[00:01] - Portal Infra prezentuje: Parallaxa. Spojrzenie Chrisa Miekiny. Witamy bardzo serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, Radia Wolne Media, Radia Na Fali, czytelników portalu Infra Nieznanego Świata i wszystkich innych miejsc, w których nas widać, słychać, czytać. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie Skype'a jest z nami nasz poszukiwacz prawdy, niestrudzony Chris Miekina. Witaj, Chrisie.
[00:30] - Nie, wcale nie taki niestrudzony. Trochę strudzony dziś, ale to niestety siła wyższa taka była. Ale dziś próbujemy się przedzierać dalej i jakoś zrealizować tą Parallaksę.
[00:41] - Nawet mimo tego, że rząd światowy troszeczkę próbował nam zakłócić debatę ufologiczną, którą przed chwilą zakończyliśmy przed nagrywaniem tej Paralaksy. Dzisiejszy odcinek Paralaksy realizujemy w całości na żywo, tak więc będziecie mogli zadawać pytania i komentować na naszym czacie na www.paranormalium.pl, a także pod kontaktami Radia Paranormalium, które znajdziecie również na naszej stronie www.paranormalium.pl. Dzisiejszy temat pojawił się właściwie całkiem niespodziewanie. Początkowo planowaliśmy zrobić odcinek poświęcony manipulacjom genetycznym w kodzie DNA człowieka, a tu się okazuje, że mamy całkiem świeżą sprawę o charakterze ufologicznym. Dzisiaj będziemy rozmawiać o bliskim spotkaniu z UFO, do którego doszło w tym roku, kilka miesięcy temu w stanie Georgia. Ja nie wiem kompletnie nic na ten temat, a Chris z tego, co wiem, poznał całą tę historię. Dlatego, Chrisie, oddaję ci teraz mikrofon.
[01:44] - Historia rzeczywiście jest taka w sumie w miarę nowa i świeża, bo wydarzyła się, jak już wspomniałeś, w tym roku. I nawet we wcześniejszych debatach kilkakrotnie narzekaliśmy, że w tej ufologii się niewiele dzieje, że jest coraz mniej przypadków, kiedy ktoś ma jakieś bliższe spotkanie z czymś, co może być zjawiskiem UFO, a tym bardziej już z kosmitami. Ale od czasu do czasu takie rodzynki się pojawiają w zupełnie niespodziewany sposób. I na coś takiego natrafiłem. Opowiadała o tym Linda Moulton Howe, która jest chyba światowym, uznanym autorytetem w dziedzinie ufologii i wszelkich dziwnych, trudnych i skomplikowanych historii. Ta historia zaczęła się 28 czerwca 2015 roku, więc w tym roku ciągle, w Richmond Hill. Jest to miejscowość w stanie Georgia i położona jest niedaleko miasteczka Savannah. Historia ta przydarzyła się starszemu sierżantowi sztabowemu, który opowiadając ją, niestety zastrzegł sobie anonimowość i będzie w tej mojej opowieści funkcjonował pod pseudonimem CJ, bo tak kazał się nazywać ze względu na to, że jest żołnierzem, pracuje w bazie wojskowej i opowiada o ufologii. Przez to nie chce za bardzo zwracać na siebie uwagi swoich przełożonych, bo być może w jakiś sposób wpłynęłoby to na to, w jaki sposób jego przełożeni by patrzyli na niego. Być może straciłby pracę, być może zostałby uznany za kogoś, kto niekoniecznie ma tam wszystko w porządku w swoich zwojach, szarych komórkach i tak dalej.
Dlatego stara się on być anonimowy. Jednak mimo wszystko zdecydował się opowiedzieć tą historię. Historia, która mu się przydarzyła, wywarła na niego tak olbrzymi wpływ i ciągle żyje w jego głowie, że zdecydował się o tym opowiedzieć. Także tutaj mamy taki element, że właściwie tak naprawdę nie chce jej wykorzystać do jakichś własnych celów, zdobycia popularności, pieniędzy czy czegoś takiego. Znalazł sam Lindę Moulton Howe, zaufał jej ze względu na to, że ona ma wspaniałą historię odkrywania najrozmaitszych tematów, historii ufologicznych i nie tylko. Jest przy okazji także osobą dyskretną, która trzyma to, co ktoś chce trzymać w tajemnicy. Ona tej tajemnicy dotrzymuje i nie przekazuje tego dalej. Więc wracając do historii, jak już powiedziałem, wydarzyła się ona, albo właściwie jej początek miał miejsce 28 czerwca 2015 roku w Richmond Hill. Starszy sierżant sztabowy CJ tego dnia postanowił, że wyruszy wraz ze swoją rodziną, z dwójką dzieci, żoną, kotem i psem do Colorado Springs w stanie Kolorado, gdzie miał dostać swoją nową pracę, nowe swoje stanowisko w Fort Carson, tamtejszej bazie wojskowej. W związku z tym po prostu przeprowadzał się niemalże z całym swoim majątkiem, który zapakował na takiego sporego pickupa.
Ponieważ podróżował ze zwierzętami, nie chciał, żeby te zwierzęta jechały z nim razem w kabinie. Ten jego pickup miał taką plastikową pokrywę nad tą swoją paką, więc obawiał się, że jadąc w ciągu dnia zwierzęta będą narażone na upał, będą źle znosić tą podróż. Więc doszedł do wniosku, że najlepiej będzie podróżować nocą. I tak też wybrał. Tak też wystartował. Wystartował mniej więcej około godziny 5:30 po południu, kiedy już słońce powoli zmierzało ku zachodowi i ustawił swojego GPS-a właśnie na Colorado Springs i ruszył w tą swoją drogę. GPS był jego absolutnie nowym nabytkiem. Nabył go właśnie specjalnie w tym celu, aby móc bezpiecznie i szczęśliwie, najkrócej, najszybciej dotrzeć do tego swojego nowego miejsca pobytu i rozpocząć swoje nowe życie w tej bazie. I kiedy wystartowali, właściwie nie za bardzo zastanawiał się, dlaczego GPS wybiera taką drogę. Jak wiadomo, te nasze GPS-y w naszych samochodach bardzo często takie troszeczkę żyją swoim własnym życiem.
Znajdują na przykład drogę, która jest krótsza o 100 metrów. I dziwimy się, dlaczego jedziemy takimi wybojami i taką krętą drogą. A tylko właśnie dlatego, że logika tego komputera, jaki jest w GPS-ie, wybrała właśnie najkrótszą drogę i te 100 metrów było dla niego bardzo istotne.Tak być może było w przypadku starszego sierżanta, który nagle zaczął jeździć swoim samochodem po wąskich drogach stanu Georgia i nieoczekiwanie dotarł do miejscowości, która nazywa się Wadley, ciągle w Georgii. O tyle go to zaskoczyło, bo droga, którą wybrał GPS, zamiast wieść go prosto na zachód, wiodła go najpierw na północ. Ale zanim do niego to dotarło, bo wcześniej wydarzyło się parę rzeczy, które kompletnie zaabsorbowały jego uwagę. Przede wszystkim wraz z zapadnięciem zmroku nieoczekiwanie wjechał w dość sporą mgłę i skupiał się bardzo na swojej drodze, żeby nie spowodować żadnego wypadku. Nie jechał wtedy zbyt szybko i nie bardzo zastanawiał się, dlaczego zamiast na zachód, podąża na południe. Około godziny 1:20, kiedy dojechał do Wadley, wydarzyło się to, co jest przedmiotem dzisiejszej opowieści, bo nagle nad drogą starszy sierżant razem ze swoją żoną, z którą podróżował, zauważyli olbrzymi latający dysk. Zdumiało ich to bardzo i wprowadziło w kompletne osłupienie. Siedzieli w milczeniu ze swoją żoną.
Oglądali to zjawisko, nie mogąc za bardzo pojąć, czego są tak naprawdę świadkami. Wówczas, kiedy obserwowali je, sierżant nagle zdał sobie sprawę, że zjechali z drogi o całe 170 kilometrów i po drodze nie zatrzymywali się praktycznie w żadnym innym miejscu, czyli nieoczekiwanie jechali bardzo wolno. I nagle, ni stąd, ni zowąd, z mgły, z której wyjechali, na końcu tej drogi zaczął się obniżać jakiś dziwny, świetlisty obiekt. Początkowo jego żona myślała, że jest to zbliżający się samolot i sierżant również pomyślał, że być może jest to obiekt lotniczy, który ma problem z czymś na swoim pokładzie i nagle zaczął lecieć tuż nisko nad ziemią. Wówczas, przepraszam, opowiadam to troszeczkę nieskładnie. Może to dzisiejsze przekleństwo nadal mnie prześladuje. Wówczas ten obiekt nieoczekiwanie zatrzymał się. Sierżant również zatrzymał swój samochód i obiekt zaczął powoli przesuwać się nad tym samochodem, poruszając się bardzo wolno. Sierżant, który był żołnierzem, spoglądał co jakiś czas na zegarek. Właściwie robił to machinalnie, nie wiedząc, co z tym wszystkim począć, jak to wszystko zrozumieć.
Przelatywał, jak się okazało, całe pięć minut nad samochodem rodziny sierżanta Cya i kiedy odleciał, sierżant, nie zastanawiając się długo, odpalił swoje auto i ruszył przed siebie. Instynktownie czuł, że nie powinien zostać w tym miejscu zbyt długo. Coś kazało mu gnać przed siebie do przodu. Wyjechał na najbliższą autostradę, zajechał na stację benzynową, przestawił GPS-a i jechał przez następne pięć, sześć godzin praktycznie bez ustanku. Wyczerpany dojechał do kolejnego miejsca, w którym znalazł hotel i próbował zasnąć. Wydarzenia i zjawisko, które zobaczył, wywarły na nim olbrzymie wrażenie. Zaczął zastanawiać się, co jeszcze temu wszystkiemu towarzyszyło. Zdał sobie sprawę, że sama mgła, która wielkimi chmurami spływała na drogę, była czymś bardzo dziwacznym. Jednocześnie podczas jazdy zauważył, że światła na jego tablicy rozdzielczej co jakiś czas przygasają. Podobnie co jakiś czas przygasają jego reflektory.
Kiedy jechał w stronę swojego celu podróży, radio, którego słuchał, nagle przestało działać. Zaczęło szumieć, wydając z siebie statyczne dźwięki. Przełączył wówczas radio satelitarne, które też po chwili przestało w ogóle odbierać. On wówczas przyglądał się swoim różnym urządzeniom, które badają, czy samochód jest w pełni sprawny. Między innymi sprawdzał poziom napięcia, czy alternator dobrze działa w jego samochodzie i czy baterie były naładowane. Zakończyło się to tym, że nieoczekiwanie zobaczyli razem z żoną obiekt, który nagle pojawił się nad drogą. Sierżant wtedy zwolnił. W końcu zatrzymał swój samochód, bo wydawało się, że ten obiekt stara się wylądować na drodze, po której jechali. I w tym momencie obiekt, który przypominał olbrzymi latający dysk, nagle zaczął wysyłać z siebie olbrzymi snop iskier, a po iskrach nastąpił dym. I znowu iskry.
Już wówczas sierżant zdał sobie sprawę, że chyba to nie jest samolot, że jest to coś zupełnie innego, coś absolutnie nieznanego. Zwłaszcza że w tym samym momencie od tego obiektu, od tego dysku, który obserwowali, oderwał się punkt, który był jakby światłem, jakby jakąś taką latarką, która nagle zaczęła w jakiś sposób poruszać się wokół tego obiektu tak, jakby chciała oświetlić mu być może drogę bądź wskazać właściwy punkt, żeby obiekt mógł wylądować. Czy być może zupełnie coś innego, czego nikt z nas po prostu nie wie. Sierżant, który był wojskowym i służył przez 15 lat w artylerii rakietowej, miał dość dobre pojęcie na temat odległości czy wielkości danych obiektów. Było to częścią jego codziennej pracy. Z tego względu mógł w miarę konkretnie i trafnie ocenić wielkość tego, na co patrzył. Sam dysk był olbrzymi i według sierżanta miał co najmniej 250 metrów szerokości, a jego wysokość to było około 60 metrów. Wisiał nad ziemią na wysokości również mniej więcej 50, 60 metrów. Tak że przy tej wielkości było go łatwo obserwować i dostrzec niemalże wszystkie szczegóły, które tworzyły część tego dziwacznego pojazdu, który był klasycznym latającym spodkiem, jakie zazwyczaj kojarzy się właśnie z UFO.Ten kosmiczny dysk, jak później w myślach nazywał to sierżant CJ, był otoczony czymś, co przypominało taką wiązkę plazmy. Mieniło się to wszystkimi kolorami i miało się świadomość i poczucie tego, że jest to wiązka potężnej, silnej energii, która być może jest częścią napędową tego obiektu, a być może czymś, co się właśnie w tym dysku zepsuło.
W każdym razie to światło dookoła tego dysku było dość jasne i intensywne, natomiast cała reszta tego kosmicznego pojazdu była tak jakby zaciemniona i wyglądało na to, że jest zbudowana z czarnego, lekko przezroczystego onyksu. Była ona absolutnie jednolita. Nie można było tam dostrzec żadnych śrubek, żadnych elementów. Jednocześnie ta pokrywa tego dysku, miało się wrażenie, że jest wręcz płynną substancją. Przypominało to nieco ropę rozlaną na wodzie. Miało się wrażenie, że ten element jest bardzo dynamiczny i w jakiś sposób obiekt nie jest zbudowany z pewnego określonego solidnego metalu, a jest czymś, co jest w nieustannym ruchu, nieustannym ożywieniu. Na dodatek otaczający go wianuszek elektrycznej plazmy dodawał jeszcze tego efektu. Do tego dochodziły iskry, które co jakiś czas wydobywały się z tego latającego spodka. I właśnie dym. Oczywiście sierżant z żoną patrzyli na to w takim olbrzymim oniemieniu i nie wiedzieli w ogóle, co na ten temat pomyśleć.
Kiedy obiekt nagle znalazł się nad dachem ich samochodu, sierżant wyjrzał z niego i dostrzegł wówczas, że na jego dolnej części znajdują się dość dużych rozmiarów znaki. Nie były to znaki, do jakich my jesteśmy przyzwyczajeni, na przykład znaki w rozmaitych językach czy też coś w rodzaju hieroglifów. Były to pewne figury geometryczne. Był to jakiś pewien ciąg glifów, które nie oznaczały w sumie nic konkretnego, nic, cokolwiek byłoby znajome dla sierżanta. Był to zespół jakichś trójkątów, okręgów, pewnych łuków. Wpatrywał się w nie i jak się okazuje, nigdy tego widoku nie zapomniał, dlatego mógł je później odtworzyć i narysować na kartce papieru. Jeżeli będą zainteresowani, być może prześlę to w takim razie do Ivelliosa, rysunek, jaki zrobił sierżant CJ tych znaków, żeby każdy mógł zobaczyć. To będzie być może dobra ilustracja tej opowieści.
[15:24] - Ja chyba właśnie trafiłem na ten rysunek. Czy to jest rysunek kolorowy czy czarno-biały?
[15:33] - Nie, jest to rysunek czarno-biały.
[15:34] - A, to chyba nie to.
[15:35] - Jest to rysunek czarno-biały zrobiony ołówkiem. To, że natrafiłeś, to jest bardzo ciekawa, interesująca rzecz, dlatego że tego typu historie już przydarzały się wcześniej w różnych okolicznościach, przy różnych obserwacjach. Niektórzy ludzie, którzy mieli bezpośredni kontakt tak bliskiego stopnia z tego typu pojazdem jak latający spodek, o którym opowiadam, również dostrzegali podobne znaki. Także to być może nie jest nic nowego, ale to, co opowiadała sierżant, w jakiś sposób potwierdza to, co istniało wcześniej. Także myślę, że z tego powodu być może ma to znaczenie, bo wskazywałoby na to, że ci, którzy latają takim niezwykłym pojazdem, istnieją już i działają na Ziemi od jakiegoś czasu i nie są tylko przygodnymi przybyszami na Ziemi, ale odwiedzają nas regularnie i jakie mają cele oczywiście nie wiemy, ale przynajmniej dzięki takim obserwacjom wiemy to, że co jakiś czas pojawiają się i jest to część tej samej jednej większej całości, że być może nie jest to ten sam obiekt, ale jest to część być może jakiejś większej grupy obiektów i być może większej eksploracji kogoś, kto nie należy do naszej planety. Przyszedł skądinąd, zważywszy na fakt, że posiada technologię, o której my nie mamy pojęcia, ponieważ jest w stanie zbudować tak olbrzymi pojazd, a jednocześnie tak dziwnie wyglądający, tak charakterystycznie także wyglądający. My, znając naszą technologię, nie jesteśmy jako ludzie w tym samym stylu w stanie odtworzyć. Kiedy ten dysk znalazł się nad głowami sierżanta i jego żony, dało się słyszeć taki szum. Szum, który przypominał pracę elektrycznego transformatora. I wówczas w samochodzie sierżanta zgasły wszystkie światła na desce rozdzielczej, a także reflektory samochodu.
Zgasło również radio. Włosy na głowie i na plecach sierżanta stanęły dęba. Zachowywały się tak, jakby były naelektryzowane. Kiedy starał się umiejscowić to w czasie, jak długo to wszystko trwało, okazało się, że trwało to niewiele ponad pięć minut. Także było to wystarczająco długo, żeby móc dokładnie przyjrzeć się temu obiektowi, dokładnie go zapamiętać i upewnić się, że nie jest to złudzenie, że coś takiego, co się rozgrywało nad głową sierżanta, rzeczywiście naprawdę istnieje. Po jakimś czasie, kiedy ten dysk minął samochód sierżanta, znów wystrzelił z siebie snop iskier. Znów pojawiła się smużka dymu i nagle obiekt zaczął przyspieszać. W charakterystyczny dla latających talerzy sposób, czyli sposób, który znamy już wcześniej z innych opowieści ufologicznych, obiekt przyspieszył, po czym błyskawicznie zniknął gdzieś tam w przestrzeni kosmicznej. Także była to historia, która rozgrywała się w dość sporym okresie czasu i dzięki temu i opowieści sierżanta możemy poznać jej wszystkie szczegóły.Sierżant był tą całą historią bardzo rozkojarzony i bardzo zdenerwowany, co wydaje się, że nie jest wcale aż takie dziwne, bo chyba każdy z nas, gdyby napotkał coś takiego na swojej drodze, miałby kłopoty z zebraniem myśli. Wówczas, tak jak powiedziałem wcześniej, poczuł, że musi natychmiast opuścić to miejsce.
Ruszył ostro przed siebie, zatrzymał się dopiero na stacji benzynowej i tam przestawił swój GPS. Później jechał przez całą noc, aż do godziny 7:30 rano, gdzie znalazł się w takiej miejscowości, ona się nazywała Henshaw i było to ciągle w Georgii, nieco na północ od Atlanty, tak że już blisko granicy Georgii. I tam próbował przynajmniej troszkę odpocząć, zdrzemnąć się, ale był tak podminowany tym, co się mu przydarzyło, że w ogóle nie mógł zasnąć. Tak że cały praktycznie dzień przeleżał w łóżku. Nie zmrużył oka, był jeszcze bardziej zmęczony, niż gdy dojechał do tego hotelu. Coś bardzo mu przeszkadzało. Coś bardzo silnego niepokoiło go wewnątrz. Czuł taki wewnętrzny niepokój, co nie pozwalało mu ani odpocząć, ani skupić się, ani przeczytać cokolwiek, ani zająć się czymkolwiek innym niż tylko takim bezwładnym leżeniem i czekaniem sam nie wiedział na co. Mniej więcej o godzinie 6 znów wyruszył w dalszą podróż. Dotarł do Kentucky, gdzie około godziny 5 nad ranem, już kompletnie wyczerpany, dojechał do jakiegoś hotelu w Kentucky.
To był następny etap podróży sierżanta, który po bezsennym, nie tyle nocy, bo to było w ciągu dnia, bo tak jak powiedziałem wcześniej, sierżant podróżował nocą ze względu na zwierzęta, które wiózł ze sobą. Nie chciał je przegrzać w upale, więc wybrał podróżowanie nocą. Kiedy dotarł nad ranem do hotelu w Kentucky, już był tak bardzo zmęczony, że tym razem nie miał żadnych kłopotów z zaśnięciem. Tyle że jego sen okazał się takim sennym koszmarem, bo nagle w swoim śnie sierżant dostrzegł coś w rodzaju światła. W swoim śnie wcale nie spał. Widział światło dookoła siebie i światło to paraliżowało go. Czyli znów mamy taki charakterystyczny element, który przydarzał się innym osobom, które były wzięte przez kosmitów czy też miały kontakt z jakimiś innymi przybyszami z innej planety. Leżał w tej olbrzymiej smudze światła, próbował się z niej wyrwać, ale za każdym razem ta smuga, jakaś niewidzialna energia utrzymywała go w tym samym miejscu. Bardzo się tym wszystkim męczył i było to coś w rodzaju takiego silnego koszmaru, niepozwalającego mu ani odpocząć, ani wyrwać się z tej matni, w której się znalazł. Kiedy obudził się, po jakimś czasie to się skończyło.
Kiedy obudził się, okazało się, że wcale nie leży na łóżku, że stoi w łazience i bezwiednie, w takim lunatycznym odruchu, zapisuje na swoim rachunku hotelowym kwadraty i kreseczki. Całą masę kwadratów i kreseczek. Nie wiedział, dlaczego to robi, nie wiedział, po co to wszystko jest. Sam siebie zastał w takiej idiotycznej sytuacji, gdy wydawało mu się, że śpi, a okazało się, że jest takim lunatykiem trochę. Miał też takie poczucie, że został za coś ukarany. Tak że to tym bardziej nie dawało mu żadnego psychicznego komfortu. I zaczął przypominać sobie, co jeszcze było w tym śnie, który stał się dla niego takim koszmarem. I okazało się, że w tym śnie było znacznie więcej niż tylko leżenie właśnie w tej smudze światła. Okazało się, że w tym śnie, który jemu się przynajmniej wydawało, że był to sen, pojawiły się także jakieś postaci. I były to takie postaci przypominające mniej więcej ludzkie.
Były to humanoidy, które gdy im się bliżej przyjrzał, okazało się, że przypominają coś, co my dziś nazywamy szarakami i nie bardzo wiemy, czy one są po naszej stronie, czy są naszymi wrogami, czy są przedstawicielami innej cywilizacji, czy być może są jakimś wytworem wyobraźni. Sierżant CJ mówi, że postaci te były nieco wyższe od ludzi, od typowego wzrostu ludzkiego, więc nie były to małe szaraki, małe zielone ludziki czy szare ludziki. Miały skórę podobną do skóry ludzkiej, tyle że miała właśnie ona odcień szary. Była bardzo jasna, właśnie z takim szarawym odcieniem. Ich głowy miały wydłużony kształt i na tych wielkich głowach dało się zauważyć dużych rozmiarów, kompletnie czarne oczy. Tak że to już kompletnie nam oddaje postać klasycznego szaraka. Tyle że tym razem dużo większego niż człowiek lub choć trochę większego niż człowiek. I jedna z tych postaci nachyliła się nad nim. Sierżant z jej grymasu na twarzy wyczytał, że jest troszkę zaniepokojona, a jednocześnie starała się go uspokoić i żeby przestał się być może szamotać, żeby poddał się temu, co się teraz wokół niego dzieje. Inna z postaci z kolei, którą dostrzega obok, miała na sobie taki wyraz zniecierpliwienia.
Była zdenerwowana tym, w jaki sposób sierżant się zachowuje. Sierżant zapamiętał jeszcze obecność dwóch innych postaci i za każdym razem, kiedy uspokajał się wewnętrznie, poddawał się tej sytuacji, nieoczekiwanie jego ciałem zaczął szarpać silny ból. I był to ból, który czuł w okolicach swojego karku i w okolicach kręgosłupa.I nawet na drugi dzień, kiedy obudził się z tego snu, dostrzegł na swoim ciele olbrzymią ilość czerwonych plamek, z czego najwięcej tych czerwonych plamek było właśnie w okolicach kręgosłupa. Jego żona pomogła mu je wszystkie mniej więcej zlokalizować. Wiele z nich sfotografował, także istnieje materiał z tego wszystkiego i miał wrażenie, że był tak jakby czymś nakłuwany, że wprowadzano w jego ciało jakieś sondy, które sprawiały mu właśnie ten olbrzymi ból. Jednocześnie czuł olbrzymi ból ramion. Czyli to potwierdzało to, co zapamiętał ze snu, że próbował wyrwać się z tej matni, że szamotał się w takim niewidzialnym uchwycie energii świetlistej, która trzymała go w jednym punkcie. Także to wszystko, co wydawało mu się koszmarem sennym, to, co zaobserwował na swoim organizmie, na swoim ciele, w jakiś sposób potwierdzało, że niekoniecznie było to tylko snem, że być może coś takiego pojawiło się naprawdę. W tym śnie przydarzyła się jeszcze jedna rzecz. Do pomieszczenia, w którym leżał i był w jakiś sposób badany przez tych szaraków, które unieruchomiły go w tej smudze światła, pojawił się jeszcze jeden szarak, który podszedł do niego, przyjrzał mu się blisko, następnie wyprostował się i nieoczekiwanie sięgnął w stronę tego swojego czarnego oka i je po prostu zdjął.
Zdjął je tak, jak zdejmuje się soczewki czy na przykład szkła kontaktowe. Zdjął z oka takie dość sporych rozmiarów szkło kontaktowe, czarne szkło kontaktowe i nagle sierżant zobaczył, że pod nim znajduje się olbrzymie oko, które wygląda tak samo jak ludzkie. Po chwili szarak zdjął drugie czarne oko i na światło dzienne, czy raczej nocne, czy tego snu, wyjrzało drugie oko tego szaraka, również sporych rozmiarów. Niestety sierżant nie pamięta, czy było to błękitne oko, jakiego koloru była tęczówka. Wie tylko, że wyglądało jak ludzkie, że miało tęczówkę, że miało w sobie źrenice, ale było dużo większych rozmiarów niż ludzkie. Gdy Linda Moulton Howe pytała go, w jaki sposób wyglądali ci przybysze, którzy pochwycili go i przeprowadzali nad nim te tajemnicze badania, opisywał je jako istoty wysokie, bardzo szczupłe, które sprawiały wrażenie bardzo delikatnych. Tak się domyślał, że być może przybyły ze świata, gdzie panuje inna grawitacja i nasza grawitacja, która być może była większa niż ta, która funkcjonowała na ich planecie, ściskała ich ciała tak, że wydawały się właśnie o wiele bardziej wiotkie i delikatne niż nasze ludzkie. Przy okazji ich skóra, ich oczy były podobne do nas, jednak różniły się tylko odcieniami, a oczy różniły się wielkością. CJ próbując określić ich wielkość, mówił o tym, że były mniej więcej trzy razy większe od ludzkich. Także były to dość spore i robiące silne wrażenie postaci.
Także tu można wywnioskować, że wszyscy oni nosili właśnie te ciemne szkła kontaktowe, które w jakiś sposób pozwalały im obserwować lepiej dany obiekt, czy lepiej funkcjonować w tym naszym świecie. Także była to coś takiego nowego w tej sytuacji. Oczywiście po tym śnie pozostał jeszcze ten kod, o którym również wspominałem wcześniej. Zapisując te kwadraty i pałeczki, nie wiedząc, dlaczego to robi, CJ zdał sobie sprawę, że przypomina to kod ASCII. Kod, który jest używany na przykład przez instytuty naukowe, jest używany w komputerach, jest w ogóle używany do zapisywania najrozmaitszych informacji. Jest on oparty mniej więcej na alfabecie angielskim, na 26 literach angielskiego alfabetu. Jego największą zaletą jest to, że oczywiście można go odcyfrować. W związku z tym przekazano kod, który zapisał sierżant CJ do analizy i jeden z naukowców z Caltech, jest to doktor Drew, który był i ciągle jest dość znanym naukowcem na bardzo zacnym uniwersytecie, jakim jest Kalifornijska Politechnika. Odczytał ten kod, który zapisał CJ i mniej więcej z tego tekstu wynikało, i tutaj zacytuję to, co udało się odczytać z tego tekstu. Pierwsza linijka kodu mówiła o tym: „Nieustanna ochrona ludzkości”.
Następnie podano liczby: 49.27N 11.5E i te liczby zidentyfikowano jako współrzędne geometryczne. Doszli do wniosku, że one określają miejsce planet w galaktyce Oriona i druga planeta, którą określano, to jest Zeta Reticuli, skąd przybyły klasyczne szaraki, o których rozmawialiśmy nie tak dawno w „Debacie Ufologicznej”. Następna linijka mówi o tym, żeby przekazać pełną wiedzę wszystkim ludziom. Kolejna mówiła, że jest konieczny rozwój do tego, aby nasza planeta przetrwała.Następnie podano kolejne liczby i okazało się, że te liczby wskazywały odległość w latach świetlnych do Oriona i do Zatary Tiuli. Coś bardzo ciekawego, interesującego. Ostatnia linijka mówiła o tym, aby unikać wysyłania sygnałów. Czy rzeczywiście tu chodzi o jakieś ostrzeżenie, które chcą nam przekazać szaraki po to, żebyśmy nie rozdrażnili kogoś, nie spotkali kogoś we wszechświecie, kto mógłby przyczynić się do jakiegoś większego nieszczęścia na naszej planecie? Jest to dość interesująca i sensacyjna sytuacja, że udało się odczytać tekst, który został zapisany kodem zero-jedynkowym. Czy sierżant CJ wyssał to wszystko z palca, czy może zrobił sobie taki żart? Trudno powiedzieć, ponieważ nie szuka on sławy, nowej kariery, pracuje dla armii, jest cenionym fachowcem.
Wiedzie mu się dość dobrze, także prawdopodobnie ostatnią rzecz, którą chciałby zrobić, to stać się nagle przyczyną tego typu sensacji ze wskazaniem na klasyczny latający spodek, na klasycznych szaraków i na klasyczną sytuację, gdzie nastąpiło wzięcie. Okazało się też, że tego typu informacje nie są jedyne w swoim rodzaju i wyjątkowe, bo już raz były przekazane. Przekazano je podczas wydarzenia, które jest jednym z najbardziej interesujących sytuacji, kiedy pojawiło się UFO albo nawet i przybysze z innej planety, czyli ET. Miało ono miejsce w Rendlesham Forest, w bazie Bentwaters, gdzie świadkami całego wydarzenia było bardzo wielu ludzi, ponieważ baza była miejscem pilnie strzeżonym, pełnym żołnierzy, wyładowanych wręcz wojskiem, więc świadkami tego wydarzenia było wielu ludzi. Niektórzy z nich wzięli bardzo czynny udział w tym wydarzeniu. Niektórzy z nich byli nawet w jakiś sposób poszkodowani przez sam kontakt z tym nieznanym obiektem latającym, utracili przez to zdrowie. Inni, podobnie jak sierżant CJ, również nieoczekiwanie zaczęli w swoich snach widzieć pewien kod zero-jedynkowy i gdy go zapisali, okazało się, że treść tego jest bardzo podobna do tego, co napisał sierżant CJ na odwrocie swojego rachunku hotelowego, kiedy pisał to w lunatycznym, półśpiącym stanie, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. W Bentwaters był podany bardzo podobny tekst, który mówił o tym, że ludzkość powinna zostać ochroniona, że musi się rozwijać, że nie może wysyłać sygnałów. W Bentwaters podano również współrzędne, które okazały się być współrzędnymi geograficznymi najrozmaitszych miejsc, które uważamy za miejsca niezwykłe. Były to: Wielka Piramida w Gizie, świątynia Majów Kakal w Belize, Sedona w Arizonie, świątynia Apollina w Naxos i nawet miejsce, które się nazywa Hy Brasil.
Nie ma nic wspólnego z Brazylią, a jest mityczną wyspą, która kiedyś była u wybrzeży Irlandii, ale przez to, że stopniał lodowiec, podniósł się poziom światowego oceanu, niestety wyspa jak Atlantyda zapadła pod wodę. Nieoczekiwanie, dzięki tej całej historii, mamy tutaj do czynienia z sytuacją, która albo coś potwierdza, albo ktoś nam robi jeden wielki ufologiczny i kosmiczny żart. Ja jestem po stronie tej pierwszej grupy. Uważam, że to doświadczenie, to wszystko, co przeżył sierżant CJ, na pewno nie było jego wymysłem, dlatego, że w żaden sposób nie służy to jego karierze. Wręcz przeciwnie, ma siłę zniszczyć jego wojskową karierę. Jest żołnierzem, praktycznie nic więcej nie umie w życiu robić, niż wystrzeliwać najrozmaitszego typu rakiety, różne przeciwlotnicze, przeciwpancerne, tego typu rzeczy i tego typu historie. Wiedzie mu się dość dobrze, więc ta kariera ufologiczna na pewno nie służyłaby jego karierze. „Kariera ufologiczna” w cudzysłowie oczywiście. Jeżeli założymy, że można mu wierzyć, że wydarzenie, które miało miejsce w Georgii, które obserwował, latający dysk, miało to wszystko rzeczywiście miejsce, wówczas musimy zdać sobie sprawę, że Ziemia jest pod czyjąś obserwacją, że ktoś ją wyraźnie eksploruje, że tego typu sytuacje zaczynają nawzajem siebie potwierdzać, że sam fakt, że nie ma w tym żadnej dziwności, nowości, nie ma innych kolejnych stworów, a za to są klasyczne szaraki i klasyczny dysk, wskazuje na to, że mamy do czynienia od jakiegoś czasu z jednym i tym samym wydarzeniem, z jedną i tą samą cywilizacją, być może kosmiczną, która szuka czegoś tu na Ziemi, usiłuje coś tutaj znaleźć bądź spełnić swoją misję. Można patrzeć na to pod tym kątem i przynajmniej ja próbuję dać temu wiarę, zwłaszcza, że w jakiś sposób potwierdza to dla mnie autorytet Linda Moulton Howe, która jest kobietą nie tylko o wielkiej wiedzy, ale także całkiem niezłej intuicji.
Dlatego jej autorytet potwierdza, że coś jest tutaj na rzeczy, że cała historia ma znaczenie i warto na nią zwrócić uwagę. To jest właśnie historia, którą chciałem dzisiaj opowiedzieć. Może niezbyt składnie mi to wyszło, jak cały dzień dzisiejszy, łącznie z debatami, bo dzisiaj jest taki dzień, że nic nie idzie dobrze, nic nie idzie tak, jak by się chciało, żeby poszło. Ale jakoś udało mi się dotrzeć do szczęśliwego końca tej opowieści. Dziękuję bardzo.
[36:58] - To jeszcze nie koniec, bo ja w międzyczasie sformułowałem parę pytań i kilka pytań również pojawiło się od słuchaczy na naszym czacie. BJ zapytał, czy sierżant CJ nie został poparzony, jak obserwował pojazd nad samochodem.
[37:15] - Właśnie nie został poparzony, ale był pod wpływem oddziaływania tej energii, która otaczała ten pojazd kosmiczny.Dlatego właśnie opisywał, że jego włosy na głowie, na rękach i na plecach stanęły dęba, tak jakby były naelektryzowane. A także, co jest charakterystyczne dla wielu sytuacji, kiedy ma się do czynienia z pojazdem z innej planety, silne pole elektromagnetyczne tych pojazdów powoduje, że wszystkie nasze urządzenia nagle przestają działać. Gasną radia, gasną światła. I to też stało się z samochodem sierżanta. Nie został poparzony, ale bardzo silnie i fizycznie odczuwał bliskość pojazdu, który poruszał się nad jego głową. Trudno wyczuć, z czym to było związane. Czy pojazd wykonywał swój planowy lot, czy też był uszkodzony i starał się to uszkodzenie naprawić. O tym można jedynie spekulować.
[38:17] - Gdy opowiadałeś o tej historii, przeglądałem sobie strony internetowe w poszukiwaniu jakichś informacji odnoszących się do tej sprawy i trafiłem na list pana Teda Molczana. Nie wiem, jak to nazwisko się po angielsku wypowiada. Człowiek, który zajmuje się śledzeniem różnych obiektów, które wchodzą w naszą atmosferę poprzez satelity. I tutaj jest taka wzmianka, że to mógł być meteoryt. Jakie jest prawdopodobieństwo, że sierżant CJ i jego żona obserwowali meteor czy coś w tym typu, jakiś inny obiekty?
[38:58] - Przede wszystkim nie mógł to być meteoryt czy meteor, czy jakiś inny naturalny obiekt kosmiczny, dlatego że całe to zjawisko trwało zbyt długo. Trwało to ponad pięć minut, kiedy sierżant razem z żoną mieli mnóstwo czasu, aby przyjrzeć mu się bardzo uważnie i dokładnie. Nie mieli wątpliwości, że nie mają do czynienia z żadnym kosmicznym kamykiem czy czymś w tym rodzaju, a jest to po prostu klasyczny latający spodek, który wskazuje swoją budową na to, że został stworzony przez kogoś, kto jest o wiele bardziej zaawansowany technologicznie niż my ziemianie. Myślę, że to jest główny i podstawowy dowód. Na dodatek wokół tego latającego dysku krążyła taka rozświetlona sonda, która kiedy spodek zaczął wznosić się coraz wyżej w niebo, nagle wystartowała w to niebo jako pierwsza, jakby wskazując drogę. Była czymś w rodzaju takiej sondy czy latarki, która poszybowała pierwsza, a tuż za nią ten obiekt. Tak jak powiedziałem wcześniej, sierżant CJ ze względu na charakter pracy, jakie wykonuje, dość precyzyjnie jest w stanie oceniać wielkość obiektów, a także odległość do tych obiektów. Dlatego to sprzyjało właśnie temu, aby móc mniej więcej określić jego wielkość, co ma olbrzymie znaczenie w tego typu obserwacjach. Co jednocześnie wskazuje na to, że mimo olbrzymiego zaskoczenia, patrzył chłodnym okiem żołnierza i był w stanie zaobserwować elementy, szczegóły i na koniec podać mniej więcej wielkość i wymiary tego obiektu. 250 metrów średnicy, więc był dość potężnych rozmiarów, 60 metrów wysokości.
Również jest to niemało.
[40:48] - I ostatnie pytanie na koniec, odnoszące się do sprawy z Georgii. Mamy obserwacje, mamy relacje, mamy sny sierżanta. A czy przeprowadzono może jakąś sesję regresyjną w celu odzyskania jakichś wspomnień, które zostały zatarte?
[41:08] - Ta historia w sumie ciągle trwa, ciągle jest bardzo świeża i bardzo żywa. Myślę, że coś takiego jest z pewnością w planach. Praktycznie Linda jest jedyną osobą, która opowiada o tej całej sytuacji, która przydarzyła się CJ-owi z tego powodu, że to właśnie do niej się zwrócił i to ona z nim ten wywiad i tą rozmowę na ten temat przeprowadzała. Tak więc myślę, że ciągle jeszcze jakieś szczegóły przed nami i myślę, że w jakiś sposób uzupełnię tą historię o jakieś nowe informacje w przyszłości.
[41:45] - Tak więc, jeżeli tylko jakieś nowe informacje się na ten temat pojawią, to nie omieszkamy również przekazać ich na antenie Radia Paranormalium. Zobaczę jeszcze, czy pojawiły się jakieś nowe komentarze na naszym czacie. Limera 1N pisze odnośnie tego kodu ASCII: „W kodzie ASCII litera A wygląda tak 01000001. Gdyby on, czyli CJ, o tym spisał cały tekst, to mieściłby się on na kilku kartkach A4, a nie na rachunku”.
[42:18] - Myślę, że to też dobry pomysł, żeby móc pokazać zdjęcia tego kodu. Nie wiem, na ile to będzie legalne, bo te wszystkie zdjęcia należą do Lindy i są pod jej copyright. Nie jestem pewien, czy mi na to pozwoli, ale myślę, że możemy spróbować zrobić taki eksperyment, żeby wstawić tą kartkę z kodem, zdjęcie tego rachunku hotelowego z kodem zapisanym przez sierżanta, żeby każdy, kto jest tak dobry w takim kodzie, jak słuchacz czy słuchaczka, mogli również sami spróbować to odczytać i wyciągnąć jakiś sens czy wnioski z tego, co tam on zapisał.
[43:00] - Tak że jeżeli to będzie możliwe, to udostępnimy zdjęcia tego rachunku, a jeżeli się nie uda, no to trudno. Nic już, żadnych komentarzy tutaj nie widzę odnoszących się do dzisiejszego tematu, do bliskiego spotkania z UFO w stanie Georgia. Kończymy już powolutku dzisiejszy odcinek Paralaksy, również zrealizowany na żywo. Drugi taki odcinek nam wyszedł. Myślę, że całkiem dobry. Słuchacze z tego, co widzę na czacie, są bardzo zadowoleni z tej audycji. Także będziemy się już powolutku żegnać i mam nadzieję, że na kolejny odcinek Paralaksy nie będziemy musieli znowu tak długo czekać jak ostatnio.
[43:44] - Ja również mam taką nadzieję, ale czasami są, jak wszyscy wiemy, siły wyższe, jeszcze wyższe, a nad nimi są te najwyższe, które niestety sprawiają, że nie zawsze jesteśmy panami własnego losu.
[43:55] - Ale postaramy się kolejny odcinek nagrać albo nadać na żywo tak szybko, jak tylko to będzie możliwe. A na razie mówimy wszystkim słuchaczom dobranoc albo miłego dnia, w zależności, czy słuchacie z MP3, czy na antenie. Mówili do państwa Marek Sęk "Ivellios" oraz nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy Chris Miekina. Dzięki jeszcze raz, Chrisie.
[44:19] - Ja również dziękuję. Dziękuję bardzo. Jeszcze raz przepraszam za dzisiejszy niezbyt składny dzień, ale czasami takie dni bywają. Chyba każdy z nas je ma. Także liczę na wyrozumiałość. Jeszcze raz wszystkim bardzo dziękuję. Do widzenia.
[44:33] - Dobranoc i do usłyszenia ponownie już niedługo. Produkcja i realizacja Portal info. www.info.org.pl