[00:00] - To think for yourself and question authority.
[00:07] - Nie ten las. Oczywiście nie ten las. To jest właściwy las. Las za dnia, ponieważ nadaję kompletnie późnym wieczorem. Przynajmniej u mnie jest późny wieczór, proszę państwa. Także witam serdecznie w hiperprzestrzeni w Radiu Na Fali. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy offline i online. Pozdrawiam słuchaczy Radia Paranormalium, które retransmituje tą audycję. Pozdrawiam was wszystkich, moi drodzy. Jak zwykle jestem już na czacie radiowym.
Dzisiaj troszkę taki spolegliwy, ale też mam ku temu swoje powody, o których zapewne wam dzisiaj powiem. Jednym z nich jest świetna zupa, która naprawdę fajnie wyszła i czuję się taki po tej zupie bardzo spolegliwy. Nice. Nie ma jak dobra zupa, proszę państwa. Będzie trochę muzy i troszkę rozszerzenie pewnego tematu, który gdzieś miałem kolebie po głowie. Dzisiaj właśnie psychologicznie, bo kolebi mi się taki temat w cudzysłowie psychologiczny. Takie generalnie rozważania nad naszą egzystencją, nad naszymi relacjami właściwie z rzeczywistością, czy jakoś tak. Jak zwykle. Na razie odpuszczam wszystkie te zabytkowe rzeczy. Inna sprawa, że czeka na mnie masa ciekawych tematów, które są już w dosyć mocnym przygotowaniu do hiperprzestrzeni, gdzie będą daty, opowieści, trochę zwłok i wszystkich innych dziwnych rzeczy.
Ale to za parę chwil. Na razie jeszcze łapię sobie troszeczkę oddech po tym swoim nieuregulowanym trybie życia. Także dzwońcie po wszystkich znajomych. Obudźcie babcię, obudźcie dziadka, który śpi w fotelu. Nie musicie im podawać suszonej szczęki. Wystarczy, że kopniecie w kostkę, ale nie za mocno. Jak kopniecie za mocno, zawsze jest zaper i Janka taratajcie tak, żebyście mogli wyleczyć później. Zapraszam dzisiaj przy okazji na wieczorową porę, bo jest bardzo ciekawy materiał od Hubego. Naprawdę bardzo ciekawa refleksja i myślę, taka bardzo mocno uzupełniająca do moich rozważań, które noszę w sobie przez ten świat jak długi i szeroki. Także zostańcie dzisiaj.
Przygotujcie sobie dzbanek z kawą albo jakoś tak, albo jakoś się pobudźcie. Zimny prysznic w przerwach, kiedy będą leciały utwory albo coś w ten sposób. Okej, o czym dzisiaj? Może zanim zacznę, to chciałem pozdrowić bardzo serdecznie wszystkich mecenasów Radia Na Fali. Oczywiście jeszcze nie mam spisu mecenasów z polskiego konta. Sorry kochani, troszkę daję ciała centralnie, ale tak czy siak, jak tylko się pojawi, będę was wymieniał w nieskończoność. Będę po prostu niczym mantrę powtarzał i powtarzał tak, że wam zbrzydnie. A tymczasem chciałem podziękować Aldonie, Katarzynie, Edwardowi, Rafałowi, Maciejowi, człowiekowi o ksywie Nivan. Polecam bardzo serdecznie. Tam ma nawet link do siebie, bo robi jakąś rzecz w życiu.
Także polecam. Oprócz tego pozdrawiam jeszcze Adriannę, Grzegorza, Piotra, Artura, Mateusza, Edwarda i Rafała. Jeszcze raz za poprzedni miesiąc. Tych pozdrowień nigdy dosyć, moi drodzy. Podziękowań nigdy dosyć. To jedna z takich naprawdę bardzo przyjemnych rzeczy w życiu. Dziękować komuś za to, że wspiera to, co na przykład robię w tym momencie. Także jest to naprawdę bless. A co dzisiaj? Dzisiaj o koncepcie, który jest związany...
właściwie może nie tyle koncepcje, bardziej o naszym życiu, o czymś, co jest związane z naszymi, najprościej mówić doświadczeniami w cudzysłowiu, ale chodzi o działanie. Także dzisiaj o działaniu, o tym, jakie są konsekwencje działania, czym jest w ogóle działanie, jak można do tego podejść i tak dalej. Wiele różnych aspektów tej jednej sprawy. Także zapraszam, żebyście dzisiaj zostali. Telefon do Radia Na Fali to oczywiście radionafali.com. Jeżeli chcecie zadzwonić, śmiało, moi drodzy. Oczywiście zapraszam was na wszelkie konta facebookowe, twitterowe radia, na YouTube'a radia. Linki są na stronie, także znajdziecie www.radionafali.com. Tam się wyżywamy wszyscy. Właśnie à propos takich nowych rzeczy, to zapraszam oczywiście do Konwentu Wiedzy Alternatywnej.
To jest oczywiście dział w audycjach i podcastach. Są dwa nowe materiały. W niemniejszym materiały archiwalne z pierwszego Konwentu Wiedzy Alternatywnej są zamknięte. Także za parę chwil się pojawi kolejna zrzuta materiałów już z kolejnego konwentu. Także zapraszam was serdecznie do wpadania, do słuchania, do ściągania. To jest bardzo fajna rzecz, moim zdaniem bardzo cenna i bardzo istotna refleksja na temat rzeczywistości właśnie nas samych w tym całym zamieszaniu. Nazywa się to Satsang. Kuba Babicki chyba znany wielu, bo tu się pojawia czasami raz na jakiś czas w hiperprzestrzeni. Także teraz szczęśliwie mamy Kubę Babickiego w archiwum Konwentu Wiedzy Alternatywnej. Także jeżeli wam za mało, to proszę bardzo, zapraszam.
Materiał już pozrzucany, możecie sobie śmiało ściągać. Jak zwykle absolutnie za free. Niech informacja idzie w ludzi. Jeżeli chcecie wesprzeć radio w jakiś inny sposób niż finansowy, to śmiało polecam, żebyście linkowali podcasty na Facebooku albo jakoś tak. Bez przesady oczywiście, to też nie chodzi o jakąś obsesję reklamy i drukowania sobie wielkich billboardów. Jeżeli macie kogoś, komu chcecie podać jakąś ciekawą informację, bo wydaje wam się, że jest to tego warte. Just do it, man. Just do it! To tyle względem zapowiedzi. Dzisiaj o działaniu troszeczkę, bo jest to moim zdaniem mocno związane z tematami, które się ostatnio pojawiły.
Ja też wpadłem troszkę w te tematy po drodze. To moje rozmowy z Edwardem, takie nawet poza anteną. Kilka innych rozmów poza anteną, kilka innych przemyśleń poza anteną. I troszeczkę taki ciąg dalszy opowieści o oczekiwaniach, która była w zeszłym tygodniu w hiperprzestrzeni. Myślę, że to jest takie Nasze działanie jest rozwinięciem konceptu, który nazywamy oczekiwaniami. Dzisiaj chciałem się zanurzyć dokładnie w ten temat. Także dokładnie o tym dzisiaj, proszę państwa. Przed chwilą na czacie dowiedziałem się, że chyba pracuję dla amerykańskich służb. Kurczę, muszę pojechać do Brighton. I need to go to Brighton i pochodzić po plaży.
Może znajdę jakąś walizkę z zalakowanymi, zapieczętowanymi dolarami w ramach rekompensaty za tą moją ciężką pracę i ten trud, i pot, który leje mi się z czoła, kiedy tak mówię do mikrofonu. No proszę bardzo. Właśnie. A wy słuchacie „Hiperprzestrzeni” w Radiu Na Fali, retransmitowanej w Radiu Paranormalium. Ja mam na imię Tomek, a dzisiaj chciałem rozwinąć troszkę temat bardzo holistyczny dla mnie, bo mam taką koncepcję, być może dla niektórych szaloną, być może dla niektórych nie: wszystko jest jednym, a jesteśmy tu i teraz. Jest to związane poniekąd z pewnymi przemyśleniami. Z obserwacji czata ostatnio udało mi się utkwić na chwilę na czacie Radia Na Fali. Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby móc sobie tam posiedzieć przez parę chwil i zobaczyć, jak to wygląda w praktyce. Rzadko kiedy bywam, ale czasami się pojawiam. Teraz też jestem.
Jednym okiem właśnie widzę, co się tam dzieje. Pozdrawiam w ogóle wszystkich na czacie. I zauważyłem taką ciekawą tendencję. Bardzo zabawną tendencję dla mnie. Dzisiaj o działaniu. Podczas ostatniej audycji, a właściwie chwilę po audycji o oczekiwaniach, odebrałem kilka maili i pojawiło się kilka komentarzy na Skype'ie wysłanych do radia oraz kilka komentarzy, zapytań na czacie, które mniej więcej brzmią tak samo. Oczywiście każdy był troszkę o czymś innym i czegoś innego dotyczył, ale mają jedną wspólną cechę: „A jakbyś zrobił to, a jakbyś zrobił tamto? A dlaczego nie robisz tego albo siamtego?” Tak sobie pomyślałem: man, a ja tu przed chwilą spędziłem dwie godziny, mówiąc o bardzo istotnej sprawie, która czyni nas szczęśliwym albo nieszczęśliwym. Pichon dzwonił. Była naprawdę ciekawa rozmowa o oczekiwaniach.
Ledwo co o tym skończyłem mówić, a tu trafiłem na taki mur oczekiwań, że tu już coś, zaraz za coś. Tak się zastanawiałem, skąd się to bierze, bo dzisiaj można tutaj wylać kubeł zimnej wody na głowę wszystkich tych szaleńców, którzy nagle stwierdzili, że czegoś ode mnie oczekują, bo włączyli radio. Życie jest brutalne. Czasami trzeba w takiej sytuacji bardzo szybko wyłączyć radio, żeby nie rozczarować się ze swoimi oczekiwaniami, gdyż ja mogę rozczarować do cna. Anyway, z tymi oczekiwaniami wiąże się pewna historia związana z działaniem. Czym jest działanie? Działanie jest po prostu manifestacją wszystkich rzeczy, które mamy w planie tak zwanym. Ja nie lubię słowa za bardzo „plan”, bo oczywiście robię sobie jakieś tam plany w życiu, ale robię z bardzo dużym, szerokim uśmiechem na twarzy, ponieważ tak to jest z planami, że jak człowiek zrobi sobie plan, to plan z reguły nie działa. Zawsze mi się przypomina taka pewna genialna duńska komedia z czasów mojej młodości o gangu Olsena, który chodził zawsze w żółtych skarpetkach i tam zawsze był szef tego gangu, który mówił klawo jak cholera. To był Egon.
I Egon zawsze miał plan i jego plan zawsze nie wypalał. I zawsze chłopaki pakowali się w jakieś niesamowite slapstickowe gagi. Polecam serdecznie, jeżeli ktoś z was ogląda sobie stare filmy. Ja nie jestem miłośnikiem specjalnie oglądania filmów, chociaż ostatnio właśnie wsiąknąłem troszeczkę, ale też dzisiaj o tym trochę wspomnę. Wsiąknąłem w bajki, słuchajcie, wróciłem do „Pierścienia Rebelii”. Obejrzałem wszystko. Po raz pierwszy od chyba pięciu lat wrzuciłem coś do oglądania. Po prostu ubaw z tego miałem niezły. Taka grzybowa bajka trochę jak dla mnie. Anyway, tak dzisiaj troszkę bajkowo będzie.
Może właśnie z tego powodu. I tam jest ta historia właśnie w tej komedii duńskiej z planem, że chłopaki zawsze mieli plan, który zawsze nie wypalał. I to był główny plan. Myślę, że to jest esencja tych wszystkich planów i wszystkich strategii. Ja sobie zakładam, jeżeli już jakieś projekty robię, mam jakiś projekt, mam jakiś pomysł, mam rzecz, którą chcę zrobić. I tu się zaczyna cała historia związana z robieniem i zrobieniem, z manifestacją tego, co jest w głowie. Tak bardzo dookoła mówiąc. A mówiąc wprost: po prostu z wyrzuceniem tego z własnej głowy. Tak zwyczajnie, żeby siąść, jeżeli mamy jakiś pomysł, żeby go zrealizować. I pierwsza taka refleksja, która się nasuwa, przynajmniej w mojej głowie, nie wiem, czy komuś się spodoba, to jest refleksja związana z tymi wszystkimi oczekiwaniami, które jak na ironię pojawiły się chwilę po tym, jak spędziliśmy z Pichontem kawałek czasu na antenie, mówiąc o tym, że nie warto oczekiwać i generalnie wszystkie te sprawy związane z tym całym szaleństwem, które nazywamy właśnie oczekiwaniami.
Jeżeli ktoś z was nie słuchał, zapraszam serdecznie na stronę Radia Na Fali. Tam jest oczywiście do ściągnięcia, jest nawet zdjęcie głównej bohaterki tej całej opowieści. Także możecie się zapoznać bliżej z całą historią. Ta zupa, moi drodzy, jest genialna. Jak skończy się tylko nadawać, lecę do gara i ładuję sobie repetę. Taki jestem. Taki mam plan na dzisiaj i mam nadzieję, że ten plan wypali. Przynajmniej ten jeden tego wieczora. I z tymi oczekiwaniami skojarzyła mi się bardzo zabawna rzecz, też związana troszkę z pewnymi dyskusjami, które się pojawiły na czacie. Duża ilość oczekiwań związana z tym, że jest ktoś, kto coś robi i jest ktoś, kto wymaga od niego, żeby robił za niego jego życie.
Ja akurat tak szczęśliwie lub nie stanąłem za mikrofonem i stoję za tym mikrofonem. Właściwie siedzę, przepraszam bardzo, siedzę za mikrofonem już od jakiegoś czasu. Chyba będzie czwarty rok. Można tu pot z czoła ocierać czy jakoś tak. Anyway. Te cztery lata były świetnym eksperymentem, który sam przeprowadzałem, bo oczywiście było kilka spraw dookoła tego całego radia. To może po prostu powiem, o co chodzi. Pierwszy eksperyment to był eksperyment pod tytułem: robimy wolny chat, wolne komentarze, żadnego moderowania. Po dwóch latach okazało się, że oczekiwania ludzi, którzy czasami słuchają albo czasami się tu pojawiają, są tak potężne i tak przerażające, chyba ich samych, i graniczy to już z jakimś kompletnym szaleństwem, z agresją słowną, z kopaniem wszystkiego dookoła. Po prostu kompletne szaleństwo.
Anyway, nie będę się na tym rozwodził, szkoda mojego czasu. Okazało się, że eksperyment pod tytułem: wolne miejsce, spokój, ludzie się szanują nawzajem, trzeba bardzo szybko zamknąć, bo właściwie doszło do strasznego syfu generalnie na czacie. Trzeba było przełożyć chat na zupełnie inny. Trzeba było zacząć sprawdzać komentarze, bo okazało się, że jak na ironię, wszyscy ci, którzy bardzo lubią słuchać o tym, jak należy moderować w cudzysłowie swoje życie, żeby było lepsze, bardzo często pierwszy odruch, jaki mają, to taki, żeby wziąć i komuś przykopać, nie wiadomo właściwie dlaczego. Jest frustracja, jest strach z tym związany i tak dalej. Jest parę „Hiperprzestrzeni” na ten temat, co tak naprawdę według mnie doprowadza do takiego skrajnego szaleństwa, gdzie leżą przyczyny przynajmniej części tych zachowań. Także polecam, żebyście czasami wrócili do archiwum „Radia Na Fali”. Jest świetny odcinek „Strachy na lachy”. Bardzo polecam serdecznie wszystkim, którzy czują się straumatyzowani czasami jakimś elementem w swoim życiu. To był taki pierwszy eksperyment.
Szczęśliwie się udało go zakończyć bez żadnych strat w ludziach. Wszystko było okej, wszystko wróciło do normy. Pozostał kolejny element tego wszystkiego, czyli element oczekiwań i mojej obserwacji tego, co się dzieje, ponieważ „Radio Na Fali” jest radiem polskojęzycznym. Jak się zaczęliśmy przyglądać ze znajomymi, którzy też poniekąd maczają czasami palce w tym projekcie, jak to w ogóle wygląda dookoła. Bo też czasami, kiedy sobie siedzę, moi znajomi też czasami lubią sobie posłuchać różnych podcastów. Ja przede wszystkim lubię sobie posłuchać różnych podcastów. Po tych paru latach zauważyłem, że właśnie nic się nowego nie wyspało, nic ciekawego do moich uszu nie trafiło. Inna sprawa, że niekoniecznie musiało, bo też nie miałem żadnych specjalnych oczekiwań, ale tak się przyglądałem, że a nuż widelec, a nuż łyżka. Jak jakoś kulinarnie się zrobiło anyway. Trochę sosu sojowego.
A little bit of pepper, a little bit of salt. Chyba przesadzam z tym garnkiem dzisiaj. Anyway, nie pojawiło się nic, na czym by sobie jakoś specjalnie zawisł ucho. Jest kilka takich fajnych inicjatyw, które ludzie robią i chwalę im za to, bo dzięki temu jest jakaś platforma wymiany informacji. Właściwie o co w tym wszystkim chodzi? Chodzi o platformę wymiany informacji. O tym, żeby ludzie się spotkali i każdy powiedział to, co ma w głowie. Być może nas to wzbogaci, być może zupełnie nie, być może w jakąś trzecią stronę. Nikt tego nie wie, ale generalnie trzeba sobie dać szansę i trzeba po prostu wstać i coś zrobić. Okazało się, że robienia jest w tym wszystkim bardzo niewiele.
Praktycznie nic, przynajmniej z mojej perspektywy. Ale z drugiej strony za to ilość oczekiwań czasami, nawet nie czasami, po prostu narasta. I to się często zdarza, że ktoś się odzywa i nagle zaczyna rzucać jakimiś radami, zaczyna poprawiać, czuć się wujkiem i ojcem całej tej sytuacji. Ja tak się zastanawiałem, czy to jest właśnie jakiś taki element, moim zdaniem, tego całego szaleństwa. Kurczę blade. Dokładnie. To jest sposób, jak się manifestuje prawdopodobnie trauma. Ale o tej traumie, tak jak mówiłem, polecam wam odcinek „Strachy na lachy”, gdzie trochę więcej o tym mówię już od takiego naukowego, psychologicznego punktu widzenia. A z drugiej strony myślę, że jest to związane dokładnie z robieniem. Otóż to, proszę państwa, że takie frustracje pojawiają się w nas, kiedy właściwie siedzimy na dupsku i nic nie robimy.
Stąd się to bierze, bo obserwujemy kogoś, kto coś robi. Czy mu wychodzi, czy nie, to już jest zupełnie inna sprawa. Nie nam to oceniać, ale po prostu siedzi ktoś i robi. Zauważyłem taką bardzo ciekawą tendencję, jako że już nie mieszkam parę lat w kraju przodków. Tu troszeczkę wszystkim narodowcom polecam. Słuchajcie, jeżeli jesteście bardzo mocno związani z kolorem flagi i miejscem, w którym się urodziliście, możecie mieć problem z przegryzieniem mojej refleksji. Cóż, wasz problem, moi drodzy. Anyway, zauważyłem, że jest taka tendencja bardzo polska, z którą się właśnie nie spotkałem nigdzie indziej poza krajem przodków, żeby kogoś poprawiać, żeby kogoś naprawiać tak dosyć mocno na siłę, żeby komuś mówić, co ma robić, tym bardziej jeżeli on robi swoje. Jest to takie dosyć egzotyczne działanie. Przypomina to trochę sytuację faceta, który przyszedł do przysłowiowego lekarza albo mechanika.
W ząb się nie zna na tym, o czym jest cała ta historia. Natomiast przychodzi i zaczyna czuć się szefem całej tej sytuacji. Słyszałem masę opowieści z Polski na temat, jak to pani w urzędzie czuje się szefem sytuacji i wie doskonale za człowieka, który zajmuje się zarabianiem na życie, jak powinien zarabiać na życie, jakie papiery powinien wypełnić i tak dalej. To jest taki kompleksowy syndrom. Każdy poprawia każdego, każdy chce każdemu skoczyć na plecy i myśli, że z tego powodu, że jak mu skoczy na plecy, to ktoś będzie jeszcze bardziej szczęśliwszy. A już takim klasycznym syndromem jest wymyślanie komuś ekstra roboty do zrobienia, ponieważ nam się nie chce ruszyć dupska absolutnie. My po prostu lubimy usiąść sobie w fotelu. Ja na przykład na krzesełku lubię sobie usiąść. Lubimy doradzać, pomagać, ale w taki sposób, żeby się przypadkiem przy tym nie zmęczyć, żeby przypadkiem nam żyłka w dupce nie pękła. Tak to trochę wygląda.
Nie ma w tym żadnego działania, jest tylko i wyłącznie pustosłowie. Podobnie wygląda z bardzo znamienitą częścią wypowiedzi dotyczących naszej duchowości chociażby. To jest dla mnie taka w ogóle może mało inspirująca rzecz, ale ciekawa obserwacja. Jak to w życiu. Człowiek żyje, sobie chodzi, budzi się rano, zasypia wieczorem albo nad ranem, obserwuje sobie życie, słucha sobie różnych ludzi. Czyta sobie różne rzeczy i ma różne wnioski z tego powodu. Ja dzisiaj troszkę o tych wszystkich wnioskach. Bo jest taka rzecz jak robienie czegoś i zrobienie czegoś. Dzisiaj dokładnie o tym i trochę więcej muzyczki, bo obiecałem, że będzie więcej muzyczki. Także dzisiaj trochę więcej, bo jest sobota, trochę relaksu, trochę chilloutu.
Dokładnie. A wy słuchacie „Radia Na Fali”, „Hiperprzestrzeni”, a ja mam na imię Tomek. Możecie śmiało dzwonić. radionafali.com taki jest adres na Skypie. Ja wiem, że tu się zawsze dobija do mnie stado tych samych osobników, którzy nieustannie mnie maltretują Skypem. Słuchajcie kochani, ja naprawdę jak prowadzę audycję, nie czytam informacji na Skypie. Musicie zadzwonić. Ja to mówię od trzech lat do mikrofonu. To jest ta konsekwencja w działaniu, tak bym to powiedział, bo to nie jest problem słyszeć, ale problem jest zrozumieć, co się słyszy . Zapraszam do dzwonienia po prostu.
Nie chowajcie się po kątach, tylko jeżeli macie coś do powiedzenia, po prostu dzwońcie. Wy słuchacie „Hiperprzestrzeni” w „Radiu Na Fali”. Ja dzisiaj drążę temat robienia. Może zacznę od takiego alchemicznego początku, bo z tym robieniem to nie jest do końca tylko i wyłącznie kwestia psychologicznej zabawy ze sobą samym, jakieś teorie, koncepcje i tak dalej. Jest to taka klasyczna manifestacja żywiołów sił natury. Stąd się bierze coś, co w dzisiejszych czasach nazywamy czasami świętą geometrią i tak dalej. Wszystkie te historie związane z tym, jak kształty oddziałują na nas, w jaki sposób się czujemy w konkretnej rzeczywistości, którą sobie sami tworzymy. Czyli jeżeli ubierzemy pewien koncept, który na przykład nazwiemy Katedrą Notre Dame w konkretne proporcje i sobie wejdziemy do środka, nagle poczujemy przypływ pewnej energii lub nie. Jeżeli zbudujemy inny budynek w konkretnym kształcie, to też się tam konkretnie poczujemy. Jeżeli zbudujemy kanciaka, który nie ma za bardzo żadnego kształtu, poza tym, że jest z aluminium, szkła, betonu i stali, to wiadomo, że będziemy się kiepsko czuli.
Generalnie jest to banalnie trywialna, najprostsza sprawa pod słońcem. Materializacja koncepcji poprzez kształt. Tak się złożyło, że jesteśmy takimi istotami, które cokolwiek by nie mówić, po prostu coś robią. Mamy dwie ręce, dwie nogi, głowę na karku, czasami mniej lub bardziej, a liczę na to, że chyba bardziej. I materializujemy różne koncepcje poprzez kształt. Samo koło jako takie, czy kwadrat, czy jakakolwiek forma geometryczna właściwie w naszej głowie nie oznacza jeszcze niczego. Jest tylko i wyłącznie pewną myślą, pewnym konceptem, pewną metaforą pewnego zjawiska. I dopiero kiedy zamienimy to wszystko na kształty, jeszcze dodamy ten trzeci wymiar, zbudujemy coś, co rezonuje z tym całym światem dookoła, coś, co wzbudza te interferencje, że tak naukowo powiem. Nagle się okazuje, że tworzymy rzeczywistość, tworzymy coś, co materializuje się na naszych oczach i to coś wpływa na ten cały świat dookoła nas. Proste, prawda?
Trywialnie proste. Ale żeby to mogło się wydarzyć, oprócz tego, że mamy ten koncept, tą metaforę w głowie, musimy rzucić się dziarsko z czymś, przypuśćmy z cyrklem, z długopisem, z czymkolwiek. Ja się rzucam z mikrofonem czasami, z innymi rzeczami też i to generalnie zmaterializować. I na tym polega esencjonalny opis naszego życia, że jesteśmy kształcicielami, można tak powiedzieć. Strasznie lubię tą metaforę Indian Hopi. Uważam, że jest to chyba jedna z najcelniejszych metafor pod słońcem na temat nas samych i tego, co tu wyczyniamy sobie, kiedy żyjemy na tym świecie, niezależnie w którym życiu. Generalnie bierzemy jakiś koncept, wrzucamy do głowy. Tudzież nasza głowa jako antena odbiera ten koncept. Myślimy chwileczkę nad tym konceptem. Po chwili go materializujemy w konkretny kształt i ten kształt bardzo często albo pomaga ludziom, a bywają takie kształty, które nazywają się czołg albo karabin, które zdecydowanie nie pomagają, chyba bardziej przeszkadzają w egzystencji.
Generalnie chodzi o to, że robimy coś, co nadaje się do tego, żeby nasz sąsiad, ktokolwiek mógł po prostu użyć obok, żeby to nie poszło na marne. Oczywiście można też w egocentryczny sposób podchodzić do takich spraw i montować sobie tak życie, żeby wszystko zgarniać pod siebie. Ale to nie o tym, moi drodzy. To każdy wie, że to za bardzo nie w tą stronę i to chyba niespecjalnie nigdy działało. Żyjemy w takim świecie, który jest troszkę zdominowany przez ludzi mających obsesję zgarniania wszystkiego pod siebie. To są te szalone podatki i to są te szalone prawa, do których się musimy dostosowywać. To są te dziwne regulacje, wojny, masa kompleksów, które wynikają z tego, że ktoś komuś nakładł do głowy niczym taką łopatą, którą się śnieg odgarnia w Kanadzie sprzed domu, jak jest go dużo, różnych głupot do głowy. I uwierzyliśmy w różne koncepcje i zamiast pójść taką najprostszą drogą, po prostu wybraliśmy opcję, w której mnożymy wszystko przez jakąś ideologię bardzo często. Myślę, że ta ideologia nie jest takim zjawiskiem przypadkowym. Ona się wydarza po drodze do nicnierobienia.
Tak bym to nazwał. Im mniej robimy, im mniej działamy i mówię o takim działaniu, które komuś służy, czyli jest praktyczne, takiej praktyczności na co dzień, że na przykład budujemy urządzenie, które komuś w czymś pomaga. Robimy coś, co po prostu działa dla kogoś. Nie tylko cieszy nas, ale stwarza ten genialny moment, ten cudowny moment, gdzie radość się rozszerza po wszystkich ludziach dookoła i nagle wszyscy razem czujemy się fajnie. I wtedy to pole, ta energia w nas zaczyna krążyć, zaczyna wibrować, zaczynamy mieć lepsze pomysły, czuć się lepiej, mieć lepsze sny. W ogóle życie generalnie jest po prostu zdrowsze. Nie jest takie patologiczne, bo co by tu nie mówić, nie jesteśmy sami na tej planecie i wszyscy ludzie dookoła są po to, żebyśmy mogli się wszyscy razem dzielić i z ludźmi dookoła. Myślę, że wszyscy doskonale to wiemy. Nie będę tutaj przytaczał tak trywialnych i oczywistych prawd. O co chodzi z tą manifestacją tych wszystkich rzeczy?
Jeżeli nie manifestujemy tych koncepcji, one gdzieś parkują w naszej głowie. Jeżeli zaczyna ich parkować bardzo dużo, wydaje mi się, że przypomina to trochę zapchany parking samochodowy. Każda nowa koncepcja za bardzo nie ma gdzie wjechać, bo stare się nie rozładowały. I te wszystkie rzeczy tkwią w nas, począwszy od mitów narodowych, legend o tym, że ktoś jest bardziej wybrany, bo urodził się pod szerokością albo długością geograficzną taką, a nie inną. Jest masa świrów na świecie, którzy twierdzą, że szerokość geograficzna, pod którą się urodzili, determinuje ich całe życie. Przerażające zjawisko. Z tego się biorą wojny. Wszyscy doskonale o tym wiemy. Ja tego nie podzielam absolutnie. Jestem w opozycji do takiego szaleństwa.
Uważam, że albo zobaczymy siebie w innych ludziach dookoła, albo będziemy ciągle jak banda głupków się kłócili o miedzę, o kawałek ziemi, który i tak do nas nie należy. Tu z powrotem się powołam na koncepcję Indian, tym razem nie Hopi, ale takich Indian z Ameryki Północnej, też tych takich , że na przykład nie ruszają kamienia, który leży. Kiedyś o tym wspominałem, że szanuje się otoczenie takie, jakie jest, ponieważ nie jesteśmy właścicielami ani ziemi, ani drzew, trawy, nieba. To nie jest nasza własność. My jesteśmy tu gośćmi i naszym zadaniem jest zrobić jakieś pozytywne, praktyczne rzeczy, które spowodują, że będziemy sobie spokojnie mogli zdobywać nasze doświadczenie, kiedy jesteśmy tu na tej planecie i cieszyć się tym wszystkim i generalnie normalnie funkcjonować. To jest esencja tego wszystkiego. Natomiast wszystkie próby dociśnięcia tej rzeczywistości, przybicia na niej pieczątki, podpisania się pod tym i powiedzenia, że to jest moje i to mnie definiuje, już mocno zahaczają o mocną chorobę psychiczną, naprawdę bardzo ciężką chorobę psychiczną, która polega na tym, że nie widzimy żadnych ludzi. Ludzie nie są istotni. Istotny jest zbiór artefaktów, który jest dookoła nas i ten zbiór artefaktów, czy to jest język, którym mówimy, czy to jest historia, tak zwana kultura i tak dalej. Te wszystkie artefakty tak naprawdę czym się zajmują?
Te wszystkie artefakty budują skrupę dookoła nas, z którą się możemy zidentyfikować i możemy później wylądować w jakiejś sytuacji i powiedzieć: „No ale moja kultura albo mój świat”. Właśnie, mój świat. Ciekawy koncept, prawda? W świecie, gdzie chodzimy po okrągłej ziemi, twierdzimy, że mój świat. To czyj jest ten świat? Dobre pytanie, takie sobie myślę, należy zadać czasami. Bo świat nie jest przecież nasz. Jesteśmy tu gośćmi. Albo jesteśmy gośćmi, albo jesteśmy psychopatami, którzy twierdzą, że wszystko należy do nich. Cokolwiek znajdzie się w zasięgu wzroku, zasięgu naszej ręki, zasięgu naszych nóg należy do nas.
Jest ta słynna historia biegów po ziemię w Ameryce, że były rodziny, które się specjalizowały w tym, żeby jak najszybciej biec, bo zasada była prosta. Wiecie, jak się zdobywało ziemie? Zdaje się chyba kiedyś albo u Edwarda, albo gdzieś w hiperprzestrzeni, albo jakoś tak o tym była mowa. Ja tak szybko wspomnę, jak zdobywano ziemie na Dzikim Zachodzie. Przyjeżdżał urzędnik, który mówił, że to jest teraz ziemia Ameryki. Wszystko należy do prezydenta Stanów Zjednoczonych. I przyjeżdżali osadnicy i zapisywali się w biurze. Zasada polegała na tym, że był cały dzień od zmierzchu do świtu i trzeba było biec przez cały dzień i moment, od którego się startowało, tak daleko, jak się zabiegło, tyle ziemi było danego osobnika. Indianie stali, patrzyli się na tych wariatów, którzy biegają i wbiją chorągiewki w ziemię i nic nie kumali, bo ten koleś biegł cały dzień. Na koniec się zatrzymywał, wbijał chorągiewkę i mówił: „To jest moja ziemia”.
Shit, man. To chyba psychiatra jest potrzebny do takiej sytuacji. Taki dobry psychiatra. To jest pierwsza rzecz, która nas odcina od jakiegokolwiek doświadczenia. Doskonale rozumiem pojęcie kultury i tak dalej. Wielu ludzi, moim zdaniem, mocno przeszacowuje te zjawiska, ale to ma dwie strony. Pierwszą rzeczą jest pewien dorobek intelektualny, który mamy jako spuściznę po przodkach, ale jest to dorobek intelektualny, który służy na przykład budowaniu sobie praktycznego życia, czuciu się dobrze i tak dalej. Oraz druga część tego wszystkiego, która nam jest prasowana, czyli tak zwana oficjalna historia kultury i tak dalej, która właściwie ma tylko jeden cel: zatomizować nas, doprowadzić do sytuacji, gdzie zaczynamy wierzyć, że tworzymy coś, bardzo wyjątkowe zjawisko tylko dlatego, że właśnie jesteśmy z konkretnej szerokości albo długości geograficznej i że to jest jedyne miejsce na świecie, w którym jesteśmy zdeterminowani i nic więcej się innego nie wydarzy w naszym życiu. I to jest coś, czego powinniśmy bronić, chronić, walczyć o to. Jakikolwiek odchył od tego status quo, tej skrupy, którą sobie wybudowaliśmy, jest już przestępstwem i należy wysłać tam bardzo dużo czołgów, bardzo dużo karabinów, bo przecież nasza kultura, człowieku.
Pytanie jest dość proste: czym jest właściwie ta kultura? Moim zdaniem sprawa jest trywialnie i banalnie prosta, jak większość spraw. Ja w ogóle jestem prostak w tych sprawach. Ekstremalny prostak. Jest to dokument nas samych. Uważam, że właściwie żadne pokolenie nie jest w stanie wyskoczyć poza swoje własne doświadczenie. Jeżeli słucha się muzyki klasycznej, ja mam taką na przykład refleksję, jeżeli słucham takiej muzy sprzed 200, 300 lat odgrywanej teraz, to się słyszy te wszystkie konie. Przynajmniej tak działa moja wyobraźnia. Słyszę te wszystkie powozy jeżdżące po kostce brukowej, specyficzne tempo grania werbli, specyficzne tempo grania instrumentów, dźwięki dookoła. To jest zapis tamtych czasów.
Prawdopodobnie tak brzmiała wtedy ulica. Tak brzmiał wtedy dwór, na którym ktoś gdzieś tam siedział, śpiewały ptaki i tak dalej. Wszystkie te zupełnie inne dźwięki, tak zwane wspólne, harmoniczne dookoła nas niż dzisiaj. Dlatego ta muzyka stała się kanonem swojego czasu. Oczywiście niektórzy twierdzą, że dlatego, że jest piękna. Ja twierdzę, że tylko i wyłącznie dlatego, że doskonale opisuje w akustyczny sposób Pewną część rzeczywistości, która jest już dawno za nami. Sam jestem miłośnikiem muzy z lat 60., takiej funkowo-soulowo-rock'n'rollowej. Rock'n'roll i tak dalej. I ona brzmi zupełnie inaczej. Kiedy się słucha na przykład takiego mocnego bepopu amerykańskiego, Milesa Davisa z lat 50., 60., z samego początku, gdzie chłopaki naprawdę groźnie grali, groźnie!
To słychać klaksony samochodów, słychać te wszystkie dźwięki, słychać w tej muzie. Jak się później ogląda film z lat 50. nakręcony w Nowym Jorku, to słychać pewne paralele pomiędzy tymi dźwiękami. Słychać, skąd się brały. Miałem taką historię mieszkając w Dublinie, pracując w centrum. To było bardzo blisko browaru Guinness i tej turystycznej części, gdzie przychodzą turyści. Siedzieliśmy sobie w biurze, pracowaliśmy. Co jakiś czas za oknem śpiewał taki „ding, ding, ding”, taki sygnał bardzo specyficzny. I później, po latach, jako młody człowiek pamiętam, słuchałem płyty zespołu U2. To jest chyba album „The Joshua Tree”.
Taki ukryty track na samym końcu. Trzeba odczekać 15 minut. Jest na oryginalnej płycie i później zaczyna się takie „tin tin tin”. I tak siedzę w tej pracy i mówię: „Shit, to jest dokładnie to. To jest dokładnie ten dźwięk tego miasta, tej ulicy”. Tak to po prostu brzmi. To jest taki piękny dokument na temat rzeczywistości. To jest to, co robimy. Ilustrujemy rzeczywistość, w której żyjemy i czasami nieszczęśliwie podpisujemy pod tą ilustracją jeszcze jakieś dodatkowe znaczenia i staramy się zdeterminować punkt widzenia całego świata w ten sposób, że tylko nasza rzeczywistość jest tą dominującą rzeczywistością. Nie będzie nigdy inaczej.
To jest nasza kultura, to jest nasz świat. A ty, człowieku, nie wiesz, co mówisz. Pełne szaleństwo. W dzisiejszych czasach takim egzemplarzem, którego ja sobie bardzo cenię, bo uważam, że naprawdę tworzy kulturę tak zwaną, czyli naprawdę potrafi zamienić to, co czasami jest takie niewerbalne, gdzieś tam siedzi w głowach jakby opisy tej rzeczywistości, w której żyjemy, na coś, co jest doskonałą ilustracją, która zostanie zrozumiana za 100, 200, 1000 lat, jest chociażby Banksy. On jest takich ulubionych w cudzysłowie dziennikarzy i ilustratorów. Ja go nazywam dziennikarzem. To jest taka moja metafora na Banksy'ego. Chyba najlepszy sposób ilustrowania świata, w którym mieszkamy. Niektórzy nazywają to sztuką, bo wiadomo, że taka ilustracja, bardzo cenna ilustracja rzeczywistości potrafi powalić na nogi niektórych, którzy mają klapki na oczach. To jest taki troszkę wytrych do własnej głowy, że nagle ktoś potrafi usystematyzować te wszystkie treści, te wszystkie znaczenia, te wszystkie gazety, te wszystkie informacje, wszystko to przemielić i nagle wypluwa z tego wszystkiego jeden prosty obrazek, który jest wart nawet nie tysiąca, ale wart miliona słów.
I to jest według mnie takie właściwe znaczenie kultury, czyli czegoś, co jest użyteczne, praktyczne, służy nam do opisywania rzeczywistości, służy do zbierania informacji o świecie dookoła nas, ale tej informacji, która pozwala nam transformować. Nie na darmo wspomniałem o tych wszystkich szaleństwach związanych z tak zwanym rozwojem duchowym, bo to jest moim zdaniem takie pole, które nie różni się zbyt wiele od banksterów tak zwanych. Tam też jest bardzo dużo ludzi, którzy mówią o tym, że chcieliby żyć lepiej, że chcieliby żyć fajniej, że chcieliby coś robić i tak dalej. Ale właśnie to jest takie bardzo żołnierskie powiedzonko pod tytułem: „Znamy się na tyle kolego, na ile się sprawdziliśmy”. I dokładnie na tym to polega. Bo teraz wystarczy sobie zadać pytanie, skoro mamy taką armię ludzi, którzy mówią, że są manifestacją wszystkich sił duchowych, są manifestacją oświecenia, są manifestacją po prostu ducha, to gdzie to jest dookoła? Ja doskonale sobie zdaję sprawę, chociażby ze swoich przygód zawodowych, jak wygląda świat takiego twardego, hardego biznesu z drugiej strony. I powiem wam szczerze, że gdyby połowa z tych ludzi pewnego dnia, chociażby w poniedziałek, podjęła taką decyzję, że okej, nie kupujemy w cudzysłowie tej Coca-Coli albo coś w tym stylu. Po prostu uparli się konkretnie na jedną rzecz, wytyczyli sobie cel i zamiast opowiadać o idei, którą mają w głowie, budować sobie ten parking, na który już nie da się niczym wjechać, bo tam już wszystkie miejsca parkingowe są zajęte. Wszystkie te idee już tam zaparkowały, wszystkie inne są odrzucane.
Oni już są duchowi, wszystko jest okej. Nikt tego nie jest w stanie rozładować i nikt właściwie chyba nie chce tego rozładować. To jest taka najistotniejsza sprawa, że gdyby, nie daj losie, ci ludzie postanowili to rozładować i te piękne idee, o których mówią, nagle wyciekły w działanie. Ale nie takie działanie, żeby sobie podziałać. To jest bardzo często, moim zdaniem, tu po raz kolejny uprzedzam wszystkich, którzy mają narodowe dewiacje, jest bardzo polską domeną, żeby robić, a nie zrobić. Bardzo specyficzna sprawa. W wielu innych krajach też tak wygląda, ale ja mam doświadczenie z Polską, także mówię o swoim doświadczeniu. Gdyby to się zamanifestowało i ci ludzie, zamiast robić, gadać, myśleć albo próbować manifestować to w taki sposób, że przerzucają na innych, czyli mówić: „Okej, ty powinieneś zrobić to, powinieneś myśleć to, powinieneś robić to. Dlaczego nie robisz tego? Albo zrób tamto”.
Nagle kopnęli się w dupsko, wstali w poniedziałek i powiedzieli: „Okej, dobra. Od tej pory przez kolejne trzy, cztery dni robię to nie po to, żeby robić, tylko robię, żeby zrobić”. Świat wyglądałby inaczej. Gwarantuję wam, że w ciągu tygodnia cały ten banksterski system, całe to zło świata, wszystkie wojny, które są dookoła, szybciutko by się skończyły i naprawdę nie ma z tym absolutnie problemu. Problem jest, jak się okazuje, niestety dosyć trywialny. Problem zawsze jest w nas samych. To jest moja refleksja. Zawsze, kiedy dzieje się jakieś gówno w moim życiu, bardzo często, właściwie nawet nie bardzo często, z reguły okazuje się, że sam jestem temu winien. I nie ma się tutaj za bardzo ludzi po drodze, którzy by Na których bym mógł zwalić. Normalnie po prostu.
Tylko czy ja chcę to zauważyć? Czasami jest z tym zawsze poważny problem. Może nie zawsze. Z latami ten problem mnie opuszcza. Mam nadzieję, że dosyć skutecznie, ale to nie mi oceniać. Już nie widzę opcji, żeby zrzucać komuś to na głowę. Słuchajcie, jak jest sprawa załatwiona, to jest sprawa załatwiona. A wy słuchacie już się Radia Nafani, hiperprzestrzeni w Radiu Nafani. Ja mam na imię Tomek. Możecie śmiało zadzwonić.
Audycja jest też retransmitowana w Radiu Paranormalium. Pozwolicie, że łyknę sobie troszkę wody w tym moim dzisiejszym refleksyjnym wieczorze, który dotyczy robienia, a właściwie zrobienia, bo robić to można przez całe życie, moi drodzy. Na tym ta różnica polega, że można robić, kombinować, opowiadać, manifestować w swojej głowie projekcje i tak dalej wszystkie te rzeczy. Bardzo ciekawą sprawę powiedział ostatnio Pichon, jak był w gościnie. Pojawił się na telefonie w zeszłej hiperprzestrzeni na temat frustracji, które się pojawiają, kiedy ludzie sobie wymyślają różne cele do zrealizowania. Mają oczekiwania i nagle się okazuje, że te oczekiwania nie są zrealizowane. I wtedy jest dramat. Ja sobie myślę: może jeżeli już czegokolwiek mam oczekiwać, to może oczekujmy po prostu tego, żeby coś zrobić. Nawet nie oczekujmy, po prostu zróbmy sobie jakiś plan. Może nawet nie plan, bo z planem to jest tak jak z Egonem i jego ekipą.
Ten plan może jak zwykle wyrzucić na orbitę i nic z tego nie będzie. Po prostu zróbmy sobie jakiś projekt i to róbmy. Nie zakładajmy niczego. To jest chyba najzdrowsze podejście, żeby nie zakładać, nie kombinować, nie wymyślać sobie sztucznych celów. Życie nie polega na bieganiu na wyścigi. Życie polega na życiu i do tego się to wszystko sprowadza. Tu jest, jak zwykle przy świecie duchowym, troszkę refleksji, że pojawia się dużo ludzi, którzy twierdzą różne opowieści, że już osiągnęli nirwanę albo cholera wie co. Ale gdzie to wszystko się podziało, moi drodzy? Bo ile budowniczowie katedr potrafili zamanifestować tę energię i nie było z tym problemu. Chłopaki brali cynk do ręki i cały koncept, który mieli w głowie, przeistaczali na działającą do dzisiaj budowlę.
Z nami jest troszeczkę gorzej. Zostaliśmy niewolnikami systemu, który sobie sami wymyśliliśmy. W przypadku kraju przodków jest to dosyć spektakularne zjawisko. Czasami, powiem szczerze, smutno na to patrzeć, kiedy stada ludzi, z których każdy jest zbuntowany, każdy rzuca mięsem w dowolną stronę, każdy ma już tego dosyć, ale każdy zgina głowę. Każdy zgina swój kark jak ten baran w stadzie. Nic nie zmieni, bo mu dobrze. I kiedy dochodzi co do czego, właściwie nic się nie dzieje. W wielu miejscach na świecie tak jest. Polska nie jest wyjątkiem pod tym względem. W innych miejscach jest tak, że trzeba użyć karabinów, czołgów, żeby ludzi zmusić do tego, żeby siedzieli na dupsku, a w innych krajach ci ludzie samodzielnie potrafią zamienić się w stado baranów i owiec, tak jak im każą.
Bywa, proszę państwa. Szkoda, że tak się dzieje. Myślę, że to jest przede wszystkim powód tego, że mamy w głowie masę idei, masę koncepcji, że to jest ten cholerny parking, na którym zaparkowało milion samochodów, włącznie z tymi samochodami w narodowych barwach, których nie można usunąć z tego parkingu, bo przecież co się stanie z naszą kulturą? Co się stanie z nami? Co się stanie z naszymi przodkami? Nie wiem, co się stanie. Nasi przodkowie już dawno są martwi od tej fizycznej strony. Już dawno zjadły ich albo robaki, albo zamienili się w popiół. Tak że nie wiem, czy jest powód zastanawiania się nad nimi. Tak samo jak nie wiem, czy jest powód zastanawiania się nad przyszłością i czekania, aż przyszłość będzie wspaniała, cudowna, idealna.
Po prostu trzeba coś zrobić w tym kierunku i to jest jedyna opcja, żeby cokolwiek się wydarzyło. I z tym robieniem jest jeszcze jedna zabawna sprawa, która polega na systematyczności, na konsekwencji w tym wszystkim. Bo to jest taki, moim zdaniem, doskonały miernik i próbnik tego, czy to, co robimy, ma w ogóle jakikolwiek sens. Jeżeli zmusimy się do tego, żeby robić coś systematycznie, nie będzie to skokowa akcja, to wtedy jest szansa, że tak naprawdę ma to jakikolwiek sens. Bo ciężko jest samemu sobie wskoczyć w sytuację, gdzie robimy coś systematycznie i wiemy, że to nie ma żadnego sensu. Dlatego ludzie rzucają głupią pracę, bo generalnie przychodzimy do biura, robimy głupie rzeczy. Po paru latach stwierdzamy: man, this is so idiotic, so stupid. I generalnie mówimy: I'd like to quit. I wychodzimy. Bierzemy swoją odprawę i tyle nas tam widzieli.
Tak to często wygląda i tak generalnie robią normalni, zdrowi ludzie. Każdy zdrowy, normalny człowiek, kiedy ma już wszystkiego dosyć i nie widzi sensu, wychodzi, bo nasze życie tutaj, na tej planecie jest w pewien sposób limitowane od naszych urodzin do naszej śmierci. Właściwie kiedy czujemy, że gdzieś ta energia nie działa tak, jak należy, to najlepszą opcją jest zrobić coś, żeby ta energia działała jak należy w nas samych. Jaki jest pożytek z człowieka, który jest nieszczęśliwy, niezadowolony, nie potrafi niczego zrobić od początku do końca sam dla siebie, przez co nie potrafi nikomu pomóc? To będzie taki świat, już jest troszkę taki świat, gdzie jest problem z tym, żeby sobie ludzie pomagali nawzajem. Kiedy jeden kraj wyskakuje z karabinami na drugi, wszyscy stoją uszy po sobie. Ale to nasi bohaterscy żołnierze, to w sumie tak musi być, bo to jest realpolitik i jak to jest realpolitik, to as supposed to should be. Wszyscy przełykamy tą gorzką pigułę, od której wyrywa nas do toalety i żyć się z tym za bardzo nie da. Wszyscy doskonale o tym wiemy, niemniej nieustannie to powtarzamy. Ja się tak właśnie śmieję, że gdyby ci wszyscy wielcy propagatori tych wszystkich idei nagle W ten poniedziałek ruszyli dupska i zamiast gadać i zamiast teoretyzować, po prostu zrobili coś.
Ja nie mówię o wielkich rzeczach. Oczywiście można zrobić wielką rzecz, ale wielka rzecz wymaga wielkich nakładów. Myślę, że wszyscy doskonale sobie z tego zdajemy sprawę. Niewielu z nas ma tak wielkie nakłady, żeby ruszać narody i ruszać wielkie idee. Ale też nie o to chodzi. Ja myślę, że diabeł tkwi w szczegółach. Po prostu drobiazgi na co dzień. I jeżeli wszyscy nagle ruszą, nawet nie wszyscy. Wystarczy, że 10, 15% ludzi, która deklaruje takie, a nie inne wartości w sobie, nagle ruszy te wartości, to świat się automatycznie zmieni. To jest dla mnie klasyczny przykład ludzi, którzy z jednej strony deklarują łączność duchową z kosmosem, ze wszystkimi tymi rzeczami.
Ja troszeczkę obsobaczam. Przepraszam kochani, ale po obserwacji czata, po obserwacji kilku zawodników dookoła przy prowadzeniu tego projektu zwanego radio mam takie właśnie obserwacje. Gdyby kilku tych zawodników, zamiast chrzanić głodne kawałki o narodzie, o wielkiej ojczyźnie i tak dalej, wiecznie się masować w głowie jakimiś głupotami, nagle zrobiło jakieś konkretne działanie, to naprawdę świat byłby inny i naprawdę byłoby, być może więcej podcastów do słuchania. To już by było przyjemniej. Człowiek czułby się mniej samotny w tym świecie zdominowanym przez mainstreamowe media od początku do końca, bo tak to wygląda na dzisiaj. Ile jest takich niezależnych miejsc, że można dokonywać dużych wyborów? Ja mówię o dużych wyborach. Nie mówię o wybieraniu pomiędzy trzema, czterema albo pięcioma produktami, tylko mówię o wyborze pomiędzy całą gamą, całym spektrum. Żeby tych ludzi było 100, 200, 300. To jest wybór, bo udawany wybór to nie jest do końca wybór.
To właściwie akt desperacji, tak bym to nazwał. I tu jest taka klasyczna rzecz, że ludzie sprasowani z tymi ideologiami związanymi z tym, że uwierzyli, że są przywiązani, przykuci łańcuchem do swojego łóżka, na którym przyszli na świat i do tej szerokości geograficznej deklarują jakieś kosmiczne wartości. Jak można deklarować kosmiczne wartości, skoro z jednej strony mamy pretensje do świata albo wymagamy od świata tego, żeby zaakceptował nasz super status, taki status supergwiazdy, narodu wybranego albo jakoś tak, bo my jesteśmy z takiej, a nie innej szerokości geograficznej, a z drugiej strony w następnym zdaniu mówimy o tym, że wszyscy jesteśmy dziećmi kosmosu i sił kosmosu. To się jakoś kupy nie trzyma, moi drodzy. Albo jesteśmy wszyscy dziećmi kosmosu i wszyscy jesteśmy żywymi istotami, albo ktoś z nas jest spod szerokości geograficznej i po prostu musi być tak. Ma te swoje wartości, których nie może odpuścić. Ma ten swój parking, na którym zaparkował wszystkie te samochody pomalowane w narodowe barwy. Żaden inny już tam nie wjedzie. To jak to jest, moi drodzy? Taka zwykła konsekwencja.
Takim próbnikiem dla mnie tego, czy w ogóle cokolwiek z jakiejkolwiek sytuacji zadziała, czy w ogóle angażować się w jakiś projekt, bo u mnie to przekłada się konkretnie na ilość czasu, które w życiu poświęcam na robienie różnych projektów. Sprawdzam to w banalny sposób, naprawdę trywialny. Jeżeli widzę konflikt u osoby, z którą potencjalnie miałbym robić taki projekt i widzę, że on nieustannie zderza się sam ze sobą, że w poniedziałek mówi jedno, w poniedziałek potrafi poobrażać wszystkich, w środę przychodzi i przeprasza. W następny poniedziałek znowu poobraża wszystkich, w środę przychodzi, przeprasza. To nie jest człowiek, z którym się cokolwiek robi, bo to jest człowiek, który właściwie sam nie wie, kim jest, dokąd zmierza, czego od życia chce, poza tym, że ma zapchany ten parking i jedyne, czego oczekuje właściwie, to są oczekiwania. Już pal licho jakie i dotyczące czego, bo to już nie moja historia, ale to jest jedna rzecz, którą jest w stanie mi zaoferować. Swoje oczekiwania, które spowodują, że nie będzie musiał wykonywać ruchu na tym swoim parkingu. Będzie dalej mógł być w tym samym miejscu, w którym jest. Czasami wykona ten jeden krok, poprzeprasza, ale wróci z powrotem do tego samego zachowania. Nie idzie nic za tym działaniem, nie ma żadnej konsekwencji w tym.
Jeżeli ten człowiek sam ze sobą wpada na ściany, jeżeli codziennie rano strzela sobie w kolano, to jak można z takim człowiekiem zrobić jakikolwiek projekt? Szkoda naszego czasu, moi drodzy. Szkoda naszej energii, naszej siły, naszego życia na takie duperele. Jeżeli ktoś ma nieustanny problem ze sobą od tej strony, sorry guys, po prostu trzeba go zostawić. Inna sprawa, że naprawdę jesteśmy bardzo indywidualnymi jednostkami na świecie. Żyjemy grupowo, ale każdy z nas jest indywidualnością. I to jest też taki kolejny papierek lakmusowy tej całej sytuacji, że albo rozumiemy, że jesteśmy indywidualni i sami dealujemy życie ze sobą i sami musimy generalnie ogarnąć sprawy dookoła własnego dupska, albo w poniedziałek robimy tak, a już we wtorek zachowujemy się zupełnie diametralnie odwrotnie. Ciekawa sprawa, prawda? Ciekawa, jak człowiek może oszaleć w tym wszystkim tylko dlatego, żeby nie wypuścić z siebie tych idei, żeby nie stracić iluzji poczucia bezpieczeństwa, bo tak to trochę wygląda. Przy czym właśnie ta iluzja poczucia bezpieczeństwa nie daje nikomu bezpieczeństwa.
Wystarczy się rozejrzeć po świecie dookoła, jak to w ogóle wygląda. Wystarczy odwiedzić taki streumatyzowany kraj jak Polska i wejść do sklepu i ja się muszę mocno nastarać, być miły, patrzeć się na panią i tak dalej. Dużo energii w każdym razie kosztuje wykrzesanie z człowieka uśmiechu. Po prostu potężną ilość energii. I to jest takie moje spostrzeżenie. Inna sprawa, że w ogóle mam takie spostrzeżenie, że właściwie nie mam żadnego miejsca typu kraj, typu szerokość i długość geograficzna do mieszkania, ponieważ najważniejsze doświadczenia w moim życiu odbywały się w bardzo wielu różnych szerokościach, długościach geograficznych. I teraz, jeżeli mam się definiować jako doświadczenie, jako istota, która ma doświadczenie do miejsca, w którym to doświadczenie się odbyło, to nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć, że jestem dzieckiem kosmosu, a moim tatą jest kosmos, a mamą ziemia. Nic więcej, bo właściwie nie ma takiej sytuacji, nie zdarzyło się nic takiego w moim życiu, żebym mógł zdefiniować konkretnie miejsce, takie mocne doświadczenie tylko i wyłącznie do jednego takiego skrawka ziemi i ten skrawek ziemi wycałować, ucałować i Stwierdzić, że to jest moja osobowość. Absolutnie czegoś takiego nie rozumiem. Nie mam takiego doświadczenia w życiu.
Wszystko, co się działo dookoła mojego dupska przez ostatnie lata albo i nawet dłużej, działo się w tak różnych miejscach i te doświadczenia przychodziły w tak różnych miejscach i były to bardzo ryjące, zmieniające, odkrywające doświadczenia, w których się uczyłem masy rzeczy na swój temat od samego siebie, bo inaczej się nie da. Nikt nas nie nauczy. Sami możemy się tylko nauczyć na własnym życiu i nie ma tutaj za bardzo nic więcej. I te doświadczenia były w tak różnych miejscach, że jasno widać, że to nie działa w ten sposób, że nie ma czegoś takiego jak miejsce, w którym możemy się zadedykować i tak dalej. Była taka próba zrobienia czegoś takiego w Grecji. Było takie miasto jak Delfy, było jeszcze inne miasto, ale Delfy są takie znane z tego, że tam wszyscy jeździli po mądrość. Zobaczmy w ogóle wszyscy, jak się ta kultura skończyła. Doszło do tego, że właściwie więcej pieniędzy przeznaczamy na budowę czołgów i karabinów i na sporty, olimpiady i wszystkie tego typu bzdury niż na to, żeby wszyscy byli najedzeni na tej planecie. Prawda, że intrygujące? I zaczęło się od tego, że zaczęliśmy definiować doświadczenia do własnego miejsca i to już się ciągnie za nami od paru tysięcy lat, podejrzewam.
Nie jest to jakaś piosenka, która powstała wczoraj. Jest to piosenka, którą cywilizacja śpiewa od lat. I czy dalej chcemy śpiewać tą piosenkę? Bo część z nas deklaruje, że ma już dosyć tej piosenki i chętnie zaśpiewałaby nową, troszkę bardziej wyluzowaną. Tylko jak zaśpiewać nową piosenkę, skoro ciągle nucimy tą starą? Proste pytanie i prosta odpowiedź: przestać nucić starą piosenkę, zostawić to wszystko za sobą, pójść w kierunku doświadczenia, nawet jak będzie bolało, nawet jak nie będzie się o co oprzeć, to po prostu oprzeć się o samego siebie. I to jest chyba taka idealna opcja. Dokładnie. A ja mam muzyczkę, proszę państwa, bo tak jak mówię dzisiaj troszkę więcej muzyczki. I kolejna muzyczka.
A wy słuchacie „Hiperprzestrzeni” w Radiu Na Fali, a ja na imię Tomek. Jeżeli chcecie zadzwonić, to oczywiście Skype: radionafali.com. Podejrzewam, że chyba coś onieśmieliłem wszystkich, bo taka cisza zapadła na antenie, na telefonie, na Skype'ie. Może właśnie knujecie co zrobić. To może jeszcze zanim puszczę muzyczkę, powiem szybką rzecz, bo jest to jeden z tych elementów, który się złożył na dzisiejszy temat audycji. Pamiętam dwa lata temu, zaczynając serię podcastów „Dokładka”, wpadłem na pomysł, że skoro jest taki problem ze zrobieniem jakiejkolwiek w cudzysłowie rewolucji, jakiegoś ruchu, z organizowaniem tego ruchu, bo nikt za bardzo nie wie, jak to zrobić i nikt za bardzo nie ogarnia tematu. Wszyscy by chcieli, ale nikt nie chce. To może ja wyjdę naprzeciw i zorganizuję cały taki podstawowy set, żeby w ogóle to mogło ruszyć, że jak się pojawi ktoś, kto nawet nie wie, jak to zrobić, to przynajmniej dostanie informację, będzie wiedział, jak to zrobić, będzie miał narzędzia i będzie mógł zacząć robić takie mikrodziałanie w mikroskali i budować troszeczkę inny świat z innymi refleksjami. Efekt był taki, że zostały zakupione domeny. Właśnie dwa dni temu te domeny wygasły.
Już nie będę opowiadał o tej akcji. Był taki pomysł na taką fajną akcję, żeby się troszkę odkręcić, trochę się rozruszać, żeby to było zabawne, żeby to był fun, żeby nie robić tego traumatycznie i nie owijać się we flagę i sztandar narodowy, tylko po prostu pójść po swoje, jak ja to mówię. I się okazało, że w ciągu tych dwóch lat nikt się nie odezwał, a komentarzy, które przeczytałem tylko i wyłącznie w Radiu Na Fali, ja już nie mówię o reszcie polskiego internetu, ale komentarzy, które tu przeczytałem na temat tego, że rzeczywistość jest naprawdę do dupy i że każdy chciałby ją zmienić, było po prostu wiadra. Mógłbym ją na wiadra wynosić. Gdyby każda z tych refleksji niosła za sobą jednego pensa, Radio Na Fali byłoby najbogatszym radiem na świecie. Czy jakoś tak. Taka historia. Prawda, że ciekawe? I się okazało, że jak ma być konkretne działanie systematyczne, regularne, to wszyscy nagle się odwracają i mówią: „Wiesz, zajęty jestem w poniedziałek. Nie mam czasu.
Lecę. Coś mówiłeś? Sorry, muszę wyłączyć telefon”. I tak się to skończyło, moi drodzy. Tak się skończyła ta cała konsekwencja w działaniu. I ludzie się czasami dziwią, dlaczego lądujemy w takiej rzeczywistości, w jakiej lądujemy. To proste. Sami sobie fundujemy tą rzeczywistość. Absolutnie. Sami sobie to fundujemy, a później jeszcze mamy pretensje.
Bywa. W takich czasach trzeba samemu się kopnąć w tyłek i samemu zjeść te pretensje na śniadanie. A wy słuchacie Radia Na Fali. A dzisiaj właśnie o zrobieniu a nierobieniu, o konsekwencji, która jest efektem tego wszystkiego. Dzisiaj się rozwodzę nad pewną bardzo trywialną, banalnie prostą, oczywistą prawdą o naszym życiu, że jeśli na przykład te chłopaki, które leciały przed chwilą, nie wzięłyby instrumentów do ręki, nie siadłyby, nie powiedziałyby: „Okej, chcemy nagrać płytę. Po prostu nagrywamy płytę”, to tego by zwyczajnie nie było między nami i nie moglibyśmy sobie tego posłuchać. Oczywiście każdy z nas mógłby usiąść i zostać teoretycznie wirtuozem fortepianu. Ja mam takie powiedzonko już od lat na taką sytuację. Jest masa ludzi, którzy twierdzą, że od samego patrzenia albo oglądania czegoś się nauczą. Jest to taka szalona iluzja dzisiejszych czasów.
Nie wiem, skąd to się wzięło. Może z takich podręczników, że należy wymedytować, wyafirmować rzeczywistość, że człowiek siądzie, pomedytuje. Słuchajcie, też medytuję, ale poza tym, że daje mi to, co daje, nie gotuje obiadu. Medytacja nie gotuje obiadu. Jest to jedno z takich genialnych odkryć. Jeżeli ktoś z was tego nie wie, to polecam spróbować. Usiądźcie na podłodze w kuchni i zacznijcie medytować. Czekam, kiedy obiad się zmaterializuje w garnku. Jest taki syndrom wirtuoza z fortepianem, który od patrzenia na fortepian stał się wirtuozem. On chodził dookoła tego fortepianu przez ileś lat.
Chodził, zawsze patrzył, jak inni grają. Nauczył się nawet numerów tych klawiszy, nauczył się, jaka jest tam nuta po kolei na każdym klawiszu. Nauczył się, jakie są struny. Wszystkiego się nauczył. Wie wszystko na temat budowy fortepianu i wszystko na temat jak należy poprawnie siedzieć przy fortepianie. Wie, co robią te wszystkie trzy pedały na dole w fortepianie i jak naciskać, żeby w ogóle miało to jakikolwiek sens. Wie, jak otworzyć płytę, jak zamknąć. Wie, jak się nazywają nutki. Tylko że problem polega na tym, że facet, jak tak chodził dookoła tego fortepianu przez 20 lat, to ani razu nie klepnął w tą klawiaturę, nie siadł i nie zaczął nigdy grać na fortepianie. Efekt jest taki, że jest on niestety tylko i wyłącznie wirtuozem własnej rzeczywistości, ale tylko we własnej głowie, bo impact na rzeczywistość jest żaden.
Ani on nikogo niczego nie nauczy. A siła sprawia, że nie ma czego uczyć innych ludzi. To jest taka elementarna historia. Nikt z nas nikogo niczego nie nauczy i to dobrze jest o tym pamiętać przez całe życie. Sami się uczymy, co najwyżej możemy sobie zrobić dobre otoczenie do nauki albo pomóc komuś przyswajać jego własną wiedzę. Możemy stworzyć po prostu fajne warunki, gdzie ktoś będzie czuł się komfortowo w danej sytuacji i będzie mógł się czegoś od samego siebie nauczyć. Nic więcej, nic mniej. A jeżeli ktoś chce się nauczyć grać na fortepianie, to niestety chodzenie spacerami dookoła fortepianu i uczenie się teorii nic nie da. Trzeba usiąść i codziennie ćwiczyć co najmniej po dwie godziny minimum. I to jest standard.
Bez tych dwóch godzin klepania w te klawisze i wydobywania dźwięku nikt się niczego nie nauczy. Bardzo podobnie jest z ludźmi, którzy mówią o doświadczeniu duchowym i tak dalej. Ja się czasami z tym spotykam od strony tego, że jestem użytkownikiem substancji psychoaktywnych, mówiąc w skrócie. I generalnie gigantyczna część moich doświadczeń w życiu, która mnie mocno przeorała, się bierze dokładnie ze świata roślin. Tam się pojawiła ta informacja, która do mnie trafiła. To odblokowało moją antenę i często się spotykam chociażby z ludźmi, którzy twierdzą, że można bez tego, że to w ogóle nie trzeba było robić, że najlepiej to obchodzić te rośliny dookoła jak ten fortepian. I jak będziemy obchodzić dookoła, medytować w kuchni, obiad się sam ugotuje, my się sami transformujemy, wszystko się wydarzy bez nas. My tylko będziemy chodzili spacerem dookoła tego wszystkiego. To nic, że to wszystko jest na tej samej planecie, że jesteśmy dedykowani temu wszystkiemu, że to jest ta sama rzeczywistość. Żyjemy w jednym świecie, jest jeden rodzaj energii.
Oczywiście wszyscy twierdzą, że jest jeden rodzaj energii, ale jak na ironię uparcie ciągle próbują tą energię rozłączyć na lewo, na prawo, czasami na czworo, czasami na sześcioro. Kombinują i nie przychodzi im ta elementarna prawda do głowy, która się bierze z doświadczenia. Bo gdyby któryś z nich usiadł za tym symbolicznym fortepianem i spędził za tą klawiaturą co najmniej rok, to wiedziałby, czego od siebie oczekuje, czego nie oczekuje, czego chce, co go męczy, jak się mobilizować, na czym polega konsekwencja w działaniu i jakie są efekty tej konsekwencji. Bez tej świadomości procesu, który wynika z konsekwentnego realizowania jakiejś zamierzonej koncepcji, nie ma żadnego doświadczenia. Absolutnie. To jest tylko namiastka doświadczenia. Nawet nie namiastka. To są takie popłuczyny tego wszystkiego. I te popłuczyny oczywiście mają swoją jedną gigantyczną zaletę, że świetnie się sprawdzają w takich czasach telewizyjnych, gdzie dużo ludzi siedzi przyklejonych do telewizora. Czy to nawet nie jest telewizor, czy to są ekrany laptopów, komputerów, na których się wyświetla ulubione seriale.
Tak to trochę wygląda. Wszyscy żyją troszkę takim substytutem rzeczywistości, bym powiedział. Aktorzy, cudze życie i tak dalej. Rozrywka, wszystkie te historie dookoła. Wszystko po to, żeby tylko nie spotkać samego siebie w tym lustrze, żeby w ogóle samemu nic nie zrobić, bo konsekwencja spotykania siebie w tym lustrze, po drugiej stronie zobaczenia: „Okej, to jednak ja” powoduje, że: „Ty, to może coś powinienem zrobić. Ty, to może jak zacznę to robić, to nie po to, żeby się męczyć z tym, tylko musi być w tym jakiś cel”. Kolejna refleksja po tym jest taka, że jeżeli jest w tym jakiś cel, to ten cel nie może być zawężony tylko do mnie, ponieważ jestem energią kosmiczną. Jeżeli jestem tą ową energią kosmiczną, to wszystkie aspekty życia dookoła mnie, wszystkie te żywe istoty są też tą energią. Czyli jeżeli coś robię, to de facto tylko i wyłącznie powinienem robić to właśnie w tym celu, dla innych ludzi. Tak zwyczajnie.
I to wszystko. I to jest taka esencjonalna sprawa. To powinno się przydawać wszystkim ludziom dookoła. To nie może kaleczyć ludzi dookoła, to nie może doprowadzać do tego, że wszyscy żyją substytutem, tylko to musi wprowadzać jakąś rzeczywistą wartość w nasze życie. Tak jak powtarzam, nie da się ugotować obiadu, medytując nawet na stole w kuchni. Nie pomoże. Można się świetnie odprężyć, świetnie zrelaksować, ale żeby ugotować ten obiad, trzeba ruszyć dupsko, obrać te wszystkie rzeczy, zrobić to. Na początku może nie wychodzić, ale trzeba się nauczyć, jak zrobić, żeby wychodziło. Proste sprawy, prawda? Takie elementarne, proste historie, że albo się robi i to tak, żeby zrobić, albo się po prostu nie wiem co, chodzi dookoła tego fortepianu przez całe życie.
I tak można spacerować, spacerować, spacerować. Inna sprawa, że ten spacer jest bardzo mile widziany przez tych, którzy kontrolują dużą część tej materii dookoła nas, ponieważ każdy z nas na etapie spacerowicza jest bardzo łatwy do kontroli. Jest po prostu takim tępym, przygłupawym konsumentem, który mniej lub bardziej inteligentny, ale bardzo łatwy do zmanipulowania. Wystarczy tylko odciąć na moment ulubiony serial i postawić coś innego w to miejsce i działa świetnie. Miliony ludzi funkcjonują na świecie w ten sposób. Dlatego w ten poniedziałek te wszystkie duchowe istoty, które są tak oświecone i tak wspaniałe, jak deklarują, doskonale, tak samo jak w poprzedni poniedziałek, nie zrobią niczego w tym kierunku. Także świat będzie wyglądał dokładnie tak samo i tu się nic nie zmieni. Słońce tak samo wstanie rano, tak samo zajdzie wieczorem. Ta sama grupa ludzi pobiegnie w te same kierunki, w których biegała poprzednio i tu się nic absolutnie nie zmieni, prawda? Jakie proste.
A wystarczy tylko pobiec w drugą stronę. Nawet nie wystarczy biec. Wystarczy się wziąć za swoje własne doświadczenie i stąd się, myślę, to wszystko bierze. Stąd się bierze ta energia nas samych. Ta energia, która powoduje, że robimy coś konsekwentnie, robimy coś dla kogoś. I tyle. Prawda, że proste? Słuchajcie, jeżeli chcecie zadzwonić, przepraszam, radionafali.com. Ja to mam jakieś wspomnienie po tej zupie. Słuchajcie, świetną zupę zrobiłem.
Naprawdę daję radę. I tak troszkę ciągnie mnie do tej zupy. Ale jak to z zupą, proszę państwa. A ja przypominam dzisiaj o konsekwencji. Taki ciężki temat w języku polskim. W ogóle słowo konsekwencja w tym języku strasznie rzadko się pojawia. Pojawiają się wszystkie możliwe słowa: pojawiają się bogobojne słowa, pojawiają się wkurzone słowa, pojawiają się natchnione słowa. Ale słowo konsekwencja i zrobić to są takie niezbyt częste, proszę państwa. Ja tu namawiam troszeczkę o tym, żeby się przyjrzeć temu. Nie namawiam was do tego, żebyście już się rzucali i robili jakieś wielkie zmiany w świecie.
Naprawdę. Przyjrzyjcie się tym słowom, ale tak sami ze sobą. Może to jest metoda, proszę państwa, jeżeli czujecie zmęczenie materiału, jeżeli ten parking, który macie w głowie, jest już zawalony tymi wszystkimi ideami albo czujecie, że coś takiego ma miejsce, to może dobrze jest odstawić wszystkie toksyczne pomysły i zająć się tak zwyczajnie robieniem czegoś. Tu nie ma miejsca za bardzo na osobowość. To jest też fenomenalna sprawa. Na ego po prostu nie ma miejsca, bo to trzeba siąść i zrobić. Nikt za nas tego nie zrobi. To nie jest tak, że jak krzykniemy: „Hej, to jestem ja”, to nagle będzie niczym w bajce. Pojawi się chmura dymu i coś się pojawi. Ostatnio oglądałem bajkę „Pierścień Arabeli”.
Przypomniałem sobie taki blast from the past z dzieciństwa. Fajna historia. Historia oczekiwań. Historia pożądania. Ciekawa rzecz. Polecam serdecznie. Bajka, ale taka, myślę, z bardzo dobrym morałem z tego wszystkiego. Historia o tym, jak to oczekiwanie, jak te wszystkie rzeczy się generalnie komplikują w bajkowym życiu oczywiście, bo jest to tylko i wyłącznie film. Ale zabawnie wygląda to porównanie z rzeczywistością. Inna sprawa, słuchajcie, że oczywiście po obejrzeniu tego miałem już tak dosyć, że nie byłem w stanie na nic patrzeć.
Musiałem zniknąć na co najmniej jeden dzień sprzed komputera, jeżeli chodzi o treści jakiekolwiek audiowizualne, bo się okazuje, że po prostu już mnie nie bawi siedzenie i oglądanie cudzych treści. W pewnym momencie musiałem się trochę przymusić do tego, żeby skończyć oglądać tą bajkę. Inna sprawa, że oczywiście fajna, to doskonale rozumiem, ale jednak się okazuje, kochani, że taka prosta rzecz jak takie zwykłe działanie u podstaw, takie, gdzie nie ma miejsca na ego, gdzie właściwie mam rzecz do zrobienia po prostu. Jest sprawa do załatwienia, jest rzecz do zrobienia, do zorganizowania. Muszę tu siąść, tam siąść, to porobić, tam porobić. Jest troszeczkę zdrowsza niż konsumowanie tych wszystkich treści. Taka historia, proszę państwa, żeby nie być w życiu konsumentem, bo ta konsumpcja się ciężko kończy. Taka historia. To może jeszcze jakaś muzyczka, proszę państwa, bo tak mało tej muzyczki dzisiaj jeszcze. A kurczę, czas leci w tej hiperprzestrzeni, a dzisiaj chciałem naprawdę powrzucać troszeczkę muzy do tych swoich refleksji.
Tym bardziej że to jest właśnie taka materializacja tych wszystkich rzeczy, o których mówię. Wręcz alchemiczna prawda o rzeczywistości. Bo ktoś, tak jak wspomniałem, musiał wstać, wziąć instrument do ręki czy chodzić dookoła. Chodzenie dookoła fortepianu nie wystarczyło. Trzeba było usiąść, nauczyć się grać tych wszystkich nutek. Trzeba później wymyślić jakąś muzyczkę. Trzeba później wymyślić ekipę, która się zbierze i to zrobi. Później ta ekipa razem musiała znaleźć konsensus, żeby stwierdzić: okej, to zrobimy to. Nie będziemy tego robili, po prostu zrobimy to. Zrobili to i efekt jest taki, że dzisiaj możemy usiąść i sobie posłuchać różnych dźwięków.
Prawda, że genialne? I tak się tworzy świat. Tak powstają najpiękniejsze rzeczy, które później zawłaszczamy czasami do naszej kultury, mówiąc, że to jest nasza kultura, ta książka i tak dalej. Dobrze czasami, że ci pisarze są często martwi, bo gdyby wstali z grobu, to by wzięli taką zdechłą, śmierdzącą rybę i tym swoim fanom czasami tak natrzaskali po pysku tą zdechłą rybą za to, że nic a nic nie zrozumieli z tego, co jest w tej książce. Jeszcze sfetyšyzowali tą całą refleksję i zamiast skorzystać z niej indywidualnie, zbudowali jakiś kolejny kołchoz, opierając się na jego książce. Smutne czasami. Właśnie brak takiej własnej refleksji. A to namawiam. Własna refleksja, moi drodzy, własna refleksja zawsze i wszędzie. Inaczej nas nie będzie.
Inaczej skończy się tym, że pewnego dnia pojawi się ktoś, kto znowu ubierze parę milionów ludzi w mundury, rozda karabiny, pokaże jakiś kierunek na horyzoncie, na linii horyzontu. „ Biegiem marsz!” I wszyscy pobiegną i się pozabijają z powrotem. Tak już było nie raz, nie dwa, nie trzy. A to się bierze stąd, że konsumujemy zamiast tworzyć, że nie chcemy zrobić, tylko robimy. A jeszcze czasami też w ogóle, żeby dojść do etapu, żeby robić, to już w ogóle jest wielkie, ciężkie halo, bo co najwyżej możemy o tym pomyśleć. To naprawdę, kochani, myślenie pomaga, ale tylko wtedy, kiedy następuje korelacja z rzeczywistością i to taka fizyczna, że z tego myślenia powstaje coś Co przydaje się komuś na świecie i nie tylko nam. Prosta sprawa i o tym jest dzisiaj moja gadka, proszę państwa. Jak chcecie, możecie się do mnie zadzwonić: radionafali.com Podejrzewam, że wszyscy wystraszeni i nikt nie dzwoni. Bardzo dobrze. Co za strachliwy naród się zrobił.
Aż ciężko w to uwierzyć człowiekowi po tych 10 latach, że to tak strachliwy naród teraz jest. Ciężko uwierzyć czasami. Ja tutaj odgarniam się od tego całego narodowego zgięcia, czym zapewne sobie u niektórych grabię, ale to już nie moje grabie i nie mój ogród, tak że niech ktoś inny zamiata te liście. Generalnie mam nadzieję, że miło spędzacie czas, moi drodzy, a dzisiaj wrzucam troszkę swoich refleksji związanych z, nie da się ukryć, z prowadzeniem tego projektu zwanego radiem i w ogóle z tym, jak to wygląda od drugiej strony, jak wygląda praca z ludźmi, którzy mają generalnie pełno dobrych rad, nie znają się na niczym, są leniwi i aroganccy, ale zawsze mają dobrą radę dla nas. Zawsze chcą nas czegoś nauczyć i oni wierzą w to, że przyjdą, powiedzą nam coś i nas nauczą czegoś. A tak sobie myślę: stary, ty może sam się czegoś naucz o sobie i naucz się jednej elementarnej rzeczy. Naucz się nie uczyć innych i nie poprawiać po prostu, bo inni coś robią, a ty siedzisz na dupie i nie robisz nic, co ma jakikolwiek impact w rzeczywistość dookoła ciebie. Poza tym, że może zgarnąłeś trochę więcej pod siebie i może lepszy samochód, lepsze mieszkanie w lepszej dzielnicy. Ale to wszystko. A co z tego ma cały świat?
Co z tego mają ludzie? Co z tego ja mam? Gdzie jest ta empatia? Gdzie jest ta mandala? Gdzie jest rozdawanie tej energii? Gdzie jest sens tego życia, prawda? Dosyć prosta historia. Słuchajcie, osobiście po doświadczeniach z radiem unikam zdecydowanie wszelkich projektów z ludźmi, którzy mają gębę pełną dobrych rad. Im więcej tych dobrych rad w tej gębie, tym mniej mnie w okolicy. Taką mam elementarną zasadę.
Po prostu nie interesuje mnie to absolutnie, bo wiem, skąd się biorą te dobre rady. Dobre rady się biorą z braku doświadczenia. To jest właśnie ten syndrom wirtuoza, który nigdy w życiu nie zasiadł za fortepianem, ale on doskonale wie, jak wygląda ten fortepian. A tu chodzi o robienie, moi drodzy, i robienie go w taki sposób, żeby to jeszcze zrobić do końca i żeby wszystko działało, żeby wszystko było okej, żeby nie było pouczania, żeby było coś konkretnego. Ma być efekt. Na tym to polega. Ja myślę, że to jest gigantyczny sukces banksterów, że są to ludzie, którzy pomimo tego, że są bardzo sprofilowani intelektualnie i duchowo tylko i wyłącznie na materię, ich gigantyczny sukces i to, że rządzą tą częścią rzeczywistości, która jest związana z wymianą handlową, z produktami, z tą materią dookoła nas, jest nie przez przypadek. Oni doskonale wiedzą tą jedną zasadniczą rzecz. Wiedzą, że nie da się nic zrobić z syndromem wirtuoza z fortepianem. Wiedzą doskonale, że trzeba samemu wstać i samemu zrobić.
Nie robić, tylko wstać i zrobić. I na tym to polega. Dlatego wszystkie te instytucje finansowe, wszystkie te banki, wszystkie te rządy, wszystkie te psychopatyczne fabryki, gdzie produkują czołgi i tak dalej, doskonale działają. I dlatego ten świat się kręci. Dlatego, że pomimo swojej arogancji w stosunku do ludzkiego życia i w stosunku do esencji, którą wszyscy jesteśmy, ci ludzie na pewno nie są aroganccy i nie są leniwi. Ci ludzie są bardzo mocno zapracowani, mają ręce pełne roboty po to, żeby cały świat wysadzić w powietrze i wychodzi im naprawdę całkiem nieźle. Słuchajcie, są konsekwentni. Każdego dnia tysiące ludzi zasuwa do instytucji finansowych i robi nie po to, żeby robić, tylko robi, żeby zrobić. Na końcu mają target, który muszą osiągnąć i inaczej to się nie odbywa. I to jest ten sukces.
Natomiast cała reszta bardzo często siedzi i zastanawia się: „Ale jak to się stało? Przecież medytowałem w kuchni i obiad się nie ugotował”. Siostro i bracie, nie da się inaczej po prostu. Nigdy się nie ugotuje. Wiem, że pozbawiam cię w tym momencie jakiejś iluzji, jeżeli jeszcze tą iluzję masz. Mam nadzieję, że nigdy w życiu tej iluzji nie miałeś, ale nigdy się sam nie zrobi. Po prostu sami musimy to zrobić. To jest taka elementarna prawda o tym, że skoro już tu jesteśmy na tej planecie, skoro już tu wylądowaliśmy, niezależnie w którym życiu, to sami musimy wziąć dupsko w troki i sami to robić. Ja na przykład jestem troszkę taki może nie tyle uwrażliwiony, ile naprawdę mam niezłą ubaw z komentarzy, a dostaję czasami takie maile, że powinienem zrobić audycję o tym albo tamtym, albo siamtym. Ja się tak uśmiecham pod nosem i mówię: „Człowieku, a ty nie masz własnego dupska?
Nie masz mikrofonu? Nie masz, stary, czasu? Skoro masz czas, żeby słuchać to radio, to przestań słuchać tego radia. Zacznij robić swój własny podcast. To przecież trywialnie proste. Przecież nic do tego nie jest ci potrzebne poza dokładnie tym samym sprzętem, który stoi przed tobą”. Miałem dzisiaj nawet taką kolejną propozycję, że powinienem coś tam, bo fajnie wyszło. Człowieku, to ja decyduję, co mi fajnie w życiu wychodzi, bo to jest moje życie i ja to robię. Tak samo jak ty decydujesz o tym, co tobie fajnie wychodzi w życiu, bo to jest twoje życie i ty to robisz. I ani ja nie mam zamiaru wskakiwać ci na głowę, a kiedy ktoś spróbuje mi wskoczyć na głowę albo na plecy, uh la la, mon Dieu!
To nie tędy droga. Tak to nie działa. Ja myślę, tak jak mówiłem wcześniej, że to jest właśnie powód dla tego szaleństwa, że ktoś sobie dał wskoczyć komuś na plecy. Słuchajcie kochani, nie dawajmy się takim cwaniackim charakterom. Jeżeli ktoś wam mówi, że czegoś od was wymaga, odwróćcie się do niego twarzą prosto en face i powiedzcie: „Słuchaj stary, to ty to zrób. Jeżeli ci na tym zależy, to ty to zrób. Mi na tym nie zależy”. I niech to będzie taka najprostsza odpowiedź. To są wszystkie sprawy z tym związane. Tak samo jak wszystkie te oczekiwania.
Czasami oczekujemy od siebie, że jesteśmy mądrzy albo jacyś tam i stąd się pojawiają różne dziwne informacje, a później się czegoś pytam: „Ale skąd to wiesz?” „No nie wiem. Domyślałem się”. To może powiedz, że nie wiesz. To będzie prościej, to wszystkim ułatwi życie. Jaki jest powód, dla którego warto generalnie olać te wszystkie szaleństwa? Dlaczego warto robić rzeczy? Pierwszy powód jest dosyć trywialny. Jest, można powiedzieć, terapeutyczny. I dotyczy nas samych. Na tyle się znamy, na ile się sprawdziliśmy w różnych sytuacjach i niestety nie chce być i nigdy nie będzie inaczej.
Jeżeli chcemy się dowiedzieć, jak jest, kiedy się medytuje, musimy pomedytować. Jeżeli chcemy się dowiedzieć, jak jest, kiedy korzystamy z tej bramki pod tytułem substancje psychoaktywne, sami musimy z nich korzystać. Jeżeli chcemy się dowiedzieć, jak to jest się przejść w góry i wejść na wysoką górę i zobaczyć cały świat z niej, musimy założyć buty na nogi i się przejść na tą górę. I nie ma innej opcji. Nikt za nas nie przeżyje naszego życia. To jest taka elementarna sprawa. Nam się wybija to oczywiście z głowy, bo to są te tak zwane media i tak dalej. Próbuje się zrobić z nas takie stado baranów i owiec, które będzie podążało za chęcią życia cudzym życiem, że wyświetli się nam w serialu jakieś cudze życie, a my poczujemy się na tyle usatysfakcjonowani tą sytuacją, że stwierdzimy: „Okej, to oglądając ten film, przeżyliśmy już tą historię. Także mamy już to doświadczenie. Mamy to doświadczenie z oglądania i słuchania innych”.
Nie, kochani, nie mamy żadnego doświadczenia z oglądania i słuchania innych. Jedyne, jakie mamy, mamy z przeżywania własnego życia. I to jest taka arogancja, którą właściwie chyba sami sobie zaszczepiliśmy jako cywilizacja, że się poddaliśmy tej arogancji w stosunku sami do siebie i nic z tego za bardzo takiego szalonego, radosnego nie ma. Są karabiny i czołgi, i banki oczywiście. Mamy to wszystko, mamy tą całą infrastrukturę, mamy podatki do płacenia. Są wszystkie te rzeczy dookoła. Tylko gdzie jest miejsce na nas? Gdzie jest miejsce na naszą refleksję? Inna sprawa, że też sami pilnujemy tego systemu. Często ludzie marudzą na system, że system ich niszczy, deprawuje i tak dalej.
Jasne, taka jest prawda. Ten system ma taki cel. On po prostu jest tak skonstruowany, że deprawuje każdego, kto w nim siedzi. To wszyscy doskonale wiemy. Myślę, że bez dwóch zdań. Natomiast jest pytanie: ale co z drugiej strony? Możemy siedzieć i pieprzyć po prostu głodne kawałki o tak zwanym Matrixie. To chyba jest pokolenie filmu braci Wachowskich, które za bardzo chyba nie zaglądało do książek, a szczególnie nie zaglądało nigdy do książki Orwella pod tytułem „Powag zwierzęce”, bo dla nich rzeczywistość odkryła się w filmie „Matrix”. Dobrze, że przynajmniej w ten sposób. Zawsze to jakiś drobny progres intelektualny, trochę więcej niż nauczenie się wiązania butów.
Także dobrze, że przynajmniej to zostało. Możemy w ten sposób, wiecznie produkując strach i generując przerażone pokolenie, po prostu budując wszystkie te paskudne opowieści i zmuszając się do lęku, właściwie wymuszając na sobie taką sytuację, że jesteśmy ofiarami. A też możemy zrobić to i się czegoś nauczyć i wtedy wiemy, że nie jesteśmy ofiarami, bo to daje nam tą potężną wiedzę, tą potężną emocję, która jest z tym związana, że jesteśmy mamą i tatą sytuacji w naszym życiu. Jeżeli tego doświadczymy na własnym dupsku, to automatycznie przekładamy to na działania dookoła nas i w tym momencie zaczynamy, czasami szczęśliwie, tak jest świat skonstruowany, zarażać niektórych ludzi tym, że skoro nam się udało, a byliśmy kompletnie niedoskonali, jesteśmy niedoskonali, robimy masę błędów i tak dalej, i przeczymy w ogóle teologii współczesnego człowieka sukcesu, a udało się, się okazuje, że potrafimy zainspirować kogoś i że ktoś inny stwierdzi: „Wiesz co? Ja może też nie jestem ani najlepszy, ani sobie z tym nie radzę, ani tego nie ogarniam. Ale wiesz co? Po prostu zrobię to. Nie będę tego robił, nie będę o tym myślał, po prostu zrobię to”. I w ten sposób funkcjonuje cały ten normalny kawałek świata, że jeszcze jest tak dużo ludzi na świecie, szczęśliwie dla nas wszystkich, ludzi robiących coś konkretnego, co ma konkretny efekt, konkretny wymiar i na końcu udaje się tego w jakikolwiek sposób użyć. Dzięki temu to wszystko się kręci.
Dzięki temu jeszcze wszyscy nie zwariowaliśmy, jeszcze nie popadliśmy w odmęt jakiejś własnej szalonej arogancji, która spowodowała, że staliśmy się bandą konsumentów, która konsumuje podłożone nam pod nos treści. Taka prosta historia, proszę państwa. A ja muzyczkę oczywiście, bo przecież kurczę, tak się rozgaduję, a dzisiaj chciałem muzyczki troszkę popuszczać. W końcu to taka pierwsza zimowa hiperprzestrzeń chyba. U mnie za oknem już srogi wiatr. Na szczęście nie jest zimno, ale srogi wiatr i srogi deszcz. Co za pogoda! Tego nie mogę zrobić, tego nie mogę zmienić, ale nawet nie chcę. Tak czy siak, mam swoje projekty, moi drodzy i pomimo swojej całej niedoskonałości w czymkolwiek mam duży fun i dużą frajdę z robienia tych projektów i to jest coś, co mnie buduje. Myślę, że buduje każdego.
Jeżeli ktoś z was robi jakieś własne projekty i go to buduje i ma kilka słów na ten temat, to proszę śmiało dzwonić: radionafali.com. Niech nie będzie tak, że się okaże, że jestem chyba jedynym kolesiem, który zrobi coś takiego po prostu, bo robi. Jak na razie nikt jeszcze nie zadzwonił. I don't know. 37 milionów ludzi. Język polski. Wielka kultura. Tysiące lat tradycji. That's the point, guys. I gdzie to dalej zmierza?
Zostało w lesie razem z partyzantami na filmie o wojnie. A wy słuchacie oczywiście „Radia na fali” w hiperprzestrzeni. Ja dzisiaj wrzucam taki konkretny temat, który dotyczy moich doświadczeń w prowadzeniu tego projektu „Radio na fali” i wszystkich rad, które dostałem, wszystkich tych ludzi, którzy deklarowali się z niesamowitą pomocą, z tym, co zrobią. I koniec końców, słuchajcie, nie wiem, gdzie ich szukać. Gdzieś chyba w lesie, jakimś bajkowym lesie, gdzie słońce nie dociera i jakoś tak. Ale to akurat szczęśliwie dla mnie. Tymczasem mam tu lekkie zamieszanie z internetem, także nie ma mnie na czacie, moi drodzy. Być może za chwilę wrócę. Who knows? No właśnie, ale szczęśliwie dla mnie z tym wszystkim, że tak się potoczyło, ponieważ to jest straszna strata energii.
Myślę, że każdy z nas, kto robi jakikolwiek projekt, kto po prostu robi jakiekolwiek działanie, które nie jest związane tylko i wyłącznie ze stricte zarabianiem pieniędzy na samego siebie, to jest jedną sprawą. Też istotną, bo wszyscy żyjemy w jakimś normalnym świecie, gdzie trzeba płacić rachunki i tak dalej. Ale jest jeszcze ta druga część rzeczywistości. Jest ta istotniejsza, bym powiedział. To, co zostanie po nas, niekoniecznie po naszej kasie. Z doświadczenia, robiąc różne projekty przez całe życie, dookoła tych pieniędzy, tak jest z ludźmi i tak dalej. Mam taką refleksję, że naprawdę ludzie, którzy są bardzo niechętni do roboty, którzy są leniwi, którzy są aroganccy, którzy po prostu nie chcą, którzy mają tylko i wyłącznie pomysł. Jak ktoś przychodzi i mówi: „Wiesz, bo ja mam pomysł”. Ja mówię: „To fajnie stary, ja mam parę tysięcy pomysłów. Co ty na to?
To teraz rzucę ci kilka swoich pomysłów, a ty jutro zaczniesz to robić”. Oczywiście każdy z nich ucieka i bardzo dobrze. Słuchajcie, gońcie to towarzystwo w cholerę. Każdy z nas jest dobrym człowiekiem, ale szkoda naszego czasu na to, żebyśmy sobie podstawiali nogi. Bo pamiętajmy, że człowiek, który nic nie robi, jest z reguły potwornie sfrustrowany i jedyną rzeczą, czego od niego możemy oczekiwać, tak już niestety jest, czy chcemy, czy nie. Fajnie by było inaczej, ale jeszcze w takiej mentalności katolskiej, polskiej, gdzie poczucie winy za grzechy świata jest wprasowane ludziom od dziecka bardzo często, jest bardzo problematyczne w relacjach, w robocie. Taki człowiek przychodzi tylko i wyłącznie z pretensjami, że on chce coś, on czegoś wymaga, on tu się czegoś spodziewa. A goń się kolego, po prostu sam sobie zrób. Taka jest prawda i tak powinniśmy mówić, tak powinniśmy reagować. I to jest szczere, proste rozwiązanie.
Wszyscy jesteśmy fajnymi ludźmi, ale czasami powinniśmy sobie jasno i stanowczo powiedzieć: „Dzięki stary, nie chcę twojej energii. Moja energia jest okej. Zamierzam to zrobić. Nie chcę tego robić, nie chcę o tym myśleć, nie chcę o tym gadać. Chcę to zrobić”. I bardzo mocno to pomaga. Dzięki temu selekcja ludzi, którzy są dookoła nas, odbywa się automatycznie. Nagle się okazuje, że przy bardzo istotnych projektach, przy takich ważnych sprawach, które mamy do zrobienia, nie ma już szaleńców. Nie ma absolutnie żadnego szaleńca. Co najwyżej my jesteśmy przy tym wszystkim.
Co jest akurat szalenie miłe, bo jeżeli my jesteśmy, a my wiemy, jak to zrobić, wiemy, co chcemy zrobić, to jest istotna sprawa. Inna sprawa, że tak jak mówiłem wcześniej, jest to zawsze nasze indywidualne doświadczenie i nie da się czegoś takiego kupić, przeczytać w książce, zrobić za kogoś. To jest chociażby ta historia, którą kiedyś tu opowiadałem z dziwnymi obiektami na niebie kosmicznymi i tak dalej, tak zwanymi UFO. Jest masa relacji ludzi używających substancji psychoaktywnych, że mają kontakty z tym innym wymiarem, który jest obok nas. I wszystko jest w tych relacjach. Jest absolutnie wszystko. Wszystko, łącznie czasami z instrukcjami, jak są zbudowane te maszyny. Tylko jednego nie ma w tych instrukcjach. Nie ma tam tak zwanych znawców ufologów. To jest taki fenomen, bo ci ludzie też nie chcą tego przeżyć na własnej skórze.
Oni chcą kupić moje doświadczenie i chcą, żebym ja im coś powiedział, a oni teraz zdecydują, czy to zaakceptują, czy nie. I tak jest z większością rzeczy. Czy to jest psychologia, czy to są jakieś nieodkryte zjawiska, cokolwiek to jest. Jakiś syndrom człowieka konsumenta, człowieka, który przyjdzie, przeczyta, pokręci się dookoła tego fortepianu i jak się pokręci parę lat dookoła fortepianu, to powie mi, że on jest wirtuozem i że w sumie mógłby nagrać płytę, mógłby coś zagrać, ale on mi doradzi, jak ja mam to zagrać, bo mu się nie chce, bo coś. Zawsze jest milion wymówek. Uciekajmy od takich ludzi. Nie traćmy naszej energii. Szczęśliwi lub nie, mamy to doświadczenie, że używając języka polskiego większość z nas zna doskonale kraj, który nazywa się Polska i wie, jak to działa w praktyce. Widzimy, jak to rozpieprza wszystkie relacje między ludźmi, jak doprowadza do sytuacji, że właściwie kraj pełen, jak każdy inny pełen, bo w każdym kraju są zdolni, utalentowani ludzie, zamienia się w miazgę. I tą miazgę właściwie robią sami mieszkańcy tego kraju, ściągając się na nogi właśnie tym brakiem jakiegokolwiek systematycznego, regularnego działania, które polega na tym, żeby coś zrobić, a nie siedzieć, stękać i jęczeć jak stara baba i marudzić na życie nieustannie.
Taka prosta sprawa. Wszyscy widzimy ten eksperyment na żywca, wszyscy wiemy, jak to wygląda. Wiemy, że nie działa. Wiemy, że tworzy patologię. Najlepsza metoda nie kopać się z koniem, wyciąć patologię z własnego życia. Jeżeli ktoś nie ma bladego pojęcia o tym, jak funkcjonować z innymi ludźmi, robi nieustannie problemy, nieustannie szuka dziury w całym i jeszcze na dodatek przychodzi i czegoś wymaga. Unikajcie takich ludzi w swoich własnych projektach. Kopniak w tyłek, radośnie, na do widzenia i to wszystko. Żartuję oczywiście z tym kopniakiem w tyłek. Nie musimy być agresywni ani wulgarni w stosunku do tych ludzi.
Po prostu zostawmy ich z własnymi traumami. Nie przeżyjemy za nich życia. To oni sami muszą ruszyć swoje własne dupsko, żeby cokolwiek zrobić dookoła siebie i żeby jeszcze coś świat z tego miał. My nie mamy żadnego obowiązku wobec tych ludzi, nie mamy żadnego obowiązku wobec świata, nie mamy nawet obowiązku wobec siebie, moi drodzy. Co najwyżej możemy sobie taki obowiązek wymyślić. I ani owijanie się flagą narodową i dziaranie sobie na klacie orła w koronie tutaj naprawdę nikomu nie pomoże. Nie ma narodu wybranego. Wszyscy jesteśmy istotami żyjącymi na planecie Ziemia i tak długo, jak pamiętamy o tych elementarnych zasadach, tak długo zrobienie czegokolwiek nigdy nie będzie dla nas problemem. A tak długo, jak zapominamy i nie pamiętamy o tych zasadach, tak długo produkcja karabinów, czołgów, psychopatów zwanych politykami będzie się odbywała w nieskończoność. Prosta rzecz i naprawdę nie trzeba tego komplikować.
Nie trzeba szukać dziury w całym. Tak to wygląda. Wszyscy o tym doskonale wiemy. Tak sobie myślę, że dobrze by było przywrócić tą elementarną prawdę o rzeczywistości, o tym, czym ona jest. Ta fizyczna, tu i teraz, tam, gdzie się robi obiad, tam, gdzie się gotuje zupę, tam gdzie jest stół w kuchni, tam gdzie jest komputer, gdzie jest laptop, gdzie jest komunikacja między ludźmi. Tak ona wygląda. Nie chce być inaczej. Jakby była inaczej, byśmy żyli w innym świecie, ale doskonale wiemy Doskonale wiemy, gdzie żyjemy. Takie proste sprawy, proszę państwa. Tu już z powrotem chyba odzyskałem łączność z internetem, także z powrotem pojawi się na czacie.
A wy oczywiście słuchacie „Hiperprzestrzeni” w Radiu Na Fali. Jak najbardziej. Ja mam na imię Tomek. Audycja jest retransmitowana też w Radiu Paranormalium. Pozdrawiam mogę słuchaczy i jednego, i drugiego radia. Zapraszam, bo się trochę narobiłem. Trzeba było trochę obrobić, ale to przyjemna rzecz zrobić coś dla kogoś. Także naprawdę szalenie miło. Zapraszam was do Konwentu Wiedzy Alternatywnej. Są już powrzucane nowe materiały.
Jest trochę do ściągania, jest trochę do słuchania. Pierwszy sezon zamknięty. Teraz czekam na materiały z drugiego sezonu. Także zapraszam was do archiwum Radia Na Fali, żebyście sobie tam pobuszowali, pościągali, posłuchali. Być może będzie to coś, co będzie towarzyszyło waszemu życiu w odkrywaniu waszej własnej indywidualnej refleksji, a nie męczeniu kogoś o coś. Inna sprawa, że sądzę, że jesteśmy na tyle rozgarnięci, że nikt z nas za bardzo nikogo o nic nie męczy, a być może będzie to w jakiś sposób pomocne przy własnej indywidualnej refleksji. Niczego was nie nauczę, niczego was nigdy nie chciałem nauczyć i nie mam ochoty uczyć. Sami musimy się uczyć, moi drodzy. Sami ponosimy za to odpowiedzialność. I to jest chyba najpiękniejsza część naszego życia.
Ta nasza indywidualna odpowiedzialność za samego siebie. Na koniec mam telefon. A jednak! Jan Kowalski. Halo, halo. Halo, halo, Janku. Poproszę zadzwonić jeszcze raz, bo mój Skype troszeczkę szaleje i poproszę Janie, jakbyś jeszcze raz przekręcił. Ja tu spróbuję odebrać. Coś świruje troszeczkę. Proszę jeszcze raz zadzwonić.
Proszę się rozłączyć i zadzwonić jeszcze raz. Taki mam pomysł i to powinno zadziałać. Także proszę jeszcze raz wykonać numer, bo u mnie się Skype po prostu wiesza czasami. Okej, już cię słyszę idealnie. Witam serdecznie.
[01:27:11] - Witam serdecznie, panie kapitanie. Jak mnie słychać?
[01:27:14] - Doskonale. Jak zdrówko szanownemu panu?
[01:27:17] - Świetnie. Po prostu świetnie. A u ciebie?
[01:27:19] - Doskonale, proszę pana, doskonale.
[01:27:21] - To super. Słuchaj, świetna audycja i wydaje mi się, że takim clou, dlaczego właśnie ludzie nie zadzwonili, to że się boją. Po prostu boją się, żeby to zrobić. Ja w tym momencie przestałem się bać i zadzwoniłem.
[01:27:36] - Czego się bać?
[01:27:38] - Właśnie, czego się bać? Tylko audycja jest naprawdę na wysokim poziomie. Wysoko postawiona poprzeczka i trudny temat, bo wydaje mi się, że właśnie ten strach strasznie nam przeszkadza w tym wszystkim, żeby właśnie to zrobić. Mówię, że jak ktoś ma jakiś pomysł, żeby zrobić podcast, też miałem taki pomysł. Coś z tym już zrobiłem, ale przestałem to robić i ciągle właśnie brakuje. Brakuje czasu, bo to trzeba pieniążki zarabiać, te pieprzone papierki i ciągle jest coś. Ta głupia telewizja, nawet internet. Kurczę, te wszystkie reklamy nie reklamy, Facebooki ciągle sprawdzane.
[01:28:14] - Wyłącz to. Wyłącz to człowieku. Nagrywaj nawet po trzy minuty dziennie, bo to nie chodzi o to, żeby— ja to cały czas postuluję, żeby nie robić wielkich rzeczy. Nie musimy robić skoku na księżyc. Wiesz, jeżeli nie możesz nagrywać godziny, nagraj trzy minuty. To wszystko. Chodzi o to, żeby zrobić. Nic więcej.
[01:28:31] - Właśnie.
[01:28:34] - Halo, halo. Halo, halo. Troszkę nam przerwało. U la la. Mam taki komunikat: „Internet connection problem. There is a problem with the internet connection”. Halo, halo. Halo, halo. Tu się już zdzwaniam, że tak nieelegancko nas ten internet zerwał. Ktoś nie zrobił swojej roboty słuchajcie.
Bill Gates, goddamn! Po prostu ten koleś do czego się nie dotknie, to spieprzy po prostu. A to w ogóle chyba mój internet, to nie tylko Skype. Tu widzę, że troszeczkę szaleje. Okej, moi drodzy, przepraszam za to zerwanie rozmowy, która naprawdę bardzo miło się zapowiadała. Mam nadzieję, że Janek zadzwonisz na wieczorowej porze. A ja tu już tymczasem kończę tą „Hiperprzestrzeń” i moi drodzy, jeżeli coś robicie, bo to jest głównie audycja skierowana do tych, którzy coś robią, nie bójcie się odważnie powiedzieć ludziom, którzy wam przeszkadzają, mieszają, mają problemy z tym, że sami po prostu się nie ogarniają. Nie bójcie się po prostu odstawić tych ludzi. Stary, naprawdę świetnie, że jesteś. Jesteś świetnym człowiekiem.
Bardzo fajnie, ale stary, tam są drzwi i nie chcę widzieć ani twojej flagi, ani twojego wydziaranego orzełka na klacie, ani żadnych innych bzdur, ani twojego krzyżyka. Mam tu sprawę do zrobienia i tą sprawę zamierzam zrobić. Dokładnie o to chodzi. O nic więcej. Jeżeli tak podejdziemy do sprawy, każda sprawa nam się uda. Absolutnie. I nie ma co do tego dwóch zdań. Także dziękuję wszystkim serdecznie za słuchanie tej „Hiperprzestrzeni”. Mam nadzieję, że się narodowcy już obrazili. Bardzo dobrze.
Niech się obrażają, może się czegoś nauczą o samych sobie. Się nauczą, że ludzie są wszędzie dookoła, a nie tylko owinięci w narodowe flagi. Tymczasem kończę. Tu mam Iweliś, mówi, że zerwany internet całkiem dobrze mnie słychać. Mnie tak, ale słuchaczy już gorzej, bo tu jest inny internet do słuchaczy, a inny do nadawania, proszę państwa. Taki cwany jestem, bo nie chodzi o to, żeby robić, tylko żeby zrobić. Na tym to polega. Dokładnie. Główka kombinuje, proszę państwa, kombinuje, żeby się nie zaskoczyć taką sytuacją. No nic, dziękuję szalenie wszystkim serdecznie.
Dziękuję kochani sponsorzy i mecenasi za waszą akcję, bo to co robicie, to jest dokładnie działanie. Na tym to polega. Nie każdy ma czas, żeby nagrywać. Niektórzy z nas po prostu siedzą i zarabiają, bo tak jest życie skonstruowane. Jest to normalne. Wiemy, gdzie żyjemy. Nie ma czarów z mleka, wszystko jest dosyć oczywiste dla nas, dorosłych ludzi. Także wszystko jest okej, ale robicie niesamowitą robotę wspierając Radio Na Fali. Także dzięki wam kochani. Każdy ma swoją część układanki, którą tutaj robi i to jest miłe.
I po prostu robi, i to zrobił, i to działa, i na tym to się opiera. Bo gdyby ktoś tego nie zrobił, to tego by już dawno nie było. I to jest esencja tego wszystkiego. Także moi drodzy, jeżeli siedzicie w Polsce i macie problem z tym, że dookoła otoczenie jest pełno cwaniaków, którzy wam próbują coś powiedzieć, powiedzcie im: „Wiesz co stary? Dzięki i nara. Miłej zabawy.” Dokładnie. I róbmy swoje, moi drodzy. Róbmy swoje nie zważając na duperele. Taka była refleksja mojej dzisiejszej audycji, która jest takim troszkę tryptykiem, podsumowaniem pewnych tematów, które się tu pojawiły ostatnio. Zapraszam za tydzień z Radia Na Fali.
Zapraszam do innych audycji. Zapraszam do „Hiperprzestrzeni” oczywiście za tydzień. Zapraszam do „Syntezy” za tydzień. Zapraszam do „Teorii Chaosu” w piątek następny. Zapraszam do „Pichontarium” i zapraszam do „Etykiety Zastępczej” do księcia Edwarda. A już niedługo pojawią się nowe rzeczy, które się nazywają „Sny” i będą to sny Hubego, proszę państwa. Bo są ludzie, którzy po prostu robią i robią to tak, że jest zrobione. I na tym to polega. I dzięki temu możemy później posłuchać sobie na przykład snów. Pozdrowienia dla Hubego i pozdrowienia dla was wszystkich kochani słuchacze.
Peace and love i do usłyszenia w następnej „Hiperprzestrzeni”.