UWAGA: Napisy zostały wygenerowane przez AI. W transkrypcji mogą zdarzać się błędy. Witam wszystkich Państwa bardzo gorąco i serdecznie i zapraszam do spędzenia dzisiejszego wieczoru z kolejnym odcinkiem niezwykłej audycji, w której dzielicie się Państwo swoimi historiami o trudnych do wytłumaczenia zdarzeniach.
Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". W poprzednim odcinku podcastu "Mówią Świadkowie" zaprezentowane zostały relacje o incydentach, które można nazwać glitchami w matriksie. Ponieważ audycja spotkała się z żywymi reakcjami z Państwa strony, dzisiejszy odcinek będzie stanowił kontynuację.
Gwoździem programu będzie relacja o zdarzeniu z okolic Częstochowy, które to zdarzenie zresztą stało się inspiracją dla okładki, jaką widzą słuchający ten podcast na YouTube. Uprzedzam, że dziś przydadzą się słuchawki, ponieważ jeden z naszych rozmówców telefonicznych prosił o zmianę barwy głosu. Dam Państwu trochę czasu na znalezienie słuchawek, tymczasem proponuję, abyśmy na dobry początek zajrzeli do naszej radiowej skrzynki emailowej.
Historia z umykającym czasem i dziwną wizją na jawie. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium 8 września 2023 r. Witam. Mieszkam w dużym mieście w województwie lubuskim. Historie, którymi chcę się podzielić, zdarzyły się dawno, a ja przez lata zastanawiałem się, czy nie były one odpowiednio podkręcone przez moją wyobraźnię.
Pamiętam je jednak bardzo dobrze, zbyt dobrze, by były one zupełnie nieprawdziwe. Mam 30 lat. Moją pasją poza muzyką są podróże samochodem oraz piesze wędrówki. Jestem również miłośnikiem drzew. Od zawsze uwielbiałem szwendać się po dworze.
A wśród znajomych jestem znany jako osoba, której nigdy się nie słucha, jeśli chodzi o wybór drogi. Dlaczego? Zawsze wybiorę najdłuższą, byleby tylko móc dalej iść i obcować z naturą. Pewnego razu, gdy miałem 9 lub 10 lat, wracałem z boiska wraz z kolegą i jego ojcem.
Nasze osiedle było położone pod olbrzymią skarpą, a boisko od niego oddzielał niewielki lasek nielski. Kolega z ojcem śpieszyli się. Ja, nie mogąc odmówić sobie króciutkiej wędrówki pod koniec dnia, zaproponowałem, że wrócę sam przez lasek.
I tutaj wydarzyła się dziwna rzecz. Jak tylko wszedłem w zieleń, zrobiło się ponuro i ciemno. Biorąc pod uwagę, że powoli zapadał zmrok, nie wydawało mi się to czymś mocno nadzwyczajnym. Jednak zacząłem czuć się dziwnie. Zrobiło się bardzo pusto. W uszach słyszałem tępy, puste dźwięki.
A na ziemi zauważyłem leżące martwe gołębie i dźwięki. I coś w stylu piór opadających na ziemię. Nie wiem, jak długo trwał ten stan. Nie miałem przy sobie ani telefonu, ani zegarka. To nie te czasy, gdy pilnowało się czasu lub miało telefon.
Pamiętam tylko, że musiała mi ta przeprawa zająć więcej czasu niż powinna, bo gdy dotarłem na osiedle, ojciec kolegi był na mnie lekko zdenerwowany, gdzie tak długo byłem. Pamiętam, że próbowałem się jakoś wytłumaczyć. Nawet użyłem wyrażenia wizja, ale zdając sobie sprawę, jak bardzo niedorzeczne jest to, co mówię, odpuściłem.
Gdy wróciłem do domu, długo zastanawiałem się, czy to była moja wyobraźnia, czy faktycznie coś dziwnego wydarzyło się w tym lasku. Myślę o tym zdarzeniu za każdym razem, gdy tamtędy przechodzę, a nawet teraz zdarza mi się tam być, gdy odwiedzam rodziców.
Dlaczego martwe ptaki i spadające pióra? Dodam, że nigdy więcej nic nieprzyjemnego w tym miejscu nie odczułem. Czerwonym kolorem określiłem swoją trasę, niebieskim kolegi i jego ojca. Druga historia wydarzyła się podczas szkolnej wycieczki do Miejskiego Ośrodka Sztuki.
Był to rok 2006. Chodziłem do szóstej klasy szkoły podstawowej. Od szkoły do centrum, gdzie mieliśmy się przesiąść do innego tramwaju, mieliśmy około sześciu przystanków. Jechaliśmy zatłoczonym tramwajem.
Pamiętam, że stałem naprzeciwko kolegi na tzw. przegubie tramwaju. Gdy podróż trwała już jakiś czas, pamiętam, że kolega zapytał mnie, czy widzę, gdzie jest reszta klasy. Odpowiedziałem mu dosłownie takim zdaniem, tak, tam siedzi Rafał.
Następnie wydarzyło się coś, co mogę opisać tylko jednym stwierdzeniem. Obudziłem się. Nie pamiętam, co się działo, o czym rozmawialiśmy. Po prostu odzyskałem świadomość, stojąc naprzeciwko kolegi, a dźwięk zaczął się pojawiać, jakby ktoś zgłaśniał stopniowo wyciszone radio.
Zauważyliśmy, że tramwaj się bardzo wylądnił, był prawie pusty. W miejscu, gdzie widziałem Rafała z klasy, siedział jakiś staruszek. Obaj zdaliśmy sobie sprawę, że zostaliśmy sami, gdy tramwaj zaczął skręcać na wielkim skrzyżowaniu w centrum, jadąc w stronę innej dzielnicy niż ta, do której zmierzaliśmy.
No tak, wysiedli. Przecież miała być prześwietlona. Wydedukowaliśmy. Nie czuliśmy strachu z powodu braku obecności naszej klasy. Mieliśmy już przecież te dwanaście lat. Opuściliśmy tramwaj i staraliśmy się ogarnąć to, co się przed chwilą stało.
Kolega nie pamiętał nic, poza tym, że na mnie patrzył i stał naprzeciwko. Ja pamiętałem dokładnie to samo. Proszę sobie wyobrazić. Zatłoczony tramwaj, gwar, krzyk. Masa dialogów pomiędzy dziećmi. A tu jakimś cudem my dwaj zostaliśmy sami w tramwaju, gdy reszta wysiadła.
Oczywiście dwójka dzieci tak się zagadała, że zapomniała o Bożym świecie dookoła. No dobrze, tylko dlaczego on ani ja nie pamiętaliśmy, o czym rozmawialiśmy, co robiliśmy? Dokładnie tak, jak po przebudzeniu.
Postanowiliśmy wrócić do szkoły na piechotę. Z niej powiadomiliśmy wychowawcę, że nie ma tam nic. A nie wychowawcę, że nic nam się nie stało. Akurat wtedy, w porównaniu do czasów z pierwszej historii, miałem już minimalne pojęcia na temat takich zjawisk, ponieważ zasłyszałem historię o przeskoku czasów audycji Roberta Bernatowicza, którą jeszcze w latach 90. nagrała moja mama na kasetę magnetofonową.
I tak też sobie to tłumaczyłem. Zagapiłem się w tramwaju, zagadałem z kolegą i przypomniała mi się zasłyszana historia science fiction z rodzinnym. No ok, ale co z kolegą? On nie słyszał tej historii. Dlaczego on czuł tę samą dezorientację?
Dlaczego nic nie pamiętał? Dlaczego był przerażony? To najbardziej mnie przekonywało, by nie bagatelizować tego, co pamiętam, jako fantazji. Nie jestem człowiekiem, który podchodzi do takich wydarzeń bez refleksji.
Analizowałem. Analizowałem masa razy to, co pamiętam, swoją osobę, wychowanie, lęki, by ostatecznie wykluczyć fantazjowanie. Jestem wychowany w mocno katolickiej rodzinie, gdzie każde niewyjaśnione działanie było przedstawiane z religijną nadbudówką.
Sam jestem od wielu lat niewierzący, gdyż skierowałem się w stronę duchowości bez religijnej otoczki. Istnienie obcych cywilizacji było wyszydzane przez moją mamę, bo jeśli coś ponad nami istnieje, to może to być jedynie Bóg, szatan, anioły i demony.
Ciekawe jest to o tyle, że od prawie 30 lat śnię ten sam sen. Widzę obiekt na niebie. Czasem jest to jakaś planeta zbliżająca się do nas. Boję się. Po jakimś czasie widzą ten obiekt wszyscy, a ja uświadamiam sobie, że już wszyscy wiedzą, że to już nastąpiło, że nadchodzą nowe czasy.
W każdym razie religijna ortodoksja nie przeszkodziła mojej mamie w latach 90-tych leczyć mnie z pomocą jasnowidzów czy stosować w domu feng shui. Dorastałem w świecie, w którym zderzały się katolickie wierzenia ze świadomością istnienia ludzi mających nadnaturalne moce.
Całe dzieciństwo bałem się. Bardzo się bałem. Ciemności, koszmarów sennych, szatana i kosmitów. Z drugiej zaś strony nienawidziłem spowiedzi. Była dla mnie czymś traumatycznym. I chyba to niechęć do niej z czasem pozwoliła mi zerwać te religijne kajdany, a końcowo przestać się bać.
Rodzice szukali w moich lękach powodów nadnaturalnych, radząc się w tym temacie oczywiście księży. Ci jednak nie znaleźli we mnie nic niepokojącego. Mimo takiego wychowania, wmawiania mi, że coś ze mną jest nie tak na poziomie duchowym i lęków, nie miałem predyspozycji.
Nie widziałem nigdzie diabłów i szatanów. A jednak te wydarzenia zdarzyły się. Pytanie tylko, czym w rzeczywistości były. Napisałem do was, bo jestem ciekaw, czy znacie podobne historie. Czy ktoś może przeżył coś podobnego?
Musimy przestać się bać mówić o takich sprawach, które męczą nas. Nie dają nam spokoju przez lata. Jest bowiem szansa, że ktoś nam pomoże. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w styczniu 2022 r.
Moje obie babcie były zielarkami. Jedna z nich była pomocnicą hebamy, czyli położnej. W związku z tym, chcąc nie chcąc, nasiąknęłam przesądami, recepturami, zaklęciami. Nie, żebym stosowała, ale kilka tak.
Jednym z tych, które faktycznie umiałam robić, było tzw. załatwienie. Było tzw. zamawianie drzew owocowych. Jak drzewo nie owocuje, to się je ścina lub w dawnych czasach zamawia, dając mu ultimatum. Albo owocujesz, albo... wiadomo.
Do tego zamawiania służył pewien specjalny nóż. Dostałem go od babci, a ona od swojej babci, która nosiła to samo imię, bo to idzie co drugie pokolenie. Nóż był piękny, długości około 22 cm. Z czarną, intarsjowaną rękojeścią i ostrą, błyszczącą klingą.
Był w skórzanej pochewce, a znajdował się w szufladzie w kuchni, tuż przy wejściu do niej. Nadmieniam, że całe mieszkanie mam w panelach, gładkie podłogi, bez progów. Był rok chyba 2003-2004. Zostaliśmy zaproszeni do pewnej wsi pod Częstochowem, dokładnie w celu zamówienia dwóch jabłonek, które dawniej dawały fajne owoce.
Sama zresztą dostawałam spory kosz, a potem nagle obie zaprzestały owocowania. Nie były to stare drzewa. Ot, po prostu zaprzestały produkcji. Otworzyłam więc szufladę, aby wyjąć nóż i tak niefortunnie złapałam za część pochewki, że nóż wysunął się z niej, upadł na podłogę u mych stóp, puknął raz o podłogę i… zniknął.
Za nie mówiłam. Padłam na kolana, szukając noża. Ale niby gdzie? Na idealnie gładkiej podłodze. Rozchyliłam drzwi, w przedpokoju stoi kufer, odsunęłam go… nic. Syn się niecierpliwił, samochód stał na dole.
No nic, wzięłam jakiś przypadkowy inny nóż, chyba finkę i pojechaliśmy. Zamówiłam oba drzewa tą finką, no żenada, ale jedno się odchwyciło, drugie nie, zostało ścięte. Natomiast to pozostawione owocowało.
I do dziś owocuje to. I do dziś owocuje fantastycznie. Ale co z nożem? Po powrocie odsunąłem meble w kuchni, przeszukałam i kuchnię i przedpokój i nic. Potem remontowałam oba, znowu nic. Nóż się nigdy nie odnalazł.
Robiłam takie doświadczenia, jak coś metalowego upada na podłogę, to stuknie ze dwa lub trzy rasy. Z tym nożem było jedno puknięcie i ślad po nożu zaginął. Szkoda mi go, bo fajny był i zabytkowy. Ale z historią.
Nadmieniam, że nie ma też opcji, że ktoś go zabrał, ponieważ mieszkam sama. Zniknęło też jeszcze coś i to nie była moja własność. Było to w roku 2015. Chodziła do mnie wówczas koleżanka na konwersacje z języka niemieckiego.
A ponieważ ona prowadzi firmę, to czasu nie traci. Wchodziła, stawiała plecak koło stołu, wyciągała zeszyt, lekcja leciała, a po godzinie się zbierała. Żadnych herbat, żadnych kuchni. Żadnego łażenia. Po prostu obowiązek i już.
Wtedy, gdy to się stało, położyła obok na szafce pęk kluczy. Chips z auta, z garażu, z domu, z firmy. Był to spory, dosyć duży kłąb żelastwa. Nie ruszałyśmy się. Po godzinie lekcji zbiera się, szuka tego kłębu, a jego nie ma.
Padłyśmy na podłogę. Szukamy. Wysypała plecak, wzięła miotłę, wygarniam wszystko, ale nie ma. No nie ma. Nie ma. Do domu koleżanka szła na piechotę. Zamki w aucie były prute. Z domu miała komplet. Z firmy miał wspólnik.
Ale wyobraźcie sobie kłąb żelastwa rozmiarów dwóch pięści, który tak po prostu znika. Niestety, od tamtego czasu nie chciała mieć u mnie lekcji, zwłaszcza, że opowiedziałam jej o tym nożu, który też zniknął.
Nie mam pojęcia, co o tym sądzić. Zwłaszcza, że ani ona, ani ja nie ruszałyśmy się z miejsca. No i, jak wspominałam, mieszkam sama. Jeszcze jedna dziwna historia. W moim mieszkaniu znajduje się pokój, w którym przechowuję różne rzeczy na wyjazdy.
Pokój znajduje się na linii kuchni. Wejście do niego to około 1,70 m od miejsca, w którym zniknął wyżej wymieniony nóż. Największy rozgardiarz w pokoju panuje w okresie letnim. Potem w okresie zimy pokój ten sprzątam gruntownie i pakuję wszystkie gadżety do toreb.
Cała rzecz zdarzyła się w lutym 2016 roku, a więc najwyższy czas na ten porządek. Posprzątałam, popakowałam, odkurzyłam. A że jest to wąski pokój, to zastawiłem fotelem wejście do niego, bo tak w sumie tego nie używam.
Ale spoza fotela patrzyłam dumnie, jak tam ładnie i pusto. W sobotę była u mnie koleżanka, zerknęła ponad zastawionym wejściem i skomentowała panujący tam porządek. W niedzielę tam nie zaglądałam. Fotel dalej zostawiał wejście.
W poniedziałek nie pracowałam, ale wieczorem od strony przedpokoju położyłam na oparciu fotela ciuchy na wtorek do pracy. Nadmieniam, że dalej zaglądałam, jak tam ładnie. Dużym wyczynem było odkurzenie dywanu.
Wspomnę tylko, że nienawidzę sprzątać. Stąd ta euforia. We wtorek rano ubierałam się dalej podziwiając swoje dzieło. Ale tego samego dnia, po powrocie z pracy Około 17.00 zerknęłam na pokój i podłogę i zaniemówiłam.
Na środku pokoju coś leżało. Odsunęłam fotel, aby wejść do pokoju. Podniosłam. Była to karta do gry. Nie mam bladego pojęcia o kartach. Nikt w mojej rodzinie nie grał w nic. Nikt z moich znajomych nie gra.
Ja nawet nie wiem, jak wygląda talia. No, tarota mam. Karta, którą wciąż posiadam, nie ma. Ma 10,5 cm na 7 cm. Przedstawia młodego mężczyznę z rodawymi włosami, baczkami. W prawej ręce trzyma smukły, napełniony do połowy kieliszek.
W lewej butelkę. Ma czerwony frak i zielonkawe spodnie. Białą koszulę z gorsetem. Na karcie wymalowane jest serce. Poza tym nie ma tam żadnych numerów, oznaczeń. Nie ma nic. Zadzwoniłam do tej koleżanki, co była w sobotę, pytając, czy czegoś nie zgubiła.
Opowiedziałam o karcie. Zaprzeczyła. Powiedziała, że nie wchodziła do pokoju, ponieważ był zastawiony. Przekopałam cały internet w temacie tej karty, ale nie znalazłam takich wzorów. Karta wygląda na drukowaną stosunkowo prymitywnie.
Zafoliowałam ją i posiadam ją do dziś. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium 5 listopada 2021 r. Witam serdecznie. Od wielu lat prowadzę taki notatnik dziwnych, niebywałych wprost zbiegów okoliczności, których mam 68 moich własnych, ale kilka wpadło od znajomych, którzy, wiedząc o mojej pasji, dostarczyli mi tych informacji.
Jednocześnie, słuchając właśnie waszej audycji na żywo, uświadomiłam sobie, że w kolekcji mam też jedną, którą jak nic można przyporządkować do tematu. W której uciekło mu około 20 minut czasu na prostej troce.
Poniżej dwa zbiegi okoliczności z mej i znajomego kolekcji i przypadek mamy koleżanki. Zdarzenia wybrałam losowo. Zdarzenie nr 1 Kilkanaście lat temu oglądaliśmy z synem film Miłość Ci Wszystko Wybaczy o dzielnej postawie Hanki Ordonówny ratującej dzieci w czasie zawieruchy wojennej.
Po chwili rzuciłam nostalgicznie w przestrzeń. Chciałabym się dowiedzieć, jak potoczyły się losy choć jednego dziecka uratowanego przez Ordonkę. Za dwa dni mój syn, profesor, wyjechał do Nowej Zelandii na wykłady.
Będąc w obcym mieście i stojąc na chodniku, oglądał pochod z okazji tzw. Columbus Day ciągnący ulicą. Nagle w tłumie dostrzegł swojego studenta. Wydało mu się to absurdalne, ale pomyślał, że tu go nikt nie zna, więc zawołał go po imieniu.
Ku jego zdziwieniu to był ten student. Podszedł do syna i tu cytuję ich rozmowę. O, pan profesor, a co pan tutaj robi? Przyjechałem na wykłady. A pan, co pan tutaj robi? Jestem na zaproszenie babci mojej narzeczonej.
Wie pan, ona to jest jedno z tych dzieci uratowanych przez Ordonkę. Gdybym nie był w stanie zrozumieć, co się dzieje, to bym się nie zrozumiał. Zapraszam pana do nas na kolację. Poznaj ją pan. I w tym dniu wieczorem syn nie tylko dowiedział się, co się stało z jednym z dzieci, dziewczynką ocaloną przez Ordonkę, ale dziewczynka ta miała za sobą aparat fotograficzny i dokumentowała całą trasę wędrówki.
Ja następnego dnia dostałem SMS-ę o treści Już wiem, co się stało z jednym z dzieci ocalonych przez Ordonkę i mam skany zdjęć z albumu. Po powrocie ci pokażę, napisał syn. Mówisz masz. Druga historia nie jest moja, ale istnieje dowód i w mojej kolekcji niezwykłych zbiegów okoliczności jest na pierwszym miejscu.
Syn koleżanki, wówczas jedenastolatek, dziś już student, miał na lekcji historii z grupą kolegów, osiem osób, przygotować konkretny temat, ale zasada była dość dziwna. Otóż każdy z nich miał znaleźć odpowiedź na jedno pytanie. Osiem odpowiedzi tworzyło całość.
Ale gdyby któryś z nich nie dotrzymał zasady, to cała reszta otrzymywała oceny niedostateczne, mimo że reszta miałaby zadanie wykonane. I taka sytuacja. Jest przerwa, dzieci stoją w dość sporej salce, tłok, syn koleżanki w jednym rogu, a po przekątnej lodówka z napojami, taki automat.
Chłopakowi chce się pić, ale nie widzi sensu. Chłopakowi chce się pić, ale nie widzi sensu. Chłopak stoi w lodówce, jakaś godzina, ale nie widzi sensu pchania się do lodówki. Dostrzega obok lodówki kolegę, który jest mu winien bodaj pięć złotych.
Woła do niego, kup mi napój, reszty nie musisz zwracać. Kolega wrzuca monetę, lodówka się otwiera, jest tam pełno napojów różnych firm. I pyta, z której firmy? Tymbark. Jaki smak? Pomarańczowy. Wyjmuje sok i napój wędruje do syna koleżanki, dłoni kolegów.
Chłopak otwiera i chce się pić. Wyrzucić kapsel, ale obok stoi inny kolega, który zbiera teksty, jakie pisze Tymbark po wewnętrznej stronie kapsla. Prosi chłopaka, aby mu go dał. On daje i sam zainteresowuje się pytając, no i co tam pisze.
Ten czyta, jedyna egipska mumia znajduje się w Raciborzu. Syn koleżanki pada na kolana. Dzwoni dzwonek, za chwilę ma być ta lekcja historii i to było to pytanie, którego chłopak nie przygotował. Kapsel posiada do dziś, a ja matematycznie próbowałem policzyć prawdopodobieństwo tego zdarzenia.
W liczniku jeden, a w mianowniku mnożenie ilości takich lodówek, sortów soków, wyboru, że akurat ta butelka trafi w jego ręce w tym czasie, tuż przed historią. Po prostu niemożliwe. Trzecią historię opowiedziała swojej córce jej mama, a moja koleżanka z komentarzem muszę to w końcu komuś opowiedzieć, bo umrę, a gnębi mnie ta historia od lat.
Otóż mając około 10 lat, mieszkała z rodzicami na wsi i jak to na wsi, dzieci też mają obowiązki. Ona akurat pasała gęsi. Praca była prosta, szła z gęsiami na taką łąkę pod górkę. Topografia miejsca była tego rodzaju, że zarówno idąc w górę, jak i wracając z powrotem, była widoczna z chałupy zarówno ona, dziewczynka, jak i ona sama widziała chałupę zawsze na dole.
A było to około 400 metrów w jedną stronę. Było około godziny 18. Pora było wracać. Popędziła gęsi, obróciła się więc z górki patrząc w dół w stronę chałupy, ale chałupy nie było. Nie było też wsi widocznej zazwyczaj z tego położenia.
Zamiast tego zobaczyła przed sobą jakiś niezwykle martwy, płaski, dziwnie cichy krajobraz. Była to asfaltowa szosa. Po obu jej stronach zakrzywione lampy, a po bokach puste pole. Martwa, nieruchoma cisza.
Przerażona stała szukając w krajobrazie jakiegoś znajomego punktu zaczepienia, a przede wszystkim swojej chałupy. Gęsi gdzieś zniknęły. Nie było słychać ich gęgania. Nie było słychać kompletnie nic. Ani ptaków, ani owadów.
Słońce też świeciło jakoś nie tak. Tak jakby nie słońce. Z opisu mamy koleżanki wynika, że był to sierpień, ale w tej wizji oświetlenie nie pochodziło od słońca. Wszystko stało nieruchome. Ona też stała nie wiedząc co począć, dokąd iść.
Obróciła się z powrotem w stronę łąki, a jak obróciła się na powrót, to nagle wszystko powróciło. Zobaczyła w dole chałupę. Usłyszała gęsi, które same wróciły. Jednak słońce już zachodziło. Okazało się, że pomiędzy powrotem gęsi, a jej upłynęła ponad godzina.
Rodzice krzyczą, że nie ma jej. Zaczęli zaniepokojeni. I jeszcze taki komentarz pojawił się pod poprzednią audycją na YouTube. Myślę więc, że warto go utrwalić. Napiszę coś od siebie. Może komuś się z czymś skojarzy.
Dawno temu, na początku lat 90, w pracy ściągało się z takiego stelażu papier pakowy 2x2 metry i kładło na wózek. To był spód metalowej formy, do której wlewało się jakieś płyn, który wciąż się nie odpłynął.
Chyba izocyjan. I powstawała pianka. Chodzi o to, że podczas ściągania tego papieru jakimś cudem bok, ułamek milimetra grubości, przejechał mi po oku. I z minutę czułem takie kłucie w oku, ale przeszło.
Zero bólu, normalne widzenie i dalej praca. Tak, jakby nic się nie stało. Ale gdzieś po trzech godzinach nagle zaczęło tak boleć, że już tylko do przychodni zakładowej musiałem się udać. Było tam w kolejce parę osób, które zaczęły się uderzać.
Ale każdy zrozumiał, że sprawa pilna. I wszedłem od razu. Na szczęście pani doktor stwierdziła, że jest tylko płytkie nacięcie i wszystko będzie okej. Codziennie krople oraz maść prosto na oko oraz opatrunek przez tydzień.
No i tak chodziłem z jednym okiem zaklejonym. I teraz to, co się stało jako zdarzenie trudno wytłumaczalne. Z tym okiem trzeba było odpoczywać, regeneracja. I chyba już kilka dni minęło. I leżę na miejscu.
Zobaczcie, jak to wyglądało na łóżku w ciągu dnia. I jedno oko mam otwarte, a drugie zamknięte pod opatrunkiem. Zaznaczam, że nie spałem, tylko patrzyłem w sufit. I nagle widzę całkowicie inny obszar rzeczywistości.
To było miejsce kompletnie inne niż to, co normalnie postrzegasz. Jakby jakieś laboratorium i pełno dzieci, takich kilkumiesięcznych, które próbowały raczkować. Tylko to wszystko wyglądało jak zupełnie inne miejsce niż to, co widzisz na planecie Ziemia.
To wszystko tak wyglądało, ale trwało sekundę, może dwie i koniec. I widzę znowu sufit w pokoju. Nie pamiętam, czy coś było słychać. Raczej nic. Nikogo innego tam nie było, oprócz tych dzieci i w zasadzie też żadnych innych sprzętów czy innych elementów.
Oprócz poczucia dziwności miejsca, to te wszystkie dzieci też jakby wszystkie ruszały się podobnie. Zastanawiam się, czy były w pełni zdrowe, ale chyba tak. Tak to wyglądało, ale nie było to takie na ludzkie, a nie, że to jakieś klony obcych.
Chociaż kto wie. No i jeszcze to wszystko było w takim jakby żółtym kolorze. Ale ta barwa też jakaś taka inna, niż to, co widzimy. Obojętnie jaki odcień. Co to było i jak to się stało można przypuszczać.
Się jakby w innym królestwie. Nigdy nie używałem żadnych środków tego typu, czy obojętnie jakiej klasy narkotyków. Być może oko, które normalnie odbiera pewien zakres fal świetlnych w skutek przerwania nerwów poprzez nacięcie, albo miało dostęp do innego zbioru informacji, albo może nawet wróciło do stanu poza iluzją, w której żyjemy.
Oczywiście, jeżeli rzeczywiście to wszystko, co postrzegamy naszymi zmysłami jest dla nas specjalnie przygotowane. Nigdy więcej już nic takiego nie miało miejsca w moim życiu. Mogę tylko dodać, że jestem ateistą.
Natomiast inkarnowanie się jako kolejne wcielenie, na przykład znowu jako człowiek na Ziemi, jest dla mnie czymś normalnym, a nie tylko pewnością. W skrócie, średnio te kilkadziesiąt lat życia to tylko jakiś element całości.
Życzę wszystkim udanych poszukiwań. I to już wszystkie relacje tekstowe przygotowane do dzisiejszego odcinka. Już za chwilę przejdziemy do prezentacji przygotowanych na dziś rozmów telefonicznych. Tymczasem małe przypomnienie kontaktów do Radia Paranormalium dla tych z Państwa, którzy chcieliby podzielić się swoją historią o spotkaniu z nieznanym.
Usłyszymy za chwilę opis dziwnego zdarzenia, do jakiego doszło około roku 1999 w rejonie Tomaszowa Mazowieckiego. Słuchacz wybierał się na ryby i przejeżdżając przez las stał się świadkiem czegoś, co pod pewnymi względami przypomina tak zwane zjawisko błędu.
Z tym, że tutaj nie towarzyszyło świadkowi uczucie dezorientacji. Otóż nasz rozmówca nagle zobaczył przed sobą mogłę gęstą jak mleko. Czemu towarzyszył on głos? Wspominający chodzący dookoła stado baronów z dzwoneczkami.
Mimo iż oczywiście żadnego barana w okolicy nie było. A to nie był wcale koniec dziwności, jakie się wydarzyły tamtego dnia. Oddajmy zatem głos naszemu słuchaczowi. W wieku 14 lat wybrałem się na ryby.
Jako dziecko jeździłem często na ryby. Ta pasja bętkarska została mi do dzisiaj. Jechałem na smug. To był taki staw w lesie. Nazywał się smug. I żeby tam dojechać trzeba było wyjechać z miasta. Wjechać w leśną drogę wyasfaltowaną.
Jechało się 4 km wyasfaltowaną drogą. Kończyła się wyasfaltowana droga. Za leśniciówką skręcało się w prawo. Jechało się prosto. Tam była taka droga żwirowa. I tam było 5-6 domów. Wjeżdżało się do lasu.
I przez las trzeba było przejechać od 4 do 6 km. I jadąc na te ryby w pewnym momencie w środku lasu zrobiła się taka wielka mgła. Ale to, jak to się mówi, mleko. Nie było nic widać. I co najdziwniejsze, ja nic nie widziałem, ale słyszałem jak, kurde, chodziło stado baranów z dzwoneczkami.
I powiem panu, że często tamtędy jeździłem na ryby. I była taka droga prowadziła leśna. I potem się naszła taka skrzyżówka. I przez to na tej skrzyżówce był taki głęboki piach. To tylko ja widziałem ten piach na tej drodze.
I przesuwałem, i szedłem prosto. I jakoś z tej mgły wyszłem. I ja wtedy sobie tak nie potrafiłem tego wytłumaczyć racjonalnie. Że w środku lasu mgła dzwoneczki takie, no jakby ktoś barany, owce prowadzą, no bo kiedyś takie coś zawieszali tym zwierzętom, żeby je słychać.
I powiem panu, dojechałem do tych ryb i nie mogłem sobie, kurde, dać spokoju z tym, że co ja słyszałem. I łowiąc ryby z kolegą rozmawialiśmy, właśnie ja mu opowiadałem, bo tam kolega mnie dojeżdżał motorem, ja jechałem rowerem.
I mówię do kolegi, co przeżyłem. A kolega mówi do mnie, że zwariowałem. No i po jakichś tam paru minutach było słychać to samo dzwonienie, tylko po drugiej stronie. I on się zaczął do mnie śmiać, że mój tutaj to był zatopiony zamek.
Ale kolega też słyszał wtedy te dzwonki? To te barany z dzwonkami, jak się one drugi raz pokazały? Wie pan, co było słychać? Dzwonki, tak, to było, on też to słyszał. Tylko to było po drugiej stronie. Jeszcze pamiętam, jak gdzieś on do mnie powiedział, że jest taka legenda, że jak to wyschnie, to będzie koniec świata tego stawu. I powiem panu, co na śmiesznie się ten staw wysycha.
Jego już tam prawie nie ma. No to rzeczywiście, klimat się ociepla, można powiedzieć, koniec świata blisko. Powiem panu, że tak w Biblinie nawet, jak człowiek Biblię czytał, to jest też widać, że końcówka.
A mam takie pytanie odnośnie tego przeżycia. Czy były normalnie słyszalne w momencie pokazania się tych dzwoneczków, czy były normalnie słyszalne odgłosy lasu? Nie, właśnie nie. Nie było słychać lasu. Nie było słychać lasu i powiem panu, że ja wtedy zeszłem z tego roweru, bo się ten zaczął ten piach, bo ja nawet nie wiedziałem, gdzie jestem. Można powiedzieć, że zgubiłem orientację i tylko patrzyłem na ziemię, gdzie ten piach jest na tym skrzyżowaniu, żeby wiedziałem, że mam iść prosto. Nie miałem jakiegoś poczucia zagubienia czasu czy coś, tylko właśnie mówię o tym właśnie piachu, wiedziałem, jak stamtąd wyjść.
Po niczym więcej. Czyli mówiąc krótko, okolica była panu znana, wiedział pan, jak się tutaj poruszać, tylko coś jakby zaburzyło panu koncentrację, tak? Zrobiła się momentalnie taka mgła, mleko, no dosłownie mleko. Ja wiem, że przy jeziorach, stawach robi się taka mgła nieraz, ale to mała mgła, a to było mleko.
No i to chyba był kawałek od stawu, tak? I to było daleko od stawu, tak. W ogóle ten region, region, gdzie ten skam, to właśnie taki jest. Tam dużo, tam wojna, tam fronty przechodziły. Do dnia dzisiejszego można znaleźć dużo ciekawych rzeczy po wojnie w lesie. Bunkrów jest dużo, bunkier na Konewce, jest bunkier na Jeleniu, ale no właśnie tylko na tym miejscu, właśnie na tym, jak się kierowałem na ten smug, miałem właśnie to przeżycie paranormalne.
I to tyle, jeśli chodzi o dziwne zdarzenie, do jakiego doszło w rejonie Tomaszowa Mazowieckiego pod koniec lat dziewięćdziesiątych. W ostatniej części dzisiejszej audycji poznamy historię zdarzenia, którego opis z pewnych powodów przywodzi mi na myśl teleportację widalów, o której niedawno na swoim kanale UFO Historie opowiadał Piotr Cielebiaś.
Zainteresowanych tym zdarzeniem odsyłam oczywiście na kanał Piotra, gdzie wicenaczelny Nieznanego Świata rozebrał całą sprawę na czynniki pierwsze. W zdarzeniu, które poznamy za chwilę, dwoje świadków zostało przeniesionych w inne miejsce wraz ze swoim samochodem na odległość kilku kilometrów.
Wyobraź sobie taką sytuację. Jedziecie do miasta, w tym przypadku jest to Częstochowa, jesteście na drodze dojazdowej, skręcacie na skrzyżowaniu i nagle zdajesz sobie sprawę, że z niestanych przyczyn trafiliście w niestane sobie miejsce, a towarzysząca ci pasażerka znajduje się w letargu, z którego wybudzają dopiero twoje wielomówiące pytanie gdzie my u licha jesteśmy?
I choć tutaj w czasie zdarzenia nie zauważono żadnego niezidentyfikowanego obiektu, główny świadek, kierowca, który skontaktował się z Radiem Paranormalium, wydaje się łączyć to zdarzenie z obserwacją UFO, jakiej on i towarzysząca mu kobieta dokonali tydzień wcześniej.
Przyjrzyjmy się zatem temu zagadkowemu zdarzeniu. Halo, dobry wieczór, tutaj Marek Sęk po tej stronie Radio Paranormalium. Witam, witam, dobry wieczór. Dobry wieczór, byliśmy na dzisiaj umówieni na rejestrację pana historii z jakimś błędem w Matrixie, prawda?
Z tego co pamiętam. Tak, to jest, wie pan, to jest ciekawa rzecz, bo ja do tej pory uważam, znaczy to dwie teorie właśnie, albo Matrix, albo porwanie, po prostu uprowadzenie, bo, wie pan, ja to przeżyłem nie sam, tylko z moją partnerką i Dwie godziny utrata, podejrzewam dwie godziny gdzieś, utrata czasu, tylko wie pan, to wydarzenie się zdarzyło tak, że ja zniknęłem łącznie z samochodem, i z partnerką na głównej krzyżówce, prawie głównej krzyżówce w Częstochowie.
Przerzuciło mnie z autem razem, i z partnerką 10 kilometrów w noc przed Częstochowem. No to tak jakby, bardzo podobny przypadek do tego, co pojawił się w Mówią Świadkowie, w tym odcinku o glitchach w Matrixie.
Czy pan chce naszą rozmowę wykorzystać w słuchowisku? Jeżeli nie ma pan nic przeciwko, to oczywiście. Bo wie pan, to jest tak, dla mnie jest faktem niezaprzeczalnym, bo nie byłem sam, to potwierdziła moja partnerka, która się po chwili przebudziła, też odskręła z tego letargu.
Chodzi o to, żeby, wie pan, mi chodzi o to, żeby ludzie, którzy, bo to minęło 10 lat, ja to zdarzenie bardzo dokładnie pamiętam, i żeby ludzie, którzy przeżyli coś takiego, wiedzieli, że innym ludziom też to się przydarza, żeby się z tym nie katowali, nie męczyli przez całe życie.
Tak? No to, może pan wykorzystać, jeżeli to jakoś tam pomoże innym ludziom w zrozumieniu czegoś, no. Mi jest wszystko jedno naprawdę, bo tu znajomi moi znają tą historię. Część ludzi, którzy jest taki, no właśnie interesuje się takimi rzeczami, no.
No, no, dość zainteresowana była, ale to, wie pan, to jest jedno z nich, jedno tylko z zdarzeń z mojego życia, które się wydarzyły. Takie paranormalne Tylko właśnie, ja zacząłem to wasze słuchowisko, trafiłem jakoś, to nie, przypadków nie ma, wie pan, przypadków nie ma, akurat trafiłem na to wasze słuchowisko, posłuchałem relacji tych dwóch panów chyba to byli i mówię, no, no, przypadki są takie, zresztą ja wiem, bo ja później obserwowałem takie zdarzenia na świecie, no, no, podobne przypadki są, także ja się za bardzo tym nie przejmowałem, tylko, wie pan, chciałem się też skonsultować, bo, bo pan ma tych świadków, tam właśnie tych, tych, co się do pana zgłaszają, czy mieli taki przypadek, że jest dziesiątki samochodów, setki ludzi na ulicy i człowiek znika łącznie z samochodem?
Szczerze mówiąc, poza tym przypadkiem, który się pojawił w tej audycji w Mówią Świadkowie, w tym odcinku o glitchach, no, nie kojarzę, szczerze mówiąc. No, bo ja mówię, gdyby to było na odludniej trasie, w lesie, gdzieś tam, rozumiem, są uprowadzenia, dla mnie jest niezaprzeczalne, są inne cywilizacje, oni biorą ludzi, dobrze, stało się, dwie godziny mnie przebadali i tak dalej, ale czy oni mają taką technologię, że mogą człowieka w środku krzyżówki zabrać, przerzucić go dwie godziny wstecz w trasce i się obudziłem jadąc samochodem?
Zresztą to zdarzenie to było jadąc, ja nie wychodziłem z auta. Dobrze, to ja panu powiem, teraz może już wstęp już dałem, to ja panu opowiem o tym zdarzeniu. Jeśli macie jakieś pytania, to postaram się sobie zapisać i panu zadać.
Dobra, to ja panu zacznę. To wydarzenie miało to 10 lat wstecz. Wie pan, ja jestem z Dolnego Śląska, dalej, handluję, handluję, no i co tydzień wtedy się jeździło na Wólkę Kosowską po towar. Czyli tą trasę, którą ja przebywałem, ja co tydzień z Dolnego Śląska, tutaj spod Kłodzka jeździłem, jeszcze nie było tych szybkich tras, jeździło się przez Opole, Częstochowę, Wierchówką na Wórkę.
Ja zawsze wyjeżdżałem ze swoją partnerką, jeździliśmy, bo ona ze mną handlowała, dzień wcześniej, żeby się przespać na parkingu w Warszawie i bo tam wcześniej otwierają stoiska, to przespaliśmy się, budziliśmy się, braliśmy towar, wracać.
I też było w tym przypadku, jechaliśmy, ja nie pamiętam dokładnie, czy to było koniec lata, początek jesieni, gdzieś tak, jechaliśmy tą trasą, wjechaliśmy, do Częstochowy. To była godzina, było jasno, było jasno, bo ta droga tak prowadziła, że widziałem jeszcze wieżę klasztoru Jastogórskiego, na tej prostej. I wie pan, tam jest taka krzyżówka, że jak się dojeżdża do Częstochowy, to jest taka krzyżówka, że się trzeba było skręcić w lewo na miasto, przejechać przez to miasto i wypaść w kierunku Warszawy, ale trzeba było przejechać przez miasto.
I ja dojeżdżając do tej krzyżówki, widziałem, to było jasno, bo widziałem tą wieżę. I w pewnym momencie, tu rozmawiamy sobie z partnerką, jest ta krzyżówka, pamiętam jeszcze, stoi przed nami na drugiej stronie tir, osobowka, dużo samochodów za mną.
Pamiętam ostatnią rzecz. Skręciłem w stronę miasta, skręciłem na tej krzyżówce w lewo. Wjechałem i w tym momencie, no już po czasie teraz mogę powiedzieć, film nam się urwał. W pewnym momencie ja się budzę i jestem nie wiem gdzie, jest ciemno, całkowicie noc, ciemno.
Jadę może z pięć minut i w pewnym momencie dostaję przebłysku. Moja partnerka siedzi z boku, nie odzywa się, jakaś taka otępiała. I ja do niej mówię w tym momencie, słuchaj, a gdzie my jesteśmy? I ona w tym momencie patrzy się na mnie i mówi, słuchaj, ja nie wiem gdzie my jesteśmy.
Ja mówię, słuchaj, przecież my skręcaliśmy na miasto, było jasno, prawda? Ona mówi, tak, no jasno, no ciężarówka stała. Ja mówię, pamiętasz samochody na tej krzyżówce? Tak, ja zwróciłem uwagę na tira tam za nie osobówka.
To samo potwierdza co ja. I mówi, no słuchaj, my powinniśmy być w mieście, a dlaczego jest ciemno? Zadaje mi takie pytanie. Ja mówię, słuchaj, nie wiem. W tym momencie zjeżdżam na pobocze, wysiadamy z auta, jesteśmy w ciężkim szoku.
Mówię, słuchaj, ale gdzie my jesteśmy? Ja nawet nie wiedziałem, gdzie ja by lądowałem. W którym miejscu? Wysiadamy z tego auta, a w którym miejscu? Rozglądamy się. Ja mówię, słuchaj, to jest chyba dojazd do Częstochowy.
Ja mówię, wiesz co, nie jestem na tyle pewny. Jest ciemno, jadą samochody, bo to jest ruchliwa trasa. Ja mówię, słuchaj, ja nie poznaję tak dokładnie tych budynków, ale my jesteśmy chyba na dojeździe gdzieś 10 km przed Częstochową.
Cofnęłem samochód. Wie pan, ja cofnęłem, chciałem zobaczyć, gdzie jestem. Podjechałem do tyłu, zobaczyłem tą krzyżówkę, którą rozpoznałem. Ja mówię, słuchaj, jesteśmy na dojeździe. Ona mówi, ile kilometrów gdzieś od Częstochowy?
Ja mówię, słuchaj, nie wiem, 7, 10 km. Co się stało? Ona mówi, ja nie wiem, co się stało. Przerzuciło nas po prostu w czasie, czy coś takiego. Wie pan, i wtedy konsternacja. Mówi, całą drogę żeśmy na ten temat rozmawiali, później jeszcze dwa dni, ale ona stwierdziła, nikomu tego nie mów, bo uznają nas za wariatów, tak?
Uznają nas za wariatów. Pytałem się jej szczegóły. Wie pan, ja już mówię, czy ja zwariowałem. Gdyby jej nie było z boku, ja bym chyba uznał, ja nie wiem, że miałem halucynację, czy coś. Wie pan co? Ona potwierdzała wszystko. Łącznie, bo to był taki jakiś kolorowy tir, my zwróciliśmy uwagę na tej krzyżówce, że tam stał ten tir. Ona wszystkie szczegóły, które ja widziałem na tej krzyżówce, potwierdziła mi.
I potwierdziła, słuchaj, my skręcaliśmy, było jasno, skręcaliśmy na miasto, gdzie my jesteśmy. Ja mówię, gdybym był sam, wie pan, nie wiem, co bym uznał, czy może halucynację, może coś, no, ale jechała koło mnie. Także, i wie pan, to jest ciekawa rzecz, ja się zastanawiałem, bo interesuję się takimi rzeczami.
Było to porównanie tych hilów, oni tak samo jechali autem, obudzili się w aucie później. Tu mi uciekło z dwie godziny. Ja mówię, no może uprowadzenie, no, ale jak przy tylu świadkach, w biały dzień, łącznie z samochodem?
Jak to jest możliwe? No, można to tak wytłumaczyć, albo spróbować wytłumaczyć, że coś jakby wyłączyło wam świadomość i tak wam i pokierowało, żebyście pojechali w jakiś wyznaczony punkt, prawda? Bo jakby wyłączyło wam całkowicie świadomość, jesteście pewni, że nie pogłębiliście gdzieś po drodze?
Nie, nie, kompletnie nie. Wyłączyło to było urwanie dopiero później, to ja nazywam w tej chwili, bo ja mogę to w tej chwili prześledzić, że nas wyłączyło na tej krzyżówce. Ja skręcałem i w tym momencie urwał się film.
Urwał się film. I to było jasno, wie pan, to było jasno. I wie pan, ja na przykład jak jechałem, było ciemno, i ja dopiero się ocknęłem, nie wiem, po jakiś, może trzech, czterech, pięciu minutach wtedy.
A moja partnerka siedziała cicho, jakby w takim letargu, wie pan? Tak jakby była nieprzytomna. Nie, nie, ona siedziała cicho, nie odzywała się, jechała, oczy otwarte, jechała. I tak jakby miała takie nieprzytomne spojrzenie, tak?
Tak, uspokojona taka. Ona sobie uspokojona siedziała, nic się nie odzywała. Dopiero w momencie, gdzie ja się ocknęłem i do niej mówię, słuchaj, gdzie my jesteśmy? I ona wtedy się tak jakby ocknęła. Ja się pierwszy ocknęłem, tak jakby z tego letargu. Ona się ocknęła i mówi, nie wiem, słuchaj, było jasno, co jest grane. I przed mnieniami ona powiedziała, pamiętam te słowa, słuchaj, powinniśmy być w mieście, gdzie my jesteśmy. A ja mówię, no słuchaj, przecież skręcaliśmy na krzyżówce. No tak, skręcaliśmy.
Wie pan, no szczegóły nawet. Z samochodu, że stał tir, zanim osobowka. Ona mi potwierdziła wszystkie szczegóły, które ja pamiętałem z tej krzyżówki. Ja później przesiedziałem, ile mniej więcej czasu. Podejrzewam, że to gdzieś było półtorej do dwóch godziny, bo to było tak jakby zaczynała się szarówka, no ale z daleka widziałem jeszcze wieżę klasztoru. Było jasno.
Ona też mówi, było jasno, słuchaj. Przez wszystko widzieliśmy, wszystkie samochody. Jaki właśnie taki ciekawy ten tir stał, taki kolorowy. I wie pan, no i przenosi. No i tu mi wszystko pasuje przy uprowadzeniu, tylko nie pasuje mi, czy oni mają taką technologię, żeby kogoś zabrać i przenieść go z autem, żeby inni nie widzieli?
To jest ciekawa rzecz. No można spekulować, można to jakby dużo spekulować, na temat tego, co właściwie było odpowiedzialne, co lub kto był odpowiedzialny za to zdarzenie. No właśnie. Wie pan, gdyby to, ja mówię, gdyby to było na bezludnej drodze, ja bym to uznał.
Dobrze, jest tyle uprowadzeń, 100 milionów uprowadzeń na świecie, dobrze, nie ma sprawy, dobra, już przebadaliście mnie i tak dalej, odstawiliście, nic mi się nie stało, tak? Tylko tu mi zaczyna się głowić, przez te 10 lat się głowiłem, czy to nie jest błąd w matrycie jakiś. A po wyjściu z samochodu badaliście może samochód pod kątem jakichś, nie wiem, uszkodzeń, czy czegoś, co mogłoby was naprowadzić na odpowiedź, co się mogło stać?
Nie, wie pan, ciemno było. Ja zjechałem na pobocze, bo dla mnie to był szok. Zjechałem na pobocze i my patrzyliśmy, gdzie my jesteśmy, gdzie my wylądowaliśmy, w którym miejscu, co się stało. Znaczy w ogóle mnie interesowało, wie pan, orientację straciłem, bo to była noc.
I ja nie wiedziałem, gdzie my wylądowaliśmy. Po prostu kompletnie ani ona, ani ja nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy. I to było ciemno, wie pan, to też z samochodu nie widać, bo jest ciemno, ale żadnych nic. Z tego, co pamiętam, na aucie żadnych śladów, jakichś tłuczeń, jakichś, wie pan.
No bo gdyby to było spowodowane czymś typu zasłabnięcie, czy zaśnięcie za kierownicą, to by to spowodowało no dosyć groźną sytuację, a tutaj nic. Po prostu wycięło was i przerzuciło, obudziłyście się w innym miejscu, kompletnie wam nie znane.
W innym miejscu i też podczas jazdy. Ja prowadziłem auto. Mnie przerzuciło. Prowadziłem auto i przerzuciło mi, gdzie ja dalej jechałem bezpiecznie. Gdzie ja jeżdżę bezpiecznie. To mnie też zastanawia. Znaczy te przypadki to są znane, że przerzucają w aucie, człowiek jedzie i ma utratę, tak jakby odstawiali na drogę, tak? Ale tu jest właśnie i czy to nie jest błąd w Matrixie, czy to jest może uprowadzenie, bo wie pan, to jest, dlatego chciałem się skonsultować, wie pan, panem, czy mieliście takie przypadki, że człowiek został wzięty przy setkach świadków i wie pan, na tej krzyżówce ja dokładnie nie pamiętam, ale podejrzewam, że tam już 10 aut za mną stało.
Znaczy ja sobie przypominam takie przypadki, kiedyś były w debatach ufologicznych u nas przytaczone, że na przykład samochód stawał, ale tam był ewidentnie widoczny jakiś obiekt w pobliżu tego samochodu latający.
No a tutaj chyba żadnego obiektu państwo nie widzieliście, prawda? Tak po prostu was wycięło nagle i obudziliście się gdzie indziej. Wie pan co, znaczy ja tu może, znaczy chciałem to panu powiedzieć, tydzień wstecz, bo ja co tydzień jeździłem z tą partnerką po towar, tydzień wstecz w nocy jakoś jechaliśmy po ten towar, już było ciemno, nie pamiętam w którym miejscu, wysiadłem z auta, chciałem chwilę tam popatrzeć, papierosa zapalić, odpocząć i ja zobaczyłem na niebie wielką, świetlistą kulę.
Pokazałem to partnerce, ona mówi no coś niesamowitego, ja mówię słuchaj, obiekt tu się porusza, ale to nie jest satelita, bo to jest wielkie, to jest, ale to było tydzień gdzieś wstecz, tydzień wstecz, to była wielka kula, która przyciągnęła mój wzrok.
A dlaczego mógłby pan porównać rozmiary tej kuli, jakieś porównanie potrzeby? Wie pan, na niebie wielkość jednego dziesiąta mniejszy niż pięćset. Duża, ogromna kula. No, czyli rzeczywiście obiekt dosyć taki pokaźny.
Tak, i wie pan co, i moja partnerka wtedy mówi no niesamowite, ja mówię słuchaj, ja tak jechałem później sto kilometrów temu i ta kula, ja mówię ty, ta kula tak za nami leci, czy ja? Ja do niej mówię popatrz jaka ogromna, a ona mówi ty słuchaj, no ale mówię zobacz, czyż to nie jest satelita, bo satelita jest punkcik, a taka wielka kula, no nie leci. Wie pan, ja poczułem takie jakieś dziwne, tak jakby mi ściągnęła wzrok na siebie, ona tak jak na pierwszy raz, jak ją zobaczyłem, takie ściągnięcie jakbym ten, ja byłem zafascynowany, bo no takiej kuli no w życiu jeszcze nie widziałem. Tak jakby pan dostał w jakiś sposób prikaz, żeby się temu przyjrzeć, tak? Tak, tak.
Ona mnie tak jakoś ściągnęła, ja na to popatrzyłem i tak znowu stanąłem po jakimś czasie i ona jest dalej i ona się przecuwa po niebie i dalej ten wzrok, taki wpatrzony w tą kulę, ja mówię zobacz, przyjechałem do domu, popatrzyłem na internecie, co to latało po niebie wtedy. I wie pan co?
Ja to, poszło w niepamięć, bo w ten dzień taksówka kosmiczna, oni o tym pisali, czy coś takiego, że na niebie będzie można widzieć jakąś taksówkę kosmiczną. Coś takiego było. Kojarzy pan coś może? Nie kojarzę, ale jeżeli dobrze zrozumiałem, wy mieliście wrażenie, że jakby ta kula was śledzi? No ja miałem takie wrażenie, że ona tak, no za długo ją widziałem.
Po prostu ona się po niebie przesuwała i ja przejechałem sto kilometrów i ja dalej ją widziałem. Tylko w takiej samej odległości, jak była. I wie pan, no ja mówię, to poszło w zapomnienie, bo krzyczałem o tej kosmicznej taksówce, że ona ma być na niebie dla ludzi widoczna.
Tylko wie pan co? Kosmiczna taksówka, no ludzie nie mają takich wielkich kul, no to było potwornie wielkie. No i chyba nie byłaby aż tak duża, prawie tak duża jak Księżyc, prawie. No znaczy to nie była tak duża jak Księżyc, ale to była kula w dężni.
No tak, to była kula taka wielka, jasna, biała. Ja się zastanawiałem wtedy, ja mówię, no no co, nawet się partnerki pisałem, słuchaj, co to jest? Tej wielkości, satelita odpada, zobacz, samolot odpada, kulice, nie ma świateł tych, no ale zresztą wielkość, ona mówi, no faktycznie, no wielkie to jest, mówi. Ja mówię, słuchaj, może coś wystrzelili, no ale to tak się jakoś przesuwa, tak jakoś. I to było przed tym zdarzeniem.
To było, wie pan, tydzień, czy to było dwa tygodnie, bo ja co tydzień jeździłem w tą trasę. Ja ją pooglądałem, stanąłem chyba jeszcze dwa razy, pooglądałem tą kulę na niebie. Czy to, myśli pan, że to ma jakiś związek?
No ja tutaj za bardzo się na tematach jakby astronomicznych nie znam, powiem szczerze, ale no nie wydaje mi się, żeby obiekt typu na przykład meteor albo satelita, żeby mógł osiągnąć takie rozmiary, prawda? Nie, no nie ma szans. Bo jaki to musiał być obiekt?
Nie ma szans. Nic takiego na niebie tej wielkości nie widziałem w życiu. No wiemy, jak wyglądają satelity, jak wyglądają samoloty. Tej wielkości nie widziałem. No ja się zasugerowałem, bo napisali, że to ludzie będą mogli widzieć na niebie jakąś kosmiczną taksówkę w tym okresie. No można było to gdzieś na internecie pewnie znaleźć, gdzieś tu, gdzieś 10 lat wstecz, że coś tam wystrzelił.
No ale nawet jeżeli wielkości promu kosmicznego, no to to punkcik, tak? A nie coś bardzo wielkiego na niebie. Wie pan, ja to skojarzyłem po tym tym, no. No mogło być uprowadzenie, no ale tutaj przy tylu setkach ludzi, przy tych samochodach, ja mówię, to by musieli mieć taką technologię, że po prostu tak nas zabrać, żeby inni tego nie widzieli. No nie widzieli, no jakoś to zrobić, żeby po prostu nie zauważyli no tego.
No ale po to nigdy nas brać w krzyżówki, wie pan, to też jest dlaczego w ruchliwym miejscu, chyba, że mają tak nieograniczone możliwości, że dla nich nie ma znaczenia, czy to jest w lesie, czy to jest w środku miasta. Może dla nich to nie ma znaczenia żadnego.
Chcemy i jesteśmy tu, bach, i robimy i ten. Albo po prostu potrafią, jeżeli to były jakieś obce siły, tak to ujmijmy, to może po prostu potrafią to zrobić tak, żeby inni ludzie tego nie zauważyli. Wie pan, ja tak myślę, że no musieli, żeby inni po prostu tego nie zauważyli.
I oni się nie przejmowali, że to jest środek przed miastem i setki samochodów i dziesiątki ludzi i za mną samochody i z przodu, bo to ruch, to był, wie pan, to główna trasa, dolotowa do Częstochowy, to mnie tylko zastanawiało, bo wie pan, trochę się zmartwiłem, jeżeli to byłby błąd w Matrixie, no to my żyjemy w jakiejś symulacji, tak? Żyjemy w symulacji, to déjà vu, czy coś, tylko że w sumie ja sądzę, że my i tak żyjemy w symulacji, bo jeżeli wziąć nawet reinkarnację i wędrówkę dusz, no to my planujemy swoją symulację, tak? Takie mi się skojarzenie nasunęło z owadami, bo jest coś takiego, że może być jakiś rój owadów, my podchodzimy, bierzemy jednego owada do słoiczka, reszta owadów tego nie zauważy, także może mogło też tak być.
Wie pan, to bardzo trafne, bardzo trafne. Jakaś siła was po prostu sobie upatrzyła, wzięła i zrobiła to w taki sposób, że inni użytkownicy drogi nie zauważyli nic szczególnego, nic podejrzanego. I to już wszystkie relacje przygotowane do dzisiejszego odcinka.
Jestem przekonany, że nie tylko autorzy tych zgłoszeń, ale również i państwo, nieraz zadaliście sobie pytanie o prawdziwą naturę naszej rzeczywistości. Bo coś z nią chyba jest nie tak, skoro miewają miejsce sytuacje takie jak te opisane dziś.
Na koniec pozwolę sobie odnieść się do wypowiedzi pewnego człowieka, który całkiem niedawno publicznie obraził na swoim streamie na żywo na YouTube nie tylko Radio Paranormalium, ale w ogóle osoby, które w pewnych sprawach ośmielają się wyrażać poglądy odmienne od tych przez niego głoszonych, sugerując przy tym, że do Radia Paranormalium nikt nie dzwoni. Skomentuję to w sposób następujący.
Od dłuższego czasu jest tak, że praktycznie każdego tygodnia odbywam rozmowy telefoniczne ze słuchaczami, którzy dzielą się opisami dziwnych zdarzeń, jakie im się przytrafiają. Każdą taką rozmowę po nagraniu poddaję starannej obróbce, dzielę na fragmenty, tak, aby każde zdarzenie znalazło się w osobnym pliku i w takiej postaci udostępniam badaczom, którzy biorą udział w naszych audycjach.
Rozmowy, co do których dzwoniący słuchacze wyrazili zgodę na publikację, przechowuję w specjalnie do tego celu przeznaczonym folderze. W tym momencie w owym katalogu znajdują się zapisy 19 dość długich rozmów, trwających od pół godziny do godziny, a czasem nawet dłuższych.
A są to tylko nagrania będące przed lub w trakcie obróbki. Przyznacie Państwo, że jest to dosyć dużo materiału. A nie liczę tu nagrań już w pełni obrobionych, które przechowuję w osobnym miejscu. Oczywiście inna sprawa, kiedy to wszystko uda się opublikować.
Część nagrań po konsultacjach ze współprowadzącymi inne audycje Piotrem Cielebiasiem i Markiem Żelkowskim, przenoszę do innego folderu, gdzie czekają na późniejszą emisję. Audycje, mówią świadkowie, staram się zajść przygotowywać w taki sposób, żeby odcinki były w miarę monotematyczne.
Stąd też obrobione rozmowy dzielę na fragmenty i poszczególne relacje umieszczam w osobnych folderach tematycznych. Obrabianie w należyty sposób takich nagrań, sporządzanie opisów do nich i tak dalej jest rzeczą bardzo czasochłonną.
W momencie, gdy któryś z folderów osiągnie ilość materiału trwającą około 50 minut, składam z tego kompletny odcinek. Mowa była o nagraniach rozmów, a przecież dochodzi do tego jeszcze całkiem sporo liczba relacji nadesłanych inną drogą, głównie e-mailową.
Regularnie przecież w tym podcaście pojawia się blok z czytanymi przeze mnie relacjami tekstowymi. Podsumowując, materiału do obrobienia przed publikacją jest naprawdę całkiem sporo. A dodajmy jeszcze do tego dość dużą ilość korespondencji, jaką otrzymują Piotr Cielebiaś, Marek Żelkowski, Damian Trela, Arek Miazga, Arek Kocik, Ada Edelman i inni.
Oczywiście zachęcam w tym miejscu do śledzenia prowadzonych przez nich serwisów i kanałów na YouTube. Jest tam naprawdę masa ciekawych rzeczy. No i oczywiście zajrzyjcie też koniecznie na kanał Nieznanego Świata.
Kolejny odcinek Mówią Świadkowie postaram się przygotować w miarę szybko. Rosną jak na drożdżach foldery z relacjami o bedroom visitors, ludziach cienia oraz kontaktach ze zmarłymi. Dużo jest też ciekawych zgłoszeń obserwacji UFO.
Zatem do usłyszenia ponownie niebawem, oby jak najszybciej. Mówił do Państwa Marek Sęk Ivellios. Radio Paranormalium, paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach.
Śledźcie zapowiedzi na www.paranormalium.pl oraz na naszych profilach społecznościowych.