Transkrypcja oparta jest na napisach przygotowanych dla potrzeb wstawienia tej audycji na YouTube. Może się zdarzyć, że transkrypcja nie będzie zawierała oznaczeń wyciętych elementów (np. w niektórych audycjach z relacjami świadków, gdzie osoba wypowiadająca się prosiła o wycięcie czegoś przed publikacją). Jeśli masz taką potrzebę, napisy możesz
[00:01] - Masz nową wiadomość.
[00:07] - Infra relacje czytelników. Mówi Michał Kuśnierz, portal www.infra.org.pl. Historia, o której za chwilę opowiem, to niewątpliwie jedno z najbardziej oryginalnych otrzymanych przez nas zgłoszeń. Jest tak trudna w interpretacji, iż opinie o tym, co wydarzyło się latem 1974 roku w okolicach wsi Longinówka, każdy musi wyrobić sobie sam. Tego typu historie jednak wymagają komentarza. Problem w tym, że nie wiadomo, jak właściwie się do tego odnieść. Utrwalona na nagraniu opowieść pochodzi od prawie 50-letniej kobiety, która jako dziecko zetknęła się z czymś bliżej nieokreślonym, a nawet trudnym do nazwania. Przeżycia te bardzo głęboko zapadły w pamięć i ciągle powracają. Do zdarzenia doszło w okolicach wsi Longinówka niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego, województwo łódzkie, latem prawdopodobnie 1974 roku. Z powodu upływu lat, jak i braku innych świadków, zgłębianie tego typu przypadku nie daje wielu możliwości manewru.
Jak zapewnił nas syn pani świadek, opowieść, którą znał przecież od dawna, nigdy nie ulegała zmianom i przez lata była bardzo często wspominana przez jego matkę. Towarzyszyły jej silne emocje, bo jak przekonają się ci, którzy posłuchają nagrania, jest to naprawdę oryginalna sprawa co najmniej z kilku względów. Przypadek ten otwiera całe spektrum rozwiązań i pozostaje trudny w ocenie. Stąd długie rozterki z naszej strony, w jakiej formie go zaprezentować. Oczywiście, choć niełatwo sklasyfikować tę sprawę, należy zwrócić uwagę na kryjący się w niej ładunek emocjonalny oraz pewne interesujące zbieżności. Ale posłuchajmy.
[01:59] - Witam serdecznie. Nazywam się . Moja historia dotyczy okresu, kiedy miałam dziewięć, dziesięć lat. Mieszkałam wówczas we wsi Longinówka pod Piotrkowem. Mieliśmy z rodzicami niewielkie gospodarstwo, cztery i pół hektarowe. Ziemi nie miałam, chciałam szczególnie zaznaczyć, w tym czasie jeszcze odbiornika telewizyjnego. Gdzieniegdzie na wsi wtedy był, u nas jeszcze nie. Dopiero pojawił się w domu za jakiś rok, dwa. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że mogłoby to wpłynąć ewentualnie na to, że sobie wymyśliłam to zdarzenie, o którym państwu chcę powiedzieć, że telewizja mi po prostu skrzywiła obraz i tak dalej.
Ale do rzeczy. Pewnego pięknego, bodajby lipcowego dnia poszłyśmy z mamą w pole granicą przeznaczoną do jazdy wozem konnym. Można było taką koleiną jedną z dwóch jechać również rowerem. Poszliśmy na pole do działki, gdzie były zasiane buraki. One były dość duże. Nie wszystkie wzeszły. W związku z tym, że były luki między jednym a drugim odcinkiem buraków, postanowiła mama, żeby nie marnować pola, posadzić brukiew. Po pewnym czasie naszej pracy brukwi zabrakło. Mama powiedziała: „To idź do domu i w koszyku na rowerze tę brukiew przywieź”. Kiedyś mama tak powiedziała.
To były słowa ważne. Nie wypadało powiedzieć, że nie zrobi się tego. Udałam się do domu, załadowałam kolejną porcję brukwi. Wracam tą samą granicą. Na rowerze wisi kosz z brukwią. Z jednej strony nasze pole i wysokie zboże. To było jeszcze przed żniwami, bo jeszcze pamiętam, że żyto stało u sąsiada, też wysokie po drugiej stronie. Do tej pory takich zdarzeń nie miałam i przeżyłam 48 lat i do tej pory takie zdarzenie się nie powtórzyło. Mam nadzieję, że już nic takiego nie będzie miało miejsca. Idę sobie z tym rowerem.
Ciepło, fajnie, słońce świeci, ptaszki śpiewają. Nagle ni z tego, ni z owego znajduję się na wysokości zboża sąsiada, żyta. Trudno powiedzieć mi w tej chwili, czy to wyskoczyło, czy to wylazło. Nazwijmy to umownie to coś, bo ja nie wiem, co to było. Było to stworzenie poruszające się na dość dobrze umięśnionych, nie za długich, nie za krótkich tylnych nogach, posiadające podobne do ludzkich ręce, dłonie zakończone takimi poduszeczkami, jak psy mają takie łezki i spiczaste, krótkie paznokcie. I miało tułów na przodzie od szyi w dół.W kolorze jasnobeżowym, zaś od boków, zachodziło nawet na przód trochę z jednej i z drugiej strony, ciało w kolorze ciemnego brązu. Z tym że to nie było ciało, tylko to był rodzaj sierści ściśle przylegającej do skóry tego stworzenia, krótkiej i ściśle przylegającej. Do tego miało ogon zwinięty na okrągło, podobny do ogona małpy. Sam pysk był w kształcie laskowego orzecha, bo na środku, na czubku głowy, takie sercowate zakończenie. Uszy miało na przodzie czaszki, półokrągłe, czubiaste troszkę.
Nie pamiętam ich koloru. Oczy duże, bardzo duże, w kolorze dojrzałego miodu. Czysty kolor brązu, bursztynowy, coś w tym stylu. Niestety nie pamiętam otworu gębowego. To może wrócę do momentu, kiedy to coś wylazło ze zboża vis-à-vis mnie. Lekko stanęło bokiem, ale tylko lekko. Wyciągnęło do mnie przednie łapy, ale nie za blisko. Maksymalnie metr, półtora. Wyciągnęło do mnie łapy. Ja najpierw byłam zaskoczona tym zjawiskiem.
Dopiero jak się odezwało. I tu nie pamiętam właśnie, czy ruszało wargami, czy miało uzębienie. Powiedziało coś takiego: „Teraz cię uduszę”. Ale takim spokojnym, wytonowanym, bez agresji głosem, ale tak przerażającym, że w tym momencie zaczęłam się potwornie bać. Zaczęłam najpierw wrzeszczeć i trzymając się mocno kierownika od roweru mamy, biegiem, bo mama była ode mnie około 100, 150 metrów oddalona, w kierunku mamy się udałam. Kiedy taka rozdygotana, roztrzęsiona powiedziałam mamie w dwóch słowach, mama ze mną udała się w tamto miejsce, ale po tym czymś już nie było śladu. Moi kochani, tyle lat upłynęło, nie miałam takiego zdarzenia, tak jak mówiłam, ale jeżeli ktoś kiedyś mnie będzie słyszał, a będzie miał podobne fizyczne doświadczenie, nie to, że się zrodziło w głowie, tylko fizycznie będzie, to lepiej, żeby znaleźć kontakt z takimi osobami. Może to pomoże. Może człowiek będzie spokojniejszy, bo to jest trauma. To jest okropna trauma i ją się przykrywa zdarzeniami dnia codziennego.
Ucieka się od tego na wszelkie możliwe sposoby, ale tak naprawdę nie da się od tego do końca uciec. Co jakiś czas to powraca. Właściwie to już człowiek nie to, że się boi, tylko o tym myśli. Być może ktoś ma głębsze jeszcze, że się boi tego, że się to powtórzy. To właśnie po to są tacy panowie jak ja tutaj rozmawiam, którzy w miarę swoich możliwości spróbują, a przynajmniej próbują takie sytuacje wyjaśnić. Może będzie łatwiej dalej żyć. Ja tego mimo upływu 38 lat zapomnieć nie mogę. Co jakiś czas sukcesywnie, nieregularnie, ale sukcesywnie wraca. Jeżeli ktoś by coś takiego przeżył, to o kontakt z tymi panami można prosić. I to by było wszystko na ten temat.
Dziękuję państwu.
[10:46] - Opowieść o chimerze z Longinówki to bowiem nie tylko relacja o zjawisku paranormalnym. To również historia, która swoją charakterystyką ociera się o demonologię ludową, co oczywiście w żadnym stopniu nie deprecjonuje jej prawdziwości. Warto tutaj zaznaczyć, że tereny dzisiejszego województwa łódzkiego to kopalnia ludowej wierzeń i opowieści o spotkaniach z istotami nadprzyrodzonymi, na przykład z diabłami, Rokitą i Worutą włącznie. Ludowe relacje o spotkaniach z tak zwanymi dziwadłami tego regionu, w tym opowieści o demonach polnych, do których pewne podobieństwo nosi przypadek Longinówki, zebrał profesor Bogdan Baranowski. Niezależnie od charakteru związków między nimi a prezentowaną historią, warto zauważyć, iż jest ona przykładem na to, że tego typu folklor dzieje się cały czas.
[11:47] - Produkcja i realizacja: Portal Infra www.infra.org.pl