[00:01] - Portal Infra prezentuje „Paralaxa. Spojrzenie Chrisa Miekiny”. Witamy bardzo serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, Radia Wolne Media, Radia Na Fali, czytelników portalu Infra i wszystkich innych miejsc w internecie, w których nas słychać i czytać. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie Google Hangouts jest nasz poszukiwacz prawdy, Chris Miekina. Witaj, Chrisie.
[00:30] - Witam wszystkich.
[00:31] - Tydzień temu rozpoczęliśmy wątek wojny kosmicznej. Dziś będziemy go kontynuować. W poprzednim odcinku rozmawialiśmy głównie o Chińczykach. Wiemy, że Chińczycy coraz mocniej podbijają kosmos. Wybierają się między innymi na ciemną stronę Księżyca, ale swoje do tematu wojny kosmicznej dorzucili również Amerykanie, Rosjanie i inne narody badające kosmos. Czy istnieją jakieś przesłanki mogące wskazywać, że w niedługim czasie wybuchnie kosmiczna wojna? A może ona już trwa, tylko jej jeszcze nie dostrzegamy?
[01:09] - Całe to zagadnienie wojny kosmicznej, o ile brzmi tak bardzo egzotycznie i bardzo drastycznie, właściwie jest czymś absolutnie naturalnym. Dlatego, że wystarczy spojrzeć na naszą ziemską historię. Narody, kraje, królestwa, cesarstwa ciągle rywalizują ze sobą na wszelkim możliwym polu, więc właściwie nie ma powodu, żeby nie robiono tego w kosmosie. Oczywiście ta współpraca kosmiczna, która zawiązuje się między różnymi krajami, jest dokładnie takimi samymi wybiegami, podstępami, pomysłami, aby wyciągnąć od przeciwnika najwięcej jego własnej technologii czy własnych pomysłów. Po to, żeby oczywiście na tym w którymś momencie zyskać. Tak jak powiedziałem, kosmos nie jest od tego wolny i właściwie trudno jest mówić tutaj o jakimś pokojowym zagospodarowaniu kosmosu, gdy praktycznie wszystkie agencje kosmiczne są mocniej lub słabiej powiązane z armią, z wojskiem. Dlatego mamy ten wyścig w kosmosie, który prowadzi do wojny kosmicznej. W obecnej chwili być może ona nie jest aż tak bardzo widoczna, ale nieustannie ona trwa, bo nie należy zapominać, że pierwsze satelity, jakie wystrzelono w kosmos, były to właściwie satelity szpiegowskie. Miały one sfotografować coś na terenie przeciwnika. Później zaczęto budować własne bazy kosmiczne.
Amerykanie zrobili Skylaba, Rosjanie Mira. Okazało się później, że oba te kraje są za słabe, aby móc utrzymać taką instalację na orbicie okołoziemskiej, więc zaczęła się współpraca. Ale nawet i w tej chwili mamy podział na sektor rosyjski, sektor amerykański czy krajów, które są bardziej lub mniej sprzymierzone ze Stanami Zjednoczonymi. Do tego w tej chwili dołączają Chińczycy, chociaż oni mówią, że właściwie to oni zaczną, tak jak wszyscy inni, od swojej własnej bazy i już jej pierwsze elementy gdzieś w powietrzu, na orbicie zawisły. Także za parę lat prawdopodobnie Chińczycy będą mieli swoją własną bazę. Nie jest być może ona taka wielka i wspaniała jak ISS, ale Chińczykom na początek to wystarczy, a już teraz widać, że są bardzo groźnym przeciwnikiem w tym wyścigu w kosmosie, w przestrzeni kosmicznej i bardzo szybko nadrabiają wszelkie straty.
[03:37] - W kalifornijskiej bazie kosmicznej Vandenberg obserwuje się od jakiegoś czasu nietypową, wzmożoną aktywność. Mówi się między innymi o rakietach przygotowywanych do wystrzelenia nie wiadomo po co i dlaczego. O czym to może świadczyć? Czy w innych bazach zaobserwowano podobne działania?
[03:56] - Baza lotnicza Vandenberg jest bazą specyficzną, bo właściwie można powiedzieć, że jest to olbrzymi kosmodrom, który jest w stanie prowadzić swój własny program kosmiczny. Wszystko wskazuje na to, że armia amerykańska ma swój własny program kosmiczny, w jakiś sposób równoległy do programu NASA. Jakkolwiek sama NASA jest przybudówką do armii, jest tylko z nazwy agencją cywilną. Tak naprawdę realizuje ona program wojskowy, ale od jakiegoś czasu widać pewną tendencję, że ktoś próbuje odebrać NASA tą poprzednią glorię i sławę, i ich budżet zmniejsza się w sposób radykalny w każdym roku. Najwyraźniej nasz obecny prezydent nie za bardzo lubi ludzi z NASA. Te pieniądze gdzieś idą i prawdopodobnie idą one do wojska, które realizuje swój własny program, do którego nikt nie ma wglądu. Nie wiadomo, o co chodzi, nie wiadomo, czego wojsko szuka w kosmosie, co bada i co odkrywa. Ta wzmożona aktywność głównie polega na tym, że wystrzeliwuje się coraz częściej, w miarę regularnie te wielkie, potężne rakiety balistyczne typu Atlas, które kiedyś miały atakować Związek Radziecki. Tyle że tym razem zamiast ładunku wybuchowego, nuklearnego na przykład, znajduje się tam w kapsule albo na przykład jakiś satelita, albo ten ich najnowszy hit, czyli ten samolot kosmiczny, X-37B bodajże. Mam nadzieję, że nie pomyliłem nazwy, który jest w stanie przebywać w przestrzeni kosmicznej ponad rok i zdobyć dane, których się od niego oczekuje i powrócić bezpiecznie na Ziemię.
Praktycznie porusza się on w przestrzeni kosmicznej kompletnie niezauważony. Bardzo trudno jest go wytropić. Próbują go tropić astronomowie amatorzy, którzy porobili na ten temat mnóstwo zakładów, że potrafią tą igiełkę w stogu siana znaleźć. Okazuje się, że zadanie nie jest takie łatwe.To, co zrobiło wojsko, to na początku wykonało szereg manewrów tym samolotem podczas jego pierwszego lotu. Szereg manewrów, które były widzialne dla domorosłych astronomów, a także prawdopodobnie dla obcych wywiadów. Później ten poziom trudności rósł, aż wreszcie przekonano się, że samolot jest już nie do odnalezienia. Samolot nie wysyła żadnych danych podczas swojego lotu. Wszystkie je zbiera i magazynuje i w oznaczonym czasie wraca z powrotem do bazy i nikt nie wie właściwie, co on robi, jakie zadania wykonuje w przestrzeni. Stąd wiadomo, że wojsko prowadzi intensywny program kosmiczny, ale nie wiemy praktycznie, czego on dotyczy. Jest kilka hipotez.
Na przykład, że prawdopodobnie instaluje urządzenia, które mają zakłócić bądź zniszczyć działanie obcych satelit, że przygotowuje się coś w rodzaju systemu, który ma zadziałać w momencie, kiedy wybuchnie prawdziwa wojna i oczywiście trzeba będzie troszeczkę przeciwnikom namieszać w jego środkach zdobywania informacji, czyli przede wszystkim zniszczyć satelity, bo w chwili obecnej bez satelit bardzo trudno sobie wyobrazić życie. GPS przede wszystkim, przede wszystkim przekazywanie telefonicznych sygnałów czy nawet radiowych sygnałów odbywa się za pomocą satelit, przekazywanie obrazu. Nie muszę tu nikogo przekonywać, jak bardzo ważna jest w dzisiejszych czasach satelita. Dlatego wojsko realizuje ten program i nikt nie wie właściwie, czego on dokładnie dotyczy.
[07:47] - Tydzień temu trochę miejsca poświęciliśmy CERNowi w Genewie, między innymi Wielkiemu Zderzaczowi Hadronów. Dzisiaj troszeczkę dłużej o nim podyskutujemy. Krisie, w jakim stopniu i w jaki sposób działalność Wielkiego Zderzacza Hadronów może wpływać na magnetosferę Ziemi?
[08:06] - Zderzacz hadronów co jakiś czas ląduje na pierwszych stronach gazet. Tak naprawdę nikt nie wie, do czego on właściwie służy. Ostatnim razem opowiadałem troszeczkę o nim jako o maszynie. Opowiadałem o nim w sposób entuzjastyczny, że może się naszej cywilizacji do czegoś przysłużyć, popchnąć naszą technologię do przodu i tą małą planetkę poszerzyć o to, żeby my, ludzie, byliśmy mogli docierać w inne zakątki kosmosu. Okazuje się jednak, że jak każdej monety dwa końce, tak jest i w tym przypadku, bo na stronie truthstreammedia.com przeczytałem bardzo interesujący artykuł. Była to analiza pewnego użytkownika YouTube o pseudonimie BP Earth Watch, który dokładnie obserwuje to, co się dzieje na granicy francusko-szwajcarskiej, jak działa Zderzacz hadronów. Kiedy zaczął analizować pewne dane, jakie można przeczytać na stronie CERN-u, odkrył nagle, że w momencie, kiedy ten wielki zderzacz zaczyna działać, czyli budować to swoje gigantyczne, niesamowite pole elektromagnetyczne, w jakiś sposób wpływa to na pole magnetyczne naszej Ziemi. Wydawałoby się, że mimo że ta maszyna jest wielka, jest zbyt mała, by mogła wpłynąć na niemalże całą planetę. Okazuje się jednak, że za każdym razem, kiedy Zderzacz hadronów działa i wzbudza swoje własne pole elektromagnetyczne, w jakiś sposób zakłóca to, co dzieje się w magnetosferze, że nagle pojawiają się szczeliny, przez które wnika wiatr słoneczny pełen naładowanych cząstek. W niektórych sytuacjach po prostu jest groźnie, bo wiadomo, że wiatr kosmiczny to promieniowanie i dla nas takie promieniowanie jest zabójcze.
Szukając przyczyny, dlaczego magnetosfera nagle słabnie, należy to rozumieć przez to, że Zderzacz hadronów nie tylko oddziaływuje na to, co dzieje się w przestrzeni kosmicznej, ale także oddziaływuje na jądro Ziemi, które jest kulą z żelaza i niklu, które nieustannie się kręci i buduje pole magnetyczne Ziemi, czyli magnetosferę. Prawdopodobnie Zderzacz hadronów wpływa również na to, co dzieje się w samym rdzeniu Ziemi, w samym jej centrum i w taki sposób zakłóca to, co się dzieje w przestrzeni kosmicznej. Dla wyjaśnienia dodam jeszcze, że magnetosfera to jest taka część przestrzeni otaczającej obiekt astronomiczny. Jest to definicja z Wikipedii, gdzie poprzez pole magnetyczne przechodzą naładowane cząstki. Przy powierzchni wielu obiektów astronomicznych pole magnetyczne jest dwubiegunowe. Im dalej od powierzchni, linie tego pola stają się coraz bardziej zniekształcone, bo gwiazdy typu nasze Słońce emitują naładowaną elektrycznie plazmę i oczywiście usiłują się wedrzeć w stronę takiej planety. Ponieważ pole magnetyczne Ziemi, jej magnetosfera, jest dość silna, jesteśmy bezpieczni pod takim parasolem. W momencie, kiedy ono zacznie słabnąć, życie naszej planety staje pod znakiem zapytania i dlatego odkrycie czy hipoteza tego użytkownika YouTube wskazuje, że ta zabawa w Wielki Zderzacz hadronów może okazać się bardzo groźna nie tylko dla tych, którzy tam pracują, ale także i dla nas, dla każdego mieszkańca Ziemi.
[11:57] - Nasunęło mi się teraz pytanie trochę z kosmosu wzięte: jaka jest szansa, że działalność Large Hadron Collidera ściągnie na nas konsekwencje inne i bardziej gwałtowne w postaci na przykład reakcji mieszkańców innych planet?
[12:13] - Reakcja mieszkańców innych planet, zakładając oczywiście, że oni istnieją, może być taka,Ta reakcja wynikałaby praktycznie wyłącznie z tego, że wzmacniając sygnał wysyłany z Ziemi możemy go na tyle wzmocnić, że może on dotrzeć do najdalszych zakątków naszej galaktyki albo i jeszcze dalej. Teraz możemy wykorzystać taki Zderzacz hadronów, być może większych rozmiarów, do tego, aby taką energię wzbudzić, skomasować, skoncentrować i wysłać ją w dowolnym kierunku, w stronę ewentualnej planety, która być może jest przez kogoś zamieszkana i sprowokować go do jakiejś akcji. Ale są to oczywiście tylko hipotezy. Wiadomo jest, że mamy tutaj do czynienia z olbrzymią ilością energii i że z taką energią nie ma żartów, że w procesie kosmicznym stworzenie niebywałej ilości energii poprzez zrozumienie procesów, jakie zachodzą w tym kosmosie, można doprowadzić do tego, że te wszystkie obrazki, jakie oglądamy w „Gwiezdnych wojnach” mogą stać się prawdą i można naprawdę stworzyć coś takiego jak Gwiazda Śmierci i terroryzować nim inne planety. Jeżeli jest tam życie czy coś jest takiego, co nas do tego pociąga i chcemy to zdobyć.
[13:41] - A czy Wielki Zderzacz Hadronów stanowi jakieś zagrożenie bezpośrednie lub pośrednie dla nas?
[13:49] - Dla nas przede wszystkim z tego względu, z tego, co zaobserwowano do tej pory, jeżeli pozbawi nas osłony magnetosfery, to jest po prostu po nas. Jest takie przysłowie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. I kto wie, czy ci ciekawi naukowcy takiego piekła nam nie zgotują. Bo z tego, co wiemy dziś, to większość tych naukowców działa troszeczkę po omacku, nie bardzo wie, czego szuka, jak to wszystko działa i odbywa się to na zasadzie pewnych prób i błędów. Mamy tutaj taki problem w samej konstrukcji nauki, ponieważ nauka, do której jesteśmy przyzwyczajeni obecnie, opiera się na pewnym takim materializmie i bardzo trudno jest wielu naukowcom zaakceptować, że w pewnych sytuacjach jakieś zjawiska fizyczne mogą przejawiać się w sposób kompletnie niematerialny, na przykład fala czy kwarki, czy tego typu historie. Także to, że na przykład z niczego może powstać coś, jak udowodniono to przy próbach z supersilnymi laserami, kiedy z próżni przy pomocy właśnie uderzenia bardzo silną wiązką laserową można było stworzyć coś, czyli była to jakaś molekuła czegoś niewielka. Ale fakt jest taki, że z niczego powstało coś, co zaprzecza kompletnie naukowemu podejściu współczesnej nauki. Dlatego wielu tych naukowców, tych, którzy ewentualnie wierzą w istnienie tego typu oddziaływania, uważa się często za szarlatanów. Nawet jeżeli przejrzymy sobie Wikipedię, na przykład przejrzymy sobie wpis poświęcony na przykład polu torsyjnemu, od razu pod spodem pierwsza wzmianka jest taka, że jest to teoria pseudonaukowa. Tymczasem okazuje się, że coś w tym jednak jest i pole torsyjne da się wzbudzić.
Można je już w jakiś sposób udowodnić i że lada chwila stanie się to faktem, a być może w tej chwili już jest to wykorzystywane gdzieś w jakichś tajnych laboratoriach w ramach jakichś supertajnych programów, czarnych programów, o których często rozmawialiśmy wcześniej, także w „Paralaksie”.
[16:21] - Podobno podczas działania LHC w zeszłym tygodniu w wielu miejscach na Ziemi zaobserwowano czerwoną zorzę polarną. Co to może oznaczać? Czy podobne anomalie obserwuje się za każdym razem, gdy urządzenie jest uruchamiane?
[16:37] - Akurat skojarzono to tym razem, dlatego że zaczęto się przyglądać temu, co dzieje się z magnetosferą podczas działania Wielkiego Zderzacza Hadronów. Jak wiadomo, zorza jest zjawiskiem dość powszechnym, praktycznie w warunkach polarnych, gdzie ta magnetosfera jest najsłabsza, jest ona widoczna bardzo często podczas nocy polarnej. Tyle że ta zorza zazwyczaj ma taki odcień zielonkawy. Zorza czerwona jest zorzą rzadką. Pojawia się od czasu do czasu, jest zorzą rzadką. Oznacza to, że ilość wpuszczanych do atmosfery ziemskiej cząstek, tych naładowanych cząstek wiatru słonecznego jest prawdopodobnie większa. One same są większe, a także ładunek, który niosą, jest większy, dlatego zmieniają kolor, zapalają się inaczej. I tu wskazywałoby to, że ta zorza paliła się na czerwono. To wszystko wskazywałoby na to, że coś rzeczywiście się wydarzyło, że rzeczywiście ta nasza magnetosfera rozrzedziła się na tyle, że coś bardzo silnie wdarło się do środka tej strefy, która powinna być zamknięta dla tego typu wydarzenia czy tego typu działania kosmicznego. Czyli być może jest to właśnie znak ostrzegawczy, że dzieje się coś nie tak.
[18:04] - Zastanawia mnie, jak to możliwe, że takie w skali całej Ziemi stosunkowo małe urządzenie jak Large Hadron Collider jest w stanie wpływać na całą planetę i wywoływać globalne skutki.
[18:17] - Tu trzeba powiedzieć, żeTaki mały zderzacz hadronów dysponuje dość potężną siłą, bo te magnesy, które rozpędzają całą maszynerię, rozpędzają protony, które później zderzają się ze sobą z niezwykłą siłą, produkują moc 100 000 razy większą niż ta, która panuje na Ziemi. Naukowcy, którzy obsługują zderzacz, systematycznie zwiększają tę moc. Siłą rzeczy widać wpływ tego, co się dzieje na Ziemi. Na dodatek naukowcy, nie rozumiejąc dokładnie jeszcze, w jaki świat, troszeczkę ryzykują, ponieważ nie do końca są w stanie przewidzieć, jaki będzie efekt tego działania. Dlatego ta zabawa, taki mały zderzacz hadronów może mieć tak ogromny wpływ na całą kulę ziemską. Tak jak powiedziałem wcześniej, nie tylko wpływa na to, co się dzieje w przestrzeni kosmicznej, ale przede wszystkim na to, co się dzieje z jądrem atomowym, które samo w sobie jest źródłem magnetycznej osłony Ziemi. Dlatego w pewnych warunkach może doprowadzić do nieobliczalnych skutków i efektów. Kiedyś opowiadałem o tym w którymś „Paralaksie”, że astrologia czy alchemia są tymi dziedzinami wiedzy, które niesłusznie ośmieszono i wyrzucono z kanonu i stały się symbolem szarlatanerii, oszustwa czy czegoś kompletnie nieprawdziwego. W astrologii i w alchemii mamy często do czynienia ze zjawiskami, które z punktu widzenia naszej współczesnej materialistycznej nauki są absolutnie niezrozumiałe. Mamy tutaj do czynienia z transmutacją, czyli przechodzenia czegoś z jednego stanu w drugi bez logicznego uzasadnienia.
Mimo to takie zjawisko się rozgrywa. I rzeczywiście, tak jak opisałem to kiedyś w „Nowej Atlantydzie”, można na przykład ołów zamienić w złoto w pewnych określonych warunkach. Taka transmutacja jest możliwa. Podobnie dzieje się z astrologią. Śmiejemy się, że horoskopy są tylko dla zabobonnych albo ewentualnie dla rozrywki. Jednak od tysięcy lat ludzie w horoskopy w jakiś sposób wierzą. Budowali je od tysięcy lat. Każdy niemalże naród ma swoją wizję, w jaki sposób siły kosmiczne oddziaływują na jednostkę. Z czasem dochodzimy do wniosku, że jednak coś w tym jest, że rzeczywiście istnieją jakieś prawa kosmiczne, które decydują o pewnych warunkach, jakie rozgrywają się w kosmosie i one wpływają w swoim ogromie, w swojej ogromnej masie tego wszechświata, wpływają na każdą jednostkę, każdego człowieka, każde zdarzenie. Dlatego mówiąc, że jako w niebie, tak i na Ziemi, że to, co w górze, odzwierciedla to, co na dole w dużo mniejszej skali, można to odwrócić i z tej małej naszej Ziemi, a w tym przypadku z takiego małego zderzacza hadronów możemy spowodować czy właściwie podpalić lont czegoś ogromnie wielkiego, niebezpiecznego być może, a rozumiejąc tego typu zjawiska, czegoś bardzo pożądanego i pozytywnego.
Efektem tej działalności, naruszania ziemskiej magnetosfery i naruszania żelaznego jądra kuli ziemskiej mogą być na przykład poważne trzęsienia ziemi. Akurat kilka dni temu mieliśmy w wiadomościach historię o trzęsieniu ziemi w Chile o ponad osiem stopni w skali Richtera, czyli trzęsienie ziemi potworne, niespotykane, praktycznie nierejestrowane w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat o tak poważnej i potężnej sile. Nikt nie wie, z czego to wynika, co się stało, co spowodowało, że takie trzęsienie ziemi zostało wywołane. Być może jest to bezpośredni efekt działalności zderzacza hadronów. Jeżeli by się to potwierdziło w jakiś sposób, to widzimy, że zabawa jest bardzo niebezpieczna.
[22:43] - Przez lata działalności CERN-u wokół tego ośrodka oraz Wielkiego Zderzacza Hadronów narosło wiele mitów, takich jak liczba 666 w logo, portal umożliwiający dotarcie do Saturna, a nawet dojście do wszystkich starych bogów, o czym ma świadczyć również figurka bożka stojąca podobno w CERN-ie w Genewie. Są też i teorie łatwiejsze do zaakceptowania, jak choćby ta, że LHC ma niewiele wspólnego z fizyką cząstek elementarnych. O czym to wszystko może świadczyć? Czyżby naukowcy z CERN-u próbowali bawić się w bogów?
[23:20] - Mając do dyspozycji największą maszynę, jaką stworzył człowiek, można zacząć bawić się w bogów, jednocześnie mając taką energię do własnego użycia, można wpływać na ogromną ilość zjawisk i praktycznie na wszystko, co się wokół nas rozgrywa. Dlatego myślę, że pokusa jest silna i myślę, że coś takiego jest realizowane, zwłaszcza że tak naprawdę nikt do końca nie rozumie, na czym ten CERN polega, czego szuka się za pomocą Wielkiego Zderzacza Hadronów. Panuje taka opinia, że ci naukowcy to są bardzo fajni panowie profesorowie, którzy wydumali sobie różne koncepcje matematyczne, fizyczne. Jest to oczywiście teoria pełna skomplikowanych wzorów i oni chcą teraz w jakiś sposób to sobie potwierdzić. Dlatego nasza nauka pójdzie do przodu, bo oni to potwierdzą, bądź okaże się, że to jest wszystko nieprawda. Oczywiście większości ludzi wydaje się, że nie ma to znaczenia dla życia codziennego każdego z nas. Tymczasem okazuje się, że niekoniecznie tak musi być, boByć może ten zderzacz hadronów jest przykrywką do zupełnie innej działalności, że być może te wszystkie skomplikowane teorie matematyczne i fizyczne, ten szlachetny cel, do jakiego się zmierza, żeby popchnąć naukę do przodu, być może to jest tylko taka zasłona, za którą kryje się zupełnie coś innego i ta wielka maszyna ma zupełnie inne działanie i zupełnie inne cele do osiągnięcia. Pojawił się niedawno bardzo ciekawy artykuł w Russia Today, która co jakiś czas produkuje bardzo inteligentne i budzące zaciekawienie pytania, które gdyby ktoś sobie nie zadał, to być może by je zupełnie ominął. I właśnie tutaj zadano takie pytanie w sprawie Wielkiego Zderzacza Hadronów. Czy czasami ten zderzacz nie służy do tego, żeby na przykład brać udział w budowie jakichś statków kosmicznych, czy udział w jakimś programie kosmicznym?
Wydaje się na pierwszy rzut oka to trudne do uwierzenia, ale okazuje się, że Unia Europejska od co najmniej 2013 roku finansuje prace nad budową statku kosmicznego, który miałby dolecieć na przykład na Marsa. Wiadomo, że do Marsa jest bardzo daleko. Taki lot trwałby być może osiem, dziewięć miesięcy i wówczas pasażer takiego statku kosmicznego byłby niestety narażony na promieniowanie kosmiczne. I prawdopodobnie krótko po tym, gdyby doleciał do Marsa, długo by sobie już nie pożył i niestety cały program spaliłby na panewce. Więc problemem jest, w jaki sposób, co trzeba zrobić, żeby uchronić tego człowieka przed promieniowaniem kosmicznym. Okazuje się, że przed takim promieniowaniem kosmicznym może uchronić ceramiczny nadprzewodnik MGB2. Jest to zupełnie nowa rzecz, odkryta zaledwie 14 lat temu i w pewnych warunkach, zwłaszcza przy bardzo wysokiej temperaturze, taka jaka panuje na przykład przy wchodzeniu w atmosferę czy przy wychodzeniu z niej, ten nadprzewodnik doskonale utrzymuje swoje właściwości. Nie tylko chroni przed taką temperaturą, ale później doskonale chroni przed promieniowaniem kosmicznym, przed radiacją. I dlatego Unia Europejska finansuje projekt budowy takiej osłony dla statku kosmicznego. Wśród najrozmaitszych instytutów naukowych i najrozmaitszych firm, które biorą w tym udział, okazuje się, że także jest CERN, który ma odpowiednie warunki, aby móc taką osłonę testować.
Z tego wynika, że CERN może służyć do wielu celów i nie wszystkie poznajemy, nie o wszystkich dziś wiemy, ale być może czas pokaże w przyszłości, do czego jeszcze można użyć tak olbrzymiej i tak niebezpiecznej maszyny.
[27:59] - A jakie znaczenie może mieć CERN dla statku kosmicznego, który być może w przyszłości wyruszy wraz z załogą na pokładzie w najdalsze rejony Układu Słonecznego?
[28:10] - Oczywiście jest to to, co powiedziałem wcześniej, czyli przede wszystkim zbudowanie skutecznej osłony przed promieniowaniem kosmicznym. W przypadku zabawy z energią może pomóc to także w tym, że zostanie w jakiś sposób zrozumiany nowy napęd, który można by wykorzystać do przemieszczania się w przestrzeni kosmicznej. Dzisiejsze rakiety przemieszczają się zbyt wolno, są zbyt kosztowne. Zabierają na siebie bardzo mało nie tylko wyposażenia, ale także ładunku potrzebnego na tak długą podróż w kosmos. Nie można za ich pomocą budować czegoś skomplikowanego w przestrzeni kosmicznej, więc wiadomo, że potrzebna jest zmiana technologii. I tę zmianę technologii można przetestować najpierw w miejscu takim, jakim jest Wielki Zderzacz Hadronów. Doniosłość posiadania takiego urządzenia jest absolutnie niezwykła i doceniają to chyba wszyscy zawodnicy, którzy chcą dzisiaj pretendować do startu w przyszłej wojnie kosmicznej, czy może już obecnej wojnie kosmicznej, bo ona już się w tej chwili rozgrywa. O ile Rosjanie chcieliby coś takiego zbudować, wiedzą, jak to zrobić, a nie mają na to pieniędzy, o tyle Chińczycy na przykład w te pieniądze opływają i już zaplanowali budowę swojego własnego zderzacza. I oczywiście będzie to zderzacz o wiele większy niż ten, który jest w Europie, bo chiński zderzacz ma mieć aż 52 kilometry średnicy. I to na tym nie koniec, bo Chińczycy chcą go zbudować tak, aby z czasem móc go powiększyć i wówczas będzie miał 80 kilometrów średnicy.
Pozwoli to na dokonanie absolutnie unikalnych doświadczeń naukowych, ale także oczywiście spowoduje, że będzie mógł być wykorzystany w każdy możliwy sposób jako ewentualna broń, jako nośnik energii czy wzbudzacz energii. Dlatego te skutki mogą być nieobliczalne. Gdy Chińczycy dostaną coś takiego w swoje ręce, nie oznacza to, że obecnie jest we właściwych rękach.Natomiast Chińczycy jak zwykle chcą robić wszystko sami, nie chcą niczyjej pomocy. Już wykładają na ten cel około trzech miliardów dolarów, także stać ich na to wszystko. Ich zderzacz będzie gotowy do pracy dopiero w 2028 roku. Troszeczkę czasu im zajmie na zbudowanie, co oczywiście przy okazji pokazuje, jak skomplikowaną maszynerią jest zderzacz, który nie tylko potrzebuje wyrafinowanej technologii, aby w ogóle powstał, ale potrzebuje również zaplecza energetycznego, bo pochłania on olbrzymie ilości energii z zewnątrz. Potrzebuje kilku elektrowni, które będą wspomagać jego działanie. I to wszystko Chińczycy muszą sobie wybudować. Chińczycy już w tej chwili mają swój Zderzacz Hadronów, ale jest on malutki, bo ma zaledwie 240 metrów średnicy. Oczywiście Europa i Stany, które razem współpracują w przedsięwzięciu zwanym CERN, również nie zasypiają gruszek w popiele i zaplanowali kolejny Zderzacz Hadronów, który ma zastąpić ten europejski i ten nowy, którego w tej chwili dopiero istnieją plany, ma mieć aż 100 kilometrów średnicy.
Także walka na hadrony trwa na całego.
[31:53] - Też taka troszeczkę walka na wymiary.
[31:55] - Na wymiary oczywiście, każdy chce mieć większego hadrona.
[31:58] - Każdy chce mieć większego.
[32:00] - Czyli wielkość ma znaczenie w tym momencie.
[32:03] - A na czym polega podobieństwo Wielkiego Zderzacza Hadronów do legendarnego Die Glocke? I skąd w ogóle wzięły się takie skojarzenia?
[32:12] - To bardzo interesujące porównanie, bo wielokrotnie rozmawialiśmy w „Paranormalium” o Die Glocke. Wylano prawdopodobnie niezły ocean atramentu, żeby opisać, co mogło się wydarzyć, do czego mogło służyć Die Glocke, co Niemcy chcieli zrobić za pomocą tego projektu. I być może właśnie najciemniej jest pod latarnią. Być może Die Glocke to jest nic innego jak Wielki Zderzacz Hadronów. Istnieje bardzo wiele podobieństw. Oczywiście mamy troszeczkę mgliste opisy, jak wyglądał ten niemiecki dzwon w tym projekcie, który realizowany był także na dzisiejszym terytorium Polski. Te elementy, które w jakiś sposób są spójne, to oczywiście ogromna ilość energii, która była potrzebna do uruchomienia jednego i drugiego, a także systemy chłodzenia płynami kriogenicznymi. Jednocześnie, kiedy opisywano ten niemiecki Die Glocke, znajdowały się tam coś w rodzaju wielkich kul, w których miała znajdować się płynna rtęć. To przypomina te płyny chłodzące, które w jakiś sposób pozwalają ostudzić magnesy, które rozpędzają te cząstki elementarne, które następnie zderzają się ze sobą i tworzy się jakiś proces. I takim ciekawym procesem ubocznym, a być może wcale nie ubocznym, być może najważniejszym, który tworzy się podczas działania Wielkiego Zderzacza Hadronów, jest powstanie nagle efektu skalarowego, efektu pola torsyjnego, które tak jak powiedziałem wcześniej, do dziś jeszcze uznawane jest za pseudonaukę, ale coraz więcej wskazuje na to, że lada chwila trafi to do mainstreamowej fizyki i lada chwila będzie oficjalnie wykorzystywane w najrozmaitszych przedsięwzięciach.
Być może już kiedyś było to wykorzystane. Być może nie jest to wcale pomysł aż taki nowy i być może Die Glocke wcale nie zaginęło. Bo jeśli przyjrzymy się kontrowersjom lotu Apollo na Księżyc, jak wiemy, istnieją takie dwa silne obozy. Jedni mówią, że Apollo nigdy nie był na Księżycu, bo wszystko nakręcił Kubrick. Inni mówią, że absolutnie musiał być, bo są na to dowody, bo przywieziono stamtąd kamienie księżycowe, bo zrobiono fotografie, bo istnieje ciągle to Apollo, które tam poleciało. Ale okazuje się też w międzyczasie, że zginęły filmy i jest mnóstwo kontrowersji związanych z tym lotem na Księżyc, z kilkoma nawet lotami na Księżyc. Niektórzy uważają, że Amerykanie tam nigdy nie byli i że wszystko jest wielka ściema. Mnie się wydaje, że ta wielka ściema jest bardzo na rękę tym, którzy byli na Księżycu, bo jestem przekonany, że na Księżycu byli. A ta ściema istnieje po to i te całe kontrowersje istnieją po to, żeby nikt tak naprawdę nie analizował, nie przyglądał się tej maszynce, na której astronauci amerykańscy dolecieli na Księżyc. Być może już wtedy Die Glocke został wykorzystany do tego, aby Apollo mogło nie tylko spokojnie wylądować na powierzchni Księżyca, ale także od niego się odbić i wrócić z powrotem do swojego statku bazy.
Jednocześnie astronauci, którzy spędzili ten czas na powierzchni Księżyca, byli narażeni bardzo silnie na promieniowanie kosmiczne, bo przecież Księżyc właściwie nie ma swojej atmosfery, więc to promieniowanie dosłownie ich taranowało na powierzchni Księżyca. Nigdy nie mieli problemów z jakimiś objawami choroby popromiennej, co wskazuje również na to, że być może system, który w tej chwili testuje się w CERN-ie, system tej osłony przeciw promieniowaniu kosmicznemu, być może już wtedy był w jakiś sposób nie tylko w powijakach, ale były przynajmniej pierwsze wersje, nie tylko testowane, ale używane przez tamtych astronautów. Także coś jest tu na rzeczy. Nie wiemy, nie jesteśmy w stanie do końca stwierdzić, czy rzeczywiście jest to dzwon, ale zbyt wiele jest podobieństw.Tak, właśnie tego projektu Die Glocke, do tego, co się dzieje w CERN-ie. Takie urządzenia jak Die Glocke od dawna podejrzewano, że stosowały do swojego działania pole skalarowe, które potrzebuje tej olbrzymiej ilości energii. To samo praktycznie dzieje się w Zderzaczu Hadronów, gdzie synchrotron rozpędza te molekuły i powstaje wówczas pole torsyjne. To mityczne pole torsyjne najłatwiej wytłumaczyć na przykładzie pustej puszki po coca coli. Jeśli wziąć taką puszkę w obie ręce i wykręcić ją czy wyżąć ją tak, jak się wyżyma na przykład mokry ręcznik, wiadomo, skręcimy metal w taką spiralę, aż on właściwie w pewnym momencie popęka. Tak samo działa pole torsyjne, tylko że ono w taki sam sposób skręca czasoprzestrzeń, która nas otacza. Dzięki temu powstaje efekt, który może doprowadzić do tego, że załamując czasoprzestrzeń, będziemy mogli polecieć na kraniec na przykład Układu Słonecznego nie w kilka miesięcy przy użyciu jakiejś nowoczesnej technologii, a dosłownie w kilka minut, szybciej niż prędkość światła.
Dlatego, że przedrzemy się przez szczeliny, przez te portale, które powstaną. Jeżeli wie się, jak kontrolować ten proces, będzie to wówczas możliwe. Także tutaj widać podobieństwo pomiędzy Die Glocke i tym, co się dzieje na granicy szwajcarsko-francuskiej. Być może Die Glocke nigdy nie zginął, tylko to, na co patrzymy dziś, tak strasznie silnie wpływa na pole magnetyczne Ziemi, jest kolejną, najnowszą wersją tego mitycznego urządzenia, które stworzyli naziści.
[38:55] - I to by było na tyle, przynajmniej na razie, jeśli chodzi o CERN i Wielki Zderzacz Hadronów. Teraz na koniec tego odcinka przejdziemy do wątku, który na pewno ucieszy mole książkowe licznie słuchające Radia Paranormalium. Krisie, mieszkając w Stanach Zjednoczonych masz dostęp do wielu unikalnych, niedostępnych w Europie pozycji książkowych. Co ciekawego miałeś ostatnio okazję przeczytać? Która z książek szczególnie przykuła twoją uwagę?
[39:26] - Może jest to przesada, że mam do czynienia z jakimiś unikalnymi pozycjami. Właściwie każdy ma do nich dostęp, jeżeli chciałby troszeczkę mocniej czy głębiej poszukać. Jedyna moja maleńka przewaga być może polega na tym, że obserwując to, co się dzieje na bieżąco, mniej więcej w bardziej alternatywnym pojęciu świata i wśród autorów, którzy piszą jakieś nowe pozycje, mniej więcej wiem, że można oczekiwać czegoś nowego, czegoś bardzo interesującego. Mogę mieć taką pozycję w kilka minut po jej pokazaniu się na przykład na Amazonie. Także to nie jest wielki wyczyn, ale oczywiście jest to dzięki temu, że mam dostęp do różnych informacji na bieżąco, czy sam je próbuję zbierać dla siebie. Takie książki zdobywam i staram się tam wyszukać jakieś ciekawe historie, ciekawe zdarzenia i rzeczy. Ostatnio wpadła mi w rękę książka Michaela Salli. Michael Salla to jest dość kontrowersyjny, można powiedzieć exopolityk, który zajmuje się głównie tym, że chce wykazać, że związki pomiędzy najrozmaitszymi wydarzeniami, jakie dzieją się na Ziemi wśród wielkich i możnych z tego świata, są w jakiś sposób połączone z istotami pozaziemskimi. Pisze o tym serię książek i ostatnia jego pozycja to jest „Insiders Reveal Secret Space Programs and Extraterrestrial Alliances”. Książka dotyczy właściwie jednej osoby, którą jest Corey Goode.
Jest to człowiek, który miałby przez ostatnie 20 lat pracować w jednym z programów znanych pod nazwą MILABS. Wiadomo, że cały problem MILAB-ów jest problemem bardzo kontrowersyjnym. Jedni wierzą w ich istnienie, inni uważają, że jest to zbyt absurdalne, aby coś takiego mogło się w ogóle wydarzyć, coś takiego w ogóle mogłoby się dziać. Tyle że ja też przez dłuższy czas tak myślałem. Się troszeczkę wytłumaczę z tego, ale z czasem, kiedy zacząłem coraz więcej o tym czytać, zbyt dużo rzeczy w jakiś sposób się pokrywa. Zbyt dużo rzeczy intuicyjnie odczuwam, że nie mogą być w ogóle wytworem fantazji. Na dodatek większość tych ludzi, mówiąc większość, nie mam na myśli całej armii, mam na myśli kilka osób, które o tym opowiada. Właściwie tak naprawdę nic z tego nie ma oprócz donosów. Także nie ma też przesłanki, dlaczego oni to robią. Nie robią tego dla sławy, nie robią tego dla pieniędzy.
Tutaj pojawia się postać Corey Gooda, który pracował w MILAB-ie, w takim czarnym programie już od szóstego roku życia. Został zwerbowany tam, gdy okazało się, że ma pewne zdolności unikalne i tymi zdolnościami była intuicyjna empatia, co oznaczało, żeCorey Goode, gdy zbliżał się do jakiegoś człowieka bez rozmowy z nim rozumiał jego uczucia, jego mowę ciała. Krótko mówiąc rozumiał, co dzieje się w jego duszy i dlatego zainteresowali się nim wojskowi. Trafił do takiego MILAB-u i okazało się, że te umiejętności wykorzystywano właśnie w kontaktach z istotami pozaziemskimi. Spędził tam 20 lat. Niedawno przestał pracować dla MILAB-u. Te 20 lat minęło. Okazało się, że jest to taki czas standardowy, że zazwyczaj ludzie, którzy pracują 10 lat, a ci najwybitniejsi, najlepsi pracują lat 20 i później są zwalniani. Są oczywiście objęci tajemnicą, nie mogą o tym opowiadać. Ale to wszystko bardzo go dręczyło, to, co się wydarzyło i inni, mam tu na myśli ludzi, którzy zajmują się właśnie takim alternatywnym podejściem do tłumaczenia zjawisk w świecie, odkryli, że jest coś z nim nie tak, że on ukrywa jakąś tajemnicę.
I gdy zaczął prywatnie mówić o tym, co przeżył, zaczął nie tyle opowiadać całe historie, ale wspominać pewne wydarzenia ze swojej przeszłości, ktoś je nagłośnił bez jego wiedzy. I w tym momencie jego nazwisko stało się bardziej znane. Wpadł przez to w mnóstwo kłopotów. Sam czuje się troszeczkę obecnie zagrożony i zaszczuty. I właśnie w takim stanie znalazł go Michael Salla. Zaczął z nim rozmawiać. Ustalili wspólnie rodzaj pewnej taktyki podejścia do tego, w jaki sposób opowiadać o tym, aby niekoniecznie sobie zaszkodził. Także nie ma tutaj mowy o nazwiskach czy jakichś pewnych konkretnych miejscach, natomiast jest mowa o różnych historiach, których świadkiem był Corey Goode. Jednym z tych wydarzeń jest opowieść o kontaktach z istotami pozaziemskimi, w tym z istotami, które nazywa się Blue Avians, ponieważ wyglądają troszkę jak takie ptaszki. Mniej więcej mają postać ludzką, ale tu i ówdzie są takie piórka jak u kurczaka wielkanocnego i wygląda to dosyć groteskowo.
On opowiada o nich bardzo poważnie i opowiada o tym, w jaki sposób obecne rządy światowe, których my się obawiamy, bądź ci wszyscy władcy świata kontaktują się z nimi i w jaki sposób starają się wykorzystać ich do własnych celów, bądź odwrotnie. Ci przybysze pozaziemscy chcą wykorzystywać ich do innych celów, między innymi w programach tego typu według Goode'a biorą udział ludzie, których nikt by się tam nawet nie spodziewał. Biorą ludzie, którzy byli związani między innymi właśnie z programem Die Glocke, o którym wspominałem wcześniej. On sam opowiada o tym, że wiele elementów, tych technologicznych zwłaszcza, które tam widział, miały pochodzenie jeszcze nazistowskie. Jest dalej to w jakiś sposób rozwijane. Opowiada także o tym, że naziści sami mieli kontakty z jakimiś istotami, które nie tyle były pozaziemskie, co pochodziły z wnętrza Ziemi. I stąd ta cała legenda Vril, taka trudna do zrozumienia, na jakiej zasadzie ona mogła działać i zdobyć sobie tylu zwolenników. Być może w tej historii też coś się znajduje rzeczywiście, coś interesującego. Zresztą Clark McClelland, który pracował dla NASA przez 30 lat, czyli jest człowiekiem wiarygodnym, on sam mówił, że kiedyś w Kennedy Space Center spotkał samego Hansa Kamlera. Przecież Kamler był tym człowiekiem, który właściwie był najważniejszą osobą w Die Glocke.
Był nie tyle naukowcem, co przede wszystkim dbał o to, aby wszystkie elementy tego projektu mogły w jakiś sposób działać ze sobą. Zresztą nie ma się tu właściwie czemu dziwić, bo jednym z najważniejszych ludzi NASA w tamtych czasach był Wernher von Braun, który również był SS-manem, a był w tym czasie dyrektorem NASA. Także naziści rozlokowali swoje badania nad super technologiami po II wojnie światowej właściwie po całym świecie i byli doskonale do tego przygotowani, bo niektóre projekty wywozili już przed wojną, jakby przeczuwając, a właściwie wiedząc, że ta wojna w taki sposób się zakończy, taki, a nie inny. Czyli ta wojna była im potrzebna nie tyle do dominacji, tylko do jakiegoś innego celu. Jaki to jest cel? Trudno powiedzieć, ale ten cel był wystarczająco ważny, aby rozpętać takie gigantyczne piekło. Być może była to możliwość przeprowadzenia eksperymentów na ogromną skalę, a jednocześnie bez wzbudzania niepotrzebnych pytań czy oburzenia, ponieważ te eksperymenty miały absolutnie nieludzki charakter. I właśnie tego dotyczy ta książka. To taki wstęp do niej. Myślę, że któregoś dnia, gdy będziemy w czasie debat ufologicznych rozmawiać więcej na temat MILAB-ów, więcej tych historii z tej książki opowiem.
Jest to dość rzecz interesująca. Sam Corey Goode właściwie zaczął mówić o tym dopiero w tym roku. Także informacje są bardzo świeże i myślę, że zaciekawią tych, których interesuje ten problem.
[48:35] - A co można powiedzieć o samym Michaelu Sallie?
[48:42] - Jest właśnie tak, jak wspomniałem wcześniej. Jest człowiek bardzo kontrowersyjny, dlatego że w sposób bardzo uparty mówi o tym, że istoty pozaziemskie są czymś niezwykle normalnym i codziennym w życiu nas, zwykłych Ziemian, że kontakty z tymi istotami trwają od bardzo dawna i że ich działalność właściwie widać na każdym kroku. Tyle że jest skrzętnie zamiatana pod dywan przez media, które są kontrolowane. A wszyscy ci, którzy chcieliby o tym powiedzieć coś więcej, są skutecznie uciszani. Salla się tego nie obawia i o tym dość głośno i często mówi. Jest jednocześnie człowiekiem religijnym. Jest u niego silny pierwiastek duchowy. Wierzy, że kosmici mają jakąś misję do spełnienia, że my jako ludzie również mamy jakąś misję, do której powinniśmy dorosnąć. I stąd ci kosmici się tutaj pojawiają. Pochodzą oni z różnych części wszechświata, czasami inaczej od siebie wyglądają.
Inne są też ich cele i dają nam, ludziom, do wyboru drogę, którą chcielibyśmy pójść dalej. Dlatego jesteśmy taką ważną kartą przetargową dla nich. Z tego właśnie powodu. On też wielkie znaczenie widzi w tym, że dla człowieka najważniejszy jest przede wszystkim na początek jego rozwój duchowy, a potem dopiero cała reszta.
[50:17] - Do kontrowersyjnego Michaela Salli i jego najnowszej książki będziemy jeszcze wracać na antenie Radia Paranormalium. Nie tylko, podejrzewam, w „Paralaksie”, ale również w jednej z debat ufologicznych, co najmniej jednej poświęconej właśnie MILAB-om. A tymczasem dziękujemy wszystkim za uwagę. To był kolejny odcinek audycji „Paralaksia: spojrzenie Chrisa Miekiny”. Ja jeszcze raz chciałbym tutaj z tej strony bardzo serdecznie podziękować naszemu poszukiwaczowi prawdy. Dzięki ci jeszcze raz, Chrisie.
[50:50] - Ja również dziękuję bardzo, choć dzisiaj sam sobie zdaję sprawę, że dzień był raczej nienajlepszy. Coś stało na przeszkodzie, coś zawisło w powietrzu. Być może następna audycja będzie lepsza i myślę, że o to obaj się postaramy. Tak że dziękuję jeszcze raz bardzo za waszą uwagę i do zobaczenia w następnej audycji. Cześć.
[51:08] - I tak było bardzo dobrze. Ja to po prostu wiem i słuchacze również to wiedzą. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”, Radio Paranormalium: paranormalny głos w twoim domu oraz Nowa Atlantyda. Dziękują bardzo serdecznie za uwagę. Zapraszamy do słuchania kolejnego odcinka „Paralaksy” już za tydzień. Produkcja i realizacja Portal INFRA, www.infra.org.pl.