[00:01] - Portal Infra prezentuje Paralaxa. Spojrzenie Chrisa Miekiny. Witamy bardzo serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, Radia Wolne Media, Radia Na Fali i wszystkich innych miejsc, w których nas słychać, a także czytelników portalu Infra i czasopisma Nieznany Świat. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a dzisiaj po drugiej stronie Skype'a na żywo jest z nami nasz poszukiwacz prawdy Chris Miekina. Witaj Chrisie.
[00:30] - Witam wszystkich po raz kolejny dzisiaj, bo przed chwilą skończyliśmy debatę, także tutaj widzę, że Ivellios dokonuje na mnie eksperymentu wytrzymałościowego, ile dam radę, ale na szczęście już mu coraz trudniej przechodzi przez gardło poszukiwacz prawdy, z czego się bardzo cieszę i na to liczę, że któregoś dnia to się już nie uda wypowiedzieć.
[00:52] - Ja bym się tak nie cieszył. Oczywiście dzisiejszą Paralaksę realizujemy na żywo. Przed chwilą skończyliśmy debatę. Nie schodzimy z anteny, dalej kontynuujemy nadawanie audycji słownych, tak zwanych gadanych. Możecie państwo zadawać swoje pytania. Dzisiaj będziemy dyskutować o wizjach podróży na Marsa. Możecie dyskutować, możecie pytać. Nasz numer telefonu to 32 746 0008. Skype radio.paranormalium.pl. Numer Gadu-Gadu 36 08 80 02.
Czekamy też na wasze pytania i komentarze na czacie Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl, na Facebooku, na koncie Radia Paranormalium i w grupie tematycznej Radia Paranormalium, a także w grupie czytelników Nieznanego Świata. Można również pytać drogą e-mailową na adres radio@paranormalium.pl, a także poprzez SMS-a. Nasz numer to 517 986 778. Chrisie, na ekrany polskich kin wszedł właśnie nowy film pod tytułem „Marsjanin”. Czy mógłbyś przybliżyć naszym słuchaczom, o czym on opowiada? Nieco na przekór tytułowi głównym bohaterem filmu nie jest istota, o której pewnie niektórzy w tym momencie pomyśleli.
[02:15] - Nie jest może to przybysz z kosmosu, chociaż właściwie jest, bo jest to przybysz z kosmosu, przybysz z planety Ziemia, który odwiedził Marsa wraz ze swoją załogą po to, żeby przeprowadzić tam szereg badań, jak to zwykle takie załogi kosmiczne zazwyczaj robią, gdy wyruszają gdzieś na daleką wyprawę. I podczas tej wyprawy, która zbliżała się już ku końcowi, zdarzyło się coś oczywiście nieprzewidzianego, czyli wybuchła jakaś wielka, potężna marsjańska burza. Cała załoga była zagrożona, postanowiła się ewakuować. Główny bohater w jakiś sposób gdzieś tam się troszeczkę zapomniał, zagubił, dostał czymś ciężkim. I oni myśleli, że już jest po nim i odlecieli bez niego. Tymczasem on, jak to zazwyczaj jest w amerykańskich filmach, dzielnie to przetrwał, tą marsjańską burzę, otrzepał się z piasku, powstał i zobaczył, że jest na Marsie sam i w ten sposób został Marsjaninem. Jedyną, można powiedzieć w cudzysłowie, żywą istotą na tej czerwonej planecie. Także film jest świetny. Bardzo go polecam. Nakręcił go znakomity reżyser, jeden z moich ulubionych, Ridley Scott.
Po tym filmie wybaczyłem mu ten nieszczęsny „Exodus”, który uważam, że chyba nakręcił po to, żeby zdobyć odpowiedni budżet na taki film jak „Marsjanin” czy na kolejny odcinek, który już wkrótce będzie na ekranach, znaczy wkrótce, w 2017 roku, a ja już się nie mogę doczekać. I ten film o tym właśnie samotnym rozbitku, takim marsjańskim Robinsonie Crusoe, jest chyba takim filmem bardzo mocno w czasie, bo chyba wszyscy zauważyli, że to, co pojawia się na przykład w kinach, głośne filmy czy jakieś głośne historie, które są opowiadane w literaturze właśnie, czy w programach dokumentalnych w telewizji, czy też właśnie w filmach Hollywood, one nie są przypadkowe. I podobnie jest z „Marsjaninem”. Film opowiada o tym, jak przetrwać na Marsie w ekstremalnych warunkach, kiedy nie ma się żadnej łączności z Ziemią, kiedy ubywa jedzenia, ubywa środków do życia, pozostaje już tylko czarna rozpacz i oczekiwanie na dramatyczny koniec. Gdy tymczasem ludzkość już ma to do siebie, że za każdym razem stara się znaleźć rozwiązanie w swojej trudnej sytuacji, nawet znaleźć w sobie poczucie humoru i próbować przetrwać za wszelką cenę, mimo tego, że jest to gra do jednej bramki. Oczywiście w tym filmie wszystko skończyło się dobrze. Może tu za bardzo uprzedzam fakty, ale prawdopodobnie gdyby Marsjanin nie wrócił do siebie do domu na Ziemię, to ten film nigdy by nie został pokazany, bo powinien się skończyć dobrze. A ta okazja, dla której został pokazany, jest właśnie taka, że coraz głośniej się mówi o Marsie. Coraz więcej informacji o Marsie jest przekazywanych przez media i odkrywa się tam różne dziwne rzeczy, które wskazują, że nie jest to do końca zupełnie jałowa planeta i nie jest to taka planeta, której nie dałoby się żyć i przetrwać. Także film jest takim rodzajem przygotowania ludzkości, można powiedzieć nawet, ponieważ jest to film popularny, jest to film przygodowy, bardzo dobrze się go ogląda, jest świetnie opowiedziany.
Do tego, że lada chwila będziemy mieli okazję zamieszkać na jeszcze jednej planecie, co oczywiście będzie największym wydarzeniem chyba w historii ludzkości, bo po raz pierwszy, jeżeli do tego dojdzie oczywiście, człowiek wreszcie wyjdzie ze swojego grajdołka, z Ziemi.I stanie na innej planecie. Do tej pory udało mu się być tylko przez chwilę na Księżycu. Księżyc nie jest planetą, więc dlatego to wydarzenie z Marsem byłoby takie doniosłe. Jeszcze raz zachęcam do filmu. Jest to ten sam reżyser, który nakręcił film „Prometeusz”, pierwszą część „Obcego” i bardzo się cieszę, że będzie ją kontynuował. Film myślę, że podobał się większości. Książka, na której powstał film jest również bardzo interesująca i co ciekawe została napisana przez kompletnego debiutanta i jest na Amazonie od 2011 roku. Nikt się nią tak za bardzo nie interesował. Sprzedawała się po 99 centów za sztukę, za tą elektroniczną książkę. Dlatego, że nie dało się na Amazonie tego rozdawać za darmo, a autor Andy Weir chciał rozdawać ją za darmo, gdy nagle w jednym tygodniu zainteresowali się tym i producenci filmowi i wielcy wydawcy, bo wydał ją Random House, jeden z największych domów wydawniczych w Ameryce.
I nagle mamy tutaj do czynienia z następną amerykańską historią od pucybuta do bohatera. Bo nagle z prostego pracownika w firmie komputerowej, gdzie utrzymywał w działaniu serwery i inne mniej lub bardziej ciekawe rzeczy, nagle Andy Weir stał się milionerem. Stał się znanym pisarzem w bardzo krótkim okresie czasu, o czym sam zawsze marzył. Próbował to realizować, nigdy się nie udało, a udało się to przez przypadek. Także jest on też w pewnym sensie takim literackim Marsjaninem, który nagle stał się bohaterem literackim i stworzył coś, co prawdopodobnie stanie się pewną klasyką, bo w momencie, kiedy będzie w przyszłości przygotowywana wyprawa na Marsa, to ludzie będą chcieli zadawać jakieś pytania i będą je zadawali na podstawie tego, co zobaczyli w tym filmie. Film jest o tyle interesujący, że nie jest on żadną fantazją, jest tam więcej science niż fiction. Wszystko to, co tam się dzieje jest wytłumaczalne naukowo, jest też w zasięgu naszej obecnej technologii, którą dysponujemy w tej chwili i dlatego wygląda tak realnie. Być może sam cel dotarcia do Marsa, a być może i jego zasiedlenie jest również bardzo realne. Także zachęcam jeszcze raz do obejrzenia „Marsjanina”.
[08:34] - Tyle film. A teraz przejdźmy do rzeczywistości. Krisie, jakie są szanse, że w ciągu najbliższych, powiedzmy 20 lat na Czerwonej Planecie stanie człowiek?
[08:45] - Myślę, że szanse są bardzo duże i bardzo poważne. To jest dobre pytanie, bo zaledwie w zeszłym tygodniu NASA stwierdziła, że Mars nadaje się do kolonizacji i ta NASA jest w stanie osiągnąć ten cel w ciągu najbliższych 20 lat. Powód, dlaczego chce to zrobić akurat teraz jest w zasadzie bardzo prosty. Coraz bardziej zdajemy sobie sprawę, że Ziemia nie jest aż tak bezpiecznym miejscem do życia, jak nam się to wydawało. W swojej historii ma już za sobą wiele kataklizmów, które zmieniły w bardzo poważny sposób wygląd naszej planety i wygląd jej mieszkańców. Istnieje możliwość, że taki kataklizm stanie się także udziałem naszej cywilizacji, bo dlaczegóż by nie? Skoro mamy już za sobą pięć takich wielkich, poważnych katastrof, jakie przydarzyły się Ziemi, to właściwie zegarek tyka i my czekamy na swoją własną. Do tego jeszcze dołączają się autorytety. Na przykład Buzz Aldrin, który jest drugim człowiekiem, który stanął na Srebrnym Globie. Ten pierwszy już niestety nie żyje, zmarł kilka lat temu.
Buzz powiedział w publicznym wywiadzie dla dużej sieci telewizyjnej, że Mars jest oczywistym i logicznym miejscem do osiągnięcia przez załogę Ziemi. Uważa on, i tu się zupełnie z nim zgadzam, że byłoby to największe osiągnięcie, jakiego kiedykolwiek dokonali ludzie w swojej historii. Bo w przeciwieństwie do Księżyca, dotarcie do Marsa oznaczałoby stworzenie tam bazy dla ludzi. Nawet w tej chwili ustalono mniej więcej cenę, ile kosztowałoby zbudowanie takiego pierwszego załogowego laboratorium na Marsie. W tej chwili jest to cena około 2,5 miliarda dolarów. Cena jest wysoka, bo Mars jest przede wszystkim daleko i ma bardzo trudny do przetrwania klimat. Jego atmosfera składa się głównie z dwutlenku węgla, a pogoda jest bardzo niestabilna, bo panują tam olbrzymie burze pyłowe, które między innymi przyczyniły się do zamilknięcia jednego z dwóch bliźniaczych łazików. Był to Spirit. Najważniejszym elementem tej układanki, jak dostać się na Marsa, jak na nim przetrwać, jest obecność wody w stanie płynnym, bo daje to olbrzymie nadzieje na przetrwanie. Ta woda pozwoli podtrzymać życie i można się wkrótce spodziewać, że na Marsie zostaną znalezione, być może pierwsze ślady pozaziemskich roślin, bakterii, a kto wie, może nawet zwierząt.
Woda w płynie w sposób naturalny zakłada myślenie o jakichś żywych organizmach, które w niej się rozwijają tak samo jak i na Ziemi. Dlatego ten Aldrin, o którym tu wspomniałem, uważa, że osiągnięcie Marsa i założenie tam bazy jest najważniejsze przede wszystkim dla jego własnego kraju, Stanów Zjednoczonych, bo jednocześnie taka decyzja narzuci pewien cel dla tego narodu. Z powrotem wpompuje w niego pasję. Podobną pasję, jaka miała miejsce w czasach, kiedy prezydent Kennedy ogłosił, że rozpoczyna się wyścig w kosmos i wyścig na Księżyc.I ten cel osiągnął. Wówczas cały naród stanął za nim. Ta energia została wzbudzona i cel został osiągnięty, mimo że na początku wydawało się, że jest zbyt odległy i zbyt fantastyczny. A wracając jeszcze na chwilę do tego niebezpiecznego miejsca, jakim okazuje się być nasza Ziemia, to NASA zidentyfikowała obecnie co najmniej 12 000 asteroid krążących wokół tej naszej planety, z których monitoruje się w sposób bardzo dokładny aż 876. I wśród tych 876 asteroid jest 150 wystarczająco dużych, aby zakończyć życie na Ziemi. Tutaj tak dla przypomnienia: asteroida, która byłaby killerem dla naszej planety, wystarczy, że ma mniej więcej średnicę dwóch kilometrów. I któregoś dnia taka asteroida znajdzie się w naszym sąsiedztwie i można się spodziewać takiej asteroidy już nawet za 100 lat.
Także w swojej historii Ziemia miała wiele już takich przypadków. Pięć było bardzo poważnych. Jak wiemy, w tym ostatnim przypadku wyginęły dinozaury i świat zmienił się nie do poznania. Dzięki temu byliśmy my. Ale my teraz nie chcemy tak łatwo odejść. Dlatego nadarza się świetna okazja, żeby znaleźć właśnie taką zapasową planetę. I tą zapasową planetą byłby właśnie Mars. I kto wie, być może w najbliższych kilkudziesięciu latach uda się właśnie doprowadzić do tego, że obecność człowieka na Czerwonej Planecie będzie permanentna i będzie to miejsce, gdzie będzie można przechować przynajmniej część ludzkości po to, żeby gdy dojdzie rzeczywiście do katastrofy na Ziemi, by móc mieć na tyle sił i energii, żeby powrócić na Ziemię i spróbować ją znów odbudować dla ludzi.
[14:17] - A z jakiego kraju pierwszy człowiek na Marsie będzie pochodził? Jeszcze do niedawna oczywiste wydawało się, że będzie to obywatel Stanów Zjednoczonych. Jednak w ostatnich latach sporo się w NASA pozmieniało, a teraz coraz większe szanse na prześcignięcie Amerykanów mają Chińczycy.
[14:36] - Myślę, że szanse Chińczyków są raczej iluzoryczne. Ja dokładnie przyglądam się temu, jak rozwija się ten program kosmiczny w Chinach i mimo że ten kraj poczynił olbrzymie postępy, ciągle te technologie nie nadążają za krajami przodującymi, przede wszystkim jak Stany czy Rosja, czy choćby nawet Indie. Bo tu trzeba przypomnieć, że Indie również wysłały swoją satelitę, która krąży wokół Marsa. To jest coś absolutnie niebywałego. Natomiast Chińczycy ciągle muszą zdobywać doświadczenie. Zaczęli późno i pewnych etapów nie da się przeskoczyć, nawet jak się ma tryliony dolarów, to wciąż jednak czas robi swoje i trzeba to doświadczenie zdobyć. Chińczycy rzeczywiście planują wysłanie na Marsa wyprawy, ale to będzie wyprawa bezzałogowa. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Amerykanie będą wysyłać pierwszą załogę na Czerwoną Planetę. Jest to 2020 rok i planują wysłanie orbitera i łazika, który będzie podróżował po Marsie, podobnie jak dziś robi to Curiosity i będzie szukał jakiegoś dogodnego miejsca do lądowania, a orbiter oczywiście będzie tworzył mapę Marsa. Także nie ma pewności, czy Chińczycy mają odpowiednią technologię i wiedzę, żeby przetrwać na Czerwonej Planecie i sami sobie zdają z tego sprawę.
Pierwsze próbki gruntu, które chcą pobrać z Marsa i wysłać je na Ziemię, ich plan przewiduje dopiero na 2030 rok i nadal to będzie wyprawa robotów, więc nie będzie to załogowa wyprawa. Do tego czasu Amerykanie zbudują tam najprawdopodobniej swoją bazę. I problem główny Chińczyków jest w tym, że ten ich cały program kosmiczny tak naprawdę zależy w dużej mierze od polityki. Jeżeli nie zostanie on zatwierdzony przez najwyższe władze partyjne, to wówczas nic z tego nie będzie, a do tej pory, przynajmniej do wczoraj, nic takiego się nie wydarzyło. Ta chińska agencja kosmiczna ma plan, wytyczyła sobie swoje własne cele, natomiast nie ma jeszcze akceptacji oficjalnej, w związku z czym Chińczycy czekają na razie z założonymi rękami, co się wydarzy, czy rzeczywiście kran z pieniędzmi zostanie otworzony i czy będą mogli przystąpić do zdobywania Marsa i do próby przynajmniej wyścigu z Amerykanami, którzy wydają się być tutaj także liderami. Myślę, że o wiele bardziej zaawansowani technologicznie w wyścigu do Marsa są choćby Rosjanie, którzy co prawda mają swoje własne problemy, ale nie należy ich lekceważyć. I to, że nie udało im się z tą olbrzymią sondą Phobos-Grunt, to nie znaczy, że to zakończyło kompletnie ich pomysły i program kosmiczny. Rosjanie mają taki ciekawy program, który się nazywa Marpost i polegał na tym, że chcą wysłać w stronę Marsa załogowego orbitera. Także nie będzie to statek kosmiczny, który wyląduje na Czerwonej Planecie, a będzie tylko orbitował, ale będzie miał na swoim pokładzie załogę. I to orbitowanie miałoby trwać mniej więcej około miesiąc.
W tym czasie z tej olbrzymiej stacji Marpost byłyby wysyłane w stronę Marsa roboty, które pobierałyby odpowiednie próbki. W tym czasie orbiter robiłby mapę Czerwonej Planety. Przy okazji zaobserwowałby dokładnie, co robią ich przeciwnicy Amerykanie. I cała ta wyprawa w tę i z powrotem, plus ten miesiąc krążenia dookoła Marsa miałby trwać około dwóch i pół roku.W tej chwili jest to już możliwe, dlatego że Rosjanie kończą swój moduł do stacji ISS, ale mają taki pomysł, że w momencie, gdyby ich wyprawa na Marsa została zatwierdzona i stała się priorytetowa – co jest możliwe, zwłaszcza w obecnej sytuacji politycznej – wówczas ten moduł zostałby użyty jako część tego olbrzymiego orbitera, który pofrunąłby w stronę Marsa. I byłby on wówczas napędzany silnikiem jonowym. Stąd tak powolny lot i tak długo trwająca wyprawa, dwa i pół roku w obie strony.
[18:55] - Pojawiło się na czacie Radia Paranormalium sporo ciekawych komentarzy. Clear Sky pisze na przykład: „Amerykanie bez Ruskich nigdzie nie polecą” i zastanawiam się, czy taka koalicja amerykańsko-rosyjska celem podboju Marsa jest w ogóle możliwa. Mieszkurka2000 pisze z kolei: „Kto ich tam wie. Może to, co teraz robią Amerykanie, to teatr. Możliwe, że mają już inne, nowsze pojazdy”. Krysie, jak się odniesiesz do tych komentarzy?
[19:26] - To jest w ogóle bardzo ciekawa historia tej współpracy amerykańsko-rosyjskiej w przestrzeni kosmicznej. Bo z jednej strony, zobaczmy, te kraje miały zimną wojnę, już miały wymierzone na siebie rakiety, a mimo wszystko udało im się stworzyć program Sojuz-Apollo, współpracować razem w kosmosie. Dziś, kiedy Putin jest wrogiem numer jeden prezydenta Obamy, nie przeszkadza to wcale, żeby Sojuzy w tę i z powrotem latały z załogą, Progresy z zaopatrzeniem. Nic nie zmienia to w kwestii podboju kosmosu i lotów kosmicznych wśród obu tych krajów. Także jest dużo pomysłów i dużo wspólnych planów i myślę, że większym problemem jest tutaj nie tyle sytuacja polityczna, co różne przetasowania biznesowe, w sensie korporacji, w sensie wynalazków i w sensie tego, co uzyska się w zamian, niż jakieś tam doraźne problemy, że ktoś akurat politycznie stoi po przeciwnej stronie. Ten program kosmiczny udowadnia, że praktycznie wszystko jest możliwe i oba te kraje w swojej historii tych lotów kosmicznych i podboju kosmosu do tej pory wykazały, że można powiedzieć, że idealnie uzupełniały się nawzajem. Bo zobaczcie, na przykład Amerykanie stworzyli świetny pojazd kosmiczny typu Apollo, ale Rosjanie mieli lepszą rakietę i taką mają do tej pory. Amerykanie wysłali swoje sondy dalej niż ktokolwiek inny, na sam skraj Układu Słonecznego. Ale z kolei Rosjanie opracowali świetne technologie budowy stacji kosmicznej. Bez ich technologii ISS w ogóle nigdy by do tego nie doszło, do zbudowania takiej stacji.
Rosjanie, tu przypomnę jeszcze z historii, zbudowali kiedyś stację Mir, zbudowali stację Salut. To były zdobyte olbrzymie doświadczenia. Natomiast Amerykanie w tym samym czasie zbudowali maleńkiego Skylab'a, który długo nie polatał i spłonął. Także obecna stacja, praktycznie jej architektura, jej konstrukcja jest w większości pomysłu Rosjan, a co najmniej jej połowa została zbudowana przez Rosjan. Także mimo wszystko oba te kraje w tym podboju kosmosu wspierają się nawzajem i tutaj jest wszystko możliwe. Zwłaszcza gdy cel jest wyraźny i jest się czym dzielić na końcu. Jeżeli coś takiego się znajdzie i jeżeli okaże się, że wujkowi Samowi zabraknie pieniędzy czy jakiejś technologii, wówczas nie będzie żadnego problemu, żeby zaprosić Rosjan do współpracy i zrobić coś wspólnie. I vice versa. Podobnie będzie z Rosjanami, że jeżeli będą chcieli coś bardzo zrobić, zwrócą się do Amerykanów o pomoc, bo mają za sobą lata współpracy.
[22:19] - Kolejne pytanie łączy się z jeszcze jednym pytaniem, dlatego zadam może teraz obydwa. Pomówmy teraz o samym Marsie. Co słychać na Czerwonej Planecie? Co ciekawego udało się odkryć lub zbadać w ostatnim czasie? Łazik Curiosity potwierdził niedawno, że na Marsie występuje woda w stanie ciekłym. Czy oznacza to automatycznie, że na Czerwonej Planecie istnieje też i życie?
[22:46] - Automatycznie oczywiście nie oznacza to nic. Oznacza to tylko to, co nam powiedziano, że istnieje tam ciekła woda. Możemy mieć jedynie nadzieję, że Mars nie jest do końca sterylną planetą, że przynajmniej w takiej płynnej wodzie mogą pływać jakieś różne drobnoustroje. Przede wszystkim najpierw zauważono te czarne smugi na zdjęciu satelitarnym z Mars Reconnaissance Orbiter i te smugi, które zidentyfikowano jako smugi wody, spływały właśnie po zboczu tej wysokiej góry Mount Sharp. Mount Sharp, tu przypominam, ma prawie pięć kilometrów wysokości, także jest to solidny kawał góry w środku krateru Gale'a, gdzie operuje Curiosity. A ponieważ Curiosity się tam znajduje, więc jest naturalna potrzeba i pomysł, żeby łazik podjechał bliżej i sfotografował te cieki wodne z najbliższej możliwej odległości. I tutaj zaczynają się pojawiać najrozmaitsze problemy, bo wydaje się, że jest to kwestia tylko decyzji, żeby tym łazikiem podjechać, ale prawdopodobnie tak się nie stanie. I to nie dlatego, że jest to jakaś teoria konspiracji, czy nie chce się nam powiedzieć, tylko chodzi o to, żeŁazik Curiosity jest zbyt cenny, żeby ryzykować go, aby podjechał blisko pod miejsce, które jest ewentualnie niezbadane pod względem stabilności, bo jeżeli mamy wodę i pogoda na Marsie jest mroźna, to wszystko się może zdarzyć. Taki łazik może zakopać się w błocie, potem może przymarznąć, mogą być problemy z uwolnieniem go z takiego lodu, może się przewrócić i wówczas wszelkie plany, jakie w przyszłości buduje NASA, żeby stworzyć tam bazę, mogą runąć w gruzach. Curiosity jest niezbędne, żeby być na miejscu i stworzyć pierwsze warunki do tego, żeby znaleźć właściwe miejsce i odpowiednie okoliczności, jakie panują na Marsie do tego, żeby wylądowała tam załoga, wylądowała bezpiecznie i mogła zacząć budowę.
Informacja o tym, że jest tam woda, jest oczywiście niezwykle ważna z wielu innych względów, bo jeśli jest woda, łatwiej jest cokolwiek budować. Na przykład jest taka świetna koncepcja, żeby zbudować igloo z zamarzniętej wody, z lodu, który będzie odporny na przykład na promieniowanie kosmiczne i dzięki temu będzie mógł bezpiecznie przykryć przyszłą ewentualną bazę, jaka tam panuje. Jeszcze jeden problem z Curiosity, dlaczego nie chce się, żeby zbliżał się do tych cieków wodnych, jest taki bardzo, wydawałoby się prozaiczny problem. Kiedy Curiosity był niemalże gotów do startu na swojej rakiecie nośnej w stronę Marsa, sprawdzano jeszcze w ostatniej chwili, czy wszystko zostało zabrane i spakowane na pokład i ktoś otworzył hermetyczny pojemnik z wiertłami i w tym momencie rozhermetyzował go i do wierteł dostały się ziemskie bakterie. I teraz zakładając, że ta woda jest na przykład jałowa, nie ma w niej życia i Curiosity będzie próbował badać coś obok swoim wiertłem, wówczas bakterie ziemskie przejdą do wody, mogą się zacząć rozwijać, rozmnażać i praktycznie jeżeli cokolwiek istniało w tej wodzie, być może zostanie zniszczone czy zainfekowane tymi ziemskimi bakteriami. Na to są bardzo uczuleni w tej chwili ci, co badają Marsa, ci, co rządzą całą tą polityką marsjańską. Jak badać, jak unikać właśnie sytuacji, żeby coś zepsuć, zniszczyć, zakazić i tak dalej. To jest jeszcze jedna rzecz taka-
[27:02] - To brzmi jak taka przypadkowa panspermia.
[27:04] - Tak, właśnie. Jest to możliwe. Na przykład gdyby Curiosity odpukać, przewrócił się i pękł, na przykład rozpadłby się na kawałki, to w jego wnętrzu części, w tych częściach, z których został on zbudowany, one również mają te swoje ziemskie bakterie. Także cała ta obudowa jest absolutnie sterylna, jest bardzo szczelna. Puszka Pandory się otwiera. Dlatego póki co nikt nie chce czegoś takiego ryzykować, dlatego że ciągle zbyt mało wiemy na temat tego, co się dzieje na Marsie. Te informacje są zbierane i Curiosity, nie da się tu ukryć, jest najlepszym narzędziem, jakie kiedykolwiek do tej pory znalazło się na Marsie. Także jest duża opozycja, żeby nie wysyłać tam łazika i prawdopodobnie do tego nie dojdzie. Zwłaszcza że z takiego nawet zwykłego, logicznego punktu widzenia niewiele to wniesie, bo łazik, który będzie obserwował taki ciek wodny na przykład z 20 metrów odległości, nie będzie miał lepszych zdjęć niż te, które robione są w tej chwili obecnie z Orbitera. Będzie mniej więcej widział to samo, ten sam progres wody.
Także jeśli nie będzie wystarczająco blisko, to nic to nie zyska, natomiast może być zagrożeniem dla bardzo poważnego narzędzia, jakie w tej chwili działa na Marsie. Właśnie przy okazji tych rzek, bo pytałeś o te różne odkrycia, okazało się przy okazji tych cieków wodnych, że w ogóle na Marsie kiedyś płynęły rwące rzeki. Jakoś tak dziwnie wypływały, bo one wypływały z korony tego wielkiego krateru, w którym w tej chwili znajduje się Curiosity i były bardzo rwące, a wiadomo to stąd, że zaczęto badać te otoczaki, po których jeździ Curiosity. W tej chwili wody tam nie ma, ale te otoczaki zostały i na podstawie ich kształtu określono, że pokonały dystans 50 kilometrów, więc woda musiała być niezwykle rwąca, żeby zanieść taki kamyk na taką odległość. Ciekawy jest sposób, w jaki do tego doszli, że akurat taki dystans taki otoczak pokonał. I zrobił to właśnie węgierski matematyk Gábor Domokos, który stworzył taki model geometryczny takiego otoczaka, który najpierw sprawdzano w beczce. Później nałożono to, co się tam działo w beczce na naturalny proces w przyrodzie, bo te otoczaki, które są tam na przykład odrywają się ze skały u źródeł, czy tam kamienie, zwykłe kamienie u źródeł jakiejś rzeki, są po prostu popychane w dół jej nurtu. I przez to, że uderzają o inne kamienie, ich kształt staje się coraz łagodniejszy, są coraz bardziej wypolerowane. Zbadano to dokładnie między innymi na jednej z takich rwących rzek na Puerto Rico, gdzie mniej więcej co 100 metrów pobierano kamieni z dna rzeki i dopasowano to do tych obliczeń Domokosa. I okazało się, że wszystko się zgadza.
Obliczenia są zrobione w sposób właściwy. Oczywiście dodano do tego, żeGrawitacja na Marsie jest inna niż na Ziemi. Dzięki temu określono dokładnie dystans, jaki pokonał otoczak, po którym akurat ten Curiosity przejechał. Jest to świetne narzędzie do badania innych planet w przyszłości, bo dzięki temu będzie można podobne rzeczy zbadać na przykład na Tytanie, bo tam również jest planowana wyprawa, ale dużo w dalszości, ale przynajmniej to się już w jakiś sposób sprawdziło. Dużo informacji z Marsa w tej chwili dochodzi.
[31:05] - Postaram się troszeczkę skondensować te pytania, bo jest ich naprawdę dużo. Jeszcze więcej niż pytań do debat ufologicznych. Słuchacze chyba nie mają nic przeciwko, ale nie chcę ciebie też zbyt długo tutaj trzymać, bo już długo z nami dyskutujesz na antenie. Według niektórych entuzjastów potwierdzeniem istnienia na Marsie form życia mają być również fotografie, na których podobno widoczne są jakieś postaci przypominające ludzkie istoty czy też zwierzęta. Na niektórych ze zdjęć wykonanych przez Curiosity widać na przykład coś, co wygląda jak szczur. Ciekawe rzeczy można również znaleźć po bliższym przyjrzeniu się zdjęciom Marsa w aplikacji Google Maps. Jednym z takich artefaktów jest coś, co autor odkrycia nazwał Bio Station Alpha.
[31:53] - Tak, fotografie Marsa są oglądane chyba przez tysiące ludzi, bo wiadomo, jest to inna planeta. Ludzie oglądają i doszukują się tam niesamowitych rzeczy. Widziano tam nie tylko szczura. Widziano tam yeti, słonia. Ostatnio na przykład zauważono tam latającą łyżkę. Może ja przesłałbym to zdjęcie do radia i można byłoby to pokazać jako ilustrację, a być może to widzieliście, a jeśli nie, to zachęcam, żeby wstukać w Google „latającą łyżkę na Marsie” i wówczas każdy ją zobaczy, bo jest to taki dziwny twór geologiczny, czy może nie geologiczny, jak uważają niektórzy, który niemalże sprawia wrażenie, że wisi w powietrzu. Ta fotografia tej łyżki została zrobiona w sierpniu tego roku. Naukowcy od razu to wyjaśnili. Uważają, że jest to pareidolia, czyli oznacza to, że nasz mózg interpretuje obserwowany jakiś nieznany obiekt, porównując go do tego, co jest mu już znane i dlatego stara się okiełznać to nieznane i w jakiś sposób ubrać w coś, co rozpoznaje z łatwością. Stąd te właśnie szczury i inne zwierzęta.
Tak samo na przykład było ze skamieniałą iguaną, którą też niedawno odkryto. To jest chyba ostatnie zdjęcie takie, które viralowo fruwa po internecie. I rzeczywiście przypomina to w pewnym sensie iguanę, ale trudno traktować to jako skamieniałe zwierzę. Szczególnie ze względu na to, że Mars podlega pewnym procesom geologicznym i można je porównać do tych procesów na przykład jakie zachodzą w takich parkach narodowych jak w Kolorado czy Utah, gdzie mamy mnóstwo takich skalnych posągów rozmaitej wielkości. Są to twory natury, ale jeśli im się dobrze przyjrzeć, to przypominają różne jakieś tam mitologiczne postaci, przypominają Indian, przypominają najrozmaitsze stwory. To wszystko zrobiła natura i proces zwietrzenia. Natomiast na Marsie sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo mamy często do czynienia ze strukturami takimi dziwacznymi, delikatnymi. Widzimy misterne łuki. Widzimy takie właśnie elementy jak ta łyżka, o której wspomniałem, która wydaje się, że wisi w powietrzu, ledwie dotykając jednym ze swoich końców skały. I wydaje się, że gdyby to działo się na Ziemi, coś takiego musiałoby po prostu pęknąć.
Nie byłoby w stanie w taki sposób wisieć. Ale z drugiej strony nie możemy zapominać, że fizyka na Marsie jest nieco inna niż na Ziemi. Ze względu na grawitację i na procesy wietrzenia, jakie tam panują, takie rzeczy są łatwiejsze do utrzymania, nawet jeśli wyglądają na niemożliwe dla Ziemi. Po prostu taka łyżka, taki fragment skały jest w tych warunkach dużo lżejszy i dlatego dla nas wygląda on tak bardzo sensacyjnie. Do tego dochodzą jeszcze najrozmaitsze żyły mineralne. Te żyły mineralne najczęściej są zatopione w skałach osadowych. Te skały osadowe szybciej wietrzeją niż sama ta żyła. I te żyły mineralne czasami przypominają na przykład jakieś węże albo przypominają kręgosłupy jakichś zwierząt, ale ciągle pozostają zjawiskiem geologicznym. Podobna historia jest na przykład z rzekomym posągiem Buddy, który dostrzeżono ostatnio. I rzeczywiście zdjęcie pokazuje coś, co przypomina brzuchatego, wesołego Buddę, ale po chwili pokazano drugie zdjęcie.
Było to zdjęcie, gdzie Curiosity przesunął się dosłownie o centymetr, zmienił się punkt widzenia i była to już kupa nieprzypominających nic kamieni. Także typowa pareidolia. Myślę, że z tych wszystkich tworów dziwnych natury, jakie tam znaleziono, najbardziej sensacyjnie i dziwnie wygląda coś, co się nazywa Mars Helmet, bo jest to coś, co przypomina kamienny krąg podobny do tego w Stonehenge, ale jest na Marsie. Ma charakterystyczną okrągłą strukturę. Trudno sobie to wyobrazić, że zostało zrobione siłami tylko i wyłącznie natury. Więc tutaj możemy sobie pospekulować, czy rzeczywiście jest to twór i zostało to wykonane przez kogoś, czy być może jednak ta fizyka, jaka panuje na MarsieDoprowadza do tworzenia czegoś bardzo niezwykłego. Jeśli chodzi o tą bio station Alpha, jest to następna interesująca historia. Gdyby okazała się prawdziwą, byłaby super sensacją, dlatego że to, co znaleziono na mapie Google Mars wygląda jak olbrzymia baza. Co jakiś czas docierają do nas pogłoski, że ten program kosmiczny, z którym mamy do czynienia, to jest taka przykrywka do prawdziwego programu kosmicznego, który dysponuje znacznie lepszymi technologiami, jest o wiele bardziej wyrafinowany i na takich planetach jak Mars człowiek jest już od dawna. Trudno jest nam to potwierdzić i z pewnością taki obrazek z Google Mars nie jest potwierdzeniem niczego, bo być może sam proces spinania i tworzenia takiej mapy mógł stworzyć taki chochlik, który wygląda jak baza.
Dziwna, olbrzymia baza na tej planecie. Ale z drugiej strony słyszymy od takich ludzi, jak na przykład legendarny amerykański pilot John Lear, że wyprawy na Mars są prowadzone już co najmniej od lat 70. Czy choćby od innego człowieka, który jest znacznie poważniejszej postury. Mam na myśli tutaj Bena Richa, który był szefem najbardziej zaawansowanego oddziału Lockheed Martin, gdzie tworzono technologie kosmiczne w tej firmie lotniczej, który powiedział kiedyś publicznie, że w tej chwili jego firma posiada możliwość podróżowania do gwiazd i posiada także technologię, żeby zabrać E.T. do domu. To w jakiś sposób sugeruje, że być może coś w tym jest. Mnie jest bardzo trudno powiedzieć, co z tą stacją, czy ona istnieje, czy nie, bo siłą rzeczy jestem takim samym amatorem jak wszyscy inni. Mogę jedynie spekulować na ten temat.
[38:45] - A co jeśli życie kiedyś istniało, lecz po jakimś czasie wymarło? Co się z nim stało? Jakie mogły być tego przyczyny?
[38:55] - Jeszcze nie tak dawno samo sugerowanie, że istniało życie na Marsie byłoby czymś przez wielu ludzi bardzo trudnym do przyjęcia, bo panował bardzo długo pogląd, że Ziemia jest jedynym unikalnym miejscem we wszechświecie, w całym olbrzymim wszechświecie, gdzie mogłoby życie panować. Na szczęście powoli się to zmienia. Tej wiosny odbyła się konferencja w Houston. 46. konferencja, która nazywa się Lunar and Planetary Conference i jest bardzo poważnym spotkaniem wielu naukowców, astronomów, fizyków, którzy każdego roku omawiają najrozmaitsze swoje teorie na temat wyjaśniania różnych zjawisk czy odkryć, jakich dokonano w ciągu roku w przestrzeni kosmicznej. Oczywiście Mars jest częstym tematem tego typu dyskusji i właśnie w tym roku doktor John Brandenburg powiedział na początku swojego odczytu, że ma dowody nie do obalenia, że istniała antyczna cywilizacja na Marsie, która została zniszczona przez eksplozję nuklearną. Mamy tu do czynienia ze światem naukowym, ze skostniałą wydawałoby się akademią, a tutaj padają tak dramatyczne słowa, że ktoś istniał na Marsie, ktoś żył na Marsie. Doktor Brandenburg nie powiedział, kim byli ci Marsjanie, ale wskazywał na rozmaite artefakty pozostałe po inteligentnym społeczeństwie. Te artefakty widzimy niemalże na każdym kroku, bo zauważcie, że Curiosity zasypuje nas zdjęciami. Tyle że nie ma żadnego komentarza do tych zdjęć, a my sami nie wiemy, w jaki sposób taka ewentualna obca inteligencja mogłaby coś zbudować, jaki ma zmysł estetyczny, jaka była technologia tej inteligencji.
Tak że bardzo trudno jest nam rozpoznawać. Ewentualnie możemy tylko w sposób krytyczny popatrzeć na te zdjęcia i próbować odnaleźć na przykład jakiś ukryty porządek w danym elemencie, jak w skale, która nagle ma płaszczyzny geometryczne, kąty proste, czy tworzy, patrząc na nią z pewnej perspektywy, pewien określony kształt, który nie mógłby być kształtem naturalnym. Coraz więcej się mówi o tym, że być może Mars posiada swoją własną cywilizację i że została przez kogoś zniszczona i została zniszczona w sposób nuklearny. W czasie tego swojego odczytu powiedział także, że powinniśmy potraktować to my, Ziemianie, jako ostrzeżenie przed tymi samymi kosmitami, którzy zniszczyli Marsjan. Mars jest pokryty cienką warstwą substancji radioaktywnych. I to są takie substancje jak uran i tor, radioaktywny potas. I to wszystko potwierdza teorię Brandenburga, że doszło tam do eksplozji nuklearnej, bo podobne izotopy znajdowane były w miejscach, gdzie na przykład przeprowadzono amerykańskie próby jądrowe. Jest to dokładnie ten sam czerwony spalony piasek i te same nuklearne izotopy. I na podstawie tego, co do tej pory zbadano na Marsie, Brandenburg nawet określił miejsca, gdzie miały miejsce te eksplozje nuklearne. Jednym z nich jest właśnie Cydonia, a drugim jest miejsce, które się nazywa Galaxius House.I tam właśnie między innymi znaleziono ślady stopionego przez wybuch nuklearny szkła.
To szkło nazywane jest trinitytem i jest w jakiś sposób podobne do tego szkła, które powstało w wyniku potężnego wybuchu nuklearnego na Ziemi, w miejscach, gdzie robiono właśnie próby z bombą wodorową. Co ciekawe, taki trinityt spotyka się także na Saharze, gdzie nikt nie słyszał o podobnych próbach nuklearnych. Tak że być może ciągle istnieją karty historii naszej Ziemi, które trzeba będzie jeszcze odkryć i sprawdzić, co tam się mogło stać. Tak że wydaje się, że istnieje możliwość funkcjonowania kiedyś w przeszłości jakiejś cywilizacji na Marsie i w tej chwili praktycznie dowody są nie do odparcia na to, że życie na Marsie zostało zniszczone przez potężne wybuchy nuklearne, które praktycznie doprowadziły do kompletnego zniszczenia tej planety.
[44:05] - A które z dokonanych do tej pory na Marsie odkryć można twoim zdaniem uznać za najważniejsze, historyczne?
[44:13] - Myślę, że każde odkrycie na Marsie jest absolutnie historyczne, z tej prostej przyczyny, że nie zrobił tego nikt wcześniej. Cokolwiek jest tam odkrywane czy rozumiane, jest czymś absolutnie niezwykłym. Sam fakt, że ludzie obrali sobie taki odległy cel jeszcze przecież w XX wieku, w tym samym wieku, w którym praktycznie ledwie się oderwali od Ziemi, nie wystarczył im księżyc, już zaczęli myśleć o następnych planetach, o podboju kosmosu. Jest to chyba niezwykłe dla naszej ludzkiej rasy, że w ten sposób patrzymy na świat, że szukamy jakiejś ekspansji, że szukamy jakiejś drogi wyjścia z tej naszej maleńkiej Ziemi gdzieś tam na krańcu wszechświata. I co ciekawe, taki pierwszy, chyba największy wyczyn to było w ogóle, żeby dolecieć do tej planety. Do Marsa jako pierwszy dotarł amerykański satelita. Był to pierwszy pojazd. Zastanawiam się przez chwileczkę, dlatego że mówiąc o tych lotach kosmicznych na Marsa, w pewnym momencie była bardzo poważna rywalizacja między Rosjanami i Amerykanami i żeby dolecieć na Marsa, trzeba po prostu wycelować dokładnie w pewne okienko czasowe. Co oznaczało, że i Rosjanie, i Amerykanie wysyłali swoje satelity czy tam swoje statki kosmiczne, orbitery dokładnie w tym samym czasie. Tak że różnice między jednym a drugim, kto dotarł pierwszy na Marsa, a kto później, były po prostu czasami dwóch tygodni czy nawet niekiedy kilku dni.
Tak że tutaj sprawdzam dokładnie, skoro już zacząłem ten temat. Pierwszy dotarł na Marsa Mariner 9 i był to orbiter. Nie miał on za zadanie wylądować na Marsie. Krąży wokół Marsa. Pracował zaledwie rok i do tej pory ciągle wiruje dookoła Marsa na swojej orbicie. Już nie pracuje, już nie działa. Przywali w Marsa w 2022 roku i wtedy prawdopodobnie go zanieczyści na pewno jakąś radziecką jeszcze bakterią, która znajduje się w jego wnętrzu. A w tym samym roku, dwa tygodnie później dotarli Rosjanie. I oni nie tylko mieli orbitę dookoła Marsa, ale wysłali na Ziemię pierwszy lądownik. Ten lądownik nazywał się Mars 2.
No i wylądował tak ostro, że już nie wysłał żadnego sygnału z powrotem. Niemniej jednak ma za sobą rekord, bo jest pierwszym ziemskim pojazdem, który dotknął Marsa w ogóle. Tak że Amerykanie pierwsi na orbicie. Rosjanie pierwsi wylądowali na Marsie, byle jak, ale udało im się to zrobić jako pierwszym, co jeszcze raz pokazuje, że te kraje w jakiś sposób za każdym razem się uzupełniają, mają podobne cele, które czasami zdumiewają zgodnością ze sobą i jedni mają coś lepszego, co uzupełnia czyjś potencjał technologiczny i odwrotnie. I następuje wymiana. Oczywiście największy sukces, jaki odniesiono w tej pierwszej eksploracji Marsa to Vikingi. Dwa Vikingi. Viking 1, Viking 2, 1976 rok, 50 000 zdjęć, bo Vikingi wylądowały szczęśliwie i od razu zaczęły nadawać. Pierwsze można było zobaczyć, jak Mars naprawdę wygląda. Tak że było to na pewno niesamowite wydarzenie w historii ludzkości, żeby móc właśnie wylądować szczęśliwie na obcej planecie.
I to od razu dwa lądowniki. Tak że ta cała historia trwała przez jakiś czas. Ten pierwszy Viking ciągle też lata dookoła. Orbiter, mam na myśli orbiter dookoła Marsa. I on również rozbije się któregoś dnia, prawdopodobnie około roku 2019 rozbije się o czerwoną planetę i też ją oczywiście zanieczyści, tym razem zjadliwymi amerykańskimi bakteriami. No i potem poszło już trochę lepiej, boMocno przycisnęli Amerykanie. Wysłali pierwszego łazika Sojournera. Miał co prawda zaledwie 63 centymetry długości i pracował trzy miesiące, ale sukces był wielki, bo pierwszy pojazd zaczął poruszać się po Marsie, bazać różne kamienie z jednej i z drugiej strony. Potem poszło znacznie łatwiej. Zaczęto wysyłać kolejne satelity, między innymi Mars Odyssey.
Wspominam o tej satelicie dlatego, że została wysłana w 2001 roku, miała pracować do 2004 roku, a pracuje do dziś nieprzerwanie. Także niesamowita żywotność satelity. Wszystko na niej działa, mimo że technologia stareńka, ciągle skuteczna. Do tego wyścigu próbowali oczywiście dołożyć się też Europejczycy. Wysłali swojego Mars Express też z lądownikiem na pokładzie Beagle 2. Niestety Beagle tak przywalił jak Rosjanie mocno w marsjańską ziemię i też nie dał znaku życia. Natomiast Mars Express funkcjonuje do dziś. Zbadał doskonale Fobosa, narobił mnóstwo zamieszania swoimi zdjęciami rentgenowskimi. Myślę, że Europejczycy bardzo poważnie przyczynili się do zbadania tego, co się dzieje na Marsie. Potem te olbrzymie sukcesy z dwoma łazikami Spirit i Opportunity, które miały pracować 90 dni.
Miały pracować trzy miesiące. Spirit od 2004 roku, kiedy wylądował, skończył swój żywot w 2010 roku. Natomiast Opportunity działa dalej, także to jest coś absolutnie niezwykłego. Już potem pojawiają się kolejne wyprawy amerykańskie, zagęszczają przestrzeń. W tej chwili Amerykanie posiadają trzy satelity dookoła Marsa, także dość dobrze go obserwują i fotografują. Rosjanie próbowali ich skontrować swoją wielką wyprawą Fobos-Grunt, która miała wylądować na Fobosie, pobrać próbki, wrócić z powrotem na Ziemię, a jednocześnie zostawić na orbicie marsjańskiej chińskiego satelitę. Niestety, jak wiemy, wyprawa się nie powiodła. Utknęła na orbicie okołoziemskiej. Została stracona w bardzo kontrowersyjnej historii. Nikt nie wie dokładnie, co tam się stało.
Rosjanie oskarżają, że był to jakiś amerykański sabotaż, że nie chcieli mieć konkurencji, ale myślę, że Rosjanie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Chińczycy mają ochotę tam jeszcze polecieć i nawet swoją wyprawę na Marsa organizują Japończycy. Także ruch w tamtą stronę jest niezwykły i każde wydarzenie jest godne uwagi i godne zanotowania.
[51:50] - Krysiek, co wiadomo na temat planów NASA dotyczących dalszej eksploracji Marsa i czy wiadomo coś na temat planów Chińczyków i innych narodów chcących zbadać tę planetę? Zakładając, że faktycznie są już czynione jakieś przymiarki do skolonizowania Marsa w nieodległej przyszłości, co będzie musiała za sobą zabrać taka załoga? W jaki sposób po dotarciu na Czerwoną Planetę ludzie zapewnią sobie podstawowe środki do przetrwania, takie jak na przykład żywność, nie wspominając już o takich kwestiach jak rozmnażanie się czy komunikacja z Ziemią. Jak to wszystko będzie wyglądało?
[52:24] - Na pewno Amerykanów czeka długa droga. Oni są najbardziej zaawansowani w swoich marsjańskich planach. Zacznę od początku, od pierwszego twojego pytania. Już mi zadajesz je całymi seriami, a myślę, że wy tam się gdzieś w tle z Piotrem naradzacie, jak mi tutaj zadać takie pytanie, że jak skończycie pytać, to ja już nie będę pamiętał, co było na początku.
[52:45] - Tak źle nie będzie .
[52:48] - Ale dobrze zrozumiałem to ostrzeżenie na samym początku, kiedy powiedziałeś, co powiedziałeś. Będę się starał, może lepiej, może gorzej, żeby dojechać do końca tej paralaksy marsjańskiej i nie utknąć na Marsie. Amerykanie swoją pierwszą załogową wyprawę na Marsa planują na 2030 rok i właściwie wszystko wskazuje na to, że nikt ich w tym nie wyprzedzi, bo taka wyprawa jednak mimo wszystko to jest bardzo poważna sprawa i trzeba dokonać paru prób, zanim do tego dojdzie. Te pierwsze poważne próby, które mają otworzyć drogę na Marsa, są związane przede wszystkim z asteroidami i kosmicznym robotem, który w tej chwili jest w budowie. Ten robot zostanie wysłany w przestrzeń kosmiczną i wynajdzie sobie jakiejś średnich rozmiarów asteroidę. Schwyta ją i odholuje ją na orbitę Księżyca. I tam ta asteroida będzie latać dookoła Księżyca i kiedy już tam będzie umieszczona w bezpieczny sposób, wówczas poleci na nią kapsuła Orion, która już jest zbudowana w wersji oczywiście załogowej. Na tej asteroidzie astronauci będą trenować lądowanie na takiej mniej więcej powierzchni, jaka jest na Marsie, także blisko domu, w miarę bezpiecznie. Próba generalna, czy to wszystko wytrzyma. Pomysł jest dość ciekawy, jednocześnie fajnie się to wpisuje w tą całą historię, którą przez jakiś czas trudno było zrozumieć, skąd ta fascynacja nagła asteroidami.
Natomiast okazuje się, że asteroidy to nie tylko ewentualne bogactwa mineralne, jakie można z nich wydobyć, ale jednocześnie niezły poligon. Doceniono to także u Chińczyków, bo oni też mają parę pomysłów takich, żeby polecieć na asteroidę i żeby potrenować takie załogowe, ewentualne lądowanie w jakimś obcym środowisku, przy oczywiście bardzo niewielkiej grawitacji, bo grawitacja na Marsie jest właśnie niewielka. Nie jest taka znikoma jak na Księżycu, ale nie jest taka jak na Ziemi, dlatego asteroida się do tego celu nadaje bardzo dobrze.Oczywiście, żeby doszło do takiego lądowania, potrzebna jest dobra penetracja terenu, lepsze zaopatrzenie naukowe. Mimo tych trzech satelit Amerykanie wysyłają jeszcze jeden, który nazywa się InSight. Oprócz tego współpracuje z Amerykanami Mars Express, stary dobry Mars Express z Europy. I ten hinduski satelita, którego imienia nigdy nie zapamiętam, który doleciał sensacyjnie niedawno. W sumie daje to razem sporą ilość backupu i sporą ilość wiedzy na temat tego, co się dzieje na Marsie. Kiedy już te wszystkie satelity tam dolecą, będzie wysłany jeszcze jeden łazik, który będzie jeszcze większy niż Curiosity i być może będzie można go później wykorzystać nawet do transportu, tak jak w filmie „Marsjanin” wielu elementów, ewentualnie nowej bazy, która tam ma powstać. Między innymi to laboratorium, jakie będzie na tym nowym łaziku, będzie przede wszystkim nastawione na to, w jaki sposób będzie można pomóc w przetrwaniu ewentualnych astronautów na Marsie. Będzie tam laboratorium, które będzie bazać sposoby na to, żeby z tego dwutlenku węgla wydobyć ten jeden atom tlenu i stworzyć tlen, żeby ci przyszli ziemscy Marsjanie mieli czym oddychać.
Europejczycy jeszcze też się do tego dokładają, bo w 2018 roku wysyłają taką wyprawę, która się nazywa ExoMars i będzie ona miała na swoim pokładzie własnego łazika. Także będzie ruch. Kto wie, czy może trzeba będzie na Marsie jakieś światła wstawić i przepisy ruchu ustalić, bo zrobi się tam tłoczno. Co do planów Chińczyków, o których wspominałem wcześniej, myślę, że są tak rozciągnięte w czasie, że na razie nie trzeba się nimi niepokoić, bo na pewno nie dolecą tam przed Amerykanami. Na pewno nie mają nic w zanadrzu. Oba kraje się doskonale obserwują, znają swój potencjał. Natomiast jest jeszcze jeden pomysł co do Marsa, który może się wydarzyć w międzyczasie i bardzo trudno mi jest go umieścić i znaleźć mu jakieś właściwe miejsce, w jaki sposób miałoby się to rozegrać. Mam tu na myśli Elona Muska, który ma obsesję Marsa, który praktycznie cały swój program kosmiczny zrobił po to, żeby któregoś dnia wysłać swoją własną prywatną na Marsa. On ma taki dość interesujący, choć bardzo radykalny pomysł, bo chce nie tylko dolecieć na Marsa przepraszam, ale chce zmienić tą jałową ziemię w coś, co zacznie kwitnąć i rozwijać się tak jak nasza planeta. Jest to pomysł niezwykły i ma też niezwykły sposób, jak to zrobić.
Ten sposób jest taki, że kiedy doleci już nad Marsa, to przez jakiś dłuższy czas będzie eksplodował szereg ładunków nuklearnych na przykład biegunem północnym Marsa i przez to stworzy coś w rodzaju sztucznego mini słońca. Bo jak wiadomo słońce jest to taka fuzja termonuklearna, więc odpalając te kolejne ładunki nuklearne nad biegunem stworzy takie sztuczne słońce. To słońce ogrzeje planetę w wystarczającym stopniu, żeby uwolnić zamarznięty dwutlenek węgla. A wiadomo, dwutlenek węgla jest gazem cieplarnianym i ma tendencję do zatrzymywania ciepła. W ten sposób taka ogrzana planeta będzie gotowa do tego, żeby zamienić ją w Ziemię 2, w zapasową Ziemię. Bo wiadomo, że dwutlenek węgla jest niezbędny do wzrostu roślin, a jest go tam wystarczająco dużo, żeby odpalić Marsa i żeby cała ta czerwona planeta stała się zielona. Teraz jeszcze popatrzę na dalszy ciąg tego pytania. To pytanie dotyczyło jak przetrwają ci marsjanie ziemscy.
[59:23] - Tak, bo widziałem wizualizacje jakiegoś ogrodu czy jakiegoś innego budynku, w którym miałoby być produkowane jedzenie na przykład.
[59:33] - Tak. To opracował już University of Arizona. On zrobił coś w rodzaju takiej cieplarni hydroponicznej. Właściwie nie jest to cieplarnia, bo jest to taka tuba aluminiowa o dość sporych rozmiarów, która będzie miała i ogrzewanie, i będzie miała światło ultrafioletowe i wszystko, co jest potrzebne. Natomiast to, co zrobił ten uniwersytet, to opracował specjalny odżywczy płyn, dzięki któremu plony, które można osiągnąć na przykład sadząc tam ziemniaki czy truskawki, są dziesięciokrotnie większe niż byłyby na Ziemi. Także przyda się to też ziemianom. Aż strach zapytać, co w takim płynie się tam mieści, co oni tam zmieszali, jaki koktajl zrobili, że te rośliny rosną tak jak szalone. A tutaj tak przy okazji przypomnę, że „Marsjanin” film, mam na myśli w tej chwili film, o którym opowiadałem na samym początku dzisiejszej „Paralaxy”, jego takim centralnym punktem jest jak właśnie przetrwać, bo ten zapomniany astronauta, Mark Watney się nazywał, doszedł do wniosku, że długo nie pociągnie na tych zapasach, jakie zostały w bazie i musi coś wymyślić, co zrobić. Szczęśliwym trafem okazał się być botanikiem, a drugim szczęśliwym trafem znalazł w jednej z szafek, kiedy robili inwentaryzację, paczkę, na której był napis „Nie otwierać przed Thanksgiving”, czyli przed amerykańskim Świętem Dziękczynienia. A podstawowym jedzeniem w amerykańskie Święto Dziękczynienia, oprócz indyka wielkości dinozaura, są oczywiście słodkie ziemniaki.
I w tej paczce były słodkie ziemniaki.Z Ziemi. To miał być rarytas dla astronautów, którzy mieli w ten sposób przypomnieć sobie smak planety, którą zostawili bardzo daleko od siebie, od Marsa. On te ziemniaki oczywiście otworzył, podzielił je na części. Następnie z jednego z laboratoriów wyrzucił wszystkie komputery, przywiózł taczkami marsjańskiej, jałowej ziemi, zasadził ziemniaki. Ale miał dwa problemy. Pierwszy problem taki, że taka ziemia jest jałowa, nie ma żadnych soli mineralnych ani niczego, co by pomogło tym ziemniakom rosnąć i odpalić je. A drugi taki, że skąd wziąć takie ilości wody? Pierwszy problem rozwiązał w ten sposób, że udał się do pewnej tajemniczej szafeczki, a ta szafeczka to było miejsce, gdzie astronauci załatwiali swoje tak zwane problemy fizjologiczne. Wszystko było elegancko pakowane w sreberko, zawijane hermetycznie i składało się w jakimś zbiorniku. On pozbierał te sreberka, pootwierał, krzywił się bardzo, zatykał sobie nos, ale stworzył nawóz.
A następnie z jakiegoś wodorowego ogniwa powyrywał parę części i zbudował system, który rozkładał wodór i tworzył w taki sposób, że powstawał z tego prawdopodobnie ogniwo wodorowe, że powstawał ten produkt uboczny produkowania energii przez to ogniwo, którym była właśnie woda. Dzięki temu mógł podlewać swoje ziemniaki, które urosły. Stał się pierwszym marsjańskim farmerem. Także rzecz absolutnie niezwykła, wesoła, zabawna i bardzo pouczająca też. Dlatego myślę, że w pewnym sensie to, co zrobili naukowcy z Aryzońskiego Uniwersytetu, jest dokładnie tym samym. Jak stworzyć uprawę, która pomoże ludziom przetrwać długi okres czasu na Marsie. Być może tak długi, że może on trwać lata nawet. Także jest to obiecujący wynalazek. Na pewno się przyda przyszłym Marsjanom.
[01:03:42] - Zaciekawienie budzi także kwestia odtwarzania na Ziemi obiektów znajdujących się na Marsie poprzez drukowanie ich w drukarkach 3D. Czy poczyniono już może w tym temacie jakieś poważniejsze kroki?
[01:03:54] - Poczyniono i to już dawno, bo już parę lat temu po raz pierwszy odtworzono za pomocą takiej drukarki w 3D jeden z marsjańskich kamieni, który sfotografował wówczas jeszcze łazik Opportunity. Dokonał jego dokładnych pomiarów i następnie ten kamień odtworzono na Ziemi po to, żeby naukowcy mogli sobie go dokładnie obejrzeć. Oczywiście to, co wiemy, to wiemy o tym tylko jednym, jedynym kamieniu. Prawdopodobnie podobnych doświadczeń zrobiono znacznie więcej. Bez drukarek trójwymiarowych bardzo trudno sobie wyobrazić ekspansję na Marsie, bo bez nich nie dałoby się zbudować bazy. Baza jest czymś absolutnie podstawowym, natomiast drukarka jest narzędziem, które jest w stanie wykonać taką robotę. Między innymi ta baza ma być zbudowana po części za pomocą tych drukarek. Wspominałem wcześniej o tym, że ma być z lodu, ale żebra, na których te płyty będą się opierać, będą wydrukowane przez taką drukareczkę, którą ktoś za którymś razem na tego Marsa przywiezie. Powstało z tego takie bardzo eleganckie, futurystyczne iglo, które z pewnej odległości w ogóle nie będzie sprawiało wrażenia czegoś sztucznego. Będzie trudno to zauważenia i jeżeli przetrwałoby to następne ileś tam tysięcy lat, pojawiłby się ktoś inny na Marsie, być może by nawet nie zwrócił uwagi, że zostało to zrobione inteligentną ręką, że tak to określę.
Także drukarki trójwymiarowe są czymś absolutnie niezbędnym do ekspansji Marsa. Jest to świetne narzędzie i na pewno się tam przyda.
[01:05:43] - Ostatnie pytanie, które mamy tutaj na liście. Ostatnie pytanie w dzisiejszej „Paralaksie”. Na koniec tego odcinka nawiążmy nieco do tematu, który szerzej omawialiśmy kilka tygodni temu. Chrisie, jak sądzisz, jaką rolę w wojnie kosmicznej mógł lub może odegrać Mars?
[01:06:02] - Jest to jedna z takich historii, o której z przyjemnością sam czytam, obserwuję, próbuję znaleźć jakiś sens w tym wszystkim, bo historia o wojnie kosmicznej mówi o tym, że nie jesteśmy nie tylko jedynymi istotami inteligentnymi w całym wszechświecie, ale nawet nie jesteśmy jedynymi istotami inteligentnymi w naszym Układzie Słonecznym. U podstaw takiego myślenia leży bardzo intrygująca teoria Toma Van Flandera, który stworzył hipotezę tak zwanej eksplodującej planety i oparł ją między innymi o analizę antycznych testów. Van Flander był bardzo poważnym naukowcem, był astronomem w US Naval Observatory. To, co spowodowało zbudowanie tej teorii, było odrzucenie standardowej teorii astronomicznej dotyczącej pochodzenia komet. Komety miałyby rzekomo pochodzić z chmury Oorta, która znajduje się poza orbitą Plutona, a także z pasa asteroidów, który znajduje się tuż za Marsem, między Marsem a Jowiszem.I teraz w jakiś sposób nawiązał do różnych, trochę fantastycznych teorii z XIX wieku, które mówiły o tym, że nasz Układ Słoneczny nie jest kompletny, że kiedyś w historii znajdowało się tam więcej planet. Zainteresowało go to bardzo. Dlaczego wspominałem o tych kometach? Dlatego, że dokonał gigantycznej analizy matematycznej ruchu tych komet, bo one krążą, wracają, powracają i jeśli w czasie zbadać, gdzie były na przykład milion lat temu, dwa miliony lat temu, jest to możliwe dzięki matematyce. Okazało się, że większość z nich ma wspólne źródło i ma to źródło w tym samym momencie. Było to mniej więcej jakieś 65 milionów lat temu.
A drugi podobny wypadek był całkiem niedawno, bo niecałe 3,5 miliona lat temu. To w jakiś sposób potwierdzają teksty sumeryjskie i wedyjskie, które operują mniej więcej tymi samymi datami i obserwowały w swoich pismach podobne katastrofy na skalę kosmiczną. Także w tym momencie coś, co jest strasznie starożytne i opowiada o historii, która uważana jest za mity i legendy, pokrywa się z tym, co mogło wydarzyć się w kosmosie na podstawie analizy matematycznej Van Flanderna. Van Flandern zaczął właśnie od tego i doszedł do wniosku, że rzeczywiście te wszystkie teorie o tym, że między Marsem a Jowiszem brakuje jakiejś planety, mogą być jak najbardziej prawdziwe. Doszedł nawet do takiego, że uznał, że nie tyle jedna planeta, że być może nawet były to dwie planety. I tu, w tej sytuacji Mars mieści się w taki sposób, że Mars po prostu nie był osobną planetą, a był księżycem tej właśnie zagubionej, zniszczonej planety, której szczątki w tej chwili wałęsają się po przestrzeni kosmicznej i stanowią główną część pasa asteroid pomiędzy Marsem a Jowiszem. Mars był właśnie księżycem, krążył wokół tej planety, a ona sama miała wielkość Saturna i była zbudowana z ciała stałego. Nie jak na przykład Jowisz, który jest planetą gazową. I miała na swojej powierzchni wodę. To dziś już jest wiadomo.
Dziś jest to już do udowodnienia. Następne dowody na to, że coś takiego mogło istnieć, przyszły z bardzo nieoczekiwanego źródła, bo przyszły z archeologii i przyszły z Ziemi. Tutaj właśnie przyczynił się pewien gość, powszechnie znany, Michael Cremo, nazywany zakazanym archeologiem, który zaczął opisywać artefakty, które kompletnie nie pasują do naszej historii. Niektórych z nich właściwie nie ma logicznego sposobu, jak wyjaśnić. Jeżeli one istnieją i są fizycznie możliwe do zobaczenia, to musiały zostać zostawione, porzucone przez kogoś, kto istniał wiele milionów lat temu, kto funkcjonował wiele milionów lat temu. Na przykład we Francji, w starych pokładach geologicznych znaleziono metalowe rury i obliczono, że te rury w miejscu, w którym je znaleziono, leżały 65 milionów lat. Nie mogły się tam inaczej dostać. To właściwie wywołało serię kolejnych naukowych odkryć, których nie rozumiem, a właściwie rozumiem bardzo dobrze, o których nie mówi się głośno. Był taki kanadyjski astronom, nazywał się William Ovenden. On z kolei stworzył matematyczne formuły dotyczące tego, jak obliczać trajektorię, orbitę i wielkość planet.
On z kolei potwierdził przypuszczenia Van Flanderna, że rzeczywiście taka planeta istniała i potwierdził, że mogła być wielkości Saturna. Nazwano tę planetę, wówczas przynajmniej, Krypton. Tę planetę, z której pochodzi Superman. Ktoś z naszej obecnej mitologii, bohater wielu komiksów. Uznano, że przy tej ilości wody, jaka była na tej planecie, musiało istnieć jakieś życie i musiało być to życie inteligentne. To właśnie potwierdzają z kolei pisma sumeryjskie. Potwierdza Biblia, potwierdzają różne legendy z Mezoameryki. I teraz tutaj taka ciekawostka i jednocześnie taka zagwozdka, troszkę sensacyjna, ale skoro istniała taka planeta o takich rozmiarach i istniało na niej życie, to życie, które na niej istniało, byłoby również takich wielkich rozmiarów. To z kolei wyjaśniałoby kolejną zagadkę, jaka panuje na Ziemi. Kim byli Nephilims?
Kim byli ci, którzy przyszli na Ziemię z nieba i później łączyli się z ziemskimi kobietami, mieli z nimi dzieci? Skąd pojawili się giganci na Ziemi? Czy rzeczywiście byli i istnieli? Mamy po nich ślady. Mamy po nich kości i to w tysiącach sztuk. Naukowcy boją się tego jak ognia, ale znowu istnienie takiej planety o takiej wielkości w jakiś sposób tłumaczyłoby to, że rzeczywiście kiedyś byli i że rzeczywiście są rozbitkami po jakiejś ciężkiej kosmicznej katastrofie. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, na czym polegała ta wojna kosmiczna wiele milionów lat temuNależy nauczyć się odczytywać na nowo te wszystkie historie, mity i legendy, jakie spisano w tamtych czasach. Nasza współczesna nauka nazywa je legendami, bo wyobraża sobie, że ludzie w tamtych czasach nie mieli nic innego do roboty, tylko po prostu wymyślali tyle rzeczy, ile tylko wlazło po to, żeby było weselej i ciekawiej. Nie dopuszcza do myśli tego, że to, co opowiadają te ich tak zwane legendy, nie tyle są wymysłami kogoś, a są dokładnym opisem czegoś, co wydarzyło się bardzo dawno temu. I być może trzeba nauczyć się właśnie tego odczytywać.
Był taki facet, który się nazywał Alan Alford i on napisał taki słownik, że na przykład ocean jest metaforą przestrzeni kosmicznej, że góry to są planety i tak dalej. Wówczas, jeżeli podłożymy te słowa i podłożymy znaną nam obecnie fizykę, nagle wszystko wygląda zupełnie inaczej. Nagle okazuje się, że coś takiego mogło rzeczywiście się w przeszłości wydarzyć. Oczywiście dochodzą do tego jeszcze inne kontrowersje, na przykład ta kontrowersja z Zacharią Sitchinem, który został przez większość ludzi opluty, zbesztany i uznany za bajeczkę. Wszyscy wymyślają tego Heisera, bo Heiser powiedział to, bo Heiser powiedział tamto, a Sitchin nazmyślał i w ogóle to on za bardzo nie znał tych języków, z których tłumaczył te historie o Annunakach. Ale czy ktoś zna kogoś jeszcze innego oprócz Heisera, kto skrytykował Sitchina? Myślę, że nie, bo nikt oprócz Heisera, wysłannika akademii Sitchina nie skrytykował. Większość sumerologów czy syriologów zgadza się do dziś z sitchinowską interpretacją tych glinianych tabliczek. Także to jest dość interesująca historia i sprawa i myślę, że niesłusznie tak się tego Sitchina w tej chwili pośmiesza czy nie traktuje się go zbyt poważnie, bo te historie, które on opisał, mimo że niektóre rzeczywiście wykraczają już poza wszelką wyobraźnię niemalże ludzką, to jednak nie można stawiać w tym samym rzędzie co na przykład opowieści von Dänikena. Do tego trzeba jeszcze dodać, że z tych wszystkich tabliczek z pismem klinowym, które udało się przechować od tamtych czasów, czyli wiele tysięcy lat, może niekiedy 5000 lat, może 4000, 3000 lat, masę czasu.
Te tabliczki przetrwały do naszych czasów, co pokazuje, jak skutecznym sposobem było wypalanie informacji w glinie, jak trwałym sposobem, bo nasze książki nie przetrwałyby nawet chyba 100 lat obecne, a te przetrwały tysiące lat. Do dziś przetłumaczono zaledwie 10% tych tabliczek i ludzi, którzy znają języki, w których je napisano, jest naprawdę niewielu. Czy jest tam coś ciekawego? Z pewnością tak. Świadczy o tym chociażby takie ostatnie odkrycie, bo ostatnio obiegła świat taka sensacyjna wieść, że znaleziono tabliczkę i na niej było 20 linijek z Gilgamesza, czyli praktycznie z najstarszego pomnika literatury światowej. Te 20 linijek to były informacje, to była historia, której nikt do tej pory nie znał. Także niesamowicie wzbogaciło to całą historię. A to oznacza, że wiele innych historii również może mieć takie właśnie wzbogacenie, o którym nie mamy nawet pojęcia. Tylko nikt tego jeszcze nie przeczytał albo nikt nie wie, gdzie tego szukać. Tu mi się właśnie kojarzy ta historia, która wydarzyła się w tym bagdadzkim muzeum.
Kilka razy o niej wspominałem, że jest ona mocno podejrzana, że zaraz po zajęciu Bagdadu był ten dziwny napad na muzeum. Na początku coś tam wyniesiono, potem to wszystko odnaleziono. Oprócz tego, że wiele tabliczek nie wróciło z powrotem. Nikt tak naprawdę nie wie dokładnie, bo jedyny katalog tego, co znaleziono w tamtym czasie w Iraku, to był katalog, który robili Niemcy. Oni zawsze mają katalogi wszystkiego. Tyle że ten katalog był ściśle tajny i nie można sobie pójść do biblioteki i zapytać, żeby go przeczytać, co oni tam znaleźli. Także nie wiemy, co znaleźli. Na pewno było to coś absolutnie niezwykle interesującego, że ktoś pokusił się o to, żeby właśnie ukraść je, po prostu zdobyć, żeby one zniknęły z pola widzenia innych ludzi. Czasami tak sobie myślę i może to jest taka myśl troszkę kontrowersyjna, a ktoś może powie, że niepoważna, że kiedy oskarżono Saddama Husajna o to, że posiada broń masowego rażenia, to tak naprawdę mieli rację, że on posiada. Tylko tą bronią masowego rażenia wcale nie była bomba atomowa na przykład, którą gdzieś tam potajemnie budował, ale być może była jakaś tajemna starożytna technologia, którą dzięki temu, że prowadzono tam masę wykopalisk, prowadzili je Francuzi i Niemcy, udało się odkryć.
Nie zapominajmy, że taką super bronią w tych czasach super starożytnych, tych super antycznych, to były te tak zwane tablice przeznaczenia. Kto posiadał tablicę przeznaczenia, rządził pogodą, rządził umysłami, mógł rozbijać całe planety. Także była to niesamowita broń. Był to rodzaj takiego software'u, który w połączeniu z hardware'em, kto wie, może takim hardware'em były piramidy, mógł dokonać niesamowitych rzeczy. Mógł zniszczyć planetę Krypton, której szczątki latają między Marsem a Jowiszem.I w historii, w tych wszystkich opowieściach sumeryjskich te tablice były wielokrotnie kradzione. Były prowadzone wojny o to, kto je będzie posiadał i kto je będzie użytkował. Jest tam jedna z takich historii o Ninurcie. Ninurta był jednym z tych, który miał odzyskać te Tablice Przeznaczenia. I rzeczywiście mu się to udało. Już nie pamiętam, kogo on w tym czasie pobił.
Anzu bodajże się nazywał ten, który ukradł tablice. Ninurta go pobił, ale zanim wyruszył na tę wyprawę i miał spotkanie ze swoimi kolegami bogami, kiedy ustalali, kto pójdzie, kto to zrobi, kto wykona czarną robotę. Jak wypadło na niego, ci różni bogowie dali mu do dyspozycji swoją broń, żeby mógł z tym złodziejem Anzu walczyć. I kiedy Ninurta wywiązał się z zobowiązania, odbił te Tablice Przeznaczenia, zrobił coś w rodzaju inwentaryzacji tego, co dostał od innych bogów. Także mamy całą listę antycznej, super starożytnej, super niebezpiecznej broni. Niektóre rodzaje broni tak się mu nie podobały, bo były tak niebezpieczne, że postanowił je zniszczyć. Ale niektóre z tych broni były takie, że nawet nie dawały się zniszczyć i wówczas postanowił je schować. Ten mój szalony pomysł polega na tym, że co by było, gdyby Saddam, żyjąc we właściwym miejscu, tam, gdzie do tego mogło dojść, bo Irak jest na miejscu dawnej cywilizacji sumeryjskiej, odnalazł coś takiego. I być może to tak strasznie przeraziło władców świata, że postanowili nie tylko go przed tym powstrzymać, ale jednocześnie ukraść tych tabliczek ile się da, żeby wejść w posiadanie informacji na temat tego, czym taka broń mogła być i jak ją mieć tylko i wyłącznie dla siebie. Oczywiście do tego dochodzi mnóstwo takich ciał kosmicznych, które bardziej wyglądają na artefakty niż na naturalne ciała niebieskie.
We wcześniejszych „Paralaksach” sporo opowiadałem o Fobosie, o paru asteroidach, które niekoniecznie są naturalnego pochodzenia. Tu bym jeszcze dołożył do tego jeden z księżycy Saturna, Japet albo Japetus, jak ktoś chce, który chyba jest najdziwaczniejszym ciałem niebieskim, jakie jest w tej chwili obecnie znane ludzkości. Jest ono dziwaczne, ponieważ nie jest okrągłe. Jest wielokątem, ma wiele przestrzeni kompletnie płaskich, a jednocześnie wzdłuż jego równika biegnie górski wał. Planeta jest płaska niemalże jak stół i ma wiele tych płaszczyzn, tak że stojąc na tej planecie horyzont nie byłby zakrzywiony. Był prosty jak struna. Natomiast ten wał, który biegnie wzdłuż równika tego księżyca, ma trzy rzędy równoległych do siebie łańcuchów górskich, które ni stąd, ni zowąd są straszliwie wysokie, osiągają aż 13 kilometrów wysokości. Na dodatek powierzchnia tej planety pokryta jest bardzo dziwacznymi kraterami, które są sześciokątami. Jaki meteoryt robi sześciokątny krater? Jest to coś absolutnie nienaturalnego, wyglądającego podejrzanie.
Wygląda na to, że zostało to zrobione sztucznie. I takich dowodów na to, że gdzieś kiedyś w naszym Układzie Słonecznym istniała jakaś inteligentna cywilizacja, jest znacznie więcej. Także myślę, że to też w jakimś stopniu napędza ten wyścig w kosmos teraz, że każdy chciałby położyć rękę na tych technologiach, które ewentualnie gdzieś tam się jeszcze zachowały, na tych ewentualnych bibliotekach, które odnajdzie się gdzieś na innych planetach, księżycach czy asteroidach. I to popchnęłoby świat w zupełnie nowym i innym kierunku. I po to jest ten wyścig i stąd być może te pogłoski o tym, że istnieje gdzieś jakiś równoległy program kosmiczny w oparciu o jakieś znalezisko, odkrycie, czy to w starożytnym miejscu, gdzie kiedyś był starożytny Sumer, czy to na przykład na Księżycu, czy na Marsie nawet. Ma jakiś stopień prawdopodobieństwa i jest możliwe, że funkcjonuje naprawdę w rzeczywistości. Także wyścig na Marsa w tej chwili ma olbrzymie znaczenie. Nie tylko dlatego, aby stwierdzić, że kiedyś prowadzona była wielka i gigantyczna wojna kosmiczna, ale także dlatego, by móc wreszcie wyjść z ziemskiego grajdołka, stać się poważną cywilizacją, która wędruje nie tylko po własnym Układzie Słonecznym, ale dociera również do innych planet. Amen.
[01:24:38] - I tym wątkiem możemy zakończyć ten najdłuższy odcinek „Paralaksy”. Pierwszy odcinek zrealizowany na żywo. Dużo będzie montowania, obrabiania, a wy będziecie mieli dużo słuchania. Jeżeli słuchacie tej audycji z MP3. Nie wiem, jak zakończyć. Dużo dzisiaj było.
[01:24:59] - Zakończ optymistycznie. Niech cię szaraki nie porwą.
[01:25:05] - Zakończę tym, że na razie nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższej przyszłości miał się wydarzyć jakiś konflikt na skalę kosmiczną. Także możemy pod tym względem chyba być spokojni.
[01:25:17] - Naprawdę wyszła najdłuższa audycja?
[01:25:19] - Za chwilę pęknie półtorej godziny.
[01:25:21] - O kurczę, ja się nie spodziewałem tego. Ja cię bardzo przepraszam. Nie tego chciałem.
[01:25:26] - To ja ciebie przepraszam, że cię tak długo przetrzymałem, bo nie wiem, czy państwo wiecie, jeżeli słuchacie państwo tej audycji z archiwum z MP3 na jakiejś innej stronie, my nadajemy od godziny 18.30. Przed „Paralaksą” w Radiu Paranormalium leciała debata ufologiczna, również z udziałem Chrisa Miekiny między innymi. W tej chwili na moim zegarze jest godzina 22.47, co oznacza, że już ponad cztery i pół godziny łącznie siedzimy na Skype i dyskutujemy na tematy paranormalne, ufologiczne i nie tylko.
[01:25:59] - To czas opatrzeć odparzenia.
[01:26:02] - Tak, czas oddać się w ręce Morfeusza. Ja ci jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję, Chrisie, za to, że zgodziłeś się tutaj z nami pozostać i opowiedzieć to-
[01:26:12] - A ja dziękuję za zaproszenie oczywiście.
[01:26:14] - No iI nim położę jeszcze na antenie, zadam ci takie pytanie: czy będziesz może z nami w najbliższą niedzielę, pierwszego listopada?
[01:26:25] - Myślę, że postaram się być. Na razie nie widzę żadnych przeszkód. Pogoda już jest nieżeglarska, jest za zimno, chyba że się ma lodołamacz i skrzynkę czegoś mocniejszego. A nie mam tego i tego, więc zostanę z Radiem Paranormalium.
[01:26:43] - Bo wiesz co, z Piotrem tak dyskutowaliśmy poza anteną, pisemnie na Gadu-Gadu i doszliśmy do wniosku, że fajnie byłoby zrobić w końcu temat MILAB. Co ty na to?
[01:26:54] - Będę się tak wkurzał jak dzisiaj przy szarakach trochę, bo ja tam za dużo kosmosu nie widzę. Czy UFO, czy czegoś takiego. Natomiast widzę więcej bardzo przemyślnej, ponurej, mrocznej działalności ludzkiej w tym wszystkim. Po prostu jest potrzeba i nie ma jakiejś poważniejszej wojny, żeby sobie poeksperymentować, więc eksperymentuje się właśnie w taki sposób na ludziach. To nie jest nic innego jak eksperymenty robione tu, stąd, dlatego że jesteśmy na przełomie wielkich zmian w tej chwili, myślę. Bo zobacz, co się dzieje w genetyce, co się dzieje w tych wszystkich technologiach, które mają ulepszyć człowieka. To jest po prostu, aż strach, aż skóra cierpnie, jak się temu przyjrzeć. Może ja następną Paralaksę zrobię troszkę o tym ulepszaniu człowieka, o tej nowej eugenice, jaka pasuje. O próbie połączenia człowieka z maszyną wręcz. Zrobienia takiego Borga, cyborga.
[01:28:02] - To ja sobie ten temat zapiszę. Następna Paralaksa: ulepszanie człowieka. Zobaczymy, ile pytań mi z tego wyjdzie. Pewnie znowu bardzo dużo.
[01:28:11] - Wiesz, zawsze możesz wrócić do wojny kosmicznej. A tu już możemy, wiesz, te 65 milionów lat. Dużo opowiadania.
[01:28:18] - Oj tak. Kawał historii.
[01:28:21] - Tak jest.
[01:28:22] - Dobrze, to ja już ciebie nie będę przetrzymywał dłużej na antenie i na Skypie. Dziękuję ci jeszcze raz w imieniu swoim oraz słuchaczy Radia Paranormalium, którzy wyjątkowo tłumnie, jak na tą dosyć późną porę, słuchali tej audycji na żywo. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie Skype'a był z nami nasz poszukiwacz prawdy, dzielny i niestrudzony Chris Miekina.
[01:28:50] - Dziękuję wszystkim. Dobranoc.
[01:28:51] - Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Produkcja i realizacja Portal INFRA www.infra.org.pl