[00:07] - Las przyjacielem człowieka. Witam wszystkich serdecznie w Radiu Na Fali, jak zwykle w sobotni wieczór. I co? Zaczynamy kolejną „Hiperprzestrzeń”, proszę państwa. Proszę dzwonić po znajomych. Proszę obudzić babcię i dziadka. Całą rodzinę proszę obudzić, postawić na nogi całe osiedle. To co? To jak zwykle o tej porze w sobotę zaczynamy. A ja mam na imię Tomek oczywiście.
Po tym jakże oficjalnym początku, jak zawsze bardzo oficjalnie witam was wszystkich w ten fajny sobotni wieczór. Mam taki półksiężyc za oknem w Londynie. Piękna gwieździsta noc. Wygląda na to, że Indian summer się nieustannie ciągnie i jest naprawdę ciepło, pięknie. Rewelacja. Jednym słowem, albo nawet paroma słowami: rewelacja, proszę państwa. Właśnie chciałem serdecznie na koniec miesiąca pozdrowić wszystkich mecenasów Radia Na Fali, mecenasów sztuki falowej, proszę państwa. Dalej nie mam jeszcze informacji z polskiego konta, także przepraszam wszystkich mecenasów, których nie wymienię, którzy wpłacają na polskie konto, ale za to spokojnie mogę wymienić wszystkich z was wspierających radio przez PayPala. Także dzięki wielkie Katarzyno, Adrianno, Grzegorzu, Piotrze, Arturze, Mateuszu, Edwardzie i Rafale. Peace and love, kochani.
Wielkie dzięki za wsparcie. Zapraszam oczywiście wszystkich na konta twitterowe, na konta facebookowe radia. Jak zwykle oczywiście zapraszam, żebyście sobie odpalili Skype'a Radia Na Fali, radionafali.com i czasami się odzywali albo i nie. Kto to wie? Zapraszam oczywiście do archiwum Radia Na Fali. Oczywiście „Hiperprzestrzeń” jest retransmitowana też w Radiu Paranormalium, także pozdrawiam wszystkich słuchaczy z Radia Paranormalium. Ja oczywiście jestem na czacie Radia Na Fali zalogowany, obecny, przytomny, niewstrząśnięty. Właśnie, to może zacznę jak zwykle od zapowiedzi tego, co niedługo w Radiu Na Fali. Wspomniałem troszeczkę w syntezie w czwartek, czy chyba po syntezie. Anyway, przypomnę jeszcze raz, żeby nikomu nie umknęło, co będzie się działo, bo są już materiały, słuchajcie.
Dziękuję. Pozdrawiam w ogóle Tomka Grubę. Tomek, jak słyszysz mój głos, jeżeli słyszysz mój głos, Tomek, pozdrawiam cię bardzo serdecznie i Basię pozdrawiam bardzo serdecznie. Dotarły materiały, także mam już kolejny set materiałów z Konwentu Wiedzy Alternatywnej i Zamierzchłych Archiwów oraz jeden materiał z tego roku świeży. Także jak tylko ogarnę sprawy jutro, to zaczną się pojawiać. Także niedługo będziecie mogli posłuchać kolejnej odsłony tych wszystkich archiwów. I don't know what to say. Anyway. Oczywiście oprócz tego wszystkiego, słuchajcie, pojawi się już całkiem niedługo, muszę jeszcze troszkę nad tym popracować, bo jest w trakcie roboty, pojawi się nowy dział i wszystkie te rzeczy, które są związane ze snami, pojawią się w wieczorowej porze. Dokładnie dzisiaj.
Przypominam, że dzisiaj też wieczorowa pora, jak zwykle po „Hiperprzestrzeni”. A co się pojawia w wieczorowej porze poza I Chingiem, rozmowami i wszystkimi tymi sprawami? Rymuję i nawet nie czuję. Taki dzień. I don't know. Pojawią się sny. Sny Ubego, ponieważ tych snów już się zebrało. Dzisiaj będą kolejne trzy sny w wieczorowej porze, ale to oczywiście w wieczorowej porze. A co w sprawie zapowiedzi? No więc pojawi się nowy dział ze snami, proszę państwa.
Także będziecie mogli sobie spokojnie ściągnąć wszelkie możliwe sny Ubego, które się będą pojawiały w Radiu Na Fali. Oczywiście premiera jak zwykle będzie w wieczorowej porze, a później będą lądowały w swoim własnym dziale. Także nastawcie uszu, niczym gończe psy czy jakoś tak. Rończe psy. Co ja dzisiaj mam? Nie wiem. Dobrze się mam przede wszystkim. To jest chyba najważniejsze w tym wszystkim. Także zapraszam, żebyście powoli przygotowali jakieś wolne miejsce na twardym dysku albo jakąś ekstra powierzchnię w czasie i przestrzeni do przesłuchiwania tych wszystkich rzeczy, które się pojawią już niedługo. Oczywiście zapraszam do pozostałych audycji w Radiu Na Fali, do genialnego „Pichontarium”, do genialnej „Etykiety zastępczej”, do Konwentu Wiedzy Alternatywnej i wszystkich materiałów, do syntezy, do siebie, no i oczywiście do słynnej „Teorii chaosu” oraz reszty spraw, które tam parkują w archiwum i się kurzą.
Także możecie śmiało odkurzać to wszystko. Nie, tak się nie kurzy. Wiem, że ściągacie, słuchacie. Także miło mi. Bardzo miło, bardzo sympatycznie. Także całkiem nice. A dzisiaj, moi drodzy, temat taki troszkę filozoficzny jak zwykle. Nie filozoficzny do końca. Nigdy nie wiem, jak to powiedzieć. Czy to jest filozofia, czy to jest życie?
Myślę, że to jest życie. Oczywiście utarła się nazwa, że to jest filozofia, ponieważ opiera się to na naszych własnych refleksjach. Czasami te refleksje są przyganiane przez jakieś refleksje z zamierzchłej przeszłości. Okazuje się, że nie jesteśmy tacy oryginalni. Przynajmniej ja nie jestem taki oryginalny. Wiele z tych refleksji pojawiło się lata temu. Zostało napisane masę książek na ten temat. Może niekoniecznie są to najbardziej popularne książki, najbardziej popularne tematy, niemniej myślę, że bardzo cenne i bardzo wartościowe. No i dzisiaj właśnie na jeden z takich tematów A temat moich dzisiejszych rozważań to kwestia oczekiwań, proszę państwa. Oczekiwania, czyli coś, co nas czyni szczęśliwym albo coś, co może nas uczynić nieszczęśliwym, albo coś, co może nam pomóc odnaleźć to szczęście albo się po prostu realizować w życiu.
Oczekiwania. Jednym słowem to, czego oczekujemy od życia, oczekujemy od świata dookoła. Także dzisiaj chciałem wskoczyć ten temat i będę śmiało brodził w tym temacie po kolana, po pas, po szyję, aż zanurzę się w całości. A jeżeli macie jakieś pomysły, macie jakieś swoje własne refleksje na temat oczekiwań i tego, jak z tym dealujecie, jak z tym funkcjonujecie, co w ogóle na ten temat myślicie, czy to was niszczy, czy wzbogaca, to śmiało dzwońcie do Radia Na Fali, radionafali.com taki jest adres na Skype'ie i będzie się opowieść. Dzisiaj opowiem o pewnej swojej historii, o kawałku swojej historii tutaj z Londynu, z West Norwood, gdzie mieszkałem przez jakiś czas. O pani babci sąsiadce, która nauczyła mnie kilku bardzo cennych refleksji, które później w życiu bardzo mocno się przydały i przydają się do dziś. To jest taka osoba, którą niesamowicie ciepło wspominam. Niesamowita historia. I dzisiaj wam coś opowiem, ponieważ kilka lekcji, które dała mi babcia sąsiadka, do dzisiaj się za mną ciągną i są to jedne z najlepszych lekcji w życiu, jakie dostałem. Jest to oczywiście historia troszeczkę tego, o czym czasami mówię, czyli przeglądania się w samym sobie, czyli tym, że jesteśmy dla siebie samych lustrami i generalnie dealujemy ze sobą.
Tu jak zwykle mogę się podeprzeć cytatem, a najlepszy cytat do tej sytuacji chyba Gandhi swego czasu wymyślił: „My life is my message.” Tłumacząc na polski: „Moje życie jest moim przesłaniem.” I ja myślę, że to jest taka esencja tego wszystkiego, bo pani babcia sąsiadka była właśnie taką postacią i to się idealnie wpasowuje w dzisiejszy temat. Właściwie jest nierozerwalnie z tym związane, z kwestią oczekiwań, tego, czego oczekujemy od życia, tego, czego nie oczekujemy i tak dalej. A o tym już za chwilę. A jeszcze jedno ogłoszenie na sam koniec, moi drodzy. Jest bardzo fajna sprawa. Pewien człowiek w Stanach postanowił ruszyć temat Wilhelma Reicha i postanowił zrobić film dokumentalny, taki konkretny dokument na temat jego dokonań, opracowań i całej pracy twórczej, i generalnie wszystkiego, co zrobił. Jest crowdfunding na ten film, jest do zebrania niecałe 89 tysięcy dolarów. Nie pamiętam dokładnie w tym momencie sumy. Także budżet jest naprawdę śmieszny, jeżeli o to chodzi, porównując do budżetów, które są wywalane na te wszystkie bzdury, które są produkowane aktualnie, żeby nas zabawić i dać tą ideę. Ja tu tylko czekam, żeby skończyć audycję i zaraz się rzucam, żeby tam wrzucić parę groszy na ten film, bo naprawdę rzecz jest wielka i myślę, że należy to zrobić.
Także jeżeli macie dokładnie to samo poczucie, tą samą refleksję w głowie, to dostaniecie zaraz linka i sami będziecie mogli wesprzeć producenta, wesprzeć tą ideę, a koniec końców obejrzeć film dokumentalny zrobiony na podstawie pełnej dokumentacji, która gdzieś tam parkuje w kilku uniwersytetach. Tego wszystkiego, czego nie udało się spalić szczęśliwie, bo przypominam, że gigantyczną część dorobku Wilhelma Reicha spalono oficjalnie w Stanach Zjednoczonych zaraz po jego śmierci. Ale tu zapraszam wszystkich do odcinka o Wilhelmie Reichu. Jest odcinek w „Hiperprzestrzeni”, jest odcinek „Syntezy” na ten temat. Jest troszeczkę o tym dżentelmenie, także możecie sobie śmiało poszperać w archiwach Radia Na Fali. Wszystko to znajdziecie. Także zapraszam serdecznie, proszę państwa. A wy słuchacie „Hiperprzestrzeni” w Radiu Na Fali retransmitowanej w Radiu Paranormalium. Ja mam na imię Tomek. Dzisiaj, tak jak wspomniałem wcześniej, oczekiwania, proszę państwa.
Temat przyszedł może nie tyle znienacka, ile generalnie ciągnął się troszkę za mną. Myślę, że czas najwyższy ruszyć troszeczkę tą skamielinę, bym powiedział. O co chodzi z tymi oczekiwaniami? Na pewno każdy z nas, każda z nas i ty słuchaczko, i ty słuchaczu. Myślę, że chyba każdy z nas miał taki moment, może czasami nawet ma do dzisiaj, że czegoś bardzo chce, że w ogóle przede wszystkim może nie tyle chce, ile czegoś oczekuje, czegoś wymaga. Jestem świadkiem takich sytuacji bardzo często, chociażby dlatego, że prowadzę ten szalony projekt o nazwie Radio Na Fali. Także zdarza mi się być świadkiem oczekiwań wielu ludzi, którzy wpadają: „To, chcę to, chcę tamto. Daj mi to, daj mi tamto.” Ale sobie myślę: brakuje tutaj troszeczkę czegoś. Brakuje chyba zrozumienia istoty natury świata, natury nas samych. Brakuje chyba takiego rzeczywistego wejrzenia w siebie samego.
Opowiem tutaj wam historię na temat oczekiwań i mojej tak zwanej babci sąsiadki. Pewnego razu, mieszkając tu w Londynie, przeprowadziłem się w takie miejsce na południu Londynu. Nazywało się West Norwood. Dalej się tak nazywa. Rewelacyjne miejsce. Nie wiem, jak jest tam teraz, bo strasznie dawno tam nie byłem. To na tyle duże miasto, że jak człowiek się przeprowadza w jakieś miejsce, to z reguły siedzi w tym miejscu. Znaczy buja się troszkę, jak zwykle po Londynie, jeżeli się buja, ale generalnie zna swoją dzielnię i nie buja się po dzielniach obok. To jest po prostu za duże miasto, żeby się tak kręcić we wszystkich kątach. Nie ma tyle czasu.
Odległości są za duże. Trzeba spędzać godziny w pociągach, w metrze. Autobusów za bardzo nie lubię. Generalnie dużo czasu na to idzie, żeby podróżować na dłuższe dystanse. Z reguły jak się jedzie na imprezę na drugą część miasta w Londynie, to się już tam zostaje na całą noc albo jakoś tak, bo ciężko jest później wrócić przez całe miasto. Czasami jazda przez miasto trwa cztery do pięciu godzin i to wcale nie jest nic dziwnego. To jest po prostu potężna metropolia. Jak wylądowałem w tym West Norwood, to akurat miałem taki moment w życiu, że można w cudzysłowie powiedzieć: „robiłem karierę” czy jakoś tak i wylądowałem w bardzo ciekawym miejscu. Wylądowałem w bardzo fajnym miejscu przede wszystkim. To jest granica właściwie, oficjalnie jeszcze jest West Norwood, ale to jest taka granica dzielnicy Dulwich, takiej bardzo posh dzielni, że tak powiem, takiej wypasionej.
Tam, zdaje się, połowa rodziny Margaret Thatcher mieszkała i takich konstabli, oficjeli, bogatych ludzi. Strasznie drogie nieruchomości, jedna z najbardziej ekskluzywnych szkół w tej części świata, czyli Dulwich College. No i tak dalej. Wymieniać można w nieskończoność. Taka dzielnica w ogóle cała prywatna. To też jest taki fenomen, że nie jest to kawałek miasta, który należy do ludzi. Jest to po prostu prywatna ziemia i wszystko jest opisane, że jest to prywatny teren, prywatne drogi, taka po prostu prywatna wioska w środku miasta. A mieszkałem tak mniej więcej na granicy właśnie Dulwich a West Norwood. Bardzo piękne, malownicze miejsce, bardzo zielono, widać wzgórze Gipsy Hill. Fajne miejsce.
Jak wylądowałem, to nie mieszkałem akurat sam. Miałem współlokatorkę, bardzo fajną postać. Jak tam się pojawiłem w tym domu, to usłyszałem, że mamy sąsiadkę, taką starszą panią i że ona jest lekko świrnięta i żeby się nią nie przejmować, bo ona gada straszne bzdury i tak dalej. Tak po prostu z buta moja nowa współlokatorka potraktowała sąsiadkę. Opowiedziała mi taką historię, że to taka ześwirowana starsza pani, która nie wiadomo co mówi. Ciągle mówi to samo. Nie przejmuj się, nie słuchaj jej i tak dalej. I pewnego dnia, to były chyba pierwsze dni, kiedy tam mieszkałem, oczywiście jak zwykle do ogrodu, był piękny ogród, także pobujać się troszkę w ogrodzie. A to była wiosna, także wybuchła zieleń dookoła. I spotkałem sąsiada z domu obok.
To muszę wam powiedzieć, jak to w ogóle wygląda przede wszystkim. Ja mieszkałem w jednym domu. Babcia sąsiadka mieszkała w kolejnym obok, a tuż za babcią sąsiadką mieszkał ów sąsiad. To była jakaś rodzina z Azji, chyba z Chin ludzie czy jakoś tak. Nie, z Korei. Przepraszam bardzo. To byli ludzie z Korei. Taka cała rodzina w ogóle z Korei Południowej, nie Północnej. Bardzo sympatyczni ludzie z taką gromadką dzieci. Zawsze to niesamowicie wyglądało, jak pakowali ich wszystkich rano do takiego prawie małego minivana, żeby porozwozić do szkoły.
Taka przygoda. A pomiędzy nami była właśnie owa babcia sąsiadka. I jak wyszedłem na ten trawnik, sobie tak stoję w tym ogródku. Stoję, rozglądam się na niebo, na drzewa. Się przyglądam, jak to w ogóle wygląda nowe miejsce. Człowiek się zawsze zapoznaje z nowym miejscem. Wrastam w ten trawnik pierwsze dni. I sąsiad mi macha tak przez ogródek babci, dziadki macha mi i krzyczy do mnie, czy mam chwilę. Ja mówię: „Jasne, że mam chwilę”. No to podchodzimy do płotów i tak wrzeszczymy troszeczkę przez ten ogródek babci sąsiadki.
I on mówi, że on ścina babci sąsiadce trawnik z przodu i przycina krzewy z przodu, bo babcia jest już starsza i ja żem się zajął trawnikiem w ogródku. Cwany numer, bo oczywiście ten ogródek był 10 razy większy niż ten trawnik z przodu. Ale spoko, dla mnie akurat idealna sprawa. Może nie jestem jakimś takim strasznie ogrodowym człowiekiem, nie spędzam całego życia na ogrodzie, ale bardzo lubię. Inna sprawa, że po prostu nie mam tyle czasu, żeby siedzieć na ogrodzie przez całe życie. Mam zupełnie inne sprawy do robienia czasami, także fajnie by było tak zatpić na ogrodzie. Ale kiedy, moi drodzy, kiedy? Doba ma tylko 24 godziny. No i okej, padło na to, że ścinam trawnik. Taki podział ról, bo wiadomo, że babcia już jest starsza, sobie nie poradzi, ale nic więcej na temat babci nie poleciało, poza tym, że z sąsiadem jak zwykle wymieniliśmy masę grzecznościowych uwag co słychać i tak dalej.
I tak oto dowiedziałem się, że oprócz tego, że mam babcię, która jest ześwirowana, dowiedziałem się, że mam trawnik do strzyżenia. Tak się zaczęła cała ta historia. I pewnego razu, było to po paru dniach, bo tak jak wam wspominałem, zajmowałem się wtedy troszkę bardzo intensywnym życiem zawodowym. Znaczy zajmowałem się, no tak wypadło po prostu. Robiłem karierę, byłem w takim momencie życia, że tak się wahałem troszeczkę, w którym kierunku pójść dalej. Inna sprawa, że byłem po takim mocnym maratonie dużych imprez, dużych resetów. Inna sprawa, że oprócz tego byłem po chyba paru miesiącach robienia ayahuasca i troszeczkę pojawiły się inne refleksje w mojej głowie. Trochę się wyczyściłem, bo to trwało parę miesięcy. Tych sesji nie wiem nawet, ile było. Mniejsza o to.
I generalnie taki troszkę nie wiem, czy nazwać to konfliktem, ale takie zderzenie dwóch rzeczywistości, bo to, że sam siebie odkorkowałem z kilkoma sprawami w głowie po tych miesiącach i tych sesjach, których nawet nie wiem, ile ich było. Mniejsza o to. Nagle wylądowałem w sytuacji, gdzie dookoła mnie było masy ludzi, dla których najważniejszą rzeczą było posiadanie przedmiotów i było realizowanie swoich oczekiwań, gdzie największą i najważniejszą sprawą w życiu było dążenie do czegoś, ambicja i zarabianie gigantycznej kasy. Chociażby ludzie związani z firmą Apple, właściwie nie ludzie związani z firmą Apple, tylko na przykład właściciel jednej z firmy software'owej pracującej dla Apple'a, która pisała aplikacje na iPada. Jeszcze wtedy nikt nie wiedział za bardzo, że będzie coś takiego jak iPad. To było w ogóle tajemnicą. I pamiętam, ten koleś przywiózł do Londynu pierwszy taki egzemplarz. Szczęśliwie chyba nie stracił pracy przez to, bo wiem, że to jest bardzo tajna historia. Oni testowali w ogóle to urządzenie jako pierwsi i przywiózł to urządzenie do Londynu i mieliśmy takie spotkanie i pokazywał właśnie tą maszynę i to było takie: wow! I strasznie się jarał koleś tą maszyną i to było takie troszeczkę Szaleństwo.
Już tego nie odczuwałem jako niesamowitej fascynacji technologią, tym, że jakaś firma wypuszcza nowe urządzenie, które za tydzień będzie w sklepach. Za tydzień rusza kampania reklamowa, za parę chwil będzie w sklepach. On je przywiózł do Europy. To jest właściwie taki undercover. Nie mogliśmy o tym nikomu powiedzieć. Różne historie z tym były. Chwalił się tym wszystkim, bo oni pisali część oprogramowania do tego wszystkiego. Spędziliśmy ze sobą parę godzin i cała rozmowa była na temat kasy. Cała rozmowa była na temat gadżetów. Cała rozmowa była na temat przedmiotów, które ktoś chce mieć, na temat pożądania i oczekiwania.
Tego, czego oni oczekują od życia, czego oni oczekują od rynku, od świata. Szaleństwo. Ja akurat dokładnie w tym momencie wylądowałem w tej niesamowitej chacie na West Norwood, w tym pięknym ogrodzie z informacją, że babcia sąsiadka obok jest świrem, a ja mam strzyc trawnik w ogródku dla babci. I tak to się zaczęło wszystko. Tak wyglądało otoczenie tej historii. Oprócz tego odkryłem po drodze genialny takeaway. Jak już dawno tam nie byłem, nie wiem, czy ten takeaway jeszcze istnieje. Moim zdaniem najlepszy fish and chips w Londynie, przynajmniej w południowej części Londynu. W północnej jest inne miejsce. Też jest fajne.
Niesamowite. Słuchajcie, pewnego dnia wychodzę na ten trawnik. Akurat chyba była pora właśnie strzyżenia. Mieszkałem tam raptem parę dni. Spotykam babcię sąsiadkę. Słuchajcie, i to jest niesamowita historia. Podchodzę do babci, witam się z nią, jak to zawsze z sąsiadem nowym. Nie mieliśmy płotu pomiędzy ogródkami. Był taki bardzo przerzedzony krzew. Ciężko nazwać to nawet przerzedzonym krzewem.
Po prostu parę krzaków, które oddzielało jej trawnik od mojego trawnika. I to wszystko. Na tym się całe to przerzedzenie kończyło. Przedzielenie właściwie. Nim zdążyłem otworzyć usta, chciałem powiedzieć tylko: „Hello, how are you?” i tak dalej. Babcia powiedziała „hello” swoje i ruszyła z takim od razu pełnym zdaniem, zatrzymała mnie w połowie. Mówiła: „O, nowy sąsiad”. Ja teraz nie będę mówił po angielsku, ale generalnie dokładnie o to chodziło. Przetłumaczę wszystko na polski. Oczywiście nie jest to słowo w słowo, ale mniejsza o to.
Więc babcia: „O, nowy sąsiad. Zacząłeś tu mieszkać. Jak miło. Fajnie, naprawdę. Lubię nowych sąsiadów. Słuchaj, jak chcesz robić imprezę jakąkolwiek, to się nie przejmuj, bo ja jestem głucha i cokolwiek do mnie mówisz, ja i tak nie słyszę. Także możesz puszczać muzykę na głos, możesz zapraszać masy ludzi. Mi to nie przeszkadza. Ja i tak jestem głucha i lubię ludzi”. I to mnie rozstrzeliło, bo po mieszkaniu w Londynie wcześniej, nie było to pierwsze miejsce, w którym mieszkałem w Londynie.
To już nie był moment. Już mieszkałem trochę w Londynie. Kiedy się przeprowadziłem na West Norwood, mieszkałem w innych miejscach. Zawsze z sąsiadami było różnie. Poza oczywiście jednym miejscem też na południu, gdzie byłem jedynym białym chłopakiem na ulicy, a reszta ludzi pochodziła z Wysp Karaibskich i tam w ogóle była też niesamowita historia, ale to już zupełnie inna historia. Mniejsza o to. To, co mnie powaliło na nogi, to to, że pojawiła się taka rzadko spotykana sytuacja. Człowiek bez żadnych oczekiwań. Chodzi człowiek, mówi, że wszystko jest okej i on właściwie nie ma żadnych oczekiwań, że ja mogę robić to, co chcę. Mogę nawet puszczać najgłośniej muzę, jak tylko się da.
Jak tylko moje głośniki dadzą radę. Mogę szaleć po tym ogrodzie, mogę robić imprezy i wszystko jest naprawdę okej. I nie ma żadnego problemu, bo ja na pewno jestem fajnym sąsiadem i jak jestem nowym sąsiadem, to na pewno jestem super. I to było niesamowite. To była ta lekcja numer jeden pod tytułem oczekiwania. O ile zawsze się przeprowadzałem, może nie zawsze, ale bardzo często przeprowadzając się w różne miejsca, w różnych krajach, było tego trochę. Pamiętam, że był chyba taki rok, gdzie przeprowadzałem się chyba 10 czy 12 razy. Jak policzyłem później, to wychodziło mi, że statystycznie mieszkałem po miesiąc czasu niecały w jednym miejscu. Mniejsza o to. Bardzo często była taka sytuacja, że ludzie czegoś oczekiwali.
Pierwsza rzecz to mówili: „Okej, nie chcemy tutaj hałasu, nie chcemy tego, chcemy tamtego”. Często podpisując kontrakt na wynajem całego domu czy jakoś tak, bo czasami wynajmowałem cały dom dla siebie. Takie luksusowe sytuacje czasami się zdarzały w życiu. Ja generalnie mam taką naturę samotnika i lubię w taki sposób funkcjonować, że nie lubię specjalnego tłoku dookoła siebie. Lubię tak samodzielnie. Tak już mam. Niektórzy tak mają. Nawet przy kontraktach przy chacie jest po prostu tak zwane terms and conditions, czyli wszystkie te warunki, gdzie jest opisane, co ja muszę robić, czego nie mogę robić, jak muszę wystawiać kubły na śmieci. Wszystko jest tak uporządkowane, sformalizowane, posklejane do kupy. Szczęśliwie w tym mieszkaniu w ogóle była troszkę inna historia, bo to w ogóle taka karmiczna sprawa.
Właścielką tego domu była taka stara londyńska hippiska, można powiedzieć dziewczyna. Kobieta, która w latach 60. była the real hippie, the real acid hippie. Jej mąż zrobił jakieś tam interesy, stali się właścicielami nieruchomości, wynajmowali te nieruchomości, także też ciekawa postać, ale to w ogóle zupełnie inna historia. A dzisiaj jest o babci zdecydowanie i o oczekiwaniach, o mojej lekcji związanej z oczekiwaniami. To był dla mnie taki szok troszeczkę, bo po takim świecie bardzo sformalizowanym, świecie związanym z moim życiem zawodowym, gdzie też wszystko z reguły dopięte na ostatni guzik, psychopatyczna rządza kontroli wszystkiego Oczekiwania potężne. Zanim cokolwiek się zacznie, to już są oczekiwania. Klasyczny numer z biznesplanami. Zanim w ogóle jakikolwiek pomysł się pojawi albo jak się w ogóle pojawi zaczyn pomysłu, już trzeba go przekuć na biznesplan i ten biznesplan musi się sprawdzić. Już ludzie żyją oczekiwaniem czegoś, co się jeszcze nawet nie zaczęło, a już powinno się wydarzyć i już powinien być ten big hit, wielki strzał.
A tu ląduję w sytuacji, gdzie mam taką normalną osobę, która wychodzi i mówi mi, żebym się w ogóle nie przejmował, że wszystko jest okej i że ona po prostu jest naprawdę okej z tym wszystkim. To było fenomenalne. Oczywiście na kartce papieru musiałem jej napisać jak mam na imię, bo było ciężko na początku i pojawiła się w ogóle taka fenomenalna rzecz, bo ja tak często, może nie tyle często, ile zawsze w hiperprzestrzeni. Nie wiem, czy zawsze. Bardzo często mówię o tych różnych filozoficznych w cudzysłowie historiach, o różnych konceptach, takich jak pole morfogenetyczne i tak dalej. Te rzeczy nie wzięły się przypadkowo w mojej głowie, bo są związane z moim życiowym doświadczeniem i między innymi ta historia jest potwierdzeniem tego, że ja twierdzę, że to działa i że właśnie tak jest zbudowany świat, a nie inaczej. Tu można się oczywiście ze mną kłócić, ale to już inna historia. To zapraszam, jeżeli macie jakąś inną refleksję na ten temat, jakąś inną koncepcję, śmiało, dzwońcie. Ale w pewnym momencie zacząłem się dogadywać z panią babcią, sąsiadką. Zupełnie nie wiem, w jaki sposób, ponieważ babcia była kompletnie głucha jak pień.
Doskonale się dogadywaliśmy. No i babcia opowiadała niesamowite historie, bo miała niesamowite życie. Słuchajcie, babcia miała na imię Paola, także bardzo szybko przeszliśmy na ty i Paola zaczęła mi opowiadać swoją historię. Okazało się chyba, że jestem jedynym kolesiem, któremu się chce słuchać jej historii, ponieważ wszyscy mieli jakieś oczekiwania. Moja współlokatorka też robiła karierę w jakiejś rządowej instytucji, pnąc się po szczeblach kariery, a po pracy oglądając mydlano-opery w telewizji, żeby odreagować ten cały stres i ciśnienie związane z przekładaniem papierów z lewej na prawo i z prawej na lewą, bo tam też są duże oczekiwania. No i ja wylądowałem w ogródku z tą babcią. Wtedy dosyć mocno paliłem papierosy, tytoń właściwie, także wychodziłem sobie zapalić do ogrodu. Jak wychodziłem zapalić do ogrodu, to sobie siedziałem tam, zostawałem troszkę dłużej. Jak była ładna pogoda, to zdecydowanie im dłużej, tym lepiej. I tak sobie siedziałem jak babcia wychodziła, bo było piękne lato.
Tak to się zaczęło. Zaczęło się na wiosnę i pojawiło się piękne lato. Babcia wychodziła, od razu się witaliśmy i podchodziliśmy do płota albo siadaliśmy, braliśmy sobie krzesełka i Paola zaczynała opowiadać mi swoje historie. I ona zaczynała od tego, że ona jest taki bonkers. Bonkers w slangu właściwie to jest już takie słowo słownikowe. Po angielsku ma kilka tłumaczeń i oznacza kogoś kompletnie szalonego. He's mad. Ktoś kompletnie zwariowany. W amerykańskim slangu to jest na przykład taka dziewczyna, która ciągle ma najnowszego chłopaka i tak dalej. Po prostu kompletnie szalona osoba, która wiecznie ma ciśnienie, żeby gnać do przodu.
I babcia była bardzo zabawna, bo pewnego dnia, chyba za drugim czy za trzecim razem przyniosła mi jakąś kopertę. Dała mi tą kopertę do ręki i spytała się, co jest tam napisane, bo okazało się, że babcia poza tym, że jest głucha jak pień, nie za bardzo potrafi czytać po angielsku. Właściwie poza tym, że mówi po angielsku z takim niesamowitym włoskim akcentem, bardzo dziwnym, to ani w ząb nie potrafi czytać po angielsku, chociaż mieszka całe życie w Anglii. I żebym jej to przeczytał albo powiedział, o co chodzi. W jakiś taki dziwny sposób, ponieważ ona była głucha jak pień, rozumieliśmy się. To był w ogóle fenomen. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale komunikacja między nami działała bardzo dobrze. Taką miałem rolę czasami, żeby wziąć ten list i jej powiedzieć, co z tym listem zrobić albo pokazać, albo jakoś tak. To taki wyczyn troszkę dla mnie, ale w pewnym momencie wszystko stało się bardzo naturalne i wszystkie te informacje w obydwie strony zaczęły działać rewelacyjnie. Babcia w ogóle zawsze mówiła, że ona jest taki bonkers.
Ani pisać za bardzo nie potrafi, ani czytać po angielsku nigdy się nie nauczyła. No i tu dowiedziałem się historii Paoli, skąd się w ogóle Paola wzięła. Okazało się, że zaraz po II wojnie światowej, kiedy była bardzo małą dziewczynką, chyba chodziła do czwartej klasy czy jakoś tak, okazało się, że miejsce, w którym się urodziła, czyli tak zwany południowy Tyrol, jest kwestią sporu pomiędzy Austrią i Włochami. A to było zaraz po wojnie i Churchill specjalnie wysłał statek, żeby wszystkich uchodźców, wszystkich tych, którym się nie podobało mieszkanie w Austrii albo we Włoszech, wszystkich tych rozczarowanych tym, że tracą jakąś własną suwerenność, przywieźć do Anglii. Taki propagandowy chwyt, że oto bierzemy tych biednych, poszkodowanych ludzi po wojnie czy jakoś tak, którzy w ogóle mieli dosyć Hitlera i nigdy go nie wspierali, bo południowy Tyrol nie za bardzo wspierał Hitlera i tak dalej, żeby ich przewieźć do Anglii. Więc babcia, czyli Paola, przypłynęła do Anglii statkiem osobiście wysłanym przez Winstona Churchilla. To taka zabawna historia. I tak oto się tu pojawiła. Tu poznała swojego męża, z którym miała bardzo szczęśliwe małżeństwo. Dzieciaki się rozjechały po świecie, gdzieś mieszkały w Australii, południowej Ameryce, siostry poumierały czy jakoś tak.
Historia nie z tej ziemi. To wam nie będę opowiadał, bo jak zwykle jak człowiek żyje 80 lat, to ma tyle historii, że ciężko to streścić w jednej audycji, szczególnie dwugodzinnej, przerywanej muzyczką. Ale gdzie jest sedno całej sprawy z tymi oczekiwaniami? Paola miała jedną niesamowitą cechę. Była bardzo wdzięczna życiu za to, że przeżyła je w taki, a nie inny sposób, że pomimo wojny, pomimo tego, że rodzice z tego Tyrolu musieli tam wiać, pomimo tego, że musiała zacząć nowe życie, pomimo właściwie tego, że nigdy się nie nauczyła języka angielskiego, pomimo gigantycznych sprzeciwności i przeciwieństw losu Miała tak niesamowite życie i była tak szczęśliwą osobą, że to był kosmos. Pamiętam, że wracając czasami z pracy, gdzie miałem tych zestresowanych koleżków, niektórzy z nich trzepali gigantyczne miliony i mieli gigantyczne problemy ze sobą, jeszcze większe niż te miliony. Trafiałem na osobę, która w ogóle nie miała żadnych problemów. Nie to, żeby Paola była taką bogatą, starszą babcią dookoła, do której wszyscy biegają, bo można od niej coś wyciągnąć. Nic z tych rzeczy. Paola straciła cały majątek, bo jak się okazało, jej mąż zrobił majątek gigantyczny, kupił parę domów i tak dalej, i w jednym z tych domów Paola zamieszkała.
I właśnie to był ten domek obok. Ale jak mąż umarł, to okazało się, że Paola nie pamięta tych wszystkich numerów kont i nazw banków. Dosłownie. Może brzmi jak historia z filmu, ale tak właśnie było. Tak że okazało się, że właściwie nawet gdyby chciała wziąć te pieniądze, to za bardzo nie wie, do jakiego banku pójść, jak je wziąć. Tam się okazało, że mąż zainwestował gigantyczne pieniądze w Stanach Zjednoczonych, a ona już była w tym wieku, że właściwie nawet nie wiedziała, gdzie są te pieniądze. One były w jakimś banku w Arizonie. Opowiadała mi historię, jak pewnego razu jechała, bo zwiedziła cały świat razem z mężem, jak gdzieś jechała przez Arizonę. Oczywiście Paola była, jak cały czas mówiła o sobie: „I'm just little bunker” czy jakoś tak. Pojechała samochodem, zapomniawszy zatankować samochód.
Arizona to duży stan, głównie pustynia. I efekt był taki, że skończyła się benzyna, bo zapomniała i wylądowała w środku takiej pustyni, nie mając właściwie nawet zapasu wody ani niczego, na jakiejś takiej dziwnej, odludnej drodze. Postanowiła do miasta dojść na piechotę, bo to taka dziewczyna po prostu z Tyrolu, że tam weźmie i po prostu się przejdzie i dojdzie do tego miasta. Może będzie szła pół dnia, ale dojdzie. Nie zdając sobie kompletnie sprawy, że w takim słońcu nie za bardzo wytrzyma nawet trzech godzin marszu. I szczęśliwie tudzież właściwie nieszczęśliwie wybrała się w zupełnie odwrotnym kierunku. Poszła w kierunku pustyni, a nie w kierunku miasteczka, bo oczywiście się pogubiła. Taka była. Poznałem ją. Ona taka była prawdopodobnie przez całe życie.
Na starość się wcale nie zmieniła. Dokładnie tak samo cudownie roztrzepana osoba, nie zajmująca się duperelami, tylko po prostu ciesząca się z życia i nie mająca żadnych oczekiwań w stosunku do czegokolwiek. Po prostu jeżeli się przydarza, to się przydarza. Należy iść przed siebie i tyle. Jak ruszyła, to ruszyła i ledwo co nie wyzionęła ducha, bo już prawie zemdlała przy drodze. I szczęśliwie okazało się, że szeryf miał jakąś jedną sprawę do sąsiada. Miał jechać następnego dnia go odwiedzić, ale akurat tego dnia postanowił odwiedzić swojego sąsiada i akurat zobaczył Paolę, która zasłabła przy drodze. I tak oto uratował jej życie. Ona miała masę takich przygod w życiu, masę takich opowieści. Poza tym cała fortuna gdzieś zniknęła.
Nie wiadomo było, co z tą fortuną się w ogóle stało, bo ona straciła wszystkie te papiery do konta, wszystkie te dokumenty. Nawet nie wiedziała, gdzie to jest. Nie potrafiła czytać ani pisać. Tak to wyglądało z Paolą. I wracałem od tych wszystkich wariatów z tymi szalonymi oczekiwaniami. Taki w głowie troszkę rozstrzelony, bo z jednej strony wróciłem z takiej właściwie chyba czteromiesięcznej sesji ayahuasca i wylądowałem w świecie takiego naprawdę ostrego biznesu, gdzie bardzo ludzko, bardzo sympatycznie, ludzie naprawdę się szanują, wszystko jest okej, ale pod tym szacunkiem, pod tą przykrywką czaiło się naprawdę niewąskie gówno, gdzie każdy był w stanie zabrać każdego za parę funtów. I to było przerażające. Znaczy przerażające, taki konkretny dysonans, bym powiedział. Po prostu gigantyczny kontrast sytuacyjny. I tak wracałem do domu i słuchałem tych historii Paoli.
Historii osoby, która przeżyła całe życie bez żadnych właściwie oczekiwań i jedynym oczekiwaniem było po prostu być miłym dla świata. To oczywiście nie wszystko na temat Paoli. Ja dzisiaj wam opowiem troszeczkę więcej, bo to była taka gigantyczna lekcja dla mnie. Jak wychodziłem do ogrodu, to zaczynały się historie. Jak spotykałem się z Paolą, to zaczynała mi opowiadać swoje historie. W pewnym momencie po prostu zacząłem tylko i wyłącznie słuchać tych historii. Szkoda, że ich nie nagrywałem wtedy. Niestety moja strata, ale też właściwie chyba nie chciałem nagrywać, z tego, co pamiętam. Wolałem, żeby te historie się po prostu toczyły tak, jak się toczą, bez żadnego problemu. To jest taki moment w życiu, że kiedy trafiam na taką sytuację, to wcale nie chcę jej kapitalizować.
To była taka moja lekcja. Nie mieć żadnych oczekiwań i nie spodziewać się, że z tej historii coś później ukręcę, coś zmontuję, że coś z tego powstanie. Po prostu historia się dzieje. Mam okazję doświadczyć cudzego życia, mam okazję poznać kogoś niesamowitego i to jest wystarczająca sprawa. To jest wystarczająca zapłata za bycie w tej sytuacji i za życie tą sytuacją. Tak to wyglądało, proszę państwa. I co dalej z tą Paolą? Co dalej? Pojawiły się tam różne historie. I na sprawę dowiedziałem się oczywiście całej historii swojej dzielnicy i tych wszystkich rzeczy, które się działy dookoła.
Bo oczywiście poza podróżami po świecie tam było troszkę takich życiowych dramatów w postaci, że zmarł mąż, którego bardzo kochała, z którym była przez całe życie, który o nią dbał i zajmował się wszystkimi tymi sprawami w taki sposób, że dziewczyna nie musiała się przejmować tym, że nie zna angielskiego, nie potrafi wypełnić dokumentów. Od tego był facet w domu, który się tym zajmował i tyle. Ona zajmowała się dbaniem o rodzinę, dbaniem o niego, dbaniem o siebie i dbaniem po prostu o to, żeby fajne życie było dookoła. Nie pouczaniem, nie naprawianiem, nie robieniem czegoś, co zmusza innych do czegoś. Żadnego takiego dopychania do ściany. Jednym słowem Gandhi w spódnicy, można powiedzieć. My life is my message. I taka właśnie była Paola. Jak mąż zmarł, to pewnego razu, kiedy Jeszcze była okej i słyszała wszystko. Szła z torebką.
To był ten moment, gdzie jeszcze kumała wszystkie sprawy bankowe i mogła jeszcze sobie pozałatwiać i zostać bogatą, zamożną, starszą damą. Została zaatakowana przez wyrostków na ulicy, jakiś mały gang. Tak ją trzepnęli, wyrywając torebkę, że Paola się przewróciła na ziemię i grzmotnęła głową o krawężnik. Tu jest bardzo karmiczna historia, ponieważ Paola zawsze pomagała wszystkim ludziom dookoła. To był fenomen. Wszyscy starsi sąsiedzi, bo w Londynie rotacja ludzi jest niesamowita. Najprościej mówiąc, ludzie mieszkają przez rok czasu w jednym miejscu, później znikają, w ogóle znikają z miasta. Ludzie się pojawiają i znikają, pojawiają i znikają. Także zbudować takie normalne relacje, takie pełne relacje z ludźmi jest może nie tyle ciężko, ile nie jest to najłatwiejsze zadanie, ponieważ nie wszyscy są tutaj przez długi okres czasu, który daje wystarczający margines przestrzeni, żeby się móc poznać, żeby móc spędzić ze sobą odpowiednią ilość czasu w tej przestrzeni. Po prostu takie miejsce troszkę przelotowe dla bardzo wielu ludzi.
Ale Paola nie była jednym z tych ludzi i znała wszystkich, całą historię dzielnicy. Znała wszystkich tych starszych ludzi dookoła, którzy tam mieszkali od lat, właściwie zaraz po wojnie. I zawsze wspierała tych ludzi. Miała taką jazdę, że wspierała na przykład lokalnych strażaków, bo ona w ogóle twierdziła, że to jest bardzo ważne, że jak była mała, to jej się chyba dom spalił i strażacy przyjechali uratować. Miała taki sentyment, że do tych strażaków chodziła i zanosiła ciastka i darowiznę, taki datek na straż pożarną plus ciastka jak upiekła. Dosłownie. I tak się złożyło, że jak ten gang ją grzmotnął i próbował wyrwać torebkę, co się, żeby było zabawniej, nie udało, bo w tej torebce właściwie nic nie było poza jednym czy dwoma funtami, jak się później okazało. Jak grzmotnęła głową, to straciła przytomność i to tak solidnie, że dostała jakiegoś wylewu. I szczęśliwie dla niej jeden z tych dżentelmenów ze straży pożarnej przechodził właśnie obok, kiedy widział to całe zdarzenie i był na czas i wykonał akcję reanimacyjną. Jest to człowiek przeszkolony do robienia akcji reanimacyjnych i wie, jak się zachować z takim człowiekiem, który właśnie doznał wstrząsu mózgu.
Uratował Paolę od niechybnej śmierci. Co tu dużo mówić. Ale Paola tak czy siak w tym momencie straciła słuch, także to była cena za tą sytuację. A z drugiej strony taka karmiczna historia, że dobre uczynki czasami ratują nam dupsko w najmniej oczekiwanych sytuacjach, w najmniej oczekiwanych momentach naszego życia. Że akurat w tym momencie pojawił się koleś ze straży pożarnej, który doskonale wiedział, kim jest Paola, bo ona tam wpadała, przynosiła ciastka i ją tam wszyscy znali i uratował jej życie. Taki fenomen, że akurat on wtedy szedł na zakupy kupić sobie cokolwiek. I tak właśnie było dookoła Paoli. Było masę takich cudownych wydarzeń, które się działy tak samodzielnie, takie karmiczne wydarzenia, że dobre rzeczy się cały czas działy i one się działy dlatego, że ta starsza pani nie miała żadnych oczekiwań. Właściwie stwierdziła, pamiętam, że jak mi opowiadała tą historię, mówi: „Ja już byłam gotowa na śmierć, bo mój mąż umarł. Byłam już sama, to co mi to?
Fajnie jest żyć, ale fajnie jest też nie żyć.” Taka mało przejmująca się tym, czy już odchodzi, czy nie odchodzi, czy to teraz, czy jeszcze za parę lat. To już było nieistotne dla niej. Nie miała żadnych oczekiwań. Mówi: „Słuchaj”. I on wtedy się pojawia. Kontynuacja tej historii była niesamowita, bo Paola zanosiła im cały czas ciastka. Jak coś upiekła, jak coś zrobiła, to się zawsze wybierała do nich w odwiedziny. Zawsze im coś tam zanosiła. To było niesamowite. Inna sprawa, że ludzie też przychodzili czasami odwiedzić Paolę.
Ci starsi sąsiedzi, ci starsi ludzie, którzy tam mieszkali, doskonale ją pamiętali z tych wcześniejszych lat i zawsze jej przynosili jakieś likiery. Bo jej mąż nie to, że specjalnie pijał, tylko taka tradycja po prostu się tam była, że w prezencie przynoszono likiery i ona miała gigantyczną szafę tych likierów. Fenomen z tą historią był taki, że jak zacząłem jej strzyc trawnik regularnie, to zaczęliśmy regularnie rozmawiać. Ciężko nazwać to może do końca taką rozmową. Ja właściwie siadałem i słuchałem tego, co mi Paola opowiada, wszystkich tych historii. I pewnego razu doznałem tego zaszczytu. Zostałem zaproszony do domu, do Paoli i w prezencie dostałem najlepszy likier, który miała. To było fenomenalne. Inna sprawa, że pokazała mi swoje graty po mężu. Pokazała mi kawał swojej historii, kawał swojego życia.
Między innymi taką kosiarkę do trawy z lat 50. Kosiarka do trawy niesamowita, wyglądająca jak taki stary amerykański Cadillac. Przywieziona przez jej męża razem z wakacji ze Stanów. Wrócili, spodobała im się kosiarka, także zamówili sobie do Londynu taką kosiarkę, bo to było takie bardzo zamożne małżeństwo w tamtych czasach. I ta kosiarka była po prostu niesamowita. Poza tym, że ważyła jakieś pół tony, tak że koszenie nią trawy powodowało, że człowiek miał później zakwasy przez dwa dni, bo pchanie tego było naprawdę wyczynem. Była to kosiarka przystosowana do pola golfowego, z takim dużym żelaznym walcem z przodu, który ważył pół tony, który ubijał jeszcze trawę dodatkowo. Pięknie strzygło. Takie stare kable. Po prostu pełen vintage.
Zabytkowa sprawa. I ciągle w tych wszystkich opowieściach Paoli była jedna charakterystyczna sprawa: nigdy nie było żadnych oczekiwań. Ona niczego od nikogo nie chciała. Kiedyś, pamiętam, to na samym początku, jak ją poznałem Zaproponowałem jej, bo musiałem czasami pisać na kartce, czasami coś narysowałem, jak mieliśmy problem z komunikacją, że zrobię jej zakupy. O mało się na mnie nie obraziła. Może nie tyle obraziła, bo nie było żadnego takiego: „Nie!” Żadnej z tych rzeczy. Uśmiechała się cały czas, śmiała mówi: „Nie, Tomek, nie rób tego. Ja uwielbiam chodzić. Ja już jestem tak stara i nie mam już nic do robienia w swoim życiu, że gdybym siedziała i gdyby ludzie robili wszystko za mnie, to ja bym umarła. Ja sobie sama pójdę do sklepu.
To mi pół dnia zajmie, ale będę sama szła do sklepu”. I tak to wyglądało z Paolą. Nie miała żadnych oczekiwań, nie chciała od nikogo niczego poza tą jedną pomocą związaną z korespondencją, bo tam przychodziły jakieś listy z banku, jakieś kartki od znajomych, których ona nie potrafiła przeczytać i trzeba było jej w tym pomóc. I to było fenomenalne. To była niesamowita przyjemność być z taką osobą tuż obok. My się widzieliśmy co drugi dzień. Wrażenie niesamowite. To była taka kotwica normalności w tym szalonym świecie, w którym wtedy pracowałem wśród tych wszystkich ludzi, którzy mieli oczekiwania. Tam każdy był biznes, było otwieranie nowej firmy, potężna inwestycja. Nie chcę tutaj detali opowiadać za bardzo, mniejsza o nie, ale naprawdę takie pełne biznesowe szaleństwo, w które zaangażowano dużo ambicji, dużo oczekiwań, dużo szaleństwa.
Jak na ironię, oczywiście wszystkie te oczekiwania, całe to szaleństwo legło w gruzach w pewnym momencie. Szczęśliwie mnie już tam nie było, jak to wszystko legło w gruzach. I to była taka moja potężna lekcja, że z jednej strony widziałem ludzi, którzy szamocą się sami ze sobą w tych swoich oczekiwaniach, czekając na coś, oczekując ciągle, wymagając czegoś, jak nie od siebie, to od kogoś innego nieustannie. Wracałem z domu i miałem taką normalną kotwicę w postaci babci Paoli, która opowiadała mi historie o tym, jak mało gdzieś tam nie zginęła przez przypadek gdzieś na pustyni w Arizonie, bo pomyliła kierunki i poszła prosto na pustynię, ale jakimś cudem ocalała i że to niesamowite. Ona później wysłała jakieś ciastka do szeryfa. W ogóle niesamowita postać. Właśnie żadnych oczekiwań. Jedno było takie bardzo szczególne, niesamowite w Paoli, że ona naprawdę uwielbiała swoje własne życie. Nie miała żadnych pretensji do nikogo. Nigdy w życiu nie usłyszałem czegoś takiego.
Miała kilka historii o kilku różnych szalonych ludziach, którzy się pojawili dookoła niej, między innymi historia o jej dobrej przyjaciółce. Dobra, to może zanim opowiem, to puszczę muzyczkę, bo dzisiaj o oczekiwaniach. Dlatego tak zacząłem od Paoli, bo wszystko, co wiem na temat oczekiwań, to jest wszystko to, czego się dowiedziałem sam ze swojego życia. Te wszystkie koncepcje, różne filozofie, różne podejścia do życia, o których opowiadam w „Hiperprzestrzeni” nie biorą się znikąd, moi drodzy. Biorą się stąd, że spotykam różnych ludzi na swojej drodze i czy chcę, czy nie, ci ludzie uczą mnie bardzo wielu różnych niesamowitych rzeczy i te rzeczy mnie budują. Później transformuję, transformują właściwie we mnie, zmieniają mnie i później sięgam do tych rzeczy i sam się w tym wszystkim odnajduję. To jest w ogóle fenomenalne. I tak oto się znajduję z tymi wszystkimi koncepcjami, filozofiami, z całym podejściem do życia, z tym, dlaczego wolę, kiedy się zwracamy w kierunku natury, dlaczego wolę kontakt normalny z ludźmi, dlaczego lubię tak, a nie inaczej, mówiąc kolokwialnie. Właśnie przez to, że spotykam takich ludzi. To stąd się bierze później ten koncept, że sięgam, nie wiem, chociażby po Goethego owego czy cokolwiek innego.
Właśnie stąd. To dzięki takim ludziom jak Paola. A wy słuchacie radia na fali „Hiperprzestrzeni”. Ja mam na imię Tomek, a audycja jest też retransmitowana w Radiu Paranormalium. A dzisiaj o oczekiwaniach od takiej bardzo ludzkiej strony. Od strony, skąd właściwie się biorą moje refleksje. Bo moje refleksje, o których tutaj opowiadam, biorą się tylko i wyłącznie z mojego własnego życia. I jedną właśnie z takich postaci, która stoi za bardzo wieloma, może nie wszystkimi, ale za taką dosyć istotną częścią moich refleksji, może nie do końca jest początkiem tego wszystkiego, ale potwierdza pewne moje sprawy, jest takim papierkiem lakmusowym w moim życiu, jest właśnie owa postać Paoli, babci sąsiadki, która nie mając pojęcia o tym, jak przeczytać jedno zdanie po angielsku, nie mając pojęcia o tym, jak napisać to zdanie, nie mając pojęcia, co to w ogóle znaczy, miała więcej mądrości życiowej niż wszyscy ci kolesie, z którymi wtedy spędzałem masę czasu zawodowo, którzy spędzali czas w samolotach pomiędzy Tokio, Londynem, Nowym Jorkiem a Kalifornią, próbując wcisnąć światu coś nowego, coś wielkiego i ubić na tym kilka kolejnych milionów. Czy jakoś tak. Pełne szaleństwo.
I to był taki fajny gry w moim życiu. Inna sprawa, że praca zawodowa w takim środowisku, pomimo że wszyscy są mili i wszyscy są bardzo sympatyczni, nie przypomina to za bardzo pracy w tak zwanym kraju przodków, gdzie wszyscy rzucają urwami i członkami i wszyscy mają siebie za kawał gówna na dzień dobry i nawet jeżeli pojawi się jakiś dowcip, coś, co ma być śmieszne, to z reguły polega na skakaniu komuś na plecy i na grania na takim koszarowym dowcipie, na ściąganiu wszystkich w dół. Pomimo że tego nie ma tutaj w świecie z takim bardzo ściśnieniem, tu wszyscy są okej, odgrywają taką bardzo okej rolę, nie manifestują swoich presji, swojego ciśnienia, nie są aroganccy, nie są wulgarni, nie są agresywni, nie muszą odreagować na kimś swojego stresu. Odreagowują go w domu po prostu albo jakoś tak po pracy. Jednak ten stres jest. Jest taki dosyć spory, bo są to oczywiście Sytuacje, gdzie dealujemy z gigantycznym obciążeniem związanym z oczekiwaniami. Jeżeli nawet ja nie miałem jakichkolwiek oczekiwań, to dealowanie w takim środowisku powoduje, że czy chcę, czy nie, to oczekiwania się pojawiają. Pojawiają się każdego dnia, bo ktoś ode mnie coś wymaga. Jak ja coś zrobię, to jest jeszcze łańcuszek może 100, 200, czasami 300 ludzi w dół, którzy muszą skorzystać z tego i jeżeli coś się wywali, to generalnie wszyscy palcem w moim kierunku: „To on zaczął to całe domino”. Także jest zawsze jakieś tam ciśnienie w takich sytuacjach.
Nie da się od tego uciec. I to ciśnienie jest powodowane przez oczekiwania. I to mi się przypomniało, kiedy słuchałem tych opowieści Paoli w ogrodzie, a uwielbiałem jej opowieści. Inna sprawa, że szczęśliwie dla mnie, po tym wylewie, jak ją zaatakowano na ulicy, próbując wyrwać torebkę i tak nieszczęśliwie upadła, miała pewien uraz z pamięcią, o czym mówiła. Nie miała z tym problemu. Mówi, że po prostu czasami jej się sprawy w głowie zacierają. Inna sprawa, że Paola była już naprawdę starszą panią. Miała jakieś tam 78 czy 79 lat. Właściwie nie wiadomo ile Paola miała lat, bo sama mówiła, że właściwie się to wszystko zaciera. Ona nawet nie pamięta dat i raz to było 74, raz 78, raz 81.
Nie pamiętała już dat jako takich. Pamiętała po prostu jakieś tam okresy w historii. Ale okej, to właśnie o to chodzi. To jest chyba ta esencja braku oczekiwań, że nawet nie oczekujemy od siebie, że pamiętamy, że akurat mamy tyle a tyle albo jesteśmy stąd i stamtąd. Pamiętała swoich rodziców, pamiętała wszystkie te historie niesamowicie i pamiętała je od strony emocjonalnej, co było niesamowite, bo to było moje takie zderzenie z jednej strony z ludźmi, którzy pamiętają każde zero po przecinku, każdą informację, która jest zapisana w notesie, każdy wysłany mail, każde potwierdzenie tego maila, każdą sprawę do załatwienia, każdą techniczną sprawę. A tu mam doświadczenie z babcią, która ma to w nosie. Najważniejsze są emocje. Już odbieram telefon. Halo, halo? Poczekajcie.
Pichącie, jak możesz zadzwonić jeszcze raz, bo jak zwykle mój Skype świruje i proszę cię, żebyś zadzwonił jeszcze raz, bo jak odbieram za pierwszym razem, to nie chce w ogóle odebrać. Także proszę jeszcze raz. Co tu się dzieje? Ten Skype zawsze świruje. Okej, sekundę. Panie Pichącie, proszę się rozłączyć i połączyć jeszcze raz. To jest najlepsza metoda. Tak zadziała. Przepraszam, to wina Skype'a. To nie moja wina.
To wina właśnie takich bęcwałów z Microsoftu. Halo, halo? Witam serdecznie.
[51:27] - Panie, dobry wieczór.
[51:29] - Dobry wieczór. Jak zdrówko?
[51:31] - A dziękuję, nie najgorzej. Trzyma się jakoś.
[51:35] - Witam serdecznie.
[51:37] - Dzięki, panie Grochu. Jakoś żyje się po trochu.
[51:43] - Dokładnie.
[51:44] - Włączając w pracy włączam autoradio, te wszystkie lampy się grzeją i słyszę, jak ty tu opowiadasz.
[51:50] - O babci sąsiadce, tak.
[51:52] - O babci sąsiadce.
[51:54] - I oczekiwaniach.
[51:55] - No właśnie, ja mam tylko jedno pytanie: jaka to jest audycja? Czy to jest „Hiperprzestrzeń”? To jest wieczorowa pora. Sorry, bo nie sprawdzałem i nie wiem.
[52:02] - „Hiperprzestrzeń”, proszę pana. Pan nie sprawdzał, jaka to jest audycja? A czy to jest na żywo? Czy ja dodzwoniłem się do radia?
[52:10] - Czy to są psychopata?
[52:12] - Nie. Chociaż poniekąd myślę, że wielu z tych ludzi, których poznałem, którzy pisali ten soft, to taki klasyczny przykład właśnie, nie wiem, czy w dobrym tego słowa znaczeniu psychopatów, czy złych. Swoje zrobili wszyscy. Może nie wszyscy, ale część z nas ma te urządzenia. Ja po prostu dostałem tak czy siak, nawet nie starałem się. Po prostu dostałem to urządzenie i je mam.
[52:36] - Przepraszam, ja nie wiem, o czym mówisz, bo ja dopiero wróciłem do domu i włączyłem dopiero na Paoli. Także nie wiem, jakie urządzenie. No ale dobra, ja chciałem porozmawiać o oczekiwaniach.
[52:52] - Dokładnie, bo to jest temat dzisiejszego odcinka: oczekiwania i tym, czy nas robią lepszymi czy gorszymi. Gdzie jest ten balans w oczekiwaniach?
[53:02] - Czy nas robią lepszymi? Nie przemyślałem sprawy, tylko tak mnie po prostu wciągnąłeś w to, że pomyślałem: „Zadzwonię, pogadam”. Ale myślę, że one przede wszystkim chyba robią nam zamęt, utrudniają nam życie. Tak mi się wydaje, bo ja na przykład do tematu oczekiwań już od jakiegoś czasu podchodzę dosyć poważnie, żeby nie mieć. I powiem ci, że w niektórych kwestiach w życiu mi się udaje to znakomicie, ale okresowo. Ciężko jest się uwolnić tak, żeby nie mieć w ogóle oczekiwań. Jednak to jest taki schemat, w jakim chyba siedzimy po prostu, że zawsze jednak czegoś oczekujemy. A jeżeli przestaniemy oczekiwać od innych ludzi, od życia w ogóle, od naszego losu, czegokolwiek, to się wyzwalamy znakomicie, bo przyjmujemy jak Big Lebowski. Przyjmujemy po prostu, co jest, to jest i tyle. Bo to jest walka z wiatrakami trochę, te oczekiwania.
[54:03] - Dokładnie.
[54:04] - To zależy, jak na to patrzysz.
[54:08] - Szybko ci wejdę, bo miałem taki kontrast sytuacyjny, bo dziewczyna, z którą wynajmowałem ten dom tuż obok Paoli, miała bardzo dużo oczekiwań. Robiła karierę w takiej bardzo rządowej instytucji w Anglii i naprawdę pięła się jak szalona po tych szczeblach kariery. Ale to był fenomen, że nie potrafiła złapać kontaktu z babcią sąsiadką. Uważała ją za świra tylko dlatego, że babcia czasami zapominała i tą samą historię potrafiła opowiedzieć pięć razy. Ale żeby było zabawniej, ja to uwielbiałem, bo za każdym razem w tej historii pojawiały się pewne detale, o których ona czasami zapominała. Także żeby skumać całą historię, warto było wysłuchać jej nawet 10 razy, bo wtedy pojawiały się dodatkowe smaczki i sam kontakt z człowiekiem był niesamowity. Właśnie tych brak oczekiwań. Ja mogę słuchać takiej historii przez całe życie i mi się nie znudzi, bo tam nie ma właśnie tej gonitwy. I pamiętam taki clash U Virginii, bo tak miała na imię moja współlokatorka. Virginii z Paolą, że ona nie lubiła strasznie, bo dla niej rozmowa z Paolą była stratą czasu.
Ona gdzieś ciągle biegła, a na końcu, kiedy już nie miała gdzie biec, siadała przed telewizorem, oglądała jakieś medalne opery popijając szklanką z winem. I na tym się kończyła rzeczywistość. A ja gdzieś tam z Paolą wysłuchiwałem jej historii o tym, jak się gubi gdzieś na drodze w Arizonie albo płynie statkiem do Australii razem z mężem przez trzy tygodnie, gdzieś tam w latach 50. Niesamowite historie. Takie bardzo mądre, bo właściwie w tych historiach było bardzo dużo emocji. Nie było właśnie dat i to było takie potwierdzenie pewnego, może nie tyle konceptu, ile całego tego zjawiska, że oczekiwania, na przykład oczekujemy bardzo dużej dokładności od siebie w życiu tak na co dzień, bo rzeczywistość wymaga dokładności. Musimy podać numer, musimy pamiętać jakieś tam sprawy co do zera. A tu jest osoba, która ma to w nosie. Nie pamięta dokładnie dat. Po prostu pamięta emocje z tych historii.
Daje ci po prostu emocje.
[56:08] - Tak, tu się zgadzam. Mi się wydaje, że każdy z nas chyba i myślę, że każdy ze słuchaczy też, jak się tak zastanowi, to dojdzie do wniosku prawdopodobnie, że oczekiwania utrudniają nam życie. A kiedy ich się pozbędziemy, myślę, że mało można by znaleźć ludzi, którzy się wyzbyli tak naprawdę oczekiwań, bo chyba to jest taka cecha, którą każdy z nas ma na stałe przypisane. Ale dlatego fascynują nas potem takie historie typu na przykład właśnie czy „Big Lebowski”, czy „Forrest Gump” chociażby, to była hollywoodzka produkcja, ale opowiadająca właśnie historię gościa praktycznie bez oczekiwań żadnych.
[56:48] - Tak, absolutnie. Ale nie tylko, bo my tak się, hollywoodzkie produkcje-
[56:52] - Tęsknimy za tym, żeby nie mieć właśnie takich problemów.
[56:56] - Na archetyp kulturowy taki, na którym są oparte z reguły albo próbują się opierać jakieś wierzenia, teologie i tak dalej. Budda nie miał oczekiwań, dlatego był Buddą. Dlatego ten koncept trwa do dzisiaj. To jest koncept braku oczekiwań.
[57:10] - Tak, on jest naprawdę super. Ja ci powiem, że tak jak wspomniałem, mnie się czasami udaje w niektórych kwestiach przez jakiś czas rzeczywiście nie mieć oczekiwań i żyć bez tych oczekiwań. W niektórych rejonach życia powiem ci, że wprowadziłem w przeciągu ostatnich trzech lat bardzo niski poziom oczekiwań. I powiem ci, że to jest ciężkie do zaakceptowania na początku, bo jednak coś tam mamy zawsze naukładane w głowie, jakiś mamy swój porządek rzeczy, spodziewamy się, że tak się powinny rzeczy układać, a nie inaczej, że chcielibyśmy przykładowo, żeby nasze dzieci na przykład wychowywały się tak, a nie inaczej, żeby zachowywały się tak, a nie inaczej. Ale w którymś momencie jak sobie pomyślisz, dam ci przykład właśnie mojego podejścia do mojej córki. Ja właśnie nad tym pracowałem, żeby nie obciążać ją swoimi oczekiwaniami. I tutaj nie zawsze potrafiłem się powstrzymać, żeby na przykład czegoś nie skomentować czy żeby nie próbować. Ja uważam, że to było akurat okej, że próbowałem ją naprowadzić na jakąś drogę, którą ja uważam za słuszną, ale właśnie starałem się nie mieć oczekiwań w tym wszystkim. Zrobi dalej jak uważa. To jest jej życie.
Nie można starać się rzeczywistości świata dopasować do swoich oczekiwań, dlatego że się po prostu nie da i oczekiwania są z góry skazane na porażkę. W niektórych kwestiach czasami nam się uda, ale w większości raczej nie chyba.
[58:43] - Nie wiem jak ty, ale ja mam taki przykład ze swojego życia. Jak byłem młody i coś tam chciałem, to gdzieś przeczytałem, że trzeba afirmować to, co się chce. To jest taka modna idea, którą wielu ludzi się zaraża. Też się zaraziłem jak byłem młody, że trzeba afirmować.
[58:59] - A, typu te filmy co „Sukces”, były takie-
[59:02] - To jeszcze grubo przed tym.
[59:04] - Tak, ale ja nawiązuję do tego z tego względu, że bardzo dużo ludzi kojarzy właśnie tą koncepcję w ten sposób z tym filmem.
[59:11] - Absolutnie. I miałem bardzo ciekawą lekcję. To była taka lekcja, kiedy miałem 17 lat dosłownie i sobie ten plakat z tym czymś czy jakoś tak powiesiłem na ścianie i on wisiał chyba przez rok na ścianie. I powiem ci szczerze, że z każdym dniem miałem takie wrażenie, że się od tego oddalam, chociaż bardzo chciałem, to wszystko, co się działo dookoła powodowało, że się oddalałem od tego celu. I później stwierdziłem, że pieprzę to wszystko. Przemalowuję pokój jako nastolatek jakoś tak, bo byłem nastolatkiem. No i przemalowałem pokój. Musiałem zerwać wszystkie te rzeczy ze ściany i tak dalej. Minęły dwa miesiące jakoś tak i ta rzecz pojawiła się w moim życiu. I to była taka mocna lekcja, jak byłem nastolatkiem i zacząłem się zastanawiać: „Zaraz, zaraz, to jak jest z tymi afirmacjami?
Jak jest z całą tą ściemą na ten temat, że ciągle musimy czegoś pożądać?”. Przecież właśnie pożądałem czegoś. Bardzo chciałem to mieć i przez cały czas jak sobie to wklejałem, miałem na ścianie, to nigdy tego nie miałem. I nagle jak pozbawiłem się tego, to okazało się, że się pojawiło w moim życiu.
[01:00:12] - Tak, ale wiesz co? Ja w pewnym okresie jakiś czas temu wypuściłem parę takich odcinków swojego podcastu, gdzie był duży feedback. Dużo ludzi do mnie pisało w konkretnej tematyce i bardzo dużo ludzi mi podsuwało właśnie jako pomysł na życie, na spróbowanie czegoś ciekawego, to właśnie to, co mówią w tym filmie „Sukces”. Ja ten film oglądałem wiele lat temu, jak on tylko się pojawił. I powiem ci, że ja zawsze jestem jednak przeciwnikiem tego typu produkcji, głoszenia tego typu idei w taki sposób poradnikowy prawie że z tego względu, że właśnie pojawiają się oczekiwania, które mają bardzo nikłe szanse na spełnienie się i to tak naprawdę ludzi dołuje. To jest tak, jak się ludziom pokaże Jakąś drogę, łatwość osiągania sukcesu w czymś, to ludzie potem przeżywają bardzo duży zawód, kiedy im się to nie udaje. I tak naprawdę jest to deprymujące. Podobnie kiedyś badania przeprowadzono, jakie filmy są najbardziej dołujące dla ludzi. I się okazało, że komedie romantyczne są najbardziej depresyjnymi filmami ze względu na to, że pokazują ludziom wyidealizowany obraz życia. Ludzie tęsknią do tego i cierpią jeszcze bardziej, bo widzą tą różnicę wykreowaną przez producentów filmów i porównując to ze swoim życiem, mają z tym bardzo duży problem.
Dlatego ja uważam, że takie właśnie filmy typu „Sukces” prawdopodobnie wyrządzają bardzo dużo krzywdy ludziom. Niemniej jednak same w sobie mają sens. Tylko że on jest dosyć głęboko w tym wszystkim. On jest jakby podany wprost, ale nie jest taki, że wystarczy pstryknąć i zrobić zgodnie z instrukcją. I to jest to, co ty mówiłeś właśnie, że jeżeli się pozbędziesz oczekiwań zgodnych z jakimś systemem, te afirmacje, to wszystko zadziała, ale tylko na pewnym levelu. Nie tak wprost. Jeżeli będziesz czegoś pragnął, będziesz do tego dążył, to chociażby zgodnie z synchronicznością, z tym prawem przyciągania wiele rzeczy się wydarzy w twoim życiu. One się będą ze sobą jakoś tam wiązać, ale nie jest to na zasadzie oczekiwań. Bo jeżeli wykonasz ruch i oczekujesz teraz, że teraz się staniesz na przykład bogaty w związku z tym, że już sobie afirmowałeś, to raczej z tego wyjdzie, krótko mówiąc, jedna wielka taka tłusta, owłosiona dupa świńska z ogonkiem.
[01:03:06] - Zgadzam się absolutnie z tym.
[01:03:09] - A jeżeli będziesz w sobie budował to, czego potrzebujesz, nie oczekując tego. Tu znowu nawiązujemy do kolejnego systemu, takiego, który mówi o tym, że bądź zmianą, którą chcesz zobaczyć we wszechświecie.
[01:03:27] - Tak.
[01:03:28] - Zmieniaj u siebie. Wtedy, zgodnie z kolei z tym, co mówią ludzie w filmie „Sukces”, świat zacznie ci pokazywać te rzeczy. To jest twój świat, który musisz wykreować u siebie i wtedy założysz sobie znowu jakieś filtry, które pozwolą ci postrzegać świat lekko inaczej i zaczniesz dostrzegać to, co ci pasuje do twojej koncepcji. Ale bez oczekiwań właśnie. To jest właśnie cały myk, że podawanie ludziom często bardzo prostych prawd. Ja nie mówię, że ja jestem od tego wolny, że ja jestem jakimś geniuszem.
[01:04:04] - Wszyscy mamy jakiś-
[01:04:06] - Ja tak samo sobie z tym nie radzę, jak wszyscy.
[01:04:09] - Słuchaj, też dzisiaj zastanawiałem się nad audycją. Zrobiłem taki przegląd samego siebie, troszeczkę łapiąc swoje własne oczekiwania, siebie na oczekiwaniach różnych. Okej, Tomek, to chcesz tego, chcesz tego. Rozumiesz? Usłyszałem swoje myśli. Tak sobie właśnie przypomniałem Paolę z tym podejściem do życia. Nie miała żadnych oczekiwań i to uczyniło jej całe życie szczęśliwym.
[01:04:34] - Dlatego, że wszystko dobre, co cię spotka, jest dla ciebie niespodzianką, stary. Po prostu, wiesz.
[01:04:38] - No coś tam.
[01:04:39] - Jest dla ciebie czymś. Bo wiesz, jeżeli czegoś oczekujesz i to dostaniesz, to jest takie okej. No oczekiwałem, dostałem.
[01:04:48] - Ja myślę, że oprócz-
[01:04:49] - Ale gdzie ta niespodzianka jakaś fajna?
[01:04:51] - Ja myślę, że jeszcze, Marcin, oprócz tej percepcji, że niespodzianka i tak dalej, taki element entertainment, rozrywki w życiu i zaskoczenia jeszcze jest istotny, moim zdaniem, ten element tak zwanego dealu, czyli robienia interesu. Oczekiwania są interesem. To jest coś za coś. To jest jakby kapitalizowanie wszystkiego. A jedyna forma kapitalizowania, jaką jesteśmy w stanie zrobić, to zamiana czegoś na materię. I to zaczyna się problem, bo w tym momencie materia zaczyna dominować. W tym momencie pierwszy kontakt, który jest nawet z człowiekiem, od którego zaczyna się proces oczekiwania, nagle kończy się na tym, że my właściwie uciekamy od tego człowieka i jesteśmy troszeczkę jak moja współlokatorka. Siedzimy przed telewizorem z lampką wina i nie ma już ludzi dookoła. Rozumiesz? Nie przeszkadzaj mi, bo oglądam serial.
Rozumiesz? A to jest obok kobieta, która przeżyła takie historie i daje ci taki emocjonalny background, taki bit, że to strasznie buduje. I nagle tracimy. Wiesz, o co chodzi. W ten sposób można naprawdę tylko stracić. Tak mi się coś wydaje. Mam to samo co ty, że nie widzę w oczekiwaniach niczego dobrego. Przeraża mnie moment, kiedy łapię sam siebie na jakichkolwiek oczekiwaniach. Rozumiesz? Zawsze jak łapię siebie na tym momencie, to próbuję wyrzucić z siebie, dojść do takiego momentu, żeby nie zamieniać swojego życia na biznes.
[01:06:23] - No bo to właśnie się do tego sprowadza, że jeżeli postępujesz zgodnie z jakąś zasadą skądś zasłyszaną, gdzieś przeczytaną, zaczynasz właśnie dealować, bo chcesz zrobić coś i oczekujesz efektu. No i jeżeli on ci się nie przydarzy, jesteś zawiedziony. Jak ci się przydarzy, przyjdzie ten efekt, to nawet pomijając kwestię tego, że się z niego tak nie ucieszysz bardzo, bo go oczekiwałeś jednak, więc nie jest to dla ciebie taki prezent. Nie czujesz wdzięczności wtedy. To jest znowu problem, bo wtedy się pozbawiasz tak naprawdę luksusu poczucia wdzięczności. Bo jeżeli czegoś oczekujesz i dostaniesz, nie poczujesz wdzięczności takiej, jaką poczujesz wtedy, kiedy dostaniesz coś, nie oczekując tego. Wiesz, to jest właśnie ten numer.
[01:07:06] - Słuchaj, dostałem coś takiego od Paoli. Pewnego dnia, wracając z pracy I zastanawiałem się dokładnie nad tymi rzeczami, jak oczekiwanie. Byłem po ciężkim maratonie, takim parodniowym, gdzie jakaś nowa rzecz wchodziła, jakieś szaleństwo kompletne. Mniejsza o to. I wracałem do domu, idąc sobie taką bardzo fajną alejką, high streetem ze stacji pociągu i spotykam Paolę na ulicy. A to letni dzień, także słonecznie, ciepło, siódma wieczorem, ale całkiem miło, przyjemnie. I Paola po prostu krzyczy z daleka: „Tom, Tom!” Po prostu wrzeszczy prawie, radosna, uśmiechnięta, że mnie widzi w ogóle na ulicy. A wszyscy ją znali dookoła, bo to taka dzielnica, że ludzie się znają raczej niż nie znają. Tak samo jak u ciebie. Też się wszyscy znają.
I ja zadowolony, że ją widzę, bo po takim ciężkim dniu jest niesamowicie zobaczyć kogoś, kto na twój widok nie widzi interesu i nie widzi biznesu w tobie, tylko po prostu widzi w tobie żywą istotę, którą zwyczajnie jesteś, bo niczym więcej nie jesteśmy. I podbiegam, przytulam się do Paoli. Mówię do niej, chociaż wiem, że, bo ty straciłeś ten początek, Paola była głucha jak pień. To był w ogóle fenomen, ale nie wiem, w jaki sposób doskonale się rozumieliśmy. Jak coś mówiłem, to Paola wiedziała, o czym do niej mówię. Nie wiem, jak to się działo, ale tak się działo. I przywitałem się z nią, wyściskałem ją i chce iść do domu. Paola mnie złapała za rękaw, a była metr pięćdziesiąt wzrostu. Taka babcia chodząca o lasce, chodząca w tempie żółwim, bo to już ten wiek. Złapała mnie za rękę i mówi: „Stój, stój.” I zaczęła krzyczeć na całą ulicę: „To jest najlepszy sąsiad, jakiego w życiu miałam.” Rozumiesz?
A ja po prostu tak się poczułem niesamowicie. To było blessing, man. That was the bless. To było niesamowite uczucie. Coś takiego mi się wcześniej w życiu nie zdarzyło, że dostałem taki prezent. To był mój brak oczekiwania. Po prostu uwielbiałem wychodzić do ogrodu i słuchać opowieści Paoli. To był kawał mojego życia, kiedy tam mieszkałem. I pewnego dnia, właśnie wracając z pracy, taki kompletnie zaorany tymi wszystkimi biznesmenami, jakimś gościem, który przyjechał ze Stanów i miał problem z paroma milionami dolarów i ten problem wszyscy musieli razem z nim zdealować. Nagle się okazało, że po prostu wracając po takim ciśnieniu, dostaję taki relief, odżywam, dostaję taką dobrą emocję, która stawia mnie z powrotem na nogi i z powrotem jestem żywą istotą, a nie elementem kapitalizacji czyjegoś biznesplanu.
To była fenomenalna historia. Taka mocna lekcja dla mnie.
[01:09:50] - Ja już nie chcę za długo siedzieć na antenie, bo nudna ta audycja taka.
[01:09:56] - Dzięki. Dzięki, Pichu.
[01:09:58] - Zresztą nie oczekiwałem niczego innego.
[01:10:02] - Dzięki. Dobrze jest niczego nie oczekiwać. Słuchaj, masz tam jakiś chleb?
[01:10:11] - Wiesz co, nie wiem. Dopiero wróciłem do domu. Piję herbatę i czekam. Oczekuję dżdżownic w ogródku.
[01:10:19] - No to takie dobre oczekiwanie.
[01:10:22] - Słuchaj, bo chciałem zakończyć taką opowieścią bardzo prostą, moim doświadczeniem z oczekiwaniami. Mianowicie wiesz, że ja medytuję sobie tak nieregularnie, ale medytuję. I dzisiaj akurat sobie medytowałem i miałem kolejny raz ten sam schemat właśnie odnośnie oczekiwań. Zawsze kiedy zabieram się za medytację, zazwyczaj jej nie planuję. To jest tak, że nachodzi mnie po prostu. W którymś momencie wyczuwam, że jest dobry moment i są warunki ku temu. I sobie wtedy siadam, czasami nawet na leżąco i wbijam się. I za każdym razem, kiedy się wbijam, to ja wiem dokładnie, jak to się skończy. Znaczy ja wiem, że nie wiem, jak się właśnie to skończy. Ja podejrzewam, że to może być podobne tak jak do twoich tripów na przykład, że możesz mieć jakąś intencję, z którą zaczynasz, ale niekoniecznie wcale to dokładnie pójdzie tą drogą.
Przynajmniej u mnie tak jest.
[01:11:21] - Znaczy ja nie mam oczekiwań, ja tylko mam coś w rodzaju takiej prośby. Dobrze nazwałeś: intencja. To jest chyba najlepsza rzecz, ale nie mam oczekiwania, że cokolwiek z tej intencji wyjdzie. Rozumiesz? To jest tylko-
[01:11:33] - To wiesz co, ja niby też nie mam właśnie w medytacjach, ale jednak zawsze zapodaję sobie właśnie tą intencję na początek. Jakiś plan, kierunek, w którym bym chciał pójść w tej medytacji. Wiadomo, że kiedy próbujesz, kiedy rozpoczynasz medytację, próbujesz wejść w ten stan, trans, nie wiem, jak to nazwać nawet. Dojść do tej medytacji właściwej. W pewien sposób musisz się pozbyć myślenia, więc musisz się pozbyć też i tych intencji, i tych myśli. Więc ja jakby na samym początku próbuję sobie wbić do głowy tą intencję, myśląc, że powstanie jakieś połączenie, że potem, kiedy pozbędę się myśli, kiedy przestanę myśleć o czymkolwiek, zapomnę o tych intencjach, to jednak to gdzieś tam wróci, kiedy już się znajdę w tej głębokiej medytacji. No i zawsze się dzieje tak, że dostaję kompletnie coś innego. Niemniej jednak ani razu, powiem ci, ani razu w żadnej medytacji nie było, mówię o tych udanych, bo były też oczywiście nieudane, ale w żadnych z tych udanych medytacji nie było tak, żebym żałował, żebym zamienił to, co dostałem na to, czego oczekiwałem. Rozumiesz? To, co planowałem, nigdy się nie sprawdza i zawsze jest to dobrze.
Zawsze jest tak, że jazda, na którą trafiam, po prostu jest tak ciekawa. Tak ciekawe wrażenia i czasami wnioski nawet wyciągam sobie z tej medytacji potem. Se myślę: kurde, a gdybym poszedł tą drogą, którą zakładałem, to nie dostałbym czegoś takiego fajnego. I wniosek i rada taka moja dla wszystkich to jest po prostu: oczekujcie, owszem, oczekujcie nieoczekiwanego.
[01:13:18] - Ja bym powiedział: oczekujcie, ale nie wymagajcie.
[01:13:22] - Tak, oczekujcie tego, że spotka was coś nieoczekiwanego i to jest najfajniejsze.
[01:13:26] - To jest moja historia z moją babcią, sąsiadką Paolą. Pamiętam, że w pewnym momencie moja współlokatorka Virginia powiedziała: „Słuchaj, przecież ona ciągle mówi te same historie” i próbowała mnie tym zrazić. Przy kolacji siedzieliśmy, rozmawialiśmy, ona strasznie któryś tam dzień z kolei wałkowała mnie: „Zostaw ją, ona zawsze opowiada te same bzdury”. Coś w tym stylu. I był taki moment, że pamiętam, miałem masę roboty i taki przygięty, przygruzowany tym wszystkim. Wróciłem do domu, weekend, chcę naprawdę, żeby cały świat się ode mnie odpieprzył. Dosłownie. Wiesz, o co chodzi. Czasami człowiek tak ma po ciężkim tygodniu wyoranym z wariatami, którzy gonią za nie wiadomo czym. Chciałem po prostu usiąść i odkleić się od tego wszystkiego.
Skręciłem sobie dużego jointa, wyszedłem do ogrodu, usiadłem sobie na płotku obok. Pojawiła się Paola, bo znalazła otwarte drzwi. Chyba sobie gotowała. Pojawiła się w drzwiach, pomachała mi ręką i był taki moment, że miałem flashback, że pomyślałem: „Kurczę, może Virginia ma rację. Może powinienem po prostu olać Paolę i siedzieć z tym jointem”. Właściwie ta sytuacja nie wymagała ode mnie, żebym wstał, poszedł się przywitać. Wystarczyło, że sobie pomachamy ręką. Naprawdę było okej. Ale tak sobie pomyślałem: „Man, to chyba nie tędy droga”. I pomimo tego zmęczenia, tego, że w mojej głowie było więcej wątpliwości i takich oczekiwań, bo wątpliwość jest oczekiwaniem.
To jest oczekiwanie, że coś się już nie wydarzy. Moim zdaniem. To jest właśnie wątpliwość. I taką wątpliwość, oczekiwanie w głowie. Myślę: „Nie chcę tego robić w ten sposób. Nie chcę żyć w ten sposób”. Wstałem, podszedłem do Paoli i usłyszałem kilka historii, których w życiu mi wcześniej nie powiedziała. Które zmieniły w ogóle mój cały wieczór. W ogóle było niesamowite. To jest ta nagroda, którą dostajemy od życia, od losu, od ludzi dookoła, kiedy nie mamy żadnych oczekiwań.
Taki gift.
[01:15:30] - Tak. A w ogóle tutaj też troszeczkę nawiązujesz do tematu świrów generalnie, bo ja nie mówię, że Paola akurat jest świrem, ale że jest tak odbierana przez niektórych. Ja w ogóle mam doświadczenia trochę takie ze świrami i powiem ci, że czasami wynikają z tego bardzo ciekawe historie. Już może tym razem nie będę opowiadał. Kiedyś opowiadałem gdzieś Paolsi w podcaście, chociaż nie jestem pewien, ale taką historię z moich kontaktów z bezdomnymi o pistolecie. Nie wiem, czy ty ją znasz, czy nie.
[01:16:03] - Ja ją znam.
[01:16:04] - Może.
[01:16:05] - Jeszcze zanim znikniesz mi z anteny, ja ci każę zareklamować swój podcast głośno.
[01:16:11] - Pichontarium.com.
[01:16:13] - Pichontarium.com. Też w Radiu Nafali jest Pichontarium, także możecie i tu, i tu, proszę państwa.
[01:16:22] - Mi się wydaje, że tą historię o pistolecie kiedyś opowiadałem, ale chyba to jeszcze jak prowadziłem podcast o bezdomności, a to może ja kiedyś przypomnę tą historię jeszcze raz w jakimś odcinku. To jest właśnie tak, że ze świrami jednak czasami się okazuje, że to nie do końca są świry. My ich tak odbieramy, bo mamy oczekiwania, że będą tacy jak my. Ale tu możemy wejść znowu w teorię umysłu, która mówi nam o-
[01:16:44] - I kto jest świrem? To my jesteśmy świrami absolutnie, bo tak koniec końców-
[01:16:51] - Bo żyjemy w schematach, a świry, tak kolokwialnie mówiąc, mają często bardzo otwarte umysły, mają odblokowane. Dlatego wiele badań odnośnie, bo tak jestem cały czas w temacie tej synchroniczności, książkę sobie czytam i tam facet, który badał synchroniczność, psycholog i psychiatra przeprowadzał różne badania odnośnie wydarzeń synchronicznych, a w ogóle synchronistycznych. Nawet nie wiem, dlaczego tak to się odmienia, ale synchronistyczne. I on przeprowadzał je bardzo często i wyciągał trafne wnioski, analizując właśnie ludzi z różnymi schorzeniami psychicznymi typu schizofrenia i tak dalej. I parę razy zadawano mu pytanie, dlaczego w zasadzie jego grupą, którą analizuje, są ci ludzie. I on to fajnie jakoś dowodził. Ja nie potrafię tego powtórzyć, ale chodziło o to, że ci ludzie właśnie mają wymieszany świat wewnętrzny z zewnętrznym, co ich odblokowuje, że oni nie siedzą w schematach, które im nie pozwalają zaglądać wewnątrz. Dlatego, że im to się wszystko wymieszało. Oni nie wiedzą, które jest które, bo mają z tym jakiś tam problem, ale dzięki temu odbierają i co wewnątrz, i co na zewnątrz. I dlatego są tak naprawdę reprezentatywną grupą do badania wielu zjawisk.
Wiesz, czasami warto być świrem, żeby doświadczyć czegoś niesamowitego.
[01:18:18] - Ja mam w ogóle ciekawe doświadczenie z tak zwanymi, jak oficjalnie się mówi, świrami, bo jako młody chłopak pomagałem, nie wiem, jak to nazwać. Właściwie byłem takim oficjalnym pomocnikiem podczas tak zwanej prowadzenia sesji muzykoterapii w szpitalu psychiatrycznym i kolega, pan psycholog, który później zwariował, żeby było śmieszniej, ale to już inna sprawa.
[01:18:43] - Oni podobno to tak już, to jest schemat.
[01:18:46] - To jest choroba zawodowa. Tak, to jest taki chyba schemat, ale generalnie prowadził zajęcia i ja pomagałem mu po prostu w tych zajęciach i prowadziłem zajęcia z tymi ludźmi. I powiem ci szczerze, że przeżyłem tam jedno z najbardziej spektakularnych doznań w swoim życiu. Nie chcę tutaj mówić, bo to bym musiał bardzo prywatną historię opowiedzieć, naruszając prywatność innych ludzi dookoła, czego bym absolutnie nie chciał. Generalnie dostałem od tych ludzi coś, czego nie dostałem od nikogo nigdy wcześniej, jeżeli chodzi o ciepło, emocje od tak zwanych wariatów. Rozumiesz? To było coś, co mnie emocjonalnie przeorało i zmieniło mój punkt myślenia. To był moment, kiedy naprawdę skumałem jako młody chłopak, że tak jak mówią Indianie, ludzie, których my nazywamy szalonymi wariatami, są darem dla świata bardzo często. My sobie po prostu z tego nie zdajemy sprawy. Dokładnie to, co powiedziałeś przed chwilą.
To są ludzie, którzy mają kontakt z całą energią dookoła nas, z całym światem we wszelkich możliwych wymiarach naprawdę potężnie otwartej. Jeżeli wszystko jest okej i my nie niszczymy tych ludzi, to oni nigdy nie robią rzeczy destrukcyjnych. To była taka moja bardzo poważna lekcja. Zauważyłem, co tak naprawdę powoduje wszystkie te destrukcyjne zachowania. Dlaczego facet, który na co dzień jest niesamowity, ciepły, wylądował w szpitalu psychiatrycznym? Bo nagle się okazuje, że nie wytrzymuje presji ciśnienia społeczeństwa, w którym żyje, tego, że ma robić coś, co ma robić. Jego głowa sobie z tym nie radzi. Podbiega do ściany i wyrywa w ataku szału kaloryfer. I nic dobrego się dalej nie dzieje, bo jest napadany przez grupę pielęgniarzy, którzy mu wstrzykują strzykawki. Wygląda to bardzo dramatycznie.
To była moja lekcja. Co my robimy z tymi ludźmi? To jest taki dar od losu, że mamy takich ludzi obok, a doprowadzamy wszystko do takiej skrajnej sytuacji, bo nasze oczekiwania na temat, co jest normalne, a co nienormalne. Rozumiesz pan.
[01:20:58] - Właśnie, widzisz, oni nie mają z kolei takich oczekiwań. Ja mówię o świrach teraz. Tylko że oni mają ten problem, że oni nie potrafią zapanować, bo oni się znajdują właśnie tak pomiędzy. Im się to wszystko miesza. Oni nie potrafią się znaleźć ani w jednej rzeczywistości, ani w drugiej.
[01:21:13] - Marcin, się tak zastanawiam, kto z nas tak naprawdę potrafi zapanować nad tym światem?
[01:21:18] - Nikt z nas nie panuje do końca.
[01:21:20] - Właśnie o to chodzi.
[01:21:22] - Nikt z nas nie panuje do końca. Już nie chcę rozwijać tematu, ale psychopaci mieliby najłatwiej, dlatego że oni są wyzbyci pewnych emocji i dla nich to nie stanowi problemu. Dlatego stanowią mocną siłę w obecnym społeczeństwie. W ogóle w rozwoju cywilizacji mają swoją drogę z tego względu, że oni się nie będą wahać, nie będą mieli takich problemów emocjonalnych, które my mamy. A jak ktoś zeświruje całkowicie i mu się to wszystko wymiesza, to po prostu ma problem z tym, bo nie potrafi odnaleźć swojej drogi. My próbujemy ją znaleźć, ale żeby znaleźć jakąś przeciwwagę, to musimy albo medytować, albo brać psychodeliki. Znaleźć połączenie z tym czymś po drugiej stronie. Ale potem wracamy z powrotem. Coś sobie z tego przyniesiemy, coś nie. A oni są cały czas pomiędzy.
Cały czas się tak plączą.
[01:22:24] - Poruszyłeś ciekawą rzecz związaną z historią z Paolą, bo inna sprawa, że w momencie, kiedy tam mieszkałem, pojawiła się cała ta historia z tak zwaną karierą. Pojawiły się bardzo poważne dylematy w mojej głowie, bo byłem po niecałe pół roku, jakieś cztery miesiące sesji na ayahuasca. Także jak wróciłem z tego wszystkiego do tego świata, to pierwszy rok był okej, ale po tym pierwszym roku ogarniania tego całego biznesu przyszły bardzo poważne refleksje na temat, co ja tu właściwie robię i czy to jest świat, który chciałbym spotkać jutro rano. Jeszcze do tego jakieś historie w moim życiu prywatnym związane ze związkiem, który kompletnie się zawalił z Runą i Agrą. Byłem troszkę wyorany tym wszystkim. Z jednej strony szaleńcy, którzy chcą kontrolować świat, którzy płacą mi pieniądze za to, żebym razem z nimi dokonał tego spustoszenia i przybił pieczątkę na wszystkim, co się rusza. Goddamn fucking dollar everywhere. A z drugiej strony taka potężna świadomość normalnego życia. I powiem ci szczerze, że właśnie w tym domu czułem się tak dzięki obecności Paoli, babci sąsiadki, czułem się tak rewelacyjnie, że tam miałem jedną z najbardziej spektakularnych chyba w swoim życiu sesji LSD, które zrobiłem sam ze sobą, terapeutycznie. Sam, medytacyjnie w środku nocy.
Jeden, pusta chata, gigantyczny w miarę ogród jak na londyńskie warunki. Wiedziałem tylko, że mam babcię sąsiadkę obok i wiedziałem, że cokolwiek się stanie, zawsze rano będę mógł wyjść, poczekać na Paolę, napić się z nią herbaty, kawy, porozmawiać. Ona mnie zawsze łapała za rękę, jak ze mną rozmawiała. To było niesamowite. Mieliśmy taki nawet fizyczny, jak prawdziwi ludzie, normalnie prawdziwi ludzie. To nie był biznes. I ta sesja była niesamowita właśnie z tego powodu, że dookoła miałem takie otoczenie. Dzięki temu przez tą całą noc przeorałem kilka spraw, łącznie z moim związkiem, moim życiem zawodowym, tym, jak to wszystko poskładać do kupy na nowo. To właśnie niepozorna historia. Babcia sąsiadka obok, która niczym cichy cień, który czai się za tobą, chodzi z prędkością żółwia, powoduje, że twoje życie staje się lepsze, bo po prostu nie ma oczekiwań.
Fenomen.
[01:24:38] - Tomku, ja będę kończył. Dziękuję bardzo. A wiesz, co mi przyszło do głowy? Ty nie masz stałego słuchacza swojej audycji. Ja będę stałym słuchaczem przez chwilę.
[01:24:46] - Zapraszam.
[01:24:47] - Paolo, słychać mnie?
[01:24:48] - Słychać.
[01:24:49] - Dobrze słychać.
[01:24:51] - Nie pojawię się. Poznam stałego słuchacza, jak słucha, bo pojawia się czasami.
[01:24:54] - Ja też pozdrawiam. Ja tutaj tak trochę parodiując, ale chciałem też zachęcić do obejrzenia paru pozycji, które są w internecie. To znaczy dwóch z nich nie oglądałem.
[01:25:06] - Ty zachęcaj, bo ja, Agra, jestem pies na te twoje pozycje. Ja sobie ściągam z Pichotarium te filmy, które ty tam wstawiasz, bo naprawdę kilka z nich rewelacyjne. Kilka obejrzałem parę razy pod rząd.
[01:25:15] - Wiesz co? Tak. Z ciekawostek, których nie oglądałem, ale wiem, że są, to jest film na Netflixie. Nie wiem, jak jest z dostępnością Netflixa w Polsce. Chyba nie ma oficjalnie, ludzie jakoś to obchodzą. Ale na Netflixie jest taki film i być może gdzie indziej też jest Ayahuasca Wine of Soul.
[01:25:40] - To znam.
[01:25:42] - Widziałem, że jest ten film. Zacząłem go dzisiaj oglądać, ale wyszedłem do pracy i nie obejrzałem. Drugi film, którego nie oglądałem, widziałem, że jest w iTunes do kupienia. Nie można go jeszcze wypożyczać, więc kosztuje chyba około 13 funtów, więc drogi, ale ludzie sobie poradzą. Na Chomiku go jeszcze nie widziałem. To jest druga produkcja twórców „Sekretu”. Nazywa się chyba „Siła serca” czy jakoś tak. Power of the Heart or something like that.
[01:26:21] - We're gonna find it, buster.
[01:26:27] - Coś w rodzaju siły energii serca. Zapomniałem dokładnie, jak ten tytuł jest, ale jest to nowa produkcja, dopiero co się ukazała. Tam występuje Paulo Coelho. Jest też chyba współtwórcą tego filmu, więc może być ciekawy. Mówi chyba o emocjach. Widziałem tylko trailer filmu. Nie kupiłem, bo za 13 funtów tego nie kupię. I jeden film, który widziałem w ostatnich dniach. Nie jest to może superprodukcja, ale film warty bardzo obejrzenia. „Blackfish”.
[01:27:01] - Okej, to jak normalny film to ja raczej nie oglądam, bo ja raczej taki dokumentalny.
[01:27:06] - To jest dokumentalny. „Blackfish” jest dokumentem opowiadającym o SeaWorld. To gdzieś w Stanach jest takie centrum rozrywki, gdzie orki występują z trenerami. Film opowiada bardzo ciekawie. On był reklamowany jako thriller dokumentalny. Do thrillera to mu daleko, ale to jest wstrząsająca naprawdę opowieść o emocjach orek, o emocjach ludzi. W zasadzie wszyscy trenerzy, którzy występują w tym filmie, a to jest masa trenerów, odeszli stamtąd. Opowiadają o tym, jak kochali te zwierzęta. Mają łzy w oczach. Film naprawdę wzruszający, kiedy mówią o emocjach tych stworzeń.
I film opowiada o tym, dlaczego te zwierzęta zaczęły zabijać swoich trenerów. Jest parę drastycznych scen w filmie, to od razu mówię. Jeżeli ktoś jest wrażliwy na śmierć na ekranie, to może ominąć troszeczkę ten film. Ale film jest wart obejrzenia, bo pomaga nam spojrzeć na emocjonalną stronę zwierząt. Po prostu poczuć troszeczkę te zwierzęta, które są być może nawet inteligentniejsze od ludzi, jak nowe badania wskazują. Mają dużo bardziej rozwiniętą od człowieka w mózgu tą strefę emocji.
[01:28:28] - Okej, to zostawmy już na „dokument”, bo mi zaraz opowiesz wszystko, a ja tu już się napaliłem.
[01:28:35] - Nie, bo to jest jakby motyw przewodni, bo to o orkach zabójcach, w tym właśnie SeaWorld i dlaczego.
[01:28:43] - Brzmi intrygująco.
[01:28:45] - Film warty zobaczenia, zrozumienia o co chodzi z tymi zwierzętami.
[01:28:49] - Ty weź mi jak na priva podeślij tam linki, Marcin.
[01:28:53] - Ale ja ci nie podeślę linka, bo go musiałem na Chomiku znaleźć.
[01:28:56] - Dobra, dobra.
[01:28:58] - Jest na iTunes, ale kosztuje. Można go wypożyczyć chyba za dwa, trzy funty, ale przydziadowałem.
[01:29:04] - Rozumiem. Może też przydziaduję, pójdę na Chomika.
[01:29:07] - Na Chomiku jest.
[01:29:09] - Nie wiem, gdzie się może znaleźć login na Chomika. Anyway, dzięki wielkie.
[01:29:15] - To na razie. Strzałeczka w dół.
[01:29:16] - Dzięki wielkie z telefonu. Trzymaj się. To był Marcin zwany Pichontem, którego jeżeli słuchacie Radia Nafali doskonale znacie przede wszystkim z Pichontarium. Bardzo polecam Pichontarium i bardzo zapraszam do ściągania sobie, do słuchania i do wpadania na stronę pichontarium.com, bo Pichon ma swoją stronę. Oprócz tego, że Radio Nafali też serwuje Pichontarium. A ja taką lekką przerwę po tej babci sąsiadce i opowieściach. Tych opowieści jest masę. Teraz będę schodził do sedna sprawy z tymi całymi historiami, od których dzisiaj zacząłem, czyli o tym, że jesteśmy właśnie takimi lustrami dla siebie nawzajem. I jak to wygląda w praktyce, że te koncepty, o których tutaj często opowiadam w hiperprzestrzeni, nie są dla mnie przynajmniej, nie wiem, jak dla was, takim pustosłowiem teoretyczno-filozoficznym. To jest dla mnie zwyczajnie moje życie.
To jest to, co się dzieje dookoła mnie. To są ludzie, których poznaję w życiu. To są ludzie, którzy mnie zmieniają. Właściwie może nie tyle mnie zmieniają, ile pomagają mi zmienić się samemu, bo właściwie nikt nie jest w stanie nas zmienić poza nami samymi. Do it yourself, jak to mawiają. Jak mawiał Gandhi, to jest strasznie lubiane przeze mnie powiedzonko, że my life is my message. I nie jest inaczej. To już ja dopowiadam, że nie jest inaczej. Nie wiem, co Gandhi by powiedział. To co?
Posłuchajmy muzyczki, ale nie Gandhiego. Czegoś zupełnie innego i czegoś z Londynu, bo cała historia dzieje się w Londynie, proszę państwa, wszystko się dzieje dokładnie w Londynie. Raptem musiałbym chyba z godzinę spędzić, żeby dojechać na to miejsce, gdzie wtedy mieszkałem. Radionafali.com taki jest adres strony internetowej. Wysłuchacie „Hiperprzestrzeni”. Ja mam na imię Tomek. Tak jak mówiłem, audycja jest retransmitowana z Radia Paranormalium. Możecie śmiało zadzwonić w ostatnim minutę audycji. A ja na koniec chcę powiedzieć taką ciekawą historię właśnie à propos jak mówię, że czegoś nie wiem, że I don't know. Wiecie skąd to się wzięło?
To się wzięło od dokładnie Pauli. Kiedy rozmawialiśmy, kiedy słuchałem tych opowieści, bo ja właściwie zamieniałem się w słuchacza. Gadam sobie w radiu, ale tak na co dzień to po prostu strasznie lubię słuchać ludzi. Jest to naprawdę fascynujące. To jest chyba największa lekcja, największe doświadczenie życiowe, jakie można sobie znaleźć, kiedy po prostu siedzisz z drugim człowiekiem oko w oko. Przy mikrofonie jest trochę inaczej, bo trzeba samemu generować ten dźwięk. Anyway, Paola opowiadała nam pewne historie i dochodząc do pewnych wniosków nigdy nie komentowała, nigdy nie przybijała pieczątki na czymś w stylu: „O, to jest to, to, tamto, siamto”. Jako że była to już naprawdę starsza, leciwa dama, naprawdę solidny wiek na karku i przeżyła kawał życia. Była praktycznie wszędzie na świecie i pomimo tego, że nie potrafiła czytać i pisać, co było w ogóle fenomenalne, troszeczkę po niemiecku i po włosku, ale tylko tyle, na ile się zdążyła nauczyć, zanim ją ewakuowano z Włoch w okresie Mussoliniego, Churchilla i tak dalej jako dziecko. A później jakoś tak poleciało.
Bardzo młodo się ożeniła. Strasznie młodo. Chyba 17-latka. I jakoś tak wyszło z tego wszystkiego. Anyway, kiedy dochodził ten moment, gdzie czasami ja się łapałem w życiu na tym, że zaczynałem już komentować coś, zaczynałem już robić jakiś stand taki, że podbijam pieczątkę, już zaczynałem nazywać sytuację według siebie, to Paola miała rewelacyjną rzecz. Mówiła: „I don't know”, czyli: ja tam nie wiem. I to mi się tak spodobało, i to mnie tak zaraziło, że zostało ze mną. Lata minęły, słuchajcie, już od tego miejsca. To było parę lat temu naprawdę, ta cała historia się wydarzyła. A to „I don't know” zostało ze mną i to jest chyba najlepsza definicja określania sytuacji.
Ale żeby nie mówić gołosłownym, opowiem wam historię, która jest właśnie opowieścią prosto od Paoli o oczekiwaniach. Opowiadała mi, mówi: „Słuchaj, bo tak to jest z ludźmi, że ludzie mają oczekiwania. Ja to miałam taką przyjaciółkę. Teraz to już nie jesteśmy przyjaciółkami. To była jakaś jej znajoma jeszcze z czasów, kiedy jej mąż żył i tak dalej. Gdzieś jakieś takie znajomości, grały w misze, sprawy towarzyskie. No i mężowie obydwu dam zmarli mniej więcej w podobnym okresie. Damy zostały same. No i zaczęły, jak to starsze panie, się odwiedzać, dbać o siebie i grały czas, bo się troszkę nudno zrobiło bez dżentelmenów. No i zostały takimi przyjaciółkami.
Były przyjaciółkami przez długi czas, do momentu, dopóki... W pewnym momencie, jak już były w takim leciwym wieku, to przestały się odwiedzać i przestały być przyjaciółkami, bo też, jak to mówią, ludzie się znają na tyle, na ile się sprawdzą”. No i Paola mi opowiadała o niej: „I słuchaj, i ona wierzyła, bo ona taka bogobojna, ona wiecznie do kościoła, wszystkie pieniądze na kościół, wszystkich do kościoła goniła, każdemu mówiła, jak ma żyć i każdemu mówiła, że ma się modlić”. Paola była niewierząca absolutnie, także była po prostu zwykłą, normalną heretyczką, można powiedzieć. Tak jak ja jestem heretykiem zdecydowanie. I mówi o niej, że ona zawsze miała z tym problem, bo zamiast pomagać ludziom, zamiast gdzieś pójść do strażakom dać trochę pieniędzy, niech mają, tu jakieś dzieciaki, tu coś tam, cukierki rozdać, to ona zawsze na ten kościół wszystkie pieniądze. Zamiast na ludzi, to na kościół. I opowiadając tą historię dalej, dochodziło do tego, że ta jej przyjaciółka wpadła w straszną depresję. No bo ten mąż zmarł, poczuła się bardzo samotna z tego wszystkiego i ta depresja zaczęła dominować jej życie, dominować, dominować. Na tyle, że starsza pani postanowiła ze sobą skończyć.
No i postanowiła skończyć w taki bardzo spektakularny sposób. Słuchajcie, Paola opowiadała mi to, ryjąc ze śmiechu. To było w ogóle fenomenalne oglądać taką prawie 80-letnią staruszkę, która po prostu mówi przez śmiech i ledwo się trzyma. Ja ją trzymałem za rękę, żeby się nie przewróciła, bo po prostu śmiała się totalnie. Historia naprawdę zabawna. I mówi: „Słuchaj, i ona postanowiła ze sobą skończyć. Postanowiła, że będzie blisko tego swojego Boga. Poszła na pierwsze piętro do sypialni, postawiła sobie stołeczek, otworzyła okno, weszła...”. Bo ona taki bąk jak ja jest. My tak samo głupi jesteśmy.
„I postawiła sobie ten stołeczek. Weszła na ten stołeczek, otworzyła okno i skoczyła. I połamała sobie ręce i nogi i nic jej się nie stało. I wylądowała w szpitalu na tym blaku”. I mówi: „I tak to się skończyło, jak chciała być blisko swojego Boga”. I taka była ta historia, bo ta jej znajoma ciągle czegoś oczekiwała. No i Paola później ją odwiedzała w szpitalu. Oczywiście cały czas śmiejąc się z niej nieprzeciętnie. To taka głupia historia. Po prostu człowiek chce w taki głupi sposób zrobić sobie krzywdę.
No ludzie, dajcie spokój. No i później się wydarzyła ta historia z Paolą, że została zaatakowana przez ten gang, który próbował jej zabrać torebkę i wylądowała w szpitalu. No i się okazało, że przyjaciółka już nie miała czasu jej odwiedzić. I to był moment, kiedy przyjaciółki się, że tak powiem, skończyły. I to jest kolejna taka mądrość życiowa, że znamy się na tyle, no właśnie, na ile się sprawdzimy troszkę w życiu, na ile sami jakby sprawdzimy to w rzeczywistości. Bo wszystkie te teorie, wszystkie te koncepcje, jak piękne by nie były, jak duchowe by nie były, jak fantastyczni ci ludzie by nie byli w opowiadaniu tych koncepcji, to słuchajcie, wszystko sprowadza się do tego, jacy jesteśmy na co dzień dla siebie jako zwykli ludzie. Czy potrafimy sobie podać rękę, czy też rzucamy kurwami w swoim kierunku, za przeproszeniem. To jest dokładnie taka prosta refleksja na temat naszej egzystencji, na temat naszego życia. Czy to my jesteśmy dla siebie, czy też jesteśmy tylko czymś w drodze, żeby zrealizować nasze wyimaginowane oczekiwania i wszyscy dookoła są tylko kolejnym krokiem, kolejnym szczebelkiem tej drabiny do sukcesu, którą sobie gdzieś w głowie wymyśliliśmy? Takie myślę dobre pytanie.
Ja sobie to pytanie zadaję bardzo często do dzisiaj, wykonując jakieś rzeczy. Czy to, co naprawdę robię, jest to, co powinno być? Czy to jest świat, w którym ja chcę się obudzić? Czy to uczyni kogokolwiek szczęśliwego? No właśnie. Dzisiaj miałem ciekawą rozmowę na sam koniec à propos tych historii, bo sobie przypomniałem ten cały kawałek swojego życia związany z Paolą i jej opowieściami o tym, jak bardzo pomogła mi zahaczyć pewne refleksje. Z pewnymi rzeczami nie byłem do końca pewien. Byłem pewien, ale niepewien. Wiecie, jak to jest. Jeszcze nie przeżyłem całego życia, nie mam tylu lat za sobą, żeby czuć się na siłach, żeby wyciągać solidne wnioski, które czasami się pojawiają w różnych konceptach, które do mnie docierają.
Czuję je. Czuję, że to jest część mojego życia. Czuję, że tak naprawdę to się wszystko kręci i że na tym polega kwintesencja tego zjawiska zwanego moim życiem. Ale czasami jest troszkę taki głos z boku, jak ta moja współlokatorka Virginia, która mówi: „Nie słuchaj tych samych historii, po co masz słuchać?”. I spotkanie takiej osoby jak Paola pomaga mi w takiej prostej rzeczy. Nagle się okazuje, że faktycznie tak to działa, że warto czasami zastanowić się troszeczkę lepiej, poczuć pewne rzeczy z troszkę innej perspektywy. Warto spojrzeć na świat oczami drugiego człowieka, ale dając mu absolutny kredyt zaufania, bez jakichkolwiek oczekiwań. Bez absolutnie jakichkolwiek oczekiwań, że cokolwiek z tego dostaniemy. Po prostu I don't know. Też tego nie wiem.
Nie wiem, co przyniesie życie w przyszłości. Nie wiem, co się wydarzy dalej. Nie mam bladego pojęcia i chyba to jest najpiękniejsze w tym wszystkim. Dzisiaj tak sobie siedziałem w kuchni i się okazało, że sąsiad się pojawił. Zapukał, wpadł. A tu gorący garnek ze świeżą, rewelacyjną zupą, moi drodzy. Na wieczorowej porze dam wam przepis na tą zupę. Sąsiad wpadł, usiadł. Siedzimy przy stole, ja mówię: „Słuchaj, to weź sobie coś, nalej sobie tej zupy i zjedzmy coś razem”. I sobie zjedliśmy zupę i zaczęliśmy rozmawiać przy takim lunchu późnym.
I powiedział mi: „Wiesz co? Mam taki pomysł, że odłożę sobie trochę kasy i chyba się bujnę na miesiąc do Islandii, żeby sobie pomieszkać samemu w chacie”. Bo to człowiek, który robi zdjęcia. Mówi: „Pojadę, porobię sobie po prostu zdjęcia. Taki mam pomysł. Posiedzę sobie w ciszy, spokoju dookoła wulkanów”. Nice. I tak siedzi, mówi: „A co dalej? Nie wiem”. I tu mi się przypomniała właśnie Paola.
I don't know. To jest piękna esencja życia. To jest chyba to, co powinniśmy zatrzymać w sobie zawsze. Jeżeli cokolwiek musimy i powinniśmy, to chyba właśnie ową sentencję: I don't know. I tyle, proszę państwa. Także o tym była dzisiejsza „Hiperprzestrzeń”. O tym, że te wszystkie w cudzysłowie filozoficzne rzeczy nie biorą się znikąd. To jest po prostu inaczej opakowane nasze doświadczenie, w troszkę bardziej uniwersalny sposób, tak żeby można było czasami wygodniej zbudować zdanie, żeby można było troszkę lepiej to przekazać. Ale jeżeli rozejrzymy się dookoła nas samych, rozejrzymy się w naszym własnym życiu, każdy z nas ma gdzieś tam taką starszą babcię, sąsiadkę Paolę, która być może jest głucha, być może coś innego, ale posiada taką mądrość życiową, posiada tyle ciepła. I kiedy będziemy potrzebowali kawałka wsparcia od drugiego człowieka, bo zabraknie nam może odrobiny tej energii życiowej, to właśnie pojawi się taka osoba i da nam troszeczkę ciepła od siebie i wzbogaci nasz świat, wzbogaci nasze życie i dzięki temu się czegoś nauczymy.
Nauczymy się czegoś o sobie samym, o sobie samych. I tak oto stajemy się lustrem sami dla siebie. Kiedy jesteśmy mili, sympatyczni i nie komentujemy się nawzajem, nie skaczemy sobie do gardeł, nie stawiamy się w pozycji na baczność, proszę państwa. Bo szczęście, którego szukamy, moi drodzy, może czaić się za każdym rogiem. Tylko dobrze by było, żebyśmy dali mu szansę. A jeżeli będziemy czegoś oczekiwali, to nie damy nikomu szansy, nawet samym sobie. Także o tym była ta „Hiperprzestrzeń”. Dziękuję wielce serdecznie za słuchanie. Pozdrawiam wszystkich mecenasów Radia Nafani, też za właśnie ten brak oczekiwań. Peace and love, kochani.
I zapraszamy na kolejną „Hiperprzestrzeń” w Radiu Nafani, która też jest retransmitowana w Radiu Paranormalium. A teraz zapraszam wszystkich na wieczorową porę, proszę państwa, gdzie są sny Hubego i nie tylko. Tadam!