[00:00] - To think for yourself and question authority.
[00:05] - RadioNaFali.com proszę państwa, witam serdecznie, jak zwykle w sobotni wieczór, proszę państwa, w Radiu Na Fali w hiperprzestrzeni. Ja mam na imię Tomek. Mam nadzieję, że macie za sobą bardzo miły dzień. Przynajmniej ci, którzy już mają dzień za sobą. Wiem, że w innych strefach czasowych dzień dopiero się zaczyna. Tak że wam wszystkim życzę bardzo miłego dnia. Na sam początek jak zwykle pozdrawiam serdecznie i wielce z serca wszystkich mecenasów Radia Na Fali. Peace and love kochani, wielkie dzięki za wspieranie. Namaste. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy online, którzy aktualnie się zgromadzili przy radioodbiornikach i właśnie słuchają mojego głosu, który dochodzi gdzieś z otchłani.
No i wszystkich słuchaczy offa, którzy słuchają sobie tego później, gdzieś, nie wiadomo gdzie. Wszystkich was pozdrawiam. Oczywiście pozdrawiam słuchaczy Radia Paranormalium, które retransmituje hiperprzestrzeń. Skype do radia to oczywiście radionafali.com, jeżeli chcecie się odezwać, a wszystko jest absolutnie live, tak że możecie śmiało się odzywać na żywca, jeżeli macie jakieś refleksje. Ja oczywiście zapraszam was wszystkich bardzo serdecznie na wieczorową porę, która jak zwykle zaraz po hiperprzestrzeni. Też oczywiście ja za mikrofonem. Tak że niewiele się zmieni, ale zapraszam moi drodzy, jak nie macie jakichś planów, żeby zacząć spać. Dziękuję wielce i serdecznie wszystkim za maile. Na wszystkie już odpisałem, tak że wow! Udało mi się.
Sorry kochani za czekanie, za czasami zwłokę z odpisywaniem na maile. No i co dzisiaj, moi drodzy? Co dzisiaj w hiperprzestrzeni? Dzisiaj oczywiście, nie wiem, czy oczywiście. Dla mnie to oczywista sprawa. Taki temacik, który wynikł z ostatniego tygodnia, bo ja się złapałem przypadkowo za pewną książkę. Jak sobie przeczytałem tą książkę, pojawiło się jak zwykle kilka innych rzeczy dookoła i tak dalej. Kilka refleksji, kilka rzeczy w moim życiu, kilka wspomnień. To wszystko jakoś tak zawirowało. Troszeczkę dookoła tej książki, trochę dookoła innych refleksji, a głównie dookoła przyglądania się temu, co się aktualnie dzieje.
Ta kwestia tak zwanej transformacji, nie wiem, jak to zwał. To takie fajne, pasujące słowo tego, co się w ogóle aktualnie dzieje na świecie, jest właśnie kwestią, która będzie zaprzątała mój dzisiejszy wieczór, ale w troszeczkę innym aspekcie. Myślę, że dla niektórych doskonale znanym, bo niejako podstawa dla istnienia hiperprzestrzeni poniekąd. Nad aspektami psychoaktywnymi tej transformacji, moi drodzy, nad tym, gdzie jest granica światów, czego właściwie się uczymy, co doświadczamy i tak dalej. O tych wszystkich rzeczach dzisiaj w hiperprzestrzeni. Tak że zapraszam was wszystkich bardzo serdecznie. Tak, będzie troszeczkę psychoaktywnie, zresztą nic dziwnego. Sam jestem użytkownikiem substancji psychoaktywnych od lat i absolutnie nie mam zamiaru tego ukrywać, a wręcz odwrotnie, zamierzam o tym głośno mówić, bo są to lekarstwa. Jest to medycyna, która została nam zabrana z wielu różnych powodów. O tym dzisiaj nie będę za bardzo wspominał i o tym mówił.
Może gdzieś tam przemknie po drodze jak zwykle, ale bardziej o takim koncepcie, który jest jakby związany z całością. Będę próbował jak zwykle zamknąć to wszystko w jedną wielką całość. Tak że dzisiaj troszeczkę o tych granicach światów, o tych psychoaktywnych doświadczeniach, o w ogóle normalnych doświadczeniach, o wielu rzeczach dookoła. Tu nie będę wam zdradzał. Zostawię to wszystko, a co, niech się toczy. Jak już się wytoczyło, to niech się toczy, proszę państwa. Pozdrawiam w ogóle wszystkich obecnych na czacie Radia Na Fali. Peace and love kochani. Jeżeli nie jesteście na czacie Radia Na Fali, dzisiaj nie ma zbyt wielu linków. Ja w ogóle zamierzam po prostu opowiedzieć kilka historyjek, tak że będę was oszczędzał z linkami, ale tak czy siak na czacie jestem.
Pomimo iż nie będę nic wklejał, to jestem obecny i myślę, że nawet lepiej niż jednym okiem będę dzisiaj ogarniał, bo z okazji takiego przemeblowania tego wszystkiego dookoła mnie mam taką komfortową sytuację, że mogę już na ten czat sobie spokojnie czasami zajrzeć i nie muszę przekręcać głowy poprzez statyw, poprzez mikrofony, robić jakichś dziwnych kombinacji ekwilibrystycznych kojarzących się z bardzo wysokim zaawansowaniem używania jogi. Żadnych takich tutaj nie będę robił, ale dzięki temu, że nie muszę już tego robić, będę troszkę bardziej żywo obecny na czacie. Przynajmniej wzrokiem. Nie wiem, czy będę coś odpisywał. Jak zwykle, bo mówienie do mikrofonu jest mówieniem do mikrofonu. Tak że słuchajcie, dzwońcie, bo dyskutowanie z czatem to jest jakiś taki dowcip, proszę państwa, kiedy wszyscy możemy się spotkać w rzeczywistej sytuacji, porozmawiać ze sobą normalnie, najmniej skorumpowanym komunikatem, bym powiedział, czyli po prostu na paszczę, na gębę. Tak że zapraszam dzisiaj dzwonić, się odzywać. Oczywiście, jeżeli macie jakieś refleksje, to śmiało też walcie je na czata. Tak jak mówiłem, zaglądnę, ale zdecydowanie, moi drodzy, odwagi troszeczkę. To tyle względem wstępu.
Ja oczywiście jak zwykle mam przygotowany fajny soundtrack na dzisiaj. Też jak zwykle duży. Nie wiem, czy uda mi się puścić wszystko, ale nie mogę się odpędzić od tego numeru. Poważnie. Po prostu chodzi mi strasznie i jest takim leitmotivem, który się czasami pojawia w moim życiu, szczególnie po ostatnim tygodniu. Jest czasami takim leitmotivem, który się pojawia też w radiu. To co? Posłuchamy tego leitmotivu, because. Tak że posłuchajmy czegoś, co nas wprowadzi w doskonały nastrój. Jest sobota, naprawdę sobota imieniny kota.
Przy sobocie po robocie. Ja w ogóle muszę przygarnąć sobie troszkę więcej powiedzonek na temat soboty, żeby tu brylować troszeczkę, że niby taki wygadany jestem. To co? Skoro przy sobocie po robocie, to posłuchajmy, co tam z Samsonem.
[05:49] - Now parables coming from the past to guide I and I put inna the future. I and I are Rasta, teaching the people worldwide all over. Empire and state must crumble and fall. His Majesty conquer them all. Lion, yes he was strong. Samson was a lion. Yes, he was strong
[06:09] - Samson was strong. A wy słuchacie radia Nafali. Jak najbardziej. Słuchacie hiperprzestrzeni. Możecie śmiało zadzwonić: radionafali.com. Ale jak zwykle dajcie mi chwilę, żebym tutaj się wygadał trochę, opowiedział kilka słów w ogóle co i zaś w ogóle, o co chodzi z tym tematem dzisiejszym, z tą całą psychodeliczną historią, którą dzisiaj troszkę odkurzam. Z tą granicą doświadczeń i wszystkimi tymi historiami i książką, którą czytałem. Właśnie, bo to troszkę taki, jak to się mówi po angielsku, trigger, taki spust, który zapalił troszkę ten temat, żeby wrócić do niego, bo ja czasami gdzieś tam o tym wspominałem, czasami trochę mniej, czasami trochę bardziej. Różnie to bywało. Także dzisiaj postanowiłem wrócić do tego troszeczkę od innej strony.
Może nie tyle wrócić, ile po prostu złapać troszeczkę inny punkt widzenia. A co! Mamy czas, mamy całe życie, także możemy to spokojnie zrobić. Właśnie, co z tą książką? Skoro jest takim głównym punktem wyjścia dla dzisiejszej opowieści, to powiem, co to jest za książka. Więc książka. Kurczę, nie powiem, bo zapomniałem, jak się nazywa. W sensie tytuł książki. Pamiętam tylko autorkę i powiem wam, o co chodzi. Autorka nazywa się Barbara Marciniak.
Jest taką dziewczyną z Ameryki, która ma polskie nazwisko, ale nic nie kuma z języka polskiego, ponieważ pochodzi tylko i wyłącznie z amerykańskiej rodziny, znaczy z polskiej rodziny w Ameryce. Anyway, po prostu polskie nazwisko. Pani jest centralnie United States of America. Wypromowała takie zjawisko o nazwie Plejadianie. No, nie do końca. Ona się po prostu załapała na to zjawisko i załapała się na tyle solidnie, że napisała taki zestaw książek. Ja nie wiem, ile tego jest. Ja tylko przeleciałem przez jednego audiobooka. Generalnie tak czy siak po prostu siadłem i przesłuchałem sobie audiobooka na temat Plejadian napisanego przez Barbarę Marciniak. Nie pamiętam, kto to czytał.
No nieważne, mniejsza o to. Cała historia. Skąd się wzięła ludzka rasa, wszystkie te historie, wszystkie te opowieści, tajemnicze zwroty akcji, moce i tak dalej. No i przeczytałem tą książkę. Przeczytałem. No i mam pewne swoje refleksje po tej książce, które tak dorastały wraz może nie tyle z czytaniem, ile z słuchaniem kolejnego odcinka audiobooka, z kolejnego odcinka na kolejny odcinek, na kolejny odcinek, na kolejny odcinek. Anyway, tego było troszeczkę, tego chyba 22 części na YouTubie, każda po pół godziny. Także trochę to zajęło, ale zrobiłem sobie to dwa razy. Stwierdziłem: okej, na wszelki wypadek, gdyby mi coś uciekło, gdybym czegoś nie zauważył, to sobie jeszcze raz przelecę. Trochę za drugim razem już się wymęczyłem, bo książka jest...
No właśnie. No to opowiem, jak widzę tą książeczkę troszeczkę, bo dla mnie jest to taki znak troszeczkę takiego zamieszania, które aktualnie panuje na świecie. Jest to doskonała ilustracja wszystkiego, co się dzieje. Taki bardzo holistyczny obrazek tej całej całości. O co chodzi z książką? Jeżeli ktoś z was nie kuma co i zaś, więc ta postać, czyli Barbara Marciniak, jest taką orędowniczką przekazów. Przekazów. Dobra, to może czekajcie, jak to się nazywa. Tak, to są chyba przekazy. Ja nie jestem takim specjalistą od tych wszystkich niesamowitych, ezoterycznych treści.
No i generalnie ma przekazy od Plejadian. No i miała całą serię tych przekazów i napisała o tym książkę. Książka jest pisana w takiej formie: od nas do was. My, Plejadianie, mówimy wam, Ziemianom, jak żyć, jak postępować. Co chwilę jest tam w tej książce: musicie robić to, musicie tamto, tamto, to, siamto. Do rogu marsz! Stać mi w kącie i czekać, aż wam powiem, kiedy jest dosyć. Takie wszystko rozkazujące, nakazujące. I tak sobie czytam, właściwie słucham tego audiobooka. No i zaczynam wyłapywać troszkę tych wszystkich treści.
Jeżeli jesteście oczywiście miłośnikami Barbary Marciniak, pozdrawiam w ogóle bardzo serdecznie. Na pewno miła, sympatyczna osoba, ale ta książka to jest taki, no nie wiem, jak dla mnie cała ta historia po prostu wygląda, to się nazywa ghostwriting po angielsku, czyli siada sobie ktoś, wymyśla, że napisze książkę, że zostanie producentem książki, następnie zbiera całą dokumentację, pakuje to wszystko do kupy, idzie do wydawcy i mówi: „Słuchaj, mam tu pomysł — bo tak to wygląda w Ameryce — na książkę. I książka jest mniej więcej taka, wiesz, mówiąca o tym, że jest transformacja, czas zmian. To jest modny temat dzisiaj. Spróbujmy to wydać. Ja tu mam troszkę takich materiałów, to się wszystko elegancko opisze. Weźmie się dobrego pisarza, który to wszystko opakuje, ładnie poukłada. No i zrobimy z tego książkę. Książka będzie mówiła o tym, że Plejadianie wysyłają nam message z kosmosu”. Wydawca popukał palcami w biurko, powiedział: „Goddamn, good idea, we're gonna do it”.
No i chyba tak to zrobiono. Dlaczego takie moje podejrzenia troszeczkę? No bo to jest historia właśnie z całymi tymi doświadczeniami psychoaktywnymi, z granicami świadomości. Co w ogóle dzisiejsza hiperprzestrzeń ma wspólnego z tą książką? Przede wszystkim to moje spostrzeżenie. Tak sobie słuchając tego audiobooka zauważyłem tak: fragmenty z Castanedy, fragmenty z kilku innych książek, fragmenty z Karla Gustava Junga, fragmenty z jeszcze innej książki, fragmenty z Burroughsa, fragmenty z tego, z tamtego, z tamtego. Można by tych fragmentów wymieniać dużo. I to takie troszkę bezczelne fragmenty, bo dokładnie te same metafory w tym samym kontekście. Tak po prostu, jakby ktoś wziął i przepisał. Nie skopiował, bo to nie jest skopiowane tak w sensie copy and paste, tylko jest po prostu przepisane na nowo.
I to tak dosyć, powiedziałbym szczerze, mocno niechlujnie, bo jakby ślady oryginalnych autorów tam zostały. No ale to jest jedna rzecz z tego wszystkiego. No i oczywiście czuć tam bardzo mocno jedną bardzo ważną książkę, która się nazywa „Acid Test” i w ogóle tą całą historię związaną właśnie z „Acid Test”, z testem LSD, który odbył się w 1968 roku. O tym teście opowiadałem kiedyś. To był tak zwany psychodeliczny autobus. O nim jeszcze może parę słów dzisiaj wspomnę. To jest w archiwum Hiperprzestrzeni, także jeżeli ktoś z was chce tam dotrzeć, to jest jedna z audycji poświęcona LSD i substancjom psychoaktywnym. Tam jest trochę więcej na ten temat. Tak sobie tych Plejadan słucham i w pewnym momencie zaczynam łapać, że po raz kolejny słyszę jakąś opowieść i to dosłownie brzmi jak taki trip po dobrym kwasie, czyli po LSD. Taki konkretny.
I to nie jest nic nowatorskiego ani nic odkrywczego, a wręcz odwrotnie. Odebrałem to troszeczkę jako taką próbę zapakowania doświadczeń. Powiem wam po prostu, co myślę i to będzie najszybciej. Odebrałem to jako próbę. Ależ ja brzmię! God damn! Więc co ja myślę o tej książce? Słuchajcie, ta kobieta zrobiła naprawdę solidny research. Zebrała bardzo dużo opisów z tripów psychodelicznych i to takich niektórych znanych opisów, które funkcjonują gdzieś tam w tak zwanym podziemiu psychodelicznym. Sprawy są bardzo dobrze znane, nie są niczym nowym.
Pani Barbara Marciniak tutaj naprawdę nie wniosła nic do sprawy, jeżeli w ogóle cokolwiek wniosła. Przynajmniej z mojego punktu widzenia nic takiego tu nie ma. Anyway, są to opisy tripów po LSD. Wygląda to tak, jakby wzięto i opisano całą tą historię, zapakowano w takie opakowanie Plejadian, żeby nie było żadnych takich kontrowersyjnych treści, że jak to tak, nielegalna substancja psychoaktywna, po której człowiek wyskakuje przez okno, jak piszą w gównianych gazetach, jest powodem do powstania takiej opowieści. To niemożliwe. Tak nie może być. Nie możemy sprzedać książki, o której wszyscy wiedzą, że jest napisana po kwasie. Nie znajdziemy klienta. Słuchajcie, szukamy rozczarowanych gospodyń domowych. Szukamy ludzi w wieku średnim, którzy przeżywają kryzys osobowości.
Ci ludzie mają swojego adwokata, mają swojego pastora, mają swojego aptekarza, mają swojego lekarza, mają swojego dealera samochodów, mają swoją pracę, mają swój kredyt do spłacenia. Jak my tym ludziom sprzedamy opowieści po kwasie? Nie sprzedamy im opowieści po kwasie, bo oni są przerażeni. Tym ludziom trzeba sprzedać coś innego. Trzeba zrobić taki hollywoodzki film z Plejadanami w roli głównej. Takie jest moje wrażenie dokładnie po tej książce. Inna sprawa, że te historie w ogóle opowiedziane w tej książce są autentycznie prawdziwe , jeżeli chodzi o opisy tych tripów. Nie będę wam tutaj mówił, co jest opisem tripu, a co nie. Myślę, że ci z was, którzy używają LSD, używają substancji psychoaktywnych w swoim życiu, doskonale wyłapią te momenty bez żadnych problemów. Nie zamierzam podpowiadać gdzie są.
Myślę, że to jest niezła zabawa, żeby to wyłapać, ale są one tak jawne, tak grubą nicią szyte, że tego się po prostu nie da nie zauważyć. Tego się nie da po prostu ominąć. O co tu chodzi? Jest to taka troszkę polaryzacja doświadczeń, bym powiedział. Bo tak: z jednej strony jest tu próba wrzucenia do takiej ogólnej świadomości, że jest coś więcej niż mniej, że są istoty z innych wymiarów i tak dalej. To jest ten prawdziwy kawałek, który ja uważam za jak najbardziej prawdziwy w tej książce. Te opisy właśnie tych tripów, tych podróży. Byłem nieraz na imprezie, na której znakomita większość uczestników była po dobrym kwasie. Nie mówię tu o imprezach takich na trzy, pięć, sześć osób. Mówię o imprezach, które tam grubo ponad 200 osób.
I pierwsza rzecz, która się dzieje, to taka, że oczywiście puszczają granice, ludzie mają wizje, zaczynamy się ze sobą komunikować. Każdy mówi: „Wow, stary, co za kosmos, widzisz to?” I tak dalej. Wszystkie te historie związane z wizyjnością, którą się wtedy osiąga. Dokładnie podczas tych rozmów, podczas tych imprez są dokładnie te same opowieści, tylko że lepiej brzmiące niż w książce Barbary Marciniak. Absolutnie lepiej brzmiące, bo po pierwsze są to opowieści z pierwszej ręki. Nie są zmanipulowane pod profilem wydawcy, żeby trafić do konkretnej grupy docelowej i sprzedać to jako coś rewolucyjnego. Jest to po prostu taki czysty, normalny, powiedziałbym wręcz zwierzęcy przekaz od jednej żywej istoty do drugiej istoty, która mówi, że właśnie jest w kosmosie i że właśnie odkryła sens istnienia całej ludzkości i siebie w tej ludzkości, siebie w tym kosmosie. I nagle odnalazła całe clue egzystencji teraz i wszędzie. Tak w wielkim skrócie oczywiście mówiąc. I tak mi się właśnie ta książka Barbary Marciniak skojarzyła.
Poszedłem troszkę tropem, bo sobie posprawdzałem, co w ogóle z tą książką się stało, bo ta książka wywołała troszkę taką sensację wśród tak zwanej klasy średniej, która generalnie spędza wieczór bardziej z drinkiem niż z jointem. I dla nich jest to taka wow, niesamowita rzecz. Po prostu zobaczył UFO, zobaczył inny świat. To niemożliwe, człowiek nie może takich rzeczy widzieć. To tylko w telewizji na hollywoodzkim filmie. Automatycznie z Barbarą Marciniak ta klasa średnia, która właściwie ma strasznie limitowaną ilość doświadczeń w swoim życiu. Ich doświadczenie sprowadza się chyba tylko do trzymania pieniędzy w portfelu i spłacania tymi pieniędzmi jakiegoś kredytu i generalnie martwieniem się o to, jak kontrolować całe swoje życie tak, żeby jutro było tak samo przewidywalne, jak przewidywalne było wczoraj. Przynajmniej utrzymywać tą iluzję cały czas na chodzie. W tej grupie ludzi została bohaterką. Tak sobie sprawdziłem.
Okazało się, że za tym poszedł jakiś taki cios marketingowy. Pojawiła się grupa ludzi, która zaczęła to wyznawać niczym religię. I powstał, cokolwiek by nie mówić, taki klasyczny kult cargo, czyli jedna osoba, która zebrała doświadczenia innych ludzi pod wpływem substancji psychoaktywnych. To jest moje podejrzenie oczywiście. Nie traktujcie tego jako zarzut. To jest po prostu coś, co automatycznie przyszło mi do głowy po przeleceniu książki i refleksji Barbary Marciniak tam zawartych. Po zebraniu tych wszystkich tripów uporządkowano je, opisano jakąś zgrzebną całość. Dzięki temu ta książka i te wszystkie opowieści o Plejadanach są bardzo autentyczne i myślę, że to jest clou całego programu. Bo te opowieści i te doświadczenia są autentyczne. My mamy takie doświadczenia, my podróżujemy do innych wymiarów, przynosimy ze sobą czasami mniejsze, czasami większe garści informacji, które nam wyjaśniają, o co w tym wszystkim chodzi, dzięki czemu czujemy się o wiele zdrowiej, o wiele lepiej na bardzo wielu różnych płaszczyznach w naszym życiu.
Właściwie ogólnie w naszym życiu. Na podstawie tej książki, ponieważ ten autentyzm stamtąd dosyć mocno bije, co by nie było, powstały takie kulty cargo, czyli grupy wyznaniowe, można powiedzieć, które sfetyšyzowały jak zwykle całą wiedzę. Nie poszły za ciosem, nie sprawdziły, czy przypadkiem to nie jest tak, że to nie jest żadna Barbara Marciniak, która ma przekazy z Plejad, tylko że to my jesteśmy podłączeni do jakiejś dużej struktury informacyjnej i że to nie chodzi o to, czy są Plejadanie, Marsjanie, Kasjopejanie, cokolwiek by to nie było. Po prostu kosmos jest potężny. Nasze możliwości opisowe, możliwości nazewnicze się po prostu zwyczajnie kończą i nie dają rady, żeby to wszystko opisać. Więc od biedy można by uznać, że okej, dobra, niech będą ci Plejadanie, jeżeli tak już mamy nazywać w ogólnym rozrachunku wszystkie istoty skądyś. Ale ja bym taki dystans do tego troszeczkę postulował, przynajmniej na dzisiaj, po to, żeby złapać troszeczkę inną refleksję, a później już możemy zrezygnować z tego dystansu i każdy może wrócić do siebie. Co z tymi społecznościami, które powstały na bazie tej grupy? Powstała społeczność tak zwanych lightworkerów. Z tym to miałem niesamowitą przygodę, bo jak zacząłem opowiadać swoje własne refleksje w hiperprzestrzeni, było nie było jakieś cztery lata temu, bo tyle to już trwa, to był taki moment na samym początku, że pojawili się tacy młodzieńcy.
Nie tylko młodzieńcy, bo i też młode panny. Pojawiła się po prostu gawiedź. Pojawili się dżentelmeni i damy, które pytały się mnie, czy jestem dzieckiem indigo. Pytały się mnie, czy jestem lightworkerem. Kilku nawet napisało do mnie takie maile pod tytułem: ty jesteś lightworkerem, jeszcze o tym nie wiesz. I tak dalej. Powiem szczerze, mocno się uśmiałem, jak to czytałem. Nie dlatego, że bym chciał kogoś obrazić. Jest to moim zdaniem bardzo rozrywkowa sytuacja i wynika z takiego sympatycznego, moim zdaniem, nie żadnego dramatycznego, nieporozumienia, które wynika ze struktury cywilizacji, w której funkcjonujemy, z tego, jak jesteśmy uczeni odbierać rzeczywistość. I to są konsekwencje tego wszystkiego.
Także dzisiaj właśnie mniej więcej o tym będę chciał powiedzieć. Także kochani, nie jestem żadnym lightworkerem, nie jestem żadnym Plejadaninem, nie jestem żadnym z tych ludzi. Tak czy siak jestem z kosmosu anyway, ale to już opowieść na zupełnie inną historię. Po prostu jestem z kosmosu i myślę, że to akurat wystarczy. I wszystkie te rzeczy, o których jest mowa w tych wszystkich książkach o Plejadanach i tak dalej, okazuje się, znam doskonale od czasów swojej młodości, kiedy po raz pierwszy zderzyłem się solidnie z substancjami psychoaktywnymi i nagle się okazało, że właściwie nie muszę mieć nikogo, kto mi pisze książkę na temat kim jestem, jak odczuwam, skąd przybyłem, dokąd zmierzam, bo wszystkie te informacje mam w sobie. I zacząłem sobie czytać tą książeczkę albo właściwie słuchać tego audiobooka. Słuchać, słuchać i słuchałem. I tak jak mówię, pierwsza refleksja to była taka, że są to po prostu skolekcjonowane tripy po LSD głównie. Szczególnie znalazłem tam jeden trip, który jest dosyć ciekawie opisany w bardzo niszowej dokumentacji zrobionej kiedyś przez Timothy Leary'ego, wydaje się w 1962 roku. Także tu już czerwona lampka się mocno zapaliła.
Bardzo mocno. Ale z drugiej strony potwierdza to absolutnie autentyczność tych opowieści w książce. Nie oczywiście wnioski, które tam wynikają z tego, czyli żadnych rad galaktycznych, żadnych takich spraw związanych z trenowaniem siebie, z mówieniem sobie, co mamy robić, z taką tresurą, niczym taki pies policyjny, że mamy to, to, siamto, siamto. Doskonale chyba wszyscy, którzy używają środków psychoaktywnych, zdają sobie sprawę, że jest to doświadczenie, które nie jest przekładalne dla drugiej osoby w sensie edukacyjnym. Czyli jeżeli ja przeżyję swój trip, moi drodzy, to wszystkie doświadczenia, które przeżyłem w owym tripie, mając owe wizje. Dawniej się mówiło wisdom, po angielsku dalej też się mówi wisdom, czyli wiedzę. Ta wiedza jest na tak indywidualnym poziomie bardzo często, że automatycznie jest nieprzekazywalna, jeżeli chodzi o doświadczenie. Nikt nie jest w stanie nam przekazać swojego doświadczenia. Ja nie jestem w stanie przekazać wam swojego doświadczenia, co najwyżej tylko konsekwencje tego doświadczenia. Jak stoimy na plaży i nadchodzi fala, to nie interesuje nas rzeczywisty poziom morza wypisany przez naukowców albo kogoś tam w jakiejś dokumentacji albo w książce.
Jak ma być, jak jest skonstruowany świat, że morze dochodzi do tego poziomu i ani grama więcej, ani jednego milimetra wyżej. To jest nieprawda, bo nas to w ogóle nie obowiązuje. Są fale i my musimy na tej plaży sobie podbiec do tyłu, jeżeli nie chcemy, żeby woda nas zalała po kolana, jak przychodzi taka duża fala. I dokładnie myślę tak jest trochę z tą całą informacją, z tym całym trenowaniem, tresowaniem siebie nawzajem, z tym całym wymyślaniem tych trenerów, motywatorów, udawaniem tego, że jesteśmy w stanie komuś przekazać jakieś doświadczenie. Nie, nie jesteśmy, ale każdy z nas jest w stanie opowiedzieć o swoim doświadczeniu drugiej żywej istocie bez żadnego problemu. No tak, ale to jest opowiadanie o doświadczeniu. To nie jest tak, że ja, droga słuchaczko i drogi słuchaczu, tutaj cię przeoram, zmienię twoje życie i coś się z tobą stanie w każdym razie. Nie, nic się z tobą nie stanie, dopóki sam niczego nie zrobisz. I to jest taki myk, którego właśnie brakuje w tych wszystkich rzeczach. To dla mnie jest taki papierek lakmusowy, którym można sobie sprawdzić rzeczywistą zawartość kwasu w tym wszystkim.
Ja się tak zastanawiam w ogóle, czy po prostu nie chodzi o to, że autorka tej książki korzystała z LSD albo korzystała z psylocybiny i stąd są te opowieści. Tam w jej życiorysie jest taki moment, że ona zniknęła na moment do Meksyku. Inna sprawa, że nawet po tytułach jej książek widać potężną fascynację Carlosem Castanedą, który z pewnych dosyć oczywistych powodów jest mało strawny dla tak zwanej klasy średniej, która chce się rozwijać duchowo, ale jednocześnie nie stracić kontaktu ze swoim maklerem giełdowym i ze swoim adwokatem. Ale oczywiście chcą się rozwijać duchowo. Chcą budować lepszy świat razem ze swoim adwokatem i swoim kontem. Tak, to na pewno będzie lepszy świat. I to po prostu się nie sprzeda, moi drodzy, bo u Castanedy jest on tak dosyć okrutnie napisany, jak to jest w rzeczywistości. Jak wygląda te prawdziwe zderzenie z tą drugą rzeczywistością, z tą granicą światów i jak wygląda ta transformacja w nas. I cała książka, właściwie cała ta historia, którą opisał Castaneda, jest opisem tego, że sami się musimy skonfrontować ze sobą samymi. Nic więcej.
Natomiast cała reszta książek, szczęśliwie nie wszystkie, tylko część z nich, takich właśnie o Plejadanach i tak dalej, w mojej opinii są bardzo mocno pisane tylko i wyłącznie po to, żeby zarobić pieniądze i pod pretekstem tego, że czytając tą książkę dotrze do nas jakieś doświadczenie. Ja tak nie sądzę, proszę państwa, ale o tym to za chwilę. A na razie drobna przerwa na muzyczkę. Oczywiście, bo jak mówiłem, dobrałem sobie dzisiaj taki fajny secik, także mam nadzieję, że będzie bardzo miło. To co? Odrobina muzyki, moi drodzy, a ja wracam po muzyce i dalej mówię o kilku swoich refleksjach i o kilku różnych historiach z tym związanych. Si, si! Wysłuchacie dzisiaj radia na fali hiperprzestrzeni. To co? To co dalej z tą opowieścią?
Tu jest taka bardzo istotna sprawa, moim zdaniem, związana właśnie z tą książką. Nie tylko z tą książką, bo to dotyczy praktycznie bardzo dużej grupy książek, która się w pewnym momencie pojawiła, łącznie z Davidem Icke'iem, który zaczął po prostu opowiadać swoje kawałki. Jest taka stara elementarna zasada, o której mówią wszystkie szamanistyczne tradycje na świecie, którą doskonale zna każdy użytkownik substancji psychoaktywnych. Ale użytkownik w praktyce, nie teoretyk, że wszystkie impulsy, które nas budują, całe informacje przychodzą od wewnątrz, z nas. To nawet Platon już wiedział. Nie jest to żadnym odkryciem. Wszystkie pomysły wyskakują po prostu z nas. Natomiast to, co przychodzi z zewnątrz, impuls z zewnątrz co najwyżej może wzbudzić pewne działanie w nas. Coś jak przystyknięcie palcami, że odpala pewien mechanizm, ale to też raczej nie za bardzo. Jeżeli już, to tylko pomaga pchać ten mechanizm dalej.
Tak naprawdę żadna informacja nie przychodzi z zewnątrz, jak się okazuje. Wszystko jest od wewnątrz. I tu jest taka trochę zabawna historia książek o tych wszystkich lightworkerach, o tych wszystkich Plejadanach i tak dalej. Jest jedno elementarne zafałszowanie, które kompletnie niszczy całą informację, która stamtąd przychodzi, przynajmniej w moim mniemaniu, ponieważ tam wszystko mówi jasno i wyraźnie, że to ta książka, ta informacja ma być dla nas impulsem do rozwoju. Czyli kompletne zakłamanie, bo informacja z zewnątrz nie ma nic do roboty z tym, kim jesteśmy, skąd przyszliśmy i gdzie zmierzamy. To, jak wygląda z zewnątrz dookoła nas, to, że ja tu sobie siedzę w Londynie, a ty, droga słuchaczko i drogi słuchaczu, sobie siedzicie w zupełnie innym miejscu na drugim końcu świata, naprawdę ma tu nic do gadania. Istotne jest to, że impulsy, które spowodowały, że tu, w tym miejscu się znaleźliśmy, sobie siedzimy. Ja sobie siedzę przed tym mikrofonem, wy być może w wygodnym fotelu. Ty, słuchaczu słuchający tego offline gdzieś w samochodzie, mknąc przez świat. Generalnie impuls z zewnątrz spowodował, że stworzyliśmy, czy chcemy, czy nie, taką mikrostrukturę ludzi, którzy się spotykają i poopowiadają różne historie albo posłuchają, co ktoś inny ma do opowiedzenia.
I to wszystko. Natomiast cały core tej sytuacji jest absolutnie od wewnątrz. To nas tu przywiało pod ten mikrofon, a nie dlatego, że wszyscy przeczytaliśmy jakąś książkę i stwierdziliśmy, że w tej książce ktoś napisał. Na końcu powinno być takie zdanie: „Następnego dnia musisz obudzić się rano i kiedy obudzisz się rano, usiądziesz za swoim komputerem. Zrób jedno: wpisz adres radionafali.com i zacznij słuchać. Wtedy twoja transformacja dobiegnie końca, a my przyślemy ci złotą nić, po której twoja świadomość pójdzie na koniec kosmo-”. W sensie też mogę wymyślić takich książek około 30 ton. Tylko nie chce mi się wymyślić takich książek. Obawiam się, że każdy uczestnik dużego, nielegalnego rave'u, gdzie jest dużo dobrego LSD, może wymyślić takich książek tak samo pojemne wiadro jak ja. I nie ma tu żadnej tajemnicy.
Pamiętam jedną historię z pewną dziewczyną, która przez pewien czas patrzyła się bardzo długo w gwiazdy. Wszyscy byli na tej imprezie po kwasie i naprawdę dobrym kwasie. Naprawdę bardzo solidna historia. Każdy z nas miał taką wyprawę do wewnątrz siebie, miał taką podróż, że wow! Po prostu ciężko to powiedzieć. Nawet nie będę próbował tego opowiadać, bo po co? Nie da się opowiedzieć tej podróży. To była moja podróż, a jak pewnego dnia się da opowiedzieć, to i wam opowiem. Leżała tak patrząc w gwiazdy. Ja sobie leżałem troszkę dalej, chyba dwa metry dalej.
Też taki rozwalony na trawie, też patrząc w niebo i obserwując ludzi dookoła. Mi już tak troszkę schodziło. Taki byłem: wow! Wszyscy byli: wow! I ona nagle wstaje i na czworakach zaczyna iść przez łąkę. Tak na czworakach. I zaczyna mówić: „Jestem częścią kosmosu, jestem elementem tego kosmosu, jestem częścią wszechświata. Jestem małą odrobiną, która jest częścią tej całej struktury, która tworzy życie w całym wszechświecie, jakikolwiek by nie był”. Przykładając tą historię do tych wszystkich książek, które właściwie sprowadzają się ciągle do tego samego. Do próby przekonania czytelnika, że faktycznie jest częścią kosmosu.
Jesteś światłem, jesteś światłem. Idź do światła. Great. Ale wszyscy to wiemy. To jest oczywiste, powiedziałbym szczerze. Nie jest to oczywiste dla klasy średniej z prostego powodu, bo są obwarowani swoimi wszystkimi, w cudzysłowie oczywiście klasy średniej. Ja to używam jako taki wytrych. Proszę tutaj nie identyfikować za bardzo się, chyba że się identyfikujecie z pojęciem klasy średniej. Chodzi mi po prostu o ludzi, którzy sprzedali swoje dusze za marne parę groszy i obietnicę jeszcze większego kredytu w banku, kiedy spłacą ten kolejny kredyt, który już aktualnie mają. O to mi chodzi.
O tak zwanych ludzi z podejściem materialistycznym do przestrzeni, w której funkcjonują, w której się manifestują. I jaka jest różnica pomiędzy tą dziewczyną, która dokładnie opowiedziała mi tą samą historię o tym, jak przyleciała z gwiazd, urodziła się jako człowiek i tak dalej. Jaki jest punkt wspólny? Punkt wspólny jest jeden i zasadniczy. To jest zrozumienie, czy ktoś tu, za przeproszeniem, nie podpierdala. Tak bardzo nieelegancko mówiąc. Bo ta dziewczyna na tej łące nie kazała nikomu sobie płacić za tą informację. To jest absolutnie za darmo. Jeżeli ktokolwiek by do niej podszedł i się spytał: „Słuchaj, czy możesz mi powiedzieć, jak to wygląda?”, to nie byłoby odpowiedzi pod tytułem: „Okej, mogę ci odpowiedzieć, ale tu jest taka historia, że musisz się zgłosić do mojego wydawcy i kupić książkę. Ja tam wszystko napisałam”.
I to jest moim zdaniem taki kolejny, przynajmniej u mnie, nie wiem jak u was, ale dla mnie to jest taki mocny zgrzyt, kiedy widać, że centralnie po prostu jedno koło zębate nie zahacza o drugie, wręcz wyłamuje mu zęby, że nadchodzi jeden wielki crash i że nic się nie trzyma razem kupy. Nic a nic. Pierwsza rzecz, impuls z wewnątrz. Wszyscy sami musimy w sobie zbudować. Taka jest moja opinia. Oczywiście można to traktować inaczej. Macie telefon radionafali.com na Skypie, także możecie zadzwonić i powiedzieć, jak traktujecie to inaczej. Jeżeli traktujecie to inaczej. Ja traktuję to w taki, a nie inny sposób. Druga sprawa to jest kwestia kapitalizacji.
Jeżeli już ktoś odkrył tą kosmiczną wiedzę i mieni się człowiekiem, który przekazuje tą kosmiczną wiedzę w jakiś taki wyjątkowy sposób, który się różni od wszystkich nas pozostałych, a ja myślę, że wszyscy przekazujemy kosmiczną wiedzę i to absolutnie bez ani jednego wyjątku. Niektórzy po prostu nie lubią o tym pamiętać i nie lubią po prostu tego robić. Może tylko o to chodzi. Natomiast myślę, że wszyscy absolutnie przekazujemy takie informacje i nikt z nas nie powinien się za to kasować, bo właściwie cały ten świat, który mamy dookoła, który nam wyrósł i nas troszkę prasuje, wziął się stąd, że ktoś stwierdził, że on ma lepszy kontakt z Bogiem i że on ma lepszy kontakt z Bogiem, to my musimy mu teraz płacić i on będzie nam przynosił informacje od tego swojego Boga. I tak to będzie wyglądało. Taki po prostu kolejny kult cargo, że wymyśla się jakąś sytuację, fetyszyzuje się tą sytuację. Nawet nie wymyśla, tylko bierze się prawdziwą sytuację, tak jak w przypadku często tych książek, głównie amerykańskich, bo mówię o amerykańskiej literaturze, która jest często pisana przez takich ghostwriterów, podpierdalaczy, którzy generalnie zaraz po wydaniu książki puszczają ogłoszenie we wszystkich możliwych mediach pod tytułem: „Robię warsztaty, robię szkolenia. Jedyne tysiąc baksów za jeden dzień. Stary, naprawię twoje życie”. Za tysiąc dolarów dziennie oczywiście.
I ta struktura po prostu nie działa w ten sposób moim zdaniem. Kompletne pomylenie z poplątaniem. Albo przekazujemy tą informację naturalnie i wtedy jest jedyna gwarancja, że jest to informacja przekazywana naturalnie, albo stawiam tutaj zaraz licznik i dokładnie niczym się nie różnię od tych kolesi, którzy każą mi klękać na kolana albo walić czołem w podłogę, albo robić cokolwiek innego bzdurnego, bo oni twierdzą, że to jest metodologia na otrzymanie szczęścia w życiu. I to jest taka zasadnicza historia, bardzo zasadnicza dla mnie. Po prostu nie da się tych dwóch spraw połączyć. Nie można zostać motywatorem, trenerem kogokolwiek, bo nikt z nas niczego się nie uczy od innych ludzi. Uczymy się sami od siebie, uczymy się z interakcji. Tu jest ta cała historia związana z motywatorami, wszystkimi tymi trenerami, zajęciami, warsztatami. To zdaje się jest aktualnie bardzo mocne w Polsce. W Stanach przeszło swoją taką falę piku jakieś 10 lat temu.
Później była fala w Anglii, później w Europie. Teraz ta fala trenerów osobistych, trenerów, motywatorów i coachów. Nie wiem dlaczego w Polsce nikt nie chce mówić trener, tylko się mówi z angielskiego coach. Po prostu wybuchła niczym jedna wielka eksplozja. I jest to właśnie taka sprzeczność doświadczeń, moi drodzy. To taka kompletna sprzeczność doświadczeń, bo właściwie jest to nic i wyłącznie jak tylko kapitalizowanie naszego czasu, czyli zarabianie pieniędzy. Nie ma to nic wspólnego z wyzwoleniem, doświadczeniem, z żadnym dojrzewaniem. Może być po drodze. Może być absolutnie po drodze. Ja tutaj nie chcę, że tak powiem, wywalać dziecka z kąpielą i mówić, że wszystkie warsztaty, wszystkie szkolenia i tak dalej są do dupy, bo nie jest to prawda oczywiście.
Są spotkania, na których człowiek może się czegoś dowiedzieć. I tu dochodzę do sedna sprawy. Jest to sprzedawane jako trening i to moim zdaniem jest bardzo mocne kłamstwo. I to jest właśnie ta podpucha. To jest próba ciągnięcia od nas kasy, próba wybudowania nowej religii, skapitalizowania tego wszystkiego, upakowania do pudełka tak, żeby się te pieniądze tam elegancko w tym pudełku leżały. Następnie to pudełko trzeba zanieść do banku i już możemy sobie spokojnie żyć. Ale to chyba nie o to chodzi w tym doświadczeniu. Oczywiście są informacje o tym, że takie działania warsztatowe, grupowe i tak dalej pomagają ludziom. Ludzie się o wiele lepiej czują. Jasne, bo u zarania tego wszystkiego stoi, tak samo jak u zarania tych wszystkich opowieści, prawdziwe, autentyczne coś.
Tak jak w przypadku tych książek, które opowiadają o tych lightworkerach, tych wszystkich kosmicznych historiach. U zarania stoi rewolucja lat 60. i przepisywanie cudzych tripów po LSD tudzież opisywanie własnych tripów po LSD, ale bez tej adnotacji, że to jest właśnie po LSD, tylko powiedziane, że to Plejadianie po prostu wysłali mi informację. Myślę, że się po prostu boją. Wiadomo, substancja nielegalna. Drążąc dalej temat, myślę, że tym zbawczym działaniem na ludzi są nie techniki, które się propaguje na tych spotkaniach, gdzie się próbuje wytresować nas jak takiego policyjnego psa, tylko sam fakt tego, że się wszyscy spotykamy razem, że tworzymy społeczność owych doświadczeń, że każdy z nas pochodzi z innego backgroundu emocjonalnego, można powiedzieć. Każdy z nas ma w sobie inne emocje, inną historię, inne opowieści. I kiedy spotkamy się razem, czy chcemy, czy nie, one automatycznie ulegają weryfikacji. Ta energia, która jest niewidoczna, ulega weryfikacji. Musimy po prostu znaleźć się na wspólnej płaszczyźnie.
Czy znamy język, czy nie znamy języka. Cokolwiek by nie było, wyobraźmy sobie, rozbijamy się na bezludnej wyspie. Jest parę osób, każdy mówi w zupełnie innym języku. I co mamy do zrobienia? Musimy zbudować pewną platformę wymieniania sobie tych doświadczeń. Bo co chcemy zakomunikować sobie nawzajem? Swoje własne doświadczenia. To nie jest tak, że rozbijamy się na wyspie, na której znajdujemy jedną książkę i wszyscy się na pamięć uczymy teraz tej książki, po czym budujemy ołtarzyk, a następnie modlimy się do tej książki. To nie o to chyba chodzi. Moim zdaniem ta cała terapeutyczna działalność związana z warsztatami, z tymi coachami, z tym całym bullshitem, bo dla mnie jest to generalnie bullshit, jest niczym więcej jak wyłącznie taką zdrową działalnością, która już zginęła w dzisiejszych czasach.
Z takim naturalnym zbieraniem się w społeczności, które mają jakiś wspólny punkt, który je łączy, który je interesuje, jakieś wspólne coś. Wszyscy chcą kopać tą samą piłkę do tej samej bramki, mówiąc językiem sportowców. I na tym polega cała ta terapia i na tym polega fenomen tego, że stawia nas to na nogi. I to nie zależy moim zdaniem ani od techniki, która jest tam wykładana na tych warsztatach, ani od teologii, która jest tam sprzedawana, ani od sumy, którą się płaci za te warsztaty, ani od tego, ile one trwają. To nie ma nic do rzeczy. Co najwyżej po prostu tak się zdarza, że budujemy takie wspólne pole morfogenetyczne, które powoduje, że zaczynamy widzieć coś więcej niż do tej pory, niż zwyczajnie mówiąc czubek własnego nosa. Ale o tym to może za chwilę, bo ja chcę tu dzisiaj popuszczać troszeczkę muzyczki, bo tak utkwiłem troszeczkę na tych książkach, lightworkerach, a tu jeszcze kilka refleksji, które chcę wam rzucić i kilka dźwięków, które chcę wam puścić, żeby nie było tak, że w sobotę bez muzyki. No jak to tak? To posłuchajmy zatem. Posłuchajmy, jak to wszystko się zapada.
RadioNaFali.com. Hiperprzestrzeń. Jak gdyby nigdy nic. Transmitowana też w Radiu Paranormalium. Ja mam na imię Tomek, a Skype do mnie, jak chcesz się odezwać, droga słuchaczko albo drogi słuchaczu, to oczywiście RadioNaFali.com na Skypie. Zapraszam serdecznie. To ja dalej z tym leczeniem w ogóle, z tą terapeutyczną rolą warsztatów. Słuchajcie, terapeutyczna rola tych warsztatów ma jeden taki elementarny punkt. Właśnie to, że spotykamy się razem i że wykonujemy dokładnie te same czynności. Jeżeli ktoś z was słucha wytrwale „Hiperprzestrzeni”, to na pewno pamięta odcinki o propagandzie.
Jak jest konstruowana propaganda. Bo dokładnie za każdym warsztatem, każdym treningiem, za każdym coachem, za każdym cwaniakiem, który chce nas wydoić z kasy, opowiadając, że zmieni nasze życie w ciągu ułamka sekundy, jest dokładnie ta sama historia. Jak za propagandą. Stoi dokładnie ten sam mechanizm. Mechanizm polega na tym, że grupa ludzi w określonych cyklach wykonuje dokładnie te same czynności i tworzą energię, która następnie ich zaczyna wypełniać i zaczyna, że tak powiem, produkować jakieś kolejne elementy tej układanki. Ale żeby to wszystko się mogło pojawić, zamanifestować, to każdy z osobników, który się spotyka na końcu w tym jednym pokoju czy w jednym pomieszczeniu na tych warsztatach, musi przynieść tą całą historię ze sobą. To nie jest tak, że to tam się dzieje historia. To jest taki propagandowy wybieg sprzedawany często przez podpierdalaczy zwanych politykami, którzy mówią: „To tu się dzieje historia teraz”. Nie, synu, historia już się dawno wydarzyła. To ty chcesz tylko zabłysnąć tutaj, bo twoje ego po prostu nie pozwala ci zamknąć buzi i spokojnie odejść i zająć się uczciwymi sprawami w swoim życiu, a nie okradaniem, manipulowaniem ludźmi.
I podobnie wygląda tutaj. Po prostu wspólna grupa ma zawsze takie działanie. To jest ta cała historia, chociażby związana ze snami, moi drodzy. Dlaczego te plemiona są zdrowe, w których się opowiada sny? Ponieważ właśnie grupa ludzi się schodzi z czymś. Każdy przynosi coś do tego garnka. To jest jak gotowanie obiadu. Niczym to się za bardzo nie różni. Jeżeli chcemy się wszyscy najeść, bywamy głodni albo nie potrafimy gotować. Może bardziej nie potrafimy gotować i nie za bardzo chcemy to ogarnąć.
Mamy taki problem własnej natury egocentrycznej, że nie chce nam się zmywać garnków, nie chce się kroić marchewki i tak dalej. Pewnego dnia się przełamujemy i idziemy na warsztaty gotowania, gdzie staramy się dowiedzieć, gdzie jest zabawa w tym wszystkim i jak zrobić to tak, żeby wreszcie po raz pierwszy nas cieszyło, bo w naszej kuchni nas nie cieszy. To była mordęga i na pewno jest jakaś technika, coś w rodzaju magicznej tabletki, pigułki, którą można połknąć i w tym momencie gotowanie będzie nas absolutnie cieszyło, rajcowało, stanie się pasją naszego życia. Jeszcze nauczymy się jakichś specjalnych technik gotowania niczym najlepsi master chef on this planet. Wtedy już w ogóle będziemy wymiatali i ludzie będą mówili, że niesamowicie gotujemy i to, że ludzie będą nas klepali po plecach, da nam taką energię, że zaczniemy się rozwijać w tym kierunku. Od tego momentu każdy posiłek, który ugotujemy, będzie smaczny i cudowny. Nie wiem, czy tak do końca jest. Na pewno, jeżeli się zbierzemy z zamiarem ugotowania obiadu i wszyscy zapomnimy wziąć ze sobą składniki do tego obiadu, to poza garnkiem właściwie nie będziemy mieli nic. Generalnie do tego garnka trzeba jeszcze coś wrzucić, żeby ugotować jakiś obiad. Naturalnie, czy chcemy, czy nie, ponieważ każdy z nas jest elementem tego kosmosu, częścią tego kosmosu, częścią tej układanki.
Każdy z nas jest lightworkerem, każdy z nas jest plejadaninem. Może nie każdy, ale większość z nas chyba tak. Każdy z nas jest z kosmosu, czy chcemy, czy nie. Mieszkamy w środku kosmosu, gdzieś na statku kosmicznym o nazwie Ziemia. Także ciężko było traktować się jako ktoś inny. Z tego punktu widzenia każdy z nas ma tą historię w sobie. Naturalnie to są te wszystkie nieuświadomione lęki, nieuświadomione radości i tak dalej. Wszystkie te sprawy, które normalnie olewamy po to, żeby później przyjść na taki warsztat i się dowiedzieć, że wszystko to, co olewaliśmy, jest istotą nas samych. Wtedy jak nam ktoś powie, to mówimy: „Aha, może faktycznie tak jest”. Ale żeby tak było, żeby to mogło coś spowodować w nas, jakieś tąpnięcie i być może, oby tak było, coś dobrego, to każdy z nas musi przyjść z tą historią.
Ja twierdzę, że ta historia jest w każdym z nas i że żaden z tych ludzi mówiących o sobie, że jest coachem czy cokolwiek, nie jest w stanie nikogo nauczyć. To jest taki troszkę, nie wiem, czy dramat cywilizacyjny. Jest to takie odbicie tej cywilizacji w skali mikro od tego, co mamy w skali maksymalnej w postaci korporacji. Przecież tam jest dokładnie to samo. Wszyscy idą na firmowy piknik, firmowa kolacja, firmowe zabawy grupowe. Tu jest dokładnie to samo, tylko że już operujemy na czymś innym, bo o ile w pracy operujemy na naszym portfelu, naszej zdolności kredytowej, tutaj, kiedy się przenosimy do tego innego świata, operujemy na naszym dobrym samopoczuciu się po pracy tak, żeby nas szlag nie trafił, kiedy zaczniemy się zastanawiać, czy nasze życie ma sens. To są takie sytuacje, które powstrzymują niektórych chyba przed tym, żeby ich szlag nie trafił, bo przypadkiem mogłoby się okazać, że są częścią tej całej struktury przestrzeni i że de facto są strukturą tej przestrzeni, że nie ma nic do odkrywania, nie ma nic do nauki, nie ma nic do motywowania. Nic tego. Wszystko jest w nas, wszystko w nas siedzi i czeka, aż sami pozwolimy temu wyjść na zewnątrz. Szczęśliwie akurat tak się składa czasami, że niektóre z tych treningów, nie wiem, jak to się nazywa, to jest coaching, tak?
Czasami w kimś coś tam obudzą, ale to też naprawdę myślę, że to jest taka fetyszyzacja. My lubimy widzieć sens naszego życia poza nami. To jest historia związana z kasą, moi drodzy. Tak samo jak widzimy sens naszego życia w naszym portfelu i z tym, ile możemy wydać i jak możemy żyć, na jakim standardzie i co możemy mieć, to dokładnie to samo jest w naszej głowie od tej drugiej strony. Tylko że tutaj nie ma kwestii kasy, tylko kwestia kasy została zastąpiona dobrym samopoczuciem się przy kasie. To jest taki fetysz troszeczkę, bo czujemy się gównianie i wiemy, że na przykład robimy taką robotę, która niszczy połowę świata i naprawdę nie jest nam z tym dobrze. Nawet jeżeli udajemy, że jest z tym dobrze, to gdzieś nasz organizm się buntuje, bo przecież wybijamy drugą część planety, udając, że wszystko jest okej. Także nic się nie stało. Po prostu another day, another dollar, jak mawiają co poniektórzy, ale to boli, bo zabijamy sami siebie. Niszczymy swój własny statek kosmiczny, na którym podróżujemy.
Nie zbieramy własnych doświadczeń, ponieważ nasze własne doświadczenia mogłyby nas wyrwać na taką orbitę, z której byśmy już nie wrócili do tej zdolności kredytowej prawdopodobnie albo i wrócili. Kto to wie? Właśnie tego nikt nie wie. Wszyscy szukają tej stabilności, tego czegoś, co jest przewidywalne. Jedynym, co jest przewidywalne, to jest przewidywalna opcja warsztatów, ponieważ warsztaty trwają od do i wiadomo, wszyscy czują to podświadomie, że właściwie nic tam się za bardzo nie dzieje, poza tym, że dowiadujemy się kilku technik i dopóki nie zaczniemy korzystać z tych technik i tak dalej, dopóki nie wykonamy jakichś masakrycznych kroków, do tego momentu i tak nie będzie działało. A szczęśliwie są też te techniki, że na przykład kiedy mózg nam podpowie, że tu nie powinniśmy jej stosować, a tam powinniśmy, to sobie ją tak troszkę tuningujemy. Stąd się biorą te wszystkie teorie na temat jak wyglądają wszystkie te pozostałe światy i tak już opisywane i próba opowiadania nam tego, jak wygląda nasze życie przez innych ludzi, którzy właściwie sami chyba nie przeżyli własnego życia i próbują troszkę definiować nasze działania, kim jesteśmy, co robimy i tak dalej. Szukanie głosu z zewnątrz w zastępstwie twojego własnego głosu, który mamy w swoim własnym sercu i swojej własnej głowie. Szukamy na zewnątrz. Tam chcemy znaleźć rozwiązanie naszych problemów.
Jest to związane, co by tu nie mówić, z naszym egocentrycznym tripem. Gówniana jest sytuacja, w której zauważamy, że właściwie jedyne problemy, jakie mamy, to te, które my sami generujemy. Jest to taka dosyć kiepska opcja, żeby sobie uświadomić. Lepiej jest pójść na warsztaty i za pomocą kogoś rozładować te problemy, tak zwyczajnie. Wiadomo, że możemy zrzucić na kogoś, że to nie jest nasza sprawa, że on nam pomoże to załatwić. On zrobi za nas zakupy, wytrzepie dywan, umyje okna. Wygoni złe duchy. Rozumiecie? A my usiądziemy, poczekamy, popatrzymy tak, żeby przypadkiem nasza zdolność kredytowa i budowanie tego nowego, wspaniałego świata przypadkiem się nie zachwiało. Żeby cały czas było tak, jak było.
Ja tu jestem troszeczkę z boku tego wszystkiego, bo dla mnie te teorie są fajne, ale na papierze. Ciekawy koncept intelektualny do przeczytania, wszystko jest okej, natomiast są to tylko i wyłącznie działania czysto teoretyczne. To się dokładnie pokrywa ze współczesną nauką akademicką. Wszystkie te kwestie lightworkerów i tak dalej, bo tam się często też spotyka takie odwołania właśnie do tej akademickiej nauki, do kwantów, do powiększającego się wszechświata. I to już wiadomo, że to jest wszystko ściema na maksa, bo ta nauka dokładnie tkwi w tym samym problemie. Absolutnie w tym samym problemie. Wszystko to, co sobie wymyślili, jest fantazją naukową, jest taką książką science fiction, którą za pomocą aklamacji, czyli na 100 naukowców 80 się zgodziło, przyjmujemy to za prawo. Dlaczego się tych 80 zgodziło? Bo pracują dla korporacji, która akurat sprzedaje substancję chemiczną XYZ. Dzięki temu finansują badania naukowe nad tym, żeby stwierdzić, że to naprawdę nie szkodzi.
Także wszyscy chcą żyć dostatnio. Nikt nie chce być biedakiem, także wszyscy głosują za. Aklamacja to teraz jest prawo. Dzięki temu będziemy bogatsi, dzięki temu będziemy mieli więcej. I do tego się to sprowadza. To jest taki paradoks właśnie tych warsztatów, że tam ludzie wychodzą, opowiadają o liderach, o tym, jak kształtować swoją osobowość. Szaleństwo. Dobrze, nie każą tam nikomu się jeszcze związywać i wieszać pod sufitem. To by było przerażające. Słuchajcie, jest to odbicie takiego normalnego świata, który mamy.
Jest to, tak jak wspomniałem, odbicie tego, co się dzieje w korporacjach, tylko rzeczywiście nie chcemy tego nazywać korporacyjnym stylem życia, bo po prostu lubimy tak polaryzować, że akurat przez te osiem godzin, kiedy nie jesteśmy w pracy, robimy coś pożytecznego, a przez te osiem godzin w pracy to robimy trochę mniej pożytecznego. Jakoś tak to traktujemy. Taka fetyszyzacja. Mamy swoją religię, jesteśmy raz w jednej szufladzie, raz w drugiej. Nie ma dysonansów. Każda szuflada ma swoje własne zasady. Szczęśliwie jak się pokrywają, bo wtedy można przyjść do pracy i powiedzieć komuś: „Wiesz, byłem na warsztatach, odkryłem swoją osobowość”. Rozumiesz tego typu historie, proszę państwa, tego typu. Ja do końca nie kumam tego wszystkiego. Dla mnie jest to dokładnie taki kult cargo jak podążanie za liderem.
To jest ta sama historia, że jedni wyznają krzyżyk i wszędzie ten krzyżyk muszą władować, drudzy z kolei wszędzie muszą władować jakiegoś mema z Facebooka. To jest dokładnie to samo. Każdy ma swoją teologię, którą sprzedaje. No, może nie każdy. Szczęśliwie nie każdy, tylko część. I ta nieszczęśliwa część nieustannie sprzedaje cudze pomysły. Nigdy nie sprzedają własnego pomysłu, nigdy nie sprzedają własnego doświadczenia. Zawsze jest to coś, co ktoś przeżył i powoływanie się na kogoś. To jest klasyczny numer dyskutowania o książkach, bo ten autor napisał to, a tamten napisał tamto, a siamten napisał tamto. Ja w ogóle jestem przeciwnikiem takiego podejścia.
Uważam, że w ogóle czas najwyższy przy opisie tych doświadczeń pokusić się o zadanie pytania na temat konsekwencji działań. Bo jeżeli chcemy się zmieniać, a nikt tak naprawdę do końca nie wie, na czym polega proces transformacji, ponieważ ten proces transformacji, przynajmniej nas samych, jest indywidualny. Każdy z nas, tak jak wspomniałem, ma własną historię do przerobienia, własne sprawy, własne życie. I nie ma tutaj czegoś takiego jak techniki. Tu, jak książę Edward wspomina nie raz, nie dwa, każdy mistrz ma swoją technikę, czyli każdy de facto jest mistrzem. I na tym cała historia polega. Tutaj nie ma miejsca na teorię, to jest miejsce tylko i wyłącznie na praktykę i na konsekwencje tej praktyki. Czyli jeżeli coś zrobimy, nalejemy wody do garnka, włączymy ogień pod tym garnkiem, to zacznie się gotować. To jest konsekwencja działań tego, że włączyliśmy ogień. I tak to wygląda.
Cała historia z tym testem z LSD w latach 60. z tym kolorowym autobusem, który mknął przez Amerykę, polegała na tym, że grupa, która prowadziła ten autobus, zaopatrzyła się w potężne zapasy LSD i jeździli od miasteczka do miasteczka, oferując każdemu mieszkańcowi darmowy acid test, czyli test LSD. Każdy mógł przyjść, dostać swoje LSD, usiąść sobie razem z nimi i przedilować tą całą historię. I wszystko było okej. I to jest moim zdaniem jedyne sensowne rozwiązanie. To jest dzielenie się takim prawdziwym doświadczeniem. Czyli jeżeli człowieku chcesz przeżyć to, co ja przeżyłem, to musisz generalnie wskoczyć w tą samą historię. Musisz zderzyć się z tym samym w sobie. To nie jest tak, że ja ci cokolwiek opowiem i że to cokolwiek zmieni, transformuje. Jak mówię, jestem tutaj naprawdę przeciwnikiem takiego podejścia, że ktoś zrobi coś za nas.
Inna sprawa, że nigdy w życiu mi się nie zdarzyło zobaczyć czegoś takiego w działaniu w życiu. Absolutnie. Wyznaję tutaj taki troszkę naturalistyczny punkt widzenia, bym powiedział, czyli zamiast tej całej fetyszyzacji, wymyślania sobie takich barier tylko po to, żebyśmy mieli tą iluzję kontroli, że kontrolujemy proces transformacji. Bo te warsztaty są tylko po to, moim zdaniem, to jest moja być może daleko wysięgająca refleksja i też chciałbym tutaj zaznaczyć wszystkich warsztatów, że robimy to tylko po to, żebyśmy niczego nie zrobili. Tak, dokładnie. Dobrze usłyszałeś słuchaczko, dobrze usłyszałeś słuchaczu. Te warsztaty, te treningi, ci kolesie i dziewczyny, którzy nazywają się coachami, są tylko po to, żeby nic nie zrobić. Taka jest esencja tego wszystkiego. Do tego się to sprowadza, bo to są ludzie, którzy odgrywają taką rolę przed nami, że biorą na siebie część naszych problemów, przez co dzięki temu mogą powiedzieć, że właściwie mają jakieś tam uniwersalne rozwiązania na całą tą historię. W rzeczywistości tych uniwersalnych rozwiązań nie mają na nic.
Są tylko rozwiązania dotyczące takich indywidualnych historii. Jedynie możemy się spotkać w tym jednym tajemniczym punkcie, w którym przechodzimy granicę światów. I nikt nam nie może tego opowiedzieć. Co najwyżej możemy sobie sami poopowiadać, jak było i jak się tam czujemy i jakie są nasze refleksje z tego wszystkiego. Ale to już jest konsekwencja działania. Działaniem jest wdepnięcie w to i poznanie tego na własnej skórze. Tak jak wspomniałem, jestem zwolennikiem naturalistycznego punktu widzenia. Nie fetyszyzacji, nie ubierania wszystkiego w kolorowe sukienki, wstążki i tak dalej. To musi być proste działanie. W moim przypadku chociażby psylocybina i w ciepły, miły wieczór prosto na łąkę, z dala od ludzi.
Nie do książki o Plejadanach, nie do książki o lightworkerach, nie do rewelacji Davida Icke’a, nie do tych wszystkich szaleństw, tylko do samego siebie. Co tak naprawdę znajduję w sobie? To jest odpowiedź na to pytanie, co jest tym kosmosem we mnie. Myślę, że stąd się bierze cała istota komunikacji. Cokolwiek mamy najlepszego, mamy to w sobie. Reszta, to, co jest na zewnątrz, jest różne, bardzo dyskusyjne. Oglądając się na cywilizację, którą mamy dookoła, stwierdziłbym, że reszta to jest taki troszkę bardziej ściek. To, co my robimy, próbując zorganizować się za pomocą tresowania, trenowania coachami, szkoleniami czy tego typu bzdurami, to jest taka próba polewania kamieni miodem i wcinanie tych kamieni. Miód to jest fajny dodatek. Dzięki temu kamienie dostają jeszcze bardziej szlachetnego smaku, niż miały przed chwilą.
To jest dokładnie taka sama sytuacja. Proponuję inną sytuację: zostawić te kamienie i zjeść sam miód z tego. Naprawdę człowiek nie musi jeść kamieni. Jeżeli chcemy coś zrobić, jeżeli chcemy transformować, to po prostu zróbmy to. To jest taka historia z tak zwaną decyzją samuraja, że samuraj, kiedy podejmuje decyzję, podejmuje ją tylko raz i nie ma odwrotu. A te wszystkie szkolenia, warsztaty, coache to jest tylko po to, żebyśmy mogli podejmować tą decyzję na te parę godzin, na ten bardzo krótki okres w czasie, po to, żebyśmy mogli z powrotem wrócić do tego swojego starego ja w cudzysłowie. Jak wrócimy do tego swojego starego ja, to już nie musimy ponosić odpowiedzialności za to. A jeżeli się pojawi jakiś taki w głowie dzwoneczek, który dzwoni, że coś jest z tą odpowiedzialnością za nasze czyny nie tak, to my z powrotem wracamy na ten trening, z powrotem udajemy oświeconych i tak dalej. Ale w rzeczywistości nie widać konsekwencji naszych działań. Ja się zawsze śmieję, że w czasach, od kiedy szalony trend, żeby się trenowanie, warsztaty rozwoju świadomości i tak dalej.
To już trwa chyba z 30 lat i jak się okazuje, absolutnie nic nie zmieniło. To, co zmienia świat, to zmieniają jednostki, które transformują w sobie indywidualnie i następnie z całym zestawem tych wszystkich wniosków wyruszają w świat i wyrzucają je wszędzie, gdzie się da. I to wszystko. I na tym cała historia się kończy. Następnie zbierają kolejne wnioski, wyrzucają kolejne wnioski. Przychodzi kolejna grupa, która zbiera kolejną część doświadczeń, wyrzuca te refleksje, które na podstawie tych doświadczeń w nich powstają i konsekwencje ich życia, ich działań zaczynają dotykać tą całą rzeczywistość. I to się zaczyna zmieniać i wszystko zaczyna być naprawdę okej. W sensie sama komunikacja, z której korzystam dokładnie fizycznie w tym momencie, czyli chociażby internet, za pomocą którego do was w tym momencie mówię, pochodzi właśnie od takich doświadczeń po LSD. To była wojskowa struktura, która chodziła na faksach, czy jakoś tak, ale w rzeczywistości, gdyby nie wizje po LSD, to nikt nie wpadłby na pomysł, jak by to zmontować. Podobnie jak z mikroprocesorem, podobnie jak z kodem DNA i całą resztą.
Tutaj nie ma takiej historii, że ktoś z nas pójdzie na trening, coaching i się czegoś nauczy, bo coach go nauczy. Zawsze mam taką obawę, że ludzie, którzy chcą trenować innych ludzi, to są z reguły ci, którzy się strasznie boją samych siebie i swojej samotności. Takiej rzeczywistej samotności. Oni po prostu muszą mieć kogoś, komu przekażą jakieś zasady. A tu nie ma żadnych zasad. Jeżeli jest jakaś zasada, to właśnie taka, że nie ma żadnej. Poza tym, że jesteśmy strukturą w tej przestrzeni i że nasze działania mają konsekwencje. Także bardzo łatwo sobie sprawdzić, czy przypadkiem są konsekwencje z tych działań, czy jest chleb z tego pieca, czy z tego pieca chleba nie ma. I to od razu widać. Ciekawą rzeczą jest to, co się dzieje z reguły w świecie europejskim, który jest zmasakrowany tą szaloną cywilizacyjną teologią, kiedy spotyka tak zwane wschodnie praktyki medytacyjne i wszystkie te historie, które pochodzą ze Wschodu.
I wtedy powstaje zawsze taki dziwny miks, bo o tyle, o ile te praktyki, które przychodzą ze Wschodu, są czyste, jest okej, one mają swoje działanie. Tam nikt nikogo nie uczy. Tam zawsze zasada jest dosyć prosta: uczysz się sam. Ja ci co najwyżej mogę pokazać drogę, która ci pomoże się lepiej ogarnąć, ale niczego cię nie uczę. Ty się sam uczysz. Tam wszyscy się sami uczą. To jest taka pierwsza elementarna zasada. I kiedy wszyscy się sami uczą, wszystko jest okej. Natomiast kiedy trafiło do Europy, to się zaczęło od właściwie duplikowania tego samego modelu, który mamy od kołyski, czyli tego modelu cywilizacyjnego, że jest prezydent, premier, armia, wszyscy ci psychopaci, cała ta struktura społeczna, jest bank, policja, coś tam jeszcze, są jakieś zasady, bo wszyscy się boją tego, co będzie jutro. I wszyscy wymyślili, że jak zrobią z siebie stado niewolników, to jutro będzie bardziej przewidywalne.
Aplikujemy dokładnie ten sam schemat do tych wszystkich praktyk wschodnich. I nagle się okazuje, że wschodnie praktyki w Europie są nauczane. To jest fenomenem, że ludzie w Europie są uczeni wschodnich praktyk, że tu są nauczyciele, a na Wschodzie nie ma nauczycieli. Są tylko ludzie, którzy żyją zgodnie z tymi zasadami. A ci, którzy akurat nauczają praktyk, to są ci, którzy prowadzą takie aśramy dla białych, którzy przyjeżdżają po to, żeby wydać dużo kasy chyba. Saibaba był takim koleżką, który był bardzo utalentowanym sztukmistrzem, bardzo utalentowanym, wręcz nieprzeciętnie utalentowanym i zarabiał całkiem nieźle na białych, pokazując im te sztuczki. Natomiast lokalni nie wierzyli w niego, bo lokalni wiedzieli, o co w tym wszystkim chodzi. A my lubimy się nabierać na tą materię, bo żyjemy w tej materii i staramy się wybudować taki interfejs, który pozwoli nam zatrzymać wszystkie te materialne zdobycze naszej cywilizacji. Wszystkie te szaleństwa, które są dookoła nas, które ciągle polewamy tym miodem, żeby nam nie przestały smakować, niezależnie od tego, jak niszczą nam zdrowie, rujnują życie i niszczą całą przyrodę dookoła. To nie jest istotne.
Grunt, że działa. Mamy to w ręku, możemy to trzymać i jest okej. Staramy się zatrzymać wszystko, co tylko możemy, a jednocześnie staramy się rozwijać duchowo. Dlatego jest potrzebny w tych europejskich warunkach ktoś taki, kogo nazywamy coachem, bo to jest ktoś, kto nam mówi: „Wiesz, jestem pośrednikiem pomiędzy tą tradycją a tamtą. Nie musisz być taki. Ja ci dam tutaj metodę, zasady. Będziesz wstawał codziennie rano o szóstej, wystawiał szklankę na okno, robił coś tam jeszcze.” Wiecie, o co chodzi. Wszystkie dziwne zasady, które tam sobie ludzie wymyślają po to, żeby tak zwani followersi podążali, mieli tą rutynę bez zrozumienia jej istoty. Ta rutyna buduje po prostu społeczność i ta społeczność czyni ludzi szczęśliwszymi. I później powstają takie hocki i klocki, że: „Wow, te warsztaty, po nich odżyłem, po nich po prostu jestem już sobą.” Ja z dystansem, moi drodzy, z bardzo dużym dystansem do tego podchodzę, chociażby dlatego, że w pewnym momencie swojego życia postawiłem na samego siebie.
Co tu dużo mówić. Jakoś się okazało, że właściwie nie mam nic innego do roboty, jak postawić na samego siebie. I stąd się wzięła cała ta historia, którą wam dzisiaj opowiadam. To może zanim zacznę opowiadać dalej, to ja tutaj, proszę państwa, włączę jakąś muzyczkę, bo tak sobie gadam do tego mikrofonu. To jakaś muzyczka taka w sam raz, na temat. Radio Nafal.com. Hiperprzestrzeń, moi drodzy, retransmitowana w Radiu Paranormalium jak gdyby nigdy nic. Właśnie tak wspomniałem o tym naturalistycznym punkcie widzenia i o tych testach osobowości, bo ten test kwasu, o którym wspomniałem, robiony w latach 60. za pomocą tego radosnego autobusu, który przemierzał Amerykę, był niczym innym jak testem swojej własnej osobowości dla każdego, kto wrzucił tego kwasy, kto się z tym po prostu zmierzył. I to tak solidnie się zmierzył.
Ja tu w ogóle chciałem uderzyć do takiej konkretnej kwestii związanej właśnie z braniem pewnych technik do naszej cywilizacji i miksowaniem tego z takim bardzo materialistycznym punktem widzenia świata, bo właściwie do tego zmierzam, co tu dużo mówić, że te psychoaktywne doświadczenia mają swoją bardzo specyficzną naturę, są niezmienialne od milionów tysięcy lat. Tam zdobywamy informacje, tak się rozwija świat i tak dalej. Tam jest ta cała granica pomiędzy wymiarami, którą przekraczamy, przenosząc informacje tutaj, przenosząc informacje dalej i tak dalej. Wszystkie te historie. Nie chcę się rozwijać na ten temat, bo temat jest naprawdę wielki, gruby, głęboki. Pewnego dnia i tak się porozwijam na ten temat trochę więcej. Zresztą i tak się rozwijam w tej hiperprzestrzeni na te tematy, także bez przesady. Chodzi o to, że połączyliśmy te techniki w taki sposób, w jaki zwykliśmy łączyć w Europie egzotyczne kuchnie tak, żeby smakowała nam po europejsku. Czyli generalnie chińska restauracja w Europie serwuje coś, czego Chińczyk w życiu na oczy nie widział. To jest taki standard, że po prostu tam się sprzedaje coś, co właściwie udaje chińskie jedzenie, bo taki normalny człowiek z Europy, gdyby miał zjeść taki stuprocentowy chiński obiad, to by go wykręciło i spędziłby kolejne pół godziny w toalecie, zdaje się.
Także nie zadziałałoby specjalnie. Dlatego w Europie te chińskie restauracje w znakomitej większości sprzedają coś, co się nazywa chińszczyzną czy tam azjatyckim, czy innym jedzeniem, ale nie ma to tak za bardzo nic wspólnego z tym oryginalnym chińskim jedzeniem. I dokładnie jest z tymi technikami często używanymi właśnie podczas tych warsztatów organizowanych przez tak zwanych białych ludzi stąd, którzy twierdzą, że poznali na tyle prawd, że zostali nauczycielami i chcą uczyć innych. Słuchajcie, jest taka ciekawa historia. Opowiem wam, jak wygląda ceremonia peyote. Inna sprawa, że ceremonia peyote nie jest tak zdefiniowana tylko i wyłącznie do jednego sposobu jej robienia. Ja wam opowiem o jednej technice, która jest dosyć znana i to jest właśnie taki klasyczny miks pod tytułem jak się robi białych w konia. Jak sami właściwie biali się robią w konia, wymyślając sobie coś, co nie istnieje, czyli próbując robić chińskie jedzenie po europejsku. Więc jest coś takiego jak sauna, którą się buduje na pustkowiu. Dobra, to może zacznę od początku.
Opowiem po prostu, jak wygląda ten ceremoniał od początku do końca. Więc pierw dżentelmen, który chce uczestniczyć w tej ceremonii peyote, jest poddawany takiej pierwszej próbie, czyli generalnie musi się udać na pustynię. Zwyczajnie musi ruszyć dupsko i przejść się na to miejsce. Oczywiście nie wszystkie techniki dotyczą chodzenia na pustynię. W dzisiejszych czasach niektórzy dojeżdżają tam autobusami. Poważnie. Tak już to wygląda w dzisiejszych czasach, ale normalnie trzeba przejść ileś tam dni, generalnie żyjąc na pustyni przez około tygodnia, paru dni, to zależy jak długa pielgrzymka, jak krótka. Po prostu taka pielgrzymka przez pustynię do miejsca, gdzie rosną kaktusy. I to trzeba przejść od początku do końca. Wstrzemięźliwość seksualna, wstrzemięźliwość od jakiegokolwiek brania rzeczy, których nie potrzebujemy.
W takiej wyprawie generalnie człowiek bardzo szybko zostawia to, czego nie potrzebuje, bo na pustyni jest gorąco, wszystko zaczyna ciążyć. Także wszystkie zbędne elementy, które naprawdę nie są istotne do przetrwania naszego życia na pustyni po prostu wyrzucamy, nie bierzemy ich ze sobą. I podobna selekcja dzieje się w naszej głowie, bo nie mamy całego tego zachwycającego świata pierdół, który nas ciągle mami nową wojenką, którą musimy się zajmować i robić jakieś analizy geopolityczne w głowie, które i tak są gówno warte, bo i tak wszystko jest ustawione z góry. Albo zajmować głowę tym, kto wygra mecz pięściarski, albo kto pierwszy dobiegnie, albo ostatni, albo komu się uda. Tam te wszystkie myśli wylatują z głowy, bo i też są ku temu sprzyjające warunki. Nie ma dookoła telewizora, nie ma innych rzeczy, trzeba się po prostu ogarnąć. Jest hardkorowo, bym powiedział. Gorąco, kurz, piasek, nic do robienia poza przemyśleniem, co się ma w głowie i co też z głowy powoli wypada, bo się okazuje, że coraz mniej spraw ma znaczenie dla naszego życia. No i dochodzimy do tego właściwego miejsca. I co się dzieje w tym właściwym miejscu?
W tym właściwym miejscu, po tej pielgrzymce, kiedy są już zebrane kaktusy. Ja też nie będę opowiadał o tym, kto zbiera kaktusy, jak się zbiera. To jest cała historia dookoła tego. Tego wam oszczędzę, bo to jest długa historia, w każdym razie. Także dzisiaj nie o peyotii. Inna sprawa, że nie jestem naprawdę ekspertem od peyotii, także nie chciałbym was wprowadzać w jakieś maliny ani w żadne kaktusy, żebyście się nie pokłuli przypadkiem. No i co się robi, kiedy już wszyscy są na właściwym miejscu? No więc delikwent, który na przykład po raz pierwszy robi tą ceremonię, musi przejść pewien, nie obrządek. My to nazywamy obrządkiem w naszej kulturze. Musi przejść test, czy się ogarnia chłopak sam ze sobą, bo trip jest naprawdę potężny.
To jest wyprawa po prostu w kosmos i to taka solidna. No i się buduje saunę na pustyni, się generalnie robi taką dziurę w ziemi, rozpala się duże ognisko obok, podgrzewa się tam kamienie w tym ognisku, następnie się wrzuca do tego dołu, zasypuje troszeczkę ziemią, następnie samemu się wchodzi do tego dołu. Przykrywa się to wszystko skórami, tak że w środku robi się po prostu sauna. Co tu dużo mówić. I to taka ekstremalna sauna. Sauna na pustyni. Bardzo takie pojechane doświadczenie. I jak wygląda ten test na pustyni? No więc ten delikwent razem z szamanem siadają w owej jamce w ziemi, przykrywają się i siedzą tam razem przez całą noc. Tak zwyczajnie panowie zostają i siedzą przez całą noc.
Jest tak gorąco, jest tak dyskomfortowo. Organizm po prostu tak świruje. Jeżeli chcemy sprawdzić naszą psychikę, no to to jest takie idealne rozwiązanie, bo właściwie wszelkie receptory, które mamy na skórze, wszelkie receptory, które mamy fizycznie, dostają kompletnego obłędu. Jedyne, co nas trzyma w kupie, jest to, co mamy między uszami i to, co nazywamy sercem, czyli to, kim jesteśmy, nasza prawdziwa istota. To trzyma w kupie cały ten fizyczny świat i musimy wytrzymać całą noc w tej jamce, w której jest cholernie gorąco niczym w hucie. No i szaman siedzi, nas obserwuje, czy przypadkiem nam nie odbije, bo jeżeli na przykład nagle w pewnym momencie się zerwiemy na nogi, wyskoczymy stamtąd, no to znaczy, że się nie nadajemy na peyotii. Nie nadajemy się, zamięcy w butach jesteśmy. Może być tak, że nami tak pozamiata, że właściwie może zrobić nam poniekąd krzywdę, że nie ogarniemy tych wszystkich mocy, które przyjdą od peyotii. Także sprawdza się dżentelmena w ten sposób, robiąc mu właśnie taką saunę. Podobne techniki występują w innych plemionach, czasami bez rozgrzewania kamieni.
Po prostu zakopuje się delikwenta w ziemi i się go tam zostawia i on musi w tej ziemi po prostu sam przeleżeć. Czasami sam, czasami z szamanem, który siedzi obok i sprawdza, czy przypadkiem delikwent nie zwariował. I to są takie praktyki. Na pewno część z was, która się interesuje tematem, a myślę, że wszyscy się interesujemy tymi tematami, zauważyła, że są takie warsztaty, gdzie się ludzi zakopuje w ziemi i tak dalej, i tak dalej. Wszystkie te historie to jest dosyć popularne aktualnie w Polsce. Także myślę, że każdy z nas gdzieś tam albo przez znajomych, albo samodzielnie trafił na ślad takich praktyk, że ktoś tam obiecuje tak zwany szaman. Szaman, że obrządek szamański za jedyne 9,99 i obrządek szamański polega na tym, że zakopuje się, robi się dziurę w ziemi i w tej dziurze trzeba spędzić całą noc. Sí. I to jest dokładnie to robienie chińskiego jedzenia po europejsku. Bo ta historia to, że my lądujemy na całą noc w owej jamie, odcięci od całego zewnętrznego świata, kiedy musimy zaufać tylko i wyłącznie swojej własnej mocy, jest preludium i jest testem, i jest wstępem do następnego dnia, kiedy ta dziura jest zasypywana, nie pozostaje po niej ani grama śladu.
Następnie są układane kamienie tuż obok w kształcie podkowy. To wygląda jak litera U. Dookoła tych kamieni buduje się ognisko, które też wygląda jak literka U. Robi się właśnie taki charakterystyczny kształt podkowy ogniska. Ono nie jest zbyt duże. Ono zależy od tipi, które później tam stanie, ale generalnie jakieś maksymalnie 2 metry. Następnie, kiedy się rozpali ognisko, stawia się tipi. Kiedy już właściwie nie tyle się rozpali, bo tam nie ma żadnego już ognia, bardziej jest żar z tego ogniska, stawia się tipi dookoła tego ogniska. No i w tym tipi następuje ceremonia przyjmowania peyotii. No i teraz wytłumaczcie mi, o co chodzi tym kolesiom, którzy nazywają się szamanami i mówią, że sprzedają jakieś szamańskie obrządki i robią ceremonię w połowie.
To czemu to ma służyć? No właśnie, czemu ma służyć taka historia? Taka historia służy tylko i wyłącznie zbieraniu, kolekcjonowaniu kasy. Inna sprawa, że jest to mocne doświadczenie tak czy siak zostać samemu dla takiego człowieka z tej cywilizacji, z której my pochodzimy, zostać sam na sam przez jakiś czas. Ja swego czasu trenowałem takie zajęcia, że kompletnie się odcinałem od całego świata, dosyć solidnie, tak, że wręcz sensory zwariowały. Jest to zdrowa terapia, pozwala zrozumieć troszeczkę, gdzie jest nasz początek, gdzie jest nasz koniec. Tak czysto emocjonalnie, wewnątrz, w środku siebie. Ale to jest tylko preludium. To jest tylko część do takiej prawdziwej transformacji. I teraz, co by tu dużo nie mówić, jest to taka lipa, moi drodzy, bo znowu się okazuje, że właściwie próbując robić coś takim sformalizowanym trybem, czyli jeżeli chcemy duplikować tą cywilizację i przejąć system na jego zasadach, to dokładnie wpadamy w te same sidła i tworzymy coś jak takie szkaradne koszmarki typu pseudoszamańskie ceremonie robione przez pseudoszamanów na zasadzie pseudoczegoś, które powodują, że teoretycznie powinniśmy przejść transformację.
Jest to bardzo ryzykowna sprawa. Powiem wam dlaczego. Ponieważ nie przez przypadek ludzie, którzy robią to od tysięcy lat, robią to w całości, a nie po kawałku. To my robimy po kawałku. To my idziemy do takiego trenera, takiego coacha we wtorek, po to, żeby w środę być dalej takimi samymi kolesiami, jakimi byliśmy. W poniedziałek sobie przypomnimy, że jutro mamy warsztaty, to przed warsztatami się wyluzujemy i przed warsztatami jeszcze będziemy porządnymi ludźmi. Na warsztatach też. A po warsztatach już z powrotem powrót do normalności. Ciężko to zdealować. To nawet nie jest kwestia, czy chcemy, czy nie, czy to jest świadome, cyniczne działanie, że olewamy sami siebie wewnątrz siebie.
To nawet nie to. My po prostu nie zauważamy tego oszustwa, bo jesteśmy wychowani w tym oszustwie i niejako ofiarą tego oszustwa padamy sami na każdym kroku. Sami sobie strzelamy w kolano. Bo czymże jest ceremonia, która przez tysiąc lat jest prowadzona w konkretny sposób? Bo tak musi być prowadzona, tak to działa. Ci ludzie pracują z tą medycyną od tysięcy lat. To nie jest żaden dowcip. Oni naprawdę wiedzą, jak tym leczyć i to leczyć takie rzeczy, że to głowa mała. Praktycznie prawie wszystko. A my w tym momencie rozbijamy ten proces na elementy, ponieważ jest to dla nas zbyt hardkorowe.
Dalej nie pojedziemy, bo to już jest niepotrzebne, bo to już nas nie dotyczy, bo to już nas zwalnia z jakiejkolwiek odpowiedzialności. A ja myślę, że to chodzi właśnie o to, że ponieważ każdy z nas sobie doskonale zdaje sprawę z tego, że musi sam wziąć odpowiedzialność za samego siebie podczas podróży po wszelkich tych możliwych wymiarach. I tak jak tu nie chcemy brać na siebie odpowiedzialności, kiedy żyjemy tu i teraz, tak samo jeszcze bardziej nie chcemy brać odpowiedzialności za siebie i za konsolidację własnego ja, kiedy podróżujemy po tych różnych wszechświatach, z których zresztą tak czy siak pochodzimy, cokolwiek by nie mówić. I to jest dokładnie ta sama historia właśnie z tą chińską kuchnią w Europie. Po prostu nie da się. Albo jest to kompleksowa rzecz i robimy to od początku do końca. Przeprowadzamy cały proces i robimy tak jak samuraj. To jest decyzja samuraja. Podejmujemy ją tylko raz i nie ma odwrotu. I to nas zmienia, bo to jest ta informacja, która wychodzi od nas.
Albo jesteśmy podpierdalaczami, chciwymi cwaniakami, którzy stwierdzili, że od wczoraj są szamanami. Poważnie. Po prostu zaczęli walić nierytmicznie w bęben, bo nawet nie potrafią utrzymać bitu, bo to też jest wszystko część tego procesu. Po prostu jesteśmy zabawni w tym wszystkim. Mnie to troszeczkę rozbawia, a z drugiej strony przeraża, bo też zdaję sobie sprawę z tego, że konsekwencje niedomkniętych spraw są czasami gorsze od konsekwencji nierozpoczynanych spraw. To jest trochę jak stanąć w poprzek autostrady. I to, co my robimy bardzo często, to jest takie pudrowanie tego shitu, który jest dookoła nas, tego całego ścieku, bo ta cywilizacja jest ściekiem, cokolwiek by nie mówić. I to takim właściwie od początku do końca nieszczęśliwym. Tak ją zbudowaliśmy. Czas najwyższy ją zmienić i myślę, że ją zmieniamy każdego dnia, ale chwilowo jeszcze jest to toksyczny ściek, który właściwie pudrujemy.
I często, jak czytam opisy tych wszystkich warsztatów sobie czasami, gdzieś tam ktoś ze mną rozmawia o tym i opowiada różne takie rzeczy, i jak czytam, to faktycznie wygląda to centralnie jak takie pudrowanie zwłok, które się rozkładają, śmierdzą i gniją. To pudrowanie naprawdę nic nie da. Tak samo jak polewanie miodem piasku i wcinanie go ze smakiem, to naprawdę też się tym nie najemy. Najemy się miodem. I teraz jest pytanie: gdzie jest miód? Gdzie są kamienie? Słuchajcie, miodem jest robienie tego całego procesu od początku do końca. To jest dla mnie rzecz kompletnie bezdyskusyjna. Tutaj nie ma żadnego „ale”, nie ma żadnej dyskusji na ten temat, żadnego podważania. Albo robimy coś od początku do końca, albo lepiej, żebyśmy tego nie robili.
Albo przechodzimy przez jezdnię, albo nie przechodzimy. Nie stoimy w poprzek, nie czekamy, nie oglądamy się na nikogo. Żadna książka niczego nas za nas nie nauczy. Wszystkie te informacje, o których mówią te książki, jeżeli są prawdziwe, jeżeli którakolwiek z nich jest prawdziwa, znajdziecie je w swojej własnej wizji. I to nawet nie jest kwestia kłócenia się o to, czy jakakolwiek książka ma jakikolwiek sens i jest sprawdzalna w jakikolwiek sposób, bo rozmawiamy o rzeczywistości, która wykracza poza granice tego świata. Także nie jest to sprawdzalne w taki fizyczny sposób. Może bez przesady. Jest sprawdzalne do pewnego stopnia. Jest grupa pewnych eksperymentów, które jasno i wyraźnie potwierdzają punkt widzenia pod tytułem: jesteśmy tylko częścią tego świata, a to widzialne coś dookoła nas i ten kawałek materii to jest naprawdę ta mniejsza część tego całego zjawiska. Jest masa eksperymentów na ten temat.
Tu was będę oszczędzał z tym wszystkim dzisiaj. Generalnie koniec końców kompleksowa sprawa. I że przerywając ten proces, wprowadzamy patologię do tego procesu, tak naprawdę niszczymy go. To jest tak, jakbyśmy posadzili roślinę i kiedy wypuściła pierwsze pędy, my już od razu ją ścinamy. Przecież ona za chwilę zdechnie. Tej roślinie trzeba pozwolić rosnąć. My nie zauważamy w naszym nabiegu, w naszym szaleństwie Tego procesu, że drzewo rośnie, że drzewo samo siebie nie ścina w pewnym momencie stwierdzając, że okej, to ja się tylko zakopię w ziemi, powalę nerytmicznie w bęben, bo jeszcze się nie nauczyłem tłuc rytmicznie, ale twierdzę, że jestem szamanem i będę wszystkich leczył. I to jest właśnie to. A substancje to nie jest nielegalne, zbyt ryzykowne, bo ja mam podejście od drugiej strony. Uważam, że wszystkie te sytuacje, te ceremonie, po prostu sama wiedza też o tym mówi jasno i wyraźnie, są sytuacjami, które towarzyszą, mają pomagać nam w naszej wewnętrznej transformacji, która odbywa się za pomocą połączenia ze światem duchów roślin, ze światem ducha tej planety.
Takiego straight, takiego bezpośredni. Kanał one to one. W tym momencie znikają wszelkie ograniczenia związane z materią, propagacją tej materii. Łączymy się z tym kosmosem, którym jesteśmy i nie ma tutaj ale. Czasami jest przyjemny, czasami nie jest przyjemny. Jak ktoś ma nasrane w głowie i robi bardzo dużo złych rzeczy w swoim życiu, to widzi demony i jest to normalna historia. I trzeba te demony opanować. Trzeba ogarnąć sam siebie w głowie, bo to jesteśmy tylko my i wyłącznie. Oczywiście są jeszcze byty zewnętrzne i tak dalej, ale to wszystko działa na zasadzie zapraszania mocy do nas. Także tak długo, jak sami nie skumamy, że zapraszamy same zło swoim działaniem, do tego momentu nic nie zadziała.
To są takie proste, elementarne sprawy, że dopiero dealując to doświadczenie psychoaktywne jesteśmy w stanie stwierdzić, gdzie tak naprawdę jesteśmy i przekroczyć ten próg granicy doświadczenia. Zostawić to wszystko, odlecieć, przeżyć to, co mamy przeżyć. Wrócić, spojrzeć własnymi oczami na ten cały świat dookoła i stwierdzić: okej, to jestem nowy ja. To jest ten świat dookoła. To jest to ciało, które mam. To jest to życie, które tutaj mam. To są moi przyjaciele, których tutaj mam, o których powinienem zadbać. To jest ten cały świat, rośliny, zwierzęta. To jest świat, którego częścią jestem, o który powinien dbać dokładnie tak samo, jak ten świat dba o mnie, o to, że ja tu mogę się manifestować. I to jest elementarny punkt widzenia.
I tu nie ma miejsca na zatrzymywanie procesów, na jakąkolwiek próbę kontroli procesu, jakiegokolwiek. To wszystko jest z punktu widzenia tych wszystkich poukładanych ludzi kompletnie nieprzewidywalne, bo polega po prostu na puszczeniu piłki, niech ona leci. Ona po prostu leci tak daleko, jak poleci i nikt właściwie nie wie, kiedy się zatrzyma. I my jesteśmy tą piłką i po prostu lecimy sobie w ten kosmos. I tutaj nie ma nic za bardzo do ogarniania, nie ma nic do teologizowania, nie ma żadnych bóstw do wyznawania, nie ma demonów, nie ma bogów, nie ma dobra ani zła. To jest tylko nasza własna indywidualna percepcja i to, co wybierzemy sobie z tego świata dookoła, kim chcemy być i jaki świat chcemy manifestować dookoła siebie. Bo jesteśmy taką maszyną, która manifestuje kawał świata dookoła. Kwestia związana z komunikacją, z tą całą strukturalną historią energetyczną, że ta energia jest właśnie tą strukturą, z której jesteśmy zbudowani w tej całej oryginalnej, można powiedzieć, szamańskiej kosmologii. I tam jest bardzo jasno i wyraźnie powiedziane, że wszystko jest procesem. Nie możesz ścinać drzewa, kiedy właśnie wypuszcza pęki, bo je zabijesz.
Także jeżeli próbujesz duplikować te doświadczenia, jeżeli próbujesz duplikować tą szamańską szkołę podpierdalając i przycinając te doświadczenia, nie robiąc ich do końca, zrobisz sobie i ludziom dookoła krzywdę. Jest to dosyć proste i dosyć oczywiste. I to jest taki mój punkt widzenia na te całe zamieszanie związane z coachingiem, z warsztatami, z trenowaniem innych ludzi, motywowaniem i tak dalej. To się wzięło dosłownie od kasy, bo wzięło się z naszej chciwości. Zobaczyliśmy, że ktoś ma lepiej, więcej możliwości i stwierdziliśmy, że my też chcemy mieć tyle samo możliwości co on, ponieważ chcemy się wyrażać przez te możliwości. Żeby się wyrażać przez te możliwości, zrobimy z niego swojego lidera i jeżeli on nas polubi, to może on nam powie, jakie są zasady i może dzięki temu nie będziemy musieli już myśleć, żyć swoim własnym życiem, wycierać swojego własnego tyłka i swojego własnego nosa, samemu się wysypiać. On nam powie, kiedy są nasze godziny snu. On nam powie, co mamy robić. On nam powie, gdzie mamy się przesunąć i w które miejsce. I dzięki temu będziemy mieli na talerzu to samo co on albo może niewiele więcej.
Będziemy tak samo dobrze wyglądali i będziemy tak samo dobrze popularni. To jest taka pułapka, w którą nieustannie wpadamy. To jest tak jak z telewizją. To jest też taka pułapka. Wymyśliliśmy sobie metodę komunikacji wizualnej i co stworzyliśmy w tej komunikacji wizualnej zwanej telewizją? Stworzyliśmy szambo, największy ściek największego gówna, jakiekolwiek człowiek może na tej planecie wymyśleć. Idea była szczytna, bo telewizja miała służyć na początku do komunikacji pomiędzy uniwersytetami, tak żeby każdy, kogo nie będzie stać na drogie studia na Oksfordzie, dokładnie taki był postulat, będzie mógł sobie obejrzeć w BBC te wykłady z Oksfordu oraz z Cambridge. Jak się okazało, jedyne co możemy obejrzeć to tańce na lodzie, prawda? To jakaś muzyczka, bo tak krzyczę troszeczkę do tego mikrofonu, to niech pokrzyczą inni na gitarach. O!
Wow, jaki łomot! I bardzo fajnie. The Pixies po długiej przerwie z powrotem zagościło w radiu na fali w hiperprzestrzeni. Swego czasu bardzo lubiany przeze mnie band The Pixies. Anyway, a my wracamy do tematu, do bardzo wąskiej części, ale takiej bardzo kompleksowej, psychodelicznej części psychoaktywnej, do granicy świadomości tego, czego się możemy nauczyć, a czego się nauczyć nie możemy i w jaki sposób się uczymy. I skąd się bierze nasze całe doświadczenie? Czym jest ta cała wyprawa w kosmos i na jakich zasadach się odbywa? I czy są w ogóle jakiekolwiek zasady tej wyprawy w kosmos? Ja, tak jak wspomniałem, lubię, żeby było kompleksowo. Uważam, że jeżeli ktoś robił coś przez kawał czasu i opanował to do perfekcji, to nie po to, żeby to zmieniać, tylko po to, żeby z tego skorzystać.
Jeżeli ktoś nie robi tego w całości, to nie zadziała. Dokładnie jak z ową kuchnią. Miałem opowiedzieć o swoich własnych doświadczeniach troszkę na koniec, bo łatwo komentować, ale co innego opowiedzieć o własnych, prawda? To może opowiem o własnych doświadczeniach. W końcu nikt za mnie tego nie zrobi. Mianowicie chodzi o robienie tych wszystkich ceremonii, te wszystkie historie. W naszej kulturze, tej, z której my generalnie pochodzimy, tak jak wspomniałem, robimy rzeczy tylko do połowy. Oddzielamy tą drugą część, która jest najbardziej istotna. Co tu dużo mówić, my robimy tylko tą część, która się nazywa przygotowywaniem organizmu do przejścia owej duchowej transformacji. My tylko potrafimy co najwyżej skorzystać z tych prostych technik, żeby dojść do tego momentu, gdzie właściwie wszyscy powinni usiąść w tym tipi i wrzucić tego solidnego peyoti, albo wszyscy powinni pójść na łąkę z garścią grzybów z psylocybiną albo z jakimś dobrym LSD i zrobić to od początku do końca.
Albo w jakiejś jaskini, albo na plaży i tak dalej. Oczywiście w bezpiecznych warunkach, w sensie set and settings, czyli że mamy kogoś, kto nam pomoże się ogarnąć, jeżeli potrzebujemy. Mamy kogoś, kto zadba o to, żeby nam podać wodę, kiedy będziemy przeżywali swoje własne historie ze sobą. Prosta rzecz, tutaj wiele nie trzeba. Tylko że my z powodu tego, że zdelegalizowaliśmy te substancje, bardzo często się spotykam właśnie w tak zwanych środowiskach związanych, w cudzysłowie środowiskach, bo to nie są środowiska, to są po prostu zwyczajni ludzie, którzy żyją z opowiadania ludziom, że ich czegokolwiek nauczą, z bardzo negatywnym stosunkiem, delikatnie powiedziawszy, do wszelkich substancji psychoaktywnych. Oni się tego boją jak przysłowiowy diabeł święconej wody. I powiem wam dlaczego. Ponieważ ta substancja obnaża ich kłamstwa, bo w tej sytuacji oni zostaliby skonfrontowani z tym, kim tak naprawdę są. To jest pierwsza rzecz. Druga rzecz, musieliby się skonfrontować z ludźmi, z którymi pracują, a to już jest troszeczkę dodatkowy kamyk do plecaka, żeby go ponieść przez parę chwil, bo nagle by się okazało, że trzeba usiąść naprzeciwko człowieka i powiedzieć: „Stary, wiesz co?
Właściwie jedyny powód, dla którego cię tu ściągnąłem, to taki, że chciałem zarobić trochę kasy na tych warsztatach, bo mi po prostu tak wygodnie w życiu. Ale ja właściwie nie za bardzo wiem, co robić, nie za bardzo wiem, co ze swoim własnym życiem” i tak dalej. Ale wszyscy się boją tego momentu, bo to jest moment weryfikacji. I dopóki tego momentu weryfikacji nikt nie przejdzie, do tego momentu dla mnie jest to taka ściema. Ale wracając do tej historii, my po prostu robimy te przygotowania, taki nabieg. Nabiegamy się, nabieg, biegniemy, biegniemy. Koniec. Cały trening został zakończony, kurs został skończony. Dostajesz dyplom. Teraz powinieneś czuć się lepiej.
I tak to jest skonstruowane. Moment, gdzie właściwie tak naprawdę powinniśmy zacząć biec, jest momentem, kiedy stajemy w miejscu i wracamy do punktu, z którego wyszliśmy. Ja polecam, jeżeli macie do czynienia z czymś takim, przyjrzyjcie się temu, bo nie jestem w stanie podjąć decyzji za was ani wybudować wam swojej własnej kosmologii. Ja po prostu łapię to instynktownie. Są ludzie, o których wiem, że potrafią usiąść ze mną i popracować ze mną. Nie tyle popracować ze mną, bo tu nie ma nic do roboty ze mną. Właściwie oni mają nic ze mną do roboty, poza tym, że czasami może powinni podać mi szklankę z wodą, jeżeli poproszę. I to wszystko. Cała ta historia się dzieje i tak wewnątrz mnie, to ja muszę zrobić sam ze sobą co najwyżej. Tak jak powiedziałem, potrzebuję kogoś, kto mi pomoże się ogarnąć.
Gdy mi gacie spadły, to pomoże mi je podciągnąć na wszelki wypadek. Coś w tym stylu. Tak się zaopiekować po prostu człowiekiem, który podróżuje w innym wymiarze w tym momencie. Nic więcej, nic mniej. I to jest ta esencja tego doświadczenia. To jest ten cały core tej zmiany indywidualnej, tej zmiany, która później emanuje na świat, powoduje, że świat jest lepszy, że to wszystko zatacza coraz większe kręgi, że nasze własne otoczenie jest coraz bardziej zdrowsze. To stąd się bierze ta zdrowa społeczność, która nie ma przed sobą żadnych tajemnic i frustracji, które wynikają właśnie z trzymania tych tajemnic i ustawiania się na tak zwanym pole position, czyli kto będzie miał lepszy start do załatwienia kolejnej sprawy w życiu. I każdy się tak ściera, przeciska w tych wąskich drzwiach, żeby być pierwszym na wypadek, gdyby w sklepie otworzyli drzwi. Trochę jak szturmowanie supermarketu tak to wygląda. Przy czym oczywiście wszyscy dobiegają do tej pierwszej półki z telewizorami i koniec.
Na tym się skończyła sprawa. A tu wygląda, że całe clou tego zamieszania nie jest w warsztacikach, moi drodzy, nie jest w coachach, nie jest w tej całej ściemie. Jeżeli ci ludzie mają jakikolwiek sens, jeżeli są naprawdę, to powinni nas tylko podprowadzić do tego momentu, w którym siadamy, bierzemy garść grzybów do ręki, bierzemy kwasa do ręki, bierzemy peyoti do ręki, bierzemy nasz kubeczek z ayahuasca i go wypijamy. To jest człowiek, który nas doprowadza do tego miejsca. Nic więcej. On nie może nas niczego nauczyć, nie może nam nic przekazywać. Nie powinien nam nic mówić od tej strony, ponieważ pierwsza rzecz może zainfekować nasze wizje. Może spowodować, że zaczniemy podświadomie czegoś oczekiwać. To jest bardzo łatwe w takiej sytuacji. Taki trener, taki coach nie ponosi za to odpowiedzialności, za podświadome wzbudzenie w nas oczekiwań w stosunku do następnego dnia, prawda?
To jest taka kolejna ryzykowna sprawa. Dlatego ja to tak z bardzo dużym dystansem. Czasami, nawet nie tyle czasami, ile z latami, moi drodzy, dochodzę do tego punktu, że właściwie całą tą historię przygotowawczą, która na początku wydawała mi się bardzo ważna, wydawała mi się bardzo esencjonalna, że trzeba się przygotować, nastawić, wymedytować i tak dalej, zanim coś tam. W pewnym momencie straciło to dla mnie jakikolwiek sens. Absolutnie. Zasada stała się banalnie prosta: jeżeli jestem gotowy umrzeć tu i teraz, to jestem gotowy umrzeć tu i teraz. Jeżeli jestem w stanie wziąć grzyby w garść i wrzucić je tu i teraz, to jestem gotowy zrobić to tu i teraz. Albo jestem gotowy tu i teraz, a tu i teraz jest zawsze i wszędzie, albo nigdy nie jestem gotowy i to tu i teraz nie istnieje. Ono jest gdzieś w niewidocznej krainie, która się nazywa jutro albo w kolejnym kraju, który też nigdy nie istniał i też nie ma własnej flagi i nazywa się wczoraj. Albo jesteśmy w stanie coś zrobić albo nie jesteśmy w stanie coś zrobić.
To jest bardzo zdeterminowany punkt widzenia, bardzo radykalny z naszego dzisiejszego oglądu rzeczywistości. Robimy po kawałku: obejrzę kawałek serialu, zatrzymam, przewinę sobie, poczekam chwilę. Później, jak mi się coś znudzi, to wrócę do tego serialu i sobie go obejrzę jeszcze raz, bo zabraknie mi rozrywki. Generalnie szukamy rozrywek. Cokolwiek by nie było, szukamy rozrywek. Jeżeli coś się robi nudne, zatrzymujemy, przeskakujemy do czegoś, co nam da większy entertainment, rozbawi nas jeszcze bardziej, będzie bardziej widowiskowe, niesamowite i tak dalej. Moment wyzwolenia zaczyna się, kiedy właściwie cała widowiskowość, całe te przygotowania znikają, kiedy nie ma już potrzeby nabiegu, kiedy stajemy na tej pustej łące z garścią grzybów i po prostu whatever gonna happen, that's gonna happen. Czyli cokolwiek ma się wydarzyć, to się po prostu wydarzy. I tak się wydarzy tylko tyle, ile ma się wydarzyć. I tak odkryjemy tylko samych siebie, nikogo więcej.
Jedyna osoba, którą spotkamy, to będzie ta osoba, którą znamy od urodzenia. To jesteśmy my. Ta sama twarz w lustrze. Nic więcej, nic mniej. Jeżeli nie postawimy, moim zdaniem, tego jasno i wyraźnie, to często będziemy lądowali w dziwnych meandrach dziwnych cywilizacji, które są kulturą cargo, która się ślizga gdzieś po tych doświadczeniach, momentami się zahacza. Są jacyś ludzie, którzy udają szamanów, są inni, którzy udają szamańskie ceremonie, są inni, którzy udają takich, którzy ratują świat za pomocą pieniędzy. Każdy coś udaje, każdy odgrywa jakieś przedstawienie, a problem polega na tym, że tu właśnie nie ma potrzeby odgrywania przedstawienia, że to przedstawienie generuje straszne zamieszanie, bo wszystkie zasoby naszego życia, które powinny pójść na kopnięcie się, że tak powiem, czasami piętami w dupę i urodzeniem na nowo, tracimy kompletnie na budowę dekoracji, scenografii, opakowania do tego wszystkiego i tarzania się w tym, mówienia: „Wow, przypudrujmy jeszcze bardziej to gówno, będzie mniej pachniało”. I tak troszkę to wygląda. I tak się bardzo lubujemy w tym, co tu dużo mówić. Naprawdę bardzo się lubujemy.
I tu jest kwestia związana z pojęciem racjonalizmu, bo to się nam wydaje racjonalne. Kiedy dzień wczorajszy jest taki sam jak dzisiejszy, to jest to właśnie taka przewidywalna, racjonalna opcja. Nie chcemy dopuścić do siebie, że pewnego dnia wszyscy stąd odejdziemy. Budujemy taką cywilizację, która zaprzecza w ogóle istnieniu czegoś takiego jak inny wymiar, jak przejście pomiędzy wymiarami. Dlatego wszyscy na zdjęciach reklamowych są młodzi, piękni, śliczni i wyglądają, jakby nigdy nie umarli i nigdy nie umrą. Nie lubimy widzieć samych siebie w tym lustrze czasu i przestrzeni, że nasze życie jest nieustanną transformacją. Nasze życie jest nieustannym procesem. Tego nie chcemy widzieć. Chcemy widzieć się tu razem z tym kontem w banku, zamrozić tą sumę, żeby tam zawsze było tyle, ile jest. Zawsze tak samo dobrze wyglądający.
I tak będziemy zmierzali nieważne gdzie, po prostu będziemy codziennie tłukli pokłony, bo tak nas nauczono. Jest taki znany dowcip o przyrządzaniu kurczaka z odciętymi nogami. Myślę, że wielu zna o tradycji, która kompletnie bez sensu jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Nie będę tego dowcipu opowiadał. Stało się tak, że w swojej ignorancji odrzucamy esencjonalne rzeczy. To jest intrygujące. Nie wiem, czy na pozytywne, czy na negatywne. Nie do końca z tym pozytywnym i negatywnym. Myślę, że na pewno jest to toksyczne. Nie wiem, do jakiego stopnia i dla kogo.
Szczęśliwie mój punkt widzenia się troszkę przemielił i ja już nie lubię robić sobie żadnych ceremonii, żadnych rytuałów. W ogóle stałem się przeciwnikiem ceremonii i rytuałów. Stałem się przeciwnikiem posiadania jakiegokolwiek coacha, przeciwnikiem chodzenia na warsztaty i warsztatowienia się. To są rzeczy, które w ogóle mi odpadają. W ogóle się tym nie interesuję. Moi znajomi za to natomiast bardzo często i chętnie uczęszczają. I bardzo fajnie, dużo im to prawdopodobnie daje, jeżeli to robią i wszystko jest okej. Jeżeli im to odpowiada, jeżeli tobie to odpowiada, droga słuchaczko i słuchaczu, to naprawdę wszystko jest okej. Moja droga się potoczyła tak, że absolutnie nie mam z tym nic wspólnego i w ogóle nawet się nie czuję w tym za bardzo. I to, co ja widzę, to jest po prostu przerwana tradycja, niedociągnięta do końca.
Taka tradycja wyrwana kompletnie z kontekstu. Po prostu boimy się zmierzyć z tą rzeczywistą istotą nas samych. Pojęcie bezpieczeństwa, które normalnie jeszcze dawniej było związane z pojęciem konsekwencji, bo wynikało z konsekwencji. Czyli jeżeli jestem dobry dzisiaj, to stworzę dobry świat na jutro. I to jest ta konsekwencja mojego działania. Nic więcej, nic mniej. A my zamieniliśmy bezpieczeństwo z wyzwoleniem, z tą konsekwencją. I teraz, niezależnie od tego, jak dużą cenę przyjdzie nam zapłacić za naszą iluzję bezpieczeństwa, my ją nazywamy konsekwencją. Dla nas konsekwencją jest wydarzenie się dokładnie tych samych czynności, które wydarzyły się dzisiaj za na przykład miesiąc. Jeżeli nasze życie będzie przewidywalne w perspektywie x lat do przodu, to jest dla nas pojęcie konsekwencji.
Tak sobie zmanipulowaliśmy to wszystko. A tak naprawdę jest to tylko i wyłącznie iluzja bezpieczeństwa. Konsekwencje to jest skutek naszych działań. A jeżeli mają być jakiekolwiek rzeczywiste konsekwencje, to muszą być rzeczywiste działania. Także każde działanie, które jest przerwane, które jest rozłączone, nie będzie miało żadnych konsekwencji, co najwyżej konsekwencje wsteczne, bo ta fala się cofnie. Kwestia związana chociażby z tym czasem transformacji, kwestia katastrofy i wyzwolenia. Dla większości ludzi, dla znakomitej większości dookoła ten czas, który nadchodzi aktualnie, jest jedną wielką katastrofą. Taką katastrofą ludzkości. Nikt z tych ludzi za bardzo nie chce dostrzec w tym szansy na swoje wyzwolenie. A to jest kwestia punktu widzenia.
Trudno dostrzec swoje wyzwolenie w sytuacji, kiedy przez całe życie bije się pokłony do niezrozumiałych ceremonii i kiedy nadchodzi moment, że trzeba się skonfrontować samemu ze sobą i poznać, kim się naprawdę jest, to w tym momencie bierzemy nogi za pas, uciekamy i z powrotem wracamy do tego kościoła, do tych ceremonii. Wykopiemy sobie dziurę w ziemi, udajemy, że to już załatwiło wszystkie sprawy. Nie, to nie załatwiło żadnej sprawy. To wręcz gorzej, bo to rozgrzebało wszystkie sprawy, postawiło nas na środku autostrady i teraz stoimy na środku autostrady i nie wiadomo, co zrobić dalej, bo ryzyko jest teraz i wracać w jedną stronę i biec dalej i nie wiadomo co robić, prawda? No właśnie. I to jest problem z tym, że traktujemy transformację cywilizacyjną jako katastrofę, bo ze sposobem, w jaki podnosimy to doświadczenia, stajemy w połowie i właściwie wróżymy tą katastrofę. Nie przekroczyliśmy tym sposobem myślenia tego prostego dystansu. Nie zrobiliśmy tej decyzji samuraja, że skoro robimy tą ceremonię, to robimy ją w całości od początku do końca, czyli nie po kawałku. Nie odcinamy niczego. Konsekwentnie.
I dopiero kiedy zrobimy ją od początku do końca, dopiero wtedy będziemy wypuszczali konsekwencje tej sytuacji. Czyli mówiąc po ludzku, to jest wyzwolenie, a nie katastrofa. Tym wyzwoleniem dla cywilizacji, dla każdego z nas indywidualnie myślę, że jest jedna taka drobna sprawa. Może nie jest całym wyzwoleniem, ale myślę, że jest bardzo dobrym krokiem w kierunku zrozumienia samego siebie. A mianowicie czas najwyższy, żebyśmy skończyli z tą selektywnością odbioru tego świata dookoła nas. Tak długo, dopóki w swojej wielkiej świetliwości bycia wielce uświadomionym człowiekiem nie zrozumiemy dosłownie, w sensie jeden do jeden, że wszystko jest jedną wielką całością. Tak długo wszystkie te coachingi, warsztaty można sobie wsadzić i nawet nie wyciągać, bo szkoda naszego czasu. Jeżeli ktoś chce się zmienić i czuje, że naprawdę chce się zmienić i chce dotrzeć do tej granicy sam w sobie, chce ją przekroczyć i spotkać nowego, własnego ja i się transformować. Zasada jest dosyć prosta. Na łąkę, proszę państwa, na łąkę i zrobić to od początku do końca.
Nie zostawać w pół kroku. Jeżeli wszystko jest jedną wielką całością, to pierwszą osobą, która musi w to uwierzyć, żeby to zrozumieć, jest dany delikwent. Tak długo, jak on nie czuje tego każdą porą swojej skóry, tak długo, jak nie widzi tego w każdym mrugnięciu swojego oka, w każdej manifestacji materii nie widzi tej jedności. Tak długo wszystko to jest po prostu pieprzeniem głodnych kawałków, z którego nic nie wynika. Słuchajcie, ja realnie partycypuję najchętniej i z reguły zawsze w takich procesach od początku do końca. Od początku do końca. Żeby nie było, że gdzieś stanąłem, zatrzymałem się w połowie drogi na autostradzie, rozjechał mnie samochód i wróciłem potrzaskany do domu, mówiąc: „Bo coś nie działa, coś nie działa ta metoda. A miało być tak cudownie, a nie zadziałało. Znowu się źle czuję” i tak dalej. Jasne, stary, ciesz się, że żyjesz.
Bo czasami jest tak, że z tej drogi nie ma powrotu i moim zdaniem w ogóle z tej drogi nie ma powrotu. Moment, kiedy uświadamiamy sobie to, że jesteśmy jedną wielką całością ze wszystkim, wszystko dookoła nas, to jest moment, od którego nie ma powrotu. Chyba że w czarnym worku i ponownych narodzin. To jest jedyny moment powrotu. Inaczej się po prostu nie da. Moim zdaniem oczywiście, proszę państwa. A czy się mylę, czy się nie mylę? I don't know. Życie pokaże. Konsekwencje mojego życia są nieubłagane, jak w przypadku każdego z nas.
Także jeżeli mam dostać po dupsku, to dostanę po dupsku. Jeżeli coś narozrabiałem. A jeżeli jest wręcz odwrotnie, no to będzie tak, jak powinno być. Jak? Nie mam bladego pojęcia. Nie wiem, gdzie się ta piłka potoczy. Nie chcę nawet wiedzieć. Po prostu toczy się we właściwym kierunku. Ja się czuję z tym doskonale. Każde doświadczenie zamierzam robić od początku do końca i to jest jedyna gwarancja bezpieczeństwa, do jakiej w życiu dorosłem.
I z taką refleksją, moi drodzy, was dzisiaj zostawiam. Także peace and love. Dzięki wielkie za słuchanie tego odcinka „Hiperprzestrzeni”. Pozdrawiam serdecznie mecenasów Radia Nafali. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy on i offline. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, którzy wysłuchali mojego gadania. Pozdrawiam wszystkich tych, którzy tam zapukali do mnie na Skypie, pomachali mi ręką. Wielkie dzięki. No i zapraszam wszystkich na „Wieczorową Porę”. I jeszcze na końcu wielkie dzięki za listy, moi drodzy.
Wielkie dzięki za listy. Się okazuje, że nikt z nas nie jest sam i że ludzi, którzy mają, jakby się mogło wydawać pozornie radykalne opinie, radykalne refleksje, które nie przystają do politycznego konsensusu, w którym wszyscy się zgadzają, się okazuje, że tych ludzi jest dosyć sporo. Także dziękuję wielce za te maile, moi drodzy. Wielce dziękuję. To co? To ja się zawijam. Zapraszam was na kolejną „Hiperprzestrzeń”, gdzie jak zwykle będę się zastanawiał nad meandrami rzeczywistości, gdzieś pędzę światami, swoją głową, refleksjami i tak dalej. Także jeżeli chcecie tego dalej słuchać, to wpadnijcie za tydzień. Radionafali.com na „Hiperprzestrzeń” i do archiwum oczywiście, bo w archiwum Radia Nafali jest masa materiału, który możecie sobie przesłuchać. Tam jest dosyć dużo mówienia o różnych eksperymentach i tak dalej.
Ja dzisiaj opuściłem dosyć mocno ten fragment. I bardzo dobrze, bo chciałem się konkretnie skupić troszeczkę na tym, co jest troszeczkę mniej materialne, a bardziej siedzi w naszej głowie, bardziej związane z percepcją rzeczywistości. Taki nawyk tego, co uznajemy za rzeczywistość, a co już za rzeczywistość nie uznajemy. A może być zupełnie odwrotnie. Dokładnie, proszę państwa, wszystko jest jedną wielką całością i nie ma od tego powrotu. Naprawdę nie ma od tego powrotu, moi drodzy. I miło jest to wiedzieć. Powiem wam szczerze, że czuję się doskonale z tym wszystkim. Być może radykalnie dla niektórych, ale ja doskonale. Także zapraszam na „Wieczorową Porę”.
Dziękuję za wysłuchanie „Hiperprzestrzeni” w radionafali.com i do usłyszenia następnym razem.