[00:01] - Telegram z krańca świata.
[00:04] - Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[00:07] - Dzień dobry, bardzo pozdrawiam z Tajwanu.
[00:09] - Oj, nadeszła wiekopomna chwila. Nadeszła właściwie.
[00:14] - Wypłata przyszła?
[00:15] - A tam wypłata. Kończymy sezon. Kończymy sezon po prostu.
[00:21] - A, no tak.
[00:22] - Wiekopomna chwila. Ale proszę państwa, jak się kończy sezon, jak się kończy rok akademicki, to trzeba powtórzyć i utrwalić materiał, i tym tak naprawdę dzisiaj się zajmiemy, przynajmniej po części. Czy dobrze odczytuję pana intencje, panie Piotrze?
[00:41] - Tak jest. Dobrze odczytujemy intencje. Zabierzemy się za podsumowanie tego, czego się nauczyliśmy w ciągu ostatniego roku. To będą przede wszystkim sztuczki i triki przy budowaniu i niszczeniu imperiów. Tak pobieżnie, dlatego że w większości omawiamy to w cyklu Bibliotekarium, w którym odczytujemy wszystkie najważniejsze prawidła całej książki. Natomiast ja jestem w tej chwili w czasie pisania książki pod tytułem „Wzorce zwyciężania” na temat sprawności obiegu informacji w organizacjach militarnych i generalnie wydajności, zdolności do oddziaływania na bieg rzeczy przez właśnie organizacje militarne. Tak że tutaj też padną parę ciekawych spostrzeżeń. I tyle. Możemy zaczynać.
[01:33] - Panie Piotrze, pan dzisiaj wybiera, od czego zaczynamy tak naprawdę. Zatem oddaję panu głos.
[01:40] - Dobrze. Podsumowując, całym tym ostatnim sezonem był główny temat: budowanie i niszczenie imperiów w kontekście książki „Siły psychohistorii”, ale i jej kontynuacji na temat książki „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Dokładnie dzisiaj, czyli 26 czerwca, książka wychodzi z drukarni, tak że jest już fizycznie dostępna. Bardzo wszystkich jeszcze raz przepraszam za opóźnienie. Wyszło, jak wyszło. Jak to mój profesor mówił, który potem wyparł się tych słów: „Staraliśmy się, jak mogliśmy, a wyszło jak zwykle”. To znaczy w związku z tym opóźnieniem, dlatego że książka, czekając na druk, była cały czas poprawiana. Dwie osoby niezwykle mi pomogły. Chciały zostać anonimowe, no to trudno. Tutaj bardzo jeszcze raz dziękuję wam.
Podsumowując, zabierzmy się po kolei za najważniejsze rzeczy, jakie potrzebne są nam do tego, żeby rozumieć, na czym polega rządzenie imperium czy też państwem, czy jakąkolwiek grupą ludzi. Dlatego że przypominam, jakby ktoś pierwszy raz się tutaj dostroił do naszego Telegramu, w starożytnych traktatach militarnych i takich o rządzeniu państwem, czyli o tak zwanym statecraft, czyli o sztuce rządzenia państwem. Przepraszam, to angielskie słowo statecraft mi się strasznie podoba, więc będę zanieczyszczał język polski. Te podręczniki są formułowane w taki sposób, że porady są użyteczne i dla wodza jakiejś armii, która jest wystawiana przez państwo do tego, żeby się obronić albo żeby zaatakować sąsiada, co czasami na jedno wychodzi. Oczywiście, jak wiemy, życie jest skomplikowane. Natomiast dokładnie ten sam zestaw porad, nie trzeba nawet go przerabiać w starożytnym języku chińskim, odnosi się do tego, jak należy rządzić państwem. Dlatego że tak naprawdę, gdyby te dwie czynności sprowadzić do wspólnego mianownika, to polegają one na zarządzaniu naturą ludzką. I tutaj dla takiego podsumowania przypominamy najważniejszą tezę, myśl główną całego traktatu „Sztuka wojny”, który miałem zaszczyt przetłumaczyć. Niestety autor nie odbiera telefonu. Chciałem mu osobiście podziękować, nie wiem czemu.
Natomiast autor w rozdziale piątym „Sztuki wojny” – przy czym zastrzegam, że to jest uwypuklone i generalnie jasno naświetlone w moim przekładzie. W innych przekładach to są po prostu jedno, dwa zdania kolejne, które tłumacz przetłumaczy i jedzie dalej. W związku z tym tutaj bardzo polecam oczywiście drogą kupna czarnej wersji „Sztuki wojny”, wydanie trzecie, rozszerzone oczywiście, bo to jest jedyne, na którym ja zarabiam. Niestety wcześniejsze tak wyszło, że nie. W rozdziale piątym „Sztuki wojny” Sun Zi mówi wprost: mistrz wojowania. Przełożę to już bez bajerowania jakimiś starożytnymi odniesieniami, tylko przekładam to na współczesny język. Mistrz wojowania operuje w sferze motywacji mas ludzkich. No dobra, powiem tą metaforę starożytną, bo mi się podoba. Mistrz wojowania, czy to jest władca jakiegoś państwa, czy to jest jakiś bojownik, wódz, który wysyła i prowadzi armię do boju, popycha ludzi do działania, tak jak popycha kłody. Inaczej: jego wola jest tym, czym jest pochyłość dla okrągłych kamieni i bali, które puszczone ze stromej góry toczą się z hurgotem w dół, nabierając potężnego pędu.
Dokładnie na tej samej zasadzie mistrz powodowania ludźmi dostraja się do motywacji, jaką tymi ludźmi kierują. Potrafi je wykryć, potrafi je kształtować, potrafi je wzmocnić albo osłabić odpowiednio, w zależności od potrzeby chwili. I ci ludzie nagle znajdują w sobie motywację, żeby rzucić się na bagnety wroga po to, żeby tego wroga pokonać i odzyskać na przykład honor narodowy czy cokolwiek innego. Tutaj nawiązuję oczywiście doRetoryki nazistowskiej w czasie w latach 30., 40. XX wieku. To jest ta najważniejsza myśl w „Sztuce wojny”. Natomiast jest nieco mniej ważna myśl w „Sztuce wojny”, którą właśnie w tej chwili odczytam, dlatego, że stała się mottem tej książki „Wzorce zwyciężania”, nad którą w tej chwili pracuję. Sekundeczkę otworzę, żeby ustalić. Motto brzmi w sposób następujący: „Czy to armia, której zwycięstwo jest pisane, pierwej zwycięża, potem zaś dopiero o stoczenie bitwy się stara. Armia zaś na klęskę skazana pierwej wda się w walkę, a dopiero w boju nadziei zwycięstwa szuka”.
To jest jedno wielkie podsumowanie tego, co należy robić na pozycji dowódcy, to znaczy pozyskać tak zwaną świadomość sytuacyjną. Świadomość sytuacyjna jako koncepcja przeplatała się z większością tego, co mówiliśmy przez ostatni sezon „Telegramu”. Sprawa jest banalnie wręcz prosta. Musimy zrozumieć, jak działa środowisko, w którym funkcjonujemy i od którego nasze przetrwanie zależy. My jesteśmy homeostatem i każdy człowiek czy też armia idąca do boju jest homeostatem, czyli systemem, inaczej organizmem, który reguluje parametry zewnętrzne swojego funkcjonowania i parametry wewnętrzne swojego organizmu po to, żeby zoptymalizować, zracjonalizować swoje funkcje celowe. Tutaj musimy się odwołać troszeczkę do teorii cybernetyki. Funkcje celowe polegają na tym, żeby zabezpieczyć swoje zasoby, czy też inaczej mówiąc utrzymać swoją zdolność do oddziaływania na bieg rzeczy, czyli zapewnić sobie, zagwarantować sobie przetrwanie i zapewnić sobie to, żeby to przetrwanie zależało od naszych decyzji, od naszych suwerennych decyzji. Stąd suwerenność polityczna jest podstawą dla homeostatów geopolitycznych, czyli dla, potocznie mówiąc, państw i imperiów i mocarstw. Natomiast przeczytam raz jeszcze to motto, dlatego że jest kluczowe dla tego, co zaraz znowu będziemy mówić. „Czy to armia, której zwycięstwo jest pisane, pierwej zwycięża, potem zaś dopiero o stoczenie bitwy się stara”.
Co robimy inaczej? Czyli urządzamy parametry zewnętrzne naszego środowiska działania tak, żeby sprzyjało temu, że zwyciężymy, że zwycięstwo stanie się formalnością. I druga część. „Armia zaś na klęskę skazana pierwej wdaje się w walkę, a dopiero w boju nadziei zwycięstwa szuka”. Tam to łapu-capu, co tu dużo tłumaczyć. Wszystko to jest jasne, więc idziemy dalej. Podsumowując, już teraz wróćmy do wstępu do tej książki „Wzorce zwyciężania”, w którym podsumowuję to, czym jest uczenie się. Uczenie się na poziomie instytucjonalnym, czyli na przykład instytucji wojskowych, czyli całej tej biurokracji wojskowej czy sztabów, które obmyślają kolejne akcje bojowe mające pognębić przeciwnika albo rozłożyć go na łopatki, albo sparaliżować jego zdolność podejmowania decyzji, albo zablokować możliwość działania i tak dalej, albo odciąć dostęp do zasobów. Wszystko to robią instytucje militarne, czyli wojsko, armia i instytucje cywilne w tym, co nazywamy po prostu życiem. Dlatego, że życie polega na tym, że zabezpieczamy zasoby dla siebie, dla swoich najbliższych, a dzieje się to niestety, zawsze tak jest i zawsze tak będzie i zawsze tak było, kosztem innych, że tak powiem, homeostatów, czyli konkurencyjnych mocarstw po sąsiedzku, za miedzą.
Żeby nie mówić wprost, że chodzi o Niemcy i Rosję, to powiemy, że tak ogólnie. I teraz, co jest takim warunkiem tego, że uda nam się osiągnąć zwycięstwo? To, że się uczymy. A co to jest nauka? Otóż w którymś momencie w jednym z „Telegramów” powiedzieliśmy, że to był taki mój moment olśnienia i po prostu udało mi się to sformułować, uważam to bardzo aforystycznie, że dwie armie stające naprzeciw siebie, oddzielone jakąś linią frontu, tak jak to było w czasie operacji Barbarossa, czyli niemieckiej inwazji na Rosję sowiecką w 1941 roku, to były dwa homeostaty, czyli dwie armie. Każda z nich jest homeostatem, które uczyły się, dostrajały się do strategii, do taktyki przeciwnika po to, żeby zapewnić sobie przetrwanie, czyli po prostu żeby ta strategia przeciwnika nie doprowadziła do jakiejś katastrofalnej zapaści funkcjonalnej nas samych. Zakładając, że na przykład teraz na chwilę wcielimy się, za co przepraszam, w Niemców. Więc co robili Sowieci? Na marginesie to Sowieci wymyślili przede wszystkim tą taktykę blitzkriegów w tym sensie, że ich armia, która była szykowana do inwazji na Europę Zachodnią, właśnie na takiej taktyce zamierzała polegać. Natomiast Niemcy zastosowali ten blitzkrieg w czasie inwazji na Francję w 1940 roku, w Polsce oczywiście i zaczątki w ogóle całej tej techniki przełamywania linii frontu miały miejsce już pod koniec pierwszej wojny światowej.
Już nie będę w to dalej wnikał. Bardzo lubię o tym opowiadać, ale przy następnej okazji. Ale generalnie co zrobili Rosjanie? Oczywiście dali się zaskoczyć. Trudno byłoby się nie dać zaskoczyć taką nową techniką wojowania, czyli realizacji głębokich cięć, przenikanie, infiltracja, bo tak się to nazywała pierwotnie ta technika wojskowa. Infiltracja na głębokie tyły nieprzyjaciela, po to, żeby spowodować chaos, zamieszanie, doprowadzić do zapaści wysiłku logistycznego przeciwnika, odciąć centra decyzyjne od linii frontu i tak dalej. Natomiast co robili Rosjanie? Uczyli się, prawda? Czyli zyskiwali tą odporność, ale w tym sensie antykruchości. I tutaj jest jedno z najważniejszych pojęć, jakiego nauczyliśmy się w czasie tego sezonu.A to jest antykruchość.
Pan Marek kojarzy?
[12:26] - Kojarzę. Przecież jestem najpilniejszym uczniem.
[12:30] - Dziękuję. Niby najpilniejszy uczeń, a książkę dostał w prezencie, zamiast normalnie kupić w księgarni i dać zarobić autorowi. Mówię o „Siłach trzech historii”. Żartuję oczywiście, tutaj się sandałem. Natomiast antykruchość w maksymalnym skrócie: co to jest kruchość i odporność? Weźmiemy trzy przykłady, które najlepiej sam Taleb, Nassim Nicholas Taleb, to jest pochodzenia libańskiego gracz giełdowy, który zaczął pisać książki i zaczął przedstawiać genialne koncepcje, czy też wskazywać nam, aranżować to, co widzimy i układać pewne koncepcje, które nam pomagają zrozumieć, jak działa świat. „Czarny łabędź” jest taką koncepcją, inną jest właśnie antykruchość. Kruchość to jest coś takiego: jak mamy filiżankę porcelanową i uderzymy w nią stalowym młotkiem, to ta filiżanka rozwali się na atomy. Przepraszam, chciałem brzydko powiedzieć, ale w porę się powstrzymałem. Dzięki temu pan Marek nie będzie musiał wycinać, także na pewno jest mi wdzięczny.
Jak uderzymy młotkiem stalowym w porcelanową filiżankę, to ona jest krucha i rozpadnie się na drzazgi. Już nie na atomy oczywiście, to jest wystylizowana stylistyka. Natomiast jeżeli taka filiżanka będzie ze stali nierdzewnej, taki kubek turystyczny, to on się wygnie, w najgorszym wypadku pęknie, ale generalnie, jeżeli uderzenie nie będzie za mocne, nadal zachowa swoje funkcje jako system. Natomiast jeżeli będzie kubek gumowy, on się odkształci pod wpływem tego uderzenia, ale jak młotek zostanie zabrany, to kubek gumowy wróci do swojego pierwotnego kształtu i generalnie nie będzie śladu. Chyba, że wielokrotne uderzenia spowodują jakiś stos. Jeżeli ta guma nie będzie do końca elastyczna taka jak powinna, to w końcu się zużyje i zmęczenie materiału doprowadzi do tego, że utraci swoją funkcję bycia pojemnikiem na wodę czy na płyny. Natomiast skomplikowane systemy, homeostaty, czyli systemy autonomiczne, które same potrafią prowadzić interakcje ze swoim otoczeniem albo z podobnymi homeostatami. Takie systemy skomplikowane, po angielsku jest takie na to określenie complex systems. One wykształcają taką cechę jak antykruchość. I to jest najlepiej podsumować tym słynnym powiedzeniem Nietzschego: co nas nie zabija, to nas wzmacnia.
Otóż skomplikowane systemy, takie jak systemy homeostatyczne, uczą się w tym sensie, że są w stanie wytworzyć odporność na czynniki destrukcyjne i każdy kolejny czynnik destrukcyjny w mniejszym stopniu naraża ten system na jakieś uszkodzenie, na jakąś dysfunkcję czy czasowe, czy stałe ograniczenie swojej pierwotnej funkcjonalności. I takim podsystemem organizmów biologicznych zapewniających antykruchość jest system immunologiczny. Możemy wytwarzać dodatkowo szczepionki. Co robią szczepionki? Wystawiają nasz organizm na czynnik chorobotwórczy, który jest w jakiś sposób osłabiony, który nie jest śmiertelny, nie jest szkodliwy i pozwala to naszemu organizmowi nauczyć się, jak ten czynnik zwalczać. Znany jest mechanizm wszystkim szczepionek, więc wiemy, jak zbawcze są, nie wszystkich oczywiście, tutaj zażartuję, ale jak zbawcze są zalety szczepionek dla ludzkości ogólnie i dla poszczególnych osobników należących do tej ludzkości też. Więc antykruchość. Wracamy już teraz do tych przykładów militarnych. Dwie armie stojące przeciw siebie to są dwa homeostaty, które wytwarzają w przeciwniku tą antykruchość. Więc na czym polega pokonanie przeciwnika w długofalowej, filozoficznej formie, w filozoficznym sformułowaniu?
Należy sprawić, żeby przeciwnik się nie uczył, żeby nie mógł nabyć dodatkowej odporności pod wpływem naszych ataków kolejnych, tylko żeby rzeczywiście był kruchy, żeby był podatny coraz bardziej na te nasze czynniki destrukcyjne, którymi go atakujemy. I wróćmy teraz na chwilę do tego, nie bez kozery przytoczyłem ten fragment ze „Sztuki wojny”, który będzie mottem kolejnej książki z serii „Gzowca”. Powtarzam: „Czy to armia, której zwycięstwo jest pisane, pierwej zwycięża, a potem zaś dopiero o stoczenie bitwy się stara. Armia zaś na klęskę skazana pierwej wdaje się w walkę, a dopiero w boju nadziei zwycięstwa szuka”. Więc proszę zobaczyć, jakie dwie armie tutaj stoją naprzeciwko siebie. Taka, która ma zdolność do budowania swojej antykruchości i taka, która nie ma takiej zdolności. To wszystko zależy od talentów dowódcy, od władcy państwa, który odpowiedniego dowódcę wybierze, od doświadczenia żołnierzy, od morale tych żołnierzy. Od dziesiątek czynników, które decydują, jak bardzo antykrucha jest jakaś armia wysyłana do boju przez jakieś państwo. Natomiast tutaj rodzi się zupełnie inny sposób sformułowania tego, czym jest pokonywanie przeciwnika. Otóż pokonywanie przeciwnika polega, jeżeli chcieć użyć pojęcia antykruchości, polega na uszkodzeniu jego zdolności do pozyskiwania tej antykruchości.
Czyli jeżeli chcemy jakiś organizm biologiczny doprowadzić do śmierci z jakiejś chorobyTo w jakiś sposób osłabimy jego układ odpornościowy. W jednym z wcześniejszych telegramów mówiliśmy, że chwilowe wahania czynności układu immunologicznego zależą od gospodarki glukozowej. W chwili, w której na przykład wychodzimy z ciepłego pomieszczenia bez kurtki na jesienny chłód, to co ma miejsce? Organizm chce podtrzymać ciepłotę ciała i przerzuca swoje zasoby glukozowe na podgrzanie kosztem układu immunologicznego i w tym momencie natychmiast się przeziębiamy. Ja jestem na przykład bardzo podatny na tego typu przeziębienia, inni ludzie w różny sposób. Generalnie mechanizm na tym polega. Natomiast jeżeli przełożymy to na sytuację militarną, czyli toczenia wojny między dwoma państwami, to co trzeba zrobić? Trzeba sparaliżować działanie służb bezpieczeństwa danego państwa, po to, żeby szpiedzy dokonujący sabotażu albo subwersji ideologicznej mogli działać bez przeszkód i obniżać morale społeczeństwa i armii. Możemy mnóstwo takich przykładów wymyślać. Oczywiście tutaj jak zawsze polecam wszystkim obejrzenie słynnego wykładu Jurija Bezmenowa pod tytułem „Jak zniszczyć państwo?”.
Tam jest wszystko to dokładnie wyjaśnione, w jaki sposób zniszczyć antykruchość jakiejś społeczności poprzez subwersję wartości ideologicznych, które tą społeczność utrzymują w ruchu i podtrzymują jej asabiję, czyli tą solidarność społeczną. Natomiast tutaj możemy, dzisiaj znalazłem to i będzie użyte w którejś nowej książce. Świetny aforyzm, który dokładnie tego się tyczy i brzmi mniej więcej tak: tradycja to nie czczenie prochów, przepraszam, po angielsku to jest nie prochy, tylko ash. Ojejku, popiół. Tradycja to nie jest czczenie starych popiołów, tylko podtrzymywanie ognia. Po angielsku to znacznie lepiej brzmi niż po polsku, przynajmniej moim zdaniem. Generalnie właśnie o to chodzi, że te tradycje, które wielbimy, na przykład pamięć przeszłych bohaterów, którzy poświęcili swoje życie po to, żeby nasze państwo mogło być suwerenne, niezależne. Jak bardzo suwerenność jest ważna mówiliśmy na samym początku naszej pogadanki. Natomiast o co chodzi z tradycją i o co chodzi z subwersją ideologiczną? Społeczność musi posługiwać się wspólnym mitem i wspólnym mitem energetyzującym, który umożliwia członkom tej społeczności dostrzeżenie wspólnoty historycznej, wspólnoty celu, wspólnoty przetrwania, wspólnoty losu.
Wszyscy jedziemy na jednym wózku na przykład. Więc jeżeli tego typu parametry tej wspólnoty są niszczone, wykonywana subwersja ideologiczna, o której Bezmenow mówi, to w tym momencie społeczeństwo, które na przykład jest bombardowane z powietrza, zaraz wyjaśnię, dlaczego akurat ten konkretnie przykład, ono traci to morale. Natomiast w chwili, w której bombardowanie przez przeciwnika energetyzuje ludzi, daje im tą wspólnotę losu, że wszyscy schodzimy do tuneli metra i przeczekujemy naloty, tak jak to robili Brytyjczycy w roku 1940 i częściowo w 1941. To, czy bombardowanie doprowadzi do załamania morale, czy do wzmocnienia morale zależy od czynników dodatkowych. Na przykład teoretycy broni powietrznych pomiędzy I a II wojną światową błędnie kalkulowali, że naloty dywanowe zmuszające ludzi do schodzenia do schronów doprowadzą do bardzo szybkiego załamania się morale całego państwa i do tego, że społeczeństwo wymusi na politykach poddanie się. Czyli uznano, że naloty dywanowe na obiekty cywilne, na miasta są idealnym i paradoksalnie etycznym sposobem doprowadzenia wojny do zwycięskiego i szybkiego końca. Więc zabicie pewnej części populacji doprowadzi do tego, że nie będzie potrzeba zabijania dalszej części populacji. To ma swoją logikę oczywiście, natomiast w czasie II wojny światowej okazało się, że bombardowania mają odwrotny skutek, że wzmacniają morale ludności, że wyzwalają pewne biologiczne instynkty, które prowadzą do zacieśnienia więzi społecznych i do zwiększenia tej integracji, tej solidarności, którą w książce „Siły psychohistorii” nazwaliśmy asabiją za rosyjskiego pochodzenia amerykańskim naukowcem Peter Turchinem. On napisał książkę „Wojna i pokój i wojna”, która w końcu w zeszłym roku została przetłumaczona na język polski. Niestety wydawca nie chciał się zgodzić, żebym ja to przetłumaczył.
Niech mi go pikło, pochłonie. Mam nadzieję, że tego nie słucha, bo jeszcze może kiedyś z moją ciał współpracować. Natomiast bardzo wszystkim polecam. Może jakoś udobrucha się po tym moim żarciku niewybrednym. Bardzo polecam tą książkę, jest w języku polskim. Natomiast inna książka tego samego autora Petera Turchina „Ultrasociety” i podtytuł przetłumaczony: „Jak 10 000 lat wojen sprawiło, że ludzie stali się najlepszymi kooperatorami na Ziemi”. To jest absolutnie centrum koncepcyjne, ta myśl zawarta w podtytule jest jedną z kluczowych koncepcji, jaka jest w całych „Siłach psychohistorii” i w książce o geopolityceKtóra właśnie teraz jest do sprzedaży. Przypomnę tutaj dyskretnie, może nie do końca dyskretnie. Na czym polega ten paradoks? Otóż my jako gatunek Homo sapiens wykształciliśmy się do tego, żeby nasze przetrwanie indywidualne zależało od przetrwania grupy, dlatego że jesteśmy zwierzętami społecznymi.
Praktykujemy tak zwane uczenie się społeczne, czyli uczenie przez naśladowanie. Przy czym po angielsku jest o wiele lepsza dystynkcja między dwoma rodzajami naśladowania: emulation and imitation, czyli naśladowanie pewnej procedury bez rozumienia kauzalnego, co konkretnie powoduje to, że ona jest skuteczna. I imitacja ze zrozumieniem w tym sensie, że wiemy, jaki jest cel jakiejś osoby wykonującej te czynności i dzięki temu, że rozumiemy ten cel, jesteśmy w stanie lepiej skopiować ten wzorzec kulturowy, który prowadzi tego kogoś obserwowanego do tego, że on przetrwał. Że da temu drugiemu w łeb, czyli naśladujemy go i sami temu czemuś innemu damy w łeb. Trochę tak upraszczam w stylu Lema. Natomiast na tym to polega, że podsumowując i dochodząc do sedna, zdolność naszego przetrwania grupowego zależy od zdolności do kopiowania pewnych wzorców, które są lub nie są skuteczne w osiąganiu pewnych celów, a najważniejszym celem jest oczywiście przetrwanie i rozmnażanie się w ramach zreplikowania wzorców kulturowych, które decydują o tym, że nasza grupa jest w stanie pokonać inne grupy. I tutaj dochodzimy do całego wachlarza esejów, które świetnie to wyjaśniają. Wszystkie te idee zawarte są w książkach Petera Turchina, ale jeszcze muszę polecić jedną książkę, która jest tylko po angielsku dostępna. Przypominam, gdyby ktoś miał kontakt z wydawcą, który by chciał tę książkę wydać, to ja chcę ją przetłumaczyć. Może to jakimś cudem trafi do właściwych uszu.
Natomiast książka, o której mówię, to książka „The Weirdest People in the World”, czyli „Najdziwniejsi ludzie na ziemi”. Jest to książka napisana przez brytyjskiego antropologa Josepha Henricha, z którym nawet korespondowałem, ale nie chciał się zgodzić na udzielenie wywiadu do „Sił psychohistorii”. To też nie będę komentował, chociaż wiem, że ma świetne poczucie humoru. Zasada polega na tym, co powiedział jako antropolog Turchin: jesteśmy produktem dwóch równolegle zachodzących procesów ewolucyjnych, procesów ewolucji kulturowej i procesów ewolucji biologicznej, które ze sobą wchodziły w tandem i sprzęgały się po to, żeby wyprodukować nas, ludzi. Przepraszam, deformuję gramatykę. My, ludzie, nabyliśmy zdolność uczenia się, czyli tworzenia kultury, przekazywania tych wzorców kulturowych, oprogramowania kulturowego do następnych pokoleń. I skuteczność tego przekazu międzypokoleniowego i jakość tego oprogramowania kulturowego, wliczając w to instytucje takie jak sądownictwo, jak rządy prawa, jak demokracja, czyli ustanowienie równości, zasadniczej równości między wszystkimi ludźmi, niezależnie od setny urodzenia, czyli co jest zaprzeczeniem systemu feudalnego, co zwiększa wydajność, czyli ma wartość absolutnie pragmatyczną, nie tylko ideologiczną. Więc całe to oprogramowanie kulturowe, które wyewoluowało w Europie i autor „The Weirdest People in the World” znakomicie to uzasadnia. Niestety może być uznane za rasistowskie przez ludzi, którzy nie są Europejczykami. Natomiast Europejczycy skutkiem przypadku, szczęścia do środowiska geograficznego, czyli ukształtowania wybrzeża Europy między innymi.
To też jest dłuższa opowieść na znacznie więcej niż 40 minut. My, Europejczycy, wykształciliśmy najlepsze wzorce kulturowe umożliwiające skalowanie w górę tak zwanej ultrakooperacji, czyli kooperacji między ludźmi, którzy nie znają siebie osobiście i przekazują sobą swoją wiedzę, nawet jeżeli już nie żyją. Bo jakiś autor może napisać książkę, na przykład „Siły psychohistorii”, zaraz rozjedzie jakaś ciężarówka, która nie włączyła kierunkowskazu. Rzeczywiście jestem zagrożony tutaj w każdej minucie mojego życia tutaj na Tajwanie, także tutaj nie żyję w raju. Ale nadal ludzie mogą, wtedy już wszystko jedno, mogą kupować tę książkę. Może pan Marek kupi, jakąś łyskę uroni, kupi, wyciągnie z kieszeni pieniądze. Natomiast ta książka zostanie. To jest pewien zbiór wiedzy praktycznej, bardziej lub mniej użytecznej. Mam nadzieję, że czytelnicy docenią i te wzorce zachowania będą powodowały, że ludzie na przykład będą w stanie lepiej toczyć konflikty ze swoimi kolegami z pracy czy z jakimiś konkurentami na rynku, jeżeli mają własną firmę i tak dalej. Czyli ta wiedza jest przekazywana nie od dziada, dziadek się buja na fotelu bujanym i wnuczkom mówi, co robić, żeby lepiej prowadzić firmę czy lepiej zapolować na przykład na sarenkę nieszczęsną.
Natomiast ten bezpośredni przekaz jest niepotrzebny. Na tym polega ultra w ultrakooperacji. Raz, że uczymy się od osób całkowicie obcych i możemy się uczyć nawet od wrogów, bo jakiś przeciwnik może napisać jakąś książkę, która jest dla nas użyteczna. Przeczytamy ją i pokonamy na przykład tego, który napisał tę książkę na tej samej zasadzie, jak to było świetnie napisane w filmieOpisane w filmie „Existence”. Który jest znacznie, moim zdaniem, lepszy od „Matrixa”. Jak ktoś nie wie, to proszę nie czytać o czym jest i proszę obejrzeć. Nie wiem, czy pan Marek zna „Existence”.
[30:56] - Nie zna, więc będzie miał-
[30:58] - Nie zna?
[30:59] - Nie. Pan Marek będzie miał wzruszenie przed sobą.
[31:03] - Tak. Słuchajcie, zastrzegam: to jest tak jak film „Gra” z Michaelem Douglasem. Nie wolno wiedzieć, o czym jest ten film siadając do oglądania. Trzeba dać się zaskoczyć. I proszę, jeżeli ktoś nie oglądał „Existence”, a ogląda to dlatego, to mówię: jak to nie oglądał, to proszę absolutnie wziąć ten film, po prostu siąść i w ciemno obejrzeć. Zapewniam, że będziecie w totalnym pozytywnym szoku poznawczym. Także tutaj pana Marka gorąco zapraszam. Natomiast wracając do ultrakooperacji, bo to jest jedna z najbardziej kluczowych koncepcji, jaka pojawiła się na kartach „Sił psychohistorii”. Clou, całą esencją tego, o co toczy się bitwa między mocarstwami na poziomie geopolitycznym, jest zniszczenie zdolności jednostek należących do atakowanej społeczności do osiągania ultrakooperacji, czyli do tworzenia, do skalowania w górę ilości ludzi, którzy ze sobą współpracują, tworząc społeczeństwa, które mogą mieć skrajnie odmienne poglądy polityczne, różny kolor skóry. To jest absolutnie błędne określenie.
Bardzo przepraszam za użyte. Mogą być rozmaitych ras czy mieć rozmaite kulturowe predyspozycje, bo często duże mocarstwa są zlepkiem rozmaitych etnosów, które zostały wcześniej podbite. Więc silne imperium, silna kultura jest w stanie stworzyć ultrakooperujące społeczności, które wyrastają ponad te wszystkie podziały i są w stanie stworzyć wielką społeczność, która jest zdolna do osiągnięcia wielkich celów, czyli dalszych podbojów w tym konkretnym przypadku. W związku z tym można sformułować zasadę naczelną, czy też cel naczelny prowadzenia dowolnej wojny: zniszczyć zdolność do kooperacji w społeczności, która jest naszym przeciwnikiem. I tutaj znowu możemy wrócić do tego przykładu Jurija Bezmenowa, który drugi raz polecam obejrzeć. Jakby ktoś był użytkownikiem portalu Wykop, to czasami tam coś wrzucam, bo dawno nie było i jest ten filmik właśnie z tym wykładem Bezmenowa o tym, jak zniszczyć państwo. I dostaje się oczywiście na stronę główną, czasem nawet z wspomnieniem, mimo tego, że parę miesięcy wcześniej dokładnie ta sama treść skończyła na takim predystynowanym miejscu. Więc to tyle tak naprawdę. Nagadałem się strasznie dużo. Może teraz jakiś komentarz.
Chyba już zbliżam się do końca.
[33:41] - Panie Piotrze, wszystko bardzo pięknie. Milczałem, słuchałem i przeżywałem, a w dodatku wyobrażałem sobie. Wyobraziłem sobie sytuację, w której za pana radami dwie armie stają się antykruche, podejmują te wszystkie działania, które pan zalecił w dzisiejszym wykładzie. To, panie Piotrze, jest murowany przepis na totalną rzeź.
[34:14] - Oczywiście, przeciwnika trzeba rozwalić w drobny mak, bez litości, aż nie padnie. Nie czytał pan Gry Andera?
[34:21] - Tak, ale wzajemną rzeź. Właśnie ja boję się, że to jest przepis na taką pierwszą wojnę światową. Oczywiście z całą różnicą, która może powstać, ale po prostu dwie armie nieprzejednane, antykruche, z dobrą motywacją i ze wszystkimi innymi cechami, które pan dzisiaj wymienił, które prą na siebie. To jest rozwałka totalna, ale po obu stronach.
[34:50] - Akurat odwołując się do przykładu pierwszej i drugiej wojny światowej, odwołujemy się do sytuacji, w której ci pretendenci do tego, żeby uzyskać status dostępu do zasobów podobny do imperium brytyjskiego czy do amerykańskiego. Pretendenci, czyli Niemcy, Japonia w czasie drugiej wojny światowej, czyli Włochy. To były mocarstwa, które nie posiadały takiego równoprawnego dostępu do zasobów. I nastąpił taki, ogólnie mówiąc, klincz. W tym sensie, że te zasoby nie wystarczyły na przykład Niemcom do tego, żeby podbić Rosję, a konkretnie jej zasoby ropy naftowej, które były na Kaukazie, w Baku. Do nich finał. Bak to jest nie tylko pojemnik na paliwo w samochodzie, tylko miejsce nad Morzem Kaspijskim, Azerbejdżanie współcześnie. Więc niemiecka gospodarka przed drugą wojną światową, czyli w roku 1939, 1940 chyliła się nieuchronnie ku upadkowi z braku surowców energetycznych, z braku dostępu do ropy naftowej, którą mieli Amerykanie, którą mieli Brytyjczycy, ale której nie mieli Niemcy. Więc to, że ktokolwiek nazywa głupotą to, że Hitler zaatakował Związek Sowiecki, to po pierwsze nie bierze pod uwagę tego, że Stalin szykował się do inwazji na Europę Zachodnią, a po drugie nie zdaje sobie sprawy z tego prostego faktu, że Niemcy bez dostępu do ropy, którą kupowali od Rosjan, wymieniali za technologię między innymi, bez tego ich gospodarka po prostu nieuchronnie chyliła się ku kompletnej zapaści. W związku z tym próbą postawienia wszystkiego na jedną kartę, czym była operacja Barbarossa, była jedyna szansa na przetrwanie dla Trzeciej Rzeszy.
W największym skrócie, proszę bardzo, opisano, o co chodziło w drugiej wojnie światowej.
[36:48] - Tak, ale nie rozwiał pan moich wątpliwości, bo sobie to wyobraziłem troszkę tak: w tym pana przykładzie starożytnym ze „Sztuki wojny” można sobie to wyobrazić następująco. Otóż mamy jedną silną, zmotywowaną armię i drugą skazaną na klęskę, bo jest źle urządzona, źle poukładana i tak dalej. Sytuacja jest prosta, bo taka klęska pociąga za sobą stosunkowo niewiele ofiar. Armia zostaje pokonana i w zależności od tego, jaki jest ten przeciwnik, to albo część wyżyna w pień, albo jednak wypuszcza do domu, albo do jakichś lazaretów jednych, a drugich do obozów jenieckich. I tak to się kończy. Natomiast jak spotkają się dwie potęgi podobnie zmotywowane, to się będą bić do końca świata, do ostatniego żołnierza.
[37:48] - Aż któraś niekończąco nie padnie. Dokładnie.
[37:52] - I dlatego powiedziałem, że to jest taki trochę przepis dla mnie na rzeź, ale z drugiej strony jak się armie biją, to nic.
[38:02] - Na tym właśnie polega, żeby doprowadzić przeciwnika do rozkładu wewnętrznego, do załamania morale, do utraty jedności celu posiadanego przez władze polityczne i obywateli. To właśnie robili Wietnamczycy przecież w czasie wojny wietnamskiej. Na przykład tuż przed jednymi wyborami Wietnamczycy zaatakowali, nie pamiętam już tej nazwy w tej chwili, nie przypomnę sobie, jedną dużą bazę lotniczą amerykańską w Wietnamie dosłownie parę dni przed wyborami, licząc na to, że starając się o reelekcję prezydent amerykański zareaguje gwałtownie. A ponieważ był prowojenny, wygra ten antywojenny przeciwnik i dojdzie do tego, że Amerykanie będą bardziej skłonni politycznie do tego, żeby się wycofać z Wietnamu. Innym epizodem była ofensywa Tet z 1968 roku. Wietnamczycy na poziomie militarnym dostali łomot straszliwy, co sparaliżowało ich zdolność operacyjną na wiele miesięcy. Natomiast chociaż militarnie przegrali z kretesem, to jeśli chodzi o sferę morale, osiągnęli decydujące zwycięstwo, dlatego, że intensywność tych walk w czasie ofensywy Tet noworocznej w 1968 roku pokazała telewidzom amerykańskim, czy też wyborcom, dokładnie taki żarcik sobie zastosowałem w „36 kwartale”, gdzie to opisywałem. Udowodnili Wietnamczycy amerykańskim telewidzom, że wojna wcale nie zbliża się do końca, jak to zapewniali w telewizji amerykańscy generałowie i prezydent, tylko będzie się ciągnąć jeszcze całymi latami. W związku z tą perspektywą taką, że wojna jeszcze będzie trwała bardzo długo i jeszcze wielu amerykańskich chłopaków zginie na tej wojnie bezsensownie. A tu jeszcze działali lewicowi zdrajcy amerykańscy z Jane Fondą na czele, niech ją piekło pochłonie.
Doprowadziło to do tego, że Wietnam, mimo tego, że zapowiadało się, że wojna skończy się śmiercią kolejnych setek, tysięcy, dziesiątek czy setek tysięcy Wietnamczyków, pod bombardowaniami, pod napalmem i tak dalej, zakończyła się w sposób o wiele bardziej pozytywny dla Wietnamczyków.
[40:21] - Tak, panie Piotrze, nieuchronnie zbliża się ten czas, kiedy pożegnamy naszych słuchaczy na ponad dwa miesiące. Czas wakacji, czas wypoczynku. Co pan będzie robił w tym czasie? Czy tradycyjnie jeździł na festiwale?
[40:39] - Tradycyjnie tak jest, dokładnie. Także jak komuś na sercu leży los tych biednych, nieszczęsnych Aborygeniątek, to niech nie zapomina, że istnieje coś takiego jak Patronite. Tam można zawsze wspomóc mnie jakąś drobną kwotą. Natomiast generalnie od zeszłego roku dużo pozytywnych rzeczy się zdarzyło. Współpracuję już z lokalnymi placówkami rządowymi, także dają mi tam przepustki, zapraszają mnie tam na rozmaite festiwale. Już nie muszę sam jeździć na krzywy ryj. Przede wszystkim ma to plus taki, że jak atakują mnie pijani lokalni mieszkańcy, bo najczęściej jest tak, że jakiś wioskowy głupek zobaczy obcokrajowca i koniecznie z nim chce porozmawiać i po prostu łazi tak i coś tam gada, a ja nie mogę robić zdjęć, więc mnie to rozprasza. Teraz już mam problem rozwiązany, dlatego że dzięki temu, że już tam wszyscy wiedzą, że jestem powiązany z władzami, tak jak gdyby wojewódzkimi odpowiednik, to jak tylko widzą, że ktoś mnie tam zaczyna molestować, to wołają: „Odwal się!” czy coś w tym stylu. Jestem pod ochroną. Także o wiele pozytywniej mi było.
Przecież mówiliśmy o tym w zeszłym roku. Przede wszystkim nasze ostatnie spotkanie pamiętam, ja rozmawiałem, łażąc po wysuszonym korycie strumienia, a teraz jestem elegancko, w klimatyzacji sobie czekam. Także jakiś postęp jest, co prawda nie w jakimś pięciogwiazdkowym hotelu, ale generalnie w miejscu, które ma inną rangę i dach nad głową. Więc powoli jest postęp. Książka o tych Aborygenach z tymi pięknymi zdjęciami będzie w Polsce wydana na początku października, także wszystkich zapraszam do sprzedania wszystkich butelek i odłożenia do szynki pieniążków na tą książkę. Będzie to cały zbiór zdjęć najbardziej radosnych i radośnie wyglądających dzieciaków, dorosłych, osób starszych i tak dalej, jakie kiedykolwiek zdarzyło nam się wziąć do ręki. Także jest co zobaczyć.
[42:45] - A ja przypominam, że w czasie wakacyjnym w „Nieznanym Świecie” ukaże się wywiad z Piotrem Plebaniakiem, na który również państwa zapraszam, bo dużo ciekawych rzeczy tam nasz gość mówi, a przy okazji zobaczycie państwo również kolekcję tych niezwykłych zdjęć, które pan Piotr na co dzień podczas festiwali aborygeńskich na Tajwanie wykonuje. Także i do „Nieznanego Świata” państwa zapraszam. Tam również.
[43:17] - Tutaj jeszcze zachęcę i jedno zdjęcie jest tak zarąbiste, Pocahonta z 10/10, że wow. Także tutaj mam nadzieję, że mój komentarz zwiększy nakład sprzedanych pism.
[43:31] - Cóż, panie Piotrze, pięknie dziękuję. Na jakieś dwa miesiące z hakiem żegnamy się z naszymi słuchaczami, ale tak nie do końca, bo przypominam, że w „Bibliotekarium 2.0” cały czas będzie trwał nasz cykl o tym, jak budować, ewentualnie niszczyć imperia i na ten cykl również państwa zapraszamy. Panie Piotrze, pięknie dziękuję i do usłyszenia.
[44:01] - Do usłyszenia za dwa miesiące.
[44:03] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.