[00:01] - Portal Infra prezentuje „Paralaxa. Spojrzenie Chrisa Miekiny”. Witamy bardzo serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, Radia Wolne Media, Radia Na Fali, czytelników portalu Infra i wszystkich innych stron i radiostacji, w których nas słychać i czytać. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie, wyjątkowo dzisiaj Google Hangouts, jest nasz poszukiwacz prawdy Chris Miekina. Witaj, Chrisie.
[00:32] - Dobry wieczór wszystkim.
[00:33] - Chyba NSA chciało zablokować nagranie tej audycji, ale nie udało im się. Awaria Skype'a w tym momencie cały czas trwa, więc musieliśmy znaleźć jakieś zastępcze narzędzie do połączenia się i nagrania dzisiejszego odcinka „Paralaxy”, w którym będziemy dyskutować głównie o wojnie kosmicznej. Chrisie, czy mógłbyś nakreślić naszym słuchaczom tak ogólnie, co powinniśmy rozumieć pod pojęciem wojny kosmicznej? O co w tym wszystkim chodzi?
[01:03] - Wojna kosmiczna to właściwie takie hasło, które określa bardzo szeroki wachlarz najrozmaitszych problemów. Ja tę nazwę zaczerpnąłem od jednego z autorów, którego bardzo lubię, od Josepha Farrella, który napisał książkę pod takim tytułem, „Wojna kosmiczna”. Właściwie ten problem kontynuuje w wielu swoich książkach, a pisze ich dość sporo i ma dość ciekawe pomysły na temat tego, co się działo w przeszłości i tego, co się może wydarzyć w przyszłości. Wojna kosmiczna była do tej pory przedmiotem właściwie literatury science fiction, opowieści fantastycznych. Właściwie była takim wymysłem autorów raczej, bo w kosmos latamy rzadko. Jesteśmy ciągle technologicznie w powijakach i bardzo rzadko opuszczamy naszą planetę. I kiedy już wylatujemy poza naszą strefę okołoziemską, to właściwie tutaj nasze pole popisu się kończy. Można tu mówić tylko i wyłącznie o przetrwaniu, a nie o jakiejś wojnie. Także wydawałoby się, że wojna kosmiczna jest to temat absolutnie do fantazjowania i filozofowania i tak naprawdę nie ma za dużo wspólnego z takim realnym życiem. Jeśli jednak o tym trochę pomyśleć, okazuje się, że wojna kosmiczna towarzyszy człowiekowi od samego jego początku, od zarania.
Bo przecież zauważmy, że tą pierwszą dyscypliną, można powiedzieć w cudzysłowie, naukową, którą rozwijał człowiek, budując swoją cywilizację jeszcze w jaskiniach, to była właśnie astronomia. To właśnie przez astronomię, przez to, że patrzył w gwiazdy, patrzył w kosmos, wypatrywał swoich bogów, swojej przyszłości, przeznaczenia, czy może jakiejś dziury czasoprzestrzennej. Właśnie przez to wszystko zaczął budować nagle kamienne kręgi, rozmaite struktury, które były zorientowane astronomicznie, świątynie, które w jakiś sposób funkcjonowały w zespoleniu z układami planetarnymi. Ciągle mamy tutaj to połączenie z tym kosmosem i ciągle mamy jakiś rodzaj napięcia między tym, co się dzieje na Ziemi, a tym, co się dzieje w przestrzeni kosmicznej. Bogowie w końcu przyszli z kosmosu. Bogowie w kosmosie walczyli ze sobą. Być może, jak mówi Farrell, wcale nie byli to bogowie. Być może są to opowieści, które opisują prawdziwe wydarzenia, które wydarzyły się tak dawno temu, że nikt ich nie zapisał i przetrwały do naszych czasów w legendach. I to jest właśnie drugi aspekt tej wojny kosmicznej, że być może my, nasza cywilizacja, którą ocenia się na 5000 lat w miarę zaawansowanego rozwoju, jest dużo starsza. A być może było i tak, że wcale nie jesteśmy jedyną cywilizacją, jaka rozwijała się na Ziemi i na Ziemi przed nami mieszkał ktoś jeszcze i być może prowadził ze sobą wojnę, właśnie wojny kosmiczne, bo różne niepokojące fakty wskazują na to, że coś takiego mogło mieć miejsce.
Widzimy to chociażby po najrozmaitszych megalitach, których nie wiemy, kto je zbudował i w jaki sposób, jaką technologię zastosował, bo wielu z nich do dziś nie jesteśmy w stanie odtworzyć tak samo detalicznie i dokładnie, jak robiono to w tamtych czasach, dawno temu, być może przed setkami tysięcy lat. Do tego dochodzą najrozmaitsze takie teorie czy być może takie hipotezy, że niektóre z ciał niebieskich, które otaczają rozmaite planety Układu Słonecznego, wcale nie są tworami naturalnymi. Na przykład nasz księżyc, sam nasz księżyc, który widzimy praktycznie każdej nocy, wzbudza całą masę kontrowersji, bo nie bardzo pasuje do tego, w jaki sposób zbudowana jest Ziemia. Najprawdopodobniej nie jest kawałkiem wyrwanym z dna Oceanu Spokojnego i ukształtowanym jako srebrna kula gdzieś tam na niebie przez bombardujące go nieustannie meteoryty. Są takie teorie, które mówią, że prawdopodobnie został przywleczony gdzieś z jakiejś odległej galaktyki, ponieważ miejsce, w którym stoi, absolutnie nie jest przypadkowe. Jest miejscem absolutnie idealnym po to, aby móc stabilizować obrót Ziemi, jej wychylenie względem swojej własnej osi. I sam fakt, że Ziemia może funkcjonować w taki sposób, jak funkcjonuje dziś, zawdzięcza się właśnie księżycowi. Do tego mamy jeszcze inne satelity, które podejrzewane są o sztuczność. Jest to choćby Fobos i Deimos, dwa księżyce Marsa, nawet jeden z nich prześwietlono i okazuje się, że wykazują wiele cech sztucznych satelit. Na przykład Fobos okazał się pusty.
Na dodatek ciągle wypuszcza z siebie coś, co trudno zidentyfikować. Czy jest to jakiś zamarzający nagle płyn, czy jest to być może powietrze? Także to pokazuje, że wewnątrz tegoCiała Niebieskiego. Ciągle nazywamy to Ciałem Niebieskiego. Coś zachodzi, coś się tam dzieje. Być może jest to, jak chcą niektórzy, jakiś rodzaj stacji kosmicznej. To wszystko sugeruje, że w tym kosmosie działo się kiedyś bardzo dużo i dzieje się w sumie dużo do dziś. Nawet my teraz, kiedy przekraczamy próg odkryć kosmicznych, już teraz my wszyscy sami wiemy, że ci, którzy zdobędą przestrzeń kosmiczną, będą rządzili na Ziemi. Czyli historia się powtarza, toczy się absolutnym kołem. Znów wchodzimy w erę kosmiczną i znów mamy wyścig w kosmosie.
A skoro jest wyścig w kosmosie, jest to wyścig technologiczny. Mamy tutaj znów do czynienia z elementem, który musi się w końcu wydarzyć, czyli wojny kosmicznej. Na początku ta wojna jest bezkrwawa, ale z czasem dochodzi do konfrontacji. Już w tej chwili widać te napięcia, bo nikt nie ma monopolu na loty w kosmos, a widzimy, że kraje, które już osiągnęły poziom technologii kosmicznych, bardzo ostro ze sobą rywalizują, sprzymierzają się jedni przeciwko drugim i próbują na siebie coś ugrać, żeby zdobyć przewagę. Bo tak jak powiedziałem wcześniej, ten, kto będzie rządził w kosmosie, ten będzie rządził na Ziemi, ale także i w całej reszcie Układu Słonecznego. Dlatego ten problem jest tak ciekawy, interesujący i tak właściwie mu się przyglądam z różnych perspektyw i z różnych stron, patrząc, w jaki sposób się rozwija. Od czasu do czasu przychodzą takie różne myśli, w którą stronę podążamy i jak w dalszym ciągu będzie się rozwijał nasz świat i dokąd on tak właściwie dąży. Stąd właśnie ten temat.
[07:51] - Spróbujmy teraz przyjrzeć się troszeczkę możliwej historii konfliktów na skalę kosmiczną. Jeżeli faktycznie taki konflikt kiedyś mógł powstać lub właśnie się rozgrywa, to kto mógł walczyć przeciwko komu? Jak sądzisz?
[08:07] - Na to pytanie nie da się odpowiedzieć, dlatego że tak naprawdę nie wiemy, kto kiedy mógł walczyć. Mamy jedynie bardzo starożytne przekazy. Mamy indyjskie Wedy, mamy najrozmaitsze legendy. Chociażby mity greckie opisują mnóstwo kosmicznych pojedynków i starć. Praktycznie niemalże każda kultura wytworzyła w sobie mechanizm przechowania takiej wiedzy o tym, co kiedyś wydarzyło się w kosmosie. Nazywamy to legendami, ale nie mamy niestety na to żadnego potwierdzenia. Od czasu do czasu napotykamy niepokojące, czasami na olbrzymią skalę, znaleziska. Chociażby takim znaleziskiem pewnie będą piramidy, które niektórzy uważają za broń, czy na przykład kamienne kręgi, które ustawione w bardzo specyficzny sposób są w stanie wykorzystać naturalne siły Ziemi, spotęgować je, do tego dołączyć najrozmaitsze zjawiska, które zachodzą w kosmosie i wyprodukować kompletnie niszczącą, niebezpieczną energię. Takim zjawiskiem, na przykład na dzisiejszą skalę, które można porównać do kamiennych kręgów, jest pewien krąg na granicy szwajcarsko-francuskiej. Jest to Wielki Zderzacz Hadronów.
Myślę, że ma 27 chyba kilometrów średnicy, gdzie w takim kręgu już może niekamiennym, choć tak naprawdę kamiennym, ponieważ wszystko jest tu zatopione w skale. Ten cały tunel, przez który przebiegają z szaloną prędkością najrozmaitsze cząstki elementarne, te protony przebiegają tam niemalże z prędkością światła. Będąc w tych rurach i podążając z olbrzymią prędkością, są w takiej otoczce skalnej, która jest praktycznie piezoelektrykiem. To powoduje, że ten piezoelektryk nieoczekiwanie jest w stanie złapać kontakt z polem magnetycznym Ziemi. A jeżeli pole magnetyczne Ziemi jest w pewnym układzie, na przykład magnetycznym ze Słońcem, co już wiemy, że oba układy nie są osobne, one w jakiś sposób współpracują ze sobą, współdziałają, wpływają na siebie. Wówczas, kto wie, można wykorzystać na przykład siłę Słońca i dokonać czegoś tak absolutnie niezwykłego, że nie mieści się to dziś wielu, nawet i naukowcom, w głowie. Ale to wszystko jest absolutnie możliwe. CERN, skoro już o tym mówimy, to jest 9600 magnesów i one tworzą tak silne pole magnetyczne, tak silne przyciąganie, że jest ono mniej więcej 100 000 razy większe od tego naszego ziemskiego przyciągania. Dzięki temu to pole magnetyczne pozwala rozpędzić proton do niemalże prędkości światła i w ciągu 10 godzin krążenia w tym tunelu taki proton pokonuje około 10 miliardów kilometrów. To oznacza, że jest on w stanie w tym czasie dolecieć do końca naszego Układu Słonecznego i powrócić z niego w ciągu jednej sekundy.
Zdaje się około 11 500 obrotów na sekundę wykonuje taki proton. Te możliwości, o których wspomniałem wcześniej, ta możliwość zaprzągnięcia do takiej maszyny nieprawdopodobnych i nieobliczalnych sił wszechświata mogą mieć bardzo różne niebezpieczne skutki. Dlatego i Hawking przestrzegał przed tym, żeby zamknąć CERN czy zaprzestać tych eksperymentów. I wielu innych naukowców domaga się, aby tego więcej nie robiono. W Niemczech nawet zrobiono taki pozew sądowy przeciwko CERNowi. Niemcy są bardzo porządnym i układnym narodem i poszli drogą urzędniczą, gdzie oskarżono CERN o tworzenie jakiejś sytuacji niebezpiecznej dla całej planety i z tego powoduZażądano, aby sędzia zamknął tą całą instytucję. Niestety się to nie udało. Bądź stety, bo tak naprawdę trudno powiedzieć, jaki efekt do końca przyniesie CERN. Już teraz wiadomo, że efekt może pójść w każdą stronę. Może zakończyć się kompletnym fiaskiem, ale może zakończyć się sukcesem.
I skoro już ostatnio CERN zaczął osiągać pewne sukcesy i pewien entuzjazm w tym świecie naukowym wzrósł, oznacza to, że jednak ta skomplikowana, niesamowita maszyna, która pracuje na zasadach takich samych jak kamienne kręgi dawno temu, okazuje się, że jednak działa i że te wszystkie astrologiczne historie, które przez wielu twardogłowych naukowców uważane są za banialuki, za opowieści z mchu i paproci o tych wszystkich energiach, które gdzieś tam miałyby występować. CERN potwierdza, że taka energia istnieje, że coś takiego można rzeczywiście stworzyć. Tyle że najgorsze jest to, że nie można przewidzieć końcowego efektu, że jest to takie troszeczkę bawienie się z ogniem. Może się uda, może się nie uda. Mimo wszystko ciekawość tutaj zwycięża i doświadczenia trwają dalej. A nie są to doświadczenia bezpodstawne, bo tego typu sposób myślenia teoretycznie przynajmniej prezentowano już w XIX wieku, kiedy matematyka osiągnęła nieprawdopodobny rozwój, kiedy powstawały takie teorie matematyczne Krona, Teodora Kaluzy z Opola czy Oskara Kleina, Maxwella, Minkowskiego, czy chociażby Tesli. To wszystko w teorii było bardzo trudne do uzasadnienia, ale te zręby i pomysły tych naukowców pozwalają w tej chwili na zastosowanie tego, co oni wymyślili właśnie w ramach tego CERN-u. Czyli jest możliwa realizacja czegoś, co wydaje się wręcz aż bajeczne, wykorzystania niesamowitej energii kosmicznej do własnych celów. I teraz wybór będzie należał do nas, a właściwie nie do nas, do wielkich tego świata. W jaki sposób to będzie wykorzystane?
Czy jak zwykle, żeby komuś dołożyć? Czy też być może okaże się, że jesteśmy w stanie wyrosnąć poza naszą słabość dominowania nad innymi i zechcemy dzięki niej zasiedlić inne planety, czy po prostu wreszcie przekroczyć granice Układu Słonecznego i poszukać tych egzoplanet, na których można się osiedlić, otworzyć kompletnie nową erę. Taką samą, jak otwarła się wraz z odkryciem Ameryki, kiedy nagle świat poszerzył się i to znacznie. I był rodzaj takiego entuzjazmu, że można odkryć nowe ziemie i okiełznać je, zasiedlić. Później wiadomo było, jaką cenę trzeba było zapłacić za to okiełznanie, zasiedlenie, ale myślę, że żyjemy na granicy takiej bardzo ekscytującej epoki. Może się okazać, że będziemy żyli bardzo krótko, bo komuś coś się nie uda albo ktoś wpadnie na głupi pomysł. A może się okazać właśnie, że żyjemy na początku niesamowicie wielkich czasów. I nie przesadzam. Staram się tutaj nie przesadzać i nie wpadać w zbytní entuzjazm, bo tego typu myślenie i doświadczenia właśnie z takim urządzeniem jak Wielki Zderzacz Hadronów na mniejszą skalę był prowadzony w Stanach i robiono to w Stanfordzie. I tam właśnie przez 10 lat dokonano miliardy tego typu zderzeń protonów i praktycznie cały ten dorobek tego, co zrobiono w Stanfordzie przeszedł w tej chwili właśnie na CERN.
W Stanfordzie nazywał się to projekt Babar. I ten projekt Babar właśnie w tej chwili praktycznie jest realizowany w CERN. Dzięki temu wyodrębniono 12 podstawowych takich cząstek, czyli leptonów, z których zbudowany jest cały ten nasz wszechświat. I właśnie w tym zderzaczu hadronów może się okazać, że może powstać nagle 13. cząstka, która nie jest podobna ani do żadnej z tych, które już są stworzone. I to praktycznie załamie całą naszą obecną fizykę i fizykę opartą na odkryciach Einsteina. I może się okazać, że takie fantastyczne wymysły fizyki, jak na przykład fizyka skalarowa, torsyjna czy hiperwymiarowa, które były uważane za bajeczki, jest absolutnie możliwa. Bo co to oznacza? Okazuje się na przykład, że niektóre z cząstek, które podczas tego zderzenia załamują tą płaszczyznę czasoprzestrzenną i na przykład wybierają sobie dowolny kurs w czasie, niekoniecznie patrzą na czas tak jak my patrzymy, że on biegnie z punktu A do punktu B. Okazuje się, że w pewnych warunkach ta cząsteczka jest w stanie zawrócić w czasie, a zawrócenie w czasie i opanowanie tego typu technologii właśnie pozwoli osiągnąć wszystko.
Że podróż międzygalaktyczna będzie taka sama jak podróż Pendolino z Warszawy do Krakowa. Będzie tym samym rodzajem podróży. Także są to odkrycia niesamowite. Już kiedyś przewidział w jakiś sposób to wielki rosyjski, a właściwie radziecki wizjoner Kozyrew, który widział to wszystko i mniej więcej wiedział o doświadczeniach Amerykanów. Ale o ile Amerykanie robili to w mikroskali, on przełożył to na makroskalę i doszedł do wniosku według starej zasady: jako w niebie, tak i na ziemi, jak na ziemi, tak i w niebie. Czyli wszystko to, co jest w mikroskali na Ziemi, jest dokładną mapą i odzwierciedleniem tego, co dzieje się we wszechświecie. I doszedł do wniosku, że na podobnej zasadzie działa wszechświat, działają gwiazdy, tworzą się układy planetarne.I że znając tego typu zasady i prawa, które tam rządzą, będzie na przykład można stworzyć taką gwiazdę lub wykorzystać energię takich gwiazd. Są to tak potworne ilości energii, że bardzo trudno je sobie nawet wyobrazić. Astronomiczne ilości energii. Co oznacza, że można odpalać nowe słońca w dowolnym miejscu wszechświata i przenosić się z niebezpiecznego miejsca, które na przykład będzie bombardowane przez deszcze asteroidów, przenieść się powiedzmy na parę tysięcy lat w miejsce spokojne i bezpieczne, odpalić sobie słońce i żyć tam.
Ale to są takie już historie przyszłościowe. Ja miałem mówić o wojnie kosmicznej, a mówię tutaj o takich pięknych hipisowskich rzeczach, jak by to było pięknie, gdyby człowiek był taki łagodny i spokojny jak baranek. A człowiek niestety lubi dołożyć drugiemu człowiekowi, więc pewnie będzie tak jak zawsze. Ktoś kogoś dopadnie i dołoży drugiemu, przy okazji zrobi sobie krzywdę, a przy okazji całemu światu też, jak to się zazwyczaj dzieje. I będziemy znowu zaczynali po raz kolejny od początku za jakiś czas.
[19:22] - A jak sądzisz, jaką rolę w wojnie kosmicznej, czy też w przygotowaniach do takiej wojny może odegrać CERN i inne ośrodki?
[19:30] - CERN jest przede wszystkim źródłem wiedzy, jak to działa i to jest to źródło wiedzy na dużą skalę. Bo jest to potężna maszyna, więc wszystkie doświadczenia, jakie tam zachodzą, mają już swoją wymowę, mają swoją siłę, mogą coś zdziałać. Więc tego typu urządzenia dadzą przede wszystkim wiedzę, jak działają naprawdę siły kosmiczne i czy rzeczywiście siły kosmiczne można zaprząc do swoich własnych celów. Wielu naukowców podejrzewało, że tak, ale spójrzmy na całą historię tej ludzkości. Spójrzmy na przykład na astrologię, tą wyśmiewaną astrologię, która tak naprawdę jest tą prawdziwą astronomią, bo od tego się zaczęła astronomia, która właśnie szuka różnych sił kosmicznych, która wskazuje, że jedne dni są lepsze, inne są gorsze, są dni pechowe, są dni słabe. Że w wielu kulturach, czy właściwie we wszystkich kulturach, szaman podpowiadał, czy dzień jest dobry na bitwę, czy jest to dzień dobry na siew, czy jest to dzień dobry na to, żeby zmajstrować sobie potomka na przykład. Wszystko to było związane z siłami kosmicznymi. Do dziś czytamy horoskopy. Do dziś szukamy w gwiazdach przyszłości. Do dziś, kiedy widzimy spadającą gwiazdę, niektórzy uważają to za omen szczęścia, inni za omen pecha.
Także siły kosmiczne, tak naprawdę niemalże każdy z nas jest przekonany, że on w tym, jak je zaprząc do własnego celu. Wcześniej zaprzęgano je w ten sposób, że budowano takie prymitywne urządzenia jak kamienny krąg w Stonehenge na przykład. Czy na przykład kręgi w Göbekli Tepe. Czy na przykład coś o wiele bardziej skomplikowanego, jak na przykład egipskie piramidy. Takich miejsc jest wiele i zaka-- że są świetnie zorientowane astronomicznie i że maszynami, mimo że archeolodzy nazywają je świątyniami. A to były maszyny. One do czegoś służyły, coś miały zdziałać, coś miały stworzyć, na coś miały . Także widać, że te siły kosmiczne da się zaprząc do pracy. A maszyna taka jak CERN, która ma niesamowitą bazę danych, superszybkie komputery. Tam zdaje się kabla położono tyle, że wystarczy, gdyby go rozwinąć, wystarczyłoby go, żeby go rozciągnąć do Słońca, wrócić z powrotem i jeszcze parę razy okręcić dookoła Ziemi.
Tyle kabla jest na dwudziestosiedemkilometrowym okręgu położone. Tak że to jest niesamowicie poważna budowla. Poważna historia jest z tym CERN-em. I właśnie na podstawie tych doświadczeń, które tam się tworzy, gdzie właściwie praktycznie można powiedzieć, że wykluwa tam się przyszłość Ziemi. I dlatego CERN jest prawdopodobnie jednym z nie tylko najbardziej zaawansowanych projektów naukowych, jakie w tej chwili realizuje się na Ziemi, ale jednym z tych, które mają niesamowity wpływ na to, co się dalej z nami wydarzy i w którą stronę pójdzie nasza cywilizacja. Czy ciągle będzie na tej małej planecie, czy też wreszcie wyrwie się z tego zaklętego kręgu przyciągania ziemskiego i pola magnetycznego i wyrwie się gdzieś dalej we wszechświat, by odkrywać nowe planety i nowe przestrzenie dla siebie.
[22:50] - A może ludzie bądź inne istoty mieszkające na Ziemi były kiedyś naocznymi świadkami takiego kosmicznego konfliktu? Jeden z badaczy tego tematu, Richard Hoagland, twierdzi, że wojna kosmiczna miała miejsce sześćdziesiąt pięć milionów lat temu i zbiegła się w czasie z wyginięciem dinozaurów.
[23:10] - Absolutnie jest to możliwe, ale tak samo absolutnie nie mamy na to w zasadzie za dużo dowodów, oprócz tych wszystkich, które wymieniłem wcześniej. Oprócz tych wszystkich legend i podań, które przetrwały przez tysiące lat w najrozmaitszych kulturach, możemy jedynie przypuszczać, że ktoś, kto żył na naszej ziemi przed nami i ktoś być może nieźle wojował, mając podobny charakter do nas. Takie pośrednie źródło, które to potwierdza, są te najrozmaitsze spotkania z tak zwanymi kosmitami ludzi, którzy z naszej planety rzekomie napotkali kogoś, kogo uznali, że jest z innej planety i w wielu przypadkach bardzo często okazywało się, że ci rzekomi przybysze z innych planet są podobni jak my. Także być może właśnie ta nasza rasa ludzka jest czymś takim uniwersalnym w przestrzeni kosmicznej. Tyle że my należymy do tej bardziej zacofanej, powiedzmy, jesteśmy dla tych świetnie rozwiniętych ufonów, jak wypowiedziano w czeskim filmie, żyjących gdzieś tam w odległej galaktyce, jesteśmy kimś na poziomie szympansa albo goryla na przykład.Nie bardzo radzimy sobie ze zrozumieniem naszego otoczenia i nie jesteśmy też partnerem za bardzo do dyskusji, bo jesteśmy na to zbyt prymitywni. Ale dorastamy szybko, bardzo szybko dorastamy, uważam. I technologicznie również, bo widać bardzo poważne zmiany, bo niektórzy uważają, że w podbijaniu przestrzeni kosmicznej nastąpiła pewna stagnacja. Najpierw po wielkim hurraoptymizmie, kiedy człowiekowi udało się polecieć na Księżyc nawet kilka razy, udało się wysłać najrozmaitsze satelity na Marsa, a nawet parę łazików, które funkcjonują do tej pory. Tak jakby to wszystko zatrzymało się w pewnym miejscu. Nagle zdaliśmy sobie sprawę z naszych ograniczeń, że tak naprawdę nie możemy za bardzo powojować w tym kosmosie, bo niestety taka rakieta za daleko nas nie zaniesie.
Mars to jest absolutnie praktyczne maksimum i przelot człowieka taką rakietą jest bardzo problematyczny, bo trwa za długo. Człowiek jest wystawiony na promieniowanie kosmiczne, które najprawdopodobniej go zabije, a nawet jeśli go nie zabije, to doleci do tego Marsa i nie będzie w stanie wrócić. Więc będzie to i tak lot w jedną stronę, bo nic nie będzie miał ze sobą, żeby go wyrwało z bardzo cienkiego zresztą pola grawitacyjnego Marsa i będzie musiał tam już zostać do końca swoich dni. Zresztą tych dni prawdopodobnie i tak nie będzie za wiele, bo klimat tam ciężki, chłodny i nieprzyjemny. Wiele wskazuje na to, że być może tak nie jest, że gdzieś w tle rozgrywa się coś, o czym być może nas się nie za bardzo informuje, ale można wyciągnąć wnioski na podstawie różnych faktów, które rozgrywają się i są bardzo mocno reklamowane w mediach. I takim tematem jest nadal, modnym tematem, który już co najmniej od dwóch lat się kręci dookoła, że nie musimy latać na inne planety, nie musimy latać nawet na Księżyc. Będziemy teraz latać na asteroidy i będziemy wydobywać z nich cenne minerały i wszyscy będziemy bogaci. Na bazie takiego twierdzenia masa firm została założona, zupełnie prywatne i zupełnie serio, świetne programy kosmiczne po to właśnie, żeby móc dopaść taką bogatą w złoża asteroidę i wyciągnąć z niej co najcenniejsze. To wszystko bardzo ładnie brzmi, tylko że przestaje pasować, kiedy się temu wszystkiemu przyjrzeć. Bo z jednej strony mamy do czynienia z bardzo poważnymi ludźmi i z bardzo poważnymi pieniędzmi.
Mówię ich serio. Ale z drugiej strony wystarczy o tym pomyśleć, że zbudowanie specjalistycznego robota statku kosmicznego, który wystartuje z Ziemi i poleci na taką asteroidę, żeby wydobyć coś z niej, co w niej tam w środku jest, będzie to niezwykle kosztowna rzecz. Będzie to jedyna w swoim rodzaju zabawka. Będzie bardzo droga. Sam Ziemi potrzebuje armii techników, potrzebuje fachowego kosmodromu i potrzebuje straszliwie drogiej rakiety. Więc przedsięwzięcie są to bajańskie sumy, więc co oni tam będą, jak mają wydobywać takie cenne rzeczy, o jakich mówią, jak na przykład wolfram, kobalt i inne tego typu historie. Ja nie słyszałem o tym, żeby był jakiś kryzys na Ziemi w związku na przykład z kobaltem, żeby ceny na giełdzie skakały szalenie do góry i ludzkość nie mogła się bez kobaltu obyć. Wydaje się na zdrowy rozsądek, że taki kobalt ciągle znacznie taniej jest wydobyć na Ziemi. Nie trzeba do niego latać w kosmos i płacić horrendalnych pieniędzy, które się nigdy nie zwrócą. To jest jedna rzecz.
Druga rzecz jest taka, że dobrze, nawet jak już pojadą na tą asteroidę, wydobędą z niej ten kobalt, czy co tam mają, czy tytan na przykład, to potem z taką wydobytą asteroidą to co oni zrobią? I tu jest problem, bo przecież taka asteroida w pobliżu Ziemi będzie sobie zaznaczała parę kółek. Jeśli się źle ustawi, to któregoś dnia w tą Ziemię przywali. Jak przywali w duże miasto, to będzie duża mokra plama i dużo płaczu. Więc trzeba takie rzeczy bardzo robić ostrożnie, a nie z takim hurraoptymizmem i trzeba mieć te historie przemyślane, o czym się kompletnie nie mówi. I teraz następny pomysł taki, co z tymi ewentualnie asteroidami zrobić i jak je wydobywać, to jest, żeby je sprowadzić na Ziemię, co jest jeszcze bardziej technologicznie trudne. No bo czym? Wahadłowcem? Sojuzem? W porównaniu z tym, co jest do tego potrzebne, to są takie dwupłaciki ze sklejki i balsy obite płótnem.
Są to prymitywne rzeczy, które się do tego nie nadają, a my wszyscy przecież nie znamy czegoś innego i lepszego. Więc jeśli przyjrzeć się tej historii bliżej, to z jednej strony mamy poważnych ludzi, poważne pieniądze, a z drugiej strony mamy kompletnie absurdalny pomysł, bo tego się po prostu nie da zrobić. Ale nie da się zrobić w takiej formie, jak jej opowiedziałem, czyli z tym wszystkim, co mamy do dyspozycji teraz oficjalnie. I jeżeli poważni ludzie i poważne pieniądze są tu zaangażowani, to oznacza, że gdzieś jesteśmy na progu bardzo poważnej rewolucji, że być może lada chwila, a z pewnością teraz już jest to testowane, istnieje technologia, która wreszcie pozwoli zostawić te rakiety w spokoju i zatrzymać je w muzeum albo przerobić na minarety w meczetach i mieć z tym święty spokój, bo rakietą się daleko nie zaleci, bo jest to technologia stara jak państwo chińskie, czyli jeszcze sprzed naszej ery. Ciągle to polega na tym, że trzeba włożyć dużą ilość materiału wybuchowego, żeby to wywalić do góry w powietrze, żeby tym wystartować. Potrzebna jest technologia, która pozwoli na swobodne poruszanie się, wylot, wyjazd z naszej strefy okołoziemskiej, wyjście na orbitę bez tego typu historii jak płonące, spadające w dół jak kamień Sojuzy, czy inne historie, które Elon Musk wysyła w tej chwili na stację kosmiczną.Myślę, że o to właśnie chodzi, że lada chwila ta technologia się pojawi. A jeśli taka technologia się pojawi, to jeżeli założyć, że będą oni wydobywać tego typu minerały, najrozmaitsze i cenne i może mniej cenne, bo w wielu przecież tych asteroidach jest masa zwykłego, ponurego i śmiertelnie nudnego żelaza. Co z tym dalej robić? Przecież na Ziemi tego ciągle jest sporo. Właśnie, tutaj chyba jest cała idea tak naprawdę ukryta.
I tak to przyszło mi do głowy przy okazji kolejnego oglądania „Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka, gdzie tak naprawdę Ziemia była ponurą, ciemną planetką, a dookoła niej szalało życie. Były całe miasta kosmiczne. Krążyły na rozmaitych orbitach wielkie statki kosmiczne, wycieczkowce, statki więzienne, statki kasyna, wielkie piękne miasta, strefy dla takich ludzi, dla innych ludzi. To było coś absolutnie niesamowitego. Więc chyba ten owczy pęd do prowadzenia wydobycia minerałów na asteroidach jest właśnie po to, żeby wcale tego na Ziemię nie przywozić, tylko żeby z tego, co się wydobędzie, budować elementy i tworzyć tego typu kosmiczne miasta i żyć gdzieś na orbicie czegoś. Niekoniecznie Ziemi w tym przypadku, bo mając tego typu technologię do dyspozycji, nowy rodzaj napędu i możliwość wydobywania wszystkich cennych minerałów z tego, co lata dookoła w przestrzeni kosmicznej, można już zrobić wszystko. Myślę, że to jest następny element, który pokazuje, że znów jesteśmy na tym progu, gdzieś już blisko nowej epoki, pod warunkiem oczywiście, że doczekamy do tego cierpliwie, a nie wpadnie ktoś na pomysł, że trzeba przycisnąć parę guzików balistkowych w wyrzutniach czy bombach, czy temu podobnemu.
[32:40] - Gdy tak opowiadałeś o tych asteroidach, to przyszło mi do głowy, że nie daj Boże jakaś wroga cywilizacja mogłaby wykorzystać asteroidy i inne mniejsze ciała kosmiczne przeciwko nam w charakterze pocisków.
[32:55] - Owszem, mogłaby to wykorzystać, gdyby się pojawiła, bo ciągle mamy bardzo poważny kłopot z tą obcą cywilizacją, bo dużo się o niej mówi. Jest dużo najrozmaitszych przesłanek, ale nie ma twardego dowodu. Nie ma kosmity, którego można byłoby pokazać w „Tańcu z gwiazdami” chociażby. Nie ma statku kosmicznego, który można by było wszystkim zademonstrować. Są jedynie różne pogłoski, że coś takiego istnieje, że gdzieś ktoś coś takiego przejął, że gdzieś coś zbiło i tak dalej. Myślę, że my ziemianie ciągle z tą cywilizacją kosmiczną, skoro ona byłaby w stanie do nas dolecieć, to my i tak nie mamy wielkich szans. Oni nas mogą obrzucić czymkolwiek i tak nie będziemy się w stanie obronić. Nie muszą wykorzystywać tych asteroid jako pocisków. Natomiast ciekawe jest to, co robimy my ludzie, jako my sami. Mam tu na myśli właśnie te najrozmaitsze ewentualne czarne programy kosmiczne czy ten równoległy program kosmiczny.
I być może tutaj do czegoś takiego mogłoby dojść, tylko że nie tyle z ręki istot pozaziemskich, ale właśnie z tej odrywającej się cywilizacji, którą od jakiegoś czasu lansuje, że coś takiego istnieje, funkcjonuje, że istnieje grupa ludzi, która jest o wiele bardziej zaawansowana technologicznie niż reszta i ma jakiś plan do zrealizowania. Dlatego tak manipuluje losami świata, aby móc osiągnąć swój cel, aby móc rozwinąć się jeszcze bardziej technologicznie i być może któregoś dnia odlecieć sobie w siną dal albo założyć takie miasto jak Kubricka, gdzieś pomiędzy na przykład Księżycem a Ziemią albo gdzieś między Ziemią a Marsem, poza zasięgiem wszystkiego dookoła i móc sobie międzyplanetarnie rządzić tym wszystkim dookoła. Co by się tam działo, kto ma prawo wydobywać złoża na asteroidach, kto ma prawo wylatywać na inne planety i tak dalej. Czyli po prostu kontrolować, czyli robić to, co zawsze robiono, odkąd istnieje ludzka cywilizacja, że pojawiają się jacyś kontrolerzy i szlifują swoje instrumenty kontroli. W tym momencie ta kontrola poprzez technologię kosmiczną jest tą kontrolą chyba najpotężniejszą. To mi właśnie przywodzi na myśl to, co na przykład w tej chwili dzieje się z chińskim programem kosmicznym, który jest bardzo interesujący i nieco frapujący, bo wszyscy tych Chińczyków troszeczkę niedoceniali. Wszyscy uważali, że zrobili sobie podróbki Sojuzów i tak naprawdę za daleko tymi podróbkami nie zalecą. Okazało się, że zalecieli, zalecieli na Księżyc. Wujek sam się nawet bardzo mocno zdenerwował tym, że jeżdżą tym swoim królikiem jadeitowym po Księżycu, robią zdjęcia. Nawet tam powstały strefy zakazane, gdzie tych zdjęć robić nie było wolno.
I teraz Chińczycy planują następną rzecz, następną wyprawę. Jest to wyprawa na ciemną stronę Księżyca. Jeżeli oni to planują, a planują to zrobić przed rokiem 2020, to oznacza, że ich możliwości technologiczne były przez wszystkich bardzo mocno niedoceniane. Bo o ile wylądować cokolwiek na Księżycu tak naprawdę przy średnim poziomie zaawansowania technologii kosmicznych nie jest żadnym problemem, to polecenie na drugą stronę Księżyca jest to już poważny problem. Jak wiadomo, nazywa się to ciemna strona Księżyca nie dlatego, że jest tam ciemno jak w pewnym miejscu pewnego pana, ale dlatego, że ta ziemia jest zawsze odwrócona od Ziemi, czyli my z Ziemi nigdy na nią nie jesteśmy w stanie popatrzeć. I dlatego, żeby tam dolecieć, każda załoga czy każdy pojazd kosmiczny będzie musiał utracić łączność. Księżyc jest na tyle dużym ciałem niebieskim i ma na tyle silne pole elektromagnetyczne, że będzie w stanie tą łączność absolutnie wyłączyć.A więc każdy, kto chciałby zorganizować wyprawę na ciemną stronę Księżyca i na nim wylądować, musi mieć co najmniej kilka satelit, które będą krążyły dookoła Księżyca i będą przesyłały informacje. Chińczycy widocznie mają coś takiego w planach i są do tego dobrze przygotowani. Chcą wylądować na Księżycu, pobrać mnóstwo próbek skał, ziemi, piachu, kamieni księżycowych i oprócz tego przewożą ze sobą masę elektroniki, z czego większość ma być elektroniką nasłuchową. Bo ciekawe jest to, że ta strona Księżyca jest bardzo mocno ustabilizowana elektromagnetycznie, w przeciwieństwie do jasnej strony Księżyca, która patrzy na nas.
Dzięki temu bardzo wyczulone instrumenty nasłuchowe są w stanie odebrać sygnały. I teraz tu się można zastanowić, jakie sygnały, kogo chcą usłyszeć Chińczycy, kogo chcą oni znaleźć, kogo chcą tam znaleźć? Mówię o tym dlatego, że co jakiś czas pojawia się pogłoska, że na przykład baza obcych znajduje się właśnie po ciemnej stronie Księżyca. A inni mówią, że nie są to żadni obcy. Są to chłopcy od wuja Sama, którzy siedzą tam cicho w swoich małych bunkierach i robią swoje rzeczy, kontrolując historie, które się rozgrywają tu i ówdzie. Chińczycy będą mieli okazję to sprawdzić. Jednocześnie będzie to też okazja do sprawdzenia reakcji na historię wuja Sama. A wuj Sam już się zdenerwował, bo żeby wylądować na ciemnej stronie Księżyca, przede wszystkim trzeba mieć dobrą mapę Księżyca. A to nie jest takie proste, bo o ile Google sobie jeździ po całej Ziemi, to na Księżycu jego łaziki nie jeżdżą i trzeba to wszystko jakoś sfotografować, potem połączyć ze sobą i stworzyć mapę, która jest trudniejsza do zrobienia, niż by się wydawało i wymaga wręcz talentu artystycznego, żeby móc coś takiego stworzyć. Nie każdy ją może zrobić.
Są wybitni fachowcy w tej dziedzinie, są mniej wybitni. Największym fachowcem w tworzeniu takich map kosmicznych, między innymi stworzył mapę Marsa, był Chińczyk. Nazywał się Rongxing Li i był profesorem na Uniwersytecie w Ohio. Żył w Stanach ponad 20 lat. Amerykanie uznali go za swojego. Pomógł im w programie na Marsie, namalował im piękne mapy. I stał się problem, bo on gdzieś zniknął. Po prostu zapadł się pod ziemię. Nie mogą go znaleźć, nie wiedzą, co się z nim stało. Odparował.
Teoria jest taka, że Chińczyk pozostał do końca Chińczykiem i w tej chwili pracuje dla swoich chińskich panów i tworzy im mapę Księżyca, bo jest absolutnie najwybitniejszym fachowcem w dziedzinie map planetarnych, jacy chodzą po Ziemi. Taki człowiek jest w stanie już zagwarantować powodzenie takiej wyprawy, bo jest w stanie wskazać najlepsze miejsce, gdzie posadzić taki próbnik i gdzie go odpalić, żeby wrócił z powrotem. Czyli Chińczycy mają straszliwie ambitne plany i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Do tej pory jedyne próbki na Ziemię z kosmosu przywieźli Amerykanie i Japończycy na sondzie swojej Hayabusa. Mam troszkę różnych piaskowych ziarenek z różnych asteroidów, na których Hayabusa siadała jak komar. Chińczycy w tej chwili chcą zrobić coś na wielką skalę, a jednocześnie reklamują, że mają kompletnie nowe metody badawcze, rewolucyjne, jeśli chodzi o poznawanie planet i różnych zjawisk, jakie tam zachodzą. Dlatego tutaj będzie okazja zobaczyć, czy jest tak, jakby się wydawało, że nastąpił niepisany podział sił w kosmosie, że Amerykanie i Europejczycy będą teraz eksplorować wspólnie Marsa, a Rosjanie i Chińczycy niech sobie na Księżycu coś poszukają, bo na to wygląda, że do takiego podziału doszło. To będzie taki test. Do 2020 wbrew pozorom wcale nie jest tak daleko. Na pewno jeszcze o tej wyprawie usłyszymy i pogadamy o niej.
[41:24] - A czy Chińczycy mają jakieś plany na wypadek, gdyby udało się tam na Księżycu znaleźć jakichś kosmicznych gości?
[41:31] - Tego nie wiemy. Na pewno mają takie plany. Myślę, że każdy szanujący się kosmiczny naród ma taki pomysł, co zrobić, jak się pojawi jakiś kosmita. W jaki sposób go zabezpieczyć, w jaką beczkę formaliny go włożyć, w jakim laboratorium go rozciąć i dowiedzieć się, co ma w środku i co się w nim dzieje. Jestem przekonany, że absolutnie tak. To, że życie pozaziemskie gdzieś we wszechświecie istnieje, to mamy coraz więcej rozmaitszych dowodów na to, twardych dowodów, naukowych dowodów, które mówią, że jednak potwierdzają, że nie jesteśmy w kosmosie sami, że być może ktoś gdzieś jest jeszcze oprócz nas. I tutaj ta historia, o której rozmawialiśmy przed nagrywaniem tej audycji, o sygnale, który zarejestrowano w Parkes Observatory w Australii.
[42:33] - Właśnie. Co wiadomo na temat tego sygnału? Czy pojawiły się jakieś nowe informacje?
[42:38] - Przede wszystkim ten sygnał był niezwykle silny, miał olbrzymią moc i porównano tą moc do energii, jaką całe nasze Słońce produkuje przez miesiąc. Tak silny był ten sygnał. Samo to, że coś takiego do nas dotarło o takiej sile, wskazuje, że trudno przypuszczać, żeby stworzyły to siły natury.Tym bardziej, że nie był to pierwszy tego typu sygnał. Wcześniej na Ziemię dotarło dziewięć podobnych. To jest dziesiąty sygnał, który dotarł o takiej właśnie sile. Trwał on milisekundy, także trudno jest nam powiedzieć, czy cokolwiek przekazywał, ale na podstawie prawa prawdopodobieństwa uznano, że tego typu sekwencja nie może być dziełem przypadku i że jeśli jest to przypadek, to mógłby się zdarzyć statystycznie raz na 2000 razy. Wszystko wskazuje na to, że sygnał został wyprodukowany przez inteligentną osobę, kulturę bądź maszynę gdzieś w przestrzeni kosmicznej. Jest to niepokojące z tego względu, że te 10 sygnałów jest niemalże identyczne. Nazwano je Fast Radio Burst, FRB. Okazało się, że ich wspólnym mnożnikiem jest liczba 187,5, czyli wszystkie są jeszcze w jakiś sposób matematycznie ze sobą powiązane.
I to troszeczkę niepokoi, bo ludzie w Australii zaczęli się zastanawiać, że skoro ktoś jest w stanie taki silny sygnał wyprodukować, to co jeszcze potrafi? To „wszystko co potrafi” to z nas zrobić jeszcze może mokrą plamę. Uznano, że o ile jest możliwość odesłania własnego ziemskiego SMS-a, chociażby przez słońce, żeby zrobić mały sygnał ze Słońca, doprowadzić do tego, żeby nastąpiła eksplozja na Słońcu i wysłała bardzo silny sygnał radiowy w przestrzeń kosmiczną i żeby ten SMS z Ziemi poszedł do tamtej galaktyki, bo nawet nie bardzo wiedzą, z której galaktyki mógł przyjść. Wiedzą, że na pewno nie z naszej. Ale druga strona mówi, żeby może lepiej ich nie zaczepiać, może lepiej nie odpisywać, tego telefonu o tak mocnym sygnale nie odbierać. Są różne pomysły, różne ciekawe rzeczy się dookoła dzieją. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte, obserwować, wyciągać wnioski i patrzeć, co się dzieje. Żyjemy wszyscy w ciekawych czasach, ale myślę, że to są w jakiś sposób fajne czasy, bo mają jedną zaletę, że jeżeli naprawdę coś pójdzie źle, to my już tego nawet nie poczujemy, bo to wszystko pójdzie tak szybko, że zanim się ktokolwiek zorientuje, co się stało, już będzie po wszystkim. Ale jeśli miałoby to pójść wszystko w dobrą stronę, to żyjemy w czasach, w których warto być. Warto patrzeć na to, co się naprawdę zmienia i w jaki sposób przechodzimy z jednej ery w drugą w sposób niemalże fizyczny.
Wyraźnie widać, że wiek XX był ostatnim wiekiem analogowym, klasycznego, eleganckiego i pięknego, ale zacofania. Natomiast przed nami szeroko otworem stoi era kosmiczna i nieograniczona niczym przestrzeń, włącznie z czasem. I tym optymistycznym akcentem zakończylibyśmy dzisiejszą audycję.
[46:29] - To oczywiście nie jest jeszcze koniec tematu wojny kosmicznej w „Paralaksie”. Jest to temat na tyle szeroki i obszerny, że postanowiliśmy z Chrisem podzielić go na dwa odcinki „Paralaksy”. To był odcinek pierwszy, a odcinek drugi usłyszycie państwo za tydzień. Mówili do państwa Marek Sęk „Ivellios” oraz dzisiaj wyjątkowo po drugiej stronie Google Hangouts Chris Miekina. Dzięki jeszcze raz, Chrisie.
[47:00] - Ja również dziękuję i cieszę się, że po przerwie wznowiliśmy „Paralaksę” mimo tylu przeszkód. Sam zauważyłeś, że-
[47:08] - Rząd światowy działa niestety
[47:10] - ... po prostu wydarzyło się już wszystko, co możliwe oprócz wybuchu wulkanu, trzęsienia ziemi i aresztowania przez policję, żeby tylko nie dopuścić do jakiegokolwiek nagrania z każdej możliwej strony. Dzisiaj nawet rząd światowy wywalił Skype'a chyba na dobre. Na dzisiaj dla wielu ludzi praktycznie niedostępny, a akurat dzisiaj nie było żadnych przeszkód, żeby tę audycję zrobić. A co do części, to myślę, że to może nawet nie tyle będzie dwie części, ale będą części się pojawiać w miarę tego, jak tematy wojny kosmicznej będą narastać, bo one pączkują w szybkim tempie. Okazuje się, że wszystko niemalże, co z kosmosem jest związane, ma podwójne dno, ewentualną możliwość, jakiś sposób zastosowania do takiej wojny kosmicznej. Ciekawe rzeczy się dzieją, także obserwujmy, spróbujmy to omówić, otworzyć na to wszystko oczy i starać się zrozumieć, w jaki sposób problem przebiega. Dla mnie samego jest to też wielka przygoda móc w ten sposób podążać. A jeśli jeszcze dzielę się z wami i mam, jak to słuchać oprócz Marka, to tym bardziej się cieszę. Pozdrawiam wszystkich i zapraszam do następnej audycji już wkrótce.
[48:27] - Ja tylko jeszcze powiem, że rząd światowy troszeczkę się pospieszył z wielkim wydarzeniem, bo awaria Skype'a w dzisiejszych czasach to jest jednak duże wydarzenie. Mamy dzisiaj w momencie nagrywania tej audycji 21, właściwie już 22 września, a coś ma się podobno stać 23. Tak przynajmniej twierdzą teoretycy spisku. Mamy nadzieję, że nie będzie to nic poważnego, a najlepiej, gdyby nic się nie stało. Na pewno jednak w kolejną niedzielę również się usłyszymy. A tymczasem życzymy wszystkim słuchaczom pięknych, zdrowych, paranormalnych, a przede wszystkim świadomych snów. I zachęcamy do śledzenia na bieżąco strony internetowej Radia Paranormalium oraz serwisu nowaatlantyda.com, który redaguje Chris Miekina. Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień.
[49:22] - Dobranoc.
[49:27] - Produkcja i realizacja Portal INFRA. www.infra.org.pl