i już była u siebie. Takie pierwsze wrażenie. Mieliśmy też takie doniesienie: jest droga dojazdowa do Barczewa i można tam z jednej wsi dojechać na dwa sposoby. Przejazdem drogą, która wiedzie przez przejazd z podnoszonymi zaporami kolejowymi i druga, gdzie taki przejazd jest otwarty. Wybrała świadomie drogę, która umożliwiała szybszy przejazd, tą bez zapór drogowych, a znalazła się ni z tego, ni z owego. Zatrzymała się przed zaporami. Takie rzeczy też się u nas zdarzają i podejrzewam, że takie rzeczy zdarzają się w większości rejonów Polski.
Być może na Pomorzu i w okolicach Dolnego Śląska też takie rzeczy były, tylko że po ostatniej wojennej przeprowadzce legendy dotyczące tych miejsc po prostu giną. Natomiast jest bardzo fajna sprawa. Na Facebooku, na stronie Archeologii Średniowiecza czasami są prezentowane zdjęcia z liradarów. To są zdjęcia powierzchni ziemi bez roślinności. Naprawdę warto przeglądać tego typu rzeczy, warto przeglądać rzeczy nawet z Google Maps, bo roślinność też pokazuje to, co się znajduje bezpośrednio pod nią, bo to ma wpływ na rozwój roślin. A więc w okresie wiosennym, w okresie wczesnej wiosny widać bardzo dużą różnicę w przyroście roślin, zwłaszcza traw.Można się dopatrzeć naprawdę bardzo ciekawych struktur. Dzięki li radarowi odnajdywane są kurhany i jakieś jeszcze inne rzeczy, które są zakopane pod ziemią i z których po paru tysiącach lat został tylko lekki wzgórek, ale na tym właśnie widać. Ostatnio przeglądałem zdjęcia z Google Maps z Pumapunku i naprawdę widać, że pod ziemią są jakieś jeszcze struktury, do których nikt nawet nie próbował podejrzewam się dokopać, ale właśnie z góry, przy takich kontrastowych zdjęciach są bardzo dobrze widoczne i zachęcałbym wszystkich słuchaczy do przejrzenia tego. Między innymi przejrzenia najbliższej swojej okolicy pod tym względem. Oprócz takich rzeczy trywialnych, prostych jak stare zapomniane okopy z I wojny światowej, można naprawdę znaleźć górki, pagórki, które kiedyś były właśnie takim pochówkiem albo znacznikiem i warto takie rzeczy sprawdzać.
Tak jak mówiłem, dopiero takie rzeczy są odkrywane tak jak te piramidy w Polsce czy zabudowane. Jakie to będzie miało przełożenie na UFO i kontakty? Czas pokaże. Dziękuję.
[02:36:29] - Dziękujemy. Księżycowa jaskinia, o którą niektórzy mogą zapytać, to tajemniczy twór leżący albo na pograniczu Polski i Słowacji, albo na Słowacji, albo gdzieś w Polsce. Dlatego, że nikt nie wie gdzie naprawdę. Wiąże się to z opowieścią pewnego słowackiego lekarza, który w czasie walk w II wojnie światowej skrył się z kolegami w dziwnym tunelu, który został mu pokazany przez lokalnego bacę Sławka. Po prostu idąc do końca tego korytarza, po jakimś czasie, kiedy tam siedzieli, ten lekarz dotarł do bardzo dziwnej struktury, która wyglądała, jakby była wycięta w skalę. Była nienaturalna, miała bardzo gładkie ściany. Wyglądała, jakby ją ktoś po prostu wyciął ogromną piłą. Nazwana została Księżycową jaskinią. Niestety do tej pory nie udało się jej znaleźć, mimo szeroko zakrojonych poszukiwań. Polecam książkę Roberta Leśniakiewicza i doktora Jesseńskiego pod tytułem „Księżycowa jaskinia”.
Bardzo możliwe, że pan Robert ją udostępnia na swoim blogu, także zobaczcie sobie blog „UFO i ludzie wszechoceanu”. Tam możliwe, że ona jest. Ale powróćmy znowu do dalekiego świata i przejdźmy do tematu, który jest równie kontrowersyjny, co chociażby basen na Wyspach Salomona, a mianowicie Antarktyda. Panowie, tutaj od samego początku otrzymujemy takie pytania: co z tymi bazami UFO na Antarktydzie? Co z tą słynną operacją HighJump i innymi doniesieniami, które sugerują, że na Antarktydzie ktoś mieszka? Historia jest bardzo długa i ciekawa i myślę, że zajmie nam dużo czasu, a mamy jeszcze kilka innych pytań, także proszę się uzbroić w cierpliwość. Dzisiaj debata nam się może troszeczkę przedłużyć z tego powodu. Ale wróćmy na tą Antarktydę. Chris, jak to było z tą operacją HighJump i co tam wtedy znaleziono?
[02:38:54] - Operacja HighJump. Ta historia jest w sumie powszechnie znana i obrosła legendą. Legendarny badacz Antarktydy, admiral Byrd, poprowadził amerykańską flotę, dość dobrze wyposażoną, uzbrojoną już po II wojnie światowej w stronę Antarktydy. Popłynęli w niewiadomym tak naprawdę celu. Nie wiadomo, po co ta flota została tam skierowana. Wróciła po kilku miesiącach straszliwie porozbijana, z wieloma ofiarami, ze zniszczonymi okrętami. Niektóre z nich zatonęły, nie wróciły. Wszyscy uczestnicy tej ekspedycji musieli podpisać takie cerografy o klauzuli tajności, że nie będą opowiadać, co im się przydarzyło. Sam admiral Byrd został odizolowany, praktycznie zmarł w samotności. Usiłował napisać pamiętniki i opowiedzieć, co się tam stało, o co poszło i sądzono, że w ten sposób ta historia po prostu zaniknie, ale ona odwrotnie rozkwitła z wielką energią, kiedy niektórzy uczestnicy tej wyprawy zaczęli opowiadać o tym, że stoczono regularne bitwy, gdzie tym centralnym punktem było to, że atakowały tą flotę admirała Byrda latające spodki, które wylatywały wprost z wody z ogromną łatwością.
Z ogromną swobodą poruszały się w powietrzu, emitowały jakiś rodzaj promieni, który uderzał w okręty i podpalał je, po prostu je niszczył. Kilka nielicznych amerykańskich samolotów, które zdołały wystartować, nawet nie potrafiły nawiązać równorzędnej walki z takim przeciwnikiem. Również spadały jak muchy. Także była to jednym słowem masakra. Później wysłano następną ekspedycję, o wiele lepiej uzbrojoną i wyposażonąNa Antarktydę. Ta wróciła, mówiąc, że tak naprawdę niczego nie znaleziono. Nie ma żadnych śladów po bitwie, po latających spodkach, po ewentualnych bazach i nie wiadomo, o co tam wszystkim chodziło, ale z całą pewnością można stwierdzić, że nie ma ani baz, ani wroga, ani latających spodków. To jest właściwie koniec tej historii, która do dziś praktycznie nie jest komentowana ani przez wojskowych, ani przez naukowców. Przez naukowców sporadycznie. Głównie w sensie oczywiście negatywnym, że zainstalowanie baz na Antarktydzie jest rzeczą niezmiernie trudną i kosztowną.
Poza tym chodzi o linie komunikacyjne. Taka baza musi mieć ciągłe i nieustanne zaopatrzenie. Musi mieć przede wszystkim energię, żeby funkcjonować, więc musieliby tam stworzyć olbrzymie zbiorniki z ropą naftową, żeby te generatory mogły pracować i dawać odpowiednią ilość prądu, by w ogóle cokolwiek mogło tam funkcjonować. Praktycznie obrosło to, tak jak cały czas to powtarzam, legendą i spycha się to do legendy, której trudno jest uwierzyć. Oprócz tego, że jest kilka niepokojących faktów. Te niepokojące fakty to jest dokumentacja niemiecka, gdzie najwyższe władze niemieckie, zwłaszcza morskie, mówią o tym, że Niemcy w jakiś sposób osiągnęli nie tylko Antarktydę, ale znaleźli sposób, ażeby móc tam stacjonować. Między innymi robi to admirał Dönitz, który raportuje o tym Hitlerowi. Wiemy też o tym, że tuż przed II wojną światową Niemcy wysłali dość dobrze wyposażoną ekspedycję polarną na Antarktydę, która część tego olbrzymiego, nieznanego, wciąż tajemniczego kontynentu oznaczyła jako Neuschwabenland, czyli Nową Szwabię, która miała być od tego momentu terytorium niemieckim. Nie wiadomo, co ich tam tak naprawdę zauroczyło. Znów powtarza się, że jest to trochę lodu, trochę kamieni i nic ponad.
Tego lodu jest na kilka kilometrów, więc bardzo trudno jest się przez niego przebić. Kiedy sięgniemy do różnych innych opowieści z Antarktydy, między innymi opowieści admirała Byrda, który bywał już tam wcześniej, był pierwszym człowiekiem, który przeleciał nad biegunem południowym. Antarktyda to nie jest skuty wielki blok lodu, to nie jest jeden kawał lodu, który jest nie do przebycia i nie do pokonania. Podobnie jak pustynia nie jest tylko piaskiem i pojawiają się na niej oazy. Podobnie jest i na Antarktydzie, gdzie tu i ówdzie można znaleźć miejsca, gdzie klimat jest całkiem niezły, jest do wytrzymania, że być może jest nawet jakaś roślinność. Do dzisiaj nie stwierdzono w sposób oficjalny oczywiście, ale admiral Byrd o tym mówi, że widział roślinność, przelatując nad jakąś częścią Antarktydy. Widział nawet zwierzęta. Uważa się, że była to jakaś jego halucynacja, która nie ma żadnego połączenia z prawdą. Ciekawe jest jednak to, że mimo iż we współczesnych czasach, kiedy mamy Google Earth, mamy satelity, mamy olbrzymią wiedzę na temat tego, co dzieje się na Ziemi w różnych miejscach, mamy mnóstwo kamer, wiadomości, informacji ludzi, którzy mają środki, żeby móc osiągnąć najdalsze części świata. Antarktyda ciągle pozostaje kontynentem tak naprawdę niedostępnym.
Można dotrzeć do jej skraju, natomiast jest bardzo trudna do spenetrowania, dlatego wiemy o niej tak bardzo mało. Na dodatek na Antarktydzie zainstalowano wiele baz wojskowych, co już samo w sobie jest ciekawostką. Dlaczego właśnie tam, skoro miejsce jest nie tylko bezludne, ale i nie nadaje się do życia? Dlaczego tam zainstalowano niekiedy olbrzymie bazy antarktyczne, tak jak Amerykanie, którzy zbudowali tam całe miasteczko, które z kolei jest praktycznie niedostępne dla ludzi z zewnątrz, bo nie można ot tak sobie po prostu do niego wjechać. Trzeba mieć specjalne pozwolenie. Pracuje tam co najmniej 20 000 ludzi, więc cała armia ludzi. Coś oni tam robią, nad czymś pracują, tylko że my nie wiemy nad czym. Co się tam dzieje? Oczywiście najczęstszym wytłumaczeniem tego jest, że na Antarktydzie prawdopodobnie znajduje się wiele bardzo unikalnych surowców i każdy chce posiąść kawałek Antarktydy, bo mimo że w tej chwili technologie nie pozwalają, żeby ją eksplorować, to być może w tym tempie rozwoju za chwilę pojawią się takie, które to umożliwią. Dlatego dobrze już sobie zabezpieczyć część tego wielkiego zimnego lądu.
Niekoniecznie do końca tak musi być. Oczywiście jednym z głównych tematów, gdy mówimy o bazie nazistów na Antarktydzie, jest ewentualny ich kontakt z UFO i pozyskanie ich technologii po to, by móc taką bazę stworzyć. To będzie może troszeczkę okrężna droga, ale kiedy przyjrzymy się tej sytuacji, kiedy powstaje nazizm, kiedy Hitler dochodzi do władzy, kiedy ni stąd, ni zowąd z małej, słabej Republiki Weimarskiej powstają strasznie silne ekonomicznie Niemcy, które co chwila prezentują światu jakiś nowy wynalazek, nową technologię, nową energię, nową siłę, gdzie gromadzą cały Olimp naukowców o niesamowitej wiedzy. Na dodatek ci naukowcy są niezwykle skuteczni, potrafią stworzyć konstrukcje, o czym też kiedyś rozmawialiśmy, które wyprzedzały swoją epokę o wiele, wiele dziesiąt lat.I teraz można sobie zadać pytanie: jak to się stało, że w jednym momencie olśniło ich nagle wszystkich, tych niemieckich naukowców i nagle potrafili, nie robiąc tego wcześniej, w tym samym czasie stworzyć tyle niezwykłych technologii? Jedna z tych legend nazizmu mówi o tym, że w którymś momencie powstawania tego tworu pojawił się kontakt z istotami pozaziemskimi, z cywilizacją pozaziemską. Podobno w Czerniowcach spadł latający dysk. Dziś Czerniowce są polskie. Wówczas były niemieckie, gdzie Niemcy mieli pozbierać te szczątki, zawieźć je gdzieś do jednej ze swoich baz w Górach Sowich, rozebrać na części, a jednocześnie przesłuchiwać tych biednych ufonów, którzy byli na pokładzie tego spodka i zdobyć od nich jakieś informacje, które pozwoliły być może na dalsze kontakty, a być może tylko na zrozumienie pewnych technologii. I to ruszyło tą całą niemiecką machinę. Jak wiemy, w Górach Sowich były bazy.
Do dziś są bazy niemieckie, cały ten słynny tajemniczy Riese i prace, które prowadzono wokół Die Glocke, były prowadzone właśnie w tym rejonie. Góry Sowie są podziurkowane tunelami jak szwajcarski ser i do dziś właściwie nie wiadomo, w jaki sposób Niemcy budowali tego typu tunele. Budowali ich ogromną ilość i budowali je z ogromną łatwością. Jak to się stało, że byli w stanie skuć tak potężną skałę i stworzyć tego typu strukturę wewnątrz skały? To już wskazuje, że skądś pojawiła się technologia, którą można powiedzieć do dziś utrzymują w tajemnicy, bo jeśli ktokolwiek ją zna, nie jest ona znana całemu światu, by mogła być stosowana przez jakiś dowolny kraj. Wiadomo, że na przykład w Stanach prowadzi się wiele tego typu prac, że buduje się ciągle, nieustannie podziemne bazy, że produkuje się ilość korytarzy średnio w ilości około 10 kilometrów dziennie. Taka maszyna potrafi się przebić. To wiadomo z pogłosek tych wszystkich ludzi, którzy współpracują przy budowie tego typu tuneli. Więc istnieje jakaś technologia, którą być może zapoczątkowali Niemcy. I teraz skąd oni ją wzięli?
Tak jak mówiłem, droga będzie okrężna troszeczkę, ale mam nadzieję, że będzie zmierzać do szczęśliwego końca. I u podstaw tej całej filozofii nazistowskiej, jednym z tych momentów, które odpalają tą filozofię nazistowską i patrzenie na świat w inny niż reszta świata sposób, jest-- ja tu mam właśnie sygnały, że pan Wojciech zdaje się będzie chciał nas opuścić za kilka minut. Ja może wrócę do tematu.
[02:49:44] - No dobrze, krzysiu, tak zrobimy.
[02:49:45] - I wrócę jeszcze raz do tematu.
[02:49:47] - Prosimy, panie Wojtku.
[02:49:48] - Mam takie pytanie, bo tutaj pojawia się pewna nieścisłość, czy chodziło o Czerniowce, ale o jakąś miejscowość na Dolnym Śląsku, czy o te Czerniowce, które obecnie leżą w granicach ukraińskich?
[02:50:00] - Śląsku.
[02:50:01] - Tak, będziemy zaraz do tego wracać. Wiemy, że pan Wojtek musi iść za chwilę. Także panie Wojtku, kilka słów o Antarktydzie i kilka słów podsumowania na temat baz UFO.
[02:50:18] - Tak, właściwie bardzo wiele już zostało tutaj powiedziane. Ja tylko chciałem też przypomnieć, że faktycznie według pogłosek doszło do jakiegoś konfliktu pomiędzy siłami admirała Byrda a nieznanymi pojazdami latającymi o kształcie właśnie talerzy czy spodków. Natomiast są też takie informacje, pogłoski, legendy, że na owych talerzach widniały emblematy niemieckie. Czy to swastyki, czy krzyże niemieckie, co mogłoby świadczyć o tym, że była to regularna walka nie tyle pomiędzy wojskami amerykańskimi a jakimiś siłami, nazwijmy to obcymi, a pomiędzy Amerykanami a Niemcami, którzy już wcześniej być może posiedli i opanowali wiedzę dotyczącą budowy tego typu maszyn. Przecież zachowały się nawet jakieś szkice, rysunki dotyczące technicznej budowy, technicznego składu takich maszyn napędzanych jakąś siłą, którą zwano Vril. Więc niewykluczone, że faktycznie Niemcy opanowali taką technologię czy przejęli ją od obcych, czy też po prostu udało im się taką maszynę skonstruować i wymyślić do niej napęd. Oczywiście trudno dociekać, sądząc z tego, jak nowatorskie były to rozwiązania. Niewykluczone, że w którymś momencie gdzieś kiedyś doszło do kontaktu sił niemieckich z obcymi cywilizacjami. Stąd w ogóle taki prymat Niemców w dziedzinie technologii przede wszystkim militarnej w pewnym momencie, szczególnie pod koniec wojny, więc można też domniemywać, że było to zderzenie czy konflikt pomiędzy dwiema jak najbardziej ziemskimi cywilizacjami. Co się tyczy samej bazy na Antarktydzie, to wiadomo mi, że faktycznie, tak jak już o tym była mowa w swoim czasie przed wojną jeszcze Niemcy ogrodzili pewien obszar Antarktydy, nazywając go właśnie Nową Szwabią.
Według niektórych
[02:53:07] - Z pogłosek, czy legend, czy mitów teren ten miał służyć ukryciu niemieckich, czy też germańskich skarbów, takich jak choćby włócznia Longinusa i różne inne, można powiedzieć, święte dla Niemców przedmioty. Czy to jest prawda? Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy. Tym bardziej że z tego, co wiem obecnie te tereny, które były oznakowane jako Nowa Szwabia i które Niemcy zawłaszczyli, obecnie należą do jakiegoś instytutu badawczego badającego zachowania ptaków, bodajże norweskiego instytutu i tam właściwie poza naukowcami z Norwegii nikt też wstępu nie ma, więc nie bardzo można to nawet sprawdzić. A poza tym ten teren jest mimo wszystko dość spory, więc nawet gdyby się udało tam dostać, próba odnalezienia jakichkolwiek podziemnych tuneli, jaskiń, baz i tak dalej prawdopodobnie spełzłaby na niczym. Biorąc pod uwagę i to, że na takim obszarze, na takim terenie, gdzie panują wieczne mrozy, wieczna zmarzlina, prawdopodobnie duża część z tych komór, jaskiń i innych tego typu pomieszczeń mogła całkowicie już dawno zarosnąć lodem albo zmienić swój kształt i strukturę przez tych kilkadziesiąt lat. W końcu jeszcze kilkanaście lat i minie sto lat od momentu, kiedy Niemcy zawłaszczyli ten teren i nazwali go Nową Szwabią, więc kto wie, co się przez tak długi okres czasu może zdarzyć. Abstrahując od samej Antarktydy, nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że ponieważ na świecie wciąż jeszcze istnieje bardzo dużo trudno dostępnych miejsc, w które ludzie zapuszczają się sporadycznie i prawdopodobnie przypadkowo, może jeszcze być na naszej planecie bardzo wiele takich ukrytych baz, ukrytych miejsc, w których niewykluczone, że albo kiedyś w przeszłości, albo obecnie przebywały obce istoty, lub też znajdowały się jakieś przedmioty, artefakty czy pojazdy zbudowane przy użyciu technologii pochodzącej od obcych istot. Natomiast w większości przypadków znalezienie takich baz jest niestety kwestią czystego przypadku. Nie sądzę, żeby byliśmy w stanie wszystkie te miejsca odkryć.
Dlatego myślę, że jeżeli gdzieś w jakiejś dokumentacji, czy choćby na podstawie relacji nocnych świadków jesteśmy w stanie zlokalizować takie miejsce albo przynajmniej domniemywać, że gdzieś w danej okolicy takie miejsce może się znajdować, to warto poświęcić trochę czasu, uwagi, energii, ale niestety również pieniędzy na to, żeby w takie miejsce się udać i takie miejsca badać. To chyba wszystko, co chciałem dzisiaj powiedzieć. Dziękuję bardzo za możliwość wzięcia udziału w tej debacie, jak zwykle niezwykle interesującej. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy. Pozdrawiam panów. Mam nadzieję, że dalsza część debaty będzie równie interesująca. Niestety muszę uciekać.
[02:57:09] - Dziękujemy panie Wojciechu. Da się pan jeszcze zaprosić kiedyś?
[02:57:12] - Absolutnie, oczywiście. Nie ma żadnego problemu. Jeśli tylko będę miał czas, to jak najbardziej.
[02:57:18] - Za dwa tygodnie będzie debata o UFO w Biblii, także może zainteresuje to pana. Będziemy w kontakcie. Dziękujemy jeszcze raz.
[02:57:26] - Dziękuję. Pozdrawiam. Do widzenia.
[02:57:28] - Pozdrowienia. Wracamy na Antarktydę. Chris, miałeś tam jakąś koncepcję niedokończoną, prawda?
[02:57:41] - Tak, ja ją ledwo rozpocząłem.
[02:57:43] - Dobra.
[02:57:45] - Ale będę się streszczał. Przemyślałem sprawę.
[02:57:48] - Nie, nie, nie. Nie chodzi o to. Chris, jeden ze słuchaczy na YouTubie nam napisał, że możemy nawet się rozkręcić na 10 godzin, więc tego czasu mamy naprawdę bardzo dużo. Tak więc feel free to talk as much as you want.
[02:58:01] - Tym głównym moim punktem tego, co starałem się przedstawić, było to, że sam moment, kiedy nieoczekiwanie Niemcy startują do tych swoich olbrzymich technologii, jednocześnie potrząsają szabelką, atakują cały świat. Te wszystkie rzeczy, myśmy się do nich przyzwyczaili, bo żyjemy historią. Żyjemy od lat, praktycznie niemalże codziennie pojawia się jakaś informacja, która w jakiś sposób dotyczy tego, co się wydarzyło w połowie XX wieku, tej straszliwej wojny, która miała miejsce i tak dalej. Ale myślę, gdyby patrzeć na to z pewnej perspektywy, to nie możemy nie zwrócić uwagi na to, że Niemcy robią to w sposób błyskawiczny, że to przyspieszenie następuje w sposób błyskawiczny, że dzieje się coś, co jest katalizatorem olbrzymiego postępu technologii u Niemców, że nie ma nicJest sporo zdolnych ludzi, ale nie ma ciągle infrastruktury i nagle to wszystko wydarza się w bardzo krótkim czasie i rozwija się to w szalony sposób, wręcz geometryczny, za którym trudno jest nadążyć. To, w jaki sposób Niemcy osiągają te swoje technologie, wokół których do dziś krąży cała masa absolutnie niezwykłych legend, historii, opowieści, różnych projektów, teorii i tak dalej. Jedną z nich snuję w tej chwili ja. Patrząc na to, gdzie się to wszystko zaczęło, mamy nagle takie organizacje jak Vril, Ahnenerbe i mamy to dziwaczne i zawsze wyśmiewane zainteresowanie Niemców starożytną historią. Ja kilka razy zwracałem na to uwagę, że Niemcy rozsyłali swoich świetnych fachowców, historyków po różnych miejscach na świecie. I ci wysłannicy zdobywali najrozmaitsze informacje ze starożytności. Sprawdzali i czytali pismo klinowe Sumerów, badając historię Annunaków i to, co wydarzyło się w tamtych czasach.
Wysyłali ludzi do Tybetu. Ten słynny film z Bradem Pittem „7 lat w Tybecie” dotyczył nazisty, który pojechał szukać starożytnych artefaktów. My dziś patrzymy na to z przymrużeniem oka, że to była fantazja Hitlera, który był człowiekiem wierzącym w przeznaczenie, wierzącym w siły nadprzyrodzone i tak dalej. Troszeczkę nie podchodzimy do tego serio. Myślę, że tu być może kryje się odpowiedź na zagadkę gwałtownego wzrostu Niemiec. Bo jeżeli popatrzymy, co oznacza Vril, gdzie się zaczyna energia Vril, ona przychodzi gdzieś z podziemi. Ona przychodzi, mówiąc językiem dzisiejszej naszej debaty, wręcz z bazy. Może nie kosmitów, może kogoś innego, która znajduje się gdzieś daleko w głąb ziemi. Mówię o tym dlatego, że nie jest to jedyna historia i legenda. Praktycznie każda kopalnia ma legendy o dziwnych stworzeniach, które pojawiają się w jej okolicy.
Każdy, kto kopie i szuka czegoś pod ziemią, napotyka na jakieś istoty. Jedno z ostatnich dziwacznych odkryć astronomicznych, jakie zrobiono w przestrzeni kosmicznej, to znaleziono planetę, która swoją charakterystyką przypomina Słońce, nad którą zamyka się inna planeta. W związku z czym coś bardzo dziwacznego. W tej chwili jeszcze ażurowa planeta, ale ona być może za miliard lat zatrzaśnie się nad tą planetą wewnątrz i zamknie ją w środku. Może trochę daleko idące porównanie, ale nie jest to mój pomysł wyłącznie, bo taki pomysł ma znakomity badacz spraw niewyjaśnionych, paranormalnych i znakomity ufolog Whitley Strieber, który doszedł któregoś dnia do wniosku, że być może nasza Ziemia nie jest jednorodną planetą, bo my tak naprawdę potrafimy się wkopać na te parę kilometrów w głąb ziemi i po tych paru, czasami nawet w pewnych warunkach parunastu kilometrach nie wiemy tak naprawdę, co dalej się dzieje i tylko przypuszczamy, co jest w środku, co tam może być. Być może my jesteśmy taką strukturą planety, która zamknęła się nad inną planetą, zamykając jednocześnie w jej wnętrzu całą cywilizację. Zdaję sobie sprawę, że to brzmi tak fantastycznie, że aż wręcz absurdalnie. Ale wróćmy na chwilkę do nazizmu i do Hitlera, który dochodzi do władzy i tych różnych filozofii, jakie tam wokół powstają. Co się tam dzieje? Nieoczekiwanie wielką popularność zyskuje legenda o Agarcie.
Jest tam wielu bardzo poważnych ludzi, którzy wierzą, że Ziemia jest w środku pusta, że znajduje się w niej zupełnie inny, żyjący samodzielnie i autonomicznie świat, że znajduje się tam jakaś populacja i że można dotrzeć do środka tej naszej planety na przykład poprzez różne portale. Jednym z nich miałby być któryś z biegunów, a być może nawet i oba bieguny. Panowały teorie, że być może można przelecieć samolotem z jednego końca Ziemi na drugi, wlatując jednym biegunem, a wylatując następnym. Te teorie nie powstają na kamieniu. Musiały być z czymś związane. W dzisiejszym temacie ja to kojarzę, że być może nastąpiło jakieś spotkanie z tą obcą cywilizacją. Niekoniecznie kosmiczną, być może zupełnie wewnętrzną, bo tak jak mówię, tego typu przykładów na świecie o spotykaniu istot, które niekoniecznie mają pochodzenie kosmiczne, jest bardzo wiele. My je zazwyczaj spychamy do legend i do paranormalnego folkloru, ale są to postaci, które występują bardzo często, praktycznie we wszystkich rejonach świata i coś w tym być może jest na rzeczy. I z tego właśnie powodu Niemcy doznały przyspieszenia technologicznego, posiadły jakieś pomysły, jakieś technologie, które potrafiły zrealizować. I tu dochodzę okrężną drogą do tej nieszczęsnej bazy na Antarktydzie.
Czy ona mogła być? Czy ona nie mogła być? Oczywiście główny problem już zasygnalizowałem wcześniej, że energia jest tutaj podstawą, że bez tej energii taka baza nie mogłaby funkcjonować w znaczeniu strategicznym. Praktycznie w żadnym znaczeniu nie mogłaby ona funkcjonować. Więc co mogło dostarczać takiej energii? Dlatego tu mamy historię, która nigdy nie znalazła swojego wyjaśnienia i do dziś jest owiana rąbkiem tajemnicy. Energia tej maszyny Die Glocke, czyli dzwonu. Było to cośCo produkowało niezmierzone ilości energii. Potrafiło korzystać z wolnej energii, która nas otacza, ale mogło też być śmiercionośną bronią. Mogło pełnić wiele funkcji.
Jak wspominaliśmy wielokrotnie w rozmowach na temat Die Glocke, jedną z najbardziej charakterystycznych cech było to, że była ona w stanie przełamać płaszcz czasoprzestrzenny, którym jesteśmy ukryci, a właściwie w którym jesteśmy zamknięci. Co to powoduje? Jakie to konsekwencje daje w naszym temacie? Przede wszystkim pozwala to na stworzenie dowolnej ilości energii, aby taka baza mogła rzeczywiście funkcjonować i pozwala także na wrycie się w głąb Antarktydy na głębokość, o której dziś moglibyśmy tylko i wyłącznie marzyć, że być może istnieje rzeczywiście możliwość stworzenia tego typu bazy. To jest jedna rzecz. Kiedy świadkowie batalii w Antarktydzie, gdzie admirał Byrd stoczył te tajemnicze bitwy ze statkami, z latającymi talerzami opowiadają o tej historii, wśród nich jest jedna, która mówi o tym, że zanim do tej walki doszło, pojawili się wysłannicy tych, którzy na Antarktydzie zamieszkiwali. Ci wysłannicy to byli wysocy ludzie o białej skórze, jasnych włosach, błękitnych oczach i byli ubrani w skóry. Dziwacznie ubrani, ubrani w skóry. Oczywiście trudno jest złożyć w jedną całość fakt, że ludzie odziani w skóry są w stanie latać latającymi spodkami. Ale jeśli powrócić do niezwykłych właściwości dzwonu Die Glocke, że jest ona w stanie przełamać barierę czasoprzestrzenną, to znaczy, że być może, nie mam pojęcia, to jest wyłącznie czysta spekulacja na użytek dzisiejszej debaty, jest ona w stanie również, przełamując tę barierę, przenosić ludzi z miejsca na miejsce.
Ale nie może ich przenieść na przykład w ślicznym hełmie z piorunkami elektryków na bokach, czy z bronią, czy w butach podkutych żelazem. Może ich przenieść tylko w tym, co jest absolutnie naturalne i biologiczne. I stąd to skórzane ubranie. Oczywiście jest to czysta spekulacja, tak jak powiedziałem, ale to sugeruje, że wiele eksperymentów, jakie dokonano wokół projektu Die Glocke, dzwon, wiele wskazuje, że nie jest on zmyślony, że funkcjonował i istniał naprawdę. I fakt, że wszystko to z czasem przeniosło się na teren Stanów Zjednoczonych, gdzie mamy do czynienia z masą podobnych tego typu projektów i z masową wręcz budową podziemnych baz na olbrzymią skalę, korzystając z energii, maszyn i technologii, o których dzisiaj za wiele nie wiemy, można znaleźć wspólną linię obu tych zdarzeń i dojść do wniosku, że być może naprawdę coś wydarzyło się na Antarktydzie. Być może rzeczywiście ktoś zbudował tam bazę. Być może rzeczywiście latające spodki nie są do końca wyssane z palca i być może po pierwszym starciu jedni i drudzy wyciągnęli wnioski, że zamiast się bić, może się lepiej sprzymierzyć i kontynuować bardzo stary projekt, który być może zaczął się parę tysięcy lat temu i doszedł do punktu, w którym Hitler być może uwierzył, że on sam w pojedynkę jest go w stanie zrealizować, ale okazało się, że przerosło to jego możliwości. I w obecnej sytuacji, kiedy do tego dołączyli się inni, ma on szansę realizacji. Ma on szansę na stworzenie elitarnej, odrywającej się cywilizacji. I jest on w tej chwili kreowany przy użyciu właśnie tych technologii, które dzięki temu odkryto i znaleziono, bądź zdobyto informacje od kogoś lub czegoś, co ciągle być może funkcjonuje na Ziemi w jednym z tych tajemniczych miejsc, które gdzieś są tak głęboko pod ziemią, że nie potrafimy spenetrować takiej grubości ani radarem, który ma niby penetrować ziemię, ani żadnym innym urządzeniem, ani tym bardziej tam dotrzeć.
Whitley Strieber mówi o tym, że wewnątrz Ziemi, niekoniecznie w tych miejscach, niekoniecznie muszą być jakieś wielkie bazy, wielkie miasta czy miejsca, które zamieszkują obcy ludzie, kosmici czy ktokolwiek tymi osobami nie jest, że być może istnieją miejsca w olbrzymich górach jak Himalaje, czy w wielkich masywach podwodnych skał jak w oceanach, czy w miejscu takim jak Antarktyda, czy wreszcie w miejscu takim jak Góry Sowie w Polsce, które są portalami. Ze względu na specyficzne warunki i olbrzymią masę skalną, która je otacza, są portalami, przez które jak przez czarodziejskie drzwi do Narnii można przejść do zupełnie innej rzeczywistości zamieszkanej przez kogoś innego. I być może w taki właśnie sposób powinniśmy rozumieć, na czym polega Agharta, że to nie jest koniecznie fizyczna wydmuszka, nasza Ziemia z Ziemią wewnętrzną w środku, tylko po prostu coś, co funkcjonuje w innym wymiarze. A na Ziemi mamy szereg miejsc, które są portalami do tego wymiaru, naturalnymi portalami, przez które można przejść na drugą stronę.I w taki sposób patrzę na możliwość istnienia takiej bazy na Antarktydzie. Potwierdza to dla mnie sam fakt, że ta baza McMurdo, amerykańska, jest tworzona na olbrzymią skalę, ma nawet zbudowaną na swoich obrzeżach i peryferiach piramidę. Dokonuje się tam najdziwaczniejszych doświadczeń, o których nie mamy żadnego pojęcia i dotrzeć jest do niej nie sposób. Dziękuję bardzo.
[03:11:32] - Dziękujemy ci, Chrisie, za tę bardzo rozbudowaną wypowiedź i prosimy o zabranie głosu Arka Kocika. Arku?
[03:11:41] - Moja wypowiedź będzie troszeczkę jak szorowanie styropianem o szybę w porównaniu do wypowiedzi Chrisa. Mianowicie uważam, że żadnej bazy niemieckiej na Antarktydzie nie było. Owszem, oni mieli tam swoją wyprawę, nawet dwie bodajże, gdzie wbili flagę ze swastyką i nazwali to Nową Szwabią. Zrobili z tego medialny pogłos na potrzeby propagandy goebbelsowskiej, ale nic tam więcej nie robili. Z jednej strony, tak jak Chris mówił, energia potrzebna jest do tego, żeby cokolwiek tam zrobić. Amerykanie troszeczkę się obawiali, że być może tam była jakaś podmorska baza U-Bootów, ale trzeba wziąć pod uwagę, że ten lądolód się przesuwa i to jest bodajże nawet metr w ciągu roku. Wyobraźmy sobie, gdyby nasze mieszkanie przesuwało się o metr w ciągu roku w jakąkolwiek stronę. Nic by się nie utrzymało. Już to się nie przesuwa równomiernie. Żadna struktura ogrzewcza, zabezpieczająca cokolwiek nie wytrzymałaby tego nacisku.
To jest niemożliwe do przeprowadzenia. Był w '47 bodajże, admirał Byrd najechał z marynarką Stanów Zjednoczonych na Antarktydę, szukał tam czegokolwiek, ale w sumie wrócili i pokonał ich, jak sądzę, nie wróg jakikolwiek, tylko przyroda. Nie sądzę, żeby byli nawet bardzo dobrze do tego przygotowani, bo paliwo lotnicze czy do jakichkolwiek urządzeń umożliwiających poruszanie się po Antarktydzie, mimo wszystko nie z taką ilością ludzi. Admirał Byrd, owszem, miał za sobą bardzo duże doświadczenie polarnicze, ale nie mieli jego ludzie. To nie były statki przystosowane do działania w takich warunkach na tak długi okres czasu, jak zamierzali. Dlatego sprawdzili, że nic się takiego nie dzieje i po prostu wrócili. Do tego później, po jakimś czasie dorobiono historię. Według mnie. Jeżeli chodzi o słynny Die Glocke, mamy tutaj w sumie jedno źródło, pana Igora Witkowskiego. Możemy polegać tylko na jego zdaniu, że coś takiego miało miejsce.
Natomiast ja nie wiem, co było pierwsze, czy Kecksburg, czy Die Glocke w mediach. Podejrzewam, że pierwszy był Kecksburg. Natomiast sama idea tego, że Niemcy coś próbowali robić, to oczywiście na pewno tak. To były prace Schaubergera głównie. Być może, że udało im się zrobić napęd, który miał zasilać latające spodki w sposób niekonwencjonalny. Z tym że, jak sądzę, jestem o tym przekonany, tak jak Chris mówił mniej więcej, działanie tych napędów uniemożliwiało instalowanie żelaza i stali w nich. To praktycznie zdyskwalifikowało te urządzenia jako broń, jako nośnik broni. Dlatego za wszelką cenę starano się wymyślić inny rodzaj napędu do tego, bo później próbowano zastosować silniki odrzutowe, które napędzały turbiny i jakieś jeszcze inne cuda-niewidy, ale podstawowe Haunebu powstały na początku lat 40. i nie mogły się rozwinąć w broń z tego względu. Widocznie elektromagnetyzm czy może pole, jakie one wokół siebie tworzą, uniemożliwiają zastosowanie ferromagnetyków i dlatego nie mogły być nośnikiem broni taką, jaką dysponowała wtedy Trzecia Rzesza.Dużo tutaj na nie.
Niemniej nie sądzę, żeby ufonauci budowali jakiekolwiek bazy na Antarktydzie. Jest to bardzo niegościnny kontynent, ale są mapy, które są przerysowaniem map wcześniejszych, a według mnie to są przerysowania zdjęć satelitarnych i te mapy pochodzą z 1502 roku, a niektóre nawet jeszcze wcześniejsze. Mają one zaznaczone między innymi Antarktydę bez pokrywy lodowej, ale też i bez zaznaczonych miast czy czegokolwiek innego, co na niej mogłoby wówczas funkcjonować. Więc nie sądzę, żeby w późniejszym okresie powstała tam jakakolwiek baza tylko dlatego, żeby powstać. Dlaczego uważam, że mapy były odrysowane zdjęciami satelitarnymi? Otóż żeby opracować w ten sposób mapę, jak została ona na przykład pokazana w mapach, jak zostały te mapy Piri Reisa przygotowane, to trzeba by było zatrudnić ogromny sztab ludzi. To jest nie tylko przepłynięcie się wzdłuż brzegów i obrysowanie, ale też i odmierzanie tego wszystkiego. To jest naprawdę bardzo duże przedsięwzięcie. Były potrzebne wyprawy w głąb lądu antarktycznego, w głąb rzek, które wtedy tam płynęły, zdobywanie szczytów i odrysowanie tego wszystkiego. Najprościej zrobić to w sposób taki po prostu: zdjęcie obrysujemy i to mamy.
I to podejrzewam, było wielokrotnie odrysowywane, bo jednak ostatni okres, gdzie na Antarktydzie nie było śniegu, to jest około 10 000 lat temu. Wszystko się sprowadza do mniej więcej tego samego okresu hipotetycznego powstania Sfinksa, tych właśnie zdjęć Antarktydy, powstania Bramy Słońca w Ameryce Południowej i całych tamtych kultur dookoła jeziora Titicaca. To wszystko mniej więcej obraca się w tym okresie czasu. W tej chwili, gdyby jakakolwiek baza była, jest bardzo łatwo nam w tej chwili sprawdzić, tak jak mówiłem, korzystając z Google Maps. To jest naprawdę bardzo dobre narzędzie. Jeżeli się czegoś szuka, ma się dużo cierpliwości i dobry ekran w komputerze. Polecam. Dziękuję.
[03:20:47] - Dziękujemy. Kwestia tego, co się dzieje na Antarktydzie, jest rzeczywiście bardzo kontrowersyjna. Ja osobiście dryfuję w stronę tego, co powiedział Eryk, ale pamiętam też, że to, co mówił Chris, podkreślając to dość mocno, jest hipotezą, a w zasadzie połączeniem pewnych punktów, które są rozproszone na mapie i tego naprawdę potrzeba. Ale panowie, Antarktyda Antarktydą. Daleko, zimno, sklepów nie ma i tak dalej. Niefajnie. Dlatego przenieśmy się w inny rejon świata, bardziej tropikalny, bardziej ciepły. O tym jeszcze nie mówiliśmy. Trójkąt Bermudzki. Dla wielu lokacja potencjalnej bazy UFO.
Świadczyć o tym mają między innymi te wszystkie dziwne incydenty, do których tam dochodzi. Chyba nie muszę mówić jakie, bo historię o Trójkącie Bermudzkim każdy zna. Rozpoczęło się to dość dawno temu, stąd urosła zła sława tego miejsca. Natomiast w roku 1945 mieliśmy słynne zaginięcie eskadry amerykańskich samolotów. Zaginął też samolot, który poleciał w ich poszukiwaniu. Potem były też różne inne dziwne incydenty. Stąd moje pytanie, panowie: czy Trójkąt Bermudzki rzeczywiście może być takim miejscem, w którym dochodzi do jakiejś paranormalnej aktywności? I czy w zasadzie te wszystkie dziwne incydenty, do których doszło, nie są takim straszakiem pokazującym ludziom, albo będącym takim znakiem zakazu wstępu dla ludzi, że w pewne miejsca nie powinniśmy się po prostu zapuszczać? Pamiętajmy też, że jednym z końców tego trójkąta jest Portoryko, czyli wyspa, która swego czasu była jedną z ufologicznych stolic świata. Działo się tam naprawdę bardzo dużo.
Jest tam też słynny rezerwat El Yunque, mieszczący też wojskową placówkę amerykańską, który według kilku teorii spiskowych był miejscem narodzin legendarnej chupacabry. Także dzieją się tam naprawdę dziwne rzeczy. A że Chris
[03:23:31] - Udał się w tamte rejony. Może niekoniecznie do Trójkąta Bermudzkiego, ale był całkiem niedaleko jego granic, także będzie miał na pewno o tym sporo do powiedzenia.
[03:23:45] - Myślę, że tak naprawdę chyba rozczaruję wszystkich, bo ja nie jestem aż tak bardzo tym Trójkątem Bermudzkim podekscytowany. Dlatego, że mam takie wrażenie, że do jednego worka wrzuca się kilka być może kompletnie osobnych zjawisk i ogranicza się ten worek właśnie kształtem trójkąta od Bermudów aż po Puerto Rico. Dlatego, że zjawiska, jakie tam się pojawiają bardzo często nie mają żadnego logicznego sensu. To, że na przykład ginęły tam żaglowce, to, że ginęły statki towarowe. Ciągle mam te statki pasażerskie. Czyżbym się wybierał w podróż, a podświadomie mnie ktoś bombarduje informacją, żeby popłynąć takim statkiem? Zginęła oczywiście eskadra. Cała eskadra amerykańska zniknęła w tym rejonie i nigdy nie wróciła. Nikt nie wie, co się z nią stało. Wydarzyło się masę najrozmaitszych zjawisk.
Jak wspomniałeś, Portoryko jest miejscem, gdzie dzieje się mnóstwo rzeczy paranormalnych, ale szukając jakiegoś zaczepienia w tym naszym temacie, to mamy już w tych samych nazwach. Popatrzmy na Portoryko i popatrzmy na olbrzymi rów oceaniczny, który tam przebiega, który pozwala na ukrycie wszystkiego, czego się chce. Myślę, że fakt, że Amerykanie inkorporowali Portoryko do swojego państwa tylko z tego względu, że Rosjanie weszli na Kubę, którą Castro jako rewolucjonista wyrwał z łap brzydkich kapitalistów i zrobił komunistycznym rajem, nie polegał na tym, żeby mieć oko na tą wyspę gdzieś tam od południowej strony Morza Karaibskiego, ale polegał na tym, że istnienie takiego olbrzymiego tworu geologicznego jak rów daje olbrzymie możliwości stworzenia czegoś, co jest tam doskonale ukryte. Zainstalowania czegoś, co będzie trudne do zbadania przez stronę przeciwną, a być może nawet i trafienia przez stronę przeciwną. Także patrząc na to, co się w tamtym rejonie dzieje, widzę, że te zjawiska są w jakiś sposób rozbieżne. To, co być może wskazywałoby na fakt, że ma to jakiś związek z kosmitami. Cały czas używamy tego słowa. Kosmitami, którzy gdzieś zagospodarowali sobie kawałek ziemi po to, żeby założyć swoją bazę. Sugeruje to chociażby to, że w Arecibo znajduje się jeden z największych teleskopów, jaki istnieje na Ziemi. Jego położenie wskazuje na to, że ktoś chciał mieć pewność, że wszystko, co tam będzie wlatywać bądź wylatywać, będzie obserwowane nie tylko w powietrzu, ale i także w wodzie.
Dlatego, że można dokonać odbicia od jonosfery i podobnie jak robi to HAARP, dokonać penetracji w różnych regionach i gęstościach substancji, którą się bada. W tym momencie mamy na myśli wodę. Dlatego myślę, że w tym trójkącie najbardziej frapujące jest właśnie Portoryko i ten rów, który tam występuje, który sugeruje, że coś dziwnego się tam dzieje. Zwłaszcza, że całe to wybrzeże, tak Portoryko, jak i Florydy, zwłaszcza tej południowej z Key West, gdzie ostatnio też byłem, niestety nic nie widziałem ciekawego z ufologicznego punktu widzenia. Bardzo często obserwuje się zjawiska anomalne i niewyjaśnione. Obserwuje się masę tych pomarańczowych świateł, które wylatują z wody, pokazują się nad horyzontem, krążą jakiś czas, wystarczająco długi, by je nie tylko obserwować, ale także sfotografować i sfilmować. Tych świateł i przypadków obserwacji czegoś dziwnego jest bardzo dużo. Co sugeruje, że istnieje technologia bądź istoty, które posiadają technologię, o której my nie mamy pojęcia, które gdzieś w okolicy mają miejsce, które jest ich bazą. I taką właśnie bazę można stworzyć w tym portorykańskim rowie, niezmiernie głębokiej strukturze geologicznej, w której można ukryć bardzo wiele rzeczy. Także ja na Trójkąt Bermudzki patrzę z wielu różnych punktów widzenia i myślę, że może czas jest na to, żeby go w jakiś sposób rozłożyć na kilka elementów, ponieważ wszystkie naraz raczej tworzą legendę, którą trudno zrozumieć, niż próbują odgadnąć jego tajemnicę.
Tu widzę pewne związki i tak patrzę na ten problem. Dziękuję.
[03:28:56] - I tak chyba możemy przejść powolutku do ostatniego pytania z naszej ściśle tajnej listy pytań. Jako bazy UFO można rozumieć także instalacje wojskowe i to dwojako. Po pierwsze, według teorii spiskowej miejsca takie jak Strefa 51 przechowują latające talerze. Po drugie, właśnie wokół baz wojskowych widuje się najczęściej latające trójkąty, co sugeruje, że są to pojazdy wojskowe. Jak ustosunkowujecie się do tych koncepcji? Może tym razem pierwszy niech się wypowie dla odmiany Arek Kocik. Arku?
[03:29:32] - No cóż, Strefa 51 jest dosyćZnana z tego, że jest nieznana. Trzeba przede wszystkim wniknąć do genezy powstania tej strefy. Stąd będziemy mieli to, że służy ona do testowania nowych koncepcji rozwoju samolotów. Przez długi czas z całą pewnością, gdy nocą latały tam F117, pierwsze niewidzialne samoloty, na pewno musiały wzbudzać sensację w światku ufologicznym, dlatego że coś latało. Były światła, a nie było potwierdzenia radarowych, bo na pewno ufolodzy amerykańscy mają swoich znajomych, którzy pracują na radarach cywilnych i tego nie widzieli, a światła były. Na pewno między innymi też w ten sposób testowano możliwości wykrycia tych samolotów. Później się pojawił najpierw B1, który miał ograniczoną wykrywalność, a później B2. Jeżeli ktoś zobaczył coś takiego przelatującego nocą, to naprawdę musiało robić to ogromne wrażenie. Zwłaszcza że jeżeli leciał dosyć wysoko, to najpierw przeleciał, a dźwięk pojawia się jakiś czas później, mimo że jest to samolot poddźwiękowy. Czy jest możliwe, że ta baza jest rozbudowana w ten sposób, że są tam gromadzone jakieś szczątki UFO i badane?
Szczerze powiedziawszy, myślę, że nie. Nie w tej bazie w każdym bądź razie. Jeżeli popatrzymy na te kraksy, które miały mieć miejsce w Stanach Zjednoczonych i państwach satelickich, to tam w sumie niedużo tego, co mogli uzyskać. Jedynie co mogli uzyskać, to trochę z miejscowości Corona i to wszystko. W słynnym Roswell wszystko zmieściło się na jeepa, ewentualnie ciężarówkę. Nie było tam żadnych małych zielonych ludzików czy szarych, bo o niczym takim Marcel nie mówił, więc czegoś takiego nie było. Strefę 51, a w zasadzie jej strefę S4 głównie rozgłosił Bob Lazar, z tego, co pamiętam. Nagłośnił to wszystko. Później za jakiś czas uznano czy pokazano, że ta baza faktycznie jest i to było za prezydentury Clintona. Nie z tego powodu, że coś tam wykryto, tylko po prostu ludzie, którzy palili jakieś plastiki, rozchorowali się, a że pracowali w strefie, której nie ma, nie mogli być ubezpieczeni i nie należało im się żadne odszkodowanie.
Więc rodziny tych pokrzywdzonych pracowników zaczęły dochodzić swoich racji. W ten sposób oficjalnie przyznano, że taka strefa faktycznie ma miejsce. Ale to tylko tyle. Spalono plastiki, prawdopodobnie te, które służą jako okrycia do konstrukcji samolotów niewidzialnych i temu podobne jeszcze. Także tu akurat nie sądzę, żeby to była ta baza. Sądzę również, że jeżeli jakakolwiek baza, podziemna czy jakakolwiek inna miałaby odbudowywać czy badać szczątki jakichkolwiek UFO, bo na pewno takie znajdowano, to musiałaby być mobilna. To znaczy musiałaby mieć możliwość przeniesienia się w inne rejony w bardzo krótkim czasie. Dlatego że zawsze trzeba się liczyć z tym, że każdy jest zobacz i prosi o to, co zostawił, zgubił. Baza stała raczej nie gwarantuje. Zresztą w tej chwili te wszystkie bazy, które mają jakikolwiek pas startowy, są bardzo łatwe do namierzenia i to raczej nie o tego typu bazę chodzi.
Gdybym ja budował bazę taką, która miałaby badać, byłaby to baza, która byłaby bezpośrednio blisko morza, w ciepłej strefie z możliwością wylatywania tych statków bezpośrednio z oceanu w górę. W ten sposób było to tak utajnione, żeNiemożliwe by było to namierzenie. Trzeba też wspomnieć o jednej rzeczy, mówiąc o amerykańskich możliwościach. Swego czasu umieszczono mikrofony głębinowe wzdłuż całego Atlantyku, wzdłuż całego Pacyfiku. One miały chronić Stany Zjednoczone przed okrętami podwodnymi rosyjskimi. Miały je słyszeć. Co one uzyskały i co Stany Zjednoczone uzyskały przy pomocy tych mikrofonów, tego nie wiemy do tej pory. Natomiast jakieś anomalia na pewno wyrzucili i być może o nich się kiedyś dowiemy. Ma to duże powiązanie z tym, co się dzieje albo już się przestało dziać w Trójkącie Bermudzkim, bo w tej chwili nie mamy praktycznie żadnych doniesień o tym, żeby cokolwiek tam się działo. Ostatnie doniesienia są mniej więcej z lat 70.
że coś tam ginęło. Być może ktoś mnie poprawi, bardzo chciałbym się dowiedzieć. Może coś tam nowego się stało. Dziękuję bardzo.
[03:37:06] - Ja w tej chwili nie słyszałem żadnych nowych doniesień, żeby coś takiego się wydarzyło. Myślę, że nic, co by zwracało uwagę w tej chwili na Trójkąt Bermudzki, nic się nie wydarzyło takiego spektakularnego, aby móc dalej w jakiś sposób tą legendę eksploatować. Z przykrością stwierdzam, że przynajmniej ja nie słyszałem, ale niekoniecznie muszę być najlepszym źródłem informacji.
[03:37:32] - Piotrze?
[03:37:33] - Tak. Rozmawialiśmy jeszcze o tajnych bazach wojskowych lub tych mniej tajnych jako o miejscach, które w pewnym sensie metaforycznie mogą być nazwane bazami UFO z tego powodu, że pracuje się w nich nad technologiami tak zaawansowanymi, że wielu osobom mogą one przypominać właśnie obiekty NOL. Tutaj oczywiście na myśl przychodzi od razu Strefa 51, ale ja bym był sceptyczny wobec tej legendy, dlatego, że to jest w dużej mierze legenda. Jak mówiłem już chyba nie raz, stworzono ją tylko po to, żeby oczy całego środowiska kierowały się właśnie tam. Natomiast już kilkadziesiąt kilometrów dalej leży poligon Tonopah, o którym mało się mówiło i to tam może być prawdziwa Strefa 51, a innych baz, takich jak Wright-Patterson na przykład i dziesiątki innych baz sił powietrznych mogą być miejscem, gdzie odbywają się prawdziwe i ciekawe testy futurystycznych maszyn. Co ciekawe, takie bazy są też w innych miejscach. Słyszeliśmy doniesienia o słynnej bazie Kapustyn Jar w Rosji, za którą również ciągnął się taki ufologiczny ogon, chociaż to były bardzo mało wiarygodne doniesienia. Słyszeliśmy o bazach budowanych przez Chińczyków, zarówno tych podwodnych, jak i tych naziemnych. Także tych relacji jest naprawdę sporo. Teraz pytanie, czy rzeczywiście obserwacje obiektów UFO mogą być powiązane z tymi bazami?
Tutaj przykład latających trójkątów pokazuje, że coś może być na rzeczy. Tym bardziej, że nawet w Polsce większość tych obserwacji, które zanotowaliśmy, była w jakimś stopniu związana albo miała miejsce w okolicach baz wojskowych, najczęściej baz lotniczych. Ostatnie doniesienie z Poznania, gdzie widziany był latający trójkąt, a właściwie obiekt w formie trójkąta składający się prawdopodobnie z kilku świateł, potwierdza tą regułę. Mamy tam przecież całkiem niedaleko słynne Krzesiny. W zasadzie której relacji o latającym trójkącie w Polsce byśmy nie ruszali, zawsze się okaże, że gdzieś w pobliżu była baza wojskowa. Lubliniec chociażby. Chociażby kolejna obserwacja z Poznania. Chociażby, już teraz nie pamiętam, gdzie to było. Gdzieś na Lubelszczyźnie. Można sobie to sprawdzić.
Jest to bardzo ciekawe. Tym bardziej, że grupa NIC, która również badała latające trójkąty, doszła do tego samego wniosku, że one się pojawiają zwykle w lokalizacjach w okolicach baz wojskowych. Stąd też pytanie, czy jest to coś, co stamtąd wylatuje? Niewykluczone, ale też niepotwierdzone, dlatego, że latające trójkąty zawsze wyglądają inaczej. Wygląda to tak, jakby po prostu ktoś budował prototyp jakiegoś modelu i za każdym razem budował prototyp. Także jest to co najmniej dziwne. Czy rzeczywiście wszystkie obiekty UFO są emanacją jakichś testów wojskowych? Oczywiście, że nie. Dlatego, że UFO to jest bardzo pojemny temat i istnieją ogromne różnice. Łatwo zauważyć różnice w charakterze obserwacji, jeżeli się dość długo siedzi w temacie.
Moim zdaniem istnieje kilka różnych zjawisk, które kryją się za fenomenem. Niektóre mają pochodzenie naturalne, oczywiście inne mają pochodzenie paranormalne. Może jest jakiś mały procent takich, które mają pochodzenie pozaziemskie. Taka jest moja opinia. Natomiast wszystko to jest wkładane do jednego worka i wśród tych relacji znajdziemy też takie, które są wywołane testami jakichś tam pojazdów lub broni. Tutaj wydaje mi się, żeNieuzasadnione jest twierdzenie, że wszystko jest wytworem armii. I to by było na tyle. Panowie, dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Było kontrowersyjnie, trochę inaczej niż zwykle. Zwykle mówimy o faktach.
Dzisiaj mieliśmy taki temat, gdzie tych faktów było, szczerze mówiąc najmniej. W innych tematach mamy się o co oprzeć, a tutaj musieliśmy w dużej mierze łączyć te punkciki na mapie, żeby dotrzeć do celu, do jakiegoś określonego wniosku. I myślę, że meta, do której dotarliśmy, jest taka sama jak punkt wyjścia. Istnienie baz obcych jest niewykluczone i być może nawet jest z pewnego punktu widzenia dość racjonalne, dlatego, że ilość obserwowanych obiektów UFO, tych prawdziwych UFO, niemogących być przypisanymi do ziemskiej kategorii, jest zbyt duża, by oni przebywali tutaj w misjach kosmicznych. Oczywiście możliwości jest wiele. Jedna tłumaczy, że UFO jest zjawiskiem paranormalnym, jest zjawiskiem ziemskim. Natomiast inna koncepcja mówi, że wśród tych prawdziwych UFO mogą być też takie, które mają pochodzenie pozaziemskie, które przylatują do nas z kosmosu. Ale łatwiej niż przylecieć z kosmosu jest założyć tutaj bazę i w ten sposób obserwować Ziemię. W ten sposób prowadzić nadzór. To, jak to się odbywa, jest wielką tajemnicą.
Mam nadzieję, że zaciekawiło was to, co mówił pan Wojtek. Blog pana Wojtka oraz jego teksty można z łatwością odnaleźć w internecie wpisując jego imię i nazwisko: Wojciech Bobilewicz. Można też odnaleźć ciekawe materiały na temat Wysp Salomona. Tym, którzy się zainteresowali kwestią księżycowej jaskini, czyli jakichś pozostałości budowli, prawdopodobnie pozostałej po starożytnych astronautach czy kimś w tym rodzaju, polecam odwiedzić bloga pana Leśniakiewicza, poszukać książki o księżycowej jaskini. Pozostaje mi chyba tylko się pożegnać z wami wszystkimi i zaprosić za tydzień, kiedy będziemy rozmawiali o Mothmanie, człowieku-ćmie, a właściwie ufologicznych aspektach tego dziwacznego fenomenu, jakim było pojawienie się Mothmana w Point Pleasant, bo pojawienie się Mothmana było tylko wisienką na torcie, a tak naprawdę działo się tam wiele rzeczy o podłożu czysto ufologicznym. Także zapraszam za tydzień. Dziękuję Arku.
[03:44:56] - Dziękuję, również. Jeszcze raz zachęcam do sprawdzania tych miejsc, o których mówimy. Popatrzenia na nie przez Google Maps, jak to wygląda mniej więcej rzeczywiście, jakie są tam możliwości. Dziękuję. Do usłyszenia.
[03:45:16] - Dziękujemy Chrisie również.
[03:45:19] - Dziękuję również. Ja tylko jeszcze tak na koniec chcę dodać, że ludzie, którzy mieszkają w okolicach Parku Narodowego Adirondack w północnym Nowym Jorku, kiedy są ciche dni, bezwietrzne i usiądą sobie na patio, popijając piwko, słyszą nagle dudnienie czegoś pod ziemią. Coś wierci pod ziemią, coś strasznie ciężko pracuje. Także zjawisko jest realne. Coś się dzieje. Ktoś coś buduje tam pod ziemią i nie wiadomo, kto mu w tym pomaga. Wiadomo, że używana jest technologia, która musi być w jakiś sposób niezwykła i niekoniecznie jest ona bezpieczna. Wielu ludzi skarży się na bóle głowy, niektórym krwawią nosy, krwawią uszy i dzieją się różne bardzo dziwne sytuacje. Dziękuję jeszcze raz bardzo. Dobranoc.
No właśnie, nie powiedzieliśmy o tym, ale przecież całkiem niedawno mieliśmy kolejny wybuch tego rodzaju aktywności. Nie pamiętam już teraz gdzie, ale pisałem o tym na grupie Nieznanego Świata. Oczywiście takich miejsc, gdzie pod ziemią ma być słychać dudnienie jest sporo. Pamiętam taką słynną sprawę, która się nazywała Murex Dunes i to właśnie było coś bardzo podobnego. Świadkowie twierdzili, że nie jest to woda, nie jest to jakiś zgrzyt. Brzmi to po prostu tak, jakby ktoś pracował pod ziemią ciężką maszynerią. To rzeczywiście jest fascynująca sprawa. Również zachęcam do jej zgłębienia. No cóż, Marku, oddaję ci głos.
[03:46:55] - Mnie tylko pozostaje podziękować raz jeszcze wszystkim uczestnikom debaty za przyjęcie zaproszenia, za kolejną bardzo wciągającą dyskusję. Również dziękujemy bardzo serdecznie wszystkim słuchaczom Radia Paranormalium i tym stałym i tym nowym, którzy dopiero dzisiaj odkryli nasze radio. Dziękujemy za to, że tak tłumnie dzisiaj zgromadziliście się przy komputerach, przy smartfonach, przy odbiornikach i różnych innych urządzonkach, na których nas słuchaliście. W szczytowym momencie debaty ufologicznej online słuchało 280 unikalnych użytkowników. W sensie było podłączonych do odtwarzacza 280 unikalnych IP. Wiemy, że niektórzy z was słuchają nas z rodzinami, z kolegami z pracy, ze znajomymi. Tak więc na pewno jest was dużo więcej niż to pokazywały liczniki. Bardzo serdecznie jeszcze raz dziękujemy. Zachęcamy do pozostania z Radiem Paranormalium, do częstszego zaglądania na naszą stronę, do słuchania audycji.I do czytania artykułów. A w dzisiejszej debacie ufologicznej online udział wzięli: nieobecny już na Skypie pan Wojciech Bobilewicz, podróżnik, badacz, tłumacz, publicysta.
Arkadiusz Kocik z Warmińsko-Mazurskiej Grupy Ufologicznej. Niezmordowany, obecny jeszcze na Skypie poszukiwacz prawdy Chris Miekina, autor audycji „Paralaxa”. Dzięki jeszcze raz, Chrisie.
[03:48:28] - Dziękuję również i jeszcze raz dobranoc. Dziękuję.
[03:48:30] - Oraz współprowadzący nasze debaty ufologiczne, współpracownik „Nieznanego Świata” i współzałożyciel portalu info.org.pl Piotr Cielebiaś. Dzięki jeszcze raz, Piotrze.
[03:48:42] - Również dziękuję, pozdrawiam i do usłyszenia za tydzień.
[03:48:45] - Debatę ufologiczną od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień.