[01:23] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy dzisiaj z wyjątkowo dużym poślizgiem, ale jednak siła wyższa zadecydowała, kolejną debatę ufologiczną online. Dziś będziemy dyskutować o Gwiezdnych Wojnach. Nie tylko tych filmowych, ale również o tych, które miały miejsce lub też mogły mieć miejsce w rzeczywistości. Przy mikrofonie Marek Sęk „Ivellios”. Po drugiej stronie Skype'a są z nami dzisiaj: Piotr Cielebiaś, współpracownik czasopisma „Nieznany Świat” i współzałożyciel portalu infra.org.pl. Witaj Piotrze.
[01:56] - Witam, witam.
[01:57] - Jest z nami również niestrudzony poszukiwacz prawdy Chris „Miekina”. Witaj Chrisie.
[02:03] - Witam niestrudzenie. Dobry wieczór.
[02:04] - Pisarz science fiction, publicysta i również współpracownik „Nieznanego Świata” Marek Żelkowski. Dobry wieczór, Marku.
[02:12] - Dobry wieczór. Dobry wieczór.
[02:13] - Oraz dawno nie słyszany, ale bardzo wyczekiwany i ulubiony przez naszych słuchaczy Arak Peterek z audycji „Pararadio” oraz projektu wideobloga „Poznajemy Nieznane”. Dobry wieczór, Arku.
[02:25] - Dobry wieczór. Witam serdecznie słuchaczy i was, drodzy debatujący.
[02:29] - Tradycyjnie na początku debaty podam nasze kontakty, bowiem debata jest realizowana w całości na żywo. Można do nas dzwonić na nasz numer telefonu 32 746 00 08. 32 746 00 08. Skype: radio.paranormalium.pl. Można również wysyłać nam pytania i komentarze, a także relacje z obserwacji UFO i nie tylko na nasze Gadu-Gadu 36 08 80 02. 36 08 80 02. Można również wysyłać pytania i komentarze na czata Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl. Jesteśmy także na Facebooku na kontach Radia Paranormalium i portalu Infra, na grupach tematycznych Radia Paranormalium i czasopisma „Nieznany Świat”. Można także przesyłać nam pytania drogą e-mailową na adres radio@paranormalium.pl. A dzisiejszy program poświęcamy w całości tematowi Gwiezdnych Wojen oraz wojen gwiezdnych.
Będzie zatem i o wątkach z filmu, którego kolejna część weszła na ekrany, jak i o całkiem możliwych wojnach w kosmosie. Panowie, ostatnio z tematem wiążą się rewelacje hakera Gary'ego McKinnona, który po raz kolejny przypomniał o sobie w mediach, mówiąc, że Amerykanie budują w kosmosie swoją bojową flotę. Na ile to może być wiarygodne? Czy McKinnon wie, co mówi? I czy mogą mieć z tym związek obserwacje tajemniczych trójkątów i bumerangów? Tradycyjnie pierwszemu oddajmy głos współprowadzącemu nasze debaty ufologiczne Piotrowi Cielebiasiowi. Piotrze?
[04:07] - Dziękuję. Kilka słów wstępu. Otóż dzisiejsza debata nosi tytuł „Gwiezdne Wojny i wojny gwiezdne”. Ona oryginalnie miała się pojawić 18 grudnia, kiedy „Gwiezdne wojny” weszły do kin. Ale niech nasi słuchacze nie pomyślą, że dzisiaj będziemy rozmawiać tylko o filmie. Dzisiejsza debata będzie zbliżona stylem i treścią do tych słynnych trzech debat pod rząd na temat cywilizacji wyższych rzędów. Dzisiaj porozmawiamy troszeczkę o faktach, troszeczkę o spiskach i troszeczkę o hipotezach i możliwych scenariuszach. Także saga „Gwiezdne wojny” stała się dla nas pewnym tłem do pewnego rodzaju rozważań. Bo z jednej strony pomówimy dzisiaj o tym, jak mogłyby wyglądać owe wojny w kosmosie i co może nawet w pewnym sensie jest kwestią przyszłości, ale też będziemy dzisiaj mówić o takich kwestiach, które wiążą się troszeczkę z filmem i troszeczkę z tym, co zostało powiedziane w tej debacie o cywilizacjach wyższego rzędu. Także zachęcamy wszystkich do zadawania pytań i do aktywności.
Myślałem, że zaczniemy tę debatę od Hana Solo i tak dalej, ale zaczynamy od Gary'ego McKinnona, który jak wielu z was pamięta, pojawił się, wypłynął kolejny raz z tymi samymi informacjami bodajże dwa miesiące temu, dwa i pół miesiąca, twierdząc, że Amerykanie prawdopodobnie posiadają w kosmosie jakąś flotę. Na pewno mają tam jakieś statki, które nie są satelitami i które nie należą do NASA, przynajmniej do tejJawnej części tej agencji, że w kosmosie jest prowadzony jakiś tajemniczy wyścig, być może wyścig zbrojeń w ramach jakiegoś czarnego budżetu, czarnego projektu. I teraz takie pytanie, panowie, do was, bo Gary McKinnon to jest postać bardzo kontrowersyjna. A dlaczego kontrowersyjna? Bo z jednej strony mamy do czynienia z hakerem, pomyśł samoukiem, który na początku obecnego wieku włamywał się do różnych agencji amerykańskich, między innymi do NASA, do NSA i do Pentagonu się włamał, z tego, co pamiętam, i tak dalej, i tak dalej, do baz wojskowych. I tenże McKinnon twierdził wprost, że szuka informacji o UFO, szuka informacji o spiskach. Wtedy był chyba jeszcze na tym etapie zachłyśnięcia się serialem z „Archiwum X” i, że tak powiem, nabuzowany chciał stać się wolnym strzelcem jak ci z serialu i poszukać takich informacji. No i udało mu się, co ciekawe. McKinnon twierdzi, że trafił na listę, na której znajdowały się nazwiska funkcjonariuszy, którzy byli nazwani nieziemskimi oficerami. Natomiast nie chodzi o to, że byli to nieziemscy oficerowie, ale nieziemscy oficerowie, czyli ktoś, kto służy poza Ziemią i tutaj w domyśle służy prawdopodobnie na jakiegoś rodzaju statku.
A stąd tylko krok do wysnucia wniosku, że w kosmosie rzeczywiście znajdują się obiekty, być może przeznaczenia militarnego, które są tam w nie wiadomo jakich celach i nie wiadomo przez kogo wysłane. McKinnon znalazł też zdjęcie i na tym zdjęciu był jakiś dziwny pojazd. Bardzo dziwny. Niektórzy mówili, że to UFO, ale tak naprawdę kiedy się go słucha, to ma się wrażenie, że to jest jeden z tych obiektów, o których rząd amerykański prawdopodobnie swoim obywatelom nie mówi. To jest jeden z tych obiektów zbudowanych za pieniądze podatników w ramach czarnego budżetu. I teraz pytanie, czy McKinnon trafił na ślad tej samej afery, o której mówiono już przed laty? Czy trafił na ślad tych obiektów, o których wspominał chociażby prezydent Reagan? Bo mówi się o wielu dziwnych wypowiedziach Reagana związanych chociażby z tym, że pamiętam, że znaleziono w jego dziennikach taką informację, że w latach 80. Ameryka miała tyle miejsca na wahadłowcach, że mogła zabrać kilkadziesiąt osób w kosmos. Przeczyło to stanom faktycznym.
Natomiast on też, jak pamiętamy, wywołał dość dużo komentarzy swoim kilkakrotnym powtórzeniem tego, że jeżeli obcy przylecą, jeżeli rozpoczną wojnę, to Związek Radziecki i Stany Zjednoczone staną jak jeden mąż. Także to wszystko wpadło do takiego kotła, z którego wynika bardzo niejasny obraz odnośnie tego, co dzieje się na orbicie i czy ktoś tam nie montuje jakiegoś nowego rodzaju broni. Stąd tylko krok do zapytania, czy widzimy na Ziemi jakieś przejawy działalności obiektów, które mogą mieć związek z tą tajną kosmiczną flotą domniemaną. Tutaj wiele osób wskazuje między innymi na słynne latające trójkąty, obiekty, które tak naprawdę widywane są od dawna, które widywane są zazwyczaj, jak pamiętacie, w pobliżu jednostek wojskowych, które mają nie wiadomo jakie przeznaczenie, które przez część ludzi są łączone z UFO, ale tak naprawdę nie muszą być obiektami UFO w takim znaczeniu, jak wiele osób sądzi. Mogą to być obiekty niezidentyfikowane, ale pochodzenia ziemskiego i wojskowego. Także Gary McKinnon, postać trudna w ocenie, bo on zatrzymał się na etapie tej swojej historii tak, jak ona brzmiała przed laty. Chris, czy McKinnon mówi prawdę? Czy McKinnon wie coś więcej i nie może powiedzieć, i na trop czego te jego rewelacje nas kierują?
[11:02] - To rzeczywiście jest ciekawa postać i ciekawy problem, bo przydarzył się on tylko McKinnonowi, czyli nie mamy drugiej osoby, która potwierdziłaby to, co ten McKinnon widział. I to już stwarza pewien problem. Jeżeli natrafiłby na coś rzeczywiście supertajnego, coś, co miałoby najwyższą klauzulę tajności i nikt na świecie oprócz niego by o tym nie wiedział, to prawdopodobnie jego życie byłoby bardzo, bardzo krótkie. I dziś o nim byśmy praktycznie chyba nie rozmawiali. Natomiast McKinnon żyje, ma się dobrze, co jakiś czas powtarza te same historie i te same rzeczy i właściwie nic się złego z nim nie dzieje, oprócz tego, że Amerykanie chcą jego ekstradycji do Stanów, chcą go osądzić, co wywołuje taką burzę w szklance wody. Właściwie nie jest to w żaden sposób groźne i dokładnie nie wiadomo, czemu służy ta cała sytuacja, bo wiadomo, że McKinnon sam z własnej woli do Stanów nigdy nie wyjedzie. No i właśnie co jakiś czas opowiada tą historię jeszcze, jeszcze raz i jeszcze raz. I ona wraca. Wraca do nas dzisiaj w naszej debacie o „Gwiezdnych wojnach”.Zastanawiałem się nad tym, jak potraktować to, co powiedział McKinnon. Czy potraktować to serio, zwłaszcza że nie mamy żadnych wspierających informacji od innych tego typu hakerów, którzy natrafiliby na coś podobnego, czy też nie?
Jak zawsze w każdej historii pewnie jest gdzieś jakieś ziarenko prawdy i trzeba go poszukać. Mój styl szukania jest taki, że ponieważ nie jestem hakerem i nie mam dostępu do żadnych tajnych akt ani wujka na wysokim stanowisku w Pentagonie, trzeba sobie radzić jakoś samemu i w myśl zasady, że najciemniej jest pod latarnią, pod tą latarnią być może czasami warto poszukać w mainstreamowej prasie, gdzie najrozmaitsze informacje niechcący mogą być powiedziane, bądź informacje, które potrafią złożyć się w logiczną całość. Natrafiłem na coś takiego, co zostało opublikowane na stronie space.com, więc stronie uznanej, szanowanej, bardzo mainstreamowej, opowiadającej o wszystkich wydarzeniach związanych z przestrzenią kosmiczną, odkryciach, wyprawach i pewnych najrozmaitszych projektach. Informacja, o której mówię, a jest to jedna z wielu informacji, ta będzie tylko przykładowa. Z góry przepraszam, że ona może być troszeczkę zawiła, ale mam nadzieję, że na koniec wyjawi mi, dlaczego połączyłem ją z McKinnonem. Informacja ta pokazała się 4 lutego. Artykuł na space.com nosi tytuł „Luksemburg dąży do rozpoczęcia prac nad eksploracją asteroidów”. Pozwolę sobie przytoczyć mały fragment, zacytować, bo sobie go zapisałem na świstku małym. Mam nadzieję, że na tyle wyraźnie, że mi się to wszystko odczyta. Mam nadzieję też, że nie zabieram za bardzo tym czasu, także powstrzymajcie mnie w razie czego, bo ze mną czasami jest z tym kłopot, ale już cytuję to, co miałem zacytować.
„3 lutego 2016 roku rząd Luksemburgu ogłosił, że chce pomóc sektorowi prywatnemu w rozpoczęciu prac górniczych na asteroidach poprzez stworzenie odpowiednich regulacji i zachęt finansowych. Wśród zachęt jest także współinwestowanie Luksemburga w badanie i tworzenie nowych technologii, a także bezpośrednie inwestycje w firmy związane z górnictwem kosmicznym, które otworzą swoje siedziby w Luksemburgu”. Myślę, że Iwell jako górnik też mógłby tam znaleźć jakąś fuchę dla siebie, ale cytuję dalej. „Inicjatywa ogłoszona przez wicepremiera Etienne Schneider, który jest także ministrem finansów Luksemburga, już w tej chwili przyciągnęła amerykańską firmę kosmiczną Deep Space Industries z Mountain View w Kalifornii do założenia oddziału w Luksemburgu. Schneider powiedział, że także inne amerykańskie firmy, włączając w to SpaceX z Hawthorne w Kalifornii i Planetary Resources z Redmond w stanie Waszyngton, prowadzą rozmowy z władzami Luksemburga na temat współpracy. Luksemburg jest właścicielem całej floty satelitów SES. Firmy w latach 80. właściwie bez znaczenia, ale dziś jest to jeden z największych operatorów satelit telekomunikacyjnych na świecie. Wicepremier Schneider dał tą firmę jako przykład tego, co jest możliwe, jeśli Luksemburg się za coś zabierze. Przez ostatnie trzy lata SES jest największym inwestorem w SpaceX, którego dalekosiężnym celem jest stworzenie ludzkiej kolonii na Marsie.
Schneider powiedział, że wydobycie wody z asteroid po to, by stworzyć paliwo potrzebne do głębszej penetracji kosmosu, jest jedną z aplikacji kosmicznego górnictwa”. Czyli lanie wody. To jest koniec cytatu i ten fragment mnie bardzo zaintrygował. Dlaczego? Oczywiście na końcu będzie związek z McKinnonem. Luksemburg to jest mały kraj w Europie, teoretycznie bez znaczenia, ale od dawna jest świetnym centrum bankowym, które oferuje atrakcyjny podatek i jest jednym z centrów korporacyjnych, gdzie ingerencja państwa i różnych państwowych uciążliwych regulacji jest minimalna. Dyskusja nad eksploracją asteroidów trwa już od kilku lat. Na czele takich działań oczywiście stoi USA, które na ten problem patrzy z własnego punktu widzenia i nie bierze pod uwagę żadnych międzynarodowych układów i traktatów w tej sprawie. To sprawia oczywiście, że inne kraje przyłączają się do tego kosmicznego wyścigu. Richard Dolan, znany i ceniony ufolog, o którym nie raz już wspominałem, ukuł kiedyś termin „odrywającej się cywilizacji”, która żyjąc nadal na Ziemi, miałaby poprzez czarne projekty i astronomiczne inwestycje, które trwają nieustannie od wielu dekad, stworzyć technologie tak zaawansowane, że przewyższające wszystko to, co dzisiaj znamy przynajmniej o 100 lat.
Ta mroczna struktura byłaby zbudowana właśnie z takich gigantycznych korporacji, które są ponadnarodowe i praktycznie operują na Ziemi w takiej sferze bankowej. Luksemburg, podobnie jak inne takie mikropaństwa, które posiadają taki unikalny system bankowy, i to, co on robi, i w jaki sposób promuje te wszystkie kosmiczne historie, to początek pewnego trendu, gdzie właśnie takie centra finansowe będą wspierały te zaawansowane projekty kosmiczne, które pojawią się w innych miejscach, jak na przykład Andora, może Tajwan, może wyspy w kanale La Manche czy być może takie wyspy jak Cypr, czy nawet Brytyjskie Wyspy Dziewicze na Karaibach. Miejsca takie są oczywiście niezwykle ważne, bo tworzą taki interfejs pomiędzy tymi czarnymi projektamiO których tak mało wiemy. Nie wiemy, czym się zajmują, co robią, a właśnie powstającą komercjalizacją przestrzeni kosmicznej. Pozwalają one także na utrzymanie szczegółów takich działań w kompletnej tajemnicy. Bo jeżeli powierzymy takie tajemnice rządom, to rządy odpowiadają przed swoimi wyborcami i któregoś dnia ktoś, człowiek z takiego rządu po prostu wypapla wszystko. Być może w przypływie szaleństwa długo nie pożyje, ale przynajmniej się o tym dowiemy. W przypadku korporacji jest to kamień i woda. O niczym się nie dowiemy. Tajemnica zostanie zachowana.
Otworzenie takiej działalności kosmicznej wiąże się jeszcze z jednym problemem. Właściciel kosmicznego przedsiębiorstwa górniczego będzie chciał mieć pewność, że jego własność będzie chroniona przed jakimkolwiek zagrożeniem. Dlatego koniecznym jest wprowadzenie sił militarnych w przestrzeń kosmiczną. I tu dochodzimy do McKinnona. Być może właśnie McKinnon zobaczył militarną osłonę tego typu działań prowadzonych już w tej chwili w przestrzeni kosmicznej. To uzmysławia nam, że w przestrzeni kosmicznej dzieje się coś więcej niż to, co widzimy w telewizji, czytamy w internecie czy informują nas o tym najrozmaitsze agencje czy firmy kosmiczne, że ten wyścig trwa już od jakiegoś czasu, że coś się dzieje, o czym, tak jak wspomniałem, nie mamy pojęcia. W związku z czym można założyć, że to, co zobaczył McKinnon, jest prawdą. Jest prawdą tak kontrowersyjną, że tak naprawdę przeciętnemu człowiekowi jest bardzo trudno w to uwierzyć. Przechodzi obok tego do porządku dziennego. Uważa, że McKinnon zmyślił albo jest po prostu szaleńcem, wariatem, bo czegoś takiego być nie może.
Skoro patrząc na programy kosmiczne, patrząc na to, w jaki sposób ledwie odrywamy się od Ziemi na orbitę okołoziemską, trudno sobie wyobrazić, że jakakolwiek technologia na Ziemi jest w stanie stworzyć coś takiego, co by mogło penetrować przynajmniej nasz Układ Słoneczny, a jednocześnie tworzyć jakąś militarną siłę. Na dodatek jeszcze on wspomina o postaciach, które nie są ludźmi, więc to sugeruje jeszcze jakiś kontakt pozaziemski z kimś jeszcze innym. Ale tak jak powiedziałem, najciemniej czasami jest pod latarnią i być może te jego rewelacje wcale nie są aż takie nieprawdziwe i wymyślone. Być może można popatrzeć na nie bardziej serio i mieć na uwadze, że wraz z tym, że firmy, olbrzymie korporacje ruszają w kosmos, ruszają zarabiać pieniądze i odkrywać najrozmaitsze rzeczy przy okazji, tak samo, jak to było w przypadku Kolumba i konkwistadorów, którzy odkryli Amerykę nie dla chwały, a dla kasy oczywiście. Potrzebowali mieć ze sobą oczywiście siłę militarną. Tak samo jest i teraz. To jest dokładnie ten sam scenariusz. Pokonujemy, tak jak wówczas Ocean Atlantycki wydawał się nie do pokonania, tak teraz nam wydaje się, że przestrzeń między Ziemią a Marsem również jest nie do pokonania albo bardzo trudna do pokonania. Być może istnieją już technologie, które na to pozwalają. Utrzymywane są jednak one w ścisłej tajemnicy i tylko czasami mamy mały, otwarty lufcik na to, że coś tam jest.
Taki lufcik otworzył na chwilę McKinnon. Dziękuję.
[21:25] - Dziękujemy. W międzyczasie wyrównał się nam rekord słuchalności. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Słucha nas teraz, jak informuje górnik Ivellios, 251 osób. Jeżeli macie kogoś, kto może jeszcze do nas dołączyć wśród znajomych, to bardzo byśmy się cieszyli, gdybyście dali znać swoim znajomym, że akurat ma miejsce fajna audycja na Radiu Paranormalium, to wtedy pobijemy kolejny rekord. A na razie oddaję głos Markowi. Marku, co sądzisz o McKinnonie i koncepcji uciekającej cywilizacji i gwiezdnych wojen, tych realnych?
[22:06] - O samym McKinnonie, mówiąc szczerze, nie do końca wiem, co mam sądzić. To znaczy poza tym wszystkim, o czym mówili moi przedmówcy, on wspominał jeszcze o tym, że Stany Zjednoczone są w posiadaniu technologii antygrawitacyjnej, że potrafią stworzyć urządzenia bazujące na energii próżni. To mniej więcej to, co sobie przypominam, ale mnie w informacjach o McKinnonie zainteresowała taka drobna w polskiej Wikipedii drobna, jedno zdanie na końcu, że ten człowiek ma zespół Aspergera. Sprawdziłem to oczywiście w anglojęzycznej części Wikipedii. Tam nie jest to tak może wybite, ale jest zaliczony, też jest zakwalifikowany jako osoba z zespołem Aspergera. Dlaczego mnie to tak zaciekawiło? Otóż ludzie z zespołem Aspergera przy wielu różnych dziwnych cechach mają jedną niezwykle dziwną cechę. Otóż duży problem sprawia im kłamstwo. Muszą bardzo ćwiczyć, trenować i naprawdę poświęcić dużo energii na to, żeby móc skłamać. Zespół Aspergera to jest taki trochę lżejszy autyzm.
Tak najkrócej. Pewno kilku lekarzy w tym momencie złapało się za głowę przy tak uproszczonej definicji, ale mniej więcej o to chodzi. Każdy, kto na przykład oglądał serial „Most nad Sundem”, a szczególnie pierwszy sezon, wie o tym. Scenarzyści tego serialu oparli bardzo dużą część narracji na tym, że jedna z bohaterek po prostu ma problem z kłamaniem. W ostatnim odcinku szczególnie jest to znaczące. Teraz zestawiając to z rewelacjami, które głosi McKinnon, zacząłem się zastanawiaćCzy ten facet naprawdę zmyśla, czy może rzeczywiście natknął się na coś w internecie, co może być bardzo interesujące? Co może być jakimś odbiciem prawdy? Równie dobrze mógł się natknąć na coś, co nie jest prawdziwe, a było przeznaczone nie wiem do czego, ale w każdym razie on wyciągnął zbyt pochopne wnioski, bo również tak może wyglądać. Myślę, że McKinnon to jest osoba niejednoznaczna, ale z drugiej strony zwróćmy uwagę na to, że przecież wyraźnie widać, że coś w kosmosie się dzieje. Coś dziwnego.
Otóż przestały latać załogowe wahadłowce. Tymczasem Stany Zjednoczone konsekwentnie wysyłają na orbitę w bardzo długie misje wahadłowce bezzałogowe produkcji firmy Boeing. To jest Boeing X-37, amerykański bezzałogowy wahadłowiec, który właściwie nie wiadomo, do czego służy. Lata w misje, które trwają ponad rok. Po 400 i więcej dni. I te wahadłowce przecież nie są wysyłane tam po nic. Natomiast armia Stanów Zjednoczonych nie bardzo pali się do tego, żeby ujawniać jakiekolwiek informacje. Poza szczątkowymi zdjęciami mamy bardzo niewiele informacji. Wojsko amerykańskie co jakiś czas potwierdza, że wystrzelono wahadłowiec. On, przypomnę, jest wynoszony na orbitę za pomocą rakiety Atlas V.
Natomiast wraca tak jak klasyczny wahadłowiec, z tym że zamiast człowieka prowadzi go autopilot. To już jest wyraźny znak tego, że Stany Zjednoczone, kolokwialnie mówiąc, mocno kombinują w kosmosie. Nie wiem, czy dokładnie nad tym, o czym mówi bohater, o którym teraz mówimy. Czy rzeczywiście montują tam kosmiczną flotę. A co więcej, przypominam sobie jeszcze informacje, doniesienia o tym, że ten Boeing X-37, wahadłowiec bezzałogowy, jest stosunkowo trudny do zlokalizowania na orbicie. Iluś tam ludzi podjęło trud, żeby podczas owych misji, które są prowadzone, lokalizować ów obiekt na orbicie i były z tym problemy. A zatem albo armia Stanów Zjednoczonych nie mówi całej prawdy, co zresztą leży po części w naturze tej organizacji, albo po prostu gdzieś ten wahadłowiec poza tym, że jest wyniesiony na orbitę, zmienia te orbity i to bardzo swobodnie. Dlatego nie można go namierzyć. Ja myślę, że nie będę zbyt wiele się rozwodził, jeśli chodzi o McKinnona. Jakbym miał wyrazić swoje zdanie, myślę, że McKinnon stał się obiektem, ofiarą pewnej manipulacji.
To zresztą mówił jeden z moich przedmówców, że natknął się na rzeczy, na które nikt inny się nie natknął. Więc albo był tak niezwykłym hakerem, dopuszczam taką myśl, albo też miał się na to natknąć, miał powiedzieć o pewnych historiach i tak naprawdę miała być to przykrywka. Wiele szumu się wokół tego przecież zrobiło i tak naprawdę miała być to przykrywka dla zupełnie innej gry, którą prowadzi Pentagon. Myślę, że tyle jeśli chodzi o McKinnona. Dziękuję.
[28:20] - Dziękujemy. Arku, jak oceniasz tą postać?
[28:26] - Jako ostatniemu, to ciężko mi tutaj cokolwiek dopowiedzieć. Zacznę od ciekawostki, bo skoro dziś mamy temat „Gwiezdne wojny”, to warto wspomnieć, że taki codename Gary'ego McKinnona to Solo. Także jest taki mały smaczek dla dzisiejszej audycji. Co do samego odkrycia, którym McKinnon nas tu uraczył, myślałem, że nikt tego nie powie, ale Marek mnie tu uprzedził i powiedział o tym wątku zespołu Aspergera. Faktycznie niektóre osoby z tym zespołem mają problem, żeby kłamać, ale też trzeba pamiętać, że są to osoby, które mają często bardzo wąskie spektrum zainteresowań i doskonale się odnajdują właśnie w tym, co robią. I to jest to, co mój przedmówca przed chwilą tutaj powiedział, że być może McKinnon jest po prostu tak doskonałym hakerem, że to znalazł. Z drugiej strony nie wydaje mi się, bo tak jak Piotr wcześniej wspomniał, on odnalazł nazwiska tych non-terrestrial officers, tych oficerów nieziemskich i on to odnalazł w jakimś tam arkuszu kalkulacyjnym w Excelu. Trochę to podpada. Wydaje mi się, że mają troszeczkę inne zasoby takie właśnie armie. A wracając do samej naszej przestrzeni orbitalnej.
Nie będę długo mówił, tak dla równowagi ja tym razem powiem dosyć krótko. Wiecie doskonale, że uważam, że rządy robią dużo za plecami swoich obywateli i uważam, że faktycznie być może coś sobie tam na orbicie fruwa, o czym szary obywatel nie wie. I to nie tylko ze strony Stanów Zjednoczonych. Uważam, że coś może się dziać. Nie nazwałbym tego flotą gwiezdną, tak jak tutaj już niektórzy to rozdmuchiwaliJakieś bulwarówki oczywiście szybko podłapały temat i zaczęły to rozdmuchiwać. Faktycznie tutaj kij ma dwa końce. Być może było tak, jak mój przedmówca powiedział, że zostało to podrzucone. Z drugiej strony zastanawiam się, czy McKinnon dałby się złapać na taką przynętę na haczyku. Z drugiej strony jestem prawie pewien, że obcy siedzą za plecami i być może coś na tej orbicie sobie fruwa, co jest classified i nie będziemy tak szybko mieli jasności co do tych rzeczy, które zostają wypuszczane na orbitę. W jakim celu?
Piotr też mówił o tym, że Stany Zjednoczone i Rosja miałyby ramię w ramię bronić naszej planety przed ewentualnym najazdem obcych tak jak w filmie „Dzień niepodległości”. Wydaje mi się bardziej to prozaiczne, że oni chcą siebie kontrolować nawzajem i mimo tego, że wszystko się dzieje na orbicie, to jest to bardziej przyziemne. Ja więcej nic nie powiem, bo przedmówcy pozamiatali i przejdźmy może do następnego pytania.
[31:34] - Dobrze. Rzeczywiście z McKinnonem jest taka sprawa trochę dziwna, bo mamy informatora, ale jesteśmy nauczeni na tym polu po latach różnego rodzaju doświadczeń i spotkań z takimi ludźmi, że tajemniczy informatorzy, nawet jeżeli są wymieniani z nazwiska, nie można bezkrytycznie przyjmować tego, czym oni nas raczą. Dlatego, że jak pokazywały przypadki chociażby z lat 80. Sprawa Richarda Doty'ego i inne. Sprawa chociażby Boba Lazara. Zawsze był w tym jakiś haczyk. I teraz pytanie, czy McKinnon nocą był ofiarą pewnych okoliczności, czy też brał w tym czynny udział. Osobiście mam problem z udzieleniem odpowiedzi, ale niewątpliwie są też różne inne poszczeki wskazujące, że ta uciekająca cywilizacja, o której mówił Chris, działa. Ale przejdźmy teraz, panowie, do drugiej strony „Gwiezdnych wojen” tym razem. Sam film był dobry.
Chodzi mi o ostatnią część. Może nie jestem wielkim fanem, ale lubię „Gwiezdne wojny”. Mam do nich jakiś sentyment, szczególnie do tych pierwszych trzech, tych najstarszych części. Pierwszych w sensie powstania. Rzeczywiście czuję do tego jakiś sentyment. Natomiast muszę się przyznać do jednej rzeczy, że kiedy oglądam „Gwiezdne wojny”, to zadaję sobie jedno podstawowe pytanie: jak coś tak prostego, jak taka historia, która mówiąc wprost, rozebrana albo zaprezentowana troszeczkę inaczej, rozebrane czynniki pierwsze, wydaje się w sumie dość badziewna momentami, powtarzalna, bo nawet w „Przebudzeniu mocy” znowu znajdujemy te same elementy, które pojawiają się chociażby w „Nowej nadziei”. Ta historia ciągle ma wielu fanów, ciągle zaskakuje, jest w niej jakiś magnetyzm i o „Gwiezdnych wojnach” możemy mówić na wielu płaszczyznach. Wiem, że Arek Pater, Chris jest fanem, o Marku Żelkowskim już nawet nie muszę wspominać. Natomiast zadam trochę inne pytanie panowie, bo sama saga próbuje nam zarysować przyszłość ludzkiej rasy w kosmosie. To znaczy jest próbą przedstawienia tego, jak to może w bardzo dalekiej przyszłości wyglądać.
Czy waszym zdaniem przyszłość naszej planety, przyszłość naszej cywilizacji w jakiś sposób splata się z tym, jak zostało to przedstawione w świecie „Gwiezdnych wojen”? Czy ludzie rzeczywiście będą w ten sposób rozproszeni po kosmosie? I czy to wszystko przybierze taką formę jak w słynnej sadze? A co w „Star Wars” jest realne, a co nie mogłoby się wydarzyć? Może jako pierwszy niech się wypowie Marek Żelkowski.
[35:15] - To temat rzeka. Ja powiem od razu, że ja cenię „Gwiezdne wojny” jako film, jako opowieść, jako pewną narrację. Może nie tyle nie cenię, co specjalnie nie ekscytuje mnie przedstawiona tam rzeczywistość. Dla mnie jest to piękna historia opierająca się na jakichś tam archetypach. Natomiast myślę, że to, co widzimy tam w tej części technicznej, to nie jest odwzorowanie przyszłości. To jest pokazanie pięknego widowiska. Tu taki przykład: w momencie, kiedy powstawała pierwsza część „Gwiezdnych wojen”, która obecnie jest częścią czwartą, czyli „Nowa nadzieja”. W tej kluczowej scenie, kiedy rebelianci atakują Gwiazdę Śmierci, mamy do czynienia z rozmowami pilotów. I żeby stworzyć tę scenę, reżyser podsłuchiwał przez długi czas, co więcej, bazował na rozmowach pilotów myśliwców z II wojny światowej. To było dokładnie w ten sposób, że on odtwarzał taśmyI spisywał pewne rodzaje dialogów, pewne rodzaje wymiany zdań, które były toczone przez pilotów.
To się później znalazło w filmie. Widać, jak bardzo ten film dotykał naszej rzeczywistości. Przedstawione tam maszyny bojowe, czy to w pierwszej, drugiej, jakiejkolwiek części, są bardziej odzwierciedleniem tego, co dzisiaj wiemy o wojnie, o tym, co się na polu bitwy dzieje, niż tego, co zdarzy się ewentualnie w przyszłości. Te wszystkie myśliwce, Sokoły Millenium, maszyny kroczące i tak dalej, można by wymieniać długo, ponieważ saga „Gwiezdnych wojen” ma to do siebie, że jest rozmnożona nie tylko w postaci filmów, ale również bodajże ponad setki książek. Co chciałem powiedzieć? Główna myśl jest taka, że jeżeli ludzkość, tak jak Piotr w pytaniu to zawarł, rozproszy się kiedyś po kosmosie, zajmie kolejne układy gwiezdne, stanie się cywilizacją któregoś z kolei stopnia, nawet jeśli to nie będą stopnie według Kardaszewa, w każdym razie wkroczy gdzieś na bardzo zaawansowany stopień rozwoju, to myślę, że nawet wojny będą wyglądały inaczej. Wydaje mi się, że to, co my dzisiaj wiemy o wojnie, to, jak sobie ją wyobrażamy, to, jak przedstawiamy te gwiezdne konflikty w „Gwiezdnych wojnach”, ma być widowiskowe. Ma być widowiskowe i zrozumiałe. Gdybyśmy puścili wodze fantazji i spróbowali sobie wyobrazić, jak te konflikty będą wyglądać naprawdę, to myślę, że ten film nie biłby takich rekordów kasowych, ponieważ byłby mało zrozumiały. Myślę, że te wojny, które się będą toczyć, jeśli się będą toczyć, to gdzieś kiedyś w przyszłości będą wyglądały w taki sposób, na pewno mniej widowiskowy i będą wyglądały w sposób, którego sobie, powiem szczerze, dzisiaj nie potrafimy wyobrazić.
Może ewentualnie najbardziej znany pisarz w tej chwili, najbardziej utytułowany, czyli Dukaj. Może on by coś na ten temat był w stanie powiedzieć. Natomiast ja chciałbym jeszcze nawiązać do pewnych wypowiedzi, które pojawiły się pod zapowiedzią naszej dzisiejszej debaty. Tam jeden z rozmówców, Klerski, mówił o moralności, że być może istoty, które są zaawansowane w rozwoju, również ich moralność się zmienia. I tu dotykamy pewnego problemu, który jest problemem filozoficznym i tłuczonym od bardzo dawna. Jedni potwierdzają, że rzeczywiście tak powinno być, że wraz z rozwojem cywilizacji będzie następowało pewne wyciszenie ludzkości, pewne przestawienie priorytetów moralnych, czy też celów, jakie ma cywilizacja. To jest jeden punkt widzenia. Drugi punkt widzenia mówi o tym, że my właściwie nie zmieniliśmy się, jeśli chodzi o naszą moralność, naszą emocjonalność od czasów prawie jaskiniowych. My oczywiście otaczamy się coraz to nowymi, bardziej zaawansowanymi gadżetami. Coraz mamy doskonalszą technikę, ale gdyby tak naprawdę wręczyć nam maczugę i przenieść o kilka tysięcy lat wstecz, to bylibyśmy dobrymi partnerami dla ówczesnych ludzi.
Ponieważ dzieje się tak od tysięcy lat, są myśliciele, którzy mówią o tym, że nic, absolutnie nic się nie zmieniło w naszej moralności. Był taki krótki okres, paradoksalnie przed I wojną światową, kiedy przeglądając starą prasę, można się natknąć na tego rodzaju rozważania, że wojny, które się toczyły w XIX wieku, nauczyły nas wreszcie rozumu i teraz żadna taka rzeź nie jest możliwa. Tak skracam. Natomiast mając świadomość tego, że kilkanaście lat później toczyła się I wojna światowa, miała miejsce bitwa, a właściwie rzeź pod Verdun, której rocznicę właśnie obchodzimy, to uświadamiamy sobie, że to mówienie o tym, że ludzkość się jakoś moralnie wzmacnia, jest mniej więcej tyle samo warte, co opowiadanie o końcu historii. W swoim czasie, na początku lat 90., właściwie pod koniec 80., mówiono o końcu historii. Z tego końca historii nic nie wyszło. Mamy teraz historię rozbuchaną jak najbardziej. Wydarzenia toczą się jedno po drugim i właściwie nic nie zapowiada owego osławionego końca historii. Teraz wracając do moralności. Daj Boże, żeby ludzkość rzeczywiście przeszła jakiś przełom moralny, jakiś taki przełom, który sprawi, że będziemy lepsi, a wojny staną się historią, staną się opowieścią.
Natomiast myślę, że bardziej realne jest to, że zbudujemy sobie nowe zabawki, zbudujemy sobie nowe narzędzia do zabijania i będziemy działać dokładnie tak samo, może na większą skalę. To zdecydowanie. Podsumowując, wydaje mi się, że jeśli nie nastąpi jakiś znaczący przełom duchowy, albo jakieś specjalne wydarzenie w dziejach ludzkości, to ludzkość niewiele się zmieni. Tak jak powiedziałem, zbuduje sobie nowe maszynki do zabijania, ale będą to moim zdaniem zupełnie inne maszynki niż te, które mamy przedstawione w „Gwiezdnych wojnach”.
[42:39] - W tym filmie postawiono na widowiskowość. Gwiazda Śmierci, wszystkie inne urządzenia bojowe, krążowniki. To jest niezwykle widowiskowe. Natomiast myślę, że tak nie będzie wyglądała rzeczywistość wojenna w kosmosie, jeśli taka się zdarzy. To, co widzimy na ekranie w „Gwiezdnych wojnach” to jest odwzorowanie tego, jak wyglądały bitwy morskie, jak wyglądały bitwy lądowe w dawnych czasach albo jak to wygląda obecnie. Myślę, że taktyka, strategia, która będzie obowiązywała w kosmosie, będzie zupełnie inna i będzie realizowana przy pomocy zupełnie innych urządzeń. Dziękuję bardzo.
[43:24] - Dziękujemy. Tutaj na czacie pojawiają się różnego rodzaju wypowiedzi. Foka Company, tak się nazywa użytkownik, pisze, że „Gwiezdne wojny” to w dużej mierze sukces marketingowców. Oczywiście zgadzam się i chyba wszyscy się zgodzimy, że było dużo więcej dobrych produkcji science fiction, które nie osiągnęły takiego sukcesu. Natomiast jest kilka różnych kwestii, które mnie osobiście trochę kolą w „Gwiezdnych wojnach”. Marek podjął temat bardziej od sfery filozoficznej i historycznej, natomiast mnie na pierwszy rzut oka zawsze dziwiło to, dlaczego większość, a nawet chyba wszyscy mieszkańcy uniwersum „Gwiezdnych wojen” są humanoidami. Tutaj mamy bardzo różne przykłady. Chodzi mi o istoty rozumne lub takie, które rozwinęły jakąś cywilizację. Może się oczywiście mylę, może byli tam nie humanoidzi, natomiast dziwi mnie zawsze to, dlaczego oni wszyscy oddychają w jednej atmosferze. Dlaczego wszyscy w zasadzie wyglądają podobnie, chociaż mają jakieś zwierzęce cechy?
Astrobiologia sugeruje, że może być zupełnie inaczej. I niejednokrotnie stawaliśmy już przed tym problemem, że my tak naprawdę nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie wyglądu istot pozaziemskich. I to jest jeden z problemów. Tutaj otrzymujemy komunikaty, że są nadal jakieś problemy techniczne. Marku, coś się dzieje?
[45:30] - Niestety serwer jest przeciążony. Pokazuje obciążenie procesora 100%. Jeszcze to może chwilę potrwać. Być może będę zmuszony całkiem zrestartować serwer z czatem Radia Paranormalium. Tak więc jeżeli macie państwo jakieś pytania i chcecie je szybko przesłać, to sugeruję zrobić to albo na Gadu-Gadu, albo na Facebooku, albo drogą mailową, albo na czacie, który towarzyszy transmisji na YouTube.
[46:02] - Także mnie zawsze koliło w oczy to, w jaki sposób są przedstawiane gatunki inteligentne w „Gwiezdnych wojnach”, to, jak im blisko tak naprawdę do różnych cywilizacji, różnych ludów ziemskich. Także na pewno pod względem obrazowania tego, jak może wyglądać życie w kosmosie, jak może wyglądać jego struktura, jak może wyglądać współpraca między hipotetycznymi różnymi cywilizacjami, to „Gwiezdne wojny” są chyba jednym z najgorszych możliwych przykładów. Kształtowanie sobie opinii o mieszkańcach kosmosu na podstawie „Gwiezdnych wojen” jest złym pomysłem. Chociaż, co ciekawe, można dopatrzyć się nawet gdzieniegdzie istot, które przypominają szaraki. Ale to taka moja mała dygresja. Arku, jak ty oceniasz to, co zostało do tej pory powiedziane i co sądzisz o tej ciekawej myśli Marka, który powiedział, że historia fajna, ale rzeczywistość przedstawiona tak sobie?
[47:17] - Ja się absolutnie zgadzam z wami. Chciałem wam powiedzieć, że bezczelnie mi rozkminy zabieracie. Tak pół żartem, pół serio mówiąc. Ale doskonale uderzyliście w tę strunę, którą chciałem ja tutaj poruszyć. Uważam oczywiście „Gwiezdne wojny” za fantastyczną historię, która jest na bazie prostych elementów zbudowana i jest dosyć fajnie złożona. Co prawda jest ta powtarzalność też, o której mówiłeś, co szczególnie było widać w tej nowej części, ale mnie jako osobę, która trochę się fantastyką interesuje i tymi tematami, które my tu podejmujemy, strasznie drażni bardzo ludzkie podejście do tego, co można zastuć w kosmosie. To jest to, co, Piotrze, przed chwilą mówiłeś. Okropnie mnie to denerwuje, że wszyscy nawet nie tyle, że są humanoidami, bo to jeszcze pół biedy. Mnie najbardziej zastanawia kwestia, to już Marek też zaczął o tym mówić, moralności i tego, jakie priorytety takie istoty mogą mieć i co one mogą sobie myślć i jak funkcjonować. W „Gwiezdnych wojnach” wszystko jest, nie powiem czarno-białe, bo czasami są bardzo nieoczywiste postaci, które są w różnych odcieniach tych barw i nie można jednoznacznie ich określić.
NatomiastNatomiast nie podoba mi się to, że jakąkolwiek istotę byśmy nie spotkali, to ona będzie albo dobra, albo zła, albo się będzie między czymś wahała. Nie ma czegoś innego. Ja na przykład jestem wielkim fanem serii gier, która się nazywa Mass Effect. Tam istoty były przeróżne i w inny sposób niż istoty ludzkie zostały przedstawione pod względem tego, jak funkcjonują, jak odczuwają, jak żyją. To samo chociażby doktor Manhattan z DC Comics, ten, którego widzieliśmy w filmie „Strażnicy”. Postać z kosmosu przedstawiona w zupełnie inny sposób, która ma zupełnie inne priorytety, nie rozumie pewnych rzeczy bardzo ludzkich. Ja Gwiezdne Wojny starałem się zawsze analizować nie tylko jako fajny film, ale pod kątem religii i filozofii. To wszystko jest bardzo ludzkie. To jest jedna z rzeczy, która mnie uderzała. A wracając do pytania, które zostało postawione, to przez to, że uważam, że te niejasności, o których powiedziałem i to, co na pewno nas nie spotka, jeżeli kiedyś w przyszłości się pojawimy albo pojawiliśmy się dawno temu w odległej galaktyce, to w związku z tym na pewno nie będzie to wyglądało jak w filmie, bo nie wiemy, czego się można spodziewać.
Nie wiadomo, jaki wpływ ewentualne obce cywilizacje miałyby na cywilizację ludzką. Wydaje mi się, że ludzie tak rozproszeni by raczej nie byli, chyba że to by było po naprawdę setkach albo tysiącach lat takiej koegzystencji w galaktyce. Myślę, że na początku, kiedy by się kolonizacja ewentualna miała zacząć albo jeżeli kiedyś się zaczęła, to na pewno ludzie by się trzymali razem, a później kto wie. Nasza ludzka natura jest na tyle przewrotna, że pewnie byśmy się zdążyli pokłócić o kolor sznurowadeł przy kostiumie czy o coś innego i wtedy by się frakcje potworzyły. To, co widzimy w filmie, jest absolutnie nierealne. Co nie zmienia to, że filmy i wszystko, co związane z tym uniwersum naprawdę bardzo lubię. Oddam głos Chrisowi, bo na pewno dorzuci kamyczek do ogródka i to, domyślam się, ciekawy.
[51:03] - Postaram się dorzucić. Słucham was, panowie, i narzekacie na ludzki charakter Gwiezdnych Wojen. A jaki ma być nieludzki? Przecież ludzie stworzyli tę historię. Ludzie ją opowiedzieli, napisali, przekazali ją innym ludziom, żeby była dla nich zrozumiała. Mówię o tym w kontekście, że spójrzmy na w miarę podobną historię, jaką napisano wiele tysięcy lat temu. Mahabharatę, o której pewnie jeszcze dzisiaj będziemy mówić. Jest to historia jak z Gwiezdnych Wojen. Latają tam vimany, bombardują się jakąś strasznie skomplikowaną bronią. Są tam istoty nieziemskie, takie jak Krishna na przykład.
Ma nawet inny kolor skóry. Jest cały niebieski jak w „Avatarze”. Ale opowieść jest stworzona przez ludzi dla ludzi i dlatego ma ten wymiar ludzki. Wszystko jest w jakiś sposób antropomorfizowane i dlatego w taki, a nie inny sposób jest ona opowiadana. Porównanie, które mi się nasunęło między Mahabharatą a Gwiezdnymi Wojnami, czyli współczesną inkarnacją Mahabharaty. W pewnym sensie oczywiście, niedokładnie, ale widzę tutaj pewną kontynuację i pewną ciągłość. Oczywiście patrząc na Gwiezdne Wojny z dzisiejszego punktu widzenia i nawet poprzez pytanie, które tu zostało zadane, przychodzi nam na myśl, że są to obrazki z przeszłości. Widzimy te niezwykłe technologie, podróże międzygwiezdne, rozmaite rasy zamieszkujące kosmos. To taki czysty materiał na powieść science fiction. Im dłużej na ten temat się zastanawiam, tym bardziej upewniam się, że to nie jest wcale wizja przyszłości, a jest to raczej opowieść o zamierzchłej przeszłości Ziemi.
O przeszłości, nie o przyszłości. Zdaję sobie sprawę oczywiście, że ten wniosek brzmi bardzo kontrowersyjnie, ale z drugiej strony dyskusja na ten temat wydaje się być czysto akademicka, bo na odległą przyszłość mamy tyle samo dowodów, co na odległą przeszłość, czyli po prostu tyle, ile kot napłakał. Jednak istnieją pewne niepokojące fakty, które moją kontrowersyjną hipotezę o wiele bardziej uprawdopodabniają niż wszelkie futurystyczne dywagacje na ten temat, jakie dzisiaj prowadzimy. Centralnym punktem takiego myślenia jest oczywiście zużycie energii. W Gwiezdnych Wojnach każde z przedstawionych tam miejsc i cywilizacji aż kipi od energii. Wszystko tam lata, fruwa, świeci się. Mamy mnóstwo mechanizmów. Całe planety jaśnieją gdzieś tam we wszechświecie. Widać je z daleka. Pojazdy podróżują z niesamowitą szybkością.
Oczywiście, żeby to robić, potrzebują energii. Energia jest nieodzowna do rozwoju jakiejkolwiek cywilizacji. Rozmawialiśmy kiedyś bardzo długo na temat skali Kardaszowa i na jej przykładzie wskazywaliśmy, że pewne stopnie rozwoju bez rozwoju energii, bez stworzenia źródła energii nie są możliwe. Czy zatem według tego, co twierdzę, mogła na Ziemi istnieć w bardzo odległej historii cywilizacja posiadająca takie źródło energii? Weźmy tu na przykład pod uwagę energię nuklearną. Tutaj znalazłem bardzo interesującą historię, która myślę, że rzuci interesujące światło na naszą baśń, odległą przeszłość i na to, że być może historie z Gwiezdnych Wojen są historiami z przeszłości, a nie z przyszłości. Wszędzie na Ziemi, także na Księżycu i w meteorytach, możemy znaleźć uran. Uran 235, który konieczny jest do produkcji energii nuklearnej, który stanowi dokładnie 0,720% całego złoża, czyli bardzo niewiele uranu 235 jest w stanie zostać wykorzystane do stworzenia energii nuklearnej, do rozszczepienia atomu.Jednak próbki pobrane ze złóż w Oklo w Gabonie w zachodniej Afryce mają tylko 0,717% uranu 235. I ta niewielka, wydawałoby się różnica była wystarczająca, aby zaalarmować francuskich naukowców. A jak wiadomo Francja jest jedną z potęg nuklearnych, posiada najnowocześniejsze elektrownie na świecie, te atomowe oczywiście i co za tym idzie najlepszych fachowców w tej dziedzinie.
Że właśnie coś dziwnego wydarzyło się z tym minerałem tam właśnie w Gabonie. Uranu 235 było tam znacznie mniej niż w każdym innym złożu na Ziemi i poza nią. I naukowcy oszacowali to złoże i doszli do wniosku, że ktoś w bardzo odległej przeszłości wydobył co najmniej dwieście kilogramów tego uranu, co dziś wystarczyłoby na zbudowanie przynajmniej sześciu bomb atomowych. Kiedy zaczęto uważniej przyglądać się Oklo, okazało się, że miejsce, z którego wydobyto uran, jest, i tu uwaga, zaawansowanym podziemnym reaktorem atomowym, którego stworzenie przez człowieka w obecnych warunkach daleko przekracza jego możliwości, naszą wiedzę i technologię. Badacze uważają, że reaktor powstał miliard osiemset milionów lat temu i pracował nieprzerwanie przez co najmniej pięćset milionów lat. Trudno jest więc porównać nasze obecne reaktory atomowe do takiego monstrum. W reaktorze odkryto tunel o długości kilku kilometrów i co jest interesujące, ta emisja ciepła, jaka jest związana z rozszczepieniem atomu, była w jego przypadku niewielka, bo miała zasięg zaledwie czterdziestu metrów, co oczywiście można było zbadać, pobierając próbki geologiczne z całej okolicy tego złoża Oklo w Gabonie. Kiedy zbadano, w jaki sposób przebiegała w tym reaktorze reakcja nuklearna, to okazało się, że przypomina ona zastosowanie plutonu, który w obecnych warunkach można uzyskać jedynie jako produkt uboczny rozszczepienia uranu. Sama reakcja nuklearna była kontrolowana, co jest w chwili obecnej chyba największym problemem fizyki jądrowej i możliwość kontrolowania takiej reakcji oznacza, że kiedy odpalono ten reaktor, możliwa była także kontrola ilości energii, jaką on produkował i zdolność do powstrzymania.
[57:21] - Halo, halo, Chrisie, czy się słyszymy? Halo, halo Chris?
[57:26] - Gwiazda śmierci go odcięła.
[57:29] - Mamy jakiś problem. Chris nam zniknął. Urwało Chrisa. Urwało Chrisa.
[57:37] - Tak, skorzystam z teorii, bo właśnie Chris mówi to samo, co wspomniałem, że właśnie być może to było dawno temu.
[57:43] - Halo, tu jestem. Jesteśmy.
[57:44] - O, jesteś.
[57:45] - Nas nie ma. Tu jesteś.
[57:47] - Przerwało ci Krzysiu.
[57:49] - Zdaje się, że radio tego nie wytrzymało, więc ja sobie zdaję sprawę z tego, że takie brednie opowiadać o reaktorze sprzed prawie dwóch miliardów lat, to to się musiało tak skończyć.
[57:59] - Ale wiesz co? Dzisiaj straszne rzeczy w ogóle dzieją się, strasznie dziwne z serwerem, ze Skype'em i w ogóle ze wszystkim. Chyba rząd światowy działa.
[58:12] - Chyba tak. Ja jestem troszeczkę zbity z pantałyku jak ten reaktor w Gabonie, ale spróbuję pozbierać się znowu, bo zdaję sobie sprawę, że historia ta jest absolutnie niezwykła. Jest absolutnie sensacyjna, żeby wyobrazić sobie coś takiego, że takie coś mogło działać i funkcjonować dwa miliardy lat temu gdzieś w świecie. I nie jest to zwykła plotka, ponieważ badają to naukowcy i jednym z nich jest na przykład doktor Glenn Seaborg. To jest duża ryba w Stanach Zjednoczonych, jeśli chodzi o energię nuklearną. Był on szefem Amerykańskiej Komisji Energii Atomowej, jest laureatem Nagrody Nobla za odkrycia w dziedzinie syntezy metali ciężkich. No i sam zainteresował się tym odkryciem i stwierdził, że aby doszło do reakcji nuklearnej, warunki muszą być absolutnie idealne pod każdym względem. Na przykład woda używana w reaktorze musi być idealnie czysta. Nawet kilka cząstek zanieczyszczeń na milion jest w stanie zatrzymać taką reakcję. Właśnie problem polega tu na tym, że idealnie czysta woda nie występuje w warunkach naturalnych nigdzie na świecie.
Wielu innych naukowców, którzy zastanawiali się nad fenomenem reaktora w Oklo, nie ma wątpliwości, że w całej geologicznej historii złóż tych właśnie uranów Oklo te złoża nie były wystarczająco bogate, aby zainicjować naturalną reakcję nuklearną. A ona przecież zaszła i trwała przez kilkaset milionów lat. Także reasumując, reaktor nie jest naturalny i został zaprojektowany. Ma ogromne rozmiary i wykorzystywał zaawansowaną i wyrafinowaną technologię. Oznacza to oczywiście, że ktoś był na Ziemi na długo przed tym, zanim pojawił się człowiek. Był to więc ktoś inny niż my. Czy pamiętacie może takie tajemnicze afrykańskie metalowe kule znalezione w kopalni Berpa przez kolegów górników Ivelliosa w głębokich złożach węgla? Opisał je Michael Cremo w swojej książce, słynnej zresztą, „Zakazana archeologia”. I kule te bez wątpienia były przez kogoś wykonane. Miały one równe i regularne nacięcia na swojej powierzchni.
A ta analiza stratygraficzna złóż, w jakich znaleziono te kule, datowała je na co najmniej trzy miliardy lat. Jest to więc intrygujące z wielu powodów, zwłaszcza patrząc z perspektywy właśnie wojny nuklearnej, jaka miała miejsce w odległej przeszłości, co zanotowali skrybowie z Indii i Sumeru, o czym wspominałem. I być może ma to jakiś związek z budowniczymi reaktora w Oklo i być może wielu innych podobnych, o których dziś nie mamy pojęcia. Z tego powodu właśnie film „Gwiezdne wojny” przemawia do mnie bardziej jako opowieść z przeszłości niż z przyszłości.Także w taki sposób wrzucę ten kamyczek nuklearny do ogródka Arka. Dzięki.
[01:01:17] - To może teraz przejdźmy do pytania numer trzy. Przejdźmy teraz do realniejszych wojen. Czy ludzkość gotowa jest na atak z kosmosu? Swego czasu powstało na ten temat wiele filmów i książek prezentujących potencjalną rekonstrukcję tych wydarzeń. Czy rzeczywiście jest jakaś szansa obrony przed kosmicznymi najeźdźcami? A może Amerykanie dobrze zdają sobie sprawę, że nie i dlatego po cichu montują wokół Ziemi sieć stanowisk bojowych? Może pierwszy niech się wypowie w tym temacie Arek Paterek. Arku?
[01:01:57] - Ja to krótko. Nie, nie ma możliwości. Jeżeli jakikolwiek atak przedstawiony w filmach miałby mieć miejsce, to wydaje mi się, że skazani bylibyśmy na zagładę. Nie byłoby patosu, jak w „Dniu niepodległości”. Nie byłoby patosu, jak w innych produkcjach, kiedy to Ziemia jest atakowana. Czasami trzeba przyznać, że jest ratowana przez inne cywilizacje. I to też jest oczywiście jakiś scenariusz, chociażby właśnie w tym „Mass Effect”, o którym wcześniej wspomniałem, kiedy to ludzkość już jest, że tak powiem, zakolegowana z innymi cywilizacjami z innych układów gwiezdnych. Ciężko mi poważnie podejść do tego pytania, ale odpowiadając właśnie na to pytanie, czy my byśmy byli gotowi na ewentualny atak z kosmosu, wydaje mi się, że absolutnie nie. Szansa obrony przed jakimiś nomadami z kosmosu, wydaje mi się, że to by była po prostu jakaś rzeź. Tym bardziej że najciężej walczy się z wrogiem, o którym się nic nie wie.
Kiedy wiemy, na co możemy się ewentualnie przygotować, to trochę lepiej nam odeprzeć jakieś pierwsze ataki, stworzyć jakiś ruch oporu. Natomiast kiedy nie mamy kompletnie żadnej wiedzy na temat, czym taki ewentualny najeźdźca by dysponował, a na pewno byłaby to broń zupełnie inna, zupełnie innego kalibru i zupełnie innego sposobu, to bylibyśmy rozłożeni na łopatki. Wydaje mi się, że sami sobie robimy pod górkę, bo największą bronią w rękach człowieka jest to, co teraz mamy, czyli media, informacje i tego typu rzeczy. Także sami sobie dokręcamy śrubkę odkryciami technologii i tym, co nas otacza. Często jesteśmy tego mało świadomi, a tutaj byśmy byli jeszcze bardziej zaskoczeni. Także zupełnie krótko odpowiadając na to pytanie, to nie, nie jesteśmy gotowi. A co do tych stanowisk bojowych ochronnych, tak jak wspomniałem wcześniej przy pytaniu o tym, co się u nas na orbicie dzieje, to mi się wydaje, że to raczej jest wszystko bardziej przyziemne i nawet jeżeli Amerykanie gdzieś tam poza swoimi terytoriami coś budują i montują jakieś stanowiska bojowe, to nie wydaje mi się, żeby to było z myślą o tym, co może nadejść z góry, ale niestety z myślą o tym, co może się kiedyś, oby nie, przydarzyć tutaj, i to za sprawą rąk ludzkich. Tyle ode mnie optymistycznie.
[01:04:52] - To może teraz Marek Żelkowski. Marku?
[01:04:56] - Ja w pełni się zgadzam z Arkiem. Trzeba oddzielić sferę wizualną filmów od tego, co jest rzeczywistością. Myślę, że żadna racjonalnie myśląca cywilizacja nie atakowałaby Ziemi, zważywszy, że musiałoby się to wiązać z potężnymi nakładami na przeprowadzenie tego ataku. Nie atakowałaby Ziemi, nie mając pewności zwycięstwa, pokonania naszej rasy. W związku z tym opowieści tego typu jak „Dzień niepodległości”, jak „Bitwa o Los Angeles”, jeśli chodzi o najazd z kosmosu, czy powiedzmy „Pacific Rim”, czyli najazd z innego wymiaru, to są opowieści, które są tak skonstruowane i tak przemyślane, żeby nasze zwycięstwo czy też nasze działanie sprawne było w miarę realne wobec tego, co się na ekranie dzieje. I to rzeczywiście spełnia się jako rozrywka, doskonale się sprawdza. Natomiast w momencie, kiedy zaczniemy rozważać jakieś realne scenariusze, to myślę, że choćby Amerykanie w tej chwili wystawili na orbicie nie wiadomo jakie bazy obronne, to myślę, że mielibyśmy niewielkie szanse, jeśli zaatakowałaby nas cywilizacja, której zasoby energetyczne, ale też wiedza pozwala przemierzyć takie odległości, jakie dzielą nasz Układ Słoneczny od innych układów gwiezdnych. Już samo to stawia nas w przegranej pozycji. I z tego względu myślę, że Arek ma rację. Jeśli doszłoby do jakiegokolwiek ataku, to nie mamy szans.
Natomiast ogląda się to całkiem nieźle, chociażby różnego rodzaju produkcje serialowe, jak chociażby „Obce niebo”.... czy tym podobne. To są po prostu fajne historie, które człowiek ogląda. Jeden się przy tym skrzywi, inny się dobrze zabawi i w gruncie rzeczy o to chodzi. Natomiast wracając do tego problemu, czy jesteśmy w stanie? Nie, nie jesteśmy w stanie, odpowiadając w sposób krótki. Chyba że rzecz wygląda jeszcze inaczej. I tu taką sobie teorię spiskową przytoczę. Otóż bardzo często mówi się o tym, że Ziemia tak naprawdę już od dawna jest opanowana przez obcych. Cicha inwazja, opanowanie ziemi.
Na ten temat również kilka książek i kilka filmów powstało. Natomiast jeżeli ta cicha inwazja nastąpiła, jeżeli jesteśmy tak naprawdę kontrolowani przez inne istoty i obojętnie czy to będą reptilianie, czy to będą jakiekolwiek inne rasy, to wówczas okaże się, że żaden scenariusz wojenny nie był potrzebny i tego rodzaju działanie wydaje mi się bardzo prawdopodobne, czyli opanowanie Ziemi praktycznie bez żadnego wystrzału i bez działań tego rodzaju, jakie obserwujemy w widowiskowych filmach, które miały nam grozę tego rodzaju inwazji uświadomić. Podsumowując, myślę, że tego rodzaju filmy przede wszystkim służą rozrywce, natomiast nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Jeśli komuś, jakiejś rasie przyjdzie na myśl, aby Ziemię najechać, aby Ziemię podbić, to myślę, że przy naszym stanie techniki nie będą mieli żadnych problemów. Dziękuję.
[01:09:15] - Piotrze?
[01:09:18] - Tak. Problem jest jak zwykle złożony. Uważam, że filmy, które prezentują to w sposób bardzo typowy, czyli jak „Dzień niepodległości”, że najeżdża nas jakaś cywilizacja, która chce nas po prostu podbić, zrobić jakiś abordaż, wysadzić tutaj swoich, którzy mają nas w jakiś sposób pożreć, to taki scenariusz moim zdaniem jest mało prawdopodobny. To znaczy trzeba zadać sobie pytanie, czy gdyby jakaś cywilizacja chciała podbić nawet Ziemię, nawet jeżeli Ziemia jest bardzo rzadką planetą w kosmosie, rzadkim typem planety, to czy ona nie zdecydowałaby się na jakiś prostszy manewr? Bo wydaje mi się, że takie podbijanie Ziemi w całości jest bez sensu. Lepiej, bardziej ekonomicznie byłoby to zrobić w sposób taki, jak zostało to przedstawione w filmie „Dystrykt dziewiąty”. To był zły film, nie podobał mi się. Natomiast pojawiła się tam bardzo ciekawa wizja, że kosmici nie opanowują Ziemi, natomiast opanowują sobie mały kawałek, tam żyją i nikt ma tam nie wchodzić. Podobna wizja została przedstawiona w filmie, który się nazywa prawdopodobnie „Odyseja kosmiczna 2010”. To była druga część „Odysei kosmicznej” z Royem Scheiderem bodajże.
I tam była taka scena na końcu, kiedy oni odebrali przekaz od obcej cywilizacji, która mówiła: „Cały układ słoneczny jest do waszej dyspozycji oprócz Europy. Tam nie lądujcie i tyle”. Czyli obcy, którzy przybyliby na Ziemię, również mogliby wybrać sobie jedno miejsce i tam po prostu się osiedlić. To zależy, jak byłoby ich dużo, bo gdyby przylecieli do nas jacyś piraci z kosmosu, to najpierw musieliby się pozbyć ludzkości. To byłoby trudne. Chyba że mieliby jakiś sposób na zagazowanie planety i pozbycie się, nawet zrobienie jakiejś deratyzacji i pozbycie się ludzi. W przeciwnym razie to wiązałoby się z mnóstwem problemów, bo ludzie zawsze by się w jakiś sposób zaczęli organizować. I teraz pytanie, czy nad ludźmi kontrolę, przejąć kontrolę, robić to powoli. Robić to bardzo powoli, drobnymi kroczkami, ucząc się i po przejęciu ludzkości kierować nią w taki sposób, by ona sama się prędzej czy później wykończyła. I to wydaje mi się byłoby bardziej ekonomiczne dla obcej cywilizacji.
Natomiast czy my byśmy sobie dali radę wobec jakiegokolwiek ataku? To jest kwestia bardzo problematyczna, bo tak jak wspomnieliście panowie, trudno walczyć z przeciwnikiem, o którym się nic nie wie i którego nie można sobie nawet wyobrazić. Bo jeżeli by to była cywilizacja jakiegoś wyższego rzędu, to mielibyśmy ogromny problem prawdopodobnie ze zrobieniem czegokolwiek, z przewidzeniem następnego kroku agresora. Tak więc moglibyśmy dywagować. Pewnie w przyszłości poświęcimy całą audycję tematowi inwazji z kosmosu. Natomiast dzisiaj mogę powiedzieć, że może ona przebiegać w bardzo różny sposób i wydaje mi się, że to, jak jest to przedstawiane w filmach, to jest najprostsza droga z możliwych. To znaczy jest to bardzo widowiskowe. Natomiast tak jak powiedział Marek, kiedy się przyjrzymy temu od strony takiej, kiedy rozbierzemy to na czynniki pierwsze, to nie zostanie nam z tego wiele. Także jeżeli wojna, jakaś inwazja z kosmosu będzie kiedyś miała miejsce, to my może dopiero po czasie zorientujemy się, że ona zachodzi.I tak to moim zdaniem wygląda. Chrisie, jak jest według ciebie?
[01:13:32] - Główny problem polega na tym, że od paru tysięcy lat zapisywanej historii ludzkości nigdy takiej inwazji z kosmosu tak naprawdę nie przeżyliśmy w takiej formie, jak oglądamy to w najrozmaitszych filmach. Jednocześnie rozmawiamy tutaj o tym, czy jesteśmy się w stanie obronić przed inwazją kogoś z kosmosu, jakiejś obcej cywilizacji, której nie potrafimy ocenić, która skoro doleciała, musi mieć takie możliwości, że nie damy rady tak czy owak. Jesteśmy skazani na zagładę. Ale militaryzacja i nasączanie bronią kosmosu jest dzisiaj faktem. Dlaczego się to robi? Przeciwko komu się to robi, skoro i tak nie jesteśmy w stanie powstrzymać tej obcej cywilizacji? Otóż prawdopodobnie przeciwko nam samym, bo na początku naszej dyskusji rozmawialiśmy o tym, że w tych „Gwiezdnych wojnach” paskudnie wszyscy są tacy podobni do ludzi, są wszyscy humanoidami i tak dalej. I teraz wyobraźmy sobie taką sytuację, że od dziś za następne 5000 lat skok technologiczny na Ziemi rzeczywiście będzie bardzo duży. Za jakieś 20 lat zacznie się kolonizacja Marsa. Od tego momentu przyspieszenie będzie szło z prędkością równi pochyłej, czyli będziemy kolonizować następne planety, przekroczymy naszą galaktykę i rozleziemy się rzeczywiście po całej przestrzeni kosmicznej.
Wówczas co się wydarzy? Wydarzy się to, co zawsze w historii człowieka, bo człowiek pozostaje, jak Marek zauważył, ciągle taki sam. Zacznie się konkurencja i zdobywanie zysków i oczywiście utrzymywanie prymatu jednych nad drugimi. I ci najeźdźcy to ewentualnie my sami, tylko być może właśnie z innej planety. Ludzie, którzy żyli tam wystarczająco długo, że być może warunki ich w jakiś sposób zmutowały bądź inne najrozmaitsze czynniki. Wystarczy popatrzeć na Ziemię. Konkwistadorzy hiszpańscy, którzy dotarli do Ameryki Południowej, napotkali różne ludy. Napotkano rozmaite kolory skóry, napotkano rozmaite kultury, które były dla Hiszpanów tak samo obce, jak dla nas to, co możemy spodziewać się ewentualnie po istotach pozaziemskich. Więc podobnie mamy i tutaj. Być może okaże się, że skoro praktycznie ta przestrzeń kosmiczna, wszystkie planety, które w niej funkcjonują, są w jakiś sposób do siebie podobne, ponieważ zbudowane z tego samego materiału, być może gdzieś znajdują się jakieś prymitywne cywilizacje, właśnie w jakiś sposób humanoidalne, które nie mają na tyle wysokiego poziomu technologicznego, aby choćby nam wysłać jakikolwiek sygnał.
I koloniści z Ziemi, którzy tam dotrą, w jakiś sposób skrzyżują się i zmutują. Oczywiście to są takie fantastyczne przedstawiania ewentualnego scenariusza na przyszłość. Natomiast powracając do faktów, faktem jest, że ta broń w kosmosie zaczyna być instalowana i myślenie o tym, aby instalować broń w kosmosie jest to temat, który funkcjonuje od dawna. Już czy to w jednej z tych audycji, czy też w którejś z Paralak wspominałem o tej przepowiedni von Brauna, kiedy poprzez Weronikę Rozan, która była jego asystentką, przekazał jej któregoś dnia informację o tym, że zorientował się, na czym to ma polegać. Że tak naprawdę cel tego, co się dzieje w tej chwili na Ziemi, tych czarnych projektów i tak dalej, jest to, żeby właśnie móc umieścić broń w przestrzeni kosmicznej. Wydaje się to być takie banalne. Oczywiście jak ktoś ma potęgę i ktoś ma możliwości, to to zrobi, ale są bardzo poważne problemy. Problemy są na przykład natury prawnej. Jest nielegalne, ażeby umieszczać broń w przestrzeni kosmicznej. Jest nielegalne, aby wynieść choćby gram materiału nuklearnego w przestrzeń kosmiczną.
Na przykład łazik Curiosity, który jest napędzany nuklearną baterią, musiał przejść specjalną prawną procedurę, aby zezwolono Amerykanom wysłać go poza naszą planetę, ponieważ posiadał ładunek nuklearny na swoim pokładzie. Także takie myślenie, że postawimy 30 rakiet balistycznych w przestrzeń kosmiczną, nie jest takie proste i musiano nad tym właśnie długo pracować. I von Braun na to zwrócił uwagę, przedstawił serię wypadków, które miały wystąpić jeden po drugim po sobie po to, aby właśnie zmusić opinię publiczną, nas prostych, zwykłych obywateli do tego, żebyśmy zaakceptowali fakt, że potrzebujemy takiej nuklearnej obrony, nuklearnych stacji dookoła naszej planety. I tak dla przypomnienia tylko podam, że von Braun na początku powiedział, że tym zagrożeniem będą komuniści. I co się stało? Oczywiście wybudowano gigantyczne arsenały rakiet balistycznych, które miały być użyte przeciwko sobie. Po nich zagrożeniem mieli być właśnie terroryści, co objawiło się w tym, co się wydarzyło 11 września. I wszystko, co dzieje się po tym, jest tego konsekwencją, czyli praktycznie eskalacja wszelkich wojen, eskalacja produkcji broni i eskalacja tworzenia kolejnych czarnych, supertajnych programów, o których już coraz mniej ludzi wie i ma pojęcie o tym, że istnieją. Następnym punktem, dziwacznym punktem u von Brauna było państwo, które będzie państwem sprawiającym szczególne kłopoty reszcie Ziemi. Właściwie w jego czasach trudno było sobie coś takiego wyobrazić.
Takie dziwactwo. Jakie państwo może sprawiać jakikolwiek kłopot takim potęgom jak ówczesny Związek Radziecki czy Stany Zjednoczone? Dziś takie państwo możemy łatwo wskazać palcem. Jest to Korea Północna, która ma możliwości nuklearne, posiada rakiety balistyczne, potrafi stworzyć zagrożenie i rzeczywiście idealnie pasuje do układanki von Brauna.Następnym punktem są asteroidy, które stały się ostatnio, od paru lat niezwykle modne. Mówi się o nich strasznie dużo. Całe gałęzie przemysłu kosmicznego przestawiają się na eksplorowanie asteroid i będzie to prawdopodobnie milowy krok w dziedzinie rozwoju ludzkości naszej cywilizacji, bo wreszcie nas wypchnie z Ziemi. Wreszcie każe nam podróżować po kosmosie, zdobywać tam środki, a być może budować osiedla nie tylko na Marsie, ale także na innych planetach Układu Słonecznego, a być może na co większych asteroidach czy chociażby na Księżycu, czy innych tego typu obiektach. Oczywiście tym ostatecznym zagrożeniem, które umożliwiałoby umieszczenie takiej broni w przestrzeni kosmicznej, ma być zagrożenie ze strony istot pozaziemskich. Wtedy będzie można wynieść w kosmos praktycznie wszystko, co się chce, po to, żeby bronić naszej planety przed tymi stronnictwami kosmitami, którzy być może nas zaatakują. Właśnie ta komercjalizacja przestrzeni kosmicznej i plany eksploracji asteroidów w sposób naturalny zakładają militaryzację przestrzeni kosmicznej i stopniowe nasycanie jej coraz groźniejszą bronią w sytuacji, kiedy pracujące w kosmosie firmy będą wymagały ochrony przed ewentualnym zagrożeniem.
O ile plany Amerykanów w tej dziedzinie są w miarę powszechnie znane, to broń w kosmos w tej chwili wstawiają już inne państwa, na przykład zupełnie niedawno, 11 lutego. Artykuł nie będę cytował, nie martwcie się, tylko wspomnę tytuł tego artykułu. Artykuł jest z TASS.RU, czyli z rosyjskiej agencji. „Rosja udoskonala rakiety balistyczne, aby użyć je do niszczenia asteroidów”. To jest prosty przykład na to, o czym cały czas mówię. O tym, że Rosjanie widząc to, co się dzieje, chcą przede wszystkim najpierw zmodernizować swoje rakiety na tyle, aby móc nimi osiągać cele kosmiczne. Czyli jest to już w jakiś sposób stworzenie formy ochrony Ziemi bądź ochrony własnych interesów, czyli zestrzeliwanie obcych satelit, baz, obiektów. Ale od tego jest bardzo krótka droga do czegoś takiego jak wyniesienie tych rakiet w przestrzeń kosmiczną i stworzenie właśnie tej battle station, o której jest mowa w pytaniu. Jest to absolutnie możliwe. Podobnie możemy patrzeć na przykład na rosyjskie kolejne doświadczenia, na przykład z bronią fal grawitacyjnych.
W tej chwili Rosjanie posiadają broń, która jest w stanie zmiażdżyć albo odparować obiekt w odległości dwóch kilometrów. Nie wydaje się to być zbyt dużo. Być może coś takiego zrobiono w Czelabińsku w czasie, kiedy przelatywał ten słynny meteor, który na szczęście nie spadł albo spadł. Nikt tego dokładnie nie wie, ale coś się tam wydarzyło. Meteor spalił się efektownie w atmosferze i panowały wówczas plotki, że Rosjanie użyli specjalnej broni, którą wynaleźli na tą okazję. I jest to właśnie broń fal grawitacyjnych, która jeżeli już wówczas czy teraz ma zasięg dwóch kilometrów, to za 10 lat będzie miała 10 razy tyle, ponieważ technologie rozwijają się mniej więcej w takim tempie. Podwajają się niemalże każdego roku. Także można tutaj założyć taki wzrost geometryczny. Żeby już konkretnie nie rozwadzać tematu i nie przedłużać za bardzo tej mojej przydługiej wypowiedzi, jeszcze wspomnę tutaj o takich rzeczach jak broń skalarowa, którą rzekomo użyto do wywołania tego słynnego tsunami w Tajlandii i tsunami, które było początkiem końca elektrowni w Fukushimie. Przypomnę o takim projekcie, o którym dzisiaj ani razu nie wspomnieliśmy, o niezwykle wyrafinowanym projekcie energetycznym, a jednocześnie o super niebezpiecznej, wyrafinowanej broni.
Mam tu na myśli projekt Dzwon, Die Glocke. Tajny projekt niemiecki, który był między innymi częściowo opracowywany na dzisiejszych terenach Polski i w swoich właściwościach był on w stanie w jakiś sposób naruszyć tą płaszczyznę czasoprzestrzenną, więc był czymś absolutnie niebywałym i mając do dyspozycji coś takiego, można stawić śmiało czoła nie tylko światu czy każdemu wrogowi, ale każdemu kosmicie, który odważy się pojawić w naszej przestrzeni międzyplanetarnej. Die Glocke, mimo że nigdy nie znaleziono, wiele przesłanek wskazuje, że gdzieś istnieje i być może prace nad nim ciągle trwają. Być może już w tej chwili działa gdzieś właśnie w przestrzeni kosmicznej. Być może właśnie tego typu maszyny napędzane silnikiem opartym na tym wynalazku widział właśnie McKinnon. Kto wie? Nie wiemy kompletnie, co się dzieje w przestrzeni kosmicznej i co robią tam czarne programy. Czasami coś na tą ziemię wlatuje, czasami coś z niej wylatuje i trudno jest nam stwierdzić, co to jest i do kogo to należy i czyje interesy reprezentuje. Zwłaszcza że już nie żyjemy w takim świecie, gdzie wszystko ma jakąś chorągiewkę jakiegoś kraju, że to jest ruskie, to jest niemieckie, a to są Chińczycy. W tej chwili praktycznie nad wszystkim jest niewidzialna łapa korporacji.
Korporacje są międzynarodowe, więc praktycznie granice i te chorągiewki pozostawiono nam, żebyśmy się cieszyli na meczach piłki nożnej ewentualnie, bo tak naprawdę ta globalizacja w jakiś sposób przez te korporacje już nastąpiła i jest czymś absolutnie nieodwracalnym i następuje tego ekspansja w kosmos. I w momencie, kiedy korporacje wchodzą w kosmos i zarabiają kupę kasyOczywiście potrzebują mieć gwarancję tego, że nikt im nie zrobi krzywdy i dlatego między innymi ta broń jest potrzebna. Właśnie w kosmosie. Im jest potrzebna w kosmosie po to, żeby mogli ewentualnie naparzać się nawzajem, bronić się, atakować i zwalczać w ten sposób konkurencję czy ewentualne zagrożenie. Tak samo, w identyczny sposób, jak to było w czasach między XV, XVI a XVIII wiekiem, kiedy dokonywano najrozmaitszych odkryć geograficznych z Ameryką i Australią włącznie. Dziękuję.
[01:26:20] - Panowie. Przejdźmy do następnego pytania, bo wszystkim, którzy słuchają nas dopiero od niedawna przypominam, że mówimy dzisiaj o gwiezdnych wojnach i o wojnach gwiezdnych, czyli o pewnych wątkach filmu oraz o możliwych konfliktach w przestrzeni kosmicznej. A teraz Marku będzie pytanie bardzo ciekawe, odnoszące się do kolejnego aspektu tego zagadnienia. Proszę.
[01:26:49] - A pytanie to brzmi następująco: czy gdzieś w przestrzeni kosmicznej, czy też okołoziemskiej znaleziono ślady po potencjalnej potyczce bogów z kosmosu? Istniało na ten temat wiele teorii. Sugerowano, że taką pozostałością może być chociaż obiekt tunguski, a już na samej Ziemi między innymi zeszklone forty czy opisy z Mahabharaty. Piotrze?
[01:27:13] - Temat jest rzeczywiście bardzo złożony. Zresztą wszystko jest złożone w naszych audycjach. Nie muszę powtarzać po raz kolejny, ale fakt faktem w mitologii większości ludów, przynajmniej europejskich i tych ze starego świata, istnieje bardzo silny motyw wojny bogów. Z mitologii greckiej znamy także na przykład wojny tytanów, wojny z tytanami. Także ten motyw jest silny i bardzo interesujący, bo pokazuje, że jeżeli traktujemy mity jako echo prawdziwych wydarzeń, pokazuje nam, że rzeczywiście nasi praprzodkowie mogli posiadać wspólną mitologię, w której ten motyw wojny bogów był bardzo silnie eksponowany. A jeżeli mowa o bogach i wojnie bogów, to kto mógł się bić między sobą? Zwolennicy teorii paleokontaktu powiedzą, że oczywiście obcy. Tylko że wchodzimy teraz na pole, które jest bardzo grząskie, bo fani Dänikena, bo jest to taki twórca, który dla mnie jest symbolem pewnej patologii, bo jest to twórca, który prezentuje mnóstwo dowodów, rzekomych dowodów na coś, natomiast nic z nich nie wynika. Widzimy tutaj, że na przykład literatura na temat starożytnych astronautów mówi nam, że w Mahabharacie, najdłuższym eposie świata istnieją bardzo ciekawe i sugestywne opisy. Mowa jest o latających maszynach, mowa jest o tajemniczej broni Agneya, która potrafiła palić wszystko niczym słońce.
Dopatrywano się tutaj właśnie analogii do broni jądrowej. W słynnym Mohenjo-daro, w zasadzie w mieście, które się nazywało Kukkutarma, a obecnie jego ruiny zwane są Mohenjo-daro, miały zostać znalezione ślady radioaktywności. To, że tam znaleziono jakieś ludzkie szczątki, to moim zdaniem jednak nie jest prawda, bo to pochodzi z bardzo wątpliwych źródeł. Natomiast istnieją na świecie jeszcze inne miejsca, które sugerują, że jakaś walka się odbyła. No, chociażby te słynne zeszklone forty. Ale zeszklone forty mają się nijak do dowodów z Mahabharaty, bo po pierwsze znajdują się w Europie i są w miarę nowe. Znaczy w miarę nowe, przy tym, co opisuje Mahabharata są dużo młodsze po prostu. Natomiast zeszklone forty, czyli kamienne fortyfikacje znajdujące się głównie w zachodniej Europie, które noszą ślady stopienia, pozostają tajemnicą w dużym stopniu. Wiele autorów sugerowało na przykład, że jest to pozostałość po jakiejś zaawansowanej wojnie. Ale jeżeli strzelano do siebie z jakiejś zaawansowanej broni, która potrafiła topić kamień, a z drugiej strony żołnierze tocząc tą walkę kryli się w prymitywnych fortach, no coś się tutaj nie klei, prawda?
Ale wróćmy do Mahabharaty, bo ta wojna słynna miała się rozegrać na polu Kurukshetra w rejonie Delhi. W zasadzie bardzo blisko stamtąd do rejonu, gdzie kwitła cywilizacja doliny Indusu, gdzie znajdowały się te wspaniałe miasta. Znowu Mohenjo-daro. Mamy też wspomniane w literaturze hinduskiej słynne vimany. Vimany też zostały w pewien sposób przez autorów dziedziny starożytnych astronautów potraktowane bardzo dosłownie. To znaczy o vimanach rzeczywiście literatura hinduska pisze, natomiast główne dzieło, czyli Vaimānika Śāstra pochodzi z drugiej połowy XX wieku prawdopodobnie albo gdzieś sprzed wojny. Także nie jest to coś starożytnego. To jest dzieło natchnione, księga święta, natomiast nie jest starożytna. Niestety większość przykładów na temat viman, któreKtóry się tutaj pochodzi właśnie z Wajmani kasiasty. Ale idźmy dalej.
Była taka teoria, która mówiła, że wybuch tunguski został wywołany przez dziwny obiekt, jakiś artefakt pozaziemski, który krążył po orbicie i po prostu spadł. Spadł jak stacja kosmiczna Mir, spadł na Syberii, uderzył tam i wybuchł. Była taka sugestia, wspominał o niej w artykułach chyba Robert Leśniakiewicz, że mogła być to pozostałość właśnie po jakiejś starożytnej wojnie bogów, po konflikcie jakiejś wysoko zaawansowanej obcej rasy, która przybyła na Ziemię, osiedliła się, a następnie wybuchł między jej przedstawicielami rodzaj konfliktu. Oni się po prostu wszyscy pobili i potem zniknęli. Ten motyw ma właśnie korespondować z motywem wojen bogów i tak dalej. Ten sam motyw znajdziemy chociażby w słynnej opowieści o synach Boga i Nefilim. Tam również dochodzi do jakiegoś konfliktu. W księdze Henocha czytamy, że tam dochodzi do konfliktu upadłych aniołów z aniołami czuwającymi, czyli tymi aniołami dobrymi, w wyniku której giną wszyscy Nefilim. Ten sam motyw znajdziemy też w różnych innych mitach. Także sugeruje to, że ta wojna bogów, chociaż bardzo niesprecyzowana, zawsze pobrzmiewa w tle, że stało się coś, że pobiły się między sobą różne grupy bogów.
Pobiły się o dominację, pobiły się o władzę nad ludźmi, pobiły się o prestiż. Ale zawsze gdzieś drzemie w tych mitach to zarzewie konfliktu tych dwóch grup. Teraz pytanie na ile był to realny scenariusz? Bo wiele osób traktuje to dosłownie. Moim zdaniem tak jak ze wszystkimi śladami po starożytnych astronautach, prawda jest gdzieś w tle. Prawda jest ukryta gdzieś między wierszami. Nie możemy jej traktować dosłownie. Gdybym miał wskazać tutaj najciekawsze elementy, to powiedziałbym, że rzeczywiście w Mahabharacie znajdują się najciekawsze informacje na ten temat, sugerujące, że rzeczywiście taki konflikt mógł się wydarzyć. I ten konflikt został, jak powiedziałem, potem opisany w mitologiach wielu ludów. Ale czy tak było naprawdę?
Czy jest to tylko coś, co jest w zasadzie wielką alegorią? Tu jest pewien problem i chcąc być uczciwym wobec ludzi zainteresowanych paleoastronautyką, zawsze mówię, że trzeba analizować dowody, ale nigdy nie brać niczego wprost. Gdybym był zmuszony do udzielenia odpowiedzi, czy doszło na świecie tysiące lat temu do jakiejś wojny między wysoce zaawansowanymi istotami, to powiedziałbym: może. Jest to hipotetycznie możliwe i pewne przesłanki na to wskazują. Ale jeżeli chodzi o dowody namacalne, stuprocentowe dowody, niepodważalne, to tu mamy już jednak pewien problem. Marku, jak ty patrzysz na ten problem?
[01:35:46] - Na pewno nie będę w takim razie odwoływał się, ponieważ już sporo powiedziałeś, do staroindyjskich źródeł. Natomiast zgadzam się z tobą, że takich twardych śladów ewentualnego konfliktu trudno się doszukać. Natomiast wspomnę tak może trochę tytułem historii, jak to wyglądało, gdzie starano się doszukać takich śladów i jak czasami to było zwodnicze. Otóż bodajże jeszcze w XIX wieku powstała taka teoria, że pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza brakuje planety. To się odwoływało do pewnej reguły astronomicznej, jeszcze starszej, która wyznaczała miejsca poszczególnych planet, która była nie tyle uzasadniona w sposób naukowy, co po prostu matematyczny. I się zgadzało wszystko. Poza tym jednym miejscem w Układzie Słonecznym, w którym brakowało planety, był natomiast Pas Planetoid i wysnuto na podstawie tego wniosek, że ten Pas Planetoid kiedyś był tak naprawdę planetą. Nazwano nawet tę planetę Faetonem. I ta teoria sobie tak była, funkcjonowała. Różne powody znajdowano dla rozpadu tej planety.
Natomiast oczywiście znaleziono również i to pamiętam, na pewno czytałem jeszcze w latach 70. XX wieku, bodajże któryś z radzieckich uczonych, co akurat w tej tematyce dosyć rzadko się zdarzało, a przynajmniej oficjalnie, wysunął taką teorię, że Faeton był tak naprawdę ofiarą. Ta planeta była ofiarą kosmicznego konfliktu. Wszystko by się zgadzało, to nawet przedstawiono w takiej dosyć półliterackiej formie, że tam była po prostu jakaś być może baza przybyszów z obcej cywilizacji.Z dalekich stron. I że tam doszło do konfliktu, w wyniku którego ta planeta została rozbita i tak powstał pas planetoid. Ja tylko chciałbym zauważyć, że to później dostrzeżono, że gdyby złożyć wszystkie te planetoidy, ten cały rumosz skalny, który tam się znajduje, do przysłowiowej kupy, to tak naprawdę brakowałoby dużo, a planeta, która by powstała, byłaby takim karzełkiem, coś na miarę obecnej planety karłowatej, czyli Plutona. W związku z tym myślę, że ta teoria, chociaż była w swoim czasie taka nośna, wydawało się, że potwierdza to, że Układ Słoneczny był polem ścierania się jakichś cywilizacji i to ścierania się takiego na ostro, bardzo trwałego, to wydaje się, że ta teoria się nie obroniła, że tak naprawdę dzisiaj nikt jej już poważnie nie traktuje. Powstawały też teorie, że śladem po konflikcie może być na przykład nasz księżyc. Ja nie chcę rozwijać tych teorii. Powiem tak, to jest bardzo podobnie w przypadku Danikena i w przypadku innych poszukiwaczy.
Bardzo często się mówi o tym, że Mars, kiedyś kwitnąca, piękna planeta, stał się ofiarą jakiejś kosmicznej potyczki. Wrócę do tej przerwanej myśli. Otóż jeżeli ktoś szuka czegoś, bardzo stara się coś znaleźć, to na ogół to znajduje. Czy to jest prawdziwe, to, co znalazł? Bardzo często nie, ale tak bardzo chce wierzyć, że oto dowód się znalazł, że to czasami robi wbrew faktom. Dlatego przychylę się do twierdzenia Piotra, że twarde dowody, albo półtwarde nawet, bardzo trudno jest znaleźć, czy to na Ziemi, czy też w pobliżu Ziemi, w obrębie Układu Słonecznego. Przynajmniej na razie. Być może takie dowody zostaną znalezione, ale to już jest gdybanie. Natomiast rzeczywiście takimi najbardziej obrazowymi są te staroindyjskie wyobraźnie. Do tego stopnia działają mocno, że naukowcy nawet zaczęli konstruować vimany.
Znaczy papiera, czy na zasadzie rękowej, ale się odtworzyć te statki. Starano się odtworzyć ich możliwości i to nie tylko na zasadzie takich obrazków, które się rysuje, ale też techniczne możliwości. Czy to w ogóle było możliwe? Więc muszę przyznać, że to oddziaływanie takie na wyobraźnię było ogromne. Ale czy to są dowody na potyczkę, jaka miała miejsce przed tysiącami lat na Ziemi? Nie wiem. Trudno mi odpowiedzieć. Dziękuję.
[01:41:41] - To może teraz Chris Miekina. Chrisie.
[01:41:45] - Ja będę rzucał kamyczkami do Marka Ogródka, bo powiedział Marek, że mało kto wierzy w tą hipotezę o tym, że to mogła być jakaś planeta, która zostałaby zniszczona. I ja jestem tą jedną z tej małej ilości osób, która w to aktualnie wierzy. Bo popatrz Marku, co się dzieje w przypadku, kiedy istnieje planeta i jest ona rozerwana jakimś wybuchem, eksplozją, czymś rozbita na strzępy. Czy wszystkie kamyczki z tej planety będą pięknie poukładane krążyć w jednym pasie asteroidów, które potem zbierzemy w jedną całość, zmierzymy, zważymy i z tego nam wyjdzie planetka? Nie. Większość masy tej planety po prostu odparuje. Duża jej część ze względu na to, że wybuch musiałby być potworny, żeby rozerwać taką planetę, przełamie wszelkie pola grawitacyjne i będzie śmigać po kosmosie w najrozmaitsze kierunki. Wiele z nich uderzy w inne planety jako meteoryty. Wiele z nich spadnie na Ziemię, na Marsa, będzie krążyć gdzieś tam dookoła Słońca po jakichś szalonych, dziwacznych orbitach. Być może jednym z tych kawałków jest ten Apophis, który gdzieś tam niedługo ma nam zagrozić w 2036 roku.
Znaczna część tej planety także zamieni się w pył, którego żaden naukowiec nie zbierze i nie zmierzy, i nie złoży w jedną kulkę, bo nie jest w stanie tego nawet oszacować, ile tego pyłu jest w tej przestrzeni kosmicznej. Także niekoniecznie jest tak, że jak pozbieramy te większe kamyczki, złoży nam się coś małego, to wyjdzie nam mała planetka i to nie będzie w ogóle planetka i nie będzie to warte uwagi. Trzeba wziąć pod uwagę parę innych elementów jeszcze, które mogły nastąpić, wydarzyć się w przypadku takiego olbrzymiego wybuchu, żeby móc stwierdzić ewentualne prawdopodobieństwo, czy miał on miejsce rzeczywiście, czy nie. I zajął się tym taki amerykański astronom Tom Van Flandern, który właśnie tą hipotezę w jakiś sposób przeliczył, opracował. Posłużył się również swoimi kolegami z MIT, żeby mu to dokładnie przeliczyli, jakie są możliwości teoretyczne i co się mogło wydarzyć w takim scenariuszu, kiedy planeta jest rozerwana na strzępy. I okazało się, że z tych wszystkich puzzli, które nie są wyłącznie w pasie asteroid, w pasie planetoid, o którym wspominałeś, z nich wszystkich da się ułożyć coś całkiem sporego.Być może nawet wielkości Jowisza, a nie jakiejś małej, śmiesznej planetki. Także teoria ta jest ciągle aktualna, jest ciągle interesująca i nie można jej wrzucić do śmietnika. Jeszcze przynajmniej. Poza tym, nawiązując do „Gwiezdnych wojen”, które są naszym tematem przewodnim dzisiejszej dyskusji, rozwalenie takiej planety widzieliśmy w momencie, kiedy Gwiazda Śmierci rozwaliła Alderaan. Widzieliśmy wówczas, co się dzieje.
Oczywiście był to efekt specjalny, ale był to efekt piorunujący. Planeta rozsypała się na drobiazgi. Nie na kamyczki. Po prostu to był ogień i odparowanie masy cząstek, które zdematerializowały się pod wpływem tak silnego uderzenia. Także z czymś takim mamy tutaj do czynienia. A wracając do najrozmaitszych innych przykładów ewentualnej wojny kosmicznej na Ziemi. Panowie wspominaliście wcześniej, Piotr wspominał o vimana i Mahabharacie. Ja chciałbym tylko do tego dodać, że w sanskrycie znaleziono słowa, które opisywały na przykład takie rzeczy jak odległość w latach świetlnych albo opisywały budowę atomu. Także tylko cywilizacje posiadające dostęp do energii nuklearnej miały potrzebę wykorzystania takich słów. Jest to bardzo intrygujące.
Oczywiście o niczym to nie przesądza. Z kolei tu bym jeszcze przypomniał Arthura Oppenheimera, tego, który zbudował pierwszą bombę atomową i kiedy ją odpalił, miał powiedzieć: „Stałem się niszczycielem świata”. I to był cytat z tekstów wedyjskich. On miał świadomość tego, że być może to, co robi on teraz, istniało już wcześniej. Zresztą na pytanie jednego ze swoich studentów bodajże: „Jak się czuje człowiek, który stworzył pierwszą bombę atomową, który odpalił pierwszą bombę atomową?”. Na to on powiedział, że wcale nie była to pierwsza bomba atomowa w historii. Była to pierwsza bomba atomowa w naszych czasach współczesnych. Czyli on sam miał świadomość tego, że coś takiego być może miało miejsce w przeszłości. Piotr także wspomniał o tytanach. Zeus walczył z tytanami, spalił ich w straszliwy sposób.
Nie wiem, czy sobie mogę pozwolić zacytować. Zacytuję sobie. Tutaj na przykład jeden z takich-
[01:46:49] - Możesz, zaraz wybije 22:00.
[01:46:52] - To sobie zacytuję. Cytat brzmi tak: „Gorący oddech otoczył tytanów, synów Gai. Niewymownie jasne płomienie wystrzeliły w górę nieba. Blask pioruna i jego błyskawice były tak silne, że ich oślepiły. Straszliwy gorąc pochłonął chaos. Wyglądało to tak, jakby ziemia i szerokie niebo zderzyły się ze sobą i zmieniły ziemię w ruiny. Dudnił także silny wiatr, trzęsienie ziemi, burza pyłowa, pioruny i błyskawice. To koniec cytatu oczywiście. W podobny sposób Zeus rozprawił się z Tyfonem, synem Gai i Tartarosa, którego w mitologii podobno przerzucił Etną. A tak naprawdę, gdy wczytać się w ten opis, znowu rzucił jakąś atomówką, którą starożytni opisali właśnie jako ten jego słynny grom.
Z innych ciekawostek, które sugerują taką kosmiczną wojnę albo użycie takiej kosmicznej, czy też niezwykle silnej energii, to są kamienie z biżuterii Tutenchamona. Jednym z tych kamieni, który ozdabia przepięknego skarabeusza, jest taki żółtawo-zielony kamień i zainteresował się nim włoski geolog Vincenzo de Michele i poprosił o to, żeby mu go wypożyczono do zbadania. Okazało się, że tym kamieniem jest zwykłe szkło. Takie szkło znajdowano na Saharze i starożytni Egipcjanie traktowali to tak samo jak klejnoty, a nawet jeszcze były dla nich cenniejsze, bo kazano sobie za nie znacznie więcej płacić, bo oczywiście były rzadsze. I teraz powstaje pytanie, w jaki sposób takie szkło mogłoby powstać w tamtych czasach? W jaki sposób powstało ono na Saharze? Co się musiało wydarzyć w naturze, żeby do czegoś takiego mogło dojść? Naukowcy doszli do dwóch wniosków. Jeden wniosek był taki, że musiał przywalić jakiś potężny meteoryt, który stworzył tak wysoką temperaturę, że stopił piasek na tyle, że mogło powstać z niego takie szkło. A druga teoria to oczywiście, że musiała być jakaś eksplozja nuklearna.
I co ciekawe, w Nowym Meksyku, tam, gdzie prowadzono testy z eksplozją bomb atomowych na poligonie wojskowym, okazało się, że mniej więcej trzy, cztery metry pod powierzchnią tego piasku znaleziono mniej więcej podobne szkło, jak to na Saharze. Także jest to następna historia wskazująca na to, że coś dziwnego działo się w świecie dawno temu w naszej bliskiej galaktyce. I na koniec może jeszcze taka mała wzmianka, że w Biblii też mamy takie historie. Chociażby zniszczenie Sodomy i Gomory też sugeruje, że ktoś ich tam bombardował czymś ciężkim i że miało to wszelkie znamiona gwiezdnych wojen, o których dzisiaj rozmawiamy. Dzięki.
[01:49:55] - Chciał zabrać głos Marek Żelkowski. Marku?
[01:49:59] - Ja w sprawie Faetona, bo to jest tak, że rozmawialiśmy o tych bardziej twardych dowodach, natomiast to jest wszystko tak naprawdę kwestia doboru informacji i tego, skąd są czerpane. Według tego, co ja wiem i co znalazłem w źródłach
[01:50:21] - Obecnie pas planetoid i jego masę ocenia się na tyle, że można by z tego ulepić coś, co miałoby masę 1/24 księżyca, a zatem coś bardzo małego. Oczywiście dopuszczam taką myśl, że w wyniku eksplozji część materii po prostu odparowała i w związku z tym jest tego tak mało. Zupełnie nie odrzucam teorii Faetona, ale nie przekonuje mnie. To jest tak, że jeśli będziemy wszystko przyjmowali za dobrą monetę, to właściwie wszędzie zaczniemy znajdować dowody. Na dzisiaj, na to, co wiemy o Układzie Słonecznym, pas planetoid, tak jak powiedziałem, z niego można by stworzyć ciało kosmiczne o masie 1/24 masy Księżyca, a więc naprawdę coś bardzo mikroskopijnego. Jeśli pojawią się jakiekolwiek dowody na to, że jakaś materia tam jeszcze mogła się znajdować, jeśli się pojawią jeszcze jakieś inne dowody, wtedy może do teorii Faetona będzie można wrócić. Natomiast stan obecnej wiedzy jest taki, że na pewno trudno traktować pas planetoid jako przekonujący twardy dowód na to, że kiedyś w Układzie Słonecznym jakiś konflikt się odbył. Zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie już wspomniane przez Chrisa fragmenty z Biblii o zniszczeniu Sodomy i Gomory, czy też wspomniane przeze mnie również staroindyjskie poematy. Dziękuję.
[01:52:11] - I ponownie Chris Miekina.
[01:52:13] - Ja bym się chciał dowiedzieć, jakie to autorytety, bo ja podałem nazwisko kogoś, mainstreamowego naukowca, astronoma o dorobku, który uznał, że Faeton istniał i uznał, że jego wielka część odparowała i powiedział także, że mogło być również tak, że duży kawał planety po prostu fruwa do tej pory gdzieś w kosmosie, wyrzucony tą olbrzymią siłą z naszego Układu Słonecznego. Także zakładanie, że wszystkie puzzle fruwają sobie w tej pustej przestrzeni jest po prostu mylne. A jeżeli czerpiemy informacje z Wikipedii, gdzie anonimowi naukowcy w cudzysłowie ustalają najrozmaitsze definicje po to, żeby było ładnie i po to, żeby nie było za zbyt kontrowersyjnie, to dochodzimy do takich, a nie innych wniosków. Dlatego jeżeli na dzień dzisiejszy to byłaby tak mała planetka i tylko takie warunki do tego określimy i nie bierzemy nic więcej pod uwagę, to rzeczywiście, w tym momencie rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach. Tyle że to, co w tej chwili mi powiedziałeś, to jest to dla mnie takie science fiction, bo ograniczamy bardzo pewne warunki, w których występuje coś, co może zajść do absolutnego minimum i na tej bazie produkujemy sobie co chcemy.
[01:53:35] - Tutaj jeszcze na czacie pojawia się dużo komentarzy. Głównie Artemius tutaj pisze tak: „Przytaczając staroindyjskie źródła wypadałoby też wspomnieć o bzdetach tam zawartych, a nie wybierać tylko opisy pasujące do narracji”. Tak, Artemiusie, ale gdyby tam były same konkrety o wojnie bogów, to byłby to pewnik po prostu. Nie musielibyśmy dzisiaj robić żadnych rozkmin czy to było, czy to nie. Kolejny komentarz od Artemiusa: „W Mohenjo-daro kryli się w zaawansowanych bunkrach, czy też raczej w archaicznych fortach?”. Tak jak mówiłem, historia o skażeniu w Mohenjo-daro ma dwa źródła. Jednym są troszkę niepewne historie o tym, że tam znaleziono zwłoki na ulicach w bardzo dziwnych pozach, a druga mówi o tym, że skażenie było rzeczywiście, natomiast nie dało się wykluczyć tego, że był to po prostu radioaktywny opad. To też był poważny problem. Natomiast są różne hipotezy snute w literaturze astronautycznej. Jedna mówi, że to nie była wojna bogów między jakimiś równorzędnymi sobie siłami, które się ścierały o Ziemię, ale była to próba unicestwienia tutejszych mieszkańców tylko po to, żeby ktoś sobie mógł później tą planetę przejąć.
Czyli pojawiają się takie koncepcje, że potop, który przecież przetrzebił ludzkość na planecie, mógł być zaczątkiem absolutnie nowej generacji istot albo ludzi w jakimś zaawansowanym, ściśle określonym planie. Także tych możliwości jest wiele. Z drugiej strony, tak jak mówił Marek, jeżeli ktoś sobie wymyśli jakąś hipotezę, to zawsze może wśród tej garstki ciekawych dowodów znaleźć coś, co podpiera jego koncepcję. Także myślę, że powinniśmy analizować to, co jest godne uwagi przede wszystkim. Ale jeszcze nie mówił o tym temacie Arek Paterek, także oddaję mu głos.
[01:56:03] - Ja w ogóle odpłynąłem. Słuchajcie, tutaj Chris oczywiście bardzo fajnie, ale wszedł po prostu na kolejną gęstość w odpowiedzi na pytanie. Ja na to pytanie jeszcze raz muszę spojrzeć. Potencjalna potyczka bogów z kosmosu.
[01:56:20] - Wiesz co, Arku? Chodzi po prostu o te potencjalne dowody na to, że na naszej planecie doszło kiedyś, w zamierzchłej przeszłości do konfliktu między wysoce zaawansowanymi kosmitami. Chodzi na przykład o zeszklone fortu, o te wzmianki z literatury hinduskiej lub hinduistycznej. Zależy, jak ktoś do tego podchodzi. Czy o na przykład meteoryt tunguski i koncepcję, że była to bomba bogów starożytnych, bomba z wojny starożytnych bogów, która po prostu w pewnym czasie spadła na ziemię po tysiącach lat. Także proszę.
[01:57:00] - Nie, akurat w tunguską bombę to tak średnio. Ciężko mi tutaj się już teraz odnieść. Już wracam na tę falę właściwą. Wszystkie dowody, o których tutaj mowa, są strasznie niejednoznaczne. To są tematy bardzo śliskie, co chociażby pokazywał pan wielokrotnie tutaj krytykowany Zacharia Sitchin. Także to są tematy bardzo śliskie. I właśnie niektórzy będą się upierali, że wszystko, co się znajduje, to jest jakiś dowód stuprocentowy. Te historie o wimanach hinduistyczne czy indyjskie, jak kto woli, to jest absolutnie ciekawe. I te zapisy, tak właśnie jak Chris opowiadał, jakie tam się znajdowały po tłumaczeniach zapisy, faktycznie działają na wyobraźnię i faktycznie może tu być coś na rzeczy. Natomiast rzeczy typu zakazana archeologia, która też jest, co by nie mówić o niej, dosyć trudna do jednoznacznego ocenienia.
Mi się wydaje, że ewentualne takie ślady, które się pojawiają, mnie osobiście ciężko jest cokolwiek o nich powiedzieć i ciężko jest się przechylić czy to do jednej strony, czy to do drugiej strony. Natomiast chyba Marek tu wspominał też, że Mars miał być takim wielkim poligonem wojskowym i że tam cywilizacja miała być kiedyś zniszczona. Ludzie też się doszukiwali tego, szukali twarzy na Marsie, jakichś pozostałości po budynkach. Później się okazywało, że to jednak nasze umysły i nasze mózgi jakoś to sobie chciały po prostu odczytać po naszemu. Ja bym jednak tutaj pozostał sceptykiem. Być może coś się kiedyś działo. Czy byli to bogowie z kosmosu, czy byliśmy to my z przyszłości, to już jest inna sprawa. Ale nie wydaje mi się, żeby tu miała miejsce wojna, sytuacja jak z Alderaanem w naszym układzie kosmicznym, o którym też powiedział Chris. Także ja już więcej na ten temat nie mówię i przekazuję głos dalej.
[01:59:24] - Chrisie, czy słyszysz nas teraz? Halo, halo, Chris, bo wiem, że są jakieś problemy. Aha, coś się znowu niedobrego dzieje. Panowie, bo tutaj rzeczywiście pojawił się ten temat Marsa i chciałbym powrócić do niego, bo to wiąże się z rewelacjami nie nowymi, bo ten temat krąży od dawna. Pojawiał się w różnego rodzaju channelingach, pojawiał się w jakichś alternatywnych historiach. Przychodzi mi do głowy taka opowieść sprzed lat, bardzo głośna, o chłopaku z Rosji, Borysce, który miał opowiadać o swoim poprzednim wcieleniu, w którym był jakimś funkcjonariuszem na Marsie i zginął tam w czasie wojny. Ale ostatnio pojawił się ten temat wraz z rewelacjami doktora Brandenburga. Co sądzicie o tej hipotezie, że przez Marsa przetoczyła się ta wojna? Na czym on opiera w ogóle te swoje wnioski, Chrisie?
[02:00:34] - Ja właśnie usłyszałem tylko ostatnie zdanie, które powiedziałeś i zacząłeś mnie wywoływać. Także nie bardzo wiem, o co chodzi.
[02:00:41] - Chodzi o doktora Brandenburga i tą jego koncepcję wojny na Marsie.
[02:00:48] - Jest to oczywiście koncepcja, która dzisiaj świetnie pasuje do naszej dyskusji. Absolutnie tak, ale mnie o wiele bardziej się podoba mimo wszystko koncepcja Velikovsky'ego, dlatego że to, o czym mówi Brandenbourg i to, co nim najbardziej wstrząsnęło, to było to, że zobaczył tam takie rzeczy jak na przykład Valles Marineris, prawda? Tę gigantyczną szramę na Marsie, jaka została wypalona w linii prostej, co się nie zdarza, bo tam naukowcy oficjalnie mówili, że to być może od uderzenia bardzo poważnego pioruna. Ale piorun jak uderza i powstaje pęknięcie, nigdy nie powstaje w linii prostej, a tu jest 40 000 kilometrów prostej linii. Także to jest olbrzymi dystans, 20 kilometrów w głąb. To jest gigantyczny kanion wypalony czymś o potwornej sile. I o ile można mówić tutaj, że być może miały tam miejsce jakieś działania wojenne, jakaś wojna kosmiczna, to o wiele bardziej odpowiada mi jednak tutaj teoria Velikovsky'ego, który mówił o tym elektrycznym wszechświecie. Zaczął jako pierwszy szermować tą teorią o tym, że co jakiś czas do naszego Układu Słonecznego wlatują czy to inne planety, czy to dużych rozmiarów komety, czy na przykład pod wpływem uderzenia komety odrywają się od takich planet jak na przykład Jowisz, inne planety. Być może Wenus jest tego efektem, które przelatującPrzez nas Układ Słoneczny, żeglując w chaotyczny sposób w nim, sieją pożogę i zniszczenie. Każda z planet ma pewien ładunek elektryczny i kiedy zbliżają się do siebie na jakąś odległość, wówczas następuje wyładowanie elektryczne.
Być może jedna z takich planet, być może właśnie Wenus przelatując niedaleko Marsa tę szramę wykonała. Powstał gigantyczny dyscharge elektryczny, który wykonał ten olbrzymi kanion i niemalże rozłupał planetę na pół. Oczywiście to, co jeszcze ewentualnie świadczyłoby o tym, że na Marsie była wojna, to że zgubił swoją atmosferę. Jest ona bardzo rzadka i dlatego te obiekty, które tam zrzucają Amerykanie, te łaziki i tak dalej, niekoniecznie tak reagują, jak na przykład gdy spadają i w atmosferze ziemskiej się spalają, tylko atmosfera jest rzadka i mogą w miarę bezpiecznie wylądować na powierzchni tej planety. Tak że nie wiadomo, co się z nią stało. Istnieje teoria, która mówi, że jeżeli już, to Mars był raczej nie tyle osobną planetą Układu Słonecznego, co był właśnie jednym z satelit Faetona, o którego się z Markiem tutaj pożarliśmy trochę i został samotny tu, gdzie jest właśnie z tego powodu, że Faetona zabrakło. Będąc księżycem nigdy nie posiadał silnej i zbyt dużej atmosfery typu ziemska atmosfera, żeby móc wytworzyć jakiś rodzaj życia na swojej powierzchni. Choć kto wie? Wiele wskazuje na to, że na Marsie jest życie. Troszeczkę podchodzę do tego z rezerwą.
Może też i dlatego, że aż tak dokładnie nie znam wszystkich argumentów, które na kosmiczną wojnę na Marsie przedstawia Brandon. Dziękuję.
[02:04:32] - I przechodzimy do pytania numer sześć, a brzmi ono następująco. Dowiadujemy się, że bohaterowie „Star Wars” porozumiewają się podstawowym galaktycznym językiem wspólnym dla wszystkich istot w galaktyce. Jest on jednak mocno niesprecyzowany. Istnieją tam też różne języki wehicularne. A jak będzie wyglądać komunikacja z obcymi i czy w realnym wszechświecie możliwa jest taka sytuacja jak w filmie? Może tym razem pierwszy niech się wypowie Marek Żelkowski. Marku?
[02:05:10] - Ja powiem, że niezwykle trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, bo poruszamy się w tej chwili na dosyć znanym i lubianym obszarze pełnej fantastyki. Myślę, że odpowiedź na pytanie, jakim językiem będziemy się ewentualnie porozumiewać z obcymi, czy też jakich języków oni używają, jest bardzo trudna. I mówiąc szczerze trochę abstrakcyjna, bo oczywiście mógłbym się tutaj odwołać do zdolności hipnotycznych, do przekazywania myśli, ale to wszystko będzie gdybanie. Myślę, że sytuacja taka, jaka jest przedstawiona w „Gwiezdnych wojnach” , bo do filmu się odwołajmy, jest dosyć nieprawdopodobna, ale też niezwykle ułatwia oglądanie filmu. Ta rzeczywistość przedstawiona w poszczególnych częściach sagi ma być lekka, łatwa i przyjemna. I ona jest lekka, łatwa i przyjemna. Ogląda się to w sposób taki, że czeka się na następną część sagi. Gdyby reżyser próbował wprowadzać jakieś elementy tłumaczenia czy niezrozumiałości, one tam zresztą się pojawiają, ale epizodycznie, to ten film byłby ciężki w odbiorze. Trzeba by mocno kombinować, tymczasem on taki nie ma być. Tam nacisk jest położony na coś zupełnie innego i stąd moje wątpliwości i stąd takie krótkie zająknięcie się w momencie, kiedy padło to pytanie, bo myślę, że jedyna dobra odpowiedź, jakim językiem będziemy się porozumiewać z obcymi, moglibyśmy się porozumiewać z obcymi, odpowiedź brzmi w ten sposób: myślę, że to będzie problem tych obcych, ponieważ oni przylecą ewentualnie do nas, to oni będą nas odwiedzać, to myślę, że zadbają o sposób porozumiewania się.
To myślę tyle. Dziękuję.
[02:07:41] - Arku?
[02:07:42] - Chyba wszyscy wiedzą, że językiem galaktyki jest język angielski. Wszyscy mówią po angielsku i wszyscy się nim dogadują. A tak poważniej, jeżeli chodzi o kwestie komunikacji z kimś spoza naszej galaktyki, to tutaj Marek już fajnie wszedł na temat taki, że ciężko jest określić, jak ewentualnie byśmy się mogli porozumiewać tak, żebyśmy się zrozumieli. Gesty do pewnego momentu są zrozumiałe, chociaż też doskonale wiemy, że na naszej pięknej Ziemi ten sam gest w dwóch różnych krajach może znaczyć
[02:08:25] - Zupełnie co innego. Nie polecamy zamawiać dwóch piw, tak jak się zamawia je w Polsce, na przykład w Wielkiej Brytanii, bo można zamiast tych dwóch piw stracić parę tysięcy złotych na wstawianie zębów. Także jeżeli chodzi o gesty, to raczej tu bym to obciął. Jeżeli byśmy spotkali jakieś istoty, stworzenia, które są na wyższym etapie rozwoju, to wydaje mi się, że tutaj telepatia pewnie by wchodziła w rachubę. Nie wierzę w stworzenie intergalaktycznego translatora, który sprawiłby, że wszyscy by się rozumieli. Chociaż tu się obracamy w kwestiach naprawdę stricte fantastycznych, także też to nie jest wykluczone. Czy stworzenie jednego języka, którym ewentualnie wszyscy mogliby się porozumiewać? Ciężko stwierdzić. Może kosmiczne esperanto, taka lingua franca. Wydaje mi się, że moja propozycja kosmicznego esperanto to raczej pół żartem, pół serio.
Jak byśmy się mieli komunikować, to jest wielka zagadka. A czy taka sytuacja, jak miała miejsce w filmie „Gwiezdne wojny”, gdzie na przykład Han Solo doskonale rozumiał to, jak sobie warczał do niego jego przyjaciel Chewbacca? Ciekaw jestem, czy można się nauczyć dosyć zwierzęcych sposobów komunikacji. Na pewno jest to możliwe, z tym że wydaje mi się, że nie do końca tak, jak w przypadku wspomnianego przeze mnie Hana Solo, czyli człowieka, któremu bardziej zależało na robieniu jatki i zarabianiu. Nie wiem, czy zgłębiał tajniki lingwistyczne. Dla mnie to jest pytanie troszeczkę śmieszne, ale bliskie sercu, bo językiem się zajmuję zawodowo, także na pewno ciekawa kwestia do dywagacji i dyskusji. Dziękuję.
[02:10:37] - To może teraz Piotr?
[02:10:40] - Tak. To jest jedna z wielu nieścisłości, które znajdujemy w „Gwiezdnych wojnach”. Bo tak jak mówiłem, kiedy oglądamy film i nie zadajemy pytań, i nie pytamy, dlaczego tak było, to wszystko jest fajnie. Natomiast kiedy zaczynamy pytać i dociekać, dlaczego było akurat tak, to wtedy pojawiają się problemy. Kontakt werbalny z obcymi byłby bardzo problematyczny, dlatego, że musielibyśmy oddać wszystko w ich ręce i spodziewać się, że wymyślili już jakiś translator i będą w stanie się z nami komunikować. Natomiast problem pozostaje w tym, jak te istoty będą zbudowane. W „Gwiezdnych wojnach” mamy słynny przykład wspomnianego Chewbacci, który nie umiał mówić. On nie znał galaktycznego języka. A to dlatego, że Wookiee mieli inaczej wykształcone struny głosowe i nie dało się po prostu. Natomiast gdzieś czytałem, że w którejś książce był taki Wookiee, który się urodził upośledzony i akurat to upośledzenie strun głosowych sprawiło, że mógł mówić.
To był chyba jakiś kuzyn Chewbacci i tak to wyglądało, że on się był w stanie nauczyć języka artykułowanego w tej formie galaktycznej, czy jak to tamkolwiek nazwiemy. I to jest wskazówka, bo jeżeli się okaże, że te istoty są zupełnie inaczej zbudowane, to one w ogóle mowy mogą nie używać. Mogą używać do komunikacji zupełnie innych środków, chociażby impulsów zapachowych, chemicznych, świetlnych, dotykowych i tak dalej. Możliwości jest mnóstwo. Mogą to też być formy komunikacji werbalnej, ale nie w postaci języka, jaki znamy. W postaci na przykład języka, który bardziej przypomina nam to, w jaki sposób porozumiewają się zwierzęta. Czyli byłaby tam na przykład mowa nieartykułowana. Więc spodziewanie się, że nawet jakieś istoty w jakimś hipotetycznym kosmosie wymyśliły sobie lingua franca, język wehikularny, którym się porozumiewają i są w stanie go zrozumieć, jest dość problematyczne. Bo musielibyśmy założyć, że te wszystkie istoty wyglądają podobnie, zachowują się podobnie, zbudowane są podobnie, a to jest raczej niemożliwe. Stąd jest to kolejny dowód na to, że „Gwiezdne wojny” to taka fajna historia, którą się fajnie ogląda i lepiej o nią nie zadawać pytań.
Taki sam problem był na przykład w „Stawce większej niż życie”, gdzie niezależnie od tego, gdzie działa się akcja, to i tak wszyscy mówili po polsku. Bo działa się akcja tu czasami we Francji, czasami w Turcji i nie wiadomo, jak oni się porozumiewali między sobą, ale dla potrzeb filmu porozumiewali się wszyscy po polsku. Także możemy rozwinąć tutaj ten problem i na przykład założyć, że obcy nie mają translatora, nie umieją mówić, więc jak się z nami porozumieją? Nie znają języka ciała. Być może porozumieją się uniwersalnym językiem matematyki. Gdyby spotkało się dwóch specjalistówWiem, że Instytut SETI ma taką komórkę, która się nazywa Jednostką do spraw Tworzenia Komunikatu Międzyplanetarnego. Gdyby tamci eksperci spotkali się z ekspertami ze strony kosmitów, to może by znaleźli jakąś płaszczyznę porozumienia. Natomiast wyobrażanie sobie, że obcy lądują, wychodzą i gadają po prostu tak, że my ich rozumiemy, jest problematyczne. I to się odbija też, zauważcie panowie, na problemie bliskich spotkań, bo w wielu przypadkach jest tak, że ludzie twierdzą, że obcy mówili jak ludzie. To jest niemożliwe.
Mówili jak ludzie, można ich było zrozumieć albo starali się mówić jak ludzie, mówili z dziwnym akcentem. To wszystko wskazuje na trochę głębsze pochodzenie tego problemu. Ten problem, o którym mówimy od samego początku debat, że zjawisko UFO ma w sobie tak wiele ludzkich cech. Możliwe, że tylko w małej części jest pochodzenia kosmicznego. Zatem ja to widzę. Chris, jaka jest twoja opinia?
[02:15:36] - Z tymi językami rzeczywiście jest kłopot, ale właśnie wspomniałeś o czymś bardzo interesującym, że podczas wszelkich bliskich spotkań z istotami pozaziemskimi ludzie nie mieli kłopotów z nawiązaniem komunikacji. Po prostu za każdym razem doskonale rozumieli, co taka istota do nich mówi. Wspólnym mianownikiem tego typu rozmów i dyskusji było to, że porozumiewano się drogą telepatyczną, czyli być może drogą telepatyczną, a nie werbalną. Ta komunikacja wygląda inaczej, że w jakiś sposób istnieje uniwersalna podstawa do tego, by móc rozumieć siebie nawzajem, przesłać swoją myśl i ją zrozumieć, niezależnie od tego, w jakim języku jest ona skonstruowana. To przypomina troszeczkę języki używane w Chinach, na przykład chiński i mandaryński, dwa najpopularniejsze języki. Oba brzmią zupełnie inaczej, natomiast w zapisie one są identyczne. Tak samo zapisują go praktycznie Kantończycy i Mandaryńczycy, i czytają go po swojemu, używając zupełnie innych słów. Jest to interesujący przykład na to, że jest wiele dróg komunikacji. Tutaj jeszcze oczywiście można nawiązać do historii ze Starego Testamentu, kiedy to Nimrod zaczął budować wieżę Babel. Z tej całej opowieści wynika, że ludzie porozumiewali się wszyscy jednym językiem.
Wszyscy siebie doskonale rozumieli nawzajem. I dopiero wtedy, kiedy Bóg zorientował się, co ludzie na Ziemi kombinują, że lada chwila mogą mu dorównać, z zazdrości i z tego, żeby utrzymać swoją przewagę, nie tylko zniszczył tą wieżę Babel, ale jednocześnie przy okazji zamieszał ludziom w głowach, że pogubili te języki i stracili umiejętność komunikacji. Każdy zaczął mówić inaczej. Nie było już absolutnie porozumienia. Można założyć, że istnieje gdzieś uniwersalny sposób na to, by móc takie porozumienie znaleźć. Tylko że być może jeszcze tego nie odkryliśmy. Spójrzmy na przykład na alfabet migowy. On praktycznie jest w jakiś sposób uniwersalny. To inny rodzaj języka. Wrócę na chwilę do „Gwiezdnych wojen”.
W „Gwiezdnych wojnach” językiem wszystkich kosmicznych kupców był język Bocce i to była mieszanka najrozmaitszych języków, takie coś jak na przykład w Stanach jest Spanglish. Nie wiem, jak to dokładnie wygląda, ale wiem, że sporo ludzi, którzy przebywali dość długo w Anglii, wraca do Polski, miesza słowa polskie i angielskie, czyli tworzy taki Ponglish, tworzy użyteczną mieszaninę języków w zależności od miejsca i czasu, w którym przebywa, i warunków i okoliczności, które zmuszają ich do tworzenia tego języka. I ten język Bocce, język kupców, był mieszanką najrozmaitszych języków i wszyscy doskonale się nim porozumiewali. Potrafili zawierać różne układy handlowe i dogadywać się w nawet skomplikowanych sprawach. Być może to jest rozwiązanie. W „Gwiezdnych wojnach” jest przedstawiona cała gama możliwości porozumiewania się. Wspomniałeś o Chewbacce, który tak mi się wydaje, że jednak rozumiał, bo on rozumiał, co do niego Han Solo mówi po angielsku, ale odpowiadał mu, porykując. Jego aparat mówiący był tak skonstruowany, że nie był w stanie nauczyć się wymówić tych słów, którymi mówił do niego Han Solo, czyli tym językiem galaktycznym, załóżmy. I odpowiada tym porykiwaniem. To był właśnie język Chewbacców, co jest też do odkrycia na Ziemi.
Ostatnio słuchałem znakomitej audycji pewnego szalonego radiowca, który jeździ po Amazonii, jeździ z olbrzymim boomboxem i bada najrozmaitsze małpki, które sobie śmigają gdzieś tam w koronach drzew i puszcza tym małpkom różne dźwięki. Najczęściej nasłuchuje, co też te małpki wygadują, jakim językiem się porozumiewają. Okazuje się, że ten sam dźwięk był przez te małpki emitowany w momencie, kiedy puścił ryk jaguara, a także puścił krzyk orła. Dopiero po jakimś czasie, kiedy dłużej posiedział w puszczy amazońskiej, zorientował się, że tak naprawdę ma do czynienia z dwoma różnymi dźwiękami, że one tylko pozornie dla kogoś z zewnątrz, kto przybywa z obcego środowiska w coś zupełnie nowego, jak dżungla amazońska, ten dźwięk był niemalże identyczny do siebie. Natomiast kiedy pobył trochę dłużej, zaczął odróżniać te niuanse. I być może właśnie na tych samych niuansach polega znalezienie uniwersalnego języka, z którym będzie można się porozumieć z cywilizacją nieziemską.Nie od nas. Jest z tym cała masa kłopotów i problemów. Wracając jeszcze na chwilkę do "Gwiezdnych wojen", tam wykorzystano języki keczua i język Kałmuków, jakieś wysokie ultradźwięki. Tam nawet zrobiono ciekawe założenie, że istnieje lud, który się nazywał Hapanowie, którzy żyli gdzieś na strasznym zadupiu galaktyki. Nikt tam do nich w ogóle nie latał, nic nie mieli, więc nie było po co tam latać.
Jak w końcu ktoś doleciał, to nikt się nie potrafił z nimi dogadać. Nawet C-3PO, który był stworzony do tego, żeby tłumaczyć języki, nie był w stanie ich języka zrozumieć, bo nikt niczego nie stworzył, żadnych podstaw uczenia się tego języka. I oni sami też nie potrafili nikogo zrozumieć. Musimy założyć także to, że takie porozumienie być może w ogóle nie jest możliwe, bo nie ma żadnej wspólnej podstawy do tego. Jeszcze próbując znaleźć wspólny mianownik języków, znalezienia wspólnego języka z obcymi, to też jest przykład z "Gwiezdnych wojen", bo to są droidy i komputery, które z kolei nie mają żadnych problemów, żeby porozumiewać się ze sobą. Być może te droidy i komputery, które my tworzymy, również będą czymś takim, co otworzy nam komunikację z czymś inteligentnym, co ewentualnie napotkamy na swojej drodze. Dziękuję.
[02:22:19] - Oddamy jeszcze głos Arkowi Patarkowi, bo chciał się wypowiedzieć. Arku?
[02:22:26] - Nie, ja już raczej się nie będę wypowiadał. Niech audycja poleci dalej. Ja już, co chciałem powiedzieć, powiedziałem na temat języków. Można by o tym rozmawiać dłużej. Moglibyśmy zrobić pewnie całą debatę o języku i o tym, jak by się mógł tutaj rozwijać, jeżeli chodzi o komunikację z obcymi czy też innymi, ale już sobie odpuśćmy. Lećmy dalej. I tak już debata długo trwa, a jeszcze coś przed nami, prawda?
[02:22:51] - Szczególnie debatę z pewnym czatowiczem.
[02:22:55] - To tak.
[02:22:57] - Effect.
[02:22:58] - Taki smaczek. Właśnie chyba droidy mu podpowiadały, ale takie droidy zaprogramowane przez człowieka, także na razie jeszcze nie ten level, ale lećmy dalej.
[02:23:07] - Oj tak. Przechodzimy zatem do ostatniego pytania z naszej ściśle tajnej listy pytań. Jak będą wyglądać pojazdy obcych cywilizacji? Czy będą to rzeczywiście latające spodki? A może coś bardziej zbliżonego do Sokoła Millenium? Czy niszczyciele kosmiczne będą przypominać Imperial I? A może wszystko pójdzie w inną stronę? Czy z technologią kosmiczną nie jest czasami tak jak z rasami obcych? Nie umiemy sobie jej wyobrazić, więc kreujemy ją w oparciu o znane nam obiekty. Co o tym sądzi Piotr Cielebiaś?
Piotrze?
[02:23:48] - Wydaje mi się, że jest tak, jak powiedziałeś, że wszystko to, co obserwujemy, jest zaskakująco podobne do tego, co już znamy albo co od razu nasuwa się na myśl. Ogólnie jest taki problem, moim zdaniem, z ukazywaniem różnego rodzaju futurystycznych pojazdów, że jest to bardzo przewidywalne. Nawet jeżeli zobaczymy "Star Treka", to one przypominają te czy inne formy, chociażby nawet statków morskich, dlatego że ta inspiracja statkami morskimi jest szczególnie widoczna w "Gwiezdnych wojnach". Natomiast kiedy popatrzymy na "Star Treka", tam mamy też bardzo futurystyczne pojazdy. Przypominają one ziemskie samoloty, rozbudowane i ogromne, ale jednak samoloty, statki powietrzne. Moim zdaniem jest tak, że nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jak będą wyglądały te pojazdy przyszłości, dlatego że nie wiemy, jakie będą wymagania techniczne. To, co widzimy chociażby w "Gwiezdnych wojnach" to strasznie rozbudowane statki. Mnóstwo elementów. Czegoś takiego trudno spodziewać się po rasie, która jest tak zaawansowana i która buduje coś, co ma mnóstwo antenek, mnóstwo kabli i mnóstwo części łatwych do uszkodzenia. Podejrzewam, że im wyższa cywilizacja, tym większy stopień uniformizacji.
Jeżeli ktoś jest w stanie zbudować coś, co lata po kosmosie i osiąga ogromne prędkości, to wydaje mi się, że nie będzie to przypominało niszczyciela z Ziemi, statku. Natomiast będzie czymś, co jest nam sobie trudno wyobrazić w pewnym stopniu. Ten sam problem jest z latającymi spodkami. Forma bardzo prosta, ale czy finalnie tak wyglądałyby obiekty obcej cywilizacji? Czy możemy się spodziewać czegoś bardziej zaawansowanego? Wszakże kosmici mogą dysponować zupełnie inną wyobraźnią przestrzenną i ich inspiracje mogą być różne w świecie, z którego pochodzą. Spodek nie musi być czymś, co
[02:26:51] - Czekajcie panowie, mam tu strasznie dużo komunikatów. Ten spodek nie musi być najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Problem rzeczywiście jest głęboki, szczególnie widać to w przypadku „Gwiezdnych Wojen”. Zaryzykowałbym takie stwierdzenie, że jest to trochę, oczywiście nie dosłownie, ale steampunkowe. Istnieje bardzo duży rozdźwięk między poziomem techniki, jaki obserwujemy, a domniemanym poziomem ich zaawansowania. Czyli to, co widzimy, jest trochę archaiczne, natomiast cały czas mamy przekazywane wiadomości, że to jest bardzo zaawansowana technika. Tak naprawdę wizualnie nie przypomina naszej. Kiedy spojrzymy chociażby na to, jak rozwinęła się konstrukcja samochodów, samolotów, widzimy, że następują bardzo duże kroki i skoki. Moja hipoteza jest taka, że nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jak by to wyglądało. Oczywiście możemy założyć, że pewne konstrukcje będą obowiązywać.
Zapomniałem powiedzieć, kiedy sobie przypomnimy „Star Treka”, to zobaczymy, że tam Klingoni to zupełnie obca rasa o zupełnie innej mentalności, ale budują też pojazdy, które przypominają ziemskie, tylko trochę fikuśne, o ostrych krawędziach. Natomiast zawsze się zastanawiałem, czy obce cywilizacje muszą budować coś, co jest symetryczne. Czy obiekty zaawansowanych cywilizacji mogą być na przykład amorficzne? Bo przecież, jak powiedziałem, oni nie muszą dysponować taką wyobraźnią techniczną jak my. Jest to naprawdę ciekawe. To, o czym mówię, polega na tym, czy obcy mogą zbudować statek kosmiczny w formie jakiejś latającej bryły, zupełnie niekształtnej. Czy zawsze to musi przypominać to, co widzimy na Ziemi? Jest to kolejny z problemów, które dobitnie pokazują, że jeżeli chodzi o coś takiego jak futurologia czy konsekwencja w działaniu, to „Gwiezdne wojny” są daleko w tyle. Tutaj widzę, panowie, że toczy się jakaś dyskusja między wami, Markiem a Chrisem. Proponuję coś takiego.
Jak skończymy odpowiadać na to pytanie, to damy wam małą rundkę do wymiany informacji, bo widzę, że to, co tutaj piszecie, jest bardzo ciekawe. Ale na razie powróćmy do tych nieszczęsnych statków. Marku?
[02:29:54] - Jeśli chodzi o statki, wydaje mi się, że jeśli takie statki obcych się pojawią, to mają szansę nas zaskoczyć. Ponieważ jest to debata ufologiczna, to wróćmy na chwilę do natury UFO. Ilekroć mówi się o tej naturze, często wychodzi taka sprawa, że UFO jest nie do końca materialne. Ono raz jest materialne, raz ma naturę bardzo niematerialną. Myślę, że bardzo podobnie może być z pojazdami. Jeśli to są pojazdy obcych, to tak właśnie jest. Zwrócę tylko uwagę, w swoim czasie była taka książka i film, nazywały się to „K-Pax”. Później miały jeszcze kontynuację. Proszę zwrócić uwagę, że tam obcy, jeśli to byli obcy oczywiście, podróżowali. Nawet tytuł kolejnej części, o ile dobrze pamiętam, to jest „Rejs na promieniu” czy coś takiego.
Może w ogóle to, o czym myślimy, myśląc o podróżach kosmicznych, czyli jakieś krążowniki czy jakieś transportowce, jakieś olbrzymie bryły, bądź też całkiem małe, ale jednak materialne. Może to zupełnie inaczej się będzie odbywało. W ogóle mam wrażenie, że w filmach fantastycznonaukowych bardzo często idziemy w wizyjność. Tak jak w „Gwiezdnych wojnach” idziemy w efekt obrazu. W związku z tym te pojazdy, które tam się pojawiają, czy to Gwiazda Śmierci, czy inne pojazdy bojowe, są po prostu atrakcyjne wizualnie. Podobnie jest w innych filmach. Zresztą świetnie to uchwycił reżyser Mel Brooks, który zrobił film „Kosmiczne jaja”. Proszę sobie przypomnieć, jak się ten film zaczyna. Statek kosmiczny, który się ciągnie i ciągnie, i właściwie się nie kończy. Zresztą bardzo podobnie zaczyna się szereg filmów fantastycznonaukowych, w których gdzieś z dołu ekranu wypełza jakiś kawałek statku, a później przesuwa się przez ekran.
Przesuwa, przesuwa, przesuwa. Człowiek ma wrażenie, że właściwie się nie kończy. Ma w dodatku, tak jak Piotr o tym mówił, masę szczegółów dobrych do zniszczenia, czy w każdym razie do awarii. W razie czego świetnie się to zepsuje. A ja mam wrażenie, że w przyszłości, naszej ziemskiej bądź jeśli to będą istoty z innych planet, te statki zadziwią nas. Nie wiem jeszcze jak. Pewno mógłbym w fantazji się daleko posunąć i wyobrażać sobie najrozmaitsze sposoby, ale myślę, że wszystko to, co produkuje Hollywood, i wszystko to, co produkują pisarze science fictionRóżni, nawet ci najzdolniejsi. Myślę, że zostanie przeskoczony przez to, co się ewentualnie pojawi. Ja teraz nie posilę się, chociaż mnie to kusi, żeby roztaczać jakieś wizje, jak by to mogło wyglądać, ale myślę, że będzie to mniej materialne i mniej masywne niż to widzimy w większości produkcji filmowych czy czytamy w książkach. Dziękuję.
[02:33:24] - To może teraz Arek Paterek. Arku?
[02:33:29] - Te wizje statków to, tak jak tutaj wspomnieliście, są raczej nasze projekcje tego, jak my to sobie wyobrażamy. Na szybko znalazłem film, gdzie przedstawione jest to, jak prawie 100 lat temu ludzie wyobrażali sobie przyszłość i to też wszystko były projekcje tego, co my znamy, co my wiemy. Ja go podrzucę i na czacie i wam panowie na Skypie. Będzie można to później zarzucić, bo to jest taka fajna ciekawostka, którą sobie można obejrzeć później przy okazji. Zobaczyć, ile się sprawdziło, ile rzeczy było takich bliższych tego, co mamy teraz. Ale ja tu jeszcze chciałbym, jeżeli się tak obracamy po tym świecie fantastyki naukowej, to był taki bardzo fajny serial „Battlestar Galactica” i tam była rasa cylonów, czyli roboludzi, robotów, którzy zachowywali się po części jak ludzie. Też były to takie postaci o moralności nie do końca ludzkiej. Były to bardzo niejednoznaczne postaci i one w pewnym momencie zaczęły prowadzić z ludzkością wojny. Też się w przestrzeni kosmicznej jakoś tam poruszały. I co ciekawe, one nie miały statków, tylko one były statkami, bo jako że były częściowo robotami, częściowo ludźmi, to były statkami i wewnątrz miały jakieś swoje organy w tych statkach.
To jest bardzo ciekawe podejście. Wydaje mi się, że warto się pochylić w ogóle nad całym „Battlestar Galactica”, bo tam jest dużo religii i filozofii. Bardzo fajny serial. À propos tych niszczycieli, to wydaje mi się, że gdybyśmy mieli poczekać i mogli poczekać i zobaczyć co to będzie, to byśmy byli bardzo, ale to bardzo zaskoczeni, bo to wszystko, co widzimy, to jest nasza projekcja. Nawet mówimy statek kosmiczny. Statek. Myśmy się poruszali na statkach przez setki lat. Też oczywiście są wizje statków takich à la pirackich, które się poruszają gdzieś tam w kosmosie w fantastyce naukowej czy po prostu w fantastyce. To jest kolejna sprawa, gdzie można się pokusić o jakieś puszczenie wodzy wyobraźni. I naprawdę myślę, że dużo rzeczy fajnych, ciekawych można wymyślić, ale wszystko to, co jest pokazywane w filmach, przynajmniej zdecydowana większość, to jest wszystko oparte na tym, co my znamy.
Chociażby przypadek pana Wolskiego, o którym też niedawno nagrywałem odcinek na „Poznajemy Nieznane”. Polecam przy okazji. On mówił, że obiekt wyglądał jak autobus, bo on to znał. On miał taki punkt odniesienia. Czy rzeczywiście to wyglądało jak autobus? Co on tam widział? Ciężko stwierdzić, ale wszystko to jest właśnie nasza projekcja czegoś w oparciu o to, co my znamy i naszej wyobraźni oczywiście. To tyle ode mnie.
[02:36:36] - To teraz Kris Mekina. Krisie?
[02:36:38] - Dzięki Marku, że o mnie pamiętasz. Choć temat jest bardzo spekulacyjny. Bo co możemy powiedzieć, skoro tych obcych sobie w żaden sposób nie potwierdziliśmy i w podręcznikach też nic o nich nie ma. Możemy jedynie oprzeć się na doświadczeniu tysięcy, jak nie milionów ludzi, którzy mieli jakikolwiek kontakt z UFO i widzieli właśnie tego typu pojazdy. Dlatego będą to spodki, trójkąty, bumerangi, cygara, najrozmaitsze inne. Bryły bardziej lub mniej kształtne, geometryczne. Jeśli chodzi o tego Sokoła Millennium, to jedna ciekawa historia, która przychodzi mi w tej chwili do głowy, to jest znalezisko na dnie Bałtyku, które któregoś dnia znaleźli szwedzcy płetwonurkowie, poszukiwacze skarbów na dnie Morza Bałtyckiego, bo Bałtyk jest jednym z najlepszych miejsc, gdzie można znaleźć jakikolwiek skarb. Oni zrobili majątek, kiedy znaleźli na statku ładunek szampana, który w doskonałych warunkach przeleżakował ponad 100 lat i sprzedali go za grube pieniądze. Natrafili na jakiś dziwny kształt. Oczywiście posługują się współczesną technologią, radarem, sonarem, elektroniką.
Znaleziono obiekt i okazało się, że ten obiekt, jeśli popatrzeć na jego kształt, bardzo przypomina Sokoła Millennium. Oczywiście wszyscy troszeczkę się na początku pośmiali. Warunki na Bałtyku niestety są trudne do nurkowania. Raz, że morze jest bardzo zimne, dwa, że jest mało przezroczyste. I okazuje się, że jest tylko jeden taki moment w roku, gdzie w tym miejscu, gdzie znaleziono ten dziwny obiekt pod wodą, można zanurkować i ma się gwarancję, że metr, góra dwa widoczności są zapewnione i można będzie coś dojrzeć. Oni chcieli tam podpłynąć, sfilmować ten obiekt. Robili to wielokrotnie i ciekawą anomalią, jaka występowała niemalże każdym razem, to kiedy zbliżali się do tego obiektu, ich kamery, kilka, a mieli ich kilka, używali ich kilka i urządzenia elektroniczne po prostu wariowały, wyłączały się bądź wpadały w jakieś zakłócenia, co pokazuje, że obiekt jest rzeczywiście bardzo dziwnej natury.Oczywiście tutaj fantazja aż krzyczy, żeby powiedzieć: tak, to był zestrzelony Millennium Falcon, który spadł na dno Bałtyku i leży tam sobie. Pobrano z niego mnóstwo próbek, jakieś kamienie, jakieś historie. Okazało się, że ten obiekt był traktowany kiedyś, w czasach kultu. Składano tam ofiary, palono na tym wszystkim ognie, co przy okazji potwierdza to, że czapa lodowcowa wcale nie była taka szczelna na półkuli północnej i że miała swoje dziury jak ser szwajcarski, gdzie przez setki, jak nie tysiące lat mogli funkcjonować ludzie.
Między innymi właśnie w rejonie Finlandii i Zatoki Botnickiej lodu, jak się okazuje, nie było. Było tylko dno Bałtyku, bo woda została zabrana przez lód, wciągnięta w ten lód i właśnie na tej powierzchni stał ten dziwaczny obiekt. Nigdy nikt się nie zainteresował, jakiś większy inwestor czy instytut naukowy, czy jakikolwiek rząd tym, żeby spróbować poważnie podejść do tematu, spróbować to podnieść, dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Ci Szwedzi, którzy to odkryli, za każdym razem, kiedy jest odpowiednia pora, płyną tam raz do roku i robią więcej filmów. Niestety nie posuwa to naszej wiedzy na temat tego obiektu do przodu. Ale ciekawostką jest to, że obiekt jest dziwny, jest anomalny, ma jakieś dziwne pole elektromagnetyczne i ma kształt, który przypomina Sokoła Millennium z „Gwiezdnych wojen”, wręcz do złudzenia. Jeśli chodzi o inne tego typu historie i obiekty, to takim słynnym statkiem kosmicznym oczywiście jest statek ze „Star Trek”, który ma coś absolutnie niezwykłego, bo potrafi osiągać prędkość warp, czyli pokonywać prędkość światła i przemieszczać się błyskawicznie z jednej strony wszechświata na drugą, gdzie tylko chce. Przez długi czas traktowane było to jako fantazja, dopóki zupełnie niedawno, rok temu w NASA, podczas badań nad silnikiem elektromagnetycznym, niechcący okazało się, że stwierdzono, że takie pole warp rzeczywiście istnieje i obserwowano w nim właśnie promień lasera, który podróżował szybciej niż światło. Także tutaj ta podręcznikowa wiedza, jaką serwuje nam na przykład Einstein i tak dalej, że prędkość światła to jest tak jak metr z Sevres, że nic nie jest w stanie być szybsze i dlatego mamy ograniczenia, żeby poruszać się po wszechświecie, bo nigdzie nie dolecimy tam, gdzie byśmy chcieli, bo zabraknie nam na to czasu, okazuje się być nie tak do końca prawdziwe. Okazuje się, że warp nie jest wcale legendą, istnieje i jest możliwy.
I statki takie jak Enterprise któregoś dnia być może zawitają tu do nas albo my zbudujemy coś takiego i my zawitamy, pokażemy się nad jakimiś innymi planetami w odległych zakątkach galaktyki. Cała reszta to już są tylko wodze fantazji. Natomiast te wodze fantazji, jak daleko by je nie posunąć, co jakiś czas okazuje się, że są bardziej zbliżone do rzeczywistości, niż by to się wydawało. Co jakiś czas coś się naprawdę potwierdza. Nauka dokonuje jakiegoś kolejnego kroku, kolejnego odkrycia. Tworzy kompletnie niekonwencjonalne historie, które umożliwiają coś, co wcześniej było niemożliwe, tak jak na przykład teleportacja również ze „Star Treka”. Wydawało się, że jest tylko możliwa w fantazji, w książkach science fiction. Teraz okazuje się, że można póki co teleportować jakiegoś fotona z jednego miejsca na drugie. Ale to już jest coś. Okazuje się, że całe zjawisko jest realne i istnieje, i teraz tylko potrzeba czasu, energii i pomysłów, aby je rozwinąć i próbować je polepszać po to, żeby móc teleportować więcej, a być może samemu teleportować się z planety na planetę i wtedy żadne kosmiczne tramwaje nie będą potrzebne, tylko będzie można wejść sobie do budki i wylądować w budce na Księżycu.
Dziękuję bardzo.
[02:43:26] - Wrócił do nas Piotr Cielebiaś. Piotrze, czy się słyszymy?
[02:43:30] - Tak, jestem. Wszyscy się już wypowiadali, panowie?
[02:43:34] - Zostało jeszcze to pytanie oznaczone numerem cztery. Nie wiem, czy będzie jeszcze.
[02:43:40] - Myślę, że możemy sobie darować. Natomiast panowie jeszcze nie skończyli pewnej wymiany poglądów między sobą. Widzę, że ją kontynuowali na... Teraz jedzie coś koło mnie. Będzie słychać syreny.
[02:43:56] - To rząd światowy chce cię zagłuszyć.
[02:43:59] - Nie, to po ciebie jadą.
[02:44:02] - Nie będę się opierał. Tak mi się spać chce. Mogą mnie brać całego, rozumiesz? Ale chyba się coś stało, bo dość mocno ich słychać. Tak, tutaj pojawiła się wymiana informacji. Panowie, jeżeli chcecie, to możecie dokończyć tutaj dyskusję. Z chęcią posłuchamy wymiany waszych argumentów. Nie wiem, o co się toczyła ta dyskusja, bo nie zdążyłem się zapoznać do końca, ale widziałem, że była dość zażarta. Także kilka rund, Chris z Markiem. Nie wiem, kto zacznie.
Marku, kto zacznie?
[02:44:44] - Ring wolny.
[02:44:46] - Chyba że rzucamy monetą.
[02:44:49] - To może Marek.
[02:44:51] - Ja nawiążę do tego. To jest różnica filozofii, które prezentujemy z Chrisem. Chris kwestionuje, jeżeli cokolwiek źle odczytałem, to proszę mnie na bieżąco poprawiać. Chris mówi o wiedzy, którą mamy na co dzień, że ona jest zafałszowywana czy fałszowana. Może to lepiej. Jest fałszowana.
[02:45:19] - Nigdy nie powiedziałem tego słowa. Objection, Your Honor. Może ja przedstawię problem naszego konfliktu. Poszło oczywiście od tego nieszczęsnego Faetona. Tutaj oczywiście mieliśmy z Markiem dwie różne koncepcje. Mieliśmy kwestię o źródła i tak dalej i Marek odpowiedział, że opiera się na podręcznikach astronomii, w związku z czym to jego zdanie, które wyraża, uważa, że jest poparte wnioskami naukowymi i jest obecnie obowiązującym na obecnym etapie wiedzy, obowiązującą interpretacją tego zjawiska, pasa asteroidów i ewentualnego istnienia planety. Czy tak, Marku, czy dobrze to powiedziałem?
[02:46:09] - Tak. Natomiast odpowiedziałeś mi na to, mówiłeś o przymusowości wiedzy.
[02:46:17] - Ja mówiłem o tym, że wiedza podręcznikowa, czy to są podręczniki astronomii, czy jakiekolwiek inne podręczniki, dałem tu przykład podręcznika do historii, jest uzupełniana z ogromnymi oporami. Dałem taki przykład, że w podręcznikach do historii nadal nie ma słowa o Göbekli Tepe. Cały czas uważa się, że cywilizacja ludzka powstała 3500 lat p.n.e., że 1500 lat wcześniej wymyślono, jak uprawiać ziemię, a tymczasem odkrycia w Göbekli Tepe, które są potwierdzone naukowo w 100%, pokazują, że nasza cywilizacja w takiej formie jak w Göbekli Tepe, czyli o niezwykłym wyrafinowaniu, powstała daleko wcześniej. Powstała być może 10-12 tysięcy lat p.n.e., co absolutnie przesuwa naszą historię wstecz.
[02:47:11] - Chris, mogę się wtrącić?
[02:47:12] - Tak.
[02:47:13] - Bo to jest ciekawe, co mówisz. Przypomniały mi się takie-
[02:47:18] - Jednym zdaniem tylko dokończę. I to dałem jako przykład tego, że podręczniki póki co to ignorują. Póki co oficjalnie naukowo coś takiego jak Göbekli Tepe ciągle nie istnieje. Nie ma go w ogóle w świadomości, podobnie jak z wieloma innymi elementami. Ponieważ bardzo trudno się dyskutuje na Skype, na dodatek ten mój Skype upiornie i uparcie zmienia mi polskie słówka na angielskie, co czasami ma komiczny efekt i okropnie mnie to irytuje. Nie pomaga w takiej dyskusji niestety. Mój wniosek był taki, że ja osobiście uważam naukę, szczególnie tą podręcznikową, że porównuję ją troszeczkę do religii, ponieważ religia zawsze służyła kontroli ludzkości i wiedza jest w stanie dać nam w jakiś sposób wolność, w związku z czym ona również musi być kontrolowana. Jeśli porównać na przykład Kościół i akademię, to praktycznie te struktury są zbudowane identycznie, mają swoje katedry, biskupstwa i tak dalej. Katedry w sensie dosłownym. Nawet ci wszyscy profesorowie w galowych ubiorach jak księża wyglądają w swoich kwadratowych, tekturowych czapkach.
Wiedza jest w jakiś sposób kontrolowana. Nie wysnuwam tu żadnej teorii konspiracji. Jest to absolutnie praktyczna potrzeba rządzących tym światem do tego, żeby kontrolować, w jaki sposób ta wiedza przepływa, kto co mówi, w jaki sposób w coś wierzy i tak dalej. Może większość tak uważa, że to, że jest obowiązkowa edukacja, to jest to taki wspaniały gest i wspaniały wytwór naszej cywilizacji. Według mnie jest to raczej potrzeba zabezpieczenia tego, żeby wiedza w właściwy sposób była zaprezentowana tym młodym ludziom, żeby już w jakiś sposób ociosać ich troszeczkę do tego, żeby mogli funkcjonować w paradygmacie, który jest z odkrycia. Jakiekolwiek są dokonywane w świecie, mają straszliwe problemy, żeby przedrzeć się do tych podręczników. Uczymy się rzeczy, które powiedziano w latach 20., 30., 50. Uczą się te dzieciaki biedne w tych szkołach. Natomiast od tego czasu świat się zmienił, dokonano szeregu odkryć i podręczniki na to nie reagują. Czy to są szkolne, czy nawet z tych wysokich uniwersytetów.
Dlatego ciągle mówimy tutaj, ten program jest czymś właśnie takim, że mówimy ciągle często o czymś, co kontestuje obecny stan wiedzy, co mówi nazwiskami, faktami, że coś gdzieś się wydarzyło, czego nigdzie nie spotkamy, w żadnej mainstreamowej książce, w żadnym mainstreamowym podręczniku, w żadnej Wikipedii. Zresztą większość tego typu zjawisk w Wikipedii jest natychmiast podpisywana pod jednym mianownikiem jako pseudonauka, mimo że ma ona naprawdę pewne podstawy do tego, żeby w taki sposób funkcjonować. I kiedy okazuje się, że w taki sposób funkcjonuje, nadal nic nie jest zmieniane. Dlatego stąd mój ten opór, że to, że coś jest w podręczniku do astronomii, to niekoniecznie oznacza to, że we właściwy sposób opisuje on fakty. On opisuje tylko stan, jaki ci, którzy napisali ten podręcznik, chcą, abyśmy zaakceptowali. Natomiast ten program, uważam, jest przede wszystkim skonstruowany do tego, żeby te horyzonty w jakiś sposób też troszkę poszerzyć i móc pozwolić sobie na to, żeby opowiedzieć więcej i szerzej, przedstawić nawet ryzykowne koncepcje.I koncepcje, których w tych podręcznikach nigdy się nie znajdzie. A one jednak istnieją. I to są właśnie nazwiska, fakty, profesorzy, uniwersytety, doświadczenia, które dokonano, a również obliczenia. To wszystko ma gdzieś swoje odnośniki. To nie jest tak, że jest to wymyślone gdzieś tam z głowy i napisane palcem na piasku.
Także tu jest ten problem mojego sporu z Markiem, że nie akceptuję, ponieważ uważam, że jest to teoria konspiracji i wiedza jest zafałszowywana. Nie, uważam, że wiedza jest narzędziem kontroli, tak samo jak wiele innych elementów.
[02:51:29] - Poczekajcie panowie.
[02:51:32] - A mogę jeszcze?
[02:51:35] - Powiem coś, żeby nie zgubić wątku. Mogę, Marku? Przygotuj swoją wypowiedź, bo chciałem się odnieść do tego, o czym mówił Chris. Dosłownie sekundka w kwestii podręczników. Ja jestem z wykształcenia historykiem nauczycielem. Nie pracuję w zawodzie, chociaż tam się trochę otarłem o to i dobrze wiem, jak to wygląda. Problem jest dość skomplikowany, dlatego że podręczniki, ja bym się kłócił, czy one nie ujmują tej historii, dlatego że ja widziałem mnóstwo tych podręczników i w niektórych były wzmianki. Może nie pamiętam wzmianki o Göbekli Tepe, ale pamiętam wzmianki chociażby w moim podręczniku do liceum o Çatal Hüyük na przykład. Pamiętam bardzo ciekawe wzmianki o starożytności w podręczniku, tylko nie pamiętam autorów tego podręcznika oczywiście, bo ta wiedza niepotrzebna, z którym miałem do czynienia w podstawówce. Nie ja, tylko w czasie lekkiego otarcia się o to, o pracę w szkole.
Także tak to wyglądało. Problem nie leży w podręcznikach, bo podręczniki są tak skonstruowane, cały system nauki jest tak skonstruowany, że tak jak powiedział Chris, w polskiej szkole przynajmniej w historii to się robi tak, że nauczano trzy razy tego samego w sumie do pewnego okresu. W podstawówce przerabiano troszeczkę materiału, potem w gimnazjum przerabiano trochę materiału i w liceum przerabiano znowu ten sam materiał, tylko za każdym razem szerzej. I miało to utrwalić w człowieku pewne poczucie ciągłości dziejów. W rzeczywistości było odwrotnie do tego, że tego materiału było mnóstwo i człowiek nie jest w stanie pojąć wszystkiego. Ja mogę powiedzieć, że większość problemu nie leży w podręcznikach, tylko w nauczycielach, bo ja spotkałem ich bardzo dużo jako uczeń, jako student i potem w czasie praktyk i potem w czasie krótkiej działalności pedagogicznej. Przepraszam, chciałem powiedzieć brzydkie słowo, ale mi się wyrwało. Problem leży w nauczycielach historii. Mówię o historii, dlatego że ci, których spotkałem, to szczerze mówiąc ci, których spotkałem ja, bo ja studiowałem historię i miałem wspaniałych profesorów o otwartym umyśle, szczególnie kilku ludzi, których moglibyśmy zaprosić tutaj na debatę i oni by nam powiedzieli swój punkt widzenia bez żadnego oporu i byłby to punkt widzenia alternatywny. Spotkałem tam na tej historii AJD w Częstochowie ludzi, którzy otwarcie mówili, profesorów od historii starożytnej, którzy mówili: „No wiecie, tak było oficjalnie, a jak było nieoficjalnie nie wiemy i nigdy się nie dowiemy”.
Natomiast problem zawsze był z problemem, z którym się spotykałem. To był problem na niższych szczeblach, bo to byli ludzie, zwykle nauczyciele. To byli ludzie nie zawsze z powołania. Chyba się nie obrażą, jak powiem, że spotkałem kilku debili po prostu. Do takiego stopnia, że raz miałem gdzieś praktyki i kazali mi zrobić lekcję pokazową. Przyszedł dyrektor jeden gimnazjum i akurat miałem lekcję o buddyzmie i hinduizmie. To było dosłownie tam w podręczniku to była kolumienka tekstu i tyle. Ja miałem zrobić z tego 45 minut. To zacząłem nawijać, gadać i skończyłem. On tak siedzi, jak purchawa, chociaż nie był to młody człowiek, to był po prostu historyk, tylko że to był gość, który miał specjalizację, był wuefistą i sobie zrobił specjalizację z historii.
I on mówi tak: „Pan to źle zrobił. Za dużo informacji tu było”. A po prostu ten kłąk nie miał pojęcia, o czym ja mówiłem. Dlatego, że to były informacje, które wykraczały w ogóle poza jego horyzont umysłu. Kiedy mówiłem o Ganeśi, kiedy ja mówiłem o hinduizmie, o tych jego dziwnych zasadach, to on mi powiedział, że to było złe, bo pan coś za dużo powiedział. To co ja miałem powiedzieć? Miałem katechetkę załatwić, żeby powiedziała, że hinduizm to zło? Z jakimi ja się patologiami spotkałem. Czasami to po prostu aż się marszczyły różne części ciała. Także problem leży w nauczycielach, bo jeżeli ktoś ma pasję, który jest historykiem z pasją, to potrafi to przedstawić w taki sposób, że rozpali w tych uczniach taką chęć dalszego poszukiwania.
Natomiast nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nawet jak masz nauczyciela kłąka, który się wyuczył, który jest jakimś wuefistą i się wyuczył historii, to zawsze masz niedosyt i zawsze chcesz poszukiwać. I to też daje kopa. Ja miałem taki przykład w liceum, że facet, który był historykiem, ja nie wiem, jakim cudem on był tym historykiem. On chyba sobie kupił, nie wiem gdzieśTen dyplom. Facet absolutnie nie miał pojęcia. Politologię jeszcze studiowałem i spotkałem tam gościa, który był wojskowym i zrobił dyplom z historii w wojsku. Był profesorem z Wrocławia. Natomiast to był człowiek, który był tak niewyobrażalnie głupi, że to aż raziło w oczy. Sami studenci potrafili wywytykać najprostsze błędy.
Także sytuacja jest naprawdę zła i nie możemy oskarżać o to na przykład autorów podręczników, dlatego, że wina leży w różnych miejscach, ale też problemem są ludzie. Spotkałem zarówno tych bardzo dobrych, wspaniałych ludzi o otwartym umyśle, ale spotkałem też totalnych idiotów, którzy swój tytuł mieli tylko dlatego, że mieli po prostu plecy na przykład. Natomiast ma to też swoje drugie dno. Dlatego, że jak teraz przeglądam na przykład blogi różnego rodzaju, strony internetowe, teraz jest taki trend, żeby w blogosferze mówić o Słowianach. Przeglądam te blogi. Po prostu się nóż w kieszeni otwiera. Ludzie kupują wszystko, co im się napisze. To jest straszne. I kiedy widzę na przykład, że jakiś tam gość sobie pisze w necie o Wedach słowiańsko-hinduskich i jakichś podobnych bzdurach. Tego nie było, ale nie będziesz się z nim kłócił, bo on wie więcej.
On wie więcej. On powie, że ty fałszujesz historię. A kiedy mu powiesz, żeby znalazł to w źródłach, to się tam powoła na nie wiadomo co. Historia to jest naprawdę bardzo zawiły przedmiot i podczas gdy możemy wiele zarzucić akademii, nie możemy powiedzieć, że ona jest ostoją jakiegoś zacofania, dlatego że czasami potrzebne jest oddzielenie prawdy od fałszu, bo kiedy się tego nie zrobi, to się dzieje to, co się robi teraz z tak zwaną zakazaną historią Słowian. Ja się spotykam na przykład z ludźmi, którzy twierdzą, na przykład Janusz Bieszk, człowiek zagadka, który napisał ostatnio książkę pod tytułem „Słowiańscy królowie Lechi”. Nie wiem, skąd jest ten człowiek i czy się dobrze czuje. Natomiast to jest dezinformacja, to jest krzywdzenie ludzi. Dlatego, że ja się dobrze orientuję w temacie, nawet bardzo dobrze i mnie się włosy jeżą na głowie, kiedy to widzę. Także nie możemy mówić, że tylko Akademia wprowadza w błąd. Trzeba być czujnym i otwartym jednocześnie i pamiętać o tym, że coś takiego jak nauka w zasadzie nie istnieje.
To jest granica między fałszem a prawdą, między hipotezą akceptowaną wczoraj a dzisiaj jest czasem bardzo płynna. Czasem jedno zdarzenie historyczne może mieć 10 wersji akceptowalnych i ludzie o tym nie wiedzą. Także nie jest to tak jednoznaczne moim zdaniem, bo przedstawiłem tutaj kilka przykładów, że na różnych polach dochodzi do nadużyć, ale dochodzi też do nadużyć tam, gdzie chce się popuścić zbytnio wodze fantazji, gdzie się chce być za bardzo alternatywnym. Także to było takich kilka historii z mojego życia, ale myślę, że poznałem to pole na tyle dobrze, żeby znaleźć ten złoty środek i wszystkim to polecam, żeby nie ekscytować się za bardzo ani jedną, ani drugą opcją. I Chris tutaj dobrze podkreślił, że nie ma się co oddalać za bardzo w jedną stronę. Trzeba też mieć na uwadze drugą. I dobrze jest myśleć samodzielnie przede wszystkim. I nie kupować tego wszystkiego, co ci sprzedają nawet w złotym papierku, gdyż w środku może się kryć, jeżeli jesteśmy przy takich tematach górniczych dzisiaj, to powiem, że w środku może być cukierek kopalniok. Może kojarzycie. Osobiście ich bardzo nie lubiłem.
Także to taka moja krótka opowieść z życia wzięta. Przekazuję głos Markowi. Przepraszam, jeżeli zanudziłem.
[03:01:52] - Ja powiem tylko o tym, że to porównanie historii i fizyki i astronomii nie do końca mnie przekonuje, bo w ogóle nauka, szczególnie w Polsce, ale z tego, co czytałem, nie tylko w Polsce, ma taką hierarchię, mówię o naukowcach, trochę przypominającą system feudalny i to nie sprzyja rzeczywiście wolności badań, wolności naukowców. Jeśli chodzi natomiast o historię, to powiem tak, że badanie historii, badanie tych odmętów historycznych jest trudne, bo nie jest pod tak ścisłą kontrolą. Natomiast jeśli chodzi o fizykę i astronomię, to jest to nieustannie weryfikowane i nieustannie kontrolowane. Jedni naukowcy patrzą na ręce drugim. Przypomnę, że nasz spór z Chrisem dotyczył masy pasa planetoid. Ja ją podałem później w naszej rozmowie, tę, którą wyciągnąłem ze swoich notatek.To rzeczywiście jest stan wiedzy na dzisiaj i być może to się jutro zmieni. Natomiast ja wychodzę z założenia, że nie można kwestionować wszystkiego tylko dlatego, że pochodzi z oficjalnej nauki. Ta liczba, którą tutaj z Chrisem się przerzucałem przez Skype'a, jest powtarzana wielokrotnie, ale to nie znaczy, że jest powtarzana, jeden od drugiego odpisywana, tylko była weryfikowana ileś tam razy, mniej lub bardziej się na tę masę zgodzono. Być może ona się zmieni, natomiast podchodzenie do tego w taki sposób, że na pewno jest inaczej, nie wiem, dlaczego miałbym to robić na przykład. I tu moje pytanie do Chrisa ewentualnie.
[03:03:56] - Nie mam problemów z wagą pasa asteroidów, ale myśmy nie dyskutowali na temat pasa asteroidów. Myśmy dyskutowali na temat brakującej planety w Układzie Słonecznym, ewentualnie brakującej planety w Układzie Słonecznym. I jeżeli spróbować złożyć coś z tego pasa asteroidów, to oczywiście wyjdzie nam coś tak małego, że niewartego wręcz nawet uwagi. Ale to nie oznacza, że ta planeta, która ewentualnie tam istniała i została zniszczona, rozwalona na strzępy, to wszystkie jej kawałeczki zostały skompletowane w pasie asteroidów. A tak to przedstawia ten podręcznik astronomii, na który się powołujesz, że wszystkie te kawałeczki co do jednego, one sobie krążą.
[03:04:39] - Nie, tego nie przedstawia. Tak tego nie przedstawia.
[03:04:41] - Sam powiedziałeś, że tej planety nie było, bo nie mogła być, bo jest śmiesznie mała.
[03:04:45] - Nie, ja powiedziałem tylko tyle, że dzisiaj gdyby ją złożyć, to miałaby taką masę. Natomiast mówi się też o tym i nie twierdzę kategorycznie, że jej nie ma. Ja powiem tak, wyraziłem swoje zdanie, że nie bardzo wierzę, ponieważ istnieje przynajmniej kilka innych, moim zdaniem równie prawdopodobnych teorii na powstanie pasa planetoid. Nie przytoczę ich dzisiaj w audycji, bo ich po prostu nie pamiętam, ale wiem, że są i mogę je do przyszłej audycji ewentualnie przemycić. Natomiast chodzi mi po prostu o to, że ta historia z Faetonem była w swoim czasie niezwykle popularna. Dzisiaj już taka popularna nie jest, ponieważ pojawiły się inne, dosyć prawdopodobne wyjaśnienia. To, że one są dosyć prawdopodobne, specjalnie to podkreślam, to wcale nie oznacza jeszcze, dla mnie przynajmniej, że tak na pewno było. Natomiast również nie oznacza, że ta planeta Faeton istniała, że to jest pewnik. Tu w ogóle poruszamy się po takim obszarze wszyscy w ramach debat ufologicznych, że trudno mówić o jakichkolwiek pewnikach. Natomiast ja tylko przedstawiłem sytuację, że ta historia z Faetonem była dosyć popularna ileś tam lat temu.
Dzisiaj trochę przygasła. Wcale się nie zdziwię, jeśli się pojawią nowe fakty, jeśli ona wróci. Ale to tylko tyle, jeśli chodzi o kwestie sporu.
[03:06:12] - Oczywiście w sytuacji nawet naszego Układu Słonecznego mamy ciągle do czynienia z kontrowersjami. Zobaczmy, co się dzieje. Co się na przykład wydarzyło z Plutonem. Został zdegradowany z plutonowego na jakiś podrzędny stopień.
[03:06:25] - Tak, ale to już bardziej właśnie ta feudalna struktura naukowców. Oni sobie po prostu doszli do wniosku, że im nie pasuje i w związku z tym zdegradowali tę bogu ducha winną planetę, zrobili z niej planetę karłowatą. Ale to już bardziej odzwierciedla stan umysłów niektórych naukowców, którzy poza tym, że są być może wybitnymi umysłami w swoich dziedzinach, to są też tylko ludźmi i czasami muszą postawić na swoim. I tu zdaje się z czymś takim mieliśmy do czynienia, że ktoś musiał postawić na swoim. Niestety.
[03:06:59] - Teraz mamy następne doniesienia o tym, że gdzieś jest jeszcze jedna planeta w Układzie Słonecznym.
[03:07:05] - Zgadza się.
[03:07:06] - Do tego dochodzą kontrowersje, które wracają w różnych formach, od tych najbardziej radykalnych, legendarnych, mitologicznych po naukowe, o istnieniu tej słynnej planety X, która ma gigantyczną orbitę i krąży wokół dwóch gwiazd. Jedna jest gdzieś daleko w galaktyce i jej ruch może trwać 36 000 lat, jeden obrót, na przykład orbitalny, ale co jakiś czas pojawia się ona w naszym Układzie Słonecznym i sieje strach i pożogę. I ślady tej planety X od czasu do czasu są wyczuwalne. I też istnieje na to szereg dowodów, ponieważ istnieją tak zwane różne ciągi grawitacyjne, różne drgnienia, zakrzywienia właśnie w ruchu, w tym zwłaszcza w Chmurze Oorta, która otacza dokładnie, otula cały nasz Układ Słoneczny. I tak dalej. Nie znamy natury na przykład powstania takiej planety jak Wenus. Skąd się ona wzięła? Wygląda na to, że to jest zupełnie nowa planeta. Na dodatek kręci się w przeciwną stronę niż ta cała reszta. Także istnieje wiele zagadkowych historii, które są związane z naszym Układem Słonecznym i dlatego, chociażby z tego tytułu, i zajmują się tymi problemami naukowcy, twardzi astronomowie pracujący często w słynnych instytutach naukowych.
I wiedza ta jest płynna, i dlatego w tym momencie opieranie się na tym, co powiedział podręcznik, wydaje mi się zbyt mało, ponieważ w tej dziedzinie dzieje się absolutnie niesamowicie dużo, niemalże każdego dnia. Staram się to obserwować na bieżąco, dlatego mówię takie herezje na przykład o tym, że okazuje się, że ktoś przekroczył prędkość światła. I to gdzie? W NASA. Czy jest to w podręcznikach? Nie. I długo jeszcze nie będzie. Prędkość światła będzie wyznacznikiem absolutnym prędkości, której nie da się przekroczyć, maksymalnej prędkości, jaką można osiągnąć we wszechświecie. Spójrzmy dalej w różne inne pseudonauko-Alchemicy wierzyli, że są w stanie zamienić ołów w złoto poprzez transmutację. Transmutacja to była taka magia i ci ludzie to oczywiście kłamcy, nic takiego nie mogło być, nauka zaprzecza i w ogóle nawet nie ma o czym mówić.
Spójrzmy zresztą w Wikipedię. Tymczasem okazuje się, że transmutacja jest absolutnie legalnym procesem w fizyce i dziś można absolutnie wykonywać złoto i wykonuje się je doświadczalnie. Istnieje maszyna, która produkuje czyste, żywe złoto niemalże ze śmieci. Ten proces transmutacji, jak się okazuje, działa. Da się go jednak zrobić. Czy jest o tym w podręcznikach? Nie ma o tym w podręcznikach. Czy jest to kontrowersyjne? W zasadzie nie, ponieważ jest to stworzone przez mainstreamowe instytuty naukowe. Nie przez jakichś naukowców, którzy pracują gdzieś w okopach, w piwnicach czy gdzieś jeszcze indziej, czy na przykład u Kałmuków gdzieś na Uralu i nikt nie może do nich dotrzeć, ale tam oni piszą i wysyłają listami swoje różne szalone teorie.
Nie. W tego typu doświadczenia są wpompowane miliardy dolarów i one mają do czegoś te miliardy dolarów doprowadzić. One zmieniają naszą naukę, nasze pojęcie tego, jak wygląda nasz świat dookoła. Zmieniają fizykę przede wszystkim i zmieniają ją w tempie zawrotnym. Dlatego uważam, że w wielu przypadkach zasadne jest kwestionowanie właśnie tej podręcznikowej wiedzy, podręcznikowych definicji tego, z czym mamy dookoła do czynienia. Zwłaszcza że uważam, że nasz program jest taki cutting edge. Ma o tych rzeczach właśnie mówić. Ma o tym przypominać, że coś się gdzieś wydarzyło, że ktoś gdzieś czegoś dokonał, coś odkrył, stworzył coś, co zaprzeczyło standardom naszej wiedzy, co jest w stanie zburzyć nawet podstawy danej dziedziny wiedzy i będziemy musieli ją budować od nowa. I bardzo dobrze. Być może bardzo dobrze, bo coś okazuje się, że nie działa.
Tak jak prawa Newtona nie działają w przestrzeni kosmicznej, czyli nie są uniwersalne, jak myślano dla całego wszechświata. I tak dalej. Tego typu historii kolekcjonuję niemalże codziennie przynajmniej jedną, a co przynajmniej raz w tygodniu jest jedna absolutnie bulwersująca, która jest potwierdzona naukowo. Jak choćby ta o tym, że Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych ogłosiła, że właśnie jest w tej chwili testowany okręt, który za paliwo używa wody. Wody! Czyli on sam pływa w paliwie. Czyż to nie jest coś niezwykłego? A jednocześnie ta sama nauka i dlaczego w taki sposób nerwowy reaguję na tych kontrolerów naszej wiedzy? Bo spójrzmy na przykład na nasz stały problem od zarania ludzkości, od czasów jaskiń, czyli energii. Co się dzieje?
Nagle mamy na początku XX wieku do czynienia z takim geniuszem jak Tesla. Tesla ma niesamowite pomysły i na dodatek potwierdza je, że one działają i jego życie zostaje przewrócone do góry nogami, zrujnowane, papiery gdzieś giną, wiedza gdzieś ginie i nikt do niej nie wraca. Jego pomysły były w stanie rozwiązać wszelkie problemy energetyczne Ziemi. Dziś jest to już właściwie człowiek postawiony na boczny tor. Nie jest to bynajmniej męczennik. Ja sam do końca nie jestem pewien, czy gdyby Tesli pozwolić to realizować, czy nie wynikłoby z tego jakieś nieszczęście, bo takie energetyczne zabawy się mogą bardzo źle skończyć. Ale taki potencjał istnieje. Natomiast nauka jakby tego nie próbowała nawet ani zrozumieć, ani zaakceptować. Co jakiś czas pojawia się człowiek, który w jakiś sposób jest w stanie powtórzyć te doświadczenia Tesli i też on ginie. Nie oznacza to, że zostaje on zastrzelony czy w tajemniczy sposób porwany, tylko po prostu nikt nie chce go słuchać, nikt nie chce zainwestować pieniędzy w jego wynalazek, nikt nie chce tego dalej rozwijać.
Czyli jest jakby w pewnym sensie kontrola tego, co się dzieje dookoła i dlatego ciągle pompujemy tą bezsensowną benzynę do naszych baków i ciągle musimy spalać mnóstwo energii, żeby zrobić parę kilometrów. To wszystko wynika właśnie z tych kanonów nauki. Tak jak kanony wiedzy, tak jak kanony kanoników, kanony Kościoła to praktycznie jest jedno i to samo. Służy pewnej kontroli i dlatego mam taki krytycyzm do tego i wcale nie chcę tego zwalczać bynajmniej, tylko chcę zwrócić uwagę, że właśnie przynajmniej w programie takim jak ten myślę, że mamy prawo do tego, aby móc kontestować to, w jaki sposób funkcjonuje obecna wiedza i pokazać, że są jeszcze inne rozwiązania, wskazać je na rozmaitych przykładach. Im lepszy, tym oczywiście lepiej dla całej sprawy. Dzięki.
[03:14:01] - Może teraz oddamy głos dla odmiany Arkowi Paterkowi. Arku, co sądzisz o tym konflikcie, który się rozegrał przed chwilą na naszej antenie?
[03:14:14] - Nie jest konflikt. My tutaj rozmawiamy i mamy różne sposoby patrzenia na niektóre rzeczy i po prostu to była wymiana argumentów i wymiana zdań. Koledzy na pewno sobie do gardła by nie skoczyli. Tak że nie demonizujmy, że tu jakiś konflikt był.
[03:14:36] - Może źle to trochę ująłem. Wybaczcie, aż troszkę śpiący dzisiaj jestem.
[03:14:40] - Właśnie, dziś chyba już jest wpół do dwunastej za chwilę, tak że czas kończyć pomału. Ja tak dostałem głos na sam koniec, to ja tylko może odniosę się do tego, co Chris na sam koniec powiedział, że czasami warto jest kwestionować i pytać. Wracając do tematu naszej dzisiejszej debaty, drodzy słuchacze i koledzy, do was tego nie muszę mówić, bo wiem, że wy to i tak robicie.
[03:15:09] - Brateranki
[03:15:10] - I koleżanki, ale mówię, jesteśmy w męskim gronie na naszym Skypiku. Chodzi o to, że za każdym razem, kiedy oglądacie jakikolwiek film fantasy science fiction, w którym widzicie coś takiego jak w „Gwiezdnych wojnach”, to kwestionujcie, tak jak my to dzisiaj robiliśmy. Pytajcie: a co by było, gdyby to? A dlaczego to jest tak? A dlaczego to nie jest inaczej? A dlaczego oni rozmawiają po angielsku? I tego typu rzeczy, bo to może obudzić w was ciekawość do poszukiwania innych prawd, bardziej uniwersalnych i do takich przemyśleń, które dzisiaj zaprezentowaliśmy. Myślę, że dosyć ciekawie, mimo że jak zwykle długo, ale w zupełnie inny sposób podeszliśmy do niektórych kwestii, które wydawałyby się podane na talerzu z mitologią „Gwiezdnych wojen”. To tyle ode mnie. Będziemy się żegnać pomału.
[03:16:16] - Dziękujemy Arku. Krisie, jakbyśmy mogli prosić cię o parę słów podsumowania dzisiejszej debaty?
[03:16:23] - Myślę, że zrobiliśmy ponad 40 debat. Myślę, że podsumowanie jest zawsze takie same. Jesteśmy w drodze i myślę, że w tym momencie ważniejsza jest droga niż osiągnięcie celu, bo ta droga ma nas w jakiś sposób zmienić, pobudzić nasze myślenie, otworzyć szerzej oczy na wiele zjawisk, przypadków i nawet móc spędzić pożytecznie czas nie tylko rozrywkowo na takim filmie jak „Gwiezdne wojny”. I spróbować znaleźć jakieś odniesienie do naszego życia codziennego, w którym funkcjonujemy, do naszego świata i innych historii wokół nas. I być może znajdować nie tylko ukryte przesłanie, jakie tam jest zawarte, ale być może jakieś projekty, rozwiązania tego, co się dzieje w naszym współczesnym świecie. Myślę, że to była bardzo ciekawa dyskusja. Bardzo się cieszę, że zostałem na nią zaproszony i mam nadzieję, że powtórzymy ją przy następnej części „Gwiezdnych wojen”. Natomiast temat „Gwiezdnych wojen” jest mi szczególnie bliski, w sensie wojen gwiezdnych, bo tak jak tytuł naszej audycji „Gwiezdne wojny, czyli film i wojny gwiezdne”, czyli realne ewentualnie wojny gwiezdne, jakie były w historii czy mogłyby wyniknąć obecnie ze względu na to, że nasz postęp technologiczny na to pozwala. Fascynują mnie, bo to jest taki moment w życiu naszej cywilizacji, że ledwie odrywamy się od tej naszej Ziemi, a już chcemy poza Ziemią ze sobą nawzajem wojować. I okazuje się, że to wojowanie jest bardzo groźne, więc obserwuję to bardzo wnikliwie.
Stąd te moje świstki i notatki z cytatami, z datami gazet i z miejscami, skąd one pochodzą, żeby pokazać, że są to poważne publikacje i że informacje tam zawarte mają jakiś sens. Jednocześnie widać wyraźnie, że jest to silnie powiązane z biznesem, z pieniędzmi, z korporacjami. I być może korporacja jest ostatnim etapem, ostatnim stadium, w którym ten świat, którego zawsze się obawiamy, tego globalnego, zjednoczonego i kontrolowanego do szpiku kości, osiągnie swoją realizację dzięki temu, że korporacja nie ma twarzy, nie ma kształtu, nie ma granic, natomiast ma olbrzymią siłę i potęgę swojego działania. Dziś może być tu, jutro tam albo we wszystkich miejscach jednocześnie. Może dokonać rzeczy, których nie z-- tak jak mieliśmy to na przykładzie państwa Hitlera, które miało świetne pomysły, świetnych ludzi, ale legło w gruzach. Co prawda mam na ten temat trochę inne zdanie, pewnie je znacie, ale to temat na następną historię. Na razie dziękuję bardzo. Pozdrawiam wszystkich. Dobranoc.
[03:19:13] - Dziękujemy Krisie. Tak dokładnie rzecz ujmując, to jest 42. debata numerowana. De facto debat jest chyba 44 czy 45. Lada chwila pęknie 50. Dziesiątki godzin pasjonujących dyskusji, które otwierają naszym słuchaczom oczy, uszy i umysły na różne aspekty związane głównie z UFO, ale również z innymi pokrewnymi bądź nie tematami. Marku, jakbyśmy mogli prosić cię o parę słów podsumowania dzisiejszej dyskusji?
[03:19:49] - Myślę, że trudno będzie podsumować. Natomiast tytułem podsumowania myślę, że warto powiedzieć o tym, że tu akurat z Krisem się w pełni zgodzę, tylko bardzo pesymistycznie patrzę na sprawę „Gwiezdnych wojen”, ale nie filmu, tylko rzeczywistych wojen w kosmosie. Myślę, że nie będzie nam potrzeba tych gwiezdnych wojen obcych najeżdżających na naszą planetę. Sami sobie zorganizujemy i to bardzo wyraźnie widać po nastawieniu zarówno Amerykanów, jak i Rosjan. Jedna i druga strona w tej chwili organizuje coś w rodzaju wojsk powietrzno-kosmicznych. Obie strony o tym mówią, obie strony się do tego przygotowują w sensie ludzkim, czyli przygotowują tego rodzaju oddziały, a można mieć pewność, że skoro przygotowują siłę żywą tak zwaną, to przygotowują również narzędzia zniszczenia. Być może jest tak, jak już mówiliśmy w toku audycji, że być może te narzędzia zniszczenia już są na orbicie, być może są montowane właśnie. Być może stacja kosmiczna, która krąży nad naszymi głowami, to jest tylko przykrywka. To jest takie mówienie ludziom: patrzcie, potrafimy współpracować w kosmosie pokojowo. Zobaczcie, wysyłamy naukowców, budujemy ogromną stację.
[03:21:17] - Natomiast zupełnie równolegle, jestem w stanie sobie to wyobrazić, pewno jak większość słuchaczy, mogą trwać przygotowania do zupełnie innej, tym razem już nie współpracy, a konfrontacji. Jeśli miałbym być szczery, to mówiąc o „Gwiezdnych wojnach” chyba warto byłoby pomyśleć o tym, że tak naprawdę gwiezdne wojny są bliżej nas, niż sądzimy. I to nie za sprawą obcych, którzy tutaj przybywają, tylko za naszą sprawą. Myślę, że robimy my, jako ludzkość wszystko, żeby tę dosyć ponurą wizję wcielić w życie. To tyle właściwie. Myślę, że więcej nie trzeba, bo już i tak zrobiło się dosyć ponuro. Dziękuję.
[03:22:10] - I tak oto kończymy kolejną debatę ufologiczną online. Dziś tematem głównym debaty były gwiezdne wojny i wojny gwiezdne, bo dyskutowaliśmy nie tylko o filmie, ale również o konfliktach na skalę kosmiczną, które rzeczywiście mogły mieć miejsce. Pod koniec debaty, jak państwo słyszeliście, wywiązała się ciekawa dyskusja na tematy troszkę zbaczające z ufologii, ale również warto było posłuchać. Warto było wziąć udział, skomentować. Wiem, że tutaj chatowicze bardzo dużo komentowali, tak że będziemy powolutku kończyć. W dzisiejszej debacie ufologicznej online udział wzięli: nieobecny już na Skypie Piotr Cielebiaś z czasopisma „Nieznany Świat” i portalu Info oraz obecny jeszcze na Skypie Chris Miekina, nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy. Dzięki jeszcze raz, Chrisie.
[03:23:07] - Dziękuję również i dobranoc.
[03:23:10] - Arek Paterek, założyciel ParaRadio oraz wideobloga „Poznajmy Nieznane”. Dzięki jeszcze raz, Arku.
[03:23:17] - Również dziękuję. Dziękuję słuchaczom. Dobranoc.
[03:23:20] - Mam nadzieję, że będziemy się troszeczkę częściej słyszeć w tym drugim semestrze.
[03:23:26] - Zobaczymy, jak czas pozwoli. Jeżeli pozwoli, to jak najchętniej, jak najbardziej będę tutaj wpadał na nasze debaty.
[03:23:36] - Oczywiście zachęcamy przy okazji do wyszukania sobie na YouTube kanału „Poznajmy Nieznane”, bo tam Arka nie tylko czytać, słychać, ale również widać. Tak więc zachęcamy. Dziękujemy także za przyjęcie zaproszenia Markowi Żelkowskiemu, pisarzowi science fiction, publicyście i współpracownikowi „Nieznanego Świata”. Dzięki jeszcze raz, Marku.
[03:24:04] - Dziękuję bardzo. Dobranoc wszystkim.
[03:24:07] - Debatę od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. O temacie kolejnej debaty poinformujemy was niebawem na naszej stronie www.paranormalium.pl. A tymczasem Radio Paranormalium życzy wszystkim słuchaczom pięknych, zdrowych, paranormalnych, a przede wszystkim świadomych snów. Do usłyszenia w kolejnej debacie ufologicznej online już za tydzień.