[00:02] - Portal Infra prezentuje „Paralaxa. Spojrzenie Chrisa Miekiny”. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, Radia Nafali, Radia Wolne Media i wszystkich, gdziekolwiek nas teraz słuchają. Przy mikrofonie, tak jak w poprzednim odcinku Marek Sęk "Ivellios", a naszym poszukiwaczem prawdy, naszym gospodarzem jest Chris Miekina. Witaj, Chrisie.
[00:29] - Witam wszystkich, dobry wieczór.
[00:31] - Pierwsza po długim okresie nieobecności audycja. Pierwszy odcinek Paralaxy w nowej formule spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony słuchaczy. Mamy nadzieję, że tak też będzie i tym razem. Tematem przewodnim dzisiejszego odcinka Paralaxy będzie Pluton i różne sprawy z tą małą planetką związane, ale zacznijmy od zgoła odmiennego tematu. Chrisie, wiem, że masz dla nas pewną bombę hominoidalną.
[01:03] - Tak, to dobre określenie. Rzeczywiście jest to bomba. Wiadomość jest absolutnie niesamowita, która ma siłę, ma potencjał zmienić spojrzenie na bigfooty, na yeti, na te wszystkie hominidy, które kryją się gdzieś po lasach. Bo zauważyłem, że traktuje się tematy kryptozoologiczne troszeczkę z przymrużeniem oka. Że gdzieś są jakieś takie stwory, ale one bardziej są w głowach ludzi, bardziej są w folklorze. Gdzieś ktoś coś widział, ale niekoniecznie zobaczył to, co było naprawdę, coś, o czym się opowiada. I te historie raczej bawią i śmieszą, i tak jak powiedziałem, nie są traktowane poważnie. Natomiast od czasu do czasu pojawiają się takie niepokojące dowody, że może jednak coś jest na rzeczy, że taki hominid, taki bigfoot może naprawdę istnieje. Wspominałem wcześniej o badaniach forenzycznych, jakie przeprowadziła pani doktor Ketchum w Teksasie na włosach pobranych przez policjantów z miejsca, gdzie dosłownie kilka minut wcześniej pojawił się bigfoot i już ta analiza kodu DNA wykazała, że nie mamy do czynienia z człowiekiem. Nie mamy też do czynienia z żadnym znanym zwierzęciem, że mamy do czynienia z czymś zupełnie nowym.
Ale okazuje się, że ta informacja też narobiła troszeczkę krzyku, troszeczkę szumu, znikła gdzieś tam w innych newsach i tak naprawdę nikogo to nie obchodziło, czy ten bigfoot istnieje, czy też nie. I gdy wydawało się, że chyba z tego już więcej nic nie będzie i już nikt więcej nic ciekawego na ten temat nie znajdzie, wybuchła ta właśnie bomba, która wybuchła jakiś niecały miesiąc temu za sprawą człowieka, który nazywa się Mitchell Townsend. I ten pan, który obsesyjnie poszukuje bigfoota na zachodnim wybrzeżu Ameryki, natrafił na coś niezwykle interesującego. Wędrując wokół wulkanu Mount Saint Helen natrafił na ukrytą w krzakach kupę kości. Były to kości jeleni ułożone w dość ładną stertę. Sfotografował te kości i przy bliższych oględzinach okazało się, że na tych kościach są ślady zębów i te zęby są potężne. Wówczas poprosił kilku lekarzy o opinię na ten temat. Przeprowadzono takie wstępne badania i okazało się, że zęby rzeczywiście zostawiło jakieś stworzenie i że nie należy do żadnego zwierzęcia. Zęby były zbyt duże, żeby należały do człowieka. I na tej podstawie wysnuł wniosek, że być może te kości są właśnie złożone przez takiego bigfoota, na którego teren łowczy właśnie on natrafił, wędrując dookoła Mount Saint Helen.
Później, kiedy penetrował ten teren jeszcze dokładniej, znalazł dwa podobne miejsca z taką kupą kości jeleni. Na niektórych z nich były jeszcze kawałki mięsa i podejrzewał, że znajduje się tam także ślina stworzenia, które zabiło tego jelenia i zjadło. Pobrał to bardzo ostrożnie przy pomocy forenzyków, przy pomocy ludzi, którzy znają się na tym, wiedzą, jak pobrać, żeby nie zanieczyszczyć takiej próbki. I w tej chwili te próbki tego mięsa są w badaniu. Badane są właśnie pod kątem znalezienia jakiegoś DNA, które należałoby do kogoś innego niż człowieka czy też zwierzęcia. Natomiast same kości zostały zbadane w tej chwili przez już ponad 30 lekarzy i w tym było siedmiu forenzyków, którzy zajmują się dentystyką, którzy są dentystami i na podstawie na przykład uzębienia są w stanie stwierdzić, że jakieś ciało, na przykład które spłonęło gdzieś w jakimś pożarze, należy do kogoś, do jakiegoś osobnika. Czy jest to mężczyzna, czy kobieta, w jakim jest wieku i tak dalej. Więc są to absolutnie fachowcy. I oni zbadali również te kości przyniesione przez Townsenda. I również potwierdzili te wcześniejsze przypuszczenia, że czegoś takiego jeszcze nie widzieli, z czymś takim jeszcze nie mieli do czynienia.
Zęby są mniej więcej dwa razy większe od człowieka i na podstawie uzębienia, jeśli człowiek miałby takie uzębienie i ustawić to do proporcji człowieka, wówczas ten osobnik mierzyłby sobie ponad trzy metry wzrostu, między trzy a trzy i pół metra wzrostu. Także mamy do czynienia z czymś bardzo potężnym i na podstawie tych badań, zresztą bardzo szczegółowych. Technologia, która została tutaj użyta, jest tak specyficzna, że język lekarski, którym operują forenzycy i lekarze dentyści jest właściwie tak trudny do zrozumienia, że właściwie można im wierzyć jedynie na słowo, ze względu na ich doświadczenie, ze względu na to, że są prawdziwymi lekarzami i mają za sobą jakąś historię w swoim fachu. Można im wierzyć, że rzeczywiście mamy do czynienia z czymś niezwykłym. Na podstawie właśnie tych ichTych ich wstępnych badań, tak jak powiedziałem, na tych kościach napisana została prawie stustronicowa praca naukowa, która w tej chwili jest opublikowana w kilku stronach internetowych, które zbierają materiały naukowe. Wówczas w procesie naukowym, czyli poprzez udostępnienie takiego dokumentu innym naukowcom, można rozpocząć dyskusję i ewentualnie stwierdzić, czy mamy rzeczywiście z czymś do czynienia tutaj, czy jest to kolejny żart. Wszystko wskazuje na to, że tym razem nie jest to absolutnie żaden żart, że jest to historia serio. Są świetne zdjęcia. Posiadam kopie tych zdjęć, właśnie tych pogryzionych kości z wyraźnymi śladami zębów i oczywiście zdjęcia miejsca, w którym to zostało znalezione, także miejsc, gdzie ewentualnie widać ślady jakiegoś stworzenia, które budowało sobie jakieś prymitywne schronienie, być może na noc. To potwierdza, że ten Big Foot jednak niekoniecznie jest legendą, że istnieje.
I mamy tutaj wiele możliwości, o których rozmawialiśmy zresztą w ostatniej debacie na temat kryptozoologii, a szczególnie na temat Big Foota, która miała miejsce tu w Radiu Paranormalium.
[07:27] - Mówiłeś, że odnaleziono miejsce, które sobie ta istota zbudowała do przenocowania. Czy może odnaleziono jakieś inne ślady tego Big Foota?
[07:40] - Znaleziono jeszcze odciski stóp. Tyle że odciski te nie są takie, jak najczęściej widujemy to w komiksach, że mamy pięknie wyrzeźbioną stopę z pięknym podbiciem i palcami u nóg i wiemy, że to zrobiła wielka stopa, bo na pierwszy rzut oka widać, że to jest stopa. To, co znaleziono, były to odciski, wgłębienia w ziemi, które zidentyfikowano jako odciski stóp, ponieważ wskazywały one pewien porządek. Były jedne za drugimi i poruszały się w różnych kierunkach w miarę wędrowania tej istoty. Tutaj następna ciekawa sprawa, że istota ta nie wędruje na przykład jak niedźwiedź, stawiając nogi równolegle. Nie wędruje jak żadne inne zwierzę, które porusza się w pionie. Ta istota, ten Big Foot czy to stworzenie maszeruje tak samo jak człowiek, stawiając stopy mniej więcej w jednym rzędzie. Zrobiono odciski tych stóp i to są generalnie niezbyt wyraźne takie placki gipsu, ale zrobiono je po to, żeby mniej więcej określić wielkość tego stworzenia i na podstawie tej stopy również spróbować zweryfikować obliczenie jego wzrostu i wagi w stosunku do obliczeń przeprowadzonych na podstawie jego uzębienia. Mniej więcej wielkość tej stopy potwierdziła wcześniejsze przypuszczenia, że stworzenie ma ponad trzy metry wzrostu.
[09:11] - Zawsze w takich sytuacjach aż mnie kusi, żeby wbić taką małą, choćby maciupeńką szpileczkę.
[09:17] - Bij, Ivelliosie, bij.
[09:19] - I taką właśnie szpileczką będzie moje kolejne pytanie. A może to odkrycie wypłynęło na fali sezonu ogórkowego? Jak oceniasz jego wiarygodność?
[09:29] - Myślę, że gdyby miała to być sensacja sezonu ogórkowego, to prawdopodobnie obejrzelibyśmy kolejne superwiarygodne zdjęcie jakiegoś małpoluda, który wędruje, przedziera się gdzieś przez las, łowie ryby albo pokazuje się gdzieś komuś w krzakach, podglądając wczasowiczów, wędrowców i harcerzy i inne tego typu historie.
[09:52] - Naukowcy też są tylko ludźmi, też lubią czasami sobie zażartować.
[09:59] - W takim razie wyobraźmy sobie takiego naukowca z tak potężną szczęką, który potrafiłby ugryźć kość jelenia. To sobie już trudno wyobrazić. Natomiast pod dokumentem podpisani są ci lekarze, o których wspominałem wcześniej. Potwierdzili to, nie bali się tego zrobić. W tej chwili kości badają instytuty naukowe, także jest nadzieja, że coś z tego będzie. Do tego dochodzi jeszcze taki jeden element, który w jakiś sposób potwierdza, że ten rejon stanu Waszyngton, rejon Mount Saint Helen, jest miejscem, gdzie być może rzeczywiście jest Big Foot. Znajduje się, żyje Big Foot. Jest to historia związana z w sumie nie tak dawnym wybuchem tego wulkanu, który wybuchł znienacka, wybuchł z ogromną siłą, zniszczył olbrzymie połacie lasu i jego ofiarą padło wiele zwierząt i wielu ludzi. Kiedy tuż po tym, jak ugaszono te pożary, strażacy i policjanci weszli w to pogorzelisko, żeby szukać ofiar tej eksplozji, tej erupcji, natrafiono na kilka ciał, które były nieproporcjonalnie dużej wielkości. Były po prostu ogromne.
Wówczas nie potrafiono tego w żaden sposób zrozumieć, kim może być ta osoba, i w sumie doszli do wniosku, że być może tak się stało ze względu na rozkład ciała ludzkiego w wysokiej temperaturze wcześniej i że to doprowadziło do tego, że to ciało w jakiś sposób się rozrosło. Ale być może patrząc na to z drugiej strony i w świetle tego, co powiedziałem wcześniej o tym odkryciu Townsenda, jest to właśnie potwierdzenie, że jednak Big Foot istnieje i że nie jest on aż tak sprytny, jak by się wydawało, bo jednak nie przewidział, że ten wulkan wybuchnie i on stanie się sam jego ofiarą. Tu jeszcze przy okazji chciałem dodać to, że miejsce, gdzie znaleziono te kościByło praktycznie nietknięte przez żadne inne zwierzęta. Nie zjadły tego myszy, szczury, nie rozniosły tych kości szopy pracze, ptaki nie próbowały ich sobie w jakiś sposób pozyskać i zjeść. Zazwyczaj, kiedy kości pojawią się w lesie, już po 48 godzinach nie ma co szukać. Dlatego, że wszystkie zwierzaki leśne wykorzystują taką okazję i każdy zabiera sobie coś, co lubi, co mu jest potrzebne i takie kości po prostu znikają w oczach. W tym przypadku były one nietknięte, co pokazuje, że było to coś w rodzaju terenu łowczego, gdzie Bigfoot panował i każde inne stworzenie bało się w nim przebywać. Charakterystycznym kolejnym momentem było to, że wokół panowała cisza. Nie było słychać śpiewu ptaków. Praktycznie nic się nie działo.
Taki rodzaj martwej ciszy, który jest dziwny w pięknym, dziewiczym lesie, jaki porasta tamte tereny.
[12:53] - No i tak szpila, którą próbowałem wbić odskoczyła i trafiła mnie w nos. Dlatego teraz przejdziemy do tematu głównego dzisiejszej audycji, dzisiejszej Paralaksy, czyli do Plutona. W mediach dużo się ostatnio mówi o tej planecie karłowatej. Dlaczego? Co sprawiło, że zwróciła ona tak bardzo na siebie uwagę?
[13:16] - Właśnie ta szpilka w sumie tak sobie dziwną trajektorię obrała, że chyba trafiła tego Plutona, który przez jakiś czas był pierwszorzędną planetą. Był dziewiątą planetą naszego Układu Słonecznego i miał być on kresem i końcem Układu Słonecznego. Później nagle go zdegradowano, ale zanim do tego doszło, zorganizowano wyprawę New Horizon w ramach tak zwanej inwentaryzacji naszego Układu Słonecznego. Po prostu nasz Układ Słoneczny składa się z różnych planet, planetoid, asteroid. Wszystkie je obserwujemy, zapisujemy, co na nich istnieje, jak wyglądają, jak są zbudowane. I Pluton był tak naprawdę tym ostatnim elementem. Jest on tak strasznie daleko, że nie sposób do niego dotrzeć normalną, zwykłą drogą. Trzeba było zaplanować bardzo kosztowną i specyficzną wyprawę. Wysłać pojazd, wysłać sondę, która byłaby w stanie aż tam dolecieć i tego Plutona nam sfotografować i obejrzeć. Zorganizowano taką wyprawę pod nazwą New Horizon i ona miała takie dumne hasło, że była to pierwsza wyprawa do ostatniej planety.
Jakiś czas później musiano zmienić tą nazwę, bo niestety Plutona zdegradowano. Nie jest już pierwszorzędną planetą grającą w pierwszej lidze, tylko jest planetą karłowatą, taką samą jak na przykład ostatnio oglądana przez sondę Dawn planetoida Ceres. Ceres z kolei została awansowana do takiej karłowatej planety ze zwykłego asteroida. Także Plutona nam zdegradowano, ale zanim do tego doszło, misja już wystartowała w 2006 roku i przez dziewięć lat aż do dziś podąża nieustannie z prędkością 50 000 kilometrów na godzinę w stronę tej ostatniej maleńkiej, jak się okazuje, planety. Czy planetoidy, czy planety karłowatej. I lada chwila, bo 14 lipca ma przelatywać obok Plutona i po raz pierwszy będziemy mieli doskonałe zdjęcia o doskonałej jakości tego obiektu w kosmosie. I wreszcie ustaną plotki, co na nim się znajduje i jak on naprawdę wygląda, bo do dziś mamy do dyspozycji bardzo, bardzo niewiele. Próbowano Plutona obejrzeć z teleskopu Hubble'a, ale są to obrazki zamazane, z których nic nie można praktycznie wywnioskować. Także Pluton cały czas był otoczony jedną wielką tajemnicą. Za kilka dni ta tajemnica ma się po prostu w jakiś sposób rozwiązać i mamy ją sobie dokładnie obejrzeć.
Stąd te sensacyjne wiadomości w różnych mediach i stąd to takie właśnie oczekiwanie, bo mamy tutaj do czynienia z przypadkiem absolutnie niebywałym, jedynym w swoim rodzaju. Niesamowita misja, która trwała przez aż dziewięć lat po to, żeby dotrzeć właśnie na sam skraj naszego Układu Słonecznego i wreszcie zobaczyć, co tam się znajduje. To oczywiście nie będzie koniec misji New Horizon, bo New Horizon poleci dalej, wleci w Pas Kuipera i będzie oglądał, co tam się dzieje. I wszyscy mają nadzieję, że nadal będzie przesyłał informacje i zdjęcia, robił analizy używając swojego sprzętu pokładowego. Tu musimy sobie zdać sprawę: jeżeli New Horizon wyleciał w 2006 roku, a wiemy, że od tego czasu technologia zmieniła się i to bardzo, poszła mocno do przodu, zminiaturyzowała się, to zdajemy sobie sprawę, że na tym niewielkim satelicie, na tej niewielkiej sondzie znajduje się sprzęt już właściwie można powiedzieć przestarzały, który w jakiś sposób trzeba ciągle konserwować, bo pracuje on nieustannie przez tyle lat. Trzeba obchodzić się troszeczkę z nim jak z jajkiem i doskonale zaplanować wyprawę w taki sposób, żeby energii, jaka znajduje się w sondzie, wystarczyło na tak długi lot. No i mamy szansę za kilka dni obejrzeć, o ile się nic nie stanie. Odpukać.
[17:21] - Wiemy, że można już jakieś zdjęcia zrobione z daleka oglądać. Zrobione przez sondę New Horizon. Co ciekawego można wyczytać z tych fotografii? Czy są jakieś fragmenty zasługujące na szczególną uwagę?
[17:37] - Jest jeden taki element i on od razu wszystkim się spodobał, bo to była na Plutonie wokół jego równika, mniej więcej o długości trzech i pół tysiąca kilometrów, wielka czarna plama. I ta plama miała kształt wieloryba. New Horizon sfotografował takżePlutona z drugiej strony. Tam z kolei okazało się, że jest kilka plam, ale są znacznie mniejsze i również są czarne. I to właśnie wywołało taką dyskusję: czym są te plamy? Skoro do tej pory uważano, że Pluton jest kulką lodu, to skąd nagle te czarne plamy? Co to może być i skąd się to wzięło? W tej chwili jest mnóstwo dyskusji na ten temat. Próbuje się odpowiedzieć na to pytanie. Najbardziej prawdopodobna odpowiedź jest taka, że w momencie, kiedy Pluton w swojej trajektorii wokół Słońca jest w punkcie perigeum, czyli momentu, gdzie jest najbliżej Słońca, to topnieją zamarznięte gazy na jego powierzchni.
Wśród nich jest metan i te czarne plamy są wynikiem rozkładu tego metanu, który rozkłada się już od milionów lat, psuje się i zostawia takie brzydkie ślady po sobie na tej planecie.
[18:57] - Z tego, co widziałem, to tam internautom bardzo spodobało się tajemnicze serduszko.
[19:03] - To są wszystko, podobnie jak z tym wielorybem, widzimy to, co chcemy zobaczyć, to co nam coś przypomina i próbujemy w jakiś sposób określić, czym to może być, co to może znaczyć. Do tej pory, póki jeszcze New Horizon nie doleciał do Plutona i póki jego urządzenia nie są w stanie przeprowadzić jakiejś konkretnej analizy, trudno jest nam powiedzieć. Potrzebujemy troszkę więcej zdjęć z bliższej odległości i ta odległość będzie bardzo ryzykownie bliska do tej planety. Będzie jakieś półtora miliona kilometrów. Wydaje się, że to jest daleko, ale ze względu na to, że na tej planecie nie ma praktycznie atmosfery, więc grawitacja praktycznie tam nie istnieje, jest podejrzenie, że mogą się odrywać od niej różne kawały lodu, głazy. Trudno powiedzieć co, bo nie wiemy, co tam jest i mogą sobie swobodnie szybować w jakiejś odległości od tej planety i mogą po prostu uderzyć w sondę i ją zniszczyć. Bardzo dokładnie do tego NASA się przygotowuje, żeby do takiego wypadku nie doszło i żeby móc raz na zawsze powiedzieć, co się tam dzieje na tym Plutonie, jak jest zbudowany, z czego jest zbudowany i jak wygląda jego krajobraz. Bo do dziś jest kilka wersji, jak wygląda jego krajobraz i za każdym razem jest to krajobraz inny.
[20:28] - Mówisz o ryzykownej odległości. A co się jeszcze może stać z sondą New Horizons? Czy jest na przykład ryzyko, że sonda przypadkiem usiądzie na Plutonie i już więcej nie wstanie?
[20:39] - Myślę, że takiego ryzyka nie ma, dlatego że odległość jest zbyt duża, żeby tam mogła usiąść. Jedyne, co się może tej sondzie przydarzyć to, że coś w nią uderzy. Będzie wielka kraksa i to jest największe ryzyko. Jest jeszcze jedno ryzyko. Jest to takie, które właściwie wydarzyło się zupełnie niedawno, że po prostu odmówią posłuszeństwa urządzenia na New Horizon i wówczas sonda będzie praktycznie martwa i do niczego nam nie będzie służyć. Olbrzymi wysiłek, jaki włożono w ten lot, który trwa aż tyle lat, pójdzie na marne.
[21:17] - Co można powiedzieć o problemach technicznych sondy New Horizons?
[21:23] - Właściwie pojawił się jeden bardzo poważny problem w czasie lotu tej sondy. I to ostatnio, bo w zeszłym tygodniu, 4 lipca, w sobotę, z soboty na niedzielę nagle okazało się, że komputer sondy zamilkł. Po prostu się wyłączył, a właściwie można powiedzieć, że się zrestartował i następnie natychmiast wszedł w tak zwany safety mode, czyli praktycznie przestał nadawać. Informował tylko o tym, że jest, że żyje i że czuje się nie za bardzo dobrze. Wywołało to panikę w NASA, bo przecież już lada chwila będzie przelatywała sonda obok Plutona, a będzie to tylko jeden taki w sumie strzał, bo jeśli nie uda się zrobić zdjęć, to ta sonda nie zawróci. Nie będzie też orbitować wokół Plutona. Będzie to w sumie krótki czas, kiedy będzie można tego Plutona obserwować. Dlatego tu nie ma mowy o tym, żeby mogło dojść do jakiegoś błędu. I wszyscy zdają sobie z tego sprawę, że to jest teraz albo nigdy. Nie mamy w tej chwili w kosmosie nic, co by mogło zastąpić New Horizon.
Żeby wysłać następną, potrzeba właściwie w tej chwili dziesięcioleci, bo skoro ta sonda leciała prawie 10 lat, to następna jeszcze nie zbudowana. Doliczmy czas na próby i na różne udoskonalenia, to można już liczyć w dziesięcioleciach, kiedy będziemy mieli następną okazję, żeby obejrzeć tego Plutona. Dlatego ciśnienie jest duże. I nagle tydzień temu sonda zamilkła. Wywołało to oczywiście panikę wielką. Przez 90 minut w ogóle nie dawała znaku życia. Wreszcie się odezwała. Okazało się, że jest to absolutnie wynik stresu. Tyle że właściwie to można powiedzieć, że w wyniku stresu z obu stron, bo ci naukowcy, którzy pilotują tą sondę, starają się ustawić jej trajektorię tak, żeby widzieć tego Plutona jak najlepiej i jednocześnie chcą wypatrzyć ewentualne niebezpieczeństwa na jej drodze. W związku z tym porozumiewają się z New Horizon dość często, wysyłają informacje i downloadują ją do swojego centrum, gdzie ją analizują i po prostu w którymś momencie tych informacji było za dużo wysłanych do komputera sondy i on po prostu odmówił dalej posłuszeństwa.
Nie chciał więcej tych informacji przyjmować i się zrestartował i wszedł ten właśnie safety mode. Żeby wyjść z safety mode potrzeba jest praktycznie trzy dni, kiedy to po kolei kolejne urządzenia się włączają, wcześniej się sprawdzają i tak dalej. Jest to pewna określona procedura. Jest ona bardzo długa z tego powodu, że tu też nie można popełnić błędu, bo nie można sobie zamówić taksówki do sondy i z technikiem pojechać, żeby coś naprawić. Po prostu wszystko może być tylko naprawiane zdalnie, z olbrzymiej odległości.A w tej chwili, przy tej odległości, o jakiej mówimy, sygnał, który jest wysyłany do sondy albo z sondy na Ziemię, lecąc z prędkością światła, potrzebuje od czterech i pół do pięciu, a nawet sześciu godzin, żeby dotrzeć na Ziemię, gdzie musi być zdownloadowany, zinterpretowany, zabezpieczony i dopiero pokazany. Dlatego ten czas jest olbrzymi i nie można zareagować w jednej chwili, żeby coś naprawić, bo dopiero po wielu godzinach dostajemy sygnał z sondy, że coś się dzieje. Dlatego już w tej chwili wszystko jest w sondzie w porządku. Zrobiono pierwsze zdjęcia, wszyscy odetchnęli z ulgą, ale też mają wielkiego pietra. Co będzie, kiedy sonda znowu odmówi posłuszeństwa, kiedy będzie przelatywać obok Plutona? Kiedy będzie to jedyna okazja na dziesięciolecia, żeby móc obejrzeć Plutona z takiej odległości.
A kiedy New Horizon minie Plutona, nie będzie po co obracać się do tyłu, bo będzie widać tylko ciemną stronę Plutona, czyli właściwie nic nie będzie widać. Będzie wówczas przeprowadzone jeszcze jedno doświadczenie. Będzie to doświadczenie, które będzie polegało na analizie światła przechodzącego przez atmosferę Plutona i dzięki temu będzie można określić jej gęstość, zawartość gazów i różne historie, jakie tam się dzieją i rozgrywają w jego atmosferze. Ale to będzie już ostatnie doświadczenie z Plutonem. Zdjęcia już będą nieciekawe, bo będzie to tylko świecona korona Słońca przyświecająca przez planetę. I to wszystko. Temat jest tak ważny, że tutaj w Nowym Jorku, w Muzeum Historii Naturalnej będzie nawet transmisja na żywo. Ludzie się będą zbierać i wiwatować, kiedy New Horizon będzie przelatywał obok Plutona jak na stadionie sportowym. Jest to fantastyczne miejsce, Muzeum Historii Naturalnej, żeby móc coś takiego przeżywać wśród ludzi, którzy myślą podobnie. Także jest to coś bardzo kuszącego, żeby zobaczyć.
Mnie niestety nie zaprosili, bo tylko za zaproszeniami można się tam było dostać. Widocznie mają pełno chętnych. Ale pewnie o tym usłyszę, bo mam tam paru znajomych, którzy tam będą. Pewnie usłyszę i wówczas uzupełnię tę Paralaksę w następnej Paralaksie.
[26:48] - I tak przekonaliśmy się, że nawet po drugiej stronie, na samym krańcu Układu Słonecznego komputer również da się sflowdować i zdadosować. Ale to raz, że prędkość połączenia nie jest jakaś duża i też te komputery są chyba zupełnie inaczej budowane niż znane tu na Ziemi.
[27:12] - Na pewno jest to prawdopodobnie system Microsoft. Mam nadzieję, że system operacyjny był robiony na zamówienie, specjalnie pod ten lot, bo myślę, że filozofia działania takiego komputera jest inna niż typowych komputerów, z którymi mamy do czynienia na co dzień. Ten komputer ma wykonywać pewne określone czynności. W przypadku naszych komputerów, nasze komputery mogą wykonywać całą gamę najrozmaitszych czynności. Myślę, że komputer w tego typu statkach kosmicznych wykonuje tylko to, co musi wykonywać, dlatego, że energia jest czymś niezwykle ważnym, żeby ją móc w jakiś sposób utrzymać i skuteczność działania i niezawodność to jest druga rzecz, bo w kosmosie nic nie możemy naprawić. Tutaj taka mała dygresja. Ostatnia historia, która się wydarzyła, która pokazuje, jak małe rzeczy potrafią zepsuć wielkie, olbrzymie projekty. Wszyscy obserwujemy z praktycznie niemalejącą fascynacją to, co się dzieje na Marsie. Ten łazik Curiosity wielkości porządnego minivana sobie wędruje po Czerwonej Planecie, filmuje, wierci w kamieniach, zagląda w różne dziury. Jest to coś absolutnie niezwykłego, że udało nam się tak olbrzymi pojazd wysłać na jakąś inną planetę i obserwować sobie w HD, o co tam w tym wszystkim chodzi na Marsie.
I teraz okazuje się, że być może Curiosity za rok będzie już praktycznie wrakiem. Nie dlatego, że jego bateria wysiadła. Jego bateria może pracować 25 lat bardzo skutecznie, a przy oszczędnościach jeszcze kolejne 20 lat, bo jest to bateria atomowa, nuklearna. Także jest to pojazd, który ma mnóstwo energii, nie jest zdany na to, żeby ładować baterie słońcem. Ma wystarczająco do wszelkiej pracy, do jakiej jest potrzebny. Może nawet uruchamiać laser, żeby na przykład przepalić jakąś warstwę czegoś, by móc zobaczyć, co jest w środku. I Curiosity wielokrotnie wykorzystywał tego lasera. I teraz okazało się, że jest problem, którego nikt nie przewidział. Okazało się, że Curiosity złapał gumę. Te aluminiowe kółka, które mu założono, żeby podróżował po marsjańskim gruncie, okazały się być zbyt słabe i są już bardzo mocno zużyte, powyginane, podziurawione.
Wyraźnie widać, że długo już nie wytrzymają. W tej chwili zniszczone są cztery kółka. Jedyne kółka, które jeszcze pozostały w takim stanie, jak przyleciały, są te tylne kółka. I teraz, kiedy nadejdzie ta marsjańska zima, przed tą zimą będą chcieli jeszcze raz zrobić zmiany w softwarze Curiosity, żeby zamiast do przodu jeździł do tyłu i używał tych tylnych kółek jako przednie i dzięki temu oszczędzał na tych już mocno zużytych. Ale wiadomo, że długo to nie potrwa, że w którymś momencie Curiosity będzie nieruchomą stacją.Na Marsie. To już się na wiele nie zda, bo zbyt wielu badań nie będzie mógł przeprowadzić. Kółka wyglądają fatalnie. Można wejść w Internet i zobaczyć jak wyglądają. Po prostu jest aż żal, a prawdopodobnie jest to pięć minut roboty, żeby je wymienić. Ale niestety okazało się, że mimo tysięcy prób, jakich dokonano na Ziemi, w warunkach, które miały być rzekomo podobne do tego, jakie znajdują się na Marsie, mimo tego, że logistyka poruszania się Curiosity po Czerwonej Planecie jest doprowadzona praktycznie do perfekcji, że tam całe grupy planują, którędy teraz Curiosity pojedzie, gdzie zrobi zakręt za trzy dni, jak ominie dany kamień, jak pokona taką przeszkodę, czy nie inną.
Jedna z tych amerykańskich satelit, które krążą dookoła Marsa, praktycznie współpracuje wyłącznie z Curiosity, robiąc wielkiego formatu zdjęcia nad terenem, przez który jedzie Curiosity i na tej podstawie można taką drogę wytyczyć. Także ci, którzy go prowadzą, starają się nie ryzykować tym przecież praktycznie bezcennym pojazdem, który podróżuje po Marsie. Mimo to nie udaje się. Okazuje się, że jednak teren jest trudniejszy niż wszyscy się spodziewali. I taki problem jest w stanie, wydawałoby się nieważny, niemający nic wspólnego z misją, a jednak ma. Potrafi taką misję po prostu zniszczyć, zatrzymać. I może z tego powodu w tej chwili w NASA się mówi już coraz więcej o następnym łaziku, który ma wylądować na Marsie. Ma być jeszcze większy. Robi się już w tej chwili te próby. Ostatnie próby, jakie jeszcze w tej chwili eksperymenty, jakie się dokonuje, to są eksperymenty z rakietowym spadochronem.
Dlatego wszyscy oglądaliśmy, jak Curiosity lądował. Lądował na niezbyt dużym spadochronie, za to miał takie rakietowe hamulce. Ten najnowszy łazik, który ma zostać wysłany na Marsa, ma być znacznie większy i z kolei tutaj spadochron ma być rakietowy. Na razie ten spadochron nie wytrzymuje przeciążeń, ale podobno już wiedzą, co mają zrobić, jak to zrobić, żeby ten łazik mógł bezpiecznie wylądować. Także będziemy mieli prawdopodobnie kolejnego łazika. Bo jeśli nie zrobią tego Amerykanie, to go zrobią Chińczycy albo i Rosjanie. Wtedy już trzeba będzie uzbrojone łaziki wysyłać na Marsa i będzie prawdziwa wojna kosmiczna na Czerwonej Planecie. Także jeszcze raz reasumując, po prostu drobiazgi, których wielcy naukowcy nie byli w stanie przewidzieć, mogą doprowadzić do końca takiej misji. Miejmy nadzieję, że nie wydarzy się to w przypadku New Horizon.
[33:07] - No właśnie, sonda New Horizons wkrótce znajdzie się jeszcze bliżej celu swoich badań, czyli Plutona. Jak sądzisz, Krysiu, czego możemy się spodziewać po nowych zdjęciach i materiałach? Może są jakieś oczekiwania co do potencjalnych odkryć?
[33:22] - Oczywiście, przede wszystkim chcemy wiedzieć, jak wygląda krajobraz Plutona, bo w tej chwili właściwie nie wiemy kompletnie, czy znajdują się na nim na przykład lodowe wulkany, czy znajdują się na Plutonie jakieś wielkie kratery po uderzeniach meteorytów. Wydawałoby się, że tak, ale z drugiej strony przez sam fakt, że zamarza na nim metan czy azot, tego typu wgłębienia powierzchni takiej planety po prostu zanikają. Ponieważ struktura pokrywająca Plutona jest dynamiczna, wówczas tego typu leje czy kratery, podobnie jest w przypadku Ziemi, że one po prostu zanikają. Jeżeli na powierzchni następuje jakiś dynamiczny proces, w przypadku Ziemi wiadomo, jest to pogoda, zmiany pór roku, działalność atmosferyczna, to wszystko powoduje, że te kratery się zacierają i Ziemia nie wygląda tak, jak na przykład wygląda Księżyc. W przypadku Plutona nie ma tam żadnej przyrody, natomiast jest ten ciągle topniejący i zamarzający lód i on może wyrównywać tego typu kratery, także możemy mieć do czynienia z takim lodowym żwirem, brzydkim lodowym żwirem, który przykrywa tą planetę. Nie wiemy też, w jaki sposób oddziaływuje na Plutona promieniowanie słoneczne. Z tego powodu, że foton uderzając w jakiś obiekt, jest w stanie stworzyć sytuację, gdzie mamy do czynienia z pierwiastkami, które mogą być elementami tworzenia się życia. Tak jest za każdym razem. Tego typu rzeczy znajduje się praktycznie na każdej planecie, czy też na Księżycu czy na asteroidach. Jest to taki stały element w przestrzeni kosmicznej, że te elementy, z których może powstać życie, one są, tylko po prostu je trzeba złożyć.
Nie mówię o tym, że na Plutonie może być życie, ale że poprzez właśnie działalność Słońca coś takiego może powstać. Oczywiście nadal to, czego nie wiemy, co się dzieje z tymi czarnymi plamami, o których wcześniej wspominałem. W jaki sposób rozkłada się ten metan? Co powoduje tego typu działalność? Teraz nie wiemy, czy istnieje woda na Plutonie i również New Horizon być może odpowie na to pytanie. Dodatkowo, co dodaje całego smaczku tej całej wyprawie New Horizon, obejrzymy sobie jeszcze księżyce Plutona. W tej chwili uważa się, że Pluton ma pięć księżyców. Największy z nich jest Charon. Jest to czarny, ponury księżyc. Właśnie on jest kompletnie porozbijany kraterami i praktycznie trudno powiedzieć, skąd on się tam wziął, boJest on niewiele mniejszy niż Pluton.
Jednak jest jego satelitą, krąży dookoła Plutona i krąży do tej pory znanych nam cztery inne księżyce. Czyli razem jest ich pięć, ale podejrzewa się, że tych księżyców jest więcej. Te księżyce z kolei krążą po chaotycznej trajektorii. Ona wydaje się chaotyczna, ale na przestrzeni dość długiego czasu nigdy nie nastąpiło zderzenie tych księżyców, w związku z czym zakłada się, że istnieje jakaś organizacja wokół tego Plutona i że praktycznie można powiedzieć, że Pluton stworzył sobie taki własny miniaturowy układ, w którym on jest centralny. Dookoła niego krążą te księżyce i prawdopodobnie dookoła tych księżyców być może krążą jakieś mniejsze asteroidy. Także temu ma się New Horizon przyjrzeć i być może o tym się wszystkim dowiemy. Jest kilka urządzeń, które to zbada. To jest nie tylko aparat fotograficzny, to jest spektrograf i parę innych wyrafinowanych urządzeń naukowych do przeprowadzenia doświadczeń. Dzięki temu będzie można o wiele lepiej zrozumieć, co się dzieje na krańcach naszego Układu Słonecznego.
[37:41] - A co nam może dać zbadanie tak odległego obiektu kosmicznego?
[37:45] - Tu temat jest szalenie szeroki. Jak wiemy, dopóki byliśmy uwięzieni na Ziemi, właściwie zadowalała nas fizyka Newtona i to praktycznie wyjaśniało wszystko, co się na naszej planecie rozgrywa. I właściwie nic więcej do szczęścia nie było nam potrzebne. To wszystko trwało, dopóki nie zaczęliśmy próbować się wydostać z naszego ziemskiego grajdołka i zajrzeć, co tam się dzieje w kosmosie. Okazało się, że w kosmosie panują zupełnie inne prawa fizyczne i różnią się one od tych ziemskich. I teraz to, co jest szalenie istotne, to to, w jaki sposób stać się częścią tego harmonijnie rozwijającego się kosmosu i móc na tym skorzystać. A można skorzystać bardzo wiele. I nie jest to tylko wiedza teoretyczna, jest to wiedza absolutnie praktyczna. Spójrzmy, ile doświadczeń przeprowadza się na stacji kosmicznej tylko dlatego, że znajduje się ona w stanie nieważkości. Przeprowadza się tysiące tych doświadczeń i w miliardach dolarów można obliczyć, ile technologii powstało dzięki tym doświadczeniom pod najróżniejszym względem.
Dlatego zważywszy na to, że praktycznie każda planeta naszego Układu Słonecznego i zakładając tą analogię, także reszty naszej galaktyki, jest w jakiś sposób inna, jest bardzo indywidualna, różni się od wszystkich innych. Spójrzmy, mamy gazowe giganty, mamy planetę taką jak Ziemia i nieco podobną Wenus. Mamy z kolei Marsa, który nie ma pola magnetycznego. Tutaj mamy zamarzniętego kompletnie Plutona, Merkury, który przetapia się i piecze się krążąc dookoła Słońca. Także to wszystko są kompletnie inne środowiska i być może kompletnie inne fizyki, które w przyszłości mogą dać nam absolutnie bezcenny materiał do tego, aby móc żyć na Ziemi dalej albo wynieść się z niej w jakieś inne miejsce, być może lepsze miejsce czy bezpieczniejsze miejsce, gdy na przykład okaże się, że los Ziemi jest już przesądzony. Te takie powody w tej chwili wymyśliłem naprędce, ale myślę, że jest to doskonały temat na dobrą debatę w Radiu Paranormalium o tym, żeby porozmawiać o tym, co my tak naprawdę mamy z kosmosu i co nam kosmos daje i dlaczego jest on nam niezbędny do tego, by móc dalej rozwijać naszą cywilizację i życie ziemskie, takie, jakie my znamy w tej chwili.
[40:30] - Mówi się, że Pluton jest najbardziej pechową planetą Układu Słonecznego. Złośliwi żartują, że kilka lat temu oberwał w myśl zasady „najmniejszy ma najgorzej”. Dlaczego? Skąd ta degradacja Plutona tak naprawdę?
[40:45] - Przede wszystkim chodzi o jego wielkość. Jest to niezwykle mała planetka, bo porównując ją na przykład do naszego Księżyca, którego nikt nie uznaje za planetę, ma on zaledwie dwie trzecie wielkości Księżyca, czyli jest mniejszy niż nasz Księżyc. Czyli jest to planeta, można powiedzieć, mikroskopijna i z tego powodu nazywanie jej planetą karłowatą jest chyba najlepszym określeniem. Poza tym, występując na skraju naszego Układu Słonecznego, niekoniecznie jest bezpośrednią częścią tych planet naszego Układu Słonecznego. Nasz układ jest otoczony takim pasem, który się nazywa pasem Kuipera i znajdują się tam setki tysięcy, jak nie miliony najrozmaitszych asteroid, planetoid, najrozmaitszych ciał niebieskich o różnej wielkości, od centymetra wielkości po boisko piłkarskie, a czasami jeszcze większe. I w tej chwili tych obiektów właściwie określa się i nazywa się coraz więcej i dlatego na tej podstawie astronomowie doszli do wniosku, że Pluton nie tyle należy do Układu Słonecznego, co należy do tego pasa Kuipera, czyli jest on wysunięty najbardziej do wewnątrz tego pasa. Także dzięki temu, że jest jego częścią, nie podlega w tym samym stopniu tym prawom, którym podlega reszta planet naszego Układu Słonecznego, a do tego jego wielkość degraduje jego pozycję. Także jak ktoś mówił, że wielkość nie ma znaczeniaW astronomii, jak się okazuje, ma.
[42:30] - Trudno nie odnieść wrażenia, że do zdegradowania Plutona przyczyniła się inna planeta karłowata o nazwie Eris. Co wiadomo na jej temat?
[42:39] - Planetę Eris odkrył astronom, który się nazywa Mike Brown. Jest to planeta, którą również możemy nazwać planetą karłowatą i ona jest również częścią Pasa Kuipera. Kiedy ją odkrył i zmierzono jej wielkość, okazało się, że jest co najmniej jedną trzecią większa niż Pluton. Także jeśli nazywalibyśmy Plutona planetą, to tym bardziej Eris powinniśmy nazwać planetą. W tym czasie Pas Kuipera był dość intensywnie badany. Nagle okazało się, że znaleziono inne, podobnie duże ciała niebieskie i na przykład kolejnym takim dość znanym, który stał się bardzo głośny, była planeta Sedna, również dość sporej wielkości. Jest tam szereg innych sporych obiektów, na przykład jednym z nich jest Snow White. Niektóre się nazywają bardzo śmiesznie, jak na przykład Makemake. Inna się nazywa Quaoar, inna się nazywa Orcus. Także okazuje się, że tych planet jest wiele.
Niektóre są dość pokaźnych rozmiarów. I teraz, żeby zachować pewien porządek wiedzy, inwentaryzacji naszego Układu Słonecznego, jaki jest przeprowadzany, wówczas trzeba się zdecydować, co z tym Plutonem zrobić. Skoro niektóre z tych planetoid czy planet karłowatych w Pasie Kuipera są większe niż Pluton, to w takim razie trzeba uznać go jako część Pasu Kuipera i również nazwać go planetą karłowatą. To doprowadziło właśnie do tej konsekwencji, o której mówiłem wcześniej, że planetoida Ceres została również uznana za planetę karłowatą, tyle że ona awansowała ze zwykłego kamyka kosmicznego na właśnie planetę karłowatą. Jest sporych rozmiarów i jest okrągła, bo to jest jeden z takich wyznaczników, jak odróżnić asteroidę od planety. Planeta ma kształt okrągły, natomiast asteroida ma kształt kartofla. Planeta w jakiś sposób odbija światło słoneczne, czyli jest w jakiś sposób jasna. Natomiast asteroida, ten kartofel, jest czarny jak smoła. Taką mniej więcej bardzo prostą zasadę się stosuje do tego, jak to odróżniać i jak to nazywać. Także Eris przybiła ten gwóźdź do trumny Plutona.
Plutona zdegradowano. Zresztą sam Mike Brown mówi, że jemu jest bardzo przykro, że przez niego to się to wszystko stało, ale z drugiej strony, gdyby miał jeszcze raz to zrobić, to by się nie cofnął i jeszcze raz by odkrył tę planetę Eris w Pasie Kuipera. Także taką mamy sytuację. Pluton został zdegradowany. Miał karierę, która trwała chyba 80 lat. Odkryto go w 1930 roku, także odkryto go bardzo późno. Odkrył go, można powiedzieć, chłop ze stanu Kansas, który był pasjonatem astronomii i nigdy nie był wykształconym astronomem. Nazywał się Clyde Tombaugh i któregoś dnia pokazał w jednym z laboratoriów astronomicznych swoje obliczenia na temat trajektorii księżyców Marsa. Okazało się, że jego obliczenia są tak prawdopodobne w rzeczywistości, później się one potwierdziły, że po prostu przyjęto go do pracy. I wówczas odkrył on Plutona w bardzo interesujący sposób.
W tamtych czasach, kiedy obserwowano niebo przez teleskop, co jakiś czas robiono zdjęcie tego nieba i później wpatrywano się w takie zdjęcie usiane milionem gwiazd. Zadaniem takiego badacza astronoma było na kolejnych przesuwających się zdjęciach w specjalnym projektorze, który równomiernie przesuwał te zdjęcia, trzeba było zauważyć jakiś ruch danego świetlnego punktu na tym zdjęciu z jednego miejsca w drugie miejsce. Wymagało to benedyktyńskiej cierpliwości, olbrzymiej uwagi, spostrzegawczości i Tombaugh coś takiego miał w sobie. Zauważył poruszające się gdzieś światełko, gdzieś bardzo daleko na horyzoncie. I tym światełkiem okazał się Pluton. Niestety jego odkrycie nie przetrwało zbyt długo. Ale tutaj na koniec myślę, że mam bardzo dobrą ciekawostkę na temat odkrywcy Plutona i obecnej wyprawy Plutona. Kiedy New Horizon za kilka dni będzie przelatywał obok Plutona, wówczas otworzy się niewielka kapsułka, gdzie znajduje się część prochów odkrywcy tej planety i te prochy zostaną rozsypane nad Plutonem w przestrzeni kosmicznej. I jeśli nawet sama ta sonda nie wyląduje, to być może jakiś jego kawałeczek wyląduje na tej planecie. W taki sposób zostanie on uhonorowany.
Także przy okazji mamy tutaj coś, co już tworzy legendę tej wyprawy.
[47:55] - Tak na sam koniec dzisiejszego odcinka „Paralaxy” nasunęło mi się jeszcze pytanie o Planetę X. Cały czas toczą się dyskusje na temat tego, czy taka planeta w ogóle istnieje, a jeśli tak, to gdzie się znajduje. Krisie, czy wiadomo coś nowego na temat właśnie Planety X?
[48:14] - Pluton był kiedyś też Planetą X. Następnie Eris, Sedna to były kolejne Planety X. Za każdym razem, kiedy bada się krańce naszego Układu Słonecznego, zauważa się, że istnieje jakiś ciąg grawitacyjny, który jest wywołany ruchemJakiegoś nieznanego nam bliżej ciała niebieskiego, o którym nie mamy pojęcia. I dlatego co jakiś czas jest odkrywana jakaś nowa planeta, tak jak te, które wcześniej wymieniłem, ale ciągle nie jest to planeta X. Dlatego czasami niektórzy mówią, że dobrze, to jest planeta X, ale to może być planeta Y, to może być planeta Z, może być ich znacznie więcej, o których ciągle jeszcze nie mamy pojęcia, bo musimy sobie zdać sprawę, że praktycznie to my wciąż jesteśmy bardzo prymitywnymi badaczami tego kosmosu i zjawisk, które tam zachodzą. Nie jesteśmy w stanie przebić się przez tą olbrzymią odległość Układu Słonecznego. New Horizon będzie dopiero drugim statkiem kosmicznym, a właściwie trzecim statkiem kosmicznym, który przekroczy granice naszego Układu Słonecznego, bo wcześniej wyleciały dwa Voyagery, które już półślepe, półgłuche gdzieś tam szamoczą się w tej przestrzeni kosmicznej i praktycznie nie ma z nich za wiele pożytku, bo robią zdjęcia czy wysyłają jakiś meldunek raz na wiele miesięcy. Oszczędza się w nich prąd, który już jest na ukończeniu i któregoś dnia każde z tych próbników runie gdzieś albo w planetoidę, albo w jakąś planetę, którą napotka na swojej drodze. Będzie już stary, ślepy i głuchy, będzie kawałkiem ziemskiego złomu. Jeśli ktoś mieszka na tej planecie, dopiero się zdziwi, że coś mu na głowę takiego spadło.
Mimo że wydaje nam się, że New Horizon jest wyrafinowany, to wciąż jest niewielka mała sonda. Dlatego nadal nie wiemy nic o tym, co się dzieje poza granicami Układu Słonecznego. Jakie zjawiska, jakie planety. Wiemy tylko to, że potężna planeta, która jest tak zwanym brunatnym karłem, czyli takie słońce, któremu nie wyszło, jest w stanie osiągnąć jednak mimo wszystko olbrzymią masę, a jednocześnie być niewidzialna dla naszych środków optycznych czy dla naszych urządzeń. Sam fakt, że na przykład pokonuje jakąś drogę w naszej galaktyce, czy porusza się gdzieś po obrębie naszego Układu Słonecznego, może wywołać ten ciąg grawitacyjny, który wpływa na inne planety, jest przez nie odbierany. Dlatego na tej podstawie twierdzimy, że ta planeta X gdzieś chyba istnieje. Być może gdzieś tam jest. Oczywiście do tego dochodzi jeszcze to, o czym wspominałem w ostatnim „Paralaksie”, że ojcowie jezuici na Mount Graham obserwują coś, co się zbliża w naszą stronę. Oni nie bardzo wiedzą co, ale coś leci w naszym kierunku i codziennie na to patrzą. Jeszcze nie ma paniki, jeszcze to jest daleko i porusza się bardzo wolno.
Ale kto wie, może to jest właśnie ta planeta X, także można na to patrzeć z różnych punktów widzenia.
[51:30] - A może to Nibiru?
[51:31] - Może to Nibiru. Może tak być również. Jak wiemy, Nibiru pojawiło się w Układzie Słonecznym strasznie dawno temu. Wiemy to z asyryjskich tabliczek i można to traktować jako legendę, ale jedna rzecz tutaj bardzo przeszkadza. To, że Sumeryjczycy mieli fantastycznie rozwiniętą astronomię. O ile Egipcjanie mówi się, że byli świetnymi astronomami, to Sumeryjczycy bili ich wielokrotnie w tym, w jaki sposób pojmowali przestrzeń kosmiczną, w jaki sposób ją obserwowali i jaką mieli olbrzymią wiedzę na temat zjawisk w kosmosie, planet, jakie się wokół nich znajdują. Było to niesamowite. Do dziś nie wiemy, jak oni to robili, nie mając takich urządzeń jak mamy my. Mimo to udawało im się jednak takich obserwacji dokonywać i widzieli coś, co jest na przykład niewidzialne z Ziemi, planety niewidzialne z Ziemi. Widzieli, obserwowali Syriusza na przykład, co jest praktycznie niemożliwe bez jakiegoś wyrafinowanego sprzętu astronomicznego.
Wiele z tych zjawisk astronomicznych, które opisywali, potwierdziła współczesna nauka, ze zdumieniem zresztą, że tacy niby prymitywni ludzie mieli rację. Dlatego na Nibiru trzeba patrzeć troszeczkę ostrożnie, że z jednej strony jest to legenda, z drugiej strony kogoś ta legenda może cieszyć i bawić, bo ma ciekawą fabułę. Z drugiej strony może to być jakiś zapis informacyjny, być może jest to jakaś informacja astronomiczna, że ta historia ukrywa coś, do czego potrzebny jest kod, żeby dowiedzieć się, co się za tym kryje. To jest tak jak w interpretacji wiersza, że opowiada się o czymś, a to oznacza miłość do ojczyzny czy nienawiść do wroga, czy coś jeszcze innego. A nigdzie takie słowa nie padają. My je interpretujemy i interpretujemy to, ponieważ jesteśmy w stanie odkryć kod, który otwiera nam drogę do interpretacji takiej poezji. Być może właśnie tego typu historie z bardzo odległej przeszłości również trzeba tak traktować. Jest wielu naukowców, którzy traktuje je poważnie i w tej chwili powstała nawet taka dziedzina nauki. Zresztą nie w tej chwili, ona powstała już jakiś czas temu. Ona nazywa się mitologią porównawczą, gdzie na podstawie różnych przekazów mitologicznych próbuje się odnaleźć jakieś zjawisko, które zachodzi czy to w kosmosie, czy w fizyce, czy w matematyce.
I dzięki temu odkryć nie tylko znaczenie takiej opowieści, ale uzyskać jakiś rodzaj wiedzy i popchnąć naszą ludzką naukę troszeczkę dalej. Także dzieje się to już na wielu płaszczyznach i niektórzy naukowcy traktują to bardzo poważnie. I są to naukowcy naprawdę serio, z poważnych uniwersytetów, którzy właśnie w ten sposób podchodzą do tych starożytnych mitów, nie traktując ich jako bajeczki czy nie traktując ich dosłownie jako opowieść.Tylko szukając do nich klucza, żeby znaleźć wiedzę. I chyba w taki sam sposób trzeba traktować tę nazistowską organizację Ahnenerbe, która wysyłała swoich ludzi po całym świecie po to, żeby przywozili do Niemiec różne zabytki tamtej kultury, najczęściej papirusy, gliniane tabliczki, jakieś stare skrypty. Bo tu nie chodziło o to, że zbierano sobie fajne historie o Aryjczykach, ale chodziło o to, że gdzieś tam być może była ukryta wiedza na jakiś temat, której usilnie ci nazistowscy naukowcy poszukiwali. Zresztą widzieliśmy sami, rozmawialiśmy nieraz o efektach ich pracy. Okazało się, że technologicznie byli o wiele bardziej zaawansowani niż reszta świata, a pomysły mieli naprawdę nie z tej ziemi. Czym się to skończyło? Tym się skończyło, że to właśnie naziści stworzyli NASA i wysłali człowieka na Księżyc. Także nie można im zaprzeczyć umiejętności i wiedzy.
[55:38] - Słuchacze siedzą zasłuchani, a tu już powolutku kolejny odcinek „Paralaksy” kończymy. Chrisie, co byśmy omówili w kolejnym odcinku, który mam nadzieję uda się nagrać już za tydzień?
[55:52] - Ja bym powiedział tak, że może byśmy po prostu zapytali słuchaczy, jeżeli podoba im się w jakiś sposób „Paralaksa” w nowym wydaniu, może oni sami by podrzucili jakiś temat i zrobilibyśmy „Paralaksę” wówczas na zamówienie. Przynajmniej byśmy mieli pewność, że będzie słuchała osoba ta, która to wymyśli, ten temat. Także nie będziemy mówili tylko do siebie czy do ściany. Może w ten sposób. Poza tym tematów jest cała masa. Nieustannie pojawiają się nowe. Ja w ostatnim tygodniu troszeczkę głębiej siedzę w zaginionych cywilizacjach, ale nigdy nie zagrzewam zbyt długo miejsca w takim jednym temacie. Już za chwilę wrócę do zjawisk kosmicznych, bo chciałbym również obserwować, co się będzie działo z Plutonem, jakie się pojawią zdjęcia, jakie będą opinie i różne historie z tym wszystkim związane. Także szybko powrócimy do różnych kwestii kosmicznych, które są niezwykle ważne dla funkcjonowania naszego świata. Zobaczymy co wypadnie po drodze.
Także myślę, że jeżeli nie będzie pomysłów, to sami coś tutaj z Veliosen wymyślimy, bo tematów nie brakuje. Po prostu każdego dnia pojawia się ich tak ogromna ilość, że człowiek się zdumiewa, jak wiele ciekawych rzeczy dzieje się każdego dnia na świecie i nie tylko, we wszechświecie też. Odkrywane są nowe rzeczy, nowe historie. Ostatnio na przykład czytałem znakomitą historię o tym, jak w jeziorze Titicaca wydobyto kości i okazało się, że ci ludzie się straszliwie tam maltretowali. Jakieś niecałe 2000 lat temu żyły tam sobie dwa jakieś wrogie plemienia. Jedno się nazywało Wari, drugie już nie pamiętam. One się strasznie okładały po głowach. Te głowy były strasznie pomaltretowane. Te czaszki wyłowiono z jeziora. Okazało się, że w tych czasach, w tamtych warunkach uczono się chyba trepanacji, bo są pięknie wyreperowane, mają mnóstwo różnych śladów i to, co widać na przykładzie tego, co tam znaleziono, to jest to, że ci ludzie po prostu byli wobec siebie bezwzględni, że przez setki lat prowadzili przeciwko sobie nieustającą wojnę.
I okazuje się, że w tej wojnie nie tylko walczyli faceci przeciwko facetom. Biły się także dziewczyny i one też sobie trepanowały te czaszki i po odleczeniu się trochę wracały dalej do walki. Taką historię właśnie znalazłem o tym, jak nad pięknym i spokojnym jeziorem Titicaca w miejscowości Copacabana, od której zresztą nazwę wzięła ta słynna plaża w Brazylii. W tej miejscowości właśnie z dna jeziora wydobywano kamień, który później służył do zbudowania Puma Punku. Więc kto wie, może tu jest w tym wszystkim jakiś związek, że ktoś chciał budować coś, a ktoś inny mu w tym przeszkadzał. Także być może tutaj jest właśnie przyczyna tej nieustannie trwającej wojny na tej płaszczyźnie, na tym płaskowyżu Altiplano. Tematów jest wiele. Na pewno jakiś wybierzemy. Na pewno, mam nadzieję przynajmniej, nie będzie nudno i spróbujemy zrobić kolejny odcinek nowej „Paralaksy”.
[59:10] - Nie tylko spróbujemy, ale jestem pewien, że go nagramy. Tak więc czekamy na państwa propozycje. Możecie państwo składać je poprzez kontakty Radia Paranormalium na stronie www.paranormalium.pl, bądź też poprzez kontakty do Chrisa Miekiny. Chrisie?
[59:27] - Można do mnie pisać na adres chrismiekina@gmail.com. Adres jest zresztą na mojej stronie. Jeśli ktoś zajrzy i poszuka go, łatwo go znaleźć. Może również do mnie napisać. Serdecznie do tego zapraszam i cieszę się bardzo, że udało się zrobić kolejną audycję, troszeczkę rozwinąć kolejne interesujące, ciekawe tematy. Mam nadzieję przynajmniej.
[59:49] - Tak więc to był kolejny już odcinek „Paralaksy” w nowej, zmienionej formule. Wiem po komentarzach na stronie Radia Paranormalium, że ta nowa formuła słuchaczom się bardzo spodobała. Mamy nadzieję, że ten odcinek również się wam spodobał. A tymczasem kończymy już powolutku, żegnamy się już z państwem. Życzymy pięknych, zdrowych, paranormalnych, a przede wszystkim świadomych snów, jeżeli słuchacie tej audycji wieczorem. Życzymy miłego dnia jeżeli słuchacie w dzień. Miłych, udanych wakacji jeżeli słuchacie gdzieś nad jeziorem właśnie, albo w górach, albo gdzieś na jakimś innym wyjeździe. No i do usłyszenia, miejmy nadzieję ponownie już za tydzień. Mówili do państwa Marek Sęk "Ivellios" oraz nasz poszukiwacz prawdy, gospodarz Paralaksy, Chris Miekina.
[01:00:40] - Dobranoc.
[01:00:45] - Produkcja i realizacja Portal Infra. www.infra.org.pl