[00:50] - Tragedia na morzu. O strasznej katastrofie na Oceanie Atlantyckim kto z naszych czytelników nie wie? Kto drogą telegramów w pismach codziennych pomieszczonych nie został uświadomiony o nieszczęściu, które przyprawiło o śmierć bez mała dwa tysiące osób? Przyszło ono niespodziewanie, jak każde nieszczęście i kirem żałoby pokryło dziesiątki tysięcy rodzin na dwóch półkulach. Kiedy parę lat temu w jednym z największych doków za granicą przystąpiono do budowy największego statku przewozowego, jaki zna świat, postanowiono dać mu nazwę odpowiadającą jego niezwykłej pociągowej sile i niezwykłym rozmiarom. I nazwano go Titanic. Czy przewidywano, że ten tytan pomiędzy okrętami, zanim dwa lata upłyną, zdruzgotany spocznie jak pierwszy lepszy Pigmej na dnie morza? A jednak spoczął. Wypłynął z jednego z portów angielskich do Ameryki. Zetknął się nagle z pływającym lodowcem i nie pozostało z niego nic, prócz potrzaskanych niby drzazgi szczątków na dnie niesklębionych wód.
Bo tytanem on nie był. Bo ta jego nazwa była urągowiskiem względem prawdziwego tytana, którym jest morze i wobec sił którego każdy, choćby największy okręt, jest tym, czym w korycie naszej, dajmy na to Wisły z jajka skorupa. Była chwila radosna niezwykle, kiedy dzwonek kapitana dał służbie okrętowej rozkaz, by Titanic odbił od brzegu Anglii. Każdy, kto żył na nim, wyległ na pokład. Spoglądał w stronę znikającego powoli lądu wolnej ziemi, ciesząc się w duchu, że po odbyciu rozkosznego spaceru do Nowego Jorku pod jego flagą wkrótce również spacerem powróci do rodzinnych stron. Tymczasem przewidywany spacer stał się pogrzebowym pochodem dla znacznej większości spomiędzy nich. Z dwóch tysięcy kilkuset pasażerów Titanica dwa ich tysiące znalazły grób na dnie oceanu. Stało się zatem coś strasznego, coś takiego, o czym nieczęsto mówią kroniki mórz. Coś, co wyraźnie przekonywa o tym, iż panujący nad wielu żywiołami człowiek nie jest dotąd ich panem, lecz igraszką. Od lat tysięcy przejeżdża je wzdłuż i wszerz.
Zda się, że zbadał wszystkie ich tajemnice. Dumny ze swoich wynalazków niewiele robi sobie z wód gorzkich Furii. Nigdy, przenigdy jednak, puszczając się na ich rozkołysane fale, nie może być pewny, czy fale te nie przetną nici jego życia. „O morze! Pośród twoich wesołych żyjątek jest polip, co śni na dnie, gdy się niebo chmurzy, a na ciszę długiemi wywija ramiony” powiedział w „Sonetach krymskich” Mickiewicz. I powiedział słusznie. Kto bowiem byłby w stanie zliczyć ofiary złożone przez człowieka na strasznego tego polipa ołtarzu? Kto przewidzieć jest w możności, ile ich jeszcze nienasycony niczym od niego on zażąda? Smutny kres Titanica wymownie świadczy o tym, że chyba z żyjących i czujących nikt. Artykuł anonimowego autora podpisującego się jako STB, wydrukowany w czasopiśmie „Ziarno”, numer siedemnasty z 25 kwietnia 1912 roku.
14 kwietnia 1912 roku luksusowy liniowiec pasażerski Titanic po zderzeniu z górą lodową podczas swojego dziewiczego rejsu poszedł na dno. W 1898 roku Morgan Robertson napisał nowelę „Próżnia”, w której podobny statek spotkał podobny los. Zaledwie na kilka lat przed katastrofą dziennikarz nazwiskiem Steed ostrzegał przed nadciągającą tragedią spowodowaną brakiem łodzi ratunkowych. W końcu, gdy Titanic wypłynął i po kilku dniach zatonął, wielu pasażerów i członków załogi było zbyt wystraszonych, by wejść do łodzi. Być może właściciele Titanica popełnili wielki błąd, mówiąc o nim, że jest niezatapialny. Dlaczego? Czy pokusili tym los? A może to brak wiedzy spowodował podświadome decyzje u załogi, które to decyzje doprowadziły do katastrofy? Na przykład co pokusiło załogę, żeby zwiększyć prędkość statku w rejonie oceanu obfitującym w góry lodowe? Czy czuli, że mają coś do udowodnienia?
Psychiatra dr John Barker wysnuł teorię o istnieniu samospełniającego się proroctwa.Które występuje, gdy umysł dąży do dokonania się czegoś w rzeczywistości. Pod ten pomysł można by podciągnąć wiele przypadków prekognicji. Jest to tylko prosta odmiana możliwego mechanizmu związanego z astrologią. Jednakże jest on daleki od pełnego zrozumienia naszej zdolności oddziaływania na przyszłość. Z przepowiadaniem są pewne problemy i narastają, gdy przyjrzymy się pokrewnej dyscyplinie dywinacji. Typową dywinacją jest starożytny chiński system I-Ching, który został opracowany najprawdopodobniej przez władcę Wu Xi, lecz aż do czasów współczesnych był w naszym kręgu całkowicie nieznany. W tym systemie, będącym odnóżem taoizmu, nie istnieje przeszłość, teraźniejszość ani przyszłość. Jest tylko energia życiowa Chi i jej przeciwne siły tworzenia i niszczenia Yin i Yang. Przeglądając Księgę Zmian, przepowiadający może trzy razy rzucić pięćdziesiąt patyków krwawnika lub trzy monety. Ścieżka, którą tworzą upadające patyki, tworzy tak zwane heksagramy składające się z brył i przerywanych linii.
Rezultat jest widoczny jako wskazówka, jak powinieneś dalej poprowadzić swoje życie. Innym systemem jest Tarot, którego nazwa wzięła się od włoskiego określenia tarocchi oznaczającego atuty. Jest to plik składający się z dwóch talii kart. Tarot składa się z Wielkich Arkana, czyli dwudziestu dwóch kart symbolizujących śmierć, mądrość i tak dalej oraz z Małych Arkana, czyli pięćdziesięciu sześciu kart reprezentujących różdżki, miecze, puchary i pentagramy. Dodatkowo każda talia zawiera kartę zwaną giermkiem. Prawdopodobnie Tarot został sprowadzony do Europy przez Cyganów. Najwcześniejsza znana talia Tarota jest przechowywana w Bibliotece Narodowej w Paryżu. Współczesna talia została opracowana w 1910 roku przez okultystę Arthura Edwarda Waita. Według niektórych ilustracje znajdujące się na kartach Tarota pochodzą z egipskiej Księgi Thota. Według innych pochodzą one z alfabetu hebrajskiego.
Carl Jung dopatrywał się w tych ilustracjach archetypowych obrazów pochodzących z ludzkiej duszy. Jednak wielu amatorów, przekładając karty i kładąc je wielokrotnie, może otrzymać takie odpowiedzi, jakie chcą otrzymać. W jakim stopniu możliwe jest, aby przypadkowe ułożenie się patyków, monet lub kart doprowadziło do rzeczywistego poznania przyszłości? Czy jakiś na przykład sukces mógłby być tylko wynikiem zbiegu okoliczności? Słownik oksfordzki definiuje zbieg okoliczności jako godny uwagi zbieg wydarzeń niemających oczywistego związku przyczynowego. Przypomina to trochę teorię chaosu. Czy może to oznaczać na przykład, że nasza interpretacja jest zbyt redukcjonistyczna, żebyśmy mogli zrozumieć przyczynę zbiegu okoliczności? Czy zbieg okoliczności może być odgałęzieniem prawdopodobieństwa z przewidywalnością prowadzącą do porządku? Na przykład, kiedy przeprowadzono badanie mające na celu zliczenie liczby pogryzień przez psy w Nowym Jorku, wówczas każde ukąszenie okazywało się być przypadkowe, ale roczna statystyka ukąszeń z roku na rok prawie się nie zmieniała. Jeśli weźmiemy radioaktywny izotop, to rozpad jego cząsteczek jest całkowicie nieprzewidywalny.
Jednak izotop ma określony czas połowicznego rozpadu. Nawet fizycy, tacy jak Paul Dirac, mogliby stwierdzić, że istnieje tylko jedno słowo zdolne do określenia unikalnej równowagi, która doprowadziła do powstania wszechświata i życia. Zbieg okoliczności. Jednak Carl Jung również był zafascynowany zbiegami okoliczności, gdy rozwijał swoją teorię synchroniczności, w której argumentował, że zbiegi okoliczności bywają tak zadziwiające, że być może umysł odgrywa w nich jakąś rolę, wpływając na otoczenie tak, że ma miejsce zbieg wydarzeń. Istnieje wiele znanych klątw, począwszy od wydarzeń, które nastąpiły po odkryciu grobowca Tutenchamona, do tych związanych z voodoo. Można w nich zaobserwować określony mechanizm socjopsychologiczny. Zastanów się, w jaki sposób ludzie zaangażowani przy wykopaliskach w Egipcie mogą czuć się coraz bardziej dotknięci przez klątwę. Racjonalnie niewątpliwie powinni to uczucie zignorować, jednak czy ich podświadomy umysł może wywołać jakieś skutki? Jeśli tak, to można wówczas zaobserwować, jak wzrasta prawdopodobieństwo powodując synchronistyczne działanie mogące doprowadzić do wypadku lub mogące wywrzeć wpływ na czyjeś zdrowie. Można argumentować, że tak jak w przypadku Titanica i praktyk dywinacyjnych może zostać stworzona pewna kultura, w której umysł mógłby doprowadzić cię do twojego własnego przeznaczenia.
Od wieków taka moc była umieszczona w kręgu oddziaływania zła i nazywana urokiem. Podejrzewam, że wiara w jego moc może spowodować, że sprowadzisz urok na siebie. Autor: Anthony North. Tłumaczył, opracował i czytał Ivellios. Once more you open the door and you're here in my heart and my heart will go on and on. Love can touch us one time and last for a lifetime and never let go 'til we're gone. Love was when I left you one true time I hold to in my life will always go on. Near, far, wherever you are I believe that the heart does go on. Once more you open the door and you're here in my heart and my heart will go on and on. You're here there's nothing I fear and I know that my heart will go on.
We'll stay forever this way you will stay in my heart and my heart will go on and on. P.S. I Titanic. O ludziach, którzy przeczuli katastrofę. Zatonięcie symbolu potęgi myśli technicznej XX wieku stanowiło wstrząs dla społeczeństw zachodniego świata, szczególnie dla narodów morskich. Reakcję tę można porównywać do traumy po zamachach z 11 września lub katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Jak inne tragedie, los Titanica stanowił podstawę wielu barwnych hipotez i teorii spiskowych. Pojawiły się także opowieści o rzekomych przeczuciach zapowiadających nadejście tragedii, w której zginęło około 1500 osób. Eugene Razor, autor bibliografii poświęconej Titanicowi, pośród różnych aspektów podejmuje temat zapowiadających jego zatonięcie przeczuć i zjawisk paranormalnych. Wymieniając kilka głównych pozycji książkowych na ten temat, zauważa ze zdumieniem, że zagadnienie to zyskało więcej uwagi niż ktokolwiek przypuszcza.
Dla niektórych zebrane relacje były przekonywujące. Pojawiło się też wiele udokumentowanych relacji. Trudno jednak mówić o twardych dowodach na to, że ktoś przewidział katastrofę Titanica. Istnieje jednak kilka utworów literackich, w których autorzy nakreślili bardzo podobny scenariusz. Choć niektóre z nich zyskały w prasie brukowej miano proroczych, odnosiły się w rzeczywistości do realnych obaw związanych z katastrofą któregoś z wielu ówczesnych transatlantyków. Przy omawianiu zagadkowych aspektów katastrofy z 1912 roku na pierwszym miejscu wymienia się zwykle Morgana Robertsona, amerykańskiego pisarza i nowelistę, autora kilku opowiadań marynistycznych, w tym jednego szczególnego. O wydanej po raz pierwszy w 1898 roku noweli "Fertility" , znanej lepiej jako "Wreck of Titan" . Przypomniano sobie, gdy okazało się, że Robertson w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności opisał historię niemal identyczną z przebiegiem katastrofy Titanica. Fikcyjny statek był do niego podobny nie tylko pod względem konstrukcyjnym. Autor umieścił na nim tyle samo pasażerów, podał taką samą przyczynę zatonięcia, a nawet podobną godzinę.
Robertson przedstawiał Titana jako największą z dotychczas pływających jednostek i najdonioślejsze dzieło człowieka. Gdzie indziej pisał, że uznawano go za niezatapialny. Zdziwieni ogromną ilością podobieństw fani zaczęli uznawać nowelistę za wieszcza. Sam Robertson podzielał to zdanie, twierdząc, że natchnienie czerpie z astralnego planu. Według jego wielbicieli proroczy scenariusz zawierało także dzieło pod tytułem "Beyond the Spectrum" , które opowiadało o ataku Japonii na Stany Zjednoczone. Pisarz niedługo cieszył się popularnością. Zmarł przedwcześnie w 1915 roku w nowojorskim hotelu, przedawkowawszy środek nasenny. Jako druga postać w paranormalnej legendzie Titanica pojawia się William Thomas Stead, kontrowersyjny dziennikarz, zwolennik prasy dla ludu, spirytysta, wojownik o pokój i prawa kobietOraz krytyk polityki kolonizacyjnej. Na Titanicu wyruszył on w podróż na nowojorską konferencję pokojową, na którą zaprosił go ówczesny prezydent USA William Taft. Typowany na laureata Pokojowego Nobla Stead jest dziś nieco zapomnianą postacią, choć uważano go za jedną z najsłynniejszych osób na pokładzie transatlantyku.
Po katastrofie przypomniano sobie o jego dwóch pismach z końca XIX wieku, w których przestrzegał przed katastrofami wielkich statków pasażerskich. Artykuł z 1882 roku mówił o zagrożeniu wynikającym z niedostatecznej ilości szalup na jednostkach. Wydana sześć lat później nowela "Ze świata starego do nowego" opowiada z kolei o parowcu Majestic ratującym rozbitków jednostki, która zderzyła się z górą lodową. Steada, który sam stał się bohaterem wymyślonego przez siebie scenariusza, widziano po raz ostatni na Titanicu w przedziale dla palących, gdzie siedział i czytał książkę, dowiedziawszy się, że zabrakło szalup ratunkowych. Zapowiedzi katastrofy Titanica dopatrywano się również w przyciężkim wierszu pod tytułem "A Thrill" autorstwa amerykańskiej poetki i nowelistki Celli Textor, który opowiada o górze lodowej z północy, w którą nocą uderza pasażerski statek. Textor zakończyła swój wiersz tragiczną strofą: "Przepadli. Wszyscy". Mało kto pamięta, że spontaniczną aktywnością postrzegania pozazmysłowego w przypadku Titanica zajmował się doktor Ian Stevenson, znany głównie ze swych badań nad zjawiskiem wspomnień z poprzednich wcieleń u dzieci. Stevenson w artykule opublikowanym w 1960 roku w "Journal of the American Society for Psychical Research" analizuje relacje kilkunastu osób, które twierdziły, że przewidziały słynną katastrofę. Wśród nich był mężczyzna, który przed wypłynięciem w rejs do Ameryki dwukrotnie śnił o dryfującym statku, wokół którego pływali ludzie.
Choć nie skłoniło go to do rezygnacji z podróży, ostatecznie z powodów osobistych nie wsiadł na pokład. Po serii niepokojących przeczuć z podróży Titaniciem zrezygnował z kolei niejaki Conon Middleton. Czy Robertson i Stead rzeczywiście przewidzieli katastrofę? Wydaje się, że byli raczej bacznymi obserwatorami świadomymi tego, że zatonięcie jednego z wielkich transatlantyków może zakończyć się hekatombą. W samej katastrofie Titanica nie było nic nadprzyrodzonego. Miała ona szansę się wydarzyć. Mogli przewidzieć ją nie tylko specjaliści i publicyści, ale nawet zwykli ludzie. Z kolei w przypadku Titana zagadkowo trafna nazwa nie była aż tak trudnym strzałem. Wielkim jednostkom nadawano zwykle pompatyczne, często mitologiczne nazwy, na przykład Gigantic, Olympic. Z efektem przepowiedzenia katastrofy mieliśmy do czynienia między innymi w przypadku masakry z wyspy Utoya, której scenariusz odwzorował w wydanej 22 lata wcześniej książce pisarz John Michelet.
Podobne twierdzenia pojawiały się również po zamachach na World Trade Center czy katastrofie kolejowej pod Szczekocinami, po której przypomniano sobie o opiniach ekspertów zapowiadających nieunikniony wypadek z powodu złego stanu technicznego infrastruktury. Ciekawie prezentowały się losy siostrzanych jednostek Titanica. HMHS Britannic, przechrzczony na Gigantic, zatonął wskutek wybuchu miny lub torpedy w listopadzie 1916 roku. Zginęło około 30 z 1300 pasażerów. Akcja ratownicza miała dość gwałtowny i skomplikowany charakter, gdyż wystające z wody, wciąż obracające się turbiny wciągnęły dwie szalupy z pasażerami. Najdłużej służył RMS Olympic, który zezłomowano dopiero w 1935 roku, po tym, jak przeciął na pół amerykański latarniowiec. Zginęło wtedy siedem osób. To tylko niektóre z legend otaczających wrak Titanica. Inne, mniej znane poza zachodnią Europą opowiadają przykładowo o robotniku uwięzionym na wieki w kadłubie lub przewożonej na pokładzie przeklętej mumii. Powstała nawet numerologiczna, antykatolicka zagadka Titanica zawarta w numerze na jego burcie, który w lustrzanym odbiciu brzmiał jak "no pope".
Wszystko to oczywiście mity i miejskie legendy absorbujące tych, którzy chcieli i chcą wierzyć, że za katastrofą z 1912 roku stało coś więcej niż pechowa góra lodowa. Opracowanie: portal Infra, www.infra.org.pl. Czytał Ivellios.