[00:24] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejną audycję na żywo. Gwóźdź naszego dzisiejszego programu, czyli wywiad z podróżnikiem, badaczem, publicystą panem Wojciechem Bobilewiczem. Dobry wieczór, panie Wojciechu.
[00:41] - Dobry wieczór. Witam wszystkich po drugiej stronie mikrofonu oraz oczywiście pana także.
[00:47] - Jak słusznie słuchacze zauważyli, rozpoczęliśmy podkładem dźwiękowym z debat ufologicznych. Co prawda dzisiejsza audycja będzie miała zdecydowanie mniej wspólnego z ufologią, bardziej z kryptozoologią, ale wątki paranormalne również się pojawią. Panie Wojciechu, jest pan prawdziwą skarbnicą wiedzy z tematyki paranormalno-anomalnej. Naszą rozmowę podzieliłem dziś na trzy główne fragmenty. Pierwsza będzie dotyczyć pana najnowszej wyprawy w poszukiwaniu afrykańskiego dinozaura. Druga będzie wiązać się ze słynną czaszką gwiezdnego dziecka, która ma być pozostałością po ludzko-obcej hybrydzie. I wreszcie trzecia część, która skupi się na odbytej przez pana wyprawie w poszukiwaniu baz UFO na Wyspach Salomona. Ale może najpierw niech powie nam pan, odkąd interesuje się pan zjawiskami paranormalnymi i zagadkami świata? Od czego się zaczęło? Jak patrzy na to rodzina i przyjaciele?
I kiedy możemy spodziewać się pańskiej autorskiej książki?
[01:52] - Dziękuję bardzo. To moje zainteresowanie sprawami bardzo szeroko pojętymi, niezwykłymi, niewyjaśnionymi właściwie datuje się jeszcze od czasów dzieciństwa, kiedy to łykałem z wielkim zainteresowaniem wszelkiego rodzaju artykuły, jakie pojawiały się wówczas w prasie. I to jeszcze właśnie za czasów dawnego systemu. O dziwo, w takiej prasie, w takich czasopismach szeroko dostępnych tego typu artykułów było znacznie więcej niż obecnie. Nawet wówczas, będąc jeszcze dzieckiem, uświadamiałem sobie, czytając te artykuły, że nawet jeżeli nie wszystko, co w nich napisano, jest koniecznie prawdą, to świat, jaki znamy, jest na pewno troszeczkę bardziej skomplikowany i jeszcze do końca niepoznany. Z miarą upływu lat to przeświadczenie się u mnie jakoś tak utwierdzało, że to, o czym mówi nam oficjalna nauka, wszystko jedno, czy dotyczy to zamierzchłej historii ludzkości, czy dotyczy to ewentualnego istnienia jakiejkolwiek cywilizacji gdzieś w kosmosie, czy wszelkiego innego rodzaju zagadek i tajemnic, spraw jeszcze niepoznanych. To, jak tłumaczy te sprawy nauka, nie do końca pokrywa się z tym, co najpierw tylko czułem podskórnie, właściwie intuicyjnie, a potem czytając różnego rodzaju książki, artykuły, oglądając filmy, słuchając wywiadów z ludźmi, którzy się tym zajmują, utwierdzałem się, tak jak powiedziałem, w tym przekonaniu, że nie jest to do końca tak, jak wygląda to od oficjalnej strony. Co się tyczy mojej rodziny, tutaj reakcje są bardzo różne. Oczywiście mam też osoby w rodzinie, które w ten czy inny sposób mnie wspierają, nawet jeżeli same nie podzielają tych poglądów albo nie rozumieją tych moich zainteresowań. Ale są także i tacy wśród rodziny czy najbliższych przyjaciół, którzy robią wielkie oczy na myśl o tym, że mogę się tym interesować, czy też na wieść o tym, że gdzieś tam chciałbym wyjechać i czegoś poszukiwać, coś tam sprawdzać, co wiąże się właśnie z owymi zagadkami i tajemnicami.
Tutaj nie o to chodzi, że koniecznie muszę coś odkryć i odnaleźć. Chodzi o sam fakt poszukiwania tego czegoś. Niektórzy właśnie bardzo się dziwią, że chce mi się tracić czas, energię, pieniądze i wszelkiego innego rodzaju dobra na poszukiwanie czegoś, co według nich po prostu albo nie istnieje, albo nie warto się tym zajmować. Także tutaj jest pełne spektrum reakcji od niezwykle życzliwych aż do takich, powiedziałbym, prześmiewczych, jeśli chodzi o rodzinę, jeśli chodzi o przyjaciół, jeśli chodzi o znajomych, koleżanki i kolegów.
[05:13] - Mogę powiedzieć, że znam ten ból. Jako redaktor i twórca Radia Paranormalium również się stykam z bardzo różnymi reakcjami. A co możemy powiedzieć o pana autorskiej książce? Bo wiem, że pan nad taką pracuje. Kiedy możemy się spodziewać jej wydania?
[05:36] - Jeśli chodzi o książkę, to tutaj w zasadzie wszystko uzależnione jest od tego, co będzie dzisiaj, jak rozumiem, głównym tematem czy jednym z głównych tematów naszej dyskusji, czyli ewentualnej wyprawy do Afryki w celu poszukiwania owego dziwnego zwierzęcia, o którym na pewno sobie jeszcze opowiemy. Dlatego, że chciałbym się skoncentrować właśnie nie tyle nawet na fakcie znalezienia tego zwierzęcia, gdyż oczywiście nie ma żadnego wysokiego prawdopodobieństwa, że takie zwierzę rzeczywiście zostanie znalezione. Chciałbym się raczej skoncentrować na samfakcie poszukiwań, na tym, jak w ogóle doszło do tego pomysłu, jak doszło do mojego zainteresowania tego typu sprawami, a także na relacji z samego przebiegu takiej ekspedycji. A gdyby się okazało, że istotnie uda się coś uwiecznić na nagraniu wideo czy aparatem fotograficznym, coś odnaleźć, usłyszeć, zobaczyć, to oczywiście taka relacja też będzie tam zawarta. Natomiast tak jak powiedziałem, w zależności od tego, czy uda się wyjechać, a raczej źle to powiedziałem, nie tyle czy uda się wyjechać, tylko kiedy, ponieważ to, że wyjadę jest sprawą bezsprzeczną. Pytanie tylko kiedy. A więc wówczas po powrocie mam zamiar napisać właśnie taką relację w postaci książkowej.
[07:15] - A więc będzie to w jakimś sensie książka kryptozoologiczno-podróżnicza.
[07:20] - Tak, myślę, że tak najlepiej to określić. Nie czuję się na tyle specjalistą w dziedzinie kryptozoologii, żeby pisać książkę stricte kryptozoologiczną. Nie będzie to jakieś kompendium wiedzy na temat tego czy innego kryptozoologicznego stworzenia, tak zwanej kryptydy, tylko raczej chciałbym połączyć informacje na temat w tym konkretnym przypadku tej konkretnej kryptydy, której będę poszukiwał z relacją z samej wyprawy, podróży. Także ma pan rację, można tę książkę właśnie w ten sposób określić.
[07:59] - Przejdźmy może właśnie do tej kryptydy. To istota, na której poszukiwanie ma pan zamiar wyruszyć do Afryki. Co może nam pan powiedzieć o Mokele-Mbembe? Czy może nam pan przybliżyć wygląd tego zwierzęcia? Najciekawsze obserwacje lub opinie innych kryptozoologów, badaczy?
[08:18] - Oczywiście. Mokele-Mbembe to jest w ogóle nazwa taka, powiedzmy, generyczna dla tego stworzenia. To określenie pochodzi z języka lingala i oznacza mniej więcej „ten, który zatrzymuje bieg rzeki czy bieg wody”, a to ze względu na jego rozmiary. Tutaj oczywiście istnieją pewne rozbieżności pomiędzy opisami naocznych świadków obserwacji tego zwierzęcia. Według jednych miałoby ono mieć około dziewięciu metrów wielkości, inni mówią nawet o 20 metrach. Tak czy owak jest to niewątpliwie, jeśli wierzyć owym naocznym świadkom, zwierzę niezłądwie bardzo duże, porównywalne wielkością do hipopotama, a być może nawet do słonia. Jeśli chodzi o sam wygląd, to tułów tego zwierzęcia według opisów naocznych świadków przypomina właśnie tułów słonia czy hipopotama, a różni się to zwierzę od tych wspomnianych przeze mnie przed chwilą przede wszystkim dwiema takimi zasadniczymi cechami, mianowicie długą, dość masywną szyją, ale długą taką jak, powiedzmy, u żyrafy, zakończoną głową kształtem przypominającą węża, a także równie długim, dość masywnym ogonem, a więc nie takim ogonem, jaki występuje właśnie u słoni czy hipopotamów. Jak wiemy, u nich te ogonki są dosyć malutkie. Tam w przypadku Mokele-Mbembe jest ten ogon porównywalny, jeśli chodzi o długość, do długości szyi, a więc z wyglądu zwierz taki przypomina trochę dinozaura i zaraz o tym też opowiem, bo to, że przypomina dinozaura, oczywiście niekoniecznie musi znaczyć, że jest dinozaurem. Natomiast faktem jest, że ci badacze, którzy już byli w rejonach, gdzie ponoć występuje Mokele-Mbembe, a przede wszystkim występuje to zwierzę w północnym Kongu i w południowym Kamerunie, aczkolwiek nie są to jedyne rejony występowania tego zwierzęcia.
A więc ci badacze, którzy już tam byli, pokazywali miejscowym mieszkańcom tablice z rysunkami czy zdjęciami różnych zwierząt. Nawiasem mówiąc, też ciekawa sprawa, ponieważ gdy pokazywano miejscowym mieszkańcom rysunki czy zdjęcia zwierząt żyjących współcześnie na przykład w Ameryce Północnej, to żadne z tych zwierząt nie było rozpoznawalne. Natomiast gdy pokazywano rysunki słonia, hipopotama i tak dalej, jak najbardziej rozpoznawano te zwierzęta i określano je właśnie takimi nazwami. A więc nie ma tutaj raczej mowy o tym, żeby pomylić Mokele-Mbembe ze słoniem czy hipopotamem. Natomiast pokazywano owym miejscowym mieszkańcom również tablice z rysunkami dinozaurów właśnie i najwięcej podobieństw miejscowi mieszkańcy pokazali pomiędzy Mokele-Mbembe a właśnie jednym z dinozaurów, a mianowicie brontozaurem, który zresztą później podobno zszedł z listy istniejących, żyjących kiedyś dinozaurów. Został zastąpiony przez inną nazwę, mianowicie apatozaur. Ale to mniejsza z tym, czy to brontozaur, czy apatozaur. W każdym razie zwierzę owo ma przypominać kształtem i wielkością właśnie owego dinozaura. I tutaj, jeśli chodzi o badaczy, kryptozoologów, którzy tą tematyką zajmują się, zajmowali, czy to stricte teoretycznie w jakichś artykułach czy książkach, czy też praktycznie, a więc organizując tam wyprawy, tu zdania są podzielone. Wszystko też zależy troszeczkę od tego, kto się zajmuje tą konkretną kwestią.
Są badacze, którzy organizują tam wyprawy właśnie po to właściwie, żeby udowodnić, że Mokele-Mbembe jest taką żywą skamieliną i żyjącym obecnie dinozaurem. Są to przede wszystkim zwolennicy tak zwanego kreacjonizmu, czyli teorii, wedle której wszystkie zwierzęta zostały stworzone około 6000 lat temu i oczywiście przez kreację boską. Ich celem jest udowodnienie, że taki właśnie Mokele-Mbembe, taki dinozaur potwierdzałby tę tezę o jednoczesnym stworzeniu wszystkiego, wszystkich żywych stworzeń przez Boga raczej niż teorię ewolucji. Są również tacy kryptozoolodzy, którzy nie wnikają w to, czy świat powstał na skutek kreacjonizmu, czy ewolucjonizmu, czy ewolucji, tylko po prostu zależy im na tym, żeby udowodnić istnienie tego zwierzęcia. Ja osobiście podzielam zdanie. Myślę, żeCo najmniej połowy kryptozoologów, którzy twierdzą, że Mokele-Mbembe wcale nie musi być żywym dinozaurem. Może być natomiast stworzeniem przypominającym dinozaura, być może jakimś gadem, być może nawet jakimś ssakiem. Jeśli na przykład popatrzymy sobie na nosorożca i nie wiedzielibyśmy, że nosorożec jest ssakiem, to w zasadzie niektórzy z nas mogliby go wziąć za jakiegoś prehistorycznego gada. Mamy również gady, takie jak na przykład krokodyl, które są, można by poniekąd powiedzieć, żywą skamienialą, bo w zasadzie są to takie dinozaury, tyle tylko, że w troszeczkę zminiaturyzowanej formie, bo przodkowie krokodyli byli od nich dwa, trzy, pięć albo osiem razy więksi. Ale generalnie być może tak samo jest właśnie z Mokele-Mbembe.
Być może jest to istotnie jakiś gad będący potomkiem żyjących miliony lat temu dinozaurów. Szczerze mówiąc, ta kwestia akurat aż tak mnie nie zajmuje. Mniej mnie interesuje to, czym jest Mokele-Mbembe i do jakiego królestwa zwierząt należy go. Do jakiego gatunku w królestwie zwierząt należy go przypisać. Tę sprawę zostawiam badaczom, naukowcom, zoologom, przyrodnikom, biologom i tak dalej. Natomiast bardziej interesuje mnie to, żeby przynajmniej spróbować w jakiś sposób odnaleźć to zwierzę, udowodnić po prostu jego istnienie.
[15:00] - Panie Wojtku, jakie są szanse na znalezienie Mokele-Mbembe? Czy do tej pory któraś z grup, a tych było bez liku, udało się trafić na jakiś konkretny ślad? Bo mamy bardzo wiele relacji, natomiast sprawa chyba wygląda inaczej z dowodami materialnymi.
[15:19] - Tak, rzeczywiście to jest prawda. Bezpośredniego dowodu, takiego bezsprzecznie potwierdzającego istnienie Mokele-Mbembe nie ma. Jest natomiast szereg dowodów pośrednich. Kilkakrotnie udało się badaczom, różnym grupom badawczym, a tych, jak pan mówi, było bez liku od co najmniej początku XX wieku. Zatem udało się niektórym grupom znaleźć, a nawet sfotografować ślady łap, które nie przystawały do żadnego znanego, żyjącego w tamtych rejonach zwierzęcia. A zapomniałem dodać, że jeśli chodzi o nogi czy łapy tego zwierzęcia, świadkowie również wspominają o tym, że w zasadzie przypominają one rzeczywiście nogi hipopotama czy słonia z tą różnicą, że zakończone są trzema szponami czy pazurami. I tutaj rzeczywiście takie ślady odnaleziono. Również kilkakrotnie grupy, które udawały się w tamte odległe rejony, słyszały dziwne odgłosy, które nie należały również do żadnego znanego gatunku. Zresztą ciekawa sprawa. Miejscowi mieszkańcy mówią również, że tam, gdzie mieszka czy przebywa Mokele-Mbembe, tam brak jest na przykład właśnie hipopotamów, ponieważ mimo że zwierzęta te są w zasadzie roślinożerne, to zaciekle bronią swojego terytorium i w obronie terytorium potrafią nawet zabić czy to słonia, czy hipopotama.
W związku z tym w rejonach, które zamieszkuje Mokele-Mbembe raczej hipopotamów nie ma, przynajmniej jeśli wierzyć miejscowym mieszkańcom. A ja zawsze uważam, że nawet jeśli miejscowi mieszkańcy troszeczkę przekoloryzowują, to jednak w ich opowieściach tkwi ziarno prawdy. Tak uważam. Te historie nie wzięły się znikąd. Te rejony, w których ponoć znajduje się Mokele-Mbembe, są zbyt dalekie i w zasadzie też niebezpieczne, pozbawione jakiejkolwiek infrastruktury, żeby udawali się tam, mówiąc oczywiście to w cudzysłowie, zwykli ludzie. Jeżeli ktoś z Zachodu tam się udaje, to właśnie tylko badacze, którzy tę sprawę badają. Więc nie sądzę, żeby historie o Mokele-Mbembe były wymyślane dla przyciągnięcia turystów bądź pieniędzy. Tym bardziej że doniesienia o Mokele-Mbembe, tak jak powiedziałem, pochodzą głównie z północnego Konga i południowego Kamerunu, ale nie są do tych rejonów ograniczone. Natomiast języki, jakimi posługują się mieszkańcy choćby nawet tylko tych dwóch krajów, nie mówiąc o krajach ościennych, gdzie podobne zwierzęta też widywano, są językami tak od siebie różnymi, że nie sposób, by poszczególne grupy plemienne czy poszczególne wioski były w stanie przekazywać tę historię innym grupom plemiennym tylko po to, by stworzyć swego rodzaju mit. To są odrębne relacje odrębnych grup etnicznych, odrębnych plemion, odrębnych wiosek.
Mokele-Mbembe było widywane zarówno przez mieszkańców grupy etnicznej Bantu, czyli tych, powiedzmy wyższych ludzi, jak i Pigmejów, czyli tych mniejszych, niższych ludzi. Wracając do tematu. Są zatem te opowieści i są również dziwne zachowania mieszkańców, ponieważ oni boją się Mokele-Mbembe. Boją się Mokele-Mbembe ze względu właśnie na to, że były również doniesienia o tym, iż Mokele-Mbembe w obronie terytorium znowu potrafiło nie tylko zniszczyć kanu czy inną łódź przepływającą daną rzeką, ale również zabić ludzi znajdujących się na pokładzie tej łodzi. W związku z tym narosła również wokół Mokele-Mbembe taka otoczka zwierzęcia niebezpiecznego. I były takie relacje z niektórych wypraw. I to nie są wyprawy znowu tak bardzo odległe. To są wyprawy, które udały się w tamte rejony w ciągu ostatnich 10, 15 lat. Były takie relacje, według których rzeczywiście usłyszano jakieś dziwne, wydawane niewątpliwie przez jakieś zwierzę odgłosy i przewodnicy, którzy na tej łodzi znajdowali się razem z całą ekipą, chcieli natychmiast zawracać. Byli po prostu przerażeni, zgięci strachem.
Mówili, że to są właśnie odgłosy, jakie wydaje Mokele-Mbembe. Nie chcieli dalej płynąć. Chcieli zawracać natychmiast do swojej wioski.Oczywiście, tak jak mówię, to nie są dowody bardzo konkretne, ale wszystkie te dowody pośrednie, jak się ze sobą złoży, to powstaje obraz taki, że istotnie gdzieś tam w tych odległych rejonach może mieszkać jakieś dziwne zwierzę dotąd nieodkryte. Zresztą jest teraz taka dość silna grupa badawcza pod kierownictwem doktora Billa Gibbonsa. To jest badacz ze Szkocji, który wielokrotnie był już w tamtych rejonach, chyba dwa razy w Kongu i bodajże cztery razy w Kamerunie. On już zna te rejony dość dobrze i udało im się nawet odizolować pewien obszar z tego olbrzymiego obszaru całej dżungli, który jest bardzo duży. Cała ta dżungla afrykańska to jest obszar co najmniej kilkakrotnie większy od Polski. Natomiast udało im się odizolować obszar, który można w zasadzie spenetrować w ciągu kilku dni, w którym to obszarze ponoć ostatnio Mokele-Mbembe było albo widziane, albo słyszane. Ostatnio, kiedy ta wyprawa tam się znajdowała, usłyszano również dziwne dźwięki dochodzące z jam, które znajdowały się u brzegu rzeki. I również tutaj miejscowi mieszkańcy opowiadają, że Mokele-Mbembe jest zwierzęciem okresowym.
To znaczy ma swoje okresy, podczas których się żywi, a następnie ma również okresy, w których hibernowało. W zasadzie Mokele-Mbembe jest przede wszystkim aktywne podczas pory deszczowej. Gdy pora deszczowa już zanika, Mokele-Mbembe ponoć zakopuje się w specjalnych jamach, gdzie hibernuje albo być może się rozmnaża, czy też składa jaja. Trudno powiedzieć, co się tam w tych jamach dzieje. Natomiast istotnie jednej z tych ekip udało się znowu usłyszeć jakieś dziwne odgłosy pochodzące z wnętrza takiej zakopanej u brzegu rzeki jamy. To znowu potwierdza, że, jak to mówią, coś jest na rzeczy. Ja nie twierdzę, tak jak powiedziałem na początku, że na pewno uda mi się odkryć Mokele-Mbembe, bo jednak jest to obszar dość spory, ale mam pewien pomysł, który szanse powodzenia troszeczkę zwiększa.
[22:40] - A jak do istnienia Mokele-Mbembe odnoszą się naukowcy?
[22:44] - Jeśli chodzi o naukowców, to raczej dyskredytują oni istnienie Mokele-Mbembe. Jeżeli ktoś twierdzi, że Mokele-Mbembe może być taką żywą skamieliną, pozostałością jakiegoś dinozaura, który przeżył do naszych czasów, tłumaczą to w ten sposób, że nie jest to możliwe. Albowiem po pierwsze ów las równikowy afrykański, choć niewątpliwie jest to jeden z najbardziej stałych i niezmiennych habitatów, ale jednak od czasów, kiedy według oficjalnej nauki istniały dinozaury, czyli jak wiadomo, oficjalna nauka mówi, że 65 milionów lat temu wymarły, od tamtych czasów ta dżungla uległa znaczącym przeobrażeniom. W związku z tym raczej są marne szanse na to, żeby mogły tam przeżyć jakiekolwiek dinozaury. A po drugie, żeby mogła przetrwać tam jakakolwiek populacja dinozaurów czy jakichkolwiek innych stworzeń, musiałaby to być populacja dość stabilna i dość liczebna, żeby oczywiście móc się rozmnażać. Ja na to mogę powiedzieć tak. Tak jak powiedziałem, nie twierdzę, że jest to dinozaur. W związku z tym te przeobrażenia, którym uległa dżungla w ciągu tych milionów lat, nie są dla mnie żadnym argumentem ani żadną przeszkodą w poszukiwaniu Mokele-Mbembe. Natomiast co się tyczy populacji, to tak jak powiedziałem, nie zapominajmy, że doniesienia o Mokele-Mbembe pochodzą z bardzo różnych regionów, nie tylko, chociaż przede wszystkim, z granicy między Kongiem a Kamerunem, ale także z wielu innych krajów. One pochodzą także z Gabonu, z Republiki Środkowoafrykańskiej, z Gwinei, z bardzo wielu.
Właściwie można powiedzieć od Angoli na południu i Zimbabwe, aż po Mali, Czad i Republikę Środkowoafrykańską na północy. Jest to olbrzymi obszar, z których pochodzą doniesienia o takim właśnie stworzeniu, tak wyglądającym. To stworzenie oczywiście w zależności od kraju i od tego, jakim językiem posługują się ludzie w danym rejonie, ono się różnie nazywa. Tak jak powiedziałem, Mokele-Mbembe to jest tylko taka nazwa generyczna, oficjalna, ogólna. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę ten olbrzymi obszar, na jakim ponoć znajduje się czy żyje Mokele-Mbembe, na jakim było widziane Mokele-Mbembe, to zmienia to troszeczkę perspektywę, bo okazuje się, że to jednak jest dość rozległy habitat dla tych zwierząt. Jeśli zaś chodzi o ich liczebność, a także o ich skrytość, tutaj mogę tylko przytoczyć przykład innego zupełnie zwierzęcia. Obecnie w naszych czasach dla nas zupełnie znanego i niebędącego specjalną zagadką, ale przez bardzo długi czas uznawanego również za nieistniejące, właśnie ze względu na swoją skrytość i niewielką liczebność, a w każdym razie niewielką liczbę obserwacji. Mówię tutaj o okapi. Przez bardzo długi czas okapi też nie było uznawane przez oficjalną naukę, chociaż miejscowi mieszkańcy opowiadali o stworzeniu, które przypomina trochę antylopę, trochę zebrę.I pewnie takich przypadków czy przykładów zwierząt, które zostały przypadkowo odkryte i dopiero później uznane oficjalnie przez naukę, można by pewnie jeszcze przytoczyć co najmniej kilka. Tak samo zresztą było z pandami.
Też przez długi czas nikt nie wierzył w istnienie czegoś takiego jak panda, dopóki nie odkryto pierwszych okazów. Dlatego to, że te relacje o bezpośrednich obserwacjach są stosunkowo nieliczne, to mnie akurat nie zraża. I tutaj nie zgadzam się z naukowcami, że ta mała liczebność obserwacji czy mała liczebność samej populacji i niewielki habitat świadczą przeciwko istnieniu Mokele-mbembe. Są oczywiście również i tacy naukowcy, którzy dopuszczają istnienie jakiegoś zwierzęcia, ale na pewno nie dinozaura, bo jednak ta cała dżungla środkowo i zachodnioafrykańska została zbadana dopiero mniej więcej w 20%. Są jeszcze całe, szerokie, wielkie połacie dżungli, które nie zostały przebadane dokładnie. Nie zapominajmy, że jest to druga co do wielkości dżungla zaraz po dżungli amazońskiej. Nie zapominajmy również, że jest to pierwsza co do wielkości dżungla, jeśli chodzi o tereny bagniste i podmokłe, na których oczywiście przeprowadzanie jakichkolwiek badań czy obserwacji jest tym bardziej utrudnione. W związku z tym niewykluczone, że jeszcze w tych lasach, gęstych tropikalnych lasach dżungli afrykańskiej kryje się wiele zwierząt. Zresztą, nawiasem mówiąc, Mokele-mbembe nie jest jedynym takim zwierzęciem, o którym opowiadają miejscowi.
[27:57] - Mokele-mbembe nie jest oczywiście jedynym potencjalnym dinozaurem zamieszkującym tą część Afryki. Co z innymi zwierzętami? W niektórych opracowaniach można spotkać opisy stworzeń przypominające na przykład steguzaury. George Eberhart w swojej publikacji, właściwie w takiej encyklopedii kryptozoologicznej „Mysterious Creatures: A Guide to Cryptozoology” wymienia między innymi takie stworzenia jak Emela-ntouka, Ngo-bo, Mbielu-mbielu-mbielu, Nguma-monene i tak dalej. Co z tymi kryptydami? Co można powiedzieć na ich temat?
[28:32] - Tak, rzeczywiście tego typu relacje też istnieją. Zresztą z podobnych rejonów. Wedle naocznych świadków obserwacji te zwierzęta, o których pan powiedział, to znowu czasami tutaj te nazwy się jakby przenikają, czyli niektórzy badacze uważają, że to są nazwy określające dokładnie to samo zwierzę. Inni twierdzą, że jednak obserwacje dotyczą troszeczkę innych zwierząt. Jeszcze inni twierdzą, że być może chodzi tutaj o samce i samice. Owe zwierzęta z wyglądu, według obserwacji naocznych świadków, przypominają troszeczkę nosorożce. Z tą jednak różnicą, że według jednych świadków zamiast jednego rogu, względnie dwóch rogów na pysku znajdujących się jeden za drugim, stworzenie owo posiada dwa wyrostki. Też nie bardzo wiadomo, czy są to wyrostki rogowe czy kostne znajdujące się obok siebie na głowie lub na pysku. A według innych obserwatorów tych zwierząt posiadają one prawdopodobnie kostną kryzę wokół głowy i na tej kryzie jeszcze szereg takich wypustek. Też nie wiadomo, czy kolców, też nie wiadomo, czy rogowych, czy kostnych.
W każdym razie rzeczywiście troszeczkę przypominających może stegozaura, może triceratopsa nawet bardziej. W każdym razie też tutaj oczywiście powstaje natychmiast pytanie, czy mamy do czynienia znowu z jakimś dinozaurem, który przeżył do naszych czasów, czy też bardziej z ssakiem. Bo tak jak powiedziałem już wcześniej, właściwie nosorożec, gdybyśmy nie wiedzieli, że jest ssakiem, też byśmy mogli pomyśleć, że jest gadem. Więc tutaj też prawdopodobnie trzeba by to zbadać, ale jedynym oczywiście sposobem zbadania tego jest natknięcie się na takie zwierzę, zrobienie mu zdjęć czy filmów i ewentualne pobranie jakichś próbek do DNA. To Emela-ntouka, Mbielu-mbielu-mbielu i tak dalej to są właśnie te nazwy, które się nadaje tego typu zwierzętom. Ale na tym nie koniec, bo według relacji miejscowych mieszkańców w lasach, w tych dżunglach tropikalnych kryją się również inne zwierzęta. Mianowicie na przykład Dodu, czyli stworzenie, które z wyglądu przypomina dość mocno małpę człekokształtną, ale z pewnymi różnicami. Źrenice tych zwierząt są raczej pionowe, jak na przykład u kozy, a nie okrągłe tak jak u reszty małp czy u ludzi. Łapy czy ręce oraz nogi tych stworzeń posiadają po trzy palce, również zakończone są szponami, a niektórzy mówią również o pewnych takich wyrostkach czy kolcach biegnących wzdłuż grzbietu tej istoty. Ponadto mówi się także o innych stworzeniach, mianowicie o Jba Fofi.
Co w wolnym tłumaczeniu oznacza wielki pająk. I tutaj też ciekawostka, ponieważ tenże wspomniany już przeze mnie Bill Gibbons poszukiwał Mokele-mbembe i mieszkańcy wioski, do której udał się Gibbons, oczywiście też skoncentrowali się na tym, żeby pomóc mu w dostarczeniu informacji na temat Mokele-mbembe.I dopiero pod koniec pobytu okazało się, Gibons się przyznał, że szuka również innych kryptyd, innych stworzeń. Nie tylko Mokele-mbembe. Pokazał wodzowi wioski rysunek owego J'ba Fofi, tego wielkiego pająka i na to wódz odpowiedział, że szkoda, że o tym wcześniej nie wiedział, ponieważ jeszcze jakiś czas temu kilkaset metrów od wioski, J'ba Fofi miało swoje gniazdo. Trzeba dodać, że według opisów miejscowych mieszkańców J'ba Fofi miałoby mieć od 1,50 m do 1,70 m wielkości razem z odnóżami, co czyniłoby go największym pająkiem, jaki kiedykolwiek znany był ludzkości, przynajmniej w obecnych czasach. Większym od wszelkiego rodzaju ptaszników, gigantów i tak dalej. Jest zresztą ciekawa relacja pochodząca z lat 30. małżeństwa misjonarzy, białych misjonarzy, którzy też nie bardzo mieliby tutaj żadnego interesu w tym, żeby opowiadać jakieś bajki. Otóż któregoś dnia jechali samochodem jedną z dróg wiodących przez dżunglę i przed samochodem przebiegło im stworzenie wielkością przypominające mniej więcej psa. On wysiadł z samochodu, podszedł bliżej.
Stworzenie to już chowało się w zaroślach, ale jeszcze było trochę widoczne na drodze i spostrzegł wtedy właśnie, że nie jest to żaden pies ani żadna małpa, tylko, że jest to właśnie gigantyczny pająk. Zresztą doniesienia o takich pająkach pochodzą nie tylko z Afryki. Więc znowu mogę tylko powiedzieć, że coś jest na rzeczy, że przynajmniej część z tych opowieści faktycznie może być prawdziwa. I zresztą byłoby również ciekawe, gdybym, o ile podróż się odbędzie, albo tak jak powiedziałem, nie tyle o ile się odbędzie, tylko kiedy się odbędzie. Jeśli nawet nie znajdę Mokele-mbembe, to być może uda się znaleźć jakąś inną kryptydę.
[34:21] - Czy prehistoryczne gady lub przedstawicieli megafauny widuje się również gdzieś indziej na świecie? Jak podchodzi pan do kwestii przetrwania tych stworzeń do dzisiejszych czasów? Z perspektywy biologii i zoologii budzi to wątpliwości, bo oznaczałoby to na przykład, że musi istnieć cała populacja Mokele-mbembe, Nessie lub innych kryptyd. Co pan sądzi na ten temat?
[34:45] - Tak jak już powiedziałem, moim zdaniem nie musi być to wcale dinozaur, który przetrwał do naszych czasów, aczkolwiek tu takie lekkie, powiedzmy, zastrzeżenie. Mianowicie mówiąc to, opieram się oczywiście na przesłankach naukowych, oficjalnych, które twierdzą, że dinozaury wymarły 65 milionów lat temu i że od tego czasu nasze środowisko wszędzie na planecie, nie tylko w dżungli afrykańskiej, uległo takim przekształceniom. Tak się zmieniło, że przetrwanie dinozaurów, które dostosowane były do określonego habitatu do dzisiejszych czasów, raczej w większości przypadków nie byłoby możliwe. Może tak jak powiedziałem, z wyjątkiem krokodyli i żółwi, załóżmy, ale nawet te stworzenia obecnie są o wiele mniejsze niż ich przodkowie. Natomiast równie ciekawa, choć oczywiście nie wiadomo, czy prawdziwa, jest hipoteza, wedle której albo dinozaury wcale nie wymarły 65 milionów lat temu. I rzeczywiście niektórzy ich przedstawiciele dotrwali do naszych czasów, a są relacje z innych części świata dotyczące na przykład odcisków łap, jednocześnie ludzkich stóp, łap dinozaurów. Ewentualnie, że ludzie wcale nie powstali, pierwsi ludzie kilkaset tysięcy lat temu czy nawet kilka milionów lat temu. Tylko że gatunek ludzki jest o wiele starszy. Są to oczywiście hipotezy bardzo kontrowersyjne. Nie ma na nie żadnych bardzo konkretnych, konstruktywnych, namacalnych dowodów.
Niemniej jednak, gdyby któregoś dnia okazało się, że któraś z tych hipotez jest prawdą, to wtedy rzeczywiście również hipoteza o istnieniu dinozaurów w naszych czasach mogłaby mieć jakieś podstawy. Jeśli jednak wziąć pod uwagę oficjalne relacje, oficjalną naukę. Wątpię, szczerze mówiąc, w przetrwanie dinozaura jako takiego do naszych czasów. Niemniej jednak Mokele-mbembe może być istotnie jakimś gadem, który jest potomkiem dinozaurów, być może znacznie mniejszym potomkiem niż jego przodkowie. Bo rzeczywiście jest taka tendencja, że wszystkie zwierzęta, jeśli chodzi o gabaryty, kurczą się. Ewentualnie może być to równie dobrze właśnie ssak, tak jak powiedziałem, chociażby o tym nosorożcu. Być może przypomina jako żywo gada, ale może być równie dobrze ssakiem. Trudno powiedzieć. Co się tyczy istnienia dinozaurów w innych częściach świata. Oczywiście też są takie relacje o obserwacjach różnego rodzaju dinozauropodobnych stworzeń.
Właściwie niemal z każdego zakątka świata, szczególnie oczywiście z takich rejonów, które są bardzo rzadko zaludnione. Są to właśnie, co ciekawe, głównie relacje pochodzące od mieszkańców małych osad czy wiosek prawie że odizolowanych od świata.
[38:11] - Przejdźmy teraz do kolejnego z tematów dzisiejszej audycji, do drugiej części dyskusji. Czaszka Gwiezdnego Dziecka to temat, który nie doczekał się jeszcze finału. Badacz tego artefaktu, Lloyd Pye, zmarł jakiś czas temu. Czy może nam pan przybliżyć najnowsze wnioski na temat tego przedziwnego znaleziska? Co nowego wiadomo w kwestii Star Child Skull?
[38:36] - Tak, rzeczywiście Lloyd Pye, który zainicjował badania nad czaszką Gwiezdnego Dziecka i który napisał książkę „Czaszka Gwiezdnego Dziecka”, czy „Najbardziej zagadkowa czaszka”, jak tytuł ten brzmi po polsku, zmarł jakiś czas temu, ale schedę po nim przejął specjalnie stworzony do dalszych badań czaszki instytut. W tej chwili jest to instytucja zarządzana w sposób biznesowy, gdzie jest dyrektor całego przedsięwzięcia, są szefowie operacyjni i tak dalej. Dzięki tej formie badań i dzięki sformalizowaniu całej grupy badawczej możliwe było podjęcie pewnych kroków zmierzających ku ustaleniu, czym tak naprawdę jest czaszka Gwiezdnego Dziecka. Dla tych z państwa, którzy nie znają tematu, przypomnę tylko, że w latach 30. XX wieku znaleziono bardzo dziwną czaszkę o niezwykłych kształtach, która znalazła się w rękach amerykańskiego badacza Lloyda Pye’a, który zmarł niedawno i który poddał czaszkę mnogim badaniom. Najpierw były to badania stricte morfologiczne, dotyczące samej struktury czaszki, jej kształtu, jej złożoności, jej budowy. Udało się rzeczywiście odnaleźć bardzo wiele cech morfologicznych. Było ich chyba 25, jeśli dobrze pamiętam, które w sposób dość znaczący decydowały o tym, że nie może być to czaszka ludzka. Oczywiście każda z nich z osobna mogła świadczyć o tym, że była to ludzka czaszka, po prostu zdeformowana, ale nie wszystkie 25 razem. Ponadto udało się znaleźć również w strukturze czaszki wrośnięte bardzo dziwne włókna o niezwykle dużej wytrzymałości.
One były tak wytrzymałe, że nawet przy wycinaniu fragmentów kości do badań te włókna były nierówno ucięte, postrzępione. A trzeba wiedzieć, że ostrza, które tną taką kość, są niezwykle ostre, potrafią z wielką precyzją uciąć nawet palec czy kończynę. A tutaj były duże kłopoty z wycięciem fragmentu czaszki Gwiezdnego Dziecka do badań. Jak się później okazało, głównie ze względu na te dziwne włókna powrastane w matrycę kości. Ale oczywiście nawet te włókna nie są argumentem ostatecznym i przekonującym sceptyków czy badaczy. Dlatego Lloydowi zależało także na badaniu DNA, aby zbadać całe DNA zarówno mitochondrialne, jak i jądrowe czaszki Gwiezdnego Dziecka. Badanie DNA mitochondrialnego, czyli tego dziedziczonego po matce, po kobiecie, wskazało na to, że matką, nie wiadomo, czy biologiczną matką, ale w każdym razie matką, która urodziła Gwiezdne Dziecko, była rzeczywiście ziemianka, kobieta. Natomiast badanie DNA jądrowego, czyli tego, które jest dziedziczone w genach od strony ojca, nie przyniosło żadnych znaczących rezultatów. Tutaj taka dygresja, że przy badaniu DNA stosuje się tak zwane prymery. To są takie bardzo krótkie fragmenty DNA, które wprowadza się do roztworu z DNA badanym.
I jeżeli jest to DNA człowieka, to bardzo szybko te fragmenty się ze sobą łączą, ponieważ całe DNA to jest po prostu łańcuch nukleotydów, które się łączą ze sobą w ściśle określony sposób i w ściśle określonej kolejności. To są cztery nukleotydy i tylko dwa z nich się łączą ze sobą i dwa pozostałe też łączą się ze sobą. W związku z tym, jeżeli się do takiego roztworu wprowadzi pewien bardzo krótki odcinek DNA i DNA ludzkie zostanie wykryte, to te nukleotydy się ze sobą szybko połączą i to będzie już wykryty odcinek DNA, który został znaleziony, który potwierdza to, że dana osoba była człowiekiem, że DNA badane należy do człowieka. W przypadku czaszki Gwiezdnego Dziecka wielokrotne badania przy zastosowaniu takich prymerów nie udowodniły, nie znalazły, nie wykryły w roztworze DNA ludzkiego. Ale oczywiście jedynym sposobem na absolutne potwierdzenie tego, że czaszka Gwiezdnego Dziecka jest albo czaszką człowieka, albo wręcz przeciwnie, że nie należy do człowieka, jest wyodrębnienie całego genomu czaszki Gwiezdnego Dziecka. Jest to w obecnych czasach już możliwe, wyodrębnienie genomu gatunku, którego nie znamy, którego DNA nie jest DNA ludzkim, ale niestety tego typu badanie jest wciąż bardzo drogie. Kiedy Lloyd pisał swoją książkę w roku 1999, podejmował swoje badania, to wówczas takie badanie kosztowało około miliona dolarów. W tej chwili cena tego badania jest już nieco niższa, ale wciąż bardzo wysoka. Wynosi 250 000 dolarów mniej więcej. W tej chwili Lloydowi, za czasów, kiedy jeszcze żył, udało się znaleźć pewnego genetyka, którego nazwiska celowo nie podał, a to ze względu na fakt, że obawiał się, iż podanie nazwiska tego genetyka może spowodowaćJego ostracyzm ze strony kolegów po fachu.
Ów genetyk zgodził się podać swoje nazwisko dopiero wtedy, kiedy zostanie sporządzony raport z badania DNA, kiedy zostanie wyodrębnionych wystarczająco dużo próbek DNA, by określić jednoznacznie, że czaszka Gwiezdnego Dziecka jest albo czaszką ludzką, albo wręcz przeciwnie. W tej chwili ten genetyk cały czas współpracuje z ową organizacją, która utworzyła się po śmierci Lloyda. Są na dobrej drodze, ponieważ te fragmenty DNA, które już udało się owemu genetykowi wyodrębnić, wskazują rzeczywiście na to, że może być to istota niekoniecznie do końca ludzka. Nie wiadomo oczywiście w tej chwili, czy chodzi o hybrydę człowieka i obcej istoty, czy jest to w ogóle czaszka należąca do tak zwanego obcego, ale te fragmenty DNA, które już udało się genetykowi wyodrębnić, potwierdzają to, że nie przystają one, całkowicie przynajmniej nie przystają one w pełni do ludzkiego DNA. W związku z tym w tej chwili cały czas ta fundacja, ta organizacja działa, poszukuje w dalszym ciągu funduszy na to, żeby dokonać szybkiego wyodrębnienia całego genomu, a póki co współpracuje z owym genetykiem i ten genetyk w wolnym czasie cały czas pobiera kolejne próbki DNA. Tutaj też warto wiedzieć, że DNA to właśnie jądrowe jest łańcuchem nukleotydów długim na wiele par zasad. To są już miliony, miliardy par zasad. W przeciwieństwie do DNA mitochondrialnego, którego długość tego łańcucha to jest tylko niewiele ponad 16 000 par zasad. W związku z tym DNA mitochondrialne bardzo łatwo wykryć i zbadać. DNA jądrowe niestety nie.
Dlatego dopóki nie znajdą się fundusze na badania, na wyodrębnienie całego genomu, to ten genetyk pomału pobiera kolejne próbki i dopasowuje je do takiego wzorca DNA ludzkiego, który to wzorzec znajduje się w Narodowym Instytucie Zdrowia, National Institutes of Health. To jest taka organizacja badawczo-zdrowotna w Stanach Zjednoczonych. I tak jak powiedziałem, większość z tych próbek nie pasuje czy nie przystaje do tego wzorca, więc niewątpliwie mamy tutaj do czynienia z bardzo ciekawą sprawą, potencjalnie z odkryciem na olbrzymią skalę, ale dopóki ten genom nie zostanie całkowicie wyodrębniony, naukowcy, sceptycy będą poddawać w wątpliwość fakt, że czaszka nie należy do człowieka.
[47:53] - Jakie są szanse na to, że czaszka Gwiezdnego Dziecka rzeczywiście pochodzi od hybrydy człowieka i innego gatunku? Czy na świecie znaleziono inne podobne czaszki bądź inne części ciał? Co ze słynnymi wydłużonymi czaszkami z Paracas, o których głośno było niedawno w internecie?
[48:12] - No właśnie, czaszki z Paracas to jest bardzo dobry przykład, dlatego że znowu ci słuchacze, którzy nie wiedzą dobrze, żebyśmy troszkę przybliżyli sprawę. To są czaszki znajdujące się obecnie właśnie w muzeum w Paracas w Ameryce Południowej. Czaszki, które do złudzenia przypominają ludzkie, jeśli chodzi o część twarzową, to znaczy w zasadzie mają podobne oczodoły, kość nosową, żuchwy, zęby i tak dalej. Jedyną różnicą, właściwie dwiema różnicami, po pierwsze jest to, że te kości są nieco masywniejsze, a drugą zasadniczą różnicą jest to, że część mózgowa tych czaszek jest wydłużona. I oczywiście naukowcy, badacze oficjalni, że tak powiem, potwierdzają, że rzeczywiście takie wydłużenie jest jak najbardziej prawdopodobne, albowiem w starożytnych kulturach, wielu kulturach zresztą nie tylko w kulturach indiańskich, ale chociażby nawet w starożytnym Egipcie i tak dalej, co samo w sobie zresztą jest już sprawą dość ciekawą, stosowano takie właśnie wydłużenia czaszek poprzez krępowanie czaszki noworodka bandażami, aż wiadomo, że czaszka noworodka jest jeszcze plastyczna, aż powstawał taki kształt. Jak już dziecko osiągało pewien wiek i kości czaszki się utwardzały, właśnie taki powiedzmy jajowaty kształt. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że zbadano również pojemność mózgu tych czaszek. Jak wiadomo, wszelkiego rodzaju deformacja, zwłaszcza deformacja sztuczna czaszki nie powoduje zmiany objętości mózgu. Jeżeli ktoś się rodzi z mózgiem o określonej objętości, to chociażbyśmy skręcali tę czaszkę, wyginali ją w jakikolwiek sposób, krępowali i tak dalej, to objętość mózgu nie ulegnie zmianie. Natomiast w przypadku tych czaszek objętość mózgu została zbadana poprzez wsypanie do puszki mózgowej jakiegoś tam piasku czy ziarna.
I okazało się, że objętość tych czaszek z ParacasJest większa niż w przypadku objętości mózgu przeciętnego człowieka. A to już jest sprawa dość ciekawa, dlatego że oczywiście istnieją pewne różnice pomiędzy objętościami mózgu u ludzi, ale generalnie te różnice wynikają przede wszystkim z samej postury danego człowieka. Wiadomo, że jeśli Indianie z Ameryki Południowej, którzy są zazwyczaj osobami o niskim wzroście rzędu metr pięćdziesiąt, metr sześćdziesiąt, są stosunkowo mniejsi w porównaniu z osobami nordyckimi czy Skandynawami, którzy mogą mieć metr osiemdziesiąt, metr dziewięćdziesiąt albo nawet dwa metry wzrostu. Wiadomo, że będą tutaj pewne różnice związane z wielkością ciała, również różnice związane z objętością mózgu, ale proporcjonalnie do budowy ciała, proporcjonalnie do wzrostu ta objętość mózgu jest zasadniczo bardzo podobna. Natomiast w przypadku czaszek z Paracas ta objętość przekraczała, również w stosunku do wielkości samych czaszek, objętość mózgu, która mogłaby istnieć, gdyby te czaszki były zwykłymi ludzkimi czaszkami. Co się tyczy czaszki Gwiezdnego Dziecka, ja przynajmniej nie słyszałem o tym, żeby znaleziono podobną czaszkę. Dlatego, że czaszka Gwiezdnego Dziecka zasadniczo różni się od czaszek z Paracas. Tam, gdzie czaszki z Paracas są dość masywne, czaszka Gwiezdnego Dziecka jest lekka i bardzo cienka. Kości czaszki Gwiezdnego Dziecka są mniej więcej o połowę cieńsze od czaszki przeciętnego człowieka, a mimo to kość jest co najmniej dwukrotnie mocniejsza i trudniejsza do przecięcia. W związku z tym tutaj nie istnieją zbieżności pomiędzy tymi dwiema czaszkami.
Natomiast obydwa te rodzaje czaszek w sposób jakiś pośredni przynajmniej mogłyby wskazywać na to, że nie są to czaszki w pełni ludzkie. Co do czaszek z Paracas nie wypowiadam się dalej, dlatego że należałoby je poddać takim samym badaniom, tak samo intensywnym jak w przypadku czaszki Gwiezdnego Dziecka. Mogę się tylko wypowiadać na temat czaszki Gwiezdnego Dziecka, albowiem jest to temat, którym się swoim czasem zajmowałem i współpracowałem z Lloydem również przy tłumaczeniu jego książki, więc na ten temat wiem na pewno więcej. Oczywiście nie ma na razie jakiegoś niezaprzeczalnego dowodu, który wskazywałby na to, że mamy do czynienia z czaszką albo hybrydy obco-ludzkiej, albo w ogóle istoty obcej. Natomiast te wszystkie badania morfologiczne, które do tej pory wykonano, a także te badania DNA, które udało się wykonać. I nie mówię tutaj o badaniach laboratorium Bolt, bo bardzo często sceptycy i naukowcy powołują się na pierwsze badanie DNA, jakie wykonano w laboratorium Bolt w Vancouver.
[53:57] - To jest chyba to badanie, w którym popełniono jakieś błędy, z tego, co pamiętam.
[54:01] - Tak. Tam chodziło o to, że laboratorium Bolt de facto nie było w ogóle przystosowane do tego, żeby badać tak zwane DNA starożytne, bo według badań metodą węgla radioaktywnego oszacowano, że ta istota żyła mniej więcej 900 lat temu. A 900-letnie DNA to już jest tak zwane DNA starożytne. DNA, które jest starsze niż 50, góra 100 lat, jest traktowane już jak DNA starożytne i laboratorium Bolt nie miało w ogóle takich maszyn, które przystosowane byłyby do ekstrakcji i badania właśnie takiego DNA starożytnego. To po pierwsze. Po drugie, poddano tę czaszkę kilkakrotnie badaniom. Nie jeden raz, tylko kilka razy i za każdym razem okazywało się, że próbka DNA uległa kontaminacji, jest skażona DNA innej istoty, czyli istoty ludzkiej, a więc albo laboranta czy laborantki, którzy przeprowadzali badanie, albo jakiejś innej czaszki ludzkiej, która była też przez to laboratorium badana. W każdym razie za każdym razem okazywało się, że próbka nie jest czysta, mimo że przy pobieraniu samych próbek, przy których obecny był Lloyd, dokładano starań, żeby pobrana próbka była jak najczystsza. W związku z tym efekty, wyniki badania DNA tegoż laboratorium nie są w żaden sposób wiążące właśnie z tych dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na kontaminację, po drugie ze względu na to, że to laboratorium nie potrafiło nawet wyodrębnić takiego starożytnego DNA.
Dlatego nie mówię o tych pierwszych badaniach, na które bardzo często powołują się sceptycy i naukowcy. Mówię o kolejnych badaniach, w tym także o tych badaniach DNA, które są teraz przeprowadzane o tych próbkach DNA, które są pobierane przez owego na razie anonimowego genetyka. Ponieważ to, co już udało się ustalić, to, co już udało się pobrać, wskazywałoby właśnie na to, że mamy do czynienia albo z hybrydą obco-ludzką, albo wręcz w ogóle z istotą pozaziemską, w każdym razie niepochodzącą z Ziemi. Może tak to określę. Lloyd jeszcze zdążył przed śmiercią napisać też oprócz książki taki dodatekTakiego e-booka, który stanowi uzupełnienie tego, co napisano w książce. Dlatego, że badania w książce opisane są doprowadzone do roku bodajże 2006 lub 2007. Natomiast późniejsze badania opisane w tym e-booku doprowadzone są do roku 2011, a więc upłynęło jeszcze kilka lat i w tym czasie oczywiście doszło do kolejnych badań. Lloyd w sposób bardzo szczegółowy opisuje właśnie owe badania DNA. Jest to lektura dla pasjonatów. Powiem szczerze, ze stricte literackiego punktu widzenia nie jest to może bardzo ciekawy dokument, natomiast z naukowego punktu widzenia jak najbardziej tak.
Dlatego, że Lloyd w swoich wywodach w sposób dość jednoznaczny podkreśla i udowadnia, że to, co już udało się znaleźć, jeśli chodzi o DNA tej czaszki, rzeczywiście wskazuje na zbyt rozliczne mutacje w różnego rodzaju genach, żeby mogło być to DNA ludzkie. Gdyż jeśli byłby to człowiek, to przy tak licznej ilości mutacji w tych łańcuchach, w tych odcinkach genów, które już udało się zbadać, taki człowiek nie miałby prawa po prostu przeżyć, mówiąc krótko. Natomiast Lloyd wskazuje na jeszcze jedną ciekawą kwestię. Mianowicie porównuje też tutaj Gwiezdne Dziecko do tak zwanego dziecka z probówki. Pokazuje też przykład tego, w jaki sposób dochodzi do zapłodnienia in vitro, w jaki sposób pobiera się komórki jajowe od kobiety, w jaki sposób zapładniane są te komórki jajowe przez nasienie mężczyzny. I dochodzi do wniosku, że niewykluczone, że w ten sam sposób doszło do poczęcia Gwiezdnego Dziecka. Zresztą, nawiasem mówiąc, przyznaje to sam Lloyd, że nazwa Gwiezdne Dziecko była bardzo niefortunna, ponieważ nawet nie wiadomo dokładnie, czy chodzi o dziecko, czy też o osobnika dorosłego. Natomiast mogło rzeczywiście dojść do czegoś takiego, że doszło do zapłodnienia poza organizmem kobiety, a następnie zapłodniona komórka jajowa została wszczepiona do łona tejże kobiety, której DNA też znaleziono w badaniach. Także jeżeli rzeczywiście miałoby tak być, to mogłoby równie dobrze świadczyć o tym, że mamy do czynienia z czaszką kompletnie obcej istoty, która w ogóle nie ma nic wspólnego z człowiekiem. Ale rzecz jasna, na tym etapie badań nic konkretnego, specyficznego, konstruktywnego jeszcze powiedzieć nie można, bo bez tych pieniędzy potrzebnych na wyodrębnienie całego genomu nie sposób po prostu całego genomu Gwiezdnego Dziecka wyodrębnić, a bez tego nie da się w sposób jednoznaczny określić, z czym mamy do czynienia.
Czy genom Gwiezdnego Dziecka będzie się różnił tylko o 3% od genomu ludzkiego? A jeśli tak, to zobacz, o czym to może świadczyć. Szympansy mają swój kod genetyczny różny od ludzkiego zaledwie o około 3%. A popatrzmy, jak są różne od ludzi. Gorile mają swój kod genetyczny różny od ludzkiego o zaledwie 5%. A zobaczmy, jak są różne od ludzi. Jeżeli zatem kod genetyczny czaszki Gwiezdnego Dziecka będzie różny od ludzkiego, załóżmy o 10%, jakiego rodzaju implikacje może to nieść? A co będzie, jeżeli to będzie 20% i tak dalej. To rodzi niesamowite implikacje i mogłoby świadczyć istotnie o tym, że mamy do czynienia z jednym z najważniejszych dowodów pochodzenia tej istoty, z jednym z najważniejszych dowodów istnienia przynajmniej raz, jeden jedyny raz tu na Ziemi jakiejś obcej rasy, obcej istoty. Ale dopóki te pieniądze nie zostaną zebrane, niestety nie można tego powiedzieć z całą jednoznacznością.
[01:00:50] - Czaszka Gwiezdnego Dziecka wskazuje na dość ciekawy problem, jakim są znajdowane w różnych miejscach świata anomalne szkielety. Chodzi między innymi o legendarne pozostałości karłów, gigantów i innych dziwnych ras, które zgodnie z opinią nauki, tej mainstreamowej, nie istniały. Jak pan uważa, czy archeologia i antropologia umyślnie ukrywają prawdę na temat tych istot?
[01:01:16] - Zdecydowanie tak. Niestety stwierdzam to ze smutkiem, a konstatuję to na podstawie bardzo ciekawych relacji dotyczących odkrywania grobowców tego typu istot. Bardzo polecam. Jeżeli ktoś z państwa zna angielski, to polecam zajrzenie sobie na stronę. Jest taki norweski badacz, on się nazywa Terje Dahl. On prowadzi stronę w internecie poświęconą olbrzymom czy gigantom iNa tej stronie podaje zeskanowane artykuły pochodzące z końca XIX i początku XX wieku. To są artykuły głównie z gazet amerykańskich, dotyczące odkrycia grobowców czy grobów olbrzymów czy gigantów. Istot, które proporcjami, kształtem, wyglądem przypominają ludzi, ale które mierzą od dwóch do nawet trzech, trzech i pół metra wzrostu. Jeżeli są takie artykuły o tym, że gdzieś w jakiejś miejscowości odkopano taki grobowiec, to jest to dość mocny dowód na to, że rzeczywiście w jakiejś mniej lub bardziej zamierzchłej przeszłości tego typu istoty na tej planecie żyły. Rzecz jasna wiadomo, że może się zdarzyć, że wśród tych wszystkich artykułów część z nich to są tylko zmyślone historie.
Nie przeczę, ale jeżeli nawet tylko 2% czy 5%, albo nawet 1% z tych doniesień, z tych artykułów jest prawdziwych, to wystarczy, żeby przynajmniej mocno zastanowić się nad istnieniem tego typu ludzi. Trudno powiedzieć, czy to byli rzeczywiście ludzie, ale w każdym razie istot podobnych do ludzi. Również jeśli chodzi o małe istoty. W wielu regionach świata są doniesienia o tym, że takie małe istoty także zamieszkują jakieś trudno dostępne rejony świata. Zresztą słynne odkrycie tak zwanych hobbitów na wyspie Flores świadczyłoby o tym, że nie tak dawno temu, bo te istoty z Flores według badań naukowców żyły zaledwie kilkanaście tysięcy lat temu, więc jest to w skali nawet istnienia człowieka, a co dopiero w skali istnienia całego życia na Ziemi, bardzo krótki okres. I oto okazuje się, że obok zwykłych homo sapiens czy innych gatunków rodzajów homo żyły również homo floresiensis, czyli małe istotki, które dochodziły do metra, może metra dwudziestu wzrostu. Mało tego, dogrzebałem się również do jakiegoś artykułu, w którym opisywano wywiad przeprowadzony z wodzem, szefem jednej z wiosek właśnie tam w Indonezji. I on potwierdził, że będąc dzieckiem widział jeszcze taką istotkę, która na jego widok gdzieś tam umknęła w wyższe partie lasu. Oczywiście to jest tylko słowo. Wiadomo, że słowem można manipulować, ale znowu też nie bardzo wiadomo, dlaczego ten wódz wioski miałby zmyślać, jaki miałby zamysł, jaki miałby cel, żeby wymyślać takie historie.
On nie jest osobą zainteresowaną tego typu badaniami. On nie jest osobą zainteresowaną tym, żeby do jego wioski zjeżdżali badacze i turyści, co się zresztą nie stało. Ale opowiada tego typu historie, więc moim zdaniem istnienie tego typu istot zarówno bardzo wysokich, jak i bardzo malutkich jest wielce prawdopodobne. Zresztą spójrzmy na świat zwierzęcy. Ile mamy tutaj bardzo różnych gatunków stworzeń, bardzo podobnych, a jednak różniących się wzrostem. Weźmy na przykład jakiegoś olbrzymiego ptaka typu orzeł czy kondor, a z drugiej strony weźmy kolibra. To jest ptak i to jest ptak, a jednak jakże zasadniczo różnią się rozmiarami. Jest jeszcze wiele innych gatunków zwierząt, które różnią się bardzo zasadniczo rozmiarami, ale niekoniecznie kształtem czy zachowaniem, czy wyglądem. W związku z tym nie widzę powodu, dla którego nie miałoby być tak również wśród ludzi. I te doniesienia i odkrycia olbrzymów w grobowcach, jak i chociażby tych hobbitów z Flores dowodzą, że taki dymorfizm w wielkości, we wzroście miał miejsce jeszcze bardzo niedawno, bo tak jak powiedziałem, te kilkanaście tysięcy lat w skali istnienia nawet człowieka to nie jest jakiś bardzo długi okres.
Więc tak, jestem jak najbardziej zdania, że tego typu stworzenia może nawet dalej istnieją. A najlepszym dowodem na to, że tak może być, są pochodzące z bardzo różnych zakątków Wysp Salomona opowieści o takich właśnie istotach.
[01:07:08] - Przejdźmy teraz do ostatniego z dzisiejszych tematów, czyli do Wysp Salomona. Przejdźmy teraz do tajemniczych smoczych węży. Co skłoniło pana do wyprawy na Wyspy Salomona w poszukiwaniu tych tajemniczych obiektów? Jak ta wyprawa przebiegła i czy zobaczył pan to, czego pan szukał?
[01:07:28] - Tak, to bardzo ciekawe pytanie, bo w ogóle Wyspy Salomona są krajem nieznanym większości Polaków, prawda? Pytałem się swoich znajomych, czy wiedzą, gdzie są Wyspy Salomona. Niektórzy w ogóle nawet nie wiedzieli o istnieniu takiego kraju. Niektórzy wiedzieli, że taki kraj istnieje, ale nie byli w stanie wskazać go na mapie. Jest to bardzo mało znany Polakom i w ogóle Europejczykom kraj. Dla zainteresowanych mogę powiedzieć, że jest to kraj wyspiarski znajdujący się między Papuą Nową Gwineą a Vanuatu na północny wschód od Australii. Mniej więcej trzy godziny lotu od Australii. I tam właśnieStamtąd pochodzą bardzo ciekawe doniesienia o dziwnych światłach, które niektórzy miejscowi mieszkańcy, bo nie wszyscy, nazywają smoczymi wężami albo wężowymi smokami. Po angielsku dragon snakes, które mają bardzo dziwaczne zachowanie i coś w rodzaju inteligencji, a więc są albo istotami obdarzonymi inteligencją, albo pojazdami kierowanymi przez pewną inteligencję. Zainteresowałem się tym tematem w zasadzie przez przypadek.
Któregoś pięknego dnia szukałem stron poświęconych dziwnym, zagadkowym tematom i natknąłem się na książkę napisaną przez Australijczyka Mariusa Boirayona, który przez długi czas przebywał na Wyspach Salomona. A to dlatego, że ożenił się z tamtejszą kobietą, a wcześniej miał doświadczenie z pobytu w dżungli, bo mieszkał przez długi czas na Papui Nowej Gwinei. Miał też doświadczenie w przeżyciu w dżungli. A trzeba wiedzieć, że znaczna część przynajmniej tych największych wysp z archipelagu Wysp Salomona to także dżungla. To jest trochę inna dżungla niż ta w Afryce czy w Amazonii, ale też jest to bardzo gęsty tropikalny las, w dodatku porastający wzgórza, więc mamy do czynienia nie tylko z tropikalnym klimatem i parującą, gorącą dżunglą, ale jeszcze dodatkowo z wzniesieniami i opadającymi zboczami, z terenem cały czas pofałdowanym, więc dość trudnym do badań i przemierzenia. Ale właśnie dzięki temu, że z jednej strony mamy dżunglę, a z drugiej strony mamy teren pofałdowany czy górzysty, to dla wszelkiego rodzaju zagadek i tajemnic, w tym również dla owych smoczych węży, jest to teren wymarzony do schowania się, mówiąc językiem potocznym. Wracając do tematu, zakupiłem i przeczytałem książkę napisaną przez owego Mariusa Boirayona. Książkę dotyczącą różnych dziwnych zdarzeń mających miejsce na Wyspach Salomona. Zresztą opisywał on nie tylko owe światła, ale także mieszkających podobno na wyspach olbrzymów, gigantów, a także małe istotki. To tak nawiązując do poprzedniego tematu i poprzedniego pytania.
Natomiast jednym z tematów, które również opisywał, były owe dziwne światła, które miały bardzo dziwaczny zwyczaj. Mianowicie w dość określonych odstępach czasu, z bardzo konkretnego, jednego miejsca wznosiły się ku górze, właśnie zza tych wierzchołków, pagórków czy gór. Następnie odlatywały w stronę oceanu, zanurzały się w tym oceanie, przebywały pod wodą określony czas, po czym wynurzały się z oceanu i powracały z powrotem w to samo miejsce, z którego wylatywały. Rybacy, miejscowi mieszkańcy, którzy obserwowali te światła, czasami próbowali nawiązać jakiś kontakt, machając rękami, machając latarkami, które mieli na pokładzie swoich łódek. I zdarzało się czasami, że w stronę tych rybaków był wystrzeliwany promień światła czy energii cieplnej. Niektórzy z tych rybaków kończyli w szpitalu z poparzeniami, a ich łódki były całkowicie albo częściowo popalone, co świadczyłoby po pierwsze o tym, że znowu mamy do czynienia z inteligentną energią, a po drugie, że z energią niezbyt przyjazną ludziom. W związku z tym, że interesują mnie tego typu sprawy i w związku z tym, że również nieczęsto ma się okazję pojechać w miejsce, w którym UFO, bo cokolwiek to jest, można to określić mianem UFO. Te pojazdy czy te obiekty są niezidentyfikowane, więc rzadko ma się okazję przeczytać o tym, że UFO pojawia się regularnie w określonym miejscu. Zazwyczaj jak mowa o UFO, to mamy do czynienia z obiektami, które pojawiają się nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie. Doniesienia są z różnych miejsc świata, z różnych okresów czasu i trudno jest wrócić w to samo miejsce w tym tylko celu, żeby dostrzec ewentualnie taki obiekt ponownie.
Natomiast tu mieliśmy do czynienia, czy mamy do czynienia z czymś, co się powtarza regularnie w tym samym miejscu. W związku z tym pomyślałem sobie, że warto by to sprawdzić. Wówczas dysponowałem jeszcze takimi możliwościami i czasowymi, i finansowymi, że mogłem sobie pozwolić na wyjazd na Wyspy Salomona. Wyjechałem tam dwukrotnie. Najpierw na krótki wyjazd trwający zaledwie cztery tygodnie, a potem na dłuższy wyjazd trwający cztery miesiące. Jeśli chodzi o ten krótki wyjazd, oczywiście w tak krótkim czasie nie udało mi się dokonać wielu rzeczy, bo czas naglił. Natomiast co ciekawe, to właśnie podczas tego krótkiego pobytu pierwszego udało mi się zaobserwować dziwne światła, które mogły, ale wcale nie musiały być owymi smoczymi wężami. Natomiast niewątpliwie były to jakieś manifestacje świetlne, które nie pasowały ani do samolotu poruszającego się po niebie, ani do śmigłowca, ani do samolotu, gdyż jak wiadomo samolot czy satelitaPoruszają się po niebie z jakąś prędkością i nie są w stanie zawisnąć nad ziemią w bezruchu. Z kolei helikopter może zawisnąć nad ziemią w bezruchu, ale nie jest w stanie wykonywać manewrów typu ruch w górę lub w dół albo z lewa na prawo i odwrotnie w bardzo błyskawicznym, szybkim tempie. Natomiast to światło, które udało mi się zaobserwować u stoku jednej z gór, poruszało się bardzo dziwnym ruchem: to w górę, to w dół, to w lewo, to w prawo.
Bardzo szybkim ruchem, powiedziałbym skokowym. Moim zdaniem nie można tego światła przypisać żadnemu znanemu nam obiektowi, żadnej znanej nam maszynie ani żadnemu znanemu nam zjawisku przyrodniczemu czy biologicznemu. Nie twierdzę, że to było UFO w sensie statku powietrznego obcych cywilizacji, ale twierdzę, że było to UFO w sensie takim, że był to obiekt niezidentyfikowany, którego ja przynajmniej nie byłbym w stanie przypisać do żadnej znanej nam rzeczy. Natomiast podczas drugiego pobytu na Wyspach Salomona, czyli tego długiego, czteromiesięcznego, żadnych świateł niestety nie udało mi się zaobserwować. I wielka szkoda, dlatego że przypominam sobie, że kiedy mieszkałem w czymś w rodzaju takiego hoteliku na wyspie Makira i obudziłem się rano, to pierwsza rzecz, którą usłyszałem od właścicieli i pracowników tego hotelu, to to, że poprzedniej nocy widziano właśnie nad ścianą lasu, nad dżunglą bardzo dziwnie poruszające się światło. Byłem wtedy bardzo wściekły, że mnie nie obudzono, żebym mógł to światło najlepiej oczywiście sfilmować czy sfotografować, albo przynajmniej zaobserwować. Jeśli chodzi o badanie świateł, skoncentrowałem się wówczas na owych olbrzymach i gigantach. Mniej zająłem się badaniami tych świateł. Ale jeśli chodzi o te światła, udało mi się namówić jednego z mieszkańców Wysp Salomona do tego, żeby opowiedział mi bardzo ciekawą historię dotyczącą tego, jak podczas wesela, które wówczas było odprawiane, wielu osobom w tym samym czasie udało się zaobserwować bardzo dziwne światło, które gdzieś tam schowało się za drzewami i praktycznie znikło. Kiedy ludzie się udali w stronę polany, w której kierunku owo światło się udało, w zasadzie już nic nie zastali.
Pytanie, co to mogło być? Światło obserwowane przez wiele osób, poruszające się w miarę jednostajnie, tuż nad wierzchołkami drzew, właściwie w sposób bezgłośny, nagle lądujące na ziemi, po czym po przybyciu ludzi na miejsce nic tam nie było. Czy to była zbiorowa fatamorgana? Czy to był dziwny obiekt nieznanej nam cywilizacji? Czy to było dziwne zjawisko przyrodnicze? Czy to mógł być piorun kulisty? Trudno powiedzieć. Ale są takie doniesienia z wielu miejsc z Salomona o obserwacjach obiektów, kul, świateł poruszających się wyżej lub niżej nad ziemią, również na forum poświęconym dyskusji między lokalnymi mieszkańcami. Są takie również fora internetowe, na których wypowiadają się miejscowi mieszkańcy. Tam również znalazłem bardzo wiele ciekawych opisów ludzi, którzy również tego typu światła obserwowali.
Mam opis na przykład od pewnej mieszkanki Wysp Salomona, która obserwowała światło na niebie, które następnie zanurzyło się pod wodę w oceanie i płynęło sobie niczym łódź podwodna. A więc najpierw zachowywało się jak samolot, a potem jak łódź podwodna. Niewykluczone zatem, że mamy tutaj na Wyspach Salomona do czynienia z jednej strony z niewyjaśnionymi mocami czy z niewyjaśnionymi cywilizacjami, a z drugiej strony z obiektami pochodzącymi jak najbardziej z Ziemi, obiektami superściśle tajnymi, być może badanymi tam na Wyspach Salomona albo wykorzystywanymi, które zachowują się w sposób nam nieznany. Tak czy owak, czy są to światła pochodzące gdzieś tam z kosmosu, czy są to światła należące do obiektów jak najbardziej ziemskich. Jest to sprawa bardzo ciekawa i niewątpliwie warta zbadania. I powiem szczerze, że oczywiście gdybym dysponował w tej chwili takimi możliwościami, to niewątpliwie udałbym się z powrotem na Wyspy Salomona. Tym bardziej że w tej chwili, znowu nie jeśli chodzi o światła, tylko bardziej jeśli chodzi o te opowieści o olbrzymach, coś się znowu tam dzieje, coś się znowu kroi. Mój kolega, mój znajomy, z którym byłem na Wyspach Salomona przez pierwszy miesiąc, chce znowu tam pojechać i dalej badać tę sprawę. Tak że to jest temat jak najbardziej otwarty i przypuszczam, że trzeba by jeszcze wielu takich wypraw kilkumiesięcznych albo jednej, ale bardzo długiej, żeby tę sprawę ewentualnie móc w jakiś sposób rozwikłać.
[01:19:37] - No właśnie, czy działo się coś nowego od pana powrotu w sprawie smoczych węży? Czy możliwe, że w miejscach takich jak Wyspy Salomona czy jak uznają niektórzy Himalaje, rzeczywiście mogą istnieć jakieś bazy obcych?
[01:19:53] - Jeśli chodzi o Wyspy Salomona, miałem rzeczywiście od swoich salomońskich znajomych doniesienia o tym, że znowu widzieli tego typu światła. Bez żadnych komentarzy to zostawiam, bo tak jak przed chwilą powiedziałem, trudno na podstawie obserwacji tylko i wyłącznie dowieść, czym są owe światła. Zresztą zarówno jeśli chodzi o badania Mokele-Mbembe, jak i badania świateł na Wyspach Salomona i wielu jeszcze innych różnych zagadek, mam taki pomysł, żeby włączyć w te badania miejscowych mieszkańców, nauczyć ich obsługi pewnego sprzętu typu lunety, aparaty fotograficzne, kamery na podczerwień i tak dalej. Jedyną przeszkodą, wprawdzie niestety wielką, w tego typu badaniach angażujących również miejscowych mieszkańców, są oczywiście koszty. Bo są to koszty zakupu takiego sprzętu. To nie musi być być może sprzęt najnowszej generacji, ale musi być to sprzęt na tyle sprawny i czuły, żeby tego typu rzeczy wyłapywał. W związku z tym, jak zwykle wszystko się rozbija o finanse. Natomiast wracając do pytania i do tematu. Jeśli chodzi o Wyspy Salomona, to tak jak powiedziałem, są dalsze doniesienia o tych światłach, więc jak najbardziej owe smocze węże czy też cokolwiek to jest, tam się dalej pojawia. Trzeba by po prostu zorganizować tam kolejną wyprawę.
Jeśli chodzi o Himalaje i różnego rodzaju inne rejony. Słyszałem oczywiście o tym, że również tam pojawiają się różnego rodzaju światła. Są to rejony w gruncie rzeczy tak samo odległe i pozbawione ludzi jak Wyspy Salomona. Nawet bardziej, bo jednak Wyspy Salomona są stosunkowo małymi wyspami, więc tam to zagęszczenie ludności, mimo że w środku wyspy może znajdować się niezamieszkała dżungla, ale ta wyspa jest stosunkowo mała, ma powiedzmy kilkadziesiąt kilometrów długości i kilkanaście kilometrów szerokości, a w przypadku Himalajów są to połacie znacznie większe, więc jest bardzo możliwe, że tam także dochodzi do różnego rodzaju obserwacji. Natomiast ostatnio nie natknąłem się na żadne nowe informacje dotyczące obserwacji takich świateł, zwłaszcza regularnie pojawiających się świateł nad Himalajami czy powiedzmy nad Ałtajem, bo tam także tego typu światła widywano. Więc trudno mi się jakoś jednoznacznie na ten temat wypowiedzieć. Ale ja zawsze, tak jak zresztą już o tym wcześniej dzisiaj mówiłem, zawsze się troszeczkę, a nawet może powiedziałbym dość mocno w swoich dociekaniach i ewentualnych badaniach także opieram na tym, co mówią miejscowi mieszkańcy. To jest dla mnie dosyć ważne, dlatego że naukowcy, sceptycy ignorują często taką przekazywaną z pokolenia na pokolenie mądrość i wiedzę miejscowych mieszkańców. A tego typu opowieści o światłach, o różnych istotach i tak dalej, one przecież nie powstały wczoraj, one nie zrodziły się z obecnym pokoleniem tych rdzennych mieszkańców, tylko one liczą sobie dziesiątki, setki, a być może nawet tysiące lat i są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Co świadczyłoby o tym, że tego typu dziwne zjawiska widywane są już od bardzo długiego czasu.
Ale tak jak mówię, jeśli chodzi o Himalaje, Ałtaj i tak dalej, nie mogę się wypowiadać, gdyż po pierwsze nie byłem w tamtych rejonach, po drugie nie słyszałem ostatnio o żadnych nowych manifestacjach.
[01:24:00] - I ostatnie pytanie w dzisiejszej audycji. Niestety mamy troszeczkę ograniczony czas, ale mam nadzieję, że uda nam się to pytanie również poruszyć. Tajemnica UFO z Wysp Salomona jest dość kontrowersyjna ze względu na osobę, która zapoczątkowała szum wokół tej sprawy. Co to za człowiek i jak patrzy pan na niego z perspektywy lat?
[01:24:23] - Tak, rzeczywiście. Mowa oczywiście o tym właśnie Mariusie Boye Rayonie, o którym już wcześniej wspomniałem, który jest autorem książki, od której całe moje zainteresowania Wyspami Salomona się zaczęło. Faktycznie to prawda. On jest człowiekiem dość, powiedzmy, psychicznie niezrównoważonym, tak to określmy. I tu są różne teorie dotyczące tego, dlaczego. Jedna z tych teorii mówi, że po prostu ma jakąś chorobę psychiczną, coś jest z nim nie tak. Ewentualnie to jego niezrównoważenie psychiczne wynika z nadużywania alkoholu tudzież innych używek. Druga teoria mówi o tym, że choroba jego, nazwijmy mózgu, wynikła z tego, że pracował przez długi czas w wojskowości, gdzie zajmował się remontami samolotów i śmigłowców. Między innymi obcował z różnego rodzaju odczynnikami chemicznymi mającymi bardzo negatywny wpływ na zdrowie fizyczne, między innymi także na funkcjonowanie układu nerwowego. Trzecia teoria jest najciekawsza, choć bardzo trudna do zweryfikowania, a mianowicie mówi o tym, że jego niezrównoważenie i nerwowość wynikają z tego, iż w pewnym momencie, kiedy on sam zaczął angażować się w badania dotyczące owych dziwnych świateł, olbrzymów i tak dalej, został po prostu aresztowanyI jak to się popularnie mówi, zrobiono mu wodę z mózgu, zrobiono mu pranie mózgu, przesłuchiwano go w sposób dość brutalny, zarówno fizycznie brutalny, jak i psychicznie brutalny i po prostu zniszczono jego psychikę, zniszczono jego ego.
Stąd właśnie jego co najmniej dziwaczne zachowania. Ja sobie oczywiście zdaję sprawę z tego, że to, co napisał Boirayon w swojej książce, nie musi być w 100% prawdą. Zresztą dwa ostatnie rozdziały jego książki rzeczywiście są pewnego rodzaju testem na zdrowy rozsądek raczej czytelnika, powiedziałbym nawet bardziej niż samego autora, bo rzeczy, o których pisze Boirayon, są rzeczywiście tak trudne do uwierzenia, że po prostu naprawdę trudno da się wiarę. Natomiast ponieważ rozmawiałem z miejscowymi mieszkańcami, w tym także z nijakim Josephem zamieszkującym na wyspie Guadalcanal, który współpracował z Mariusem Boirayonem. Zna go osobiście. Rozmawiałem zatem z różnymi miejscowymi mieszkańcami. Sam zaobserwowałem jakiegoś rodzaju dziwaczne światła. Być może smocze węże, być może nie, ale na pewno jakiegoś rodzaju bardzo dziwne światła z bardzo wielu regionów Wysp Salomona, z wysp oddalonych od siebie dość znacząco, gdzie mówi się różnymi językami, gdzie ludzie zamieszkujący te wyspy raczej są bardzo małe szanse na to, żeby się kiedykolwiek spotkali, a tym bardziej przewidzieli, że tego i tego dnia ja będę z nimi rozmawiał. A mimo to ci ludzie wszyscy też mówili mi o tym, że albo sami widzieli, albo znają kogoś, kto widzieli kości olbrzymów. Nawet powiem szczerze, że gdyby nie brak czasu, bo już musiałem wracać do Polski, to były dosłownie ostatnie dni mojego pobytu na Wyspach Salomona.
Gdyby zatem nie brak czasu i niestety kończące się fundusze, to pojechałbym w jedno takie miejsce, o którym dosłownie właśnie w ostatnich dniach mojego pobytu powiedziano mi, gdzie są okrągłe chaty zbudowane z trzciny i drewna, podpierane takim słupem. Tylko że ten słup to jest kość udowa jednego z takich olbrzymów. Są tego typu opowieści, więc Boirayon mógł naginać rzeczywistość. Pewne rzeczy, o których pisał, mogły być nieprawdą. Pewne znowu inne rzeczy mogły być prawdą, ale są tak trudne do uwierzenia, że też nikt nie daje Boirayonowi wiary w to, co pisze. Natomiast samo sedno sprawy, to, o czym pisze: dziwne światła, giganci, czyli olbrzymy i mali ludzie na Wyspach Salomona, to jest moim zdaniem niezaprzeczalna prawda. To jest fakt, który należy eksplorować dalej.
[01:28:58] - I na tym możemy chyba zakończyć dzisiejszą audycję. Wywiad z Wojciechem Bobilewiczem, podróżnikiem, publicystą, badaczem. Może na koniec parę słów jeszcze o planowanej podróży. Tak na zachętę, gdyby ktoś planował z naszych słuchaczy i czytelników wziąć udział, a jeszcze się nie zdecydował.
[01:29:20] - Bardzo chętnie. Oczywiście już mówię, o co chodzi. Dla tych z czytelników czy słuchaczy, którzy albo dzisiaj nas słuchali, ale mam nadzieję, że to będzie również nagrane. Ta audycja będzie dostępna w archiwum, ewentualnie dla tych słuchaczy, którzy dołączyli później tłumaczę już, że mam taki plan czy zamiar wyjazdu z wyprawą do południowego Kamerunu w poszukiwaniu stworzenia, które nazywa się Mokele-Mbembe. Wszystko, jeśli chodzi o termin wyjazdu, uzależnione jest od funduszy. Jeśli uda mi się pozyskać fundusze, wyjazd planowany jest na listopad tego roku. Oczywiście, jeśli okaże się, że funduszy zabraknie, ta wyprawa niewątpliwie dojdzie do skutku, tyle że będzie musiała być przesunięta w czasie. Chodzi o to, żeby odbyła się w porze deszczowej, czyli właśnie w tym terminie pod koniec roku niestety, tylko to jest możliwe. I moim zamiarem jest pobyt długi. To znaczy zamierzam spędzić nie na Wyspach Salomonowych, tylko w Kamerunie od dwóch do czterech miesięcy, angażując również w badania miejscowych.
Czyli tutaj jeszcze jest kwestia pozyskania funduszy na zakup różnego rodzaju sprzętu, przede wszystkim zaś kamer uruchamianych na podczerwień i przeszkolenia miejscowych mieszkańców. Zamierzam także pozostać w określonych rejonach w jednym miejscu raczej niż przemieszczać się łódką z jednego miejsca na drugie tam, gdzie widziano Mokele-Mbembe. Wolę raczej pobyt stacjonarny. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, aczkolwiek w tej chwili jest ono jeszcze nieokreślone, że uda mi się dołączyć do wyprawy, którą również planuje wspomniany już doktor Bill Gibbons. Oni teraz planują w listopadzie właśnie wyjazd do Kamerunu i być może uda mi się też do nich dołączyć. Oni planują wyjazd trwający od czterech do sześciu tygodni i mają już bardzo określony, specyficzny rejon, który chcą przebadać, bowiem twierdzą, że tam właśnie istnieje największe prawdopodobieństwo odnalezienia Mokele-Mbembe. Natomiast jeżeli uda mi się nawet do nich dołączyć, to moim zamiarem, chyba że oczywiście Mokele-Mbembe zostanie wtedy odkryte, znalezione i sfotografowane, ale jeśli nie, to chciałbym zostać trochę dłużej i jeszcze mówiąc językiem potocznym trochę poszperać i powęszyć. Wyprawa samotna oczywiście ma swoje plusy, bo wtedy decyduję sam, w jaki sposób chcę przeprowadzać badania i gdzie chcę się udać. Ale oczywiście wziąwszy pod uwagę ogrom tego przedsięwzięcia, a także bezpieczeństwo, warto jest jednak chyba wyjechać w co najmniej dwie osoby albo nawet więcej. Dlatego jeżeli ktoś byłby zdecydowany udać się tam albo na cały okres trwania wyprawy, albo przynajmniej na część, to bardzo serdecznie zapraszam.
Jest moja strona poświęcona tej wyprawie i poświęcona samemu zwierzęciu. Ona się nazywa mokele-mbembe-search.com.I tam mogą państwo znaleźć wszystkie informacje, również mój kontakt e-mailowy i telefoniczny.
[01:32:34] - Na tym możemy zakończyć tę bardzo mocną audycję. Ja panu jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję za to, że przyjął pan zaproszenie do Radia Paranormalium, za udział w audycji.
[01:32:48] - Ja również dziękuję wszystkim słuchaczom i dziękuję panu za goszczenie mnie dzisiaj w audycji. Życzę wszystkiego dobrego.
[01:32:55] - To był Wojciech Bobilewicz, badacz, podróżnik i publicysta, a mówił do państwa Marek Sęk „Ivellios”. Kończymy naszą audycję na żywo. Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia.