Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zacząłem widzieć różne światła, różne kolorowe. W grupach po dwa, trzy i cztery. W sporej odległości wydawały się być ode mnie. Zagadkowe obiekty.
Strasznie intensywne, potężne, niebieskie światło. To się wydawało tak, jakby to było... Nad chmurami było jakieś ognisko tego światła, które przebijało się przez. No, no ja do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często, nie? Takie coś zobaczyć. Tajemnicze istoty.
Przyszedł do naszego mieszkania taki obrzydliwy, brązowy szarak. Obleśny. Jezus Chrystus, aż mnie na wymioty zbiera, jak o tym myślę. Ja w tym śnie się schowałam tak jakby pod stół. Niby byłam pod stołem, a nagle byłam na jakimś stole i ktoś mi wbijał igłę w plecy.
Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Budzi mnie skrzypienie drzwi. Znów widzę to światło. Wstaję z łóżka, idę uchylić mocniej te drzwi, zobaczyć, co tam jest. I widzę postacie, ale czuję jakąś grozę sytuacji. Jestem przerażona po prostu.
Biegnę i krzyczę do męża: "Strzelaj!" "Mówią świadkowie" w Radiu Paranormalium. Zaczął się już październik. Coraz wcześniej robi się ciemno, coraz bardziej wieje chłodem. Wypadałoby zatem dodać do tej mieszanki element, który już od ładnych paru lat powoduje dreszcze u słuchaczy Radia Paranormalium, a mianowicie kolejny odcinek podcastu "Mówią świadkowie". Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Dobry wieczór państwu.
Dzisiejszy odcinek będzie wyjątkowy, tak jak i wyjątkowa była jedna z pierwszych nadanych na naszej antenie debat niekontrolowanych na żywo. Wyjątkowa będzie tematyka dzisiejszej audycji, gdyż dziś poznamy relacje o bliskich spotkaniach z żywym folklorem, czyli z postaciami znanymi głównie z podań i legend ludowych. Są to sprawy tak dziwaczne i trudne do skategoryzowania, że wielu badaczy zjawisk paranormalnych boi się w ogóle poruszać ten temat. Z tego grona niewątpliwie wyłamują się badacze znani choćby z anteny Radia Paranormalium.
W szczególności zaś znany wielu z państwa Arkadiusz Miazga, autor książki pod tytułem "Magiczna rzeczywistość" oraz cyklu artykułów pod wspólnym tytułem "Magonia po polsku". Po wysłuchaniu dzisiejszej audycji gorąco zachęcam poszukać wspomnianych publikacji. Co prawda nie wiem, jak będzie z dostępem do książki, bo chyba się już wyprzedała, jednak cykl "Magonia po polsku" na sto procent jest dostępny, gdyż te artykuły Arek opublikował na swoim blogu.
arekmiazga.blogspot.com, arekmiazga.blogspot.com. Zatem amatorzy lektur na tematy paranormalne na pewno będą mieli co czytać. Wszystkie przygotowane do dzisiejszej audycji relacje przekazałem badaczom współpracującym z Radiem Paranormalium, w tym również Arkowi, który dla celów dzisiejszej audycji udostępnił ze swojego archiwum niezwykle interesującą relację o spotkaniu z czymś, co przywodzi na myśl wilkołaka. Zanim przejdziemy do prezentacji przygotowanych na dziś relacji, pozwólcie, że przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Może komuś z Państwa przypomni się jakaś ciekawa historia o charakterze paranormalnym, a jeśli tak, to zachęcam do podzielenia się. Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu.
Nasze numery telefonów to stacjonarny: Trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero, osiem. Komórkowy: pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Pięćset trzydzieści, sześćset trzy. Skype: radio.paranormalium.pl, radio.paranormalium.pl. Numer Gadu-Gadu: trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Można również kontaktować się za pośrednictwem naszego fanpage'a na Facebooku pod adresem facebook.com/radioparanormalium. Czekamy także na Państwa e-maile pod adresem radio@paranormalium.pl, radio@paranormalium.pl. W razie gdyby pod naszymi telefonami nikt nie dyżurował, istnieje możliwość nagrania wiadomości głosowej. Bardzo serdecznie prosimy sprecyzować, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych prosimy ponadto o podanie numeru, na który mamy oddzwonić. Wszystkim świadkom gwarantujemy pełną anonimowość.
Dzisiejsza audycja będzie się składała w całości z relacji, które przyszły do Radia Paranormalium drogą tekstową. Na dobry początek proponuję mały blok, w którym zaprezentowane będą najkrótsze z nich. Zapraszam do słuchania.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium 30 maja 2018 roku. "Bardzo się cieszę, że trafiłam na waszą audycję 'Żywy folklor i polskie potwory'. Jeśli chodzi o hybrydy ludzi i zwierząt, to widziałam na własne oczy potwory w formalinie w Zakładzie Patologii Akademii Medycznej w... tam, gdzie studiowałam.
Cały zakład, jak i reszta uczelni, funkcjonowała przez setki lat. Tyle że przed drugą wojną światową leżały one na terenie Niemiec. Hitlerowcy byli bardzo zaawansowani w tym temacie, aczkolwiek jest to pewnie tylko mały procent tego, co widujemy. Ja sama wychowałam się w lesie.
Mieszkałam z dziadkami w małej wiosce pod Kazimierzem Dolnym przez parę pierwszych lat życia. Otóż w lesie tym, jak głosi lokalna plotka, pewien pan widział diabła. Ponoć nie był on najprzyjemniejszą osobą, więc pomyślał sobie, że to kara. Zaczął się gorąco modlić i na pomoc przyszła Matka Boska, a przynajmniej tak on to zinterpretował. Od tamtego czasu ponoć bardzo zmienił się na lepsze."...Ja moje lata w tym lesie bardzo pięknie wspominam.
Urodziłam się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku. W dzieciństwie było dobrze iść na parę godzin do lasu. Nie pamiętam dokładnie wszystkiego, co tam robiłam, ale bardzo szybko zaczęłam czytać i pisać sama z siebie. Kiedyś wróciłam do domu z martwą żabą, która miała perfekcyjnie wypreparowane układy krwionośny i pokarmowy. Myślę, że był to jakiś rodzaj szkoły. Babcia nigdy o nic nie pytała.
Myślę, że była wtajemniczona. Co chyba ważne, to to, że w parę dni po urodzeniu, jak już byłam w domu, bardzo zachorowałam. Doszło do silnego odwodnienia. Lekarka pogotowia, która przyjechała karetką, była ponoć niezwykła. Podała mi coś i powiedziała moim rodzicom, że będzie dobrze. No i mają mi nadać imię na jej cześć. W zasadzie całe życie przytrafiają mi się rzeczy dziwne.
Gorąco pozdrawiam. Relacja nadesłana do Radia Paranormalium trzynastego czerwca dwa tysiące czternastego roku. "W ubiegłym roku, jesienią miałem dziwne zdarzenie. Mieszkam blisko zamku w Pieskowej Skale, a moi teściowie obok niego. Często więc przejeżdżam obok zamku. Jadąc w ubiegłym roku samochodem z żoną i dziećmi alejką, która prowadzi do zamku, a jest tam zakaz wjazdu i nie dotyczy tylko pracowników zamku, parku i służb oraz okolicznych mieszkańców. Jadąc tą alejką zauważyłem jakąś postać wyglądającą jak człowiek, tylko że mający około trzydziestu centymetrów wzrostu. Nie widziałem twarzy ani ubioru, tylko tak, jakby tą postać.
Nie wiem. Była albo jakoś zaciemniona, czy ciemno-mglista. Nie wiem. Zauważyłem to jakieś trzydzieści metrów przed samochodem. Wyglądało to tak, jakby uciekło z alejki w las. Szybko wyskoczyłem z samochodu. Zacząłem szukać tego czegoś, ale nic nie znalazłem, więc wróciłem do auta, a żonie powiedziałem, że widziałem jakieś zwierzątko, które zwiało i w zasadzie zapomniałbym o tym, gdyby nie inne zdarzenie. Otóż około tydzień później żona jechała ze swoją mamą z pracy około dwudziestej pierwszej, dwudziestej drugiej. Jeżdżą tak co drugi dzień, ale akurat tydzień po tym żona wróciła blada i nie chciała nic mówić. Dopiero na drugi dzień, jak nagabywałem, co się stało, powiedziała, że nie chciała mówić nic przy dzieciach, żeby się nie bały, ale na drodze widziała dziwną postać. Bardzo małą, ale gdy zdała sobie z tego sprawę, to już ją minęła. Sądząc z opisu, postać była taka sama jak ta, którą ja widziałem.
Żona, mieszkając można by powiedzieć w lesie całe życie, jest wyczulona i rozróżnia wszelkie takie zwierzątka. Zresztą małpa czy co tam było, raczej by podskakiwała biegnąc, a ja na przykład nie widziałem jakiegoś podskakiwania. I tu się pojawia najważniejsze pytanie: co to u licha mogło być? Gdyby nic nie mówiła wam nazwa Pieskowa Skała, to jest tam obok Maczuga Herkulesa. Jest to teren Ojcowskiego Parku Narodowego. Niedaleko znajduje się też miejscowość Jerzmanowice, gdzie rozbił się ten słynny meteoryt." Relacja nadesłana do Radia Paranormalium dwunastego września dwa tysiące dziewiętnastego roku. Dziś zaprezentuję tylko fragment dłuższej korespondencji od tego słuchacza, odnoszący się do tematyki żywego folkloru. Cała korespondencja zostanie zaprezentowana w osobnym odcinku "Mówią Świadkowie".
"Pod wpływem audycji wysłuchanych w Radiu Paranormalium rozpoczęło się u mnie rozważanie na temat żywego folkloru i zjawiska UFO. Czy jest to jedna siła manifestująca się pod różnymi postaciami? Czy jednak różne zjawiska wrzucane do jednego worka? Od młodości nie mieściło mi się w głowie, że duchy i UFO to fikcja.
Jako mały chłopiec miałem marzenie, że gdy dorosnę, to będę dokumentował zjawiska paranormalne. Dziewięć lat temu, po sylwestrze na Ślęży, zaczęła się moja przygoda z poznawaniem zjawisk paranormalnych. Podczas wędrówki nocą poza głównymi szlakami doświadczyłem obecności jakiejś istoty zamieszkującej miejsce, gdzie kręciłem się od kilku godzin z kuzynem. Była mgła i padał drobny, zamarzający deszcz. W pewnym momencie mgła rozstąpiła się i powstał krąg o średnicy kilku metrów. Dźwięk deszczu stał się wyraźniejszy. Nastąpiło wyostrzenie zmysłów i poczucie, że coś okrążyło nas.
Po tych kilkunastu sekundach mgła i dźwięki wróciły do normalności. Kuzyn powiedział tylko: poczułeś to? Ja na to odparłem: tak. I był to znak, że czas odejść. Tak też zrobiliśmy. Poszliśmy w przeciwnym kierunku i około godziny trzeciej wróciliśmy do samochodu. Po tym zdarzeniu czułem, że coś się zmieniło.
Poczułem obecność nieznanego. Kilka dni później, gdy rozmyślałem nad tym zdarzeniem, podczas patrzenia w wieczorne niebo, zaczęło kiełkować w mojej głowie nowe przeświadczenie. Wszechświat ma poziomy istnienia. Tylko w taki sposób mogą żyć istoty, które są częściowo wyczuwalne. Obserwacja krasnoludków i wróżek. W rogu ogrodu mam portal astralny wynikający z przebiegania tam linii siatki szwajcarskiej. Po odpowiednim wyciszeniu zauważyłem owal unoszący się nad ziemią.
Po tak ciekawej obserwacji, kolejnego wieczora postanowiłem poobserwować portal.... Podczas obserwacji w pewnym momencie owal otworzył się w dolnej części, dotykając ziemi. Po kilku sekundach wyszły cztery postacie. Wysokość tych postaci to około siedemdziesięciu, osiemdziesięciu centymetrów. Szły w rzędzie, jeden za drugim, tak jak przechodzi się przez drzwi. Po kilkumetrowej przerwie wybiegła piąta postać, nadrabiając dystans. Po kilku sekundach portal wrócił do pierwotnego stanu. Zdziwienie było na tyle duże, że postacie po kilku metrach przestały być dla mnie widoczne. Tego samego wieczoru miałem okazję widzieć cztery istoty przypominające opisem wróżki lecące w stronę drzewa. Relacja, która pojawiła się na czacie Radia Paranormalium w grudniu 2019 roku.
Taką oto historię przekazał nasz słuchacz Robert: "W 1980 roku w wróciony mnie dzień goniłem coś w środku nocy przez godzinę po Puszczy Pilskiej. I nie było to zwierzę ani człowiek. Wracałem na pole namiotowe po dyskotece. Wracałem sam, bo znajomi poszli wcześniej. Nie miałem latarki.
Szedłem powoli i zobaczyłem mglistą poświatę obok drogi. Dziwnie to wyglądało. Postanowiłem zobaczyć, co to jest. Gdy się przybliżyłem, oddaliło się. I tak przez godzinę. To nie było nic materialnego. To nie szło, tylko płynęło bezszelestnie. Nie były to świetliki ani mgła."
Relacja nadesłana do Radia Paranormalium w maju 2021 roku: "Na stałe mieszkam od urodzenia, to jest od 1973 roku, w Tychach, w województwie śląskim, gdzie na początku lat siedemdziesiątych z województwa kieleckiego przybyli moi rodzice w poszukiwaniu lepszego życia. Podobnie jak wielu rodaków w tamtych czasach, pierwsze spotkanie z czymś nieznanym nastąpiło latem. Prawdopodobnie był to sierpień 1986 roku. Przez całe lata osiemdziesiąte wakacje spędzałem we wsi Marianów, w ówczesnym województwie kieleckim. Miałem wówczas trzynaście lat. Był już wieczór, było ciemno, pora dojenia krów około godziny dwudziestej pierwszej bądź dwudziestej drugiej. W oborze byli mój wujek oraz ciotka, rodzeństwo mojej matki.
Byłem też ja. Rozmawialiśmy o bieżących tematach. Po chwili postanowiłem wyjść na zewnątrz za potrzebą. Z drzwi do obory skierowałem się w stronę płotu, za którym był pas pola ciągnący się w kierunku południowo-zachodnim, w stronę niżej położonych łąk. W odległości jakichś stu dwudziestu, może stu pięćdziesięciu metrów dostrzegłem białe, iskrzące światło, poruszające się w nienaturalny sposób. Raz szybciej, raz wolniej, na granicy końca pola i początku łąk. Poruszało się jakby na niezbyt dużej wysokości, może dwa do czterech metrów nad ziemią, od prawej do lewej i odwrotnie. Zdawało się także być momentami mniejsze, a zaraz potem ciut większe. Przynajmniej tak to odbierałem z mojej perspektywy. Nie towarzyszyły temu żadne dźwięki. Wróciłem do obory i zawołałem ciotkę i wuja, mówiąc im, co zobaczyłem. Wyszli ze mną i patrzyliśmy razem na to światło. Chciałem iść zobaczyć, kto lub co się tam znajduje i już miałem latarkę w ręku, kiedy wujek złapał mnie za koszulkę i nie pozwolił tam iść. Obydwoje z ciotką nazwali to świecokiem. W innych przypadkach słyszałem o geodetach naprawiających krzywdzące innych pomiary ziemi za życia oraz stwierdzili, że nie można tam podchodzić, gdyż cytuję: "Można wrócić poparzonym".
Czy to był tylko sposób, aby odwieść mnie od pójścia, czy też prawda? Nie wiem i nigdy się nie dowiedziałem. Całe zjawisko trwało około piętnastu, może dwudziestu minut, po czym światło słabło i znikało.
Jak wynika z relacji osób starszych, dziś w większości nieżyjących, widywano te światła często od dziesięcioleci, wliczając w to czasy przedwojenne. Rok 1988. To samo miejsce. Wrzesień lub październik. Także było już ciemno. Identyczne zjawisko w tym samym miejscu. Był ze mną rok młodszy kuzyn oraz wujek, właściciel gospodarstwa.
Tylko obserwowaliśmy. Czas: także kilkadziesiąt minut. Rok 1989, lipiec. Także Marianów, województwo kieleckie. Godzina około dwudziestej trzeciej. Z kuzynem po kolacji udaliśmy się na dach drewnianego domu z 1945 roku, który stał już praktycznie nieużywany, gdyż wujek z dziadkiem rok wcześniej przenieśli się do murowanej przybudówki koło obory jako nowego lokum. Siedzieliśmy na jeszcze nagrzanej papie pokrywającej dwuspadowy dach, rozmawiając i obserwując bezchmurne, gwiaździste niebo z lornetką myśliwską.
Wspaniała widoczność tej nocy. W pewnym momencie spojrzałem w lewo, to jest w kierunku północno-wschodnim i zobaczyłem duży rozbłysk iskrzącego dość mocno światła w koronie drzewa. Był to dąb. Prawie cała korona drzewa była rozświetlona, jakby od wewnątrz przez kilka sekund. Światło nie było jednolicie białe, miało też pewien procent jasnej czerwieni oraz srebrzystości. Pokazałem to kuzynowi. Natychmiast ogarnął to wzrokiem oraz potwierdził, że widzieliśmy obaj to samo. Podobnie jak w innych przypadkach, zjawisko było bezdźwięczne oraz tu dopowiem jeszcze: nie było żadnego dymu.
Dąb ten stoi na skraju lasu, w odległości może dwustu, może trochę więcej metrów od podwórka. Wcześniej są pola. Niestety, oprócz wujka nikt nam nie chciał w tę historię uwierzyć. Rok 1990, lipiec. Wieś Fanisławiczki w województwie kieleckim. Byłem w odwiedzinach u ciotki przez kilka dni."... Któregoś wieczora wyszedłem przed dom, gdzie pod dużym kasztanem była ławka. Usiadłem i rozglądałem się. W pewnym momencie ujrzałem światło, białe, iskrzące, identyczne jak w roku osiemdziesiątym szóstym i osiemdziesiątym ósmym w Marianowie. Poruszało się nad łąkami przylegającymi do rzeki Wierna. Był tam kiedyś płytki, piaszczysty bród, gdzie łączą się dwa mniejsze cieki wodne.
Nieopodal jest lasek brzozowy. Kiedyś był to niski zagajnik. Zawołałem ciotkę, siostrę mojego świętej pamięci ojca, która powiedziała mi, abym się nie angażował w bliższy kontakt z tym zjawiskiem i nie szedł tam sam. To było może jakieś dwieście pięćdziesiąt metrów od domu.
Zjawisko także było bezdźwięczne. Pragnę jeszcze wspomnieć o kilku historiach zasłyszanych na wieczornych opowieściach mojego nieżyjącego już dziadka oraz jego rówieśników zamieszkujących w tej samej wsi Marianów. Pierwsza historia dzieje się tamże w latach pięćdziesiątych. Podczas późnowieczornego powrotu do domu z nieodległej wsi od siostry, wozem z zaprzęgiem dwóch koni, dziadek z babcią wracali na skróty przez las. W pewnym momencie konie strasznie się zlękły i poniosły zaprzęg w wielkiej panice.
Towarzyszył temu hałas trzeszczącego drewna i widok sosen, które jakby szarpane wiatrem, gięły się wokół wozu w lesie. Oczywiście żadnego wiatru nie było. Ledwo opanowując zaprzęg, dziadkowie dojechali do domu, a konie całe w pianie, spocone, z trudem uwiązali w stajni. Konie były niespokojne i pobudzone aż do rana.
Objawiało się to szarpaniem i kopaniem kopytami w ścianę stajni. Druga historia pochodzi z końca lat siedemdziesiątych. Mieszkaniec wsi, udając się na nocną zmianę do pracy w kamieniołomie w Bukowej w województwie kieleckim, wyszedł na około jeden kilometr od wsi, na przystanek, gdzie czekał na przewóz pracowniczy.
Nieopodal przystanku w jego kierunku szedł pewien mężczyzna. Było już dość ciemno. Mijając go w odległości kilku metrów, mieszkaniec wsi pozdrowił go, mówiąc: "Dobry wieczór". Nie usłyszał odpowiedzi, ale też nie dostrzegł żadnych szczegółów twarzy czy ubrania. Wyminęli się, po czym nadjechał przewóz. Siedząc już wewnątrz pojazdu, mieszkaniec wsi odwrócił się zaciekawiony, kto go mijał. Zobaczył tę samą postać, lecz tym razem miała czerwone oczy, po czym po chwili znikła, idąc poboczem. Trzecia historia pochodzi z początku lat osiemdziesiątych. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty drugi rok, ale co do tego nie jestem pewien. Sąsiad wujka, niestety nieżyjący już, wracał pieszo przez skraj lasu między polami do domu z pobliskiej wsi. Był późny wieczór.
Niestety nie znam godziny. Idąc ścieżką usłyszał, jakby z naprzeciwka nadjeżdżał rower. Odruchowo więc odsunął się na bok, aby przepuścić rowerzystę bądź uniknąć kolizji. Rower nie był oświetlony. Ku jego zdumieniu wyminął go osobnik na rowerze w umundurowaniu żołnierza SS. Postać była na tyle wyrazista, że dało się te charakterystyczne elementy ubioru zweryfikować naocznie. Zaskoczony całym zajściem odwrócił się i po kilku sekundach nic już nie było. Później dodał, że obiekt nie spowodował żadnych fizycznych objawów obecności podczas wymijania, na przykład podmuchu powietrza, zapachu czy dźwięku oddechu lub mowy. Podobno podczas drugiej wojny światowej przez jakiś czas była tam linia frontu. Świadczyłyby o tym znajdowane niegdyś łuski pocisków karabinowych w zagłębieniach terenu czy sporadycznie znajdowane pojedyncze niewypuchy. Sam osobiście znalazłem kiedyś przedziurawiony pojemnik, chyba menażka, oraz spory fragment zardzewiałego niemieckiego hełmu. Jednakże ta konkretna historia jest intrygująca. Czwarta rzecz to opowiadania o istotach, jak twierdzą świadkowie płci żeńskiej, pojawiających się na skraju lasów lub na polach, tak zwane południce. Niestety, wiem tylko tyle, że widziano je kilkukrotnie przed drugą wojną światową i zaraz po niej, w latach czterdziestych i pięćdziesiątych.
Piąta i ostatnia sprawa wiąże się z osobliwym obyczajem zostawiania resztek posiłków w domu przed pójściem do pracy w polu. Z opowieści pewnej starszej pani, zasłyszanych w latach osiemdziesiątych, wynika, że jeszcze przed drugą wojną światową jej rodzice robili tak, mówiąc, że tu cytat: "Trzeba zostawiać dla skrzatów, bo pilnują nam obejścia".
Słyszałem także zdawkowe opowieści o skrzatach bądź istotach im podobnych, ale o złośliwej naturze. Ponoć ludzie tracili rozum lub musieli uciekać w inne miejsca, aby zamieszkać. I to by było na tyle, jeśli chodzi o najkrótsze relacje. Po krótkim przerywniku przejdziemy do prezentacji jednej z dłuższych korespondencji. Nigdzie się nie oddalajcie, bo wiecie, w ciemnościach czyhają potwory.
Mówią, że włączyć radio jest bardzo łatwo. No, tylko że z wyłączeniem jest już, powiedzmy troszeczkę gorzej. Posłuchaj nieznanego! Radio Paranormalium, www.paranormalium.pl. Pisz artykuły, rozmawiaj z czytelnikami, moderuj komentarze i poczuj się jak redaktor. Załóż bloga na Paranormalium.
Więcej dowiesz się w dziale Blogi na www.paranormalium.pl. ...Może wejść do archiwum jest bardzo łatwo. No, tylko że z powrotem jest już, powiedzmy, troszeczkę gorzej. Archiwum Radia Paranormalium. www.paranormalium.pl.
Rozmawiaj z prezenterami oraz z innymi słuchaczami na żywo. Wejdź na naszego czata na www.paranormalium.pl. Dwa miesiące temu był drop prowadzący do pewnego radia, że ktoś tam słyszał podobno. Jednak potem okazało się, że to radio istnieje tylko w Internecie.
Radio Paranormalium. Paranormalny głos w Twoim domu. www.paranormalium.pl Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zagadkowe obiekty, tajemnicze istoty. Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów.
Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Krótsze relacje mamy już za sobą. Pora więc na pierwszą z dłuższych korespondencji przygotowanych do dzisiejszego odcinka. Relacja, jaką za chwilę Państwo usłyszycie, będzie miała pewne znamiona paranormalnej spowiedzi, gdyż poza spotkaniami z żywym folklorem, jej autorka zahaczyła również lekko o inne zdarzenia o charakterze paranormalnym.
Zapraszam do wysłuchania jej historii. Korespondencja z września 2021 roku. W trakcie nagrywania tego, co za chwilę Państwo usłyszycie, trafiłem w skrzynce mailowej Radia Paranormalium na wcześniejszą korespondencję z tą słuchaczką, w której żaliła się ona na potraktowanie przez pewną fundację, która podobno ma badać w Polsce zjawiska paranormalne. Że zacytuję: "Pisałam kiedyś do - tu pada nazwa fundacji - ale zostałam zignorowana lub potraktowano mnie jak mitomankę. Szkoda, że tak łatwo ocenia się ludzi, nie sprawdzając dokładnie, kto jest kim." Po tym krótkim komentarzu przejdźmy do przygotowanej na dziś korespondencji.
"Jestem artystką mieszkającą na stałe w Szwecji. Możliwe, że właśnie moje historie, opowieści, doznania ukształtowały w jakimś stopniu moją sztukę i w ogóle postrzeganie rzeczywistości. Bo ja rzeczywistość widzę inaczej niż większość otaczających nas ludzi.
Czuję się ogromnie osamotniona w swoich przeżyciach, bo nigdy nie miałam komu tego powiedzieć. Panicznie boję się ośmieszenia, gdyż mam zbyt słabą psychikę i nie jestem odporna na wyśmiewiska ignorantów. Ostatnio dużo się zmieniło, pogłębiło i może to za sprawą moich regularnych, bardzo głębokich medytacji.
Otóż przyciągnęłam kilka osób, które mnie rozumieją i to jest jedyne, czego pragnę od dziecięcych lat. Nie dam rady opisać nawet części tych doznań, ponieważ tego jest tak dużo, że sama się gubię i już zapominam. Planuję usiąść i to wszystko spisać. Jako dziecko uwielbiałam cichutko schować się na sofie i wysłuchiwać dziadkowych opowieści. Wtedy ludzie często się odwiedzali. Głównie wspominali wojnę, ale równie normalnymi i zupełnie oczywistymi opowieściami były historie o duchach. Każdy je miał i opowiadano je przy kominku jak o spotkaniach z dawną rodziną. Pamiętam, że było to coś zupełnie normalnego. Może tak było tylko w mojej rodzinie? Nie wiem, ale kiedyś moja koleżanka pochodząca z Polski też podkreśliła tą niesamowitą rzecz, że w czasach naszego dzieciństwa o duchach czy UFO rozmawiało się w każdym domu i prawie każdy coś widział i słyszał. Były to lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. Moja babcia widywała duchy całe życie, ale z tego, co pamiętam, głównie ostrzegające ją przed nieszczęściami. Jednak ojciec mojej babci był w kontakcie z duchami na bieżąco. Był też artystą. Strugiał w drewnie małe rzeźbki. Niestety, wojna pochłonęła wszystko. Nie zachowało się dosłownie nic. Opowiadano, że przed wojną pracował bodajże w kopalni węgla. Wracał często w nocy, jadąc bryczką zaprzężoną w konia przez długi las. Zawsze w tym samym miejscu wychodził z lasu do niego ogromny czarny pies, który towarzyszył mu do skraju lasu. Pies zawsze pradziadka odprowadzał. Piękny, wielki, wygarmiony, zadbany pies. Nie było takich dzikich psów w tamtym okresie. Ponoć pradziadek nie czuł strachu i mówił do niego. Innym razem po deszczu jego wóz ugrzązł w błocie, jak w dobrym horrorze. Wysiadła mu lampa i nie mógł sobie z tym poradzić. Nagle wokół niego pojawiła się ogromna ilość świetlików. Tak to nazywali. Były one znane ludziom. Były traktowane jako oczywistość w dawnych opowieściach. Były to małe, świecące punkciki latające wokół dziadka i wozu. Oświetlały mu miejsca, które ten potrzebował widzieć. Po wojnie ludzie widzieli bardzo dużą ilość wszelakich paranormalnych rzeczy. Każdy kogoś stracił. Była bieda, a ludzie wtedy paradoksalnie są bardziej uduchowieni.
Tak sobie myślę, że to właśnie dlatego. Babcia często widziała kule, jak opowiadała. Raz jedna kula, piękna, lśniąca, biała, jakby z piór, wytoczyła się przed nią i jej koleżanką, zastawiając im drogę. Była jasna, zimowa noc.
Dwie młode dziewczyny stały przed tym sparaliżowane....Jedna się odezwała. Coś w rodzaju: "Kogo szukasz? Zostaw nas!" Nie pamiętam. Po tych słowach ta kula jakby odpłynęła. Z dzieciństwa pamiętam naprawdę bardzo dużo tego typu opowieści. Również i ja całe życie doświadczałam różnych dziwności. Zaobserwowałam ciągłość tego daru u nas w rodzinie, ale nie wszyscy to mają. Teraz jest jeszcze jedna kuzynka, młoda dziewczyna, którą kilka lat temu w nocy, kiedy z koleżanką wracały z imprezy, dosłownie goniła kula. Dziewczyny były tak przerażone, że do dziś, kiedy to opowiada, oczy wypełniają jej się łzami.
Ta dziewczyna również widzi i czuje różne rzeczy, tak jak ja, ale ona nigdy nigdzie o tym nie opowie. Dla niej to nie jest dar, a raczej przekleństwo. Ona tego nie akceptuje, panicznie się boi i nie szuka odpowiedzi tak jak ja. Ja kiedyś też panicznie się tego bałam. Z wiekiem to minęło. Zaczęłam czytać, poszukiwać, medytować i teraz może nadal nie znam odpowiedzi, ale wyczuwam sens tego wszystkiego. W czasie medytacji doznaję niesamowitych wizji. Te wizje kontynuują się w snach, a ja przelewam to w swoje obrazy. O tym innym razem. Przestałam się bać. Zaczęłam się tym cieszyć, bo dostrzegam sygnały, które dawane mi są przez niewidzialne światy w bardzo subtelny sposób. Przeżyłam śmierć ukochanego i wtedy nawet moi przyjaciele, którzy mi towarzyszyli, byli przerażeni tym, co działo się w moim domu. Ja zaś miałam wtedy niesamowite wizje, dosłowny kontakt z inną rzeczywistością. Dlatego zaobserwowałam, że stan przygnębienia u ludzi takich jak ja, pogłębia doznania paranormalne. Jakby nasza naturalna osłona przed tymi światami staje się mniej trwała. Pominę całe lata przeróżnych dziwności, snów, spotkań. Na koniec opowiem jedną z ostatnich i dla mnie najbardziej wzruszającą historię.
Pracowałam kiedyś nad nową rzeźbą. W tle zawsze gra muzyka. Nie funkcjonuję bez muzyki. Był to utwór medytacyjny w indyjskich klimatach. Wchodzę wtedy w taki jakby trans. Zapominam o rzeczywistości. Medytuję pracując, a właściwie tworzy się samo. Wtedy pokropiła mnie woda. Na mnie i na moją rzeźbę spadło ładnych kilkanaście grubych kropli wody. Sprawdziłam kilkakrotnie sufit, czy nie skondensowała się jakaś para. Żadnej wody wokół, nic. Pracownia to nowiutki budynek. Nagle poczułam czyjąś obecność i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poczułam euforię nie do opisania.
Nie wiem, jak to wyrazić. To było coś przepięknego, boskiego. Nie umiem pisać, a tym bardziej opisywać uczuć. Proszę mi wierzyć, że pragnęłam na wieki w tym zostać. Nagle słyszę w głowie: "Usiądź i wejdź w medytację". Nie dosłownie w medytację, ale miałam usiąść i się uspokoić, zamknąć oczy. Zrobiłam to natychmiast. W tej pracowni, na krześle.
Zaledwie zamknęłam oczy, przez głowę przepłynęła mi fala mojego życia. Sytuacje złe i dobre z całego życia jak przyspieszony film. Lecz ja czułam emocje każdej chwili. Rozpłakałam się jak bezsilne dziecko. W tym momencie opuściła mnie euforia, a pojawił się lęk albo wyrzuty sumienia, bo zobaczyłam tam też złe rzeczy z przeszłości. Uświadomiłam sobie, że są złe. Nie, wcale nie zabiłam, ani nie pobiłam, ani też nie okradłam nikogo, ale były to historie natury emocjonalnej. Po nie wiem, jak długim czasie ten stan przeminął. Wszystko nagle się skończyło, ale jeszcze troszkę sobie popłakałam, bo to naprawdę wstrząsnęło mną dogłębnie. Po chwili zaczęłam dalej pracować. Znowu kilka kropel wody. Znowu sprawdzam sufit, ale tym razem to było jakby pożegnanie, bo nic więcej się nie stało. Nadmienię tylko, że w tej pracowni jest zawsze bardzo sucho. Nie ma mowy, żeby tyle wody gdziekolwiek się skondensowało. Wraz ze znajomymi obmacaliśmy sufit, ściany i nie znaleźliśmy nawet kropli. Ciągle myślę o tym, kto mnie wtedy odwiedził. Może to postać, która całe życie mi się śni i daje mi rady poprzez sny. Pomaga mi w chorobach. Nawet ostatnio, w czasie pandemii koronawirusa, którą to chorobę przeszłam bardzo ciężko rok temu. Na początku pandemii nie otrzymałam żadnej lekarskiej pomocy poza telefonem, ale pomogło mi w ostatniej chwili coś innego.
Opowiem Wam to innym razem. Kiedy spotykam tę postać lub byt, nie chcę nazywać jej aniołem, bo to chyba nie jest takie proste. Wtedy zawsze jej bliskość oddziaływuje na mnie tak euforycznie. Ogarnia mnie taka jakby bezkresna dobroć, miłość. Może to ta postać? Nie wiem, ale czekam na nią z utęsknieniem.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o relacje przekazane przez naszą słuchaczkę. Gwóźdź programu jeszcze przed nami, a będą nim dwie relacje o bliskich spotkaniach z czymś, co przywodzi na myśl wilkołaki. Ale to po krótkim przerywniku.
Zostańcie zatem z Radiem Paranormalium i upewnijcie się, że na pewno w tym pokoju jesteście sami. Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu.
Nasze numery telefonów to stacjonarny: Trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero, osiem. Komórkowy: pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Pięćset trzydzieści, sześćset trzy. Skype: radio.paranormalium.pl...
Radio.paranormalium.pl Numer Gadu-Gadu: trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Można również kontaktować się za pośrednictwem naszego fanpage'a na Facebooku pod adresem facebook.com/radioparanormalium. Czekamy także na Państwa e-maile pod adresem radio@paranormalium.pl, radio@paranormalium.pl. W razie gdyby pod naszymi telefonami nikt nie dyżurował, istnieje możliwość nagrania wiadomości głosowej. Bardzo serdecznie prosimy sprecyzować, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych prosimy ponadto o podanie numeru, na który mamy oddzwonić. Wszystkim świadkom gwarantujemy pełną anonimowość.
Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zagadkowe obiekty, tajemnicze istoty. Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Pora zatem na gwóźdź programu, czyli dwie relacje o bliskich spotkaniach z wilkołakami. Pozwólcie Państwo, że najpierw zaprezentuję krótszą z nich.
Spotkanie z wilkołakiem w Andrzejówce w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku. Relacja z archiwum Arkadiusza Miazgi. "Opiszę zdarzenie, które miało miejsce na terenie dawnej Łemkowszczyzny: Andrzejówka, Muszyna, Krynica-Zdrój.
Jak miałem około ośmiu lat, bawiłem się z innymi dzieciakami w podchody. Były wakacje i już zaczynało się ściemniać. W pewnym momencie zachciało mi się zwyczajnie sikać, a nie bardzo chciałem wracać do domu, bo wiedziałem, że jak wrócę, to mama już mnie nie puści z powrotem na pole. A że niedaleko znajdował się stary wychodek, z którego już praktycznie nikt nie korzystał, na podwórku mojego sąsiada, obok gnojówki - to może być w sumie ważna informacja - postanowiłem tam się udać. Za mną poszła moja starsza o dwa lata koleżanka, bo też chciała sikać. Jako pierwsza podeszłam do wychodka. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam przed sobą ogromną, czarną, owłosioną, ale też dobrze zbudowaną postać z wilczym pyskiem. Ledwo się tam mieścił. Złapałam z nim kontakt wzrokowy i zrozumiałam, że nie powinnam tego była widzieć, więc szybko zamknęłam drzwi i zaczęłam biec w kierunku domu. Po chwili usłyszałam krzyk koleżanki. Byłam tak przerażona, że zapomniałam o niej. Odwróciłam się i zobaczyłam, że biegła za mną, ale tak, jakby nie kontaktowała. Zatrzymałam ją i zapytałam, co widziała. Ona na to odpowiedziała, że widziała ogromnego goryla. I to jest koniec. Nigdy później nie widziałam czegoś podobnego i po zdarzeniu nikomu tego nie mówiłam. Z tą koleżanką też później nie rozmawiałam na ten temat. Dopiero parę lat temu opowiedziałam to mamie. Ogółem wyparłam to. Ta istota czuła się przyłapana całą swoją postawą. Może jakoś telepatycznie dała mi do zrozumienia, że nie powinnam była jej widzieć. Moja koleżanka widziała goryla, ja wilka, ale mnie to nie zdziwiło, bo ta postać miała dobrze rozbudowane ramiona jak u goryla, natomiast pysk był wilka. Wiem, bo się akurat przyjrzałam. No, to było dziwne mega, jak teraz o tym myślę. Nie wiem, który to mógł być rok. Dziewięćdziesiąty trzeci, dziewięćdziesiąty czwarty lub dziewięćdziesiąty piąty. Na pewno były to wakacje. Wieczór zaraz po zachodzie słońca. Nie było już słońca, ale jeszcze nie była to noc. Jest jeszcze jedna, bardzo istotna rzecz: wilkołak był jakby przeźroczysty, w takim ledwo zauważalnym stopniu." Tyle korespondencja od świadka. W toku śledztwa podjętego przez Arkadiusza Miazgę kobieta uściśliła, iż postać miała czarne oczy o wyglądzie ludzkim, wciśnięta była pod strop wychodka. Zauważalne było przygarbienie, rozbudowane bary i ramiona, wszystko pokryte ciemną sierścią. Całe zdarzenie trwało około pięciu sekund. Bardzo znamienną rzeczą było to, że wilkołak był jakby przeźroczysty, z delikatną poświatą.
Kolejną dziwną rzeczą jest to, że świadek zauważyła coś zgoła innego od koleżanki, ale mogło to również dojść do pomyłki, ponieważ postać była ogólnie pokryta sierścią, niczym klasyczny bigfoot. Przekazanie historii o wilkołaku spowodowało u świadka negatywną reakcję pod postacią powrotu lęków. Jak mówiła, poruszenie tego tematu negatywnie wpływa na jej życie. Zaczęła mieć lęki i nie mogła w nocy spać.
To była relacja z archiwum Arkadiusza Miazgi. Zdarzenie doczekało się małego śledztwa, którego owocem jest artykuł, który znajdziecie Państwo na blogu badacza pod adresem arekmiazga.blogspot.com, arekmiazga.blogspot.com. Teraz przejdziemy do prezentacji ostatniej, najdłuższej przygotowanej na dziś relacji. Tutaj muszę nadmienić, że słuchacz podesłał do Radia Paranormalium dość sporego PDF-a, w którym nie tylko szczegółowo opisał całe zdarzenie, ale również opatrzył je mapką ilustrującą przebieg zdarzenia oraz dołączył rekonstrukcję wyglądu zaobserwowanej istoty. Choć zapewne bojąc się reakcji swojego środowiska, nie podał nazwy małej miejscowości, w której rzecz się działa. Znamy oczywiście nazwisko autora korespondencji, jednak zgodnie z obowiązującą w tej audycji zasadą, temu świadkowi również gwarantujemy pełną anonimowość. Materiały ilustracyjne będą dołączone w opisie tej audycji. Przejdźmy zatem do zapoznania się z tą bardzo obszerną relacją....Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium siódmego maja dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Wstęp. Do napisania tej wiadomości skłonił mnie fakt, iż niedawno, poszukując jakiegoś ciekawego podcastu o szeroko pojętej tematyce paranormalnej, trafiłem na nieznaną mi dotąd, co mnie bardzo dziwi, serię "Mówią świadkowie". Po wysłuchaniu kilku zamieszczonych tam opowieści uznałem, że przyszedł czas, aby podzielić się z szerszym gronem historią, która stała się moim udziałem, a która także mieści się w ramach zdarzeń niewyjaśnionych. Bowiem u schyłku lata, pod koniec sierpnia roku dwa tysiące ósmego, mając szesnaście lat, na polnej drodze spotkałem, wszystko na to wskazuje, wilkołaka. Ale nie wyprzedzajmy faktów.
Jako że aktualnie zajmuję stanowisko, na którym opowiadanie tego typu historii raczej nie jest wskazane, a w dalszej części tej wiadomości będę także wskazywał na własne przekonania w pewnych kwestiach, które także nie przystoją w moim fachu, pragnę zachować pełną anonimowość. Dziś jestem już nieco starszy niż wtedy, lecz upływ lat nie zatarł tych wspomnień. Aktualnie jestem człowiekiem dobrze wykształconym i wykonującym bardzo odpowiedzialny zawód. Mam się za człowieka raczej racjonalnego, a już na pewno nie naiwnego i łatwowiernego. Zawsze na wstępie szukam logicznego wyjaśnienia każdej sytuacji. Jednak zgodnie z moimi przekonaniami nigdy nie wykluczam okoliczności, które mogą być poza naszym aktualnym zrozumieniem. Na wstępie pragnę nieco zarysować swoją charakterystykę w okresie, w którym doszło do owego zdarzenia. Wychowałem się w niewielkiej miejscowości na ziemi śląskiej. Dokładnej lokalizacji nie ujawniam przez chęć zachowania anonimowości. Jest to niewielka wieś, a szczegóły, które pojawią się w niniejszym opisie, mogłyby z łatwością wskazać na moją osobę. Środowisko, w którym się wychowałem, niewielka wieś o charakterze silnie rolniczym, zamieszkana przez prostą ludność, głównie napływową z Kresów Wschodnich, obfitowało w szereg doniesień o wielu zjawiskach niewyjaśnionych. Stąd też sam miałem już od wczesnych lat sporą styczność, a nawet doświadczenie praktyczne w tego typu zagadnieniach. Do dzisiaj uważam, że wszelkie doniesienia z zakresu zdarzeń niewyjaśnionych opowiadają o zjawiskach faktycznych, które na razie wymykają się naszemu poznaniu, a zgłębianie tych zjawisk i dociekanie ich natury uważam za jak najbardziej słuszne. W wieku szesnastu lat byłem osobą raczej introwertyczną, szukającą odosobnienia. Miałem w tym okresie szereg problemów z odnajdywaniem się wśród ludzi i w ogóle w społeczeństwie, głównie przez niemal chorobliwą nieśmiałość. W okresie tym moje zainteresowania krążyły głównie wokół moich aktualnych, kultywowanych do dzisiaj pasji, którymi są łucznictwo, zoologia, ogólnie pojęta przyroda, rysownictwo i grafika, historia oraz, co może być tutaj najistotniejsze, mitologia, wierzenia, legendy i podania, ze szczególnym uwzględnieniem aspektów paranormalnych i kryptozoologicznych. Czas wolny podczas wakacji, gdy akurat nie pracowałem w gospodarstwie mojego wuja, spędzałem zwykle na samotnych spacerach po okolicznych lasach oraz ćwiczeniu strzelania z wiatrówki i łuku. I właśnie to ostatnie zajęcie sprowadziło mnie w ten sierpniowy wieczór w miejsce, gdzie zdarzyło się to całe zajście.
Opis miejsca i przebiegu zdarzenia. Przejdę teraz do możliwie dokładnego opisu całej sytuacji. Postaram się przedstawić ją, nie wplątując własnej analizy ani przemyśleń, które pojawiły się u mnie już po zdarzeniu, a jedynie dokładnie przedstawiając poczynione w trakcie incydentu obserwacje i opisując uczucia, jakie mną wówczas targały. W przypadkach, w których nie będę czegoś pewien, jasno to zaznaczę, nie chcąc nieumyślnie zniekształcić obrazu wyłaniającego się z informacji, których jestem bezwzględnie pewien. Zapewniam, że mnogość szczegółów, które zawarte są w relacji, opiera się jedynie o to, co zdołałem wychwycić i zapamiętać. Starałem się także za wszelką cenę nie ubarwiać ani nie wzbogacać opisu o żadne niepotwierdzone moimi wspomnieniami elementy. Zaś znaczna objętość relacji wynika jedynie z chęci bardzo skrupulatnego i wyczerpującego opisu zdarzenia. W celu ułatwienia prześledzenia wydarzeń załączam w tekście szkic postaci oraz prostą mapkę, na których postarałem się uchwycić najważniejsze elementy wydarzenia.
Oryginalny, pierwotny szkic istoty sporządziłem krótko po zajściu, ale dziś już niestety nie mogę go znaleźć. Zatem załączony szkic wykonałem na podstawie wspomnień. Zarys miejsca także jest mi dobrze znany, gdyż jak wspominałem, odwiedzałem to miejsce w młodości niezliczoną ilość razy. Zaznaczam jednak nieskromnie, że pośród wielu wad mam jedną znaczącą zaletę, jaką jest świetna pamięć, co niejako wiąże się z moim zawodem. A chwilowa trauma wynikająca z zajścia, co ciekawe, zamiast wyprzeć to wspomnienie, trwale wyrywa wygląd istoty i całe zdarzenie w mej pamięci. I do dziś, mimo upływu dwunastu lat, pamiętam wyraźnie każde zauważone podczas tej krótkiej obserwacji szczegół oraz wszelkie okoliczności tego incydentu. Była druga połowa sierpnia dwa tysiące ósmego roku.
Niestety nie miałem przy sobie zegarka, ale myślę, że wszystko zaczęło się mniej więcej wpół do dwudziestej, gdyż robiło się już powolutku ciemno. Trwał zachód słońca, a nisko na niebie pojawiał się księżyc. Nie jestem pewien, w jakiej był fazie, choć nie sądzę, by trwała pełnia, bo raczej zapamiętałbym ten fakt, ale zaznaczam, że nie mam pewności.
Pogoda była piękna, dzień upalny, a niebo pokrywały tylko z rzadka niewielkie smugi chmur.... Stałem na polnej, brukowanej drodze, oddalonej o jakieś pięćset metrów od mojego domu. Było to wyjątkowo urokliwe miejsce, w które zwykle udawałem się postrzelać z łuku. Tego wieczoru zakończyłem już strzelanie i właśnie zbierałem się do powrotu. Robiła się już szarówka i choć było jeszcze na tyle jasno, by wyraźnie widzieć cele, obawiałem się zgubienia strzały i niemożności znalezienia jej przed zapadnięciem zmroku.
Pozostałem jeszcze na chwilę, aby zapalić spokojnie papierosa, gdyż palłem wtedy od czasu do czasu. Pragnę też zauważyć, że byłem wówczas całkowitym abstynentem i nie zażywałem żadnych, poza nikotyną, środków odurzających, do których dostęp zresztą w tamtych latach dla chłopaka ze wsi był niemożliwy. Stałem zatem na rozdrożu ścieżki. Na wprost ode mnie ścieżka biegła dalej w kierunku oddalonego o jakieś dwieście metrów gęstego, dobrze znanego mi lasu. Po prawej, wzdłuż ścieżki rozciągała się ściana rzadkiego lasku, a w zasadzie gaju liściastego, w którym rosły głównie młode klony i lipy oraz leciwe już dęby. Lasek kończył się niewielką polaną, po lewej zaś rozpościerało się pole, z tego, co pamiętam, pszenicy.
Pole sięgało aż po las, lecz z lewej strony ścieżki, o jakieś sto metrów ode mnie, układało się w niewielkie zakole, pośrodku którego stała nieduża kępa złożona z kilku drzew. Z tego, co pamiętam, dębów.
Ścieżka w lewo ode mnie wiodła dalej pomiędzy rozległe pola, a w prawo ode mnie w kierunku niewielkiego, murowanego z cegły mostka nad niewielką rzeczką. Dalej zaś w kierunku alei, którą z lewej osłaniał szpaler bardzo starych i potężnych dębów, a po prawej stronie kilka drzew mirabelki, które zbierałem jako dziecko. Aleja wychodziła bezpośrednio na szosę, która to wiodła do wsi. Początkowo usłyszałem niezbyt głośny szelest w lasku z prawej strony. Szelest robił się coraz głośniejszy, aż w pewnym momencie dołączyły do niego odgłosy kroków łamiące gałązki i szeleszczące w osłanej liśćmi ściółce. Po upływie kilku sekund, w odległości około dziesięciu, może piętnastu metrów ode mnie, ujrzałem pośród drzew na skraju lasku nagiego mężczyznę.
Widziałem go dosyć wyraźnie, bowiem nadal było dosyć jasno. Nie wydał mi się znajomy, ale też nie widziałem dokładnie jego twarzy, gdyż zwrócony był nią w kierunku pól po mojej lewej. Do tego momentu sytuacja, choć dziwna, była w miarę normalna, ale na tym się nie skończyło. Mężczyzna wyłonił się z lasu, stojąc nadal pomiędzy drzewami, spoglądając na pola. Był dosyć wysoki, miał wzrost zbliżony do mojego, to znaczy około stu osiemdziesięciu centymetrów i był raczej średniej budowy ciała, a przynajmniej na pewno nie był chudy. Nie udało mi się wychwycić więcej szczegółów w tym krótkim czasie, ale ogólnie rzecz biorąc wyglądał zwyczajnie i przeciętnie.
Jednak jego zachowanie było nietypowe. Był lekko pochylony, zgarbiony i stał w delikatnym przykucu. Mimo to myślę, że moja ocena jego wzrostu była słuszna. Po dwóch lub trzech sekundach bezruchu zaczął jednak iść dalej w kierunku pola i wtedy zaczęła się jego przemiana. Z każdym krokiem garbił się coraz bardziej, jednocześnie nadymając się i nabierając na objętości. Mimo iż zdawał się coraz bardziej garbić, to paradoksalnie był coraz wyższy. Nim wykonał kilka kroków i stanął na środku dróżki naprzeciwko mojej pozycji, prostując nieco sylwetkę w geście jakby przeciągania się, nie był już widzianym przeze mnie mężczyzną, a wysokim i potężnym, humanoidalnym, a w zasadzie zwierzęco-humanoidalnym stworzeniem.
Cała przemiana była szybka, bowiem trwała zaledwie kilka sekund i nie udało mi się zaobserwować jej dokładnego przebiegu. Była także niemal bezgłośna, gdyż towarzyszyły jej tylko odgłosy kroków postaci i cichy dźwięk, podobny do zgniecenia kartki papieru. Stłumiony chrobot połączony z szelestem. Obserwując stojącą przede mną istotę, odczuwałem niewątpliwie strach, choć ku memu zdziwieniu nie był on tak silny, jak można by się tego spodziewać. A muszę tu powiedzieć, że nie należę do najodważniejszych osób, szczególnie w obliczu tego typu zagrożeń. Najwyraźniej szybkie tempo wydarzenia nie zdążyło jeszcze wywołać u mnie paniki, więc zastygając w bezruchu, odczuwałem mimo wszystko spokój, a wyostrzone zagrożeniem i przypływem adrenaliny zmysły działały w mojej ocenie prawidłowo, umożliwiając skuteczną obserwację. Potwór zatrzymał się, nie dokończywszy ostatniego kroku, pozostawiając prawą nogę lekko z tyłu.
Nadal spoglądał na pola i trwał tak kilka sekund, które dla mnie stały się wiecznością. Nie wydawał najmniejszych dźwięków i nie wykonywał żadnych zauważalnych ruchów. Mam wrażenie, że zauważyłem unoszenie się jego klatki piersiowej, co mogłoby zdradzać oddychanie, ale dziś nie mam już co do tego pewności. Stałem przerażony i błagałem w myślach o opatrzność, aby mnie nie zauważył, gdyż dotychczas zdaje się, że zupełnie nie zwrócił na mnie uwagi lub mnie całkowicie ignorował. I poszczęściło mi się. Po chwili zwrócił się pyskiem ku kępce drzew po lewej stronie ścieżki, oddalonej o około stu metrów i po krótkiej obserwacji obrócił się plecami do mnie i ruszył z miejsca w jej kierunku.
Początkowo szedł powoli i jakby ociężale, lekko powłócząc nawet nogami. Wykonał kilka niezgrabnych kroków, wchodząc w zboże po lewej, ale już po chwili zaczął przechodzić do skocznego biegu i nim w imponującym tempie znalazł się przy kępie i zniknął w cieniu drzew, sadził już przed siebie, susami przeskakując z nogi na nogę w chwiejnych, jednak płynnych susach.... Jego ruchy, oprócz początkowej ociężałości i sztywności, były bardzo dynamiczne, a przy tym bardzo zwierzęce.
Poza górnymi łapami, które podczas biegu trzymał sztywno zwieszone po obu bokach ciała. Gdy tylko się ruszył, przerażony cofnąłem się o kilka kroków. Poczułem też uderzenie smrodu, który można opisać tylko jako silny odór zmokłego psa albo mocno przemoczonej deszczem odzieży. Początkowo słyszalne były też stawiane przezeń kroki oraz szelest zboża, przez które przechodził. Jednak w miarę oddalania się dźwięki te były coraz mniej słyszalne, aż całkowicie ustały. Gdy zupełnie zniknął mi z pola widzenia i zdołałem się otrząsnąć, początkowe osłupienie przerodziło się w panikę i strach przed powrotem istoty. Tak więc, nie zwlekając, pobiegłem drogą w prawo aż do szosy, a stamtąd do wsi.
Nadal było stosunkowo jasno, ale mimo to wybrałem powrót wzdłuż szosy, a nie polną drogę, którą normalnie przychodziłem w to miejsce od strony pól. Chcąc jak najszybciej znaleźć się wśród ludzi i cywilizacji. Całe wydarzenie od momentu usłyszenia szelestu pośród drzew aż do utracenia monstrum z oczu trwało około minuty. Jednak to dotarło do mnie dopiero jakiś czas po fakcie.
Opis zaobserwowanej istoty. Cały stwór był pokryty ciemną, nastroszoną sierścią. Wydawała mi się ona niemal jednolicie szarą, z rzadkimi, jaśniejszymi elementami. Bujne owłosienie, zapadający powoli zmrok i przeżywający mnie mimo wszystko strach, uniemożliwiały mi dokładne rozpoznanie drobnych szczegółów jego wyglądu, ale niewielką odległość i tło ścieżki złożonej z jasnych kamieni pozwalało mi na dostrzeżenie w miarę dokładnie ogólnego zarysu sylwetki. Stał bokiem do mnie, a jego głowa zwrócona była w stronę pól i wydawała się czegoś wypatrywać. Miał wzrost wynoszący na pewno ponad dwa metry. Możliwe, że około dwa i pół metra lub nawet trzy metry, co oceniłem na podstawie różnicy względem wysokości widzianego jeszcze przed chwilą mężczyzny. Jego nogi były długie i potężne i już na pierwszy rzut oka ewidentnie zwierzęce, z charakterystycznym układem budowy typowym dla psowatych. Zakończone były niewielkimi stopami, których dokładnie nie widziałem. Powyżej nóg z tyłu wystawał silnie owłosiony, nie za długi i krępy ogon, lekko uniesiony ku górze. Korpus był krótki i zgarbiony, najeżony na plecach krótką szczeciną sierści. Z lewej strony zwieszona była lekko wysunięta do przodu, długa i sięgająca do połowy nogi łapa, zakończona palcami ewidentnie podobnymi do ludzkich.
Nie zauważyłem jednak na ich końcach paznokci ani pazurów. Pragnę zauważyć, że dłonie istoty były nieproporcjonalnie duże i choć ten szczegół trudno mi sobie dokładnie przypomnieć, zdaje mi się, że były w odróżnieniu od reszty ciała tylko nieznacznie porośnięte sierścią i jestem pewien, że wyróżniały się lekko jaśniejszą barwą. Drugiej łapy nie udało mi się wówczas zaobserwować, ale podczas gdy istota odchodziła ode mnie, widziałem, że posiada ona drugą, identyczną łapę z prawej strony ciała, również zakończoną dłonią. Głowa była proporcjonalnie niewielka i w ewidentny sposób przypominała głowę psią lub wilczą, nieco wydłużoną, jednak krótszą niż u wilka i tępo zakończoną, zwieńczoną długimi, sterczącymi ku górze, pokrytymi szczeciną sierści uszami. Przednia jej część, którą można nazwać twarzą stworzenia, podobnie jak dłonie, była widocznie mniej porośnięta sierścią i nieco jaśniejsza, a w jej górnej części widoczne było wyraźne zgrubienie, niewątpliwie będące łukiem brwiowym skrywającym głęboko osadzone oczy. Ale to tylko moja opinia. Oczu niestety nie udało mi się dostrzec. Szyja i kark istoty były ukryte w nastroszonej grzywie. Nie udało mi się zauważyć i zapamiętać żadnych dodatkowych szczegółów budowy.
Wnioski końcowe. Nigdy więcej nie wróciłem w to miejsce. Z początkiem roku szkolnego rozpocząłem naukę w szkole z internatem i praktycznie od tego czasu wyprowadziłem się z rodzinnej miejscowości. Nowa szkoła, znajomi, a nawet dziewczyna, którą poznałem już niebawem, a która dziś jest moją narzeczoną, pozwoliły mi szybko zapomnieć o traumie tego spotkania, która na krótko po zajściu odciskała na mnie spore piętno. Po jakimś czasie wspomnienie, choć do dziś żywe i wyraźne, zaczęło zamieniać się w mojej świadomości z traumatycznego w swoistą osobliwość oraz przygodę. I dziś już nie niesie za sobą żadnych emocji, poza ciekawością, kim był ów człowiek i co doprowadziło go do takiego stanu? Stanu, który już wtedy, jak i teraz, nazwać mogę tylko w jeden sposób: wilkołactwem, zwanym też likantropią. Jako że na stałe zerwałem z moją rodzinną miejscowością, nie miałem już okazji odszukać odpowiedzi na nurtujące mnie do dziś pytania związane z tą sprawą. Spoglądając teraz wstecz na te wydarzenia, dziwi mnie, że przemiana tajemniczego jegomościa w zwierzęco-ludzką hybrydę przebiegła tak szybko oraz zdaje się była zupełnie bezbolesna i naturalna.
Jak mówiłem, nie pamiętam fazy księżyca, lecz mimo to wątpię, czy zdarzeniu towarzyszyła pełnia, co byłoby zbieżne z ogólnym konsensusem utartym w tej kwestii w popkulturze, a wynikającym z podań historycznych. Jestem przekonany, że mój strach byłby nieporównywalnie większy i bardziej uciążliwy, gdybym napotkał coś, co w ewidentny sposób byłoby całkiem mi niepoznane, wykazywało inteligencję, która mogłaby mnie przewyższać lub też dysponowało możliwościami wymykającymi się mojemu pojmowaniu, jak dzieje się to w przypadku spotkań z duchami czy istotami, które bierzemy za przybyszów z innych planet.... przed którymi nie mogłyby nas obronić zwykłe mury i drzwi naszych domów. Jak dotąd opowiedziałem o tym tylko jednej osobie, mojej narzeczonej. To niestety osoba bardzo przyziemna i choć mi wierzy, a przynajmniej ufam, że tak jest, to raczej nie poświęca temu żadnej uwagi. Stara się jedynie racjonalizować ujrzeniem przeze mnie dziwnego zwierzęcia lub wytworem mojej wyobraźni, które sprowokowały traumatyczne przeżycia.
Bowiem krótko przed tym wydarzeniem zmarł nagle mój ojciec. Nie opowiadałem o tym wydarzeniu nie tylko dlatego, że obawiałem się reakcji słuchaczy, ale także dlatego, że nie miałem żadnych wątpliwości co do jego natury. A jak wspomniałem, po pewnym czasie nie odczuwałem już żadnych silnych, negatywnych emocji, które wymagałyby wygadania się komuś. Cały incydent był dla mnie jasny i czytelny. Skłonił mnie on dodatkowo do głębszego zainteresowania się tematem kryptozoologii i zjawisk paranormalnych, co stało się na stałe moją pasją. Do wyznania w tej wiadomości skłoniło mnie zaś przekonanie, że przekazanie tych informacji może przyczynić się do ogólnego wzrostu wiedzy na temat tego i innych tego typu zjawisk.
Szczególnie, jeśli będzie miał okazję zapoznać się z nim ekspert w tej dziedzinie. Nie ukrywam, że jestem bardzo ciekaw innej opinii oraz wiedzy na temat podobnych zdarzeń, najlepiej z niezbyt dalekiej przeszłości. Dla wyjaśnienia pragnę dodać, że nawet wyłączając kwestię metamorfozy, nie istnieje na świecie zwierzę, z którym mógłbym pomylić tę istotę. Zdarzeniu nie towarzyszyły żadne dodatkowe zjawiska, jak utrata czasu, zapadnięcie podejrzanej i nienaturalnej ciszy, efekty świetlne, podejrzane dźwięki i temu podobne. Pamiętam, że przez cały czas słyszałem także lekki poszum drzew i wodę szumiącą w rzeczce nieopodal. Istota miała charakter ewidentnie fizyczny, gdyż wydawała odgłosy poruszania się, a także poruszała kłosami pszenicy w czasie przechodzenia przez pole. Mimo że bardzo tego chciałem, to nie miałem odwagi powrócić na miejsce kolejnego dnia w celu zbadania pozostawionych śladów. Ale jestem przekonany, że pośród miękkiej, uprawnej ziemi, wśród kłosów pszenicy istota pozostawiła ogromne tropy niby wilczych łap.
I to była ostatnia już przygotowana na dziś relacja. Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o poznanych dziś historiach. A jeśli macie jakieś swoje zdarzenia, którymi chcielibyście się podzielić, gorąco zapraszam do kontaktu. Każda relacja jest przekazywana dalej badaczom współpracującym z Radiem Paranormalium, co szczególnie w przypadku najciekawszych i najbardziej kontrowersyjnych zdarzeń, skutkuje nieraz śledztwem i później publikacją. Sporo takich zdarzeń przekazanych przez słuchaczy znajdziemy w książkach choćby Arkadiusza Miazgi czy Damiana Treli. Dzielcie się zatem swoimi relacjami, bowiem każda z nich wnosi coś do poznania i zrozumienia wielu trudnych do wytłumaczenia zjawisk. Mówił do Państwa Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach. Śledźcie zapowiedzi na naszej stronie www.paranormalium.pl oraz na profilach Radia Paranormalium na Facebooku i YouTube.
Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Nasze numery telefonów to stacjonarny: Trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero, osiem.
Komórkowy: pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Pięćset trzydzieści, sześćset trzy. Skype: radio.paranormalium.pl, radio.paranormalium.pl. Numer Gadu-Gadu: trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Można również kontaktować się za pośrednictwem naszego fanpage'a na Facebooku pod adresem facebook.com/radioparanormalium. Czekamy także na Państwa e-maile pod adresem radio@paranormalium.pl, radio@paranormalium.pl. W razie gdyby pod naszymi telefonami nikt nie dyżurował, istnieje możliwość nagrania wiadomości głosowej. Bardzo serdecznie prosimy sprecyzować, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych prosimy ponadto o podanie numeru, na który mamy oddzwonić. Wszystkim świadkom gwarantujemy pełną anonimowość.