Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:38] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Właśnie tutaj, właśnie teraz, prosto do twoich uszu, drogi słuchaczu i droga słuchaczko, rozpoczynamy wlewanie kolejnego odcinka normalnego Bibliotekarium. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Halo, halo Bydgoszcz.
[01:07] - Halo, halo! Dobry wieczór. Witamy wszystkich.
[01:10] - My się odzywamy teraz, ale mamy niespodziankę, bo jesteście, kobieta odezwie.
[01:15] - Odezwie się. Co prawda w nagraniu, ale się odezwie. A ja powiem tak: fajnie zabrzmiało, że dzisiaj jest normalne Bibliotekarium, bo tydzień temu było nienormalne?
[01:28] - Zawsze jest nienormalne.
[01:29] - Mówiąc szczerze, jak my zaczynamy gadać, to mam takie poczucie, że nie zawsze jest normalnie. Z nami tak nie zawsze jest normalnie. No cóż, ale dzisiaj mamy niezwykle ciekawą książkę. Zacznijmy od tego. Nie wiem, czy pamiętasz, ukazywała się kiedyś w Wydawnictwie Literackim tak zwana Biała Seria.
[01:55] - Tak jest.
[01:56] - Tak. Tam się pokazywało sporo książek, które budziły u mnie, takiego młodego człowieka, który był zainteresowany literaturą fantastyczną, oczywiście z pewnym przegięciem w stronę SF, ale jednak fantastyką w ogóle. Ta seria budziła moje zainteresowanie, bo tam się pokazywały książki, które dotykały fantastyki. Później, w pewnym momencie zaczęły się również pokazywać książki, które miały sporo wspólnego z fantastyką naukową, ale z jakichś wówczas tajemniczych dla mnie powodów ukazywały się książki, które jakieś takie dziwne były. Bo elementów fantastycznych trochę w nich było. Jakieś takie dziwne klimaty, jakieś dziwne pomieszczenia, jakieś zamki, jakieś takie mroczne nastroje. Ale ten młody człowiek, którym byłem, nie bardzo mógł sobie to wszystko połączyć i zebrać w jakąś całość i powiedzieć właściwie, dlaczego te książki się ukazują. Tam, z tego, co pamiętam, ukazał się taki cykl, który rozpoczynała książka zatytułowana „Tytus Groan”. Taka mroczna opowieść. I znowu ja ją przeczytałem, ale właściwie nie wiedziałem, czemu.
Po pierwsze nie wiedziałem, czemu ona mnie tak fascynuje. Po drugie niby to było fantasy. Przynajmniej tak myślałem, że to fantasy. Bo jakieś mroczne komnaty, jacyś rycerze walczący w komnacie pełnej pajęczyn, jakieś takie klimaty, podziemia, jakieś zamczysko. To wszystko. Niby to było takie dotykające fantasy, ale czułem wówczas zupełnie podświadomie, że to nie jest fantasy. Ale czytałem z wypiekami na twarzy. Później się pojawiło jeszcze kilka innych książek, o których powiem na przykład „Italczyk”. Pojawiły się książki i tu mam problem, bo ja nigdy nie wiem, jak się wymawia to nazwisko, Shirley Jackson chyba. W każdym razie „Dom przy cmentarzu”.
Ja z francuskim w ogóle mam problem, wszyscy zresztą wiedzą. W każdym razie takie mroczne opowieści. Ale wtedy zaczęło do mnie docierać, że istnieje coś takiego jak proza, powieść gotycka. Wtedy to tylko było dla mnie hasło, ale zacząłem troszeczkę szukać. A co u ciebie z powieścią gotycką?
[04:54] - Wiesz, tak jak mówisz, to mówisz o takich wstępujących latach, kiedy człowiek jeszcze się niewiele dowiedział i niczego nie nauczył.
[05:02] - Podejrzewa, że coś jest, czego nie ogarnia, ale nie do końca wie, o co chodzi.
[05:07] - Natomiast zdecydowanie wyczuwało się w tych książkach taki klimat pewnej inności, ale również jednorodności, to znaczy takiej samej, który ma fantasy, który ma science fiction, który ma romans taki czysty. Czy powieść współczesna, czy jakaś tam historyczna i tak dalej. Ewidentnie gatunkową spójność się wyczuwało w tych książkach. One miały podobny taki ten klimat tych przykurzonych pajęczyn i tego wszystkiego. Może przesadzam. Natomiast to było. I tak myśmy te książki łapali dopiero jako taki powiew literatury dopływającej zza oceanu.
[05:55] - Ja powiem tak. Powiem o sobie. Ja to łapałem siłą rozpędu. Bo ta biała seria, rzeczywiście trochę dekoracje fantastyczne. I siłą rozpędu to łykałem, ale ziarno zostawało i dopiero później się zorientowałem, że to jest do pewnego stopnia jednak odrębna część literatury. Rozmaicie nazywana, bo to jest powieść gotycka, ale też powieść grozy, romans grozy, czarna powieść, romans gotycki. Tego rodzaju nazwy funkcjonują i warto o nich pamiętać. Warto zapamiętać, że coś takiego jak powieść gotycka to jest gatunek dosyć stary, bo zrodzony w drugiej połowie XVIII wieku. W dodatku dzisiaj potrafimy dosyć konkretnie powiedzieć, jak się zrodził ten gatunek, a właściwie dzięki komu się zrodził. Otóż w roku 1764.
O patrz to, ileś tam lat przed moim urodzeniem.
[07:03] - No.
[07:04] - Jakby 200. W każdym razie ukazała się książka Horaca Walpole. Chyba to dobrze wymówiłem, mam nadzieję. Z tymi obcymi nazwiskami to zawsze mam problem. Lubię krytykować, że inni nie potrafią wymówić, natomiast jak ja wypowiadam, to jest czasami jedyne w swoim rodzaju.
[07:27] - Marku, mów jak myślisz, a nie jak wymawiasz.
[07:32] - Lepiej nie. W każdym razie dzięki Walpole czytelnicy otrzymali powieść „Zamek Otranto”. Też była z nim historia ciekawa, bo sam autor nie był specjalnie przekonany, że jego opowieść będzie się cieszyła zainteresowaniem i pierwsze wydanie zostało wydrukowane bez imienia i nazwiska autora w drukarni, która należała do niego. Ale ponieważ dosyć szybko książka się sprzedała, to przy drugim wydaniu zamieścił fikcyjnego autora, a sam siebie umieścił jako autora tłumaczenia. Dalej jeszcze nie był chyba przekonany, że to się będzie sprzedawało, ale to też się sprzedało świetnie. Tak się właściwie pojawiło zjawisko zwane gotycyzmem. Tak byśmy mogli to powiedzieć. Ono zaistniało i dosyć szybko się rozprzestrzeniło. To znaczy tych naśladowców było dosyć sporo. Te klimaty takiej klasycznej powieści gotyckiej obfitującej w jakieś sensacyjne wydarzenia, zabójstwa, uprowadzenia, ucieczki, tortury, jakieś tam okropności powiedzmy.
Jednocześnie ta opowieść tworzy nastrój grozy, jakiejś niesamowitości. Można by powiedzieć, że taki schemat fabularny tego rodzaju powieści jest stały. To znaczy właściwie nie odbiega specjalnie od struktury baśni ludowej. Tu jest taki główny zawsze problem: zło i jego psychologia zła, jeśli tak byśmy mogli powiedzieć. I tu chyba trzeba by przeczytać. Zacytuję coś, co powiedziała pani Maria Janion. Ja myślę, że naszym słuchaczom nie trzeba specjalnie objaśniać, kim jest autorka. „Najczęściej idzie o tyrana.” Tu jest mowa o bohaterze. „Najczęściej idzie o tyrana lub uzurpatora, który przemocą i gwałtem chce zdobyć czyjeś prawowite dziedzictwo, a jego prześladowana ofiara, porywana, tropiona, uciekająca podziemnymi korytarzami, błądząca samotnie wśród dzikich borów, znajduje zawsze jakiegoś szlachetnego obrońcę. Przy końcu triumfuje szlachetność i niewinność.
Zbrodnie uzurpatora zostają zdemaskowane i ukarane. Triumf cnót moralnych stanowi na ogół nieodzowny składnik finału powieści gotyckiej, a ich obecność w toku akcji opromienia sentymentalnych bohaterów.” Tyle Maria Janion. I cóż, ty Wiktorze na to? Te klimaty naprawdę ci odpowiadały?
[10:48] - Co znaczy odpowiadały? Wiesz, tutaj autorka powieści, którą dzisiaj będziemy prezentowali, pani Joanna, też w swojej rozmowie mówi o pewnych klimatach, żartując ze znajomych, którzy dziwią się jej, że potrafi wędrować po jakichś ścieżkach cmentarnych, przyglądać się nagrobkom, szukać po prostu klimatów. Tak, bo te klimaty są w gotyckich katedrach. Katedry gotyckie są właśnie-- ja przed audycją mówiłem tobie, że one są skonstruowane przede wszystkim ze szkieletów nośnych belek rozporowych, że tam ścian w ogóle nośnych praktycznie może nie być, że to wszystko jest taki egzoszkielet, nie?
[11:47] - Ja tylko powiem słuchaczom, że Wiktor jak zwykle przesadza. Nie wyobrażam sobie budowli bez ścian nośnych.
[11:54] - Nie, to powinieneś sobie wyobrażać, bo tak są konstruowane katedry gotyckie.
[11:59] - Czyli tradycyjnie każdy zostanie przy swoim zdaniu.
[12:04] - Ściany nośne tam pełnią rolę wypełniaczy i marginalne są zupełnie. To mówiłem o konstrukcji architektonicznej. Natomiast katedry są również zbudowane z klimatu. Wewnętrznego.
[12:21] - O! A tu się z tobą zgodzę. To prawda.
[12:23] - Z tego, co zawierają w sobie. Oczywiście kościoły barokowe czy romańskie mają inne klimaty, mają swoje plusy i minusy, ale żaden z tych kościołów nie potrafi zawierać w sobie tyle cienia, jak zawierają w sobie katedry gotyckie. I teraz, skoro powiedziałem o konstrukcji, to może mówiłeś o tym, co pani Maria Janion na ten temat mówiła o treści, ale ja powinienem zwrócić uwagę wszystkich czytelników, naszych słuchaczy przede wszystkim, że powieść gotycka również jest zbudowana zwykle tak jak katedra. Ma te fundamenty, o których pani Janion wspomniała, jak pani Pełacz będzie dzisiaj mówiła i tak jak pisze. Ma te fundamenty. Natomiast to wszystko jest bardzo precyzyjnie zbudowane, ma wątki. Nie jest to żadne szaleństwo Ellroy'a, po prostu jakieś tam skakanie z grzędy na grzędę i taka ulubiona współczesna literatura, szczególnie męska. Bo tu mam zastrzeżenia do współczesnej literatury męskiej.
[13:59] - Współczesna literatura męska. Ja nie wiem, czy coś takiego istnieje. Natomiast poszczególni przedstawiciele tejże czasami... Nie brnijmy w to. Mamy dzisiaj ciekawsze tematy. Ciekawe jest to, co mówisz, bo nie mogę się z tobą nie zgodzić, co już mnie trochę uwiera dzisiaj, bo utwory zwane gotyckimi to oczywiście są opowieści pełne tajemnic różnego rodzaju. I w toku akcji jest stopniowane napięcie, powoli się wyjaśniają. Ale ciekawostką jest to, że cechą powieści gotyckiej, charakterystyczne dla tych powieści gotyckich jest to, co w utworach, nazwijmy innego rodzaju, jest tylko pewnym czynnikiem drugorzędnym, a czasami nawet nieistotnym. Mianowicie sceneria. Dekoracje są bardzo ważne.
[14:58] - Jeszcze coś, Marek. Użyłeś tego słowa. Otóż w większości literatury, właściwie nawet z kryminałami i sensacyjną, nie jest najważniejszą jedno słowo: tajemnica. A powieść gotycka bez tajemnicy praktycznie nie istnieje. To cała istota, jej urok po prostu polega na tajemniczości.
[15:27] - Okej, ale tej tajemniczości, tej prawdziwej tajemnicy oraz scenerii tajemniczej. To wbrew pozorom dwie rzeczy. Bo znowu, mamy najczęściej jakiś średniowieczny gotycki zamek, jakaś fatalna tajemnica, która okrywa te mury, jakiś klasztor, jakiś samotny dom na pustkowiu. Bo warto wiedzieć, że powieść gotycka wpłynęła chociażby na twórczość takiej autorki jak Emily Brontë. Znowu zawsze mam problem. W każdym razie wszyscy wiedzą, nawet pomimo mojej fatalnej wymowy, to wszyscy wiedzą o jakiej. O „Wichrowych Wzgórzach” w każdym razie wszyscy słyszeli. Zobacz, ile tam jest nastroju, ile tam jest takiej grozy płynącej tylko z tego, że opisywane są konkretne miejsca, konkretne, dzisiaj byśmy powiedzieli bardzo nowocześnie, lokalizacje. Chociaż to jest paskudne jakieś słowo.
[16:37] - Ale zwróć uwagę, jak to mówisz, że jak mówisz o nastrojowości literatury nastrojowej. Jest na morki pełno, dużo. Każda właściwie dobra literatura potrafi być nastrojowa w taki pozytywny lub negatywny sposób. Natomiast jak się ten nastrój skojarzy z tajemniczością, to już nie. To charakteryzuje przede wszystkim literaturę właśnie gotycką.
[17:05] - Tak, ale masz coś takiego. Masz tam te tajemnicze zamki, mroczne zakamarki, przejścia, lochy, zamurowane pomieszczenia, jakieś dzikie lasy.
[17:14] - Odium, romantyzm.
[17:15] - Tak, ale zobacz, bo to jest też ciekawe, bo w niektórych powieściach gotyckich mamy takie elementy jak upiory, wampiry, jakieś złowrogie znaki, krwawe widma i tak dalej. Ale to nie jest warunek, który konieczny jest dla literatury gotyckiej. On może być, nie musi. Natomiast całe te dekoracje, o których mówiłem wcześniej, to jest właściwie element niezbędny. Co więcej, literatura gotycka może zawierać elementy fantastyczne, typu właśnie te wymienione wcześniej, jakieś zjawy, jakieś duchy, ale wcale nie musi. Ja to chyba później powiem, ale tak tylko wspomnę, że czasami jest taka grupa powieści gotyckich, które na końcu wszystkie wydarzenia są wyjaśniane bardzo racjonalnie i to, co wydawało się jakimś odwołaniem do duchów czy do jakiejś innej rzeczywistości, okazuje się jakąś zmyłką, jakimś zwodem, w gruncie rzeczy jakąś złudą, do której ktoś kogoś prowadzi, a w rezultacie cała sytuacja wyjaśniona jest bardzo racjonalnie.
[18:33] - Co wyjaśnia racjonalnie.
[18:35] - Wiesz co, myślę, że ponieważ dzisiaj będziemy mówić o książce pani Joanny Pypłacz „Nierozdzielne”, to najlepszym wstępem będzie przedstawienie kawałka tej prozy, bo wówczas, po pierwsze nam będzie łatwiej rozmawiać, a i nasi słuchacze łatwiej wsiąkną w klimat tej książki.
[19:04] - Niech tylko nie utożsamiają tego fragmentu z literaturą gotycką pełną gębą, gdyż to jest tylko fragment pewnej całości dający przybliżony rzut oka na klimat tej książki. Co by było się spotkać z całością, żeby docenić całość.
[19:31] - Od razu zapowiem, że dzięki wydawnictwu Wideograf, które jest wydawcą tej książki, pozwolimy kilku naszym słuchaczom, żeby tę książkę wygrali w naszym konkursie. Ale o tym za chwilę. Marku, prosimy cię o pierwszy fragment książki pani Joanny Pypłacz.
[19:59] - Joanna Pypłacz „Nierozdzielne”. Wybrane fragmenty. Dopóki śmierć nas nie rozłączy. Prolog. „Pani Marylo, naprawdę nie wiem, co mam pani powiedzieć. Już chciałem wpaść do państwa z wizytą, żeby pani pogratulować, a tu Fabian przyniósł mi tę gazetę. To było rzeczywiście jak grom z jasnego nieba. Tak bardzo, bardzo mi przykro. Serdecznie współczuję, ale i pozwalam sobie pogratulować. Jedna śmierć, dwa życia.
Dwa do jednego. Proszę przyjąć kondolencje i proszę ucałować ode mnie dziewczynki”. Tymi słowami w piątek 21 lutego 1913 roku rodzina, znajomi i sąsiedzi zwracali się do Maryli Zabielskiej, stojącej nad otwartym grobem swego męża Józefa, surowego nauczyciela łaciny i greki w jednej z najlepszych krakowskich szkół. Zginął zupełnie nagle, rażony piorunem na środku ulicy. Nietypowa dla tej pory roku burza zastała go, gdy akurat wracał do domu ze spotkania, na którym zatrzymany został przez kilkoro ambitnych rodziców, zmartwionych niezbyt zadowalającymi cenzurkami swych pociech. „Podobno to się stało w dniu narodzin dziewczynek” – szepnął do swej sąsiadki jakiś tęgi mężczyzna tuż za plecami młodej wdowy. „Dokładnie w chwili, kiedy córka rodziła pierwszą wnuczkę” – odezwała się na to starsza dama w czarnej woalce, Sybille. „To jakiś znak, pani Felicjo, ja pani mówię” – odparł mężczyzna. – „Kto to widział, piorun w lutym”. „Silna będzie” – wtrąciła jego towarzyszka.
„I uparta” – dodała stojąca obok nich kobieta. – „Ja pani mówię, że to znak”. Rozdział pierwszy: Zaklęcie Sybilli. W sobotę 29 lutego 1936 roku o godzinie 6 po południu kościół Świętego Krzyża w Krakowie aż pękał w szwach. Ludzie przepychali się niemiłosiernie w wąskich drzwiach, chcąc za wszelką cenę dostać się do środka i czym prędzej wcisnąć się pomiędzy siedzących już w ławkach szczęśliwców. „Ktoś ukradł afisz. Jak tak można?” – oburzała się niska, korpulentna kobieta, z poirytowaniem spoglądając na przyszpilony do kościelnych drzwi mały skrawek papieru, pozostałość po rzeczonym afiszu. „Rzeczywiście, jak tak można?” – wtórował doniosły głos dobywający się z odmętów stłoczonej ludzkiej masy. Pewnie chciał mieć pamiątkę. Recital Juliana Horodeckiego, jednego z najlepszych wykonawców organowej muzyki Bacha, przyciągnął do niewielkiej gotyckiej świątyni więcej osób niż jakiekolwiek nabożeństwo, wliczając w to także msze odprawione w czasach, gdy miasto dziesiątkowały zarazy.
Grupka dzieci wdarła się nawet na chór. Pewien młody człowiek zaś wtargnął do konfesjonału, gdzie byłby wysłuchał całego występu ukryty niczym w teatralnej loży, gdyby w ostatniej chwili nie wypędził go stamtąd rozgniewany proboszcz. Słynny organista, choć urodzony w Krakowie, bywał tutaj raczej rzadko. Przeważnie na usilne prośby proboszcza oraz rozmaitych wielbicieli jego talentu. Zjawiał się wówczas w piątek z samego rana, zatrzymywał się u krewnego przy ulicy Świętego Marka i wyjeżdżał w niedzielę wieczorem. Większą część życia spędzał w swym domu w Zapomnianej, maleńkiej miejscowości, tak małej, że nie uwzględniono jej nawet na najdokładniejszych mapach. Znajdowała się jednak blisko miasta i autobusem dojechać tam można było nawet w niecałą godzinę, samochodem zaś jeszcze szybciej. Sabina i Sybillia Zabielskie przyszły na recital w towarzystwie swego wujka Marka Płonki. Wielkiego miłośnika muzyki barokowej, podobnie zresztą jak one same. Maryla natomiast, ich matka, pomimo nalegań Sybilli oraz brata, swoim zwyczajem została sama w domu, wymawiając się brzydką pogodą.
Korzystając z chwili samotności, bez reszty pogrążyła się w lekturze Biblii. „Organów posłucham sobie jutro na mszy” – stwierdziła apatycznym głosem, z miejsca ucinając dyskusję. Do kościoła dotarli dość późno. Otoczona przez falujący, sapiący i ugniatający się wzajemnie tłum Sabina chwyciła siostrę za rękę, mocno splatając palce z jej palcami. Od dziecka zagęszczone zbiorowiska ludzkie napawały ją irracjonalnym lękiem. Sybilla powiedziała coś do niej z uśmiechem. „Pardon?” – zapytał wujek Marek. „Mówię jej, że zaraz wejdziemy do środka” – wyjaśniła Sybilla. „Miejmy nadzieję” – westchnął na to wujek Marek. Zapowiedź ta sprawdziła się niebawem.
Pierwsza partia tłumu wcisnęła się do wnętrza kościoła niczym żywy, pulsujący pocisk, po czym natychmiast rozpadła się na pojedyncze elementy, które poczęły nerwowo przeczesywać wzrokiem ławkę po ławce, stallę po stalli w poszukiwaniu ostatnich, przeoczonych przez innych miejsc siedzących. Zaraz po niej do wnętrza wtłoczyła się kolejna, nieco mniejsza ludzka bryła, by już wolniej rozpierzchnąć się po świątyni. Cała trójka, mocno ściśnięta, usiadła w jednym ze środkowych rzędów. Gęsta, niemal narkotyczna woń kadzidła, wzmożona przez wilgoć, drażniła nadwrażliwe spojówki wujka Marka, a spod powiek wydostały mu się dwie strużki łez. Sabina tymczasem z upodobaniem wciągała w nozdrza ów duszny aromat, izolując zeń w myślach poszczególne nuty zapachowe. Równocześnie rozglądała się po surowym, jedynie częściowo zbarokizowanym wnętrzu świątyni, wciąż kurczowo trzymając siostrę za rękę. Proboszcz dał znak dłonią, że pora zamilknąć. Głosy natychmiast ucichły. Jedynie pojedyncze szmery i pokasływania mąciły teraz ciszę zwiastującą rychły początek koncertu. Wujek Marek, który przezornie zdobył w zakrystii jedną z ostatnich kopii repertuaru, położył go na pulpicie przed siedzącą w środku Sybillą.
„Preludium e-moll. Jedno z moich ulubionych” – westchnęła dziewczyna. „I moich” – odparł pan Płonka. „Kochanie, przesuń trochę ten program, żeby Sabina też wiedziała.” „Jak będzie chciała, to się sama upomni” – odcięła się Sybilla z chłodnym, wręcz zniecierpliwionym uśmiechem, który zastąpił poprzedni, pełen czystego, żarliwego zachwytu. Sabina tymczasem błądziła wzrokiem po sieciowych sklepieniach kościoła, z fascynacją podziwiając finezyjne łuki oraz misterne zdobienia. „Sam widzisz, że jest zajęta czym innym” – dodała Sybilla. „Zawsze tak wszystko kontempluje” – stwierdził pan Płonka. „Zupełnie jak wasz ojciec, kiedy jeszcze żył.” „Ciekawy musiał być z niego egzemplarz” – odrzekła Sybilla. „Coś pomiędzy bystrym despotą a poetą marzycielem.” Gdy tylko wypowiedziała ostatnią sylabę, przesycone zapachem kadzidła powietrze przeszył pierwszy akord utworu Bacha. Sabina zamknęła oczy, Sybilla zaś wymieniła uśmiechy z wujkiem.
Pod palcami Juliana Chorodeckiego dramatyczny już sam w sobie utwór brzmiał zupełnie inaczej niż w wykonaniu innych organistów. Groźne, ponure dźwięki krążyły po kamiennych meandrach kościoła niczym duchy, przepełniając umysły słuchaczy metafizyczną trwogą. Wraz z pierwszą nutą następującej po preludium fugi w tej samej tonacji Sabina nagle puściła rękę siostry. Wyrwana z przyjemnego transu Sybilla natychmiast odwróciła głowę, a gdy tylko to uczyniła, na jej gładkim czole pomiędzy delikatnymi, jasnobrązowymi brwiami pojawiło się pionowe wgłębienie. Jedna z tych cech, które po Józefie Zabielskim odziedziczyła wyłącznie ona. Położyła na ławce otwartą dłoń i znów łagodniejąc na twarzy, przyjaźnie się uśmiechnęła do swej bliźniaczki. Po chwili dwie identyczne drobne ręce, jedna prawa, druga lewa, ponownie złączyły się w mocnym uścisku, splatając palce w ciasny węzeł. Sybilla pocałowała siostrę w policzek, jak zwykła to czynić zawsze, gdy ta postępowała zgodnie z jej życzeniem. Nie rozdzieliły się już aż do samego końca recitalu. Przez cały czas jego trwania płynnie przenikające się harmonie, akordy oraz rytmy, niczym zaczarowane pędzle kreśliły w wyobraźni Sabiny krajobrazy i scenerie, częściowo podobne do tych, które widywała na obrazach swych ulubionych malarzy, częściowo inspirowane niedawnymi lekturami, a częściowo i w większości wyimaginowane, będące wytworem wrażliwego umysłu pobudzanego przez dźwięki.
Co pewien czas, przeważnie w przerwach między jednym utworem a drugim, wyobrażała sobie, jak mogły wyglądać poruszające się po klawiszach dłonie artysty. Jakie mogły być? Duże, małe, szerokie, wąskie, pulchne, a może krzywe? Odruchowo spojrzała na swoje własne ręce. Wydały jej się obce, groteskowo wybrakowane. Wciąż nie zdołała przezwyciężyć słabości czwartego palca lewej ręki. Na pocieszenie pomyślała o swej siostrze, która zmagała się z tym samym problemem. Jednakże, w przeciwieństwie do niej samej, Sybilla umiała sprytnie ukryć ów defekt. Ilekroć natrafiała w trakcie ćwiczeń na zdradliwy pasaż, kamuflowała go za pomocą wymownego rubato albo też spieszyła, czasem przesadnie, byle tylko za wszelką cenę zatuszować wstydliwą niedoskonałość. Szczególnie zdarzało jej się to przy Mozarcie, gdyż zwodnicza prostota jego kompozycji obnażała wszelkie mankamenty techniki.
Sabina uśmiechnęła się do siebie, uświadamiając sobie wagę dokonanego właśnie odkrycia. Poznała kolejną drobną słabostkę Sybilli. Wreszcie, po tak długim czasie dowiedziała się czegoś o tej drugiej, tak bardzo do niej podobnej, a sprawującej nad nią niepodzielną władzę istocie. Był to zaledwie drugi taki przebłysk w całym jej życiu. Pierwszy miał miejsce dawno, dawno temu, w zamierzchłym dzieciństwie, kiedy ów jeden jedyny raz zauważyła w oczach bliźniaczki wyraźną nutę niepewności. Stało się to właśnie w czasie gry na fortepianie podczas niedzielnego obiadu w rodzinnym gronie. W pewnej chwili Sybilli poślizgnął się mały palec, dotkliwie naruszając integralność pasażu jednej z sonat Haydna. To właśnie tamtego popołudnia, być może z zemsty za własne niepowodzenie, a być może zgodnie z tajemnym, ukartowanym wcześniej planem, wyszeptała siostrze do ucha dwa wyrazy. Tak krótkie, że dla obu wystarczył jeden zwyczajny oddech, a zarazem potężne niczym starożytna wyrocznia. Zdołały się one wgryźć w mózg Sabiny jak rozżarzona do czerwoności żelazna pieczęć, by wycisnąć na nim trwałe, nieusuwalne piętno.
Nikt poza kuzynem Eligiuszem nie usłyszał owych słów. On jednak nawet ich nie rozumiał, gdyż Sybilla wypowiedziała je w sekretnym języku, który stworzyły wspólnie, nim jeszcze nauczyły się normalnie mówić. Między sobą porozumiewały się wyłącznie za jego pomocą. Podczas gdy Sybilla swobodnie konwersowała z całym otoczeniem, Sabina nie rozmawiała z nikim oprócz niej. Czasem, ku wielkiemu zdumieniu wszystkich dookoła, widywano panny Zabielskie żywo dyskutujące, a nawet kłócące się. O wiele częściej jednakże Sybilla klarowała coś siostrze autorytarnym tonem bądź udzielała krótkich, ostrych reprymend. Sabina przyjmowała je z uroczystą powagą. Podobnie zresztą jak następujące po nich pocałunki w czoło oraz gładzenie po twarzy i włosach. Tak się działo, odkąd sięgała pamięcią. Pomimo że wszystko doskonale rozumiała, a także potrafiła ciekawie pisać po polsku, porozumiewała się jedynie za pośrednictwem gestów.
Jednak i one były mocno stłumione, jak u zakonnic klauzurowych, które bojąc się złamać złożone śluby milczenia, ograniczają wszelkie inne środki komunikacji mogące doprowadzić do mimowolnego pogwałcenia przysięgi. Jakiekolwiek próby nawiązania z nią kontaktu podejmowane przez osoby obce lub prawie obce napotykały niewidoczny mur milczącego oporu. Niczym budynek klasztorny oddzielał on Sabinę od świata zewnętrznego. Dla Sybilli natomiast owa bariera nie stanowiła żadnej przeszkody. Kiedy tylko zechciała, wkraczała na swój prywatny, tak zazdrośnie strzeżony przed innymi teren, zarządzając nim wedle własnego uznania. Recital Juliana Chorodeckiego dobiegł końca. Występ wywołał długą owację na stojąco. Sabina odwróciła głowę i spojrzała w stronę chóru z nadzieją, że gdy legendarny organista odstanie od instrumentu, udaje się go wreszcie zobaczyć. Ciekawa byłam wyglądu człowieka, który za pomocą dźwięków potrafił malować w wyobraźni słuchaczy tak niezwykłe scenerie. Jedne urokliwe i idylliczne, inne zaś przepojone metafizyczną grozą.
Niestety upragniony moment nie nadszedł. Tłum zaczął się wylewać z kościoła niczym strumień gęstej, bulgoczącej lawy. Przez otwarte drzwi do wnętrza wtargnął zimny, wilgotnawy podmuch wiatru. Sabina wyczuła w nim charakterystyczny zapach mokrej ziemi, z której lada moment zaczną kiełkować pierwsze delikatne listki. Nieśmiałe zwiastuny weselszej pory roku. Uśmiechnęła się do siebie. Po chwili jednak znów poczuła lęk, gdy wraz z siostrą i wujkiem Markiem ponownie znalazła się wśród stłoczonych, napierających na siebie ludzi. Tym razem Sybilla pierwsza złapała ją za rękę. „Dobrze, że pan Chorodecki siedzi na chórze, bo inaczej jego pewnie też by stratowali” — zauważył pan Płonka, przeciskając się przez tłum. Gdy wreszcie wydostali się na zewnątrz, Sabinie mocno kręciło się w głowie.
Teatr Słowackiego wraz z przylegającym doń zubażałym klombem oraz autobusami zaparkowanymi na Placu Świętego Ducha dryfowały jej przed oczyma na podobieństwo halucynacji. Słabość opuściła ją dopiero po pewnym czasie, kiedy tłum zaczął się rozpraszać. Cała trójka stała naprzeciwko kościoła, wciąż lekko oszołomiona utworami Bacha oraz dramatyczną- Grą Horodeckiego. Nagle Sabina poczuła, że chłód wgryza jej się w palce. Włożywszy rękę do kieszeni odkryła, iż nie ma w niej rękawiczek. Po krótkiej chwili przypomniała sobie, jak na samym początku recitalu położyła je na klęczniku tuż obok torebki. Usprawiedliwiła się więc pokrótce przed siostrą, a następnie wróciła do kościoła. „Dokąd ona idzie?” — zapytał Marek. „Jak zwykle zgubiła rękawiczki” — odparła Sybilla z pobłażliwym uśmiechem. „Wiem, że się pewnie na mnie pogniewasz” — uprzedził.
„Ale sądzę, że powinienem ci to powiedzieć”. Sybilla się uśmiechnęła. „Zależy, co to takiego” — oznajmiła spokojnym, trochę flegmatycznym tonem. „Robisz swojej siostrze okropną krzywdę” — zauważył, upewniając się, że Sabiny już nie ma w pobliżu. Sybilla znów się uśmiechnęła, marszcząc czoło w wyrazie silnego zdziwienia, tak jakby usłyszała wyjątkową niedorzeczność. „Musisz przestać używać tego waszego języka i zacząć z nią rozmawiać po polsku” — dokończył. Na te słowa Sybilla natychmiast spoważniała. W ciągu niemożliwego do zarejestrowania wzrokiem ułamka sekundy jej rysy ściągnęły się i wyostrzyły w taki sposób, że po plecach starszego pana przebiegł lodowaty dreszcz. Otworzył usta, by coś powiedzieć. Powstrzymało go jednak intensywne spojrzenie dziewczyny.
Tak srogie, jak gdyby z jej źrenic wydostały się dwie widmowe ręce o żelaznych palcach, a następnie mocno zakleszczyły mu się wokół gardła.
[38:36] - No, Wiktorze?
[38:37] - No.
[38:37] - I jak?
[38:39] - No jak?
[38:40] - Gotycko było?
[38:41] - Nie wiem. Mnie osobiście tego typu literatura ani grzeje, ani nie ziębi, ale jeżeli nie uwiera, w każdym bądź razie lubię tego słuchać.
[38:54] - Świetnie się słucha.
[38:56] - Nie wiem, czy kupowałbym takie książki.
[39:01] - Ja bym kupował.
[39:03] - Osobiście po prostu, bo ja mam takie zainteresowania Bóg wie jakie. Natomiast rzeczywiście z przyjemnością. A dlaczego? Dlatego, bo ten język jest jasny, klarowny. Tak samo zresztą jak później autorka będzie przemawiać do nas, mówi też jasno, prosto i tak dalej. Te obrazy, które są psychologicznie, emocjonalnie wiarygodne. Ten świat jest po prostu taki, że w nim funkcjonujesz tak, jakby on rzeczywiście istniał.
[39:46] - Wiesz co, ja wrócę do pewnej myśli, którą starałem się chyba nieudolnie przekazać przed fragmentem, którego przed chwilą słuchaliśmy. Otóż opowieści gotyckiej, powiedziałem kiedyś, kiedy przeglądałem białą serię Wydawnictwa Literackiego, to z jednej strony szukałem tam fantastyki i nie zawsze ją znajdowałem, bo te książki niby były fantastyczne, a czasami nie były. Ja wtedy powiedziałem, że ja wtedy tego nie rozumiałem, bo nie wiedziałem, a w każdym razie nawet nie podejrzewałem, czym jest powieść gotycka. Tymczasem jak sobie człowiek głębiej poszpera, to dowie się, że owszem, powieść gotycka czasami dotyka jakichś elementów fantastycznych, takich, o których mówiliśmy wcześniej. Gdzieś tam te elementy fantastyczne się pojawiają. Są one bardzo często składnikami powieści gotyckiej, ale nie są takim elementem niezbędnym, takim dzisiaj byśmy powiedzieli konstytutywnym dla powieści gotyckiej. One tam mogą być, ale nie są konieczne, bo bardzo często mamy do czynienia z powieścią gotycką, gdzie pojawia się coś, co nazwijmy pozorną fantastyką. Taką fantastyką, o której my myślimy, że rzeczywiście jest, dotykamy innego świata, a tu pod koniec powieści okazuje się, że te duchy czy też jakieś tam zjawy to byli jacyś przebierańcy albo twory wyobraźni głównego bohatera, czy też bohaterów pobocznych. I nagle jest bardzo racjonalnie, chociaż przez cały czas było gotycko. Warto o tym pamiętać, żeby nie mylić tych dwóch pojęć, że jak ktoś powie powieść gotycka, to nie zawsze musi oznaczać, że zaraz tam nam jakieś całe stada duchów wyskoczą albo jakichś innych upiorów czy zjaw.
[41:48] - Może ich nie być.
[41:49] - Może ich w ogóle nie być. Warto o tym pamiętać. Co więcej, jak się bardzo czasami próbuje rozszerzyć granice gatunku, to warto pamiętać, że taka autorka jak Mary Shelley od „Frankensteina, nowego Prometeusza” też inspirowała się powieścią gotycką. Dzisiaj trwają spory na gruncie literatury, czy ona była, czy to jest powieść gotycka, czy nie. Bo rzeczywiście we „Frankensteinie” jest sporo takich elementów niegotyckich, ale ten nastrój tam się pojawia.
[42:28] - Marku, przede wszystkim kiedyś się tak pisało. I właściwie w tamtym czasie pewna gałąź literatury poza kupletami, że tak powiem, dla ludu była właśnie taka nastrojowa, nostalgiczna. Tajemnica jakaś ezoteryczna. Tak było i chwała Bogu, że trochę z tego zostało do dzisiaj, gdyż tak jak powiedziałem, dobra powieść bez kręgosłupa, który posiadają powieści gotyckie nie może istnieć. A one posiadają, w przeciwieństwie do dużego odłamu literatury współczesnej, która kręgosłupa nie posiada. Czy tego gotyckiego egzoszkieletu, jak wspomniałem.
[43:27] - Gotycki egzoszkielet. Powiem, że to śmiała konstrukcja. W każdym razie ja chciałbym powiedzieć o książce, o której dzisiaj będziemy rozmawiać. Warto zauważyć... A nie, bo właściwie jeszcze nie było rozmowy z panią Joanną, tę uwagę sobie zostawię na później. Co ciekawe, właściwie zastanawiam się, dlaczego byłem taki krótkowzroczny. Nigdy jakoś nie kojarzyłem Krakowa z powieścią gotycką, a tymczasem to jest miasto, które się świetnie na dekoracje do powieści gotyckiej nadaje. Zastanawiam się, ile jeszcze takich rzeczy, których się nie domyślam, jest w mojej głowie. Bo właściwie oczywiste, że to miasto wcześniej czy później należałoby uczynić.
[44:26] - Bydgoszczy nie nadaje do niczego, dlatego my zwykle piszemy science fiction w Bydgoszczy.
[44:32] - Tak myślisz? Tak myślisz, że tak jest?
[44:34] - A Kraków jednak ma walory własne, że tak powiem. Nie trzeba ich tworzyć na nowo.
[44:42] - Bohaterka dzisiejszej audycji, pani Joanna Pypłacz, jest mieszkanką Krakowa i tak mi przyszło do głowy, że inny mieszkaniec Krakowa, a mianowicie Paweł Majka, pisarz, którego nasi słuchacze chyba kojarzą, całkiem niedawno, w czasie jednego z wykładów na Opolconie powiedział też bardzo ciekawą rzecz, że dla literatury fantastycznej opowieść ludowa, czyli w gruncie rzeczy to, z czego bardzo często opowieść gotycka czerpie, jest bardzo ważna. Co on zasugerował? Rzecz, która znowu, tak jak z tym Krakowem, mnie wydawała się wcześniej dosyć wątpliwa. A mianowicie zasugerował, że jak ktoś chce pisać zgrabne, fantastyczne kawałki, to powinien czym prędzej zapoznać się z dorobkiem Oskara Kolberga. Ja nie wiem, czy wiesz, ten człowiek zajmujący się folklorem, ludową twórczością. Ukazały się jego dzieła wszystkie, blisko 100 tomów się ukazało i mnie się to wydawało zawsze przeraźliwie nudne. Bo jakieś przyśpiewki, grania, przypowiastki, wierszyki i tak dalej. Wydawało mi się to wszystko przeraźliwie nudne. A Paweł Majka wie, co mówi, bo jego wykształcenie go do tego upoważnia. Powiedział, że to jest nieprzebrane.
Mówię o tych tomach Oskara Kolberga. Jest to nieprzebrane źródło inspiracji dla ludzi zajmujących się opowieściami fantastycznymi. Tam tych elementów legendy, elementów jakiejś klechdy, podania jest bardzo dużo. I z tego sobie każdy autor, już nie mówię, że ukula jakąś historię, ale zainspirować się jest bardzo łatwo.
[46:47] - Zgadza się.
[46:48] - Co by nie powiedzieć, Kraków rządzi.
[46:52] - Jak by nie było, Galowie go założyli, zanim sobie poleźli nad Sekwanę, więc po prostu musiał się tam gotyk odbić jakoś.
[47:02] - Nic mi nie jest wiadome na ten temat. To możesz przy okazji rozwinąć ten temat o Galach w Krakowie.
[47:10] - Nie w Krakowie, tylko w mieście, które zostało przez nich założone.
[47:15] - Tak?
[47:15] - Tak.
[47:16] - Pierwsze słyszę. Wróćmy do powieści „Nierozdzielne”. Warto by ją jakoś przybliżyć. Oczywiście nie spoilerując, bo tego by nam chyba nasi słuchacze nie wybaczyli. Zresztą opowiadanie książek to już jest poważne przestępstwo, a opowiadanie książek gotyckich to już jest zbrodnia właściwie, bo czy da się opowiedzieć nastrój? Nie za bardzo.
[47:45] - Niekoniecznie. W ogóle.
[47:48] - Znaczy mamy sytuację wyjściową taką: mamy dwie bliźniaczki, Sybillę i Sabinę. I te dwie siostry łączy bardzo silna relacja, więź, ale więź taka oparta na, jak to jest w zapowiedzi do książki powiedziane, na dominacji, na podporządkowaniu. A ciekawostką jest to, że siostry porozumiewają się za pomocą języka, którego nikt inny nie rozumie. Języka, który należy tylko do nich. One sobie wytworzyły taki system porozumiewania się. No cóż, te dwie siostry są zupełnie inne. Różnią się między sobą. Jedna skryta, chorobliwie nieśmiała to Sabina. I zależy od tej drugiej, ale w pewnym momencie zaczyna się uniezależniać. I to jest To jest bardzo ważny moment w książce.
Już chyba więcej nie możemy powiedzieć. Mam taki pomysł. Będzie dobrze chyba, kiedy nasi słuchacze, a my sobie to przypomnimy, wysłuchają rozmowy z panią Joanną.
[49:15] - Ja bardzo chętnie, z paru powodów, które wyłuszczę dopiero po tym, co mi pani powie.
[49:21] - Okej. W takim razie Marku, prosimy o odtworzenie rozmowy z panią Joanną Pypłacz.
[49:29] - Dzień dobry państwu. Jest mi bardzo miło gościć tutaj na antenie. Nazywam się Joanna Pypłacz. Jestem pisarką, ale też literaturoznawcą, więc literatura zajmuje większość mojego życia. Poza fotografią, innymi zainteresowaniami, muzyką, żyję praktycznie literaturą i dla literatury. Urodziłam się w Krakowie 14 listopada 1982 roku. Z zawodu jestem filologiem klasycznym. Do napisania powieści przymierzałam się od najmłodszych lat, ale bez doświadczenia życiowego, bez wyrobionego warsztatu nie sposób stworzyć dobre dzieło literackie. Moja pierwsza powieść pod tytułem „August Nacht”, z którą być może część z państwa się zetknęła, być może jeszcze się zetknie, powstawała etapami. Samą postać Augusta wymyśliłam jeszcze jako nastolatka w liceum, ale żywot tego człowieka, pogłębioną konstrukcję psychologiczną i środowisko, w jakim ten bohater funkcjonuje, nabierały kształtów stopniowo.
Także im dłużej żyję, obserwuję ludzi, analizuję mechanizmy powodujące naszym działaniem, tym łatwiej i płynniej przychodzi mi pisanie kolejnych powieści i tym naturalniej przychodzą pomysły. Jeżeli chodzi o problemy, radości i zagadki literackiego świata, nie jestem autorem mainstreamowym, nie jestem top of the top, takim pisarzem, którego już samo brzmienie nazwiska wiadomo, o co chodzi. Można ciurkiem wymieniać tytuły. Trochę się przez ten szklany sufit trzeba przebijać. Trzeba się trochę reklamować. Pomaga w tym oczywiście wydawca. Pomagają w tym też media społecznościowe, spotkania z czytelnikami, różnymi kanałami się próbuję jakoś przebić. Jeżeli chodzi o problemy, to jest to właśnie problem niebycia mainstreamem, żeby do jak największej ilości ludzi dotrzeć i też żeby jak największą liczbę ludzi przyciągnąć do tego, co robię, bo różnie to bywa, zwłaszcza z czymś takim jak powieść gotycka. Reakcje bywają skrajne. Od uprzedzeń typu: „A, bo to na pewno jakieś satanistyczne” i tak dalej, po takie myślenie: „A, XIX wiek, XVIII, nudy, po prostu nie będę tego czytać”.
Są ludzie, którzy wiedzą, o co chodzi, ale to jest naprawdę garstka. Jeżeli chodzi o gatunek, który mi odpowiada, którym się zajmuję, który sobą reprezentuję, swoją twórczością, trochę trzeba się napocić, żeby te książki promować i żeby one do ludzi dotarły, żeby przekonać do nich czytelników, którzy zazwyczaj jak to już wezmą do ręki, to są przekonani, tylko muszą się z tym zapoznać. Dlaczego się zainteresowałam taką, a nie inną tematyką? Zainteresowania mroczne , cmentarne, ponure, nie najweselsze wykazywałam od najmłodszych lat. Pamiętam, jak moja ukochana pani od fortepianu, która już niestety nie żyje, chodziłam na prywatne lekcje do niej, zawsze mi dawała utwory cięższe trochę, smutniejsze, dostojne. Mnie to bardziej odpowiadało i taki miałam repertuar na pianinie. Książki tak samo. Z tatą czytałam powieści typu „Great Expectations”, które też do najweselszych nie należą. Zawsze mnie ten mrok pociągał. Na studiach studiowałam filologię klasyczną i pasjonowałam się, dalej się pasjonuję literaturą starożytną.
Przygotowywałam najpierw magisterkę, potem doktorat, potem habilitację. Za każdym razem sobie wybierałam autorów typu Ajschylos, Seneka, Lukan, u których tego mroku jest dużo i tej grozy jest dużo, ciemnej strony natury ludzkiej. Mnie to fascynuje. Lubię to analizować, lubię to oglądać, badać. Trochę naukowo do tego podchodzę. To jest taki trochę potwór pod łóżkiem. Siedzi w każdym z nas i chciałabym wiedzieć, co akurat we mnie siedzi, w innych ludziach. Co się kryje pod maską uładzonego, normalnego człowieka. W każdym z nas siedzi takie coś. To jest naprawdę fascynujący temat.
Trochę jak anatomia. Lekarz się interesuje rzadkimi chorobami czy chirurgią. Kryminolog się interesuje motywami zbrodni. To już blisko pisarza, bardzo blisko. Ja się interesuję trochę anatomią różnych dziwnych zakątków ludzkiej duszy. Czy wydarzenia, które opisuję i które są od nas oddzielone o kilkadziesiąt lat, czy przygotowywałam się do napisania książki i skąd tak dobrze znam szczegóły? Czy to bardziej lektury, czy przesiadywanie w bibliotece, czy też długie rozmowy z ludźmi? Wszystko naraz. Kwerendy przed napisaniem książki retro to jest oczywistość oczywistości. Trzeba się przygotować.
Żadna wiedza, zwłaszcza o starym Krakowie czy o dawnych różnych obyczajach, zwłaszcza z kultury materialnej, nie przychodzą same. Trzeba się dowiedzieć, jak ten dawny świat wyglądał. Część realiów, jeżeli chodzi o przygotowania ogólne, to część realiów znałam z opowieści moich już nieżyjących niestety bliskich, bo teraz by już mieli ponad setkę. Byli to ludzie, którzy spędzili młodość w latach 30., 40. Ich rodzice jeszcze byli urodzeni w XIX wieku, więc też liznęli tego XIX wieku. Miałam okazję trochę powąchiować tę epokę dzięki nim, dzięki wspólnemu oglądaniu starych albumów, zdjęć, jakichś listów, historiom rodzinnym, historiom o przyjaciołach, różnym szalonym opowieściom sprzed wojny. Dużo słuchałam muzyki przedwojennej. Mnie to w ogóle interesuje ta tematyka, w ogóle muzyka i klasyczna, i nowoczesna, ale właśnie te klimaty retro. Jeżeli chodzi o kwerendy biblioteczne, to czasem się takie żmudne nasiadówki zdarzały i telefony do archiwum, telefony gdzieś tam znowu, gdzie coś stało, gdzie coś się mieściło. Męczenie ludzi okropne, wertowanie papierzysk, książek różnych.
Ale to też ma swój urok. To jest fajne, bo się zawsze człowiek czegoś ciekawego dowie. Ale poza kwerendami, takimi już klasycznymi kwerendami, poza rozmowami z ludźmi, poza oczywiście podróżami, które kocham, są też spacery. Zwykłe, normalne, rutynowe spacery, zwiedzanie zabytkowych kamienic, robienie zdjęć na użytek opisów, rozmowy. Kopalnią wiedzy są cmentarze. Czasem mnie ludzie pytają, po co ty tak po tych cmentarzach chodzisz? Oszalałaś? Masz myśli samobójcze? Nie, ja chodzę po cmentarzach częściowo dla uroku, dla klimatu. Tak jak Caspar David Friedrich, Graveyard Poets i to całe towarzystwo.
Też częściowo z powodu gotyku, który we mnie bardzo głęboko siedzi, ale też częściowo ze względów kwerendowych. Bardzo wiele nazwisk pochodzi właśnie z ciekawych różnych notek biograficznych. Nawet zdarzają się medaliony. Jakaś interesująca twarz, rzeźba. Różne rzeczy w moich powieściach, różne elementy pochodzą z tych cmentarnych spacerów, więc nie jest to tak do końca czysto emocjonalno-nostalgiczne, tylko czasem się zdarza notować i zwykle biorę sobie coś do pisania. Teraz już nie, bo mam nowszy telefon to fotografuję, jak coś mi wpadnie, jakiś napis czy coś w oko. Ale dawniej chodziłam z notesem. Czy wykorzystałam w swojej książce jakieś wątki, prawdziwe historie? W jakim stopniu? Jeżeli chodzi akurat o „Nierozdzielne”, o których tutaj jest mowa, to pewnego stopnia fabuła powieści jest zainspirowana historią życia tak zwanych Silent Twins, czyli June Gibbons i Jennifer Gibbons.
To były siostry urodzone w Wielkiej Brytanii. Jennifer już niestety nie żyje. Zmarła w 1993 roku. Te siostry, podobnie jak moje bohaterki, komunikowały się w wymyślonym przez siebie języku i pewne wątki biograficzne, nie będę robić spoilera, więc nie zdradzam tej biografii tych sióstr. Część wydarzeń z ich życia się pokrywa, ale w niewielkim stopniu. To jest bardziej inspiracja. Przypadkowo zupełnie na tę historię natrafiłam, ale mnie zafascynowała, bo to jest dziwna w ogóle historia. Dziwna, fascynująca, przerażająca momentami, bo tam już się nawet o przestępczość ocierała, różne dramaty rodzinne, ale właśnie dobra na powieść. Więc jak o tym przeczytałam przypadkowo zupełnie artykuł, to stwierdziłam, to jest fajny materiał na powieść. I później od tego do kolejnych koncepcji, które się rozwijały w mojej głowie, powoli już się zaczęłam przymierzać do pisania powieści.
Jeżeli chodzi o inne rysy, charaktery ludzi, nie mówię już o tych ekstremalnych takich rzeczach typu afazja u bliźniaków i tak dalej, tylko o obsesjach kontroli, o konflikcie etyki z namiętnościami ludzkimi, etyki zawodowej i życia osobistego. To są takie rzeczy wzięte trochę z rzeczywistości, z różnych historii, zasłyszane, trochę doświadczone. Więc wiadomo, jak w przypadku każdej powieści pisanej przez człowieka, który już trochę na tym świecie istnieje i trochę widział, i trochę słyszał, i trochę czytał. Jest tu dużo fikcji oczywiście, bo dzieło jest fikcyjne, ale ta fikcja jest zakorzeniona w rzeczywistości. I to nie tylko jeżeli chodzi o jakieś fakty, które ją zainspirowały bezpośrednio, trzon fabularny, tylko właśnie takie rysy psychologiczne. Gdybym miała polecić powieść, zareklamować czytelnikom, to jakich argumentów bym użyła? Przede wszystkim zareklamowałabym tę powieść nie jako typową powieść gotycką, bo to by była antyreklama, zważywszy wiedzę na temat gotyku i różne uprzedzenia. Zareklamowałabym ją jako połączenie powieści klasycznej, powieści obyczajowej i trochę z elementami ghost story, osadzoną w klimatach przedwojennego Krakowa, jako powieść retro. Książkę o skomplikowanych relacjach rodzinnych, zależnościach międzyludzkich, o wielkich namiętnościach, o niemożności pogodzenia się z naturalnymi kolejnościami losu. Myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Fani grozy – grozę. Fani klimatów retro – Kraków lat 30. ubiegłego stulecia. Fani obyczaju – powieść obyczajową z krwi i kości. Więc jest to książka skierowana do szerszego kręgu odbiorców, a nie dla jakiejś jednej określonej grupy. Jakie mam plany literackie? Jakie następne książki piszę? Piszę coś drugiego, również retro. Oczywiście mamy tu wiele płaszczyzn czasowych. Właśnie skończyłam pierwszy tom tej książki.
Zobaczymy, czy zostanie przyjęta, czy nie. Życie pokaże. Różnie bywa. W każdym razie w tych samych klimatach, tylko że oczywiście inna tematyka. Inni bohaterowie są, to się nie łączy z moimi poprzednimi powieściami. Planuję napisać trzyczęściową, można powiedzieć, sagę. Równolegle piszę sobie coś na boku, bardzo osobistego. To już jest osadzone— ucieszą się moi czytelnicy pewnie, którzy mnie męczyli o powieść współczesną, bo jest to osadzone zupełnie współcześnie i mocno zakorzenione w rzeczywistości, chociaż oczywiście mamy tutaj elementy fikcyjne. Na razie się pisze, część się poprawia, część w toku, więc plany jak najbardziej są wcielane w życie, tylko stopniowo, a wcale coś mnie od tego odrywa. Podobno autor to głównie wyobraźnia, ciężka praca i odrobina czegoś, co popularnie nazywa się weną.
A czy coś jeszcze? Oczywiście, że lektury. Takich książek jest bardzo dużo. Bardzo dużo nawet. Nie sposób tego wszystkiego wymienić, osobną audycję moglibyśmy o tym robić, o tym, co czytałam i jeszcze by było nie dość czasu. Wspomnę tylko o takich może paru najważniejszych książkach, dzięki którym odkryłam swoje pisarskie powołanie, a także które znacząco wpłynęły na krystalizowanie się moich gustów i upodobań. Przede wszystkim do tych takich najbardziej zasłużonych dla mnie i dla mojego warsztatu autorów należą pisarze starożytni oczywiście Seneka Młodszy, Lukan, tragik grejski, a z nowożytnych Shakespeare oczywiście. Anne Radcliffe z tych mniej w Polsce znanych, z bardziej znanych Edgar Allan Poe, Charles Dickens, Emma James. Z Polaków Stefan Grabiński, Gustaw Herling-Grudziński, Flaubert z Francuzów i Eco z Włochów. „Imię róży” wywarło na mnie ogromne wrażenie.
Tak samo opowiadania Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Uważam, że to jest jeden z geniuszy polskiej literatury, niestety trochę zakurzonych, zapomnianych. Miejmy nadzieję, że ta złapana się odwróci, bo naprawdę to jest niesamowity autor i dużo mu zawdzięczam. I nie tylko jeżeli chodzi właśnie o grozę, bo uważam, że jest bardzo gotycki, ale też o styl. Piękną polszczyznę. Uczyłam się na tym. Nie wiem, swojego stylu nie oceniam, ale na nim się uczyłam i starałam się jak najwięcej z warsztatu tego wspaniałego artysty wyciągnąć. Myślę, że to tyle. Bardzo dziękuję za uwagę i serdecznie pozdrawiam.
[01:03:53] - Przed rozmową Wiktorze zdradziłeś, że będziesz miał dużo do powiedzenia. To słucham cię.
[01:03:59] - Troszeczkę żartuję. Natomiast ja muszę ci powiedzieć, że ja dawno. To znaczy nie tak wcale dawno, bo parę audycji temu też z taką samą prawie dziką radością słuchałem innej autorki. Zresztą nomen omen o podobnym imieniu.
[01:04:17] - Takim samym nawet imieniu.
[01:04:18] - Takim samym. Tak.
[01:04:19] - A wydawnictwo nawet to samo.
[01:04:21] - Tak? No widzisz, pani Joanny Jakś. Tak. Otóż z taką samą, wręcz dziką radością słuchałem teraz wypowiedzi pani Joanny Pepłas. Dlaczego? Dlatego, gdyż Marku, ja się poczułem znowuż młody. Jak młody Bóg normalnie. Ta pani mi uświadomiła, że istnieją książki, o których ja już dawno zapomniałem. Jakiś Seneka, jakiś Herling-Grudziński. Nie wiem.
Mnóstwo takich rzeczy. To wszystko ja czytałem, ale to było strasznie dawno temu.
[01:05:07] - Co więcej, pani Joanna uświadomiła— ja sobie uświadomiłem dzięki pani Joannie, że my produkowaliśmy 50 audycji. To jest 51. A nie wpadliśmy na pomysł i to jest, uważam, na minus dla nas. Nie wpadliśmy na pomysł, żeby porozmawiać o książce Herlinga-Grudzińskiego.
[01:05:34] - Wpadliśmy.
[01:05:35] - No teraz właśnie tak, dzięki pani Joannie wpadliśmy na ten pomysł, bo to prawda. Zobacz, kiedy pani Joanna mówi o tym, że bardzo wiele zawdzięcza, jeśli chodzi o styl, jeśli chodzi o sposób pisania, to ja sobie właśnie tak jak ty powiedziałeś, uświadomiłem, że tak właśnie jest, że język, którym posługuje się Herling-Grudziński, to jest język, który jest— nie wiem, czy powinien być językiem wzorcowym dla ludzi, którzy chcieliby pisać. Wzorcowym, to znaczy takim, od którego startujemy, bo oczywiście możemy go później zmienić, ale dobrze jest mieć ten punkt startowy. No cóż, bijemy się w pierś i pewno do książki, do którejś z książek, bo tu będzie trzeba dokonać wyboru. Do którejś z książek Herlinga-Grudzińskiego trzeba będzie po prostu wrócić. Trzeba się będzie nad którąś z nich pochylić.
[01:06:30] - No widzisz, to akurat jest z tego, który już jest w tym momencie, Marku, załatwiony i będziemy to ciągnęli. Natomiast ja jak słuchałem pani Joanny, to chwytałem się za głowę, bo otóż ja zrozumiałem, że zapomniałem, co czytałem. No bo już nie pamiętam. To są dawne czasy. Natomiast wszystko, co pani Joanna Pepłas normalnie czytała, na czym się, że tak powiem, wychowywała, to było również moje podglebie, z którego sobie wyrastałem. Seneka jakiś. O Boże, w tym jak Gdzie to jest? Co to jest?
[01:07:12] - To dzisiaj o Senece słyszał.
[01:07:13] - To już dzisiaj to nie pamiętam, ledwo pamiętam.
[01:07:16] - Poza specjalistami. A to właśnie błąd. Bo zobacz, kiedy miałem okazję na targach w Krakowie, notabene znowu się pojawia Kraków, rozmawiać z panem Markiem Krajewskim. Też z wykształcenia człowiek, który zajmuje się literaturą klasyczną zawodowo. Dzisiaj się zajmuje pisaniem literatury popularnej. Ale mówię o tym człowieku, który ma opanowaną łacinę w takim stopniu, że może sobie dzieła starożytnych czytać w oryginale. I w czasie rozmowy z nim usłyszałem, że dla rozrywki, a właściwie dla wypoczynku, pan Marek takie właśnie dzieła czytuje w oryginale. Pomyśl sobie, jaka przepaść dzieli wielu ludzi, którzy nawet w tłumaczeniu tego rodzaju dzieł nie czytają. A przecież warto.
[01:08:20] - Wiesz Marku, ja dla rozrywki bardzo chętnie zaglądam w „Summę technologii” Stanisława Lema. Dla rozrywki.
[01:08:28] - W oryginale.
[01:08:29] - W oryginale również. Natomiast jeszcze jak słuchałem pani Joanny dzisiaj, to nie wiem, czy ja w tych audycjach wychyliłem się z takim światopoglądem, czy się nie wychyliłem à propos tej naszej cywilizacji damsko-męskiej. Mówiłem coś, Marku, czy nie mówiłem?
[01:08:51] - Ty nieustannie mówisz o tym.
[01:08:52] - Mówię. Dobrze, ale w każdym razie powiem coś na poparcie tego, co żeśmy usłyszeli. Otóż zwróćcie uwagę, moi drodzy słuchacze, że żyjemy w straszliwie ważnym momencie historii. Zdarza się to po raz drugi. Nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W międzyczasie się Chrystus urodził.
[01:09:21] - Napięcie rośnie, Wiktorze.
[01:09:22] - Został ukrzyżowany.
[01:09:23] - Ciągnij, ciągnij.
[01:09:27] - Zdarzenie, które się dzieje w tej chwili, pod koniec XX wieku się zaczęło, a właściwie w tej chwili się rozwija, jest wiekopomnym zdarzeniem. Według mnie oczywiście. Otóż chciałem zwrócić uwagę wam, że człowiek pewien stopień rozwoju cywilizacyjnego przeskoczył. To była niesamowita wyrzutnia, kiedy zaczął się posługiwać po pierwsze ogniem, po drugie ogródkę ciepłą. Ale po trzecie, kiedy zasiadł na roli, zaczął siać i zbierać, co się stało? Połowa tej ludzkości została uwolniona od nieustannego ścigania zwierza, polowania, dbania o żarcie. Żarcie leżało w spichlerzach. Kim była ta połowa ludzkości? Ta połowa ludzkości to byli myśliwi, przede wszystkim mężczyźni. Na tej rewolucji kulturowo-przemysłowej skorzystali tylko i wyłącznie mężczyźni.
Kobiety jeszcze dostały popalić.
[01:10:47] - Więcej obowiązków dostały.
[01:10:49] - Ktoś musiał uprawiać.
[01:10:51] - Ktoś musiał te zaprawy robić.
[01:10:53] - Zaprawy, wszystko robiły.
[01:10:55] - Piec chleb i w ogóle tego obiboka mężczyznę w jakiś sposób wyżywić chociażby.
[01:11:02] - Natomiast mężczyźnie zwolniła się nisza ekologiczna.
[01:11:06] - Miał dużo czasu i kombinował.
[01:11:07] - Nie miał co robić właściwie. Zaczął pić piwo wtedy prawdopodobnie namiętnie. Natomiast zwracam uwagę, że przedtem według wszystkich historycznych danych sztuką zajmowały się wyłącznie kobiety. Mężczyzna po pierwsze nie miał ani umysłu, ani rąk, ani nóg do tego, żeby naprawdę pięknie cokolwiek robić. Nasze kurpiowskie wyszywanki czy malowanki są tego świadectwem. Jaki facet to zrobi? To tylko kobiety potrafią. Otóż kiedyś zajmowały się wszystkim, od garncarstwa począwszy po zdobienie, szycie. Całą sztuką zajmowały się kobiety. Kiedy ta nisza ekologiczna się zwolniła dla mężczyzn, mężczyźni z nudów zaczęli zajmować się tym, czym się zajmowali kobiety.
[01:12:07] - Zaczęli się mężczyźni tym zajmować i jeszcze robili to na początku, a nawet później nieudolnie.
[01:12:14] - Na początku.
[01:12:15] - Ale wszystkim zdołali wmówić, że robią to fajnie.
[01:12:18] - Archeolodzy doskonale wiedzą, że są na przykład siekierki krzemienne, facetkie oraz te piękne.
[01:12:24] - Facetkie.
[01:12:24] - Te piękne, a te facetkie to są przez takich tłumoków trzaskane, bo to faceci to robili, nie? Ale co to ma wspólnego z naszą dzisiejszą autorką? Otóż bardzo dużo ma. Otóż i tak trwało przez ten, mężczyźni bardzo szybko stali się lepsi w wielu rzeczach, które kobiety przedtem robiły. Mężczyźni zaczęli śpiewać, zaczęli grać, zaczęli malować, zaczęli pisać w końcu i tak dalej. Właściwie wywłaszczyli ze sztuki, z uprawiania sztuki kobiety do końca.
[01:13:03] - W pewnym momencie rzeczywiście do końca.
[01:13:06] - I prawdopodobnie by tak zostało na amen. Ta wąska specjalizacja, gdyby nie koniec wieku XX i wiek XXI. Nagle kobiety tym razem po paru tysiącach lat, Marku, nareszcie dostały swoją szansę ewolucyjną, bo cóż w tej chwili mężczyźni z tego korzystają, że właściwie jest tak, jak jest? Czy mężczyzna cokolwiek ma z tego? Nic. A kobiety tak. Kobiety są zwolnione. Zwolniły się z wielu obowiązków, z wielu rzeczy. Mogą zacząć uprawiać sztukę, mogą zacząć pisać. Potrafią pogodzić, zwróć uwagę, dzięki swojej umysłowości, tej wielostronności umysłu, życie rodzinne z pracą, jeszcze ze sztuką.
Mężczyzna co? Mężczyzna potrafi być albo artystą, albo tym całym lumpem.
[01:14:18] - Wiesz co, ja z pewnym niepokojem słucham twoich teorii na temat literatury męskiej i kobiecej, bo ja się przyzwyczaiłem do tego, że literatura jest, powiem tak banalnie, tak pod publiczkę, albo dobra, albo zła.
[01:14:34] - Nie, Marku.
[01:14:36] - A nie męska albo kobieca.
[01:14:38] - Nie, Marku. Była tylko męska, w tej chwili jest również kobieca, a właściwie jest przede wszystkim kobieca. Zwróć uwagę na twoje upodobania. Zobacz, jak się ten przełom w latach 80. czy tam pod koniec tak mniej więcej pojawił. Co się działo w muzyce? Marku, kobiety śpiewały. A co robili mężczyźni? Mężczyźni ćpali, mężczyźni po prostu pogrywali jeszcze na instrumentach, bo się dobrze wyszkolili. Pamiętasz kogoś?
Wszyscy odchodzili. Dawni piewcy. Zobacz, co robiły kobiety, co robiły kobiety, co robią kobiety dzisiaj. Kobiety potrafią śpiewać. Kobiety potrafią pisać. Kobiety potrafią malować. A co robią mężczyźni? Mężczyźni są na poziomie takich, ja nie wiem, beatboysów, takich jakichś tam ślicznych chłopców. Kiedyś mężczyźni mieli ładne dziewczyny, muzy, które im przyświecały, że tak powiem. Dzisiaj takich bawidamków mają kobiety, po prostu facetów, którzy tańczą wokół nich.
Właściwie są śliczni. Już nie są drapieżni, agresywni. Pokaż mi w tej chwili mężczyzn, którzy śpiewają chociażby w miarę albo myślą drapieżnie. Nie, to są same ciepłe kluchy po prostu. A kobiety są dynamiczne.
[01:16:10] - Myślę, że generalizujesz, bo ja jednak jestem przekonany, że dobrą prozę, ja nie mówię nic odkrywczego. Ja myślę, że jeśli jakieś głosowanie by się w tej chwili po drugiej stronie głośnika odbyło, to chyba bym wygrał, bo tak się chyba literatury nie da jednak podzielić na męską i kobiecą, tylko na dobrą i złą.
[01:16:33] - Poczekaj, Marku, ja nie dzielę literatury.
[01:16:36] - Ale dobrze.
[01:16:36] - Ja dzielę dzieje ludzkości na pewne etapy.
[01:16:42] - Co do pewnej historii, którą opowiedziałeś, zgoda. Inaczej, skrótem. Kobiety piszą dobre i bardzo dobre książki, ale potrafią też napisać knoty. I tak samo jest z mężczyznami.
[01:17:00] - Nie, Marku. Ludzie piszą dobre oraz złe knoty.
[01:17:06] - Zgoda.
[01:17:06] - Natomiast ten dynamit akurat płci nadobnej, który się rozwinął w takich ruchach feministycznych, są nieśmieszne i irytujące.
[01:17:20] - W literaturze jest jak najbardziej okej.
[01:17:23] - W literaturze jest jak najbardziej.
[01:17:24] - Tu zgoda. Zgadzam się z tobą i wcale mi się to nie podoba, ale trudno.
[01:17:29] - Mi też nie, bo co my poczniemy ze sobą, Marku?
[01:17:33] - Nie to mi się nie podoba, że kobiety piszą dobre książki, tylko to, że się muszę z tobą zgadzać, bo to jakieś takie nieaudycyjne jest. My się powinniśmy tutaj kłócić, spierać i w ogóle, a ja ci tymczasem przyznaję rację, bo ci przyznaję rację. Dzięki kobietom ostatnimi czasy dostajemy sporo ciekawych książek, sporo ciekawych przeżyć w gruncie rzeczy, bo każda taka książka to jest historia, której słucha się chętnie. Powiem ci tak, z tego wywiadu z panią Joanną Typłacz byłam oczarowany tą historią, którą bohaterka wywiadu opowiedziała o tych swoich spacerach po cmentarzach.
[01:18:16] - No tak.
[01:18:16] - To jest fascynujące.
[01:18:18] - Ja też spaceruję z moimi córeczkami, które są zresztą bardzo podobne do tych nierozdzielnych sióstr z tej powieści. Oczywiście nie tak bardzo.
[01:18:29] - Miejmy nadzieję, że nie.
[01:18:31] - Nie do końca. Natomiast są tak samo nierozłączne i zupełnie absolutnie różne od siebie, nie? I dlatego też z ogromną sympatią w tą książkę sobie zaglądałem, bo miałem taki praktyczny kontakt z podobnym zjawiskiem obserwowania jak dwie: jedna cudowna, śliczna, druga dziwna, porąbana, ale strasznie utalentowana i tak dalej. Wiesz, jak one ze sobą współgrają. One też mają swój język, Marku, o którym ja też nie wiedziałem przez długi czas. Wiesz, na przykład jeździliśmy jako dzieci po Borach Tucholskich i tak dalej. One tam cały świat nazywały własnymi nazwami, nie? W tej chwili używają tego w rozmowach. Ja o tym w ogóle nie wiedziałem. Szliśmy po dróżce, znalazłem parę skamielinek w czymś, co było wysypane na ścieżce w piachu i tak dalej.
Pokazuję im to. Minęło 20 lat od tego czasu. Dopiero się dowiedziałem, że ta ścieżka w ich świecie to była alejka skamielinkowa. Przepiękne! Jakie ładne słówko. Ale to wszystko, cały świat. One mają swój język, swój system odniesień. Klimat bardzo gotycki.
[01:20:02] - Ja zwróciłem uwagę na jeszcze jeden aspekt w tej rozmowie. Otóż kiedy pani Joanna mówi o swoich podróżach, o swoich spacerach po cmentarzu, mówi to naturalnie, w gruncie rzeczy spokojnym, pełnym ciepła głosem.
[01:20:23] - Tak, bo to jest przedłużenie naszego domu przecież.
[01:20:27] - Tak, to jest w pewien sposób naturalne. Zobacz, ilu znamy autorów. Niestety wiem, że właściwie pewnemu stereotypowi się poddaję, ale zostanę na chwilę przy tym stereotypie. Zobacz, ilu znamy mężczyzn, którzy interesują się podobną tematyką. To są na ogół ludzie, których strach słuchać, bo jak będzie ci opowiadał o swoich spacerach po cmentarzu, to będzie to mówił głosem grobowym, przesyconym napięciem albo psychopatycznym szemraniem. Znasz takich autorów? Bo ja znam przynajmniej kilku. Wolę opowieści, które otrzymujemy od pani Joanny, niż tego rodzaju zahaczające o psychopatię wynurzenia.
[01:21:31] - Marek, żjna cmentarna to jest też termin, który się może pojawić w powieści gotyckiej. Nawet u pani Joanny zapewne jako pewien element folklorystyczny. Natomiast ogólnie rzecz biorąc, tak jak powiedziałem, cmentarz to przecież nasz dom.
[01:21:52] - Tak, ale o tym mówię.
[01:21:54] - Odżywiamy tak naprawdę.
[01:21:56] - Zwróciłem uwagę na to, że kiedy pani Joanna mówi o swoich spacerach, o robieniu notatek, o robieniu zdjęć, o tym, że się ludzie dziwią, mówi to wszystko, tak jak powiedziałem, ciepłym, spokojnym głosem. Fascynuje ją to miejsce. Fascynuje ją pewna groza, pewien nimb tajemniczości, który otacza cmentarz, ale nie budzi w niej jako w autorce, jako w człowieku jakichś uczuć przeraźliwych. Natomiast ja znam autorów, których tego rodzaju miejsca doprowadzają do histerii.
[01:22:37] - Przypomnę ci naszą wizytę, kiedy robiłeś tam dokumentację do jednej ze swoich powieści. Wizytę w Koronowie, gdzie zaprowadziłeś mnie na cmentarz żydowski, świeżo odrestaurowany.
[01:22:52] - Może to za dużo powiedziane „odrestaurowany”. W każdym razie doprowadzony do porządku.
[01:23:00] - Po prostu kiedy pośrodku tego cmentarza rosło gigantyczne, wspaniałe, ogromne drzewo, zupełnie jak dąb skocki, olbrzymie. Ty robiłeś dokumentację, biegałeś z aparatem fotograficznym czy z komórką, już nie pamiętam. Natomiast ja chodziłem i z fascynacją czytałem życiorysy na nagrobkach, życiorysy żydowskich rodzin ludzi. One były tak polskie, tak nieprawdopodobnie wiązały się z polską historią. Były dosyć długie. Różne: syn tego, dziad tego, zmarł tego, walczył tam i tak dalej. Przeżył to i tamto. Dosyć fajnie rozpisane. Przecież to było takie przeżycie przede wszystkim sympatyczne. Może troszeczkę strasznie żal ściskał za gardło, że tych ludzi już tutaj nie ma.
Tych, których ojcowie, dziadkowie i prapradziadkowie w tej ziemi leżą. Taka historia.
[01:24:19] - Pani Joanna jest już drugą autorką, która potwierdza, jak ważne jest zbieranie materiału.
[01:24:27] - U pani Joanny też tak było.
[01:24:29] - Dokładnie. Bo my jesteśmy przyzwyczajeni do takich oto sytuacji, że ktoś robi, bez nazwisk, nie będziemy używać nazwisk, research do swojej najnowszej książki. Zajmuje mu to jeden dzień, a właściwie niecały i już ma zebrany materiał. Później ta książka się cieszy wielkim powodzeniem. Chyba nie da się tego zrobić w przypadku powieści tak osadzonej jak powieść „Nierozdzielne”, bo tu mamy jednak do czynienia z historią sprzed kilkudziesięciu lat.
[01:25:10] - Jak pisać o historii, nie znając historii?
[01:25:14] - Dokładnie. Mnie to imponuje. Podejście pani Joanny imponuje mi, bo jest Dowodem, że na szczęście nie wszyscy pisarze popadli w taki amok i są jeszcze ludzie, którzy zajmują się pisaniem i są ludźmi rzetelnymi. Rzetelnie podchodzą do swojej pracy.
[01:25:38] - Marku, ale tu nie tylko o rzetelność chodzi. To jest pewna umiejętność, którą, będę psekorny, ale również posługują się przede wszystkim kobiety, a nie mężczyźni.
[01:25:50] - Niedobrze dzisiaj wypadniemy jako mężczyźni.
[01:25:56] - Zwróć uwagę, że ja bez przerwy sieję jakimiś dykteryjkami i tak dalej w rozmowach towarzyskich między moimi i naszymi przyjaciółmi i tak dalej. Jakoś nigdy nie zauważyłem, żeby ktoś wziął długopis i zanotował. Natomiast nasza przyjaciółka Marta Sobieńska, okazuje się, że ja do niej gadam przez telefon jakieś dyrdymały, a tam widzę jakieś przerywania. Ja mówię: „Co robisz?”. Ona mówi: „Zanotowałam to wszystko, co powiedziałeś”. Ja mówię: „A po co? Przecież to nic ważnego”. „A może się przyda”. Otóż widzisz, zbieranie faktów. Ja od mężczyzn czegoś takiego prawie już dzisiaj nie słyszę.
Tego researchu ważnego. Natomiast kobiety przygotowują się z pełną wiarygodnością. Ja myślałem, za przeproszeniem jeszcze przy powieści pani Joanny Jax, że to prawie pisała kobieta, która sama przeżyła wywózkę do Kazachstanu.
[01:27:08] - Zaręczam ci, że zupełnie nie.
[01:27:12] - Wiem, że to nie ta, że tak powiem, młodość i tak dalej. Natomiast żeby napisać to wiarygodnie, trzeba być albo współżonicem, który tam był, albo naprawdę tę historię dokumentnie poznać, zrozumieć, zapisać i tak dalej.
[01:27:33] - Kiedy opowiadałeś o tym zbieraniu materiałów, to uświadomiłeś mi na pewno, że w jakimś tam poważnym stopniu jestem kobietą.
[01:27:44] - Jak część. Chwała najwyższemu!
[01:27:47] - Widzisz, jakaś korzyść jest. Przynajmniej jasno określiliśmy twoje pozycje.
[01:27:56] - Zdecydowanie. Zresztą to takie powiedzenie, że żeby napisać jedną książkę, trzeba tonę książek przeczytać. To jest również zbieranie materiału, zbieranie klimatu, odniesień, szukanie jakichś archetypów do przeniesienia do swojego ogródka.
[01:28:19] - Ale jest jeszcze jeden element w tej rozmowie, której wysłuchaliśmy, który łączy bohaterkę jednej z poprzednich naszych audycji, czyli panią Joannę Jax z bohaterką dzisiejszej audycji, czyli z panią Joanną Pypłacz. Otóż obie panie mówiły o tym, że chęć do pisania, pierwsze pomysły, bohaterowie pojawili się u nich w młodości, kiedy były nastolatkami. To łączy. Znowu, chyba to tak jest, że większość pisarzy chce tymi pisarzami być od wczesnych lat. I jedna i druga pani wymyślały bohaterów. Bohaterka dzisiejszej audycji, mowa jest o tym, że wymyśliła pewną postać, którą umieściła w pierwszej swojej powieści później. Dla mnie jest to fascynujący obraz tego, jak człowiek dojrzewa do pisania, jak człowiek z tym pisaniem zaczyna powoli obcować. Zaczyna te pierwsze pomysły, które się pojawiają, przekuwać w coś, co nabiera literackiej formy. Dla mnie absolutnie fascynująca sprawa.
[01:29:40] - Ale wiesz, to jest Marku genetyka, czyli sięganie do tego, skąd wychodzimy i skąd czerpiemy nasze wzorce. To jest gen kulturowy. A że niektórzy to robią, a niektórzy nie robią, to różnie bywa.
[01:30:02] - Na początku audycji sporo mówiłem o tym nastroju, o klimacie, o dekoracjach. Zobacz, jak inteligentnie napisana jest książka „Nierozdzielne”. Ona garściami czerpie z tego, o czym mówiliśmy. Z nastroju, z dekoracji, z pewnych sytuacji tworzonych, specyficznych dla powieści gotyckiej. To jest to, za co można tę książkę bardzo polubić.
[01:30:35] - Marku, ale również przy tym całym, jak mówisz o bogactwie, to prawie się zaczyna pojawiać przepych i tak dalej. Nie, ta książka jest również bardzo wstrzemięźliwa. Nie histeryzuje, nie egzaltuje się w tych-
[01:31:00] - Na szczęście!
[01:31:03] - Ulubionych zabawach większości współczesnej literatury, która lubi się taplać, rozmywać i nie wiem, brakuje mi słów.
[01:31:17] - Nie jest na przykład ta książka czułostkowa. Spora część literatury bywa czułostkowa.
[01:31:26] - Ale to jest kwestia inteligencji autora i inteligencji bohaterów.
[01:31:33] - Wiesz co, ale zwróciłem- Powiem tak, ja w nastroju tej książki odnalazłem nastrój jednej z książek, które czytałem jakiś czas temu, a mianowicie książki Olgi Tokarczuk.
[01:31:51] - Tak.
[01:31:52] - Chcę to powiedzieć, że pani Joanna Pypłacz ma w sobie coś z tej klasy pisania. Ale właśnie zwróciła nasza rozmówczyni uwagę na pewien ważny element współczesnej popkultury, który ja uważam, po pierwsze za niesprawiedliwy i w gruncie rzeczy parszywy, który polega na tym, że to, czy jesteś autorem znanym, rozpoznawalnym, o tym nie decyduje klasa tego, co piszesz, tylko jakiś rodzaj szczęścia. To, o czym pani Joanna mówi, bycie w mainstreamie, czyli ktoś cię uznał, że jesteś pisarzem albo nie jesteś. Ja się z tym nie zgadzam po prostu.
[01:32:47] - Ale co ty byś chciał? Zwróć uwagę ssaki miały szczęście, a gady miały pecha. I tak to jest niestety.
[01:32:57] - I to ma mnie pocieszyć, rozumiem?
[01:33:00] - To nie jest kwestia pocieszania ani rozdzielania szat. Dzięki temu jesteśmy po prostu. Ktoś ma szczęście, ktoś nie ma szczęścia, na to nie ma siły. A tak jak pani Joanna mówi, że trzeba siebie promować, starać się to, tamto i owęto. Ta rozmowa z panią Joanną, którą ja wysłuchałem, jest najlepszą promocją chyba jej książek, bo po prostu ja ją słuchałem naprawdę z dziką radością. Jasno, czysto, klarownie, z sympatią mówione i bez żadnego nabożeństwa. Zwróć uwagę, to zresztą pani Joanna Jaksik też tak samo mówiła o pisaniu bez tego męskiego bardzo często nawiedzenia, ale kobiety też potrafią być takie nawiedzone, że tak powiem, padają i wznoszą oczy do Belzebuba, a wychodzi im to, co wychodzi.
[01:34:05] - Wiesz co, ja sobie uświadomiłem właśnie, że kiedy mówiłem o książce pani Olgi Tokarczuk, nie wymieniłem tytułu. Jest taka książka o krótkim tytule „E/E” i jakoś tak, nie wiem, może na skutek utraty pamięci, jakoś tak mi się bardzo skojarzyła z tą książką. Ale ja wrócę jeszcze do tego, o czym mówiła pani Joanna Pypłacz. Ile razy słyszę o tym, że ktoś jest albo nie jest mainstreamowym pisarzem. Dlaczego mnie to tak wkurza i dlaczego się z tym wszystkim nie zgadzam? Bo powiedz mi, co decyduje o tym, że książka pani Joanny musi się w pocie i w jakimś takim znoju promować, a ktoś inny napisze coś ot tak, skapnie mu z pióra i już jest bestseller. Możesz mi coś takiego wytłumaczyć?
[01:35:07] - No pewnie, że tak. Ziarno pada na glebę taką, jaką mamy. Mamy czytelników, mamy cywilizację początku XXI wieku. Te ziarenka, które wybuchają chwalebnymi zyskami dla autora, po prostu widocznie trafiają na taką glebę. A ta gleba taka peryferyjna na skraju lasu i pola, zwróć uwagę, ona jest najbogatsza. Nie ta w głębi. Wszystko, co jest na krawędziach, na obrzeżach, ono nigdy nie będzie najpopularniejsze.
[01:36:01] - Nie powiem, żeby twoja opowieść o glebie jakoś specjalnie mnie podniosła na duchu ani zbudowała. Ja mam tylko nadzieję, że dzisiejsza audycja, chociaż jest to też audycja niszowa, bo jak mówi Ivellios audycja dla moli książkowych, to ja mam jednak nadzieję, że w jakimś stopniu przyczynimy się chociaż troszeczkę, minimalnie do tego, żeby proza pani Joanny Pypłacz była bardziej znana. Takim elementem, który się może do tego przyczynić, jest to, że dla naszych słuchaczy mamy trzy książki. Można te książki po prostu od nas dostać. Oczywiście, jak to mawiają w pewnym serialu, ale nie za nic. Otóż jeśli poszukacie państwo na stronie bibliotekarium.pl artykułu mówiącego o książce, o której dzisiaj rozmawiamy, czyli o książce „Nierozdzielne” i napiszecie tam pod tym artykułem komentarz, dlaczego chcielibyście dostać książkę pani Joanny Pypłacz, to my spośród tych komentarzy wybierzemy trzy, które się nam będą najbardziej podobały i te osoby otrzymają od nas książkę „Nierozdzielne”.
[01:37:23] - A mogę też taki komentarz?
[01:37:25] - Komentarz napisać możesz. Książki i tak nie dostaniesz.
[01:37:32] - Trudno się mówi.
[01:37:35] - Zresztą jesteś już po lekturze, więc co? Na półce postawisz, oddasz swój egzemplarz komuś, kto jeszcze go nie czytał.
[01:37:44] - Ale Marku, ty taki męski światopogląd tu promujesz. Jeśli kocham, to chcę z tym żyć. Chcę z tym być, a nie oddawać komuś innemu.
[01:37:55] - Okej, w każdym razie trzy książki. Tak jak powiedziałem, trzy książki czekają na wpisy naszych słuchaczy. Napiszcie państwo, dlaczego chcielibyście książkę pani Joanny Pypłacz „Nierozdzielne” przeczytać. Ja tylko od razu powiem, że nie rozpatrujemy jednozdaniowych wpisów. Dwuzdaniowych też nie. Zaczynamy od czytania wpisów trzyzdaniowych. To tak tytułem informacji.
[01:38:23] - Nie muszą to być od razu powieści gotyckie.
[01:38:25] - Ale dobrze byłoby troszeczkę rozpisać się na temat swoich chęci poczytania. Ja myślę, w pewnym momencie przerwałem swoją opowieść opowieści gotyckiej, bo trzeba było trochę do rzeczywistości podpełznąć. Natomiast teraz troszeczkę do tego wrócę, bo pewne nazwiska, o których wspominała nasza rozmówczyni, warto jeszcze wrócić do nich, a w każdym razie do pewnych dzieł tej literatury.
[01:39:11] - Wiesz co? Mówisz tak samo, jak taki komunistyczny śledczy, który mnie prześladował. On nie słuchał tego, co ja mówię, tylko mówił: „Nazwiska, nazwiska, nazwiska, nazwiska”.
[01:39:25] - Pani Joanna wymienia nazwisko Ann Radcliffe i taka najbardziej znaną powieścią tej autorki jest „Italczyk”.
[01:39:39] - Coś mi to mówi, ale nie czytałem.
[01:39:42] - Ta powieść ukazała się również w Białej Serii, o której mówiłem, wydawanej przez Wydawnictwo Literackie, notabene z Krakowa. Przypadek? Nie sądzę. W każdym razie tam się pojawia. „Italczyk” to jest taka powieść, którą każda osoba, która chce troszeczkę o opowieści gotyckiej wiedzieć więcej, powinna przeczytać.
[01:40:17] - To znaczy, mam to czytać?
[01:40:23] - Ja ci mogę przynieść z domu bez najmniejszego problemu.
[01:40:28] - Ale kto to napisał?
[01:40:30] - Ann Radcliffe.
[01:40:32] - A, kobieta! To możesz przynieść. W takim razie przynieś, Marku. Chętnie poczytam.
[01:40:39] - W każdym razie to jest chociażby. Ale wiesz co? Ja sobie w pewnym momencie przypomniałem, że tego jeszcze nie doczytałem, więc tu będę brnął jakoś tak na ludowo, dosyć swobodnie myśli rozpuszczę, ale myślę, że specjalnie nie ryzykuję. Otóż zobacz, jaki jest potężny związek pomiędzy taką literaturą gotycką a romantyzmem, szczególnie polskim romantyzmem, gdzie tam też mroczne klimaty, straszydła różnego rodzaju się pojawiają. Oczywiście wszyscy ludzie, którzy niedawno szkołę skończyli i przerabiali dzieła polskich romantyków, już dokładnie wiedzą, o czym mówię. Ci nieco starsi to powinni sobie przypomnieć, ale zapewne nie wszyscy wiedzą o tym, że w Polsce powstawały nawet poematy romantyczne. Takim poematem jest takie dzieło, które się nazywa „Zamek Kaniowski”. Poemat romantyczny. Jego autorem jest Seweryn Goszczyński. I to jest taki czarny romantyzm.
To jest rzecz napisana w pierwszej połowie XIX wieku, w 1828 roku bodajże. I to się dzieje gdzieś na dalekiej Ukrainie i obfituje w różne makabryczne, krwawe opisy wydarzeń. Tam się dzieje wiele różnych groźnych, krwistych scen. I ja myślę, że niewiele osób słyszało o tym „Zamku Kaniowskim”. A chyba mówiąc o takiej literaturze, o jakiej dzisiaj mówimy, warto i to dzieło wspomnieć. Ja nie mówię koniecznie, żeby je przeczytać, bo ja cały czas uznaję, że niektóre dzieła starzeją się bardziej. I ja nie wiem, czy „Zamek Kaniowski” to już nie jest jednak rzecz dla koneserów, a w każdym razie dla ludzi jakoś specjalnie zainteresowanych.
[01:42:57] - Sztuka również jest dla ludzi, którzy się zawodowo zajmują historią sztuki po prostu, czyli dla literaturoznawców. „Zamek Kaniowski”... Ech, może jeszcze we współczesnym świecie, że tak powiem, ten wspomniany przez autorkę Grabiński przynajmniej jeszcze funkcjonuje. Ale reszta, Marku, to już zaświaty.
[01:43:26] - Tak myślisz?
[01:43:27] - No.
[01:43:28] - No tak, ale to też rzecz charakterystyczna, kiedy pojawia się Grabiński i zaraz potem Herling-Grudziński, o którym rozmawialiśmy. Zobacz, ktoś inny powiedziałby: „Jakżesz można zestawiać?”. Właśnie nawet trzeba, bo to znowu Grabiński to jest klimat. Powiem ci szczerze, ja nie lubię powieści Grabińskiego.
[01:43:59] - Bo są nudne.
[01:44:02] - Ale opowiadania?
[01:44:04] - Tak, opowiadania są perełki.
[01:44:07] - Powiem ci tak, że ja nawet nie wiem, do końca nie jestem przekonany, czy one są nudne, te powieści. One się po prostu bardzo mocno chyba zestarzały, w przeciwieństwie właśnie do opowiadań.
[01:44:24] - Dlatego zawsze proponujemy przynajmniej naszym autorom, którzy do nas przesyłają pisze na razie opowiadania, a nie powieści.
[01:44:35] - Tak, to rzeczywiście jest pewna rada.
[01:44:39] - To jest szkoła umiejętności pisania opowiadań. Chociaż jak ktoś ma taką orientację i taką rękę, że usiądzie, wielu pisarzy nigdy nie napisało żadnej noweli, a napisało wspaniałe powieści. Także to nie jest żadnej drogi, nie ma takiej recepty na wszystko.
[01:45:11] - Wiesz co, ja myślę, że to jest dobry czas, żebyśmy posłuchali jeszcze jednego fragmentu powieści „Nierozdzielne” pani Joanny Pypacz.
[01:45:21] - Ja może dodam, zwracając się teraz do pani Joanny, że pan Julian Horodyński, który tak powiem, pobrzmiewa w tych pani opowiadaniach.
[01:45:35] - W tej opowieści.
[01:45:36] - To również moja legenda, o ile pamiętam z dzieciństwa.
[01:45:45] - Cóż, Marku, prosimy zatem o kolejny fragment „Nierozdzielnych” pani Joanny Pypacz.
[01:45:51] - Rozdział 19. „When I grow too old to dream”. 23 marca 1936 roku, tuż po śniadaniu Sybilla zaczęła się szykować do wyjścia. Jak w każdy poniedziałek miała się stawić w galerii pana Antkowiaka o godzinie 10:00. „Czym ty się tam właściwie zajmujesz?” — zagadnęła ją Maryla. „Wieloma sprawami” — odparła Sybilla, porządkując zawartość swej torebki. — „Zdarza się, że jest coś do załatwienia w biurze, ale gros czasu spędzam, co zresztą wiesz, w samej galerii”. „Wieczory również?” — zapytała Maryla. Sybilla wyczuła sarkazm w jej głosie i na chwilę zamilkła. „Czasami” — przyznała po chwili z beztroskim uśmiechem.
Następnie szybko wyszła z domu, nie odpowiadając na kolejne pytanie matki, którego już nawet dokładnie nie usłyszała. Gdy tylko znalazła się na półpiętrze, przystanęła na dźwięk czyichś kroków. Rozpoznała je prawie natychmiast. „Co ty tu robisz?” — zdziwiła się. „Musiałem się z tobą zobaczyć” — oznajmił Edmund. Po tych słowach namiętnie ją pocałował. „Nie dość ci było wczoraj?” — zażartowała Sybilla, na chwilę się od niego uwalniając. Był śmiertelnie blady. Wyglądał na chorego lub wyczerpanego. „Co ci jest?” — zapytała z niepokojem Sybilla.
„Nie wiem” — odparł zrezygnowanym tonem. — „Nie mam pojęcia”. Sybilla przyłożyła mu dłoń do czoła. Było spocone i lodowate. „Chyba stało się to, czego się bałem od dziecka”. „Co takiego?” „Zaczynam tracić rozum” — wyjawił. „Powiedz mi lepiej, co się stało” — rozkazała Sybilla. Oczy Kostrzewskiego, szeroko rozwarte i nadnaturalnie nieruchliwe, zdradzały lęk i zagłopotanie. „Co się stało, mój piękny?” — odezwała się łagodniejszym tonem, głącąc go palcem po policzku. „Wiedziałem” — nadal szukał odpowiednich słów.
„Co takiego?” „Ciebie” — wyjawił w końcu. Sybilla zaczęła się śmiać. „To już było po naszym spotkaniu, gdzieś nad ranem”. Na te słowa ironiczny wyraz natychmiast zniknął z twarzy Sybilli. „Byłaś w moim pokoju. Stałaś przed tym nieszczęsnym lustrem” — dokończył Edmund. — „Zupełnie jak prawdziwa. Kiedy podszedłem, zniknęłaś, ale odbicie jeszcze zostało. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Chyba naprawdę oszalałem”.
Bezradnie spuścił głowę i oparł czoło na ramieniu Sybilli. „No to teraz mi wierzysz, prawda?” — zapytała zdesperowanym głosem. Przez kilka długich minut obydwoje trwali w milczącym bezruchu, mocno objęci i wsparci o zimną ścianę. „Moja wizja była tak chłodząco podobna do rzeczywistości” — odezwał się w końcu Kostrzewski. — „Pewnie w przyszłości ktoś wymyśli na to medyczny termin, nada odpowiednią nazwę. Ileż to razy zjawiska rzekomo nadprzyrodzone okazywały się jak najbardziej ugruntowane w przyrodzie i zgodne z jej prawami. Weźmy choćby zaćmienia księżyca”. „A skąd masz pewność, że te wizje nie są rzeczywistością?” Zapytała Sybilla. Kostrzewski spojrzał na nią błędnym wzrokiem. Nie mam żadnej pewności.
Nie wiem już, czy to, co widzę, to tylko nieszkodliwe sny na jawie, czy może pierwsze oznaki choroby, która doprowadzi mnie do szaleństwa. To nie jest żadna choroba — zawyrokowała stanowczo Sybilla. Jeśli nie, to co? To znak. Znak? — zapytał Kostrzewski. Sybilla skinęła głową. Jaki znak? Pamiętasz to, co przydarzyło się mnie samej? Oczywiście.
To było przecież zupełnie niedawno. Zastanawiałeś się, czy to nie migrena. Kostrzewski lekko się uśmiechnął po raz pierwszy tego dnia. To prawda. Nie wykluczałem, że to może być przypadłość na tle migrenowym. Ale jak wytłumaczyć to, co ja widziałem? Przecież nigdy w życiu nie miałem migreny. Teraz już kompletnie niczego nie wiem, nie rozumiem. Spojrzał w przypadkowy punkt na schodach, w ponurej zadumie wbijając w niego wzrok. Ale ja zaczynam rozumieć — oznajmiła Sybilla.
Równocześnie jej twarz przybrała inny niż dotychczas wyraz, pozbawiony dawnej, tak charakterystycznej dla niej błyskotliwej ironii. Emanowała zeń nowa, zupełnie bezlitośćna rezygnacja, czasem widoczna w oczach ludzi, którzy nie mają już nic do stracenia. W tej samej chwili w całej klatce schodowej rozległy się dźwięki radia starej Gawlikowej. „When I grow too old to dream” mój ulubiony kawałek — ucieszył się Kostrzewski. Jak znalazł na poprawę nastroju. Racja, ten utwór przypomina, że starość to nic przyjemnego i nie warto na nią czekać — skomentowała Sybilla, wykrzesawszy z siebie iskrę swego dawnego czarnego humoru. Po tych słowach obydwoje zaczęli się śmiać szalonym, histerycznym śmiechem. Sybilla przyciągnęła Kostrzewskiego do siebie i pocałowała, lecz natychmiast odwróciła głowę, po czym w geście rezygnacji przycisnęła policzek do ściany. Nie uważasz, że to przedziwne? — spytała powoli, znów poważniejąc.
Tak rzadko uzmysławiamy sobie, że przecież nigdy nie wiemy, czy przypadkiem akurat teraz, w tej chwili nie robimy czegoś, nie widzimy kogoś, nie przebywamy w jakimś miejscu ostatni raz w życiu. Kostrzewski nie odpowiedział. Przełknął tylko ślinę, wciąż patrząc w ten sam, bliżej nieokreślony punkt. Masz rację — zgodził się w końcu. I wyobraź sobie, że i mnie nigdy wcześniej ta myśl nie przyszła do głowy. Mnie natomiast prześladuje od wczesnego dzieciństwa — wyznała Sybilla. Po raz pierwszy usłyszałam to od matki. Wspominała naszego ojca, który zginął zupełnie nagle od uderzenia pioruna. Przysłowiowy grom z jasnego nieba w pogodny wieczór. Przed wyjściem do pracy nie zdążył się pożegnać z matką.
Za każdym razem, kiedy wychodził, całował ją w czoło. Tego dnia zapomniał o tym rytuale. Ten jeden jedyny raz w życiu. Pierwszy i ostatni raz. Urodziłam się pierwsza dokładnie w chwili jego śmierci. Kiedy już to, co z niego zostało, płonęło na środku ulicy, matka wydała na świat Sabinę. Sybilla mówiła niczym w transie. Zupełnie tak, jakby widziała przed oczyma śmierć swego ojca oraz moment własnego przyjścia na świat. Nie znałem tej historii — powiedział psychoanalityk. Matka opowiedziała mi ją tylko raz.
Była na mnie wtedy okropnie wściekła i pewnie, jak to ona, chciała mnie tą historią postraszyć, umoralnić. Ile miałaś wtedy lat? Dokładnie pięć. Kostrzewski ciężko westchnął. Klasyczny błąd wychowawczy — ocenił. To wiele tłumaczy. Sybilla rzuciła mu ostre spojrzenie. Spuścił wzrok, ewidentnie zakłopotany. Przepraszam, skrzywienie zawodowe — usprawiedliwił się. Oczywiście, że jedno nie ma z drugim nic wspólnego.
Chciałem tylko powiedzieć, że... Muszę już iść — przerwała Sybilla. Edmund splótł swe palce z jej palcami, jednocześnie lekko przyciskając ją do ściany. Kiedy cię znowu zobaczę? — zapytał. Przyjdę do ciebie — odparła. Przyrzekam, zawsze będę przychodzić. Pożegnawszy go krótkim, lecz intensywnym pocałunkiem, pospiesznie zbiegła po schodach, nie oglądając się za siebie.
[01:55:06] - I co? Klimatycznie, prawda?
[01:55:07] - Bardzo mi się podobał ten fragment. Mi się bardzo podobał.
[01:55:10] - A dlaczego?
[01:55:11] - Dlaczego?
[01:55:15] - No wiem, że tak trudno powiedzieć, bo to jest właśnie to, o czym od początku staramy się dzisiaj mówić, że oczywiście akcja jest bardzo ważna, jak w każdej opowieści. Dobrze, żeby się coś działo, ale gdzieś tutaj tak powoli narasta klimat. I żeby mieć klimat w swojej opowieści, to jest wyższa szkoła jazdy. Ja myślę w ogóle, że warto, żeby nasi słuchacze zwrócili uwagę, że my to tak sobie tu mówimy, odmieniamy przez wszystkie przypadki: powieść gotycka z powieścią gotycką opowieści gotyckiej, ale To jest specyficzny rodzaj prozy i wcale niełatwy sposób pisania. Rzeczywiście trzeba troszeczkę tych bebechów literackich z siebie wypruć, żeby osiągnąć takie efekty, jakie osiąga omawiana dzisiaj autorka powieści „Nierozdzielne”.
[01:56:18] - Marku, ja bym tak nie był taki tego. Nie należy nigdy zagłaskiwać. Może nie osiąga, ale może osiągnie.
[01:56:30] - Nie, bo ty jak zwykle jesteś nienasycony. Ty byś panią Joannę najchętniej zaprzągł do nieprzerwanej pracy i kazał jej pisać nie wiadomo ile książek rocznie. To i tak by nie zadziałało za dobrze. Chociaż współczesny świat jest tak skonstruowany, że zdaje się ilość ma jakieś znaczenie. Bo zobacz, o ile pani Joanna narzeka, że nie jest pisarką mainstreamową, bardzo nad tym boleję, to na przykład inny, bez wchodzenia w oceny, tylko bardzo taki wysokoprodukcyjny pisarz o nazwisku Mróz, który naprawdę pisze bardzo dużo książek, jest w mainstreamie. A dlaczego jest? Dlatego, że ma dużą moc wytwórczą i ilością podbił rynek. Właściwie do jakiej księgarni nie wejdziesz, do jakiego kiosku nie zajrzysz, to przynajmniej jedną powieść, a na ogół kilka powieści Remigiusza Mroza możesz zakupić.
[01:57:46] - Marku, wiesz jak to było na II wojnie światowej? Były te piękne karabiny snajperskie, ale był też Kałasznikow.
[01:57:58] - W czasie II wojny światowej nie było Kałasznikowów, o czym cię informuję, bo Kałasznikow to jest już powojenna produkcja.
[01:58:06] - Właśnie chyba pojawiły.
[01:58:08] - Nie.
[01:58:10] - Szkoda, że nie były.
[01:58:15] - Ale PPSzy były.
[01:58:17] - PPSzy były. Natomiast w Wietnamie to dobrze już pruły.
[01:58:20] - Pruły. Tylko co to ma wspólnego z naszą dzisiejszą opowieścią?
[01:58:24] - Po prostu to, że masowa produkcja. Tak jak mi przypomniał mój przyjaciel o takim nazwisku, nie mogę powiedzieć jakim, ale był taki znany szlachcic polski, który wszystkim swoim bękartom nadawał swoje osobiste nazwisko. W przeciwieństwie do innych, którzy się ukrywali. On robił to masowo, ale nadawał imię. Dzięki temu tych nazwisk w Polsce jest dzisiaj od metra. Natomiast reszta szlachty tak niewiele, bo tak dziergali po jednym potomku, po drugim. Masowość ma swoją tą. Zresztą cały przemysł współczesny, Marku, fabryki i tak dalej. Niestety rzemiosło indywidualne to jest przeżytek.
[01:59:21] - Wiesz co, tak się zastanawiam jeszcze. Cały czas mi gdzieś tkwi w głowie, odbija się echem takie stwierdzenie. Zastanawiam się, czy jest prawdziwe. Mówi się o tym, że powieść gotycka na początku była takim przeciwstawieniem się, takim zaprzeczeniem epoce, która była wcześniej. Czyli mieliśmy czasy Oświecenia, kiedy wszyscy byli tacy oświeceni.
[01:59:58] - Racjonalni.
[01:59:59] - Racjonalni bardzo. Właśnie. Dziękuję za podrzucenie słowa. I nagle pojawia się powieść gotycka, o której cechach już mówiliśmy, nie powtarzajmy. Natomiast zastanawiam się, czy w dzisiejszych czasach, które są też przesycone pewnym rodzajem racjonalizmu specyficznie pojętego. Bo to jest taki racjonalizm, który bardzo często ucieka w irracjonalność, ale już nie drążmy tego. Generalnie rzeczywiście dużo jest nauki, dużo jest takiej próby zracjonalizowania świata. Zastanawiam się, czy nie idą dobre czasy dla powieści gotyckiej czy takiej neogotyckiej.
[02:00:41] - Bardzo możliwe. Zresztą korzysta z niej bardzo chętnie fantasy, bo do tego pasuje.
[02:00:48] - Wiesz co, tylko fantasy ma to do siebie, że potrafi rozmiękczyć, rozbełtać właściwie wszystko.
[02:00:56] - Dlatego, bo autorzy nie czytali powieści gotyckich.
[02:01:02] - To polecam szybko nadrobić.
[02:01:04] - Ażeneki to już na pewno.
[02:01:06] - Polecam szybko nadrobić powieść „Nierozdzielne”. To jest bardzo dobra powieść. Ja wiem, że wszyscy teraz myślą, że ja muszę tak mówić, bo mamy audycję i nie wypada inaczej. Naprawdę najlepiej się skonfrontować i przeczytać tę książkę. Tak jak powiedziałem wcześniej, będzie okazja, bo można ją wygrać w naszym konkursie. Wystarczy wejść na stronę bibliotekarium.pl, znaleźć artykuł o książce, wpisać tam w komentarzach, dlaczego byście państwo tę książkę chcieli mieć. A my już później spełnimy rolę losu. Nie losu, nie. Będziemy jak taka wyrocznia. Ten bierze książkę, a ten nie.
W każdym razie trzy osoby mają szansę tę książkę przytulić. Ale wracając do przerwanej myśli, to wydaje mi się, że te czasy naprawdę takie racjonalne, musi nastąpić po nich odbicie w drugą stronę i to, co robi pani Joanna, to jest chyba dobra propozycja, bo to literacko jest naprawdę niezłe.
[02:02:20] - Marku.
[02:02:20] - To jest autorka-
[02:02:21] - Jak to niezłe? Dobre!
[02:02:24] - Ja muszę tak, żeby się już nie zachwycać. W każdym razie to, co lubię najbardziej w autorach, to pewna świadomość pisania. Widać, że mamy do czynienia z autorką, która wie, co robi, bo są niestety autorzy na rynku i to nawet na rynku szeroko pojętym, autorzy, którzy tak dotykają. Może pójdę w tę stronę, może pójdę w tę stronę i w rezultacie to, co tworzą, jest takie sobie. Tutaj widać, że to jest autorka pełnowymiarowa, która wie, co robi, ma to nieźle zaplanowane i to po prostu jej wychodzi. I ja uważam, że w związku z tym myślę, że już całkiem niedługo pani Joanna będzie miała jedną część z wywiadu, nie będzie mogła jej użyć w przyszłości, bo już będzie mainstreamową autorką.
[02:03:21] - Ja jej tego nie życzę.
[02:03:24] - Nie życzę pani Joannie wszystkiego tego złego, co się z mainstreamem wiąże. Natomiast jeśli z mainstreamem powiązana jest taka cecha jak rozpoznawalność, jak wysokie nakłady i rzesze czytelników, to ja jak najbardziej życzę bycia mainstreamową autorką.
[02:03:50] - Wiesz Marku, w przedwojennej literaturze polskiej, przed II wojną światową oczywiście, było całe setki, Marku, pisarzy science fiction i fantasy piszących różne takie rzeczy dziwaczne i tak dalej. Kto został?
[02:04:12] - Grabiński. Wspomniany.
[02:04:15] - Grabiński. Później jeszcze do tego jakoś tam Żuławski.
[02:04:21] - Ale Żuławski to wcześniej. To jest początek XX wieku, 1903 czy któryś rok.
[02:04:28] - Ale to są tacy ludzie, których było ich było na kopy. Ja pani Joannie życzę tego, żeby została, a nie żeby była w mainstreamie, który wtedy się produkował i którego dzisiaj nikt nie pamięta.
[02:04:46] - Znowu mnie przegadałeś. Masz rację. Nie mogę ci nie przyznać racji. Uczciwość mnie do tego nakłania.
[02:04:52] - Może na tym się nie zarobi.
[02:04:54] - Zgadzam się z tobą, ale mi się znowu to nie podoba. W każdym razie teraz uderzę w ton taki belferski. Powiem jeszcze coś o powieści gotyckiej, czego się dowiedziałem. A wiesz, jak ja się czegoś dowiem i przeczytam, to się natychmiast muszę podzielić. Więc się właśnie będę dzielił. Dowiedziałem się na przykład całkiem niedawno, kiedy przygotowywałem się do dzisiejszej audycji, że powieść gotycka, my mówimy cały czas powieść gotycka, ale to też nie jest zjawisko jednorodne. Mówiłem o tym, że mamy powieści gotyckie, w których element nadprzyrodzony jest bardzo ważny i takie, w których element nadprzyrodzony jest ważny jakby mniej. To jest pierwsza różnica w tych powieściach. Natomiast warto też pamiętać, że powieść gotycka dzieli się na takie trzy odmiany. Pierwsza z tych odmian to jest powieść historyczna, gdzie na pierwszym planie pojawiają się takie dekoracje historyczne.
Takim przykładem jest wspomniana powieść powieść Valpo „Zamczysko w Otranto". To jest taka typowa powieść historyczna, gotycka. Dalej mamy powieść sentymentalną. To jest drugi rodzaj, gdzie takim czynnikiem najważniejszym jest, cóż by innego, taka sentymentalna w charakterze historia miłosna. Historia miłosna. I tu chyba przoduje dosyć racjonalna, ale właśnie taka sentymentalna Anne Radcliffe. To jest taki typowy przykład. Jeśli ktoś w tym by zakosztował, to właśnie po tę autorkę warto sięgnąć. Takie mam wrażenie. I wreszcie jest coś, co się groźnie nazywa, bo jak słyszę powieść terroru, to przyznasz brzmi groźnie.
A tu chodzi o coś takiego, że wyróżnikiem tej odmiany powieści gotyckiej jest coś, co nazywane jest mądrze frenezją. A frenezja to jest skłonność do przesycenia kart powieści jakimiś motywami okropności, zbrodni, szaleństwa. A czasami nawet ta odmiana powieści terroru jest także nasycona jakimiś wątkami satanistycznymi. I tu mamy na przykład powieść taką wzorcową i to też chyba, o ile dobrze pamiętam, w tej białej serii się ukazało, a mianowicie „Mnich" Lewisa.
[02:07:32] - Tak, coś pamiętam.
[02:07:34] - Wyszliśmy. W ogóle całą dzisiejszą audycję zaczęliśmy od białej serii Wydawnictwa Literackiego. Ona już z tego, co wiem, nie wychodzi dzisiaj, ale to jest dla mnie dobry znak, żeby sięgnąć. I myślę, że dla naszych słuchaczy również, żeby sięgnąć na półkę. Ja sięgnęłem na szczęście na swoją. Państwo być może na półkę antykwariatu, ale warto te książki odkryć na nowo. Byłem świadkiem kiedyś takiej rozmowy, kiedy mówiono o utworach Z tej półki powieści gotyckiej, że to są takie ramoty, że tego właściwie nie warto czytać. Być może w przypadku niektórych tytułów tak jest. Ale podkreślam, przecież te powieści cały czas się piszą. Przykładem nasza dzisiejsza bohaterka i powieść „Nierozdzielne”, ale wspomniany wcześniej przeze mnie Tytus Groan i kolejne części tego trójksięgu to przecież są wytwory XX-wieczne, a co więcej, to są wytwory drugiej połowy XX wieku.
Czyli nie było czegoś takiego jak śmierć powieści gotyckiej i oby jeszcze długo nie. Bo jest coś fascynującego w tych powieściach. I zacząłem od tego, że jako szczeniak nie zdawałem sobie sprawy, co mnie tak ciągnie w tym kierunku i dlaczego właściwie ten rodzaj opowieści mnie fascynuje. Ale ja tego tak naprawdę do dzisiaj nie wiem. Po prostu biorę książkę i nagle znika świat i zostaję tylko ja z tą książką. Co ja właśnie opisałem? Opisałem to, co jest chyba z punktu widzenia autora powieści najważniejsze. To znaczy, że potrafi odlecieć ze mną, sprawić, że odlatuję, że wszystko inne staje się mniej ważne. Wiem, że uciekam w jakiś taki język poetycki, ale chyba o to właśnie chodzi w pisaniu.
[02:09:44] - Tak, ale wiesz, to nie jest znamię powieści gotyckiej, tylko powieści literatury w ogóle. Każdej dobrej. Tu odlatywanie. Wiesz, ja odlatywałem na głosie pana Stanisława Lema i tak samo odlatywałem na jakimś Spartakusie.
[02:10:10] - Ale widzisz, jak cię dobrze podprowadziłem? Podprowadziłem cię po prostu w tę stronę, żebyśmy wspólnie z czystym sumieniem mogli stwierdzić, że nasza dzisiejsza bohaterka pisze po prostu dobre książki. Nieważne, czy one są gotyckie, nieważne, czy tam są elementy nadprzyrodzone, jakieś elementy związane ze światem, który jest dla nas nieprzenikalny. To wszystko jest nieważne. To są po prostu dobre książki. Zostając przy moim języku, które pozwalają odlecieć.
[02:10:48] - Tak, ale jeszcze w dodatku ja się nie dziwię, że większość czytelników współczesnych, przynajmniej w Polsce, to są jednak kobiety. I ja kobietom bym tę książkę przede wszystkim polecał, gdyż ja mam duże wątpliwości, czy faceci jeszcze posiadają umysłowość na tyle wrażliwą, żeby cokolwiek łykali z jakiejkolwiek literatury, nie tylko z tego, co pisze pani Joanna.
[02:11:13] - Wiesz, nie wiem, co mam powiedzieć, bo w pewnym momencie audycji stwierdziłem, że jestem kobietą. Z drugiej strony poczułem też, że jakoś lubię tę książkę. W związku z tym chyba mam jeszcze umysłowość. Jak sobie człowiek sam komplementu nie powie.
[02:11:29] - Ale Marek, my jesteśmy staroćie.
[02:11:31] - Tak, rzeczywiście.
[02:11:32] - Natomiast beach boysi to jest współczesny mężczyzna.
[02:11:36] - Pocieszyłeś mnie trochę przynajmniej.
[02:11:39] - Śliczny, ładny, gładki.
[02:11:40] - Czyli rozumiem, że nie jest nic dziwnego w tym, że ta książka mi się podoba?
[02:11:46] - Nie. Dla nas to jest naturalne.
[02:11:50] - Ja myślę, że nie jest tak źle, jak ty to przedstawiasz. Kiedy używasz tego określenia beach boys, to wiem, co masz mniej więcej na myśli, ale myślę, że tak źle nie jest, że chłopcy z torebkami w rurkach. Znowu to jest pewien skrót myślowy. To jednak nie jest przedstawienie umysłowości. Wiesz co, jako stare ramole to my mamy taką tendencję do mówienia, że wszystko, co było dobre, to było kiedyś, a dzisiaj to już nic dobrego nie ma. To jest nieprawda.
[02:12:23] - Nie, ale Marku, ja tak przecież nie mówię. Zwróć uwagę, jak tobie zwróciłem uwagę kiedyś na to, że jak ja się spotykałem z moimi starymi przyjaciółmi Maćkiem Parowskim i Markiem Oramusem, to oni brędzą. A nagle, jak się w tym towarzystwie odzywa dużo młodsza żona, na przykład Marka Oramusa, która jest polonistką i filozofem, to masz przepych zupełnie inny światopogląd. Nagle ciekawie, rozmowa się toczy precyzyjnie.
[02:12:56] - Ja polecam wszystkim zainteresowanym próbką chociażby tego, co żona. Nie, to błąd jest, bo żona przy mężu. Nie. Co ma do powiedzenia pani profesor Dominika Oramus, to zapraszam na kanał youtubowy „Bibliotekarium”. Tam są wykłady zarówno z tego roku, z 2017, z Mierek, z festiwalu fantastyki, jak i z zeszłoroczny bodajże, z 2017 roku również wykład Dominiki Oramus. Przyznaję, że tam są czasami śmiałe tezy. Ja czasami siadam na wykładzie pani Dominiki i zastanawiam się. Temat jest hardcorowy. Uda się jej udowodnić to, co wydaje się nieudowadnialne, czy też nie? I przyznaję, że przynajmniej te dwa razy, które są nagrane, udało się.
[02:14:00] - Kobieta to jest jak żmija, zahipnotyzuje cię po prostu. I później uwierzysz w to, co mówi.
[02:14:05] - Ale ja sobie to później oglądałem w postaci filmu i nie zostałem zahipnotyzowany. I w dalszym ciągu było to spójne i logiczne.
[02:14:13] - Zgadza się. Dlatego ci powiedziałem, że moje dawne szasy wcale nie są takie wspaniałe, bo ci moi przyjaciele to tylko właściwie dzisiaj tyrają. Ja również tu i teraz. Natomiast młodzi ludzie, a szczególnie młode kobiety, po prostu mają łeb na karku.
[02:14:34] - Tak. Wiesz co? Myślę, że dla porządku przeczytajmy kilka tak zwanych blurbów, które się w książce znalazły. Autorką pierwszego z nich jest pani Joanna Jax. Żebyśmy pozostali przy naszych audycjach. Oto co napisała o książce „Nierozdzielne”: „Niepokojąca, subtelnie mroczna i przesiąknięta aurą tajemniczości. Piękny język, przedwojenny Kraków, one dwie i sekret, który koniecznie chce się poznać. Ta powieść sprawi, że zaczniesz wsłuchiwać się w świat, którego nigdy nie chciałbyś zobaczyć.” Czy my, prowadząc tę długą audycję, powiedzieliśmy coś, co lepiej zareklamowało tę książkę?
[02:15:26] - Powiedzieliśmy, bo w tych paru zdaniach również się pojawia to słowo, którego tutaj pani Joanna Jax nie używa: tajemnica. To jest coś, co budzi ciekawość, co ma zgłębić, a się nie da i tak dalej.
[02:15:43] - To jeszcze jedna polecanka, tym razem Magdaleny Paluch z Grozowni: „W swej najnowszej powieści Joanna Pypłacz zabiera czytelników do Krakowa lat 30. ubiegłego wieku. Niezwykła dbałość o szczegóły oraz niepokój i groza wyzierające z każdej strony „Nierozdzielnych” to znaki rozpoznawcze historii opowiedzianej przez autorkę. Szczególnie polecam miłośnikom sióstr Brontë.” Wspominaliśmy o Emily Brontë. Znowu moje kłopoty z językiem, ale wybaczcie mi państwo, jestem z tego pokolenia, które z językiem niespecjalnie. Po rosyjsku to bym jeszcze coś powiedział.
[02:16:30] - Jako tako.
[02:16:30] - Jakoś opanowałem. I jeszcze ostatnia polecanka Carli Mori, literatki: „Gęsta i ciężka atmosfera przedwojennego Krakowa jest u Joanny Pypłacz rewelacyjnym tłem dla stutej opowieści. Nietuzinkowa historia o skomplikowanej relacji bliźniąt i o przyprawiającej o ciarki więzi, którą nie sposób zerwać czy choćby rozluźnić. Emocjonalna i emocjonująca powieść, której klimat zapiera dech.” Myślę, że dobrze, że są takie polecanki, bo gdybym nie był po lekturze, to czułbym się zachęcony. Powiedz coś, Wiktorze.
[02:17:27] - Słuchałem, co kobiety mają do powiedzenia. Jak się ładnie te kobiety promują nawzajem.
[02:17:34] - Bogu dzięki!
[02:17:38] - Chwała Bogu! Dobrze. Natomiast ja i tak się z większością tych sformułowań nie zgadzam, bo dla mnie przynajmniej te fragmenty, które tutaj płyną razem z nami, budzą przede wszystkim nie żadną grozę, nie żadną mroczność. One są bardzo sympatyczne i wiarygodne.
[02:18:06] - Przepraszam cię. Wiem, że obowiązuje cię dochowanie pewnej tajemnicy, ale te fragmenty, które państwo za pośrednictwem głosu Ivelliosa poznali, to nie jest cała książka. Cała książka jednak ma w sobie ten klimat, o którym nasze autorki piszą.
[02:18:26] - Tak, ale wiesz, te zależności międzyludzkie, szczególnie w wypadku dwóch sióstr urodzonych właściwie wtedy, kiedy umiera ich ojciec, w tym samym dniu, to jest takie balansowanie na cienkiej linii, którą Freud sobie wysnuł.
[02:18:54] - Dobrze, że przywołałeś to nazwisko, bo chciałem powiedzieć o tym, że pani Joanna Pypłacz patrzy na literaturę i na grozę z zupełnie innego punktu niż jakaś część autorów bardzo popularnych. Bo dzisiaj tak się złożyło, że jak ludzie piszą grozę — a przecież mamy kontakt z autorami, którzy grozę pisują — to należy wywalić kilka kilogramów flaków, zalać to wszystko krwią, wstawić jakiegoś potwora albo psychopatę i wtedy jest groza. Pani Joanna pokazuje, że można to robić subtelniej, że strach to nie jest atakowanie czytelnika jakimiś takimi gadżetami, o których wspomniałem przed chwilą. Tylko czasami strach jest czymś takim niewypowiedzianym, czymś, co jest tuż poza granicą naszego postrzegania, gdzieś tam się czai. I wtedy jest naprawdę groźnie, kiedy mamy poczucie tego, że coś nas otacza, że ten krąg się zacieśnia. Wtedy jest naprawdę groźnie. I ja dlatego chyba wolę bać się z panią Joanną Pypłacz i z tego rodzaju książkami jak „Nierozdzielne” niż z kilogramami flaków, które na przykład w niektórych swoich powieściach podrzuca chociażby Masterton.
[02:20:38] - To dawny czas.
[02:20:39] - Niedawny! On cały czas pisze. I kolejne książki się pojawiają. Raz lepsze, raz gorsze, ale zupełnie inne w klimacie. To naprawdę jest zupełnie inna wrażliwość, inny sposób pisania. Nawet popełniłem błąd w ogóle przywołując, bo to jest nieporównywalne. Ale w sumie dobrze, bo warto pokazać, że groza to nie jest zjawisko jednorodne, które się wiąże z tym, że się jakieś takie rzeczy pojawiają, o których wspomniałem wcześniej, czyli dużo krwi, dużo flaków.
[02:21:22] - Wiesz Mareczku, jako dziecko kiedyś trafiłem, to znaczy nie trafiłem, ale przez okno zaglądaliśmy, ciekawość nas niosła i zaglądaliśmy. W Bydgoszczy było takie miejsce, takie okno ładne i okazało się, że w środku jest rzeźnia. I że tak powiem, tam krew ciekła, flaki się walały. W ogóle wszystko było fajnie, ale jakoś w twarzach tych ludzi, którzy tam ciężko pracowali, nie było żadnej grozy. Nic tam nie było. Normalna robota.
[02:21:56] - Ale o czym to ma świadczyć?
[02:21:58] - O tym, że flaki ani krew w określonych ilościach niczego nie robią.
[02:22:03] - Myślę, że dotknąłeś zupełnie innego zjawiska.
[02:22:08] - Wiem.
[02:22:09] - Pewnego zobojętnienia. W każdym razie ja myślę, że przedstawiliśmy dzisiaj książkę, z którą zdecydowanie warto się zaprzyjaźnić.
[02:22:26] - Można.
[02:22:27] - Zdecydowanie warto. Ja to podtrzymuję. I powiem ci tak, pani Joanna mówiła o swoich planach literackich.
[02:22:37] - To mnie bardzo...
[02:22:38] - Czekam na te kolejne książki. I jedną, i drugą, bo wspomniała o dwóch rzeczach, które pisze. O tej współczesnej i o pewnym cyklu, który rozpoczęła. Czekam na obie te książki, bo ja już wiem, że dla mnie w moim prywatnym rankingu, może jest mało ważne, bo ja jestem tylko szarym czytelnikiem, ale w moim prywatnym rankingu pani Joanna już jest w mainstreamie. Moim takim mainstreamie.
[02:23:10] - Tak, my jesteśmy mainstream w takim razie, tak?
[02:23:14] - Niech będzie.
[02:23:15] - Dzięki.
[02:23:16] - Dobrze Wiktorze, ja jeszcze tylko na koniec audycji przypomnę o konkursie. Zapraszamy na stronę bibliotekarium.pl do artykułu o książce „Nierozdzielne”. Tam wystarczy pod artykułem umieścić w komentarzach informację, dlaczego państwo chcieliby książkę pani Joanny Pypłacz mieć. Mam nadzieję, że też przeczytać, a my wybierzemy trzy najfajniejsze naszym zdaniem wypowiedzi i nagrodzimy je książkami „Nierozdzielne”. I to tyle, jeśli chodzi o dzisiejszą bohaterkę, dzisiejszą książkę. Jeszcze raz powtórzę, konkurs na stronie www.bibliotekarium.pl. A teraz mały komunikat dotyczący rozkładu audycji. Otóż za tydzień zapraszamy ponownie na Bibliotekarium i to Bibliotekarium na żywo. Będziemy rozmawiać o polskich autorach, o Krzysztofie Boruniu i Andrzeju Trepce.
[02:24:42] - Słuchajcie, jak rozmawialiśmy z Markiem, to po prostu tę książkę wybierałem dlatego-
[02:24:47] - Te książki, bo to trylogia.
[02:24:49] - Tak, ale wybierałem trochę z rozbawieniem, po prostu tak niewiele czasu minęło. Trochę czasu minęło.
[02:25:00] - Ja cię przepraszam.
[02:25:02] - Prawie pół wieku.
[02:25:03] - Oni to pisali wtedy, kiedy ty jeszcze kciuk ssałeś.
[02:25:07] - Nie ssałem.
[02:25:09] - Nie?
[02:25:10] - Nie.
[02:25:10] - To smoczek ssałeś.
[02:25:13] - Nie używałem, wypluwałem smoczki. W każdym bądź razie oni to pisali. Tylko że jakoś się potem z nimi przyjaźniłem.
[02:25:24] - Tak. Spieszę donieść, że mówimy o trylogii składającej się z takich tomów jak „Proxima”, „Zagubiona przyszłość” i „Kosmiczni bracia”.
[02:25:36] - Tak. I chcemy zwrócić uwagę na pewien walor tych książek. Wydawałoby się, że już które odeszły w zaświaty, już nikt ich nie tknie, a one mają pewne walory.
[02:25:51] - Nie tylko mają walory, ale o tych walorach to w następnej audycji. Natomiast w swoim czasie w bardzo poważnym gremium usłyszałem wypowiedź młodej blogerki, bo teraz młode blogerki są najważniejsze.
[02:26:05] - Nie mówię.
[02:26:06] - Młodej blogerki, która powiedziała, że to jest jakieś takie nudne i bez sensu. W ogóle ona tego nie mogła przeczytać. Jest co czytać, bo każda z tych książek ma po kilkaset stron. Jak przeczytała kawałek, to jakoś tak odrzuciła.
[02:26:21] - Ale Marek, zwróć uwagę. Próbuję ci dzisiaj w audycji bez przerwy tłumaczyć, że to nie te czasy. Wtedy mężczyźni pisali dla mężczyzn. I myśmy to czytali.
[02:26:33] - Wiesz co?
[02:26:34] - Kobiety tego nigdy nie czytały.
[02:26:36] - Nieprawda.
[02:26:37] - Żadnego Borunia i Trepkę.
[02:26:39] - Nieprawda
[02:26:41] - To jest prostackie, jasne, klarowne, racjonalne. Nie ma tych cieni katedry gotyckiej.
[02:26:51] - Jak to miło, że mogę wreszcie powiedzieć to, co tak lubię mówić, że absolutnie się z tobą nie zgadzam. Absolutnie. Bo po pierwsze to nie jest prostackie.
[02:27:04] - Powiedz mi, gdzie tam jest klimat?
[02:27:07] - Nie, klimatu to tam może nie ma, ale to nie znaczy, że to jest prostackie.
[02:27:11] - Ja też nie mówię, bo ja bardzo lubię tę książkę.
[02:27:14] - Co więcej, ja znam kobiety, które te książki czytały.
[02:27:19] - Niemożliwe.
[02:27:20] - Tak, a w dodatku o tyle jest mi łatwiej o tym mówić-
[02:27:23] - A sprawdzałeś?
[02:27:25] - Sprawdzałem. Co więcej, miałem okazję przepytać-
[02:27:29] - Czy to kobiety?
[02:27:29] - Tak, kobiety, bo jedną z tych kobiet jest moja mama.
[02:27:34] - Och!
[02:27:35] - Zaszczepiła. To od niej tak naprawdę dostałem bakcyla science fiction. Dzięki niej znam książki Borunia i Trepki. Dzięki niej poznałem „Kroki w Nieznane", pierwsze.
[02:27:50] - Nie słyszałem o takich mamach wspaniałych. O Boże!
[02:27:54] - Widzisz, więc twoja teza mniejszym czuję, że została obalona.
[02:28:00] - No...
[02:28:01] - Obalona, że kobiety nie czytają. Czytały i co więcej potrafiły później, kiedy ja jeszcze byłem pacholęciem, potrafiły mi tę książkę polecić. Cieszę się, że tak ładnie rozbiłem w puch twoją argumentację. Przynajmniej na koniec. Zapraszamy w takim razie za tydzień na audycję na żywo, tym razem, „Bibliotekarium” o książkach Borunia i Trepki. Przypomnę: „Proxima”, „Zagubiona przyszłość” i „Kosmiczni bracia”. Dużo czytania. Co więcej, ciekawostką jest to, że Boruń i Trepka w latach 80. próbowali swoją powieść uwspółcześnić, ponieważ w 80. latach ona sobie już liczyła ponad 30 lat i im się wydawało, że się zestarzała.
I w Iskrach ukazała się nowa wersja i ona została odrzucona. Książki te z wydań z lat 50. osiągały na giełdach, różnego rodzaju antykwariatach astronomiczne kwoty. Ludzie płacili bajońskie sumy, a tych nowych wydań, czytali je, ale to nie było to.
[02:29:09] - Tak.
[02:29:10] - I co zrobił nasz nieoceniony kolega z wydawnictwa Solaris? Otóż Wojtek Sadejko wydał starą wersję wszystkich tych tomów i te napotkały na znowu pozytywne przyjęcie. Czyli czasami nie opłaca się przerabiać starego dzieła, bo ono już jest wystarczająco dobre. Nie należy go uwspółcześniać.
[02:29:38] - Wiesz Marek, ja to doskonale wiem. Jestem taki, jaki jestem i nie mam zamiaru się przerabiać.
[02:29:45] - Tak. I dlatego od pewnego czasu przerabiasz mityczne dzieło „Kosmodram Machu Picchu”, tak? Żeby było zabawniej. Dobrze, ale to sobie zostawmy tę dyskusję na za tydzień. A co więcej, mam jeszcze jeden komunikat, że za dwa tygodnie, 28 grudnia, to jest dzień, w którym nastąpi rozstrzygnięcie naszego wielkiego konkursu Rubieże rzeczywistości. Wtedy podamy listę laureatów. Wtedy będzie unikalna możliwość posłuchania audycji ABW. Przypomnę: Antologia Bibliotekarium Warsztaty. To będzie pierwsza i pewno długo się nie powtórzy taka okazja, audycja ABW na żywo. Cóż, to zapraszamy za tydzień, za dwa tygodnie, za trzy tygodnie.
Jak zwykle życzymy samych doskonałych lektur. Dużo weny. Dobranoc. Jeszcze nie dobranoc. Wiedziałem.
[02:30:46] - Nie do końca, bo ja mam taką wizję, Marku.
[02:30:51] - To niedobrze.
[02:30:52] - Nawiązując do książki pani Joanny Bypłacz pod tytułem „Nierozdzielni”, to wiesz...
[02:30:58] - „Nierozdzielne”.
[02:30:59] - „Nierozdzielne”. Tak, ale mi się myśli: a może my też jesteśmy nierozdzielni? Powiało horrorem kiedyś?
[02:31:06] - No.
[02:31:07] - Co?
[02:31:08] - Już były takie okazje, przynajmniej jedna, kiedy powiało horrorem.
[02:31:14] - To może ja zamknę okno, żeby nie wiało.
[02:31:16] - Dobra, to jeszcze raz wszystkiego dobrego. Dziękujemy, dobranoc i zapraszamy już za tydzień.
[02:31:23] - A mówili te słowa do państwa, jak zawsze gospodarze Bibliotekarium, Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję, jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc. I do usłyszenia ponownie, tak jak mówił Marek Żelkowski, tym razem na żywo, już za tydzień.