[00:01] - Paralaxa. Rozmowy na Atlantydzie z Chrisem Miekina. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, na którą wielu słuchaczy co tydzień z utęsknieniem każdej niedzieli czeka. Paralaxa. Rozmowy na Atlantydzie z Chrisem Miekina. Na żywo oczywiście. Jest już z nami nasz poszukiwacz prawdy Chris Miekina. Witaj, Chrisie.
[00:25] - Cześć, dobry wieczór państwu.
[00:27] - Oczywiście audycję od strony technicznej obsłużę jak zawsze ja, Marek Sęk "Ivellios". Troszeczkę czuję się dzisiaj, jakby się po mnie słoń przespacerował i pogo zatańczył, ale na szczęście ja tylko tutaj będę kręcił kółkami, będę kręcił myszką i będę oczywiście odbierał telefony, jeżeli takie będą. Temat za chwilę Chris poda, bo nawet ja tak szczerze mówiąc nie wiem, jaki temat dzisiaj będzie.
[00:53] - Ja też jeszcze nie wiem. Ja też jeszcze nie wiem, ale ja może wymyślę.
[00:57] - Ale już teraz oczywiście podamy kontakty do Radia Paranormalium. Linia telefoniczna w Paralaksie jest otwarta już teraz. Można dzwonić pod numery telefonów 32 746 00 08, 32 746 00 08. Komórkowy 530 624 193, 530 624 193. Skype radio.paranormalium.pl. Można również do nas pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02, 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można także nas spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Nowej Atlantydy, a także w grupie Radia Paranormalium oczywiście. Jeżeli ktoś woli, to może nam również wysłać pytania, komentarze i inne ciekawe wiadomości na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. No to pora, żeby Chrisowi przekazać głos.
Ja się już wyciszam. Chrisie?
[02:14] - Dziękuję bardzo Marku. Witam jeszcze raz wszystkich. Ty w takim razie już masz swoją pracę za sobą, bo możesz się teraz pobawić myszką, jak sam stwierdziłeś. Ja natomiast ciągle jeszcze będę się zastanawiał nad tym tematem, dlatego, że robimy te Paralaksy, robimy rozmaite audycje. Są one w cyklu tygodniowym, wszyscy są do tego przyzwyczajeni. W sumie ja też. Jest to taki instynkt, ale czasami, a zwłaszcza pod koniec roku, zwłaszcza w takim miesiącu, jakim jest listopad, gdzieś zaczyna się coś zacierać w tej maszynie. Gdzieś powoli tracimy siły, wychładzamy się tym już zimowym powietrzem. Jest niezbyt fajnie, bo powietrze z północy zasuwa i już zaczyna zamrażać myśli. Także potencjał niestety spada.
I kiedy zastanawiałem się nad tym w zasadzie, jaki temat dzisiejszej Paralaksy można państwu zaproponować, to tak prawdę mówiąc do tej pory go nie mam. Dlatego ze wszech miar będzie to audycja absolutnie eksperymentalna. Ja lubię różne eksperymenty medialne. Nie boję się czasami zaryzykować takiego eksperymentu, nawet w takiej sytuacji jak dziś, kiedy mówię wprost i wszystkim, że jeszcze nie wiem do końca, o czym będę mówił, bo w zasadzie zaczęło się to wszystko od tego, że miałem jeden piękny sen. Sny piękne zdarzają się rzadko. Zazwyczaj są to jakieś koszmary, jakieś niesamowite historie. Czasami są to koszmary na jawie. Na przykład przychodzi jakiś rachunek do zapłacenia, mandat czy coś w tym rodzaju. Ostatnio mi się coś takiego przydarzyło. Okazało się, że nie zapłaciłem w porę za nowojorskie mosty i ci państwo z tym państwem od mostów w Nowym Jorku żartów nie ma.
Od razu marże podnoszą bardzo, bardzo wysoko, dokładają karę, dodatkowy podatek. Także wychodzi bardzo ładny, okrągły, trzycyfrowy rachunek do zapłacenia natychmiast z zastraszeniem z komornika. Także to są te koszmary, te sny na jawie, bo człowiek nie może uwierzyć w to, co widzi. Ale to jest rzeczywistość. Czasami zdarzają się sny przyjemne i pomyślałem sobie, że ten sen przyjemny, który mi się przydarzył w zasadzie po części, bo on się niestety nie dokończył, ale zdecydowałem się państwu opowiedzieć ten mój sen i ten sen będzie dzisiaj, nawet go zilustrowałem. Będzie dzisiaj obrazkiem, który będzie ilustrował dzisiejszą naszą audycję, jakkolwiek ona będzie wyglądać i dokądkolwiek nas zaprowadzi, jak długo się potoczy, bo może się skończyć na przykład nawet i za pięć minut. Tego wciąż nie jestem w stanie zagwarantować, ile ta audycja potrwa, ale ten sen, który mi się przytrafił, to był sen ufologiczny, a takie sny zdarzają mi się rzadko i od razu, już w tym śnie zacząłem być bardzo czujny, bo naczytałem się tyle tych książek o rozmaitych wzięciach, o rozmaitych sytuacjach i myślę sobie: „Jasne, jestem we śnie i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że wędruję sobie we śnie. Jeżeli za chwilę pojawi się jakieś UFO, to ja będę czujny, będę wszystko to rejestrował, żeby wszystko zapamiętać i niczego, żadnego elementu nie zgubić. I prawie będę jak ta ekipa z tego słynnego serialu „X-Files”, że będę mógł coś takiego zaobserwować, zapamiętać i się tym podzielić. Sen w zasadzie na początku nie zapowiadał się zbyt dramatycznie, bo to była przepiękna łąka.
W listopadzie przepiękna łąka po prostu jest podwójnie albo potrójnie piękna. Kwitły na nim różne mlecze, kaczeńce. W ogóle było tak zielono, żółto i było przepięknie, bukolicznie, jasne słońce i z tego jasnego słońca na tym błękitnym niebie, poprzetykanym tu i ówdzie watą chmurek zaczęło się coś wynurzać. Zaczęło się zbliżać tak, że ja już się zrobiłem czujny, że to oto nadciąga jakieś UFO we własnej osobie, bo jeszcze nie zidentyfikowałem, co to nadlatuje. To coś nadlatuje, jest coraz bliżej. Okazuje się, że ma nawet znajome barwy. Jest w barwach biało-czerwonych. Nie ma żadnych szachownic, także nie były to nasze słynne F-16 Sokoły.Które śmigają gdzieś tam nad wschodnią granicą. Ale był to okrągły kształt odwróconego spodka, więc klasyczny latający spodek w barwach biało czerwonych. Stanąłem zdumiony i przyglądam się.
Na początku jeszcze przez chwilę zastanawiałem się, zanim on się przetarł wyraźnie te swoje kształty pokazał, czy w zasadzie nie jest to na przykład wielka tabletka Tylenolu albo coś w tym rodzaju. Ale nie, to był spodek. I ten spodek wysunął trzy wielkie nogi, wylądował z lekkim sykiem i mlaśnięciem na tej łące. Ja patrzę uważnie, co się będzie działo i nagle pojawia się taki rodzaj wirtualnych ruchomych schodów. Znaczy ja tak wyobrażałem sobie, że to są ruchome schody, ale one się nie pojawiły, tylko po prostu coś spłynęło na dół. Zaczęli spływać kosmici. W tym momencie już bardzo się zrobiłem czujny, bo w zasadzie jest to taka sytuacja, że nie wiadomo, czy zostać w tym śnie, czy się może raczej już ewakuować, żeby nie było za późno, bo nigdy nie wiadomo, czy to będzie abdukcja, czy coś może jeszcze innego albo coś jeszcze gorszego. Nie wiadomo, co jest na razie grane, ale myślę poczekam, bo jestem taki ciekawski. Zobaczę jak się ta sytuacja rozwinie. Z tego biało czerwonego spodka zaczęli ci kosmici nagle zjeżdżać taką niewidzialną windą, lądować w tej trawie.
Zaczęli się do mnie zbliżać. Okazało się, że to nie są kosmici, bo w zasadzie nie da się ukryć, byłem w stanie odróżnić płeć ze względu na zewnętrzną fizjonomię owych postaci, że są to nie kosmici, a są to kosmitki. Taką dość sporą grupą. Może 10, może 11, a może nawet cały tuzin. Nie zdążyłem tego przeliczyć, bo oczywiście zdumienie robi swoje, także łatwo się w takich warunkach pomylić. Te kosmitki się zbliżają w moją stronę. Wszystkie są w ogóle w typie takim troszeczkę aryjskim, z rozwianym bujnie blond włosem, lekko zakręconym na wietrze. Doskonale pasują do tych kaczeńców czy tam innych mleczy. One się zbliżają i te wszystkie kosmitki, proszę państwa, są w strojach kąpielowych. To też było zdumiewające i w zasadzie w takim stanie człowiek nie rozmyśla, jak to zinterpretować.
Zwłaszcza że okazało się, że te stroje kąpielowe są również w barwach biało czerwonych, także bardzo patriotycznych. Kiedy już podeszły całkiem bliżej, okazało się, że to są kosmitki, które są absolutnie identyczne. Są swoimi własnymi klonami i wszystkie wyglądają jak Marilyn Monroe. Pomyślałem sobie, że na takie wzięcie to ja się chyba piszę i te wszystkie straszliwe historie to jakaś chyba ściema jest, bo moje wzięcie wygląda całkiem dobrze i myślę, że wtedy właśnie gdzieś zgubiłem ten czas, który ja powinienem jakoś inaczej wykorzystać. Zanim się zorientowałem, że już trzeba wyjść w jakiś sposób na spotkanie, że trzeba się zbliżać do tego pięknego biało czerwonego spodka. Kiedy zacząłem przedzierać się przez te kaczeńce i trawy, wyrywać je, żeby sobie jakoś tą drogę ułatwić, sen nagle się skończył. Teraz nie wiadomo, co było dalej. A może to po prostu jest taki sen w odcinkach. Także każdej nocy liczę, że on się jeszcze raz przyśni, ale póki co jeszcze mi się nie przyśnił. Ale ta historia wydarzyła się w tym śnie tak bardzo kolorowo i tak bardzo realnie i tak bardzo wyraźnie, że zdecydowałem się państwu opowiedzieć.
Nie mam pojęcia, co sobie o mnie teraz myślicie. Prawdopodobnie niektórzy myślą o tym, że być może przydałoby się poleżeć gdzieś na kanapce w jakimś zacisznym gabinecie, ale ja tam się jednak raczej nie wybiorę. Myślę, że z tymi wszystkimi schorzeniami, jakie mam, włącznie z tymi, które ewentualnie gnieżdżą się w mojej głowie, jest mi bardzo dobrze. I póki co, ponieważ nie stanowię jakiegoś zagrożenia zewnętrznego, jakoś może sobie z tymi wszystkimi historiami poradzę. Kiedy zacząłem oglądać sobie te daty, kiedy to się mniej więcej wydarzyło, to rzeczywiście wydarzyło się to gdzieś w okolicy tego 11 listopada. Czyli cała Polska maszerowała, świeciła racami, wymachiwała flagami, machała skrzydłami orłów dookoła, robiąc potężne przeciągi na głównych ulicach miast, a u mnie w taki patriotyczny sposób wylądowało biało czerwone UFO. To wszystko zobaczycie państwo ewentualnie na tej ilustracji, jeżeli Marek bawiąc się myszką nie skasuje tego obrazka. Taka historia mi się przydarzyła i pomyślałem sobie, że może to jest taki obiecujący dobry początek na temat tego, żeby o czymś porozmawiać, żeby nie zostać, nie utkwić w jakimś jednym temacie i trzymać się go kurczowo. To jest zazwyczaj bardzo często problematyczne, a już szczególnie problematyczne jest to w listopadzie, bo czasami rozmawiam z przyjaciółmi, co oni o tym listopadzie sądzą. Oni mówią, że o tym listopadzie to najlepiej jest zapomnieć.
Oni wszyscy zapominają, bo się nic nie wydarza w takim listopadzie. I to jest taki miesiąc praktycznie zmarnowany. Mówi się 12 miesięcy, a tak naprawdę to tych miesięcy jest 11. Niektórzy nawet mówią, że 9, ale to chyba z czymś innym kojarzą. 9 miesięcy to zupełnie inna data. Kojarzy się z czymś innym. Też jest zmiana stanu skupienia, ale to zupełnie inna historia. Podobno ten listopad, ja sam na niego narzekam, że ten listopad jest taki ponury i taki w ogóle nic się nie dzieje. A przecież bardzo dobrze się zaczyna, bo zaczyna się najpierw Halloween, potem Świętem Zmarłych. Święto Zmarłych, jakkolwiek na to nie spojrzeć, takie poważne i trochę dostojne święto zadymione mocno kadzidłem i rozświetlone tymi wszystkimi świecami na różnych bardzo poważnych, wyfrotterowanych, odpolerowanych, wyłaksowanych grobowcach.
Ale jest to wydarzenie towarzyskie. Ludzie się spotykają, rozmawiają ze sobą, mają okazję wymienić swoje poglądy iI to już jest coś. Nie trzeba długo czekać. 11 listopada w Polsce święto narodowe, w moim obecnym kraju jest to Dzień Weterana. Większość tych weteranów albo już ledwo żyje, albo już nie żyje. Teoretycznie ma być poważnie i dostojnie. Ale znowu mamy kolejne święto i już lada chwila nadciąga Thanksgiving, czyli Święto Dziękczynienia. Ostatnie święto w listopadzie, które bardzo lubię. Jest to w zasadzie święto idealne, bo nie ma żadnego kontekstu religijnego ani za bardzo patriotycznego. Już mi szepczecie i podpowiadacie, że Thanksgiving dobrze się zaczął, a potem wyginęli wszyscy Indianie.
Zapewne tak się stało. Natomiast ewolucja Święta Dziękczynienia przez te paręset lat spowodowała, że stało się kompletnie neutralne. Są to tak naprawdę spóźnione dożynki, bo jest to święto, gdzie siedzi się przy suto zastawionym stole. Jest to stół jeszcze bardziej zastawiony niż w święta Bożego Narodzenia. Święta Bożego Narodzenia jedni obchodzą, inni nie, bo jedni chodzą do Kościoła katolickiego, inni prawosławnego i już mają inną datę. Inni chodzą do synagogi i w ogóle nie za bardzo się mogą zorientować w tym święcie. Jeszcze inni chodzą do meczetu. To już kompletne jest zamieszanie. Tak że nie wszyscy obchodzą święta Bożego Narodzenia, ale Święto Dziękczynienia obchodzą wszyscy. Zwłaszcza że sytuacja jest sprzyjająca, bo zazwyczaj są dwa dni ekstra wolnego, płatne, co ma ogromne znaczenie.
Sklepy mają potworne obroty, sprzedają masę jedzenia. Jest to święto obżarstwa. Ja je bardzo lubię, bo już się przyznałem w mojej nowej audycji „Polaraxa”, że uwielbiam placek dyniowy. A placek dyniowy jest symbolem tego święta, klasycznym deserem. Tak że spodziewam się, że w przyszłym tygodniu znów mi się uda popróbować placka dyniowego i to w nieprzyzwoitych ilościach. Na to wygląda, że listopad wcale nie jest ani nudnym świętem, ani aż takim strasznie ponurym świętem, dużo się dzieje, są różne wydarzenia. Chociaż rzeczywiście te skojarzenia, że ten czas, coś z nim się dzieje w jakiś sposób wpadamy w nową pętlę, bo wiadomo, pogoda się zmienia, ale też zmienia się czas z letniego na zimowy. W różnych miejscach jest to w różnym czasie. Znów czas. Jesteśmy tak w nim uwikłani, że w zasadzie wychodzi na to, że ten czas, czwarty wymiar, jest jeszcze bardziej istotny od tych trzech, w których żyjemy na co dzień, bez których nie potrafimy się obyć.
Jak się okazuje, jednak to czas rządzi tymi trzema wymiarami. On jest tym największym i najważniejszym ze wszystkich wymiarów. Ciągle dokądś się spieszymy, ciągle gdzieś brakuje nam na coś czasu. Mnie na przykład brakuje czasu na to, żeby zrobić kolejną audycję. Bardzo się mocno podpaliłem do robienia moich historii YouTube'owych, których już pojawiło się sześć. Siódma już dawno powinna być zamontowana, ale brakuje trochę czasu. Dlatego że okazuje się, że w takiej pracy też temu szefostwu brakuje czasu, żeby wykonać plan pięcioletni czy dziesięcioletni, który trzeba zdążyć przed końcem roku, przed jednym świętem, przed drugim świętem. Więc jest pogoń, żeby złapać ten czas. W poszukiwaniu zaginionego czasu wyprawa trwa i dlatego trzeba dużo czasu spędzać w pracy, siedzieć długie godziny. A potem na deser dostać sobie przejażdżkę w potężnym korku.
A przez to, że ten czas został zmieniony i teoretycznie mówi się, że zyskaliśmy w ciągu jednego dnia godzinę, bo mogliśmy dłużej pospać, to oddaliśmy godzinę wieczoru i jakoś o tym nikt nie mówi. To nie ma tak, że coś zyskaliśmy. Jak się coś zyskuje, to się coś oddaje. Gdzieś musi być równowaga. Tak że przez to, że ten czas troszeczkę się przesunął o tę jedną godzinę, okazuje się, że zmrok zapada znacznie wcześniej i jedzie się jak przez czarną czeluść piekieł albo kosmiczną czarną dziurę. I tylko samochody dookoła wskazują, że istnieje jakieś życie. Ale w zasadzie te samochody i ci ludzie obok mnie jadący w okropnych korkach jak jacyś potępięcy, jak jacyś zombie, powoli przesuwają się do przodu w swoich żelaznych trumnach lekko przeszklonych z góry, tak że najwyżej od czasu do czasu możemy na siebie rzucić okiem. Ktoś zapala papierosa, ktoś sobie coś przyświeca, ktoś wysyła text message, czyli SMS-a, bo przy takim tempie w zasadzie niczemu to już nie przeszkadza, nie ma to większego znaczenia. I czasami wyjeżdża się na niewielkie wzgórze i z tego wzgórza jest przepiękny widok na trzypasmową autostradę w jedną stronę, trzy pasma w drugie. I układa się piękna polska flaga, bo z jednej strony światła białe, a z drugiej strony światła czerwone.
Wygląda to jak polska flaga, ale też może wyglądać jak Aleja Zasłużonych na Powązkach rozświecona, taka cmentarna aleja. To jest dobra piosenka listopadowa. Śpiewał ją kiedyś niejaki Piekarczyk, który był w TSO. O tej, że idzie sobie cmentarną aleją. I to jest doskonała piosenka na listopad. Pewnie większość z was nie pamięta już tego typu piosenek. To było dawno temu. Ale jadąc takim samochodem cmentarną aleją w listopadowy wieczórPo prostu człowiek się stresuje, bo już wie, że nie zdąży na to, nie zdąży na coś innego. A ja na pewno nie zdążę zrobić następnej Poliraksy i trzeba ją będzie odłożyć, mimo że tematów jest zatrzęsienie. Czasami piszecie do mnie, że w takim tempie zabraknie mi tematów.
Jest to absolutnie niemożliwe. Gdyby była taka możliwość i miałbym wystarczającą ilość czasu, byłbym w stanie taki program robić każdego dnia i tematów by nigdy nie zabrakło. I nie byłoby to, jak niektórzy mówią, lanie wody. Dziś jest lanie wody w lany, nawet nie lany poniedziałek, w listopadowy wieczór. Zresztą bardzo niedzielny. I kiedy jedzie się tym autem i kiedy tego czasu najwyraźniej brakuje, kiedy poziom kortyzolu zaczyna wzrastać i wylewać się gdzieś na podłogę samochodu, niestety okazuje się, że tego życia nam ubywa. Nie dość, że go marnujemy, to jeszcze ubywa go nam ze względu na stres. I znów dochodzimy do fundamentalnej historii w kwestii czasu, że tak naprawdę marzy się nam, żeby go mieć jak najwięcej. Marzy się nam, żeby żyć jak najdłużej, jak najzdrowiej. Oczywiście dziś jest to rodzaj gigantycznej mody.
Internet roi się od najrozmaitszych recept, jak być młodym i pięknym albo odwrotnie: kiedy jeść na przykład kurkumę, a potem zjeść kokosa czy odwrotnie. I wówczas ma się wydarzyć olbrzymi medyczny cud. Mamy odmłodnieć, mają nam te zmarszczki i tapeta odpaść z twarzy i włosy mają się wyprostować. Jeszcze u niektórych nawet siwizna ma się kompletnie zaczernić. Widać wyraźnie, że dookoła nas każdy marzy o tym, żeby ten czas w jakiś sposób dogonić, mimo że sami się wprowadzamy w tą pułapkę czasową, że ciągle gonimy, bo jesteśmy spóźnieni. Ciągle musimy zdążyć do pracy, musimy zdążyć na spotkanie, musimy zdążyć z zapłaceniem rachunków. Musimy wszędzie zdążyć. Musimy nawet zdążyć do kościoła w niedzielę, musimy zdążyć na obiad, bo wystygnie. Ciągle dokądś się spieszymy. Oczywiście wiadomo, musimy zdążyć na mecz, jak gra polska reprezentacja, jak na przykład ostatnio z Meksykiem.
Nie udało mi się tego obejrzeć. Podobno była klęska. Znaczy na pewno była klęska, bo wszyscy Meksykanie, których znam, byli uradowani, że dokopali Polsce.
[20:29] - Możesz się cieszyć, że tego nie oglądałeś. Zaoszczędziłeś trochę czasu.
[20:33] - Właśnie. Ja zaoszczędziłem trochę czasu, ale inni dobrze spędzili czas. Zwłaszcza Meksykanie bardzo dobrze spędzili czas. Tak że ciągle gonimy za tym, żeby mieć tego czasu więcej. Okazuje się jednak, że w zasadzie nie trzeba tak do końca. Ja myślałem, Marku, że ty się bawisz tą myszką, a ty, widzę, tutaj czujnie nasłuchujesz, co tu się dzieje na falach radiowych.
[20:57] - Ja tu jedną ręką bawię się myszką, a drugą ręką kręcę gałkami.
[21:02] - To jest przyjemna zabawa. A ja kręcę językiem, bo opowiadam historię i nie wiem, kiedy tę audycję mi po prostu wyłączy, jak dalej będę w ten sposób gadał. Bo dzisiaj trochę gadam od rzeczy, ale raz na jakiś czas mam nadzieję, że skoro jest to mój program, to mogę sobie na to pozwolić. Ale wracam do tej pogoni za tym zagubionym czasem i okazuje się, sam to odczułem z własnego doświadczenia, że czasami taki — znów to słowo czas ciągle się przejawia — czasami, kiedy wyrwać się z takiego mechanizmu, w którym jesteśmy uwikłani, w którym jesteśmy zamknięci, z tej szklanej pułapki czasu, która nieustannie kontroluje nas w jakiś sposób. Kiedy udaje się wyrwać nawet na bardzo krótki moment, następuje olbrzymia zmiana i wówczas jest szansa, żeby stanąć z boku i przejrzeć na oczy. I czasami tak rzeczywiście jest, bo na przykład gdy się zastanowić, jak to się dzieje, że niektórzy ludzie pędzą za tym czasem i okazuje się, że nawet czasu nie mają żyć i umierają w bardzo młodym wieku. Coraz młodsi ludzie umierają. Kiedy jesteśmy w tym listopadowym miesiącu, mówienie o śmierci nie powinno być chyba niczym złym. Ci ludzie, jak zawsze, umierają przedwcześnie. Wszyscy tak mówią, że umierają przedwcześnie, ale dziś w niewidzialny sposób granica tego wieku zaczyna powoli spadać w dół.
I to oznacza, że coś niedobrego dzieje się w tej naszej zakręconej w czasie cywilizacji. Że gdzieś zrobiliśmy jakiś błąd, zgadzając się na taki układ, żeby próbować nadążyć za tym czasem. Bo wystarczy popatrzeć na ludzi, którzy nie podążyli za tą modą. Jest taka wyspa grecka, nazywa się Ikaria. Jest ona zagubiona w miriadach wysp gdzieś na Morzu Egejskim. Z Aten na przykład, żeby tam dopłynąć promem, trzeba płynąć dziewięć godzin. Dużo czasu, mało czasu? To wszystko zależy od punktu widzenia. Dla Ikaryjczyka to jest żaden czas. Dla innych może tak, bo praktycznie jeden dzień z wakacji odpada, żeby tam dopłynąć.
Ale dlaczego ta wyspa jest taka interesująca? Dlatego, że jedna trzecia populacji tej wyspy to są ludzie, którzy przekroczyli 90. rok życia. Czyli oni mają gdzieś jakąś tajemnicę, w jaki sposób oszukać ten czas. Na dodatek to nie są staruszkowie, którzy poruszają się, wręcz czołgają na wózkach inwalidzkich czy w ogóle nie za bardzo kontaktują, kim są i jak się nazywają. Nie, oni kontaktują doskonale. Ciągle są niezwykle aktywni, ciągle są zadowoleni z życia, są bardzo produktywni. Potrafią zarobić trochę pieniędzy, potrafią dobrze się zabawić. Nawet, co mi się ogromnie spodobało, mają tam... swoje regaty i są to regaty, które startują z Ikarii, płyną na Samos, tam zawracają gdzieś na boi i wracają z powrotem.
Odbywają się te regaty każdego roku. Jest tylko jedno wymaganie: minimalny wiek dla kapitana i załogi to jest 70 lat. Także siedemdziesięciolatkowie to jest absolutna młodzież. To reprezentacja młodzieżowa startuje w tych regatach. Natomiast dziewięćdziesięciolatków i w górę, i ponad stulatków jest jedna trzecia. Zaczęto się zastanawiać. Rzeczywiście przyjechała tam masa naukowców, żeby zbadać, co się tam wydarzyło, jaki niezwykły eliksir życia jest na tej wyspie, żeby go móc pobrać, potem zapakować w jakieś celofanowe woreczki i sprzedawać za ciężkie pieniądze. Okazało się, że takiego eliksiru nie ma. Ten eliksir jest w sposobie życia. Ci ludzie po prostu donikąd się nie spieszą.
Ci ludzie, jeżeli się umawiają, to się umawiają w trzech terminach: albo o świcie, albo w południe, albo wieczorem. I można się spóźnić. Nic się nie wydarzy, jeśli ktoś się spóźnia na takie spotkanie. Także nie ma tego ciśnienia. Na dodatek nie są chciwi. Zarabiają tylko tyle, ile im jest potrzebne do życia. Nie gonią do tego, żeby wypchać sobie konto gigantyczną ilością zer. Nie gonią do tego, żeby kupić sobie eleganckiego, świecącego, błyszczącego, srebrnego Mercedesa, bo tam nawet za bardzo nie ma gdzie jeździć. Nie potrzebują tego typu rzeczy, także potrafią żyć szczęśliwie. Nie produkują tego kortyzolu, który my produkujemy w nadmiernych ilościach i który nas zabija.
Doprowadzili to wręcz do takiej sytuacji, że nawet te swoje sklepiki, które prowadzą na tej wyspie, to oni w zasadzie prawie że nie spędzają w nich czasu, dlatego że sklepy są puste. Do takiego sklepu się wchodzi. Na półkach stoją różne towary, są podpisane ceny i jest szkatułka, gdzie można zostawić pieniądze za dany towar. Jest to system honorowy, który oni uważają, że jest to najlepszy system na świecie, że każdy wie, ile ma zapłacić. Każdy w głębi duszy jest uczciwy i nie ma po co oszukiwać. A jeżeli oszuka, to już jest jego sprawa. To już jest jego problem, z którym będzie musiał żyć. To jest jego karma, która gdzieś tam być może go dogoni. Ale ludzie na Ikarii żyją dalej szczęśliwi właśnie w taki sposób. Także okazuje się, że zwolnienie tego czasu, zwolnienie swojego sposobu patrzenia na życie może stworzyć cuda.
Także w taki sposób można zyskać czas. Niekoniecznie trzeba się przenieść na Ikarię, ale po prostu może lepiej przestać się spieszyć. Gdyby nie było tak ciemno, to wysiąść z tego samochodu, z tego korka i pójść gdzieś na grzyby. Ale już jest ciemno i na dodatek za zimno i pewnie już nie grzyba się znajdzie, ale złapie się wilka i wtedy jest jeszcze gorzej. Także nie jest to dobra rada. Sami widzicie, że mam temat nie do końca przemyślany, a w zasadzie w ogóle nieprzemyślany. I tak właśnie jest, kiedy nie ma czasu. W taki sposób trzeba szyć audycję Paralaksę w niedzielnym kazaniu w Radiu Paranormalium. I nie można się niestety bawić myszką, jak co niektórzy. Kiedy znów wracając do tego wątku długowieczności, tego wątku spróbowania, w jakiś sposób uchwycenia tego czasu, przedłużenia sobie tego czasu życia, szczęśliwego czasu życia albo czasu cierpienia, bo czasami żyje się dłużej, ale cierpi się bardzo długo.
Czy jest to warte zachodu, czy nie? Warto o tym czasami pomyśleć, tak myślę. I okazuje się, że czasami ta długowieczność niekoniecznie musi wypływać z tego, że po prostu żyje się tak wspaniale i higienicznie. Można nie żyć higienicznie, a okazuje się, że można dożyć wielu długich lat życia. I niestety w takich sytuacjach to, co się wówczas dzieje, jest kompletnie poza nami, dlatego że wynika to z unikalnego garnituru genów, jakie posiadamy, a właściwie z mutacji tego naszego kodu genetycznego. Na przykład tu w Stanach jest taka sekta, która jest nazywana Amisze i oni żyją w różnych miejscach. Żyje ich trochę w New Jersey, żyje ich bardzo dużo w Pensylwanii, ale żyją także w Indianie i w innych stanach. I właśnie ci Amisze w Indianie, czyli indiańscy Amisze, można tak powiedzieć, okazuje się, że żyją średnio, obliczono to matematycznie, jakieś 10% dłużej niż cała reszta ludzi dookoła. A także inni Amisze. To oczywiście zastanowiło tutejszy system medyczny.
Jak to się dzieje, że tacy Amisze, którzy przecież są tak zacofani, nie korzystają z dóbr naszej cywilizacji, oni żyją tak długo. Zaczęli ich badać. Doprowadzili wręcz do rozłożenia takiego Amisza na części i zbadali ich kod genetyczny. Okazało się, że tam właśnie znaleźli unikalny gen. Ten gen nazywa się Serpine one i on właśnie sprawia, że ludzie żyją dłużej niż ustawa przewiduje. Zabrali się za to wszystko naukowcy i pewnie bym o tym nie wiedział, ale opublikowali właśnie badania. Zresztą w ostatnią środę w magazynie Science Advance. Jest to absolutnie fascynująca historia. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że istnieją takie geny, które potrafią przedłużyć życie. Ten Serpine one jest to taka proteina, która jest tworzona w chromosomie siódmym i ta proteina w bardzo interesujący sposób nazywa się spowalniaczem aktywatora plazminogenu lub w skrócie PAI-1.
Także wszystko zależy od tego, jaką nazwę chcecie używać, ale ten spowalniacz aktywatora plazminogenu brzmi niesamowicie. Plazminogen to jest to białko w surowicy krwiKtóre wytwarzając się powoduje degradację komórki. Ta degradacja komórki sprzyja powstawaniu cukrzycy, alzheimerowi, reguluje produkcję insuliny, czyli w tym przypadku zwiększa. Jeżeli produkowany jest spowalniacz aktywatora plazminogenu, to okazuje się, że jest w stanie wyregulować produkcję insuliny i likwiduje na przykład efekt stresu, którym żyjemy. Jednocześnie wpływa na to, jak długie są telomery. Okazuje się, że taki Amisz z Indiany ma najdłuższego telomera niż inni ludzie. Ma on sobie tego telomera z czego skracać i dlatego żyje sobie bardzo dużo. Nie wszyscy Amisze w Indianie są tacy. Zbadano ich 200. Okazało się, że 243 ma taki gen.
Zbadano ten gen dokładnie. Zbadano reakcję, jaką wywołuje i dziś mówię o tym dlatego, że naukowcy, jak to naukowcy podłączeni pod wielką farmę, już wymyślili, jak takiego spowalniacza wyprodukować chemicznie. Mają go stworzyć w przyszłym roku. Mają rozpocząć eksperymenty na szeroko pojętej ludzkiej populacji tutaj w Stanach. Ale w międzyczasie okazało się, że w Japonii po cichutku to zbadali, zrobili i od jakiegoś czasu robią. Robią to w szkole medycznej Tohoku i już w tej chwili eksperymentują z tym, w jaki sposób stworzyć tego spowalniacza i w jaki sposób doprowadzić do tego, żeby ludzie żyli najdłużej. A jak wiemy, Japończycy żyją najdłużej ze wszystkich nacji. Co się stanie, jak wyprodukują spowalniacza? Będą żyli po 120 lat. Zwłaszcza, że takim odpowiednikiem Ikarii, o której wspominałem wcześniej, jest wyspa Okinawa, gdzie przynajmniej jedna trzecia wyspy jest grubo po dziewięćdziesiątce i trzyma się i to w świetnym zdrowiu.
Je sushi z ołowiem czy z czystą rtęcią i w ogóle nic ich nie rusza. Są to absolutnie interesujące sposoby i podejścia do tego, w jaki sposób nadrobić ten czas, w jaki sposób go troszeczkę zahamować, w jaki sposób zmienić coś w naszym życiu, żeby przynajmniej jakość życia się choć trochę poprawiła. Marku, nie wiem, bo u mnie wszystko zamarza. Halo?
[32:43] - U mnie nie.
[32:44] - Czyli wszystko działa, tak? Halo?
[32:50] - Wszystko gra i buczy.
[32:51] - Wszystko dobrze. W takim razie wracam do tematu i kontynuuję go dalej. Pewnie państwo teraz troszeczkę drapiecie się w głowie. Myślicie sobie: „Ten Miekina pewnie już chyba dzisiaj oszalał. Ciekawe co on pije”. Już wam mówię co piję. Piję herbatkę imbirową z dużą cytryną w największym kubku, jaki znalazłem w domu. Taki mały rodzaj wiaderka. W zasadzie taki całe jest. Na długo wystarczy.
Nie wiem, jak imbir działa. Jeżeli działa jak dziś, to właśnie dzisiaj tego efekt. Kiedy przesłucham sobie tę audycję, niechętnie co prawda, po jej zakończeniu zobaczę, czy nadużywać tego imbiru, czy nie. Ale wracając do tematu i pościgu za czasem. Praktycznie każda kultura wytwarza swoje własne metody, naturalne podejście do zdrowia, do tego, żeby życie sobie przedłużyć, do tego, żeby ochronić się przed nim. Generalnie tkwi to niemalże w każdej kulturze, jaką znamy. Tkwi to też w kulturze polskiej. Na przykład przyglądam się temu, co wciąż istnieje na Podlasiu. Podlasie jest przepięknym miejscem. Ma tylko jedną małą wadę.
Nie ma dostępu do morza. Ale może jakby rozporządzenie zostało wydane, to można by ten dostęp przyznać. Wówczas byłoby perfekcyjnie. Na razie nie ma, ale ciągle jeszcze Podlasie żyje swoim własnym, troszeczkę historycznym rytmem. Z tego względu, że Podlasie żyje na pograniczu kulturowym. W tym miejscu mocny, twardy katolicyzm troszeczkę rozmywa się i wpuszcza w swoją własną przestrzeń prawosławnego ducha, w którym metafizyki jest bardzo dużo. Tak jak i w byłej Polsce, na Białorusi wciąż jeszcze funkcjonuje coś takiego albo taka osoba, którą się nazywa szeptucha. Dzisiaj my wszyscy, jak coś nas boli, idziemy na internet. Mało kto najpierw idzie do lekarza. Wszyscy się znają na medycynie, wszyscy się znają na chorobach, tak samo jak i na polityce.
Szukają różnych sposobów i można sobie zrobić tym krzywdę. W dawnej Polsce i obecnie już się to kończy na Podlasiu i kończy się też na Białorusi, istniała tradycja leczenia, która w sposób naturalny stosowała różne siły natury w połączeniu z metafizyką. To były te szeptuchy, babki, nawet takie słowo ciekawe „majściery”. Tak na nie mówiono. Ta instytucja, bardzo zresztą unikalna, przetrwała w sumie 1000 lat chrześcijaństwa. Przetrwała stalinowski komunizm, ale prawdopodobnie nie przetrwa globalizmu. Młodzi ludzie już się do tego nie garną. Nie chcą słuchać tych historii. Uważają, że wszystko to jest prymitywne, że internet jest lepszy, że tam znajdą lepszą radę niż od uzdrowicielki, czyli szeptuchy, która leczy za pomocą rytuałów i za pomocą modlitw.Te modlitwy są bardzo interesujące. W ogóle cała wiedza przekazywana jest ustnie.
Tej wiedzy się nie zapisuje. Jeżeli się zapisuje gdzieś taką modlitwę, należy później taką kartkę spalić. Dlatego tego typu zapisów zostało bardzo mało. Etnografowie kilka nazbierali, ale jest to wszystko przekazywane ustnie. Także jest to unikalna i bardzo krucha tradycja. Tak jak powiedziałem, przetrwała tysiąc lat. Dziś już ma małe szanse. Taką modlitwę, która jest rymowanką prawdopodobnie dlatego, że łatwiej się zapamiętuje, recytuje się jednym tchem i najlepiej nad garnkiem wody. Woda jest doskonałym medium i wówczas pacjent pije taką wodę, nią naciera na przykład chore miejsce przez trzy dni i okazuje się, że zdrowieje. Musi to działać, bo inaczej taka szeptucha nie przetrwałaby dwóch miesięcy.
A skoro tysiąc lat przetrwały, to w takim razie musi to działać, jakkolwiek na to nie patrzymy. Uważa się na przykład, że mocna szeptucha jest w stanie nawet pełnić rolę egzorcysty. Jest w stanie wypełnić złego ducha, jakiegoś kołtuna, który gdzieś rośnie w głowie. I mimo że widzimy tutaj masę pogaństwa, cała ta instytucja doskonale wkomponowała się w chrześcijański obyczaj. Takim przykładem jest krzyż, który stawia się gdzieś za wsią. Jest to krzyż, który ubiera się w kobiece szaty i z jednej strony mamy symbol chrześcijański, ale z drugiej strony mamy wyraźnie pogańską boginię. Także jest to niezwykły koktajl, który niestety zanika na naszych oczach. Te szeptuchy szukają sobie uczniów zazwyczaj wśród własnej rodziny. Bardzo rzadko szukają ich poza rodziną. Ktoś w rodzinie musi odmówić, czy wszyscy raczej w rodzinie muszą odmówić, żeby szeptucha szukała swoich uczniów gdzieś dalej.
Jest to interesujący proces selekcji, bo ona obserwuje te dzieci, bo trzeba znaleźć sobie takie dziecko. Najlepiej kiedy dziecko ma między 7 a 12 lat. Wówczas w tym czasie przekazuje mu swoją całą wiedzę, ale to dziecko może z kolei zostać szeptuchą, bo szeptuchą może być i kobieta, i mężczyzna. Nie jest to zbyt męski zawód, także kobiet jest więcej w tym zawodzie szeptuchy. I mimo że na przykład taka dziewczynka w wieku między 7 a 12 lat przyjmuje całą tą wiedzę, to sama może zostać szeptuchą dopiero wtedy, kiedy założy swoją własną rodzinę, wychowa swoje własne dzieci i się zestarzeje. Czyli mówiąc dzisiejszym współczesnym językiem, przejdzie menopauzę, uspokoi się trochę i wówczas dopiero będzie godna zaufania i będzie godna tego, ażeby móc reagować w sytuacjach, które są trudne, gdzie ludzi trapią choroby, ale nie tylko choroby ciała, ale także choroby duszy, do którego szeptucha ma w jakiś sposób dostęp. Szeptuchy nie pobierają za swoje usługi pieniędzy. Jeśli już, to biorą drobne prezenty, owoce, słodycze, monety. Monety przekazują zazwyczaj cerkwi. Szeptuchy nie mogą pić alkoholu, a wróżą i czytają ze znaków na przykład na chlebie, soli, na popiele, z wody, wosku, cukru.
Dziś los szeptuch wydaje się być przesądzony i wydaje się, że już po nich, po tych ostatnich szeptuchach, które gdzieś jeszcze są na Podlasiu i wciąż jeszcze są na Białorusi, już po nich nikt więcej szeptał nie będzie. Także w zasadzie wydaje się, że ta historia zmierza do swojego końca. Ta olbrzymia tradycja, która trwała tyle lat, zaginie i być może nigdy się nie odrodzi. Ale niekoniecznie tak musi być. Bo skoro jesteśmy przy tego typu historiach, przy tego typu magii i metafizyce, która sięga gdzieś w głęboką przeszłość.
[40:19] - Oj, mamy problemy duże z połączeniem. Halo, Krysiu, czy się słyszymy?
[40:25] - Tak, słyszę cię teraz.
[40:26] - U mnie stało się coś z połączeniem internetowym. Całkiem siadło przez chwilę, ale widzę, że już wszystko wstaje i zaczyna normalnie działać. Także możemy kontynuować.
[40:39] - Może za bardzo bawiasz się tą myszką i widzisz co narobiłeś. Pokręciłeś nie tą gałką, nie w tą stronę i takie są efekty. Ale myślę, że w zasadzie chyba ostrzegaliśmy, że dzisiejszy dzień nie będzie takim zwykłym i normalnym dniem, jakimi odbywają się Paralaxy. Także wszystko się może wydarzyć i dzisiejsza Paralaxa jest tego przykładem. Po prostu tak mi się wydaje, że materia internetu nie wytrzymuje już chyba tego, o czym opowiadam. Chyba z tymi szeptuchami troszeczkę przegiąłem, chociaż temat mnie bardzo fascynuje i trochę mi żal, że coś takiego odpływa gdzieś w głęboką przeszłość. Ale mówiłem o tym, że czasami coś wypływa na światło dzienne z bardzo głębokiej przeszłości, czasami sprzed tysięcy lat. Właśnie przeszukiwałem Amazon w poszukiwaniu siekiery, bo muszę porąbać troszeczkę drewna na zimę. Podobno sroga zima idzie i Indianie już od dawna zbierają chrust, więc wiem, co mnie czeka. I przez przypadek natrafiłem na coś, co się nazywa egipski magiczny krem.
W jaki sposób zwróciło to moją uwagę? Dlatego, że były tam portrety i Nefretete, i Kleopatry. I myślę sobie jakieś pewnie są związki ze starożytnym Egiptem, który mnie fascynuje i nie tylko mnie. Myślę sobie zajrzę, dowiem się więcej, co się z tym wszystkim tam dzieje, z tym kremem i z tą Kleopatrą. I okazało się, że gdzieś w jakimś grobowcu czy nawet w samej piramidzie, wśród różnych artefaktów, jakie odnaleziono i odkryto, znaleziono także słoik kremu.Przeanalizowano ten krem, co w nim jest i odtworzono go. I okazało się, że podobno krem działa cuda. Prostuje wszystkie zmarszczki. Skośne oczy robi proste. Można nakładać na twarz, usta, ręce, pewnie też i na miejsca, gdzie zazwyczaj słońce rzadko dochodzi. I ten krem idzie jak boda.
Jego sprzedaż tak mnie zainteresowała, że zacząłem badać, co się z tym wszystkim dzieje. Jego sprzedaż w ostatnim czasie wzrosła o 5000%. Także jest to coś niebywałego. Na Amazonie można oczywiście oceniać produkt i maksymalna ilość gwiazdek to jest pięć gwiazdek. Tysiące osób, które oceniały ten produkt, dały mu właśnie pięć gwiazdek. Także coś w tym musi być. Za taki słoiczek tego kremu trzeba zapłacić bagatela 16 dolarów. A w środku? W środku znajdują się produkty pszczele. I tak myślę sobie, że w zasadzie nie trzeba jechać do starożytnego Egiptu czy gdzie indziej, żeby sobie taki krem zrobić, bo składniki to są składniki takie jak wosk pszczeli, oczywiście miód, pyłki kwiatów, które są tutaj zwane pierzgą, zdaje się, bo to są pyłki kwiatów, które fermentują w ulu.
Jest też mleczko pszczele. To mleczko jest bardzo unikalne. Tym mleczkiem przez bardzo krótki okres czasu żywią się larwy, a jest to także napój królowej. Królowa pszczół przez całe swoje życie pije tylko takie mleczko. Także coś w tym musi, w tym unikalnym produkcie, tym mleczku pszczelim być. Jest jeszcze kit pszczeli i wszystko to jest zmieszane z oliwą. Także niebywała historia, że produkt, który został stworzony tyle tysięcy lat temu, nagle odrodził się i ludzie zarabiają na nim w tej chwili fortunę. Także to jest przykład na to, że nigdy nie wiadomo, co z tą historią, w jaką stronę ona zatoczy tym swoim kołem i co się dalej wydarzy. Wracając do tych wszystkich historii na temat czasu życia i czasu śmierci. Można oczywiście dokonywać niezliczonych prób, aby przedłużyć sobie życie.
Tyle że prawda na temat życia jest taka sama w każdym przypadku i to jest to, czy tego chcemy, czy nie, bo każde życie wcześniej czy później kończy się śmiercią. Niestety i tak to wygląda i nic na to nie poradzimy. Natomiast to, co jest interesujące w samym fenomenie śmierci, to to, że sam moment przejścia przez tą smugę cienia jest niezwykle zagadkowy i tajemniczy. Okazuje się na przykład, że w momencie umierania na jakąś bliżej nieokreśloną ilość czasu odzyskuje się pełną świadomość. Nawet jeśli osoba leży w komie, leży rozłożona na części pierwsze na stole operacyjnym i jest kompletnie nieprzytomna przez anestezję czy przez coś innego, to nadal doskonale słyszy, co się wokół niej dzieje. Takie wnioski wyciągnęli naukowcy na podstawie analizy aż 2060 przypadków, które w tej chwili bada Stony Brook University School of Medicine i szefuje temu doktor, który się nazywa doktor Sam Parnia. On sam osobiście przeprowadził około 140 rozmów z takimi pacjentami. I te opowieści tych pacjentów przyprawiły go o gęsią skórkę. Do tego stopnia, że doktor Parnia, kiedy przeprowadzana jest operacja na przykład i to on układa, chowa w różne miejsca najrozmaitsze przedmioty, gadżety, które można zobaczyć tylko z jednego miejsca, spod sufitu. Jeżeli ktoś jest pod sufitem, będzie to widział.
W innym przypadku nie ma możliwości, żeby wiedział, że coś takiego istnieje w takim pomieszczeniu. Na pewno większość z was zna doskonale te wszystkie historie o życiu po życiu. Chyba tak to najlepiej ująć, bo ta książka „Życie po życiu” zrobiła olbrzymią karierę i okazuje się, że rzeczywiście coś w tym jest i że rzeczywiście nawet jeśli w ludzkim ciele zatrzymuje się serce, to okazuje się, że w jakiś sposób mózg pracuje dalej. Jest to coś absolutnie niezwykłego i nad tym się w tej chwili bada. Jest jedyny problem, kiedy pacjenci wracają z tamtej strony. Kiedy zostali określeni jako martwi w sposób medyczny, bo wszystkie ich witalne sygnały przestały działać. Wracają z powrotem. Zazwyczaj mają jakieś problemy psychiczne. Mają ten syndrom PTSD, ale wynika on z tego, że defibrylator i te wszystkie gwałtowne próby personelu próbujące ratować umykające życia sprawiają, że taki pacjent wpada w lekką depresję. 2% pacjentów wie wszystko, co się z nimi działo podczas gdy byli absolutnie nieprzytomni albo podczas tego czasu, kiedy uznano ich za martwych.
Jest to oczywiście niewielka liczba, ale następne 46% pacjentów pamięta bardzo dużo. Pamięta swój strach. Pamięta widok jakiegoś zwierzęcia, rośliny. Widzi jasne światło. Widzi gwałtowną działalność ludzi ratujących im życie. W tym samym czasie przypominają się takim ludziom sceny różne z przeszłości. Przeżywają je ponownie. Spotykają się ze swoją rodziną. I wielu takich pacjentów widzi siebie samych, unosząc się nad swoim ciałem i lecąc.W stronę białego światła, lecąc tak, jakby po sznurku. Tak, jakby lecieli po niewidzialnej szynie, która prowadzi ich wprost do tego białego światła.
Wiadomo, że taka osoba nie dolatuje już tam, w którymś momencie wraca i dlatego może tę historię opowiedzieć. Tych historii jest tak dużo, że już nie można ich zbagatelizować i zaczyna się za to zabierać nauka. Człowiek jest uznawany za martwego w sytuacji, kiedy przestaje pracować jego serce i w tym samym momencie powinien także przestać pracować jego mózg. Przestają się ruszać gałki oczne. W zasadzie w momencie, kiedy przestaje być pompowana krew, wszystkie oznaki życia natychmiast zastygają i z medycznego punktu widzenia taki człowiek jest martwy. Okazuje się jednak, że może ciało jest martwe, natomiast świadomość w jakimś stanie jest coś takiego przetrwać i świadomość ciągle jeszcze istnieje na długo po tym, zanim okazuje się, że jesteśmy skazani na niebyt, że coś w nas jeszcze jest. Można być człowiekiem głęboko wierzącym, można być ateistą, ale nie można podważyć faktu, że tysiące ludzi mówią o tym, że mimo że uznano ich za martwych, oni ciągle żyli i gdzieś w jakimś świecie funkcjonowali i coś mogli zaobserwować i mogli nawet opowiedzieć to, co działo się w pomieszczeniu, w którym ich ratowano. Jest to absolutnie niebywała historia, która bardzo mnie fascynuje z tego powodu, że śmierć nie do końca musi być czymś, co...
[50:26] - Znów straciliśmy połączenie. Chyba Chrisowi urwali od internetu. Chrisie, czy się słyszymy?
[50:35] - Przypominam sobie, jak pan Wołodyjowski mówił, kiedy był u kamedułów i mówił: „Memento mori” w głębokiej zadumie. To być może wcale nie oznacza, że trzeba się już pogrzebać za życia, dlatego, że wiele wskazuje i to nawet patrząc z naukowego punktu widzenia, że jest jeszcze coś za tą kruchą, cienką granicą pomiędzy życiem a śmiercią. Tu w zasadzie można by zakończyć tę audycję w nastroju zadumy i pełnego rezygnacji listopadowego smutku albo zadać przewrotne pytanie: czy aby na pewno śmierć oznacza koniec człowieka? Spokojnie, nie musicie się obawiać, bo nie będzie żadnej przypowiestki religijnej o życiu w niebie. Nie będzie też nic o reinkarnacji, nie będzie żadnej metafizyki, bo skoro mocno stąpamy po ziemi, to kontynuujmy. Kontynuujmy trzymanie się różnych najrozmaitszych twardych faktów, które mamy dookoła siebie. Czy śmierć jest końcem? Na to pytanie w zasadzie można odpowiedzieć w sposób pośredni. Nie ma chyba nikogo, kto nie akceptowałby faktu, że na przykład muzyka, film, książki, selfieki. Przepraszam, to jest właśnie listopad.
Selfieki ze smartfona są czymś realnym. Każdy wie, że jest to coś realnego. Przesyłamy je sobie nawzajem, wysyłamy w e-mailach, pokazujemy je sobie, wstawiamy na Facebooka. A przecież one istnieją wyłącznie w zapisie cyfrowym, więc generalnie fizycznie można powiedzieć nie istnieją. Nie ma medium, nie ma płyt, kaset, papierowych woluminów. A w przypadku człowieka, jeżeli zapisać go cyfrowo, to w zasadzie okaże się, że nie potrzebuje ciała. Czyli ta treść, esencja, ta zawartość, to, co określa, co jest muzyką, co jest selfiekiem, co jest przedmiotem, a co jest człowiekiem, jeżeli istnieje w komputerowym zapisie, jeżeli da się przełożyć na komputerowy zapis, wówczas rewolucjonizuje to podejście do myślenia o śmierci. Kiedy ludzka forma fizyczna, to medium, nośnik umiera i trafia do grobu, wciąż jeszcze pozostaje ta jego unikalna świadomość. Jeśli uda się znaleźć sposób, jak zapisać taką świadomość w sposób cyfrowy i na dodatek pozwolić jej dalej funkcjonować, być może odkryjemy przez to tajemnicę nieśmiertelności. Czy zastanawialiście się nad tym, że coś takiego jest możliwe?
Że w zasadzie już jesteśmy przygotowani na to przez to, że większość tych wszystkich mediów, które tak bardzo nas wzruszają, poruszają, nawet ta audycja radiowa będzie tylko i wyłącznie nośnikiem cyfrowym. Mówi o tym człowiek, którego nie za bardzo lubię. Nazywa się Ray Kurzweil. Jest to taki papież transhumanistów i głosi on połączenie człowieka z maszyną, przed którą oczywiście opieramy się z bardzo humanistycznych, humanitarnych powodów. On uważa, że takie połączenie nastąpi nie później niż w 2045 roku. Wcale nie tak długo będzie trzeba na to czekać. Mówi on o tym, że nawet jeśli nasze ciało nie da rady funkcjonować dalej, nie ma to znaczenia, bo nadal człowiek będzie żył właśnie w maszynie. Przepisany na maszynę. Wiecie, co to oznacza. Może się stać tak, że przy odpowiednim zbiegu okoliczności mówiący do was dziś te słowaBędzie w stanie robić kolejne audycje przez następne 100, 200, 300, 500 lat.
Straszne, prawda? Ja też tak myślę. Ale jest to teoretycznie możliwe i wiem, że niektórzy poczuli się troszeczkę tym faktem spłoszeni. Ale wystarczy właśnie przepisać tą naszą świadomość na język cyfrowy i znaleźć jej jakieś inne medium i wówczas może się okazać, że życie może być naprawdę wieczne, bo tylko ciało nie nadaje się do niczego. A kto wie, może w przyszłości okaże się, że będzie można to przenieść do jakiegoś innego ciała. Oczywiście jest to wciąż science fiction i różnie się to może potoczyć. W jaki sposób zmienia to nasze podejście do śmierci? Daje też nieco nadziei, że śmierć wcale nie musi być końcem, że w tym momencie czas przestaje odgrywać rolę. Bo on jednak odgrywa rolę w jakiś sposób i nawet to, kiedy mówimy o czasie, że gdzieś dla kogoś się skończył, to spójrzmy. Przez sam fakt tego, że odwiedzamy cmentarze, że zanosimy tam kwiaty, zapalamy jakieś znicze, chociażby to było raz w roku, to ciągle w jakiś sposób podtrzymujemy czas istnienia tej osoby, która już jakiś czas temu zakończyła życie.
Myślimy o niej, przywołujemy ją do życia w naszej pamięci, wyobrażamy sobie różne sceny, wyobrażamy sobie rozmowy z tymi osobami. Ja widzę, że czas zaczyna nas gonić. Marku, jak jesteśmy z czasem?
[56:10] - Do godziny 19:00 zostały jeszcze dwie i pół minuty.
[56:18] - To w dwie i pół minuty to ja mogę najwyżej się już chyba teraz z państwem pożegnać. Całe szczęście, że powiedziałem. Zaczęło się od snu, skończyło się na różnych historiach o śmierci. Mam jeszcze jedną historię. W zasadzie to jesteśmy szczęściarzami, jeśli chodzi o czas. Z tego względu, że na dziś, nie wiem, czy państwo wiecie, określono, że będzie koniec świata. Okazuje się, że znowu do niego nie doszło, bo audycja się odbywa. To znaczy, że znowu nam się udało. Miał być koniec świata, bo właśnie dookoła Słońca miał zatoczyć krąg Nibiru. Ten Nibiru miał przede wszystkim wykopać nam z orbity Księżyc i narobić strasznych historii, odpalić wszystkie wulkany i zrobić trzęsienia ziemi, tsunami, wszystko, co najgorsze i miał zakończyć świat taki, jaki dzisiaj znamy.
Także po raz kolejny udało nam się przeżyć koniec świata. Ten miał być właśnie 19 listopada, czyli dziś. Poprzednią datą był 23 września. Jak wyraźnie widać, ci wszyscy, którzy patrzą katastroficznie, zaczynają być coraz bardziej zdesperowani, coraz mocniej zaczynają dreptać w miejscu i kolejne robić przeliczenia, szukając kolejnej szansy na ten koniec świata. A świat nic sobie z tego nie robi, tylko istnieje. Z czego się wszystkiego bardzo cieszę. Pozostaje mi nic innego, tylko pozdrowić państwa, życzyć masę czasu przyjemnie spędzonego, najlepiej w doskonałym towarzystwie. Dla mnie ten czas spędzony z państwem jest olbrzymią przyjemnością i olbrzymią radością. Dlatego dzisiaj serdecznie wszystkich pozdrawiam, życząc wspaniałej reszty niedzieli i oczywiście dobrego następnego tygodnia. Dziękuję jeszcze raz wszystkim.
Dziękuję za odsłuchanie tego magazynu audio, czasami audiowizualnego. Mówił do państwa Chris Miekina. Jeszcze raz pozdrawiam. Dobranoc.
[58:13] - To był oczywiście Chris Miekina, nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy, autor serwisu Nowa Atlantyda oraz audycji Polaraksa. Od niedawna również wideobloga Polaraksa. Audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.