[00:46] - Jak zawsze siły natury, siły mamy przyrody są z nami. To ten las w tle. A wysłuchacie oczywiście Radia na Fali, a na imię Tomek. Chyba czas najwyższy zacząć dzisiejszą hiperprzestrzeń, proszę państwa. To co? To zaczynamy! To think for yourself and question authority. Tadam! Witam wszystkich serdecznie w Radiu na Fali, retransmitowanym też w Radiu Paranormalium. Witam w hiperprzestrzeni.
Tak jak chyba wszyscy wiedzą, na imię mam Tomek. Może zanim zacznę dzisiejszą hiperprzestrzeń, jak zwykle ten piękny wieczór sobotni w Londynie. Słuchajcie, pada. Pada dziwnie. Pół dnia jest słońce, drugie pół pada. Znaczy, że zaczęła się absolutnie zima w Anglii. Żaby lecą z nieba. Właściwie chyba we Francji się powinno zacząć z tymi żabami, ale w Anglii też żaby lecą z nieba. Także witam was wszystkich serdecznie. Słuchajcie, schodźcie się.
Ja tu sobie jak zwykle będę troszkę przestawiał wszystkie te mikrofony, chociaż chyba nie za bardzo, bo właściwie już wszystko poustawiałem jak zwykle. Także chciałem zacząć jak zwykle od pozdrowień dla mecenasów Radia na Fali. Peace and love, kochani, dzięki wielkie za wspieranie i za to, że po prostu jesteście. I zachęcić oczywiście wszystkich z was do wspierania radia. Jak zwykle wiecie, jak to zrobić, a jeżeli nie wiecie, to już wam szybko mówię, żeby nie było, że zapomniałem powiedzieć. Radionafali.com i tam jest taka zakładka na samej górze „Wspieraj RNF” i tam trzeba kliknąć i tam są wszelkie możliwe informacje i ja już to puszczę. Myślę, że sobie doskonale poradzicie beze mnie. Oczywiście jestem jak zwykle na czacie. Dzisiaj będzie mało linków. Nie będę za bardzo specjalnie szalał, wklejał jakieś tony dokumentacji, bo dzisiaj taki troszkę filozoficzny temat.
Oczywiście zapraszam was na profil naszego Facebooka. Zapraszamy na Twittera. Zapraszamy, żebyście też czasami się odezwali. Jeżeli macie ochotę i macie jakieś własne refleksje. Jeżeli chcecie się odezwać to oczywiście Skype do radia: radionafali.com. Taki jest adres. Jeżeli wklepiecie na Skype'a to znajdziecie. To jest właśnie ten właściwy telefon, ten właściwy kontakt, najlepszy kontakt w sobotni wieczór. Co jeszcze? Chciałem oczywiście jak zwykle zaprosić do pozostałych audycji w Radiu na Fali, czyli do Teorii Chaosu, Pichontarium.
Właśnie à propos Pichontarium, tam jest doskonały opis w jednym z odcinków na temat nauki języka angielskiego za Monkey Brass Weda. Taka jest pogoda w Anglii aktualnie. Także tam się dowiecie co to w ogóle znaczy i skąd to się wzięło. Zapraszam na Konwent Wiedzy Alternatywnej, na wszystkie te materiały, które są na stronie Radia na Fali. Jeżeli jeszcze nie przesłuchaliście wszystkiego, chociaż chyba już powinniście zdążyć. Dziękuję wielce serdecznie za maile i komentarze. Oczywiście zapraszam jeszcze oprócz tego do Etykiety Zastępczej. Książę Edward aktualnie się buja gdzieś w Sudetach, w kraju przodków. Także pozdrawiam księcia, jeżeli słucha. Peace and love, man.
Michał to pewnie dziś szaleje na motorze. Pichon to pewnie wcina jakieś włoskie jedzenie, a ja tu siedzę przed mikrofonem i mówię do was. Cała przyjemność po mojej stronie oczywiście. Zapraszam oprócz tego dzisiaj jak zwykle na wieczorową porę, na której sny, sny i jeszcze raz sny i dzięki nie tylko. Także zaparzcie sobie dzbanek z kawą, jeżeli jesteście lekko senni albo jakoś tak. I zostańcie z Radiem na Fali tego pięknego deszczowego wieczora w Radiu na Fali. A dzisiaj taki temat filozoficzny. Temat o niezmierzalnych zmierzalnych w kontekście nas samych. Brzmi enigmatycznie, prawda? Co to znaczy?
Generalnie dzisiaj o transmutacji, ale w troszkę innym wymiarze, mniej takim czysto alchemicznym, chociaż tego się nie da oddzielić, bo ten termin ma bardzo konkretne znaczenie i oprócz tego, że często jest znany jako termin alchemiczny dotyczący wlewania kwasów, substancji, robienia dymu za dymy i produkowania złota z ołowiu, ma też troszeczkę głębsze korzenie i myślę, są to najbardziej istotne korzenie tego słowa i w sumie chyba esencja znaczenia słowa transmutacja. I dotyczy to prawdopodobnie, wcale nie prawdopodobnie, tak mi się wydaje. Ja twierdzę, że dotyczy to nas przez całe nasze życie. Jest to termin opisujący praktycznie wszystko dookoła. Alchemia jest taką prawdziwą nauką, najstarszą z nauk i taką najbardziej esencjonalną. Także dzisiaj oprę się troszeczkę o tą alchemię, o tą alchemię w naszym własnym indywidualnym życiu. A wysłuchacie oczywiście Radia na Fali, hiperprzestrzeni. Ja na imię Tomek. No i dzisiaj taki filozoficzny temat. Pofilozofujmy sobie troszeczkę, proszę państwa.
Ja tu trochę powalczę jak zwykle z głośnością. Okej, chyba już wszystko poustawiane. Jak zwykle lekkie zamieszanie. No ale co by było, gdyby nie było zamieszania? Nie byłoby życia na świecie, gdyby nie było zamieszania. To taki proces. Dzisiaj właśnie o tych procesach. Może zacznę od tego, co na temat transmutacji ma do powiedzenia definicja naukowa. Transmutacja, przynajmniej tak jest to opisane w Wikipedii, jest to przemiana jednych pierwiastków chemicznych w inne. To oczywiście ściema, bo jest to takie bardzo wystrzyżone i ogolone niczym owce na jesień stwierdzenie, ale mniejsza o to.
W alchemii transmutacja oznaczała transformację metali szlachetnych, najczęściej ołowiu lub rtęci w złoto, co miał umożliwić tak zwany kamień filozoficzny. Istniała tam zasada tak zwanej równej wymiany. To oznaczało, że zamieniając cokolwiek w coś innego, należy poświęcić coś o równej wartości. Za pomocą kamienia filozoficznego można było ominąć tą zasadę. Generalnie są trzy elementarne zasady alchemiczne, które polegają na: pierwszej, zrozumieniu materii, drugiej, rozłożeniu materii, temu, jak wygląda struktura tej materii, oraz trzeciej, czyli stworzeniu innej materii poprzez zrozumienie, rozłożenie i tak dalej. To zjawisko istnieje też w oficjalnej fizyce jądrowej, ale o tym może troszeczkę później. Są jeszcze powiązania filozoficzno-religijne i tak dalej. Tu wam zostawiam definicję transmutacji, żebyście mogli sobie sami samodzielnie przeczytać co i jak. To jeden z technicznych linków, które dzisiaj wkleję na czata. Może jeszcze będą dwa.
To wszystko. Oczywiście czat Radia Na Fali. Także jeżeli chcecie wskoczyć na tego czata i zobaczyć te linki, zobaczyć, współuczestniczyć, to zapraszam: radionafali.com, a tam jest taki przycisk „czat”. Znajdziecie ten przycisk. Myślę, że każdy go znajdzie. Klikniecie, zalogujecie i jesteście na miejscu. Tak to wygląda. Co na temat tej transmutacji? Ja może zacznę tak troszeczkę jak zwykle od drugiej strony kija. Do tego tematu zainspirowały mnie dosyć liczne rozmowy odbyte w tym tygodniu z masą ludzi na różne tematy.
Tematy były różne, ale sprowadzały się bardzo często do bardzo podobnych refleksji. Inna sprawa, że ten temat transmutacji wisiał troszeczkę nade mną. Oczywiście chciałem trochę więcej powiedzieć na temat alchemicznych historii, ale alchemiczne historie zostawię na jakiś inny odcinek „Hiperprzestrzeni”. Dzisiaj chciałbym dojść do źródła, dojść do esencji tego zjawiska. Przynajmniej esencji według mnie. Może nie tylko esencji według mnie, ale też oryginalnej alchemicznej esencji tego zjawiska. Chciałem zacząć tą całą dywagację, całe refleksje od takiego spostrzeżenia, bo oczywiście gadając do mikrofonu, opowiadając różne historie, mając kontakt z wieloma ludźmi, dostaję troszeczkę maili, trochę informacji, czy to przez Facebooka, czy to na mail Radia Na Fali. Głównie na maila Radia Na Fali, czasami przez Skype'a. Ludzie wysyłają niesamowite rzeczy i wszyscy się zastanawiamy, o co w ogóle w tym wszystkim chodzi. Bo czasami te linki prowadzą do filmów, do różnych refleksji na temat życia, głoszonych przez bardzo różnych dziwnych ludzi.
I te refleksje czasami są naprawdę bardzo ekstrawaganckie. To chyba najlepsze słowo. Mnie to się kojarzy troszeczkę z ostatnią wieczorową porą czwartkową po syntezie, gdzie podczas rozmowy padł argument, że jesteśmy królikami. Taki bardzo egzotyczny argument. Ja, szczęśliwie idąc do łazienki i widząc swoją własną twarz w lustrze, na szczęście nie widzę ani królika, ani wiewiórki, ani konia, ani krowy, tylko widzę samego siebie. Także ten problem mam za sobą. Wiem, że królikiem nie jestem i nie jestem też ani małpką, ani nikim takim innym. Jestem po prostu sobą. Taką istotą, która się tu zamanifestowała na tej fantastycznej planecie. To jest taki początek całej tej opowieści à propos tych wszystkich dziwnych teorii.
O co chodzi z tymi dziwnymi teoriami? Trafiłem na masę filmów, ciężko uniknąć tych wszystkich filmów, tych wszystkich linków. Tego jest masa. Masa ludzi operuje takimi konceptami, gdzieś mi podsyła. Zastanawiamy się wszyscy nad tym. Ja już chyba trochę mniej się nad tym zastanawiam, bo mówiąc szczerze, jestem na tyle leniwy. To z jednej strony, a z drugiej strony mam na tyle intensywne swoje własne doświadczenia, że zostaję przy swoich własnych doświadczeniach bardzo często i troszeczkę z dystansem podchodzę do tych wszystkich rzeczy. Takim dystansem poznawczym przez samego siebie, ponieważ moja refleksja na temat rzeczywistości często jest zgoła odwrotna i kompletnie inna. Może zacznę od samego początku, od chyba najpopularniejszej sprawy w ciągu ostatnich sezonów. Od szaleństwa, które właściwie się zaczęło od Davida Icke'a, który zaczął mówić, że widzi wszędzie reptilian.
Ciekawy koncept. David Icke jest naprawdę fajnym kolesiem. Swego czasu popełniłem odcinek na ten temat jakiś czas temu. Także jeżeli szukacie opowieści o reptilianach i kilku innych refleksji na ten temat, skąd, co i zaś, to zapraszam do archiwum Radia Na Fali. Tam jest trochę więcej, ale ten temat wraca troszkę jak bumerang. Niczym bumerang. Bo ja oczywiście w tych reptilian nie wierzę. Powód jest banalnie prosty. W życiu nie widziałem żadnego reptiliana, reptilianina albo kogoś takiego. Nigdy w życiu nie widziałem, żeby komuś oczy zamieniły się w oczy jaszczurki tak nagle.
Albo kocie oczy, albo jakieś inne. Nigdy w życiu nie spotkałem takiej opowieści. Opowieści słyszałem miliony, ale w życiu nigdy nie zauważyłem takiej historii. Natomiast zauważyłem gigantyczną wręcz ilość podrabianych zdjęć w Photoshopie, próby miksowania wideo tak, żeby wyglądało na gadzie oczy i tak dalej. W ogóle taka obsesja, że gady chcą nas zjeść, chcą nas pożreć. I ta obsesja chyba zadomowiła się bardzo mocno w wielu głowach. Przy czym jak na ironię, jak to bardzo często w takich sytuacjach, mamy do czynienia z ludźmi, którzy powtarzają coś, o czym sami chyba nie mają pojęcia, bo właściwie większość ludzi, których spotkałem, którzy mówili o reptilianach, mówią o tym, że ktoś coś im powiedział albo widzieli gdzieś, czytali gdzieś w jakiejś książce. Ja tak się zastanawiam: człowieku, weź kubeł zimnej wody, wylej sobie go na głowę. Najlepiej jeszcze tam wsyp lodu. Nie kręć tego kamerą wideo, bo to nie chodzi o bucket challenge, tylko żebyś otrzeźwiał trochę i zastanów się, czy to naprawdę jest twoje własne doświadczenie, czy też nie ulegasz jakiejś kolejnej szalonej mistyfikacji.
Jest to taka gładka teoria, która pozwala nam czuć się po raz kolejny ofiarami życia, o czym już wspominałem w poprzednim odcinku. Ale ja dzisiaj nie o tej pułapce materii, o tym, że wszyscy jesteśmy przerażeni, przynajmniej ta część, która wyznaje wiarę w reptilian, a troszeczkę o czymś innym. Generalnie pojawia się masa takich dziwnych opowieści ludzi, którzy właściwie są całkiem okej, bo każdy z nas ma jakieś wizje, każdy z nas ma jakieś przeżycia duchowe, przeżycia wizyjne, doświadczenia i tak dalej. Próbujemy to później ubrać w jakąś opowieść, skonstruować z tego coś, co będzie miało ręce i nogi. Tu mi się zawsze kojarzy, tak troszkę z drugiej strony, trochę inny wątek. Wątek związany z eksperymentami Wilhelma Reicha i jego badaniami naukowymi dotyczącymi naszej, jak to się elegancko mówi, psyche, czyli nas samych, o tym, jak to funkcjonuje, jak to działa. I takie bardzo ciekawe doświadczenie związane z orgazmem, że jeżeli jest przerywany i coś w tym momencie uniesienia nas, że tak powiem, odciąga od tego wszystkiego i nagle wylewa nam ktoś kubeł zimnej wody, to nasze doświadczenie jest koszmarne. Generalnie tracimy całą ochotę do tego, tracimy cały zapał i nie czujemy się zbytnio szczęśliwi, bo to troszkę tak, jakbyśmy się rozbiegli, chcemy biec dalej i nagle ktoś przed nami postawił taką szklaną ścianę albo betonową ścianę, o którą się roztrzaskujemy i nabijamy sobie guza. I naprawdę miło nie jest. Zresztą więcej na temat tej teorii znajdziecie w odcinku poświęconym Wilhelmowi Reichowi.
Są dwa odcinki na ten temat, a ten, który się znajduje w syntezie, jest troszkę bardziej techniczny. Ten, który się znajduje w hiperprzestrzeniach, jest właśnie dokładnie o tym. Tam trochę więcej na ten temat mówię o tym właśnie eksperymencie. Generalnie chodzi o przerwane doświadczenie. Jeżeli doświadczamy jakiegokolwiek stanu związanego, począwszy od uniesienia, począwszy stanem wizyjnym, przekraczamy barierę tej materii, lądujemy w troszeczkę innym świecie i nagle w połowie tej całej opowieści ktoś nas ściąga za nogi, potrafi się wydarzyć niezła katastrofa w naszej głowie. To jest ten klasyczny przykład związany z substancjami psychoaktywnymi, że jeżeli wrzucimy do siebie, przyjmiemy taką substancję psychoaktywną i wylądujemy w jakimś miejscu, gdzie większość ludzi pociąga odpowiednik heroiny, czyli ładuje sobie wódeczkę, ładuje sobie piwko i łoi alki, a my w tym momencie dostajemy tripa i zaczynamy czuć te wszystkie delikatne moce, te wszystkie subtelne moce. Zaczynamy rozumieć naturę wszechświata, naturę samych siebie. Odlatujemy w kosmos i nagle mamy do czynienia z takimi bęcwałami, które robią coś takiego dookoła. Ściągają nas na ziemię. Wtedy zaczyna się katastrofa.
Nawet może się zdarzyć przy zwykłym joincie. Naprawdę nie trzeba zbyt wiele. Generalnie okazuje się, że takie doświadczenie, które jest przerwane w połowie, którego proces został zaburzony, jest właściwie może nie tyle katastrofalne w skutkach, ile szalenie nieprzyjemne. Czasami bywa katastrofalne w skutkach, bo to doświadczenie zostaje w naszej głowie jak wszystko, co przeżywamy w swoim własnym życiu. I efekt jest później taki, że jesteśmy, jak to się elegancko mówi w psychologii, streumatyzowani i się zaczynamy bać, bo otwierają się drzwi do innych wymiarów. I w tym momencie, kiedy mamy zrobić ten pierwszy krok, ktoś nas kopie w plecy, podcina nam nogi, nabija guza i cała historia się kończy. I lądujemy z powrotem w tym dziwnym świecie, z którego przyszliśmy. Nie dotknąwszy nawet tego dziwnego świata, który czaił się za drzwiami. Jak to po prostu sprasować w sobie? Jak zrobić z tego jakąś jedną całość, kiedy nasze doświadczenie zostało przerwane?
O co w tym wszystkim chodzi? Koncept jest trywialnie prosty. Chodzi o transmutację. Czym jest właśnie owa transmutacja? Transmutacja jest procesem. Czyli jeżeli wszystko podlega transmutacji, to wszystko jest procesem. Czyli zakładając to, że świat jest tak, a nie inaczej zbudowany, to oczywiście jest mój paradygmat. Nikt z was nie musi tego paradygmatu podzielać. Niektórzy wierzą w Darwina, inni wierzą w inne rzeczy, a ja wierzę w transmutację. A co, mogę!
Bo to moja wiara. Tu nauka przychodzi mi z pomocą i to tak dosyć rześko i dziarsko, bo okazuje się, że nie jest to tylko i wyłącznie jakieś szaleństwo wymyślone przez szalonych alchemików, którzy spisywali tajemnicze księgi tysiące lat temu i różnych szalonych wariatów siedzących w laboratoriach i robiących bardzo dziwne eksperymenty, których nikt nie chce zaakceptować, bo oni mówią o dziwnych, tajemniczych mocach, których nikt nie jest w stanie ujarzmić. Tu chodzi o proces, że wszystko jest procesem, że doświadczamy pewnego procesu. Nasze życie jest procesem. Rodzimy się, żyjemy, umieramy, przechodzimy do innego wymiaru. Część z nas wraca, część z nas wędruje w zupełnie inne miejsce. To już zostawię osądowi każdego z nas. Niech każdy sam zbuduje swój własny świat. Ale generalnie jedna rzecz jest wspólna dla nas wszystkich: proces. Wszyscy doświadczamy tego procesu.
To jest tak, jak budzenie się rano i zasypianie wieczorem. Następnie budzimy się kolejnego ranka, zasypiamy wieczorem. Nic nie dzieje się naraz, jednorazowo i nic nie jest takim wydarzeniem jednostkowym samo w sobie. My oczywiście uciekliśmy jako cywilizacja od takiego postrzegania rzeczywistości i to uciekliśmy bardzo daleko od, według mnie, esencji tego świata, bo to według mnie jest taka konkretna esencja. Nie ma niczego innego jak proces. Po prostu jesteśmy procesem. Człowiek rodzi się mały i ten proces powoduje, że dorastamy. Nie ma ewolucji. Jest proces. Na czym polega różnica między ewolucją a procesem?
Jest dosyć prosta. Ewolucja to jest ewoluowanie, czyli z jednego organizmu powstaje drugi. Tłumacząc to na ludzki język, gdybyśmy się rodzili, przychodzili na ten świat, to według prawideł ewolucyjnych powinniśmy przychodzić na świat jako taki, kiedyś chyba to mówiłem, kadłubek bez rąk i bez nóg, bez niczego. I następnie podczas dorastania, podczas starzenia się powinna wyrastać pierwsza ręka, po czym druga ręka, noga, druga noga, głowa i potem po kolei powinny nam wyrastać palce jeden, drugi, trzeci. I tak powinno się to wszystko odbywać. A jak na ironię i szczęśliwie chyba dla mnie i dla mojego konceptu rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie, bo rodzimy się dokładnie tacy sami, jacy umieramy. Mamy dokładnie tyle samo palców, tyle samo rąk, nóg, taką samą głowę. Może troszkę inną zawartość w tej głowie, może troszkę mniej włosów. Chociaż właściwie jak na ironię chyba jak umieramy, mamy bardzo podobną ilość włosów na głowie, kiedy się rodzimy. To też taki fenomen.
Proces, transformacja, transmutacja. I ta transmutacja jest czymś nieustannym, co się dzieje dookoła nas. Nie trzeba naprawdę sięgać daleko. Wystarczy przejść się do lasu, przejść się na łąkę. Wystarczy zbadać, co się dzieje z każdym metalem dookoła nas. Jeżeli ktoś z was nosi jakąkolwiek biżuterię, srebrną, złotą, jakąkolwiek, zauważa, że biżuteria śniedzieje, że zmienia kolor. To jest właśnie proces transmutacji. Oczywiście jest on w skali makro. My go obserwujemy w skali makro, ponieważ nasze życie jest w porównaniu do życia takich metali, kryształów, do życia wielu elementów tej planety, które nas otaczają, jest po prostu mgnieniem, jest właściwie niczym. To taka sekundowa odległość porównywalna do czegoś, co trwa tysiące lat.
Tak to wygląda w praktyce i naprawdę ciężko jest uciec od tej refleksji, bo właściwie nawet nie da się uciec od tej refleksji, bo tak jest zbudowany cały świat. Możemy to ignorować. Możemy twierdzić, że wszystko dzieje się jednorazowo, że jest jak jeden wybuch, który się odbywa i to wszystko, że zrobimy jedno działanie i to jedno działanie zmieni cały świat, a tu się okazuje, że wszystko jest procesem. Drzewo rośnie, żeby było duże drzewo potrzeba paru lat, żeby ono sobie spokojnie wyrosło. Inaczej się to nie wydarzy. Nie ma czegoś takiego w naturze, że coś powstaje znienacka i po prostu jest. Wszystkiemu towarzyszy proces. Proces powstawania, proces dorastania, proces tworzenia, proces przemiany. Jednym słowem zwyczajnie transmutacja. I o co chodzi z tymi wszystkimi szalonymi teoriami, ludźmi, którzy nagle postanawiają wydawać książki, opowiadać nam niesamowite historie o reptilianach, o tym, że mamy jakieś dziwne rzeczy, że jesteśmy królikami doświadczalnymi, że żyjemy w jakimś więzieniu i tak dalej.
Wszystkie te szalone idee, opowieści o Plejadanach, opowieści o ludziach z innych gwiazd. I to takie zabawne opowieści, bo właściwie wszystkie te opowieści z bardzo wspólną cechą są nacechowane jedną sprawą. My zawsze przykładamy swoją miarkę do tego. Jeżeli się słucha, czyta takie dywagacje, to zawsze mamy do czynienia z tym, przynajmniej bardzo często, że ciągle ktoś, kto nam to opowiada, opiera się na materii. To jest taki przerwany trip, ja bym to tak nazwał, takie przerwane doświadczenie jak u Wilhelma Reicha, że był już blisko, już prawie zaczynał rozumieć, ale nagle ktoś go kopnął w plecy, ściągnął za nogi do tyłu i on kompletnie przerażony nie wie, jak to wszystko połączyć. I powstaje coś takiego jak dysonans poznawczy w naszej głowie. Taki bardzo mocny dysonans poznawczy, który czasami bardzo ciężko okiełznać. I ten dysonans poznawczy powoduje, że pojawia się taka motywacja, żeby to wszystko wziąć, ubrać, opakować w jakąś zgrzebną całość, żebyśmy po prostu nie zwariowali, bo to doświadczenie jest naprawdę tak potężne, jest tak esencjonalne, że ciężko to przełożyć na cokolwiek innego. A z drugiej strony żyjemy w świecie, który jest bardzo taki, powiedziałbym, materialistyczny i te doświadczenia nijak nie chcą się przełożyć na taką rzeczywistość typu banki, na rzeczywistość typu wstajemy i idziemy do pracy, na rzeczywistość taką, że dealujemy z jakimiś takimi dziwnymi sytuacjami, modlimy się do materii i robimy różne dziwne rzeczy. I myślę, że większość tych tłumaczeń i większość tych dziwnych opowieści, które są takim dziwnym, ekstrawaganckim miksem świata duchowego i rzeczywistości, która jest tu i teraz, są wynikiem, przynajmniej taka jest moja refleksja, owego przerwanego doświadczenia.
To jest troszeczkę tak, jakbyśmy się obudzili z takiego potężnego snu. Często mamy takie sytuacje. Myślę, że wielu z was miało taki moment w życiu, kiedy budzimy się z takiego snu, który nas wyrywa z butów. Jest zawsze taki moment rozedrgania mentalnego. Jest taki: „Wow, co tu się zaraz, gdzie ja jestem w ogóle?”. Jestem okej. To był sen. Zaraz, ale to jest właśnie ten moment, że z jednej strony to był sen, a z drugiej strony żyjemy w rzeczywistości, która jest dosyć konkretna jak mój stół, w który właśnie zapukałem. Się nic nie zmienia. To wszystko jest stałe.
Może nie wszystko jest stałe, bo wszystko podlega procesom. Wszystko podlega tej transmutacji, ale elementy, które nas otaczają, transmutują troszeczkę wolniej i dzięki temu wydaje nam się czasami, przynajmniej taka jest moja refleksja, że to wszystko jest stałe, że wszystko stoi w miejscu, że rzeczy się pojawiają i znikają. Za transmutacją stoi jeszcze jedna sprawa. Ta, o której mówiłem, że rzeczy zmieniają swoją naturę znienacka. I właśnie my mówimy, że znienacka, a wszyscy owe alchemicy i wszystkie te alchemiczne opowieści mówią, że to wcale nie jest znienacka. To jest trochę tak, że mamy tajemnicze moce dookoła siebie, których po prostu nie widzimy. To mój ulubiony przykład z rybą, która nie widzi wody. Jest chyba najlepszy do opisania tej sytuacji. I skoro tego nie widzimy, to po prostu nie możemy tego pomierzyć. Nie możemy tego sprawdzić, nie wiemy, co to jest.
Możemy się co najwyżej domyślać w takim naukowym kontekście. Natomiast wszyscy to doskonale czujemy, bo jesteśmy sklejeni z tej materii, sklejeni z tej esencjonalnej energii i wiemy, że ona jest. Możemy to odrzucać każdego dnia, wyrzucać do kubła na śmieci i twierdzić, że jest inaczej. Ale prawda jest taka, że inaczej nie jest. I tu jest masa dowodów na to, że inaczej nie jest, że te pryncypia, o których mówię, są zupełnie inne. Przynajmniej te alchemiczne pryncypia, którym ja oddałem, sprzedałem swoją duszę, mówią, że świat jest czymś zupełnie innym i że jeżeli pojawia się coś, co manifestuje się znienacka, to znaczy, że nastąpiło bardzo duże wyładowanie energetyczne, którego my nie postrzegamy w żaden z możliwych sposobów naszymi oficjalnymi receptorami typu oko, ucho, ręka, noga albo cokolwiek. To po prostu wydarzyło się troszeczkę poza nami. Ale pojawiło się, a ta transmutacja ciągle działa. Tu pojawia się chyba taki elementarny problem, który właściwie można zdefiniować jako umiejętność radzenia sobie z własnym doświadczeniem, które wykracza poza jakiekolwiek ramy fizycznego świata i tego naukowego poznania, tej pułapki materii, w cudzysłowie pułapki, tej materii, która nas otacza. Czym są te pryncypia?
Pytanie o te pryncypia jest pytaniem, czym jest materia, czym my jesteśmy, czym jest cały świat? Można tu oczywiście używać masę przykładów z przyrody i tak dalej, ale może ja podam taki chyba najlepszy przykład naukowy. Taki przykład z dnia codziennego, bo to nie trzeba mówić o małpkach bonobo, bo nie jesteśmy małpkami bonobo. Nie trzeba mówić o królikach angora, bo nikt z nas nie jest królikiem angora. Jesteśmy ludźmi. Tu i teraz jesteśmy ludźmi i ta łyżka, o której była mowa w filmie Wachowski Brothers . Chyba wszyscy doskonale wiedzą, o co chodzi. Braci Wachowskich. Ta łyżka jest tu i teraz. Ta łyżka jest.
Ona wcale nie zniknie. Ona wcale się nie zegnie. Ona jest tu i teraz i wszystko jest z nią okej. I możemy za pomocą tej łyżki zjeść spokojnie zupę. Także nie ma problemu. O co chodzi z tym procesem? Porównując do takiego naukowego przykładu, naukowego w cudzysłowie, to jest coś, co tak jak powiedziałem, nas otacza. Coś, co znamy czasami na co dzień. To jest kwestia chociażby pozyskiwania energii do tego, żebyśmy mogli siąść, zapalić lampkę, rozsiąść się wygodnie w fotelu i posłuchać na przykład sobie takiej hiperprzestrzeni. Musimy zasilić te lampki, te wszystkie urządzenia czymś.
Prądem elektrycznym. Część tego prądu elektrycznego jest produkowana w elektrowniach jądrowych. Na czym polega to zjawisko? Właśnie to zjawisko. Właściwie nikt nie wie, na czym polega to zjawisko. To jest taki fenomen, o którym nam nikt nie chce za bardzo powiedzieć, a szczególnie naukowcy, którzy się tym zajmują, ponieważ oni, że tak powiem, ściskają się krawatem tak, że brakuje tlenu już troszeczkę i ten tlen już nie dochodzi do głowy. Robią się czerwoni na twarzy, ale mają dyplom na ścianie. I oni twierdzą, że generalnie mają na to rozwiązanie, że wiedzą, jak to działa, że to wszystko jest pod kontrolą. W rzeczywistości nic nie jest pod kontrolą, wszystko jest out of control i nikt nie wie, jak to działa. Jaka jest konstrukcja takiego reaktora?
Słuchajcie, tam są takie pręty uranowe, które się wpuszcza w tą ciężką wodę. Tam gdzie się zaczyna ta cała reakcja i tak dalej. Robi się prąd elektryczny. Nie chcę was zanudzać, bo jest sobota wieczór. Także come on guys, jest troszkę party time, trochę zabawy w tym wszystkim i kiedy się te pręty opuszcza, to zaczyna się reakcja w tej wodzie i tej reakcji nikt nie kontroluje. Tej reakcji nikt nie jest w stanie policzyć. O ile jesteśmy w stanie policzyć, że jeżeli weźmiemy wiadro z wodą i w tym wiadrze jest 10 litrów i wrzucimy do tego wiadra coś, co jest połowy wielkości tego wiadra, to połowa wody nam wycieknie na zewnątrz. Tak zwyczajnie. To pięć litrów nam rozleje się na podłogę. Trzeba będzie złapać szmatę i posprzątać.
I to wiemy. Można sobie wzór na to wyprowadzić, można sobie to sprawdzić. Słuchajcie, weźcie szklankę i tam coś wrzućcie po prostu do szklanki, to woda wam wypłynie z tej szklanki. Prosta rzecz, prawda? Możemy założyć, że faktycznie następuje jakiś proces i że widzimy ten proces, że możemy skorzystać z tej naszej informacji, że połowa tej szklanki wycieknie na zewnątrz. A jak możemy skorzystać z tego, to wiadomo, ile wody do wanny sobie nalać, żeby wskakując do tej wanny nie zalać sąsiada, jeżeli ktoś mieszka w bloku. Tak zwyczajnie. Dzięki temu po prostu kontrolujemy tą sytuację i to się nazywa kontrola. Natomiast z pozyskiwaniem tej energii w atomowy sposób polega na tym, że właściwie nikt nie wie, co się stanie. Dlatego te wszystkie pręty uranowe, które tam się spuszcza, wiszą na takich potężnych łańcuchach, na takich mocowaniach.
I tam jest taka ekipa, która 24 godziny na dobę Siedzi i pilnuje tych prętów, i kontroluje, monitoruje cały czas, co się dzieje. Bo dowcip w tym wszystkim polega na tym, że reakcja może nastąpić lub nie. Nikt właściwie nie wie, co się stanie z tą reakcją. To jest taka nasza spekulacja. Wiemy, że jak odpalimy ten system, wiemy, że jak połączymy te substancje, to następuje potężna eksplozja, promieniowanie. Dzieją się dziwne rzeczy. Jest para w ruch, właściwie para buch, koła w ruch, jak mawiał Tuwim, ale nie mamy pojęcia dlaczego. To po prostu się dzieje. I żebyśmy wszyscy nie wylecieli w powietrze, to tam siedzą kolesie, którzy pilnują tego cały czas na bieżąco, bo przypadkiem może być tak, że nagle ta reakcja zrobi coś innego. To są te historie z bombą wodorową, które polegały na tym, że chłopaki, którzy wymyślili sobie tą bombę wodorową, właściwie nie wiedzieli, jak ona działa.
Właściwie nikt nie wie do końca, jak ona działa. Teoretycznie tak, każdy ma dyplom na ścianie, wypisane wzory i wszystkie te opowieści o tym, jak to mądrze brzmi. Ale tak naprawdę nikt nie wie, o co chodzi, bo ta bomba czasami wybucha, a czasami nie i nikt nie wie dlaczego. Nikt. Po prostu nie ma na to żadnej odpowiedzi. To jest świat, który jest gdzieś poza nami i to jest nie wiadomo co. Nikt nie zna odpowiedzi na te pytania. I tak oto żyjemy w takim cudownym świecie, gdzie nauka współczesna sobie zaskarbiła taki tytuł do tłumaczenia nam wszystkich tych zjawisk i do opowiadania, że oni kontrolują wszystko, że oni wiedzą, jak to się dzieje. Nie, nie wiedzą. Przykładem świetlnym, a może nie świetlnym, takim przykładem dramatycznym dosyć mocno, jest właśnie elektrownia w Fukushimie, gdzie te pręty były wsuwane, a nie wisiały na tych łańcuchach, nie opuszczane w górę.
I okazało się, że jak reakcja poszła po tych prętach, to one się zaspawały w tych swoich korytarzykach i nikt nie był w stanie tych prętów wyciągnąć. I pieprznęło tak, że do dzisiaj mamy codziennie w ciągu jednej godziny przez 24 godziny na dobę kilka reakcji jądrowych, które się dzieją na dnie Pacyfiku. Właściwie nikt nie wie gdzie, bo ta substancja spłynęła i właściwie nie mamy pojęcia, co tam się dzieje. Być może właśnie dożywamy końca tej cudownej cywilizacji. Być może nie. Kto to wie? Ale nie wygląda to najlepiej. Nikt nie jest w stanie tego skontrolować, nikt nie jest w stanie tego wyczyścić, nikt nie jest w stanie okiełznać tego zjawiska. Poza tym oczywiście dalej siedzimy i twierdzimy, że wiemy, o co chodzi. I tak to wygląda z naukowego punktu widzenia, czyli w ogóle nie wygląda.
Czyli właściwie zignorowaliśmy zjawisko transmutacji, przynajmniej od tej strony. Olaliśmy cały proces i okazało się, że olanie tego procesu doprowadziło nas do takiego miejsca, z którego za bardzo nie wiemy, jak wrócić. To jest taka wyprawa troszkę w jedną stronę, bez biletu powrotnego i nikt nie wie, co z tym dalej robić, proszę państwa. Tak to wygląda od strony naukowej, a od strony filozoficznej? Od strony filozoficznej wygląda dokładnie tak samo. Te pryncypia są dokładnie identyczne. Bo czymże jest materia? Czymże my jesteśmy? Tu każdy biolog wstanie i powie: „Ale ja wiem, czym my jesteśmy. Jesteśmy związkiem komórek”.
Tu pada pytanie: „Okej, ale skąd się biorą te komórki?”. „Komórki biorą się stąd i stąd”. „Dobra, a skąd się bierze to i to?”. „To i to bierze się stąd”. „A to skąd się bierze?”. „To się bierze z DNA”. „Dobra, to skąd się bierze DNA?”. I tu zapada długa pauza, która do tej pory się jeszcze nie skończyła. Można tak siedzieć i milczeć, bo właściwie nikt nie wie. Tam ktoś rzuci zdaniem: „Ale to jest po przodkach”.
Dobra, ale to nie jest wytłumaczenie. Skąd się bierze DNA, synku? Skąd to przyszło? Siadaj, dwójka. Tak to można opisać. I wygląda na to, że... nie wygląda tylko, spójrzcie na to w ten sposób, że jest to bardzo kompleksowe zjawisko i że w cokolwiek chcemy wierzyć, cokolwiek doświadczamy, cokolwiek się dzieje dookoła nas, jesteśmy uczestnikami takiego długiego procesu, który jest bardzo kompleksowy i być może nasze życie jest za krótkie. Nasze doświadczenie jest za krótkie, żeby okiełznać cały ten proces, żeby okiełznać wszystkie te siły. A może nie? A może to tylko i wyłącznie nasza ignorancja i nasze lenistwo?
To, że zamieniliśmy się w tak zwane społeczeństwo konsumenckie. Kto to wie? Będę dzisiaj próbował troszkę odpowiedzieć na to pytanie, a wy słuchacie oczywiście „Hiperprzestrzeni” w Radiu ufarii. Ja mam na imię Tomek, a dzisiaj o transmutacji od troszeczkę innej strony, drugiego końca kija. Tyle. Właśnie tak wspomniałem o tych reaktorach jądrowych, o tej całej historii, ale to jest dokładnie taki idealny przykład opisujący to, co się dzieje czasami w naszych głowach, kiedy mamy takie przerwane doświadczenie. To jest tak jak z tymi reaktorami, też nie wiemy, jak to robić. To jest takie przerwane doświadczenie. Nikt nie wie jak, nikt nie wie co. Doszliśmy do pewnego momentu, stanęliśmy w połowie drogi.
Wiemy, że już nie możemy za bardzo wrócić. Chyba że to wyłączymy, ale nikt za bardzo nie chce tego wyłączać. Ale ja nie o tym dzisiaj. Ja o tym przerwanym doświadczeniu. I tak jak próbujemy przerwać tą reakcję, podciągając te pręty uranowe w elektrowni, żeby nie wyleciała w powietrze, żeby nie wydarzyła się kolejna taka historia jak w Czarnobylu albo Fukushimie, dokładnie tak samo dzieje się z naszymi doświadczeniami duchowymi. Transmutacja, proces globalny dotyczy nas wszystkich, jest wszędzie. Metal się nie dzieje, kryształy rosną. Jest dzień i noc, dzień i noc. Zmieniają się pory roku. Cały czas jest jakiś proces.
Jesteśmy w procesie. Właśnie. I to jest chyba takie idealne połączenie tego wszystkiego właściwie gdziekolwiek by nie spojrzeć z tej perspektywy, mamy do czynienia dokładnie z taką samą sytuacją. Ona jest trochę inaczej opakowana. Czasami dzieje się, tak jak mówię, w reaktorze, czasami dzieje się gdzieś indziej, a czasami dzieje się po prostu w naszym życiu. Chociażby zaraz po przebudzeniu z takiego konkretnego snu, który zrywa nam buty, zrywa beret i nie wiemy, co ze sobą zrobić. I nagle szukamy tej prawdy o sobie i o świecie. Szukamy tego połączenia, tego tajemniczego mostu, który powie nam: „Hej, hej, hej, mens, wow, wow, chill down, just chill down”. Rozumiesz wszystko, o co chodzi. I szukamy tego momentu, tego chill down moment.
I czasami jest z tym problem. Myślę, że wielu z nas mając to przerwane doświadczenie, bo każdy z nas ma doświadczenia duchowe, każdy z nas ma doświadczenia wizyjne. Oczywiście część z nas wyrzuca to poza margines, poza siebie, udaje, że tego nie ma. Ale każdy z nas, bo jesteśmy istotami, które mają dar posiadania takich doświadczeń. Także nie jest to nic dziwnego. Dziwne jest to, że tak niewielu z nas się do tego przyznaje. To jest szokujące. Skoro każdy ma takie doświadczenia, to co się dzieje z naszym życiem? Co my robimy ze sobą, że to wszystko jest tak przyblokowane, skoro ta cała esencja, może nie cała, ale elementarna część tej esencji w nas jest tak przyblokowana, że udajemy, że tego nie ma, że uciekamy przed tymi doświadczeniami, że staramy się je opakować w jakieś dziwne konstrukty typu reptiliany, typu plejadany, wszystkie te bullshity. Przynajmniej taka jest moja opinia.
Oczywiście absolutnie mogę się mylić, ale skąd to się bierze? Inna sprawa, słuchajcie, że mając czasami niewiele rozmów, miałem takich tête-à-tête, oko w oko z ludźmi, którzy twierdzą, że po prostu reptilianie istnieją i tak dalej. Ale wszyscy ci, których znam, w życiu nie zapaliliby zwykłego jointa i w życiu, a już co dopiero mówić o tym, żeby po prostu udać się na taką wyprawę na psylocybinie albo na LSD. Żadna z tych postaci. Oni są przerażeni tym momentem, że musieliby poznać samych siebie, musieliby skonfrontować samych siebie. Jest takie stare powiedzonko żołnierskie: „Znamy się na tyle, na ile się sprawdziliśmy”, nie? I tak to wygląda. Chcemy czy nie, jest to dokładnie taki proces i widać jak na dłoni, jak ci ludzie uciekają przed tym procesem. Jak wzięli sobie kolejny święty dogmat, jakikolwiek to by nie był dogmat, czy to są opowieści o mind control, czy bzdury nieprzeciętne, skądkolwiek one są. Uciekają, starają się zapomnieć o tym.
Starają się stanąć w miejscu tak, żeby świat się nie zmienił. Tak, żeby wszystko było tak, jak było, kiedy byli małymi, pięcioletnimi dziećmi, kiedy rodzice im kładli papkę na talerz i mówili: „Ojejku, obiadek”. I dokładnie tak to wygląda, jakby uciekamy od tego procesu dorastania i uciekamy bardzo skutecznie. Uciekamy na tyle skutecznie, że zbudowaliśmy taką cywilizację, która jest na tym oparta i wyciągając te pręty radioaktywne z tego reaktora uciekamy dalej. Uciekamy. Szczęśliwie dla mnie, ja twierdzę, że już nie mamy gdzie uciekać, także odbiliśmy się od ściany. Także co najwyżej jedyna rzecz, która nam grozi w najbliższej przyszłości, to to, że czy chcemy, czy nie, wszyscy zostaniemy skonfrontowani z procesem, który nazywa się życie. Tak mi się coś wydaje, że chyba ten czas już nadszedł. Ten czas się właściwie dzieje. I właśnie, gdzie szukać tej prawdy o sobie, o świecie i wszystkich tych sprawach?
Słuchajcie, najprościej powiedzieć, że w relacjach ze światem i to w tych własnych, indywidualnych, tych, które sami posiadamy. I postarać się zmontować sobie takie doświadczenia, żeby nikt nas nie kopnął w plecy, nikt nie ściągnął na ziemię, żebyśmy mogli to spokojnie przeżyć od początku do końca, niczym ten legendarny orgazm u Wilhelma Reicha. Żebyśmy po prostu zrobili to tak, jak trzeba od początku do końca, a nie gdzieś zatrzymywali się w połowie drogi, a nie gdzieś przystawali, cofali się, bo to się kończy jakimiś strasznymi problemami. Po prostu nie potrafimy później ogarnąć tej sytuacji. To jest ten moment jak z takim szalonym snem, który przychodzi, a my się nagle budzimy i jest zawsze te kilka sekund, gdzie się próbujemy ogarnąć z tego wszystkiego. Dziwne, ale tak już jest. Nauczka jest dosyć prosta. Oczywiście można się kopać z koniem i wymyślać sobie jakieś fantastyczne teorie z „Harry'ego Pottera”, ale rzeczywistość jest dosyć trywialna. Bo jeżeli dzieje się we śnie, jeżeli dzieje się z materią, dzieje się nawet w reaktorach jądrowych, dzieje się wszędzie, dzieje się w lesie, to jakim cudem to ma się nie dziać z nami? To jest po prostu fizycznie niemożliwe.
Tym bardziej że jak twierdzi moja alchemiczna wiara, transmutacja jest esencją tego świata. Według mnie to po prostu dzieje się wszędzie. Mam takie w ogóle naturalistyczne podejście. To w ogóle chodzi o to, że działania jednorazowe są z zasady skazane na porażkę, ponieważ te zasady nie partycypują do żadnego procesu. A nawet jeśli, właściwie nie, bo jednorazowe działanie nigdy nie jest procesem. To jest taki jednorazowy skok. To jakbyśmy wrzucili kamień do jeziora i liczyli na to, że wzbudzimy nieustającą falę, która nigdy nie staje, nigdy nie przestaje bujać tym jeziorem. W rzeczywistości jak wrzucimy ten kamyk, to ta fala się pojawi i zniknie. I to wszystko. Wrzuciliśmy jeden kamyk.
Byśmy musieli, żeby wzbudzać tą falę, wrzucać kamyki nieustannie do jeziora. Nieustannie. I wtedy jest szansa na to, że utrzymamy ten proces, że zrobimy coś takiego. Tylko że pytanie jest oczywiście, po co wrzucać te kamienie do jeziora? Tym bardziej że grozi to tym, że pewnego dnia nie będzie już jeziora, a będzie kupa kamieni. Czy jakoś tak. Może po prostu lepiej stawić się z tym jeziorem, popatrzeć na wiatr, popatrzeć na drzewa i zaakceptować tą delikatną falę, która płynie po tym jeziorze i postarać się wykorzystać do swoich własnych celów tą falę. Jakby stuningować się do mamy natury, nie stawać w poprzek tej całej historii, tylko płynąć jak ryba z prądem. Ryba zawsze płynie z prądem. Ryba nigdy nie płynie pod prąd.
Gdyby ryba płynęła pod prąd, po pięciu sekundach byłaby martwa, bo by się po prostu zmęczyła. My też budujemy sobie taki trochę konstrukt świata, w którym mówimy, że trzeba pod prąd, trzeba walczyć, trzeba napierać. Efekt jest taki, jaki jest dookoła. Proszę zresztą sobie wyjść na zewnątrz w zwykły dzień i pochodzić sobie po świecie, po dużych miastach, po mniejszych miastach, porozglądać się i zobaczyć, jak wygląda to płynięcie pod prąd w praktyce. Wygląda, jak wygląda. Tego nie muszę tłumaczyć nikomu. Każdy z nas ma chyba na tyle doskonale rozwinięty zmysł obserwacji, że to jest rzecz oczywista. Jaka jest cena za to wszystko? Cena jest trywialna. Płacimy naszym życiem i jakością relacji ze sobą, a następnie płacimy cenę relacji z innymi ludźmi dookoła.
Bo to są elementarne pryncypia, łańcuch powiązań jak w tej elektrowni atomowej. Kim jesteśmy? Wiemy tylko jedno, że stwarzamy świat w takim samym stopniu, jak świat stwarza nas. To jest ta alchemiczna prawda, że możemy dostać tylko tyle, ile damy w drugą stronę, że zawsze musi być zachowana pewna symbioza. To nawet nie jest harmonia, bo właściwie nie ma tu miejsca na harmonię, nie ma tu miejsca na balans. Właściwie nie ma balansu, jest tylko proces. Przynajmniej tak to wygląda z tej strony. Tu była taka bardzo ciekawa postać jakiś czas temu, która się nazywała Rudolf Steiner. Może nie jakiś czas temu, ale jakieś 100 lat temu, która miała bardzo konkretne tezy. My w dzisiejszych czasach bardzo często powtarzamy: szkoła steinerowska, mówimy o Steinerze, ale kto rozumie tą szkołę?
Bardzo niewielu, z jednego prostego powodu, ponieważ najważniejsze archiwa steinerowskie są zamknięte dla publiczności. Nie przeczytacie tego w książkach o Steinerze, nie przeczytacie tego w żadnych innych opracowaniach na jego temat. Poza dwoma publikacjami wydanymi zdaje się 30 lat temu, jedna wydana przez Borderland w Stanach, a druga gdzieś w Europie. To już nie pamiętam, jakie wydawnictwo to wydało i kto to zrobił. I to są jedyne dwie publikacje, które wspominają o naturze tych wszystkich rzeczy, o których mówił Rudolf Steiner. Bo jeżeli my stwarzamy świat w takim samym stopniu, jak świat stwarza nas, to dosyć trywialną prawdą będzie stwierdzenie, że podlegamy tej transmutacji i że nie ma miejsca na jednorazowe działania w naszym życiu, że każde takie jednorazowe działanie jest spalaniem się, że w tym momencie ładujemy gigantyczny zasób energii w jedno wydarzenie. Robimy to jedno wydarzenie, ono nas wypala do końca, zostajemy bez tej energii i nagle klops. A życie poszło dalej i nie oglądało się na nas. Ale co robił ten Rudolf Steiner? Co z tym jego procesem?
Bo się mówi o szkole steinerowskiej jako takiej nie wiadomo jakiej szkole i tak dalej. To ja może po prostu wyjaśnię, o co chodzi. Rudolf Steiner doszedł do tych samych wniosków, do których właściwie ja doszedłem, do których doszło miliony ludzi na świecie i przede mną, i przed Rudolfem Steinerem, i pewnie milion ludzi po mnie i po Rudolfie Steinerze też dojdzie do tych samych wniosków i pewnie po was tak samo. Nie jest to nic oryginalnego, jest to dosyć oczywista sprawa, jeżeli się spojrzy na to od tej strony kija. Mianowicie Rudolf Steiner robił eksperymenty z minerałami. Brał różne substancje, różne kwasy, różne roztwory, różne metale i naświetlał je na słońcu. Coś w rodzaju kliszy fotograficznej. To trochę jakbyśmy wyjęli kliszę ze starego aparatu fotograficznego, wkładali do takiej tuby i naświetlali ją i widzieli, co się dzieje na całej długości tuby. Okazuje się, że zaobserwował bardzo dużo ciekawych procesów. Właśnie, procesów.
Nie zjawisk jednorazowych, tylko procesów. Że jedna energia, która się manifestuje jako kolor, bo to wszystko było robione, może nie wszystko, część z tego była robiona na takich miedzianych tubach, które były pokryte różnymi rodzajami substancji chemicznych. I ten proces polegał na tym, że słońce wpadając do tej rury, oświetlało i naświetlało część tej rury, także kolor miedzi się troszeczkę zmieniał i wraz z upływem dnia, bo ta rura była oczywiście ustawiona na słońce, to słońce wędrowało wzdłuż tej rury i widać było, jak pod wpływem tego procesu wędrówki światła w środku tej miedzianej rury następuje transmutacja, następuje zmiana, następuje proces. I że ta sama energia, która na początku wygląda jak coś bardzo jasnego, to jest taki na przykład żółty kolor i tak dalej, zamienia się w coś, co brązowieje, w coś, co nabiera fioletów, w coś, co w ogóle zmienia się w coś zupełnie innego. Materializują się jakieś takie malutkie kryształki zupełnie innej substancji na tej miedzi na samym końcu. A to wszystko jest procesem. I żeby było zabawniej, jest procesem wynikającym z tego samego źródła. Bo źródłem jest słońce, które świeci do tej miedzianej rurki i naświetla ją przez cały dzień. I to wszystko. I z tego powodu Rudolf Steiner stwierdził, że czas najwyższy z powrotem odkurzyć stare alchemiczne prawdy, które dotyczą nas wszystkich, są uniwersalne, czyli że jesteśmy procesem.
I postanowił zbudować szkołę filozoficzną, która polega na tym, że uczy się młodych ludzi procesu. W ogóle wykorzystuje się proces jako taką elementarną zasadę w edukacji, że nie zdaje się egzaminów, że nie ma takich rzeczy jednorazowych, że nie ma takiego strzału, że wszyscy się przygotowujemy do egzaminu, robimy nabieg i uderzamy w ścianę. I albo przeżyjemy, albo nie. Czegoś takiego tam nie ma. Tam jest zrozumienie tych elementarnych alchemicznych zasad, że wszystko jest procesem. Nie ma egzaminów, nie ma sprawdzania, bo dzisiaj jesteśmy w jednym punkcie i jutro nie wiadomo, gdzie będziemy. Takie jest życie. Nie wiadomo, gdzie nas jutro wysieje. I na tym to polegało. I na tym polega cała esencja szkoły steinerowskiej.
Także wszystkie te teologiczne rzeczy to już jest taka nadbudówka po to, żeby ją sprasować z rzeczywistością. I jest najczęściej robiona przez ludzi, którzy nie mają bladego pojęcia o procesie albo mają tylko czysto teoretyczne podejście o procesie. I są troszeczkę jak ci ludzie od tych reptilian z tym przerwanym doświadczeniem. Doszli do pewnego momentu, nie dowiedzieli się, skąd to się wzięło, jakby tylko przeczytali jedno zdanie, a druga połowa zdania jest esencją tego wszystkiego. I oni tak stanęli w pół kroku. Jest takie określenie, że ktoś siedzi okrakiem na płocie i że jest to bardzo mało wygodna pozycja. Dokładnie. I tak usiedli na tym płocie okrakiem i próbują ogarnąć te tezy. Próbują zbudować jakieś konstrukty teologiczne, jakieś konstrukty umysłowe, jakieś filozoficzne, jakieś takie bardzo skomplikowane rzeczy wymagające używania miliona bardzo skomplikowanych słów, których bez słownika łaciny ciężko będzie ugryźć i bez przeczytania miliona innych książek, na które się powołują. I teraz trafiamy do kolejnej sekcji dzisiejszej audycji, do kwestii powoływania się, do kwestii cytowania.
I właśnie takie życie, z takim przerwanym doświadczeniem, że ktoś nas zatrzyma w połowie i że nie mamy tego mostu pomiędzy tym, co przeżyliśmy a rzeczywistością, bo nagle ktoś nas ściągnął za nogi, nagle ten sen się skończył w bardzo drastyczny sposób i nie mieliśmy czasu, żeby zbudować sobie tą całą historię w głowie, żeby ją po prostu przeżyć. Nawet nie tyle zbudować, ile jej po prostu doświadczyć. Powoduje, że łapiemy się jakichś konceptów, które polegają na cytowaniu kogoś, kto cytuje z kolei kogoś, kto cytuje z kolei kogoś, kto cytuje z kolei kogoś. Cywilizacja cytatów. Ciężko tego nie zauważyć. Żyjemy w cywilizacji cytatów, gdzie wszyscy się powołują na kogoś i bardzo często jesteśmy świadkami, jak ktoś od kogoś czegoś wymaga. Takim klasycznym przedstawieniem tego procesu wymagania od siebie czegoś są na przykład kontrakty. Są kwestie związane z prawem. Jest wiara w rządy, wiara w to, że jakiekolwiek zdanie zapisane przez kogoś, kto też tak samo jak my się urodził na tym świecie i wcale nie jest ani lepszy, ani gorszy, jest ważniejsze od naszego życia. To są te wszystkie problemy, które wynikają z tego, że mamy na przykład jakieś przepisy i one są bez sensu i wszyscy o tym wiemy, ale wszyscy jak stado baranów akceptujemy te przepisy i twierdzimy: „No dobra, ale tak już jest, musimy je zastosować, bo w sumie wiemy, że są nieludzkie, ale to przepis”.
I tak to wygląda. I to jest coś, co ja bym nazwał właśnie owym przerwanym doświadczeniem. To jest to siedzenie okrakiem na płocie. Gdzieś nasza cywilizacja utkwiła. Gdzieś, gdzie mieliśmy podskoczyć dalej, gdzie mieliśmy zrobić następny krok, nagle okazało się, że ktoś nas kopnął w plecy, ściągnął na dół i nagle wylądowaliśmy w takiej sytuacji, że nie wiemy, jak to wszystko okiełznać. Wcześniej były teorie biblijne, wcześniej były bandy wyznawców krzyża, które biegały po Europie i paliły każdego, kto miał książkę, jakąkolwiek książkę przy sobie, która nie jest Biblią. Później oczywiście pojawiła się nauka, która z kolei postanowiła zostać taką nową religią, która postanowiła wykopać każdego poza margines społeczeństwa, kto się z nią nie zgadza i tak dalej. To ciągle jest historia dokładnie z tą samą opowieścią. Ciągle mamy do czynienia z takim przerwanym doświadczeniem, które próbujemy sobie wytłumaczyć. Próbujemy dojść do tej mety, a co chwilę ktoś nas ściąga w dół.
I nie ma tutaj miejsca na reptilian, nie ma tutaj plejadowiczów, nie ma innych turystów. To my sami się ściągamy w dół. Ja czekam na pierwszy taki moment, kiedy jakiś wyznawca jakiejś szalonej, utopijnej, według mnie oczywiście, wiary w reptilian, w smocze istoty przyjdzie do mnie i powie: „Tomek, wrzućmy razem kwasa albo wrzućmy razem grzyby, bo chciałbym skonfrontować te wszystkie rewelacje, o których czytałem w książkach, te wszystkie cytaty, na które się powołuję przez swoje całe życie i te wszystkie tajemnicze, dziwne opowieści, które brzmią niesamowicie intrygująco i tak dalej. Chciałem je po prostu skonfrontować z taką rzeczywistością, która jest esencjonalna, z samym sobą”. Bo jeżeli jesteśmy kosmosem, a to jest elementarna prawda o nas samych, to mamy odpowiedź na wszystkie te pytania w sobie. Jedyny problem, dla których nie potrafimy skorzystać z tych odpowiedzi, to to, że właściwie staliśmy w połowie kroku i do przodu, i do tyłu. Z jednej strony boimy się wrócić do samych siebie, a z drugiej strony boimy się wyskoczyć poza samych siebie. I tak troszeczkę i z jednej strony nam nie styka, i z drugiej nie staje. I próbujemy coś zbudować z tego wszystkiego, ulepić coś, co się nie zawali. Wygląda to troszeczkę jak taka próba grzebania wiaderkiem na plaży nad morzem i próba stworzenia tam pustego dołu, w którym nie będzie wody, a ta woda ciągle tam napływa, ciągle napływa i ciągle się nie da.
I ciągle tym wiaderkiem kopiemy. Jeżeli chcemy wykopać dół, w którym nie będzie wody, to musimy się przenieść w troszkę inne miejsce. Musimy zostawić plażę. Plaża jest od tego, żeby sobie po niej pobiegać i wykąpać się w oceanie. To albo jesteśmy na plaży, albo jesteśmy na piasku, albo jesteśmy w wodzie. Nie da się wykopać dołu, do którego nie napłynie woda na plaży. Taka zwykła, oczywista prawda. Ale też czasami jest chyba zbyt oczywista, żebyśmy mogli czasami zaakceptować. Powody są dosyć proste, bo ta koncepcja oddzielenia jest, że tak powiem, zaczepiona w nas dosyć mocno przez tą cywilizację. Ona jest czymś kompletnie przeciwstawnym do koncepcji, że duch mieszka wszędzie.
Jeżeli zaakceptujemy przysłowiowego, jak mówią Indianie z Ameryki Północnej, wielkiego Manitu, to musimy zaakceptować, że duch mieszka wszędzie. Mieszka w kamieniu, mieszka w krysztale, mieszka w wodzie, mieszka w drzewie, mieszka w kawałku drewna, mieszka nawet w naszym komputerze. Po prostu duch jest wszędzie. Wszystko jest jakąś istotą, wszystko jest jakąś świadomością, która funkcjonuje. Czasami my po prostu swoimi rękami pomagamy tej świadomości się zmaterializować i to wszystko. Jesteśmy tylko przekaźnikiem czasami tych mocy i nic więcej. Skąd się to wszystko bierze, ta koncepcja oddzielenia i to, że nie chcemy wierzyć, że duch mieszka wszędzie? To jest nasze takie szaleństwo związane chyba z tym, że stoimy oczywiście w połowie drogi. Po prostu oddzieliliśmy przedmioty od nas i zaczęliśmy używać przedmiotów chyba przeciwko sobie bardzo często. Przynajmniej tak to trochę wygląda.
Jeżeli się patrzy na historię z takim dystansem, to czemuś ta masa przedmiotów, które są dookoła nas, właściwie służą tylko i wyłącznie temu, żeby kontrolować się nawzajem. Jako że przedmioty służą do kontrolowania się nawzajem, także używamy je jako narzędzi. A że są narzędziami, to oczywiście pozbawiliśmy je absolutnie ducha i nie chcemy, żeby tam był jakikolwiek duch, ponieważ tu się pojawia tajemnicze słowo, które brzmi: konsekwencje i skutki. Jak zaakceptujemy istnienie ducha we wszystkich tych manifestacjach życia, materii na świecie, to musimy jednocześnie zaakceptować istnienie nas jako ducha, a przez to musimy zaakceptować, to jest konsekwencja tego, symbiozę na tej planecie. To, że nie jesteśmy jedyni, że nie jesteśmy wisienką na torcie, tylko że jesteśmy jednymi z milionów bytów na tej planecie i nie mamy prawa grzebać nikomu w jego życiu, nie mamy prawa zmieniać tego świata. Jedyne, co powinniśmy robić, to po prostu sobie spokojnie żyć. Starać się zrozumieć. Może nawet nie tyle zrozumieć, bo tu nie ma nic do rozumienia, tylko starać się dostroić do tych wszystkich naturalnych procesów i nie powybijać się nawzajem. Taka prosta, trywialna prawda. To troszeczkę jest jak z tym bardzo popularnym ostatnio terminem.
Są miliony szkoleń na ten temat, milion opowieści, że się programujemy, że musimy się odprogramować. Ja się zawsze zastanawiam: zaraz, człowieku, jeżeli ty chcesz się odprogramować, ja mam pytanie, czy ty jesteś komputerem? Czy czujesz się jak komputer? Swego czasu ludzie, którzy twierdzili, że na przykład czują się jak wiewiórka, bo są wiewiórkami, albo są nożyczkami, albo są stołem, byli kwalifikowani jako ludzie chorzy psychicznie, którym się wydaje na przykład, że są krzesłem. W tym momencie doszliśmy do sytuacji, gdzie bardzo dużo ludzi opowiadających o świadomości, o duchowości twierdzi, że jest komputerami. Twierdzi, że mają oprogramowanie i że muszą zmienić w sobie to oprogramowanie i jak zmienią to oprogramowanie, to już będzie lepiej. Ja się zastanawiam, gdzie tu jest sens? Jak można programować proces, którego jest się częścią? Nie ma takiej opcji. To troszeczkę jakbyśmy wypłynęli statkiem na morze, taką żaglówką i stwierdzili, że teraz będziemy programować fale.
Programujemy fale na morzu. Polecam każdemu, niech spróbuje. Niech tylko spróbuje sobie poprogramować troszeczkę tych fal na morzu. Na pewno się uda. Gwarantuję. Nie da się po prostu nic takiego zrobić. Ale jest za to inna koncepcja, która według mnie jest bardziej treściwa, bardziej esencjonalna. To jest to, co mówił Rudolf Steiner. To jest to, co mówił Goethe. To jest to, co mówili alchemicy przed nimi.
Bardzo banalna, trywialna sprawa, że co najwyżej możemy wzmacniać pewien sygnał. Wyobraźmy sobie, że natura i całe te procesy, o których mowa, których doświadczamy, których częścią i esencją jesteśmy, jednocześnie są sygnałem falowym, są po prostu falą i my możemy do tej fali się dostroić, możemy ją wzmocnić albo spowolnić. Możemy zrobić interferencję tej fali. Możemy tylko takie manewry wykonać, na inne nie ma po prostu opcji. Nie zmienimy tej fali tak jak żaden z nas nie przeprogramuje kryształu. Ja wiem, że są opowieści o tym, że ludzie przeprogramowują kryształy. Nie da się przeprogramować kryształu. Gdyby ktoś potrafił przeprogramować kryształ, to ten kryształ rozsypałby się mu w rękach, mówiąc dosadnie. Ale o kryształach i o tych wszystkich innych sprawach związanych z krystalizacją to może kiedy indziej. To w ogóle jest osobny temat i to bardzo chciałbym wam opowiedzieć.
Mam kilka swoich własnych refleksji na ten temat i was nie zamierzam oszczędzać. Ale to innym razem. Generalnie możemy tylko wzmacniać ten sygnał. Możemy tylko przyspieszyć ten sygnał, a najzdrowszym rozwiązaniem, moim zdaniem, jest po prostu płynąć z tym sygnałem. Just follow the flow, czyli podążaj z bitem, można tak powiedzieć. Żebyśmy podążali z tymi całymi energiami, że nie musimy nic przeprogramować. Cała ta konstrukcja, że próbujemy się przeprogramować, wymyślamy, że jesteśmy programem w organicznym ciele, jest jakąś taką dychotomiczną sprawą, jakimś takim rozdwojeniem osobowości. No bo przecież kiedy kładziemy się spać, nie wyciągamy kostki z głowy, którą kładziemy na szafkę i to jest nasze oprogramowanie, tylko ciągle jesteśmy sami, jedni ci sami. Nawet w tym swoim własnym śnie jesteśmy jedni ci sami. Jesteśmy zawsze jednością ze światem, ze wszystkim, z tymi procesami.
Tak jak się rodzimy, tak umieramy. Jeżeli wyjdziemy na deszcz i połazimy po łące, to połazimy po łące i zmokniemy. I nie ma tak, że część z nas nie zmoknie, bo część z nas nami nie jest, bo to jest program, a druga część zmoknie, bo to jest program albo coś. Nie ma takich opcji. To jest w ogóle bardzo dziwny, poszarpany konstrukt, który wynika moim zdaniem właśnie z tego przerywanego doświadczenia, że gdzieś w tym momencie, kiedy dorastaliśmy, nagle coś takiego się stało, że przyszli, nie wiem, czy to rodzice, czy sąsiedzi, czy ktokolwiek inny powiedział: „Nie, tu są zasady i według tych zasad, synu, musisz żyć, bo jak nie, to my ci damy w kość”. I to jest właśnie to przerwane doświadczenie, że zamiast odczuwać tego świata, partycypować w tym odczuwaniu coraz bardziej, żeby być jak ci dziarscy Indianie, którzy naprawdę patrzą się na tych białasów i mówią: „Ci ludzie są szaleni. Po pierwsze są głusi, po drugie są ślepi, a po trzecie w ogóle nic nie kumają z tego, co się dzieje dookoła nich. Po prostu jak puste wiadro. Nic. Absolutnie.
Można stać dookoła, świat się wali, oni dalej swoje. Nic nie są w stanie skumać”. I trochę tak to wygląda, że nas się po prostu pozbawia całego tego kumania. Stąd się wzięły we Steinerowskie szkoły, żeby wychować przynajmniej część tej młodzieży, którą się uda ocalić przed tą cywilizacją w jakimś takim normalnym trybie, żeby zaczęła bardziej partycypować w procesie życia, a nie żeby zajmowała się wymyślaniem sobie programów i tym, że jest oprogramowaniem czy zmianą tych wirtualnych programów. Żeby przestali żyć w tym wirtualnym świecie i wreszcie poczuli się tu i teraz z tymi roślinami, z tą ziemią, z tym słońcem, z tym deszczem, z tą nocą i z tym dniem. Tu nic innego poza tym absolutnie nie ma. Tym bardziej że coraz częściej, chyba na szczęście, dociera do tak zwanego mainstreamu, do coraz większej ilości głów refleksja, że pamięć nie mieszka w nas. Poza tą oczywiście pamięcią mięśniową. Ale tu w ogóle nie będę się rozwijał na ten temat. Chodzi o nasze doświadczenia.
Jesteśmy anteną i przekazujemy pewien sygnał z kosmosu Jesteśmy tylko przekaźnikiem i funkcjonujemy w tym momencie, kiedy sygnał dociera, a my go transformujemy. Dostrajamy się do tej fali i ta fala nas niesie przez całe życie. I na tym to polega. Dziwimy się w naszej cywilizacji, dlaczego ludzie w takich zadupiach świata, gdzie nie ma elektryczności, nie ma lodówek, nie ma pralek, nie ma telewizji, żyją grubo ponad 100 lat. Bo ci ludzie dostrajają się do naturalnego sygnału tej planety zamiast do telewizora i do filmu braci Wachowskich, tudzież jakichś innych szalonych konceptów, które mówią, że ta łyżka jest i jej nie ma. Słuchajcie, jeżeli tej łyżki nie ma, to weź tą łyżkę i se ją wsadź w czoło. Zobaczymy, czy zniknie. Łyżka jest, zawsze jest. Dlatego jest. Na tym polega cud tej materii.
Tu nic nie znika, nic nie wyparowuje. Poza wodą oczywiście w czajniku, jak ją podgrzejemy. Ale to też jest proces. Musimy podgrzać tą wodę, tu się też nic nie dzieje z niczego. A my staliśmy się troszeczkę niewolnikami hollywoodzkiego paradygmatu filmowego, gdzie w drugiej minucie filmu musi paść kontra, w trzeciej minucie filmu pojawia się konflikt, w 24. minucie filmu musi nastąpić radykalna zmiana i przeskoczenie, żeby widz się nie zanudził i tak dalej. Fajny film zresztą „Matrix”, bardzo miły, aczkolwiek jest to hollywoodzki film. A tu się okazało, że nawet taki zwykły, fajny hollywoodzki film potrafi nas zaprogramować na jakieś bezeceństwa w głowie, że używamy go do utraty kontaktu z rzeczywistością. Właściwie się okazuje, że wszystko, cokolwiek nam wpadnie w ręce, staramy się użyć do tego, żeby odciąć się od świata roślin, odciąć się od planety i udawać, że jesteśmy zaprogramowanymi maszynami. Będziemy się programować.
Nie, nikt się nie zaprogramuje. To nie są żadne programy. To jest dostrajanie się do naturalnej fali. Słowo „program” naprawdę jest tu bardzo mocno, moim zdaniem, nie na miejscu. Przynajmniej taka jest moja opinia. W ogóle taka sytuacja z tą współczesną cywilizacją przypomina mi trochę pewne badanie naukowe, które było prowadzone w Stanach zdaje się 20 lat temu. I to było badanie naukowe, które polegało na tym, że pytano się dzieci w szkołach, skąd się bierze mleko, na co dzieci odpowiadały stadnie: „Z supermarketu”. Nikt nie wpadł na pomysł, że krowa robi mleko. No i my jesteśmy w bardzo podobnym momencie z tą całą naszą cywilizacją, z tą całą naszą metodą na rzeczywistość, z tymi pomysłami na postrzeganie tego wszystkiego dookoła nas, na ogarnianie w ogóle samych siebie. Jesteśmy chyba troszeczkę jak te dzieci, że mleko się bierze z supermarketu.
Bo naukowcy zbadali, mamy Newtona, to wszystko się bierze od Newtona albo od Einsteina, albo odkądś tam. To jest to mleko z supermarketu. To jest troszeczkę jak z krzesłem. Wydaje nam się, że krzesło nie jest integralną częścią nas samych, ponieważ to tylko krzesło jest. Ale pytanie jest: z czego jest to krzesło? Przypuśćmy, że jest z drewna. To skąd się bierze to drewno? Drewno bierze się z tartaku. Skąd się bierze drewno w tartaku? Bierze się z lasu, bo zostało ścięte.
Skąd się bierze drewno w lesie? Bo tam wyrosło. I teraz następuje takie pytanie: to jak wyrosło to drzewo i skąd się tam wzięło? Bo spadło nasionko z innego drzewa. Dobra, to jak to inne drzewo wyrosło i wyprodukowało nasionko? I tu cała nasza percepcja zaczyna się troszeczkę walić, bo okazuje się, że oficjalna teologia, którą funkcjonujemy, ten oficjalny konstrukt rzeczywistości nie zna odpowiedzi nawet na tak banalne pytanie: skąd się bierze drzewo? A automatycznie budujemy te krzesła, robimy te wszystkie rzeczy i twierdzimy, że znamy odpowiedź na wszelkie możliwe pytania. Zaprowadziło nas to do reaktorów jądrowych. Dokładnie z tego samego powodu wpuszczamy te pręty, rdzenie promieniotwórcze do tego reaktora, zastanawiając się: okej, może dzisiaj nie wyleci w powietrze, może jutro też nie, ale cholera wie co. Lepiej tu zostańmy i pilnujmy tego.
Jakby coś, to pociągniemy na tych łańcuchach do góry. Cholera wie, może nam się uda, może zdążymy przed czasem, zanim nie pieprznie. W Czarnobylu nie zdążyli przed czasem, w Fukushimie też nie zdążyli przed czasem. I teraz jest pytanie, czy my w naszym życiu z tymi wszystkimi rzeczami zawsze zdążamy przed czasem. A może lepszą opcją jest po prostu to wyłączyć i nie używać takiego konstruktu rzeczywistości, żeby nie stać w tym wiecznym rozkroku i nie zastanawiać się, czy zaraz przypadkiem z tego płotu nie spadniemy w trójź albo w lewo, albo w prawo i nie nabijemy sobie potężnego guza, który skończy się migreną i to taką poważną migreną? No właśnie. A wy słuchacie „Radia na fali” i moich filozoficznych wynurzeń dzisiaj na temat transmutacji świata dookoła mnie przede wszystkim. Nie wiem, jak jest dookoła was, ale to są takie refleksje dookoła świata, który jest dookoła mnie. A tymczasem jakaś muzyczka, bo tak gadam i tak przyspieszyłem z tym gadaniem, że to jest chyba jakiś taki londyński nawyk. W Londynie wszyscy chodzą szybko.
Ostatnio był mój przyjaciel w odwiedzinach i mówi: „Tomek, co się z tobą dzieje? Ty biegasz”. Ja mówię: „Kurczę, widzisz to przez to bieganie w Londynie”. I chyba tak jest, że troszeczkę szybko zaczynam mówić przez to, że to takie szybkie miasto. A wy słuchacie „Radia na fali” i mego głosu. On ma na imię Tomek. Dzisiaj audycja jest retransmitowana w Radiu Paranormalium, a nazywa się „Hiperprzestrzeń”. I ja dzisiaj o swoich refleksjach dotyczących rozmów ze swoimi znajomymi, w ogóle różnych refleksji na temat życia i przede wszystkim mojej alchemicznej tradycji, której sprzedałem swoją duszę oczywiście. Na rozdrożu dróg oczywiście, jakby nie było. Ale wracając do tematu, myślę, że stąd się bierze też konsumpcyjny charakter naszej cywilizacji z owej bezrefleksyjności, że dochodzimy do pewnego momentu, następuje to szarpnięcie, sami się kopiemy w tyłek, zaczynamy się komentować nawzajem.
To jest na przykład klasyczny przykład na wszystkich czatach, wszystkich takich miejscach publicznych, gdzie spotyka się dużo ludzi, ktoś wrzuca ideę i widać jak na dłoni, w jaką patologię wpadliśmy. To jest na przykład kwestia tego, że nie ufamy samym sobie, nie ufamy refleksjom indywidualnym, że zawsze staramy się, może szczęśliwie nie zawsze, ale w wielu miejscach staramy się: „Ej, a masz na to jakiś dowód? Udowodnij mi!” Wszystkie tego typu historie albo: „To nieprawda, bo coś”. Jeżeli dyskusja ma na tym polegać, to znaczy, że nie ma żadnej dyskusji, że mamy do czynienia z dogmatem, z konsumpcyjnym charakterem. Mamy do czynienia z człowiekiem, który nie ma żadnej własnej refleksji, jest kompletnie bezrefleksyjny, niczym puste wiadro, które można uderzyć i będzie brzmiało pięknie jak puste wiadro. Taka bezrefleksyjność jest kompletnie odpowiedzialna za pojęcie autorytety, które zaprzeczają układowi partnerskiemu. Ponieważ kiedy jest bezrefleksyjność, szukamy autorytetu, szukamy kogoś, powołujemy się na kogoś. To są te cytaty, te wszystkie opowieści o programowaniu. Dzisiejsza młodzież ma obsesję na punkcie filmu „Matrix” i wydaje im się, że świat wygląda jak hollywoodzki film. To jest fenomen.
Myślę, że jest to największy komercyjny sukces w historii kina, zaraz po „Casablance”. Chociaż ja osobiście wolę „Casablancę”, mówiąc szczerze. Pierwsza część „Matrixa” jest fajna, ale trochę za dużo się strzelają. Nie jestem w stanie już tego przerobić. Fajnie się ogląda w kinie, ale naprawdę strzelanie… Dajcie spokój. Wolę takie strzelanie z rewolwerów z biodra, tak jak w „Casablance”. Tam przynajmniej jest zabawnie. Jest ten dystans do rzeczywistości, że nie wiesz, czy się śmiać, czy płakać. Przede wszystkim jest chyba czarno-biały, także milej się ogląda.
Nie jest aż tak intensywny. Stąd się pojawiają te wszystkie autorytety, że nie ma tej refleksji, że jest strach przed własną refleksją, że ta młodzież nagle stanęła w połowie drogi. Nic dziwnego, bo z jednej strony próbują się sprasować z tą całą cywilizacją, próbują sobie wyjaśnić, dlaczego to wszystko, co robią, ma sens, a z drugiej strony każdy z nas dokładnie czuje, że to nie ma żadnego sensu. Nie ma nawet wzmianki o procesie. Nikt nam nie mówi o tym, żeby się dostroić do tej planety, żeby się dostroić do roślin, żeby potraktować to tak, jak to jest w naturze, tak jak to powinno wyglądać i żeby porozmawiać z drzewami. To są wszystko żywe istoty. Nas się wychowuje w zupełnie inny sposób. Krzesło jest krzesło, łyżka jest i jej nie ma. Nie próbujcie testować na własnym oku, czy łyżka jest, czy jej nie ma, bo skończy się wyglądaniem jak pirat. Nie próbujcie tego robić, chyba że chcecie nosić taką opaskę na jednym oku.
Wtedy jasne, ale róbcie na własne ryzyko. Ja mam taki swój eksperyment, który prowadzę, taki alchemiczny eksperyment, który niepozornie i mimowolnie zacząłem prowadzić lata temu. Związane jest to z wakacyjnymi wyjazdami do dziadków na wieś. A wieś jest spośród lasów, rzek i natury i spędzania tam minimum miesiąca albo półtorej miesiąca. Zawsze lubiłem tam siedzieć do oporu. Tam jest takie miejsce, gdzie jest droga, jest rozdroże tych dróg i z góry biegnie prosto z takiego pagórka droga na dół i na samym dole się rozwidla. Bardzo malownicze miejsce. Mało tam się nie zabiłem kiedyś na rowerze na Ukrainie u swojego dziadka. Tak się rozpędziłem, że solidnie przeleciałem z tym rowerem. Ale żyję, jestem cały i zdrowy.
Tam stoi drzewo na tym rozstaju. Wszędzie dookoła są pola, bo jest to takie miejsce, gdzie ludzie sadzą zboże i tak dalej. Także cywilizacja zmusiła nas do wycięcia lasów. A że jest to duża równina, te pagórki są niewielkie, to jak nadchodzi burza, to jest konkretna. Wiadomo, że te wyładowania elektryczne zawsze będą sobie znajdowały jakieś najlepsze ujęcie, a najlepszym ujęciem jest wystające samotnie drzewo, które jeszcze stoi obok takich izolatorów asfaltowych, czyli obok dróg. Na rozstaju dróg to już w ogóle idealnie. Takie w sam raz idealne miejsce na propagowanie ładunków elektrycznych. Ale nie będę was zanudzał elektryką, kablami i prądem. Piorun ma taką tendencję, że wali w to drzewo nieustannie. To jest lipa.
Nie, wierzba, przepraszam. Tak, to jest wierzba, która sobie stoi i co jakiś czas w tą wierzbę strzela piorun, dlatego że dookoła jest kompletnie w miarę płasko i ten piorun jak próbuje znaleźć jakieś miejsce, żeby się rozładować, to się wali w to drzewo. Ale to też jest proces. Taka ciekawa historia, bo dla nas wygląda to jak Armagedon, zagłada drzewa. A to jest w taki sposób, że jak piorun walnie w to drzewo, to dookoła odrastają takie gałązki tych drzew i rośnie ich masa. Widać jak to życie z powrotem wraca do siebie, partycypuje w tym całym procesie, że to jest tylko proces, że jak walnie piorun w drzewo, to zaraz się odradza. Mija parę lat. Ja teraz sobie planuję, że jak będę miał okazję, może w przyszłym roku być w Polsce, zobaczymy, kiedy się to uda, to mam taki plan, żeby się tam wybrać i zobaczyć, jak teraz wygląda to drzewo. Wydaje mi się, że się chyba rozrosło. Przynajmniej powinno teoretycznie, jeżeli się pojawiło więcej drzew.
Natura próbuje rozładować ten proces, ten ładunek elektryczny na przyszłość, bo to jest wiadome, że tam się dzieje, że jest taka energia dookoła. Także natura nie próbuje kombinować, nie próbuje tak jak my wymyślać sobie programów, oprogramowania, wymyślać sobie teologii, wymyślać sobie różnych dziwactw i tłumaczyć tych dziwactw, tylko natura podąża za tym, co jest dookoła, czyli za tą naturalną falą, naturalną manifestacją energii. I tam sobie cały czas rośnie. Widać jak piorun walnie w to drzewo, to na dole zaczyna odrastać. Pojawiają się młode pędy, które starają się zbudować z powrotem taki konstrukt energetyczny, który być może kiedyś z powrotem piorun walnie. Taka historia z takim drzewem. Ciężko oglądając takie drzewo i takie widowisko uwierzyć w to, że coś się dzieje jednorazowo, wypadkowo i że nie ma procesów i że wszystko jest takie atomistyczne, oddzielone od siebie i że nie ma wpływu na siebie. Naprawdę bardzo ciężko kupić ten pomysł na rzeczywistość. Zresztą wystarczy przejść do zwykłego lasu, pójść na spacer i zobaczymy, że wszystko podlega gigantycznym procesom. Te procesy cały czas trwają i to jest ta Ta rzecz, która umyka naszej refleksji.
To jest coś, o czym ani te filmy, ani nasza cała cywilizacja nie chce mówić, bo zostawia nas w połowie drogi. Część z nas kompletnie świra i zaczyna opowiadać dziwne historie, których nawet sama nie przeżyła. Bo jak nazwać to inaczej? Ilu ludzi, którzy mówią o tych wszystkich dziwnych, tajemniczych stworach, telesforach, które kontrolują naszą planetę, ilu z nich widziało na własne oczy te istoty? Ja mam takie pytanie: ilu z was mówiących o reptilianach czy innych historiach spotkało taką istotę tête-à-tête, żywe oczy? Ja nie mówię o YouTubie ani o podrabianych zdjęciach w Photoshopie, które służą robieniu zamieszania. Tylko ilu z was naprawdę to spotkało w swoim własnym życiu? Ilu ludzi? Nikt chyba nie spotkał. Ja przynajmniej nie poznałem nikogo, kto by mówił, że widział prawdziwego reptilianina.
Jest ktoś, kto się nazywa David Icke, który twierdzi, że widział reptilianów. Ale David Icke tak samo jak ja. Też widziałem różne rzeczy, moi drodzy, o których nawet nie chcę mówić, bo naprawdę są kosmiczne, ale są to rzeczy z tripów. Nie jest to rzeczywistość tu i teraz. Tu i teraz jest tu i teraz. I nie ma żadnych reptilian, jesteśmy my. I to jest kwestia odpowiedzialności, do której jeszcze raz wrócę, że mamy ten problem, że nie chcemy wziąć odpowiedzialności za nasze działanie, bo prawdopodobnie wprowadzamy gigantyczny dysonans i każdy z nas to dokładnie czuje. To jest właśnie tak jak z pobudką z tego snu. Jeszcze raz wrócę do tego snu. Czujemy ten dysonans i w życiu jest troszkę inaczej, bo sen jest sen, jest troszkę inną informacją, która przychodzi do nas.
Musimy ją zdealować. To jest ten dysonans i udealujemy, wracamy do dnia i staramy się po prostu to ogarnąć. Natomiast kiedy robimy te numery na co dzień w życiu, dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie, sekunda po sekundzie, to co my właściwie dealujemy? Dealujemy jedną wielką katastrofę ze sobą i później się dziwimy, że niektórym z nas odjeżdża i że zamiast po prostu przytulić się nawzajem, zamiast posadzić jakieś rośliny, zamiast ugotować obiad, zamiast zostawić to całe toksyczne towarzystwo pod tytułem autorytety, cytaty, powoływanie się na kogoś i zwrócić się ku własnej refleksji i dzieleniu się tą refleksją z innymi, to nie, to nie za bardzo przychodzi. Nie chcemy tego zrobić, bo się po prostu boimy. Boimy się, że jest więcej niż mniej. Jest to przerwane doświadczenie. I tak mielimy w miejscu, w tę i z powrotem i tak to wygląda. W takim świecie żyjemy i dziwimy się, skąd się biorą te wszystkie szalone dysonanse. Oczywiście każdy z nas chce wyglądać całkiem serio i całkiem poważnie, kiedy opowiada o tych rzeczach, bo w dzisiejszych czasach praktycznie na wszystkim można zarobić, a szczególnie sprzedając niesamowite opowieści.
Zresztą chyba zawsze można było. Bracia Grimm całkiem nieźle żyli ze swoich bajek, tylko że oni nie twierdzili, że ich bajki są rzeczywistością, tylko to były bajki. Tak samo jak autor jednej z moich ulubionych książek, barona Mithauzena, też nie twierdził, że baron Mithausen był rzeczywistą postacią. Nikt z tym nie miał problemu. Natomiast my doszliśmy już do takiego momentu, że rzeczywistość tak nas kopie w dupsko, że już ją tak wykręcamy, że po prostu wciskamy sobie nieprzeciętny kit o nieistniejących rzeczach tylko po to, żeby nie zauważyć elementarnej prawdy o nas samych. Tej alchemicznej prawdy o tym, że wszystko transmutuje. Absolutnie zgodzę się z ludźmi, którzy mówią, że są inne istoty i są inne wymiary, ponieważ zdarza mi się odczuwać takie rzeczy na własnym dupsku podczas różnych tripów. No ale właśnie podczas tripów, ponieważ tak jest skonstruowana nasza głowa, tak jest skonstruowana nasza antena, że operujemy pewnymi zestawami konkretnych częstotliwości. Taka jest moja koncepcja. Nie tylko moja, bo tu mógłbym się powołać na Ricka Strassmana.
Kiedyś zauroczył mnie, oglądałem taki materiał, to był chyba 1998 rok. Jestem z pokolenia Terence'a McKenna i Timothy'ego Leary'ego i oglądałem taki materiał, który Terence McKenna nakręcił w Pradze. Chyba 1999 albo 1998 rok i tam był wywiad z takim człowiekiem, którego w ogóle nie znałem. I to był pan doktor Rick Strassman. Bardzo ciekawa postać, polecam każdemu. To jest już przetłumaczone na język polski, tak że dacie sobie radę, żeby to znaleźć. Ale wracając do tego konstruktu, to są rzeczy związane z wizjami. Moja głowa jest przestrojona na inną częstotliwość. Ja odbieram inne rezonanse, jestem w innym świecie i tam spotykam różne istoty z różnych miejsc i wszystko się jak najbardziej zgadza. Możemy spotykać te istoty w snach, możemy spotykać te istoty podczas wizji, ale to nie zmienia elementarnego faktu, że tu i teraz jesteśmy tylko my i nie ma nikogo więcej, poza tym, co jest w naszym zakresie postrzegania, jeżeli chodzi o materię.
Tak że próby wklejania w tą rzeczywistość jakichś szalonych teorii są po prostu, co tu dużo mówić, według mnie mocnym szaleństwem. I właściwie może nie tyle szaleństwem, tylko kompletnym brakiem zrozumienia istoty i natury świata. Bo ilu ludzi zajmujących się tymi tajemniczymi opowieściami o tym świecie, o kosmosie, o jakichś galaktycznych radach, o tych wszystkich reptilianach, ilu z tych ludzi jest w stanie wyjaśnić takie elementarne zjawiska, jak na przykład skąd się manifestuje prąd elektryczny, skąd się manifestuje nasze życie, czym w ogóle jesteśmy, czym jest drzewo? Żadna z tych postaci nie jest w stanie dać najprostszego, elementarnego wyjaśnienia na takie najbardziej elementarne procesy, które nas otaczają dookoła. A są na tyle bezczelni, że śmią tłumaczyć na przykład mi za pomocą różnych swoich materiałów pseudodydaktycznych, że oni mają prawdę i monopol na wiedzę i że właśnie są wszyscy ci reptilianie, wszystkie te tajemnicze historie i że są czarne dziury i to wszystko dookoła mnie. Tak że sam skąd się bierze taka szalona ignorancja do mamy natury? Skąd się to bierze, taka bufonada, że nie dość, że nie wiemy nic na temat naszej istoty jako Tylko w ogóle samej istoty bycia człowiekiem. Nikt z nas nie posiadł takiej wiedzy, która może doprowadzić do tego, że ręka nam odrośnie, prawda? Banalna sprawa. Jeżeli człowieku posiadłeś taką wiedzę, to pokaż mi tą wiedzę w praktyce.
Pokaż, jak komuś odrasta ręka za pomocą twoich cudownych informacji. Otóż nie, nic takiego się nie dzieje. Jesteśmy tu i teraz i to jest chyba taka najbardziej trudna, najbardziej ciężka do zaakceptowania przez nas prawda. Ponieważ mamy tą przerwę, tą lukę w doświadczeniu i tą lukę próbujemy prawdopodobnie sobie zabudować tymi wszystkimi fantazjami tak, żeby nie zwariować i połączyć jedno z drugim, żeby nie stracić poczucia sensu i logiki we własnym życiu. A ja w ogóle postuluję o tym, żeby to zostawić, wyrzucić, zapomnieć o tym i zająć się tu i teraz. Te wizje, jeżeli jakiekolwiek, a są światy równoległe, te wizje i kontakt z tymi światami dopiero wtedy do nas przyjdzie i dopiero wtedy złapiemy kontakt z tymi innymi wymiarami, kiedy zaczniemy akceptować nas samych tu i teraz. To jest myślę, według mnie takie clue całej tej sytuacji. Tak długo, jak kombinujemy sami ze sobą, jak nie jesteśmy w stanie zaufać sobie jako istotom po prostu samodzielnie, a już co dopiero mówiąc światu dookoła, chociażby temu organicznemu, temu, że rośliny nas nie zatłuką, temu, że zwierzęta też są na dokładnie tych samych równych prawach, a właściwie nawet chyba równiejszych niż my, bo to my jesteśmy takim troszeczkę może nie tyle szkodnikiem, ile przez naszą nieudolność w kształtowaniu rzeczywistości takim psujem troszeczkę aktualnie. No i to też jest taki kolejny problem do zaakceptowania. Bo oczywiście ciężko powiedzieć o sobie, że właściwie nie dostroiłem się do natury, nie dostroiłem, nie czuję, co się dzieje dookoła mnie.
Muszę mieć specjalne urządzenia, które robią to za mnie, ponieważ straciłem czucie w rękach, nogach, w głowie, w uszach. Nie czuję. No i to jest kalectwo takie emocjonalne, kalectwo duchowe i kalectwo cywilizacyjne. To jest coś, co sobie zafundowaliśmy i to jest coś, co stoi w kompletnej opozycji do prawdziwej nauki. Mamy nauki, które sprzedają swoją duszę, czyli do alchemii, czyli do zjawiska transmutacji. Zjawisko transmutacji to jest nic innego jak zaakceptowanie procesu i zaakceptowanie elementarnej rzeczy, czyli tego, że jesteśmy częścią tego procesu i nie mamy prawa wpływać na żaden element tego procesu. Możemy tylko podążać razem z nim i robić to tak dobrze, żeby wszystkim było dookoła tylko lepiej. Żeby rośliny rosły, a nie zdychały. Żeby ludzie byli szczęśliwi. Żebyśmy my byli szczęśliwi przede wszystkim, bo dzięki temu ludzie dookoła nas będą szczęśliwi.
I to jest ta elementarna esencja nas samych, od której uciekamy, bo robimy dużo kiepskich numerów i głupio jest się czasami przed sobą przyznać, że siedź nie działa, prawda? No ja też mam te problemy czasami, żeby się przyznać przed sobą, że siedź zwaliłem sprawę. Teraz to już chyba mam nadzieję, że się troszkę od tego uwalniam z latami, bo to nie ma co trzymać w sobie. To najwyższy czas, żeby się dostroić do mamy natury i dostroić do tej planety tak długo, jak jestem częścią tej planety i organicznie, i duchowo, i w jakimkolwiek aspekcie. Nie jestem w kosmosie, nie ma mnie w innych wymiarach. W tym momencie jestem tu i teraz. I fajnie by było jakby to tu i teraz było naprawdę okej, a nie po prostu poplantane, pomieszane i po prostu popsute. Taka prosta, trywialna sprawa. Takie sprawy alchemiczne wziąłem i obgadałem tak o tych reptilian i programów, co to się programują. Człowieku, nie musisz zmieniać swojego programu.
Nie zmieniaj. Nie jesteś komputerem. Naprawdę. Komputer stoi w sklepie. Nie musisz tego robić. Nie musisz żyć jak komputer. Nie jesteś królikiem, nie jesteś wiewiórką, nie jesteś komputerem i nie jesteś szpadlem ani wiadrem. Po prostu idź do lasu i przytul się do drzewa. To robi lepiej niż wszystkie te teologie zmian dookoła nas. Po prostu przestań ćwiczyć teologię, zacznij odczuwać życie.
A wysłuchacie dzisiaj Radio na Fali, audycja nazywa się „Hiperprzestrzeń”. Ja mam na imię Tomek. Możecie śmiało zadzwonić radionafali.com. Jeżeli ktoś z was widział reptilianina . Oczywiście, że nikt nie widział reptilianina. To ściema po prostu. Nie wiem. Uciekamy od samych siebie. Zamiast zrobić zupę dla sąsiada i dla siebie, to po prostu sprzejemy głodne kawałki. Niektórzy nieźle zarabiają na tych głodnych kawałkach i mają niezłą zupę w restauracji.
To jest taki syndrom konsumenta, że zarobię trochę więcej i wtedy będą mi usługiwać. To jest właśnie taki bezrefleksyjny, durny świat, który sobie stworzyliśmy. Absolutnie taki konsumpcyjny charakter, że ktoś nad nami góruje, ktoś kontroluje nasz cały świat, ktoś nas kontroluje. No wiesz, człowieku, jeżeli uważasz, że ktoś cię kontroluje, to na 100% cię ktoś kontroluje. Kontroluje cię twoja własna kontrola. Po angielsku się nazywa control freak, o czym już mówiłem w jednej audycji, ale to już zupełnie inna historia. To polecam sobie wrócić do „Hiperprzestrzeni” sprzed jakiegoś czasu, proszę państwa. I przypominam, żebyście nie róbcie eksperymentów z hollywoodzkich filmów pod tytułem, że łyżki nie ma i nie testujcie jej na własnym oku, bo skończycie wyglądając jak pirat. Jesteśmy tu i teraz i to jest chyba taka elementarna prawda o nas samych. O co w ogóle chodzi z tą bezrefleksyjnością jeszcze wrócę.
To jest kolejny element tego, że czujemy się odcięci od natury. Przynajmniej znakomita część nas. Stąd się bierze na przykład podział na duchowe, nieduchowe. To jest też jeden z rodzajów patologii choroby psychicznej, na którą zapadliśmy wszyscy. Może szczęśliwie nie wszyscy. Część z nas się z tego leczy. Ja się z tego mam nadzieję, skutecznie leczę. Możecie spytać swojego lekarza, co mi powie na ten temat. Anyway, ale staram się. Robię konkretne terapie.
Mama natura jest moim terapeutą, także chyba jest okej. Mam nadzieję, że będzie okej i że przeżyję. Po prostu traktujemy coś jako duchowe i nieduchowe. Nie ma świata nieduchowego i duchowego. To jest troszkę jak z tymi prętami atomowymi w elektrowni. Nie ma pojęcia, że pręty są do połowy kontrolowalne, a po drugiej połowie już nie są kontrolowane. To wszystko jest niekontrolowalne. Jedyne, co jest kontrolowalne, to jest po prostu materia, która tam jest przywożona. Możemy wziąć ciężarówkę, wrzucić te pręty na ciężarówkę, zawieźć, włożyć, wybudować elektrownię i tak dalej. Ale co z tego?
Co z tego, skoro tak naprawdę nie mamy świadomości, nie mamy bladego pojęcia, jaki proces tam zachodzi. To albo pieprznie, albo nie pieprznie. Raz pieprznę, a raz nie. Ostatnio pieprznęło jedno, drugie, trzecie. I też nie znamy warunków, w których to wszystko się dzieje. Przypuśćmy, że przyjdzie jakaś burza słoneczna i nagle się okaże, że coś nie działa. Gdzie są te wszystkie nasze wzory na rzeczywistość? Gdzie są te wzory na działanie? A w środku mamy kawałek magnetytu w głowie, w tej naszej antenie, która nam pomaga odbierać te wszystkie sygnały i być tu, manifestować się i odczuwać to piękno całego świata. Piękno roślin, piękno nieba nad ranem, piękno zachodzącego słońca.
Bez tego to po prostu nie istnieje. I tu się pojawia: „Nie, to takie duchowe”. Człowieku, duchowe? Co znaczy duchowe? Czym my jesteśmy? Jakimś komputerem chodzącym? To też właśnie taka dychotomia i próba zbudowania sobie nieudolnego mostu pomiędzy tym światem, którego część ludzi, która oddała swoją duszę materii niczym diabłu, próbuje teraz zalepić i przekonać świat do własnej koncepcji tego świata. Świat niestety lub stety, ja twierdzę, że stety, ma to w dupsku i kręci się swoim własnym torem i mama natura radzi sobie doskonale. A ci, którzy mają z tym problem, tych mama natura pewnie wyora z tej planety, jak nieraz już to zrobiła. Na tym to polega.
Jeżeli nie akceptujemy elementarnych prawideł, którymi zresztą jesteśmy, bo właściwie jesteśmy esencją tych prawideł. Rodzimy się sami, rodzimy się ze wszystkimi rękami i nogami, później żyjemy z tymi rękami i nogami, później sami umieramy, a po drodze też jesteśmy cały czas sami. Ale jest to piękna samotność. Jest to indywidualność, jest to odczuwanie samego siebie i dzięki temu czucie się dobrze ze sobą, co manifestuje się puszczaniem tego dobrego samopoczucia po ludziach dookoła. I dzięki temu dostrajamy się do tej częstotliwości, tej ogólnej fali mamy planety, tego vibe'u, który nas otacza. Inaczej się nie dzieje. I wszelkie dywagacje pod tytułem, że w poniedziałek jestem ręką, we wtorek wiewiórką, a w czwartek to mnie w ogóle nie ma, w piątek jestem za to duchowym koleżką, są po prostu chorobą psychiczną. W dawnych czasach takich ludzi nazywano szaleńcami. We wszystkich, nawet plemionach indiańskich, we wszystkich takich miejscach, gdzie generalnie człowieka z wizjami się bardzo mocno szanuje, bo wiadomo, że jest to człowiek, który ma kontakt z rzeczywistością, tam było trochę inaczej. Tamten człowiek z wizjami miał ten moment, żeby odparować tą informację, przetrawić ją, żeby ta informacja nie była przerwana, żeby to nie była taka wizja z cyklu: zobaczyłem coś przez dziurkę od klucza i nagle mnie odciągnięto, a nigdy w życiu tam nie byłem po drugiej stronie.
Warto się wybrać na tą drugą stronę. Taka jest moja opcja. Ja to jestem w ogóle zwolennikiem dealowania z naturą bezpośrednio. Robienia tego tak, jak się powinno robić. Czyli jeżeli mamy problem z tym, żeby zrozumieć naturę, po prostu trzeba do niej wrócić i zacząć być częścią tej natury w takim pełnym wymiarze, bo i tak nią jesteśmy, to i tak od tego nie uciekniemy. Tylko zacząć być świadomie częścią tej natury. Nie chorować na tą psychozę maniakalną, która mówi, że powinniśmy się czuć kimś. Nie wiem, czy powinienem się czuć kimś. Wystarczy mi, że się czuję sobą i to jest naprawdę okej. Po prostu jestem częścią, esencją tej planety.
Jak każdy z nas, jak każda roślina, każde źdźbło trawy, każdy kamyk przy drodze, wszystkie te elementy. Tak już jest. Nic tego nie zmieni. Możemy oczywiście dalej wymyślać wszystkie szalone teologie i pisać na ten temat książki, próbować sobie budować cywilizację, która będzie oddawała hołd kolejnym elektrowniom atomowym albo kolejnym świętym księgom, które właściwie nic nie tłumaczą, poza tym, że psują nam głowę. Możemy dalej w ten sposób funkcjonować. Tylko pytanie, jak daleko i gdzie dojdziemy? Na razie doszliśmy do tego momentu, że wszyscy bawimy się takimi ładunkami wybuchowymi pod nazwą elektrownie atomowe i zastanawiamy się iluzorycznie, ile z tego wyciągniemy, bo boimy się pomyśleć o tym, wziąć odpowiedzialność za to, co robimy i spojrzeć prawdzie w oczy, że gówno na ten temat wiemy. Przynajmniej od tej strony. I że zabawa w te wszystkie głupie pomysły może skończyć się bardzo tragicznie, tak jak się skończyła w Fukushimie, skończyła się w Czarnobylu i w wielu innych miejscach. To konsekwencja naszych zabaw z samym sobą.
To jest dokładnie kolejny element transmutacji. Transmutacja działa zawsze w obydwie strony. Proces, który startujemy, zawsze jest procesem i może nam się tylko wydawać, że to, że myślimy, że jesteśmy wiewiórkami dzisiaj, nie spowoduje żadnego backlashu w naszej głowie w przyszłości. Natomiast prawda jest dosyć brutalna. Jeżeli ktoś z nas myśli, że jest wiewiórką, prawdopodobnie pewnego dnia po prostu zwariuje. Jeżeli ktoś z nas uparcie wierzy w reptilian, pewnego dnia straci kontakt z rzeczywistością dookoła siebie i przede wszystkim straci kontakt z żywymi ludźmi, którzy reptilianami nie są. Albo się wierzy, że jest się odizolowaną, zatomizowaną jednostką, która nagle odkryła prawdę o życiu, albo po prostu jest się tu i teraz. Odczuwa się i dystrybuuje tą energię, która przechodzi przez nas bez żadnych zakłóceń do wszystkich przyjaciół, do wszystkich ludzi dookoła i na tym cała ta historia polega. Dla mnie jest to dosyć oczywiste i banalnie proste. I naprawdę czasami się zastanawiam, jak szalonym trzeba być, żeby budować sobie takie konstrukty mówiące o duchowości, mówiące o dziwnych istotach, które kontrolują planetę Ziemię i tak dalej.
I to najczęściej właśnie przez ludzi, którzy doświadczeń, jeżeli chodzi o podróżowanie pomiędzy wymiarami, mają praktycznie zero, a ich reakcja na to jest taka, że nie, bo ktoś im ukradnie duszę. Stary, to czym ty właściwie jesteś? To ty w ogóle bierzesz jakąś odpowiedzialność za siebie, czy powtarzasz bzdury, które ktoś ci wkleił, bo fajnie brzmią i tłumaczą twoje lęki i lubisz epatować tymi lękami każdego? Na czym to polega? Czy to na tym ma polegać nasze życie, że będziemy się wiecznie straszyć jak wiejskie głupki z najgłupszym pomysłem na życie? Będziemy siedzieli i się bali, że przyjdzie wielki królik i nas zje, a my wszyscy jesteśmy pilnowani przez wielkiego królika. Zabawne. Ja tego nie kupuję, moi drodzy. Jestem bardzo mocno indywidualnie sam w sobie w opozycji do takiego konceptu świata. Uważam to za chore.
Uważam, że to zamienił stryjek siekierę na kijek. Dokładnie tak brzmi to powiedzonko w Polsce. I tu nie ma żadnej różnicy pomiędzy wariatami, którzy odpalają elektrownie jądrowe a wariatami, którzy twierdzą, że światem rządzą reptilianie. Dla mnie jest to dokładnie ta sama historia. Sprowadza się dokładnie do tego samego meritum. Tracimy kontakt ze sobą samym, nie akceptujemy mamy natury, wyciskamy wszystko na maksa, niszczymy tą planetę. Jedni robią to w imieniu jakichś tajemniczych istot, które nimi rządzą, a inni robią to w imieniu tajemniczych istot, które się nazywają profitem. I tym, że mają monopol na zrozumienie praw, na jakich działa cała ta natura. Dokładnie sprowadza się do tego samego, do jednej wielkiej katastrofy humanitarnej, bo tak to wygląda. Czy ludzie się przytulają do siebie na ulicy jak normalnie chodzą?
Czy jak wchodzimy do sklepu, to ekspedientka daje nam taki big hug? Czy jest miło, czy jest sympatycznie? Nie. Jest sytuacja walki, bo każdy ma swoją rzeczywistość do sprzedania. Każdy ma swój pomysł na rzeczywistość do sprzedania. Tak, każdy ma własną, a nikt nie chce zauważyć, że wszyscy chodzimy po tej samej ziemi, która jest okrągła. Statkiem kosmicznym, który sobie zasuwa w kosmosie i wszyscy jesteśmy kosmonautami na tym statku kosmicznym i wszyscy jedziemy na tym samym wózku. To jest chyba najtrudniejsze do zrozumienia dla nas wszystkich, bo tu już nie ma miejsca na takie podpierdolki pod tytułem: ten jest inny, tamten jest inny, tamtego trzeba coś, na zasady, na reguły. Tu nie ma żadnych reguł, nie ma żadnych zasad, ponieważ sami jesteśmy regułą, zasadą i esencją tego świata. Razem z drzewami, razem z roślinami, razem ze zwierzakami, razem z niebem nad nami.
To my jesteśmy częścią tej esencji. To wszystko to jest kosmiczny pył, z którego to wszystko jest sklejone, a my tu sobie śmigamy po tym wszystkim. I teraz pytanie albo to zaczniemy akceptować, albo poczekamy jeszcze troszeczkę i pojawią się nowe elektrownie jądrowe, kolejne bęcwały, które docisną świat z drugiej strony i skończy się w jakiś taki świecący sposób prawdopodobnie. Może się tak skończyć. Już się tak skończyło w Pacyfiku. Pacyfik już świeci. Ciężko przegryźć tą lekcję, jak widzę bardzo wielu. Dalej obstawiamy jakieś koncepcje, które oddzielają nas, atomizują od siebie, a nikomu się za bardzo nie chce jeszcze tak globalnie powiedzieć, że okej, może zostawmy te szaleństwa. Może niech takim elementarnym paradygmatem, pryncypialną prawdą o nas samych będzie to, że sobie coś ugotujemy nawzajem, że będziemy dla siebie mili, że będziemy dzielili się tym, co mamy. I tak zwyczajnie.
A wszyscy oszaleliśmy. Także ja liczę na to, że ta cywilizacja już niedługo wróci do jakiejś kompletnej normy. Inna sprawa, że już chyba powoli po kawałku wracamy do tej normy, bo doszliśmy do momentu, w którym już właściwie nie ma gdzieś dalej. Wszyscy już chyba oszaleliśmy doszczętnie, przynajmniej ta tak zwana zaawansowana technologia i cywilizacja. Ogłosiliśmy, że mamy monopol na prawa. Ogłosiliśmy, że w ogóle światem rządzą jakieś prawa. Ogłosiliśmy, że rozumiemy te prawa. Teraz wymyślamy jeszcze nowe i twierdzimy, że to jest jakieś duchowe. Szaleństwo, proszę państwa. Spotkałem kiedyś jednego koleżkę, który bardzo mocno wierzył w reptilian i człowiek miał bardzo poważny problem, żeby podać mi rękę.
Poważnie. Bał się. Strach go paraliżował. I teraz jest pytanie, czy będziemy determinowani strachem i tą całą psychozą maniakalną, czy też otworzymy nasze serce normalnie dla świata, dla wszystkich istot żywych dookoła i będziemy normalnie oddychali pełną piersią, bez strachu i bez lęku, bez tych wszystkich szaleństw. Tak zwyczajnie, jak normalni ludzie, jak normalne istoty tu i teraz. I naprawdę, uwierzcie mi, ta łyżka tu jest i nigdy stąd nie zniknie. Także nie próbujcie tego na własnych oczach, bo skończycie jak piraci z taką zasłonką na jednym oku. Może nie próbujcie tego zrobić. A jeżeli się zastanawiacie, skąd jest mleko, to jest to dobry początek, żeby zrozumieć, na czym polega proces transformacji. Bo jak wiemy, mleko nie bierze się z supermarketu, bierze się od krowy.
I teraz pomyślcie, skąd się bierze krowa i pomyślcie, skąd się w ogóle krowy wzięły na tym planecie, skąd się w ogóle życie wzięło na tej planecie. Jeżeli dojdziecie do tego momentu, to wszyscy skumacie, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. I ta krówka, i my, i rośliny, i wszystko dookoła. I nie ma tu miejsca na inne bezeceństwa. Wiele ludzi próbuje przycisnąć cały świat. Stąd się bierze giełda, stąd się biorą ci psychopaci, którzy próbują zamienić wszystko w profit. No ale czymże jest z drugiej strony wiara w te wszystkie szalone historie, jak nie też próbą zamiany wszystkiego w profit, zamanifestowania tego w formie fizycznej? Tego, że jest nowa teologia. Czymże jest nowa teologia? Nowa teologia jest pomysłem na nowy system.
Czymże jest nowy system? Nowy system jest kolejnym homontem, który sobie zakładamy, który nas oddziela, przerywa nasze doświadczenie, które doprowadza nas do sytuacji, że właściwie gubimy esencję nas samych. I to wszystko. Także ja sobie myślę, że jest najlepszy czas aktualnie na świecie, żeby wrócić do esencji nas samych. Taki idealny moment na to wszystko. Także zapraszam was. Wracajcie do esencji samych siebie. Ja też się zapraszam nieustannie, żeby wracać do swojej własnej esencji. Dziękuję wszystkim za słuchanie tej esencjonalnej hiperprzestrzeni, w której musiałem się wygadać na te szalone tematy związane z wariactwem współczesnego świata. Peace and love, kochani.
Następnym razem może zamiast opowieści o reptilianach i wszystkich tych rzeczach lepiej sobie zrobić jakąś zupę, pójść do sąsiada, powiedzieć: „Hej, sąsiad, zrobiłem zupę. Wpadnij na zupę, pogadamy sobie o miłych rzeczach”. To wszystko. Proste sprawy. I na tym polega cała ta historia. To wszystko, proszę państwa. Prawda, że proste? Aż ciężko zrozumieć, że takie proste. Chyba na tym to właśnie polega, że aż ciężko zrozumieć, że to jest tak proste do bólu jak schemat cepa. No i na tym cała zabawa polega.
Dokładnie. To co? To ja dziękuję serdecznie za słuchanie. Zapraszam do pozostałych audycji w Radiu Na Fali, które są już mniej radykalne od moich poglądów. Zapraszam was do Theory House, do Pichontarium, bo pogodę mam naprawdę brass monkey weather. Tam się dowiecie, o co chodzi. Zapraszam na Konwent Wiedzy Alternatywnej do ściągania materiałów. Zapraszam do Etykiety Zastępczej. No i Syntezy, gdzie opowiadam o troszeczkę bardziej technicznych sprawach, które też właściwie są związane z alchemią, której sprzedałem duszę lata temu. A co?
Czemu nie? Właściwie nie mogłem sprzedać, bo tu nic nie ma do sprzedania. Anyway, wszyscy jesteśmy tu i teraz. I tu i teraz was pozdrawiam, kochani. Peace and love i wielkie dzięki za słuchanie. Pozdrowienia dla sponsorów. Trzymajta się i do następnej hiperprzestrzeni. Nara, nara.