Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zacząłem widzieć różne światła, różnokolorowe, w grupach po dwa, trzy i cztery. W sporej odległości wydawały się być ode mnie. Zagadkowe obiekty.
Strasznie intensywne, potężne, niebieskie światło. To się wydawało tak, jakby to było nad chmurami, było jakieś ognisko tego światła. Ja do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często, nie? Takie coś zobaczyć.
Tajemnicze istoty. To była czarna postać, cała cienista. Ja byłam tak przerażona, jak to zobaczyłam. Ja się normalnie trzęsłam ze strachu. Niezwykłe wizje. Przestałem być osobą wierzącą, a zostałem osobą posiadającą wiedzę. Ja nie wierzę w to, że jest życie pozagrobowe, tylko ja to wiem, bo tam byłem. Klątwy. Jakby na pentagramie taka bestia była. Po tej całej akcji, no, strasznie się w życiu mi zaczęło źle się dziać. Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Budzi mnie skrzypienie drzwi. Znowu widzę to światło.
Wstaję z łóżka, idę i widzę postacie, ale czuję jakąś grozę sytuacji. Biegnę i krzyczę do męża: „Strzelaj!” Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Witam wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie i zapraszam do spędzenia najbliższych dwóch godzin z kolejnym odcinkiem najbardziej paranormalnego podcastu w polskim internecie. Dziś wysłuchamy kolejnej historii tego cyklu Paranormalnej Spowiedzi. Poznamy jedną ze słuchaczek Radia Paranormalium, która podobnie jak wielu naszych wcześniejszych rozmówców, zdobyła się na odwagę i postanowiła podzielić się z nami często trudnymi do wytłumaczenia zdarzeniami z całego swojego życia. Dużo tu będzie wątków związanych ze światami, snami, proroczymi wizjami, OB, poltergeistami. Będzie też jeden ciekawy wątek ufologiczny i parę wątków kryminalnych. Muszę jeszcze tylko przeprosić Państwa za nieco gorszą niż zwykle jakość dźwięku. Niestety, podczas rejestrowania tej rozmowy dochodziło u mnie do jakichś dziwnych problemów z łączem i komputerami. Na szczęście jednak Skype za swojego życia umożliwiał nagrywanie konferencji w chmurze. Stąd wyjątkowo tym razem podczas przygotowywania tej rozmowy do emisji musiałem posiłkować się taką właśnie kopią zapasową.
To tyle słowem wstępu. Zapraszam do słuchania. No więc tak, mieszkam w Anglii w tej chwili od szesnastu lat. Mieszkałam wcześniej we Wrocławiu. W sumie od początku zdarzały mi się bardzo dziwne rzeczy.
Takie pierwsze właściwie zdarzenie, jakie miałam, to były potem, co nazwałam poduszki. Wróciłam któregoś razu ze szkoły średniej. No, mama tam gotowała obiad w kuchni, a ja chciałam się chwilę położyć i w tym momencie wydawało mi się, że jeszcze nie śpię, bo czułam, że wszystkie dźwięki- To rozumiem, że jeszcze... To rozumiem, że jeszcze się działo we Wrocławiu?
Tak. No, byłam w szkole średniej, więc byłam dzieciakiem. W tej chwili jestem bardzo stara. Już mam siedemdziesiątkę, więc to już jest coś. No i położyłam się. Zaczęłam tak niby drzemać i w pewnej chwili usłyszałam, że wszystkie dźwięki w kuchni zaczynają zwalniać. Dźwięk był taki, jakby ktoś go przepuścił przez studnię, przez wodę. Takie rozciągające się jak guma do żucia. To jest stukanie garnkami mamy. Niedaleko jechał tramwaj, więc też takie robił uuuu, takie rozciągające dźwięki. Przerażona otworzyłam oczy.
Patrzę, jestem w pokoju, leżę, nic się nie dzieje, ale nagle cały pokój zaczął wibrować. Wyglądało to tak, jakby była, cały pokój był wypełniony taką przezroczystą, niewidzialną galaretką i wszystko, co było w pokoju, zaczęło się od góry, nie od dołu, tylko od góry, zaczęło odsuwać się od ścian. Szafki, kredens, ściany. Wszystko zaczęło puchnąć i przesuwać się do środka pokoju. Więc ja się przeraziłam. Najgorsze było to, że nie mogłam ani się poruszyć, ani wstać, więc przyglądałam się temu, co się dzieje. Drugim takim objawem było to, że serce zaczęło mi zwalniać. Po prostu czułam, jak coraz strasznie głośno słyszałam własne serce i te dźwięki były coraz wolniejsze, a to wszystko dalej puchło. I z jakiegoś powodu wiedziałam, że jeśli się poruszę, jeśli uda mi się poruszyć czymkolwiek, choćby powieką, to w tym momencie to wszystko się zatrzyma. I tak rzeczywiście było. Zatrzymało się. Bałam się nawet iść do mamy, bo miała dosyć swoich problemów, więc nawet jej o tym nie powiedziałam. I tak się to skończyło. Potem jednak zaczęłam to robić celowo. Po prostu kładłam się na łóżko i zaczynałam sobie patrzeć, jak to wszystko zaczyna zwalniać, jak to się zaczyna wszystko odsuwać od ściany, żeby ten temat skończyć, bo to się zdarzyło jakieś kilkanaście razy, żeby do tego tematu nie wracać, to moja córka wiele lat później miała koszmary i krzyczała: „Mamusiu, mamusiu, gonią mnie poduszki!”
Więc ja byłam: poduszki, no, ja mówię, co złego jest w poduszkach? Któregoś razu w końcu usiadłam i ja mówię: „Weź mi opowiedz, co to jest.” Okazało się, że ona miała dokładnie to samo, tylko że ona to nazywała poduszki, a ja to nazywałam puchnięcie przedmiotów, nie? Drugą taką sprawą to było kopanie prądem. Byłam tak naelektryzowana, naładowana jakimiś takimi, nie wiem czym, prądem. Nie mogłam dotknąć w tramwaju tych uchwytów. Nie mogłam niczego dotknąć, kogoś dotknąć, bo natychmiast opuszkami palców wszystko iskrzyło. Po prostu takie no, jakby prądem, jakbym była naładowana elektrycznie i kopałam prądem.
Po jakimś czasie zaczęły się sny. Na początku to były oczywiście nigdy nie pamiętam w sumie, żebym miała takie normalne sny jak ludzie, że nagle ni z gruszki, ni z pietruszki, wszystko pomieszane, nic nie ma sensu.... tylko miałam konkretne sny, konkretne rzeczy. Wszystko miało sens. A najgorsze było to, że to się zaczęło spełniać. I taki podam przykład: miałam wtedy siedemnaście lat.
Chodziłam z chłopakiem, który pracował w teatrze we Wrocławiu i na ten wieczór umówiłam się z nim, że przyjdę do teatru. To był siedemdziesiąty pierwszy rok, wakacje, więc nie było spektaklu i to było w ciągu dnia.
Więc on mówi: „Przyjdź, popatrzysz sobie”. Mówi: „Fajna będzie próba do spektaklu, to sobie obejrzysz". Mówię: „Dobra". To był rok siedemdziesiąty pierwszy, więc nie było mowy o gejach, o jakichś takich sytuacjach z nimi związanych. W ogóle nie miałam pojęcia, co to jest, ponieważ chodziłam bardzo często do tego teatru, więc bardzo dużo tych ludzi takich było i chłopcy z grupy mojego wtedy chłopaka, potem męża. Wiele osób naśmiewało się z nich, robili tam sobie z nich cyrki, a mnie to strasznie denerwowało, bo ja nie rozumiałam, o co chodzi. No i on mówi: „Weź przyjdź wieczorem". No i ja śnię, że przychodzę do tego teatru. Mój mąż ubrany jest jak kretyn, w takiej koszuli, jak obecnie Cejrowski chodzi, czyli takie brazylijskie jakieś wzory, flory.
Pod szyją ma apaszkę i robi z siebie geja. Więc ja mówię: „Słuchaj, co ty wyprawiasz? Przestań się wygłupiać!". On mówi: „Dobra, chodź, idziemy na górę". A zawsze był w kabinie i w kabinie tam ustawiali światła, reflektory i tak dalej.
Mówi: „Chodź, pójdziemy na górę, coś ci pokażę". No i poszliśmy na tą górę. Okazało się, że ja tam nigdy nie byłam. To tak zwana jaskółka. I zobaczyłam, jak kurtynę podnieśli. Zaczęła się próba. Zobaczyłam tą scenę tak, jakby ktoś lornetkę odwrotnie odwrócił. I była tak malutka, dosłownie. No, z tej jaskółki to był taki właśnie widok. On tam bawił się tymi reflektorami, a ja, jak kurtyna się podniosła, oniemiałam. Na scenie stał stół wielkości całej sceny. Mogło się tam zmieścić z pięćdziesiąt osób, a na ten stół wskoczył taki młody, przystojny chłopak w białej koszuli i grał tam jakiegoś wyzwoleńca, coś takiego. No i w ten wieczór nie wiem, z jakiego powodu zerwałam z nim, więc obudziłam się przerażona. Sobie myślę: „Boże, nie chcę z nim zrywać". I ten sen taki idiotyczny. Przychodzę do teatru. Wszystko, dosłownie wszystko sprawdziło się tak, jak powiedziałam. Był stół, ten wielki na scenie. To był wtedy... były próby do Wyzwolenia, a tym aktorem był Jan Nowicki. On wtedy występował u nas gościnnie. No i to było coś takiego. Oczywiście było wiele innych takich dziwnych snów. Potem był sen z cmentarza. To był siedemdziesiąty czwarty rok. Przyśniło mi się, że idę alejką. Nie miałam nikogo na cmentarzu wtedy i idę alejką. Po prawej stronie są dwa rzędy grobów. Jest mur. Słyszę pociąg za murem, a po lewej stronie od końca był drugi grób. W drugim rzędzie zobaczyłam napis: imię i nazwisko mojej mamy. Więc dla mnie to był totalny szok, ponieważ ja na punkcie mamy miałam bzika, bo ojciec był bydlakiem i draniem, więc ona była dla mnie wszystkim.
Całe życie od siedemdziesiątego czwartego roku ten sen po prostu za mną chodził. No i żeby do tego nie wracać, to mama zmarła trzydzieści, równo trzydzieści lat później, bo w dwutysięcznym czwartym. Następne zdarzenie to było z moją taką wielką miłością platoniczną. Miałam w szóstej klasie, śpiewałam w zespole harcerskim, takim w ośrodku. No i na gitarze grał śliczny chłopak, w którym się zakochałam nieprzytomnie. No, szósta klasa i on na mnie w ogóle nie zwracał uwagi.
Minęło parę lat. Ja go spotkałam. Zaczęliśmy się spotykać, ale ja z jakiegoś powodu, w tej chwili nieważne, zerwałam z nim. I to był siedemdziesiąty chyba piąty rok. Pięć lat później przychodzi mama do domu i mówi: „Słuchaj, jak Janusz miał na nazwisko?"
Więc ja mu mówię. Ona mówi: „Wiesz...”, bo on mieszkał bardzo blisko nas, a mama mówi: „Wiesz co? Bo nekrolog jest na bramie jego". Więc ja się zerwałam dosłownie, jakby mnie poraziło. Wybiegłam z domu. Przychodzę.
Rzeczywiście pisze jego imię, nazwisko i akurat w momencie, kiedy przyszłam pod bramę, to akurat zaczął się pogrzeb, więc nie było sensu jechać, bo na Osobowice jest bardzo daleko. Zresztą nie miałam chyba pieniędzy wtedy. Rozpaczałam potwornie. No i ja wiem? Minęło chyba tydzień od jego pogrzebu. Ja tak strasznie rozpaczałam, że mama zaczęła się bać, że coś mi się stanie.
Obudziłam się rano. Była niedziela. Moja córka spała. Zawołałam mamę. Mama mieszkała piętro niżej i mówię: „Słuchaj, weź zostań z córką, bo ja muszę iść na cmentarz". A mama mówi: „Po co? Nie wiesz, gdzie leży. Kancelaria jest zamknięta, więc co ty chcesz tam robić?" Ja mówię: „Nie, ja muszę tam iść". No przecież wiadomo, że cmentarz osobowicki jest potężny. Gdzie ja go znajdę? Ale poszłam. Przeszłam tą wielką, długą aleją do kaplicy. Stoi starsza kobieta w czerni ubrana, ma łzy w oczach i ja, kiedy ja ją próbowałam minąć, ona mówi: „Słuchaj, czy ty masz na imię ?" Ja mówię: „Tak". Ona mówi: „Bo Janusz prosił, żebym tutaj na ciebie poczekała".
Więc ja tak się na nią spojrzałam. Mówi: „Dobra". Zaprowadziła mnie na ten grób. Pomodliłyśmy się, popłakałyśmy sobie. No i żeśmy się rozstały. A ja dalej histeryzowałam. Dalej płakałam. Pewnej nocy śni mi się coś takiego, że idę skwerkiem takim koło nas i patrzę, że z naprzeciwka on idzie.
Ma ciemne okulary i tak chodzi taki przyczajony, ale no przecież nie było mowy, żebym go nie poznała, więc od razu podeszłam do niego i mówię: „Co ty tu robisz? Przecież ty...". A on mi położył palec. „Nie, przepraszam". I on uciekł. Jak zobaczył, że ja idę, to on uciekł do bramy. Ja za nim. Wpadam do tej bramy. Ja mówię: „Słuchaj, przecież ty nie żyjesz!"... On mówi: „Słuchaj, przestań płakać, przestań cudować, bo ja już wróciłem i znowu żyję”. I tak się skończył mój płacz i moja histeria. On mi powiedział, że wrócił i dobra. Parę lat później, odskoczę trochę do przodu, żeby też do tego nie wracać. Zmarł mój ojciec.
No, nienawidziłam go i bałam się go całe życie. Zrobił nam z życia piekło. Zmarł w osiemdziesiątym trzecim roku i tak samo było. Weszłam do sklepu kupić bułki. Stał przede mną jakiś facet. Ja nie zwracałam na niego uwagi. W pewnej chwili on się odwrócił. Ja patrzę, że to jest mój ojciec. Nie miałam odwagi mu powiedzieć, że on nie żyje.
Mówię: „Co ty tu robisz?” A on mówi: „Już wróciłem”. I to by było... Jeszcze dwa zdarzenia były z nim związane. Po śmierci moja rodzina się oczywiście od niego totalnie odcięła, a ja uznałam, że jednak to człowiek. Więc go pochowałam, załatwiłam wszystkie rzeczy, zlikwidowałam jego mieszkanie i wszystkie rzeczy, jakie tam były, a było tego bardzo mało. Był bardzo ubogo mieszkał, a był, no, milionerem, można powiedzieć. Żył jak dziad. Był taksówkarzem.
Żył sam, więc miał kupę pieniędzy, miał ogromne pieniądze na koncie, miał samochód i w ogóle był, a żył dosłownie jak żebrak. Nie miał nic, nawet półek nie było, tylko wszystko stało na podłodze. Więc ja to wszystko zapakowałam do poszew i zawiozłam do garażu jego. Bałam się tego ruszać, bo no, przeżywałam jednak tą, tą jego śmierć, bo ja jestem w ogóle jakaś nadwrażliwa. I poprosiłam taką parę znajomych, moje chłopaka i dziewczynę, żeby pomogli mi to wszystko przejrzeć, bo ja sama nie dam rady. No i po pracy oni przyjechali. Wszystko żeśmy to przenieśli do mieszkania. Ułożyliśmy to w kuchni, pod oknem i na stole kuchennym zaczęliśmy po kolei to przeglądać. No, robiło się już trochę późno. Było gdzieś po dziesiątej. Rozmawiamy tam, w sumie próbujemy żartować, żeby mnie rozruszać i w pewnej chwili słyszymy głos. Ojca głos.
Mówi, mówi, mówi, mówi, mówi. Myśmy stanęli dosłownie jak sparaliżowani. Skąd ten głos? I on, ten kolega mówi: „Słuchaj, to chyba dociera, dochodzi z tych tu worków, z tego, z tych poszewek”. Ja mówię: „No, niemożliwe. No jak?” On zaczął to wszystko rozbebeszać tam i okazało się, że było radyjko i to radio gadało. Więc myśmy odetchnęli z ulgą. Boże, przecież już myślałam, że to on. Kolega wziął to radio, wyłączył. No i w tym momencie zapadła cisza. Ale ten głos był jego.
To nie był głos jakiś tam obcego faceta. Ja mówię: „Weź to włącz”. No, włączył. Cisza. Wyłączył. Cisza. Ja mówię: „Słuchaj, może potrząśnij tym radiem? Może tam się coś zepsuło? Może coś się przesunęły baterie?” On otwiera, baterii nie ma. No więc nie mógł. Po prostu to radio nie mogło w ogóle, że tak powiem, manować dźwiękiem. Potem- Nie mogło, z jakiegoś powodu coś spowodowało, że dostało tej energii i zaczęło emitować te dźwięki, tak? Tak, tak, to było niesamowite. No, myśmy byli tak przerażeni, że właściwie skończyliśmy wtedy to szukanie i zostawiliśmy tę resztę worków. Ale zaczęły się cyrki, bo codziennie o trzeciej trzydzieści miałam dzwonek do drzwi. Któregoś razu już nie wytrzymałam. Byłam tak przerażona. On zmarł właśnie nad ranem, bo wracali z ryb. On się źle czuł i zmarł w bramie. I sąsiad go znalazł, bo szedł na piątą do pracy i znalazł go w bramie. I ja przeżywałam też, może nie tak jak Janusza, ale bardzo, bardzo mocno.
I w tym momencie, jak moja córka miała jakąś grypę czy coś i dostała antybiotyk, więc ja nastawiłam sobie budzik, żeby o tej porze jej dać. I akurat tak wyszło, że o drugiej tą tabletkę miałam podać i mówię: „To poczekam do wpół do trzeciej i zobaczę, kto mnie tak straszy”. Okazało się, że dzwonek zadzwonił, ale za drzwiami nie było nikogo. Otworzyłam drzwi. Nie było nikogo. Następny taki etap, a może taki śmieszny sen opowiem. Miałam sen, że byłam chora, że miałam brać zastrzyki, że siedzę pod drzwiami w zabiegówce i czekam na ten zastrzyk. Po drugiej stronie siedzi śliczny, przystojny chłopak. No i oczywiście zakochaliśmy się w sobie i w ogóle happy end. Budzę się rano i faktycznie idę na ten zastrzyk.
Siadam pod drzwiami. Po drugiej stronie siedzi ten sam chłopak. Ja się zaczęłam śmiać. No bo to wydało mi się bardzo śmieszne, że mi się zmaterializował. On popatrzył na mnie jak na głupią, postukał się w czoło i wszedł do zabiegówki. Tak się skończył mój romans. Potem był rok siedemdziesiąty, chyba dziewiąty albo osiemdziesiąty. Tak mniej więcej w tym okresie. Mieszkaliśmy wtedy z mężem i z dzieckiem w hotelu robotniczym i tam się spotykały dziewczyny, chłopacy, tam kto miał dzieci. Wszyscy mieliśmy na całym piętrze było masę, chyba trzydzieści czy ileś mieszkań.
Mieliśmy dzieci, więc wieczorami żeśmy się spotykali. I tego dnia spotkałam się z koleżankami trzema. I był jeden kolega, chłopak jednej z koleżanek. No i zaczęliśmy wywoływać duchy. Irenie odwaliło, żeby: „Chodź - mówi - słuchaj tu. Koleżanka to robiła. Fajna rzecz”. No, myśmy wszyscy byli, mieliśmy po dwadzieścia parę lat. Co tam dla nas, nie? No i zaczęliśmy wywoływać te duchy. Ale duch powiedział, że Lidka ma się wynieść, ma wyjść, bo ona się cały czas śmieje i że on nie będzie rozmawiał. Więc ja byłam pewna, że to Irena robi ten numer i że, że ona sama ustawia ten talerzyk i te litery się tam pokazują. No, brałam to za zabawę. Lidka się obraziła. Mówi: „To ja mam was w nosie. Idę sobie”. I poszła. A my dalej tam kręcimy tym talerzykiem, trzymamy ręce. W pewnej chwili słyszymy straszny wrzask na korytarzu. Wypadamy. Na korytarzu siedzi właściwie na podłodze Lidka i wrzeszczy wniebogłosy: „Co się stało?” Ona mówi: „Słuchaj, wyszłam do ubikacji, a tam było takie pomieszczenie metr na metr ze zlewem. Potem były drzwi do ubikacji i też takie maleńkie pomieszczenie. Ona wyszła z tego pierwszego pomieszczenia-... Ktoś trzyma drzwi i nie może wyjść. Zaczęła się szarpać, krzyczeć. W końcu te drzwi ustąpiły, otworzyły się do ściany, a tam nie ma nikogo, a drugie drzwi zamknięte. Więc zaczęła szarpać te drugie drzwi. Te drugie drzwi też nie chciały puścić. Jak zaczęła krzyczeć i wołać: "Mój Boże!" To te drzwi puściły.
Więc myśmy już w sumie mieli dość. No, ale Lidka poszła spać, a myśmy zajęli się tym wróżeniem. W tym czasie ten kolega szykował się do matury. Oni byli ode mnie dużo młodsi, nie mieli dzieci, więc często żeśmy się spotykali. No i myśmy go nazywali Diabeł, bo taki śmiesznie wyglądał. No i on mówi, że boi się, czy mu się matura powiedzie, czy zda. I zaczęliśmy pytać tego ducha. Więc ten duch powiedział, że obronę pracy zrobi bardzo dobrze, że dostanie piątkę, ale matury nie zda. Więc Diabeł mówi: "No, głupie gadanie. Jak zdam obronę, to dlaczego miałbym nie zdać matury?" A był bardzo dobrym uczniem. No i potem drugie pytanie było... No, oczywiście Irena się jak zwykle wygłupiła. Spytała, czy wszyscy będziemy długo żyć. Duch powiedział, że nie, że jedna osoba nie. No więc zrobiło się głupio.
Skończyliśmy tą niby zabawę i poszliśmy spać. Okazało się, żeby już też do tego nie wracać, jedna z nas umarła chyba dwa lata później miała. Okazało się, że urodziła dziecko i dostała raka trzustki. W ciągu miesiąca pojechała. Potem przeprowadziłam się. Budynek poszedł do kapitalki, więc dostałam piękne mieszkanie na pierwszym piętrze. Ale jak śpiewałam w zespole wiele lat wcześniej, miałam koleżankę na Matejki i ona na wprost miała taki wielki, pusty plac. Ja się pytam: "Co to jest? Czemu tu nic nie stoi?" Ona mówi: "Bo tutaj właśnie zaczynają budować". I przez te kilka lat, jak chodziłam do niej, to budowali dwa rzędy. Jeden miał chyba z dziesięć bram, drugi gdzieś sześć, siedem, był krótszy. No i ja mówię: "Ale czemu ten plac był taki pusty?" Ona mówi: "Słuchaj, bo to obok był kościół". Mówi, że to był cmentarz kościelny, że tam byli, przychodzili ludzie, wykopywali wszystkie te resztki grobów, resztki tych kości i wywozili to gdzieś. Więc te budynki postawili na terenie cmentarza. I ja się tam wprowadziłam. W sumie, dopóki nie zaczęły się te wszystkie rzeczy, to ja w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że ten cmentarz tam był pod spodem. Pierwsze takie zdarzenie to już było z duchami z kolei.
Rano dowiedziałam się w pracy, że zmarł mój były szef. Taki kawał dziada, taki strasznie pił w pracy i w ogóle był taki beznadziejny. Ja odeszłam z tej pracy, bo miałam go dość i dowiedziałam się, że on umarł. No, Boże, umarł, to umarł. Nie lubiłam go. Dobra. I poszłam spać.
Rano wstałyśmy z córką, budziłam do szkoły, jemy śniadanie i w pewnej chwili chciałam coś wziąć z kuchni. Poszłam do kuchni i w połowie drogi do kuchni, między pokojem a kuchnią, coś mnie z całej siły oblało wodą, ale to tak mocno i z takim impetem. Byłam cała mokra. Musiałam się przebrać.
Córka się wypierała na wszystkie świętości, że to nie ona. Wiadomo, że nie ona, bo oblałaby mnie z tyłu, a nie z przodu. No więc trochę żeśmy o tym porozmawiały i ona pojechała do szkoły, ja do pracy. Mama przychodzi po południu, ja przychodzę z pracy, jemy obiad. Ja mówię: "Wiesz, mamo, takie zdarzenie było". Mama moja była taka bardzo realna osoba. Mówi: "Daj spokój", mówi: "Nie wygłupiaj się". Mówi: "Jakie tam", mówi: "duchy, żeby was duchy wodą oblewały". Rozmawiamy. W tym momencie ja biorę łyżkę do buzi i w tym momencie spod stołu chlusnęła woda na nią i na córkę. No i oczywiście ochlapało ścianę, bo one siedziały przy ścianie, ja po drugiej stronie.
Córka próbowała dotknąć te kropelki. Takie łezki były błyszczące, mokre na tej ścianie. Mówi: "A to wcale nie smakuje. W ogóle nie ma smaku". Ja mówię: "Przestań to ruszać, nie wiadomo, co to jest". Moja mama oczywiście uwierzyła. Przestała się śmiać.
Była przerażona, a my miałyśmy fajną zabawę. Potem okazało się, że jak malowałam dwa razy to mieszkanie, to nie dało się tego zamalować. Te kropelki były takie, jak były. Musiałam potem tapetę położyć, bo to idiotycznie wyglądało, takie krople. No i co? No leje wodą, to leje wodą. No, drugi raz.
Parę dni później, może trzy dni później, wpada do mnie córka z koleżanką z pokoiku swojego i krzyczy, że leje się na nich z góry woda. No więc weszłam do pokoju. Faktycznie cały sufit zalany, krople leją się na podłogę. Poszłam do sąsiada. Pukam. Nie znałam ich, bo mieszkałam tam parę miesięcy. Pytam się, co się dzieje. On mówi: "Proszę pani, nic. Ja siedzę, oglądam telewizję. W tym pokoiku nie ma wody. Sprawdziłam, wyłam, wszystko suche".
Myślę: "Jaka Anielka? Co się dzieje?" No więc znowu, no nic, woda. No, pewnie znowu ten mój były szef się na mnie mści. Położyłam się wieczorem spać, a miałam taki zwyczaj, że punkt jedenasta gasiłam światło, bo rano musiałam wcześnie wstawać. Ale jestem nocny marek, więc mogłabym siedzieć do nocy.
Położyłam się spać, zgasiłam światło, odłożyłam książkę. Myślę: "Kurczę, nie chce mi się spać". A miałam żaluzje. Spałam przy oknie. Miałam żaluzje zasłonięte w pokoju. Jak wiadomo, że jak się gasi światło, w tym momencie oczy muszą się najpierw przyzwyczaić do ciemności. Słyszę, że coś klapie na podłodze.
Mówię do córki: "Co ty tu robisz i czemu nie śpisz? Co się stało?" Ale cisza. Nikt się nie odzywa, więc ja tak próbuję przebić tą ciemność. Nagle usłyszałam męskie kroki i buty skrzypiące. Myślę: "Kurczę, co się dzieje?" Ten ktoś podszedł do mojego łóżka, stanął i zaczął tak głośno oddychać, że słyszałam ten jego oddech. Obok łóżka stał regał. Wiadomo, jak te komunistyczne regały miały takie wystające doły, tam trzydzieści centymetrów czy ileś były szersze od góry. Usiadł na tym, ten skrzypnął bardzo głośno i on zaczął ciężko wzdychać, ale to tak... ...Aha! W tym się, co ja mam robić?
Bałam się poruszyć, no bo wiadomo, przyszedł duch. Boję się, cholera, mówię: najpierw lał wodą, teraz przyszedł. W końcu nie ruszałam się, nie oddychałam. Nie wiem, jak długo to trwało. W pewnym momencie już tak byłam spanikowana, że powiedziałam: Boże, co to jest? Na cały głos. I on w tym momencie znowu szarpnął, wstał i w połowie pokoju te kroki ucichły.
I to się skończyło. Dosłownie! No, duch niby duch, no ale musiał być dosyć masywny, skoro tak bardzo mocno było go słychać, prawda? I skoro nawet ta, ta, ta szafeczka zatrzeszczała na- No, i to najdziwniejsze było to, że ja się go w ogóle nie bałam. On na drugi dzień moja córka mówi: Mamo, mamo, chodź, on chodzi u mnie po parapecie. Słychać, jak po parapecie chodzi i przesuwa tam. Ona miała jakieś kwiatki.
Miałyśmy drzwi harmonijkowe- Właśnie chciałem też zapytać. Właśnie pani odpowiedziała na moje pytanie, które mi się w głowie urodziło. Czy córka też coś słyszała? Tak, oczywiście. I ona mówi do mnie tak: rano się budzi i mówi: Mamo, ale się dzisiaj darłaś w nocy.
Ja mówię: czemu? Bo on przyszedł z mojego pokoju, zeskoczył na podłogę, wziął te drzwi harmonijkowe i zaczął się nimi bawić. Otwierał, zamykał, otwierał, zamykał. To szelest jest! Więc obudził ją i nagle słyszy: wynocha, słyszysz? Wynocha! Ja się zaczęłam drzeć do niego, ale ja tego nie pamiętałam, bo ona mówi, że ja tylko tak krzyczałam. A on podszedł do okna, postał w tym oknie. Ona mówi, że czuła jego obecność, ale go nie widziała. I poszedł sobie i zniknął.
Dosłownie w trzy dni później afera w kamienicy niesamowita. Okazało się, że piętro wyżej, nie pode mną, tylko kawałek obok, powiesił się facet, nasz sąsiad i wisł gdzieś tam. Nie wiem, jak on wisiał. W każdym razie zerwała z nim kobieta i on powiedział, z rozpaczy się powiesił. I lała się woda. I on w tej wodzie tam niby stał, ale ta woda dziwnym trafem nie przelała się do sąsiadów i go w tej wodzie znaleźli, bo on tak pół wisiał. I my już byłyśmy pewne, że to on.
A znałam go, tylko jego w tej kamienicy, ponieważ ja na samym początku, jak się sprowadziłam, zepsuł mi się zamek u drzwi i mordowałam się z tym zamkiem, a on wszedł na górę i spytał się, czy mi pomóc. Przyniósł jakieś tam narzędzia i mi te drzwi pomógł otworzyć.
No i żeśmy z córką uzgodniły, że to pewnie on, że znał mnie i liczył na to, że ja mu pomogę, że tam nie wiem, że do mnie się odezwie. Nie wiem. Trudno mi wytłumaczyć, dlaczego on sobie wybrał akurat mnie. A potem, po latach taki znajomy się zajmował parapsychologią i twierdził, że ja jestem bardzo medialna i że bardzo łatwo odbieram takie rzeczy. No ale to kolejna- To by potwierdzało to, ta medialność byłaby potwierdzona tymi zdarzeniami wcześniejszymi, które pani opisywała, te z tymi poduszkami tak zwanymi tutaj. To mi się skojarzyło z takim spontanicznym wyjściem poza ciało osoby, tak? Możliwe. Ja byłam w sumie nawet do dziś jestem takim trzpiotem, że mimo problemów jestem zawsze taka strasznie radosna i tak bardzo lekko podchodziłam do tych spraw. Potem był dziwny, to miałam jeden jedyny przypadek. Moim zdaniem to było jakieś UFO, coś. Wcześniej nie miałam nigdy balkonu, ale kiedy tam mieszkaliśmy, to ja zawsze szłam, coś robiłam, oglądałam film, gotowałam i nagle coś mi kazało wychodzić do okna. I ja stałam na tym balkonie. Przed domem był taki trawnik, drzewka i pewnego razu wyszłam znowu tak jakby przyciągnięta do tego balkonu. I u nas było tak: mój budynek, na wprost drugi budynek, a po prawej stronie był wieżowiec i od tego wieżowca wyskoczyło coś. Ja bym to opisała w ten sposób, że ktoś miał bardzo długą, taką kilkumetrową metalową linę i świstał tak nią, tak jakby ją kręcił w kółko. I to był taki świszczący dźwięk, który wybiegł od strony tego wieżowca, przeleciał przez nasze podwórko i gdzieś tam daleko zniknął. To było tak dziwne, no bo skąd taki świst i taki dźwięk? Tym bardziej, że mnie coś do tego okna przyciągnęło. Potem było- To przyciągnięcie do okna mi się kojarzy z inną relacją, którą właśnie teraz przygotowuję do emisji. Jakieś tutaj słuchaczka z Gliwic zgłosiła, też po dobrym chyba wieku, co pani, kilka lat temu przeżyła takie bliskie spotkanie. Tylko że ona najpierw była wywabiona jakimiś dźwiękami na balkon i tam zobaczyła jakieś obiekty w kształcie trójkątów poniżej, co ciekawe, swojego balkonu. Rozumiem, że tutaj pani żadnego obiektu nie widziała, prawda?
Tylko jakby wzrokiem cały czas odruchowo śledziłam ten ruch, taki wirujący, który przelatywał. Ale to był świst i to było tak błyskawiczne. To były sekundy, jak to przeleciało. A to okno właśnie, ja nie wiem, ono mnie bardzo przyciągało. Ja tam ciągle na tym balkonie siedziałam.
Nieraz córka mówi: chodź, jest zimno, czego ty tam siedzisz? Ja mówię: nie wiem, po prostu mi się tu fajnie siedzi. I patrzyłam ciągle te gwiazdy i te niebo zawsze było tak piękne, to oświetlone, to niebo tymi gwiazdami.
Rozumiem, że, że to jakby dało się wyraźnie wyczuć, z którego kierunku ten dźwięk dochodzi, prawda? Z prawej strony szedł od tego wieżowca i tym takim kolistym, takim ruchem, ale takim bardzo nieregularnym, bo on tak jakby wirował i wyleciał po prostu przez ten w stronę... Tam jest co? Sienkiewicza. Boże, już nie pamiętam wrocławskich ulic. Na Sienkiewicza w tamtą stronę poleciał. No i następne zdarzenie.
Poznałam, znaczy poznałam. Myśmy się znali z dyrekcji, pracowaliśmy, on pracował w dyrekcji, ja pracowałam na placówce, ale żeśmy się znali. I któregoś razu, tam mieszkałam właśnie mówię niedawno. Patrzę, a on idzie. Myślę sobie: kurczę, co on tu robi?
On się spojrzał taki zdziwiony. Pomachał mi i-... Potem zaczęliśmy rozmawiać. Któregoś razu malowałam, wlazłam na balkon od strony zewnętrznej, malowałam poprzeczki i on podszedł. Mówi: "Co pani robi? Chce pani spaść?" Ja mówię: "Nic mi nie będzie, to parę metrów". No i potem zaczął podchodzić do mnie, do tego okna i żeśmy rozmawiali.
W końcu mówię: "Może pan wyjdzie na górę?" I zaczęliśmy się przyjaźnić. Znaczy przyjaźnić, tak tylko przyjaźnić. On przychodził, siadał. Był po rozwodzie, nie miał dzieci. Mieszkał po drugiej stronie, w tym drugim budynku. Często do mnie wpadał, ale on był ode mnie starszy chyba o jedenaście lat i był bardzo chory na serce. Miał jakąś dusznicę bolesną, coś tam jeszcze, nie wiem. W każdym razie przeżywał koszmar z tym sercem. I on właśnie też nie wiadomo z jakiego powodu miał albo miał jakąś silną energię, albo ja taka jestem, że w momencie, kiedy on stawał pod balkonem, bo on nigdy nie przychodził sam, zawsze musiał być zaproszony, bo on był taki bardzo elegancki, taki na poziomie facet. I on stawał pod balkonem, a ja dosłownie chwilę później wychodziłam i go tam znajdowałam. I on wtedy do mnie przyszedł.
Jak zwykle siedzieliśmy, graliśmy w karty, opowiadali, pili kawę i on mówi, że bardzo źle się czuje i że idzie, musi iść do domu. A nie wiem, dlaczego ja miałam taką straszną barierę do niego, że ja na przykład w dyrekcji nigdy nie mówiłam do niego po imieniu. Nie przyznawałam się nikomu, że go znam i nigdy nie miałabym odwagi tam do niego na przykład iść do domu czy coś. Tylko on do mnie przychodził. No i on poszedł. Ja się przygotowałam do snu, zgasiłam światło i poszłam spać. W pewnej chwili coś mnie obudziło. Słyszę, że ktoś mi usiadł na łóżku, więc mówię do córki. Ja mówię: "Co ty tu robisz?" A cisza. Patrzę, ale już było widniej w pokoju, bo byłam przyzwyczajony wzrok. Patrzę, a on siedzi na łóżku. Ja mówię: "Co ty tu robisz? Co, córka cię wpuściła?" A on się tak głupio uśmiechnął.
Ja odwróciłam głowę do tyłu, żeby zapalić lampkę nad głową. Patrzę, nikogo nie ma, ale na pościeli było takie wgłębienie, jakby siedział. No, oczywiście panika, że pewnie mu się coś stało, że powinnam do niego tam iść, go ratować. No ale ta blokada, że ja do niego nie pójdę i nie poszłam. Jakoś się uspokoiłam. Poszłam spać. Następnego dnia zadzwoniłam do pracy. Poprosiłam, żeby mi go dali do telefonu. No i ktoś mówi: "Słuchaj, chodź, do ciebie jest telefon".
Więc jak usłyszałam, że on tam jest, to się wyłączyłam. I wieczorem on przychodzi. Ja mówię: "Słuchaj, co to było w nocy?" "A co?" "Co ci się stało w nocy?" "A skąd wiesz?" On mówi tak, że w pewnej chwili poczuł, jakby wyszedł z ciała.
Spojrzał na zegarek i mówi: "Obudził się... znaczy odzyskał świadomość dopiero mówi po jakiejś godzinie. Mówi: "Nie wiem, co to było, ani się źle nie czułem." No, owszem, tam go bolało, ale nie aż tak, żeby tam stracić przytomność. Mówi: "Kiedy się obudziłem, to było godzinę później i byłem kompletnie taki rozkojarzony. Nie wiedziałem."
Ja mówię: "Słuchaj, bo ty byłeś u mnie." No i mu oczywiście to opowiedziałam. Kolejna sprawa sen. Jesteśmy z mężem w Pucku na wczasach. Śpimy pod namiotami. To był rok osiemdziesiąty. Piękna pogoda, plaża i cały czas w radiu, we wszystkich tranzystorkach w tym leciały piosenki Anny Jantar. No więc, a ja ją uwielbiałam. Pięknie śpiewała. Śni mi się coś takiego, że schodzę na dół do garażu mojego ojca.
Siadam w tym garażu, coś tam sprzątam, coś robię. W pewnej chwili otwierają się, a te... garaż miał takie wielkie drzwi. Otworzyły się te drzwi na oścież i wchodzi Anka Jantar w pięknej, białej, długiej sukience, ale co dziwne, ma krótkie włosy. A ona miała takie długie włosy, prawie do pasa i mówi... ma w rękach coś. Ja mówię: "Co ty tu robisz?" A ona mówi: "Chcesz obejrzeć moje zdjęcia?" Ja mówię: "No pewnie!" I ona tak na kolanach przysiadła. Ja obok niej, na wprost niej. I ona te wszystkie zdjęcia rozsypała na tej posadzce i zaczyna mi pokazywać. Mówi: "Zobacz, tu mam tyle lat, tu, to, tu byliśmy tu." I ja się tak jej przyglądam. Taka Boże, no, byłam taka zaszczycona tą jej obecnością. I ona w pewnej chwili podniosła jakieś tam zdjęcia i mówi: "Ale- ja mówię, że ja cię tak uwielbiam, że jesteś piękna, że tak pięknie śpiewasz, że masz fantastyczne piosenki." A ona tak spojrzała na mnie i wypuściła te zdjęcia.
One zaczęły spadać jak takie papierowe, takie motylki, coś. I mówi: "Co z tego, jak ja się spalę?" I cała, cały ten garaż wypełnił się taką czerwoną poświatą. Ja tak krzyczałam, że obudziłam połowę ludzi śpiących w tym, na tym polu namiotowym. Mąż się oczywiście ze mnie nabijał, bo on też taki realista. No i ten sen był w siedemdziesiątym piątym roku, czyli pięć lat przed jej śmiercią.
Ona zginęła w wypadku w osiemdziesiątym roku. Z tym, że ona się nie spaliła, tylko po prostu zginęła tam. I tym się ten sen różnił. To było straszne, bo cały garaż wypełnił się taką czerwoną poświatą, ale cały był dosłownie, a jakby płonął. Z tym, że nie było ognia, tylko wszystko było czerwone. Zresztą od tej pory przysięgłam sobie, że nigdy nie wsiądę do samolotu.
Potem miałam trzy razy takie sny. Jeden to był i płynęłam jakimś takim statkiem wycieczkowym na Odrze. I nagle z nieba zaczęły spadać cekiny. Pełno takich błyszczących cekin. Nie wiem, czy pan oglądał kiedyś X-Factora w telewizji. Ten program muzyczny i oni na ludzi- Coś tam kiedyś tam mi mignęło. Natomiast ja nie jestem jakimś fanem w ogóle telewizji, a szczególnie takich programów. Ja w ogóle nie oglądam, tylko tą muzykę. Nic więcej w telewizji nie oglądam. I to właśnie jak na przykład wykonawca był wspaniały, to oni sypią takie cekinki z góry. I to tak wyglądało z tym, że moje cekinki nie były złote, tylko srebrne. I te cekinki spadały na ten statek, na wodę i na całe otoczenie. I wszyscy ci na statku zaczęli te cekinki łapać, a ja zaczęłam strasznie krzyczeć: "Zostawcie to, bo to jest promieniowanie."
To był pierwszy sen. Drugi sen był na ulicy tak samo. Ludzie wystawiali ręce i to łapali, a ja krzyczałam, że to jest promieniowanie.... I ostatni sen z tej takiej serii. Byłam jeszcze na starym mieszkaniu, bo byłam nastolatką wtedy i nagle przyśniło mi się, że ktoś mnie woła do okna. Podeszłam do okna i zobaczyłam z dala poruszający się olbrzymi spodek. On był taki stalowo-niebieskawo-szary i miał pełno takich dziwnych, nie wiem, jak to określić.
Takich jakby na przykład ma pan plastelinę na płaskiej powierzchni, nakleja pan takie paski i to było pełno tych takich jakichś przewodów, jakichś pasków. Cały był w takich właśnie. Potem, po latach, już jak byłam dorosła, to gdzieś w Star Trek Voyager widziałam, że ten statek był pokryty takimi właśnie dziwnymi kręgami i on zadokował u mnie przy oknie, ale był tak olbrzymi jak prawie jak Stadion Olimpijski we Wrocławiu. I ja przerażona się obudziłam i to wszystko zniknęło. Potem byłam na kolonii. Moja mama była często kierownikiem kolonii, a ja? Ja już jak dorosłam, miałam osiemnaście lat, zostałam wychowawcą.
Pojechaliśmy do takiej miejscowości koło Wałbrzycha i tam był las, pełno tych, tych takich hałd górniczych. A ten dom nasz to był piękny, taki zameczek. Stał przy lesie i tam była kobieta, która przez cały rok tym domkiem się opiekowała, a w czasie wakacji były tam kolonie dla dzieci z naszych zakładów tam pracy.
I ona ciągle nam opowiadała, że tutaj jest zakryty skarb. To było tak, że po wojnie, kiedy wojna się skończyła, Niemcy uciekali z Polski. Ten baron, który miał ten dom, wynajął kilku jakichś Polaków czy kogoś do roboty i oni ten skarb zakopali, a on ich potem wszystkich zastrzelił i zakopał gdzieś w ogrodzie. Tam przed domem było olbrzymie połacie takiej trawy. I że oni tam gdzieś leżą, a ten skarb, nikt tego skarbu nie znalazł. No więc myśmy się tam pośmiali. Fajna opowieść, fajna historia, ale mówi tak: jeszcze kolonia się nie zaczęła, bo myśmy z mamą przyjeżdżały zawsze wcześniej, żeby to wszystko zorganizować. Dzieci miały przyjechać kilka dni później, a ona mówi tak: „Tylko się nie zdziwcie, jak usłyszycie w nocy hałasy. Ja was nie chcę straszyć, ale po prostu bądźcie przygotowane". No dobra, przygotowane na co? Poszłyśmy spać.
Ja spałam na... To był w ogóle piękny dom. Z holu miał takie piękne kręcone schody do góry i była taka jakby antresola. I na tej antresoli było kilka pokoi. I ja tam spałam w jednym z nich, a mama spała na dole. I w pewnej chwili słyszę potworny jazgot, ale to taki jazgot, że zerwałam się na równe nogi.
Wyskoczyłam z łóżka i słyszę, że ktoś z tej antresoli rzuca talerzami na dół. Tam, na ten hol. A na tym holu był piękny taki kominek i te wszystkie gary. Ale to dosłownie to była taka kanonada. To trwało, ja wiem, może dwie, trzy minuty i nikogo nie było. Nikt tym nie rzucał. Na drugi dzień mówię do tej gospodyni: „Oj, wie pani co? Albo ja spałam i lunatykowałam, albo tam ktoś rzucał naczyniami". Ona mówi: „No wiesz, chciałam, żebyś się sama przekonała". No dobra. Potem okazało się, że ten drań, ten niby baron, na przykład idziemy się kąpać.
Zakręcał nagle zimną wodę, odkręcał ciepłą, a wszystkie te pokrętła były obok, więc nie było nikogo, kto by to zrobił. No i w sumie nie wiadomo, co ten baron tam dalej wymyśla czy nie wiem, że tam na tym terenie teraz jest chyba dom starców. To było kiedyś nazywało się Kuźnice, a w tej chwili to jest chyba Boguszów pięć. Ta miejscowość.
Potem zaczęły mi się śnić dziwne mieszkania. Jeden miał chyba ja wiem, kilkanaście pokoi. Ja po tych pokojach chodziłam, zastanawiałam się, jak je urządzić. Potem jakieś inne mieszkanie, też fajne i ciągle te mieszkania wracały. Ja po prostu bardzo często wracałam do tych mieszkań i to w różnych odstępach dnia.
Ale najdziwniejszy sen trwał równo dziesięć dni. I to był taki sen jak serial. Po prostu kładłam się spać i nagle zaczynała mi się śnić dalsza część. No cholera, to jest strasznie długie. Nie wiem, czy to panu mogę opowiadać, ale to jest piękne. Najbardziej zaskoczyła mnie końcówka, ponieważ niedawno na Facebooku gdzieś znalazłam taką wersję tego, co ten sen mój się skończył. No ale to opowiem. Było tak. Ja właśnie w tym czasie, kiedy panu mówiłam o tym facecie, który był chory na serce. Myśmy się tak spotykali, spotykali. Ja w pewnym okresie zaczęłam się angażować. Liczyłam na to, że może on też się we mnie zakocha, że będę kogoś miała, bo byłam od wielu lat rozwódką. Znaczy od wielu, od czterech chyba czy od pięciu. Byłam sama, a on sam, więc tak sobie pomyślałam, że nam się fajnie gada, fajnie rozmawia, że może by coś z tego było. Któregoś razu on zobaczył, że ja się angażuję i powiedział, że nie, że absolutnie, bo on jest ciężko chory i on nie chce mi umrzeć, nie chce mi narobić problemu, a poza tym jest jedenaście lat starszy, więc żebym se dała spokój. Dobra i dalej byliśmy przyjaciółmi. Śni mi się coś takiego. Mieszkam w tym mieszkaniu, tam, gdzie ten cmentarz był. Wyszłam po cichutku. Nie wiem dlaczego, ale bardzo, bardzo byłam przerażona.
Wyszłam z tego mieszkania i poszłam na drugą stronę ulicy, a on miał okna od Matejki, od tej drugiej strony. Stanęłam. Tam było drzewo, duże drzewo, takie szumiące, ale wiedziałam, że to drzewo jest sztuczne, że to nie jest prawdziwe drzewo i że on naprawdę nie szeleści, nie szumią te liście. Stanęłam za tym drzewem, żeby popatrzeć chociaż w jego okna. Patrzę, że się światło pali.
No, se myślę, to jeszcze nie śpi, to może akurat podejdzie do okna i sobie na niego popatrzę. W tym momencie on podchodzi. Okno było dosyć wysoko, więc widziałam go tak do pasa i był bez koszuli. Był nagi do połowy. Nie wiem, może cały był nagi? Nie wiem. W każdym razie zobaczyłam go do połowy....Myślę się, kurczę! I on się w pewnym momencie zaczął śmiać i coś powiedział. Ja sobie myślę: matko, on mnie zauważył i śmieje się ze mnie. Kpi ze mnie, że ja tam stoję. Schowałam się jeszcze bardziej za to drzewo, ale słyszę, że on dalej z kimś rozmawia. Nagle zza jego pleców wychodzi drugi mężczyzna, goły. Objął go tak z tyłu w pół i pocałował go w szyję. Ja to już wlepiłam się w to drzewo i się obudziłam.
I to był pierwszy sen. Myślę: matko, co? Czy on jest gejem? Przecież to jest niemożliwe. Ale jak tak zaczęłam analizować, nie chciał mnie. Jak tylko w jakiś sposób byliśmy, staliśmy bliżej, to on natychmiast uciekał. Jego mieszkanie było takie wypielęgnowane, z jakimiś serduszkami czerwonymi i w ogóle.
I sobie myślę: Jezus, Maria, może on rzeczywiście jest gejem i dlatego mnie nie chce? Ja byłam bardzo ładna. No i nic. Następnego dnia, a pracowałam wtedy z koleżanką i oczywiście opowiadałam jej zawsze o tych moich snach, o tych moich zdarzeniach. Opowiedziałam jej ten sen, a ona mówi: ale numer! No to ładnie mówi, masz przyjaciela. Następnego dnia kładę się spać i jest ciąg dalszy.
Wychodzę z mieszkania, mam w ręku doniczkę. W doniczce jest malutka roślinka. Że to jest... wyrósł mi z pestki. Wyrosła mi jabłoń, taka maleńka. Ja wiem, czy dziesięć centymetrów. Ja to schowałam pod sweter i biegnę do starszego. Wiem, że mam iść do starszego.
Wiem, że przez to zginę, że tego mi nie wolno było zrobić. Bo okazało się, bo to jest z tych dalszych, dziesięciodniowych snów, było tak: świat został zniszczony przez atom. Nie było nic. Wszystko było jedną wielką pożogą, a kosmici uratowali nas i nad nami utworzyli jakąś przezroczystą kopułę. I przyjeżdżali, i dawali nam technologie, jakieś tam sposoby przeżycia. Wszystko nam po prostu organizowali nam to życie. A ja się zajmowałam takimi opaskami. To były takie opaski na przegub ręki. Każdy z nas miał taką opaskę. Było nas gdzieś około czterdziestki, może pięćdziesiątki. Trudno mi powiedzieć. I tylko i wyłącznie te dwa rzędy budynków tylko, a reszta wszystko nie istniało. I oczywiście przez tą kopułę widać było te wszystkie zgliszcza. I ja się opiekowałam tymi opaskami. I w momencie, kiedy komuś się ta opaska już załadowała, to ja miałam taki, w takiej kopule miałam swoje takie jakby gabinet i wprowadzałam do komputerów te wszystkie dane. Oczywiście nie miałam wtedy pojęcia o komputerze, bo to był rok dziewięćdziesiąty i o komputerach nawet nie słyszałam. No więc ja ładowałam te opaski do komputerów i oddawałam im czyste. Ale w moim mieszkaniu przy drzwiach była taka skrzynka i każdy miał obowiązek codziennie rano przy przebudzeniu przyjść i przycisnąć palcem taki przycisk. I tam się pokazywało: brakuje ci wapna, brakuje ci fosforu i wyskakiwały tabletki, które trzeba było zażyć. I w tym momencie organizm dostawał to, czego mu brakowało w danym dniu. I ten starszy był fantastycznym człowiekiem. On był Ziemianinem, że tak powiem. Był bardzo prawy, bardzo uczciwy, ale był stanowczy.
Żadnego alkoholu, żadnych zdrad, żadnego pijaństwa, żadnego homoseksualizmu. Nic. Samochodów, rowerów, nic. Żyjemy w czystym środowisku, żeby tego ponownie nie zniszczyć. I jeżeli ktokolwiek się z tego wyłamał, to przechodził na piąty poziom. Tam to tak zwana śmierć, nie? Żeby został unicestwiony. I on nam powiedział, że mamy wszystko, co tylko mamy w swoim mieszkaniu, mamy dokładnie przejrzeć. Żadnych rzeczy, które są związane z jedzeniem czy z jakimiś tam. Wszystko, co może zagrażać naszemu życiu, musimy to wszystko zdać. Więc ja też to zrobiłam.
Oczywiście jak ja, to ja. Ubrałam któregoś razu spodnie i w spodniach znalazłam pestkę od jabłka. Ja często zbierałam sobie pestki naprawdę w życiu i wkładałam sobie w różne miejsca. Potem sobie chrupałam. I znalazłam tą pestkę i powinnam ją iść natychmiast oddać. A ja powiedziałam: figa! Wzięłam doniczkę, wsadziłam tą pestkę do doniczki i zapomniałam o niej. Stała tam gdzieś na parapecie i w pewnej chwili patrzę, a ona wyrasta.
Czyli nie była w sumie napromieniowana, nic jej nie było. Ten nasz starszy miał uzika na punkcie wszystkiego, co straciliśmy, czyli budował te drzewa, które szumiały. Mieliśmy taką jakąś rzekę blisko tego domu, a takiej rzeki tam w rzeczywistości u nas nie ma. I tam siadaliśmy codziennie wieczorem, śpiewaliśmy, mówiliśmy wiersze i tak się integrowaliśmy. A on tam miał sztuczne żaby, sztuczne jakieś tam świerszcze, żebyśmy się czuli tak, że jesteśmy dalej na ziemi. No i mówię: Boże, jeżeli on tak strasznie lubi te rzeczy, to powinien się zainteresować tą pestką i będziemy mieli wreszcie prawdziwe drzewo. A jeżeli mnie za to ukarze, trudno, to pójdę na piąty poziom. Tym bardziej że ja byłam zaręczona wtedy z tym moim panem, a on się okazał gejem, więc nie wolno się rozwodzić, nie wolno zrywać zaręczyn. To co ja będę miała za życie z takim człowiekiem, który mnie nie chce, a ma kochanka, nie?
Więc mówię: pójdę, zginę, będę miała święty spokój. I w połowie drogi, jak biegłam do tego starszego, zza rogu wyskoczył jakiś chłopak i wpadł na mnie. Obydwoje żeśmy upadli na ziemię. Ja patrzyłam tylko pod sweter. Patrzę, cała roślinka. Mówię: no, całe szczęście.
I zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że on jest jednym z tych UFO, który u nas jeszcze nie był i był taki strasznie jeszcze niedouczony. Nie miał o niczym zielonego pojęcia. Taki był dzieciakowaty. I myśmy się w sobie zakochali. Byliśmy razem, ale on pewnego razu zaczął mnie zdradzać.
Dziewczyny po prostu oblepiły go, ponieważ wiedziały, że ja jestem zaręczona z tamtym, a one były wolne, więc chciały sobie znaleźć chłopaka i męża. Więc zaczęły go tam podrywać, a on był tak niedoświadczony, że wszystkim tym dziewczynom się tak poddawał. One go tam obejmowały, tam do niego mówiły. Ja się obraziłam....Zaczęłam strasznie płakać. Poczekałam do wieczora i w nocy postanowiłam umrzeć. Koniec! Nie chcę. Mam dość tego wszystkiego. Wzięłam jakąś tam łopatkę, pamiętam i poszłam do tej kuli, która nas tam otaczała. Wykopałam taki dołek, żeby podnieść tą kopułę i przelazłam przez tą kopułę. I co się okazuje? Że nie ma żadnych zgliszczy, nie ma żadnego zniszczenia. Mówię: „Boże, może oni to odbudowują? Może coś. Dobra, idę. Na pewno promieniowanie mnie zabije, szlag mnie trafi, będę miała spokój". Ale w końcu doszłam już bardzo daleko. Widzę normalne domy. Widzę ptaki śpiewają, znaczy trawa rośnie. Tak zielono, tak pięknie. Nie ma w ogóle ludzi. W tym momencie obudziłam się z przerażeniem, że UFO nas oszukało, że oni zrobili z nas niewolników, że oni nas mają jak świnki morskie pod kloszem i nas obserwują. I to było na tyle. Ten sen się skończył. To był dziesiąty dzień i przez trzy najbliższe dni snu nie ma. Ja wkurzona mówię do tej koleżanki: „Wiesz co? Ja już tak się przyzwyczaiłam do tych snów, że ja w tej chwili bez nich to ja jestem dosłownie jak, jak sierota". A ona mówi: „Nie martw się, na pewno się zaczną. Znowu będzie wszystko fajnie". No i jesteśmy w pracy. W pewnej chwili otwierają się drzwi. Aha, à propos tego chłopaka, tego ufoluda.
Miał, był bardzo wysoki, bardzo przystojny. Wyglądał jak Tom Cruise w młodych latach, ale był co najmniej o metr od niego wyższy. Miał bardzo czarne włosy, stalowe oczy. Miał taką koszulę w taką kolorową krateczkę i brązowe spodnie. No i oczywiście ja tam pracuję z tą dziewczyną. Robimy swoje i w pewnym momencie drzwi się otwierają. Wpada jakiś chłopak, zaczyna robić szum. Ja byłam zajęta, więc nie patrzyłam na niego. Nagle słyszę, że ja ten głos znam. No i oczywiście podniosłam głowę. Patrzę: brązowe spodnie, kolorowa koszula w kratkę. Te dziwne, takie bardzo stalowe oczy jak tego ufoka ze snów. A on miał na imię Seweryn. Ten, znaczy dostał takie imię, jak...
bo był ufoludem, więc dostał imię Seweryn. On mi tam oczywiście służbowo był, więc ja oniemiałam, bo dosłownie nie mogłam oddychać. Patrzyłam na niego. Ta dziewczyna z naprzeciwka patrzy na mnie, że ja robię się blada, czerwona, niebieska. Pyta się, co ja mówię.
Kiwam głową, że potem i on załatwiał te sprawy i pyta się, czy może zadzwonić. Ja mówię: „Proszę". On wszedł tam do mnie od mojej strony, wziął telefon i mówi: „Seweryn z tej strony". Więc ja wpadłam z krzesła. Zaczęłam się śmiać. Zbagatelizowałam to. Byliśmy razem. No, skracam już. Byliśmy- tak, że on się zmaterializował z tych snów. Był dokładnie taki, jak we śnie. I spotykaliśmy się chyba dwa i pół roku. Oczywiście potem się zaczęły baby i tak się skończyło, jak w tym śnie, więc potem go pogoniłam i się skończyło. Następna sprawa. Z tego mieszkania, właściwie to przez niego, zamieniliśmy mieszkanie na dużo większe, blisko, niedaleko tego domu, co tam był ten cmentarz i tam żeśmy mieszkali przez dwa i pół roku. Potem ja go wyrzuciłam. Zostałam sama. Miałam sypialnię, taką nyżę ciemną i z jakiegoś powodu przygarnęłam psa. Nie wiem dlaczego. W momencie, kiedy ktoś w rodzinie umiera, to przychodzi do mnie albo kot, albo pies i tak po prostu są u nas. I wtedy zjawił się ten pies. Biały, piękny, puchaty, taki niby golden, ale nie golden. Taki raczej skundlony, ale przepiękny. Ja tego psa wzięłam i żeśmy go wykąpały. I był piękny. I miałyśmy go u nas w domu. Córka miała swój wielki pokój.
Ja w tej nyży spałam i w trzecim pokoju był salon. I śpię. I w pewnej chwili czuję, że ktoś obok mnie leży, więc tak byłam odwrócona do ściany plecami. Zaczęłam się tak czochrać o niego i myślę sobie: durny pies, położył się z drugiej strony, nie? Ja się odwracam. Nie ma nikogo, a ponieważ cała nyża i całe to wyposażenie było białe, więc no bym zobaczyła. Drzwi były zamknięte, nie zdążył uciec. Byłam przerażona. No ale Boże, no, sen na jawie. Trudno, nie? Potem była noc i ja spałam i w pewnym momencie coś mnie obudziło, ale to tak raptownie się zerwałam. Usiadłam na równe nogi. Okazało się, że cała nyża, tak jak kiedyś w dzieciństwie, była wypełniona tą galaretą. Cały pokój drżał. Dosłownie wszystko, tak jakbym była w środku, w tej galarecie. Trwało to, bo ja wiem? No, dobrych z pięć minut na pewno. Ja się położyłam i leżałam i tak cały czas się przyglądałam temu. W końcu to coś ustąpiło.
Zapaliłam światło. Nie ma żadnej galarety. Mówię: „Kurczę, albo sen, albo co?". Dobra. Bałam się iść do ubikacji, no bo jakoś takie nie wiem, byłam- wtedy byłam naprawdę przerażona, bo tam na tamtym starym mieszkaniu tego mojego sąsiada w ogóle się nie bałam, tego ducha. A ten był porażający, taki...
Znaczy nie wiedziałam, że to duch, tylko to coś. Bardzo mnie przestraszyło. No i położyłam się spać, ale chyba z godzinę nie mogłam zasnąć. Rano wstaję wykończona. Wchodzę do córki, do pokoju, żeby ją obudzić do szkoły, a ta zaryczana siedzi na łóżku. Ja mówię: „Co się stało?"
„Mamo, bo w nocy był duch". Ja mówię: „Co się stało?" Ona mówi: „Słuchaj, obudził mnie. Siedziałam na łóżku, a ona nosi okulary. Miała, założyła okulary, bo chciała zobaczyć, co się dzieje, a spała przy oknie. Na oknie stała taka wielka lalka pepexowska, która gadała i mówi: „Nagle ni stąd, ni zowąd ta lalka wyskoczyła z tego parapetu i z całej siły uderzyła ją w twarz i złamała jej okulary. Więc ona zaczęła strasznie krzyczeć.
Podejrzewam, że to było w tym czasie, kiedy była u mnie w pokoju ta galareta, bo myśmy się musiały widocznie równocześnie obudzić. I ona mówi: „Mamo, ja za żadną anielkę nie wyszłabym z pokoju, żeby iść do ciebie", a ja z kolei nie mogłam iść do niej, więc to był taki sen, nie? I wtedy zaczęłam się interesować tymi rzeczami.... kupowałam książki jakieś tam i pewnego razu w pracy poznałam faceta, który zajmował się tą bioenergoterapią. Miał bzika na punkcie Silvy, na punkcie tych wszystkich jakichś tam parapsychologów czy jak to się tam nazywa. I on wszedł i mówi, popatrzył na mnie i mówi: Ależ ma pani energię, ależ pani ma wibracje! Ja mówię: O co chodzi? Mówi: Naprawdę- mówi. - Tak pani mówi, jakby przyciągała magnesem. A on mówi, że on się tym interesuje. I zaczęliśmy rozmawiać. Ja mu zaczęłam opowiadać te swoje historie. On mówi: No, właśnie- mówi. - Tak to się odbywa, nie? I ja mu mówię: Słuchaj, ja mam w mieszkaniu ducha, ale takiego, że tym razem to naprawdę chcę się go pozbyć, bo on jest po prostu jakiś niepoważny.
Wszystko demoluje, niszczy. Aha, i co jeszcze było? Córka pojechała na wakacje. Ja zostałam sama, a ja jestem robotnik do wszystkiego. Wszystko umiem. I ona mnie poprosiła, żeby kupić jej lampkę nocną. No wiadomo, samotna matka pieniędzy nie ma, a miałam pełno takich różnych części, więc wzięłam oprawkę, wzięłam przewód, wtyczkę, jakieś tam miałam wszystkie rzeczy i zaczęłam to wszystko składać. No, więc zawsze nie byłam tego jeszcze taka pewna, że jestem w tym dobra.
Siedzę u niej przy biurku, a na ścianie mieliśmy bzika na punkcie Freddiego Mercury. Wisi wielki plakat Freddiego. Byłam sama, więc mi się nudziło. Nie miałam z kim pogadać. Spojrzałam na ten plakat i mówię: Wiesz co, Freddie? Jak włączę tą wtyczkę do prądu i walnie światło, to walę cię z tej ściany. I na tym się skończyło. Więc ja tam montuję, montuję, montuję. W pewnej chwili to już skończyłam. Wkładam wtyczkę. Światło oczywiście nie wywaliło. Wszystko zrobiłam dobrze, a plakat fiu, fiu, fiu, fiu. Takim ruchem łagodnym, takim na boki, faliście spadł na podłogę. No więc oczywiście szok, nie? No ale też się specjalnie tym nie przejęłam. A ten drań był okropny. Więc ten mój kolega, ten parapsycholog czy jakoś tam mówi do mnie, że jest na to sposób. Kazał mi zapalić wielką świecę, gromnicę miałam po chrzcie mojej córki.
Zapalić na środku pokoju, chodzić, puszczać bardzo głośno muzykę i chodzić dookoła i klaskać. I rzeczywiście pomogło. Od tej pory wszystko się skończyło. Nie miałam żadnych problemów z tym duchem do pewnego czasu potem i on zaczął mnie uczyć wychodzenia z ciała, bo mówił, że ja jestem podatna. Jak wprowadzać się w stan alfa, żeby rozmawiać ze swoją podświadomością i tak dalej. I właśnie à propos tego miałam takie zdarzenie. Szłam ulicą i zobaczyłam faceta. Wydawał mi się bardzo znajomy. On do mnie krzyczy: Cześć! Ja do niego: Cześć. Ale sobie myślę: Kurczę, ja go nie pamiętam. Przecież nie mam sklerozy. Mam czterdzieści parę lat i co? Nie wiem, kto to jest. A wieczorem kładę się, wprowadzam się w stan alfa i mówię, zadaję pytanie: Powiedz mi, kto to był, do diabła? Bo mnie tak cały dzień męczy. Kto to jest? I zaczynam już ten, ten alfa się wprowadziłam i nagle słyszę coś takiego: Ty idiotko! Mówi. Co, nie wiesz, kto to jest? Ja mówię: Wiem. A czemu mnie obrażasz? A on mówi: No bo się skupia.
Przecież ty z nim pracujesz. Ja sobie myślę: no tak, faktycznie. Tylko że inaczej się wygląda za biurkiem, a inaczej się wygląda w płaszczu na ulicy, nie? I to był taki jedno z takich zdarzeń, właśnie tych snów. Potem, ponieważ z tym rynerem zerwałam, strasznie chciałam wiedzieć, jak on mieszka. Nigdy u niego nie byłam i wprowadziłam się w stan alfa, żeby wyjść z ciała. No i oczywiście zrobiłam to. Wprowadziłam się w ten stan alfa.
Zadałam pytanie swojej podświadomości, żeby mnie tam przekierował. Wiedziałam, gdzie on mieszka, ale nie znałam kompletnie rozkładu mieszkania. Wchodzę tam. Po lewej stronie jest jeden pokój, dalej kuchnia, wprost ubikacja, po prawej salon i z salonu wchodziło się przez taki przejściowy był pokoik, gdzie ten mój amant tam spał z bratem. Więc ja tam weszłam. Przekroczyłam ten próg między salonem a jego pokojem i stały takie stare buty, wielkie takie trepy zimowe, brudne jak diabli. I przez ścianę tam był balkon, ale też trzeba było przechodzić przez taki murek.
No, takie niewysokie, gdzieś piętnaście, dwadzieścia centymetrów. No i obudziłam się któregoś razu i potem już mi się przyjaźnili. Tak, że już nie było tam między nami jakichś kwasów. Spotkałam go i on coś miał ważnego załatwić. I mówi: To chodź, podjedziemy do mnie, ja tam coś wezmę. No dobra, weszliśmy do tego domu.
Wszystko było dokładnie tak, jak widziałam. I te diabelskie buty brudne tam stały. To był szok. Krótko mówiąc, zdarzyło się pani weryfikować to, co pani widziała, będąc w tym stanie OB, prawda? Tak, tak, to było. To było niesamowite. Ale potem przyszedł rok 2004. Najgorszy rok w moim życiu. Moja mama ciężko zachorowała. Okazało się, że ma raka. No i zanim się dowiedziałam, śni mi się coś takiego, że wchodzę do jakiegoś przez taką wielką bramę. Na środku jest taki wielki trawnik z drzewami, a w kształcie takiego niby łuku, w kształcie litery L, ale łuku stoją budynki i na jednym z nich są takie olbrzymie schody, w kształcie też takiego półokrągłe. Chyba kilkanaście tych schodów było do góry. Wielka brama. Jak weszłam na wprost, było pisało sala operacyjna czy coś, czy zabiegówka nie pamiętam. I się przerażona obudziłam. Oczywiście chodziłam tam po tych korytarzach. Kiedy się okazało, że mama zachorowała, kiedy dostała tego pierwszego takiego ataku i zaczęła się dusić, pogotowie przyjechało i ją zabrało.
Nie chcieli mnie wziąć, więc ja pojechałam samochodem za nią, za karetką i oczywiście cały ten szpital zobaczyłam. Nigdy tam nie byłam, bo to było gdzieś na Grabiszyńskiej. Ja tam w te rejony nigdy nie chodziłam. I były te schody.
Na wprost była ta zabiegówka i tam przez trzydzieści jeden dni moja mama leżała. Cały czas była na morfinie, a ja nie wychodziłam ze szpitala. Mieszkałam tam. Miałam kawę, herbatę i cukier i nic więcej. I tak schudłam dwadzieścia pięć kilo.
I tam miałam krzesło. Były dwa łóżka, ale panie pielęgniarki czekały na łapówkę. Nie chciały mi absolutnie tego łóżka pozwolić korzystać, mimo że było puste....Więc ja przyniosłam sobie z korytarza krzesło i przez trzydzieści jeden dni siedziałam na krześle przy mamie.
Pilnowałam ją, żeby jej nic nie zrobili, żeby jakby się nie daj Boże obudzi, to żebym mogła sobie z nią jeszcze pogadać. I tak, tak sobie te trzydzieści jeden dni żyłam. Pewnego dnia to był chyba trzydziesty dzień, czyli dzień przed śmiercią. Moja mama zawsze rano jeszcze była taka rześka. Zawsze mogła jeszcze chwilę porozmawiać, a potem przychodziła lekarka, dawała czy pielęgniarka, dawały jej morfinę i ona już potem cały dzień była, a nie można było się z nią dogadać.
A ja rysowałam w tym czasie sobie, bo ja maluję portrety, obrazy maluję i tak dalej. I sobie tam zajmowałam czas tym rysowaniem. W pewnej chwili mama się obudziła jeszcze przed tą morfiną. Usiadła na łóżku, gdzie nie mogła usiąść, bo miała paraliż jednej strony twarzy i nogi. I mówi: a co wy tu robicie? I tak patrzy mi za plecy, nie? Więc ja się tak odwróciłam.
Drzwi otwarte, bo jak zawsze były otwarte na korytarz. Nie, nikogo. Mówię: kogo ty tam widzisz? A ona mówi: zobacz, dziadki przyszli. I mówi: jak wy wyglądacie? Mówi. Co wy macie z tyłu skrzydła? Co wyście po mnie przyszli? Położyła się i dalej była już ap. Ja byłam w szoku. Może rzeczywiście widziała, że ktoś po nią przyszedł i że to byli aniołowie, nie? Na drugi dzień oczywiście mama zmarła. Ona zmarła w lipcu. Przyszedł listopad, moje urodziny. Ja oczywiście przez całe miesiące ryk, płacz, histeria, depresja i w ogóle dno. W tym czasie, ponieważ to było trzy lata po WTC, a ja miałam dzika na tym punkcie, więc na okrągło oglądałam te filmy, że patrzę, że ludziom jest gorzej niż mnie, więc to mi pozwalało jakoś przetrwać ten najgorszy okres. No i oglądałam zawsze do piątej rano i o piątej rano zasypiałam, bo miałam wszystko nagrane na wideo. Leżę i nagle czuję mamy zapach. Moje urodziny, ale ewidentnie taki zapach jak moja mama miała. Myślę kurczę, no, czuję mamy zapach. Oglądam się. Nikogo nie ma. W pewnej chwili w nogach widzę, że zapada się pościel, tak jak wtedy, jak przyszedł ten mój znajomy. Było takie wklęśnięcie. Nie było dźwięku. Nie było. Nie widziałam jej, tylko czułam ten zapach perfum i to wgłębienie.
I ja nie miałam, nie wiem, nie miałam możliwości, nie miałam siły nic powiedzieć. I to trwało może trzy, cztery minuty. I nagle ta pościel zaczęła się podnosić z powrotem. Wyrównała się do poziomu i wszystko znikło.
Perfumy znikły i wszystko znikło. I to było związane z mamą. Z tym, że wszyscy moi znajomi, którzy umierali, zawsze przychodzili do mnie i mówili, że już są z powrotem. Moja mama niestety jeszcze nie, więc może była tak dobrym człowiekiem, że już nie musiała wracać. I oczywiście po- Może po prostu nie musiała tego, nie miała takiej potrzeby, żeby oznajmiać ten swój powrót, tak? Nie, to na pewno by mi powiedziała.
Nie wierzę. Ja, myśmy były tak związane pępowiną, że całe życie się nią opiekowałam, ona mną i nie chcę, bo zaraz się popłaczę. No i w tym momencie, któregoś razu, bo jak minęło parę dni, ja mieszkałam wysoko na czwartym piętrze. Słyszę, lato, piękna pogoda, okno otwarte. Słyszę taki miauk koci, że po prostu idzie zwariować. Jedna noc, druga noc i to nad ranem. To tak ja chcę spać. Ja chcę iść do pracy, a to wrzeszczy to kocisko. W końcu naprawdę się zdesperowałam. W szlafroku, w piżamie, w kapciach poszłam na dół z tego czwartego piętra.
Wychodzę, a myśmy mieli taką oficynę. Drugi budynek był obok. Na tym nowym mieszkaniu już. Patrzę, siedzi w kratce piwnicznej siedzi czarny, piękny kot i miauczy jak oszalały. Ja mówię Boże, jak zwariuję! I nagle wychodzi kobieta z kubłem na śmieci. Wyrzuca śmieci. Ja mówię: czyj to jest kot? Przecież to można zwariować. Nie daje nikomu spać.
A ona mi: proszę pani, tu mieszkało jakieś małżeństwo, prawdopodobnie musieli go zostawić. Nie wiadomo, czy to był jego, czy ten kot był ich, czy nie. W każdym razie oni go chyba zostawili, a on tak miauczy. I tak stoimy, rozmawiamy i w pewnej chwili ja mówię: kot. Ona: niech pani nawet go nie woła, mówi, bo on do nikogo nie podejdzie. Myśmy rzucali mu jedzenie. On nic nie ruszył. On już mówi: pewnie niedługo zdechnie z głodu. Ja tak patrzę na tego kota i mówię: chodź tu do mnie. A on tak podniósł łepek, popatrzył na mnie, wyprostował się tak grzbiet wygiął i bieg. I sz to mi na ręce. Skoczył mi na ręce. Przytulił się do mnie, a ona się tak patrzy na mnie. Mówi: to pani kot? Ja mówię: nie wiem skąd. No przecież widzi pani, że weszła w piżamie, żeby go uspokoić. Nie wiem, udusić. Co mu zrobić?
Ona mówi: no ale przecież on do nikogo nie podchodził. Ja mówię: no, widzi pani. No i wzięłam go oczywiście do domu, jak to ja, ciotka Samarytanka. Okazało się, że to była dziewczynka. No i miałam ją bardzo długo.
Była niesamowitym kotem. No i potem moja córka skończyła studia, wyjechała do Anglii ze swoim chłopakiem, a ja zostałam sama. Nie chciałam wyjechać, bo miałam grób mamy i w ogóle nie wyobrażałam sobie, żeby ją tam zostawić. No i pewnego razu córka okazuje się, że jest w ciąży. Pisze do mnie na Facebooku. Nie, wtedy nie było Facebooku.
Wtedy była Nasza Klasa. Chyba Gadu-Gadu było wtedy. To było- Była cała gama innych serwisów, które później Facebook zaczną. Najpierw był Gadu-Gadu, potem był Nasza Klasa, a potem dopiero Facebook. I to było na Gadu-Gadu. Ona do mnie napisała, że jest w ciąży i czy ja bym nie chciała przyjechać. Myślę no tak, potrzebują opiekunkę. Ale się zaczęłam zastanawiać.
Mówię tak: wezmę mamę ze sobą, skremuję ją, bo ona nie była skremowana. Zabiorę urnę ze sobą i mogę jechać, bo już tam nic mnie nie trzyma w tej Polsce. Zresztą miałam jej serdecznie dosyć, bo jako matka samotna nie miałam żadnej pomocy przez dwadzieścia lat. No i tak zrobiłam. Pojechałam na cmentarz, a tam przy cmentarzu były te wszystkie takie kwiaciarnie.
Znałam jedną z tych kobiet. Zawsze żeśmy sobie gadały. Ona mnie zawsze pocieszała, bo ja wychodziłam z płaczem i mówi, że tutaj obok jest...... Babka, która się tymi sprawami zajmuje. A jeszcze parę miesięcy wcześniej cały rok zbierałam, nawet nie, dwa lata zbierałam pieniądze na to, żeby kupić mamie pomnik. I po drugiej stronie ulicy był kamieniarz i ja, młody facet, gdzieś koło czterdziestki. On zrobił mi ten pomnik.
Piękny! Pięknie ten pomnik wyszedł i w trzy dni później ten pomnik się zawalił. A on był pijakiem. Ja o tym nie wiedziałam. Zrobił olbrzymi krzyż z tego marmuru, który na dwóch pręcikach. I te pręciki po prostu nie wytrzymały i to się zawaliło. I on mi tego pomnika nie chciał naprawić. Więc ja się tak zryczałam, że szkoda słów. Pouskuwałam na niego okropnie, bo dla mnie ważniejszy był ten grób niż wszystko inne. Poszłam do tej kobiety. Oczywiście sądziłam się z tym facetem. Wygrałam i musiał mi to naprawić.
I poszłam... I to było wszystko w tym samym czasie, w przeciągu trzech miesięcy. Poszłam do tej kobiety, do, do tego punktu pogrzebowego i mówię, że chciałabym mamę skremować. Czy oni się tym zajmują? Tak.
Kobieta miała gdzieś koło pięćdziesiątki. Taka leciwa staruszka. Strasznie staro wyglądała. No i wszystko żeśmy załatwiły. Ja wszystko miałam opłacić w chwili, kiedy dostanę tą urnę. No i wszystko jest załatwione.
Strasznie drogo to kosztowało, ponad dwa tysiące. No ale trudno, zależało mi na tym i ta kremacja miała się odbyć w Poznaniu. I ponieważ ja powiedziałam, że ja nie zgodzę się na to, żeby oni to zrobili sami, że ja chcę być pewna, że oni to wykopali, załadowali na wóz, pojechali do Poznania i tam skremowali, żeby to nie było, że oni wyrzucą kości matki gdzieś nie wiadomo gdzie za płot. A sama nie pojechałabym, tylko poprosiłam kolegę.
Kolega powiedział, że pojedzie i wszystko żeśmy załatwili. A kremacja miała się odbyć chyba trzy dni przed moim wyjazdem do Anglii. I ta franca, bo już inaczej nie powiem, powiedziała, kiedy ja przyjechałam, już kazała mi przyjechać.
Zadzwoniła do mnie, żebym przyjechała i mówi tak: „No, ale na pani grobie mamy jest pomnik i to trzeba wszystko usunąć. To trzeba wszystko wywieźć i proszę jeszcze dopłacić półtora tysiąca”. A ja mówię: Słuch? Wzięła pani już prawie dwa i pół tysiąca i chce pani jeszcze półtora? A wiedziała, że mi zależy i chciała mnie po prostu naciągnąć. I ja dostałam szału, ale to takiego szału chyba jeszcze w życiu nie dostałam, bo to trzy dni zostało. Przecież nie załatwię wszystkiego. I zaczęłam ją obrażać. Wyzywałam ją od najgorszych.
Żebyś zdechła, krowo! Jak możesz mi to zrobić, że ja jadę tylko dlatego, że jadę z mamą, a ty mi takie rzeczy robisz, żebyś zdechła. Zryczana ledwo dojechałam do domu. Kawał drogi. Moja siostra akurat przyszła.
Mówi: Matko, co się z tobą dzieje? Ja byłam dosłownie jak wrak. Ja tak strasznie krzyczałam przez całą drogę. Proszę sobie wyobrazić, przyjechałam do Polski parę lat później. No i oczywiście pierwsza rzecz pojechałam na cmentarz. Poszłam do tej kwiaciarki.
Ona mówi: Pani wie, że ona zmarła w tydzień po pani wyjeździe? Ja mówię: Jak to się stało? Ona mówi: I ten kamieniarz też. W przeciągu trzech dni on, a potem parę dni później ona. I ja się za głowę złapałam, że ja ich po prostu przeklęłam. Było mi tak wstyd. No, byłam po prostu przerażona.
No ale nieważne. W każdym razie mamy już nie mogłam zabrać. Zaczęłam szykować się do wyjazdu i moja nyża. Drzwi otwierały się na zewnątrz do korytarza, a korytarzyk był olbrzymi, taki duży hol, ale w tym miejscu, gdzie była moja nyża, była może półtora metra przestrzeni, bo tam kosztem tego miejsca była łazienka, więc przy tej ścianie stała drabina. Wielka drabina, taka dwumetrowa.
Wszystkie remonty na niej robiłam, malowania i tak dalej. I ona stała kawałek odsunięta od ściany i oparta o prawie o sufit. Wtedy przyjechał ten mój zięć po mnie. Już wszystko było spakowane, stało w tym dużym pokoju, wszystko już było załatwione. On przyjechał, żeby pomóc mi to wszystko znosić do tej firmy, która miała mnie do Anglii zawieźć.
I sąsiadki córka przyszła. Skorzystała z okazji, że mój zięć jest, a był komputerowcem, więc mówi: Chodź do mnie, pokażesz mi tam, bo ja czegoś nie wiem. I on poszedł. Ja zostałam sama. Zamknęłam drzwi i poszłam do nyży jeszcze coś tam zrobić, a wtedy już nie było tam mojej sypialni, tylko wszystko było zlikwidowane. Stało tylko parę segmentów i po resztę moich rzeczy, masę książek i tam inne rzeczy. I ja coś robię. I w pewnym momencie słyszę potworny huk, ale taki, że aż zadrżała cała nyża. Ja podchodzę do drzwi, biorę za klamkę: zamknięte. Okazało się, że ta drabina runęła na drzwi. No jakim cudem odgięła się od ściany, skoro była daleko odstawiona od ściany? Ona runęła na drzwi. To była stara kamienica niemiecka. Nad drzwiami był taki dwudziestocentymetrowy taki mur, bo to była chyba jakaś ściana nośna czy coś. I ta nyża wpadła między drzwi, a ten wypust także nie można było jej popchnąć drzwi, żeby ona się odsunęła, bo ten wypust przeszkadzał taki szeroki. I ja się szarpię i szarpię, i szarpię i kurczę, nie wyjdę. On nie miał kluczy, jest u sąsiadki. Pomyśli, że ja go nie chcę wpuścić. Co ja mam zrobić? Jak mam z tej nyży się wydostać? A ponieważ tam były segmenty, jeszcze miałam resztę narzędzi, więc znalazłam jakiś śrubokręt. Zaczęłam podważać te drzwi. Wielkie, potężne, ciężkie, niemieckie. Mur gruby jak diabli.
I nagle mówię: Boże, mamo, pomóż mi, przecież ja stąd nie wyjdę. I te drzwi nagle się otworzyły, a drabina runęła w stronę holu. Więc dla mnie to był szok. Śpię ostatnią noc przed wyjazdem. Śni mi się coś takiego. Wydawało mi się w pierwszej chwili, że to u tego Seweryna w domu, bo kobieta była taka podobna. Czarne włosy, niska, grubawa.
Że jestem w jakimś domu. Ten dom stoi na skrzyżowaniu, ale jakiejś wiochy, jakiegoś małego miasteczka. Trudno powiedzieć, co to było. I na rogu stał duży, duży, potężny budynek. Piękny.... Od ulicy wchodziło się taką szeroką bramą i ja tam sprzątałam. Byłam sprzątaczką, znaczy byłam służącą, bo ona mnie wynajmowała do roboty. Ja sobie myślę: no, ładnie. Nigdy kobiety, jego matki nie widziałam, a ona mnie tutaj usługuje się, no.
I spojrzałam. Wyszłam tam, sprzątałam oczywiście i nagle spojrzałam przez to jedno okno i zobaczyłam, że po drugiej stronie ulicy, na rogu jest kiosk. Taki wbudowany budynek. W dół się schodziło taką spadzistą, taką jezdnią, też niedużą.
No i sprzątałam tam bardzo długo w każdym razie. Zapakowałam się, pojechałam do Anglii. Po jakimś czasie, nie wiem, minęło może pół roku. Z kasą było strasznie trudno, bo oni tam narobili długów, jak byli. Przychodzi do mnie córka i mówi: słuchaj, wiesz, tutaj jest apteka na głównej ulicy i oni szukają kogoś do sprzątania. Ja nie skojarzyłam tego zupełnie wtedy z tym snem. I dobra, to chodź, zaprowadź mnie tam. Ja pójdę sprzątać. Ja wchodzę. Matko, to jest ten budynek.
Podchodzę do okna, widzę po drugiej stronie ten kiosk i to była ta ulica, na której teraz do tej pory mieszkamy, nie? O! Co jeszcze mi się przydarzyło. Mam obok, tam w mieszkaniu we Wrocławiu miałam sąsiadkę. Mieszkała z córką też sama. Nie lubiłam tej matki, bo ona była wredna, ciągle na nas tam mówiła, że moja córka to dziwka, bo jedzie do Anglii do pracy. Więc strasznie mnie denerwowała, a jej córka była bardzo fajna. No i śni mi się coś takiego- Trochę prymitywna persona, delikatnie mówiąc, skoro ona w oparciu o takie, za przeproszeniem, z dupy wzięte kryteria, wyzywa kogoś od dziwek. Tak, tak i to jeszcze z jaką złością? Z jaką nienawiścią mówi: tak, masz córkę, dziwkę. Jedzie do pracy, tam będzie dupy dawać. I tak. Wiesz, już nie chciałam w tej chwili mówić więcej tego, a ja tak się spojrzałam na nią- Mówiąc wypowiedzi, które nie kwalifikują się do komentowania, że to tak ujmę. Może potem powycinać sobie. W każdym razie ja to zlekceważyłam, bo mnie po prostu zablokowało, bo ja zawsze jak ktoś na mnie skacze, to ja najpierw tracę. W ogóle nie umiem się odgryźć od razu, tylko potem mogłabym sobie pogadać. W każdym razie nie lubiłam jej, a tą drugą, tą jej córkę nawet lubiłam, chociaż też była taka jak matka. Ale miałyśmy dobre układy. No i śni mi się coś takiego, że jestem na 1 maja we Wrocławiu, a już byłam w Anglii i na 1 maja jest szpital.
Więc stanęłam tak przy takiej barierce, bo tam fosa pod spodem płynie i patrzę, że podjeżdża karetka. Z karetki wysiada Iza i mówi... Ja mówię: Iza, czy to prawda, że twoja mama się utopiła? A ona mówi: skąd wiesz? I się obudziłam. No więc, ponieważ miałam z nią kontakt już wtedy na naszej klasie, piszę do niej. Ja mówię: słuchaj, co się u was dzieje? Bo miałam okropny sen.
Wiesz, nie chcę ci mówić co, ale to było straszne. A ona mówi: co ci się śniło? Powiedz. Ja mówię: nie, no bo nie chcę cię, nie chcę cię straszyć. Ona mówi: powiedz, ja to wytrzymam. No więc ja jej to opowiedziałam. Ona mówi: bo moja mama właśnie dzisiaj w nocy umarła.
Utopiła się płynem z płuc. Że płuca jej zalewało płynem i się utopiła. No więc miałam serdecznie dość. Coś, co można w zasadzie zaklasyfikować albo jako sen proroczy, albo jako monicję, bo pani jakoś odebrała informację o tym, że ta osoba umiera tak? Tak. Mi się śniło, że ona po prostu się utopiła i dlatego oni stoją przy tej fosie. Może mi się ta fosa tak skojarzyła, że ona tam wpadła, bo ta karetka stała przy fosie i ona też. Ta córka stała przy fosie, a zaraz parę metrów dalej było wejście do szpitala. Więc tak sobie to skojarzyłam, a okazało się, że ona miała tą wodę w płucach.
Ale jeszcze jedno. Ponieważ ten Seweryn mi nie wychodził z głowy, któregoś razu wprowadziłam się w stan alfa i spytałam się, co właściwie się stało, że te dziesięć dni snów naprowadziło mnie na niego, że potem byliśmy razem? Dlaczego tak niesamowicie mi się zmaterializował wcześniej? Przecież to jest po prostu niemożliwe.
No i śni mi się coś takiego. Jestem w swoim ubraniu. Ja chodziłam zawsze w getrach, w takich, nie wiem, jak to się nazywa. Takie narciarskie nakładki na łydki, w jakiejś tam dłuższej bluzce, takiej bluzki z tą tuniką. Idę sobie. Jestem we Francji. Idę sobie wielką, żwirowaną, piękną aleją. Na środku jest piękny trawnik, a ta aleja tak zakręca naokoło, żeby można było z drugiej strony nią wyjechać. A tam, na końcu tej alei stoi piękny zamek. I ja pukam do tego zamku taką kołatką. Wychodzi lokaj, otwiera, wpuszcza mnie. Oczywiście jest w tych swoich ubrankach, takich francuskich. Wchodzę. Po lewej stronie jest taka wielka sala, taka siermiężna, z kamieni. Na środku jest tylko wielka, taka siermiężna, toporna ława. Obok tej ławy są takie dwa siedziska, długie, też takie ławy. Więc ja sobie tam usiadłam, a on mówi, że zaraz panienkę poprosi. No więc poszedł.
Ja siedzę tam sobie. Rozglądam się po tej komnacie. Wchodzi jakaś kobieta. Ja jej nie znam. Młoda dziewczyna w moim wieku i mówi: przyszłaś do Seweryna? Ja mówię: no właściwie nie, bo wstyd mi się było przyznać. Mówię: nie, przyszłam do ciebie tak cię odwiedzić. A myśmy już byli po zerwaniu, więc podejrzewałam, że jego siostra o tym wie. A on nie miał siostry.
Miał brata naprawdę. I mówi: to poczekaj - mówi - bo on akurat jest w domu, to się spotkacie. I on wychodzi. Oczywiście jest ubrany po francusku, w takich getrach, z białymi, takimi podkolanówkami i takich śmiesznych ciżemkach, ale twarz, głowę miał odkrytą. Wyglądał normalnie.
Podszedł do mnie i mówi: chodź, pójdziemy na spacer. Wziął mnie za rękę, wyprowadził mnie z tego zamku. Po lewej stronie, pamiętam, były takie czworaki i tam ludzie, kobiety, mężczyźni gotowali, pichcili jakieś tam jedzenie, jakieś przyjęcie miało być coś takiego.... I tak idziemy. I na schodach do tych czworaków siedział taki mały, brudny chłopiec. I ja mówię: "Boże, dziecko, co ci jest?" Zaczęłam go tam czyścić, chusteczkę wyjęłam, śliniłam go, tam wycierałam. Podeszłam do tych kobiet i jedną z tych kobiet była moja mama. Poprosiłam ją o bułkę i dałam temu dziecko. A on tak patrzy i mówi: "Jaka ty jesteś dobra". Ja mówię: "Wiesz co? Wiesz, po co ja tu przyszłam?"
A on mówi: "Wiem. Chodź, pokażę ci grób naszych przodków". I wyszliśmy z tego. Nagle znaleźliśmy się we Wrocławiu w stronę Osobowic. Łuna taka czerwono-pomarańczowa była na niebie. Z daleka. To jest niemożliwe, ale widziałam groby, pomniki, te wszystkie krzyże. On mówi: "Chodź, pokażę ci grób naszych przodków. Będziesz wiedziała". I tak to było, nie? Ostatnie zdarzenie, jakie miałam, to było tutaj, już w Anglii. Moja wnuczka była straszna gapa, ale niewyobrażalna. Wszystko gubiła, wszystko jej wylatywało z rąk. I kupiliśmy jej takiego misia. Taki śmieszny. Miał na imię Fred, był napis. No i ona z tym misiem była nierozłączna. Miała może, ja wiem, ze dwa lata. Pojechaliśmy do Tesco na zakupy, a mamy do Tesco daleko, więc samochodem. Przyjeżdżamy tam, łazimy po tym Tesco. Chyba ze dwie godziny zrobiliśmy zakupy, a ona z tym miśkiem tam dreptała. W pewnej chwili wracamy do samochodu, a ona krzyknie: "Nie ma mojego misia!" Mówię: "Jak mogłaś zgubić misia?"
Aż się wściekłam, bo ja w ogóle na punkcie misi to mam śrubę i sama śpię z misiem. I dla mnie miśki zawsze miały jakieś takie wielkie znaczenie. I ja mówię: "To jak mogłaś zgubić?" No, a zięć mówi: "Ja, to moment, ja pójdę, przejdę się tymi wszystkimi alejkami. Na pewno znajdę". I poszedł. A ja siedzę w samochodzie i nagle tak strasznie chciałam tego misia znaleźć. I tak siedzę i nagle czuję, jakbym nie była sobą, jakby coś się ze mną działo.
Byłam jakby w transie i wpatruję się tak w jeden punkt. Nie wiem nawet, czy córka coś do mnie mówiła. W każdym razie ja nic. Wszystko u mnie się wyłączyło i tak siedziałam. Nagle zięć otwiera drzwi. Ja się wybiłam z tego transu. On wchodzi i mówi: "Nic z tego.
Nie ma tego misia. Jest tysiące ludzi. Sobota - mówi. - Nie ma nawet szans". A ja mówię: "To poczekajcie chwilę". Wstałam i wyszłam z samochodu i jak w transie pamiętam, że weszłam do Tesco. Nie patrzyłam na żadne boki.
Szłam po prostu tak, jakby mnie coś kierowało. Doszłam prawie do końca i na przedostatnim tym, tym takim polu, czy jak to się tam nazywa, tym sektorze. Spojrzałam w dół i na półce ktoś tego miśka podniósł i położył na półkę, na najniższą półkę. I ja go wzięłam. I tak jak w transie wyszłam.
Wróciłam do samochodu. Mówię: "Masz swojego miśka". Oni zgłupieli. Mówi: "Skąd ty go wzięłaś?" Ja mówię: "Nie wiem. Po prostu poszłam i wzięłam". I to tyle. Aha, i jeszcze to. Od jakiegoś dwóch lat śni mi się kamper. Zostałam dzika na punkcie kampera, ale to przez moje sny. Śni mi się, że mieszkam w kamperze. Jest droga prowadząca wysoko w górę. Po prawej stronie stoją prostopadle kampery. Mój kamper jest przedostatni na górze. Po lewej stronie są jakieś ogródki, jakieś tam warzywa, ktoś tam hoduje. Potem stoi taki wielki kamper, który jest kawiarnią i sklepem. Tam można po schodkach wejść, sobie usiąść, wypić kawę, coś kupić, słodycze czy jakieś kanapki. I ja tam mieszkam. Wiem, jak ten kamper wygląda.
Wszystko wiem. Znam tych ludzi, którzy tam żyją. Potem sen się kończy. Parę dni mija, nieraz tydzień, nieraz miesiąc i śni mi się dalej, co robimy, jak chodzimy, że nieraz gdzieś wyjeżdżamy, nieraz schodzimy na dół. I tak cały czas mi się ten kamper śni. Ja tych ludzi wszystkich znam, a w rzeczywistości naprawdę nie znam żadnego z nich.
Nie wiem, co to jest i to chyba powiedziałam wszystko, bo ja tu sobie spisywałam te wszystkie swoje szaleństwa. Niech mi pan powie, co to jest? No, wyszła nam taka paranormalna spowiedź, jak to w Radiu Paranormalium nazywamy tego typu rozmowy. Dosyć dużo takich proroczych wątków prekognicyjnych. Tutaj chociażby te sny, chociażby to, co ten wywołany duch wtedy powiedział, że ta jedna z koleżanek nie będzie długo żyć.
Tutaj takie pytanie sobie zanotowałem odnośnie tych zdarzeń z wodą, gdzie ta woda was ochlapywała. Czy próbowaliście ustalić, skąd się ta woda wzięła? Udało się jakoś dociec, jakby wyeliminować wszystkie takie fizyczne przyczyny? Znikąd. Znikąd.
Było tak: duży pokój, przy ścianie stały dwa fotele, obok przed nimi stała ława i po drugiej stronie taki taboret, bo nieraz jak ktoś przyszedł, to na tym taborecie siadał. Miałam trzy takie miejsca i w pierwszym raz, jak spod stołu ta woda wyprysnęła, to córka akurat trzymała bułkę w buzi, a w drugiej ręce trzymała kubek z herbatą. A ja? Znaczy nie, to był drugi raz, jak mama była, a mama też jadła. Ja też jadłam i jadłyśmy obiad wszystkie trzy i żadna z nas spod tego stołu tej wody nie mogła nalać, bo to jest niemożliwe. Jak pierwszy raz szłam i mnie coś ochlapało od strony kuchni, to też nie było możliwe, bo była ściana, otwarte drzwi. Ja te drzwi w ogóle zdjęłam i wyrzuciłam, bo mnie denerwowały. A na tej ścianie, gdzie była między kuchnią a pokojem, były takie szyby kratkowane, takie okienka, żeby światło było w kuchni. Ktoś zrobił. Ja to potem zburzyłam, bo mnie denerwowało, bo ciągle trzeba było te szybki myć. I zrobiłam sobie taki stół z lampą u góry i tam żeśmy też jadły. Między kuchnią a pokojem miałyśmy takie wysokie stołki. Nie było możliwości. Tak samo nie było możliwości u tego sąsiada, bo ten sąsiad to był starszy pan. Z pokoju, z którego ta woda ciekła do córki pokoju.
U niego było suchuteńko. Dotykałam ręką dywanu. Łazienka była...... w pięć, dziesięć metrów dalej, a kuchnia była tak samo jak u mnie, aneks kuchenny. To nawet nie była kuchnia, tylko takie maleństwo, że wchodziło się z pokoju i też na drugim końcu mieszkania. Nie było szansy. Nie było, krótko mówiąc, żadnego miejsca, z którego tam woda mogłaby wytrysnąć, tak? Nie. Nic takiego nie mogło być. I te kafelki, które zostały na ścianie, których nie dało się zamalować, że woda powinna wyschnąć, nie? A ja dopiero po paru latach, jak już chyba dwa czy trzy razy próbowałam to zamalować, bo malowałam zawsze na biało i córka brudziła te ściany, więc ja je wkurzyłam się, kupiłam tapetę i dopiero tapetami to przykryłam.
Tutaj sobie też zapisałem ten motyw z tymi zwierzętami pojawiającymi się we śnie, zwiastującymi odejście kogoś z bliskich czy znajomych. Zrobiłem tak- One były we śnie. One naprawdę przychodziły. Aha! Tylko z tego, z tej, z tej piwnicy. Po śmierci mamy... A à propos, po śmierci mamy. Ja nigdy nie chciałam mieć zwierząt, ponieważ ja pracowałam do siódmej wieczór i nie miałam czasu na zwierzęta, żeby z nimi wychodzić.
Więc marzyłam o psie, ale nigdy go nie miałam. Kiedy mama zmarła w jakiś, mama zmarła w lipcu, a ja tego psa kupiłam chyba w sierpniu. Poszliśmy z córką na targ i nagle ni stąd, ni zowąd patrzę, kobieta sprzedaje psy.
Goldeny. Piękne, takie rude, piękne, w porządka, małe. I ja oszalałam. Ja mówię: „Słuchaj, ja muszę mieć tego psa”. Pytam się tej kobiety, ile kosztuje. Ona mówi, że trzysta pięćdziesiąt złotych. No szaleństwo! Ja nie miałam nawet połowy. Miałam przy sobie może ze sto dwadzieścia złotych, może mniej. A córka mówi: „Słuchaj, no przecież nie wydasz wszystkich pieniędzy, bo będziemy bez grosza do końca miesiąca”. Ja mówię: „Słuchaj, ja muszę tego psa mieć. Mnie to nie interesuje. Ja chcę mieć tego psa”.
Ja dosłownie byłam jak nawiedzona. Wzięłam tego psa. Ona dziwnym trafem zgodziła się na te sto dwadzieścia złotych, z tym, że za miesiąc miałam jej jeszcze dać trzydzieści złotych. Ona po te pieniądze potem przyjechała.
Przecież nam brakowało pieniędzy do końca miesiąca wtedy. Nie wiem, jakim cudem. No, to też takie czasy, kiedy złotówka miała zupełnie inną wartość niż teraz, tak? No, ale to był dwutysięczny czwarty rok, więc już nie było tak.
Właśnie, no właśnie. To już nie było tak różowo. Ja byłam cały czas na pół gwizdku. Potem zresztą splajtowała moja firma, bo zrujnowali nas podatkami i podwyżkami. W każdym razie ten pies był ze mną, kiedy mama zma..., znaczy mama już nie żyła. Ja miałam taką deprechę, że wystarczyło na sekundę, żebym tylko zaczęła myśleć jakieś takie, że sobie coś zrobię, że mam dość. On natychmiast przybiegał, kładł mi mordkę na kolanach i sapał, i patrzył. Wpatrywał się we mnie tymi oczyskami. Pilnował mnie cały czas. Miałam depresję jedenaście lat i on po jedenastu latach zmarł. W momencie, kiedy straciłam tą depresję, on odszedł. Można powiedzieć, miał pewną misję do spełnienia. A też mówi się o psach i w ogóle o zwierzętach takich domowych, że mają jakieś takie zdolności postrzegania, których my z kolei nie mamy. Jeszcze jedno mi się przypomniało też tutaj, w Anglii, à propos właśnie tych opiekunów.
Na naszej klasie spotkałam po latach, byłam zapisana do naszej klasy, do której chodziłyśmy w podstawówce. Ja mam niesamowitą pamięć. Nie wiem dlaczego. Jestem stara baba, a pamięć mam nastolatki. Pamiętałam wszystkie imiona i nazwiska moich kolegów i koleżanek z podstawówki. I wśród nich był kolega. Nie lubiłam go specjalnie, bo był taki cichy. Zawsze taki był ścicha pięta. Tak zawsze się czaił, zawsze gdzieś tam głowę wystawiał, jakby był przerażony całym światem. Ale był śliczny. No i ja tam miałam straszne powodzenie, więc nim się to najmniej przejmowałam. No i go poznałam. Spotkałam go na tej naszej klasie. Zaczęliśmy ze sobą pisać, potem przeszliśmy na Skype'a. Okazało się, że facet siedział w Ameryce, ja w Anglii, więc na drugim końcu świata. A z czasem tak gadka, gadka, gadka, gadka. W końcu żeśmy się w sobie zakochali. No więc on mówi: „Słuchaj, to nie ma co. Ja do ciebie przyjadę, odwiedzę cię”.
I przyjechał. Był tutaj dwa razy. Raz był w kwietniu, raz był w grudniu na święta. Myśmy się zaręczyli i było wszystko pięknie, chociaż okazywało się, że facet ma masę, masę wad i w ogóle był nie do przyjęcia.
Zresztą to za dużo opowiadać. W każdym razie ja już miałam tego serdecznie dość. Poza tym sześć godzin różnicy w czasie, więc ja miałam dziesiątej, a on miał dopiero gdzieś w południe u niego było. Ja padałam na pysk.
Siedzieliśmy do drugiej, do trzeciej w nocy, a on miał dopiero środek dnia, więc ja po prostu nie dawałam rady. Tym bardziej że ja w ciągu dnia opiekowałam się wnuczką, więc ryłam nosem i byłam już tak znerwicowana. Poza tym jeszcze miałam tą deprechę. Jeszcze był mój pies, był u mnie, więc musiałam z tym psem wychodzić w nocy i w ogóle miałam wszystkiego serdecznie dość. I kiedyś mnie tak wkurzył, iż to było nie do przyjęcia. Miał masę, masę takich złych nawyków i ja z nim zerwałam. No i potem jeszcze przez jakiś czas próbowaliśmy do siebie pisać, ale potem minęło już chyba pięć lat, jak on, jak żeśmy się rozstali. Śni mi się coś takiego. Jestem w Ameryce. Nigdy tam nie byłam. Oczywiście jest morze.
Stoję nad morzem, na plaży i patrzę z naprzeciwka. On idzie z bardzo daleka. Oczywiście nie było mowy, żebym nie poznała jego sylwetki, więc widzę, że idzie. Zbliża się, zbliża się, zbliża. Już jest tak bardzo blisko. Stoi ode mnie o jakieś, ja wiem, dziesięć, piętnaście metrów i w pewnym momencie się odwraca i odchodzi. I tak raz, drugi, trzeci, piąty.
Myślę: „Matko, co się dzieje? Czego on mi się tak śni?” Miałam ochotę do niego napisać. Nawet go zaprosiłam do, na Facebooku, bo już wtedy na Facebooku byłam. Przeniosłam się z naszej klasy i miałam go zaprosić.
Zobaczyłam, że tam jest, ale sobie myślę: nie, nie chcę. Nie chcę, bo znowu się zacznie. Znowu będę zarywała noce. Nie będę miała kiedy malować obrazów. Nie. I dałam sobie spokój. I on mi się tak śnił, no, kilkanaście razy.... Na przykład on miał takiego kolegę, z którym się przyjaźnił tam i często jak gadaliśmy na Skypie, to ten chłopak tam też był.
Odwiedzał go. No i śni mi się tak, że jest jakiś sylwester, jakaś zabawa. Wszyscy jesteśmy pięknie ubrani, w garniturach, suknie balowe, pełno ludzi, jakieś lampiony i nagle on znika. Nie ma go. Ja sobie myślę: „No tak, znowu wyszedł i znowu nie będę mogła się z nim pogodzić”. I potem znowu jakaś uroczystość. Jest taka nisko idąca ulica, szeroka, takie jakby na końcu był te muszle, takie koncertowe. Pełno krzeseł, tysiące ludzi tam siedzi. On siedzi z tym swoim kolegą za mną. Ja sobie myślę: „No, zaraz mnie zauważy, to może porozmawiamy”. Ja się odwracam. Kolega jest, jego nie ma. No trudno, może. I tak te sny się powtarzały. Pewnego razu, nie wiem, którego. Jakoś tak, no na pewno parę, rok chyba później po tych, jak te sny się przestały mi odbywać. Dzwoni do mnie ktoś na Facebooku, na Messengerze. Odbieram, a on mówi, że jest kolegą. Ja mówię: „Wiem”, bo było ten, jego imię i nazwisko było u góry.
No, ja mówię: „No, wiem, pamiętam cię”. On mówi: „Słuchaj, wiesz, że, że on...”. Ja mówię: „Jak nie żyje?”. „No nie żyje” – mówi. – „Popełnił samobójstwo”. Ja byłam zszokowana jak nigdy wcześniej. Mówię: „Matko Boska, co się stało?” On mówi, że się utopił. Poszedł na basen i się utopił. Po prostu miał dość. Miał raka prostaty. Tak strasznie cierpiał, że już nie mógł wytrzymać i, i odebrał sobie życie.
No i pogadaliśmy chwilę jeszcze. I ta woda, gdzie on stał nad tym morzem. Z tym, że to było morze, a nie basen, nie? I odszedł tam w stronę słońca, w stronę światła, że tak powiem. No i to były takie ostatnie z tych, tych moich przeżyć, które jedyne, co mi w tej chwili zostaje, to te kampery, nie? Że ciągle wracam i tam mieszkam. No, tego raka prostaty musiał chyba już mieć dłuższy czas. Pani może jakby w jakiś sposób odbierała sygnały, że coś z tym człowiekiem może być nie tak i że może w niedługiej przyszłości odejść. Wie pan, miałam taki sen à propos niego kiedyś, bo już byliśmy po zaręczynach. Śni mi się coś takiego, że jestem w tym mieszkaniu, gdzie jest cmentarz. Moja mama stoi i ja mówię: „Wiesz, mamo, co?
Zaręczyłam się ze Sławkiem”. A ona mówi: „Czyś ty zwariowała?” Mówi: „Absolutnie nie rób tego”. I to było tyle. Jakiś czas później śni mi się, że jestem też tam, w tym mieszkaniu i prasuję coś. I taka jestem poddenerwowana, że on zaraz wróci z pracy, a ja tej koszuli jeszcze nie uprasowałam. On wchodzi i mówi: „Co, jeszcze nie uprasowana?” I potem przez cały czas, po tym śnie z mamą i z tą koszulą powiedziałam sobie: „Kurczę, ja nie chcę za niego wyjść”. Nie chciałam w ogóle przede wszystkim wyjeżdżać do Stanów, bo chciałam być blisko wnuczki i dzieci, mojej córki. A poza tym dla mnie Ameryka to tak ciągle zagrożenia, jakieś tornada. Nie, nie, po prostu nie chciałam.
Anglia mi się bardzo podoba i cały czas odwlekaliśmy. Ja to odwlekałam, a to nie miałam czasu, a to ten, a to wiesz, na razie muszę dziecko odchować i że ich tak nie zostawię. Ale cały czas miałam w podświadomości, że go nie chcę, że nie będę z nim, mimo że mi bardzo na nim zależało. I on się zachowywał bardzo dziwnie, bo kiedy tu przyjechał, pojechaliśmy do Londynu zwiedzać Londyn i on chciał popłynąć statkiem.
Wsiedliśmy na ten statek. Piękna pogoda, robimy zdjęcia, wysiadamy, a on jest trup. Dosłownie trup. Siny na twarzy, właściwie nie siny, taki trupi, taki żółtawy kolor. Ciężko oddycha, nie może złapać powietrza. Ja mówię: „Co się dzieje?” A on mówi, że się źle czuje, że grypę świńską złapał. Ja mówię: „No, chyba żartujesz. W samolocie grypę złapał?” I był tak nieznośny. Był... Miał takie napady złości. Był kochany, potrafił słuchać, potrafił rozmawiać, a nagle ni stąd, ni wądł wybuchał furią. I jak on u mnie był, on już wtedy musiał być chory, a ja to jakoś podświadomie odbierałam. Czułam jakieś takie odpychające uczucie, że nie chcę, także jakbym się bała, że mi tego raka przekaże.
Nie wiem, nie mam pojęcia. Tym bardziej że nie wiedziałam, że jest chory. I któregoś razu z głupiego wstawił na Naszej Klasie jakieś zdjęcie i ja napisałam. Ja mówię: „Słuchaj, ty na tym zdjęciu wyglądasz tak, jakbyś był ciężko chory”. I on się strasznie wściekł. Potem on mi mówił, że on się zajmuje bioenergoterapią.
To była bzdura. Okazało się, że on, bo ten kolega mi potem opowiadał, że on chodził na... yy, to nie wiem, jak to się nazywa. Facet go tam rękami leczył, że był podobno w tym bardzo dobry i go tam rękami leczył, nie? No ale niestety, no, myśmy się poznali w dwa tysiące ósmym, a on zmarł w dwa tysiące piętnastym, także on musiał już mieć dawno tą chorobę i dlatego chodził na te wszystkie healingi czy jak to się tam nazywa. No, jeżeli zastąpił medycynę akademicką całkowicie, nie wiem, jak leczenie w jego wypadku wyglądało, ale jeżeli zastąpił całkowicie te dokonania medycyny akademickiej medycyną tak zwaną alternatywną w wykonaniu nie wiadomo kogo, no to to musiało się niestety skończyć tak, jak się skończyło. To pewno, dlatego, że on w ogóle nie płacił ubezpieczenia. On tam miał jakieś te automaty do napojów, do słodyczy.
Kilkanaście miał tych automatów rozstawionych po całym Houston i te automaty przynosiły mu pieniądze, ale widocznie nie na tyle. Chociaż mieszkał w pięknym domu. To był wynajęty dom. Miał piękny samochód i dobrze mu się żyło, ale nie płacił ubezpieczenia. Pan zresztą chyba sobie zdaje sprawę, co się dzieje w Ameryce z ubezpieczeniem.
Kosztuje majątek. No, ja nie miałem ubezpieczenia kiedyś, ale widziałem ostatnio film na YouTubie, gdzie Polka mieszkająca chyba w Nowym Jorku się skarżyła. Właśnie opisywała wizytę, że tak powiem, przypadkową.
Po tym, jak jakieś tam miała problemy z żołądkiem, karetka ją przewiozła i skończyło się rachunkiem na dosyć dużą kwotę. Także to ubezpieczenie swoją drogą, a koszta leczenia swoją drogą. To są cuda. On miał któregoś razu kamienia nerkowego i dostał ataku. Zabrało go pogotowie....
i kilkadziesiąt tysięcy czy ja nie wiem, ile to było, dwadzieścia tysięcy dolarów? Nie wiem ile. W każdym razie on powiedział, że on tego do końca życia nie spłaci i on tego nie spłacał, bo on nie był w stanie tego spłacić. A był trzy dni w szpitalu i no, oczywiście rozbili mu ten kamień. No ale jakie to pieniądze?
I jeszcze ten kolega mówi, że on się w ogóle nie ubezpieczył, nie miał ubezpieczenia, więc nie mógł chodzić po lekarzach, to chodził tylko do uzdrowicieli. No też uzdrowiciel jego musiał nieźle doić. Mają niektórzy takie tendencje do dojenia.
Jak trafi się pacjent, to czy uzdrowiciel ma jakieś zdolności, czy nie ma, to trzeba, prawda, ogołocić ten portfel, uzdrowić finansowo, że tak to powiem. Dokładnie! To było potworne. Zresztą jak moja mama leżała w szpitalu, ja wybiegłam na dwie godziny do takiego uzdrowiciela i powiedział, że mama wyzdrowieje, że będzie zdrowa, że wszystko będzie dobrze, że on mnie tam healingował, że ja tu będę energię mamie przekazywała. Ja tą energię przekazywałam i to kupę kasy wziął i guzik z tego. Nie, powiedziałam, że już nigdy się nie nabiorę na tej... Ach, jeszcze mam. Ma pan jeszcze chwilę? No mam, mam.
Właśnie coś skojarzyło mi się ze słuchaczką, z którą rozmawiałem niedawno. Pani w momencie, kiedy owdowiała, dostała depresji, jakichś, jakichś tam ciężkich zaburzeń nastroju. Zdrowie też jej siadło i zaczęła właśnie korzystać z usług takich uzdrawiaczy internetowych. I wie pani? Żadnego efektu to nie dało, a przewaliła pięć tysięcy złotych. Z tego, co mi mówiła. Dokładnie.
Kupę kasy biorą i nic z tego. I mam jeszcze jedną historię, jak pan chce. Ten kolega, który zajmował się tą parapsychologią i kazał mi te świece rozstawiać i tam klaskać. On się tym zajmował i któregoś razu coś tam żeśmy rozmawiali. Ja mówię, że ja się histerycznie boję samolotów przez nie wiem, czy przez jantar, czy, czy w ogóle mam jakiś taki uraz. I ja mówię dosłownie histerycznie. Na widok samolotu to mdleję prawie i mogłabym pojechać do Polski.
Mogłabym grób mamy odwiedzić. Nie pojadę, bo, bo samolot dla mnie nie istnieje. I on mówi: „Wiesz co? Ja umiem robić hipnozy. Coś, co ci zrobię i może ci to zlikwiduje ci ten strach". Mówię: „Dobra". I on mówi, że on mi ten stan hipnozy wprowadzi, żebym... I może mu się uda mnie po prostu do tych samolotów przekonać i wyczyści to ze mnie, a przy okazji dowiemy się, dlaczego ja się tych samolotów tak strasznie boję. A ponieważ znałam go krótko, bałam się, że może mnie wprowadzić w stan alfa i w stan hipnozy i coś mi tam zrobi. Więc moja córka siedziała przy tym i wszystko nagrywali na taśmę, na tą szpulową. No bo to był który rok? Chyba osiemdziesiąty piąty, gdzieś tak. No i położyłam się na łóżku, rozluźniłam, on mnie tam, mówię, pomyślałam sobie: „Ty facet, nie gadaj mi tu głupot, bo ja się w żadną hipnozę nie dam manewrować, bo ja jestem zacpana wyga na takie kłamstwa, nie?" Uważałam, że to jest głupota. No i leżę sobie i on mi zaczyna tam gadać do mnie. Gada, gada, gada. Ja w pewnej chwili widzę, że ja lecę.
Zobaczyłam, totalnie tak brzuchem do dołu, ręce rozłożone, głowa wysoko wyprostowana, nóżki w poziomie. Lecę nad wodą i to nad taką jakby do brzegu. Daleko był ląd. Lecę do tego brzegu i raptownie ta, uniosłam się tak wysoko w górę i mówię: „Ja latam, ja latam!" Oczywiście tam krzyczałam do nich.
No, oni to nagrywali, że ja latam. W pewnym momencie była piękna pogoda. Ja sobie tak latam i nagle zobaczyłam jakieś góry i leciałam nad tymi górami. Słońce zaczęło tak mocno prażyć, że ja spadłam, bo miałam jakieś takie fruwające coś. Mi strasznie łaskotało na bokach, na plecach. Mnie to łaskotało, więc domyśliłam się, że mam skrzydła jakieś. Ale byłam mężczyzną. Miałam taką oliwkową skórę. Miałam takie jakby rzymianki, takie z pasków, takie sandały do kolan i miałam tunikę. Ta tunika jak leciałam, to też mi tak łaskotała po nogach. No i oczywiście leciałam nad tymi strasznie wysokie, takie dziwne, skaliste te góry były. Nie było w ogóle roślinności i w pewnej chwili słońce tak mocno zaświeciło, że ja spadłam i widocznie nie wiem, z jakiego powodu. Może mnie oślepiło, może coś. W każdym razie spadłam i leżę na tej skale i złamałam sobie nogę.
Nogę miałam tak wykręconą w bok. Strasznie mnie bolała. No i on do mnie mówi: „Opowiadaj, co widzisz?" I ja jego głos cały czas słyszałam w trakcie tej hipnozy. Cały czas wiedziałam, że on do mnie mówi i mówi: „Powiedz, co widzisz?" Więc ja mu opowiadam, że góry, że nie ma nic, że nie zejdę stąd, że na pewno tu umrę, bo jest kompletnie pozbawiona jestem zejścia, bo mam złamaną nogę, wykręcaną. I tak noga mi zaczęła, nie wiem, czy gnić. W każdym razie śmierdziało, bo była otwarta rana i on mówi: „To wołaj kogoś, zawołaj kogoś na pomoc". Ja tak mówię, mówię: „Może kogo mogę zawołać?
Mamę?" I sobie myślę nagle: „Matko, a co to znaczy mama, nie?" Nie wiedziałam. Dla mnie to było takie abstrakcyjne to słowo. I leżę na tej skale. I w pewnym momencie przyszedł jakiś, nie wiem, czy to był sęp, czy to jakieś wielkie, takie straszne ptaszysko. Najpierw kręcił się wokoło mnie, a potem zaczął mi tą nogę dziobać i dziobał mi tą nogę.
Wygryzał mi to mięso i on jak zobaczył, że ja zaczęłam krzyczeć i że mnie ta noga strasznie bolała, bo mi na żywca tą nogę żarł. W tym momencie się, on mnie wyprowadził z tego i mówi: „Przejdź, przejdź, przejdź dalej, zobacz jakieś inne wcielenie, gdzie jesteś". Nie odpowiedziałam mu, tylko po prostu przeniosło mnie nagle nad jakąś rzekę.
Siedziałam na takiej jakby molo, takiej krótkiej kładce wypuszczonej w jezioro. Byłam Murzynkiem, małym chłopcem, takim... Miałam czarne nóżki i czarne rączki. Byłam Murzynkiem i miałam gałązkę w ręku i tą gałązką waliłam po tej wodzie i gadałam w jakimś obcym języku, zupełnie niezrozumiałym.... I on potem stwierdził, że to już za długo trwa i wyprowadził mnie z tego.
Byłam strasznie zła na niego, bo chciałam się więcej dowiedzieć. Byłam zmarznięta jak jasny gwint. Noga mnie bolała przez tydzień i cały czas miałam wrażenie, że to coś mi tą nogę tam dziobie, nie? Potem przesłuchiwałam wiele razy tą taśmę i nie wiem, co się z nią stało, bo magnetofon szpulowy. To znaczy te taśmy są gdzieś w Polsce, ale podejrzewam, że chyba się już do niczego po tych co najmniej trzydziestu, czterdziestu latach do niczego nie nadają. A szkoda, bo strasznie chętnie bym sobie przesłuchała jeszcze raz. Jest możliwość, żeby ta hipnoza rzeczywiście działała? No, pani ja tutaj jakimś ekspertem od hipnozy nie jestem. Natomiast słyszałem, że poprzez hipnozę da się dojść do przyczyny na przykład lęku przed lataniem samolotami. Da się podobno też zrobić coś takiego, że, że albo się zaindukuję komuś fałszywe wspomnienia, albo się jakieś wspomnienie, czy też wiedzę wymaże. Na przykład sprawić, żeby osoba zapomniała o istnieniu jakiejś liczby, na przykład sześć. Wybudza się potem taką osobę i każe jej się policzyć od jednego do dziesięciu. Mówi: „Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć". Ja dlatego właśnie nie chciałam, żeby on mi coś tam złego zrobił, żeby mnie, bo na przykład on za mną biegał i chciał się ze mną spotykać, a ja nie chciałam, bo mi się nie podobał i bałam się, że- Jeżeli miał tak rzeczywiście, jeżeli miał jakieś zdolności potwierdzone, takie hipnotyzerskie, to rzeczywiście ja bym się bał. Bał, ale był wredny pod tym względem, dlatego że on za mną biegał, a ja go nie chciałam, więc on potrafił bezczelnie przyjść.
Ja na przykład ja mówiłam, że dzisiaj nie mogę, bo idę do koleżanki. To on tam przychodził, mimo że ich nie znał. Powiedział, że się ze mną umówił i na przykład bezczelnie przychodził do mnie do domu wieczorami.
Już jest noc, ja o jedenastej chcę iść spać, a on siedzi do drugiej, do trzeciej. My jesteśmy wykończone z córką. No, prawdę fantastyczne rzeczy nam opowiadał, ale ja miałam dość, a poza tym nie chciałam go. I mieszkam na drugim końcu Wrocławia. I był na tyle perfidny, że mówi: „Wiesz, jest tak późno, już nie ma tramwajów. Odwieź mnie".
No, wie pan, no, ja byłam na jednej pensji. Cienko przędłam w pracy, bo to już były te czasy kapitalizmu- No, kapitalizm. Moja firma się waliła, a ja miałam to- Kiedy komunizm upadł na cztery łapy. Tak, tak, ale to już było, wie pan, już to był dziewięćdziesiąty drugi rok, więc ja byłam naprawdę na granicy bankructwa w pracy i kilka razy go odwiozłam. A potem jak przyłaził, to ja mówię: „Słuchaj, nie siedź tak długo, bo ja nie mam paliwa". Albo mówiłam, że mi się tam coś samochód szwankuje.
Pan wie, że za każdym razem, jak go nie odwiozłam, to miałam na rano zepsuty samochód. Także on miał jakieś zdolności, nie? Więc ja się bałam, żeby on mi tam czegoś nie wcisnął. Dlatego chciałam, żeby córka przy tym była i żeby to wszystko nagrać, żeby on mi tam czegoś nie wcisnął. Ale on mnie nie wyleczył z tego samolotu.
Dalej się histerycznie boję. Tyle że co oznaczał ten ptak? To, że mi tą nogę zjadał, że ja latałam. To znaczy dlatego się boję, że latałam i spadłam? No, to było pewnie takie, taka próba dojścia, nieudana próba dojścia do tego źródła lęku, jego przepracowania, pokonania, tak. Nie wiem, nie mam pojęcia. W każdym razie córka się śmiała ze mnie, że byłam Ikarem. Ja mówię: no ta, wiesz co?
Ikarem. No, Ikar musiał mieć matkę, skoro miał ojca, a jak miał matkę, to musiał wiedzieć, co znaczy to słowo. A ja nie wiedziałam. A dla mnie do tej pory jest najważniejszym słowem w życiu, więc niemożliwe, żebym nie mogła wiedzieć, nie? No, ale spadłam, latając, więc może dlatego tak strasznie się boję, bo potem ten seans i anty, więc już podwójnie. No szkoda, bo czasami chciałabym sobie pojechać do Polski na ten grób matki i nie mogę. A teraz to już nie pojadę, bo już stara jest. Może kiedyś jeszcze będzie. Kiedyś może będzie jeszcze okazja. Albo jakieś porady. Co to jest? Dlaczego to się tak dzieje? Na przykład pytam mojej wnuczki. Ona mówi, że ona w ogóle nie ma żadnych snów. Jej się nic kompletnie nie śni, się nie śni.
Ma szesnaście lat. Moja córka z kolei ma sny tylko i wyłącznie o kosmosie i cały czas mówi, że ona nie jest ziemska, że ona jest w ogóle z innej planety i że dla niej Ziemia jest w ogóle obca. I jak jej się coś śni, to tylko kosmos. Także- Właśnie tak tutaj sobie takie zapisałem spostrzeżenie czy też pytanie, czy córka też dużo takich rzeczy razem z panią jakby postrzegała tych zdarzeń, tak? Ona jest takim też chyba ekstrasensem, w sensie taką sensytywną osobą mediumiczną, tylko u niej ten mediumizm może być na coś innego nakierowany. Nie, ona tego nie ma.
Jedynie co miała, to to, że widziała, słyszała tego ducha, jak łaził po mieszkaniu i potem jak ta lalka ją walnęła w twarz i pobiła jej okulary i ona się tak strasznie bała. A tak to właściwie ona nie ma nic takiego. A jak jej się coś śni, to tylko kosmos. Mówi, że jest na innej planecie, że ona w ogóle nie jest z Ziemi.
Ona się śmieje z tego. Ona wierzy w to, co ja mówię, bo to się... Aha, na przykład kiedyś mówi, jak wtedy, co miałam z tym duchem, co on tak nas oblewał wodą. Któregoś razu rano wychodzimy z domu. Ona idzie pierwsza, ja idę za nią. Otwieramy bramę wyjściową, a ja mówię: „No wiesz, współczuję ci". A ona się odwróciła. Mówi: „Z kim ty rozmawiasz?" A ja mówię: „No, podziwiam cię". Ona mówi: „Słuchaj, mówisz do mnie?"
A ja nagle się otrząsnęłam, tak jakbym z kimś rozmawiała. Dalej jakby ten sen się gdzieś tam ciągnął. Ona nie, ona nie ma tego. Ona w ogóle tego nie ma. Ona ma jedynie właśnie to, że nie może spać. Potrafi położyć się o dziesiątej czy o dziewiątej. Śpi dwie godziny i do rana zero snu. I to od co najmniej kilku lat. Ale snów nie ma. Kiedyś się zdarzyło, że miałyśmy identyczny sen, ale ja w tej chwili go nie pamiętam. Nie wiem, dlaczego go nie pamiętam. Wiem, że zaczęłam jej opowiadać, a ona mi równocześnie zaczęła mówić to samo. Aha, i na przykład kiedyś był taki numer-... Zginął chłopak we Wrocławiu. To było jakieś parę lat temu.
Poszedł z kolegami. On pracował w jakiejś firmie komputerowej. Był z Kalisza. Z tego, co pamiętam, nazywał się Góral. A imię? Kurczę, nie pamiętam. Przypomnę sobie. W każdym razie on był pracownikiem jakiejś firmy komputerowej.
Mieszkał we Wrocławiu na Stancji i mieli jakąś tam uroczystość w zakładzie. I wszyscy poszli do Wrocławia, na rynek, gdzieś tam do jakiejś kawiarni na wódkę i tam trochę popili. Potem nagle wszyscy się zaczęli rozchodzić i on też poszedł do domu i zniknął. Przepadł bez śladu. I dziewczyna napisała na Facebooku informację, że ona go szuka, że go szuka cały Wrocław i że ona nie wie, gdzie on jest i że tak strasznie tęskni za nim, że ma dwójkę małych dzieci i w ogóle rozpacz. I ja sobie usiadłam, a myśmy kilka razy z córką robiły takie coś, że ona pisała coś na kartce i kazała mi powiedzieć, co tam jest. I mi się często udawało. Więc pomyślałam sobie może ja spróbuję, może mi się uda go znaleźć, bo tak się wszyscy przejmowali. I zobaczyłam wodę, że on leży w wodzie do góry nogami. Znaczy leżał na brzuchu i był martwy, nie? I napisałam, idiotka, to na Facebooku, że ja go widziałam martwego w wodzie. A to był pierwszy przypadek chyba tych trupów, bo potem z tego, co wiem, to w Krakowie i Warszawie zdarzały się te sytuacje, gdzie studenci komputerowi czy tam komputerowcy ginęli i wszyscy się znajdowali potem w rzekach.
Więc to był pierwszy przypadek i ja napisałam to. Oczywiście zebrałam takie joby, że tak powiem. Wyzywali mnie, że jak ja mogłam coś takiego napisać, że rodzina to czyta. Ja mówię: Boże, no, chcieliście, żeby ktoś wam powiedział, to wam powiedziałam. A ja mam chyba podejrzewam Aspergera, więc Boże, napisałam i już.
Było mi głupio potem. No ale trudno. Okazało się, że dwa dni później znaleźli go w wodzie. No właśnie. Odszukałem informację o tym przypadku. Dariusz Góral. Jego ciało wyłowiono z Odry w centrum Wrocławia w niedzielę, 7 kwietnia 2019. Tak, dokładnie. I potem zapisałam się, ponieważ to było na jakimś tam profilu na Facebooku, więc zaczęłam czytać uważniej te wszystkie wpisy ludzi.
I wtedy pokazała się informacja dotycząca tej Iwony Wieczorek. Oczywiście ja nic nie wiedziałam, bo nie mam telewizora, nie mam radia, więc z Polski w ogóle nie mam tu nic i tylko na YouTubie mam. Słucham sobie tych piosenek. No i to się mnie zainteresowało.
I ta dziewczyna, która była adminem, mówi do mnie: Słuchaj, jak żeś się zgadła, co było z tym Góralem, to weź mówi, zobacz, co będziesz czuła w sprawie tej Iwony, nie? A kompletnie nie znałam sytuacji. Ja mówię: Weź mi nie podawaj żadnych faktów, bo ja się po prostu nastawię. Ja się, że tak powiem, wszystko usłyszę i potem będę bzdury gadać, więc nic mi nie mów. Całkiem słuszne podejście. Całkiem dobre podejście, można pani powiedzieć. Jakbyś podochowo to zrobiłam, nie? No i wzięłam sobie kartkę i zaczęłam pisać. Pisałam, pisałam, pisałam jakieś tam bzdury, pisałam. W końcu to trwało. Ja wiem, z pół godziny. Zapisałam chyba cztery kartki. No i nagle już wyszłam z tego takiego niby transu i zaczynam to czytać. I wie pan co? Teraz, trzy dni temu czytałam, że gdzieś tam na tych filmach, na tych radarach czy tam, jak oni, te kamerach, że oni tam znajdują... Znaleźli jakiś samochód i to nawet dzisiaj też czytałam, że jakiś tam biały samochód znaleźli, którego w tej chwili szukają, bo mają jakiś tam ślad. Ale ja widziałam to wszystko zupełnie inaczej.
Mnie się śniło coś takiego, że ona wsiadła do samochodu, który miał na przodzie, jak są te takie oznaczenia. Na przykład Mercedes, tam Citroen. Są takie znaczki, symbole tych poszczególnych marek samochodów. Ja widziałam srebrne paski i śniło mi się, że to była jakaś jakby studnia, jakby jakaś studzienka.
Diabli wiedzą, co to było. Na wierzchu tej studni były napisy, bo to była taka wielka żelazna pokrywa, okrągła. Nawet się zdziwiłam, bo u nas tutaj są kwadratowe, a nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. I tam były japońskie, jakieś takie napisy japońskie. I że ona tam gdzieś leży, nie? Że ona nie żyje. I też napisałam, ale napisałam do admina prywatnie, bo nie chciałam, żeby znowu mnie tam wszyscy wyzywali. I ja jej to opisałam. I widziałam trzech facetów.
Jeden miał gębę taką okrągłą, pyzatą, ale taką wiejską, taką czerwonawą. Tak, tak. Widać, człowiek mało wykształcony. Drugi był bardzo chudy, miał taką pociągłą twarz, a trzeci był bardzo zły. Był tak zły, że ja się wtedy obudziłam. I cały czas mam takie przeświadczenie, że to ma jakiś związek z tymi japońskimi napisami. I ostatnio oglądałam jakiś tam kolejny film i babka bardzo dokładnie opracowała to zdarzenie o tej Wieczorek i okazało się, że obok, na tej trasie, gdzie ona szła, jest japońska restauracja czy kawiarnia. Nie wiem, ale coś takiego tam jest. I co dziwne, nikt o tym nie mówi.
I jeszcze jedno miałam takie przeświadczenie, bo każdy ogląda ten film, jak ona idzie z tymi butami w ręku, a za nią idzie ten facet z tą koszulą. A ja wtedy, jak ten sen był, znaczy nie sen, tylko ten, ten, jak to się nazywa, ten mój stan taki dziwny. Ja widziałam, że to matka idzie, że to nie jest ona, że matka ją zobaczyła, że jej te buty zabrała, bo to były matki, buty. Ona je wzięła bez pytania i że ona spotkała się z nią gdzieś tam po drodze. Wyrywała jej te buty z ręki i że to ona szła, a nie matka. I cały czas mam przeświadczenie, że to matka i ten jej to był ojczym Iwony, że oni jej zrobili krzywdę, że ona wróciła podpita i że ona, matka pierwsza wróciła do domu, ona za nią.... I była awantura dzika, że ona przychodzi po nocach, że ich budzi, że bierze jej rzeczy i w ogóle doszło do awantury i że ona zginęła przypadkiem, że oni przypadkiem zrobili jej krzywdę. I potem ten ojczym ją wywiózł gdzieś i tych trzech facetów w tej śmieciarce, która tam była, że to byli trzej faceci i że oni widzieli ją i że widzieli, jak ona idzie. I to był cały ten mój taki, taka retrospekcja. A nikt nigdy nie wspomina o tej japońskiej knajpie i nikt, bo matka, niech pan, nie wiem, czy pan oglądał te filmiki z, z matką i- Znaczy, no ja tak bardzo, bardzo pobieżnie znam ten temat. Nie, nie zagłębiałem się jakoś mocno, bardziej się zagłębiałem w tą Magdalenę Żuk, o której też tutaj jeden ze słuchaczy coś, jakąś wizję miał w, w takiej zakrwawionej dziewczyny, którą widział mniej więcej w Niemczech widział, ale to było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy się rozgrywały ten dramat w Egipcie z jej udziałem. No, też przeżywałam to bardzo, ale na ten temat nic nie wprowadzałam się, bo mnie to bardzo męczy. To ja potem jestem taka rozbita po tym i ponieważ- No ja też. Ja tutaj, ja, ja też jakoś znaczy, kojarzę chyba, o który film chodzi z tą Iwoną chodzącą po tym tam. Jak ona idzie z tymi butami, a ten facet za nią. I ja, niech pan zwróci uwagę, niech pan sobie poszuka na YouTubie kilka filmów z wypowiedziami matki. Ona jest identyczna, ma takie same białe włosy, taką samą sylwetkę, jest na twarzy prawie identyczna jak córka, tylko parę lat starsza.
Więc jak szła kamerą, to wszyscy myślą, że to jest Iwona. A ja twierdzę, że to szła matka, że matka i to- Bo matka też się nazywa Iwona, więc można powiedzieć, że to, to Iwona. Ale wie pan co? Był taki dziennikarz, który zmarł. Ja w tej chwili nie pamiętam jego nazwiska. On nawet dwie książki napisał na temat Iwony Wieczorek. Ja nawet z nim rozmawiałam, bo on, ponieważ ja tam na tym profilu się tam udzielałam, więc on zadzwonił do mnie i pytał się, czy ja robiłam jakąś wizję tej Iwony. Ja mówię, że ja robiłam i powiedziałam mu wszystko to, co wiedziałam. I on mówi, że on nie rozumie matki, bo matka cały czas niby szuka tej córki, a cały czas robi wszystko, żeby wprowadzać w błąd. Mówi: on pojechał z dobrej woli, wydał pieniądze, żeby do niej pojechać. Spędził tam w hotelu kilka dni, rozmawiał z nią, a ona była na niego wściekła. Ona była wściekła, że on w ogóle się tym zajmuje, że on jej pomaga po tym, że napisał książkę. I cały czas taka jakby próbowała przeszkodzić jemu w tym, w odnalezieniu tej prawdy. On potem zmarł niedawno, jak była... jak był COVID. Nie wiadomo, nagle nic się nie zawo... W nocy zmarł i on naprawdę dużo o tym wiedział. I ja mu mówiłam o tym, że to mogła matka iść, że to wcale nie musiała być Iwona. No ale nikt, komu to powiem? No, bez sensu. I w ogóle przestałam robić te wizje, bo po co to komu? Na przykład moja córka, kiedyś siedziałyśmy w kuchni i mówi, żebyśmy sobie popróbowały te, ona sobie coś napisze, a ja będę jej to mówić, co ja tam widzę. I sobie coś tam wymyśliła. I ja się wprowadziłam w ten taki stan i mówię, że widzę, że straszny chaos, że miliony ludzi nie żyje, że jest strasznie, że to wszystko jest takie przerażające. A najgorsze, co w tym wszystkim było, potworny hałas muzyki, ale to takiej głupiej, takiej... Te frazy się w sumie cały czas powtarzały, powtarzały, powtarzały i strasznie głośne były. I ja byłam tak zmęczona. Wiesz co?
Ja już nie chcę. Powiem ci jedno: potężna, głośna muzyka. Tysiące ludzi nie żyje. Jakiś chaos, jakieś nieszczęście, tragedia. I ona odwraca kartkę, a tam pisze WTC. Ale nie pasował mi ten dźwięk, bo ja miałam na tym punkcie bzika i mam w domu może ze trzydzieści, może więcej kaset wideo, na których mam wszystko, co tylko kiedykolwiek wyszło, łącznie z YouTubem. Mam wszystko pozgrywane i na żadnym nie ma muzyki, jak to wszystko tam leży, jak te domy się walą, jak ci ludzie tam krzyczą. I dopiero na jakimś angielskim filmiku, gdzie nie za bardzo rozumiałam wszystkie słowa, była potworna- facet stał z kamerą przy budynku, jeszcze stały i potworna, głośna muzyka, która leciała z tych głośników.
Tam była taka, taka scena, bo tam z tego, co się niedawno dowiedziałem, 9 września 2001 roku tam się zaczęło jakieś szkolenie czy jakiś festiwal tańców, czy coś tego typu. I tam była cała taka scena rozstawiona i w momencie, kiedy nic się tam nie działo, leciała sobie muzyka z zainstalowanych tam standardowo głośników, bo to taki był park.
Strasznie głośna. Ona była tak przerażająca, że ja po prostu miałam dosyć i nie mogłam się skupić nad niczym innym. I ona była taka... No, dajmy na to, że to są pięć, dziesięć dźwięków. I powtarzane, i powtarzane, i powtarzane. I właśnie na tym filmie, bo to był angielski film krótki, były właśnie te dźwięki.
Identyczne, właśnie te, co ja widziałam. Na tym placu między wieżami. Tam często się odbywały jakieś eventy. W momencie, kiedy nie było żadnych eventów, to leciała muzyka normalnie zainstalowana. Tak jak coś, tak jak muzyka, taka jak w sklepie słyszymy, tylko taka bardziej dostosowana do tamtego miejsca. No ale skąd ja mogłam to wiedzieć, nie? Bo- W telewizji tak raczej nie puszczali, nie?
Nie, no, ja mam nagrane, mówię, wszystkie filmy, no czy wszystkie, no wszystkie, które mi się udało zgromadzić od 2001 roku, bo ja w ogóle zbieram wszystkie dokumenty na taśmach. Mam dwieście kaset i boję się.
Chciałam kiedyś przegrać na DVD, ale okazało się, że raz, drugi przesłuchałam i wszystko padało, więc zostawiłam wideo i kupuję wideo i mam wideo.... I po prostu gromadzę i na żadnym, potem setki razy jeszcze przecież oglądam na okrągło te filmy, bo nie mam telewizora, więc coś tam sobie zawsze oglądam i na żadnym nie ma tej muzyki. A na tym jednym angielskim filmie ta muzyka jest taka właśnie głośna i, i aż, aż mnie. Potem on mówił, że, że nie mogli wyłączyć tej muzyki, bo ona była gdzieś tam w jakiejś radioweźle czy w czymś i że oni tego nie mogli wyłączyć. I to tak strasznie rało echowało. Ale dziwne, że- No tak, tam jest, nawet jest na YouTubie. Nie wiem, czy ten sam film oglądaliśmy, ale jest na YouTubie takie nagranie.
Jeszcze zanim ta południowa wieża się zawaliła. Tam ktoś nagrywał ten placyk z tą sceną rozstawioną, tam słychać. Nawet zidentyfikowano, co to za muzyka wtedy tam grała. I no, filmował, dopóki ochroniarz, dopóki jakiś policjant tego nagrywającego stamtąd nie przegonił, że to się może zaraz zawalić albo coś mu może na łeb spaść, także żeby uciekał. No ale jest tam trochę takich... Też mam taką manię, jakąś dziwną od jakiegoś czasu oglądania wszystkich możliwych transmisji i programów i innych nagrań z World Trade Center z tamtego dnia.
Dosyć pokaźna playlista mi się zebrała. Też YouTube mi dużo materiałów takich ciekawych ten algorytm mi podsuwa. Właśnie jakieś analizy jakieś czy na przykład czy dałoby się zeskoczyć z takiej wieży, używając spadochronu? Oczywiście nie dałoby się.
Czy dałoby się przeprowadzić akcję ściągania ludzi z dachu World Trade Center helikopterem? Też by się nie dało, bo oczywiście zadymienie. Także dużo takich rzeczy mi YouTube również podsuwa pod nos. A wierzy pan w to, że, że rzeczywiście to były hologramy?
Czy to jest jakaś bzdura? No, to jest jedna z najdurniejszych teorii spiskowych na temat World Trade Center, jakie w życiu czytałem. Także no, hologramy. Ludzie prawdziwi zginęli. No, to nie mogły być hologramy. Bo wymyślają jakieś tam historie. Ja w ogóle nienawidzę takich sytu... A! Ten, ten mój, który popełnił samobójstwo, ten ze Stanów. On był taki nawiedzony w odwrotną stronę. On wymyślał jakieś cuda, jakieś historie. I to były takie brednie, ponieważ ja przez te swoje osiągnięcia czy osiągnięcia, przez te swoje doświadczenia, które miałam i z duchami, i z tym całym majdanem, interesowałam się. Potem zaczęłam czytać książki, potem wyszedł YouTube, więc na YouTubie szukałam i to, co on mówił, to dla mnie to były brednie ostatniej kategorii. I jak ja mu mówiłam, że ja się tak strasznie przeżyłam, ten World Trade Center, bo w ogóle jak się dowiedziałam, to wsiadłam w samochód, pojechałam natychmiast do domu i zaczęłam wszystko nagrywać. I opowiadałam mu o tym.
O tych swoich przeżyciach, jak to odbierałam. A on się śmiał ze mnie. Mówi, że to jest bzdura, że to Bush załatwił sprawę, żeby doprowadzić do wojny z Irakiem i że wszystko, nikt nie zginął i że to wszystko jest jedna wielka brednia. Bzdura totalna. Ja mu oczywiście w to nie wierzyłam, ale zawsze mnie wkurzał tym. Zawsze był mądrzejszy ode mnie. No, ja bym tutaj bardziej patrzył pod takim kątem, że Amerykanie wykorzystali dobry kryzys jako podkładkę do jakichś tam swoich niecnych, ale że, że, że to wszystko były hologramy czy to, że to było wszystko jakby ustawione? No ciężko mi w to uwierzyć. Szczerze powiedziawszy. On mówił, że to było ustawione i że te hologramy oni zaprojektowali, żeby to wszystko puścić i żeby ludzi wpuścić w kanał, że tak było naprawdę, bo chodziło im o to rozpętanie tej wojny, nie? I to zagarnięcie tej ropy. Nie wiem.
Dla mnie to jest, dla mnie to jest szczerze mówiąc guzik warte i nieważne, dlatego że uważam, że tyle ludzi zginęło. I przecież nawet Szurkowski w telewizji kiedyś był wywiad z nim. Opowiadał, że tam jego syn zginął.
Poza tym ten drugi, Majewski. On był z Suwałk i moja cała rodzina pochodziła stamtąd. I ja tam byłam, jak moja ciocia zmarła. Pojechałam tam, żeby ją pochować i byłam na cmentarzu i znalazłam ten grób Majewskiego.
Przepiękny! Jest grób olbrzymi, wielka czarna płyta, z boku ławka, wielkie dwie wieże World Trade Center połączone jakimś takim paskiem. Widocznie, żeby się to nie przewróciło. I chyba jeszcze jakaś postać siedząca. Z tego, co pamiętam, bo dawno tych zdjęć nie oglądałam i to jest, zajmuje co najmniej cztery groby, a rodzice dalej mieszkają tam w Stanach. Majewski? Chyba Majewski się nazywał. Jego syn pojechał, studia skończył i pojechał na trzy miesiące do pracy, do ojca, do Stanów. No i się doigrał. On był kelnerem, chyba tam na górze. Nawet wywiad był. Kraśko z nim prowadził wywiad. Także ja w tym temacie to jestem tak obryta. Muszę panu powiedzieć, że mi się przyśniło to, z tym, że to było coś takiego na starym mieszkaniu, tam, gdzie tam były, ten cmentarz. Po drugiej stronie ulicy, za tym wieżowcem była szkoła, do której moja córka chodziła przez rok. I tam śniło mi się, że szłam i nagle nie było tego wieżowca, tylko widziałam tą szkołę. Ale nagle ta szkoła zamieniła się w takie wielkie dwa budynki i wszystko się zawaliło i był gruz. I ja po tym gruzie chodziłam. Ale to było- Ale to było przed czy po atakach? Nie, no, to było w osiemdziesiątym piątym, siódmym roku, kiedy to było. To jeszcze na długo, to jeszcze nawet przed tym pierwszym zamachem z dziewięćdziesiątego trzeciego. Tam bombę jakąś pod jedną z tych wież podłożyli.
Także z dużym wyprzedzeniem pani to wiedziała. Jakby, jeżeli to. No w siedemdziesiątym czwartym widziałam grób mojej mamy, nie? I dokładnie w tym miejscu leży. W drugim rzędzie drugiego grobu i obok jest mur. Obok przejeżdża pociąg, bo to to jest tam na, nie wiem, za Wsiempolem, za Sołtysowice czy jak to się... Nie, nie wiem, jak to się nazywa. Kiełczów, o, Kiełczów. I jak tam jakiś pociąg, bo jak tam często do niej chodziłam, to za tym murem był. Słychać było pociąg.
Wszystko się sprawdziło i to ile? Równo trzydzieści lat później. Więc... Mocne sprawy. Muszę powiedzieć mocne przypadki. Nie mają ani rodziny. Skąd to się bierze? Pani może mieć jakby naturalnie łatwiejszy dostęp do tego, co się nazywa Kroniką Akaszy. To taka baza danych o wszystkich przeszłych i przyszłych wydarzeniach....Wie pan co? Jeszcze jedno panu powiem. Mnie się wydaje, przez te moje sny i przez to wszystko, co ja to widzę, szczególnie teraz, na przykład ten kamper czy, czy ten. Kiedyś jeszcze po takim średniowiecznym takim osadzie mieszkałam. Mam wrażenie, że jak idziemy spać, to żyjemy w innym zupełnie wymiarze. Bo skąd? To jest dla mnie niemożliwe. Córka mówi, że to jest nieprawda, że to bzdura.
Ja mówię: „Ale zastanów się, jak możesz wracać do tego snu, widzieć dosłownie ludzi obcych, których nie znam. Widzieć rzeczy, które leżą na przykład w kamperze, tam na, na krześle czy na stole. I widzę, jak idę, rozmawiam z ludźmi. I skąd to? Czy to nie jest właśnie tak, że my idziemy spać i żyjemy dalej w innych wymiarach?"
Mówi się, że zasypiając, wychodzimy z ciała wszyscy. No. Nie wszyscy jakby to pamiętają, nie wszyscy to kojarzą oczywiście osoby, no ale tak osoby bardziej obeznajomione z tym tematem. No, tak twierdzą, że we śnie opuszczamy ciało i przenosimy się, jakby przesuwamy naszą świadomość na inne częstotliwości. O, w ten sposób. No a co z tym, z tą kopułą?
Możliwe, że byśmy byli rzeczywiście pod jakąś kopułą i że jesteśmy cały czas kontrolowani i cały czas właściwie nie mamy nic do gadania, że nami rządzą na przykład kosmici czy ktoś tam. No, tak niektórzy mówią.
Natomiast ile w tym jest prawdy? Ciężko mi powiedzieć. To by było niesamowite, nie? Bo ja często mam takie wrażenie, że właściwie żyję, bo żyję. Robię to, co tak, jakby mi ktoś narzucał. W ogóle mam dziwną rzecz. Nie za bardzo lubią mnie ludzie, chociaż nie wiem kompletnie dlaczego, bo ja staram się wszystkim pomagać i zawsze jestem wobec nich szczera i wszystkim bym wszystko pomogła i oddała. Ale kochają mnie zwierzęta. Miałam takie zdarzenie, że szłam z pracy, jadłam bułkę, bo cały dzień nie miałam kiedy zjeść i przy restauracji siedział owczarek niemiecki, ale wielki, taki potężny pies.
A facet wszedł na chwilę tylko żeby kupić papierosy w szatni. I ja podeszłam do tego psa i zaczęłam go karmić tą bułką. On wyleciał, był siny. Mówi: „Czy pani zwariowała? To jest bestia. On nie pozwoli do nikogo...". O, à propos, jak miałam sześć lat, pojechałam do babci na Suwalskie i też był taki... Facet miał psy.
Wyglądały jak, jak lwy. Miały takie potężne grzywy. Były rude, ale olbrzymie i nawet gospodarz ich, do nich nie podchodził, tylko miskę im tam posuwał i one tam siedziały na takich wielkich łańcuchach. A ja miałam sześć lat i ciotka z wujkiem mnie tam zaprowadzili. Weszli do domu, a ja im uciekłam na podwórko i poszłam do tych psów. Usiadłam sobie między nimi i się z nimi bawiłam. Raz z jednym, raz z drugim. Jak wujek wyleciał, ciotka zemdlała, bo on podobno rozszarpywał wszystko, co się ruszało, a mnie nie ruszył. No i ten pies też wiatr ode mnie pięknie. Podchodzę do każdej bestii na ulicy. Nie patrzę, co to jest za pies. Może kiedyś mogę się doigrać. Jeszcze ostatnie zdarzenie. Boże, ja jestem okropna! Moja wnuczka chodziła ze mną. Miała dwa latka. Chodziła codziennie ze mną na łąkę tutaj. I pewnego razu, a ja mam dzikę na punkcie robienia zdjęć. Robiłam jej aparatem zdjęcia. Zdjęcie za zdjęciem, zdjęcie za zdjęciem.
Ona była śliczna była. Teraz już nie jest (śmiech). No i robiłam jakieś zdjęcia. I przyszłam do domu. Oczywiście włączyłam od razu w komputer i co się okazało? Ona biegała, wyciągała ręce i coś łapała. Ja myślałam, że ona chce mnie złapać, więc ja się oddalałam od niej albo przysuwałam, a ona cały czas te rączki wyciągała i coś łapała. Okazało się, że na wszystkich zdjęciach są dwie smugi. Na przykład na górze. Jak pan patrzy na zdjęcie, u góry, na środku zaczyna się jeden promień w dół, na lewo do rogu i z drugiej strony w dół na prawy róg. Dwa wielkie, szerokie takie smugi. I ona mówi, jak ja jej to pokazałam, mówi: „Babcia, babcia, babcia, zobacz motylki!" Że ona to widziała jako motylki, a to były tylko dwie smugi. I na wszystkich zdjęciach to było.
I chciałam to panu wysłać. I pan wie, że wczoraj przejrzałam. Chyba trzy godziny oglądałam i nie mogę tych zdjęć znaleźć, ale jak znajdę, to panu wyślę, bo to wygląda, jak ja wiem, to jest jakieś UFO. No, to jakby się znalazły, to, to myślę, że warto będzie.
Warto byłoby rzeczywiście tutaj je przesłać. No i tak się starałam. Wczoraj szukałam, bo miałam taki w ogóle katalog UFO, ale padł mi, wtyczka mi padła w dysku i musiałam przegrywać. I kto wie, czy ja w ogóle tylko w tej szufladzie mam te poszczególne pokoje. W tym jednym pokoju całe to UFO gdzieś mi się ucięło, a miałam dwa takie jeszcze zdjęcia ciekawe, jak coś leciało tutaj nad drogą i chciałam to wszystko panu wysłać, ale będę szukać. Jak znajdę, to wyślę.
I tak oto dotarliśmy do końca kolejnej historii cyklu „Mówią świadkowie paranormalnej spowiedzi". Dajcie znać, co sądzicie o usłyszanych dziś historiach. A jeśli sami przeżyliście coś podobnego i chcecie o tym opowiedzieć, zapraszam do kontaktu. Zapowiedzi kolejnego odcinka wypatrujcie na naszej stronie internetowej www.paranormalium.pl oraz na profilach społecznościowych Radia Paranormalium.
Przypominam, że w punktach prasowych w całej Polsce oraz na platformie cyfrowej Nexto.pl czeka na Państwa nowy numer miesięcznika „Nieznany Świat", który jest najstarszym i jedynym wciąż ukazującym się polskim periodykiem poruszającym tematy z pogranicza nauki. Warto również odwiedzić i zasubskrybować kanał czasopisma na YouTube, a miłośników książek z tej tematyki zachęcam do odwiedzenia Księgarni Galerii Nieznany Świat. Stacjonarnie w Warszawie przy ulicy Kredytowej 2 bądź też online na nieznany.pl. Polecam również Państwu uwadze kanały Ady Edelman „Biuro Duchów", Piotra Cielebiasia „UFO Historie" oraz Marka Żelkowskiego „Wehikuł Wyobraźni", których autorzy poruszają cały szereg interesujących tematów.... w tym również te znane z anteny Radia Paranormalium. Mówił do Państwa Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium - paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę.
Dobranoc i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach. Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Oto nasze numery telefonów: stacjonarny trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero zero zero osiem.
Trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero zero zero osiem. Komórkowy pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Gdyby przy naszych telefonach nikt nie dyżurował, istnieje możliwość wysłania SMS-a lub nagrania wiadomości głosowej.
Bardzo prosimy o sprecyzowanie, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych bądź z zagranicy prosimy ponadto o podanie głosowo numeru, na który mamy oddzwonić. Z każdym z Państwa umawiamy się na rozmowę indywidualnie. W razie wykorzystania zapisu rozmowy, w którejś z audycji istnieje możliwość zmiany barwy głosu. Czekamy również na Państwa e-maile pod adresem radio@paranormalium.pl, radio@paranormalium.pl. Można również skorzystać z zakładki "Kontakt" na naszej stronie internetowej www.paranormalium.pl, www.paranormalium.pl. Wszystkim naszym rozmówcom i korespondentom gwarantujemy pełną anonimowość. Sięgnij już dziś po Nieznany Świat. Najstarsze polskie czasopismo poruszające tematy z pogranicza nauki. Artykuły o tematyce paranormalnej, ezoterycznej, ufologicznej i nie tylko.
Nieznany Świat - miesięcznik dostępny w punktach prasowych na terenie całej Polski oraz w wersji elektronicznej na platformie nexto.pl. Nieograniczona przestrzeń do nieskrępowanej dyskusji na tematy paranormalne, ezoteryczne i nie tylko.
Forum Radia Paranormalium. Dołącz do nas na forum.paranormalium.pl.